3.
PAŁAC BORCHÓW (PAŁAC ARCYBISKUPI)
ul. Miodowa 17/19, Warszawa
Święta, święta i po świętach. Przynajmniej tak powtarzała większość mieszkańców stolicy, którzy po długiej przerwie wrócili do pracy. Sprzyjający układ gwiazd i kalendarza sprawił, że laba mogła trwać równe dwa tygodnie. Nie trzeba było się nawet przesadnie gimnastykować z dniami wolnymi, urlopami lub zwolnieniami. Spora część pracodawców po prostu odpuściła. Nawet w niektórych urzędach wprowadzono szychtę zmianową. W kontekście politycznej debaty o wolnych Wigiliach można było nastawić się optymistycznie również na kolejne Boże Narodzenie. Tyle że do niego zostało jakieś trzysta pięćdziesiąt dni. Szmat czasu.
Ponoć to właśnie żal po zakończeniu okresu świątecznego sprawia, że w styczniu popełnianych jest najwięcej samobójstw. W tym roku dodatkowym czynnikiem mogła być również odległość od Wielkanocy - ta wypadała wyjątkowo późno, dopiero pod koniec kwietnia. Szybko licząc, dochodziło się do wniosku, że pozostało do niej grubo ponad sto dni. Kicha, lipa, depresja jak na Żuławach. Za przeproszeniem, rzecz jasna.
Tyle że co komu po Wielkanocy? Trzy dni świętowania, ledwie długi weekend, do tego pozbawiony miłej aury Bożego Narodzenia. Wcześniej więcej sprzątania oraz przygotowań niż wypoczynku. No i ta pogoda... Co z tego, że z perspektywy rytu chrześcijańskiego to właśnie Wielkanoc stanowi najważniejsze święto? Nie ma nawet zwyczaju dawania sobie prezentów. Lokalna tradycja przewidziała inflację, smutki PRL albo jedno i drugie i nie introdukowano króliczka rozdającego jajka z niespodziankami. Może kiedyś. Skoro jednym z symboli Bożego Narodzenia nad Wisłą stał się żołnierzyk z Dziadka do orzechów, wszystko było możliwe.
Brat Hektor nie myślał o Wielkanocy. Przez moment analizował zasłyszane gdzieś statystyki dotyczące samobójstw, ale i te nie przykuły jego uwagi. Tym bardziej nie myślał o żołnierzyku ani żadnym balecie. Spojrzał na choinkę ustawioną w korytarzu Pałacu Arcybiskupiego. Była znacznie mniejsza od tej, którą widział w holu, lecz dekoracja wydała mu się przyjemniejsza. Zamiast formalnych białych oraz czerwonych bombek wiele ozdób ze słomy, papieru i drewna. Do tego łańcuchy, jakie pamiętał sprzed lat. Coś wspaniałego. Ponadto w powietrzu unosił się przyjemny zapach żywicy. Być może była to zasługa tego, że drzewko ścięto tuż przed świętami, a nie - jak w większości szkółek - jeszcze pod koniec listopada. Choć kto to mógł wiedzieć?
Swojska choinka była miłym elementem w pełnych przepychu wnętrzach. Siedziba arcybiskupa przytłaczała Hektora bogactwem ornamentów, sztukaterii oraz wiszących na ścianach wielkich obrazów. Wszystko było całkowicie odmienne od surowego wystroju klasztoru, do którego przyzwyczaił się przez ostatnie lata. Za każdym razem, gdy bywał w bogatych wnętrzach, czuł się nie tylko nieswojo, lecz - co gorsza - nie na miejscu. Pasował tu jak pięść do nosa. Z radością stwierdzał jednak, że po latach ascezy wyzwalał się z narzuconych przez świat więzi. Nie ciągnęło go do wygód ani bogactwa. Surowa estetyka gotyckiego świątka dostarczała mu więcej estetycznych wrażeń niż przepych bogato malowanego barokowego putta. Prosty zakonny strój pozwalał na większą swobodę ruchów niż najdroższy garnitur albo haftowane szaty liturgiczne. Nawet te discopolowe, które dygnitarze przywdziali z okazji otwarcia paryskiej katedry Notre Dame po odbudowie.
- Bracie...
Ksiądz sekretarz zatrzymał się przed dwuskrzydłowymi, białymi drzwiami. Zapukał w nie i zerknął porozumiewawczo na Hektora. Mężczyźni mieli już wcześniej ze sobą do czynienia. Zaproszenie do pałacu znowu nie pozostawiało zakonnikowi wyboru. Miał się w nim stawić natychmiast, a w razie jakichkolwiek zastrzeżeń przełożonych powołać się na majestat Jego Ekscelencji, na dobro Santa Sede oraz obowiązek posłuszeństwa nie tylko wobec reguły zakonnej, lecz przede wszystkim Matki Kościoła. Chodziło właśnie o to, choć być może sformułowane zostało nieco prostszymi słowami. Eufemizmy, skwitował je wówczas Hektor. Nawet w wewnętrznej korespondencji władze kościelne ostatnimi czasy temperowały swój język.
- Bracie - powtórzył ksiądz sekretarz. Pchnął drzwi, które otworzyły się niemal całkowicie bezszelestnie. - Jego Ekscelencja czeka.
- Ach, tak.
Hektor kiwnął głową i ruszył w głąb ogromnego pomieszczenia. Oświetlało je światło kilku świec oraz ogromnego żyrandola. Po bokach stały wielkie czarne szafy biblioteczne, pośrodku znajdował się okrągły stół, a nieco dalej biurko wyściełane zielonym suknem. To obok niego, z wielką księgą w dłoni, stał arcybiskup Stanisław Namysłowski. Hierarcha był niskim, nieco przysadzistym mężczyzną o życzliwym spojrzeniu i ujmującym uśmiechu. Zamknął książkę, po czym odłożył ją na biurko. Uśmiechnął się, a jego uśmiech zdradził zakłopotanie.
- Mój człowiek do zadań specjalnych? - usiłował zażartować, choć zabrzmiało to nader ponuro. - Proszę się rozgościć.
- Dziękuję.
Hektor zatrzymał się przy prostym krześle, jednak nie usiadł. Od jego ostatniej wizyty w tym pomieszczeniu nic się tu nie zmieniło. Tak samo jak zapewne przez ostatnie dziesiątki lat. Jedyną nowość stanowiła maleńka choinka ustawiona w rogu pomieszczenia - skromna, lecz przystrojona znacznie bardziej formalnie niż ta na korytarzu.
- Wszystkie wasze troski przerzućcie na niego, gdyż on troszczy się o was[1].
Namysłowski po raz kolejny się uśmiechnął. Po chwili milczenia zatarł dłonie, jakby było mu zimno, i spojrzał głęboko w oczy przybyłego. Hektor nie przepadał za tłumaczeniem Uwspółcześnionej Biblii. Przytoczony werset znacznie lepiej brzmiał dla niego w paru innych wersjach, ale... mniejsza o to.
- Wyruszyłem natychmiast, gdy tylko otrzymałem wezwanie - oznajmił, przerwawszy ciszę. - Przepraszam, jeśli kazałem na siebie czekać.
- Nie, nie...
Arcybiskup lekceważąco machnął dłonią. Wskazał na krzesło, obok którego stał zakonnik.
- Siadajcie, śmiało.
- Dziękuję.
Hektor bezgłośnie przesunął krzesło i usiadł. Przez cały czas bacznie obserwował Namysłowskiego. Arcybiskup nigdy nie wydawał się tak przybity ani zmieszany. Jakby z wszelkich sił starał się odwlec przejście do sedna, co oczywiście pozostawało nieuchronne. Wreszcie zajął miejsce za biurkiem i sięgnął ku piusce. Przegładził ją dłonią, jakby jakimś nadzwyczajnym zmysłem wyczuł na niej niewidoczny pyłek.
- To, co się wydarzyło, zakrawa na szaleństwo - odezwał się wreszcie, nie patrząc w oczy Hektora. Jedna ze świec stojących na jego biurku zamigotała, jakby do pomieszczenia wdarł się przeciąg. Arcybiskup zerknął ku niej i zatrzymał na niej dłużej spojrzenie. Zagryzł usta, lecz po chwili skierował wzrok na zakonnika. - Nie muszę chyba mówić o tajemnicy?
Hektor nie odpowiedział, więc Namysłowski kontynuował:
- Sprawa, w której was wezwałem, być może wymagałaby udziału egzorcysty - parsknął. - Ale wiecie, że mamy z nimi pewien problem. Dlatego to wy będziecie moim egzorcystą, bracie Hektorze.
- Egzorcystą? - Hektor mimowolnie wyszeptał to jedno słowo.
Tego się nie spodziewał.
[1] Uwspółcześniona Biblia Gdańska, 1 P 5,7-11.