Graffiti.Żywioł Pustki
"Ziemia,która otacza człowieka".
Empedokles1
Lalka,odarta z ubranka, z oderwaną lewą ręką i otwartymi lazurowymioczętami, leżała goła w ilastej, polśniewającej tęczowo,brunatnografitowej niecce łagodnie wypiętrzonej skarpy, z nogami dokolan zanurzonymi w szlamowatej, gęsto przerośniętej sinicami wodzierowu melioracyjnego; korpus lali umazany błotem oblazło robactwo imuchy, z zajadłą furią atakowały go też drepczące wokół trupka ipolatujące nad nim drobne, czarniawe ptaki o długich dziobach imatowych ślepkach; uroda letniego kwiecia, bujność traw i łąkowegoziela z ich słodkim aromatem i oszałamiającą kolorystyką przyciągałymigotliwie krążące śród nich motyle, pszczoły, drobne leśne osy itrzmiele oraz jakieś trudne do zidentyfikowania owady o seledynowychodwłokach, wyrafinowanych w kroju skrzydełkach i ciemnozielonychłebkach z wypukłymi, złotymi oczami i ruchliwymi wąsami; ciepłąrozświetloną aurę letnio znieruchomiałej ciszy przenikał osobliwychłód nieludzkiego cierpienia; na zbrodnię zdawał się wskazywaćgłęboko odciśnięty ślad żołnierskiego, wprost - żołdackiego,podkutego gwoździami buta, podeszły już wodą, mimo lata z cieniutkąwarstewką lodu; trwa lato, a martwica jak zimą, martwicafantastyczna, zmaterializowana w zwojach kolczastego drutusplecionych w cierniową koronę - ten powszechnie uznany znakboleści, męczeństwa i żałości nie tylko figurkinabazgranej piórem na pergaminie.
Najzimniejszagodzina nocy przyprawia Matyldę o drżenie, a świat o zamęt -jak codziennie na przedświcie; zrywa się z łóżka i stąpając boso polodowatej posadzce, staje u okna, patrząc w ciemność, w połowielistopada jędrną i soczystą jak jabłko antonówki, niekiedyrozzielenioną oblewającym ją strumieniem niebieskiej hemisfery;światło księżyca, lodowata posadzka, usztywniający chłód przenikająją na wskroś; tkwiąc na granicy dwóch światów, rozmyśla o czymś?nieistotnym, nie licząc się ze sobą, swoim zdrowiem, ustępującym bylezagrożeniu; właśnie poczuła, jak cząstka zaokiennej ciemnościprzeniknęła przez szybę i przez jej z dzieciństwa zachowaną przyskroni bliznę wlała się w nią, a spłynąwszy w dół, utknęła w okolicyobojczyka, w jego miseczce; szepce jakby przybyłe z tej ciemnościdoprawdy ohydne kilka wersów z KrólaLira2,a w swoim głosie słyszy szmer innych głosów, splątane rozmowy,również w obcych językach, ale nic nie rozumie, mimo że przecież mówikilkoma; oczywiście nie powinna, a nawet nie może się wycofać, skoroprzyjęła na siebie obowiązki, więcej, sama domagała się zwiększeniaich zakresu, jakkolwiek bowiem nigdy nie czuła powołania do dźwiganiaciężarów, to nie uchylała się przed nimi: robić, co trzeba, tozasada; mówiąc to w jednym z nielicznych wywiadów, zastrzegła, że owazasada stanowi jednak rodzaj pułapki; trzeba umieć oddzielać odsiebie, wręcz separować to, cotrzebazrobić od tego, cowypadarobić, mamy ku temu predyspozycje, właściwy każdemu człowiekowi zmysłrównowagi; natychmiast odezwały się głosy, że uzurpuje sobie prawo dosądów w żaden sposób nieznajdujących potwierdzenia w jej takzwanejtwórczości;kimże ona w końcu jest?! pytano, mając na myśli: poco ona jest?conam po niej?skoro nikt za nią nie stoi, żadne prawdziweautorytety, sama siebie skądś wytrzasnęła, samozwanka! no, więczamilkła, ucichła, wycofała się, oddała swoje asy, asysmutku- sławy-niesławy, aczkolwiek, znalazłszy się przez moment wblasku jupiterów, nie była nawet damąkier3ani tym bardziej królowąserc;ów nieszczęsny przydomek jednak przylgnął do niej niczym krwawa plamado lady Makbet: TheQueen of Hearts!4.doskonale rozumie, iż narastający w niej czynnik winy wkrótceosiągnie punkt krytyczny; wyczerpawszy możliwości, nie będzie mogłazrobić nic innego niż ulec i poddać się; ale to wydarzy się dopierojutro, najwcześniej jutro, o ile już dziś nie zrezygnuje, nie wycofaswojego uczestnictwa w istnieniu świata: technikę zatrzymanegogestuopanowała przecież do perfekcji; po prostu urywa się taśma, kończysię narracja, choć oczywiście gdzieś tam inna doklejona biegnie jakgdyby nigdy nic, wedle czyjegoś scenariusza, ale to fuszerka: taknaprawdę nigdy nie daje się niczego skleić bez blizny; zawszepozostaje znak przesunięcia akcji w czasie i przestrzeni; wpatrzona wwypełniający jej źrenice olbrzymi dysk księżycowej pełni MatyldaGraficiara odczuwa postępujące od posadzki lodowacenie ciała; jeszczechwilę temu ból palców stóp promieniujący ku kostkom wydawał się niedo zniesienia, a już ustąpił; skostnienie ogarnęło łydki, objęłokolana, wędrując coraz wyżej i wyżej, i... Królowa serc? dama kier?cóż pozostało z tych wszystkich urojonych oczekiwań, które jeszczetak niedawno, a już całe wieki, wieki temu! stanowiły jej siłęnapędową i wiarę, o tak! oczywiście wiarę; no i dobrze, że nic z niejnie zostało, w innym razie należałoby mówić: Łaskawepanie, szanowni panowie! Jesteśmy tutaj, aby święcić triumfgłupstwa!,ale czyż sztuka graffiti, której się poświęciła, której, jakprzystało kobiecie, sięoddała!nie jest horrendalnym głupstwem? teraz z radością stwierdza, że kreww niej znowu ruszyła, że do stóp powrócił ból; odwracając się tyłemdo pełni, krzyżując ramiona i chroniąc dłońmi piersi, powraca dołóżka na jeszcze niezbyt pewnych nogach, aby nadal znajdując się wosobliwym zawieszeniu między snem a jawą, rozpamiętywać, co się jejprzydarzyło, lecz czego nie widzi jeszcze na tyle wyraźnie, by móc toprzenieść do swego majstersztyku jako jego nowy, istotny wątek.
Prawdziwegraffiti,jej graffiti idealne nie ma nic a nic wspólnego z freskiemlub muralem,to samogenerujący się, zanikający i sam z siebie odradzający siępalimpsest; jego intencjonalną, ale i formalną nieskończonośćobrazuje wielość form, struktur i modelunków, nade wszystko jednakbezczasowość, która będąc fundamentalnym atrybutem wieczności,ukazuje ją jako kontinuum,jako niekończący się ciąg scen, odbić i obrazów wszystkiego, co było,jest i (?) będzie w życiu świata i ludzkich w nim losów;najdoskonalsze wizje z nieposkromionej imaginacji Piranesiego wydająsię toporne wobec takiego rozumienia i zamysłu Matyldy:
Warstwapo warstwie, biorąc wzór z przyrastających corocznie słojówotaczających święteświętychmiejsce każdego drzewa, jego ukryty przed pożądliwością oczu rdzeń,Matylda usuwała zasłonięte, by w nagłym rozbłysku świadomości odkryć,iż każdy ludzki los to tylko fragment bezustannie samotworzącego sięgraffiti dziejów, mniej lub bardziej dostrzegalna cząstka ogólnejkompozycji, jednak w istocie nie do rozróżnienia pośród następującychzewsząd na siebie omal tożsamych fragmentów; zdumiona, zaniepokojonai zdezorientowana poczuła się jak owa pantera z paryskiego Jardin desPlantes krążąca w klatce wiersza Rilkego5,tyle że ona utknęła w klatce ojcowskich słów, jego własnych zwierzeńsłabo powiązanych z historiami innych ludzi, a przecież przedziwniestanowiących jedno; właśnie wtedy doświadczyła jeszcze niejasnej, alejakoś już zamkniętej wizji swego graffiti jako dzieła narastającegowarstwicowo, a nie tylko rozwijającego się na podobieństwo zwoju:dlaczego tak? chce wiedzieć ojciec; dlatego, że historia się nierozwija, ale zapada w sobie i dlatego, że życie ostatecznie teżzmierza ku implozji - odpowiada Matylda, co słysząc, Obserwatorkwituje sardonicznym chichotem.
Spodniawarstwa graffiti to czysty, idealnie zmiksowany beton, szorstkaszaro-beżowa powierzchnia, dymnomglista struktura właściwa dlazimowego krajobrazu i nastroju bez właściwości, na której rozmaitośćwytrawionych ze światła i koloru drobin piasku, cementu i cieńszychniż włosy anielskie szklanych włókien wraz z migotliwymi drobinkamimiki komponuje niezbyt wyraźny obraz początku; już niewidoczny,ukryty pod przeszło osiemdziesięcioma warstwami, bo to co tam byłomalowane, ryte, wklejane jako kawałki papieru, szkła, metalu,kamieni, drewna, wzajem się przenikało i scalało, chociaż zrastającsię, zarazem narastało, pnąc się wzwyż, acz rozwijało się też, jak naprzykład nocna jazda pociągiem, gdy przybierająca za oknem ciemnośćwyłącza ze świadomości podróżnego odczucie zachodzącej w czasie iprzestrzeni zmiany jego pozycji albo jak chłopięca podróż na wschódjej staruszka, której strzępiaste sceny wyłaniały się spod jejruchliwego węgla u samego zaczątku roboty nad Graffiti,obecnieznanego jako GraffitiMatyldy Graficiary;jeśli jednak już nie widać tego, co było niegdyś - bo wskutekbiegu czasu, czyli procesu rodzenia się i ginięcia ludzi, a wraz znimi zanikania i wyłaniania się nowych form świata wypadło z ludzkiejpamięci - przywróćmy żywemu wspomnieniu obraz początku.
Stepzawleczony pasemkami mgły, nawet ciemność nocy - stężała izimna, stebnowana jej białymi cieniutkimi włóknami splątanymi zksiężycowym blaskiem - ma owej zimy roku czterdziestego cechęniezupełności;cokolwiek wydaje się tam realne, niekoniecznie takie jest;szczególnie nocą życie stepu to przebranie: maska śmierci; tamtejnocy chłopiec, w przyszłości rodzic Matyldy, wtedy niespełnapięciolatek, potykając się, wędruje u prawego boku matki, która,spluwając krwią, z owiniętymi w szmaty stopami, choć też się potyka,ani na chwilę nie wypuszcza z lewej ręki szczuplutkiej dłoni córki,jego starszej siostry, ich ukochanej dziewczynki; kolumna wygnańcówburoszara, tylko dziewczynka w czerwonym płaszczyku widoczna na tlekonwoju jak biedronka na tak samo buroszarej plątaniniezjesienniałych traw; wygnańczy konwój podąża na wschód pod okiemgłównie skośnookich konwojentów pomykających na charkoczącychdługomordych ciężarówkach, z których od czasu do czasu wylatujączarne i twarde jak skała bochny komiśniaka; jeśli zrządzeniem losuzbożny głaz trafi kogoś w skroń, nie ma dlań ratunku; nikt z idącychnie podejmie zabójczego bochna, choćby zdychał z głodu; z głodu,zimna, umordowania, chorób, powód bez znaczenia, wygnańcy zostają nazimowym szlaku najczęściej między trzecią a piątą nadranną godziną;tylko na samym początku grzebano ich w płytkich mogiłach, szybkoprzybywające trupy pozostawiano pod śniegiem, przykrywając tylko bylełachem twarz, bo trzeba oszczędzać siły, bo droga daleka, a stepnieobjęty; droga pod nogami prawie niewidoczna, już zanika pod bieląkurzawki - forpocztą śnieżyc; którejś nocy w zadymce jakośzniknie Nastka, wkrótce za nią i matka, przepadając w jakiejśszczelinie skrzącego się śniegiem mrozu; stała niezmienna to głuchystep, zamierający szelest stóp okutanych w szmaty, trop odchodzącychw głąb czasu i przestrzeni ludzi, przelatujące tam i nazad gruzowiki,i niknące pod śniegiem trupy kobiet, mężczyzn i dzieci, rozbebeszonewalizki z których stepowe wichry wyrywają i roznoszą ich tutajidiotyczną zawartość, dowody istnienia świata, który zda się byćfantasmagorią: koronkowe halki, desusy, jedwabne pasy do pończoch isame pończochy, wizytowe torebki, szminki, szczotki do włosów wsrebrnych i szylkretowych oprawach, parasole, laski, lalki, trafiłysię też roztrzaskane skrzypce w otwartym futerale - głupstwa,bezużyteczne jak pusty śmiech...
Takma się pakuł pamięci ojca tkwiący w otchłani graffiti Matyldy, tenpoczątek namalowany wprost na betonowym podkładzie, tworzący pierwsząwarstwę dzieła, będący jego pierwotnym zadatkiem, którego nie da sięjuż rozpoznać naocznie; widzimy tylko zewnętrzną warstwę graffiti, dotych ukrytych pod nią, nie mając już dostępu; niepoznane(nierozpoznane?) we właściwym momencie, takie pozostaną, zniknąwszyna zawsze, zapadłszy w głąb malunku i tworząc tam wielowątkową osnowęobrazu opowiadającego rok po roku historię szaleństwa ojca artystki,nazywającego siebie Obserwatorem lub - rzadziej -Świadkiem, czyli Męczennikiem; rzecz w tym jednak, że dzieło to,chef-d'oeuvre,dzieło mistrzowskie, majstersztyk,jest również, jak się sądzi, odbiciem szaleństwa samej Matyldy,owładniętej natrętną myślą, by szaleństwo jej ojca przedstawić jakoodzwierciedlające szaleństwo całej epoki, całego Dwudziestego Wieku iuczynić zeń ekspozycję dzieła u rogatki tego w gruncie rzeczy nicnieznaczącego nadmorskiego miasteczka, będącego fragmentem również itej historii, ale Fragmentem uzewnętrzniającym Całość, mikrokosmosempozwalającym uchwycić zasadę makrokosmosu.
WNotatkachdo Osadowego Graffiti(tak początkowo tytułowała swoją pracę autorka), pomieszczony jestszczątek zdania (zdania złożonego?) bez początku i końca, któremutowarzyszą dwa cytaty: ten wyjęty z JuliuszaCezarapióra Stratfordczyka6i ten, kto wie czy nie sławniejszy, a przynajmniej głośniejszy odszekspirowskiego otwierający styczniowy zeszyt DziennikaGombrowicza z roku 1953:"Poniedziałek:Ja. Wtorek: Ja. Środa: Ja. Czwartek: Ja."7;ów kawalątek zdania Matyldy nie dość, że zapisany drobniutkimi,ledwie dającymi się odczytać literami, to na dodatek wściubionymiędzy dwie zachodzące na siebie linijki pisma, odczytany pod lupąwygląda następująco: "[...] Jajest zawsze ufundowane na obcym Tylub anonimowych Onych[...]"; urywek ten w ciągu ostatnich kilkunastu lat zyskałszeroką, choć z natury rzeczy ograniczoną do wąskiego gronaakademickich mózgowców sławę, a liczba poświęconych mu komentarzy irozprawek dawno już przekroczyła setkę i to nie tylko w naszymjęzyku, lecz także tych najbardziej egzotycznych, którym obce byłodotychczas pojęcie Jaw naszym europejskim - mitycznym, religijnym i filozoficznymujęciu, którego kwintesencją może być owo pouczenie Ortegi y Gassetamówiącego, że każde ludzkie Ja to axismundi,oś świata, jego we Wszechświecie8miejsce centralne.
Matylda'od zawsze' odczuwała i rozumiała siebie przede wszystkimjako egzystującą świadomość, będącą czymś nadrzędnym nad jaźnią, aleużywając tego terminu z braku stosowniejszego, jednak zastrzegała, żenie oddaje on nawet w przybliżeniu tegowszystkiego,kim/czym ona jest względem samej siebie; dostrzegała wielowarstwowośćotaczającej ją rzeczywistości, stwierdzając przy tym, że każda zwarstw, choć wydawała się jednolitą całością, przy bliższejobserwacji okazywała się jeszcze bardziej złożoną strukturąwarstwową, więc pomysł stworzenia warstwicowego graffiti bynajmniejnie wziął się znikąd ani był ekstrawagancją młodej artystki gotowejzadziwić świat niezwykłością, ale ujawniał jej artystyczne iczłowiecze jestestwo i sposób postrzegania świata, a graffiti jakoforma ekspresji była dla niej równie naturalna i nieodzowna jak ruch,oddychanie, posilanie się i wydalanie, jak śnienie i wysiłekintelektualny.
Tym,co trudne do pojęcia w sztuce Matyldy, wydaje się nie samfantastyczny, choć dość dziwaczny koncept, aby swoje Ja, Jaartystyczne, wyrażać zbieraniem fragmentów cudzego osobistego życia irejestrowaniem ich jako odległych ech powtarzających czyjeś niejasnewspomnienia, ale fakt, że ich immanentną ulotność przynajmniej doczasu rzeczywiście udawało się przetwarzać w strukturę malunku, wsztukę.
Fiaskoartystki było z góry wpisane w jej dzieło, zakładała bowiem, będącczłowiekiem podlegającymczasowi, że możliwe jest dzieło bezkresne, poza rygorami czasu iprzestrzeni.
Lalka,leżąca przy rowie melioracyjnym, lalka odarta nie tylko z lalczynychszmatek, ale też z atrybutów dziecięctwa, została przez Matyldęwmalowana lekkim sprejem w dolnym prawym zakątku graffiti, w szarawejplamie przypominającej opadły na ziemię, spłaszczony obłok, lub jakbyzaskakującą dla patrzącego oka wyrwę w lazurze niebios, czy też możewędrujący rozsłonecznionym krajobrazem strzęp dymu lub wodnego oparualbo właśnie! ową pustkę,o której pisał jedenastowieczny chiński artysta, akademik Li T'ang9w zachowanym do naszych czasów jedynie w kilku fragmentach traktacieo malarstwie Motylnad złotym kwieciem powoju;przetrwały w charakterze luźnych notatek na zakładkach ostatniegonieukończonego dzieła ts'uan10,pracę nad którym przerwała śmierć T'anga; dzieło zatytułowaneJesiennywiatr nad Rzeką Czarnego Smokato lekki, omal kaligraficzny rysunek wcinający się w pustą przestrzeńtak, że nie tracąc nic ze swej krajobrazowej atrakcyjności, tymsilniej uwyraźnia pustkę, eksponując ją jako plan główny; zwój tenżywo przypomina inny, wcześniejszy, zwój ts'uanmistrza: Wiatrw sosnach pośród tysiąca parowów,na którym pejzaż wydobywają z jedwabnego tła tusz i lekko, omalprzezroczyście kładziony kolor; wszystko to nasuwa się na myśl poprzeczytaniu zapisków Matyldy, które z kolei zawiodły wprost do LiT'anga.
Aoto co czytamy na 3. zakładce (wklejce) Li T'anga: "Unaocznić,że człowiek zawsze znajduje się w głębi swoich krajobrazów, one[natomiast]że wszystkimi należącymi do nich demonami, zwierzętami, [które]same z siebie będąc ruchem i zarazem przedstawieniem ruchu, a takżewypełniającymi je [krajobrazy?]roślinami od najmniejszej trawki, ziółka czy to w rozkwicie, czy towiędnięciu, czy pod śniegiem i lodem, aż po najwyższe inajpotężniejsze sosny, czarne jodły i miłorzęby o igłach zlepionych wdelikatne wachlarze przedstawiające bezruch, czyli ruch wewnętrzny,sekretny, utajniony, a więc odwieczne trwanie energii świata -dzięki niej poznajemy Niebiosa, Góry, Doliny i Rzeki przez nie siętoczące, Wiatr podłużny i wirujący i Mgłę niczym wypełniającą światżyciodajną substancję, a to wszystko to nic innego jak zatopiony wBezczasie i Nicości kaligram Bytu [...]".
Wydajesię niewątpliwe, iż Fragmentowitemu odpowiada taki oto zapisek Matyldy: "U dawnych Chińczyków- w ich rysunkach, malowidłach i pismach - można sięnauczyć tego przede wszystkim, że im bardziej coś eksponują, tymgłębiej ukrywają istotę samej rzeczy stanowiącą główne przesłaniedzieła, jego właściwą | prawdziwą treść: wiatr, który wieje(wyobrażony przez poziome linie lub pochylone w jedną stronę drzewa),nie wieje; rzeka, która płynie, nie płynie, bo nie jest rzeką; laspełen drzew, nie jest lasem, bo jest nim tylko jedno drzewo itd.
Graffiti,które się rozwija na podobieństwo poziomego bądź pionowego zwoju,lecz nie zapada w głąb statycznej, nieulegającej zmianom powierzchni[przestrzeni] tła, to tylko skancerowana rzeczywistość, nic siębowiem nigdy nie rozwija: to, co bierzemy za rozwój, to - znówwbrew pozorom - regres; to, co prawdziwe, co prawdą istnienia,oczyszczone z ułudy, z wszelkiej nieistotności, zewnętrznegozaciemnienia i nieczystości oraz zbędnych naddatków, ukryte podwidzialną, odkrytą malaturą będzie zachowane jako świadectwo, jakodar i wiarygodne przesłanie [...]".
MajstersztykMatyldy Graficiary to idealnie gładka powierzchnia muru pokrytaniezmywalną bielą tytanową z jednej strony ściany i słoniową czerniąpo drugiej, na której lewy dolny kąt wypełnia coś jakby pustyobłok,cień srebrnoperłowej mgły, bo przecież nie sama mgła, przechodzącejna drugą stronę muru przez cieniutką jak ostrze noża krawędź i nastronie bieli przybierającej barwę zmierzchu, osobliwą maść momentuentrechien et loup,między psem a wilkiem; w owej plamie zaś, cieniu lub obłoku bystreoko obserwatora, ale też i mimowolnego przechodnia, może dojrzeć innecoś,coś w rodzaju rowu melioracyjnego z łagodnie wznoszącą się nad nimskarpą nasypu i leżącą tam gołą lalką, choć że to nie lalka, aobnażona zamordowana dziewczynka widzi każdy, kto ma oczy dopatrzenia, a może też potrafi, jak chociażby Artemidor, wykładać sny,bo ta mała symbolizuje końcówkę śnionego właśnie snu o końcu świata;ale że każdy koniec tak czy inaczej bywa początkiem odrodzenia, możei ta dziewuszka zmartwychwstanie, gdzie jednak tkwi ziarnoodrodzenia, nie wiadomo, ale niewykluczone, że właśnie gdzieś wgraffitowych warstwach albo w zwartej głębi muru, będącegoprzetworzeniem wstęgi Möbiusa lub czymś w tym rodzaju - czystąnicostką w nieskończonej pustce ludzkich wyobrażeń.
maj-czerwiec2009
wserii kwadratukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
JacekBielawa "Kościelec"
JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn"
TomaszDalasiński"Nieopowiadania"
JerzyFranczak"Święto odległości"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Czasyo obyczaje. Wariacje biograficzne", "Koncert muzykidawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
TadeuszZubiński"Rzymska wojna"