I
Śmierć inny miała zapach w Rosji niż w Afryce. W Afryce, pod ciężkim ostrzałem angielskiej artylerii, zwłoki
także długo nieraz leżały między liniami niepogrzebane, ale słońce
operowało szybko. Nocą wiatr przynosił ckliwy, duszący i ciężki zaduch -
trupy pęczniały od gazów i unosiły się w świetle obcych gwiazd
niesamowicie, jakby jeszcze walczyły, w milczeniu, bez nadziei, każdy z osobna, ale już następnego dnia zaczynały się kurczyć, tulić do ziemi,
nieskończenie zmęczone, jakby chciały się w niej ukryć - a gdy później
je zabierano, były lekkie i wysuszone; z tych zaś, które gdzieś
znajdowano po tygodniach, pozostawały niemal tylko szkielety klekocące w zbyt obszernych nagle mundurach. To była sucha śmierć - w piasku, słońcu
i wietrze. W Rosji śmierć była mazista i cuchnąca.
Padało od wielu dni. Śnieg tajał. Przed miesiącem pokrywał jeszcze
wszystko przeszło dwumetrową warstwą. Zniszczona wieś, która początkowo
zdawała się składać jedynie ze zwęglonych dachów, wyrastała teraz
bezgłośnie z obsuwającego się śniegu, co noc o kawałek wyżej. Ukazały
się gzymsy okien, kilka nocy później - framugi drzwi, potem schodki
wiodące w zmurszałą biel. Śnieg tajał i tajał, a spod niego wyłaniały
się trupy.
Były to stare trupy. O wieś walczono kilka razy - w listopadzie, w grudniu, w styczniu i teraz, w kwietniu. Zdobywano ją i opuszczano, i znów zdobywano; nadciągnęły zamiecie śnieżne i zawiały zwłoki - w ciągu
godziny nieraz tak głęboko, że sanitariusze wielu nie mogli już odnaleźć
- aż wreszcie każdy niemal dzień pokrywał spustoszenie nową warstwą
bieli, jak pielęgniarka przykrywa zakrwawione łóżko białym
prześcieradłem.
Najpierw wyłoniły się styczniowe trupy, leżały najwyżej. Nastąpiło to na
początku kwietnia, wkrótce potem, gdy śnieg zaczął się obsuwać. Ciała
ich były sztywne i zamarznięte, a twarze niby z szarego wosku.
Pochowano je jak deski. Na wzniesieniu za wsią, gdzie śnieg nie leżał
tak wysoko, odgarnięto go i wyrąbano zamarzniętą ziemię. Była to
uciążliwa praca. Pochowano tylko Niemców. Rosjan rzucono do otwartej
szopy. Gdy mróz zelżał, zaczęli cuchnąć. Kiedy zaś odór stał się nie do
zniesienia, trupy przysypano śniegiem. Nie warto było ich grzebać;
zdawano sobie sprawę, że wsi nie da się utrzymać długo. Pułk znajdował
się w odwrocie. Nadciągający Rosjanie sami będą mogli pochować swych
zabitych.
Przy grudniowych trupach znaleziono broń należącą do poległych w styczniu. Karabiny i granaty ręczne zapadły się głębiej niż ciała,
nieraz także i hełmy. Tym trupom łatwiej było wyjąć spod munduru znaki
rozpoznawcze, topniejący śnieg zmiękczył sukno. Otwarte usta wypełniała
woda jak u topielców. Niektórym odtajały już kończyny. Gdy zwłoki
odnoszono, były jeszcze sztywne, ale tu i ówdzie dyndała zwisająca ręka,
jakby dawała znaki - przeraźliwie obojętnie i niemal plugawie. Gdy
leżeli w słońcu, u wszystkich najpierw tajały oczy. Traciły swój szklany
połysk, a źrenice mętniały. Lód w nich topniał i powoli wypływał - jakby
płakali.
Nagle znów chwycił silny mróz i trzymał przez kilka dni. Śnieg
zeskorupiał w lód i przestał opadać. Ale potem na nowo powiał zgniły,
parny wiatr.
Początkowo widać było tylko szarą plamę w więdnącej bieli. W godzinę
później pojawiła się kurczowo wyciągnięta ręka.
- Jeszcze jeden tam leży - odezwał się Sauer.
- Gdzie? - spytał Immermann.
- Tam, przed cerkwią. Spróbujemy go wykopać?
- Po co? Wiatr sam go wygrzebie. Śnieg jest tam jeszcze głęboki, co
najmniej na jeden lub dwa metry. Ta przeklęta wieś leży niżej aniżeli
wszystko dokoła. Czy koniecznie chcesz, żeby ci się lodowata woda nalała
do butów?
- Pewno, że nie. - Sauer spojrzał w stronę kuchni. - Może wiesz, co
dostaniemy dziś do żarcia?
- Kapustę. Kapustę z wieprzowiną, kartoflami i wodą. Z tą wieprzowiną to
oczywiście bujda.
- Kapusta! Wiadomo! Już po raz trzeci w tym tygodniu! - Sauer rozpiął
spodnie i zaczął się załatwiać. - Przed rokiem jeszcze szczałem wielkim
łukiem - oświadczył rozgoryczony. - Ostro, po wojskowemu, jak się
należy. Dobrze się czułem. Pierwszorzędne żarcie! Marsz naprzód,
codziennie tyle a tyle kilometrów! Myślałem, że wkrótce będę znów w domu. Teraz sikam jak cywil, smutnie i bez przyjemności.
Immermann wsunął rękę pod mundur i drapał się leniwie.
- Mnie by tam nie obchodziło, jak szczam, bylebym tylko znowu był
cywilem.
- Mnie też. Ale wygląda na to, że wiecznie pozostaniemy żołnierzami.
- Racja. Bohaterowie do zasranej śmierci. Tylko esesowcy szczają jeszcze
wielkim łukiem.
Sauer zapiął spodnie.
- Mogą sobie na to pozwolić. My odwalamy brudną robotę, a te dranie
zagarniają całą chwałę. My walczymy dwa, trzy tygodnie o jakieś
przeklęte miasto, a ostatniego dnia przychodzi SS i zwycięsko wkracza
przed nami. A przy tym jakie mają zaopatrzenie! Zawsze najgrubsze
płaszcze, najlepsze buty i największe kawały mięsa!
Immermann uśmiechnął się złośliwie.
- Teraz SS także już nie zajmuje miast. Teraz i oni się cofają. Tak samo
jak my.
- Nie tak jak my. My nie palimy i nie rozstrzeliwujemy każdego, kogo
złapiemy.
Immermann przestał się drapać.
- Co się z tobą dzieje? - spytał zaskoczony. - Nagle ludzkie uczucia!
Uważaj, żeby cię Steinbrenner nie usłyszał, bo szybko wylądujesz w karnej kompanii. Popatrz, śnieg przed cerkwią się zapadł! Teraz widać
już kawałek ramienia.
Sauer spojrzał w tamtą stronę.
- Jeżeli dalej tak będzie topniało, jutro te zwłoki zawisną na jakimś
krzyżu. Leżą na odpowiednim miejscu. Akurat na cmentarzu.
- Tam jest cmentarz?
- No chyba. Już zapomniałeś? Staliśmy tu przecież w czasie naszej
ostatniej ofensywy, w końcu października. Nie byłeś wtedy z nami?
- Nie.
- A gdzie byłeś? W szpitalu?
- W karnej kompanii.
Sauer gwizdnął przez zęby.
- W karnej kompanii! Do diabła! Za co?
- Były komunista.
- Co? I oni cię wypuścili? Jakim cudem?
- Człowiek ma szczęście. Jestem dobrym mechanikiem. Widać bardziej
potrzebują mnie tutaj niż tam.
- Możliwe. Ale jako komunista! I w dodatku tu, w Rosji! Że też nie
wysłali cię gdzie indziej! - Sauer spojrzał na Immermanna z nagłą
podejrzliwością.
Immermann uśmiechnął się ironicznie.
- Nie bój się, nie zostałem szpiclem. I nie zamelduję o tym, co
powiedziałeś o SS. To miałeś na myśli, prawda?
- Ja? Bynajmniej. Nie przyszło mi to nawet do głowy! - Sauer sięgnął po
menażkę. - Przyjechała już kuchnia polowa! Prędko, bo dostaniemy same
pomyje.
Ręka rosła i rosła. Wydawało się, że to nie śnieg taje, lecz właśnie
ręka wyrasta powoli z ziemi, jak jakaś widmowa groźba lub wołanie o pomoc.
Dowódca kompanii przystanął.
- Co to jest?
- Pewnie jakiś Iwan, panie poruczniku.
Rahe popatrzył uważniej. Z daleka można było rozpoznać kawałek
spłowiałego rękawa.
- To nie Rosjanin.
Feldfebel Mücke poruszał palcami w butach. Nie znosił swego dowódcy.
Wprawdzie stał przed nim wyprężony jak struna - karność przede
wszystkim! - aby jednak zaznaczyć swoją pogardę, niewidocznie poruszał
palcami w butach. "Głupie bydlę - pomyślał. - Bałwan!"
- Trzeba go wydobyć - powiedział Rahe.
- Wedle rozkazu!
- Postawcie do tego od razu kilku ludzi. Nie jest to piękny widok.
"Mazgaj - pomyślał Mücke. - Gówniarz! Widok mu się nie podoba! Jakby to
był pierwszy trup, którego widzimy!"
- To niemiecki żołnierz - odezwał się Rahe.
- Wedle rozkazu, panie poruczniku. Ale od czterech dni znajdujemy tylko
Rosjan.
- Każcie go wydobyć. Wtedy zobaczymy, co to za jeden.
Rahe zawrócił do swojej kwatery.
"Zarozumiała małpa - pomyślał Mücke. - Ma piec, ciepły dom, a na szyi
dynda mu Krzyż Rycerski. Ja nie mam nawet Żelaznego Krzyża I klasy, choć
zasłużyłem na to chyba nie mniej niż on na swoją blaszaną rupieciarnię".
- Sauer! - krzyknął. - Immermann! Chodźcie tutaj! I weźcie ze sobą
łopaty! Jest tam jeszcze kto? Graeber! Hirschland! Berning!
Steinbrenner, obejmiecie komendę! Widzicie tę rękę? Wykopać i pochować,
jeżeli to Niemiec! Założyłbym się, że to nie nasz.
Steinbrenner przyczłapał powoli.
- Założymy się? - spytał. Miał wysoki, chłopięcy głos i bezskutecznie
usiłował mówić basem. - O ile?
Mücke zawahał się.
- Trzy ruble - powiedział po chwili. - Trzy ruble okupacyjne.
- Pięć! Poniżej pięciu nie zakładam się.
- Zgoda, niech będzie pięć. Ale gotówką!
Steinbrenner zaśmiał się. Jego zęby zabłysły w bladym słońcu. Miał
dziewiętnaście lat, blond włosy i twarz gotyckiego anioła.
- Naturalnie, gotówką! Jakżeby inaczej?
Mücke nie bardzo lubił Steinbrennera, ale się go bał i wolał być
ostrożny. Steinbrenner przyszedł z SS. Miał złotą odznakę Hitlerjugend.
Należał wprawdzie do kompanii, ale wszyscy wiedzieli, że jest
donosicielem i szpiclem gestapo.
- Dobrze już, dobrze. - Mücke wyciągnął z kieszeni papierośnicę z wiśniowego drewna. Na wieczku wypalony był wzór w kwiaty. - Zapalisz?
- No pewnie!
- Steinbrenner! Führer nie pali - odezwał się niedbale Immermann.
- Stul pysk!
- Sam stul pysk, ty bękarcie!
- Widać zbyt dobrze ci się powodzi! - Długie rzęsy Steinbrennera uniosły
się w górę; spojrzał z ukosa na Immermanna. - Zapomniałeś już o wszystkim, co?
Immermann zaśmiał się.
- Tak łatwo nie zapominam, Maks. Wiem, co masz na myśli. Ale i ty nie
zapominaj, co ja powiedziałem: führer nie pali. Tylko tyle. Mam na to
czterech świadków. A führer naprawdę nie pali. Wszyscy o tym wiedzą.
- Dosyć tego ględzenia - przerwał Mücke. - Weźcie się do kopania. Rozkaz
dowódcy kompanii.
- No to jazda! - Steinbrenner zapalił papierosa, którego mu dał Mücke.
- Odkąd to wolno palić na służbie? - spytał Immermann.
- To nie służba. - Mücke był wyraźnie zirytowany. - Przestańcie wreszcie
gadać i wykopcie tego Rosjanina. Hirschland, wy też.
Hirschland zbliżył się. Na jego widok Steinbrenner zarechotał:
- Wykopywanie trupów to w sam raz robota dla ciebie, Izaak! Dobrze to
zrobi twojej żydowskiej krwi. Taka praca wzmacnia ciało i ducha. Jazda,
bierz się do roboty!
- Jestem w trzech czwartych Aryjczykiem - powiedział Hirschland.
Steinbrenner dmuchnął mu dymem z papierosa prosto w twarz.
- Tak ty uważasz! W moim pojęciu jesteś ćwierć-Żydem i tylko
wspaniałomyślności führera zawdzięczasz, że pozwolono ci walczyć ramię
przy ramieniu z prawdziwymi niemieckimi żołnierzami. Jazda, wykop tego
Ruska! Zbytnio już śmierdzi dla delikatnego nosa naszego porucznika.
- To nie Rosjanin - odezwał się Graeber, który ułożył tymczasem pomost z desek i zaczął odgarniać śnieg z ramion i piersi trupa. Teraz widać było
wyraźnie przesiąkły wodą mundur.
- Nie Rosjanin? - Steinbrenner szybko i pewnie jak tancerz przebiegł po
chwiejnych deskach i przykucnął obok Graebera. - Rzeczywiście! To
niemiecki mundur! - Odwrócił się. - Mücke, to nie Rosjanin! Wygrałem!
Feldfebel zbliżył się ociężale. Spoglądał w głąb dołu, z którego brzegów
powoli spływała woda.
- Nic nie rozumiem - mruknął. - Prawie przez cały tydzień znajdowaliśmy
tylko Rosjan. To widać jakiś z grudnia, tylko zapadł się głębiej.
- Równie dobrze może to być któryś z października - powiedział Graeber.
- Wtedy nasz pułk tędy przechodził.
- Bzdura! To żaden z naszych.
- Owszem. Doszło tu wówczas do nocnego starcia. Rosjanie cofnęli się, a my musieliśmy zaraz iść dalej.
- Słusznie - potwierdził Sauer.
- Bzdura! Nasze odwody na pewno znalazły i pogrzebały wszystkich
poległych. Na pewno!
- To wcale nie jest takie pewne. Pod koniec października była już
nielicha śnieżyca, a my posuwaliśmy się wtedy jeszcze szybko naprzód.
- Już drugi raz to mówisz. - Steinbrenner spojrzał przeciągle na
Graebera.
- Jeśli chcesz, możesz to usłyszeć jeszcze raz. Wtedy przeszliśmy do
przeciwnatarcia i posunęliśmy się o ponad sto kilometrów.
- A teraz cofamy się, tak?
- Teraz wróciliśmy na to samo miejsce.
- Chcesz powiedzieć, że się cofamy? Tak czy nie?
Immermann ostrzegawczo szturchnął Graebera.
- A może idziemy naprzód? - spytał Graeber.
- Po prostu skracamy front - wtrącił Immermann, spoglądając szyderczo w twarz Steinbrennera. - Od roku już. Strategiczna konieczność, aby wygrać
wojnę. Każdy o tym wie.
- On ma pierścionek na palcu - powiedział nagle Hirschland. Kopał dalej
i odgarnął śnieg z drugiej ręki trupa.
Mücke nachylił się.
- Rzeczywiście! Nawet złoty! To ślubna obrączka.
Wszyscy spojrzeli w tę stronę.
- Strzeż się Steinbrennera - szepnął Immermann do Graebera. - Przez tę
świnię możesz stracić urlop. Zadenuncjuje cię jako defetystę. Czyha na
takie okazje.
- On tylko robi z siebie ważnego. Lepiej sam uważaj. Na ciebie jest
jeszcze bardziej cięty.
- Mnie wszystko jedno. I tak nie dostanę urlopu.
- To odznaki naszego pułku - zawołał Hirschland, rozgrzebując śnieg
rękami.
- A więc już na pewno nie Rosjanin, co? - Steinbrenner wyszczerzył zęby
do feldfebla.
- Nie, nie Rosjanin - przyznał gniewnie Mücke.
- Dawaj pięć rubli! Szkoda, że nie założyliśmy się o dziesięć.
- Nie mam przy sobie pieniędzy.
- A gdzie je chowasz? W banku? Jazda, dawaj forsę!
Mücke z wściekłością spojrzał na Steinbrennera. Wydobył zawieszoną na
piersi sakiewkę i odliczył pieniądze.
- Pechowy dzień, do diabła!
Steinbrenner schował wygraną. Graeber nadal pomagał Hirschlandowi
odgrzebywać trupa.
- Zdaje się, że to Reicke - powiedział nagle.
- To podporucznik Reicke z naszej kompanii. Spójrzcie na naramienniki. A tu, u prawej ręki, brak mu kawałka palca.
- Bzdura! Reicke był raniony i odesłano go na tyły. Tak nam później
powiedziano.
- A jednak to Reicke.
- Odgarnijcie mu śnieg z twarzy!
Graeber i Hirschland kopali dalej.
- Ostrożnie z łopatą! - zawołał Mücke. - Nie rozwalcie mu głowy!
- On już i tak nic nie czuje - powiedział Immermann.
- Stul pysk, ty komunisto! Tu spoczywa niemiecki oficer, który padł na
polu chwały.
Spod śniegu wynurzyła się twarz. Była mokra i robiła osobliwe wrażenie.
W oczodołach pełno jeszcze było śniegu, jakby rzeźbiarz nie zdążył
wykończyć maski i pozostawił ją ślepą. Między sinymi wargami mocno
błyszczał złoty ząb.
- Nie mogę go poznać - mruknął Mücke.
- To na pewno on. Wtedy straciliśmy tylko tego jednego oficera.
- Wytrzyjcie mu oczy.
Graeber zawahał się. Po chwili delikatnie zmiótł śnieg rękawiczką.
- To on - powtórzył.
Mücke był wyraźnie podniecony. Sam objął teraz komendę. Ponieważ
chodziło o oficera, uważał, że powinna się tym zająć wyższa szarża.
- Podnieście go! Hirschland i Sauer za nogi, Steinbrenner i Berning za
ręce. Graeber, uważajcie na głowę! Tylko jednocześnie - raz, dwa,
hoop...
Zwłoki poruszyły się.
- Jeszcze raz! Raz, dwa, hop!
Zwłoki poruszyły się znowu. Spod nich, ze śniegu, dobiegło jakby głuche
westchnienie. To ze świstem wdarło się tam powietrze.
- Panie feldfeblu! - krzyknął nagle Hirschland. - Noga odpada!
W istocie, but się obsuwał. Ciało przegniło w skórzanej cholewie i rozpadało się teraz.
- Puśćcie! Opuśćcie go z powrotem! - wrzeszczał Mücke.
Ale było już za późno. Zwłoki wyśliznęły się i but pozostał w ręku
Hirschlanda.
- Czy jest tam w środku noga? - zapytał Immermann.
- Odstawcie but na bok i kopcie dalej! - krzyknął Mücke do Hirschlanda.
- Kto mógł przypuszczać, że on już tak przegnił. A wy, Immermann,
bądźcie cicho. Trzeba mieć szacunek dla śmierci!
Immermann spojrzał na Mückego zdumiony, ale zamilkł.
W kilka chwil później odgarnęli resztę śniegu wokół ciała. W mokrym
mundurze znaleźli portfel z dokumentami. Pismo, choć zamazane, dało się
jeszcze odcyfrować. Graeber miał rację - to był podporucznik Reicke,
który na jesieni dowodził plutonem w ich kompanii.
- Musimy o tym natychmiast zameldować - powiedział Mücke. - Zostańcie
tu! Zaraz wrócę!
Ruszył w stronę domu, w którym mieszkał dowódca kompanii. Był to jedyny
budynek w niezłym stanie. Przed rewolucją mieszkał tu chyba pop. Rahe
siedział w dużej izbie. Mücke spojrzał nienawistnie na wielki rosyjski
piec, w którym płonął ogień. Na przypiecku spał owczarek dowódcy.
Feldfebel złożył meldunek i Rahe wyszedł razem z nim.
Podporucznik długo przyglądał się zwłokom Reickego.
- Zamknijcie mu oczy - powiedział wreszcie.
- Nie da rady, panie poruczniku - odparł Graeber. - Powieki już
przegniły. Urwą się.
Rahe spojrzał w stronę zrujnowanej cerkwi.
- Zanieście go na razie tam. Czy mamy trumnę?
- Mieliśmy kilka na szczególne okazje, ale zostawiliśmy - meldował
Mücke. - Zdobyli je Rosjanie. Mam nadzieję, że im się przydadzą.
Steinbrenner zaśmiał się. Rahe nawet się nie uśmiechnął.
- Czy można by sklecić jakąś trumnę?
- Za długo to potrwa, panie poruczniku - odpowiedział Graeber. - Ciało
już się rozpada. Zresztą we wsi nie ma odpowiedniego drewna.
Rahe skinął głową.
- Złóżcie go więc na płachtę brezentową. Zostanie w niej pochowany.
Wykopcie grób i zbijcie krzyż.
Graeber, Sauer, Immermann i Berning zanieśli rozpadające się zwłoki do
cerkwi. Za nimi szedł, ociągając się, Hirschland z butem, w którym
tkwiły szczątki nogi.
- Feldfebel Mücke! - odezwał się Rahe.
- Tak jest, panie poruczniku!
- Przyślą nam dzisiaj czterech schwytanych partyzantów rosyjskich. Jutro
rano mają być rozstrzelani. Nasza kompania dostała taki rozkaz.
Spytajcie w waszym plutonie, kto pójdzie na ochotnika. Jeżeli nikt się
nie zgłosi, kancelaria wyznaczy ludzi.
- Tak jest, panie poruczniku!
- Diabli wiedzą, dlaczego akurat my to musimy robić. Zresztą w tym
bałaganie...
- Melduję się na ochotnika - powiedział Steinbrenner.
- Dobrze. - Twarz Rahego pozostała bez wyrazu. Wykopaną w śniegu dróżką
zawrócił do domu.
"Z powrotem do swojego pieca - pomyślał Mücke. - Co za mazgaj! Wielka mi
rzecz, rozstrzelać kilku partyzantów. Tak jakby oni nie rozwalali
setkami naszych towarzyszy!"
- Jeżeli Rosjanie przyjdą wcześniej, mogliby od razu wykopać grób i dla
Reickego - rzekł Steinbrenner. - Nie będziemy mieli z tym roboty, odwalą
wszystko za jednym zamachem. Co, panie feldfeblu?
- Niech i tak będzie! - Mückego żółć zalewała. "Belferska dusza -
pomyślał o swoim dowódcy. - Chuda szczapa w rogowych okularach.
Poruczniczyna jeszcze z pierwszej wojny! Teraz też nie dochrapał się
awansu. Dzielny, to prawda, ale któż z nas nie jest dzielny? Nie ma
jednak natury wodza..."
- Co sądzicie o Rahem? - zwrócił się do Steinbrennera.
Ten spojrzał na niego zdziwiony.
- To nasz dowódca kompanii.
- Zgoda, ale poza tym?
- Poza tym? Co poza tym?
- Nic - burknął Mücke.
- Dosyć głęboko? - spytał najstarszy Rosjanin.
Był to mężczyzna lat około siedemdziesięciu, z brudną, siwą brodą i ciemnoniebieskimi oczami. Mówił łamaną niemczyzną.
- Stul pysk, bolszewiku, mów tylko wtedy, kiedy cię pytają - warknął
Steinbrenner. Był bardzo ożywiony. Wzrokiem śledził kobietę, która
znajdowała się wśród partyzantów. Była młoda i krzepka.
- Głębiej - powiedział Graeber; pilnował jeńców razem ze Steinbrennerem
i Sauerem.
- Dla nas? - spytał znów Rosjanin.
Steinbrenner przyskoczył szybko i zwinnie i z całej siły uderzył go na
odlew w twarz.
- Powiedziałem ci już, dziadku, że masz zamknąć pysk. Co ty sobie
wyobrażasz? Tu nie jarmark!
Uśmiechnął się. W jego twarzy nie było złości. Malowało się na niej
jedynie zadowolenie, jakie widać czasem u dziecka, gdy znęca się nad
schwytaną muchą.
- Nie, ten grób nie jest dla was - odparł Graeber.
Rosjanin nawet nie drgnął. Stał spokojnie i tylko patrzył na
Steinbrennera. Ten również go obserwował. Twarz mu się nagle zmieniła:
była teraz napięta i czujna. Przypuszczał, że Rosjanin rzuci się na
niego, i czekał tylko na pierwszy odruch. Nie miałoby wielkiego
znaczenia, gdyby go teraz zastrzelił; ten człowiek i tak został skazany
na śmierć i nikt by nawet nie spytał, czy Steinbrenner działał w obronie
własnej czy nie. Dla niego jednak nie było to obojętne. Graeber
zastanawiał się, czy prowokowanie Rosjanina było dla Steinbrennera tylko
pewnego rodzaju sportem, czy też tkwiła w nim jeszcze resztka jakiejś
dziwacznej pedanterii, która kazała mu szukać pretekstu, aby i morderstwo miało pozór legalności. Zapewne chodziło o jedno i drugie. O jedno i drugie równocześnie. Graeber nieraz już zdołał to zaobserwować.
Rosjanin nie poruszył się. Krew ciekła mu z nosa i wsiąkała w brodę.
Graeber rozmyślał, jak by on sam postąpił w podobnej sytuacji: czy
rzuciłby się na wroga, wiedząc, że czeka go natychmiastowa śmierć, czy
też przyjąłby wszystko spokojnie, w zamian za kilka godzin, za jeszcze
jedną noc życia. Sam nie wiedział.
Rosjanin powoli schylił się i sięgnął po kilof. Steinbrenner cofnął się
o krok. Był gotowy do strzału. Ale Rosjanin nie wyprostował się. Znów
zaczął kopać na dnie dołu. Steinbrenner uśmiechnął się szyderczo.
- Kładź się - rozkazał.
Rosjanin odstawił kilof i położył się w dole. Leżał bez ruchu i tylko
kilka grudek śniegu spadło na niego, gdy Steinbrenner podszedł do grobu.
- Dosyć długi? - spytał Steinbrenner Graebera.
- Chyba tak. Reicke nie był wysoki.
Rosjanin spojrzał w górę. Miał szeroko otwarte oczy. Wydawało się, że to
błękit nieba w nich się odbija. Broda wokół jego ust falowała lekko przy
oddychaniu. Przez chwilę jeszcze Steinbrenner spoglądał na niego z góry.
- Raus! - zawołał wreszcie.
Rosjanin wygramolił się z dołu. Mokra ziemia oblepiła mu kaftan.
- No dobrze - powiedział Steinbrenner, spoglądając na kobietę. - Teraz
pójdziemy kopać groby dla was. Nie muszą być tak głębokie. Nic się nie
stanie, jeśli was latem lisy zeżrą.
Był wczesny ranek. Nad horyzontem wstawał bladoróżowy świt. Śnieg
skrzypiał pod nogami, nocą znów chwycił przymrozek. Czerniły się
wykopane groby.
- Cholera! - zaklął Sauer. - Wszystko zwalają na nas! Dlaczego my to
mamy robić, a nie SD[1]? To przecież specjaliści od rozwalania
ludzi. My jesteśmy porządnymi żołnierzami. Dlaczego więc my? I to już po
raz trzeci.
Graeber opuścił karabin. Palce mu zgrabiały od zimnej stali; naciągnął
rękawice.
- SD zajęte jest na tyłach.
- To prawda. Ci panowie nie pchają się na front. Czy Steinbrenner nie
służył dawniej w SD?
- Podobno był w obozie koncentracyjnym. Jako komendant bloku czy ktoś w tym rodzaju.
Nadeszli pozostali. Z nich wszystkich tylko Steinbrenner był ożywiony i wyspany. Twarz miał zaróżowioną jak dziecko.
- Słuchajcie! - zawołał. - Tę krowę zostawcie dla mnie!
- Jak to dla ciebie? - spytał Sauer. - Już nie zdążysz jej zrobić
bachora. Trzeba było wcześniej spróbować.
- Toteż próbował - powiedział Immermann.
- Skąd ty o tym wiesz? - Steinbrenner odwrócił się gniewnie.
- Tylko że ona go nie dopuściła.
- Coś taki cwany? - warknął Steinbrenner. - Gdybym chciał, mógłbym mieć
tę czerwoną krowę.
- Albo i nie!
- Dość tego gadania! - Sauer odgryzł kawałek prymki. - Jeśli ma ochotę
sam ją rozwalić, proszę bardzo. Nie będę mu przeszkadzał. Nie palę się
do tego.
- Ja też nie - oświadczył Graeber.
Pozostali milczeli. Zrobiło się widniej. Hirschland spojrzał na zegarek.
- Śpieszy ci się, Izaak? - spytał Steinbrenner. - Powinieneś się
cieszyć, że cię wyznaczono. Taka egzekucja to doskonałe lekarstwo na
twoje żydowskie sentymenty. - Splunął. - Rozstrzeliwać taką bandę!
Szkoda amunicji! Należałoby ich wszystkich powiesić! Tak robimy gdzie
indziej!
- Na czym? - Sauer rozejrzał się dokoła. - Znajdź tu jakieś drzewo. A może mamy jeszcze budować szubienicę? Z czego?
- Już idą - powiedział Graeber.
Nadszedł Mücke, prowadząc czworo Rosjan. Dwaj żołnierze szli przed nimi,
dwaj za nimi. Na przedzie kroczył starzec, za nim szła kobieta, na końcu
- dwaj młodsi mężczyźni. Nie czekając rozkazu, wszyscy czworo ustawili
się szeregiem przed grobami. Tylko kobieta spojrzała jeszcze w głąb
dołu, nim się odwróciła. Miała na sobie czerwoną wełnianą spódnicę.
Z domu dowódcy kompanii wyszedł podporucznik Müller z pierwszego
plutonu. Zastępował Rahego przy egzekucji. To absurdalne, ale często
jeszcze zachowywano pozory. Nie wiadomo było, czy tych czworo Rosjan
jest partyzantami czy nie, lecz przesłuchano ich i skazano jak
najbardziej formalnie, choć nie dano im najmniejszej możliwości obrony.
Cóż było zresztą do udowodnienia? Podobno mieli broń. Teraz zostaną
rozstrzelani z zachowaniem całego rytuału i w asyście oficera. Jakby im
to w gruncie rzeczy nie było obojętne.
Podporucznik Müller miał dwadzieścia jeden lat. Przed sześcioma
tygodniami przydzielono go do tej kompanii. Popatrzył na skazanych i odczytał wyrok.
- Krowa dla mnie - szepnął Steinbrenner.
Graeber spojrzał na kobietę. Stała spokojnie przed grobem w swojej
czerwonej spódnicy. Była młoda, silna, zdrowa i stworzona do rodzenia
dzieci. Nie rozumiała ani słowa z tego, co czytał Müller, ale wiedziała,
że to wyrok śmierci. Wiedziała, że za kilka minut życie, które tak
silnie tętniło w jej żyłach, ustanie na zawsze. A mimo to stała
spokojnie, jak gdyby nigdy nic, i wydawało się jedynie, że marznie z lekka w porannym chłodzie.
Graeber zauważył, że Mücke, zaaferowany, szepcze coś do ucha
podporucznikowi. Müller podniósł wzrok.
- Nie można tego potem zrobić?
- Lepiej teraz, panie poruczniku. Wygodniej.
- Dobrze. Róbcie, jak chcecie.
Mücke wystąpił naprzód.
- Powiedz temu tam, żeby ściągnął buty - zwrócił się do starego
Rosjanina, który rozumiał po niemiecku, i wskazał na młodszego jeńca.
Stary przełożył rozkaz towarzyszowi. Mówił cicho i niemal śpiewnie.
Tamten, wątły mężczyzna, nie zrozumiał początkowo, o co chodzi.
- Prędzej! - warknął Mücke. - Buty! Ściągaj buty!
Starzec powtórzył swoje słowa. Wreszcie młodszy zrozumiał i spiesznie,
jak ktoś, kto zaniedbał obowiązku, zaczął ściągać buty. Zataczał się
przy tym, stojąc na jednej nodze.
"Dlaczego się tak śpieszy? - myślał Graeber. - Chce umrzeć o minutę
prędzej?"
Mężczyzna podniósł buty i podał je usłużnie Mückemu. Były dobre. Mücke
burknął coś i wskazał na bok. Rosjanin odstawił buty i wrócił do
szeregu. Stał teraz na śniegu w brudnych onucach, z których wystawały
żółte paluchy; podkurczał je zmieszany.
Mücke zlustrował pozostałych Rosjan. U kobiety zauważył futrzane
rękawice. Kazał je dołożyć do butów. Przez chwilę jeszcze przyglądał się
czerwonej spódnicy. Była niezniszczona i z dobrego materiału.
Steinbrenner zachichotał ukradkiem, ale Mücke zostawił kobietę w spokoju. Nie wiadomo, czy bał się Rahego, który ze swego okna mógł
obserwować egzekucję, czy też nie wiedział po prostu, co począć ze
spódnicą. Cofnął się.
Kobieta powiedziała szybko kilka słów po rosyjsku.
- Spytajcie ją, czego jeszcze chce - odezwał się podporucznik Müller.
Był bardzo blady, pierwszy raz w życiu brał udział w egzekucji.
Mücke spytał starego Rosjanina.
- Ona nic nie chce. Przeklina was tylko.
- Co?! - zawołał Müller, nie dosłyszawszy.
- Przeklina was - powtórzył Rosjanin głośniej. - Przeklina was i wszystkich Niemców, którzy znajdują się na rosyjskiej ziemi! Przeklina
wasze dzieci! Ona życzy wam, aby jej dzieci zabijały tak kiedyś wasze
dzieci, jak wy nas teraz zabijacie.
- Co za bezczelność! - Mücke wlepił wzrok w kobietę.
- Ona ma dwoje dzieci - ciągnął dalej starzec. - A ja mam trzech synów.
- Dosyć, Mücke - zawołał Müller nerwowo. - Nie jesteśmy spowiednikami.
Baczność!
Żołnierze znieruchomieli. Graeber, który znów ściągnął rękawice, mocniej
ujął karabin. Duży i wskazujący palec przywarły do zimnej stali. Obok
niego stał Hirschland. Zżółkł, lecz stał nieporuszony. Graeber
postanowił celować w pierwszego Rosjanina z lewej strony. Początkowo,
gdy przydzielono go do plutonu egzekucyjnego, strzelał w powietrze. Ale
później już tego nie robił. W ten sposób nie oddawało się przysługi
skazańcom. Inni postępowali podobnie i zdarzało się, że prawie wszyscy
rozmyślnie chybiali. Egzekucję powtarzano, tak że jeńcy rozstrzeliwani
byli dwukrotnie. Raz wprawdzie jakaś kobieta, gdy nie została trafiona,
padła na kolana i ze łzami w oczach dziękowała za tę jedną czy dwie
minuty życia, które w ten sposób jeszcze zyskała. Graeber niechętnie ją
wspominał. Zresztą tego rodzaju historie już się więcej nie zdarzyły.
- Cel!
Nad muszką karabinu Graeber widział Rosjanina. Był to ów starzec z brodą
i niebieskimi oczami. Celownik rozcinał mu twarz na dwoje. Graeber
obniżył lufę. Ostatnim razem odstrzelił skazańcowi szczękę. "Pierś jest
pewniejsza" - pomyślał. Spostrzegł, że Hirschland unosi wyżej lufę i chce strzelać ponad głowy.
- Mücke cię widzi! - szepnął. - Opuść niżej! Bardziej na bok!
Hirschland obniżył wylot karabinu.
- Ognia! - padła komenda.
Rosjanin jak gdyby się uniósł i chciał podbiec do Graebera. Wygiął się
niby postać odbita w krzywym zwierciadle ustawionym w jarmarcznej
budzie. Wygiął się i runął w tył, do grobu. I tylko nogi jego sterczały
na zewnątrz.
Dwaj inni padli tam, gdzie stali. Ten bez butów w ostatniej chwili
poderwał ręce, aby osłonić twarz. Jedna dłoń zwisała teraz na ścięgnach
jak łachman. Rosjanom nie skrępowano rąk ani nie zawiązano oczu. Po
prostu zapomniano o tym.
Kobieta upadła do przodu. Żyła jeszcze. Wspierając się na ręku, uniosła
głowę i patrzyła na żołnierzy. Na twarzy Steinbrennera malowało się
zadowolenie. On jeden w nią celował. Dostała kulą w brzuch. Steinbrenner
był celnym strzelcem.
Stary Rosjanin wycharczał coś z grobu i zamilkł. Tylko kobieta jeszcze
żyła. Wpiła oczy w żołnierzy i syczała, ale nikt już nie mógł
przetłumaczyć jej słów. Leżała wsparta na rękach, jak wielka kolorowa
żaba, która nie może się już poruszać, i syczała, ani na chwilę nie
odwracając oczu. Nie zauważyła nawet, że z boku zbliża się rozeźlony
Mücke. Syczała i syczała i dopiero w ostatniej chwili spostrzegła
rewolwer. Szarpnęła głową i wgryzła się w dłoń feldfebla. Mücke zaklął i lewą ręką trzasnął ją w szczękę. Gdy kobieta rozwarła usta, strzelił jej
w tył głowy.
- Cholera! - warknął Müller. - Nie umiecie celować?
- To Hirschland, panie poruczniku - zameldował Steinbrenner.
- Nie, to nie Hirschland - odezwał się Graeber.
- Milczeć! - wrzasnął Mücke. - Czekajcie, aż was zapytają. - Spojrzał na
Müllera. Podporucznik stał nieruchomo, był bardzo blady. Mücke pochylił
się nad pozostałymi Rosjanami. Jednemu z nich przyłożył rewolwer za ucho
i strzelił. Głowa odskoczyła i znów spoczęła bezwładnie. Mücke schował
rewolwer, obejrzał rękę i owinął ją wyciągniętą z kieszeni chustką.
- Trzeba zajodynować - powiedział Müller. - Gdzie tu jest sanitariusz?
- W trzecim domu na prawo, panie poruczniku.
- Idźcie tam zaraz.
Mücke oddalił się. Müller popatrzył na trupy. Kobieta leżała na
rozmiękłej ziemi twarzą w dół.
- Wrzućcie ją do dołu i zasypcie - powiedział. Był strasznie
rozdrażniony, sam nie wiedząc dlaczego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
SD - Sicherheitsdienst - Służba Bezpieczeństwa SS. [wróć]