Czas niedokonany - Bronisław Wildstein

Reflow text when sidebars are open.
Migotliwe liczby i wskaźniki na ekranie przed Adamem Brokiem pikowały na łeb, na szyję. Wydawało się, że komputer oszalał i chce pozbyć się ciążących mu wirtualnych istnień. Obraz wypełnił się czerwienią. Adam odruchowo spojrzał na oddzielone symbolicznymi przepierzeniami stanowiska sąsiadów i poczuł się jak w gabinecie luster. Powodowane niewiadomym impulsem maszyny w zawrotnym tempie zaniżały wartość rozpisanych w ich wnętrzach przedsięwzięć. Twarze brokerów, które przez moment odwracały się ku sobie, aby wymienić pełne niedowierzania spojrzenia i powrócić do ekranów, wyrażały to samo przeradzające się w panikę zdumienie.
Adam uświadomił sobie nagle, że ekran komputera jest tylko szybą. Zobaczył, jak poza pędzącymi w dół wskaźnikami przy kolejnych, przesuwających się po cienkiej tafli nazwach firm, które przyozdabiał czerwony, skierowany w dół trójkąt, poza abstrakcyjnym światem liczb i liter, zapadają się w ziemię niedokończone budowle, rozsypują rusztowania, zatrzymują taśmy produkcyjne, zamykają sklepy, a zaludniają urzędy do spraw zatrudnienia, rzedną światła, a na miasta i ludzi spada mrok. Wszystko cichnie. Zorientował się, że jest w szczelnej bańce ciszy, która była tym bardziej zdumiewająca, iż salę giełdy zawsze wypełniał męczący hałas. Złudzenie trwało ułamek chwili. Harmider uderzył ze zdwojoną siłą. Giełda szalała. Ludzie wrzeszczeli do siebie nawzajem i do telefonów, a często po prostu krzyczeli, nie kierując się do żadnego adresata. Giełda była obrazem chaosu. Czy możemy opanować ten chaos? - myślał Adam. Jak dotąd trzymaliśmy go w ryzach? I czy rzeczywiście panowaliśmy nad czymś, czy tylko dryfowaliśmy po powierzchni wzburzonego czasu, wyobrażając sobie, że sterujemy falami?
Może nie tylko on stawiał sobie te pytania, bo "Pod Wielorybnikiem" było wyjątkowo cicho. Wprawdzie ktoś krzyczał w głębi sali, ktoś zanosił się histerycznym śmiechem, ale zamiast zwyczajnego szumu salę restauracji przenikało milczenie.
- Czemu się dziwimy, no czemu się dziwimy?! - wykrzyknęła w pewnym momencie Christina Lopez, wyrażając to, co trapiło ich wszystkich. - Przecież od długich miesięcy wiedzieliśmy, że to wszystko musi rąbnąć! Przecież nie można w nieskończoność dąć w tę bańkę! Ciągle liczyliśmy, że uda się nam wyrwać coś, zarobić na tym, czego nie ma! Powinniśmy się dziwić, że pieprznęło dopiero teraz!
Nikt nie zaprzeczył.
A przecież naprawdę się dziwimy - myślał Brok, wychodząc po kilku drinkach i zatrzymując taksówkę. Nie tylko dziwimy się, jesteśmy w szoku, że stało się to, co oczywiste, co musiało się zdarzyć i o czym wiedzieliśmy od dawna - dumał, wchodząc do domu i wyławiając spośród garści reklamowych folderów i ulotek przesyłkę z Polski. Mieszkanie było nieomal sterylne, nie tak jak w Polsce, pomyślał, rozpakowując przesyłkę, która okazała się listem ekspresowym. Nancy, jeszcze przed wyjazdem, zamówiła kobietę, która zrobiła porządki. Nie mieszkała u niego, przemieszkiwała jedynie, ale coraz wyraźniej czekała na propozycję z jego strony. Adam nie śpieszył się. Lubił Nancy, było im razem dobrze, ale definitywność oferty wspólnego zamieszkania odstręczała. A przecież, wcześniej czy później, będzie musiał podjąć decyzję. Nancy coraz wyraźniej stawiała go przed alternatywą. Alternatywą, którą, wiedział przecież, ostatecznie rozwiąże po jej myśli. Suma zysków z ich związku zdecydowanie przeważała nad kosztami. Adam ciągle jednak przesuwał termin.
List był od ojca. Do szklaneczki whisky pure malt Adam wrzucił trzy kostki lodu, uzupełnił ją wodą z butelki o wydłużonej szyjce i zapadając w czarny skórzany fotel, włączył telewizor. Kolejne stacje pokazywały to, w czym uczestniczył przed paru godzinami. Niepewni komentatorzy powtarzali opatrzone wielokrotnymi trybami warunkowymi prognozy, w których ostrzegali, że dalszy spadek na giełdach może mieć poważne konsekwencje dla światowej gospodarki. Za oknem, jak zawsze, Manhattan rozpościerał swoje światła. Adam rozerwał kopertę.
Zdecydowałem się napisać do Ciebie, choć czuję się niezręcznie. Wiesz najlepiej, że nie zawracam Ci głowy - ten list jest przecież pierwszy. Wysyłałem niekiedy kartki, na które nawet czasami odpowiadałeś. Przecież obaj doskonale zdajemy sobie sprawę, o co masz do mnie żal, jeśli tak można nazwać chyba dość głęboką niechęć. Z Twojej strony uzasadnioną. A tak w ogóle? Tylko czy istnieje coś "tak w ogóle"? Przecież całe życie wyśmiewałem te rzekomo obiektywne i bezstronne miary. Pozostaje więc tylko strona Twoja i moja, moja i Twojej matki. A z mojej... No cóż, przecież zapłaciłem... No, ale zostawmy to generalne pieprzenie. Nie po to piszę do Ciebie. Po prostu zależy mi, żeby Ciebie zobaczyć. Dlatego chciałbym Cię prosić, abyś choć na krótko przyjechał do Polski. Mogę pokryć koszty przelotów i Twojego pobytu. Wiem, wiem, masz pieniądze, robisz przecież karierę, ale gdyby coś... W każdym razie zależy mi, żebyś przybył, i to możliwie szybko. Od ośmiu lat, od kiedy przeprowadziłeś się do Stanów, widzieliśmy się kilka razy. Na krótko. Ostatni raz w Polsce byłeś cztery lata temu. Przesadzam. Prawie cztery lata temu. Spędziłeś wtedy ze mną 23 minuty. Wiem, bo sprawdzałem na zegarku i zapamiętałem. Śpieszyłeś się bardzo na jakieś ważne albo choćby atrakcyjne spotkanie. To nie wyrzuty. Możesz powiedzieć: wcześniej też nie spotykaliśmy się za często. To prawda. Od czasu kiedy wyprowadziłem się od Was, Ciebie i Twojej matki, dwadzieścia trzy lata temu. Nie chciałem się jednak z Tobą rozstawać. To Twoja matka nie za bardzo chciała, żebym z Tobą przebywał. Mogę ją zrozumieć, mogę ją zrozumieć, chociaż... Jednak do Twojego czternastego roku życia - pamiętasz - spędzaliśmy ze sobą sporo czasu. Potem... to już był Twój wybór. Twój i Twojej matki. To były uczucia i polityka. Piorunująca mieszanka. Ale dajmy spokój teoretyzowaniu. Chciałem przypomnieć fakty. Może trochę się usprawiedliwić. Obawiam się, że brzmi to żałośnie. Nie chcę jednak skreślać, pisać na nowo, cyzelować. Nawet mnie do tego ciągnie. Jestem przecież felietonistą. Ale zdecydowałem, że będę do Ciebie mówił. Mówił na papierze, jeśli nie mogę inaczej. Wiesz, że nie lubię dramatyzować. Ale proszę Cię, żebyś przyjechał, bo chcę Cię jeszcze zobaczyć. Może nie jest tak źle, ale nigdy nic nie wiadomo. Mam siedemdziesiąt lat. Mój ojciec umarł w tym wieku. Czuję, że nadchodzi już mój czas. Pewnie, że chciałbym dłużej, ale nikt mnie o to pytał nie będzie. Cóż mam do dodania? Przecież wszystko rozumiesz.
Czekam
Twój ojciec
Manhattan świecił jakby nigdy nic. W telewizji mówili o groźbie finansowego krachu. Był wrzesień 2008 roku.
*
Nasza opowieść nie zaczyna się jednak wtedy. Mogłaby się zacząć ponad sto lat temu. Posłuchajcie.
W miejscowości Kurów, niedaleko Pińska, na rozległych, lesistych płaszczyznach, które należały wtedy do Rosji, a przedtem były ziemiami wymazanej z map ponad sto lat wcześniej Polski, żył Żyd Baruch Brok z żoną Dobą i piątką dzieci. Mieszkali tam wtedy różni: Rusini, Polacy i Żydzi. Prawosławni, katolicy, starozakonni. Nie zawsze wiedzieli, kim są. Wiedzieli, że są tutejsi. Wiedzieli, do jakiej cerkwi albo jakiego kościoła chodzą i kto tam odprawia modlitwę. Żyli obok siebie, czasami ze sobą, ale Żydzi byli inni. Wiedzieli, kim są, a sąsiedzi wiedzieli, że są obcy.
Nad wszystkimi rozpościerało się ogromne niebo. Sklepienie świecące za dnia, iskrzące się światłami w nocy. Niekiedy zasnuwało się, chowało za opony chmur i gubiło we mgle. Miejscowi wiedzieli jednak, że jest i odsłoni się znowu, wystarczy poczekać, aby, jak zawsze, zobaczyć jego wspaniałość.
Rodzinie Broków nie powodziło się źle. Mieli ładny dom z zadbanym ogródkiem, furmankę i konia. Doba troszczyła się o dwie krowy i spore stadko drobiu. Mieszkali na skraju miejscowości. Baruch był kupcem. Handlował skórami. Nie to jednak zajmowało go najbardziej. Był cadykiem, nazywano go cudotwórcą. Niekiedy znikał z domu na długie godziny, bywało, że pół dnia albo dłużej. Na pytania Doby odpowiadał uśmiechem. Niekiedy widziano go, jak stał na łące albo w lesie, patrząc w niebo. Opowiadano, że rozmawiał z Bogiem.
Matwiej zobaczył Barucha w letnie południe. Oparty o drzewo, Żyd wpatrywał się w słońce. Tkwił nieruchomo tak długo, że Matwiej zaniepokoił się i, sam nie wiedząc dlaczego, oddalił jak najprędzej. - Innemu wypaliłoby oczy - mówił Matwiej - ale nie jemu. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął. Źrenice błyszczały mu, jakby słońce zamieszkało w nich na zawsze.
Piotr zobaczył go w jeziorku, co za lasem, ze trzy godziny drogi od Kurowa się rozciąga. Była wiosna. Zieleń liści już głęboka i kwiaty się rozwinęły, ale rankiem wiało chłodem. Baruch stał w wodzie po pachy i patrzył na biegnące niebem chmury. Znad jeziora podnosiły się ranne mgły. Piotr nawet się zatrzymał, żeby zapytać, czy mu czegoś nie trzeba, ale kiedy Baruch popatrzył na niego z uśmiechem, nie powiedział nic.
Zosia zobaczyła go na polanie w lesie. Było po deszczu i świat lśnił, jakby się właśnie narodził. Baruch kręcił się wkoło, unosząc do góry ręce, a palcami rąk łowił słoneczne promienie. - Jakby tańczył - powiedziała niepewnie Zosia, przyglądając się obecnym.
Leon opowiadał, że widział Barucha, do którego na polu pod lasem podbiegł wilk. - Stanął przed nim z pół metra, a potem położył się na brzuchu jak pies. Myślałem, że to pies, i podszedłem nawet trochę, ale to na pewno był wilk. Przysięgam. Poderwał się, odwrócił do mnie i prychnął. A potem zginął w lesie - zaklinał się Leon.
Ale najdziwniejsze opowiadali chłopi, którzy wracali z końskiego jarmarku przez śnieg, co to spadł właśnie i pierwszy raz tego roku zaległ wszędzie. Z daleka, pod sinym niebem, na wzgórzu zobaczyli człowieka, który zszedł z wozu i skoczył w zaspę. Najpierw tarzał się w śniegu jak zwierz. Potem znieruchomiał. Koń obok stał cierpliwie i czekał. Na początku nie wiedzieli nawet, o kogo chodzi. Podjechali, bo pomyśleli, że coś mu się stało. Z bliska zobaczyli, że w śniegu leży Baruch, patrzy w niebo i uśmiecha się. Obok niego stoi kruk. Baruch odwrócił się i patrzyli na siebie: człowiek i ptak. Chłopi stali jak oniemiali. Czekali. Mówili, że trwało to długo. Nikt nic nie mówił, tylko nad ludźmi i zwierzętami w ciemniejącym powietrzu unosiła się para i słychać było skrzypienie dyszli, które szarpały konie. Wreszcie kruk zakrakał i poderwał się do lotu. Jeszcze chwilę Baruch odprowadzał go wzrokiem, potem zauważył ich, spoważniał i przyjrzał się im długo, aż poczuli się nieswojo. Niespodziewanie podniósł się, pozdrowił ich, otrzepał ze śniegu, wsiadł na furmankę i odjechał.
Leczył zwierzęta i ludzi. Potrafił nastawić złamane kości i wywichnięte stawy. Opatrywał rany. Umiał przemyć niedosłyszące uszy i oczy, które traciły ostrość widzenia. Potrafił doradzić, co zrobić przy chorobach, które męczyły czas dłuższy. Potrafił leczyć karbunkuły i wrzody. Odejmował boleści. Starą Kuźmę tak długo głaskał po głowie, aż odszedł ją ból, który zaćmiewał rozum. Szydlikowi pomógł na cierpienie w krzyżach, które powaliło go ze szczętem. Z sąsiedniej wsi przyprowadzono mu dziewczynkę, która zatraciła rozeznanie, bała się swoich i dręczył ją zły duch. Baruch objął ją. Przytrzymał, chociaż chciała się wyrwać. Rzucała się w jego objęciach, ale szybko się uspokoiła. Znieruchomiała. Trwali tak długo, bardzo długo, aż Baruch pocałował ją w głowę i puścił, a dziewczynka rzuciła się w objęcia rodziny. Była zdrowa.
Młynarz przywiózł go w nocy. Jego mały syn leżał w malignie, gorączkował. Choroba zaczęła się kilka dni wcześniej. Nie pomogło zamawianie i okadzanie babki Jewdoki. Nie pomagał wywar z brzozy i pokrzyw. Było coraz gorzej. Tej nocy mały zaczął tracić przytomność. Rodzina modliła się wokoło. To wtedy młynarz zdecydował się udać do Barucha. Żyd długo oglądał małego. Wreszcie przysiadł przy nim. Położył na nim ręce i tak trwał. Za oknem płynęła jesienna noc. Rzeka szumiała. Rano mały zaczął przychodzić do siebie. Wyzdrowiał.
Czasami Baruch smutno kręcił głową. Pokazywał, że w tej sprawie nie potrafi zaradzić. Nie próbował nawet. Nie dawał się przekonać.
Pomagał nie tylko swoim, a Żydzi pielgrzymowali do niego z daleka. Przyjeżdżali porozmawiać, zapytać o radę. Miejscowi uznawali go za swojego. Nie pytał o zapłatę. Dawali mu, co mieli. Jeśli mieli. Rzadziej pieniądze, częściej jedzenie: nabiał, podpłomyki, czasami jarzyny albo owoce. Czasami robione przez siebie rzeczy, derki i pościel. Bywało, że nie brał. Mawiał: - Mi wystarczy, a wam się przyda.
*
Gdzieś w dalekim świecie dogorywała rewolucja. Przegrywali dziwni ludzie, którzy próbowali obalić cara-ojczulka, wprowadzić wspólnotę majątków, kobiet i dzieci. Prawosławni, których w tej okolicy było większość, pamiętali podobnych. Tamci nazywali siebie prawdziwymi prawosławnymi. Mówili, że tylko oni kochają Boga prawdziwie i dlatego nie mogą uznawać podziałów, tego co moje i twoje. Ale nie chcieli nikogo do niczego przymuszać. Uciekali od ludzi ścigani śmiechem i wyzwiskami.
Rewolucjoniści pragnęli siłą na nowo urządzić świat. Ludzie słuchali ze zdziwieniem i przestrachem, ale niekiedy z rozbawieniem. Bo że cara zabić można, to wiadomo, człowiek przecież, i zdarzały się już takie straszne wypadki. Ale żeby żyć bez cara, który ładu pilnował, a więc boży porządek nadzorował, to nie tylko straszne, ale i głupie się wydawało. Nic dziwnego, że wojsko i policja skończyły z tą rewolucją. Ale żeby ludzie tak poszaleli? Coraz częściej słychać było jednak, że to nie ludzie, tylko Żydzi. W karczmach opowiadali, że to zmowa Żydów, którzy chcieli objąć władzę na świecie. Mądrzy ludzie pokazywali nawet książkę, którą wykradziono Żydom, a opowiadała o tym, jak planują opanować świat. Kiedy ludzie patrzyli na Icka albo Tewjego, którzy od zawsze mieszkali wśród nich, dziwne się im to wydawało i nieprawdopodobne. Ale kiedy słyszeli o Żydach bogobójcach, wierzyć zaczynali i gniew w nich wzbierał. Pogłosy szły od karczmy do karczmy, od jarmarku do jarmarku.
Nadchodziły wieści, że ludzie wzburzyli się przeciw Żydom. Napadali ich, gromili, a dobytek niszczyli. Głupie to, niszczyć dobre rzeczy, ale zabrać byłoby jak złodziejstwo, a tak to sprawiedliwa kara była. Chociaż pono niektórzy brali, bo co to za kradzież od Żyda?
Wieści szły coraz bardziej gwałtowne, coraz więcej było w nich krzyku, ognia, a potem i krew się pojawiła. Łuna podnosiła się z płonących domów. Coraz więcej krwi. Bo Żydów zabijać zaczęli. W Białymstoku, w Siedlcach ziemia wokół ich siedlisk zmieniła się w nasiąknięte krwią błoto. Wbite w nie na poły nagie ciała skręcały się wokół kikutów domów, a pierze z podartej pościeli frunęło w górę razem z sadzą i krzykiem bitych.
Ale to wszystko było jeszcze daleko. Wprawdzie na targu w Końskich chłopi Żydów batami obili, a w karczmie w Łuckowicach karczmarza zza szynkwasu wyciągnęli, do nieprzytomności stłukli, dołożyli żonie, co to wybiegła, żeby go ratować, i karczmę w puch roznieśli, ale to jeszcze pogromy nie były. W powietrzu czuć jednak było niepokój. Zima nie chciała ustąpić, pierwsze deszcze ciągle nie spadły i ziemia twarda była. Lęk o zbiory wszystkich już zaczął nachodzić. Niebo było ciężkie, a chmury, które nie chciały dać deszczu, przebiegały je gwałtownie. Światło wydobywało się spoza nich blade i obce.
Jak to się mogło zdarzyć? - myślało potem wielu, ale bali się zapytać. Z pobliskiego miasteczka, Stryczkowa, przyjechało kilku, co to z miejscowymi na targu się zaprzyjaźnili. W kurowieckiej knajpie pili dalej i miejscowym stawiali. Dobrze im handel poszedł, opowiadali. Ale zaraz zaczęli o Żydach mówić. Że trzeba porządek z nimi zrobić. I wreszcie jeden z nich wykrzyczał: - Wy tu macie takiego jednego, z którym się bratacie. Dobrego udaje, gad podstępny. Tacy najgorsi! Trzeba iść i pokazać mu, gdzie jego miejsce. - Ale on dobry człek, choć Żyd - zaprotestował miejscowy, ale ten przybyły krzyczał dalej: - To co, Żyda bronisz?! Opętał cię on czy co, albo zaczarował, bo mówią, że to czarownik! - Inni przyjezdni potakiwać zaczęli. Miejscowym wstyd się zrobił, że Żyda bronią.
Jak to się stało, że z karczmy w gromadzie wyszli, sękate kije w garściach trzymali i ktoś do zagrody Broków ich poprowadził? Szli i krzyczeli, jakby odwagi sobie musieli dodawać, chociaż dużo ich było. Nawoływali, żeby dołączyć do nich. - Idziemy Żydkom pokazać, gdzie ich miejsce - wołali. Ktoś wybiegł za nimi, ktoś się dołączył. Inni zamykali się w chałupach. Ciemnieć zaczynało.
Zatrzymali się przed obejściem Broków. Pies szczekał jak oszalały. Wyłamali bramę. Krzyczeć coś zaczęli. I wtedy z domu naprzeciw wyszedł Baruch. Przeszedł przez pół podwórza i zatrzymał się na krok przed tym obcym, który ich prowadził, a teraz z ciężkim kijem w ręce stał, jakby nie wiedział, co robić dalej.
- Cicho, Czarny! - uspokoił Baruch psa, który przypadł do ziemi i skowyczał tylko.
- Czego chcecie, ludzie? - zapytał tak, że usłyszeli go wszyscy, choć nie mówił głośno. - Po co przyszliście do mnie? - zapytał znowu.
- Ty Żydzie! - wykrzyczał wreszcie ten naprzeciw niego, jakby pluł na Broka, i kij chciał podnieść, ale oderwał go tylko od ziemi. - Żydzie!
- Tak, jestem Żydem - odpowiedział spokojnie Baruch. - Znacie mnie, mieszkam z wami od zawsze. I ojcowie moi mieszkali, i ojcowie moich ojców. I zawsze był pokój między nami, choć inaczej się modlimy. A ty? - Baruch wykonał gest, jakby przysunąć się miał do obcego, a tamten wyglądał, że cofnąć się chciał, gdy gospodarz wbił w niego spojrzenie. - Nie znam cię. Nic ci nie zrobiłem. Przywiodła ciebie, was wszystkich, złość. Ale to nie my jesteśmy jej winni. Pomyślcie. Nic się jeszcze nie stało. Odejdźcie. Jutro poczujecie ulgę.
Zapadła cisza, tak że słychać było gwałtowne oddechy przybyszy i przerywany skowyt psa. Ciemniało, lecz zebrani widzieli się jeszcze.
- Bić Żydów! - zawył ktoś ze środka gromady. Drugi obcy, tuż za tym, który mierzył się z Baruchem spojrzeniem, zrobił krok, unosząc nieco kłonicę, jakby okrążyć chciał gospodarza. Baruch odwrócił się do niego, a człowiek z drewnem w ręce zatrzymał się. I wtedy ktoś ze środka gromady, może kobieta, bo cienkim, babskim głosem wrzasnął: - Skończyć z Żydem bogobójcą! Zabić! - Gruda twardej ziemi walnęła w okno i słychać było brzęk rozbitej szyby. Przez moment jeszcze nikt się nie ruszył. Wtedy drzwi domu otwarły się i żona gospodarza z dzieckiem na ręce wypadła na zewnątrz, wołając rozpaczliwie: - Baaruch!
Brok odwrócił się gwałtownie. - Doba, wracaj! - zdążył krzyknąć, gdy ten, który usiłował go obejść, poderwał kłonicę i oburącz walnął Żyda w skroń. W nagłej ciszy słychać było lepkie mlaśnięcie, Baruch nie zdążył nawet upaść, gdy ten, który stał przed nim, walnął go drągiem w twarz i oboma butami wskoczył na jego rzucające się na ziemi ciało. Tłoczyli się, żeby dosięgnąć go kijem albo butem. Dobijali jak psa pod budą, który usiłował urwać się z łańcucha i kilku z drągami go dopadło. Krzyk wypełnił obejście. Krzyczała Doba, która rzuciła się do męża, słychać było krzyk dziewczynki, wybiegającej z domu za matką, ale wszystko zagłuszyło wołanie: - Bić Żydów! - spoza którego wydobywał się straszny skowyt psa.
Kije wbijały w ziemię nieruchome już ciało Barucha. Jeden z gromady z całej siły kopnął w miejsce, gdzie była jego głowa. - I co ci pomogło, żeś rozmawiał z Bogiem?! - zazgrzytał kopiący. - Co?!
Doba nie zdążyła dopaść męża. Obaliły ją uderzenia kijów, które dosięgły też niemowlę na jej rękach. Połamane dłonie go nie utrzymały. Kiedy dobijali Dobę, dziecko wiło się na ziemi, a jego zawodzenie przebijało krzyk napastników, zanim nie rozgniotły go kolejne uderzenia drągów i butów. Dziewczynka, którą razy kijów obaliły na ziemię, zdołała poderwać się i próbowała koślawie uciekać, piszcząc cienko. Przewróciły ją kolejne uderzenia, ale żyła ciągle, pełzła po ziemi, zawodząc boleśnie. Przez moment słychać było tylko jej jęk, gdy umilkło skomlenie psa zmienionego w bezkształtną miazgę, nad którą jeszcze chwilę unosiły się kije, a napastnicy zmęczyli się własnym krzykiem. Stali, dysząc nad jęczącą dziewczynką, która usiłowała wyczołgać się spomiędzy nich.
- Trzeba ją dobić. Niech się nie męczy - powiedział ktoś. Ktoś inny ciężkim, podkutym butem uderzył ją w kark. Rozległ się trzask, jakby łamała się sucha gałązka, a dziewczynka umilkła i znieruchomiała.
Znowu zrobiło się cicho i znowu słychać było tylko dyszenie przybyłych. Ktoś wpadł do domu, za nim kilku innych, zagrzewając się okrzykami. Słychać było brzęk szyb, przez które wylatywały sprzęty domowe, ale podniecenie ustępowało. Ktoś wybiegł z lampą naftową, którą rozbił o gzyms domu i usiłował zapalić płyn, ale miejscowy wytrącił mu z ręki płonącą zapałkę. - Chcesz Kurów spalić?! - wrzasnął. Wiatr wiał coraz gwałtowniej. - Bijemy Żydów! Gdzie są następni?! - krzyknął któryś z przybyłych. Odpowiedziało mu milczenie. Rozchodzili się milczkiem i rozsypywali w nocy.
*
Następnego dnia do Kurowa przyjechał Abram, młodszy brat Barucha. W pobliskim lesie znalazł wyziębionego jedenastoletniego Jakuba, który wyprowadził z domu dwóch braci, dziewięciolatka Józefa i trzylatka Adama. Podobno ojciec, gdy zorientował się, co się dzieje, kazał żonie i synowi wyprowadzić do lasu całą rodzinę. Niektórzy mówili, że ktoś go ostrzegł. Baruch nie chciał jednak uciekać. Kazał tylko ukryć się Dobie i nie pokazywać, aż wszystko się nie uspokoi. Odprowadzała dzieci do lasu, ale kiedy usłyszała krzyk, zawróciła. Raz jeszcze przykazała dzieciom ukryć się, a Jakubowi mieć nad nimi baczenie. Gdy jednak biegła z powrotem w kierunku domu, sześcioletnia Gołda wyrwała się Jakubowi i poleciała za nią.
Abram zawiózł bratanków do sąsiedniego miasteczka i zostawił zaprzyjaźnionej rodzinie. Potem wrócił z dwoma pomocnikami. Jakiś czas chodził po obejściu, jakby chciał zapisać wszystko w nieistniejącym inwentarzu. Patrzył na ciała wbite w ziemię, a jego twarz nie wyrażała nic. Nie modlił się. Osobiście układał zwłoki na furmance. Kazał zakopać ścierwo psa.
Pogrzeb Baruchowi, Dobie i ich dwojgu dzieciom zorganizował w pobliskim miasteczku. Dom kazał wyremontować i przerobić tak, że nie można go było poznać. Sprzedał go za jakiś czas, a ci, którzy wprowadzili się do niego, nie zastanawiali się, dlaczego nie ma w nim już poprzednich mieszkańców.
Na pogrzeb przyjechała grupa Żydów. Przyjechał nawet stary cadyk spod Baranowicz. Po pogrzebie podszedł do Abrama. Ujął go za ramiona, ale Abram, potężny mężczyzna, zdjął jego dłonie delikatnie jak ręce dziecka.
- Nic nie mów, rebe. Wiem, co się stało i co mi chcesz powiedzieć. Wiem, że zawsze tak było i będzie, i nie chcę pocieszeń. - Cadyk pokręcił głową.
- Zawsze tak było, ale czuję, że będzie inaczej. - Podniósł rękę w kierunku sinego nieba. - Nadchodzi zły czas. Pan odwraca się od nas i coraz mniej rozumiemy.
Dwaj uczniowie wzięli go pod ręce i oddalili się. Abram odwrócił od nich nieruchomą twarz. Patrzył na martwy pułap nieba.
*
Wyprowadził się z Kurowa kilkanaście lat wcześniej. Miał wtedy dopiero osiemnaście. Zaczynał handlować razem ze swoim bratem, ale prędko go prześcignął. Zwoził skóry z całej okolicy i sprzedawał daleko, opowiadali, że za wielkie pieniądze. Przeniósł się do Pińska. Podobno kupił tam dwupiętrowy dom, a potem sklep przy głównej ulicy. Ale to mu nie wystarczyło. Nigdy nic nie mogło mu wystarczyć. Zaczął jeździć do Kijowa, a potem Warszawy. Handlował także z Berlinem. Jego sklepy i kantory powstawały w kolejnych miastach. Handlował skórami, ale potem także złotem i drogimi kamieniami. Jednak wielkie pieniądze zrobił na handlu bronią. Niektórzy mówili, że nie tylko handlował. Podobno miał udziały w wielkich, nielegalnych operacjach finansowych, a nawet dogadywał się z bandytami. Sprzedawał ich łup. Inni, chociaż mogli to być ci sami, mówili, że był czarownikiem. Podobno sprzedał duszę diabłu. Chociaż po co diabłu żydowska, potępiona dusza?
Abram Brok usynowił bratanków. Sam nigdy się nie ożenił. Ostatni raz w Kurowie był po ciała swojego brata i jego rodziny.
*
W osiedlu nie chcieli o tym mówić. Nie wiadomo było nawet, kto z miejscowych dołączył do obcych. Obcych, których zresztą spotykało się na jarmarku w Stryczkowie, czasami w cerkwi albo przy innych okazjach. Miejscowi handlowali z nimi, pili, ale nikt nie wracał do tamtych wydarzeń. Przy zamkniętych drzwiach w kurowieckich rodzinach opowiadano sobie, że Broka pomagali zabijać ci, których leczył, nawet ci, których uratował. Miał być z nimi Leon, któremu Brok ocalił konia; był syn kowala, któremu odjął jadzące się latami wrzody, był sąsiad Stach, którego nauczył chodzić. Kto jednak naprawdę był świadkiem i widział kije wznoszące się nad Baruchem i jego najbliższymi?
Parę lat później pijany posterunkowy ze Stryczkowa wygadał się w karczmie przypadkowym znajomym od kielicha, że na kilka dni przed wydarzeniami w Kurowie zajechał do niego policmajster z nadrzędnego cyrkułu. Kazał mu nastraszyć Broka. - Dlaczego właśnie jego? To porządny Żyd - tłumaczył posterunkowy, którego siostrzenicę Baruch wyleczył. - On nic z rewolucją nie ma wspólnego. - Ale policmajster się zezłościł. - Władze wiedzą, co robią! - uciął dyskusję i przywołał do porządku posterunkowego. Dodał potem, że tacy właśnie, których wszyscy lubią, są najbardziej niebezpieczni. Ludzie im wierzą, a oni czają się latami, aby nagle zacząć podburzać miejscowych przeciw władzy. - Może on i sam porządny - zakończył policmajster - ale z jadowitego plemienia. Trzeba pokazać mu, że nie ukryje się przed wzrokiem władzy. Wszystkim trzeba pokazać, że Żyd to Żyd.
Na tę robotę posterunkowy dostał nawet jakieś pieniądze. Spotkał więc najcwańszego z tych, którzy dostarczali mu informacje, a policjant przez palce patrzył na jego handel kradzionymi towarami i inne wyskoki. Posterunkowy mówił, że trzeba postraszyć Barucha i tych, którzy się z nim zadają. Anatolij kiwał głową. Rozumiał. Posterunkowemu nie przyszło do głowy, czym to się może skończyć. Po wszystkim nawet Anatolij wyglądał na nieco przestraszonego. Sprawa jednak zgasła szybko. Nikt nie chciał do niej wracać. Tylko miejscowy pop w trakcie kazania powiedział coś o krwi niewinnej, która woła do nieba i za którą wszystkim winnym i tym, którzy odwrócili się od krzywdzonych, przyjdzie zapłacić i choć nie wskazywał niczego ani nikogo, wszyscy rozumieli, o czym mówi.
Wiosna tego roku nie chciała nadejść. Światło nie potrafiło przebić się przez chmury, a śnieżne zamiecie zdarzały się nawet pod koniec kwietnia. Słońce nie pokazywało się. Przednówek był długi i głodny. Niebo oddaliło się poza zasięg wzroku.
*
Dopiero gdy drzwi rozsunęły się i Adam Brok wszedł do głównej hali lotniska, dotarło do niego, jak bardzo nowy terminal zmienia Okęcie. Ostatni raz Polskę odwiedził ponad trzy lata temu. Teraz szedł, wpatrując się w nieznajome twarze, nieco oszołomiony po całonocnym locie, wśród wołań i okrzyków radości ludzi rzucających się sobie w objęcia. Coś powtarzało mu, że przyjechał pożegnać się z umierającym ojcem, a potem zorganizować mu pogrzeb. Usiłował odpędzić to pojawiające się nie wiadomo skąd przeświadczenie, ale ono wrastało w jego świadomość na przekór wysiłkom. Poczuł się, jakby wracał. Przez osiem lat nie zastanawiając się nad tym, oddalał się od kraju. Jego wizyty potwierdzały tylko stan faktyczny. Polska stawała się coraz bardziej oddalonym w czasie i przestrzeni, coraz mniej realnym wspomnieniem. Teraz ogarnęła go znowu.
Obudził się w samolocie, kiedy pasażerowie spali jeszcze. Odsunął nieco przesłonę okienka i w oczy uderzył go ostry blask słońca, które odbijało się od spiętrzonych pod nim kształtów. Chmury rzeźbiły niekończące się górskie pejzaże, odsłaniały ukryte miasta, wznosiły niezwykłe budowle, które rozpadały się pod uderzeniem światła, aby przeistoczyć się w kolejne. Podczas pierwszych dalekich lotów Adam potrafił godzinami śledzić spektakl chmur, słońca i nieba. Szybko jednak przyzwyczaił się i przestał go zauważać. Wpatrzony weń teraz dopiero po chwili zdziwił się swoim zachwytem. Jakby widział go po raz pierwszy. Nad Atlantykiem słońce odsłaniało stronę starego świata. Błękitna przestrzeń otwierała się. Ktoś prowadził go z powrotem, a on czuł napięcie i próbował zrozumieć sens zamieniających się za okienkiem kształtów.
Ten dziwny stan nie skończył się, gdy samolot z turkotem wylądował w Warszawie. Wrzucony do hali lotniska, w zamęcie panującym dookoła Adam próbował uporządkować swoje wrażenia. Ktoś obserwował go i nie byli to ci obcy, którzy tylko prześlizgiwali się po nim wzrokiem. Nagle Brok zrozumiał, że powrócił do przeszłości, od której, wydawało mu się, uciekł już ostatecznie. Ta przeszłość czaiła się nawet tu, pod kształtami nowego lotniska.
Wróciła do niego rozmowa z Taggartem. - Dobrze się składa, wiesz? Myśleliśmy o tym, żeby ci to zaproponować. Bardzo cenimy cię za twoją postawę w Rosji. Biznes się nie udał, ale ty byłeś w porządku. Chcemy wejść na polski rynek telewizyjny. Nie tylko zresztą polski, ale twój kraj jest ciekawy i niedoceniany. Takie Niemcy czy Francja nie rozwijają się już. Tam nie stanie się nic, a w Polsce... może stać się wszystko. Cała ta Europa... - Taggart machnął pogardliwie ręką. - Ale jej peryferie... Warto się temu przyjrzeć. Zresztą telewizja dziś to dużo więcej niż telewizja. Mało kto to rozumie. Telewizja to idee. A idee - Taggart zastanawiał się, patrząc przez szklane ściany na Nowy Jork - to... największy biznes. To sprawy zasadnicze. Na przykład ekologia. To przecież ważne, abyśmy żyli w jak najmniej skażonym świecie. Tylko trzeba to ludziom wytłumaczyć, pokazać. - Taggart mówił coraz poważniej, ale na dnie jego głosu prawie niezauważalnie drgał chochlik. Ta rozmowa powracać będzie do Adama jeszcze wiele razy. - Jeśli zawalczymy o nowe źródła energii... to jest dopiero interes! Kryzys to dobry czas na poważne przedsięwzięcia. Tam jest telewizja: ABC. Ma dobrą markę, zdobyła rynek, ale przeinwestowała i rozpaczliwie szuka kapitału. To dobra okazja. Zrobiliśmy już wstępne rozeznanie. Wszystko się zgadza. Cyfryzacja otwiera nowe możliwości. To co? Podpiszemy wstępną umowę? Pokrywamy koszty, a wynagrodzenie możemy skalkulować od sukcesu. Większe ryzyko, ale i większa forsa. Spisujemy warunki?
Szedł powoli przez poczekalnię pomiędzy obcymi ludźmi, których mógł kiedyś znać. Jego wzrok przesunął się po twarzy starszej kobiety, która śmiała się nieomal w głos. Adam odwrócił się, gdy ona prawie młodzieńczym krokiem biegła już w jego kierunku, i dopiero w tym momencie był pewny, że to jego matka. Kiedy poczuł obejmujące go wiotkie ramiona, dotknięcie jej wychudzonego ciała, pocałunki na czole, policzkach, do których musiał się nachylać, powróciły do niego obrazy, dźwięki i zapachy minionego. Zobaczył scenę: na słonecznej łące trzymając za ręce uszczęśliwionego chłopca, wirowała jego piękna matka. Popatrzył na starą kobietę i poczuł uścisk w gardle. Nieokreślony zapach przywołał dom.
Jego wielka waliza nie mieściła się w bagażniku starego, przerdzewiałego opla corsy, w którym plątały się jakieś pakunki. Upchnęli ją wreszcie na tylnym siedzeniu. W środku samochód nie wyglądał lepiej. W trakcie ostatniego pobytu zaproponował, że przyśle jej pieniądze na nowy. Żachnęła się. - To ma być prezent - przekonywał. - W takim razie przywieź mi go obwiązanego czerwoną wstążeczką. Inaczej nie przyjmę. A jeśli byś chciał mi go przysłać, odeślę na twój koszt - powiedziała typowym dla siebie tonem, który mógł znamionować zarówno żart, jak i najpoważniejszą deklarację. Wtedy corsa matki wyglądała znacznie lepiej. Wysłanie samochodu było zbyt skomplikowane. Przestał o tym myśleć.
- Opowiadaj - zażądała, przekręcając kluczyk w stacyjce i zapalając papierosa. Uświadomił sobie, że samochód przetrawiony jest odorem nikotyny, który przebija nawet smród benzyny, i to zapach papierosów zmieszany z dobrymi perfumami poczuł, nachylając się nad matką.
- Zapomniałam, że nie palisz - powiedziała, spoglądając na niego i z trudem odkręcając okienko. - Jeszcze tylko parę machów i wyrzucę - ogłosiła z nieomal dziecinnym żalem.
- Daj spokój. - Adam, któremu zakręciło się trochę w głowie, postanowił być heroiczny. Matka wciągnęła dym z ulgą.
- No, co u ciebie?
- U mnie... wiesz... wszystko się zmienia. To... jak trzęsienie ziemi. A ja... Nie wiem, czy zostanę na giełdzie. Mam parę propozycji. Jedną w Polsce. Na razie wziąłem długi urlop. Ojciec nie mógł przyjść? - Zadając pytanie, uświadomił sobie, że jest na nie za wcześnie. Ale było już za późno. Twarz matki skurczyła się jak zawsze. Jak zawsze od dwudziestu trzech lat. Te lata zrekonstruował i policzył już dużo później, ale doskonale pamiętał, kiedy po raz pierwszy taki grymas zawitał na twarzy matki. To wtedy przestała prawie rozmawiać z Adamem, zbywała go półsłówkami, a długie okresy apatii przerywały gwałtowne, peszące dziesięciolatka napady czułości. To od wtedy dźwięk imienia ojca, przywołanie jego osoby nawet w najbardziej obojętnej rozmowie, wyzwalał na twarzy matki zawsze ten sam skurcz. Adam wiedział, że teraz nastąpi pauza, której matka potrzebowała, zanim zacznie mówić.
- Twój ojciec... Tak naprawdę nie wiem. Chyba jest w szpitalu. - I po chwili: - Mam nadzieję, że nie stało się mu nic poważnego. Mimo wszystko hipochondrykiem to on nie był. - Ostatnie zdanie podszyte było nieprzyjemną ironią.
Mogła to już w sobie przełamać - pomyślał Adam. Ta nieprzyjemna myśl wracała do niego podczas każdego spotkania z matką już od tylu lat. Jeśli nie potrafiła zapomnieć, powinna się jakoś z tym pogodzić. Stawić czoło losowi. Nie musiała wybaczać, ale powinna przestać rozpamiętywać. Tymczasem matka czujna jak nietoperz wychwytywała każde najdalsze skojarzenie, które mogłoby przywołać jej byłego męża, i koncentrowała się na nim jak na kolcu wbitym głęboko pod skórę, kontemplując swoje cierpienie. Jej twarz nieruchomiała i przeradzała się w maskę bolesnego rozgoryczenia. Teraz zapaliła kolejnego papierosa.
- Twój ojciec zawsze umiał spadać na cztery łapy. Miejmy nadzieję, że nie zatracił tej sztuki.
Jest niesprawiedliwa - myślał Adam. Chociaż ma powody do żalu, ale w tej sprawie jest niesprawiedliwa. A może chciałbym tylko tak myśleć? Zastanawiał się, gdy matka nerwowo zmieniała pas, wywołując klakson zbliżającego się niebezpiecznie samochodu. Może chciałbym tylko bronić obrazu ojca, a do obrony zostało tak niewiele?
- A u ciebie? Ciągle w tym samym tygodniku, w tym "Odrodzeniu"? - zapytał, chociaż znał odpowiedź.
- Chcesz się dowiedzieć, czy istnieje jeszcze? A tak. Sama się dziwię. Tygodnik istnieje, ja istnieję. Oczywiście nie tak, jak "Republika" twojego ojca, która stała się czołowym organem wykształciuchów, światłem salonu. A my... Od czasu kiedy zapłaciliśmy monstrualną karę za tego kapusia Stawickiego, nie mówiąc już o ostracyzmie... No tak... nie rozumiesz. Nie interesują cię nasze małe spory. Z amerykańskiej perspektywy... - usiłowała nadać swojej ironii nieco cieplejszy ton. - Nie chciałabym cię zanudzać. Chcę ci opowiadać tylko o tym, co interesuje cię naprawdę. Bo w Polsce od twojego ostatniego przyjazdu zmieniło się tak dużo... Chociaż... czy ja wiem? Czy zmieniło się w ogóle? Pierdnęło, zabulgotało i wróciło do starego stanu, przepraszam za wulgaryzmy - usiłowała kontrolować się przy synu, który nie lubił brutalności jej języka. - Znowu w tym samym bajorze. A ja, my... na marginesie... coraz dalszym marginesie. Wypychają nas coraz bardziej. I wypycha nas czas, aż wreszcie, i to niedługo, wypchnie nas ostatecznie, na cmentarz. - Roześmiała się sucho, rzucając synowi wyzywające spojrzenie.
Pomysł był równie nagły co oczywisty. Adam zawstydził się, że nie wpadł nań wcześniej. Należało zrealizować go już dawno. Przecież nie tylko leżało to w jego możliwościach, ale nie stanowiło żadnego problemu. Niedawno we Florencji na krótkim, tygodniowym urlopie we Włoszech przypomniał sobie fascynację matki galerią Uffizi. Patrzył na rzeźbę Celliniego stojącą w arkadach naprzeciw muzeum. Piękny, smutny młodzieniec kontempluje swoje trofeum, odrąbaną głowę kobiety-potwora, którą podnosi w wyprostowanej ręce. O rzeźbie tej opowiadał matce dziadek, jej ojciec. Na łożu śmierci mówił o swoich nierealnych pragnieniach, niezrealizowanych podróżach. Był wtedy chyba niewiele starszy od Adama. Patrząc na posąg, chciał opowiedzieć o tym Nancy, ale chociaż słuchała grzecznie, nie wyglądała na zainteresowaną.
- Mamo! Mam propozycję. Nie do odrzucenia. Jak tylko zorientuję się, co z ojcem. Porozmawiam z nim i... No w ogóle... zobaczę, co jest... Zaraz potem zabieram cię do Toskanii, do Florencji. Zawsze marzyłaś, żeby posiedzieć w Uffizi, obejrzeć choćby Perseusza Celliniego. Zresztą w Toskanii jest parę ciekawych miejsc... Siena. Byłem tam niedawno... Przelotem. Zabieram cię na tydzień. Nie przyjmuję odmowy.
Matka odwróciła się na moment od kierownicy i uśmiechnęła do niego. Z twarzy starej kobiety wychynął uśmiech młodej dziewczyny, wspomnienie minionych epok.
- Jesteś strasznie miły. Zrobiłeś mi ogromną przyjemność. Tym, że pomyślałeś o mnie. Ale chyba wiesz, że nie pojadę. Naoglądałam się już Florencji... Po Uffizi mogłabym oprowadzać. A o Perseuszu, gdybym pisała, mogłabym spłodzić esej.
- Przecież wiesz, że to nie to samo.
- Jasne. I dlatego wiem, że to już za mną. Wszystko musi odbywać się w swoim czasie. Właściwie trudno mi to wytłumaczyć, tak to oczywiste. To, czego nie zrobiło się kiedy trzeba, nie jest już do odrobienia. Śmieszą mnie ci, którzy ganiają swoje niedoszłe spełnienia. Nie jestem już w wieku kolekcjonowania wrażeń. Nie pojadę do Florencji. Zostanę tu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki