Czas pokuty - Grzegorz Kopiec

Kup ebooka

15.99 zł
12.45 zł (12,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mojej mamie Irenie, przez którą zacząłem tę historię. Mojej żonie Arletcie, dzięki której ją skończyłem.

(...)

Blask, który wyrwał go z ciemnej otchłani, pojawił się tak samo nagle jak ciemność, w której chwilę wcześniej utonął. Zmrużył powieki przed napierającą jasnością, próbując określić swoje położenie. Znał to miejsce. Było ono jednak zupełnie inne od tego, w którym być powinien. Od tego, w którym za czymś gonił.

Siedział na ziemi, oparty o wrzynające się w jego plecy przęsło ogrodzenia. Na rysującą się naprzeciw niego panoramę składała się wąska asfaltowa droga z kilkoma domami jednorodzinnymi po drugiej stronie. Po jego - nie było żadnych zabudowań. Rosło za to kilka drzew. Cichych i nieruchomych.

Pomacał ręką czoło - głowa była cała. Nawet najmniejszego skaleczenia. Bólu także nie czuł. Nie wiedzieć czemu nie zrobiło to na nim specjalnego wrażenia. Był może nieco zaintrygowany, ale to wszystko. Wstał. Odwrócił się i dopiero to, co zobaczył, sprawiło, że zamarł. Cofnął się o krok - przed nim między drzewami stały oświetlone złowieszczą łuną cerkiew i krypta. Chmiel!

Pierwsze, o czym pomyślał, to jak wydostać się z tego diabelskiego miejsca. Nie miał pojęcia, jak się tu w ogóle dostał, i chyba mógł zapomnieć o znalezieniu jakiejkolwiek sposobności powrotu do... Gdzie Agnieszka?!

- Karoluuuu - usłyszał stłumione i przeciągłe zawodzenie. Dobiegało znikąd i zewsząd jednocześnie. Rozejrzał się wokół, ale nikogo nie zauważył.

- To ty? - zapytał spokojnie, choć trząsł się ze strachu.

- Taaak. Pooodejdź dooo mnieeee. - Głos wciąż nie pozwalał się zlokalizować.

- Ale gdzie?

- Wieeesz dooobrzeee gdzieee.

W głowie pojawiła się myśl tak oczywista, że aż śmieszna.

- Taaaak - usłyszał potwierdzenie swych przypuszczeń, nim zdążył cokolwiek wykrztusić.

Czego nie można było w tym momencie powiedzieć o Karolu, to że wiedział, co zrobić. Nigdy w życiu tak bardzo nie wahał się przed podjęciem decyzji. I choć przytoczył mnóstwo argumentów, by nie słuchać tego głosu, ostatecznie zwyciężyła zwykła ludzka ciekawość. Podszedł do furtki i pchnął ją, oczekując przenikliwego skrzypnięcia, które powitało jego i Agnieszkę podczas poprzedniej wizyty. Cisza jednak nie została zmącona najcichszym piśnięciem. Zbliżywszy się do kamiennej krypty, stanął w progu drewnianej wiaty, jakby czekał na dalsze instrukcje. Czy dziś też powierzchnia twojego grobowca posłuży nam za komunikator? - pomyślał. I choć w innych okolicznościach rozbawiłby go ten sytuacyjny żart, to teraz nie było mu do śmiechu, tym bardziej, że wokół krypty tlił się jasny płomień.

- Jestem - powiedział bardziej dla zmącenia gęstniejącej ciszy, aniżeli z chęci nawiązania kontaktu.

Czekał. Przedłużające się milczenie utwierdzało go w przekonaniu, że musi chodzić o inną lokalizację. Gdy przez kilka kolejnych chwil nadal nie działo się nic, co upewniłoby go, że jest w odpowiednim miejscu, postanowił wejść do cerkwi. Nim jednak odwrócił wzrok od płyty, umieszczone na niej znaki cyrylicy zmącił jakiś ruch. Jakby jej powierzchnia zafalowała. Sytuacja się powtórzyła i Karol pojął, że granit, dotychczas zwarty i niewzruszony, zachowuje się niczym galareta. Przyjrzał się uważniej i dostrzegł, że z głębi kamienia zbliża się ludzka sylwetka. Zjawisko było tak nielogiczne, że zaintrygowany nim nie pomyślał nawet, że coś może mu grozić.

Nie trwało długo, gdy na środku granitowego bloku zaczęły rozchodzić się równomierne kręgi, jak po powierzchni spokojnego stawu, którą zmącił osiadający na tafli jesienny liść. Karol wpatrywał się jak zahipnotyzowany, gdy w miejscu, na którym skupił wzrok, pojawił się bliżej nieokreślony kształt. Nieokreślony tylko przez krótką chwilę, w następnej sekundzie rozpoznał w nim ludzką głowę. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, zobaczył przed sobą kobietę, choć nie była to kobieta w zwyczajnym tego słowa rozumieniu. Zjawa? Duch? Jakkolwiek to nazwać, Karol domyślał się, że to właśnie Skarbimira. Znieruchomiał. Nie było go stać na wykonanie najmniejszego ruchu. Nogi wrosły w ziemię, jakby miał pozostać więźniem tego miejsca na wieki, tak jak ona była więźniem tej krypty. Ona, czymkolwiek była. Zawieszona w próżni niezbyt wyraźna mara o rozpoznawalnych jednak kobiecych kształtach. Było też coś, co najmocniej przykuwało wzrok - ogromna dziura na wysokości klatki piersiowej, przeszywająca postać na wylot, częściowo przesłonięta zawieszonym na szyi medalionem.