3
Maisie odczekała, aż zatrzasną się frontowe drzwi, i gdy była pewna, że Stan jest w drodze do pracy, oznajmiła:
- Proponują mi pracę kelnerki w hotelu Royal.
Nikt z siedzących wokół stołu nie zareagował, ponieważ rozmowa przy stole zwykle toczyła się według ustalonego schematu i nie oczekiwano niespodzianek. Harry'emu cisnęło się na usta mnóstwo pytań, ale czekał, aż pierwsza odezwie się babcia. Ale ona zajmowała się nalewaniem kolejnego kubka herbaty, jakby w ogóle nie słyszała słów córki.
- Może ktoś coś powie? - rzuciła Maisie.
- Nie wiedziałem, że szukasz innej pracy - zaryzykował Harry.
- Nie szukałam - odparła Maisie. - Ale w zeszłym tygodniu pan Frampton, dyrektor hotelu, wpadł do lokalu Tilly na kawę. Zajrzał jeszcze kilka razy, a potem zaproponował mi pracę.
- Myślałam, że jest ci dobrze w herbaciarni - odezwała się wreszcie babcia. - Przecież panna Tilly nieźle płaci, a godziny pracy też ci odpowiadają.
- Owszem - potwierdziła mama Harry'ego. - Ale pan Frampton oferuje mi pięć funtów tygodniowo i połowę wszystkich napiwków. Przynosiłabym w piątek do domu całe sześć funtów.
Babcia otworzyła szeroko usta.
- Będziesz musiała pracować w nocy? - zapytał Harry, skończywszy wylizywać po Stanie miskę z owsianką.
- Nie - odparła Maisie, burząc synowi czuprynę - a ponadto będę miała jeden wolny dzień co dwa tygodnie.
- Czy twój strój jest wystarczająco elegancki jak na taki luksusowy hotel? - zagadnęła babcia.
- Będę co rano dostawała uniform i świeży biały fartuch. Hotel ma nawet własną pralnię.
- Nie wątpię - rzekła babcia - ale myślę o czymś, z czym będziemy musieli nauczyć się żyć.
- A co to takiego, mamo? - spytała Maisie.
- Możesz zarabiać więcej niż Stan, a jemu to się nie spodoba, wcale nie.
- To będzie musiał nauczyć się z tym żyć, prawda? - przemówił dziadek, pierwszy raz od wielu tygodni wyrażając jakąś opinię.
Dodatkowe pieniądze miały się okazać przydatne, zwłaszcza po tym, co się wydarzyło w kościele Narodzenia Pańskiego. Maisie właśnie zbierała się do wyjścia po nabożeństwie, kiedy zobaczyła pannę Monday kroczącą ku niej nawą.
- Czy możemy zamienić słowo na osobności? - spytała, zawróciła i pomaszerowała do zakrystii.
Maisie pogoniła za nią jak dziecko za Szczurołapem z Hameln. Obawiała się najgorszego. Co Harry zmalował tym razem?
Weszła za chórmistrzynią do zakrystii i nogi się pod nią ugięły, gdy ujrzała tam wielebnego Wattsa, pana Holcombe'a i jeszcze jednego mężczyznę. Kiedy panna Monday cicho zamknęła za sobą drzwi, Maisie zaczęła się trząść.
- To nic złego, moja droga - rzekł wielebny Watts, objąwszy ją ramieniem. - Wręcz przeciwnie. Ufam, że uznasz nas za zwiastunów dobrych nowin - dodał, wskazując jej krzesło.
Maisie usiadła, ale nadal dygotała.
Kiedy wszyscy zajęli miejsca, inicjatywę przejęła panna Monday.
- Chcieliśmy porozmawiać z panią o Harrym - zaczęła.
Maisie zacisnęła usta; co ten chłopak zrobił, że musiały się spotkać aż trzy tak ważne osoby?
- Nie będę owijać w bawełnę - ciągnęła chórmistrzyni. - Zgłosił się do mnie nauczyciel muzyki u Świętego Bedy i spytał, czy Harry chciałby się starać o stypendium chórzysty.
- Ale on bardzo dobrze się czuje w kościele Narodzenia Pańskiego - powiedziała Maisie. - A gdzie jest ten święty Beda? Nigdy nie słyszałam o takim kościele.
- Bo to nie jest kościół - wyjaśniła panna Monday. - To szkoła katedralna szkoląca chórzystów dla kościoła Najświętszej Panny Marii na Redcliffe, o którym królowa Elżbieta powiedziała kiedyś, że jest najpiękniejszą i najokazalszą świątynią w kraju.
- To musiałby się pożegnać ze swoją szkołą i kościołem? - spytała z niedowierzaniem Maisie.
- Niechże pani potraktuje to jako szansę, która może zmienić całe jego życie - odezwał się po raz pierwszy pan Holcombe.
- I musiałby się tam zadawać ze zdolnymi chłopcami z wyższych sfer?
- Wątpię, żeby w Szkole Świętego Bedy było dużo dzieci zdolniejszych od Harry'ego - powiedział pan Holcombe. - To najzdolniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek uczyłem. Wprawdzie czasem jakiś nasz uczeń trafia do szkoły średniej, ale jeszcze nigdy żadnemu nie zaoferowano miejsca u Świętego Bedy.
- Jest jeszcze coś, co powinna pani wiedzieć przed podjęciem decyzji - rzekł wielebny Watts.
Na twarzy Maisie odmalował się jeszcze większy niepokój.
- Harry musiałby opuścić dom na czas trymestru, bo to szkoła z internatem.
- To nie wchodzi w rachubę - stwierdziła Maisie. - Nie stać mnie na to.
- Z tym nie powinno być problemu - odezwała się panna Monday. - Jeżeli Harry dostanie stypendium, szkoła nie tylko zwolni go z czesnego, ale również przyzna kwotę dziesięciu funtów na trymestr.
- Ale czy to taka szkoła, gdzie ojcowie uczniów noszą garnitury i krawaty, a matki nie pracują? - dopytywała się Maisie.
- Nawet gorzej - rzekła panna Monday, bagatelizując sprawę. - Nauczyciele chodzą w długich czarnych togach i w biretach.
- Jednak przynajmniej nikt nie będzie tam Harry'emu łoił skóry pasem - włączył się wielebny Watts. - U Świętego Bedy są bardziej wytworni. Biją trzcinką.
Tylko Maisie się nie roześmiała.
- Ale dlaczego miałby opuścić dom? - zapytała. - Harry czuje się na swoim miejscu w Merrywood Elementary i nie będzie chciał się rozstać z chórem w kościele Narodzenia Pańskiego, gdzie jest solistą.
- Muszę wyznać, że ja stracę więcej niż Harry - powiedziała panna Monday. - Ale jestem pewna, że Bóg by nie chciał, żebym stanęła na drodze tak utalentowanego dziecka z czysto egoistycznych powodów - dodała cicho.
- Nawet jeśli ja się zgodzę, to nie znaczy, że Harry powie tak - Maisie sięgnęła po ostatni argument.
- Rozmawiałem z chłopcem w zeszłym tygodniu - przyznał pan Holcombe. - Oczywiście lęka się takiego wyzwania, ale jeśli dobrze pamiętam, powiedział: "Chciałbym spróbować, proszę pana, ale tylko jeżeli pan uważa, że się nadaję". Jednak oznajmił, że nawet o tym nie pomyśli, dopóki matka nie wyrazi zgody - nauczyciel ubiegł reakcję Maisie.
Harry był zarazem przerażony i podekscytowany na myśl o tym, że przystąpi do egzaminu wstępnego, ale bał się zarówno tego, że nie zda i zawiedzie tylu ludzi, jak i tego, że mu się powiedzie i będzie musiał opuścić dom.
W następnym trymestrze nie opuścił żadnej lekcji w szkole, a kiedy wracał wieczorem do domu, szedł prosto do sypialni, którą dzielił z wujkiem Stanem, gdzie przy świecy uczył się do późna; kiedyś nawet nie wiedział, że taka pora istnieje. Czasem się zdarzało, że matka znajdowała syna śpiącego w najlepsze na podłodze w otoczeniu porozrzucanych, otwartych książek.
Co sobotę rano Harry odwiedzał Old Jacka, który zdawał się bardzo dużo wiedzieć o Szkole Świętego Bedy i nadal uczył chłopca wielu innych rzeczy, niemal jakby był pewien, na czym skończył pan Holcombe.
W sobotnie popołudnia, ku oburzeniu wujka Stana, Harry nie towarzyszył mu do Ashton Gate na mecz drużyny Bristol City, ale wracał do szkoły, gdzie pan Holcombe udzielał mu dodatkowych lekcji. Dopiero po latach Harry wpadł na to, że z tego powodu pan Holcombe też musiał się wyrzec regularnych wizyt na stadionie, aby kibicować Robinsom.
Im bliższy był dzień egzaminu, tym bardziej Harry lękał się porażki, nie powodzenia.
W wyznaczonym dniu pan Holcombe towarzyszył swojemu najlepszemu uczniowi do Colston Hall, gdzie przez dwie godziny miał trwać egzamin. Zostawił Harry'ego przed wejściem i powiedział:
- Pamiętaj, żeby przeczytać każde pytanie dwa razy, zanim weźmiesz pióro do ręki. - Tę radę powtarzał kilkakrotnie podczas ubiegłego tygodnia.
Harry nerwowo się uśmiechnął i uścisnął nauczycielowi dłoń niczym staremu przyjacielowi.
Wkroczył do sali egzaminacyjnej, gdzie około sześćdziesięciu chłopców stało w grupkach i rozmawiało. Harry się domyślił, że wielu z nich się zna, on zaś nie znał tu nikogo. Mimo to kilku umilkło i odprowadziło go spojrzeniem, kiedy szedł ku przodowi sali, udając pewnego siebie.
- Abbott, Barrington, Cabot, Clifton, Deakins, Fry...
Harry usiadł na swoim miejscu w ławce w pierwszym rzędzie i tuż przed wybiciem dziesiątej do sali wkroczyli nauczyciele w długich czarnych togach i biretach i rozłożyli na pulpicie przed każdym z kandydatów arkusze egzaminacyjne.
- Panowie - przemówił stojący z przodu sali nauczyciel, który nie brał udziału w rozkładaniu arkuszy - nazywam się Frobisher i będę was pilnował podczas egzaminu. Macie dwie godziny, żeby odpowiedzieć na sto pytań. Życzę powodzenia.
Zegar, niewidoczny dla Harry'ego, wybił dziesiątą. Wokół zanurzono pióra w kałamarzach i zaczęto zapamiętale zapisywać papier, lecz Harry skrzyżował ręce na piersiach, pochylił się nad pulpitem i powoli przeczytał każde pytanie. Jako jeden z ostatnich wziął pióro do ręki.
Harry nie mógł wiedzieć, że pan Holcombe spaceruje tam i z powrotem po chodniku przed budynkiem, zdenerwowany o wiele bardziej niż jego uczeń. Ani tego, że matka, podając gościom poranną kawę, co kilka minut spogląda na zegar w holu hotelu Royal. Ani że panna Monday klęczy i modli się przed ołtarzem w kościele Narodzenia Pańskiego.
Chwilę potem, jak zegar wybił dwunastą, zebrano arkusze egzaminacyjne i pozwolono chłopcom wyjść z sali; jedni się śmiali, inni byli zachmurzeni, jeszcze inni zamyśleni.
Kiedy pan Holcombe ujrzał Harry'ego, zamarło mu serce.
- Aż tak źle? - spytał.
Harry nie odpowiedział, dopóki się nie upewnił, że żaden inny chłopiec go nie usłyszy.
- Nie tego się spodziewałem - rzekł.
- Co masz na myśli? - spytał z niepokojem pan Holcombe.
- Te pytania to łatwizna - odparł Harry.
Pan Holcombe pomyślał, że nigdy w życiu nie obdarzono go większym komplementem.
- Dwa garnitury, proszę pani. Szare. Jeden blezer, granatowy. Pięć koszul, białych. Pięć usztywnionych kołnierzyków, białych. Sześć par dłuższych skarpet, szarych. Sześć kompletów bielizny, białych. I jeden krawat w kolorach Szkoły Świętego Bedy.
Subiekt dokładnie sprawdził spis.
- Myślę, że to wszystko. O, nie, jeszcze będzie potrzebna czapka szkolna.
Sięgnął pod ladę, wysunął szufladę i wyjął czerwono-czarną czapkę, którą nasadził Harry'emu na głowę.
- Pasuje jak ulał - obwieścił.
Maisie z dumą uśmiechnęła się do syna. Harry wyglądał w każdym calu na ucznia Szkoły Świętego Bedy.
- Razem trzy funty, dziesięć szylingów i sześć pensów, proszę pani.
Maisie starała się nie okazać przerażenia.
- Czy nie można kupić jednej z tych rzeczy używanej? - wyszeptała.
- Nie, proszę pani, to nie jest sklep z używaną odzieżą - uciął subiekt, który już zdecydował, że tej klientce nie otworzy rachunku.
Maisie otwarła torebkę, podała cztery banknoty funtowe i czekała na resztę. Poczuła ulgę, kiedy szkoła z góry wypłaciła stypendium za pierwszy trymestr, zwłaszcza że należało jeszcze nabyć dwie pary skórzanych, sznurowanych czarnych butów, dwie pary białych, sznurowanych pantofli gimnastycznych i jedną parę rannych pantofli.
Subiekt zakaszlał.
- Chłopcu będą też potrzebne dwie piżamy i szlafrok.
- Tak, oczywiście - powiedziała Maisie z nadzieją, że ma w portmonetce wystarczająco dużo pieniędzy.
- Czy mam rozumieć, że chłopiec jest stypendystą chórzystą? - zapytał subiekt, przyglądając się bliżej spisowi.
- Tak - odparła z dumą Maisie.
- Zatem musi mieć jeszcze czerwoną szatę chórzysty, dwie białe komże i medalion Szkoły Świętego Bedy.
Maisie miała ochotę wybiec ze sklepu.
- To zostanie dostarczone przez szkołę, kiedy chłopiec zgłosi się na pierwszą próbę chóru - dodał subiekt, podając Maisie resztę. - Czy potrzebuje pani jeszcze czegoś?
- Nie, dziękuję - powiedział Harry, podniósł dwie torby, schwycił matkę pod ramię i wyprowadził ją szybko ze sklepu T.C. Marsh Wytworne Krawiectwo.
Tuż przed zgłoszeniem się do Szkoły Świętego Bedy Harry spędził sobotni ranek z Old Jackiem.
- Boisz się nowej szkoły? - spytał Old Jack.
- Nie, nie boję się - rzucił Harry.
Stary człowiek się uśmiechnął.
- Umieram ze strachu - przyznał chłopiec.
- Tak jak każdy nowy knot, jak tam będą was zwać. Spróbuj potraktować całą sprawę jak przygodę w nowym świecie, w którym wszyscy zaczynają jako równi.
- Ale kiedy tamci usłyszą, jak mówię, dowiedzą się, że nie jestem im równy.
- Może, ale gdy usłyszą, jak śpiewasz, dowiedzą się, że to oni nie są tobie równi.
- Większość będzie z bogatych rodzin, ze służącymi.
- Dla głupszych to jedyna pociecha - zauważył Old Jack.
- Niektórzy mieli w tej szkole braci, a nawet ojców i dziadków.
- Twój ojciec był porządnym człowiekiem - rzekł Old Jack - i zapewniam cię, że żaden z nich nie ma lepszej matki.
- Znał pan mojego ojca? - spytał Harry, nie kryjąc zdziwienia.
- Powiedzenie, że go znałem, byłoby przesadą - przyznał Old Jack - ale obserwowałem go z daleka, jak innych, którzy pracowali w porcie. Był przyzwoitym, odważnym, bogobojnym człowiekiem.
- A czy wie pan, jak umarł? - zagadnął Harry, patrząc Jackowi w oczy z nadzieją, że nareszcie otrzyma szczerą odpowiedź na pytanie, które od dawna go dręczyło.
- A co ci mówiono? - spytał ostrożnie Old Jack.
- Że zginął na Wielkiej Wojnie. Ale skoro urodziłem się w 1920 roku, to nawet ja mogę wydedukować, że to niemożliwe.
Stary człowiek przez pewien czas się nie odzywał. Harry ledwo mógł wysiedzieć.
- Na pewno był ciężko ranny na wojnie, ale masz rację, to nie był powód jego śmierci.
- To jak umarł? - spytał Harry.
- Powiedziałbym ci, gdybym wiedział - padła odpowiedź. - Ale wtedy krążyło tyle pogłosek, że nie byłem pewny, komu wierzyć. Jest jednak jest kilka osób, a szczególnie trzy, które niewątpliwie znają prawdę o tym, co się stało tamtej nocy.
- Jedną z nich jest pewno mój wujek Stan - zauważył Harry - ale kim są te inne?
Old Jack chwilę zwlekał z odpowiedzią.
- Phil Haskins i pan Hugo - rzucił.
- Pan Haskins? Nadzorca? - rzekł Harry. - Temu by się nawet nie chciało ze mną rozmawiać. A kto to taki ten pan Hugo?
- Hugo Barrington, syn sir Waltera Barringtona.
- To rodzina właścicieli linii żeglugowej?
- Tak - przyznał Old Jack, bojąc się, że powiedział za dużo.
- Czy oni też są przyzwoitymi, odważnymi, bogobojnymi ludźmi?
- Sir Walter jest jednym z najwspanialszych ludzi, jakich znam.
- A ten jego syn, pan Hugo?
- Obawiam się, że on jest ulepiony z innej gliny - powiedział Old Jack, nie wdając się w dalsze wyjaśnienia.