Prolog
Córki Marianny i Władysława Lisieckich urodziły się w letnie, parne popołudnie, kiedy ich ojciec w lepkiej od potu koszuli ocierał zroszone czoło, a pracujący na polach chłopi słaniali się na nogach. Władysław każdego roku czynnie uczestniczył w żniwach. Wychodził z założenia, że każda para rąk jest potrzebna do pracy i jego dłonie w niczym nie są lepsze od chłopskich. Z zapałem kosił zboże, czym dawał przykład parobkom utyskującym na nieznośne warunki. Nie narzekał, nie uchylał się od obowiązków. Z dumnie podniesionym czołem parł przed siebie i cieszył się z dorodnego plonu. Na tyle zapamiętał się w robocie, że nie zauważył niewielkiego skaleczenia na nodze.
Późnym wieczorem udał się do domu. Zaraz dopadła go ochmistrzyni i skierowała do pańskiej sypialni. Zmęczony mężczyzna wszedł do pomieszczenia bez większego entuzjazmu. Jedyne, czego pragnął to strawy, kąpieli i długiego odpoczynku. Tymczasem jego oczom ukazał się biblijny niemal widok. Oto matka przystawiała do nabrzmiałej piersi kwilące zawiniątko. Dostrzegłszy męża, Marianna uśmiechnęła się lekko, wciąż odczuwając skutki wielogodzinnego porodu. Władysław na chwiejnych nogach podszedł do łoża. Naraz jakby wstąpiły w niego nowe siły. Spoczął obok położnicy, roziskrzonym wzrokiem wpatrywał się w matkę swego dziecka, wylewnie dziękując za sprowadzenie maleństwa na świat. Wówczas Marianna resztkami sił głową wskazała na kołyskę. Zdumiony Władysław dojrzał leżące spokojnie dziecko. Przenosił więc wzrok z jednego maleństwa na drugie, jakby sprawdzał, czy nie doznał pomieszania zmysłów.
- Mamy dwie dziewczynki - powiedziała cicho Marianna. Niepewnie czekała na reakcję męża. Mężczyźni oczekiwali synów, córki, w dodatku dwie naraz, stanowiły kłopot. Wszak należało wyposażyć je w solidnej wielkości posag, a rodu nie przedłużą.
- Są idealne - powiedział wzruszony Władysław po długiej chwili milczenia. Z namaszczeniem przejął niemowlę z rąk żony, przyglądał się bezradnej istotce i już snuł plany na jej przyszłość. - Nasze córki będą piękne, charakterne i szczęśliwe.
Oddał dziecię rodzicielce. Sam upojony radością namiętnie pocałował Mariannę, po czym wyszedł i zarządził toast za zdrowie dziedziczek. O swojej doli nie wspomniał, choć i jemu przydałyby się szczere życzenia.
Następnego dnia nie wstał z posłania. Majaczył, złożony gorączką. Sprowadzony z miasta doktor orzekł zakażenie krwi. Rana zadana kosą jątrzyła się i ropiała. Upuszczanie krwi nie dawało rezultatów. Tydzień później Lisiecki wyzionął ducha.
Naznaczona tragedią Marianna nie interesowała się dziećmi. Ochmistrzyni najęła dwie mamki, sprowadziła lekarza do wdowy. Medyk stwierdził głęboką melancholię, czemu trudno się było dziwić, zważywszy na okoliczności. Nakazał parzenie ziół i obserwowanie biedaczki. Służki pilnowały zatem, by pani Marianna jadła, przynosiły córeczki do pokoju, lecz kobieta nie spoglądała w stronę dziewczynek. Podświadomie obwiniała je o śmierć Władysława. Wszak straciła go, gdy spotkał się z nimi po raz pierwszy. Odganiała się od Matyldy i Elizy niczym od natrętnych much. W końcu nieznoszącym sprzeciwu głosem poleciła trzymać maleństwa z dala od siebie.
Po złożeniu Władysława w rodzinnym grobowcu z trudem zniosła konsolację, podczas której z obojętnością przyjmowała liczne kondolencje. Pod przykryciem z czarnego woalu kryła się kredowobiała twarz naznaczona cierpieniem. Zgromadzeni współczuli jej w żałobie, litowali się nad sierotami, zastanawiali nad przyszłością rodu. Co oczywiste, brat zmarłego przejął kierowanie dworem, bo Marianna nie nadawała się do jego prowadzenia.
Tydzień później Lisiecka wyjechała do Warszawy, do matki i ojca. Z konieczności zabrała córki. Szwagier obiecał przekazywać jej procenty z zysków, lecz te malały w miarę upływu czasu, aż źródło dochodów całkiem wyschło.
Rodzinie Marianny nie wiodło się najlepiej. Utrzymanie córki oraz wnuczek sporo ich kosztowało, nieraz więc dawali jej do zrozumienia, że jest ciężarem. Jednakowo namawiali ją do powtórnego wyjścia za mąż, bez wybrzydzania na kandydata, bo kobietę z przychówkiem określano jako towar wybrakowany, nienadający się do powtórnego użytkowania. Zdesperowana Marianna przyjęła oświadczyny czterdziestoletniego fabrykanta, zatwardziałego kawalera o surowej fizjonomii i skostniałym spojrzeniu. Julian Koszecki zabrał żonę do siebie, na dziewczynki kręcił nosem, ale zaakceptował ich obecność w domu. Mimo wielokrotnie podejmowanych prób para nie doczekała się wspólnych dzieci. Marianna trzykrotnie zachodziła w ciążę. Pierwszą straciła zaledwie kilka dni po wizycie lekarza. Drugą poroniła na miesiąc przed rozwiązaniem. Najtragiczniejsza okazała się trzecia. Marianna, teraz Koszecka, urodziła wątłego chłopca, który przeżył niecałą dobę. Sąsiedzi i znajomi, jak również żądna sensacji śmietanka towarzyska powtarzała, że żona Juliana nigdy nie powije mu zdrowego potomka, bowiem w głębi duszy odeszła wraz z Władysławem i już nie powoła na świat zdrowego dziecka. Zresztą każdy widział, jak źle wyglądała. Przeraźliwie chuda, z zapadniętymi policzkami, zmatowiałymi włosami, całe dnie spędzała w fotelu ustawionym przed oknem wychodzącym na ulicę. Nie zajmowała się Elizą i Matyldą, nie zajmowała się domem ani mężem.
Julian nieraz jeszcze doprowadzał do zbliżenia, lecz po tym z obrzydzeniem wstawał z łóżka, uderzał Mariannę w twarz, chcąc pobudzić ją do życia, po czym rugał za bezużyteczność. Pastwił się nad biedaczką, nie dostrzegając, że znajdowała się w jego domu jedynie ciałem. Dzieciaczki traktował niczym dopust boży. Córki innego mężczyzny były ujmą na honorze, szczególnie jeśli nie posiadało się własnych. Gdyby nie dobre serce gospodyni, poczciwej Maciejowej, co odchowała własne dzieci i doglądała jaśnie pana w latach szczenięcych, bliźniaczki czekałby okrutny los. Dbała, żeby właściwie się chowały, karmiła, pielęgnowała w chorobie, ocierała łezki, gdy matka odtrącała spragnione miłości istotki. Ona też po śmierci pani Marianny nie zostawiła ich na pastwę losu.
Koszecka odeszła w styczniową, mroźną noc. Wyszła z kamienicy na Krakowskim Przedmieściu bez butów, w koszuli nocnej. Zmarznięta, ledwie żywa dotarła pod kościół Kapucynów, gdzie zległa przed zamkniętymi drzwiami. Rankiem zsiniałe ciało znalazł jeden z zakonników.
W cichym pogrzebie wzięło udział zaledwie kilka osób. Julian nie rozgłaszał wieści o nagłym wdowieństwie. Ogarniało go zażenowanie na myśl o tym, jak będzie potraktowany przez towarzystwo, kiedy plotkary dowiedzą się, co uczyniła Marianna. Już ksiądz kręcił nosem na pochówek w poświęconej ziemi. Uważał bowiem, że kobieta targnęła się na życie, a dla takich nie było miejsca na parafialnym cmentarzu, zwłaszcza w centralnej części, gdzie znajdował się rodzinny grób Koszeckich. Marudził, narzekał, zastanawiał się, co ludzie powiedzą, wskazywał doskonałą, jego zdaniem, lokalizację dla mogiły - pod płotem. Zmienił zdanie po przygarnięciu kiesy wypełnionej monetami. Zapewnił wówczas, że uroczystość odbędzie się zgodnie z ceremoniałem. Prosił jednocześnie, aby odbyła się bez tłumów, na co Julian przystał bez sprzeciwu.
W równie cichy sposób postanowił pozbyć się Matyldy i Elizy. Niespełna trzyletnie dziewczynki nigdy nie skradły jego serca. Nie żywił do nich żadnych uczuć poza zazdrością. One przecież żyły, a jego dzieci, poza synkiem, któremu po dziadku ze strony ojca nadano imię Edward, nie miały nawet swojego kawałka ziemi. Długo głowił się, co począć z córkami Marianny. O oddaniu do przytułku nie było mowy, Julian nie był wszak draniem skazującym dzieci na najgorszy los. O ile orientował się w sytuacji rodzinnej żony, przewidywał, że jej najbliżsi nie zechcą przygarnąć dziewczynek. Majątkiem Lisieckich zawiadywał natomiast brat Władysława i to na nim spoczywał moralny obowiązek zajęcia się krewniaczkami.
O swojej decyzji powiadomił starsze siostry, Paulinę Bagrowską oraz Justynę Wątebską. Pewny poparcia, wyklarował stanowisko i zaraz spotkał się z oburzeniem.
- Drogi bracie, nigdy nie mówiłam ci, co masz czynić, lecz tym razem jestem zmuszona się sprzeciwić - odezwała się stanowczo Justyna.
- Dlaczego? - Julian powiódł wzrokiem po kobietach. O ile na obliczu Pauliny malowała się obojętność, o tyle Justyna jawnie okazywała dezaprobatę wobec postanowienia brata. Lisiecki od lat nie interesował się bratanicami, uważał, że pora, aby wziął za nie odpowiedzialność.
- Powiedz, przemyślałeś zamiary? Chcesz spakować Elizę i Matyldę, oddać w obce ręce i zapomnieć o ich istnieniu?
- Lisieccy nie są obcy, to rodzina.
- Rodzina, która, jak sam wspomniałeś, w żaden sposób nie troszczyła się o dzieci zmarłego. Czyżbyś sądził, że nagle ulitują się nad sierotami?
- Nie moja to sprawa ani twoja. Więzy krwi są najważniejsze, ze mną nic je nie łączy.
- Oprócz wspólnie spędzonych lat. Eliza i Matylda znają tylko twój dom, ciebie, twoją służbę. Chcesz czy nie, tworzycie rodzinę. Nie zapominaj, że prawnie roztoczyłeś nad nimi opiekę.
- Na życzenie Marianny.
- Mimo że nie okazała się dobrą matką, w jednym postąpiła właściwie. Zabezpieczyła maleństwa na wypadek nieszczęścia.
- Ty też uważasz, że to było samobójstwo? - warknął Julian. - Może zaraz mi powiesz, jak bardzo Marianna była ze mną nieszczęśliwa.
- Ona nie była nieszczęśliwa z tobą, Julianie. Ona była nieszczęśliwa sama ze sobą. Nie przeżyła należycie żałoby po pierwszym mężu, nie pogodziła się z wyrokami przeznaczenia, dlatego nie mogła odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nikt na tym świecie nie pomógłby jej w uporaniu się z fatalizmem targającym duszę. Ona od dawna jedynie trwała zamiast żyć.
- I każesz mi każdego dnia przeżywać katusze, przypominać o tragizmie sytuacji, patrzeć na dziewczynki przeistaczające się w jej kopie? - Koszecki bezwiednie rwał włosy z głowy. Justyna zasiała ziarno wątpliwości, które powoli zaczynało kiełkować.
- Jeśli to cię nie przekonuje, zastanów się nad reakcją społeczeństwa. Ponoć liczysz się ze zdaniem otoczenia, zważ wobec tego, co powiedzą, gdy wyrzucisz maluchy za drzwi. Stare matrony nie dadzą ci żyć, a że mają wpływ na mężów, ci rozważą, czy wchodzić w interes z kimś, kto nie szanuje drugiego człowieka.
- Co mam zrobić? - Julian wydawał się pokonany przez konwenanse, zasady i ograniczenia współczesności. - Nie chcę ich tu, rozumiesz? - Jego klatka piersiowa poruszała się w przyspieszonym rytmie, ręce drżały niczym w febrze. - Nie mogę na nie patrzeć. O wszystkim mi przypominają. Nie chcę, nie chcę, nie chcę...
- Oddaj je mnie na wychowanie - zaproponowała Justyna.
Spojrzał na siostrę oniemiały. Z równym zdumieniem spoglądała na nią Paulina.
- Zaopiekuję się Matyldą i Elizą. Zabiorę do dworu w Wilanowie i zajmę się jak swoimi. Wiesz, że natura nie pobłogosławiła mnie potomstwem... - Justyna powstrzymała cisnące się do oczu łzy.
- Co na to Norbert? - Julian zapytał o szwagra. - On nie ma nic wspólnego z dziećmi Marianny.
- Zgodzi się. Zrobi, o co go poproszę. - Justyna dumnie uniosła głowę. - Bracie, nie skreślaj dziewczynek. Wycierpiały stanowczo zbyt dużo jak na ich wiek. Nie rujnuj im przyszłości.
Koszecki w końcu uległ. Jeszcze tego samego dnia służba spakowała rzeczy Matyldy i Elizy. Po wieczornym posiłku przed kamienicę zajechał powóz Norberta Wątebskiego. Kufry wylądowały na dachu, a Maciejowa, która wybłagała przeprowadzkę z maleństwami, usiadła na pokrytej czerwonym suknem kanapie, przytuliła pochlipujące nieboraki i ruszyła w drogę po nowe szanse dla pokaranych przez przeznaczenie córek Marianny i Władysława.
Następnego dnia do wilanowskiego dworu przyjechała Paulina. Bagrowska przywitała się z siostrą, obejrzała pokój bliźniaczek, popatrzyła na bawiące się w salonie trzylatki, po czym oświadczyła, że jeszcze dziś zabiera jedną z dziewczynek do siebie.
Skonsternowana Justyna zamarła w pół kroku.
- Jak to? - zająknęła się. - Co masz na myśli?
- To, co słyszałaś. - Paulina dumnie podniosła głowę. - Nie tylko ciebie los nie obdarzył potomstwem. Ja także pragnę dziecka.
- Ależ... - Justyna złapała się za głowę. - Nie godzi się rozdzielać rodzeństwa.
- Przecież nie będę broniła siostrom kontaktu - rzekła Paulina. - Zresztą nie uważasz, że to byłoby sprawiedliwe, gdyby jedna zamieszkała u mnie?
- Nie rozumiem...
- Och, doskonale rozumiesz - prychnęła Bagrowska. - Przypomnieć ci, droga siostro, wydarzenia sprzed lat?
Justyna spuściła wzrok. Minęło tyle czasu, lecz nadal wstydziła się zachowania, które doprowadziło do niewyobrażalnej dla rodziny tragedii. Niewiele wówczas brakowało, żeby stracili Paulinę. Wszystko zaś przez grzechy... Oto kilka miesięcy po ślubie starszej o dwa lata Pauliny, Justyna, niedoświadczona panienka, uległa urokowi przystojnego szwagra. Będąca wówczas w stanie błogosławionym żona odmawiała mu zbliżeń, dlatego zwrócił uwagę na podlotka, którego rodzice nieopatrznie przysłali do dworu, aby dotrzymywała siostrze towarzystwa. Nieodporna na pochlebstwa Justyna pozwoliła na spotkania sam na sam, podczas których szwagier co rusz skracał dzielący ich dystans. Przyłapani na gorącym pocałunku przez Paulinę, stali się świadkami tragedii. Kobieta straciła dziecko, a w wyniku komplikacji szansę na ponowne macierzyństwo.
Paulina dopiero po latach wybaczyła siostrze podły postępek. Przy wielu okazjach nie omieszkiwała mimo to wypominać jej swej niedoli.
- Jestem wspaniałomyślna i nie upomnę się o obie dziewczynki. Dwie sprawią zbyt dużo problemów - objaśniła protekcjonalnie. - Wezmę tę, co bawi się klockami. Wydaje się bardziej ułożona. - Wskazała na Matyldę. - Niech służba spakuje jej rzeczy. Za pół godziny ruszam do siebie.
Wątebska cichym głosem wydała ochmistrzyni dyspozycje. Jeśli uznała polecenie za barbarzyńskie i nieczułe, nie dała po sobie niczego poznać. Za to Maciejowa nie kryła rozpaczy. Kucharka pokochała oba maleństwa. Obdarzyła je równą miłością i nie była w stanie pojąć, czemu pani Justyna zgodziła się na absurdalne żądanie.
- Jakże mam wybierać między tymi aniołkami? - biadała rozżalona. - Toć i Matyldzia, i Elizka zasługują na najlepsze. Co mnie, nieszczęsnej, robić? Przecież jednej i drugiej oddałam serce!
Paulina rozsiadła się w powozie. O wyznaczonej porze Justyna wzięła Matyldę na ręce i z załzawionymi oczami wyszła z domu. Przekazała dziecko siostrze i bez pożegnania uciekła w głąb dworu. Miarowy stukot kół wyżłobił koleiny w jej porwanym na kawałki sercu.