Rozdział IPODZIAŁY PRZESTRZENI I CZASU
Zgodnie z zapowiedzią zawartą w tytule rozdział ten, pomyślany jako teoretyczny, składa się z dwóch części, w których staram się dokonać podziału przestrzeni, a następnie podziału czasu, aby niejako z góry uporządkować realia gospodarcze i towarzyszące im realia społeczne wedle ich zasięgu i wedle ich trwania. Oba wywody będą długie, zwłaszcza pierwszy, niezbędny dla łatwiejszego zrozumienia drugiego. Oba jednak, jak sądzę, są potrzebne; wytyczają dalszą drogę, uzasadniają ją i proponują dogodną terminologię. Słowa zaś, jak we wszystkich poważnych dyskusjach, pełnią tu rolę kluczową.
PRZESTRZEŃ I GOSPODARKI; GOSPODARKI-ŚWIATY
Przestrzeń jako punkt wyjściowy rozważań włącza w grę równocześnie wszystkie realia historii, wszystkich użytkowników obszaru: państwa, społeczeństwa, kultury, gospodarki... Zależnie od tego, który z tych zbiorów1 wybierzemy, znaczenie i rola przestrzeni ulegną zmianie, lecz nie całkowitej.
Chciałbym najpierw zająć się gospodarkami i poświęcić im chwilę wyłącznej uwagi. Następnie spróbuję określić miejsce i oddziaływanie innych zbiorów. Oddanie pierwszeństwa gospodarce jest nie tylko zgodne z zamysłem tej pracy; ze wszystkich sposobów panowania nad przestrzenią dominacja ekonomiczna, jak zobaczymy, najłatwiej daje się umiejscowić i rozpościera się najszerzej. Wyznacza przy tym nie tylko bieg materialnego czasu świata: w grę gospodarczą włączają się wszystkie inne realia społeczne, współdziałające z nią lub jej wrogie; one też, najoględniej mówiąc, podlegają z kolei jej wpływowi.
Gospodarki-światy
Na wstępie należałoby objaśnić dwa wyrażenia, które mogą spowodować nieporozumienie: "gospodarka światowa" i "gospodarka-świat".
Gospodarka światowa obejmuje całą ziemię; jest to, jak mówił Sismondi, "rynek całego świata"2, "rodzaj ludzki lub cała ta część rodzaju ludzkiego, która handluje między sobą i tworzy już dziś jak gdyby jeden rynek"3.
Gospodarka-świat (wyrażenie nieoczekiwane i źle brzmiące w języku francuskim, które ukułem niegdyś, z braku czegoś lepszego i nie grzesząc nadmiarem logiki, aby przetłumaczyć użyte w szczególnym znaczeniu niemieckie słowo Weltwirtschaft4) obejmuje tylko fragment świata, kawałek naszej planety samodzielny gospodarczo, w zasadzie samowystarczalny i odznaczający się, dzięki swym wewnętrznym powiązaniom i wymianie, pewną organiczną jednością5.
Oto przykład: prowadziłem niegdyś badania nad Morzem Śródziemnym w XVI wieku pojmowanym jako Welttheater lub Weltwirtschaft6 - "teatrem-światem", "gospodarką-światem" - rozumiejąc przez to nie tylko samo morze, lecz także wszystko, co ożywiająca je wymiana wprawia w ruch w bliższej lub dalszej odległości od jego brzegów. W sumie - jakiś świat sam w sobie, jakąś całość. Obszar śródziemnomorski, mimo że jest podzielony pod względem politycznym, kulturowym, a także społecznym, stanowi bowiem pewną jedność gospodarczą, co prawda zbudowaną "odgórnie", bo wywodzącą się z dominacji miast północnych Włoch, przede wszystkim Wenecji, obok niej zaś Mediolanu, Genui, Florencji7. Ogół owej gospodarki nie stanowi wszakże całego życia gospodarczego morza i regionów od niego zależnych. Jest to jak gdyby jego warstwa najwyższa, której oddziaływanie, silniejsze lub słabsze zależnie od miejsca, można stwierdzić na całym wybrzeżu, a niekiedy daleko w głębi lądu. Ta aktywność gospodarcza przekracza granice imperiów - hiszpańskiego, które przybierze ostateczny kształt za Karola V (1519-1558), i tureckiego, którego napór rozpoczyna się na długo przed zdobyciem Konstantynopola (1453). Przekracza też wyraźne i silnie odczuwane granice między cywilizacjami, które zajmują obszar śródziemnomorski: grecką, upokorzoną i upadającą pod coraz cięższym jarzmem tureckim, muzułmańską z ośrodkiem w Stambule, chrześcijańską, związaną równocześnie z Florencją i z Rzymem (Europa Odrodzenia, Europa kontrreformacji). Islam i chrześcijaństwo ścierają się z sobą wzdłuż linii dzielącej Północ od Południa, biegnącej między zachodnią i wschodnią połacią Morza Śródziemnego, linii, która poprzez brzegi Adriatyku i Sycylii sięga wybrzeży dzisiejszej Tunezji. Na tej linii, która przecina obszar śródziemnomorski na dwoje, rozgrywają się wszystkie głośne bitwy między niewiernymi a chrześcijanami. Ale statki handlowe przekraczają ją nieustannie.
Cechą charakterystyczną tej szczególnej gospodarki-świata, której schemat przedstawiamy - Morza Śródziemnego w XVI wieku - jest bowiem przekraczanie granic politycznych i kulturalnych, z których każda na swój sposób dzieli i różnicuje świat śródziemnomorski. I tak około roku 1500 kupcy chrześcijańscy obecni są w Syrii, w Egipcie, w Stambule, w Afryce Północnej; później kupcy lewantyńscy, tureccy, ormiańscy pojawią się nad Adriatykiem. Wszechogarniająca gospodarka dokonuje przemieszania różnych rodzajów pieniądza, mnoży operacje wymiany i zmierza do wytworzenia pewnej jedności, podczas gdy niemal wszystko inne sprzyja uformowaniu się zróżnicowanych bloków. Nawet społeczność śródziemnomorska zdaje się dzielić, ogólnie rzecz biorąc, na mieszkańców dwu obszarów; z jednej strony mamy chrześcijańskie społeczeństwo w większości senioralne, z drugiej społeczeństwo muzułmańskie z przewagą systemu beneficjów, senioratów nadawanych dożywotnio jako nagroda dla każdego, kto zdoła się odznaczyć i jest zdatny do służby wojskowej. Wraz ze śmiercią posiadacza jego beneficjum lub urząd powracały do państwa i były nadawane ponownie.
Tak więc analiza konkretnego przypadku prowadzi do wniosku, że gospodarka-świat jest sumą zgromadzonych przez nią zindywidualizowanych obszarów, gospodarczych i niegospodarczych; że obejmuje ogromną powierzchnię (jest w zasadzie najrozleglejszą spójną strefą w danej epoce i w danej części kuli ziemskiej); że przekracza zazwyczaj granice innych wielkich zespołów historycznych.
1. Gospodarka-świat czy imperium-świat?
Rosja w przeciągu jednego stulecia opanowuje przestrzeń syberyjską: strefy zalewane przez powodzie w zachodniej Syberii, płaskowyż środkowej i góry wschodniej, gdzie podbój postępował z trudem, tym bardziej że na południu Rosja natknęła się na Chiny. A więc czy jest to gospodarka-świat, czy raczej imperium-świat? Można by się o to spierać z Immanuelem Wallersteinem. Zgódźmy się wraz z nim na to, że Syberię stworzyła przemoc, a gospodarka - czyli administracja - pojawiła się tam w czasie późniejszym. Linią przerywaną oznaczono granice ZSRR.
Gospodarki-światy istniały zawsze
Gospodarki-światy istniały zawsze, a przynajmniej od bardzo dawna. Podobnie jak zawsze, a przynajmniej od bardzo dawna istniały społeczeństwa, cywilizacje, państwa, a nawet imperia. Posuwając się w siedmiomilowych butach z biegiem historii, moglibyśmy powiedzieć o starożytnej Fenicji, że w porównaniu z rozległymi imperiami stanowiła zarys gospodarki-świata, podobnie jak Kartagina w czasach swej świetności, podobnie jak świat hellenistyczny, a do pewnego stopnia także Rzym czy świat islamu po swoich błyskawicznych sukcesach. W IX wieku po epizodzie normańskim pozostaje na krańcach Europy Zachodniej zarys krótkotrwałej i kruchej gospodarki-świata, którą inne gospodarki przejmą w spadku. Począwszy od XI wieku, Europa wypracowuje swoją pierwszą gospodarkę-świat, po której następować będą inne aż po dzień dzisiejszy. Moskwa, związana ze Wschodem, z Indiami, Chinami, Azją Środkową i Syberią, jest co najmniej do XVIII wieku odrębną gospodarką-światem. Podobnie jak Chiny, które bardzo wcześnie opanowują rozległe regiony sąsiednie i wiążą je ze swoimi losami: Korea, Japonia, Archipelag Malajski, Wietnam, Yunnan, Tybet, Mongolia tworzą wieniec krajów zależnych. Jeszcze wcześniej Indie przekształcają Ocean Indyjski, od wschodnich wybrzeży Afryki po Archipelag Malajski, w rodzaj morza wewnętrznego na swój własny użytek.
Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z procesem powtarzającym się w nieskończoność, z samoczynnym niejako przekraczaniem granic, którego ślady można odnaleźć wszędzie? Nawet w "opornym" na pierwszy rzut oka przypadku imperium rzymskiego, którego gospodarka przelewa się przecież poza jego granice wzdłuż dostatniej linii Renu i Dunaju, a także ku Wschodowi, sięgając aż do Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego: według Pliniusza Starszego Rzym tracił na wymianie z Dalekim Wschodem 100 milionów sesterców rocznie, a starożytne monety rzymskie dość często znajduje się dziś w Indiach8.
Reguły tendencji rozwojowych
Tak więc czas miniony dostarcza nam szeregu niezbyt licznych, lecz umożliwiających dokonanie porównania przykładów gospodarek-światów. Każda zresztą gospodarka-świat była bardzo długowieczna, co oznacza, że ewoluowała i podlegała przekształceniom, a jej kolejne epoki czy stadia rozwoju również skłaniają do porównań. W ostatecznym rachunku mamy dostatecznie dużo materiału, aby pozwolić sobie na rodzaj typologii gospodarek-światów lub co najmniej wyodrębnienie zespołu reguł dotyczących tendencji rozwojowych9, reguł uściślających, a nawet definiujących stosunki zachodzące między tymi gospodarkami a przestrzenią.
- Pierwszym krokiem w badaniu dowolnej gospodarki-świata jest określenie granic zajmowanej przez nią przestrzeni. Są one zazwyczaj łatwe do wyśledzenia, ponieważ zmieniają się powoli. Strefa, którą obejmuje gospodarka-świat, jawi się jako pierwszy warunek jej istnienia. Nie ma gospodarki-świata bez własnej przestrzeni, znamiennej z kilku względów:
Przestrzeń ta ma granice, opisująca ją zaś linia nadaje jej sens, podobnie jak wybrzeża definiują morze.
- Przestrzeń ta pociąga za sobą istnienie centrum w postaci jakiegoś miasta i jakiegoś już dominującego kapitalizmu, niezależnie od jego formy. Wielość centrów jest albo formą "młodzieńczą", albo formą znamionującą degenerację lub mutację. Wskutek działania sił zewnętrznych i wewnętrznych mogą one istotnie zarysować się, a następnie dokonać przesunięcia centrum: miasta o znaczeniu międzynarodowym, miasta-światy bezustannie współzawodniczą między sobą i jedne z nich zajmują miejsce drugich.
- Przestrzeń ta jest zhierarchizowana i stanowi sumę poszczególnych gospodarek, wśród których są gospodarki biedne, gospodarki skromne i jedna tylko względnie bogata w samym centrum. Wynikają stąd nierówności, różnice napięć, które zapewniają funkcjonowanie całości. Stąd ów "międzynarodowy podział pracy", o którym P.M. Sweezy powiada, że Marks nie przewidział jego "konkretyzacji w [przestrzennym] modelu rozwoju i niedorozwoju, który miał podzielić ludzkość na dwa przeciwne obozy - have i have not - odgrodzone przepaścią jeszcze głębszą niż ta, która dzieli burżuazję i proletariat w rozwiniętych krajach kapitalistycznych"10. Nie chodzi tu jednak o jakiś "nowy" podział, lecz o starą i bez wątpienia nieuleczalną ranę. Istniała ona na długo przed Marksem.
Wyłaniają się zatem trzy grupy warunków, z których każda ma zasięg powszechny.
Reguła pierwsza: przestrzeń, która zmienia się powoli
Granice każdej gospodarki-świata przebiegają tam, gdzie zaczyna się inna gospodarka tego samego typu, wzdłuż linii lub raczej strefy, którą tylko w wyjątkowych przypadkach opłaca się, w sensie ekonomicznym, przekraczać tak w jedną, jak i w drugą stronę. Przy większości transakcji, i to w obu kierunkach, "straty przewyższałyby zysk"11, toteż granice gospodarek-światów mają z reguły postać stref słabo ożywionych, pogrążonych w bezruchu, grubych i trudnych do przebycia "powłok"; często są to przeszkody naturalne, no man's lands, no man's seas. Dotyczy to rozciągającej się między Czarną i Białą Afryką Sahary, pomimo przemierzających ją karawan. Dotyczy to pustego na południe i na zachód od Afryki Atlantyku, który przez całe stulecia stanowi zaporę, w przeciwieństwie do Oceanu Indyjskiego, bardzo wcześnie poprzecinanego szlakami żeglugi, przynajmniej w części północnej. Dotyczy to wreszcie Pacyfiku, którego zdobywcza Europa nie umie powiązać ze sobą: podróż Magellana dookoła świata jest w ostatecznym rachunku tylko odkryciem drogi wejścia na Ocean Spokojny, nie zaś odkryciem drogi wejścia i wyjścia, to znaczy powrotu. Aby dotrzeć z powrotem do Europy, uczestnicy wyprawy posłużyli się przecież szlakiem portugalskim wiodącym przez Przylądek Dobrej Nadziei. Nawet zapoczątkowane w 1572 roku rejsy galeonu z Manili nie zdołały przełamać tej strasznej przeszkody, jaką stanowił Pacyfik.
Równie potężne przeszkody wyrastają na granicach między chrześcijańską Europą a tureckimi Bałkanami, między Rosją a Chinami, między Europą a państwem moskiewskim. W XVII wieku wschodnia granica europejskiej gospodarki-świata przebiega na wschód od Polski i wyłącza rozległe państwo moskiewskie, które w oczach Europejczyków leży na końcu świata. Podróżnemu12, który w 1602 roku, w drodze do Persji, wkracza w Smoleńsku na terytorium rosyjskie, państwo to jawi się jako kraj "wielki i rozległy", "dziki, pustynny, bagienny, pokryty zaroślami" i lasami, "poprzecinany błotami, przez które wiodą drogi z obalonych pni drzew" (nasz podróżny naliczył "więcej niż 600 przepraw tego rodzaju" między Smoleńskiem a Moskwą, "często w bardzo złym stanie"), kraj, w którym nic nie jest takie jak gdzie indziej, pusty ("można przebyć 20 lub 30 mil, nie spotykając miasta czy wsi"), z okropnymi drogami, trudnymi do przebycia nawet w najlepszej porze roku, wreszcie kraj "tak dokładnie zamknięty, że niepodobna doń wjechać czy zeń wyjechać ukradkiem, bez zezwolenia czy glejtu wielkiego księcia". Kraj nieprzenikniony - takie wrażenie odnosi pewien Hiszpan, który snując wspomnienia z podróży z Wilna do Moskwy przez Smoleńsk odbytej około roku 1680 stwierdza, że "całe państwo moskiewskie jest jednym wielkim lasem", gdzie pola zostały wyrąbane siekierą13. Jeszcze w połowie XVIII wieku podróżny, który zapuszczał się poza Mitawę, stolicę Kurlandii, nie znajdował innego schronienia niż "zawszone gospody" prowadzone przez Żydów, "gdzie trzeba było spać wespół z krowami, świniami, kurami, kaczkami i hurmą Izraelitów, w powietrzu pełnym wyziewów z racji zawsze zbyt gorącego pieca"14.
Dobrze jest raz jeszcze zdać sobie należycie sprawę z owych nieprzyjaznych odległości, gdyż poszczególne gospodarki-światy powstają, rosną, trwają i przekształcają się pośród takich właśnie przeszkód. Aby opanować przestrzeń, muszą ją przezwyciężyć, przestrzeń zaś nieustannie bierze na nich odwet i zmusza do ponawiania wysiłków. Fakt, że Europa przesunęła swoje granice za jednym zamachem lub prawie za jednym zamachem dzięki wielkim odkryciom z końca XV wieku, jest bliski cudu. Przestrzeń tak otwartą trzeba jednak było utrzymać, i to zarówno wody Atlantyku, jak ziemię amerykańską. Utrzymać w ręku pusty Atlantyk i na wpół pustą Amerykę nie było łatwo. Ale nie było też łatwo otworzyć sobie drogę do innej gospodarki-świata, wysunąć ku niej "czułki", linię wysokiego napięcia. Ileż warunków należało spełnić, aby wrota handlu lewantyńskiego pozostały przez wieki otwarte między dwoma czujnymi i wrogimi obozami... Wytyczenie szlaku wiodącego przez Przylądek Dobrej Nadziei byłoby nie do pomyślenia bez tego wcześniejszego i trwałego osiągnięcia. Zważmy przy tym, ile droga ta kosztować będzie wysiłków, ile stawiać warunków: pierwsza jej twórczyni, Portugalia, przypłaci ten sukces kompletnym wyczerpaniem. Zwycięstwo muzułmańskich karawan nad pustyniami jest także wyczynem, którego dokonano powoli, poprzez stworzenie sieci oaz i ujęć wody.
Reguła druga: dominujące miasto kapitalistyczne w centrum
Gospodarka-świat ma zawsze miejski biegun, miasto w centrum logistycznym swoich interesów: tu napływają i stąd się rozchodzą informacje, towary, kapitały, kredyty, ludzie, polecenia, listy handlowe. Rządy w nim sprawują wielcy kupcy, często bogaci ponad wszelką miarę.
W mniejszej lub większej i pełnej respektu odległości otaczają biegun miasta "etapowe", które są jego sprzymierzeńcami lub wspólnikami, lecz częściej jeszcze pełnią rolę służebną. Dostosowują one swoją działalność do działalności metropolii: trzymają wokół niej straż, kierują ku niej strumień interesów, dokonują redystrybucji lub wysyłki powierzonych przez nią dóbr, korzystają z jej znaczenia lub znoszą jej przewagę. Wenecja nie jest sama; nie jest sama Antwerpia; nie będzie też samotny Amsterdam. Metropolie występują ze świtą, z orszakiem; Richard Häpke mówił w związku z tym o archipelagach miast, co jest istotnie określeniem obrazowym. Stendhal wyobrażał sobie, że wielkie miasta włoskie okazywały wspaniałomyślnie względy miastom mniejszym15. Jakże jednak mogłyby je zniszczyć? Podporządkowywały je sobie, owszem, i nic więcej, bo potrzebowały ich usług. Miasto-świat nie może osiągnąć i utrzymać wysokiego poziomu życia bez ofiary - chcianej czy nie chcianej - ze strony innych. Innych, do których jest podobne - miasto jest zawsze miastem - ale od których się różni, bo jest supermiastem. Pierwszą oznaką, po której można je rozpoznać, jest to właśnie, że inne miasta asystują mu i służą.
Te arcyrzadkie, wyjątkowe i zagadkowe miasta olśniewają. Taka jest dla Philippe'a de Commynes Wenecja w roku 1495, "najwspanialsze miasto, jakie widziałem"16. Taki jest w oczach Kartezjusza Amsterdam, rodzaj "inwentarza możliwości": "Czyż jest inne miejsce na świecie - pisze do Gueza de Balzaca 5 maja 1631 roku - [...] gdzie wszelkie udogodnienia i wszelkie osobliwości, jakich dusza zapragnie, byłyby równie łatwo jak tu dostępne?"17. Z drugiej jednak strony te zachwycające miasta zbijają z tropu, są nieuchwytne dla obserwatora. Któryż cudzoziemiec, a w szczególności któryż Francuz w czasach Woltera czy Monteskiusza nie stara się ze wszystkich sił zrozumieć, wytłumaczyć sobie Londynu? Podróż do Anglii, podniesiona do rangi rodzaju literackiego, jest przedsięwzięciem odkrywczym, które zawsze potyka się o kpiarską oryginalność Londynu. Któż jednak umiałby dziś wyjawić nam prawdziwy sekret Nowego Jorku?
2-3. Europejskie gospodarki-światy w skali całego globu
Gospodarkę europejską na progu ekspansji przedstawiono tu za pośrednictwem jej najważniejszych szlaków handlowych w skali całego globu. W roku 1500, począwszy od Wenecji, w krąg bezpośredniej eksploatacji wchodzi Morze Śródziemne (por. 4 mapy nr 14 dotyczące szlaków galer da mercato) i Zachód; kolejne porty rozszerzają strefę eksploatacji na Bałtyk, Norwegię i - za pośrednictwem szeregu nadmorskich miast lewantyńskich - na teren Oceanu Indyjskiego.
W roku 1775 sieć europejskich szlaków handlowych obejmuje już cały świat: zależnie od punktów wyjścia można tu wyróżnić szlak angielski, holenderski, hiszpański, portugalski i francuski. Te ostatnie, jeśli chodzi o Afrykę i Azję, pokrywają się z innymi szlakami handlu europejskiego. Należałoby przede wszystkim wyeksponować rolę powiązań brytyjskich. Londyn stał się centrum świata. Na Morzu Śródziemnym i Bałtyku można wyróżnić jedynie najważniejsze szlaki, uczęszczane przez wszystkie statki różnych nacji kupieckich.
Każde znaczniejsze miasto, zwłaszcza jeśli leży nad morzem, jest "Arką Noego", "istnym targowiskiem masek", "wieżą Babel", jak prezydent de Brosses określa Livorno18. Cóż więc można rzec o prawdziwych metropoliach? Londyn i Stambuł, Isfahan i Malakka, Surat i Kalkuta (od czasu jej pierwszych sukcesów) jawią się jako dziwaczne mieszaniny. W podcieniach amsterdamskiej giełdy, która jest kupieckim wszechświatem w miniaturze, usłyszeć można wszystkie języki ziemi. W Wenecji, "jeśliś ciekaw widoku ludzi ze wszystkich stron świata, z których każdy odziany jest inaczej i na własną modłę, idź na plac Św. Marka lub na Rialto, gdzie znajdziesz osobistości wszelkiego rodzaju".
Ta barwna, kosmopolityczna ludność powinna żyć i pracować w pokoju. Arka Noego to obowiązkowa tolerancja. O państwie weneckim pan de Villamont19 powiada (1590), że "nie masz w całej Italii miejsca, gdzie by można żyć w większej swobodzie [...], po pierwsze bowiem Signoria niełacno zasądza człowieka na śmierć, po wtóre broń nie jest tu zakazana20, po trzecie nie ma prześladowań z powodu wiary, wreszcie każdy żyje tu wedle swego upodobania i w wolności sumienia, co sprawia, że przebywa tu wielu francuskich libertynów21, jako że nikt ich nie ściga ani nie nęka nadzorem i żyć mogą swobodnie". Myślę, że ta wrodzona tolerancja Wenecji tłumaczy częściowo jej "słynny antyklerykalizm"22, czy raczej jej czujny opór w stosunku do nieprzejednanego Rzymu. Ale cud tolerancji odnawia się wszędzie tam, gdzie tworzą się ośrodki kupieckie. Pojawia się w Amsterdamie, co należy poczytać temu miastu za zasługę po gwałtownych starciach religijnych między arminianinami a gomarystami (1619-1620). W Londynie mamy do czynienia z mozaiką religijną wszelkich odcieni. "Są tu - powiada pewien francuski podróżnik (1725)23 - żydzi, protestanci niemieccy, holenderscy, szwedzcy, duńscy, francuscy; luteranie, anabaptyści, millenaryści, browniści, independenci lub purytanie i drżący, czyli kwakrzy". Dochodzą do tego anglikanie, prezbiterianie i katolicy - zarówno Anglicy, jak cudzoziemcy - którzy zwykle słuchają mszy św. w kaplicy ambasadora francuskiego, hiszpańskiego lub portugalskiego. Każda sekta, każde wyznanie ma swoje kościoły lub miejsca spotkań. Każdą można rozpoznać po jej znakach szczególnych: kwakrów "łacno poznasz na ćwierć mili po ich ubiorze - płaskim kapeluszu, małej krawatce, kaftanie zapiętym pod szyję i przymkniętych zazwyczaj oczach"24.
Najbardziej być może wyrazistą cechą tych supermiast jest ich wczesne i głębokie zróżnicowanie społeczne. W każdym z nich mamy proletariat, mieszczaństwo, patrycjat dysponujący bogactwami oraz władzą i tak pewny siebie, że wkrótce nie będzie już nawet dbał, jak za czasów prymatu Wenecji czy Genui, o zdobycie tytułów szlacheckich25. Między patrycjatem i proletariatem rośnie dystans, w miarę jak bogaci stają się jeszcze bogatsi, a biedni popadają w coraz większą nędzę; odwieczną chorobą owych miast kapitalistycznych o wysokim potencjale jest bowiem drożyzna, a właściwie nieustanna inflacja, związana z samą istotą wyższych funkcji struktur miejskich, których przeznaczeniem jest dominacja nad sąsiednimi gospodarkami. Życie gospodarcze samo skupia się wokół właściwych tym miastom wysokich cen. To wysokie napięcie stwarza jednak zagrożenie dla miasta i skupionej wokół niego gospodarki. W Londynie czy Amsterdamie drożyzna bywała niekiedy nie do zniesienia. Z dzisiejszego Nowego Jorku znikają firmy handlowe i przedsiębiorstwa przemysłowe, które uciekają przed nadmiernie wysokimi podatkami i opłatami lokalnymi.
A jednak wielkie bieguny miejskie budzą takie zainteresowanie i tak potężnie działają na wyobraźnię, że ich siła przyciągania nie pozostaje bez efektu, jakby każdy przybysz żywił nadzieję, że weźmie udział w święcie, w widowisku, w zbytku i zapomni o trudach codziennego życia. Miasta-światy pysznią się swoją wspaniałością, a urok wspomnień ubarwia ich obraz do granic absurdu. W 1643 roku pewien przewodnik dla podróżnych26 opisuje Antwerpię z poprzedniego stulecia jako miasto liczące 200 000 mieszkańców, "zarówno ludzi miejscowych, jak cudzoziemców", zdolne pomieścić "za jednym razem 2500 statków w porcie, [gdzie oczekiwały] przez miesiąc na kotwicy na rozładunek"; miasto nieprzebranych bogactw, które dostarczyło Karolowi V "300 ton złota" i do którego spływało co roku "500 milionów w srebrze, 130 milionów w złocie", "nie licząc pieniądza pochodzącego z operacji wymiennych, który przypływa i odpływa jak woda morska". Wszystko to wprawdzie było urojeniem, ale przysłowie raz przynajmniej się nie myli: nie ma dymu bez ognia. W 1587 roku Alonso Morgado twierdził w swojej Historia de Sevilla, że "dzięki sprowadzonym do miasta skarbom można by wszystkie jego ulice wybrukować srebrem i złotem"!27.
Reguła druga (ciąg dalszy): jedno dominujące miasto zastępuje drugie
Miasta dominujące nie sprawują władzy in aeternum, lecz przejmują supremację jedne po drugich. Twierdzenie to jest prawdziwe zarówno na szczycie, jak na wszystkich poziomach hierarchii miejskiej. Takie "przekazanie władzy", niezależnie od tego, gdzie się dokonuje (na szczycie czy w połowie skali) i skąd się bierze (z przyczyn czysto ekonomicznych czy też nie), jest zawsze faktem ważkim; przerywa spokojny bieg historii i otwiera perspektywy tym cenniejsze, że zdarza się rzadko. Kiedy Amsterdam zastępuje Antwerpię, kiedy Londyn obejmuje sukcesję po Amsterdamie lub kiedy, około roku 1929, Nowy Jork bierze górę nad Londynem, za każdym razem przesuwa się z miejsca na miejsce ogromna połać historii, odsłaniając skazy poprzedniego układu i siły stanowiące o nowej równowadze. Znajduje to odbicie w całym kręgu danej gospodarki-świata, przy czym reperkusje te nie są nigdy wyłącznie ekonomiczne, jak zresztą można się było z góry spodziewać.
Kiedy w roku 1421 dynastia Ming zmieniła stolicę, opuszczając Nankin, otwarty dla żeglugi morskiej dzięki Rzece Błękitnej, i przenosząc się do Pekinu, gdzie stanęła twarzą w twarz z niebezpieczną granicą mandżurską i mongolską, ogromne Chiny, potężna gospodarka-świat, uległa nieodwracalnemu "przesunięciu", odwróciła się plecami do pewnej formy gospodarowania i działania otwartej na możliwości, jakie daje morze. Ośrodkiem przyciągania stała się na głucho zamknięta metropolia, która zapuściła korzenie w głębi lądu. Wybór tej drogi mógł być świadomy lub nieświadomy, z pewnością jednak stał się rozstrzygający. W grze toczącej się o władanie nad światem Chiny przegrały wówczas rozgrywkę, do jakiej stanęły na poły bezwiednie, podejmując z początkiem XV wieku wyprawy morskie, których punktem wyjścia był Nankin.
Analogiczną przygodę zamyka wybór dokonany w 1582 roku przez Filipa II. Podczas gdy Hiszpania dominuje nad Europą pod względem politycznym, Filip II, który zdobył Portugalię (1580), na siedzibę swego rządu wybiera Lizbonę, gdzie będzie też sam przebywał przez blisko trzy lata. Przydaje to Lizbonie ogromnego znaczenia. Jej położenie nad oceanem czyni z niej wymarzony ośrodek sprawowania kontroli i rządów nad światem. Flota hiszpańska, której waleczność rośnie wskutek obecności króla i członków rządu, wypędzi Francuzów z Wysp Azorskich w 1583 roku, jeńcy zaś zostaną bez ceregieli powieszeni na rejach okrętów. Toteż opuszczenie Lizbony w 1582 roku równało się porzuceniu posterunku, który pozwalał panować nad gospodarką imperium, i zamknięciu hiszpańskiej potęgi w praktycznie nieruchomym sercu Kastylii, w Madrycie. Co za błąd! Niezwyciężona Armada, tworzona na odległość, ponosi w roku 1588 druzgocącą klęskę. Interesy Hiszpanii ucierpiały na tym wycofaniu się w głąb półwyspu, i współcześni byli tego świadomi. Jeszcze w czasach Filipa IV znajdą się doradcy, którzy zalecać będą Królowi Katolickiemu28 realizację "starego portugalskiego marzenia", przeniesienie centrum monarchii z Madrytu do Lizbony. "Dla żadnego księcia panowanie nad morzami nie ma takiej wagi jak dla władcy Hiszpanii - pisze jeden z nich - gdyż tylko siłami morskimi stworzyć można jedno ciało z tylu prowincji tak od siebie oddalonych"29. Podejmując tę samą myśl, pewien wojskowy autor posługuje się językiem zapowiadającym admirała Mahana: "Najwłaściwszą dla armii hiszpańskiej siłą jest potęga morska, lecz ta kwestia stanu tak jest znana, że nie będę o niej rozprawiał, nawet gdybym uważał, że to odpowiednie po temu miejsce"30.
Dopisywanie epilogu do czegoś, co się nie stało, choć mogło było się stać, jest czystą zabawą. Jedyną pewną rzeczą jest to, że gdyby zwyciężyła Lizbona, wsparta przez obecność Króla Katolickiego, nie byłoby Amsterdamu, a przynajmniej nie byłoby go tak szybko. W centrum danej gospodarki-świata nie mogą bowiem równocześnie istnieć dwa bieguny. Sukces jednego oznacza wcześniejsze czy późniejsze wycofanie się drugiego. Za czasów Augusta, w obrębie rzymskiego Morza Śródziemnego, Aleksandria prowadzi grę przeciwko Rzymowi, który odniesie zwycięstwo. W średniowieczu walkę o zagarnięcie możliwych do eksploatacji bogactw Wschodu będzie musiało wygrać jedno z dwóch miast: Genua lub Wenecja. Ich długotrwały pojedynek pozostanie nie rozstrzygnięty aż do zakończenia wojny o Chioggię (1378-1381) i nagłego zwycięstwa Wenecji. Włoskie miasta-państwa walczyły o supremację z zajadłością, której nie uda się przewyższyć ich następcom, nowożytnym państwom i narodom.
Takie przesunięcia w stronę sukcesu lub w stronę klęski są przyczyną prawdziwych przewrotów. Jeśli stolica jakiejś gospodarki-świata upada, silne wstrząsy zarejestrować można w dużej od niej odległości, aż po peryferie. Zresztą obraz sytuacji jest zwykle najbardziej wymowny właśnie na obrzeżu, w koloniach i w pseudokoloniach. Wenecja traci berło i traci imperium: Negroponte (Eubeę) w 1540 roku, Cypr (który był tego imperium klejnotem) w 1572, Kandię (Iraklion) w 1669. Kiedy Amsterdam utwierdza swoją przewagę, Portugalia traci imperium dalekowschodnie, a później znajdzie się o włos od utraty Brazylii. W 1762 roku Francja przegrywa pierwszą poważną rundę w pojedynku z Anglią: rezygnuje z Kanady, rezygnuje też praktycznie z zapewnienia sobie przyszłości w Indiach. W 1815 roku Londyn osiąga pełnię siły: Hiszpania właśnie utraciła lub traci Amerykę. Podobnie po roku 1929 świat, którego centrum wczoraj jeszcze znajdował się w Londynie, zaczyna ześrodkowywać się wokół Nowego Jorku; po 1945 roku wszystkie europejskie imperia kolonialne znikną jedno po drugim: angielskie, holenderskie, belgijskie, francuskie, hiszpańskie (lub to, co z niego zostało), dziś także portugalskie. To seryjne porzucanie kolonii nie jest przypadkowe, oznacza bowiem, że zostały zerwane więzy zależności. Czy trudno wyobrazić sobie skutki, jakie w całym świecie wywołałby dziś koniec hegemonii "amerykańskiej"?
Reguła druga (ciąg dalszy i zakończenie): mniej lub bardziej pełna dominacja miast
Określenie "miasta dominujące" nie oznacza, że chodzi zawsze o ten sam typ osiągnięć i sił: w toku historii owe miasta centralne lepiej lub gorzej sobie radzą, przyjrzenie się zaś z bliska różnicom między nimi i względnym niedostatkom prowadzi do dość uzasadnionych reinterpretacji.
Jeśli rozważymy klasyczną sekwencję dominujących miast Zachodu, Wenecję, Antwerpię, Genuę, Amsterdam, Londyn, o których będziemy dalej obszernie mówić, to stwierdzimy, że trzy pierwsze nie rozporządzają pełnym arsenałem środków dominacji ekonomicznej. Pod koniec XIV wieku Wenecja jest miastem handlowym w pełnym rozkwicie, ale przemysł ożywia ją zaledwie w połowie, jeśli zaś chodzi o jej finanse i banki, to system kredytowy działa tylko wewnątrz gospodarki weneckiej, jest motorem endogenicznym. Antwerpia, praktycznie pozbawiona floty, to ośrodek europejskiego kapitalizmu handlowego, coś w rodzaju hiszpańskiej oberży: każdy z uczestników wymiany znajduje tu to, co ze sobą przywiózł. Późniejsza przewaga Genui dotyczyć będzie tylko bankowości, podobnie jak w przypadku Florencji w XIII i XIV wieku; jeśli Genua odgrywa rolę pierwszoplanową, to dlatego, że klientem jej jest król Hiszpanii, władca kruszców, a także dlatego, że na przełomie XVI i XVII wieku zaznacza się niepewność co do środka ciężkości Europy: Antwerpia już nie gra tej roli, Amsterdam jeszcze jej nie przejął, jest to co najwyżej antrakt. W czasach Amsterdamu i Londynu miasta-światy posiadają pełny arsenał środków dominacji ekonomicznej, od kontroli żeglugi do ekspansji handlowej i przemysłowej poprzez cały wachlarz kredytu.
Panowanie jednego miasta różni się od panowania drugiego również ramami władzy politycznej. Z tego punktu widzenia Wenecja była państwem silnym i niezależnym; na początku XV wieku zagarnęła swój ląd stały (Terra Ferma), rozległą i bliską osłonę; od 1204 roku posiadała imperium kolonialne. Antwerpia natomiast nie będzie dysponować żadną władzą polityczną, jeśli można się tak wyrazić. Genua jest tylko szkieletem państwa terytorialnego: zrezygnowała z niezależności politycznej, stawiając na inne narzędzie dominacji, a mianowicie na pieniądz. Amsterdam zagarnia niejako na własność Zjednoczone Prowincje, niezależnie od ich woli; to jego "królestwo" nie jest jednak większe od weneckiej Terra Ferma. Wszystko się zmienia w epoce Londynu, gdyż to olbrzymie miasto rozporządza krajowym rynkiem angielskim, a następnie całością Wysp Brytyjskich, aż do chwili, kiedy wraz ze zmianą skali świata owa skupiona potęga stanie się małą Anglią w obliczu mastodonta, czyli Stanów Zjednoczonych.
Krótko mówiąc, historia kolejnych miast dominujących w Europie począwszy od XIV wieku, rozpatrywana w swoich najogólniejszych rysach, ujawnia ewolucję związanych z nimi gospodarek-światów, mniej lub bardziej spójnych, ze słabo lub silnie zaznaczonym centrum. Owa seria następujących po sobie miast ukazuje również zmienną wartość narzędzi dominacji: żeglugi, handlu, przemysłu, kredytu, potęgi czy przemocy politycznej...
Reguła trzecia: istnieje hierarchia stref
Poszczególne strefy danej gospodarki-świata zwracają się ku jednemu punktowi, ku centrum; kiedy ulegną polaryzacji, powstaje układ o wielorakich powiązaniach. Jak stwierdza Izba Handlowa Marsylii (1763): "Wszystkie gałęzie handlu są ze sobą związane i jak gdyby podają sobie ręce"31. Sto lat wcześniej w Amsterdamie pewien obserwator wyprowadzał z przypadku Holandii wniosek, "iż istnieje tak ścisły związek między wszystkimi częściami światowego handlu, że pomijać którąkolwiek z nich znaczy zapoznawać inne"32.
Przy tym raz zadzierzgnięte więzi okazują się trwałe.
Szczególna namiętność sprawiła, że stałem się historykiem Morza Śródziemnego drugiej połowy XVI wieku. Żeglowałem po nim w wyobraźni, byłem uwalniany, wymieniany, sprzedawany we wszystkich jego portach przez dobre pół wieku. Później musiałem zająć się historią Morza Śródziemnego w XVII i XVIII stuleciu. Sądziłem, że odrębność tej epoki zbije mnie z tropu, że będę musiał uczyć się od nowa, aby się w niej rozeznać. I oto dość szybko spostrzegłem, że znajduję się w dobrze mi znanych stronach, gdy chodzi o rok 1660, 1670 czy nawet 1750. Podstawowa przestrzeń, szlaki, czas podróży, rodzaje wytwórczości, wymieniane towary, porty przeładunkowe - wszystko znajdowało się w tym samym lub niemal w tym samym miejscu. Tu i ówdzie dokonały się pewne zmiany, lecz dotyczyły niemal wyłącznie nadbudowy, co oznacza zarazem dużo i prawie nic, nawet jeśli to "prawie nic" - pieniądz, kapitały, kredyt, zwiększony lub zmniejszony popyt na taki czy inny produkt - może zawładnąć życiem żywiołowym, codziennym, niejako "naturalnym". Życie płynie jednak dalej, nie wiedząc nawet, że rzeczywista władza znajduje się już w innych niż wczoraj rękach, a w każdym razie nie troszcząc się o to zbytnio. Z pewnością fakt, że w XVIII wieku oliwa z Apulii jest eksportowana na północ Europy przez Triest, Ankonę, Neapol, Ferrarę, a w znacznie mniejszym stopniu przez Wenecję33 jest czymś istotnym, lecz czy fakt ten ma większe znaczenie dla chłopów uprawiających oliwki?
Przez pryzmat tego właśnie doświadczenia tłumaczę sobie powstawanie gospodarek-światów i mechanizmów, dzięki którym kapitalizm i gospodarka rynkowa współistnieją i przenikają się wzajemnie, nie zawsze stanowiąc jedność. W zgodzie z rzeźbą terenu i biegiem wód powstały w ciągu stuleci łańcuchy rynków lokalnych i regionalnych. Ta lokalna gospodarka, która toczy się o własnych siłach utartymi drogami, podlega z konieczności okresowej integracji, "racjonalnemu" uporządkowaniu na korzyść strefy i miasta dominującego, i to na przeciąg jednego lub dwóch stuleci, aż do pojawienia się nowego "organizatora". Jak gdyby centralizacja i koncentracja34 środków i bogactw musiała się dokonywać na rzecz pewnych wybranych miejsc akumulacji.
Znamiennym przypadkiem - aby pozostać w ramach poprzedniego przykładu - jest tu wprzęgnięcie Adriatyku w służbę Wenecji. Morze to, które Signoria poczyna kontrolować wraz z opanowaniem Korfu, a więc co najmniej od roku 1383, jest dla niej rodzajem rynku narodowego; nazywa je ona "swoją zatoką" i twierdzi, że zdobyła je za cenę krwi. Korowód jej galer o złoconych dziobach opuszcza Adriatyk tylko w okresie burz zimowych. Wenecja nie wymyśliła jednak tego morza, nie stworzyła miast leżących na jego brzegach, zastała już ukształtowaną wytwórczość krajów nadbrzeżnych, ich wymianę, a nawet ich żeglarskie ludy. Musiała tylko zebrać w swym ręku, jak garść nici, dziedziny handlu już istniejące przed jej wtargnięciem: oliwę z Apulii, drewno okrętowe z lasów Monte Gargano, kamień z Istrii, sól, na którą czekają na obu brzegach ludzie i stada, wino, pszenicę... Zgromadziła także kupców wędrownych, setki i tysiące barek i żaglowców, wszystko to następnie przekształciła stosownie do swoich potrzeb i włączyła we własną gospodarkę. Owo "wzięcie w garść" jest procesem czy też "modelem", według którego dokonuje się budowa każdej gospodarki-świata z jej oczywistymi monopolami. Signoria uważa, że wszystkie towary przewożone przez Adriatyk winny być kierowane do jej portu i pozostawać pod jej kontrolą, niezależnie od tego, dla jakich odbiorców są przeznaczone; usilnie się o to stara i niezmordowanie walczy z miastami Segna i Fiume, które dokonują rozbojów, a także z Raguzą, Ankoną i Triestem, swoimi rywalami handlowymi35.
Schemat dominacji weneckiej odnajdujemy również gdzie indziej. Polega on w istocie rzeczy na dialektycznym stosunku między niemal samoczynnie się rozwijającą spontaniczną gospodarką rynkową a gospodarką nadrzędną, wyrastającą ponad te drobne działania, ukierunkowującą je, poddającą je swojej władzy. Wspominaliśmy już o oliwie z Apulii, którą Wenecja przez długi czas miała w swoich rękach. Otóż trzeba pamiętać, że aby to osiągnąć, Wenecja utrzymywała około 1580 roku w rejonie produkcji oliwy ponad 500 kupców z Bergamo36, swoich poddanych, którzy zajmowali się gromadzeniem, składowaniem, organizowaniem dostaw tego artykułu. Nadrzędna gospodarka obejmuje w ten sposób produkcję i kieruje jej zbytem. Aby osiągnąć cel, posługuje się wszelkimi środkami, w szczególności świadomie udzielanymi kredytami. Nie inaczej przecież Anglicy ustanowili swoją supremację w Portugalii po traktacie zawartym przez lorda Methuena (1703). Nie inaczej też Amerykanie usunęli Anglików z Ameryki Południowej po drugiej wojnie światowej.
Reguła trzecia (ciąg dalszy): strefy a la Thünen
Pewne próby wyjaśnienia (nie zaś wyjaśnienie w ogóle) znaleźć możemy u Johanna Heinricha von Thünen (1780-1851), największego obok Marksa ekonomisty niemieckiego XIX wieku37. Każda gospodarka-świat mieści się w schemacie, jaki autor ten nakreślił w swojej pracy Der isolierte Staat (1826). "Wyobraźmy sobie - pisze on - wielkie miasto pośród urodzajnej równiny, nie przeciętej ani żeglowną rzeką, ani kanałem. Gleba tej równiny jest doskonale jednolita i w całości zdatna do uprawy. W dość dużej odległości od miasta równina kończy się na skraju strefy dzikiej, nieuprawnej, która całkowicie oddziela nasze państwo od reszty świata. Co więcej, na równinie owej nie ma żadnego innego miasta poza wielkim miastem, o którym była mowa wyżej"38. Raz jeszcze rozpoznajemy tu właściwą ekonomii potrzebę wychodzenia poza rzeczywistość, aby następnie lepiej ją zrozumieć39.
Samotne miasto i okalająca je wieś oddziałują na siebie wzajemnie. Ponieważ o rodzaju działalności rozstrzyga tylko odległość od miasta (żadne zróżnicowanie gleb nie predysponuje tej czy innej części obszaru do określonego rodzaju upraw), same przez się zarysowują się koncentryczne strefy; pierwszy krąg obejmuje ogrody, uprawy warzywne (które przylegają do przestrzeni miejskiej, a nawet wypełniają jej wolne szczeliny) oraz produkcję mleczarską; dalsze kręgi, drugi i trzeci - zboża i hodowlę. Mamy przed oczyma mikrokosmos, którego model można zastosować, jak to uczynił G. Niemeier40, do Sewilli i Andaluzji lub też, jak to naszkicowaliśmy, do regionów, które zaopatrują Londyn albo Paryż41, czy wreszcie do jakiegokolwiek innego miasta. Teoria przystaje do rzeczywistości w takim stopniu, w jakim pozwala na to wielkie uproszczenie zaproponowanego modelu: można rzec - raz jeszcze posługując się obrazem hiszpańskiego zajazdu - iż każdy przybywa tam ze wszystkim, co mu będzie potrzebne.
Nie będę formułował pod adresem modelu von Thünena zarzutu, że nie zostawia miejsca na narodziny i rozwój przemysłu (który istniał na długo przed angielską rewolucją przemysłową XVIII wieku) lub że opisuje abstrakcyjną krainę, gdzie odległość jak deus ex machina sama wyznacza kolejne kręgi aktywności i gdzie nie pojawiają się ani miasteczka, ani wsie, to znaczy żadne związane z człowiekiem realia rynku. Wszelka transpozycja tego zbyt uproszczonego modelu na jakiś rzeczywisty przykład pozwala bowiem wprowadzić doń ponownie owe pominięte składniki. Zganię natomiast to, że w skład tego schematu nie wchodzi zupełnie tak ważne pojęcie nierówności. Nierówność poszczególnych stref względem siebie jest oczywista, lecz przyjmuje się ją bez wyjaśnień. "Wielkie miasto" dominuje nad otaczającą je wsią i kropka. Dlaczego jednak dominuje? Wymiana wieś-miasto, która tworzy elementarny krwiobieg organizmu ekonomicznego, jest doskonałym przykładem - niezależnie od tego, co na ten temat mówi Adam Smith42 - wymiany nierównej. Ta nierówność ma swoje początki, swoją genezę43. Ekonomiści zbyt łatwo pomijają w tej mierze ewolucję historyczną, która bez wątpienia bardzo wcześnie odegrała swoją rolę.
Reguła trzecia (ciąg dalszy): schemat przestrzenny gospodarki-świata
Każda gospodarka-świat polega na zazębianiu się, przyleganiu do siebie stref powiązanych wzajemnie, lecz znajdujących się na różnych poziomach. Zarysowują się tu co najmniej trzy obszary, trzy kategorie: szczupłe centrum, dość rozwinięte regiony drugorzędne i na koniec ogromne marginesy zewnętrzne. W zależności od strefy zmieniają się nieuchronnie cechy charakterystyczne społeczeństwa, gospodarki, techniki, kultury, porządku politycznego. Mamy tu wyjaśnienie o bardzo szerokim zasięgu; na nim właśnie Immanuel Wallerstein zbudował całą swoją pracę The Modern World-System (1974). Centrum, "serce", gromadzi wszystko to, co najbardziej zaawansowane i zróżnicowane. Pierścień następny rozporządza tylko częścią owych korzyści, choć ma w nich udział: jest to strefa "wspaniałych namiastek". Ogromne i słabo zaludnione peryferie są natomiast zacofane, zapóźnione, z łatwością poddają się wyzyskowi. Owa dyskryminacyjna geografia dziś jeszcze stanowi pułapkę dziejową i zarazem wyjaśnia ogólną historię świata, choć z kolei historia ta sama niekiedy stwarza zasadzki, jakby na mocy cichego porozumienia.
Region centralny nie ma w sobie nic tajemniczego: kiedy Amsterdam staje się "magazynem" świata, strefę centralną stanowią Zjednoczone Prowincje (lub przynajmniej najaktywniejsze spośród nich); kiedy Londyn narzuca swoją supremację, w sercu układu znajduje się Anglia (jeśli nie całe Wyspy Brytyjskie). Kiedy na początku XVI wieku Antwerpia budzi się pewnego pięknego poranka na skrzyżowaniu europejskich dróg handlowych, Niderlandy, jak mówił Henri Pirenne, stają się "przedmieściem Antwerpii"44, a szeroki świat - jej rozległymi terenami podmiejskimi. "Siła [...] pompowania i przyciągania, jaką odznaczają się te bieguny wzrostu"45, jest oczywista.
Trudniej natomiast określić rozległość regionów bezpośrednio sąsiadujących z ową strefą centralną i znajdujących się poniżej jej poziomu, choć niekiedy dość nieznacznie; dążąc do zrównania się ze strefą centralną, regiony te wywierają na nią napór ze wszystkich stron i ulegają większym niż inne zmianom. Różnice nie zawsze zaznaczają się wyraźnie: zdaniem Paula Bairocha46 zróżnicowanie poziomu tych stref gospodarczych było dawniej znacznie słabsze niż dziś; Hermann Kellenbenz powątpiewa nawet, czy ono rzeczywiście istniało47. Mniej lub bardziej ostre różnice jednak są; ilekroć rozporządzamy danymi liczbowymi, mówią nam o tym kryteria cen, płac, poziomu życia, produktu narodowego, dochodu na głowę, bilansów handlowych.
Kryterium najprostszym i jeśli nie najlepszym, to w każdym razie najłatwiej dostępnym jest obecność lub nieobecność w takim czy innym regionie cudzoziemskich kolonii handlowych. Jeśli obcy kupiec ma wysoką pozycję w danym mieście czy kraju, to ujawnia tym samym niższość tego miasta lub kraju w stosunku do gospodarki, której jest przedstawicielem czy wysłannikiem. Oto przykłady: kupcy-bankierzy genueńscy w Madrycie w czasach Filipa II, kupcy holenderscy w Lipsku w XVII wieku, kupcy angielscy w Lizbonie w XVIII wieku, albo Włosi, zwłaszcza Włosi, w Brugii, Antwerpii, Lyonie czy Paryżu (co najmniej do czasów Mazariniego). Około roku 1780 "w Lizbonie i w Kadyksie wszystkie domy handlowe są obcymi kantorami", alle Häuser fremde Comptoirs sind48. Taką samą czy niemal taką samą sytuację mamy w XVIII stuleciu w Wenecji49.
Wszelkie wątpliwości rozpraszają się natomiast, kiedy docieramy do krajów peryferyjnych. Nie sposób się tu pomylić: są to kraje biedne, zacofane, w których dominującym statusem społecznym jest często poddaństwo czy wręcz niewolnictwo (wolnych lub tak zwanych wolnych chłopów spotkać można tylko w sercu Zachodu). Są to również kraje ledwie tknięte gospodarką pieniężną; kraje, w których zarysowuje się dopiero podział pracy, w których chłop wykonuje wszystkie zawody naraz, w których ceny pieniężne, jeśli są stosowane, bywają śmiesznie niskie. Zbyt tanie środki utrzymania są zresztą zawsze same w sobie objawem niedorozwoju. Węgierski kaznodzieja Márton Szepsi Csombor, wracając w 1618 roku do kraju, "zwraca uwagę na wysoki poziom cen artykułów żywnościowych w Holandii i w Anglii; sytuacja zaczyna się zmieniać we Francji, potem w Niemczech, w Polsce i Czechach; cena chleba spada podczas całej podróży aż do przybycia na Węgry"50. Węgry znajdują się niemal na samym dole drabiny. Można jednak wybrać się jeszcze dalej: w Tobolsku na Syberii "artykuły niezbędne do życia tak są tanie, że człowiek z gminu może tu żyć całkiem dostatnio za dziesięć rubli rocznie"51.
Regiony zacofane, położone na obrzeżach Europy, dostarczają licznych przykładów takich marginalnych gospodarek: "feudalna" Sycylia w XVIII wieku; Sardynia w dowolnej epoce; tureckie Bałkany; Meklemburgia, Polska, Litwa, rozległe regiony poddawane drenażowi na rzecz rynków zachodnich, skazane na dostosowywanie swojej produkcji do popytu na rynkach zagranicznych bardziej niż do potrzeb krajowych; Syberia eksploatowana przez rosyjską gospodarkę-świat. Ale także weneckie wyspy Lewantu, gdzie zagraniczny popyt na rodzynki i mocne, słodkie wina, które pija się nawet w Anglii, narzucił już w XV wieku wszechwładną monokulturę, niszcząc lokalną równowagę.
Peryferie istnieją oczywiście na całym świecie. Przed i po Vasco da Gamie czarni poszukiwacze złota i myśliwi z pierwotnej krainy Monomotapa wymieniają na wschodnim wybrzeżu Afryki żółty kruszec i kość słoniową na indyjskie tkaniny bawełniane. Chiny nieustannie poszerzają swoje granice kosztem krajów "barbarzyńskich", jak je określają chińskie teksty. Chińczycy patrzą bowiem na te ludy tak, jak Grecy z epoki klasycznej patrzyli na narody nie mówiące po grecku: zarówno w Wietnamie, jak na Archipelagu Malajskim są tylko barbarzyńcy. W Wietnamie Chińczycy rozróżniają jednak barbarzyńców podległych wpływom cywilizacji chińskiej i wpływami tymi nietkniętych. Według XVI-wiecznego historyka chińskiego jego rodacy "zwali barbarzyńcami surowymi tych, którzy pozostali niezależni, zachowując pierwotne obyczaje, a barbarzyńcami gotowanymi tych, którzy w mniejszym lub większym stopniu przyjęli cywilizację chińską, podporządkowując się cesarstwu". Wchodzi tu w grę równocześnie polityka, kultura, gospodarka, model społeczny. W tym systemie znaczeń "surowe" i "gotowane", jak wyjaśnia Jacques Dournes, to także przeciwstawienie kultura-natura, jako że "surowość" przejawia się przede wszystkim w nagości ciała: "Kiedy "królowie" gór zapłacą daninę dworowi w Annamie [podległemu wpływom chińskim], zostaną przezeń odziani"52.
Stosunek zależności daje się zauważyć również na wielkiej wyspie Hainan w pobliżu południowych wybrzeży Chin. Górzyste i niezależne wnętrze wyspy zamieszkują nie-Chińczycy, ludzie w gruncie rzeczy pierwotni, podczas gdy okolice nizinne, poprzecinane ryżowiskami, znajdują się już w rękach chińskich chłopów. Górale, rabusie z zamiłowania, ale też nierzadko tropieni jak dzikie zwierzęta, chętnie wymieniają twarde gatunki drewna i złoty piasek za pośrednictwem swego rodzaju niemego handlu, przy czym kupcy chińscy zostawiają "jako pierwsi swoje płótna i towary pasmanteryjne w ich górach"53. Pomijając niemą transakcję, ten rodzaj wymiany przypomina handel wymienny na atlantyckim wybrzeżu Sahary w czasach Henryka Żeglarza, kiedy portugalskie sukno, płótno i derki zaczęto tu wymieniać na złoty piasek i czarnych niewolników dostarczanych na wybrzeże przez koczowniczych Berberów.
Reguła trzecia (ciąg dalszy): strefy neutralne?
Strefy zacofane nie są jednak rozmieszczone wyłącznie na prawdziwych peryferiach. W rzeczywistości usiane są nimi nawet regiony centralne, gdzie strefy te tworzą liczne regionalne plamy na skromną skalę krainy czy kantonu, samotnej doliny górskiej czy obszaru mało dostępnego, bo położonego z dala od uczęszczanych dróg. Wszystkie rozwinięte gospodarki są niejako podziurawione takimi niezliczonymi studniami pozostającymi poza czasem świata, które historykowi poszukującemu prawie zawsze nieuchwytnej przeszłości pozwalają się w niej zanurzyć, podobnie jak się to robi w czasie podmorskich połowów. W ciągu ostatnich lat starałem się usilnie - bardziej jeszcze, niż mogą o tym świadczyć dwa pierwsze tomy mojej pracy - dotrzeć do owych pierwotnych uwarunkowań, do całej tej szczególnej tkanki historycznej, sytuującej niektórych z nas poniżej lub na marginesie rynku, jako że wymiana omija te odosobnione regiony. Nie są one zresztą - co wielokrotnie podkreślałem - ani szczęśliwsze z czysto ludzkiego punktu widzenia, ani bardziej nieszczęśliwe od innych.
Takie poszukiwania rzadko jednak bywają owocne: brakuje dokumentów, a zebrane szczegóły są raczej barwne niż przydatne. My natomiast chcielibyśmy zgromadzić dane pozwalające ocenić rozmiary i naturę życia gospodarczego w pobliżu poziomu zerowego. Są to z pewnością oczekiwania wygórowane. Istnienie tego rodzaju stref "neutralnych", niemal bez wymiany i kontaktów z obcymi, nie ulega wszakże najmniejszej wątpliwości. Na terenie Francji, nawet w XVIII wieku, te światy na opak spotyka się zarówno w przerażającym wnętrzu Bretanii, jak w alpejskim masywie Oisans54 czy w dolinie Morzine55 za przełęczą Montets, czy wreszcie w wysoko położonej dolinie Chamonix, zamkniętej przed narodzinami alpinizmu dla świata zewnętrznego. Niezwykłym uśmiechem losu było dla historyczki Colette Baudouy56 spotkanie w roku 1970 w Cervi?res, w okolicy Briançon, ze wspólnotą górali, która "ciągle jeszcze żyła życiem przodków, zgodnie z mentalnością czasów minionych, i posługiwała się dawną rolniczą techniką wytwórczą, jakby ocalała z potopu, który pochłonął wspólnoty sąsiednie". Badaczka potrafiła z tej szansy skorzystać.
Jeżeli tego rodzaju izolowane grupy można było spotkać we Francji w roku 1970, to nie należy się dziwić, że w Anglii, w przededniu rewolucji przemysłowej, podróżny na każdym kroku napotyka regiony zacofane. David Hume57 (1711-1776) notował około połowy XVIII wieku, że w Wielkiej Brytanii i w Irlandii nie brak okolic, gdzie utrzymanie jest równie tanie, jak we Francji. Mówi się tak oględnie o regionach, które dziś nazwalibyśmy "słabo rozwiniętymi", gdzie życie toczy się w sposób tradycyjny, a chłopi rozporządzają obfitymi zasobami zwierzyny oraz łososi i pstrągów, od których roją się rzeki. Jeśli zaś chodzi o ludzi, to należałoby mówić o dzikości. Tak dzieje się w okolicach zamieszkanych przez Fenów, nad zatoką Wash, w chwili podjęcia tam z początkiem XVII wieku ogromnych robót melioracyjnych na modłę holenderską. Przedsięwzięcie to daje początek kapitalistycznym uprawom tam, gdzie poprzednio żyli wolni ludzie nawykli do rybołówstwa i polowania na ptactwo wodne; ci pierwotni mieszkańcy będą zażarcie walczyć w obronie swego dotychczasowego życia, napadając na inżynierów i robotników zatrudnionych przy robotach ziemnych, niszcząc groble, mordując przeklętych przybyszów58. Podobne konflikty między nowoczesnością a starym porządkiem toczą się jeszcze na naszych oczach, zarówno w głębi Kampanii, jak w innych regionach świata59. Akty przemocy zdarzają się jednak stosunkowo rzadko. Na ogół "cywilizacja" znajduje w razie potrzeby tysiąc sposobów, aby przyciągnąć i przeniknąć obszary, które długo pozostawiała własnemu losowi. Czy jednak skutki różnią się tak bardzo?
Reguła trzecia (ciąg dalszy i zakończenie): powłoka i podłoże
Gospodarka-świat ma postać olbrzymiej powłoki. Zważywszy na środki łączności, jakimi niegdyś rozporządzano, powinna ona a priori zgromadzić znaczne zasoby dla zapewnienia sobie dobrego funkcjonowania. Otóż gospodarka ta funkcjonuje w sposób niezaprzeczalny, chociaż niezbędną gęstość, spoistość i siłę ma tylko jej strefa centralna i regiony bezpośrednio ją otaczające. Nawet one zresztą, jak to widzimy w kręgu Wenecji, Amsterdamu czy Londynu, obejmują pewne obszary mniej ożywione gospodarczo i słabiej powiązane z ośrodkami decyzyjnymi. Dziś jeszcze Stany Zjednoczone mają w swoich granicach własne "kraje słabo rozwinięte".
Czy więc będziemy rozpatrywać gospodarkę-świat pod względem jej rozciągłości na powierzchni ziemi, czy też pod kątem spoistości jej strefy centralnej, ogarnie nas jednakowe zdumienie: mechanizm jej funkcjonuje, chociaż (zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę pierwsze dominujące miasta w dawnej Europie) rozporządza niewielką mocą. Jak to jest możliwe? Pytanie owo powracać będzie w toku całej tej pracy, nie zdołamy wszakże udzielić na nie rozstrzygającej odpowiedzi. To, że Holandii udaje się ciągnąć zyski handlowe z wrogiej sobie Francji Ludwika XIV, że Anglia zdobywa ogromne Indie, jest istotnie niemal niepojęte. Pragnąłbym jednak podsunąć pewne wyjaśnienia, uciekając się do pomocy obrazu.
Oto blok marmuru wybrany przez Michała Anioła czy któregoś z jego współczesnych w kamieniołomach Carrary60, kamień o olbrzymim ciężarze, który jednak zostanie wydobyty przy zastosowaniu najprostszych środków, a następnie ruszony z miejsca bardzo skromnymi siłami: wystarczy odrobina prochu, którego używa się od dość dawna w kamieniołomach i kopalniach, dwa lub trzy lewary, dziesięciu ludzi (albo i mniej), liny, zaprzęg, drewniane bale do przetaczania, równia pochyła - i to wszystko. Wszystko, ponieważ olbrzyma przygniata do ziemi jego własny ciężar; ponieważ stanowi siłę ogromną, lecz nieruchomą, zneutralizowaną. Czy nie dzieje się podobnie z masą działań elementarnych? Usidlona, zniewolona, przygwożdżona do ziemi, poddaje się łatwiej odgórnemu sterowaniu. Narzędzia i dźwignie, które je umożliwiają, to trochę gotówki, nieco srebra dostarczonego do Gdańska czy do Mesyny, kusząca propozycja kredytowa, zaoferowanie "sztucznych" pieniędzy lub rzadkiego i pożądanego artykułu... To także sam system rynkowy. Wysokie ceny na krańcach łańcuchów handlowych stanowią nieustanną podnietę: jedno skinienie i wszystko zostaje wprawione w ruch. Dodajmy do tego siłę przyzwyczajenia: pieprz i korzenie przez całe wieki pojawiały się u wrót Lewantu, wychodząc na spotkanie cennego srebra.
Oczywiście istnieje również przemoc: portugalskie czy holenderskie eskadry ułatwiały operacje handlowe na długo przed "wiekiem kanonierek", ale jeszcze częściej podstępnie manipulowano gospodarkami zależnymi przy użyciu pozornie skromnych środków. Obraz ten daje się w istocie zastosować do wszystkich mechanizmów gospodarki-świata, zarówno do centrum w porównaniu z peryferiami, jak do centrum w relacji z nim samym. Centrum bowiem, powtórzmy, jest rozwarstwione, podzielone i zwraca się przeciw sobie samemu. Peryferie także: "Jest rzeczą wiadomą, że w Palermo - pisze konsul rosyjski61 - każdy niemal artykuł jest o 50% droższy niż w Neapolu". Zapomina jednak wyjaśnić, co rozumie przez "artykuł" i jakie wyjątki implikuje określenie "niemal". Sami musimy odpowiedzieć na te pytania i wyobrazić sobie skutki, jakie mogą pociągać takie różnice poziomu między stolicami dwóch królestw składających się na upośledzone Południe Włoch.
GOSPODARKA-ŚWIAT: PEWIEN UKŁAD WOBEC INNYCH UKŁADÓW
Niezależnie od tego, jak oczywisty jest przymus ekonomiczny i jakie są jego konsekwencje, błędem byłoby wyobrażać sobie, że porządek gospodarki-świata rządzi całym społeczeństwem i że tylko ona określa inne układy społeczne. Istnieją bowiem inne układy. Gospodarka nie jest nigdy izolowana. Jej teren, jej przestrzeń to także miejsce, gdzie formują się i funkcjonują inne systemy - kultura, życie społeczne, polityka - które nieustannie ingerują w gospodarkę, wspierając ją lub wznosząc przed nią przeszkody. Układy owe tym trudniej od siebie oddzielić, że to, co poddaje się obserwacji - rzeczywistość doświadczana, "rzeczywistość realna", jak mówi François Perroux62 - jest całością (globalnością), czymś, co nazwalibyśmy społeczeństwem par excellence, zbiorem zbiorów!63 Każdy poszczególny zbiór64, jaki dla większej jasności wyróżniamy, pozostaje w rzeczywistości spleciony z innymi. Ani przez chwilę nie wierzę, by pomiędzy historią gospodarczą a historią społeczną istniał no man's land, jak twierdzi Willan65. Poniższe równania można by kolejno mnożyć: gospodarka jest polityką, kulturą, społeczeństwem; kultura jest gospodarką, polityką, społeczeństwem itd. Można by też przyjąć, że w danym społeczeństwie polityka rządzi gospodarką i odwrotnie; że gospodarka sprzyja lub nie sprzyja kulturze i odwrotnie. A nawet powtórzyć za Pierre'em Brunelem66, że "wszystko, co ludzkie, jest polityczne, a więc wszelka literatura (nawet hermetyczna poezja Stéphane'a Mallarmé) jest polityczna". Jeśli bowiem specyficzną cechą gospodarki jest wykraczanie poza swoją przestrzeń, to czyż nie można tego samego powiedzieć o innych układach społecznych? Wszystkie one pochłaniają przestrzeń, starają się rozprzestrzenić, zarysowują kolejne strefy a la Thünen.
I tak państwo dzielić się może na trzy strefy: stolicę, prowincję, kolonie. Schemat taki odpowiada Wenecji w XV wieku: miasto z przedmieściami, czyli Dogado67; miasta i ziemie Terra Ferma; kolonie, czyli Mar (morze). W przypadku Florencji będzie to miasto, contado, stato (państwo)68. Co do tego ostatniego, zdobytego kosztem Sieny i Pizy, chciałbym wysunąć twierdzenie, że należy ono do kategorii pseudokolonii. Nie ma potrzeby mówić o podziale Francji na te trzy strefy w wieku XVII, XVIII, XIX i XX lub też o podziale Anglii lub Zjednoczonych Prowincji. Czy jednak w skali całej Europy tak zwany system równowagi europejskiej69, który z upodobaniem badają historycy, nie jest rodzajem politycznej repliki gospodarki-świata? Celem jest tu stworzenie oraz utrzymanie peryferii i półperyferii, gdzie napięcia nie zawsze znoszą się wzajemnie, w stanie nie zagrażającym władzy centralnej. Polityka także ma bowiem "serce", wąską strefę, skąd nadzoruje się wydarzenia bliskie lub dalekie: wait and seeI.
Również formy społeczne są zróżnicowane pod względem geograficznym. Jak daleko na przykład sięga terytorialnie poddaństwo, pańszczyzna, społeczeństwo feudalne? Społeczeństwo zmienia się krańcowo w zależności od miejsca w przestrzeni. Kiedy Dupont de Nemours przyjmuje posadę wychowawcy syna księcia Czartoryskiego, z osłupieniem dokonuje w Polsce odkrycia, czym jest kraj pańszczyźniany: chłopi, którzy nic nie wiedzą o państwie i znają tylko swego pana, i książęta, którzy pozostali cząstką ludu, jak Radziwiłł, który jest panem "na włościach większych od Lotaryngii", a śpi na gołej ziemi70.
Podobnie kultura jest niekończącym się podziałem przestrzeni na kolejne kręgi: w epoce Odrodzenia są to Florencja, Włochy, reszta Europy. Kręgi te są w sposób oczywisty zbieżne z procesem podboju przestrzeni. Spójrzmy, jak sztuka "francuska", sztuka kościołów gotyckich, wyrusza z ziem położonych między Sekwaną a Loarą i zdobywa Europę. Jak barok, dziecko kontrreformacji, ogarnia cały kontynent, począwszy od Rzymu i Madrytu, i wkracza nawet do protestanckiej Anglii. Jak w XVIII wieku język francuski staje się powszechnie używanym językiem wykształconych Europejczyków. Lub też jak całe Indie, zarówno muzułmańskie, jak hinduskie, zalewa poczynając od Delhi architektura i sztuka mahometańska, która obejmie w posiadanie zislamizowany Archipelag Malajski w ślad za indyjskimi kupcami.
Można by niewątpliwie przedstawić kartograficznie sposób, w jaki poszczególne "układy" społeczeństwa wpisują się w przestrzeń, oznaczyć ich bieguny, ich strefy centralne, ich linie sił. Każdy z nich ma własną historię, własny obszar, a wszystkie wywierają wpływ na siebie nawzajem. Żaden nie bierze raz na zawsze góry nad innymi. Ich klasyfikacja, jeśli można mówić o klasyfikacji, zmienia się nieustannie, powoli co prawda, lecz jednak się zmienia.
Porządek ekonomiczny i międzynarodowy podział pracy
Wraz z postępami nowoczesności coraz silniej zaznacza się prymat gospodarki, która ukierunkowuje, zakłóca, wywiera wpływ na inne systemy.
4. Mapa gotyku
(Wg atlasu historycznego opracowanego pod kierunkiem Georges'a Duby, Larousse 1978.)
Prymat ten zaostrza nierówności, zamyka współuczestników gospodarki-świata w ubóstwie lub w bogactwie, wyznacza im role, i to - jak się wydaje - na długo. Pewien ekonomista71 powiada bez żartobliwej intencji: "Biedny kraj jest biedny, ponieważ jest biedny". Pewien historyk72 stwierdza z kolei: "Ekspansja pociąga za sobą ekspansję". Znaczy to tyle, co: "Dany kraj bogaci się, bo już jest bogaty" . W tych rozmyślnie uproszczonych prawdach jest moim zdaniem więcej sukcesu niż w pseudoteoremacie, jakoby "nie do obalenia"73, Davida Ricardo (1817); ma on polegać, jak wiadomo, na tym, że stosunki między dwoma krajami zależą od "porównawczych kosztów" produkcji; wszelka wymiana zagraniczna zmierza do osiągnięcia wzajemnej równowagi i może być tylko korzystna dla obu partnerów (w najgorszym przypadku trochę bardziej dla jednego niż dla drugiego), "wiążąc węzłami wspólnych interesów i wzajemnych stosunków narody całego cywilizowanego świata. Ta właśnie zasada stanowi o tym, że wino wyrabia się we Francji i Portugalii, że zboże uprawia się w Ameryce i w Polsce i że artykuły żelazne i inne wyroby wytwarza się w Anglii"74. Jest to obraz nazbyt uspokajający. Rodzi się bowiem pytanie: kiedy i z jakich powodów dokonał się ten podział zadań, który Ricardo opisuje w 1817 roku jako leżący w naturze rzeczy?
Podział ów nie jest owocem "naturalnych", oczywistych przeznaczeń; jest dziedzictwem, utrwaleniem sytuacji sięgającej w bliższą lub dalszą przeszłość i powoli, historycznie zarysowanej. Podział pracy w skali świata (lub gospodarki-świata) nie jest uzgodnionym między równoprawnymi partnerami układem, który w każdej chwili może ulec rewizji. Ukształtował się on stopniowo jako łańcuch zależności, które warunkują się wzajemnie. Nierówna wymiana, sprawczyni nierówności świata, i odwrotnie, nierówność świata, uparta sprawczyni wymiany, istnieją od zawsze. W grze gospodarczej zawsze istniały karty lepsze od innych, a niekiedy, nawet często, znaczone. Pewne rodzaje działalności przynoszą większy zysk niż inne: korzystniej jest uprawiać winorośl niż pszenicę (przynajmniej jeśli ktoś inny zgadza się uprawiać pszenicę za nas), korzystniejsze jest działanie w sektorze drugim niż w pierwszym, w sektorze trzecim niż w drugim. Jeśli wymiana między Anglią a Portugalią w czasach Davida Ricardo polega na tym, że pierwsza z nich dostarcza sukna i innych wyrobów przemysłowych, druga zaś wina, to Portugalia znajduje się w pierwszym sektorze, na niższej pozycji. Wieki minęły, od kiedy Anglia, jeszcze przed wstąpieniem na tron Elżbiety, przestała eksportować swoje surowce, swoją wełnę, aby rozwijać przemysł i handel; przez całe też wieki Portugalia, niegdyś syta i szczęśliwa, podążała w przeciwnym kierunku lub była do tego zmuszona. Za czasów księcia Erceira rząd portugalski posługuje się w celach obronnych kostiumem merkantylizmu, popiera rozwój przemysłu, ale w dwa lata po śmierci księcia (1690) te popisy się kończą, dziesięć lat później zostaje zaś podpisany traktat lorda Methuena. Kto ośmieliłby się twierdzić, że podstawą stosunków angielsko-portugalskich są "więzy wspólnego interesu" między zaprzyjaźnionymi społeczeństwami, nie zaś trudny do odwrócenia układ sił?
Stosunek sił między narodami wypływa z bardzo niekiedy odległych przyczyn. Raz doświadczona w przeszłości zależność bywa trudna do przezwyciężenia dla określonej gospodarki, społeczeństwa, cywilizacji czy nawet układu politycznego. I tak włoskie Mezzogiorno niezaprzeczalnie pozostaje w tyle od dawna, co najmniej od XII wieku. Pewien Sycylijczyk stwierdził z niejaką przesadą: "Jesteśmy kolonią od 2500 lat"75. Brazylijczycy, niepodlegli od roku 1822, znajdowali się w swoim odczuciu jeszcze wczoraj, a nawet dziś, w sytuacji "kolonialnej" nie w stosunku do Portugalii, lecz w stosunku do Europy i Stanów Zjednoczonych. Jest dziś obiegowym żartem powiedzenie: "nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi Brazylii, lecz Brazylią Stanów Zjednoczonych..."
Podobnie nie da się wytłumaczyć zapóźnienia przemysłowego Francji, widocznego od XIX wieku, bez znacznego cofnięcia się w czasie. Według niektórych historyków76 Francji nie udało się dokonać przemysłowego przekształcenia kraju i zwyciężyć we współzawodnictwie z Anglią o pierwsze miejsce w Europie i w świecie z powodu Rewolucji i Cesarstwa: ich zdaniem została wówczas stracona pewna szansa. Prawdą jest, że przy sprzyjającym zbiegu okoliczności Francja oddała całą przestrzeń świata w handlowe władanie Wielkiej Brytanii; prawdą jest też, że połączone skutki Trafalgaru i Waterloo miały ogromną wagę. Czy jednak można zapominać o szansach straconych jeszcze przed rokiem 1789? Czy w roku 1713, kiedy zakończyła się hiszpańska wojna sukcesyjna, Francja nie musiała pożegnać się ze swobodnym dostępem do srebra w Ameryce hiszpańskiej? W roku 1722, wraz z krachem Lawa, Francja pozbawiona zostaje (aż do roku 1776) banku centralnego77. W roku 1762, jeszcze przed traktatem paryskim, traci Kanadę i, praktycznie, Indie. Z kolei, w dawniejszej jeszcze przeszłości, kwitnąca Francja XIII wieku, wyniesiona ponad samą siebie dzięki jarmarkom w Szampanii, gdzie zbiegały się szlaki lądowe, utraciła tę przewagę w początkach wieku XIV wskutek powstania morskiego szlaku między Włochami a Niderlandami wiodącego przez Gibraltar; znalazła się wówczas (wyjaśnimy to dalej78) poza zasadniczym "kapitalistycznym" obiegiem Europy. Morał: nigdy nie przegrywa się za jednym razem. Nigdy też nie wygrywa się od razu. Sukces zależy od wykorzystania szans, jakie stwarza dana epoka, od ponawianych prób, od nagromadzenia przyczyn. Władza akumuluje się podobnie jak pieniądze i dlatego właśnie przemawiają do mnie uwagi, na pierwszy rzut oka zbyt oczywiste, Ragnara Nurkse i Pierre'a Chaunu. "Kraj jest biedny, ponieważ jest biedny" - powiedzmy wyraźniej: ponieważ był już biedny lub wcześniej dostał się w "błędne koło ubóstwa", jak również mówi Nurkse79. "Ekspansja pociąga za sobą ekspansję", kraj rozwija się, ponieważ już się rozwijał, ponieważ znalazł się uprzednio w trybach ruchu, który jest dlań pomyślny. Przeszłość ma więc zawsze coś do powiedzenia. Nierówność świata wywodzi się z realiów strukturalnych, które bardzo powoli powstają i bardzo powoli zanikają.
Państwo: władza polityczna, władza ekonomiczna
Państwo jest dziś wysoko notowane. Nawet filozofowie przychodzą mu z pomocą. Każde wyjaśnienie, które nie wysuwa na plan pierwszy roli państwa, pozostaje zatem w niezgodzie z szerzącą się modą. Moda owa grzeszy oczywiście przesadą i uproszczeniami, ale ma przynajmniej tę zaletę, że zmusza niektórych historyków francuskich do cofnięcia się po swoich własnych śladach, do okazania odrobiny podziwu temu, co nieodwracalnie zostawili za sobą lub co najmniej obojętnie pominęli.
Między XV a XVIII stuleciem państwo wcale jednak nie wypełnia całej przestrzeni społecznej, nie ma tej "diabolicznej" siły penetracji, jaką przypisuje mu współczesność; brak mu środków, tym bardziej że odczuło w całej rozciągłości długi kryzys lat 1350-1450. Dopiero w drugiej połowie XV wieku państwo dźwiga się ponownie. Miasta-państwa, które - wyprzedzając państwa terytorialne - grają pierwszoplanową rolę aż do początku wieku XVIII, są wówczas bez reszty narzędziem w rękach kupców. W państwach terytorialnych, które bardzo powoli odzyskują siły, sprawa nie przedstawia się tak prosto, ale Anglia, pierwsze państwo terytorialne, które osiąga stadium rynku narodowego czy gospodarki narodowej, dość szybko przechodzi pod panowanie kupców po rewolucji 1688 roku. Nic więc dziwnego, że w Europie preindustrialnej siła polityczna zbiega się z siłą gospodarczą na mocy pewnego determinizmu. W każdym razie mapa gospodarki-świata, z jej strefami centralnymi o wzmożonym napięciu i z jej koncentrycznym zróżnicowaniem, zdaje się dość ściśle odpowiadać politycznej mapie Europy.
W centrum gospodarki-świata znajduje się zawsze silne, agresywne, uprzywilejowane państwo, niepodobne do innych, dynamiczne, budzące zarazem strach i podziw. Tak jest w przypadku Wenecji w XV wieku, Holandii w XVII, Anglii w XVIII i bardziej jeszcze w XIX stuleciu, Stanów Zjednoczonych dziś. Czy rządy "w centrum" mogłyby nie być silne? Immanuel Wallerstein udowodnił, że nie, na przykładzie rządu Zjednoczonych Prowincji w XVII wieku, na temat którego współcześni i historycy powtarzali na wyścigi, że prawie nie istniał. Jakby centralne położenie samo w sobie nie wytwarzało, a także nie wymagało skutecznej władzy80. Jakby rząd i społeczeństwo nie były jednym zbiorem, jednym zespołem. Jakby pieniądze nie stwarzały dyscypliny społecznej i nie rodziły niezwykłej łatwości działania!
A więc silne rządy panowały w Wenecji, a nawet w Amsterdamie i w Londynie. Rządy zdolne do narzucenia swej woli w sprawach wewnętrznych, do utrzymania w ryzach miejskiego pospólstwa, do zwiększenia w razie potrzeby obciążeń podatkowych, do gwarantowania kredytu i swobód handlowych. Zdolne także do narzucenia swej woli na zewnątrz: do takich właśnie rządów, które nigdy nie wahają się użyć przemocy, możemy bardzo wcześnie zastosować, nie obawiając się anachronizmu, określenia: kolonializm i imperializm, czemu nie przeczy wcale fakt, że owe rządy "centralne" są mniej lub bardziej uzależnione od wczesnego, lecz drapieżnego kapitalizmu, który dzieli z nimi władzę. Tocząc tę grę, państwo włącza się w falowanie gospodarki-świata, lecz się w niej nie topi. Służąc innym, służąc pieniądzom, służy także samemu sobie.
Dekoracja zmienia się, kiedy - nawet pozostając w pobliżu centrum - przenosimy się do strefy ożywionej, lecz słabiej rozwiniętej, w której państwo długo było mieszaniną tradycyjnej charyzmatycznej monarchii i nowoczesnej organizacji. Tutaj rządy uwikłane są w społeczeństwa, gospodarki lub kultury po części archaiczne i z trudem łapią oddech. Monarchie kontynentu europejskiego muszą przecież rządzić wraz ze szlachtą, która się wokół nich gromadzi - i przeciw niej. Czy bez niej państwo, które jest niepełne (nawet jeśli chodzi o Francję Ludwika XIV), mogłoby podjąć swoje zadania? Istnieje oczywiście formująca się burżuazja, której rozwój państwo organizuje, lecz czyni to ostrożnie, a przy tym te procesy społeczne są powolne. Państwa, o których mowa, mają równocześnie przed oczyma sukcesy krajów kupieckich, korzystniej niż one położonych na skrzyżowaniu szlaków handlowych; są świadome swojej niższości i głównym ich celem jest przejście za wszelką cenę do wyższej kategorii, wzniesienie się do poziomu centrum. Z jednej strony starają się więc naśladować wzory i korzystać z recept na sukces: taka była przez długi czas idée fixe Anglii wobec Holandii. Z drugiej strony tworzą one oraz mobilizują dochody i środki, jakich wymaga prowadzenie wojen i ostentacja - luksus, który w końcu stanowi także jeden ze sposobów rządzenia. Faktem jest, że każde państwo, które sąsiaduje z centrum gospodarki-świata, staje się bardziej skłonne do zwady, niekiedy zdobywcze, jakby to sąsiedztwo wprawiało je w złość.
Niech nas to jednak nie wprowadza w błąd; nowożytną XVII-wieczną Holandię i majestatyczne państwa, takie jak Francja czy Hiszpania, dzieli duży dystans. Dystans ów przejawia się w postawie rządów wobec polityki gospodarczej uznawanej wówczas za panaceum, którą określamy ukutym później słowem merkantylizm. Tworząc ten termin, nadaliśmy mu (my, historycy) wielorakie znaczenia. Gdyby jedno z tych znaczeń miało zdobyć przewagę nad pozostałymi, byłoby nim to, które implikuje obronę przed innymi. Merkantylizm jest bowiem przede wszystkim jednym ze sposobów zapewniania sobie ochrony. Władca lub państwo, które stosuje jego zasady, czyni to bez wątpienia dlatego, że hołduje pewnej modzie, ale bardziej jeszcze dlatego, że odczuwa niższość, którą trzeba zatuszować lub zmniejszyć. Holandia jest merkantylistyczna jedynie w rzadkich chwilach, kiedy dociera do niej świadomość zagrożenia z zewnątrz. Nie mając równych sobie partnerów, kraj ten może zazwyczaj bezkarnie uprawiać wolną konkurencję, która przynosi mu same korzyści. Anglia w XVIII stuleciu odchodzi od czujnego merkantylizmu. Czy jest to dowód - jak sądzę - że na zegarze świata wybiła już godzina brytyjskiej wielkości i siły? W sto lat później (1846) Anglia będzie mogła bez obawy otworzyć się dla wolnego handlu.
Wszystko zmienia się jeszcze bardziej, kiedy docieramy na obrzeża gospodarki-świata. Tu właśnie znajdują się kolonie, to jest ludność niewolnicza pozbawiona prawa do samodzielnego rządzenia się: panem jest metropolia, zabiegająca o zapewnienie sobie zysków handlowych w systemie wyłączności, który istnieje wszędzie, choć przybiera różne postacie. Wprawdzie metropolia jest daleko, a władza w sprawach lokalnych należy do dominujących miast i mniejszości, ale ta władza administracji lokalnej i miejscowych partykularyzmów, to, co nazywa się amerykańską demokracją, jest zaledwie elementarną formą rządów, co najwyżej taką, jaką miały starożytne miasta greckie. Stanie się to widoczne wraz z uzyskiwaniem przez kolonie niepodległości, która na ogół powoduje gwałtowny wakat władzy. Położywszy kres fałszywemu państwu kolonialnemu, trzeba od początku do końca wymyślać nowe państwo. Stany Zjednoczone, utworzone w roku 1787, potrzebowały wiele czasu, aby państwo federalne uczynić spójnym i skutecznym systemem władzy politycznej. Proces ten był równie powolny w innych państwach amerykańskich.
Na obrzeżach niekolonialnych, na wschodzie Europy, istnieją co prawda państwa, ale gospodarka jest w nich zdominowana przez grupy związane z zagranicą. Stąd też na przykład w Polsce państwo jest tylko wyzutą z treści instytucją. Podobnie XVIII-wieczne Włochy nie mają już prawdziwych rządów. "Czyni się Włochy przedmiotem pertraktacji - powiada hrabia Maffei (1736) - rozprawia się o zamieszkujących je ludach jak o stadach owiec czy innych bydląt"81. Nawet Wenecja od czasu traktatu w Požarevacu (1718) pogrąża się z rozkoszą lub z rezygnacją w "neutralności", co oznacza, że się poddaje82.
Jedynym ratunkiem dla wszystkich tych przegrywających jest sięgnięcie do przemocy, użycie agresji, posłużenie się wojną. Dobrym tego przykładem jest Szwecja Gustawa Adolfa, jeszcze lepszym - Afryka z jej berberyjskimi piratami. Wprawdzie Berberzy wyprowadzają nas poza obręb europejskiej gospodarki-świata, w przestrzeń polityczną i ekonomiczną imperium tureckiego, które samo w sobie stanowi gospodarkę-świat; powrócę do niej w jednym z następnych rozdziałów. Państwo algierskie jest jednak w pewien sposób modelowe: leży na granicy dwóch gospodarek-światów, europejskiej i tureckiej, choć nie jest podporządkowane żadnej z nich; zrywa praktycznie więzy wasalstwa łączące je ze Stambułem, podczas gdy zaborcza flota europejska odsuwa je od śródziemnomorskich szlaków handlowych. Algierskie piractwo jest w obliczu europejskiej hegemonii jedyną drogą wyjścia, jedyną możliwością oderwania się. Szwecja, która znajduje się na granicy dwóch gospodarek, europejskiej i rosyjskiej, jest odsunięta od bezpośrednich zysków z Bałtyku. Wojna będzie dla niej ratunkiem.
Imperium i gospodarka-świat
Imperium, to znaczy superpaństwo, które zajmuje całą przestrzeń gospodarki-świata, stawia pewien problem ogólny. Z grubsza rzecz biorąc, imperia-światy, jak je nazywa Wallerstein, są niewątpliwie formacjami archaicznymi, świadectwem dawnych triumfów polityki nad gospodarką. Istnieją jednak jeszcze w okresie, którym zajmuje się niniejsza praca, poza obrębem Zachodu: w Indiach pod władzą Wielkich Mogołów, w Chinach, w Iranie, w imperium osmańskim i w Moskwie carów. Zdaniem Immanuela Wallersteina, ilekroć powstaje imperium, tylekroć objęta nim gospodarka-świat nie może się rozwinąć, zostaje zatrzymana w swojej ekspansji. Można również powiedzieć, że mamy wówczas do czynienia z command economyII, jeśli pójdziemy tropem wykładu Johna Hicksa, lub z azjatyckim sposobem produkcji, by podjąć niemodne wyjaśnienie Marksa.
To prawda, że gospodarka źle znosi wymagania i konieczności imperialnej polityki pozbawionej wszelkiej przeciwwagi. Żaden kupiec, żaden kapitalista nie będzie tu miał nigdy całkowitej swobody działania. Michał Kantakuzen, odpowiednik Fuggera w imperium osmańskim, 13 marca 1578 roku zostaje na rozkaz sułtana bez ceremonii powieszony u bram swego wspaniałego pałacu Anchioli w Stambule83. W Chinach84 ulubiony minister cesarza Qian Longa, He Shen, człowiek niezwykle bogaty, zostaje stracony tuż po śmierci władcy, a jego majątek konfiskuje nowy cesarz. W Rosji85 książę Gagarin, gubernator Syberii i przeniewierca, idzie na szafot w 1720 roku. Przychodzą tu oczywiście na myśl Jacques Coeur, Semblançay, Fouquet: owe procesy i egzekucja (w przypadku drugiego z nich) są swoistym świadectwem określonego stanu politycznego i ekonomicznego Francji. Tylko ustrój kapitalistyczny, choćby starego typu, może przełknąć i strawić skandale.
Sądzę jednak, że nawet w warunkach przymusu stosowanego przez despotyczne imperium, słabo uświadamiające sobie odrębne interesy swoich poszczególnych posiadłości, gospodarka-świat, choćby nękana i nadzorowana, może żyć i organizować się, wykraczając niekiedy w sposób znamienny poza własną przestrzeń: Rzymianie handlują na obszarze Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego; ormiańscy kupcy z Dżulfy, przedmieścia Isfahanu, rozsiani są po całym niemal świecie; indyjscy banjanowie zapuszczają się aż do Moskwy; kupcy chińscy zawijają do wszystkich portów Archipelagu Malajskiego; państwo moskiewskie ustanawia w rekordowo krótkim czasie swoją władzę nad Syberią, olbrzymim obszarem peryferyjnym. Wittfogel86 powiada nie bez racji, że w owych przestrzeniach politycznych pod wysokim ciśnieniem, jakimi były tradycyjne imperia Azji Południowej i Wschodniej, "państwo jest o wiele silniejsze niż społeczeństwo". Społeczeństwo tak, ale nie gospodarka.
Wydaje się, że Europa zdołała bardzo wcześnie wydobyć się z duszącego uścisku systemu imperialnego. Imperium rzymskie to zarazem więcej i mniej niż Europa; imperium karolińskie i imperium ottońskie nie panują w pełni nad Europą znajdującą się w stadium regresu. Kościołowi, który zdołał objąć swoją kulturą cały obszar europejski, nie udaje się ostatecznie osiągnąć supremacji politycznej nad Europą. Czy w tych warunkach należałoby rozdymać znaczenie gospodarcze prób ustanowienia monarchii powszechnej, podjętych przez Karola V (1519-1555) i Filipa II (1555-1598)? Wysuwanie na plan pierwszy imperialnej przewagi Hiszpanii czy raczej upór, z jakim Immanuel Wallerstein dopatruje się w upadku imperium Habsburgów (nieco pochopnie wiążąc ten upadek z bankructwem w roku 1557) czegoś w rodzaju daty narodzin europejskiej gospodarki-świata, nie wydaje mi się właściwym podejściem do sprawy. Zawsze wyolbrzymiano, moim zdaniem, znaczenie polityki Habsburgów, błyskotliwej, lecz także pełnej wahań, zarazem silnej i słabej, a przede wszystkim anachronicznej. Ich zapędy napotykają nie tylko przeszkody ze strony Francji, która leży na skrzyżowaniu szlaków między częściami składowymi rozproszonego państwa Habsburgów, lecz także zgodną wrogość Europy. Owa zgodność co do europejskiej równowagi nie jest zjawiskiem nowym, które daje o sobie znać, jak utrzymywano, w chwili gdy Karol VIII wyrusza na wyprawę do Włoch (1494); jest to proces rozwijający się od bardzo dawna, jak słusznie wskazuje W. Kienast87, bo od czasu konfliktu między Kapetyngami a Plantagenetami, a nawet wcześniej, jak sądził Federico Chabod. Tak więc Europa, najeżona politycznymi i gospodarczymi systemami obronnymi, od wieków przeciwstawia się próbom jej podporządkowania. Wreszcie - i przede wszystkim - ta Europa otworzyła się już na szeroki świat, na Morze Śródziemne od XI wieku i na Atlantyk wraz z bajecznymi podróżami Kolumba (1492) oraz Vasco da Gamy (1498). Krótko mówiąc, przeznaczenie Europy jako gospodarki-świata dopełnia się wcześniej niż przeznaczenie cesarza o smutnym obliczu. Gdyby nawet Karol V odniósł zwycięstwo, jak tego pragnęli najświetniejsi humaniści owych czasów, czyż kapitalizm, który umocnił się już w głównych punktach rodzącej się Europy, w Antwerpii, Lizbonie, Sewilli, Genui, nie dałby sobie rady z tą sytuacją? Czy Genueńczycy nie opanowaliby jarmarków europejskich równie dobrze zajmując się finansami "cesarza" Filipa II, co króla Filipa II?
Zostawmy jednak w spokoju epizody i zajmijmy się kwestią zasadniczą. Kwestia zasadnicza to pytanie, kiedy Europa stała się wystarczająco aktywna i uzyskała dostatecznie uprzywilejowaną pozycję, kiedy krążenie potężnych prądów ożywiło ją na tyle, by mogły się w niej pomieścić rozmaite gospodarki i by te gospodarki mogły współistnieć ze sobą, a także istnieć przeciw sobie. Współżycie międzynarodowe zaczęło się tu bardzo dawno, już w średniowieczu, i trwać będzie przez stulecia; wcześnie więc zarysowują się i niemal od początku skutecznie funkcjonują komplementarne strefy gospodarki-świata, hierarchia produkcji i wymiany. To, czego Karolowi V nie udało się osiągnąć przez całe życie, Antwerpia osiąga bez trudu, znalazłszy się z początkiem XVI wieku w centrum odnowionej gospodarki-świata. Rozciąga wówczas swoją władzę na całą Europę i na te fragmenty świata, które są już uzależnione od owego niewielkiego kontynentu.
I tak za pośrednictwem wszystkich przemian politycznych Europy, z ich powodu lub wbrew nim, wcześnie ukształtował się europejski czy raczej zachodni system gospodarczy, wykraczający poza granice kontynentu oraz wykorzystujący różnice ciśnień i napięć, jakie istnieją w jego obrębie. Bardzo też wcześnie "serce" Europy otoczyły bliskie półperyferie i dalekie peryferie. Owe półperyferie uciskające serce, zmuszające je do szybszego bicia - północne Włochy wokół Wenecji w XIV i XV wieku, Niderlandy wokół Antwerpii - są bez wątpienia zasadniczą cechą struktury europejskiej. Wydaje się, że nie ma półperyferii wokół Pekinu, Delhi, Isfahanu, Stambułu czy Moskwy.
Europejska gospodarka-świat narodziła się więc, moim zdaniem, bardzo wcześnie; nie jestem zapatrzony, jak Immanuel Wallerstein, w XVI stulecie. Problem, który go dręczy, jest w istocie rzeczy tym samym problemem, który postawił Marks. Raz jeszcze zacytujmy słynne zdanie: "Biografia kapitału zaczyna się w XVI wieku". Dla Wallersteina europejska gospodarka-świat była procesem kształtowania się kapitalizmu. W tym punkcie nie będę zgłaszał sprzeciwu, gdyż wyrażenia "strefa centralna" i "kapitalizm" oznaczają tę samą rzeczywistość. Toteż twierdzenie, że gospodarka-świat zbudowana w XVI wieku w Europie nie jest pierwszą konstrukcją, która wspiera się o ten niewielki i wspaniały kontynent, to ipso facto twierdzenie, że kapitalizm nie czekał ze swym pojawieniem się na wiek XVI. Zgadzam się więc z Marksem, który napisał (aby potem tego żałować), że kapitalizm europejski (Marks mówi nawet o produkcji kapitalistycznej) zaczął się w XIII-wiecznej Italii. Spór ten nie jest bynajmniej błahy.
Wojna a strefy gospodarki-świata
Historycy badają wojny jedną po drugiej, ale wojna sama w sobie, w nieskończonym toku czasu minionego, interesowała ich bardzo rzadko; dotyczy to nawet książki, która w pełni zasłużyła sobie na sławę, pracy Hansa Delbrücka88. Tymczasem wojna jest zawsze obecna, uparcie narzuca się różnym epokom historycznym. W wojnie zawiera się wszystko: najtrzeźwiejsze rachuby, odwaga i tchórzostwo; zdaniem Wernera Sombarta wojna buduje kapitalizm, lecz prawdziwe jest również twierdzenie odwrotne; wojna jest miarą prawdy, próbą sił dla państw, które pomaga określić, znakiem szaleństwa, które nigdy nie ustaje. Wojna jest tak znakomitym wykrywaczem wszystkich komponentów składających się na historię człowieka, że umieszczenie jej w kontekście gospodarki-świata pozwala dostrzec inne znaczenie konfliktów i znaleźć nieoczekiwane uzasadnienie dla siatki pojęciowej, którą posługuje się Immanuel Wallerstein.
Istotnie, wojna ma niejedno oblicze. Ubarwia ją i różnicuje geografia. Współistnieje ze sobą wiele form wojny, pierwotnych i nowoczesnych, tak jak współistnieją niewolnictwo, poddaństwo i kapitalizm. Każdy wojuje, jak może.
Werner Sombart nie bez racji mówił o wojnie odnawianej przez technikę; z kolei to wojna, tworząc nowoczesność, wpływa jego zdaniem na szybsze kształtowanie się systemów kapitalistycznych. Począwszy od XVI wieku, wojna "zaawansowana" zaciekle mobilizuje kredyty, intelekty, pomysłowość techników, i to w takim stopniu, że zmienia się z roku na rok, ulegając wymaganiom mody znacznie mniej wdzięcznej niż ta, która rządzi ubiorem. Taka wojna, będąca córką i matką postępu, możliwa jest jednak tylko w sercu gospodarek-światów; aby się rozwijać, potrzebuje mnóstwa ludzi i środków, wielkich i śmiałych projektów. Jeśli opuścimy tę centralną scenę teatru świata, oświetloną zresztą w sposób szczególny światłami informacji oraz historiografią epoki, i udamy się na biedne, niekiedy prymitywne peryferie, to okaże się, że taka wspaniała wojna nie może się tu toczyć, jeśli zaś próbuje się ją prowadzić, staje się śmieszna, a co więcej - nieskuteczna.
5. Reguł sztuki wojennej naucza się i uczy
Jedna z niezliczonych odmian szyku marszowego i szyku bitewnego, które przytacza oraz komentuje dzieło Les Principes de l'art militaire (1615) I. de Billona, pana na Prugne, "spisane wedle reguł wielkiego i znakomitego wodza, księcia Maurycego Orańskiego".
Diego Suarez, żołnierz i kronikarz Oranu, dostarcza dość dobrego przykładu w tej materii89. Około roku 1590 rząd hiszpański powziął raczej dziwaczny zamiar wysłania do tej niewielkiej afrykańskiej twierdzy oddziału (tercio) wyborowych żołnierzy, wycofanego w tym celu z wojny we Flandrii, która jest par excellence teatrem wojny "uczonej". Przy pierwszym wyjściu w pole tych rekrutów (rekrutów w oczach starych wyjadaczy z załogi Oranu) pojawia się na horyzoncie kilku jeźdźców arabskich. Żołnierze z tercio natychmiast ustawiają się w czworobok. Sztuka wojenna jest tu jednak niepotrzebna: nieprzyjaciel starannie wystrzega się starcia z przygotowanym na wszystko przeciwnikiem, a bezużyteczny manewr staje się przedmiotem kpin załogi.
Wojna "uczona" jest istotnie możliwa tylko wówczas, gdy uprawiają ją równocześnie obie strony. Dowodzi tego jeszcze dobitniej długa wojna o brazylijski Nordeste prowadzona w latach 1630-1654, którą opisuje z werwą świeżo wydana książka młodego historyka brazylijskiego90.
Znajdujemy się bez żadnej wątpliwości na najdalszym obrzeżu "wielkiej" Europy. Po wzięciu Recife w 1630 roku Holendrom nie udaje się zająć w całości obfitującej w cukier prowincji Pernambuco. Przez dwadzieścia lat będą oni praktycznie zablokowani w tym mieście, a żywność, amunicję, posiłki wojskowe czy nawet kamień budowlany i cegłę będą otrzymywać drogą morską. Długotrwały konflikt zakończy się w 1654 roku zwycięstwem Portugalczyków, a właściwie Luzo-Brazylijczyków, bo to oni wyzwolili Recife, co zachowali w pamięci i potrafili nam przekazać.
Aż do roku 1640 panem Portugalii podbitej przezeń w roku 1580, ponad pół wieku wcześniej, był król hiszpański. Do odległego teatru działań wojennych wysyłani więc byli oficerowie i żołnierze, weterani armii flamandzkiej, Hiszpanie lub Włosi. Rozdźwięk między oddziałami sformowanymi na miejscu, soldados da terra, i regularnymi wojskami sprowadzonymi z Europy był natychmiastowy i zupełny. Hrabia Bagnuolo, Neapolitańczyk, który dowodzi korpusem ekspedycyjnym, nieustannie przeklina miejscowych żołnierzy, gryzie się i - jak mówią - pije na pociechę całymi dniami. Czegóż on pragnie? Oczywiście tego, by prowadzić wojnę w Brazylii tak jak we Flandrii, oblegając twierdze i broniąc ich zgodnie z przyjętymi zasadami. Toteż po wzięciu przez Holendrów warowni Paraiba uznaje za właściwe napisać do nich, co następuje: "Niech zdobyte miasto dobrze służy Waszym Wielmożnościom. Posyłam z tym listem pięciu jeńców..."91. Jest to wojna uczona, ale i dworna, w duchu kapitulacji Bredy z roku 1625, w takiej formie, w jakiej ją utrwalił Velázquez na swoim płótnie zwanym też Las Lanzas.
Wojna w Brazylii nie może być jednak wojną we Flandrii, bez względu na niezadowolenie i daremne przechwałki starych wiarusów. Indianie i Brazylijczycy, niezrównani w nieoczekiwanych, szybkich i śmiałych napadach, narzucają prowadzenie wojny partyzanckiej. Gdy zaś Bagnuolo wpada na pomysł, aby - dla dodania im odwagi przed atakiem w wielkim stylu - dać im wódki z trzciny cukrowej, idą spać i trawić alkohol. Poza tym ci dziwni żołnierze z błahych powodów opuszczają regularne szeregi, gubią się w lasach i rozległych błotach. W Holendrach, którzy ze swej strony także chcieliby prowadzić wojnę wedle reguł europejskich, budzi obrzydzenie ów nieuchwytny przeciwnik, który wymyka się, ukrywa, zastawia zasadzki zamiast przyjąć lojalną walkę w otwartym polu. Cóż za podłość! Co za tchórzostwo! Sami Hiszpanie zgadzają się z tym całkowicie. Jeden z weteranów powiada: "Nie jesteśmy małpami, żeby się bić na drzewach!" Ci sami jednak starzy żołnierze znajdujący się na tyłach linii umocnień nie mają, być może, nic przeciw temu, że chroni ich czujność wyśmienitych wartowników i sprawność oddziałów ochotniczych odznaczających się skutecznością i mistrzostwem w wojnie podjazdowej, zwanej guerra do mato (wojną leśną) lub, jeszcze bardziej malowniczo, guerra volante (wojną lotną).
Tymczasem w roku 1640 Portugalia powstaje przeciw Hiszpanii. Dokonuje się rozdział obu koron. Na Półwyspie Iberyjskim wybucha między Lizboną a Madrytem wojna niemal trzydziestoletnia, która przeciągnie się do roku 1668. W Brazylii oczywiście znika osłona, jaką stanowiła flota hiszpańska. Nie ma już weteranów ani dostaw kosztownego sprzętu. Ze strony brazylijskiej wojna przybiera odtąd wyłącznie charakter guerra volante, wojny odpowiedniej dla biedaków, którzy też ostatecznie, wbrew wszelkim rozsądnym przewidywaniom, odnoszą w roku 1654 triumf nad holenderską cierpliwością; Zjednoczone Prowincje są wówczas co prawda uwikłane w swoją pierwszą wojnę z Anglią i z tej racji straszliwie osłabione w sensie militarnym. Poza tym Portugalia jest na tyle mądra, aby zapłacić wysoką cenę - w dostawach soli - za pokój, który wreszcie znajduje się w zasięgu ręki.
Praca Evalda Cabrala de Mello nadaje cechy prawdopodobieństwa uparcie powracającemu przekazowi, według którego Garibaldi, który zakosztował za młodu przygód wojennych w Brazylii (tym razem około roku 1838, przy sposobności powstania Farupilhas, czyli łachmaniarzy), miał tam poznać tajniki szczególnego rodzaju wojny: należało zebrać się w jakimś miejscu, docierając doń dziesięcioma różnymi drogami, uderzyć całą siłą, a potem rozproszyć się jak najprędzej i jak najciszej, aby ponowić uderzenie w innym miejscu. Taką wojnę toczyć będzie Garibaldi na Sycylii w roku 1860, po wylądowaniu "tysiąca czerwonych koszul"92. Guerra do mato jest wszakże charakterystyczna nie tylko dla Brazylii. Wojna partyzancka istnieje jeszcze dziś i czytelnik sam zapewne dokona porównań ze świeżymi jej przykładami. Garibaldi mógłby nauczyć się jej reguł również gdzie indziej. W Kanadzie francuskiej podczas walk z Anglikami pewien oficer regularnych oddziałów surowo osądzał wojnę podjazdową prowadzoną przez francuskich Kanadyjczyków, swoich rodaków, zasadzających się na wroga jak na grubą zwierzynę: "To nie jest wojna, to mordowanie"93.
W Europie natomiast, w pobliżu regionów centralnych, wojny toczą się wśród zgiełku; w szeroko rozwiniętym szyku ścierają się oddziały, których ruchy są "uczone" i zdyscyplinowane. W wieku XVII wojna jest par excellence wojną oblężniczą, artyleryjską, logistyczną, wojną regularnych bitew... Wojną kosztowną, studnią bez dna. Zbyt małe państwa nie wytrzymują jej obciążeń, w szczególności miasta-państwa, i to mimo iż poczynają sobie oszczędnie, utrzymując składy broni oraz rozważnie zaciągając najemników. Jeśli nowożytne państwo rozrasta się i staje się polem działania nowożytnego kapitalizmu, to wojna jest często narzędziem tego wzrostu - bellum omnium pater - lecz nie ma ona jeszcze nic wspólnego z wojną totalną: wymienia się jeńców, nakłada się okup na bogatych, działania wojenne są bardziej uczone niż mordercze. Anglik Roger Boyle94, hrabia Orrery, oświadcza bez ogródek w roku 1677: "Prowadzimy wojnę jak lisy raczej niż jak lwy, a na jedną bitwę przypada dwadzieścia oblężeń". Wojna bez litości zacznie się dopiero za Fryderyka II lub raczej wraz z rewolucją francuską i Cesarstwem.
Jedną z podstawowych reguł owej wojny na wyższym piętrze jest uparte przenoszenie walk na terytorium sąsiada, słabszego lub mniej silnego. Gdyby wojna prawem odbicia wróciła do świętego świętych, żegnaj, prymacie! Mało jest wyjątków od tej reguły: wojny zwane włoskimi przypieczętowują upadek dominującego dotychczas Półwyspu. Holandia wymyka się w 1672 roku Ludwikowi XIV, brawo dla Holandii! Nie udaje się jej jednak uciec w 1795 roku przed kawalerią Pichegru; oznacza to, że nie leży już wówczas w sercu Europy. Ani w XIX, ani w XX wieku nikt nie przekroczy kanału La Manche czy Morza Północnego. Wspaniała Anglia prowadzi swoje wojny z oddali; chroni ją jej wyspiarski charakter i obfite subsydia, jakie rozdaje swoim sprzymierzeńcom. Jeżeli bowiem jesteś silny, wojna zostanie u innych. Kiedy wojska Napoleona rozkładają się obozem w Boulogne, Austria otrzymuje angielskie kredyty i Wielka Armia jak na zawołanie zawraca w stronę Dunaju.
Społeczeństwa i gospodarka-świat
Społeczeństwa ewoluują bardzo wolno, co ułatwia obserwację historyczną. Chiny ciągle zachowują urzędy mandarynów - czy kiedykolwiek się ich pozbędą? W Indiach istnieją jeszcze kasty, a imperium mogolskie do ostatnich swoich dni będzie miało spahisów, bliskich krewnych tureckich sipahi. Nawet najbardziej ze wszystkich mobilne społeczeństwa zachodnie zmieniają się w zwolnionym rytmie. Społeczeństwo angielskie, które w XVII wieku zdumiewa Europejczyka przybyłego z kontynentu, podobnie jak dziś jeszcze zadziwia (sam tego doświadczyłem) historyka nie będącego Anglikiem, zaczęło się kształtować począwszy od wojny Dwóch Róż, trzy wieki wcześniej. Niewolnictwo, ponownie wynalezione przez Europę na użytek Ameryki kolonialnej, znika w Stanach Zjednoczonych dopiero w roku 1865, w Brazylii zaś w 1888, to znaczy wczoraj.
Ogólnie rzecz biorąc, nie wierzę w szybkie przemiany społeczne, w nagłe zwroty w tej dziedzinie. Nawet rewolucje nie dokonują tu radykalnych cięć. Zasięg awansu społecznego poszerza się wprawdzie w okresach rozkwitu gospodarczego, mieszczaństwo nigdy jednak nie wychodzi poza swoją kondycję w zbyt zwartych szeregach, skoro odsetek uprzywilejowanych w stosunku do liczby ludności pozostaje ograniczony. Natomiast w okresach złej koniunktury klasa wyższa barykaduje się i trzeba nie lada zręczności, aby się do niej wedrzeć. Tak dzieje się we Francji w końcowych latach XVI wieku. Albo też - aby posłużyć się węższym przykładem - w Lukce, miniaturowej republice, w latach 1628-162995. Państwo bowiem, inaczej niż się często twierdzi, sprzyja awansowi mieszczaństwa tylko od czasu do czasu, wtedy, kiedy ten jest mu potrzebny. Gdyby zaś niezbyt liczebne klasy panujące nie przejawiały z biegiem lat tendencji do przerzedzania się, awans społeczny dokonywałby się jeszcze wolniej, chociaż we Francji, podobnie jak gdzie indziej, "stan trzeci, ciągle zapatrzony w szlachtę, nieustannie usiłuje wznieść się ku niej za cenę niewiarygodnych wysiłków"96. Ponieważ zaś awans społeczny jest trudny i stanowi przedmiot długotrwałego pożądania, staje się rzeczą normalną, że ci nieliczni, którym udaje się dołączyć do wybranych, często sami z kolei umacniają zastany porządek. Nawet w małych miastach prowincji Marche we Włoszech, nad którymi sprawuje kontrolę Państwo Kościelne, wąska warstwa szlachty zazdrosnej o swoje przywileje godzi się jedynie na powolną integrację "nowych", która nie stwarza zagrożenia dla jej statusu społecznego97.
Nic więc dziwnego, że materia społeczna, która wlewa się w ramy gospodarki-świata, zdaje się w końcu trwale do nich przylegać, krzepnąć, stanowić z nimi jedność. Zawsze ma dość czasu, aby przystosować się do narzuconych sobie okoliczności, a także by zmieniać okoliczności stosownie do właściwych sobie stanów równowagi. Toteż przenoszenie się w obrębie gospodarki-świata z jednego jej kręgu do innego jest synchronicznym przechodzeniem od pracy najemnej do pańszczyzny i niewolnictwa, i to w ciągu wielu stuleci. Porządek społeczny buduje się nieustannie i ciągle tak samo, w zgodzie z podstawowymi koniecznościami gospodarczymi. Z chwilą kiedy w ramach międzynarodowego podziału pracy dokona się przydział określonych zadań, każde z nich wytwarza własny zakres władzy, która organizuje i podporządkowuje sobie społeczeństwo. Anglia, która pod koniec XVIII wieku znajduje się w centrum gospodarki, jest krajem, gdzie praca najemna obejmuje zarówno wieś, jak miasto; wkrótce nie ominie to żadnego rodzaju działalności. Na kontynencie stopień rozpowszechnienia pracy najemnej stanowi miarę osiągniętej nowoczesności, niezależni rzemieślnicy ciągle jednak są liczni; połownicy, którzy są owocem kompromisu między dzierżawcą a poddanym, mają tu jeszcze znaczącą pozycję; we Francji w dobie Rewolucji roi się od małorolnych chłopów... Niezwykle żywotne poddaństwo obejmuje zrefeudalizowaną Europę Wschodnią i tureckie Bałkany, niewolnictwo zaś, począwszy od XVI wieku, wkracza na scenę Nowego Świata, jakby wszystko musiało się tu raz jeszcze zacząć od punktu zerowego. Tak więc społeczeństwo za każdym razem reaguje na inną konieczność ekonomiczną, a zarazem, przystosowując się do niej, zamyka się w niej i staje się niezdolne do szybkiego wyjścia poza raz wytworzone rozwiązania. Jeśli więc, zależnie od miejsca, społeczeństwo jest takie lub inne, to dlatego, że reprezentuje jedno z możliwych lub jedyne możliwe rozwiązanie, "najlepiej odpowiadające poszczególnym typom produkcji, wobec jakich zostało zastosowane"98.
Owo przystosowanie dziedziny zjawisk społecznych do sfery ekonomicznej nie odbywa się oczywiście mechanicznie czy automatycznie; istnieją imperatywy ogólne, ale też odchylenia, swobody i znaczne różnice w zależności od kultury, a nawet środowiska geograficznego. Żaden schemat nie przylega całkowicie i ściśle do rzeczywistości. Wielokrotnie zwracałem uwagę na znamienny przypadek Wenezueli99. Z chwilą odkrycia jej przez Europejczyków wszystko zaczyna się tu niemal od poziomu zerowego. W połowie XVI wieku ten rozległy kraj liczy może 2000 białych mieszkańców i 18 000 tubylców. Połowy pereł na wybrzeżu trwają tylko kilka dziesiątków lat. Eksploatacja kopalń, w szczególności kopalń złota w Yaracuy, daje początek pierwszemu intermedium niewolniczemu; są to Indianie wzięci do niewoli podczas walk i nieliczni importowani Murzyni. Pierwszym sukcesem jest rozkwit hodowli, szczególnie na rozległych llanos (równinach) we wnętrzu kraju, gdzie garstka białych, posiadaczy i panów, oraz indiańscy konni pasterze tworzą pierwotne społeczeństwo o cechach feudalnych. Później, zwłaszcza w XVIII wieku, na plantacjach krzewów kakaowych w strefie przybrzeżnej znów zatrudnia się czarnych importowanych niewolników. Mamy więc dwie Wenezuele, jedną "feudalną", drugą "niewolniczą", przy czym pierwsza z nich rozwija się wcześniej niż druga. Zauważmy jednak, że w XVIII wieku dość liczni czarni niewolnicy zasilają hacjendy na llanos. Zauważmy też, że kolonialne społeczeństwo Wenezueli ze swoimi rozwijającymi się miastami i ze swoimi instytucjami nie mieści się w całości w tych dwóch schematach, wręcz przeciwnie.
Być może trzeba obstawać przy stwierdzeniach oczywistych. Moim zdaniem wszystkie podziały, wszystkie "modele" analizowane przez historyków i socjologów pojawiają się bardzo wcześnie w wybranych wycinkowo przykładach, które próbujemy tu analizować. Współistnieją ze sobą klasy, kasty (czyli zamknięte w sobie grupy), swoiste "zakony", zazwyczaj faworyzowane przez państwo. Tu i ówdzie, również bardzo wcześnie, rozpala się walka klas, która wygasa tylko po to, by zapłonąć na nowo. Nie istnieją bowiem społeczeństwa, w których nie byłoby sił pozostających w konflikcie. Nie ma też społeczeństw bez hierarchii, to znaczy, z grubsza rzecz biorąc, bez narzuconego składającym się na nie masom przymusu pracy i posłuszeństwa. Niewolnictwo, poddaństwo, praca najemna to różne pod względem historycznym i społecznym rozwiązania pewnego problemu uniwersalnego, który w swojej istocie pozostaje zawsze ten sam. Można nawet porównywać poszczególne przypadki między sobą, bez względu na to, czy będą to porównania słuszne czy niesłuszne, powierzchowne czy głębokie. "Służba wielkiego pana w Inflantach - pisze Macartney100 w roku 1793 - czy też Murzyni posługujący w domu osadnika na Jamajce, choć sami są niewolnikami, uważają się za coś o wiele lepszego od chłopów (w przypadku tej pierwszej) lub od Murzynów pracujących na roli (w przypadku tych drugich)". W tym samym mniej więcej czasie Baudry des Lozi?res, gromiąc zajadle "przesadnych negrofilów", posuwa się do stwierdzenia, że "w gruncie rzeczy słowo "niewolnicy" oznacza w koloniach klasę upośledzoną, która zdaje się w sposób szczególniejszy stworzona przez naturę do pracy; klasa ta zamieszkuje wszak większą część Europy. W koloniach niewolnik żyje pracując i zawsze dostaje zyskowną pracę; w Europie biedak nie zawsze znajduje zajęcie i umiera z nędzy [...] Wskażcie mi w koloniach przykład nieszczęśnika, który by zmarł w potrzebie, który musiałby napełniać zielskiem wygłodniały żołądek lub którego głód by zmusił do zadania sobie śmierci! W Europie można przytoczyć liczne przykłady śmierci z braku pożywienia..."101.
Oto sedno zagadnienia. Poszczególne rodzaje wyzysku społecznego wzajemnie się zastępują i uzupełniają. Co jest możliwe w sercu gospodarki-świata dzięki obfitości ludzi, transakcji i gotówki, nie jest możliwe na rozlicznych peryferiach. Między różnymi punktami "terytorium ekonomicznego" mamy w rezultacie do czynienia z regresem historycznym. Obawiam się jednak, że system aktualny, mutatis mutandis, wykorzystuje zawsze nierówności strukturalne wywodzące się z nierównomiernego rozwoju historycznego. Regiony centralne przez długi czas wchłaniały ludność swoich obrzeży, które były uprzywilejowanym terenem rekrutacji niewolników. Skąd pochodzą dzisiejsi robotnicy niewykwalifikowani uprzemysłowionych stref Europy, Stanów Zjednoczonych czy ZSRR?
Zdaniem Immanuela Wallersteina kluczem do tajemnicy gospodarki-świata jest fakt, że w dziedzinie zjawisk społecznych współistnieją ze sobą "sposoby produkcji" od niewolnictwa po kapitalizm i że ten ostatni może żyć tylko w otoczeniu innych oraz ich kosztem. Róża Luksemburg miała rację.
Utwierdza mnie to w przekonaniu, które z wolna mi się narzucało: kapitalizm zakłada przede wszystkim istnienie hierarchii i zajmuje miejsce na szczycie tejże hierarchii, która jest (lub nie jest) jego dziełem. Tam, gdzie wkracza dopiero w końcowej fazie procesu, wystarcza mu punkt oparcia, obca hierarchia społeczna, która z nim współpracuje, przedłużając i ułatwiając jego działanie: wielki polski pan zainteresowany w gdańskim handlu, właściciel engenho, czyli cukrowni z brazylijskiego Nordeste, powiązany z kupcami z Lizbony, Porto czy Amsterdamu, plantator z Jamajki pozostający w kontakcie z kupcami londyńskimi - i oto mamy połączenie, prąd przepływa. Te punkty "etapowe" w sposób oczywisty wiążą się z kapitalizmem, a nawet są jego częścią składową. Gdzie indziej dzięki wysuniętym placówkom centrum, jego "czułkom", kapitalizm sam się włącza w łańcuch wiążący produkcję z wielkim handlem, nie po to, by przejąć cały proces, lecz by opanować punkty strategiczne, które sprawują kontrolę nad kluczowymi sektorami akumulacji. Czy wszelka ewolucja społeczna dokonuje się tak wolno dlatego, że łańcuch ten, silnie zhierarchizowany, mnoży swoje ogniwa w nieskończoność? Czy też - jak sugeruje Peter Laslett (co sprowadza się do tego samego) - dlatego, że większość zwykłych zadań gospodarczych zwala się przygniatającym ciężarem na ludzkie ramiona102. I dlatego, że zawsze znajdują się rozmaici uprzywilejowani, którzy przerzucają na innych owe ciężkie prace niezbędne dla życia wszystkich.
Ład kulturowy
Kultury (lub cywilizacje: te dwa słowa mimo wszystko mogą być w większości przypadków używane wymiennie) stanowią również pewien ład organizujący przestrzeń, z tego samego tytułu co gospodarki. W pewnej mierze sfery te pokrywają się ze sobą, a w pewnej się różnią (pokrywają się dlatego, że ogół członków danej gospodarki-świata dąży do uczestnictwa w tej samej kulturze, a przynajmniej w niektórych jej składnikach, w przeciwieństwie do sąsiadujących z nią gospodarek o podobnym zasięgu). Mapy zjawisk kulturowych i mapy zjawisk gospodarczych nie pokrywają się ze sobą bez reszty, co jest dość logiczne. Kultura powstaje bowiem i żyje w paśmie czasu o niekończącym się trwaniu, o wiele dłuższym niż niebłaha przecież długowieczność gospodarek-światów. Jest ona najstarszą bohaterką ludzkiej historii: gospodarki zanikają i powstają, instytucje polityczne ulegają rozbiciu, społeczeństwa następują po sobie, a cywilizacja kroczy swoją drogą. Rzym rozpada się w V wieku naszej ery, a Kościół rzymski przedłuża go do naszych czasów. Hinduizm, powstając przeciw islamowi w XVIII wieku, czyni wyłom, przez który wślizguje się angielski podbój, ale walka tych dwu cywilizacji toczy się na naszych oczach wraz ze wszystkimi konsekwencjami, podczas gdy imperium angielskie znikło z terenu Indii kilkadziesiąt lat temu. Cywilizacja to starzec, patriarcha światowej historii.
Sednem każdej cywilizacji są zakorzenione w niej wartości religijne. Jest to zjawisko o dawnych, starodawnych korzeniach. Jeśli Kościół w średniowieczu i w późniejszych czasach walczy przeciwko lichwie i wzrostowi roli pieniądza, to dlatego, że jest wyrazicielem dążeń minionej epoki, o wiele wcześniejszej od kapitalizmu, której panowanie nowości te podważają. Rzeczywistość religijna nigdy jednak nie stanowi całej kultury, na którą składa się również myśl, styl życia w pełnym tego słowa znaczeniu, literatura, sztuka, ideologia, orientacja świadomości. Kultura jest stopem wielu dóbr materialnych i duchowych.
I aby wszystko dodatkowo skomplikować, jest ona równocześnie społeczeństwem, polityką, rozwojem gospodarczym. Czego społeczeństwo nie potrafi - kultura osiąga; co gospodarka uczyniłaby sama - kultura utrudnia; i taka jest kolej rzeczy. Każda granica kulturowa, którą można by ustalić, jest świadectwem wielości dokonujących się procesów. Granica Renu i Dunaju, w obszarze czasu analizowanym przez naszą książkę, jest granicą par excellence kulturową: z jednej strony mamy starą chrześcijańską Europę, z drugiej "peryferie chrześcijaństwa" podbite w późniejszym czasie. A przecież gdy rodzi się Reformacja, granica ta równa się niemal linii rozłamu, wzdłuż której ustala się podział chrześcijańskiego świata: protestanci z jednej strony, katolicy z drugiej. I jest ona również w sposób widoczny dawnym kresem - limes - imperium rzymskiego. Wiele innych przykładów może służyć podobnym świadectwem, jak choćby zasięg sztuki romańskiej i gotyckiej, gdyż obie (wyjątki potwierdzają regułę) świadczą o wzrastającej jedności kultury Zachodu, stanowiącej swoistą kulturę-świat i cywilizację-świat.
Z pewnością cywilizacja-świat i gospodarka-świat mogą się łączyć, a nawet wzajemnie wspierać. Podbój Ameryki przynosi równocześnie ekspansję europejskiej cywilizacji we wszystkich jej formach - wspiera ona i umacnia podbój kolonialny. Wewnątrz Europy jedność kulturowa sprzyja wymianie gospodarczej, a ta z kolei ową jedność wzmacnia. Pierwsze pojawienie się gotyku we Włoszech, w Sienie, było dziełem wielkich sieneńskich kupców odwiedzających jarmarki w Szampanii. Pociągnęło to za sobą przebudowę wszystkich fasad domów przy centralnym placu miasta. Marc Bloch upatrywał w kulturowej jedności chrześcijańskiej Europy doby średniowiecza jedną z przyczyn jej przenikalności, podatności na wymianę dóbr - pozostaje to prawdą długo po schyłku wieków średnich.
Tak więc weksel, główny oręż kupieckiego kapitalizmu na Zachodzie, krąży aż po wiek XVIII niemal wyłącznie w granicach krajów chrześcijańskich, nie przekraczając ich ani w kierunku krajów islamu, ani Moskwy czy Dalekiego Wschodu. Istniały wprawdzie weksle wystawiane w Genui na kupców z ośrodków handlowych Afryki Północnej, ale wystawiał je Genueńczyk czy Włoch, a przyjmował kupiec-chrześcijanin w Oranie, Tlemcen lub w Tunisie103. Wszystko odbywa się więc między swymi. Również obrót wekslowy z Batawią104, z angielskimi Indiami czy Île de France (Mauritiusem)105 pozostaje operacją między Europejczykami; łączy on dwa krańce tej samej podróży. Istniały wprawdzie weksle weneckie płatne w krajach Lewantu, ale wystawiane najczęściej na przedstawiciela weneckiej gminy w Konstantynopolu bądź przez niego sygnowane106. Wyjście poza swoich, poza kupców, których obowiązywały te same zasady i ta sama jurysdykcja, równałoby się zwiększeniu ryzyka ponad rozsądną miarę. A jednak nie mamy tu do czynienia jedynie z przeszkodą techniczną, lecz z odruchem kultury, gdyż również poza obszarem Zachodu istnieją kręgi gęstego i sprawnego obiegu weksli, z których korzystają kupcy muzułmańscy, ormiańscy czy hinduscy. Również te kręgi nie przekraczają granic poszczególnych kultur. Tavernier wyjaśnia, w jaki sposób dokonywać można przekazu pieniędzy z miasta do miasta dzięki kolejnym zleceniom banjanów, począwszy od dowolnego miejsca w Indiach aż po śródziemnomorski Lewant, na sam kraniec obiegu. Tu stykają się kresy światów gospodarczych i cywilizacyjnych, tu wznoszą się dzielące je bariery.
Natomiast wewnątrz obszaru każdej z gospodarek-światów mapy kultury i gospodarki mogą się znacznie różnić, a nawet bywają sobie niekiedy przeciwstawne. W znaczący sposób świadczy to o kierowniczej roli centralnych ośrodków stref kulturowych i stref gospodarczych. Ani Wenecja, ani Genua, królowe handlu, nie dyktują praw zachodniej cywilizacji w czasach swojej potęgi - wiekach XIII, XIV i XV. Ton nadaje Florencja, tutaj tworzy się i stąd szerzy Renesans, w tym samym też czasie miasto narzuca swój język - toskański - włoskiej literaturze. Dzieła tego nie usiłował nawet podjąć tak żywotny przecież dialekt wenecki, choć w zasadzie miał równe szanse. Czy dzieje się tak dlatego, że miasta o przodującej gospodarce czy państwa o zbyt wyraźnej przewadze nie mogą jednak zdominować wszystkich sfer życia? Amsterdam triumfuje w wieku XVII, ale ośrodkiem zdobywającego Europę baroku jest wtedy Rzym, obok niego zaś Madryt. W wieku XVIII również Londynowi nie przypadnie berło stolicy kultury. Ksiądz Le Blanc, który odwiedzał Anglię w latach 1733-1740, mówiąc o Christopherze Wrenie107, twórcy londyńskiej katedry Św. Pawła, zauważy, że "zmieniwszy nieco proporcje, które źle zaobserwował, odtworzył jedynie w dwu trzecich wielkości rzymską bazylikę Św. Piotra". Dalej następują niezbyt pochlebne komentarze na temat angielskich rezydencji wiejskich, które "wznosi się również w stylu włoskim, nie zawsze dobrze naśladowanym"108. W tym samym XVIII wieku Anglia bardziej jeszcze niż kulturze włoskiej ulega wpływom i blaskom kulturalnym Francji, której przyznaje pierwszeństwo w dziedzinie ducha, sztuki i mody, bez wątpienia dlatego, aby ją pocieszyć, że nie ona dzierży berło świata. "Anglicy tak lubią nasz język, że z ochotą czytają po francusku nawet Cycerona"109 - pisze w innym miejscu ksiądz Le Blanc. A gdy zirytowały go ciągłe opowieści o mnóstwie francuskiej służby w Londynie, odparował, jak następuje: "Jeśli widzicie w Londynie tylu Francuzów na waszych usługach, to dlatego, że wasi ludzie za wszelką cenę pragną się ubrać, uczesać i upudrować po naszemu. Tak wbili sobie do głowy naszą modę, że dobrze opłacają tych, którzy mogą ich nauczyć, jak sprostać naszym bawidamkom"110. Londyn, pępek świata, mimo siły własnej kultury mnoży zatem w owej dziedzinie koncesje i zapożyczenia od Francji. Nie zawsze przy tym zachowuje dobry humor, gdyż około roku 1770 pojawia się towarzystwo Antigallicans, "których pierwszym dążeniem jest unikanie w ubiorze jakiegokolwiek wyrobu francuskiej fabrykacji"111. Ale cóż może zdziałać jedno towarzystwo przeciw prądowi mody? Anglia mimo wielu osiągnięć nie narusza intelektualnego władania Paryża, a cała Europa, aż po mury Moskwy, współdziałała w tym, aby francuski stał się językiem arystokratycznych społeczności i nośnikiem myśli europejskiej. Podobnie w końcu XIX i w początkach XX wieku Francja, wlokąc się w ogonie Europy gospodarczej, jest bez wątpienia centrum literatury i malarstwa całego Zachodu. Prymat muzyki włoskiej, a później niemieckiej przypadł na czasy, w których ani Włochy, ani Niemcy nie przodowały w gospodarce Europy. Również i dziś niezrównany postęp gospodarczy Stanów Zjednoczonych nie wysunął ich na czoło świata literackiego i artystycznego.
Zawsze jednak technika (czasami zaś i nauka) rozwija się zwłaszcza w strefach, które dominują nad światem gospodarczym. Takim centrum techniki aż po wiek XVI jest Arsenał wenecki. Holandia, a za nią Anglia dziedziczą kolejno ten podwójny przywilej. Dziś przypadł on Stanom Zjednoczonym. Technika może jednak stanowić tylko ciało, ale nie ducha cywilizacji. Zgodnie z logiką sprzyja jej działalność przemysłowa i wysokie zarobki w obszarach najbardziej rozwiniętej gospodarki. Natomiast nauka nie jest, jak się zdaje, przywilejem żadnego narodu. Tak było jeszcze wczoraj. Dzisiaj miałbym już wątpliwości.
Użyteczność kategorii gospodarki-świata
Siatka pojęć proponowana przez Wallersteina, którą przedstawiliśmy w jej ogólnym zarysie i w głównych aspektach, zyskała od czasu, gdy ukazało się jego dzieło w 1975 roku, zarówno słowa uznania, jak i krytyki - jak to się dzieje ze wszelkimi tezami o znacznym rozgłosie. Szukano i znaleziono więcej jej poprzedniczek, niż można sobie wyobrazić. Stwierdzono również, że ma ona wiele zastosowań i implikacji: nawet gospodarki narodowe odtwarzają pewien ogólny schemat i są otoczone przez regiony samowystarczalne, które istnieją także wewnątrz ich obszaru, można by więc rzec, iż świat przeniknięty jest peryferiami, rozumiejąc pod tym terminem kraje, strefy, pasma o zacofanej gospodarce. Jeśliby zastosować nieco uproszczony schemat Wallersteina do obszarów gospodarek narodowych, można by znaleźć przykłady sprzeczne z tezą generalną112; tak więc Szkocja, "peryferie" Anglii, przyspiesza tempo i w końcu XVIII wieku wyrywa się z zastoju. Jeśli chodzi o załamanie się imperium Karola V w roku 1557, można z dwu wyjaśnień, Wallersteina i mojego, wybrać raczej moje, a nawet zarzucić Wallersteinowi, co też uczyniłem, że ograniczony przez zakres swych pojęć nie zdołał należycie uwzględnić innych niż gospodarcze stron rzeczywistości. Ponieważ pierwszy tom pracy Wallersteina jest zapowiedzią trzech następnych, ponieważ dobiega końca praca nad tomem drugim, którego wiele interesujących fragmentów czytałem, ponieważ dwa ostatnie tomy mają zostać doprowadzone aż do współczesności, pozostaje więc dość czasu, aby powrócić jeszcze do rozważań nad trafnością, nowością i granicami tego nazbyt może systematycznego ujęcia, które jednak okazało się płodne.
To właśnie osiągnięcie godne jest podkreślenia. Sposób, w jaki poprzez istnienie w świecie nierówności wytłumaczyć można rozwój i genezę kapitalizmu, pozwala na zrozumienie faktu, że obszar centralny zostaje jakby wyniesiony nad samego siebie, że staje na czele wszelkiego postępu i że historia świata jest orszakiem, procesją, współistnieniem różnych sposobów produkcji, które zbyt pochopnie rozpatrujemy jedynie w następstwie czasowym. W rzeczywistości owe różne sposoby produkcji są wzajemnie uwikłane. Najbardziej rozwinięte z nich zależą od najbardziej zacofanych, z kolei zaś rozwój jest odwrotną stroną niedorozwoju.
Immanuel Wallerstein twierdzi, że do wyjaśnienia fenomenu gospodarki-świata dotarł poprzez poszukiwanie jednostki miary, która miałaby największą rozciągłość, najrozleglejsze zastosowanie, a nie traciła przy tym spójności. Niewątpliwie jednak walka, którą ten socjolog, w dodatku afrykanista, toczy przeciwko historii, daleka jest od zakończenia. Nie można obyć się bez podziału przestrzennego, ale potrzebna jest również jednostka czasu, do której można by się odnieść, gdyż przestrzeń europejska gościła już kilka kolejnych gospodarek-światów. Inaczej mówiąc - europejska gospodarka-świat od XIII wieku kilkakrotnie zmieniła swój kształt, przemieściła swe centra, zreorganizowała peryferie. Czy więc nie trzeba postawić sobie pytania, jaka byłaby dla danej gospodarki-świata najdłuższa jednostka czasowa, która mimo swej długotrwałości i wielu zmian mogłaby zachować niezaprzeczalną spójność? Gdyż bez spójności nie ma miary, czy chodzić będzie o czas, czy o przestrzeń.
GOSPODARKA-ŚWIAT WOBEC PODZIAŁU CZASU
Czas, tak jak przestrzeń, podlega podziałowi. Problem polega na tym: w jaki sposób na podstawie owych podziałów, w których celują historycy, najlepiej zlokalizować w czasie i najlepiej zrozumieć owe historyczne monstra zwane gospodarkami-światami. Nie jest to w istocie łatwe zadanie, gdyż puls owych długowiecznych tworów można mierzyć, operując jedynie przybliżonymi datami, a daną ekspansję określić można w przedziale czasowym wynoszącym od dziesięciu do dwudziestu lat; na powstanie lub zmianę miejsca ośrodka centralnego trzeba już czekać dłużej niż wiek: Bombaj, odstąpiony Anglikom przez rząd portugalski w roku 1665, dopiero po stuletnim wyczekiwaniu spycha na drugi plan Surat, którego rynek był przez długi czas centrum obiegu handlowego zachodnich Indii"113. Stajemy więc w obliczu powolnego biegu zdarzeń, w obliczu podróży, które nie mają końca i do tego stopnia nie obfitują w znaczące wypadki, że nie sposób niemal odtworzyć ich szlaku. Te wielkie, prawie nieruchome organizmy trwają jakby poza czasem: historia zużywa wieki na ich stworzenie i na ich unicestwienie.
Inną trudność sprawia nam historia koniunktur, ofiarowując, a nawet narzucając swe usługi, jakby ona jedna mogła ułatwić nam drogę. Tymczasem o wiele bardziej interesują ją zmiany dokonujące się w krótkich okresach niż powolne falowania i oscylacje, stanowiące wskaźniki, których tak potrzebujemy. Musimy więc we wstępnym wyjaśnieniu wyjść poza zasięg krótkotrwałych przemian, które zresztą najłatwiej dostrzec i zinterpretować.
Rytmy koniunktur
Pół wieku temu nauki humanistyczne odkryły pewną prawdę, tę mianowicie, że wszelkie ludzkie życie podlega zmianom i wahaniom w rytmie okresowych ruchów, bez końca ponawianych. Ruchy te, przebiegające bądź harmonijnie, bądź konfliktowo, przywodzą nam na myśl owe falujące linie, które poznawaliśmy w szkole. G.H. Bousquet114 powiedział po roku 1923: "Różne aspekty ruchu społecznego mają formę falistą, rytmiczną, podlegającą regularnym zmianom, z okresami, w których ich nasilenie maleje lub wzrasta". Przez termin "ruch społeczny" pojmować trzeba wszelkie ożywiające społeczeństwo przemiany, których całość tworzy koniunkturę lub raczej rozmaite koniunktury. Mamy bowiem do czynienia z wielością koniunktur dotyczących gospodarki, polityki, demografii, jak również stanów świadomości, zbiorowych przekonań, przestępczości z jej falowaniami, kolejnych stylów w sztuce, prądów literackich, a nawet mód (moda dotycząca stroju, tak zmienna na Zachodzie, należy do najpłytszej warstwy zdarzeń). Poważnym badaniom poddawano jedynie koniunktury gospodarcze, chociaż nawet tego nie doprowadzono do końca. Historia koniunktur jest więc niezmiernie złożona i pełna luk. Odczujemy to wyraźnie w momencie podsumowania.
Zajmijmy się na razie jedynie koniunkturą ekonomiczną, a przede wszystkim ruchem cen, który objęto już rozległymi badaniami. Teoria cen została zarysowana przez ekonomistów w latach 1929-1932 na podstawie ówczesnych danych. Po ekonomistach przyszli historycy: dzięki nam światło zaczęło sięgać coraz dalej. Powstawały nowe pojęcia, nowe wiadomości, rodził się nowy język. W wahadłowym ruchu całości wyodrębniono składające się nań ruchy podrzędne, a w każdym z nich rozpoznano jego wyróżnik, okres trwania i możliwe znaczenie115.
Ruch sezonowy, który do dziś odgrywa pewną rolę (na przykład w przypadku suszy lata 1976), zatraca się w płytkich warstwach dzisiejszej gospodarki. Niegdyś bywało jednak inaczej, i to zdecydowanie inaczej. Złe zbiory czy nagłe niedobory pożywienia potrafiły w czasie kilku miesięcy spowodować inflację porównywalną z rewolucją cen XVI wieku w całej jej okazałości. Oznaczało to dla ubogich konieczność jak najskromniejszego życia aż do nowych zbiorów. Jedyną zaletą tego rodzaju ruchów była ich krótkotrwałość. Po burzy - jak mówił Witold Kula - polski chłop niczym ślimak na nowo wysuwał się ze skorupy116.
Inne ruchy, które zwykło się nazywać cyklami, mają już dłuższy czas trwania. Aby je od siebie odróżnić, ochrzczono je nazwiskami ekonomistów: cykl Kitchina trwa nie dłużej niż 3-4 lata; cykl Juglara (cykl wewnątrzdziesiętny, zmora gospodarki ancien régime'u) - od 6 do 8 lat; cykl Labrousse'a (nazywany również intercyklem lub cyklem międzydziesiętnym) - od 10 do 12 lat, a niekiedy dłużej; stanowi on połączenie schyłkowego okresu cyklu Juglara (a więc 3 do 4 lat) i pełnego cyklu Juglara, który nie osiąga swego szczytu i przebiega płasko. Jest to więc w całości półtora cyklu Juglara. Klasycznym przykładem cyklu Labrousse'a jest międzycykl narzucający depresję i stagnację lat 1778-1791, u progu rewolucji francuskiej, do której wybuchu z pewnością się przyczynił. Hipercykl zwany cyklem Kuznetsa jest podwójnym cyklem Juglara, trwającym około 20 lat. Cykl Kondratiewa117 rozciąga się na półwiecze bądź dłużej; jeden z cyklów Kondratiewa zaczyna się w roku 1791, sięga szczytu w 1817 i opada aż do roku 1851, docierając do progu francuskiego Drugiego Cesarstwa (1852-1870). Najdłuższym wreszcie z ruchów cyklicznych jest trend sekularny, bardzo słabo zbadany, którym wkrótce chciałbym zająć się dłużej. Póki nie zostanie on poddany jak najdokładniejszym badaniom i póki nie doceni się w pełni jego doniosłości, poty historia koniunktur pozostanie w dramatyczny sposób kaleka mimo wielu dzieł, jakie jej poświęcono.
Wszystkie te cykle są oczywiście sobie współczesne, synchroniczne; współżyją ze sobą, mieszają się, dodają swe oscylacje do wahań całości lub biegną osobno. Wskutek prostego zabiegu możemy jednak dzielić ruch globalny na poszczególne ruchy, usuwać jedne lub drugie z nich na korzyść ruchu uprzywilejowanego, który zamierzamy wydobyć na światło.
Problemem rozstrzygającym przy podejmowaniu tych zagadnień jest stwierdzenie, czy cykle, które wykryła obserwacja ekonomiki współczesnej, istnieją lub nie w dawnych gospodarkach ery preindustrialnej. Czy na przykład cykle Kondratiewa występowały przed rokiem 1791? Pewien historyk powiada nam, nie bez złośliwości, że jeśli ktoś szuka tej lub owej formy cyklu przed wiekiem XIX, musi być niemal pewny, że ją znajdzie118. Ostrzeżenie to bywa przydatne pod warunkiem, że uznaje się wagę wchodzącej w grę stawki. Jeśli cykle dzisiejsze wystarczająco przypominają cykle wczorajsze, ukazuje to pewną ciągłość między dawnymi a nowymi gospodarkami: mogły i wtedy działać zależności, których wpływ odnajdujemy w dzisiejszych doświadczeniach. Jeśli zaś wachlarz różnorodnych fal rozpościera się inaczej, jeśli inaczej układają się ich wzajemne stosunki, może to być znakiem znamiennej ewolucji. Nie sądzę, aby wykrycie przez Pierre'a Chaunu cykli Kitchina w XVI-wiecznych obrotach portu Sewilli dotyczyło szczegółu bez znaczenia119. Sądzę również, że cykle Kondratiewa występujące kolejno w krzywych dotyczących cen zboża i chleba w Kolonii120 od 1368 do 1797 roku dostarczają wymownego świadectwa przemawiającego na rzecz ciągłości.
Wahania cen i przestrzenie rezonansu
Ceny (w odniesieniu do stuleci preindustrialnych rozpatruje się głównie ceny zbóż) nie przestają się zmieniać. Ich wcześnie zauważalne wahania są znakiem wczesnego sformowania się w Europie całej sieci rynków, tym bardziej że wahania te występują niemal równocześnie na dość rozległej przestrzeni. Europa XV, XVI i XVII wieku podlega już z całą pewnością całościowym rytmom, pewnemu porządkowi, mimo że jest on jeszcze daleki od doskonałości.
Ten właśnie fakt zniechęcał historyka cen i płac: usiłował on odtworzyć niepowtarzalne serie, a tymczasem w rezultacie zawsze musiał słuchać znanej mu już melodii. Wymowę jednych badań powtarzają drugie. Zamieszczony obok wykres zaczerpnięty z The Cambridge Economic History of Europe121 uwidacznia te współbrzmienia, świadczące jakby o tym, że fale cen, zarówno wysokie, jak i niższe, obejmują całą europejską przestrzeń, tak że można by odtworzyć ich zarys wzorem linii izobarów na mapach meteorologicznych. Frank C. Spooner próbował uwidocznić ten proces i sporządzony przez niego wykres dość dobrze ukazuje sam problem, mimo że nie przynosi jego rozwiązania. Aby go rozwiązać, należałoby odnaleźć epicentrum tych ruchomych fal, założywszy, że ono istnieje. Czy jest to prawdopodobne? Według Pierre'a Chaunu "jeśli w XVI wieku istnieje już zaczątek gospodarki-świata [...] to powszechność tych fluktuacji [zdaje się] rodzić gdzieś między Sewillą a Veracruz"122. Gdyby trzeba było wybierać, widziałbym źródło tych koniunkturalnych wibracji bądź ich przekaźnik raczej w Antwerpii, gdyż miasto nad Skaldą stanowiło wówczas centrum europejskiej wymiany. Rzeczywistość jest jednak, być może, zbyt złożona, aby słuszne było mniemanie, że istniało tylko jedno centrum, gdziekolwiek by się ono znajdowało.
6. Jak analizować różnokierunkowe ruchy cen?
Na powyższym wykresie nakładają się na siebie trzy różne zapisy cen 1 setier pszenicy w Halach paryskich:
- linia przerywana uwzględnia ruchy cen w ciągu miesiąca; stosunkowo umiarkowana w roku normalnym, wznosi się ona gwałtownie w okresach niedoborów żywności i słabnięcia podaży;
- linia ciągła oznacza "schodkowy" ruch średnich cen rocznych wyliczony dla poszczególnych lat zbiorów (sierpień-lipiec), kolejno następujących lat nieurodzaju (1648-1649 do 1652-1653; Fronda; 1661-1662; objęcie władzy przez Ludwika XIV) i urodzaju;
- czarne punkty wyliczone są na podstawie średnich ruchomych siedmioletnich; obrazują one ruchy cykliczne (1645-1646 do 1655-1666 oraz 1656-1657 do 1668-1669). Przejście do tych wielkich ruchów cyklicznych powoduje uwzględnienie wahań cen w ramach trendu sekularnego.
Owe ceny podlegające równoległym niemal wahaniom są w każdym razie najlepszym świadectwem zwartości gospodarki-świata, w obrębie której upowszechniła się wymiana pieniężna i która rozwijała się pod znakiem kiełkującego wówczas kapitalizmu. Szybkość, z jaką ceny te się szerzą i dostosowują do siebie, jest świadectwem skuteczności wymiany odbywającej się z całą prędkością, na którą pozwalają środki transportu ówczesnej epoki. Dla nas ta szybkość jest śmieszna. Specjalne zaprzęgi kurierów spieszyły wszakże, co koń wyskoczy, aby dotrzeć - po każdych międzynarodowych targach - do wielkich kupieckich miast z niezbędnymi wiadomościami, listą notowań i plikami weksli, których obieg podtrzymywał funkcjonowanie poczty. Również złe wiadomości, wieści o lokalnych głodach czy kupieckich bankructwach, choćby dalekich, rozchodzą się w lot. W Livorno, porcie żywym, ale nie będącym przecież wielkim ośrodkiem w skali całej Europy, wiadomo we wrześniu 1751 roku123, że "wiele upadłości, jakie dotknęły różne miasta, wyrządziło znaczne szkody tutejszemu handlowi, nowy cios przyniosło mu zaś bankructwo panów Leake i Prescot w Petersburgu, które wyniosło, jak mówią, około pięciuset tysięcy rubli. Istnieją obawy, że tutejszy handel wielce ucierpi na skutek uchwały Genueńczyków, którzy postanowili przywrócić w swym mieście opłaty portowe". Czy tego rodzaju wiadomości nie wskazują jakby palcem na jedność Europy, a więc i jedność europejskich koniunktur? Ruchy następują wszędzie wedle jednego rytmu.
7. Czy ceny rozprzestrzeniają się falami? Kryzysy zbożowe w Europie, 1639-1660
Na wykresie tym, zaproponowanym i zrealizowanym przez Franka C. Spoonera (The Cambridge Economie History, 1967, IV, s. 468), czarne kółka sygnalizują szczytowe punkty czterech kolejnych kryzysów, które przesunęły się przez całą przestrzeń europejską, od Atlantyku po Bałtyk. Wielkość wyjściowa 100 przyjęta została w odniesieniu do okresu od ostatniego kwartału 1639 roku do pierwszego kwartału 1641 roku. Drugi wykres (Laboratoire de l'Ecole des Hautes Etudes) obrazuje w nieco bardziej uproszczony sposób te same falowania cen.
Jeszcze bardziej zdumiewa nas to, że rytm europejskiej koniunktury przekracza ścisłe granice europejskiej gospodarki-świata, że nawet poza nimi przysługuje mu moc zdalnego sterowania. W miarę jak pozwala nam na to znajomość cen moskiewskich, stwierdzamy, że w XVI wieku przystosowują się one do cen Zachodu, zapewne za pośrednictwem działania kruszców amerykańskich, które tu, jak i wszędzie, odgrywają rolę "pasa transmisyjnego". Podobnie jest z cenami osmańskimi, które z tych samych przyczyn dostosowują się do cen europejskich. Ameryka, a w każdym razie Nowa Hiszpania i Brazylia, powiela we fluktuacjach swych cen odległy wzór europejski. Louis Dermigny napisze nawet, że "ukazana przez Pierre'a Chaunu124 korelacja Atlantyk-Pacyfik odnosi się nie tylko do Manili"125. Ceny europejskie przekazywały swój rytm również poza szlakiem galeonu z Manili; ich oscylacje docierały aż do Makau. Wiemy również, od czasu badań Azizy Hazana, że europejska inflacja XVI wieku odbiła się echem także w Indiach, w przybliżeniu z dwudziestoletnim opóźnieniem126.
Stwierdzenia te mają oczywistą wagę: jeśli narzucony lub przekazany rytm cen jest istotnie znakiem dominacji lub zależności, a tak właśnie sądzę, to promieniowanie gospodarki-świata stworzonej przez Europę bardzo wcześnie przekracza najśmielsze granice, które można by jej wyznaczyć. Ten właśnie fakt kieruje naszą uwagę ku owym czułkom, które zdobywcza gospodarka-świat wysuwa przed siebie; są to jak gdyby elektryczne przewody wysokiego napięcia, których najlepszym przykładem jest z pewnością handel lewantyński. Szerzy się skłonność (Immanuel Wallerstein nie jest tu wyjątkiem) do niedoceniania tego rodzaju wymiany, nazywania jej dodatkową, gdyż dotyczy jedynie dóbr luksusowych, i to do tego stopnia, że jej zniesienie nie zdołałoby w jakimkolwiek stopniu zaszkodzić codziennemu życiu ludności. Bez wątpienia. Umiejscowiona wszakże w sercu najbardziej wyrafinowanego z kapitalizmów powoduje ona skutki docierające do najszerszych stref życia codziennego. Oddziałuje na ceny, ale nie tylko na nie. Uwaga nasza raz jeszcze kieruje się ku zagadnieniom pieniądza i kruszców, narzędzi władzy i walki w znacznie większym stopniu, niż się to zazwyczaj przyjmuje.
Trend sekularny
Rekord długotrwałości pośród cykli przypada trendowi sekularnemu, rozciągającemu się na cały wiek; jest to z pewnością cykl najbardziej zaniedbany przez naukę. Dzieje się tak dlatego, że na ogół ekonomiści interesują się wyłącznie krótkim przebiegiem zdarzeń - "czysto ekonomiczna analiza dłuższego okresu nie ma żadnego sensu", pisze André Marchai127. Powolność trendu jakby go maskuje. Stanowi on coś w rodzaju podstawy, na której wspierają się wszystkie ceny. To, czy podstawa nachylona jest lekko ku górze, czy ku dołowi, czy też leży poziomo, uchodzi niemal uwagi, podczas gdy wyraźnie rysują się na jej tle inne ruchy cen, ruchy krótkiej koniunktury, o liniach znacznie bardziej nerwowych, o ostrych wzlotach i spadkach. Czyżby więc trend sekularny stanowił jedynie wypadkową innych ruchów - to, co pozostaje, gdy w obliczeniach będziemy od nich abstrahować? Awansowanie go do roli wskaźnika (nie używam jeszcze pojęcia "przyczyny skutecznej") grozi (tak jak przy fazach A i B Simianda, tylko że w zupełnie odmiennej skali czasowej) zaciemnieniem rzeczywistych zagadnień. A więc czy trend sekularny w ogóle istnieje?
Niejeden ekonomista i niejeden historyk skłonny jest do twierdzenia, że nie istnieje, lub prościej, jak sądzę, do takiego postępowania, jakby go nie było. A jeśli ci ostrożni i sceptyczni badacze nie mają racji? Niezwykły i zaskakujący długotrwały kryzys widoczny od roku 1974, choć rozpoczynający się wcześniej, zwraca nagle uwagę specjalistów na zjawisko długiego trwania. Pierwszy rozpoczął atak Léon H. Dupriez, mnożąc ostrzeżenia i konstatacje. Michel Lutfalla mówi nawet o "powrocie do cyklu Kondratiewa". Rondo Cameron128 proponuje odkrycie cykli zwanych przezeń "logistycznymi", rozciągających się na 150 do 350 lat. Czym miałyby się one prócz nazwy różnić od trendu sekularnego? Nadszedł więc właściwy czas, aby podjąć ryzyko obrony praw tego ostatniego.
Trend jest procesem kumulacyjnym, trudno zauważalnym w odniesieniu do konkretnego momentu posuwającym się uparcie w jednym i tym samym kierunku. Trend ten jak gdyby dodawał się do samego siebie; wszystko dzieje się tak, jakby unosił on stopniowo w górę ogół cen i gospodarczej działalności aż do chwili, w której z tym samym uporem zaczyna pracować w przeciwnym kierunku, na rzecz generalnego spadku w dół, niedostrzegalnego, powolnego, ale długotrwałego. Z roku na rok zaledwie go widać; z wieku na wiek okazuje się doniosłym czynnikiem. Tak więc, gdyby podjąć próbę dokładniejszego pomiaru trendu sekularnego i nanieść go uważnie na siatkę zjawisk historii europejskiej (tak jak Wallerstein naniósł go na przestrzenny schemat gospodarki-świata), można by uzyskać pewne wyjaśnienia dotyczące procesów gospodarczych, które nas unoszą, które nad nami ciążą jeszcze dzisiaj, a których nie jesteśmy zdolni jaśniej zrozumieć ani też ustalić środków naszej przed nimi obrony. Nie mam oczywiście ani intencji, ani możliwości zaimprowizowania teorii trendu sekularnego; co najwyżej mógłbym podjąć próbę skorzystania z danych zawartych w klasycznych już książkach Jenny Griziotti Kretschmann129 oraz Gastona Imbert130 i określić płynące z nich konstatacje. Jest to sposób uściślenia naszych zagadnień, a nie ich rozwiązania.
Trend sekularny, jak każdy inny, ma punkt startu, punkt szczytowy, punkt końcowy, ale ich określenie, biorąc pod uwagę ubogi w wydarzenia bieg stuletniej krzywej, zdane jest na przybliżenia. O punktach szczytowych możemy mówić w odniesieniu do czasów około roku 1350, około 1650... Wedle przyjętych dziś danych131 rozróżnia się, jeśli chodzi o Europę, cztery kolejne trendy sekularne: 1250 [1350] 1507-1510; 1507-1510 [1650] 1733-1743; 1733-1743 [1817] 1896; 1896 [1974?]... Pierwsza i ostatnia data każdego z nich oznacza początek wznoszenia się i koniec spadku; data środkowa, w nawiasie kwadratowym, oznacza punkt szczytowy, miejsce załamania wiekowej tendencji, inaczej mówiąc punkt kryzysu.
Z tych wszystkich chronologicznych znamion zdecydowanie najmniej pewne jest pierwsze. Jako punkt startu wybrałbym raczej początek XII wieku niż rok 1250. Trudność bierze się stąd, że notowania cen, dalekie w tych odległych czasach od doskonałości, nie dają należytego oparcia; początki wielkiego rozrostu wsi i miast Zachodu oraz wyprawy krzyżowe sugerowałyby jednak umiejscowienie zaczątków europejskiego wzrostu co najmniej o pięćdziesiąt lat wcześniej.
Dyskusja ta i jej ustalenia nie są rzeczą błahą. Uświadamiają nam one od samego początku, jak trudno porównać długość tych czterech cyklów, jeśli rozporządzamy danymi dotyczącymi jedynie trzech z nich, a czwarty dobiega właśnie połowy (jeśli nie mylimy się, przyjmując siedemdziesiąte lata naszego stulecia za punkt kryzysowy cyklu). Zdaje się jednak, że te nie kończące się głębinowe fale wykazują tendencję do skracania biegu. Czy należałoby to przypisać przyspieszeniu historii, na karb którego złożyć można wiele, a nawet zbyt wiele, jak na karb bogaczy?
Nie w tym jednak rzecz. Chodzi bowiem, powtórzmy jeszcze raz, o to, czy ów niedostrzegalny dla współczesnych ruch zapisuje ślad, rzuca jakieś światło na długotrwałe losy gospodarek-światów, czy też z kolei one mimo lub z racji ich ciężaru i trwania znajdują ujście w takich cyklicznych ruchach, podtrzymują je, podlegają im i - będąc wytłumaczeniem - same znajdują w nich tłumaczenie. Byłoby zbyt pięknie, gdyby naprawdę tak się działo. Nie narzucając wyjaśnienia i skracając wywód, poprzestanę na unaocznieniu mych kolejnych obserwacyjnych stanowisk na wierzchołkach fal: 1350, 1650, 1817 i 1973-1974. W zasadzie stanowiska te mieszczą się w punktach styku dwu procesów, dwu przeciwstawnych widoków. Nie wybraliśmy ich, lecz przyjęliśmy je na podstawie obliczeń przeprowadzonych przez innych. W każdym razie jest faktem, że rejestrowane przez nie pęknięcia odnaleźć można, bynajmniej nie wskutek zbiegu okoliczności, w periodyzacjach różnych układów dokonanych przez historyków. Jeśli ponadto odpowiadają one znacznym pęknięciom w historii europejskich gospodarek-światów, byłoby to znakiem, że nie naginaliśmy naszych obserwacji w żadną stronę.