Rozdział 1
GODZINA ZERO?
Tak wiele początku nigdy nie było.Tak wiele końca też nie
Krytyk teatralny Friedrich Luft przeżył koniec wojny w piwnicy. W podziemiu miejskiej willi w pobliżu berlińskiego Nollendorfplatz w "zapachu dymu, krwi, potu i siwuchy" przetrzymał wraz z kilkoma innymi ludźmi z okolicy ostatnie dni końcowej bitwy. W piwnicy było bezpieczniej niż w mieszkaniach wystawionych na krzyżowy ostrzał Armii Czerwonej i Wehrmachtu. "Na zewnątrz było piekło. Kiedy się wyglądało, można było zobaczyć nieporadny niemiecki czołg, przeciskający się przez rozżarzone rzędy domów, zatrzymujący się, strzelający, zawracający w drugą stronę. Od czasu do czasu jakiś cywil, który, kryjąc się, przemierzał niezdarnie porozrywaną wybuchami ulicę. Matka gnała z wózkiem ze zniszczonego pociskami płonącego domu w kierunku najbliższego bunkra"[1].
Starego człowieka przesiadującego obok piwnicznego okna granat rozerwał na strzępy. Przypadek sprowadził kiedyś do piwnicy kilku żołnierzy z biura Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu, "rozdrażnionych, bezwolnych, chorych mężczyzn". Każdy miał karton z cywilnym ubraniem, żeby, jak mówili, ulotnić się "w sytuacji krytycznej". Ile im jeszcze było trzeba? Wynoście się, syczeli lokatorzy. Nikt się nie chciał znaleźć w ich pobliżu, gdy przyjdzie co do czego. Zwłoki budzącego strach Blockwarta, nadzorcy kwartału, wywieziono dalej na taczce; rzucił się z okna.
Naraz komuś przypomniało się, że w domu naprzeciwko leżała jeszcze sterta portretów Hitlera i flag ze swastyką. Kilku odważnych przeszło na drugą stronę, żeby wszystko to spalić. Pozbyć się tego, zanim przyjdą Rosjanie. Kiedy ogień z karabinów zrobił się głośniejszy i krytyk wyjrzał ostrożnie przez okienko, dostrzegł patrol SS, który też wyglądał zza ruin muru. Mężczyźni "raz jeszcze przeczesywali" okolicę w poszukiwaniu dekowników, których mogli pociągnąć ze sobą na śmierć. "Potem zrobiło się ciszej. Kiedy po wieczności nasłuchującego oczekiwania ostrożnie wspięliśmy się po wąskich schodkach na górę, padało delikatnie. Na domach po drugiej stronie Nollendorfplatz migotały białe flagi. Przewiązaliśmy sobie wokół ramion jakieś białe szmatki. Akurat dwóch Rosjan przeszło przez ten sam niski murek, zza którego dopiero co wyszło dwóch esesmanów. Unieśliśmy ręce. Wskazaliśmy na nasze opaski. Machnęli ręką. Uśmiechali się. Wojna się skończyła".
Dla Friedricha Lufta godzina, którą miano nazwać później godziną zero, wybiła 30 kwietnia. W tym samym czasie sześćset czterdzieści kilometrów dalej na zachód, w Akwizgranie, od zakończenia wojny minęło już pół roku; Amerykaninie zajęli to miasto jako pierwsze w październiku 1944 roku. W częściach Duisburga znajdujących się po lewej stronie Renu wojna dobiegła końca 28 marca, w tych po prawej stronie - dopiero szesnaście dni później. Nawet co do oficjalnej kapitulacji Niemiec istnieją trzy różne daty. Generał pułkownik Alfred Jodl podpisał bezwarunkową kapitulację 7 maja w Reims w kwaterze głównej generała armii Stanów Zjednoczonych Dwighta D. Eisenhowera. Chociaż dokument ten wyraźnie uznawał za zwycięzców zarówno zachodnich aliantów, jak i Armię Czerwoną, Stalin upierał się przy powtórzeniu ceremonii w jego obecności. Stąd też 9 maja Niemcy skapitulowały raz jeszcze; tym razem w sowieckiej kwaterze głównej w Berlin-Karlshorst akt kapitulacji podpisał feldmarszałek Wilhelm Keitel. Na użytek podręczników historii zwycięskie mocarstwa zgodziły się na dzień pomiędzy obiema tymi datami, 8 maja, w którym właściwie nic się nie wydarzyło[2].
Z kolei dla Waltera Eilinga godzina zero nie nadeszła jeszcze nawet cztery lata później. Z powodu "wykroczenia przeciwko rozporządzeniu o szkodnikach narodowych" siedział wciąż jeszcze w zakładzie karnym w Ziegenhain. Kelnera z Hesji aresztowano w 1942 roku, ponieważ na Boże Narodzenie kupił gęś, trzy kury i dziesięć funtów solonego mięsa. Pod zarzutem "lekceważenia zarządzeń gospodarki wojennej" sąd doraźny skazał go na osiem lat ciężkiego więzienia z możliwością dalszej izolacji z uwagi na interes bezpieczeństwa publicznego. Po zakończeniu wojny zarówno on, jak i jego rodzina spodziewali się prędkiego zwolnienia. Jednak organy wymiaru sprawiedliwości nie zamierzały wznawiać sprawy. Kiedy minister sprawiedliwości pozostającej pod amerykańskim nadzorem Wielkiej Hesji anulował w końcu absurdalnie wysoką karę, urząd zajął stanowisko, że unieważniono tym samym karę więzienia, ale nie środek zabezpieczający. Walter Eiling pozostał w zakładzie. Późniejsze wnioski o zwolnienie odrzucano, podając jako argument, że więzień jest labilny, ma skłonność do arogancji i nie jest jeszcze zdolny do podjęcia pracy.
W celi Eilinga panowanie nazistowskiego reżimu przetrwało jeszcze utworzenie Republiki Federalnej[3]. Przypadki takie jak ten były zarzewiem późniejszych gwałtownych sporów wokół pojęcia "godziny zero". Ostatecznie gros nazistowskiej elity nadal pracowało przecież dziarsko w centralach koncernów, salach wykładowych i urzędach nowego państwa. Mówienie o godzinie zero przesłaniało tę ciągłość. Z drugiej strony, służyło jednak podkreśleniu woli nowego początku i zaakcentowaniu wyraźniej normatywnej cezury pomiędzy starym i nowym państwem, nawet jeśli toczące się życie ciągnęło ze sobą oczywiście bogate dziedzictwo Trzeciej Rzeszy. Ponadto pojęcie godziny zero jawiło się wielu jako tak oczywiste określenie fundamentalnego przełomu, który przeżyli, że nie tylko do dziś pozostaje ono w obiegu językowym, lecz także przeżywa swoisty renesans w historiografii[4].
Podczas gdy w celi Waltera Eilinga panowało nieprzerwanie bezprawie w całej brutalności, gdzie indziej załamały się wszelkie formy porządku publicznego. Policjanci spoglądali po sobie bezradnie, nie wiedząc, czy nadal mogą się za takich uważać. Kto miał mundur, ten raczej go zdejmował, palił albo przefarbowywał. Wysocy funkcjonariusze zażywali truciznę, niżsi rzucali się z okna albo podcinali sobie żyły. Rozpoczął się "czas niczyj"; unieważniono prawa, nikt nie czuł się władny w żadnej sprawie. Do nikogo nic już nie należało, chyba że akurat na tym siedział. Nikt nie był za nic odpowiedzialny, nikt nie troszczył się o niczyją ochronę. Stara władza uciekła, nowej jeszcze nie było; tylko zgiełk artylerii wskazywał, że kiedyś nadejdzie. Plądrować ruszyli zatem nawet najwytworniejsi. W małych bandach włamywano się do magazynów żywności, przemierzano opuszczone mieszkania w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i miejsca do spania.
Berliński dyrygent Leo Borchard - wraz z dziennikarką Ruth Andreas-Friedrich, lekarzem Walterem Seitzem i aktorem Fredem Dengerem - odkrył 30 kwietnia w samym środku miasta, o które toczyły się zacięte walki, białego osła. We czwórkę szukali właśnie schronienia przed nalotem samolotów szturmowych, gdy zwierzę naraz stanęło przed nimi, nietknięte i o łagodnym spojrzeniu, surrealistyczny widok w zadymionej, przerażającej scenerii. Otoczyli je, pociągnęli łagodnie za uszy. I rzeczywiście udało im się ostrożnie zwabić osła na podwórko domu, w którym się ukrywali. Ale co dalej? Jak czworo miejskich inteligentów poradzi sobie z zarżnięciem kłapoucha? Znający język rosyjski dyrygent odważył się zagadnąć przed domem sowieckiego żołnierza. Ten dopomógł, powalając zwierzę dwoma strzałami z pistoletu. Przyjaciele z wahaniem zabrali się do rozbierania martwego zwierzęcia nożami kuchennymi. Długo jednak nie pozostali sami ze swoją zdobyczą. "Wokół martwego osła zebrał się nagle, niczym wypluty z zaświatów, hałaśliwy tłum", notowała później w pamiętniku Ruth Andreas-Friedrich. "Wypełźli ze stu piwnic. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Czy przywabił ich zapach krwi?" I zaraz zaczyna się szamotanina o kawałki mięsa. Pięć zakrwawionych dłoni wyszarpuje osłowi język z gardła. "A więc tak wygląda godzina wyzwolenia. Chwila, na którą czekaliśmy dwanaście lat?"[5].
Armia Czerwona potrzebowała jedenastu dni, zanim po przekroczeniu pierwszych granic miasta w dzielnicy Malchow przedarła się aż do ostatnich śródmiejskich dzielnic. Zatem także tutaj, w stolicy, koniec wojny nie nadszedł wszędzie w tym samym czasie. Marta Hillers, inna dziennikarka berlińska, znana później z opublikowanego anonimowo dziennika, 7 maja odważyła się po raz pierwszy przejechać rowerem przez zgliszcza ulic. Wiedziona ciekawością popedałowała z Tempelhof kilka kilometrów na południe i wieczorem zanotowała w swoim pamiętniku: "Tutaj wojna skończyła się dzień wcześniej niż u nas. Widzi się już cywili, którzy zamiatają chodnik. Dwie kobiety na przemian ciągną i pchają doszczętnie wypaloną karetkę, najwyraźniej wydobytą z ruin. Leży w niej pod wełnianym kocem staruszka o bezkrwistej twarzy, jednak ciągle żywa. Im dalej jadę na południe, tym bardziej zacierają się ślady wojny. Grupki Niemców stoją na ulicach, rozmawiając. Na naszym rogu ludzie nie mają jeszcze na to odwagi"[6].
Gdy białego osła rozszarpano już na części, dyrygent Borchard i jego przyjaciele weszli do zbombardowanego mieszkania i przetrząsnęli szafy. W miejsce czegoś do jedzenia znaleźli jedynie mnóstwo oranżady w proszku, którą rozbawieni napchali sobie usta. Przymierzając pośród żartów kilka ubrań nieznanych mieszkańców, przestraszyli się naraz własnego zuchwalstwa. Ulotniła się beztroska, zmieszani położyli się na noc we czwórkę w łóżku obcych mieszkańców, którzy według tabliczki przy dzwonku nosili nazwisko Machulke. "Lepszy domek ciasny, ale własny", wypisano jedwabnym haftem nad łóżkiem.
Kolejnego dnia Ruth Andreas-Friedrich wyruszyła przez miasto, próbując nawiązać kontakt z kolegami, przyjaciółmi, krewnymi. Jak wszyscy, była spragniona nowości, relacji, opinii. Ledwie kilka dni później życie w Berlinie uspokoiło się już na tyle, że znowu mogła wprowadzić się do własnego, mocno zresztą zniszczonego mieszkania. Na balkonie urządziła z leżących wokół kamieni prowizoryczny piec, żeby móc coś podgrzać. Robinsonada pośrodku miasta. O gazie i prądzie nie było co myśleć.
W dzienniku notowała raptowne zmiany nastrojów. Hitler nie żył, było lato, a ona w końcu chciała zrobić coś z własnym życiem. Nie mogła się już doczekać, żeby wykorzystać swoją produktywność, spostrzegawczość, talent pisarski. Od końca wojny upłynęły ledwie dwa miesiące, gdy już pisała w chwili euforii: "Całe miasto żyje w uniesieniu oczekiwania. Można by się rozedrzeć z zapału do pracy, chciałoby się mieć tysiąc rąk i tysiąc mózgów. Amerykanie są na miejscu. Anglicy, Rosjanie. Francuzi podobno nadciągają. [...] Chodzi teraz tylko o to, aby być w centrum aktywności. Żeby światowe mocarstwa spotkały się w naszych ruinach i żebyśmy udowodnili ich przedstawicielom, jak poważnie traktujemy nasz zapał, jak bezgranicznie poważnie podchodzimy do starań o zadośćuczynienie i rozwój. Berlin pracuje na pełnych obrotach. Kto nas teraz zrozumie i nam wybaczy, dostanie od nas wszystko. Wszystko! Wyrzeczenie się narodowego socjalizmu, uznanie tego, co nowe, za lepsze, pracę i generalnie dobrą wolę. Nigdy jeszcze nie byliśmy tak gotowi na zbawienie"[7].
Można by przypuszczać, że nastroje mieszkańców Berlina będą odzwierciedleniem wyglądu miasta: rozbitego, zwyciężonego, przeznaczonego do rozbiórki. Zamiast tego jednak czterdziestoczteroletnia pamiętnikarka odczuwała "uniesienie oczekiwania" - i to bynajmniej nie tylko w głębi duszy. Całe miasto pragnęło pełną parą zabrać się do pracy. Ruth Andreas-Friedrich należała do małej grupy oporu Wujek Emil; w Instytucie Jad Waszem w Jerozolimie została uhonorowana jako Sprawiedliwa wśród Narodów Świata. W wir pracy chcieli się zatem rzucić nie tylko obojętni czy niezdolni do żałoby Niemcy. Od samobójstwa Hitlera upłynęły ledwie dwa miesiące, a Berlin - mówiąc słowami tej przeciwniczki nazistowskiego reżimu - ponownie chce już stać w "centrum aktywności", pragnie rozwoju i przebaczenia.
Za dzikim krzykiem o nowy początek leży koniec piekła, które wszędzie poznano tylko w drobnym wycinku. Nad jego całościowym opisem pracuje tymczasem trzecia już generacja historyków, aby choć w przybliżeniu uzmysłowić rzeczywiste rozmiary grozy. Pozostają one niewyobrażalne. Nikt nie jest w stanie pojąć, co znaczy sześćdziesiąt milionów ofiar wojennych. Można próbować zestawień, żeby bardziej namacalną uczynić przynajmniej statystyczną skalę. W czasie wywoływanej bombardowaniami burzy ogniowej w Hamburgu latem 1943 roku zginęło czterdzieści tysięcy osób - piekło, które z racji strasznej obrazowości głęboko wryło się w pamięć. Odebrało życie około trzem procentom ludności Hamburga. Jakkolwiek straszne były te wydarzenia, ogólnoeuropejski odsetek ofiar był ponad dwukrotnie wyższy. Wojna kosztowała życie sześć procent wszystkich Europejczyków. Katastrofa, która dosięgnęła Hamburg, dotyczyła całej Europy w podwójnym natężeniu. W Polsce zamordowano nawet jedną szóstą mieszkańców, sześć milionów ludzi. Najtragiczniejszy był oczywiście los Żydów. W ich rodzinach liczono nie zmarłych, tylko ocalałych.
Historyk Keith Lowe pisze: "Nawet ci, którzy przeżyli wojnę i widzieli pola zasłane trupami oraz przepełnione masowe groby, nie są w stanie pojąć prawdziwej skali ludobójstwa, do którego doszło w czasie wojny w Europie"[8]. Dotyczy to tym bardziej czasu bezpośrednio po wojnie. Każdy, kto z podniesionymi rękami wychodził ze schronu przeciwlotniczego, był już dostatecznie przeciążony zastanym wokół chaosem. Jak coś może powstać ponownie z tego nieszczęścia, zwłaszcza w Niemczech, które ponoszą winę za wszystko? Niemało było takich, którzy samo dalsze życie uważali za nieprawość i, przynajmniej retorycznie, nienawidzili własnego serca za to, że nadal bije.
Jednak to właśnie dwudziestosześcioletni Wolfgang Borchert, którego potomność zachowa w pamięci jako mrocznego specjalistę od lamentacji, próbował przekształcić brzemię dalszego życia w emfatyczny manifest pokoleniowy. W 1941 roku wcielono go do Wehrmachtu i wysłano na front wschodni. Wielokrotnie skazano go tam za jego "defetystyczne wypowiedzi". Ciężko naznaczony przeżyciami frontowymi i więzieniem, z nieleczoną chorobą wątroby, w 1945 roku po sześciusetkilometrowym pieszym marszu powrócił do Hamburga. Napisał tam półtorastronicowy tekst Pokolenie bez pożegnania. Z dziką stanowczością opiewa w nim początek pokolenia, którego przeszłość dosłownie starto w pył. Psychika nie miała już do niej dostępu - do tego właśnie odnosi się tytuł - z powodu niewyobrażalności traumy czy niechlubnego wyparcia. Pokolenie bez pożegnania to manifest godziny zero: "Jesteśmy pokoleniem bez więzi i bez głębi. Naszą głębią jest bezgrunt. Jesteśmy pokoleniem bez szczęścia, bez ojczyzny i bez pożegnania. Nasze słońce jest wąskie, nasza miłość okrutna, nasza młodość bez młodości"[9].
Rapsodyczny, monotonnie wybijany tekst Borcherta cechuje unoszone entuzjazmem poczucie zagubienia. Nie bez dumy stylizuje on postawę zuchwałego chłodu. Opisywana młodzież zbyt często żegnała zmarłych, by móc jeszcze odczuwać emocje pożegnania; zaprawdę, tych, których musiano pożegnać, było legion. Ostatnie linijki tekstu mówią jednak o sile, którą nawet ten śmiertelnie chory młody mężczyzna zamierzał wykrzesać dla przyszłości: "Jesteśmy pokoleniem bez powrotu, bo nie mamy nic, do czego moglibyśmy wrócić. Jesteśmy jednak pokoleniem powitania. Pokoleniem z mocą witającym może nową gwiazdę, nowe życie. Docierającym z mocą w nowym słońcu do nowych serc. Docierającym z mocą do może nowego życia, nowego śmiechu, nowego boga. Jesteśmy pokoleniem bez pożegnania, ale wiemy, że do nas należeć będą wszystkie powitania".
Pokolenie bez pożegnania to literacka deklaracja zasad kohorty ocalałych, którzy nie mają śmiałości spoglądać wstecz. Szokująca odmowa wielu Niemców, by zadać sobie pytanie, jak mogło dojść do tego wszystkiego, zostaje tu wręcz podniesiona do rangi programu. Tablica przeżyć zostaje wytarta, przygotowana dla nowego pisma, "nowego boga". Powitania nowej gwiazdy.
Słowo "wyparcie" byłoby tu niewystarczające. To świadomy program. Emfatyczny początek i gorzki koniec. Wolfgang Borchert oczywiście dobrze wiedział, że tabula rasa to mrzonka, czysta iluzja. Nikt nie musiał mu wyjaśniać, czym są dręczące wspomnienia. Zapomnienie było jednak utopijną potrzebą chwili.
Jeden z wierszy godziny zero zyskał nawet status manifestu. To słynna Inwentaryzacja Güntera Eicha, utwór napisany pod koniec 1945 roku. Mężczyzna wylicza w nim swój dobytek, swoje wyposażenie na nowy początek.
"To moja czapka,
to jest mój płaszcz,
a tu mam brzytwę
w płóciennym woreczku.
[...]
W chlebaku leżą
wełniane skarpety
i jeszcze coś, czego
nikomu nie zdradzę
[...]
To mój notatnik,
to moja pałatka,
to jest mój ręcznik,
a to moje nici"[10].
Inwentaryzacja stała się uosobieniem powojennej literatury z powodu wyzywającej lakoniczności. Pisarze tak zwanej "literatury zgliszcz", jak sami się nazywali, protestowali przeciwko wysokim tonom, gdyż sami czuli się przez nie właśnie - niegdyś również na ich ustach - oszukani. W gruzach legła także zdolność do zachwytu. Trzymać się tylko tego, co najprostsze i własne, co można rozłożyć na stole - oto poetycka proklamacja "sceptycznego pokolenia", które w całej jego psychologicznej ambiwalencji miał powołać do życia w 1957 roku socjolog Helmut Schelsky, wywołując żywy oddźwięk[11]. Także remanent Güntera Eicha unika wspomnień: w nowe życie wchodzi się bez niczego poza nieufnością oraz płaszczem, ołówkiem i nicią (i czymś jeszcze, oto właściwe clou wiersza, "czego nikomu nie zdradzę").
Inwentaryzację przeprowadzała w swoim dzienniku również Marta Hillers. Stała się głośna z powodu trzeźwości i otwartości, z jaką opisała falę gwałtów towarzyszących wkroczeniu Armii Czerwonej. Godzinę zero przeżyła jako wielodniową dyktaturę przemocy seksualnej. Kiedy wreszcie ten czas dobiegł końca, 13 maja podsumowywała: "Z jednej strony sprawy układają się dobrze. Jestem cała i zdrowa. Fizycznie nic mi nie dolega. Mam uczucie, że zostałam jak najlepiej przygotowana do życia, jakbym miała błony do poruszania się w błocie, jakby moje włókna były wyjątkowo giętkie i wytrzymałe. Dopasowuję się do świata, nie jestem zbyt delikatna. [...] Ale z drugiej strony same minusy. Nie wiem, po co żyję. Nikomu nie jestem potrzebna, po prostu stoję i czekam, nie widząc przed sobą żadnych zadań ani celów". Rozważa niektóre możliwości: wyjechać do Moskwy, zostać komunistką albo artystką? Odrzuca to wszystko. "Miłość? Leży zdeptana na ziemi. [...] Może sztuka, służba formie? Tak, dla powołanych, do których nie należę. Jestem małym pomocnikiem, nie wywyższam się. Tylko w wąskim gronie przyjaciół mogę coś zdziałać i być dobrym przyjacielem. Wszystko poza tym to czekanie na koniec. Mimo to pociąga mnie mroczna i cudowna przygoda, jaką jest życie. Trzymam się go choćby z ciekawości, a także dlatego, że sprawia mi radość oddychanie i poruszanie zdrowymi kończynami"[12].
A Friedrich Luft? Krytyk teatralny, który pod koniec kwietnia wyszedł z piwnicy z białą opaską na ramieniu i ruszył naprzeciw rosyjskim żołnierzom, także pozostał w mieście, z niezaspokojonej ciekawości. Pod pseudonimem Urbanus regularnie pisał komentarze do rubryki kulturalnej założonego we wrześniu 1945 roku berlińskiego dziennika "Der Tagesspiegel". Pośród tematów była erotyczna energia metropolii, piękne ubrania kobiet na wiosnę, pełne napięcia oczekiwanie, kiedy rankiem przychodzi listonosz.
Friedrich Luft był "głosem krytyki" zachodnioberlińskiego radia RIAS. Od lutego 1946 do października 1990 roku, krótko przed swoją śmiercią, każdą cotygodniową audycję kończył zdaniem, które z racji niezachwianej pewności niczym miód lało się na serca słuchaczom: "Porozmawiamy ponownie za tydzień. Jak zawsze. O tym samym czasie, na tych samych falach, w tym samym miejscu".
Ze swoją żoną, rysowniczką, Friedrich jeszcze wiele dekad mieszkał w tym samym domu, z którego piwnicy wyszedł w 1945 roku. We wczesnych latach sześćdziesiątych Heide Luft często ciągnęło do knajpki przy Winterfeldtplatz, niedaleko od ich mieszkania. Lokal nazywał się Ruina. Nie bez kozery zresztą: budynek frontowy wciąż jeszcze był zniszczony bombami, resztki fundamentów tworzyły wraz z wyszczerbionymi ścianami niewielki, dziwaczny ogródek piwny. W podwórzu znajdowała się jadalnia, zawsze wypełniona po brzegi. Z zasypanej piwnicy budynku frontowego wyrosło drzewo i aż się prosiło, żeby zawiesić na nim kilka żarówek. Na początku lat siedemdziesiątych knajpka była miejscem spotkań ludzi z ambicjami literackimi. Najczęściej studentów. Było tu tak, jak gdyby wojna dopiero co się skończyła. I gdy mąż cyzelował w domu swoje krytyki radiowe, pani Luft siedziała w eleganckim futrze pośród długowłosej młodzieży, konwersowała troszeczkę, zawsze rozsądnie i niezobowiązująco, a czasem stawiała kolejkę. Była jedną z wielu, którzy chętnie wracali do godziny zero, każdy na własny sposób.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki