Ziejące pomarańczem, zawiesiste niczym ciepły wosk - trudno to w ogóle nazwać niebem, prędzej astronomicznym spięciem. Łany kukurydzy, górująca nad farmą drewniana turbina wiatrowa, zwieszone głowy słoneczników wyglądały na nim jak zgliszcza. Schnące na sznurze prześcieradło obróciło w kir, jaskółki w nietoperze. Na horyzoncie czarnym piętnem odcisnęły się krowy i rosochata wierzba. Rozładunek workowanych pasz odbywał się na czarno, czarne wymachy motyką robiły czarną robotę na jarzynowych grzędach. Czarna była narzędziowa szopa i koślawa skrzynka na listy, czarnoskóry strach na wróble. Niskie słońce wypiło z nich całe światło, przerabiając wszystko na susz.
Gdy na bitej drodze pokazał się cień z wiadrem, Diuk odkleił się od okna. Mary Lou wracała z wieczornego obrządku, wypadało wyjść jej na spotkanie. Wypiął ochraniacze z mankietów i sięgnął po zawieszoną na oparciu staroświeckiego maklerskiego krzesła marynarkę. Połyskliwy, prążkowany garnitur z kamizelką, odszyty przez najlepszego krawca z Albuquerque, leżał na Diuku jak druga skóra. Do tego najwyższej jakości trzewiki Made in Hell.
Przelotnie poprawił papiery na biurku i zakorkowawszy kałamarz, wyszedł na frontową werandę.
Za wystrój robiły tu stół, dwa wyplatane fotele, kilka pustych donic i słój z zębami, które przy dnie przechodziły w mączkę. A także obluzowana, niegdyś biała farba, poważne braki w stopniach, chwiejność balustrad i oszalowanych ścian. Weranda i cały dom nie miały się najlepiej, rozmieniały się na drobne. Sypały się powierzchownie, ale i gdzieś w głębi, na poziomie korpuskuł. Cóż, atomy, którymi się tu posłużono, liczyły - z grubsza - czternaście miliardów lat.
Diuk przysiadł na stołowym blacie i z wolna odpalał cygaro, a siwy dym wodził po jego twarzy rasowego południowca. Szalenie przystojnej, zgoda, choć wyraźnie rozciągniętej w czasie.
Nikt nie umiera brunetem, ba!, mało który kruczy włos dociąga do czterdziestki. Przypadek Diuka przeczył tej regule. Miał długie czarne brwi; długie i zadarte. Jego sięgająca ramion, ulizana brylantyną fryzura przypominała płynny asfalt. Wyglądał jak wczesny Banderas, choć tak po prawdzie: to Antonio czesał się "na Diuka".
Wiele podróżował, sporo bywał. Światowe życie nie wypleniło jednak jego skłonności do rumuńskiego zarostu. O ile karym, pysznym wąsem ukrywał problem niebanalnego uzębienia, o tyle krecia łezka we wgłębieniu brody była całkiem do niczego.
Mary Lou prawie już zrównała się z furtką. Diuk uniósł dłoń z cygarem.
- Jak się masz, Mary Lou?
- Martw się o siebie, worku fasoli! - Cisnęła wiadro na ziemię i podtrzymując kapelusz, wpadła do domu.
Diuk usłyszał, jak trzasnęły łazienkowe drzwi na piętrze. Westchnął.
Wiadro zakończyło bieg przy zaparkowanym na przedpolu kukurydzy traktorze. Wsparty o tylne koło Walt przeżuwał monstrualny sandwicz z klopsem. Drugi, zbliżonych gabarytów, czekał na siodełku. One i tylko one władały jego uwagą.
Ciepły wiatr węszył to tu, to tam, głównie w liściach sumaku. Zawodziły rudziki, kosy. Znad pola niosły się ułamkowe nuty Swing Low, Sweet Chariot. Załoga Diuka zwykła umilać sobie robotę repertuarem niewolników z plantacji bawełny.
Zasłuchany, błądził wzrokiem po niezmąconym krajobrazie. "A cóż to, u diabła?!" - raptowny wyłom w bezruchu postawił go na nogi. Coś - lotem meteoru - śmignęło po niebie. Zbyt niekształtne jak na kosmiczne wymogi, a do tego się miota! Ki czort? Przecież nie samolot! Te już dawno wyginęły.
*
Gdzieś z wysokiego ukosa biło karpie światło. W jego poświacie grube, strzeliste pręty przechodziły w gęsto rozciągnięte cienie. Dookolne czernie i granaty na jasnopopielatym odblaskowym tle. Jeśli to klatka, to monstrualna. Jeśli zasadzka, strach myśleć na kogo. Jeśli azyl, strach myśleć przed czym.
W gardle lęgł się popłoch - cela ma i musi budzić lęk. Daremnie próbował się dźwignąć, ciało mu się wymykało. Policzkiem czuł pod sobą siano. Twarz mu gorzała, jakby przybył z przeciągów, w kościach tkwił zastały, grobowy ziąb. Na umyśle splątany jak po długim błądzeniu z duszą na ramieniu. Gdzie jest? I skąd, na Boga, się tu wziął?
Pachniało ciekłą żywicą. W oddali lelki drążyły ciszę. Żłobiły tunele, toczyły korytarze. Raptem u wylotu jednego z takich przejść dostrzegł źrenice - po albinosku perłowe. Jedną i drugą, zaraz trzecią, czwartą i kolejne. Rozmnażały się w parach. Czuł się jak w podwodnej jaskini wysadzanej luminescencyjnym planktonem. Czuł się obserwowany jak ryba w akwarium. Zbierało mu się na krzyk.
Wtem dwójka białych oczu oderwała się od stada, by ruszyć w jego kierunku. Z bliska przypominały odlew z ryżowego kleiku.
Miarka się przebrała.
Karol Pytanko zemdlał.
Długo się sobą nie nacieszył.
*
Rok 2013
Robią z siebie zdjęcie i nazywają to selfie.
Sztuka autoportretu nie jest oczywiście niczym nowym, od stuleci sięgali po nią cierpiący na spadek własnej realności. Zjawisko występowało wszak sporadycznie i tylko wśród jednostek nadużywających abstrakcji. Nie powinno dziwić, że stworzenia pokroju van Gogha czy Egona Schielego raz na jakiś czas musiały uciekać się do selfie; inna rzecz, gdy z rytualnego przywracania sobie aparycji korzystają zwykli zjadacze chleba. "25-latka - czytam w dzisiejszej prasie - ujawnia prawdę o dochodzeniu do siebie po wielogodzinnym scrollowaniu: wracam z Instagrama i szok; póki nie zrobiłam sobie zdjęć, nie mogłam uwierzyć, że to moje ciało!"
Co było marginesem, dziś staje się normą. Skalę zjawiska obrazują badania: statystyczny Ziemianin dziennie wyrządza sobie około dwudziestu pięciu zdjęć. Część naukowców widzi w tym przejaw narcyzmu, inni samoakceptacji, dla mnie to po prostu powszechny spadek pewności, że jest się z krwi i kości.
Co z lustrami?, zapytacie. Nie wystarczą, by się człowiek upewnił, że nie jest na niby? By się z sobą zobaczył jak z dawno niewidzianym krewnym? Otóż nie. Lustro to zdecydowanie za mało, bo nie ma ładowarki.
Prawda o własnej cielesności działa dziś na prąd. Dopiero przepuszczony przez urządzenie - najlepiej digitalne - człowiek czuje, że żyje naprawdę. Jak wynika z sondaży, pierwsze miejsce w kategorii wytwórców świadectw istnienia zajmuje, wspominany wyżej, aparat fotograficzny. Ten to ma kapitał zaufania! Na kolejnych miejscach uplasowały się cyfrowe wagi, laserowe wzrostomierze, elektroniczne miarki włosów i sprzęt do pomiaru poziomu tkanki tłuszczowej (fałdomierz). W tegorocznym zestawieniu zadebiutowały: analizatory składu ciała, aparat do pomiaru elastyczności skóry twarzy (kutometr), jej zabarwienia (meksametr) oraz połysku (glossymetr), a także mikrokamera trychologiczna.
Nazwy urządzeń umieszczam tu z kronikarskiego obowiązku. Dla mnie to po prostu kotwice rzeczywistości.
*