Czas zapomnienia. Kair, czwarta rano - Joanna Jax

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Ber­lin, 1947

Spo­dzie­wała się tego... Ann-Ka­trin Schne­ider od chwili gdy zo­ba­czyła sie­dzą­cego za kie­row­nicą woj­sko­wego ga­zika Con­nora, my­ślała nie­ustan­nie o tym, kiedy i w ja­kich oko­licz­no­ściach ją za­trzyma. A jed­nak gdy usiadł na­prze­ciwko i uśmiech­nął się drwiąco, je­dyną jej re­ak­cją było rzu­ce­nie się do ucieczki. Zimny i sta­now­czy głos przy­wo­łał ją jed­nak do po­rządku i opa­dła z po­wro­tem na krze­sło.

Evans ni­gdy nie dzia­łał w ciemno. Je­śli rzu­cił po­dobne zda­nie, ozna­czało, że przy drzwiach wpad­nie na jego straż przy­boczną i po­wrócą do punktu wyj­ścia.

W tle są­czyła się spo­kojna mu­zyka, do jej uszu do­bie­gały ci­che roz­mowy ja­kiejś pary, a za ba­rem uwi­jała się młoda dziew­czyna. Ann-Ka­trin za wszelką cenę pra­gnęła sku­pić się na czymś in­nymi niż na so­bie. Po kilku mi­nu­tach, kiedy to ani ona, ani Con­nor nie po­wie­dzieli choćby słowa, pod­jęła de­cy­zję. Wy­cią­gnęła w jego stronę ręce i wes­tchnęła:

- W po­rządku, Evans, je­stem go­towa.

Zer­k­nął na jej dło­nie i za­py­tał z iro­nią w gło­sie:

- Mam cię w nie uca­ło­wać? Czy wsu­nąć pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy na pa­lec?

- Aresz­tuj mnie.

- Nie mogę tego zro­bić, mu­siał­bym we­zwać po­li­cję.

- To na co cze­kasz? - wy­szep­tała.

- Naj­pierw po­roz­ma­wiamy. Na po­czą­tek mam do cie­bie py­ta­nie. Bar­dzo ła­twe. Ann-Ka­trin, kim ty, do ja­snej cho­lery, je­steś?

- Ann-Ka­trin Schne­ider albo Ka­ren Bre­ner, wy­bierz so­bie - prych­nęła.

- Gdzie miesz­kasz? Ad­res po­pro­szę - za­żą­dał.

Od tak dawna go nie wi­działa. Gdyby nie jego zbrod­nia po­peł­niona na La­ti­fie, mo­głaby mu na­wet wy­ba­czyć to, że ją okradł. Na­prawdę była idiotką...

Po­dała mu ad­res. Nie było sensu tego ukry­wać, cho­ciaż wła­ści­wie po tym, co zo­ba­czyła w swo­jej piw­nicy, mo­gła na­zy­wać sie­bie bez­domną. Za żadne skarby świata nie za­mie­rzała wra­cać na stałe do tego miej­sca.

Sie­działa ze spusz­czoną głową, bo nie chciała pa­trzyć na Con­nora.

- Mam na­dzieję, że Gi­sele nie bę­dzie miała przeze mnie kło­po­tów - po­wie­działa ci­cho.

- Gi­sele Rich­ter bar­dzo cię lubi. Ją też na­bra­łaś, dla­tego nie będę się nad nią znę­cał. Ona rów­nież jest twoją ofiarą. Tak jak kilka in­nych osób.

- Po­pro­si­łam ją tylko o to, by mnie spraw­dziła. To taka wielka zbrod­nia? - szep­nęła.

- A przy oka­zji na­kło­ni­łaś ją, by za­cho­wała mil­cze­nie i po­mi­nęła twoją osobę, gdy ko­mi­sarz Erik We­ber wy­słał pi­smo z py­ta­niem o osoby, które miały zwią­zek z Al­fre­dem Kle­inem. Po­wiedz mi, z nim także spa­łaś? Z We­be­rem? To po­rządny fa­cet... - Jad ska­py­wał z ust Con­nora.

- Prze­cież chciał nas wy­swa­tać - burk­nęła.

- Może miał cię do­syć... To jak było? Spa­łaś z nim?

Uśmiech­nęła się pół­gęb­kiem i w końcu na niego spoj­rzała.

- Jakby to po­wie­dzieć... Wła­ści­wie mo­gła­bym za­dać ci to samo py­ta­nie.

- Nie bar­dzo ro­zu­miem... - Con­nor zmarsz­czył brwi. Mo­men­tal­nie na jego czole po­ja­wiła się bruzda, a twarz na­brała su­ro­wo­ści.

- Erik We­ber woli męż­czyzn - od­parła i z dziką sa­tys­fak­cją pa­trzyła, jak zmie­nia się mi­mika Evansa. Był kom­plet­nie za­sko­czony.

- Nie wie­dzia­łem - bąk­nął.

- Nie szko­dzi i tak uwa­żasz, że sy­piam z każ­dym, kto na mnie kiw­nie pal­cem. Je­den w tę, je­den w tamtą... Jaka to róż­nica, Con­nor? Niech twoi lu­dzie po­wia­do­mią ko­mi­sa­rza, że czeka na niego oszustka. Bę­dzie za­wie­dziony, bo mnie tak po ludzku po­lu­bił, ale im szyb­ciej bę­dziemy mieli to za sobą, tym le­piej.

- Za­pewne w końcu to zro­bię, ale za­nim się zde­cy­duję na ten krok, po­roz­ma­wiasz ze mną - od­parł.

- A je­śli nie? - za­py­tała hardo.

Mil­czał przez dłuż­szą chwilę, co okrop­nie ją de­ner­wo­wało. Jaka to róż­nica, czy Erik po­zna prawdę o niej te­raz, czy na­za­jutrz? Trudno, We­ber straci zna­jomą, ale być może zro­zu­mie, dla­czego ukry­wała swoją toż­sa­mość. Nie spo­dzie­wała się jed­nak tego, co za chwilę usły­szy.

- Dla­czego za­mor­do­wa­łaś Al­freda Kle­ina? - za­py­tał Con­nor to­nem "złego po­li­cjanta".

Nie mo­gła po­jąć, w jaki spo­sób do­szedł do ta­kich wnio­sków. Evans ni­gdy nie ble­fo­wał, więc skąd wie­dział, że w noc za­bój­stwa była w domu Kle­ina?

- Nie zro­bi­łam tego. I nie za­mor­do­wa­łam puł­kow­nika Win­tera. Tylko ty je­steś zdolny do ta­kich zbrodni - po­wie­działa z na­ci­skiem.

- Ja? - Evans był szcze­rze zdu­miony.

- Tak. Ty, Con­nor - od­parła z wes­tchnie­niem.

- Do­brze, prze­rwijmy tę miłą po­ga­wędkę, do­koń­czymy ją u cie­bie. Mam cię skuć kaj­dan­kami czy wyj­dziesz stąd do­bro­wol­nie?

- Ro­zu­miem, że gdy już tam do­trzemy, za­strze­lisz mnie bez zbęd­nych for­mal­no­ści, a po­tem zwa­lisz winę na ja­kie­goś ra­bu­sia? To ta­kie w twoim stylu.

- A taka się wy­da­wa­łaś cwana i bły­sko­tliwa - prych­nął. - Nie­stety, do­piero te­raz wi­dzę, że tak na­prawdę po pro­stu je­steś głu­pia.

Nie­na­wi­dziła go, ale wy­po­wie­dziane przez niego słowa spra­wiały jej przy­krość. Wstała zza sto­lika i wes­tchnęła:

- Jedźmy, chcę to już za­koń­czyć. Po­wiem szcze­rze, mam do­syć. Rób, co chcesz, tylko prze­stań się ba­wić moim stra­chem.

Po dro­dze żadne z nich nie wy­po­wie­działo ani słowa. Było tak, jak wtedy gdy spo­tkali się ostat­nim ra­zem przed ho­te­lem She­phe­ard w Ka­irze - ich wza­jemna nie­chęć była wręcz na­ma­calna.

We­szli do jej piw­nicy, która wy­glą­dała te­raz jak po­bo­jo­wi­sko. Ann-Ka­trin nie zwra­cała na to jed­nak naj­mniej­szej uwagi. I tak tu nie zo­sta­nie, bo albo trafi do aresztu, albo nie wyj­dzie stąd żywa. Jedno było pewne - osoba, która zro­biła ten po­tworny ki­pisz, tego wie­czoru już nie wróci. A je­śli na­wet, na­tknie się na Con­nora. O ile to nie on był sprawcą tego ba­ła­ganu.

Evans ro­zej­rzał się z nie­sma­kiem po zim­nym, po­nu­rym po­miesz­cze­niu, po któ­rym wa­lały się po­tłu­czone na­czy­nia, po­ła­mane me­ble, wło­sie z sien­nika i dam­ska bie­li­zna.

- Boże, Ann-Ka­trin, co to ma być? - za­py­tał prze­ra­żony.

- My­śla­łam, że to twoja sprawka. - Wzru­szyła ra­mio­nami.

Usia­dła na po­sadzce, oparła się ple­cami o ścianę i za­pa­trzyła się w piw­niczne okienko. Była go­towa na prze­słu­cha­nie. A po­tem niech się dzieje, co chce.

Kuc­nął przy niej i za­py­tał:

- Po­wiedz, w coś ty się znowu wpa­ko­wała. - W jego gło­sie nie było sły­chać ani drwiny, ani na­gany.

Po­pa­trzyła na niego męt­nym wzro­kiem.

- Nie wiem - od­parła ci­cho. - Są­dzi­łam, że to ty się wy­ży­łeś na mo­ich me­blach, które przy­wle­kłam tu na wła­snych ple­cach. Na­wet nie masz po­ję­cia, ile wy­siłku wło­ży­łam w to, żeby ta po­nura nora za­częła przy­po­mi­nać dom... I wszystko szlag tra­fił.

Chyba za­uwa­żył, że była kom­plet­nie za­ła­mana. A ona do­szła do nie­wi­dzial­nej ściany i nie wie­działa już, co w jej ży­ciu jest prawdą, a co kłam­stwem. Na­wet nie po­tra­fi­łaby po­wie­dzieć, kim tak na­prawdę jest Con­nor Evans.

Przy­po­mniał się jej dzień, kiedy całe jej ży­cie za­częło się sy­pać. Któ­re­goś dnia, gdy we­szła do domu, zo­ba­czyła ob­ra­zek po­dobny do tego, który wi­działa te­raz w swo­jej piw­nicy...

***

Wró­ciła z Al­la­dyna jak zwy­kle - była głę­boka noc, gdy prze­krę­cała klucz w drzwiach. Ze zmę­cze­nia le­d­wie po­włó­czyła no­gami. Nocą pra­co­wała, w ciągu dnia zaj­mo­wała się do­mo­wymi spra­wami i po­ma­gała w na­uce La­ti­fie. Dziew­czynka dość czę­sto opusz­czała za­ję­cia w szkole, po­nie­waż dużo cho­ro­wała i sama nie po­ra­dzi­łaby so­bie z nad­ro­bie­niem za­le­gło­ści. Po­po­łu­dnia zaś na­le­żały do Con­nora. Nie miała kiedy od­po­cząć, ale go­towa była sy­piać po trzy go­dziny na dobę, byle nie uro­nić ani jed­nej chwili z uko­cha­nym. Na­prawdę kom­plet­nie zwa­rio­wała na jego punk­cie.

We­szła do sa­lo­niku, za­pa­liła świa­tło i zo­ba­czyła u swo­ich stóp prze­wró­cony ze­gar. Wciąż cho­dził, mimo że szyba w drzwicz­kach roz­biła się w drobny mak. Naj­wy­raź­niej jed­nak cały me­cha­nizm oca­lał. Ro­zej­rzała się. Z bi­blio­teczki ktoś wy­rzu­cił wszyst­kie książki, które te­raz le­żały po­roz­rzu­cane po ca­łym po­miesz­cze­niu. Okru­chy szkła wa­lały się po dy­wa­nie, sto­liku i ko­mo­dzie.

Nie zo­ba­czyła w sa­lo­nie La­tify i wpa­dła w pa­nikę. Je­śli ktoś na­padł na ich dom, mógł prze­cież zro­bić krzywdę jej uko­cha­nej sio­strzyczce.

- La­tifa! La­tifa! - za­częła krzy­czeć jak opę­tana.

Roz­glą­dała się po miesz­ka­niu, ale ni­g­dzie nie zo­ba­czyła dziew­czynki i w końcu we­szła na ma­lut­kie pa­tio za do­mem. La­tifa le­żała na ka­mien­nych płyt­kach, zwi­nięta w kłę­bek, i ci­cho szlo­chała. Miała pod­bite oko i roz­ciętą wargę. Przy­klę­kła przy niej.

- La­tifa! Ko­chana La­tifo, co ci jest? - Po­gła­skała ją po ra­mie­niu, ale dziew­czyna za­drżała pod wpły­wem tego do­tyku.

- On mnie ko­pał, wszę­dzie... - wy­chli­pała. - Boli mnie całe ciało.

- Za­raz pójdę po le­ka­rza, nie martw się, wszystko bę­dzie do­brze - po­cie­szała ją Ann-Ka­trin.

- Nie zo­sta­wiaj mnie sa­mej! Nic mi nie jest, tylko tro­chę boli. Ale za­raz prze­sta­nie, obie­cuję.

- Do­brze, wy­my­ślimy coś, że­byś czuła się bez­piecz­nie. A te­raz po­mogę ci wstać...

- Ann-Ka­trin, on to za­brał... Ja mu po­wie­dzia­łam... On mnie tak strasz­nie bił... Prze­pra­szam, Ann-Ka­trin. Ja nie chcia­łam nic mó­wić, ale on mnie zmu­sił. Bła­gam, wy­bacz mi, Ann-Ka­trin! - La­tifa za­częła łkać, a ona za­marła w bez­ru­chu.

Po­pa­trzyła w stronę znaj­du­ją­cego się za do­mem po­dwó­rza. Na mi­kro­sko­pij­nym pa­sku ziemi rósł nie­wielki ole­an­der. Jed­nak krył pod sobą ta­jem­ni­czy pa­ku­nek, który oj­ciec na­ka­zał jej za­brać z ro­dzin­nego domu. Te­raz uj­rzała wy­ko­pany koło krzewu spory do­łek. Gdyby nie La­tifa, do­sta­łaby szału, ale w tam­tym mo­men­cie jej uko­chana przy­szy­wana sio­stra była naj­waż­niej­sza.

Opa­trzyła jej rany, ale nic wię­cej nie mo­gła zro­bić. La­tifa trzy­mała jej dłoń i bła­gała, żeby nie zo­sta­wiała jej sa­mej.

- Ko­cha­nie, wiesz, kto to był? - za­py­tała, gdy dziew­czynka nieco do­szła do sie­bie.

- Nie znam go. Ni­gdy wcze­śniej go nie wi­dzia­łam.

- Ale to był ktoś stąd czy biały?

- Biały - wy­du­kała.

- Jak wy­glą­dał? Roz­po­zna­ła­byś go?

- Miał na gło­wie ka­pe­lusz, taki jak nosi pan Mar­kus, ale to nie był on. Twarz bym roz­po­znała, ale to na pewno nie był pan Stern - po­wie­działa.

Na­wet je­śli Mar­kus nie zro­bił tego oso­bi­ście, na­słał na La­tifę ja­kie­goś ban­dziora. Ann-Ka­trin pa­mię­tała, że cią­gnął ją za ję­zyk i wy­py­ty­wał, czy ma wię­cej dia­men­tów. Oczy­wi­ście po­wie­działa mu wów­czas, że to je­dyny cenny ka­mień, który po­siada, a oj­ciec ni­czego wię­cej jej nie po­zo­sta­wił. Za­pewne się do­my­ślił, że kła­mała. Twier­dził, że pie­nią­dze mu się koń­czą, więc po­sta­no­wił ją ogra­bić. A było z czego. Po­sta­no­wiła, że Stern za to za­płaci. Za La­tifę i za cenny po­da­ru­nek od taty.

Znik­nęły pra­wie dwa ki­lo­gramy cho­ler­nych dia­men­tów po­cho­dzą­cych z ko­palni jej dziadka. To było jej dzie­dzic­two i za­bez­pie­cze­nie dla niej i La­tify, a więc na­gle ich spo­kojna przy­szłość sta­nęła pod wiel­kim zna­kiem za­py­ta­nia. Zda­wała so­bie sprawę, że w jej za­wo­dzie ka­riera koń­czy się wów­czas, gdy na twa­rzy po­ja­wiają się pierw­sze zmarszczki, a ona po­tra­fiła tylko śpie­wać i tań­czyć. Nie miała jed­nak wy­bit­nego głosu, któ­rym mo­głaby za­ra­biać przez całe ży­cie. Wy­stępy w Al­la­dy­nie to był szczyt jej moż­li­wo­ści.

La­tifa za­snęła, trzy­ma­jąc ją za rękę. Jed­nak ona nie mo­gła zmru­żyć oka. Prze­pła­kała całą noc. Wszy­scy ją za­wie­dli. Gdzie byli, u li­cha, Irving i jego lu­dzie? Jak pil­no­wali jej domu? Po­tem gdy ochło­nęła, mu­siała stwier­dzić, że cze­pia się nie­słusz­nie. Stern wy­je­chał i ci, któ­rzy do­tych­czas cho­wali się po krza­kach, by ob­ser­wo­wać jej dom, po­szli za nim, gdy tylko ten prze­kro­czył próg. Naj­pew­niej udał się do jed­nej ze swo­ich mło­dziut­kich ko­cha­nek, które po­ma­gały mu szpic­lo­wać bry­tyj­skich ofi­ce­rów. Ja­kim cu­dem Irving nie od­krył jesz­cze źró­dła prze­cieku? Być może Stern my­lił tropy, za­cie­rał ślady i był od nich spryt­niej­szy, ale czy aż tak? To wy­dało się jej mało praw­do­po­dobne. Czyżby Wil­liam Irving był tak kiep­skim wy­wia­dowcą? Była pewna, że gdyby sprawą za­jął się Evans, Mar­kus już od kilku ty­go­dni sie­działby w wię­zie­niu.

W Al­la­dy­nie uda­wała osobę, która za­wsze wie, co robi, po­dob­nie w domu, by La­tifa czuła się przy niej bez­tro­sko. Kie­dyś po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa za­pew­niał im Adio Schne­ider i gdy od­szedł z tego świata, dziew­czynka po­czuła się nie­swojo. Być może się oba­wiała, że Ann-Ka­trin ode­śle ją z po­wro­tem do krew­nych.

A jed­nak jej nie ochro­niła, mimo że tak bar­dzo się sta­rała. La­tifa była dla niej naj­waż­niej­sza na świe­cie i była go­towa od­dać za nią ży­cie. W tam­tym mo­men­cie nie wie­działa, czy po­winna ża­ło­wać, że po­słu­chała ojca i nie spie­nię­żyła dia­men­tów po dziadku od razu, czy wręcz prze­ciw­nie. Może wła­śnie po­nio­sła karę, po­nie­waż pew­nego dnia po­sta­no­wiła sprze­dać je­den z ka­mieni i zlek­ce­wa­żyć ostrze­że­nie Adio.

Mar­kus wró­cił, gdy na dwo­rze zro­biło się już zu­peł­nie ja­sno. La­tifa za­snęła, a ona sprzą­tała ba­ła­gan, który zro­bił agre­sor, za­nim wy­mu­sił na dziew­czynce wy­zna­nie prawdy. Kiedy Ann-Ka­trin zo­ba­czyła w progu Sterna, po­my­ślała, że ten czło­wiek nie ma su­mie­nia, je­śli po czymś ta­kim miał czel­ność wró­cić do jej domu, jak gdyby nocą się nic nie wy­da­rzyło.

- Ro­bisz po­rządki? - za­py­tał, jak się jej wy­da­wało, ob­łud­nie.

- Coś w tym ro­dzaju - mruk­nęła.

- Chyba ci nie po­mogę, je­stem sko­nany. Idę spać - oznaj­mił.

Ogar­nęła ją wście­kłość. Miała ochotę za­mor­do­wać Sterna. Nie miała wów­czas wąt­pli­wo­ści, że to on stoi za tym na­pa­dem. Tylko dwie osoby wie­działy, że jest w po­sia­da­niu bar­dzo cen­nego ka­mie­nia. A Mar­kus był na­wet prze­ko­nany, iż nie tylko ten je­den prze­ka­zał jej oj­ciec. W tam­tej chwili na­wet nie wzięła pod uwagę, że Con­nor mógłby mieć z tym coś wspól­nego.

- Idź, nie będę ha­ła­so­wać - po­wie­działa zimno.

- Na szczę­ście za­ła­twi­łem sprawę i nie będę mu­siał już oglą­dać każ­dego funta, za­nim go wy­dam. - Uśmiech­nął się do niej, a ona miała ochotę krzy­czeć. Pro­blem w tym, że nie miała po­ję­cia, do czego mógłby być jesz­cze zdolny Stern, gdyby rzu­ciła mu pro­sto w twarz, iż jest zło­dzie­jem i ban­dzio­rem.

La­tifa obu­dziła się po po­łu­dniu. Na­dal wy­glą­dała źle i Ann-Ka­trin na­mó­wiła ją na wi­zytę u le­ka­rza. Ten orzekł, że fi­zycz­nie nic dziew­czynce nie do­lega, ale na pewno przez kilka dni bę­dzie cho­dziła obo­lała.

- Ko­cha­nie, może po­pro­szę Her­manna, że­byś mo­gła przez ja­kiś czas u nich po­miesz­kać? - Nic mą­drzej­szego nie przy­szło wów­czas Ann-Ka­trin do głowy.

- Oni mnie na­zy­wają małpą. A ja prze­cież nie je­stem taka głu­pia. Nie chcę u nich za­miesz­kać. On już nie wróci, prze­cież za­brał nam wszystko - jęk­nęła.

- Do­brze, ale naj­pierw zgło­simy to na po­li­cję - od­parła.

- I tak go nie zła­pią - wes­tchnęła i do­dała, nie­malże pła­cząc: - Nie wzy­waj po­li­cji, Ann-Ka­trin. Te­raz nie wróci, bo nie ma po co, ale je­śli się do­wie, że po­szły­śmy na po­li­cję, może znowu zro­bić mi krzywdę. Wiem, że zro­bi­łam źle i to przeze mnie je­ste­śmy te­raz biedne...

- Do­brze, je­śli się tak bo­isz, to nie pój­dziemy. Ale mu­szę prze­cież pra­co­wać i nie je­stem w sta­nie być z tobą przez cały czas. I to nie jest twoja wina, że stra­ci­ły­śmy na­sze dzie­dzic­two. Już prę­dzej moja. Nie ob­wi­niaj się więc, ko­cha­nie.

Ona także wąt­piła w sku­tecz­ność po­li­cji i nie mia­łaby jak udo­wod­nić, że za­ko­pała w ogródku for­tunę. Prze­cież ni­komu o tym nie po­wie­działa. Na­wet Con­no­rowi. On wie­dział tylko o jed­nym ka­mie­niu.

- Te­raz wró­cił pan Stern...

Za­ci­snęła zęby. A po­tem wpa­dła na sza­tań­ski po­mysł.

- W po­rządku, bę­dzie, jak ze­chcesz, ale obie­cuję ci, że ten, kto to zro­bił, za­płaci nam za to.

Za­mie­rzała się ode­grać na Mar­ku­sie Ster­nie. Po­sta­no­wiła, że nie pój­dzie na po­li­cję, ale za­ła­twi go w inny spo­sób.

***

Con­nor na­wet nie chciał sły­szeć o tym, że Ann-Ka­trin za­mie­rza jed­nak przy­jąć ich wcze­śniej­szą pro­po­zy­cję i szpic­lo­wać Sterna. Nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego zmie­niła zda­nie. W końcu się pod­dał, po­nie­waż wie­dział, że po­trafi być cho­ler­nie uparta, ale nie kiw­nął w tej spra­wie pal­cem i sama mu­siała iść do Irvinga. Evans są­dził za­pewne, że się wy­cofa, skoro nie za­apro­bo­wał jej po­my­słu, ale ona nie za­mie­rzała tego zro­bić. Po­sta­no­wiła, że znaj­dzie kreta, wyda Mar­kusa i obu pa­nów za­trzy­mają na go­rą­cym uczynku. A wów­czas za­pewne skażą ich na karę śmierci. Jed­nego za szpie­go­stwo, dru­giego za zdradę oj­czy­zny.

Nie znała się kom­plet­nie na tych wszyst­kich szpie­gow­skich sztucz­kach, ale była zde­ter­mi­no­wana, aby Stern wpadł i w do­datku nie zgi­nął jak nie­miecki bo­ha­ter, ale nie­udacz­nik i zdrajca. Była tak roz­gnie­wana, że ani przez chwilę nie po­my­ślała o kon­se­kwen­cjach tego, co za­mie­rzała zro­bić. Stern na­le­żał do nie­bez­piecz­nych lu­dzi i nie miałby żad­nych opo­rów, by ko­goś za­mor­do­wać, je­śli ten mógłby się oka­zać dla niego za­gro­że­niem. Tak, chęć ode­gra­nia się na Mar­ku­sie ode­brała jej nie tylko zdol­ność ra­cjo­nal­nego my­śle­nia, ale także po­czu­cie lęku.

Aby osią­gnąć swój cel, mu­siała się spo­tkać z Wil­lia­mem Irvin­giem i miała na­dzieję, że ten pod­chwyci jej po­mysł. Wie­czo­rem od­na­la­zła go w klu­bie. Przy­wi­tał się z nią szar­mancko i jak zwy­kle sta­rał się być dla niej cza­ru­jący. Zda­wała so­bie sprawę, że miałby ochotę pójść z nią do łóżka, jak więk­szość go­ści tego lo­kalu. Nie cho­dziło na­wet o to, że była ja­kąś osza­ła­mia­jącą pięk­no­ścią, ale ucho­dziła w tym światku za nie­do­stępną i prze­spa­nie się z nią bar­dzo mocno po­ła­sko­ta­łoby ego aman­tów. Za­zwy­czaj była chłodna i zdy­stan­so­wana, ale tego wie­czoru uśmiech­nęła się za­lot­nie do Irvinga i po­pro­siła, by po wy­stę­pie przy­szedł do jej gar­de­roby.

Zro­bił to w kilka mi­nut po jej zej­ściu ze sceny. Nie zdą­żyła się ani prze­brać, ani też zmyć ma­ki­jażu. Sie­działa przed to­a­letką i zdej­mo­wała przy­pięty do jej koka ozdobny grze­bień. Wil­liam pod­szedł do niej i po­ło­żył dło­nie na jej ra­mio­nach.

- To był re­we­la­cyjny wy­stęp - po­wie­dział.

Pod­nio­sła się z pufy i od­parła chłodno:

- Wil­lia­mie, nie chcia­łam się z tobą zo­ba­czyć, bo mam ochotę na flirt. Wy­bacz, że tak to ode­bra­łeś. Mam do cie­bie zu­peł­nie inną sprawę.

- Więc o co cho­dzi, moja droga? - za­py­tał nieco za­wie­dziony.

- Chcę w to wejść. Do­pro­wa­dzę was do kreta, ale mu­sisz mi obie­cać, że do­pil­nu­jesz, aby Stern do­stał karę śmierci.

- Za­lazł ci za skórę, moja śliczna?

- Wła­śnie... - wes­tchnęła.

- Wiesz, że nie mogę ci tego obie­cać. Nie ja fe­ruję wy­roki... Jego po­przed­nik jesz­cze żyje, po­nie­waż mię­dzy in­nymi dzięki niemu od­nie­śli­śmy zwy­cię­stwo pod El-Ala­mejn.

- Do­brze, więc niech cho­ciaż zgnije w wię­zie­niu.

- O to mo­żesz być spo­kojna. Ma na su­mie­niu za­bój­stwo bry­tyj­skiego żoł­nie­rza i być może kilku in­nych osób, a to do­dat­kowo go ob­ciąża. Nie są­dzę także, by wła­dzom za­le­żało na do­ga­da­niu się z nim, w końcu ar­mia Rom­mla nie ra­dzi już so­bie tak do­brze jak kie­dyś.

- Ro­zu­miem, że ka­pi­tan Evans nie bę­dzie czy­nił prze­szkód, bym się w to za­an­ga­żo­wała? - za­py­tała ze ści­śnię­tym gar­dłem.

Na­zy­wa­nie Con­nora ka­pi­ta­nem Evan­sem bu­dziło jej we­wnętrzny sprze­ciw, ale nie chciała, by kto­kol­wiek wie­dział o ich ro­man­sie. Przy­naj­mniej na ra­zie. Gdyby przy­znała się do niego Irvin­gowi, ten za­pewne z uwagi na swo­jego przy­ja­ciela od­pu­ściłby sprawę kreta.

- To moja ope­ra­cja, nie ka­pi­tana Evansa - oznaj­mił.

- Do­brze, w ta­kim ra­zie za­czy­namy - oświad­czyła.

Nie miała żad­nych opo­rów ani wy­rzu­tów su­mie­nia. Zwłasz­cza gdy Stern na­gle za­czął sza­stać pie­niędzmi. Nie wie­rzyła w po­dobne przy­padki. Jed­nego nie ro­zu­miała... Dla­czego Mar­kus uwa­żał ją za taką idiotkę? Czy na­prawdę nie są­dził, że po­wiąże pewne fakty? A może uznał, że wła­śnie jego bez­czel­ność od­su­nie od niego wszel­kie po­dej­rze­nia?

***

Con­nor usiadł koło niej, ale mil­czał. Cze­kał na wy­ja­śnie­nia, a ona nie miała po­ję­cia, czy po­winna rzu­cić mu prawdę w twarz. Na­prawdę się go bała. Gdy Evans wpa­dał w złość, po­tra­fił być nie­obli­czalny.

- Za­strze­lisz mnie? - za­py­tała ci­cho.

- Nie wiem. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Przede wszyst­kim chcę po­znać prawdę.

- A czy jako ska­zana na śmierć mogę mieć ostat­nie ży­cze­nie?

- Śmiało. - Uśmiech­nął się smutno.

- Mo­żemy stąd iść? Nie mam po­ję­cia do­kąd, ale nie chcę tu zo­stać.

- Ten ktoś... Od razu mó­wię, że to nie ja, cho­ciaż nie wiem, czy mi uwie­rzysz... Czy ten ktoś zna­lazł to, czego szu­kał?

- Nie wiem, czego szu­kał - burk­nęła.

- Znowu za­czy­nasz po­ka­zy­wać pa­zurki - wes­tchnął. - Zro­zum, Ann-Ka­trin, prze­gra­łaś.

- Nie ufam ci - szep­nęła.

- To świet­nie, bo ja to­bie rów­nież. Po­słu­chaj, zo­sta­wię cię w spo­koju. Na trzy­dzie­ści dni. Masz cały mie­siąc, żeby pod­jąć de­cy­zję. I albo do­wiem się, co się wy­da­rzyło, i spró­buję cię ochro­nić, albo sta­niesz przed są­dem. Mo­żesz też znowu zwiać, ale wiesz, że nie można przez całe ży­cie ucie­kać, a ja ci nie od­pusz­czę. Do czasu gdy wy­znasz mi wszyst­kie swoje grzeszki, bę­dziesz na­dal Ka­ren Bre­ner, a ja będę miał cię na oku. Za­sta­nów się, co bę­dzie lep­sze. We­ber ci nie po­da­ruje, a ja mam dość nad­sta­wia­nia dla cie­bie karku.

- Evans, ja wiem, że to ty. Że to ty mnie ogra­bi­łeś i za­bi­łeś La­tifę. A na­wet je­śli nie zro­bi­łeś tego oso­bi­ście, na pewno zle­ci­łeś to mor­der­stwo, żeby oca­lić ty­łek - wy­rzu­ciła z sie­bie nie­mal na jed­nym wde­chu.

Je­śli tak bar­dzo pra­gnął wie­dzieć, dla­czego chciała zruj­no­wać mu ka­rierę, to pro­szę bar­dzo. Może w końcu prze­sta­nie ją trak­to­wać jak głu­pie za­ko­chane dziew­czątko.

Zde­ner­wo­wał się i pod­niósł z po­sadzki. Są­dziła, że za chwilę wy­cią­gnie z ka­bury pi­sto­let, przy­stawi jej do skroni i na­ci­śnie na spust.

- Wiesz co, Ann-Ka­trin, na­prawdę je­steś nic nie­warta, je­śli by­łaś w sta­nie wy­my­ślić po­dobną bzdurę, żeby się wy­bie­lić. To obrzy­dliwe. Masz trzy­dzie­ści dni, po­tem spusz­czę swoje psy goń­cze. I nie speł­nię two­jego ostat­niego ży­cze­nia ska­zańca - po­wie­dział lo­do­wa­tym to­nem, a po­tem wy­szedł, trza­ska­jąc me­ta­lo­wymi drzwiami tak mocno, że ze ściany od­padł ka­wa­łek tynku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki