CZĘŚĆ I
1931 rok, Podole
Wiosna skończyła się gwałtowną burzą, a pierwszy letni poranek okrył przedpola Płoskirowa mleczną mgiełką, leniwie unoszącą się ponad ziemią. Słońce wspinało się po niebie, lecz jaśniało słabo, od niechcenia, jakby wcale nie zwiastowało początku dnia, a z wolna postępujący wieczór.
Emilia Dreznal patrzyła na ten spektakl z rosnącą ciekawością. Zdawało jej się, jakby puszysty tren odchodzącej wiosny zastygł, otuliwszy ciepłym obłokiem ukwiecone łąki i połacie wschodzących zbóż. Niebo przybrało niespotykane dotąd barwy. Odcienie fioletu, szarości i brzoskwiniowej poświaty orzeźwiały krajobraz, ukazując nowe, nieznane dotąd oblicze ziemi, która przed wiekami należała do prowincji małopolskiej Korony Królestwa Polskiego, a która po traktacie ryskim znalazła się w granicach ZSRS. A jednak, gdyby wspiąć się na najwyższe drzewo w okolicy i wytężyć wzrok, w tle zamajaczyłaby Polska; wszak Malinicze leżały zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od jej granic.
Dziewczyna jeszcze przez chwilę spoglądała na ów pejzaż, próbując wyłuskać jak najwięcej szczegółów i przenieść go na niewielkie płótno, które sama zrobiła z kawałka bawełnianej chusteczki i czterech wystruganych, a następnie zbitych przez sąsiada patyków. Na wieku drewnianej walizeczki, mieszczącej zaledwie kilka tubek z farbami olejnymi, mieszała kolory tak, by stworzyć barwy fabrycznie niewyrabiane, a jednocześnie najbardziej zbliżone do tych zaobserwowanych na niebie. Sunąc pędzlem po płótnie, nadawała im w myślach nowe nazwy: poranna mgła, lila wschodu, błękit nad pastwiskiem, pastelowy szmaragd, szaroniebieskie myśli, mysie futerko...
Całe to poranne przedstawienie, tak niecodzienne, a zarazem niesamowicie pasjonujące, porwało Emilię do tego stopnia, że nie zauważyła, jak mgłę w oddali rozpędza sylwetka jeźdźca na ryżym koniu. Kopyta zwierzęcia rozbryzgiwały obłoki unoszące się nad polną drogą, a ciszę wokół muskało przygaszone parskanie, sam galop jednak zdawał się dudnić w głąb ziemi, jak gdyby dopasowywał się do tętna jej jądra, skrytego pod warstwami urodzajnej gleby. Dziewczyna, wpatrzona w unikatowe kolory nieba, puściła to jednak mimo uszu. Dopiero po chwili, czując na sobie czyjś wzrok, opuściła spojrzenie i dojrzała przybysza.
Jeździec ubrany był odświętnie; w ciemny garnitur, spod którego wychylał się kołnierz śnieżnobiałej koszuli, spiętej pod szyją błyszczącą spinką. Mężczyzna zeskoczył zgrabnie z konia, ujął wodze i popatrzył na Emilię z takim... zachwytem i zachłannością, jakby miała być ostatnim widziadłem w jego życiu.
Dziewczyna pomyślała, że oto stoi przed nią pan Rozwadowski, właściciel największego majątku w okolicy, który sąsiadował z ich polami. Nigdy dotąd nie spotkała go na żywo, lecz któż inny, tak zamożnie ubrany, stałby o tej porze na tle porosłego chwastami zagajnika i wpatrywał się w nią tak intensywnie, jakby chciał zganić za to, że robi coś niestosownego. Zapewne już kiedyś widział, jak młoda dziewczyna marnuje czas na malowanie obrazu, zamiast pracować w polu, obejściu czy kuchni. Byłoby to usprawiedliwione, gdyby należała do jednej z tych szanowanych bogatych rodzin, ale Dreznalowie ledwo wiązali koniec z końcem. A on, patrząc na nią tak przenikliwie i władczo, z pewnością o tym wiedział.
Emilia siedziała jeszcze przez chwilę na balkonie, z pędzlem zawieszonym tuż nad płótnem, i nie wiedziała, czy większy strach budzi w niej osaczające spojrzenie przybysza, czy świadomość, że ma na sobie jedynie cienką koszulę nocną. I kiedy tylko myśl o jej stroju rozgorzała w głowie piętnastolatki, Emilia poczuła się głęboko skrępowana.
Speszona szybko poprawiła szlafrok, który kilka chwil wcześniej zrzuciła sobie z ramion, uszyty z pasów prześwitującej, poszarzałej koronki, otrzymanej od babci i stanowiącej wspomnienie czasów świetności ich rodziny. Oplotła się nim ciasno, starając się nie myśleć o tym, że cienki materiał nie wystarczy, aby osłonić bujne piersi.
Na widok jej niezręcznych ruchów mężczyzna się otrząsnął, przywiązał konia do dużego drzewa orzechowego i ruszył w stronę domu, a Emilia uciekła z balkonu, by schować się w mroku swojego pokoju na piętrze. Wystraszona naprędce próbowała narzucić coś na siebie, lecz ciało nie chciało jej słuchać, a halka plątała się w palcach.
Miała nadzieję, że nie będzie musiała sama otwierać drzwi nieznajomemu. Wiedziała, że ojciec wraz z kilkoma chłopami z sąsiedniej wsi, którzy nie posiadali roli, a jedynie skrawki przydomowych ogródków, od rana pracuje w polu. Nie była jednak pewna, czy chodzi jeszcze po obejściu, czy już wyszedł. Nim zdążyła się nad tym zastanowić i zapanować nad wyglądem, rozległo się pukanie do drzwi wejściowych. Zamarła, nasłuchując, lecz wyglądało na to, że pozostali domownicy jeszcze śpią. Dopiero po dłuższej chwili dobiegł jej uszu odgłos ojcowskich butów i zgrzyt przekręcanego zamka. Na dźwięk zaskoczonego głosu taty odetchnęła z ulgą. Ciekawość jednak nie pozwoliła jej zostać w pokoju. Wiążąc gorset, wyszła na korytarz, gdzie natknęła się na mamę, babkę i stryjenkę, równie zaskoczone co ona. Kobiety zerkały w stronę holu i posyłały sobie pytające spojrzenia, zdając się równie zaniepokojone porannym najściem co Emilia. W końcu bezgłośnie postanowiły, że zejdą do salonu, by sprawdzić, co się dzieje. Uniesiony głos ojca nie wskazywał na nic dobrego.
- Nie ja tu ustalam zasady, Dreznal. - Do ich uszu dobiegł po chwili mocny, chrapliwy głos przybysza.
Emilia próbowała rozszyfrować wyraz twarzy ojca, lecz jako najmłodsza stała na samym końcu i co jakiś czas któraś ze starszych kobiet zasłaniała jej widok. Ponadto z trudem skupiała uwagę, ponieważ co rusz napotykała głodne spojrzenie przybysza. Miała wrażenie, że mężczyzna wwierca się w nią wzrokiem i przeszywa jej ciało na wskroś. Mimo to z wysoko uniesionym podbródkiem stąpała za kobietami, starając się udawać pewną siebie ziemiankę. Dokładnie tak, jak od lat nauczała ją babka.
- Dzień dobry - odezwał się nieznajomy, gdy kobiety weszły do salonu.
- Dzień dobry - odpowiedziała stanowczo Katarzyna, najstarsza z rodu. - A cóż to za nieproszone najście o tak wczesnej porze?
- Pan Bucwald zaraz wychodzi, mamo - odpowiedział Jonasz, ojciec Emilii, co przybysz skwitował ponurym uśmiechem. - Zamienimy tylko jedno słowo po męsku. Wasza obecność jest nam miła, ale nie konieczna.
Zatem nie był to Rozwadowski, jak pierwotnie sądziła Emilia, lecz Fiodor Bucwald, którego również nie miała okazji poznać. Już dawno jednak doszły ją słuchy o bezwzględności nowego zarządcy majątków ziemskich.
- Myślałem, że dostanę choć szklankę wody - stwierdził Bucwald, na co Jonasz zmrużył oczy.
- Proszę wybaczyć nietakt, byłem pewien, że pan tylko na chwilę. Wobec tego oczywiście zapraszam do stołu - odparł z wyraźną dezaprobatą. - Nie chciałbym, aby do komisarza dotarła informacja, że nie został pan należycie ugoszczony. Emilio, przynieś panu wody.
Dziewczyna skinęła głową i poszła do kuchni, czując na sobie wzrok przybysza, który przyprawiał ją o nieprzyjemne palpitacje serca. Myślała o tym, czy rozpoznał w niej tę półnagą dziewczynę, przed kilkoma minutami siedzącą na balkonie. Krępowała ją myśl, że mógłby wspomnieć o tym przy stole. Cóż to byłby za niefart... Nie została jeszcze przecież oficjalnie przedstawiona w towarzystwie, a Bucwald już widział ją w negliżu.
Gdy wróciła, w salonie panowała niezręczna cisza. Wszyscy siedzieli sztywno przy starym drewnianym stole. Emilia rozstawiła szklanki i nalała do nich wody, a następnie przysiadła z boku.
- Dotąd myślałem, że młodej obywatelce ziemskiej nie przystoi nakrywanie do stołu. Czyżby aspirowała do obniżenia statusu społecznego? - zapytał sarkastycznie mężczyzna, a matka, słysząc te słowa, nerwowe wciągnęła powietrze.
- Panie Bucwald - podjęła babka. - Nie wiem, jakie zasady panowały w pańskiej, domniemywam, rosyjskiej rodzinie, lecz my wychowujemy dzieci z ogładą i należytą starannością. Tak, by nie czuły się ważniejsze niż inni tylko dlatego, że urodziły się w dostatku. Schedą naszej rodziny jest nie tylko posag, ale i służba drugiemu człowiekowi.
Bucwald zaśmiał się w głos, a Emilia przyjrzała mu się baczniej.
Zła sława ciągnąca się za Fiodorem Bucwaldem zdecydowanie nie szła w parze z brzydotą. Zarządca był rosłym mężczyzną, barczystym, ciemnowłosym o pociągłej twarzy, którą zdobiły gęste, długie wąsy oraz kozia bródka, przez co usta zdawały się składać jedynie z dolnej wargi. Sprawiał wrażenie poważnego, inteligentnego i... młodego, choć wiedziała, że jest starszy od niej o przeszło dekadę. Był też na swój sposób przystojny i mógł podobać się kobietom, choć ona opisałaby go jako interesującego. Takiego, co przez wzgląd na ciekawe rysy twarzy, wydatne kości policzkowe, krzaczaste brwi i schowane pod zarostem usta byłby dobrym modelem do nauki malowania portretów. Wszak nie u każdego zdarza się tyle krzywizn na niewielkim skrawku ciała.
- Niechże pani nie myśli, pani Dreznal, że moje imię definiuje przynależność do Imperium Rosyjskiego. Jestem Ukraińcem, zrodzony z ukraińskich matki i ojca. A imię me, Fiodor, na cześć dziada dostałem, zasłużonego carowi, choć osobiście nie utożsamiam się z przeszłością swoich przodków, tak rozmytą we krwi mojej i tak niewartą uwagi.
- Cóż za zuchwałość wypierać się swoich korzeni! - stwierdziła babka z niechęcią.
- Jeśli powody ku temu są znaczące, nie pozostaje mi nic innego.
- W obliczu sytuacji, w jakiej znajduje się naród, każdy rozsądny na pana miejscu korzystałby z tego przywileju, jakim obdarzyli pana rodzice, przeczuwszy, że po Wielkiej Wojnie Rosjanie będą trzymać wszystkich za gardła. A pan, choć chełpi się swoją narodowością, to jednak nie wstydził się zostać sługusem Sowietów.
- Całe szczęście, pani Dreznal, że mamy inne spojrzenie na historię Ukraińskiej Republiki Ludowej. A łaskawy los podarował mi jeszcze inne atrybuty, dzięki którym mogę władać swoim życiem. Tymczasem umizgi względem jaśnie panującej władzy pozostawiam tym, którym są one bardziej potrzebne. A na przyszłość radzę nie zdradzać się ze swoimi poglądami. Mogłoby to przynieść nieprzyjemne konsekwencje.
- Zaiste. - Jonasz wtrącił się do rozmowy, widząc, jak Katarzyna nadyma policzki, wyraźnie niezadowolona z zuchwalstwa Fiodora Bucwalda. - Przejdźmy zatem do sprawy, która sprowadza pana do naszego domu. - Jonasz zmarszczył brwi, przyglądając się kolejny raz kartce, którą dzierżył przed sobą.
- Oczywiście. - Bucwald wypił duszkiem wodę i głośno odstawił szklankę na stół. - Najpierw jednak prosiłbym pana córkę, by uzupełniła szkło - powiedział, pożerając Emilię wzrokiem.
Dziewczyna wstała i bez słowa dolała mu wody, a Bulwald uważnie śledził każdy ruch jej młodego ciała, co nie umknęło uwadze zgromadzonych. Dziewczyna również czuła, że jest obserwowana, i niemal przestała oddychać. Ciężka aura zawisła nad stołem, a Fiodor uniósł palec wskazujący, wypił kolejną szklankę do dna i nakazał dłonią ponowne uzupełnienie szkła. Emilia w milczeniu go obsłużyła. Bucwald wydawał się zadowolony.
- Niesamowite, jak smaczna może być woda, gdy podają ją tak piękne i smukłe dłonie. Powinny zdobić je klejnoty lub chociaż ażurowe rękawiczki, a nie dzban z ukruszonym uchem.
Babka Emilii przewróciła oczami, matka wbijała w Fiodora lodowate spojrzenie, a ojciec chrząknął, nakazując bezgłośnie córce, by wróciła na swoje miejsce.
- Rozumiem, panie Bucwald, że od dziś mam się rozliczać za grunt z panem - rzekł poważnie.
- W rzeczy samej.
- Wobec tego będę z panem szczery. Sytuacja, z którą ostatnio borykam się w folwarku, sprawia, że nie jestem w stanie dotrzymać warunków, jakie pan dziś przede mną stawia. Będę wdzięczny, jeżeli pozwoli pan, bym przez pana dłonie posłał do komisarza list po prośbie o wydłużenie terminu spłaty. Dziś bowiem...
Bucwald uśmiechnął się złośliwie i chrząknął, zatrzymując Dreznala w pół zdania.
- Zbyt wiele pan oczekuje w zamian za kilka szklanek wody.
- Być może. A jednak liczę na zrozumienie. Ostatni rok był trudny, susza zdziesiątkowała plony, a ziemia, jak zapewne pan wie, to sam piach, więc o nieurodzaj nietrudno. Podatki podniesiono o osiemdziesiąt procent, jednocześnie zaniżając cenę ziarna w skupie. Ponadto doznałem znacznej straty poprzez rozbudowę kolei, która przebiega przez pole. To wszystko...
Fiodor Bucwald uniósł dłoń w uciszającym geście, a Jonasz kolejny raz zamilkł.
- Chyba nie muszę panu przypominać, że to dzięki daninie Malinicze prężnie się rozwijają. Gdyby nie sprawny przepływ pieniędzy, do tak przemyślanej rozbudowy zapewne by nie doszło, więc pana prośba o odroczenie terminu zapłaty godzi nie tylko w komisarza, ale i przyszłość naszej społeczności. Poza tym jest jeszcze inny czynnik, który stanowi podstawę do odmowy pana prośby. Komisarz bardzo skrupulatnie prowadzi księgi arendy, a zatem zwłoka zostałaby od razu dostrzeżona. A jak pan zapewne zauważył, do miasteczka z roku na rok napływa coraz więcej ludzi, a wielu z nich zaciera ręce na myśl o tym, że panu i innym kułakom powinie się noga i będą mogli zająć wasze miejsce. Jak pan myśli, panie Dreznal, z kim wolałby wtedy współpracować komisarz? Z osobą, która zwleka z płatnościami i ani myśli przystąpić do kołchozu, czy taką, która deklaruje terminowość i lojalną służbę wobec panującego ustawodawcy?
Jonasz westchnął ciężko.
- Źle mnie pan zrozumiał. Zapłacę należność, rozliczając się z każdej kopiejki za zwłokę, ale termin jest zbyt krótki. Poprzedni sekretarz przyjeżdżał zawsze po plonach, gdy sprzedałem już to, co udało mi się zebrać, ale teraz jest na to za wcześnie. Pszenica jeszcze nie nadaje się do zbioru.
- Poprzedni sekretarz nie bez powodu jest dziś bez pracy - odparł Fiodor. - A pan, panie Dreznal, godząc się na przejęcie majątku po swoim ojcu, zdawał sobie chyba sprawę, że to wymaga opłaty. Żadna kwota nie jest zbyt duża, gdy chodzi o życie. A chyba nie muszę przypominać, że pańskie problemy finansowe szybciej się rozwiążą, gdy wstąpi pan do kołchozu. Wystarczy jedna decyzja, by niemalże bez uszczerbku pańska rodzina przeszła przez warunki OGPU[1].
Jonasz spuścił ramiona.
- Dziękuję za propozycję. - Westchnął. - Ale... Kołchoz nie jest dla mnie - odparł ze ściśniętym gardłem. - Zapłacę, ile trzeba, jednak kwoty podatku zmieniają się co chwila i dziś nie mogę tego uiścić, a jak już wspomniałem, poniosłem straty przez kolej. Myślę, że to powinno zostać uwzględnione podczas obliczania zapłaty.
Bucwald obrócił pustą szklankę w dłoniach.
- Czyli teraz podważa pan kompetencje szefa zarządu głównego, który sam zatwierdza wysokość opłat.
- Absolutnie nie. Proszę nie wkładać w moje usta czegoś, czego nie powiedziałem. Zwyczajnie liczyłem na mniejszą kwotę.
- A więc się pan przeliczył. I jeżeli w tak nieprzemyślany sposób zarządza pan majątkiem, zaczynam żywić obawę, że z czasem nie będzie pana stać nawet na odsetki. - To powiedziawszy, Fiodor wstał, głośno szurając drewnianym krzesłem i patrząc z góry na zebranych przy stole. - Chyba że wymyśli pan inny sposób na pokrycie płatności. - Skinął głową i ruszył do wyjścia, prześlizgując się wzrokiem po Emilii.
- Panie Bucwald, proszę zaczekać. - Jonasz ruszył za nim, usiłując coś jeszcze tłumaczyć, lecz ten nie zamierzał już słuchać.
Emilia obserwowała przez okno, jak ojciec podbiega do zarządcy i korzy się przed nim, po czym wydaje się z pokorą przyjmować słowa reprymendy wypływające z ust Bucwalda. I choć nie zdołała usłyszeć ich wymiany zdań, to zgarbiona postawa taty była dla niej wymownym widokiem...
Kiedy Fiodor Bucwald odjechał, Dreznalowie przez jakiś czas trwali w milczącym zawieszeniu. Każde z nich z osobna próbowało oswoić się z sytuacją, której byli świadkami, i znaleźć dla niej rozwiązanie.
- Mówiłam twojemu ojcu, że zarządzanie tą ziemią to największa głupota, jaka przyszła mu do głowy. Przecież od razu widać było, że to jałowe i nieurodzajne, ale on się uparł jak ten wół, bo tanie i jeszcze w Polsce. Nawet rady poprzedniego zarządcy, który twierdził, że zubożał na tym interesie, nie ostudziły jego zapału. Koleją się zachłysnął... Jakby to miało być wybawienie nasze, a teraz co? Ani to nasze, ani polskie, i jeszcze grabią nas z każdej strony! - Katarzyna z niezadowoleniem kręciła głową, patrząc na wysokość opłaty. - Dwieście pięćdziesiąt rubli haraczu za to pustkowie...? Toż to rozbój w biały dzień.
- Teraz i tak nic nie zrobimy. Przecież nie pójdziemy do kołchozu, żeby nam kto naszą ojcowizną zarządzał. - Jonasz sapnął z rezygnacją, patrząc przez okno na długie po horyzont pole, pod którym ziemia z każdym dniem zmieniała się w wysuszony i spękany od upału step.
- Oj, Dobrosław, Dobrosław... - Katarzyna wycedziła przez zęby, wspominając imię zmarłego przed laty męża. - Że też ja głupia zgodziłam się wtedy na tę przeprowadzkę.
- A miała mama inne wyjście? - wtrąciła stryjenka Pelagia, strofując spojrzeniem swoją teściową. - Przecież wszystko nam zabrali po powstaniu styczniowym. Kupno tej ziemi na jakiś czas uchroniło nas od ubóstwa, na które, jak widać, jesteśmy skazani, a i przed Sybirem udało się uciec. - Przeżegnała się naprędce. - Boże, miej w opiece tych nieszczęśników, którzy nigdy stamtąd do domu nie wrócili.
Emilia poczuła nieprzyjemne ukłucie w dole brzucha. Za każdym razem, gdy w jej obecności wspominano o konfiskacie majątku rodzinnego jako karze za udział dziadka i jego starszych synów w powstaniu styczniowym, czuła smutek. I choć w odróżnieniu do swoich rodziców, babki i stryjenki nigdy nie zaznała życia w przepychu, to ciążyła jej świadomość, że przez zryw niepodległościowy pozbawiono ją możliwości doświadczenia luksusów, jakie stały się udziałem jej przodków i obecnych krewnych. Wszystkich, tylko nie jej, bo Emilia była drugą córką Jonasza i narodziła się po grabieży. Zupełnie jakby Jonasz wraz z utratą dziedzictwa został pozbawiony płodności i nie potrafił powołać na świat kolejnego potomka. Ostatnia gałąź drzewa genealogicznego Dreznalów była więc skazana na obumarcie, wszak po kądzieli, jak mawiała babka, dziedziczyło się jedynie ból porodowy.
Wspomnienia dworu należącego dawniej do tej rodziny były niczym baśń, którą karmi się dziecko, by miało dobre sny. Emilia przez lata chłonęła z babcinych ust słowa tęsknoty i pamięć o tym, co utracone. Katarzyna jednak żywiła nadzieję, że wnuczka poprzez upór i pogłębianie wiedzy znajdzie sposób na odzyskanie majątku. Jednak w dziewczynie rosła wyłącznie niechęć do wszystkiego, co ruskie. Począwszy od języka i zwyczajów, a skończywszy na poznawanych raz po raz restrykcjach, którymi próbowano trzymać jej bliskich w szachu.
Im była starsza, tym coraz bardziej czuła się stłamszona. Powtarzające się co roku klęski nieurodzaju, zubożenie i wizja straty majątku sprawiały, że Emilia chciała działać natychmiast. Bała się, że im dłużej będzie się uczyć, tym trudniej będzie jej pomóc rodzinie, ponieważ zadłużenie rosło w zastraszającym tempie i należało od razu coś zrobić. Za kilka lat może faktycznie nie stać ich będzie nawet na odsetki, tak jak złowróżbnie rzekł Bucwald.
- Będziemy musieli zapłacić - stwierdził Jonasz z rezygnacją, wytrącając córkę z rozmyślań. - Jakoś przeżyjemy, ale trzeba będzie mocno zacisnąć pasa. Zwolnimy ludzi, sami w pole pójdziemy.
- Zrezygnuję z wyjazdu na pensję i zatrudnię się w miasteczku - odparła Emilia. - Mogę też sprzedać obrazy. Ostatnie wyszły mi całkiem nieźle.
- Nie ma mowy! - Babka spiorunowała wnuczkę wzrokiem. - Choćbyśmy mieli się zapożyczyć u lichwiarzy, zdobędziesz odpowiednie wykształcenie i wrócisz nam to, co zabrano. Jesteś naszą ostatnią nadzieją, Emilio. Nie pozwolę, żebyś tu siedziała albo, nie daj Boże, przedwcześnie podjęła pracę jak te chłopki, które przychodzą tu robić za strawę. Choć jak tak dalej pójdzie, ani one, ani my nie będziemy mieć co do garnka włożyć - mruknęła. - Dwieście pięćdziesiąt rubli... - Pokręciła głową z dezaprobatą.
- Ale po co czekać? Nie widzi babcia, że długi już nas podkopują? Lada moment trzeba będzie wszystko budować od nowa.
- Nawet gdybyśmy mieli budować naszą potęgę od nowa, to potrzeba do tego wiedzy, którą tylko ty możesz posiąść. I tylko ty możesz nam pomóc.
Babka patrzyła stanowczo na wnuczkę, a Emilia spojrzała po twarzach pozostałych członków rodziny, szukając w nich aprobaty.
Ojciec nadal w skupieniu popatrywał na pole, zdając się totalnie pochłonięty swoimi myślami. Stryjenka również była nieobecna duchem, czemu Emilia wcale się nie dziwiła. Pelagia zawsze odpływała myślami, gdy temat rozmowy nawiązywał do powstania. Zapewne teraz wspominała śmierć męża, którego stracono na szubienicy. A matka... Matka jak zwykle siedziała przy stole jak kukła. Bezbarwna. Niema. Emilia patrzyła na nią ze ściśniętym gardłem. Wiedziała, że nie stanie w jej obronie, choć przecież powinna dbać o dobro dziecka, a przynajmniej się za nim opowiedzieć.
Kornelia jednak nie miała w tym domu prawa głosu. Zanim wyszła za Jonasza, służyła jako pokojówka w starym dworze Dreznalów. Nie miała szlachetnych korzeni i ukończyła ledwie cztery klasy szkoły powszechnej, choć Emilia nieraz słyszała od babki, że "jak na taką mimozę, to i tak dobrze". Dziewczyna nie pamiętała, by mama kiedykolwiek walczyła o swoją pozycję, a tym bardziej o pozycję córki. Z początku zdawało się jej, że kiedy starsza siostra wyjdzie za mąż, matka w końcu skupi uwagę na niej. Na próżno. Kornelia snuła się po domu, nic nie umiejąc, niczego nie rozumiejąc i nie dbając o nic. Przez te wszystkie lata nie zadbała nawet o to, by dla męża bardziej się wykształcić i przestać w końcu dawać babce pożywkę do drwin...
Emilia z biegiem czasu coraz mniej pojmowała zachowanie matki i traciła cierpliwość, by jakkolwiek je usprawiedliwić. Oficjalnie była przecież żoną gospodarza na włościach; tymczasem całym swoim jestestwem wysyłała sygnały, jakoby pozostała cichą, nikomu niewadzącą pokojówką. Permanentnie milczała i była wśród domowników jedynie ciałem. Czasem tylko z jej ust padały pojedyncze słowa, które jednak rozmywały się w przestrzeni - przez Katarzynę niezauważone, przez Pelagię kwitowane sapnięciem, a przez męża, który za wszelką cenę dbał o to, by jak najwięcej zarobić na plonach, odcinając się od sytuacji rodzinnej, niedosłyszane.
Katarzyna przy każdej możliwej okazji, choć z czasem coraz rzadziej, powtarzała, że nie rozumie, co jej syn widział w pokojówce, nie dbając o to, że tymi słowami zaburza we wnuczkach obraz rodzicielki. "Mógł się przecież wżenić w rodzinę równą statusem społecznym. Może wtedy nie mielibyśmy takich problemów finansowych" - mawiała Katarzyna.
I to akurat Emilia rozumiała aż nadto. W końcu byle jaki posag jest lepszy niż żaden.
Od kiedy Emilia stała się kobietą, a wydarzyło się to raptem kilka miesięcy temu, babka pozwalała sobie na coraz mniej dwuznacznych kąśliwości w stosunku do Kornelii. Jakby problem zaakceptowania synowej zszedł na drugi plan w obliczu wychowania najmłodszej wnuczki na panienkę. Babka stała się dla Emilii mentorką, nauczycielką, ikoną. Jakby czuła, że to ona, nie Kornelia, musi ponieść na barkach obowiązek wykształcenia dziewczyny na kobietę silną, prawą i bezkompromisową. Katarzyna chciała, by wnuczka była pełna majestatu i wdzięku, jak na Dreznalównę przystało. Robiła więc wszystko, by Emilia nie przejęła prostego obycia matki i by nikt się nie domyślił, że są w niej geny chłopki. Już wcześniej przez lata rzeźbiła i szkoliła Emilię, uważając, że żadna guwernantka nie da takiej wiedzy, jaką przekaże jej ona sama. Teraz zaś zaczęła przygotowywać wnuczkę do roli, którą miała odegrać dla dobra rodziny, nie bacząc na to, że swoim zachowaniem uśmierciła więź między matką a córką.
- Ale babciu... Mam jeszcze sporo czasu do wyjazdu na pensję. Może do czegoś się przydam?
- Przyda to ci się podszkolić francuski. Zresztą z niemieckim też na bakier jesteś - skwitowała Katarzyna z powagą.
- Dobrze, babciu - odpowiedziała posępnie Emilia, wiedząc, że niczego nie wskóra.
- Ale zanim siądziesz do lekcji, zerknij, jak kucharka przygotowuje obiad. Nigdy nie wiadomo, co też przyda ci się w życiu, kiedy już całkiem zbankrutujemy. Może wrócisz do matczynych korzeni i będziesz musiała służyć w czyimś domu - wtrąciła Pelagia, nagle ożywiona i jak zwykle skora, by wylać z siebie czarne myśli.
Emilia w odpowiedzi tylko skuliła ramiona i westchnęła, by nie pokazać po sobie, z jaką intensywnością wyobraziła sobie ową wizję.
[1] (ros.) Objedinionnoje Gosudarstwiennoje Politiczeskoje Uprawlenije - Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny.