Rozdział 1
Anna zatrzasnęła za sobą drzwi i dopiero wtedy
poczuła, że płonie. Szyja, ramiona, głowa, dłonie, nawet oczy wydawały
się gorące, spragnione, niespodziewanie rozkochane, przebudzone do
miłości.
- Co się ze mną dzieje?!... - pytała niespokojnie. - Co się stało?
Policzki pulsowały jak spalone słońcem, a jej serce - spokojne,
wyważone, znajome od lat, teraz wydawało się dzikim zwierzęciem, które
pragnie wydostać się na wolność i uciekać, biec przed siebie, skryć się
w wilgotnym, ciemnym poszyciu lasu i zostać tam na zawsze.
Mimo woli pogładziła się po piersi, wystającej kostce pod szyją i ramieniu. Niech to minie. Chwytała ustami powietrze usiłując przywołać
się do porządku, przywrócić spokój i panowanie nad życiem. Nie może
pozwolić, żeby coś do tego stopnia wytrącało ją z równowagi. Szczególnie
w godzinach pracy. Zaraz przyjdzie następny pacjent, musi wyglądać
wiarygodnie, budzić zaufanie, być tarczą, wsparciem, naukowym
profesjonalizmem. Nie może przecież być rozpalona jak szalony płomień
pożaru zmysłów. Musi się ogarnąć, zebrać w sobie, usunąć rozkrzyczane
emocje i obraz twarzy tego chłopaka, jego namiętnych, wielkich oczu
wpatrujących się takim wzrokiem, jakby chciał ją zagarnąć, wielbić,
oddać jej się bez reszty, a ona bez tchnienia oddaje mu się łagodnie,
miękko, jak rzeka spływająca w dolinę z niebosiężnych gór.
- Przestań, przestań! - szeptała. - Przestań wyobrażać to sobie, pragnąć
tego, czuć to na swojej skórze! To się przecież nigdy nie stanie, nigdy
nie stanie, to jest niemożliwe, to nigdy się nie zdarzy!
Stukanie do drzwi.
- Pani doktor, dzień dobry!
Jerzy, 60 lat, po zawale, przechodzi kryzys w małżeństwie. Anna z ulgą
usiadła w fotelu.
- Co dobrego, panie Jerzy? - zapytała, wdzięczna za jego obecność, za
to, że może przez godzinę zajmować się jego problemami zamiast walczyć z własnym sercem.
- Pani doktor! Już wiem - oświadczył uroczyście. - Zrobiłem wszystko jak
pani radziła. To koniec!
Skinęła głową. Lubiła zadawać pacjentom ten moment ciszy, który wydawał
ciągnąć się tak niezdarnie długo, że w końcu zmuszał do wypowiadania
słów, i to właśnie te słowa - nieprzemyślane, nieprzygotowane,
spontanicznie wypowiadane żeby skrócić milczenie, przynosiły najwięcej
prawdy.
- Nie mam już siły dłużej się z tym męczyć! - powiedział Jerzy. Jego
głos nie brzmiał już uroczyście zwycięsko, był raczej wołaniem o pomoc.
- Muszę podjąć jakąś decyzję i zdecydowałem, pani doktor, nie ma sensu
dłużej tego ciągnąć.
- Rozumiem - zgodziła się z nim.
Wygładził palcami spodnie, spojrzał w okno, podrapał się w szyję.
- Tylko teraz jak to powiedzieć dzieciom?
- Myślę, że najlepiej byłoby powiedzieć prawdę, po prostu tak jak jest -
powiedziała łagodnie.
- To znaczy?
Znów zapadła cisza.
- Ja sam nie wiem jaka jest prawda! Może po prostu zobaczyłem coś, czego
nie widziałem wcześniej? Po zawale cały świat wygląda inaczej. Kiedyś
myślałem, że skoro to jest moja żona, to muszę przemęczyć się z nią do
końca, a teraz myślę, że... Myślę że...
Cisza. Nie miał odwagi skończyć.
- Czy rozmawiał pan z żoną? - zapytała.
- No jak? - żachnął się. - Nie mogę jej tego zrobić.
- Czy pamięta pan o czym często rozmawialiśmy?
- "Rzeczy nie nazwane po imieniu nie istnieją".
- Co to znaczy?
Podrapał się po szyi i składał wargi to w przód, to w tył, jedną na
drugą, podwijał je pod siebie jakby czekał, że słowa same się na nich
pojawią.
Anna patrzyła na niego przez chwilę, a potem odbiegła wzrokiem w bok, na
fotel, dywan, okno, za którym piętrzyła się żywiołowa zieleń drzew
wczesnego lata. Chciała biec między nimi, zrzucić krępującą bluzkę i sznur sztucznych pereł, które rano zawiesiła na szyi.
- Tylko dokąd? - zapytała samą siebie i równie niespodziewanie usłyszała
w sobie odpowiedź: - Nieważne dokąd, po prostu przed siebie!
- Pani doktor?...
- Słucham! - wyprostowała się, położyła ręce na kolanach.
- A pani doktor wygląda dzisiaj jakoś inaczej - zauważył Jerzy.
- Ja?... - poczuła, że się rumieni.
- Coś się w pani zmieniło. Włosy? Tak jakby odjęło pani lat.
- Och, nic takiego - powiedziała czym prędzej, starając się nie
dopuścić, żeby zobaczył żar w jej oczach i to dzikie, szalejące w niej
pragnienie. - To pewnie wiosna!
- Wiosna, tak - pokiwał głową.
Oboje z ulgą usłyszeli dźwięk zegara oznaczającego koniec wizyty.
- Porozmawiamy o tym następnym razem - obiecała Anna.
- Dziękuję, pani doktor.
Jerzy spojrzał na nią bezradnie, a ona chyba po raz pierwszy poczuła tę
jego bezradność w swoim własnym sercu.
Rozdział 10
Sucha pochwa!... - parsknęła Anna w myślach. W wieku pięćdziesięciu sześciu lat moja pochwa jest jak pole pulchnych
skib świeżo zaoranej ziemi. Jak szmaragdowe moczary biebrzańskie, w których miękko zapadają się stopy. Jak pomarańczowa dynia skąpana w porannych kroplach rosy. Jak róża w ciepłym majowym deszczu.
Ostatnia pacjentka wyszła z gabinetu do swoich spraw. Zapewne ktoś jej
wkrótce powie, że w wieku czterdziestu lat powinna się szykować do
pierwszych objawów menopauzy, że będą uporczywe, dotkliwe, że musi
cierpieć jako wygnaniec z krainy życia skazany na przekwitanie.
- Ale panie doktorze! - powie ze zdumieniem. - Co ja mogę zrobić?
Dostanie receptę na leki i słowa pocieszenia, że to "normalne" i że
wszystkie kobiety w pewnym wieku doświadczają pogorszenia jakości życia,
depresji, huśtawki nastrojów, że będzie drażliwa, nie będzie mogła spać,
no i ta sucha pochwa. Kupi więc nawilżający żel i grube bawełniane
majtki i za każdym razem kiedy je zobaczy, przypomni sobie słowa
"przekwitanie, klimakterium, menopauza, cisza, samotność, milczenie".
Nic dziwnego, że będzie się czuła niewidoczna i przezroczysta, gorsza,
wykluczona. Bo tak będzie widziała siebie w lustrze i takie przekonanie
codziennie będzie zabierała ze sobą w torebce.
Anna poczuła jak rośnie i pulsuje w niej wilgotna pomarańcza, a wszystkie jej soczyste cząstki są bardziej żywe niż kiedykolwiek. Z zdziwieniem pomyślała:
- To jest chyba bardziej yoni niż pochwa.
Jak dziwnie nieznajomo zabrzmiały w ciszy gabinetu słowa, których często
używała: aktywność płciowa, współżycie małżeńskie, penis, srom, wzwód,
erekcja - pomyślała, że być może przez całe życie używała ich nie znając
ich prawdziwego znaczenia. Nawet namiętność wydawała się światem nigdy
nie poznanym. Mąż, dzieci, oczywiście, dawne pierwsze zauroczenia,
zakochała się kiedyś w sławnym aktorze i z rozpaczliwym wysiłkiem
podsycała to zauroczenie, wiedząc, że nigdy się nie ziści. Jak
wygłodniały wędrowiec szła wzdłuż rzeki miłości. Zrazu cieszyła się na
widok tłustych łososi, rosła w niej namiętność i nadzieja, że zaspokoi
dręczący głód. Potem zobojętniała. Łososie należały do kogoś innego. Do
tych szczęśliwców, którzy przybyli nad wartką rzekę z wędziskiem, żyłką
i przynętą. I umieli łowić.
Pierwszy pocałunek i nieśmiało spragnione wargi, zagubione dłonie i drętwe ciało, które zamiast się budzić w ożywczym olśnieniu, wycofane
zapadało w skurcz. Pierwszy chłopak, szukanie siebie po omacku, bo nikt
nie wiedział "jak to się robi". A potem w ciemności szeptała, że nie
chce, żeby przestał, bo to boli. Wycofywał się niechętnie i posłusznie,
aż w końcu Anna pragmatycznie podjęła jedynie słuszną decyzję. W gabinecie ginekologa powiedziała, że nie chce dłużej być dziewicą. Niech
pani zrobi co trzeba. Lekarka kazała się położyć, rozsunąć nogi, zbadała
ją i powiedziała, że nie. Anna zapisała się do innego lekarza.
Powiedziała mu, że chyba jest w ciąży. Kazał się położyć, rozsunąć nogi,
pochylił się nad nią i próbował wsunąć jej palce do pochwy, ale Anna
kurczyła się w sobie, zaciskała mięśnie, więc mówił do niej:
- Spokojnie, zrelaksuj się, połóż się swobodnie...
I kiedy zrobiła tak jak prosił, wsunął palce do jej pochwy tak głęboko,
że nagle poczuła ostry ból i wiedziała, że to się właśnie stało.
Dobrze się uczyła, odrabiała lekcje, chciała studiować i pomagać
ludziom. Normalne życie. Kochała się ze studentami w bibliotece, wszyscy
tak robili. Czasem kogoś złapali z książkami w rękach. Uśmiechnęła się.
Tacy byli bohaterami, bo mieli dowód, że naprawdę to robili. Inni tylko
mówili, że to robią. Rektor mówił:
- Odnosimy wielkie zwycięstwa i niewielkie porażki!
Kazał dorastać i dojrzewać, i Anna posłusznie dojrzewała. Przez pewien
czas czuła smutek, tak jakby była w żałobie po czymś, czego nigdy nie
zaznała. Potem spotkała Andrzeja. Zrozumiała, że to jest być może jej
"wielkie zwycięstwo", a porażkami nie czas zawracać sobie głowy.
To nie jest już pomarańcza - uświadomiła sobie nagle. - To jest
aksamitna ciemnoczerwona czereśnia dojrzewająca w słońcu. Nabrzmiała
słodkim sokiem, gotowym wytrysnąć gdy ktoś dotknie jej skórki. Prawie
czuła dotyk jego ust i po raz pierwszy pomyślała, że nie musi z tym
walczyć. Niech będzie ta dzika, żarłoczna namiętność, która w niej
wyrosła. Będzie jej się oddawała w wyobraźni tysiąc razy, aż wreszcie
zamilknie, zginie, usunie się w bezruch i w niepamięć. Zostanie dziwnym
wspomnieniem, którego być może nigdy nie zrozumie. Ona przecież nawet
nic o nim nie wie. Bo to wcale nie chodzi o niego - pomyślała Anna. - On
był jak przypadkowy przechodzień, który coś w niej wyzwolił, coś co
drzemało od dawna i czekało na przebudzenie. To minie. To przejdzie jak
dziecięca choroba.
Odpowiedziało jej słodkie gruchanie gołębia. Był tak blisko i namiętnie,
że podeszła do okna, żeby go zobaczyć. Tuż za parapetem unosił się obłok
kwitnącego bzu. Gołąb znów odezwał się tym samym lekko chrapliwym
głosem, przypominając, że o tej porze jest już zwykle daleko od pracy.
Przewiesiła przez ramię torebkę czując, że unosi w niej pół świata.
Zatrzymała się w recepcji, żeby zapytać kto wpadł na pomysł, żeby
posadzić krzew bzu pod jej oknami.
- Pani doktor - recepcjonistki spojrzały na siebie spłoszone. - Ten bez
zawsze tam był.
Nie zdziwiło jej to, że nie dziwi jej to, że jej to nie dziwi. Szybkim
krokiem ruszyła przed siebie.
Rozdział 2
A więc jak to było, jak to się wszystko stało.
Był maj. Pojawił się klient, który chciał zorganizować wykłady dla
studentów. Powoływał się na badania o rosnących problemach zdrowia
psychicznego wśród studentów. Przeciążenie nauką, presja, chroniczny
stres, uzależnienia, depresja. Pięć wykładów finansowanych przez
uczelnie. Czy Anna się tego podejmie? Oczywiście. To przyjemna odmiana
od wizyt w gabinecie.
Włożyła satynową bluzkę wiązaną pod szyją, czarną spódnicę, pantofle na
płaskim obcasie, upięła włosy. I on tam był. Za każdym razem. Na
początku nie zwróciła na niego uwagi. Sala była pełna studentów. Znała
ten typ. Sama kiedyś była taka jak oni. Przyszli na uczelnię zdobywać
wiedzę, w którą szczerze nikomu nie chciało się wierzyć. Mieli w sobie
wymaganą gotowość do podjęcia wysiłku z jednocześnie zaciągniętym
hamulcem mentalnym. Nauczę się tylko tyle ile to konieczne, zdam
egzaminy, znajdę pracę, będę szanowany, będę miał życie. Tak jakby życie
było dodatkiem do dyplomu. Ona też kiedyś tak myślała. Przebudziła się
pod koniec studiów kiedy za późno było, żeby zrezygnować, zresztą wcale
nie miała takiego zamiaru. Bo co w zamian? W samą porę poznała Andrzeja,
ślub, dzieci, stabilna praca. Ideały? Oczywiście. Choć inaczej niż na
początku. Wtedy myślała, że może pomagać ludziom. Dzisiaj raczej skupia
się na przeprowadzeniu ich przez proces akceptacji tego, co jest. Każdy
niesie swój obraz życiowej iluzji starannie budowanej przez lata. Może
na tym właśnie polega prawda.
Znała ten rodzaj ciszy na sali wykładowej. Studenci byli widzami jak na
rzymskiej arenie. Ona będzie mówić, oni nie będą przeszkadzać, zero
kontaktu. Będą patrzeć nieobecnymi oczami, wysyłać wiadomości,
przeglądać instagram, przecierać zmęczone oczy, a potem pójdą dalej do
swoich spraw. On był inny.
Zauważyła go dopiero podczas trzeciego wykładu.
- Odczuwamy przyjemność, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to
chwilowe doznanie, któremu mózg nadaje pierwszorzędne znaczenie, co może
prowadzić do? ... - zawiesiła głos.
- Uzależnienia! - rozległ się znajomy głos z przodu sali.
- Tak jest! - odrzekła i wtedy po raz pierwszy go zobaczyła.
Patrzyła na niego już wcześniej, prawdopodobnie wiele razy, tak samo,
jak patrzy się na samochody przesuwające się za oknem autobusu.
Zatrzymała się na chwilę, spojrzała w jego wielkie, ciemne, promienne
oczy i nagle uświadomiła sobie, że to jest ten sam człowiek, którego
widziała na poprzednich wykładach. Zawsze zajmował miejsce w pierwszym
rzędzie, zawsze starał się odpowiedzieć na każde pytanie, zawsze robił
pieczołowicie notatki i przez cały czas czuła na sobie jego zaciekawione
spojrzenie.
- Pan jest?... - zawahała się. Studentem? Którego roku? Jakiego kierunku?
- Ja jestem organizatorem - odrzekł krótko, rzeczowym tonem.
- Ach - odrzekła i żeby przykryć zakłopotanie, czym prędzej podjęła
wątek.
Wtedy jeszcze nic się nie zdarzyło. Dokończyła wykład, studenci
podnieśli swoje torby i telefony i bez pośpiechu opuścili salę. On
został i patrzył na nią. Anna odłączyła laptop i pakowała drobiazgi, gdy
nagle stanął przed nią. Poczuła jego obecność zanim jeszcze podniosła
głowę. Biło od niego dzikie, młodzieńcze ciepło. Ale i wtedy nic jeszcze
się nie stało.
- Nie zdążyłem się przedstawić - powiedział. - To ja wpadłem na pomysł
tych wykładów. Adrian.
- Anna - wyciągnęła do niego rękę.
- Czy jest pani zadowolona z frekwencji?
- Tak, oczywiście.
- Czy potrzebuje pani więcej wody?
- Nie, dziękuję.
- Czy widzi pani przestrzeń, gdzie mógłbym coś poprawić?
Był bardzo skupiony, konkretny, rzeczowy i mówił serdecznym tonem. Tak
jakby naprawdę zależało mu na tym, żeby było jej wygodnie.
- Nie, dziękuję - odrzekła trochę zaskoczona. Nie przywykła do tego, że
ktoś się o nią troszczy.
- Dużo się od pani nauczyłem - powiedział innym, bardziej miękkim tonem.
- To są bardzo wartościowe wykłady. Ma pani dar docierania w samo sedno.
- Niektórym to się nie podoba - roześmiała się. - Nie każdy lubi słyszeć
prawdę.
- Oczywiście! Prawda bywa trudna do uniesienia.
- Ładnie pan to powiedział - zauważyła.
- Chciałbym omówić z panią kilka spraw organizacyjnych - zaproponował. -
Muszę zamknąć salę i oddać klucz. Czy zgodzi się pani wypić ze mną
herbatę w studenckim barze?
Był prosty i żarliwy zarazem. Grzeczny, pełen szacunku.
- Oczywiście - odrzekła bez namysłu. I to był chyba ten moment kiedy coś
się zmieniło. To znaczy jeszcze nie w sali, nie kiedy szli obok siebie
na schodach, a ona poczuła w sobie lekkość i radość, i nie wtedy kiedy
weszli do prawie pustego baru. Ale wtedy kiedy usiedli naprzeciwko
siebie, a ona ucieszyła się, że stolik jest taki mały. Chciała być
blisko jego żywotności, energii, uśmiechu, młodości. Ile ma lat? -
zastanawiała się. - Dwadzieścia pięć? Sześć? Pracuje na uniwersytecie?
- Biała kawa dla pani - postawił na stoliku wysoką szklankę.
- Och, proszę mi mówić Anna! - zaproponowała spontanicznie.
- Biała kawa dla ciebie, Anno - powtórzył ciepłym głosem, a ona
zadrżała.
Uśmiechnęła się zakłopotana, wdzięczna, że nic nie musi mówić, bo on
spokojnym, rzeczowym tonem wyjaśniał co go tu sprowadziło i jak wpadł na
pomysł zorganizowania wykładów. Przytakiwała i było jej tak dobrze i słodko, że uśmiechała się i pomyślała, że jest jak majowy tulipan w słońcu. To pewnie zasługa kremowego latte macchiato, a może po prostu
wreszcie poczuła wiosnę.
Rozdział 3
Nie mogła przestać o nim myśleć. Długo w noc
czuła bliskość jego opalonych ramion, choć przecież nigdy nawet ich nie
widziała. Czuła na sobie jego wielkie ciemne brązowe oczy. Gdziekolwiek
poszła, on patrzył i ogrzewał ją wzrokiem.
- Miły człowiek - pomyślała. - Rzadko się takich spotyka. Szczery,
uczciwy, pracowity. Nic dziwnego, że zrobił na mnie wrażenie. To minie.
Nie mijało. Rano obudziła się z nadzieją, że znów go zobaczy. Wstała
wcześniej niż zwykle, staranniej przygotowała kanapki do szkoły,
młodszemu z liściem sałaty, starszy mówił, że gardzi zielonym.
- Weź, mama - odsunął się kiedy chciała pocałować go w głowę.
- Kawa? - zapytał mąż.
Zatrzymała się zaskoczona. O siódmej pięć stawiała na stole kawę
słodzoną trzcinowym cukrem, którą mąż wypijał przed wyjściem na dyżur.
Od lat, zawsze tak samo. Codziennie.
- Och, przepraszam! - wyrwało jej się. Chwyciła za czajnik. - Woda jest
gorąca!
Pokręcił głową i spojrzał na zegarek z takim wyrazem twarzy jakby mówił:
- Przez ciebie się spóźnię!
Anna wyjęła filtr, nasypała kawy, zalała ją małym strumieniem wody.
- Cukier? - zapytał.
- Zapomniałam! - dotknęła z uśmiechem czoła. - Proszę!
Mąż spojrzał na nią z takim wyrazem twarzy, jakby mówił:
- Menopauzalne zaburzenia pamięci!
Ale nic nie powiedział. Wypił kilka łyków kawy mrużąc oczy, jakby mu nie
smakowała. Ale nic nie powiedział. W pracy codziennie musi tyle mówić,
że w domu wolał pomilczeć.
Anna myślała tylko o nim. Kawa z mlekiem pachniała tak samo jak w studenckim barze. Znów poczuła to samo ciepłe drżenie, przypomniała
sobie jego głos, uśmiech, spojrzenie.
- Ja właściwie nic o nim nie wiem! - broniła się. - Ale czy ja muszę coś
więcej wiedzieć? - dodawała po chwili. - To prostu sympatyczny młody
człowiek. Wie czego chce, widać w nim uczciwość i zaangażowanie. Rzadko
spotyka się takich ludzi. Dlatego o nim myślę. To minie.
Ale nie mijało.
- To czysto mentalna fascynacja - powtarzała Anna. - Lubię z nim
rozmawiać, bo jest w nim połączenie szacunku i... i... - zawahała się. - I dzikiej, nieokiełznanej siły młodości. Nic dziwnego, że zwróciłam na to
uwagę. To minie.
Ale nie mijało.
Anna spojrzała krytycznie na swoje satynowe bluzki. Starała się zawsze
wyglądać wiarygodnie, budzić zaufanie, być przedstawicielem nauki,
medycyny, wiedzy. Długie rękawy, zapięcie pod szyję. Nagle przestały do
niej pasować.
- To wiosna - pomyślała. - Pierwsze ciepłe podmuchy wiatru. To
zrozumiałe, że człowiek ma ochotę ubrać się inaczej.
Dżinsy. Biały T-shirt z dużym wycięciem. Trampki. Potrząsnęła głową. Nie
mogę przecież pójść do pracy w trampkach! Czy ja w ogóle mam trampki?...
Jakie teraz nosi się buty?... Adidasy? Takie, jak ma starszy syn?...
Anna wciągnęła powietrze. Dżinsy opinały jej biodra. Biała koszulka
odsłaniała kostki pod szyją. Poczuła na nich słodki pocałunek. Ciepły
oddech. Wyobraziła sobie, że słyszy szept:
- Jesteś taka piękna. Tak bardzo cię pragnę!
Zamknęła oczy. Pozwoliła, żeby całował jej szyję i zaciszne zagłębienie,
gdzie zaczyna się ramię.
- Zostań tam jeszcze - kazała mu w myślach. - Dotykaj mnie.
A on posłusznie gładził ją palcami, składał łakome pocałunki na szyi,
ustach, ramionach i najjaśniejszych zakątkach jej skóry, pragnąc więcej,
napierając muskularnym ciałem, pociągając ją za sobą prosto w otchłań
namiętności i rozkoszy.
- Tego pragnę! - szeptała do niego. - Więcej! Mocniej!
Oddała mu siebie miękko, z radością, jak dolina przyjmująca rzekę
spływającą z gór. Była dla niego schronieniem, celem i bezpieczną
przystanią, a on przybiegał jak wezbrany ocean, by wypełnić ją ciszą,
milczeniem, spełnieniem, końcem wszystkich nieopowiedzianych historii.
- Tylko z tobą chcę być! - mówiła do niego w myślach, a on trzymał ją w ramionach i karmił miłością.
Otworzyła oczy. Wciąż stała z białą bluzką w rękach.
- To nic złego! - pomyślała. - To tylko myśli! Gra wyobraźni! Jest
wiosna, budzą się wszystkie soki ciała, krążą, domagają się ujścia. To
naturalne, żeby myślami rozładować napięcie. To nic nie znaczy. To
minie!
Ale nie mijało.
W poniedziałek był jednym z wielu studentów na sali. W czwartek
zauważyła, że jest obecny na każdym wykładzie. We wtorek usiadła z nim
przy małym stoliku w barze, w środę nie mogła przestać o nim myśleć i wciąż resztką sił wierzyła, że to tylko intelektualne zauroczenie. W piątek nagle poczuła, że budzi się w niej wszystko, co uśpione, jak
olbrzym powstający z zimowego snu, i wali pięściami do bram zmysłów tak
mocno, że brak jej tchu.
Wśród ludzi nagle zauważyła mężczyzn. Nowy dyrektor kliniki przyjęty w drodze konkursu kilka miesięcy temu był młodym menedżerem, co wszyscy
mieli mu za złe. Nie był lekarzem, nie miał na koncie rozpraw naukowych,
nie był w statecznym wieku i nie pasował do nich wyglądem. Żartowali, że
wygląda jak ryba w tej dopasowanej marynarce i że nie stać go na
skarpetki. Z wyższością patrzyli na jego fryzurę, brak krawata i koszulę
rozpiętą pod szyją. Jeśli ktoś miał tu kogoś czegokolwiek nauczyć, to
oni mogliby dać mu lekcję tradycyjnego stylu koniecznego dla
uwiarygodnienia ich profesji. Jaki pacjent zaufałby lekarzowi, który
spędza pół godziny przed lustrem układając włosy na żel?
- Nie będę wtrącał się do Państwa pracy z pacjentami - powiedział na
pierwszym spotkaniu.
Tylko popatrzyli na siebie z politowaniem. Jeszcze tego by brakowało,
żeby jakiś przybłęda pouczał ich jak leczyć! Nie wytrzyma tu nawet pół
roku.
- Moim celem jest wypracowanie modelu zarządzania poprzez misję oraz
wizję, strategiczne planowanie, pozyskiwanie nowych klientów,
poszerzenie oferty, unowocześnienie kanałów przekazu, w tym rozbudowanie
i spersonalizowanie strony internetowej.
Benchmarking, kompetencje, strategie, konkurencje, efektywność, model
organizacyjny, koncepcje, techniki, struktury, kapitał wiedzy -
cokolwiek to miało oznaczać, wiedzieli, że tego nie chcą. Oburzyli się
kiedy zaproponował, że stylistka przyniesie ubrania do nowych
fotografii.
- Co jest złego w tych zdjęciach, które mamy? - zapytał ktoś.
- Można powiedzieć - odrzekł dyplomatycznie nowy dyrektor - że ich
jedyną wadą jest upływ czasu.
Niechętnie zgodzili się na udział w sesji zdjęciowej. Upierali się, że
lekarz nie jest po to, żeby się uśmiechać i wyginać na zdjęciu, tylko po
to, żeby skutecznie leczyć pacjentów. On odpowiadał, że nowe zdjęcia
mają przyciągnąć nowych klientów, a oni z niezadowoleniem kręcili
głowami i powtarzali do siebie, że pacjent to nie klient i że ten nowy
dyrektor nie zagrzeje tu miejsca.
Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie. Nowy dyrektor osobiście
otworzył jej drzwi, zaprosił do środka. Usiadł naprzeciwko w nowoczesnym
czerwonym fotelu, pochylił się z ciekawością, spojrzał jej prosto w oczy. Z gabinetu znikło ciężkie dyrektorskie biurko, które do tej pory
wyznaczało granice i relacje. Poprzedni dyrektor rzadko wstawał.
Przyjmował interesantów oparty łokciami o gruby blat, tak jakby bez
niego mógł zatonąć w brązowym, poplamionym dywanie. Teraz wszystko
wyglądało tu inaczej. Zmieniła się nawet lampa i zasłony w oknie.
Nowy dyrektor zapytał czy jest zadowolona z pracy w klinice i czy jest
coś, co sprawia jej trudność lub wymaga zmiany. Miał szczupłe kolana,
pachniał elegancką wodą kolońską, a jego koszula była tak świeża i chrupiąca, jakby z każdą godziną odnawiała się na jego skórze zamiast
więdnąć.
Z zainteresowaniem i szacunkiem, cierpliwie i spokojnie czekał na jej
odpowiedź. To było bardziej onieśmielające niż atmosfera władzy i próba
zdobycia emocjonalnej przewagi, której się spodziewała.
- Wszystko jest w najlepszym porządku - powiedziała w końcu i kiedy sama
usłyszała te słowa, uświadomiła sobie, że wcale nie odpowiada na
pytanie, tylko raczej usiłuje przekonać nowego dyrektora, że nie jest tu
potrzebny.
- To wspaniale! - odrzekł.
Zapadło milczenie. To jasne, że nie mieli sobie nic więcej do
powiedzenia.
- Ma pani bardzo dobre opinie u pacjentów - niespodziewanie powiedział
dyrektor.
Spłoszyła się, spojrzała na niego z zaskoczeniem. Co to znaczy? Czy on
pyta pacjentów o to jak podobała im się wizyta? Już miała tłumaczyć, już
otworzyła usta, gdy dyrektor dodał:
- To wyniki z anonimowej ankiety.
Skinęła głową. Nie pomylili się. To co robi ten nowy dyrektor nie
przyniesie mu poparcia. Klinika nie jest zwykłym przedsiębiorstwem,
którym można zarządzać benchmarkami, cokolwiek to oznacza.
- Dziękuje za miłą rozmowę - odezwał się dyrektor. Uśmiechnął się,
poczekał, żeby Anna wstała pierwsza, odprowadził ją do drzwi.
- Dziękuję - wyciągnęła do niego niezgrabnie rękę.
Spojrzał na nią ze współczuciem, tak jej się wtedy wydało. Nie miała
jednak najmniejszego zamiaru, żeby się nad tym zastanawiać. Czym prędzej
zamknęła drzwi i poszła do gabinetu na spotkanie z następnym pacjentem.
Rozdział 4
Anna złożyła starannie białą bluzkę. To jest
jedna z tych niemożliwych rzeczy, które przelotnie budzą ciekawość, a potem spadają w otchłań niepamięci. Ale skąd to chwilowe zauroczenie? To
wiosna! - odpowiedziała sobie w myślach. Wszystko się budzi, rośnie,
chce być nowe, inne, w momencie nieuwagi mój umysł przylgnął do
niedorzecznej myśli o czymś, co nigdy nie może się zdarzyć. To była
jedyna rzecz, co do której nie miała wątpliwości. Wszystko inne było jak
rozpryski kryształu oświetlonego niewidzialnym słońcem. Lśniło,
migotało, nęciło i oślepiało jednocześnie.
Wygładziła zmarszczenia i schowała bluzkę tam, gdzie trzymała nigdy nie
noszone ubrania. Zdjęła dżinsy. Poczuła z ulgą, że szalejące myśli
zwalniają, wracają do stajni jak wybiegane konie. Westchnęła głęboko.
Spokojnie. Już po wszystkim. Być może wyobraźnia potrzebowała jednego
ostatniego wyskoku, po którym teraz podda się kontroli jej naukowego
umysłu.
- To wiosna - przypomniała sobie Anna.
Jeszcze tylko uciszyć ten pulsujący żar ciała, nieposłuszny woli i myślom. Jej pochwa była jak szeroko otwarty dziób wygłodniałego ptaka,
który przebudził się właśnie do życia. To niesłychane! - myślała Anna
zaciskając uda. - Co się ze mną dzieje?! Mój srom jest wielki jak gorąca
ryba i ledwie się we mnie mieści! Nabrzmiałe od krwi wargi łopoczą jak
skrzydła. Chcą mnie ukraść, porwać ode mnie samej i uciec tam, gdzie
wśród drzew i pagórków płyną strumyki gaszące pragnienie. Skąd ten
chciwy głód, jakiego nigdy nie czułam?...
Ścisnęła palcami wzgórek między udami i dopiero wtedy uświadomiła sobie,
że przestała oddychać. Wypuściła głośno powietrze i poczuła jak wraca
jej chłód, podnoszą się fale jej wewnętrznego oceanu, przestaje widzieć
ogromne, wpatrzone w nią oczy ryby z rozwartym pyskiem, nastaje cisza.
Cisza na oceanie. Ulga. Jeszcze trochę wzmożonym ciepłem pika w ukryciu
jej kobiecość, ale to nic. Uspokoi się, wycofa do podziemnej nory jak
przestraszona murena. Nic tu po niej. Nie ma życia. Nie ma
przeznaczenia. Anna założyła za ucho kosmyk włosów.
- Ucisz się! - rozkazała w myślach swojej namiętności. - Milcz! Nie
możesz pragnąć tego, czego nie możesz mieć. To nie ma sensu! To głupie!
To niepotrzebne! Dokąd to ma cię zaprowadzić? Chcesz zaprzepaścić
wszystko, na co tak ciężko pracowałaś? I dla czego? Chwilowego
uniesienia? Niedojrzałej fascynacji? Tego chcesz? Zburzyć całe życie i zostać z niczym?!
- Nie - odpowiadała sobie z ulgą. - Już dobrze. Już mi lepiej. Nie utonę
w tym szaleństwie. Jestem silniejsza niż przejściowe, niepotrzebne,
przypadkowe emocje. Muszę iść do pracy. Zawieźć syna na korepetycje,
starszemu wybić z głowy najnowszy niedorzeczny pomysł. Otrząsnąć się.
Leczyć ludzi. Myśleć rozsądnie. Już dobrze.
Włożyła bluzkę w kwiatki z długimi rękawami, zostawiła rozpięte dwa
najwyższe guziki, żeby łatwiej oddychać. Pantofle, spódnica, zaczesała
włosy do tyłu. Mam wyglądać profesjonalnie - powtarzała sobie. - Nie
muszę się nikomu podobać, tylko sobie.
Odsunęła się o krok, spojrzała na siebie krytycznie. Wąskie, szare oczy,
ścieżynki zmarszczek rozbiegających się w pośpiechu, jakby chciały uciec
z jej twarzy. Przeciętność, nic wyrazistego. Kiedyś z krótkimi włosami
wyglądała prawie jak chłopak. Nie ma w sobie nic, co kojarzy się
kobiecością. Szczupły nos, trochę za duży, zawsze tak o nim myślała.
Wąskie usta. Szare brwi. Nikłe rzęsy.
- To dobrze - pomyślała uspokojona. - Taka właśnie mam być. W tle, nie
przyciągająca niczyjej uwagi. Jak niepozorny słowik, który głosem
wskazuje ludziom właściwą drogę. W tym leży moja siła.
- A może... - odsunęła się o krok, przechyliła głowę. Sięgnęła po tusz i powoli, starannymi ruchami pomalowała rzęsy. Przedostatni wykład dla
studentów, może dzisiaj go nie spotka, to by bardzo uprościło sprawę.
Potem wizyta u profesora. To zawsze przywraca ją do pionu. No przecież!
Zaniedbała to ostatnio, odwołała poprzednią wizytę, teraz za to płaci.
Umysł psychiatry wklejający historie innych ludzi może czasem płatać
figle. Dlatego każdy psychiatra musi regularnie odwiedzać swojego
terapeutę.
Uśmiechnęła się. Ot i cały sekret! Klasyczny przypadek. Ostrzegali przed
tym na studiach. Za dużo pracy, za mało mentalnej regeneracji. Nadrobi
to dzisiaj. W drogę!
Porannych pacjentów poprowadziła ściśle zgodnie z procedurą. Przepisała
leki, łagodnie zachęciła do wzięcia udziału w anonimowej ankiecie,
unikała emocjonalnego zaangażowania. Wykład skróciła do czterdziestu
pięciu minut i nie zachęcała do pytań. Unikała patrzenia na pierwszy
rząd, ale wiedziała, że on tam jest, śledzi jej każdy ruch, słucha z niewinnym wyrazem wielkiego zaciekawienia. Robi notatki. Czeka na jej
spojrzenie.
Poczuła się zwycięsko w starej bluzce w kwiatki, która jak tarcza
broniła ją przed atrakcyjnością i przyciąganiem uwagi. Nikomu nie może
się podobać w tym naukowym stroju. Mundur zabija kobiecość i tak ma być.
Milcz, głupia wagino. Człowiek nie jest dziką bestią, żeby
bezrefleksyjnie ulegać pożądaniom.
- Boże! - uśmiechnęła się do siebie. - Jaka ja byłam głupia! Przez
nieuwagę doprowadziłam siebie na skraj przepaści! Na szczęście ani przez
chwilę nie rozważałam tego na poważnie. To był tylko chwilowy
przypadkowy rów, który miał mi ukazać własną omylność i naprowadzić na
właściwą drogę!
Pożegnała się bardzo szybko i wyszła zanim wszyscy studenci wstali.
Jeszcze jeden wykład za tydzień i nigdy więcej nie będzie musiała
mierzyć się z czymś tak dziwnym i obcym jej naturze. Będzie mogła
spokojnie skoncentrować się na wypełnianiu obowiązków jako lekarz, jako
matka, jako... - zawahała się - ...jako żona. Po kolei, nie wszystko na raz.
Na wszystko będzie czas i odpowiednia pora. Najpierw to co
najważniejsze. Ktoś podsunął starszemu synowi pomysł samotnej wędrówki z plecakiem za kołem polarnym. Sam by na to nie wpadł! Trzeba mu
uświadomić wszystkie niebezpieczeństwa, jakie się z tym wiążą. On już
chce kupować namiot! I co, miałby wyruszyć tak bez żadnego
przygotowania? Po tygodniu będzie chciał wracać! Co tam po tygodniu!
Następnego dnia będzie dzwonił i prosił, żeby tata przyjechał i zabrał
go do domu!
Pokręciła głowę. Co tym dzieciakom przychodzi do głowy! Ale może to
dobrze, że ma się czym zająć. To sprowadza ją na ziemię. Zjadła zupę
ogórkową i naleśniki. Ze świeżą energią zastukała do znajomych ciężkich
drzwi. Jest tak, jak lubiła: tradycyjnie, po staremu. Najważniejsze to
wiedzieć dokąd się zwrócić kiedy potrzeba pomocy. Na tym polega jej
zawód, pomyślała z dumą. Teraz tym lepiej rozumie swoich pacjentów i tym
mocniej czuje powołanie, żeby nieść im ze zrozumieniem pomoc w rozwiązywaniu codziennych problemów i problemów z codziennością.
Odetchnęła i z ulgą weszła do gabinetu profesora.
Rozdział 5
Był jej psychoterapeutą od czasów studenckich,
zawsze rzeczowy, dokładny, precyzyjny. Naprowadzał ją na właściwy trop
zawsze kiedy miała wątpliwości. Przed ślubem, podczas trudnej ciąży i kiedy jej małżeństwo przechodziło kryzys. Radziła się go czasem w trudniejszych przypadkach swoich pacjentów.
Usiadła. Poczuła się bezpiecznie w znajomym zapachu kurzu starych zasłon
i drewnianego biurka.
- Co nowego, pani doktor? - zapytał profesor.
Ona zawsze mówiła do niego "panie profesorze", on do niej "pani doktor".
Przez lata niewiele się zmienił. Tylko jego tweedowa marynarka coraz
trudniej dopinała się z przodu.
Anna westchnęła. Od czego zacząć? Co nowego? Wszystko wydaje się nowe,
inne od tego co było. Nawet zieleń tej wiosny jest dużo bardziej
intensywna niż kiedykolwiek! W ciepłe dni ptaki śpiewały tak głośno, że
zagłuszały głosy z telewizora. Pod koniec maja zakwitł bez o oszałamiającym zapachu.
Sięgnęła po łyk wody.
- Nie wiem co powiedzieć - przyznała. - Nagle wszystkie myśli uciekły mi
z głowy.
- Dużo pracy? - domyślił się profesor.
- Bardzo.
- Stres?
- Tak.
- Miewała już pani wcześniej problemy z pamięcią?
- Ja? - zająknęła się.
- To zupełnie naturalne - uspokoił ją. - Problemy ze snem?
- Ostatnio tak - przyznała. Bywały noce kiedy leżała z otwartymi oczami
z niewypowiedzianym szczęściem słuchając jak w ciemności śpiewają ptaki.
A potem przez cały dzień miała nadzwyczajną energię. Wpadała na nowe
pomysły, poprawiała wykłady, rozmawiała z pacjentami, znalazła nawet w końcu hydraulika, który naprawił cieknące krany. To nadzwyczajna wiosna.
Nagle znów powrócił obraz, który z taką mocą usiłowała od siebie
odepchnąć. Wielkie, ciemne, szczere, ciepłe oczy zbliżające się do jej
twarzy. Poczuła jak ciało jej mięknie, wypełnia się słodkim sokiem
pożądania, jak cała jej naukowa rzeczowość rozpierzcha się i rozlewa
bezładnie po spłowiałym dywanie, w który wsiąkły wcześniej tysiące
innych niewysłowionych łez i niezaspokojonych pragnień.
Anna poczuła, że tonie.
- Źle się pani czuje? - zauważył profesor.
- Trochę - przyznała.
- Jak określiłaby pani swoje ogólne samopoczucie na skali od jednego do
pięciu?
Zawahała się. W tej chwili jeden i pół, ale dzisiaj rano plus dziesięć.
A potem równe pięć do chwili kiedy straciła na moment kontrolę nad
swoimi myślami.
- Nie wiem co się ze mną dzieje - powiedziała bezradnie.
Profesor pokiwał łagodnie głową.
- Gwałtowne zmiany nastroju? - podsunął. - Męczliwość? Rozdrażnienie?
Zniechęcenie?
Patrzyła nieruchomo na dywan. Zapadła krótka cisza.
- Ile pani ma lat? - zapytał profesor.
- Pię... - coś spęczniało jej nagle w gardle. Odchrząknęła. - Pięćdziesiąt
sześć.
- Poczucie obniżenia jakości życia to normalny objaw w tym okresie -
powiedział profesor. - Doskonale pani o tym wie.
- Tak - skinęła głową. Setki razy sama wygłaszała te słowa do swoich
pacjentek. To naturalny proces biologiczny, podczas którego dochodzi do
zmniejszenia i ostatecznie całkowitego zatrzymania wydzielania
estrogenów, co ma wpływ na stan fizyczny i psychiczny. Mogą się pojawić
epizody depresyjne, uderzenia gorąca, nocne poty...
- To naturalny proces biologiczny, podczas którego dochodzi do
zmniejszenia i ostatecznie zatrzymania wydzielania estrogenów w organizmie kobiety - mówił profesor. - To wywiera wpływ na psychiczne i fizyczne samopoczucie, pojawiają się epizody depresyjne, uderzenia
gorąca, nocne poty, zwiększona drażliwość, nietrzymanie moczu, suchość
pochwy?... - spojrzał na nią pytająco.
Spojrzała znów na dywan zastanawiając się ile razy już to słyszał.
- Jak układa się pani współżycie z mężem?
- W normie - powiedziała cicho nie podnosząc oczu.
- Bolesność podczas stosunku?
Dywan miał czerwone wzorki wyglądające jak strumyki krwi. Podeptane
podeszwami obcych butów, spłowiałe od plam słońca wpadających przez
okno, wciąż wydawały się mieć nadzieję i płynąć w poszukiwaniu ujścia.
- Mam pacjentkę, która rozmawia ze swoją waginą - powiedziała Anna.
Profesor poruszył brwiami.
- O czym? - zapytał.
- Pacjentka twierdzi, że jej wagina zamienia się w gorącą rybę i namawia
ją do robienia... rzeczy. Spełniania fantazji seksualnych.
- Historia zaburzeń psychicznych?
- Brak.
- Ile ma lat?
- Pięćdziesiąt... trzy.
- Okres okołomenopauzalny. Prawdopodobnie zaburzenia hormonalne. Wiele
kobiet w czasie klimakterium przechodzi przez kryzys kobiecości, ma
trudności z odnalezieniem sensu. Mężatka?
- Tak.
- Dzieci?
- Tak.
- Od dawna rozmawia ze swoją pochwą?
- Od kilku miesięcy.
- Zaburzenia hormonalne. Kryzys wieku średniego. Sugerowała jej pani
hormonalną terapię zastępczą?
Anna podniosła wzrok. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że trajektoria jej
życia uległa nagłemu rozmnożeniu. Przyszła tutaj po wzmocnienie
wszystkiego w co wierzy i wsparcie naukowe. Profesor był jej mentorem i przewodnikiem. Od niego uczyła się życiowych i zawodowych wartości. Do
niego zwracała się w chwilach zwątpienia. Zawsze słuchała bez sprzeciwu.
Nie przyszło jej nawet do głowy, żeby podjąć dyskusję.
Profesor miał zawsze rację.
Ale czy on miał rację dlatego, że miał rację, czy dlatego, że wszyscy za
takiego go uważali?
- A jeśli jej wagina chce jej powiedzieć coś ważnego? - zapytała Anna.
Profesor roześmiał się i szybko spoważniał pod jej wzrokiem.
- Pani mówi poważnie!
- Zadaję sobie pytanie - odrzekła. - Mówi się, że mężczyźni myślą
penisami. Co to właściwie oznacza?
Profesor potrząsnął głową i drgnął jakby ugryzła go mrówka.
- To fizjologicznie i ewolucyjnie uwarunkowany odruch zapewniający
sukces reprodukcyjny.
- To wiem - ucięła Anna. - Ale co to właściwie oznacza? Jak to się
odczuwa? Czy penis staje się alter ego?
- Broń Boże! - roześmiał się profesor. - Mężczyźni nie są tak
skomplikowani jak kobiety. Penis rośnie na widok podniecającego obiektu,
to wywołuje pożądanie w najlepszym razie prowadzące do zaspokojenia, i to wszystko.
Anna siedziała wyprostowana słysząc jak echo tych słów krąży po jej
głowie. "Na widok podniecającego obiektu", znaczy kobieta jest dla
mężczyzny obiektem, który wzbudza pożądanie albo... albo... Nagle
przypomniała sobie spojrzenie nowego dyrektora kliniki kiedy odprowadził
ją do drzwi. Patrzył na nią takim samym wzrokiem jak profesor, a gdzieś
w kącikach jego ust czaiło się współczucie. Tak jakby chciał powiedzieć:
- Przykro mi, że jest pani starzejącą się kobietą, przekwitanie,
klimakterium, histeria, depresja, infekcje, rozpacz, beznadzieja.
Spojrzała na czubki swoich czarnych pantofli idealnie pasujących do tego
szarzejącego dywanu z uwięzionymi strumykami krwi, mankiety starej
satynowej bluzki w kwiatki, która dawała jej poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie stawiała na równi ze wszystkim, czym nie chciała być.
- Teraz istnieją nowoczesne preparaty hormonalne o znacznie mniejszym
spektrum efektów ubocznych i powszechnie uważane za bezpieczne -
powiedział profesor łagodnie się do niej pochylając. - Przynoszą ulgę w stanach podwyższonej drażliwości, nietrzymaniu moczu, infekcjach
intymnych, pomagają przywrócić utraconą radość z życia.
- Wiem - odrzekła w myślach Anna. - Czytałam te same ulotki.
- To nic wstydliwego, to normalna kolej rzeczy. Starzejemy się.
- Ja mam dopiero pięćdziesiąt sześć lat! - pomyślała Anna.
- Pani ma już pięćdziesiąt sześć lat - powiedział profesor. - To ostatni
dzwonek, żeby rozpocząć zastępczą terapię hormonalną. Później może być
już za późno.
- O mój Boże! Moje życie jest jak ta tweedowa marynarka ze wzmocnionymi
łatami na łokciach! - pomyślała Anna.
- Zmiany są nieuniknione i to naturalne, że proces starzenia się
wywołuje bunt - ciągnął profesor. - Skóra wiotczeje, powieki opadają,
kości stają się kruche, pojawiają się pierwsze oznaki późniejszego
otępienia: zaniki pamięci, problemy z koncentracją, okresy apatii,
epizody depresyjne.
- Jeśli zmiany są konieczne, to dlaczego nic się nie zmienia?! -
zawołała Anna. - Zmiany są oznaką rozwoju, dlaczego więc miałabym starać
się za wszelką cenę ich unikać? Może ja chcę doświadczać w pełni
świadomie wszystkich zmian, wszystkich zmian, jakie są jeszcze przede
mną w tym życiu?
Pytanie zawisło w powietrzu jak okruch pyłu, a profesor zdmuchnął go z dobrotliwym uśmiechem.
Kiedy Anna wstała, nagle poczuła na twarzy wiatr, który tylko czekał,
żeby zabrać ją dalej ze sobą.
Rozdział 6
Ochłonęła w deszczu. Wciśnięta w kąt ławki na
przystanku autobusowym, zawinięta w beżowy płaszcz, który wczoraj
wydawał się ładny. Była zbyt zmęczona, żeby myśleć, a jednocześnie miała
ochotę krzyczeć. Chciała schować się przed wszystkimi i jednocześnie
chciała dumnie kroczyć środkiem ulicy, niech wszyscy na nią patrzą. Jak
ja mogę pragnąć dwóch sprzeczności? - zapytała siebie.
Czuła się tak, jakby coś jej odebrano, a jednocześnie miała poczucie
totalnej pełni. Była wyczerpana i pełna siły. Chciała płakać z bezsilności i krzyczeć tak głośno, żeby zagłuszyć wszystkie inne słowa.
Boże, co się ze mną dzieje?
Lekarz z dwudziestoletnim doświadczeniem, specjalista szanowany
zawodowo, mężatka, matka dwóch synów, zawsze kasuje bilet w autobusie,
jeździ na szkolenia, czyta książki, jest lubiana przez pacjentów, ma
sukcesy w swojej dziedzinie, lubi zwierzęta, ma umiarkowane poglądy
polityczne, jest rozsądna i rozważna, sprawiedliwie stara się zawsze
zobaczyć racje obu stron... I wszystko, do czego sprowadza się jej
istnienie, to współczujące spojrzenie, menopauza i terapia hormonalna?...
Boże, czy ja przechodzę kryzys tożsamości?
O Boże! Czy kryzys tożsamości ma te same objawy co menopauza?! Czy nie
jest normalne, że zadajemy sobie pytania o sens, szukamy odpowiedzi i dopóki ich nie znajdziemy, czujemy niepokój, lęk, bezsenność, bóle
głowy, zmiany nastroju?!
Anna ze zdumieniem patrzyła na mokre czubki swoich butów. Na buty
stojących obok osób. Uniosła brwi ze zdziwieniem. Te buty wyglądały jak
lądowiska dla pojazdów kosmicznych. Albo jak pojazdy kosmiczne z gotowym
lądowiskiem. Grube podeszwy o dziwnych kształtach i wybrzuszeniach, tak
jakby miały amortyzować nieznośny ciężar życia.
- Ale przecież kupno nowych butów nie zmieni rzeczywistości - pomyślała.
- A właściwie dlaczego nie? - odpowiedziała sobie od razu. - Kiedy
patrzysz z innej perspektywy, widzisz przecież zupełnie coś innego. Nie
mówiąc już o tym, że jesteś postrzegany w zupełnie inny sposób.
Przycisnęła palce do ust. Takim gestem, jakby chciała uciszyć własne
słowa. Kim ja właściwie jestem? Kim ja właściwie jestem?... Dlaczego
zadaję sobie takie pytania? Czy chciałabym być inna? Robić coś innego?
Być kimś innym? Czy nagle straciłam poczucie sensu, czy w ogóle nigdy go
nie miałam?...
Patrzyła przez kropelki deszczu na ulicę, trawnik, zwiędłe tulipany.
Przekwitanie - przypomniała sobie. Klimakterium. Może kobiety
rzeczywiście są jak tulipany. W maju kwitną, są czerwone, piękne,
wszyscy chcą je widzieć i podziwiać. A potem przychodzi czerwiec, płatki
zaczynają się marszczyć, brązowieją na końcach, aż w końcu opadają i nikt już nie zwraca na nie uwagi. Zostaje tylko śmieszny kikut, łodyga,
nikomu do niczego nie potrzebna. Byłeś kiedyś wonnym tulipanem, a teraz
patrzę na ciebie ze współczuciem, bo jesteś ofiarą przemijania,
straciłeś płatki, nie masz koloru, nikt już na ciebie nie patrzy.
Westchnęła. I jak żyć dalej z tą świadomością? Przypomniała sobie
pacjentki, które płaczą w jej gabinecie i mówią, że czują się
niewidzialne, nie chcą dalej żyć. Co im zwykle mówiła? Zgodnie z procedurą. Rozpoznanie, szczegółowy wywiad psychologiczny. Czy występują
zaburzenia snu, apetytu, libido, wahania nastroju, utrata radości,
myślenie depresyjne, zmęczenie, niepokój, stany lękowe... Depresja,
recepta, skierowanie na dalsze badania.
Zakręciło jej się w głowie. Czy ja mam depresję? Czy to tylko kryzys
tożsamości? Czy to wszystko tylko objawy menopauzy?... Ale dlaczego tak
nagle?
W sumie nie nagle - przypomniała sobie. Od pewnego czasu coś zaczęło się
zmieniać. Jak? Dlaczego? Czy tak musi być? Czy to normalne? Co ja mam
teraz z tym zrobić?
- To minie! - odpowiedziała sobie i równie nagle zrozumiała, że nie. Od
lat powtarzała sobie, że to minie i nigdy nie minęło. Rosło w niej.
Udawała, że tego nie ma, spychała w głąb umysłu, serca, duszy, nie
chciała tego widzieć, nie miała na to czasu, zbyt zajęta codziennymi
troskami.
Poczuła się jak schwytana w sieć. Jak nieuważny błazen, który sprytnie
chciał od środka zbudować schronienie i zamurował sam siebie. Jak ptak,
który co wieczór przylatywał do karmnika, żeby w końcu odkryć, że ktoś
zamknął drzwi klatki. Jak wierny pies na łańcuchu. Tylko co dalej? Co
dalej?... Musi znaleźć nowego psychoterapeutę, pójść do ginekologa i jeszcze raz porozmawiać o HTZ, wziąć może kilka dni wolnego i... i... i...
Zamknęła oczy. Pozwoliła objąć się słodkiej fali pożądania, namiętności,
ciepła. Chciała myśleć o nim, chciała w wyobraźni splatać się z nim
nagim ciałem, poczuć jak jego spragniony, poszukujący dar męskości
wchodzi w nią, powoli coraz głębiej, wywołując w niej fale rozkoszy,
nieprzebranej, szalonej, wielkiej jak świat, a ona jest jak świeżo
rozkrojony owoc ociekający słodkim sokiem. Tylko tego chciała.
Wiedziała, że to nie minie. I po raz pierwszy nie chciała z tym walczyć.
Rozdział 7
Mamo, kurwa mać! - zawołał przestraszony syn. -
Nic ci się nie stało?
- Nie - odrzekła trochę zamroczona uderzeniem. - Chyba przestałam się
mieścić w tych drzwiach!
Mąż podniósł głowę znad komórki.
- Masz wolny dzień? - stwierdził bardziej niż zapytał.
- Nie, idę do kliniki i potem mam wykład - odrzekła. Odprowadziła syna
wzrokiem do przedpokoju i dodała: - Może wcześniej wrócisz dzisiaj i spędzimy popołudnie razem?
Zmrużył oczy, tak jakby do niego nie docierało. Podeszła, otarła się
biodrem o jego ramię, usiadła naprzeciwko z kubkiem kawy w rękach.
- Dobrze spałeś? - uśmiechnęła się, niepewna, czy nie przeszkadza mu w czymś ważnym.
Odłożył telefon lekko zniecierpliwionym ruchem i spojrzał na nią ciężkim
wzrokiem.
- Nic nie pamiętasz?
- Nie - powiedziała przepraszająco.
- Nie pamiętasz jak cię w końcu musiałem przewrócić na bok, bo chrapałaś
tak głośno, że sąsiadów pobudziłaś?
- Obudziłam sąsiadów? - powtórzyła z niedowierzaniem. - Skąd wiesz?
- Nie wiem! Nie przyjdą się poskarżyć! Ja nie mogłem spać!
- Przepraszam - wyjąkała.
- Powinnaś coś z tym zrobić!
- Tak, zrobię.
- I jak ty wyglądasz?! Kobieto, przecież ty masz pięćdziesiąt siedem
lat!
- Pięćdziesiąt sześć - pomyślała. - Pięćdziesiąt sześć, nie pięćdziesiąt
siedem!
Znała ten ton. Kiedy on był w złym humorze, wszyscy cicho przemykali pod
ścianami. Kiedy próbowała dyskutować, on doprowadzał do tego, że w końcu
musiała przyznać mu rację. Czasem tylko po to, żeby zapadła cisza i żeby
dzieci nie słyszały jak się kłócą.
- Może wrócisz wcześniej - spróbowała znowu i uśmiechnęła się wstydliwie
- a ja ci pomogę zasnąć?
Zmrużył oczy jakby coś go zabolało.
- Wrócę późno - powiedział.
Anna zgarnęła palcami okruchy ze stołu. Od kiedy nie sypiali razem?
Sześć miesięcy? Dłużej? Na początku jej to odpowiadało. Był czas kiedy
sama unikała zbliżeń. Czuła, że się niecierpliwi kiedy ona zaczyna go
głaskać albo zadaje pytania. Przychodził do łóżka gotowy. Kładł się obok
i czekał kiedy będzie mógł wejść w nią i doprowadzić do wytrysku. Znosił
jej krótkie pieszczoty, potem ją popędzał, ale wtedy Anna była sucha i zatrzaśnięta jak wieko pirackiej skrzyni. Namówił ją na lubrykanty, po
których miała infekcje. To wtedy ginekolożka zasugerowała hormonalną
terapię zastępczą i powiedziała, że pochwa kobiety po czterdziestce jest
jak niemowlę i wymaga specjalnego traktowania.
- Łatwo o alergie, otarcia, infekcje - wyjaśniła. - Im kobieta jest
starsza, tym pochwa staje się bardziej wrażliwa. Wcześniej znosiła
syntetyki, detergenty i złe traktowanie, a teraz jest delikatna jak
skóra niemowlęcia i podatna na zranienia. Przepiszę pani bardzo dobry
środek nawilżający i proszę zmienić bieliznę, najlepiej na bawełnianą.
Wtedy mąż zaczął mówić, że go piecze. Przestała smarować się emulsją
nawilżającą, kupiła w internecie dwadzieścia par majtek z organicznej
bawełny. Kiedy je rozpakowała, przełknęła ślinę i pomyślała, że chyba
tak już musi być. W końcu i tak nikt nie będzie na nią patrzył. Majtki
były grube, duże, sięgały do pasa. Fakt, były przewiewne i zdrowe. Muszę
nosić te galoty - pomyślała. - Nie ma innego wyjścia. W sumie nawet jej
pasowały. Grzały pod spódnicą w zimie. Poczuła się stateczna i bardziej
mądra, bo mądrość przecież zwykle towarzyszy dojrzałości. Spełniała
obowiązek małżeński raz na tydzień, potem raz na dwa tygodnie, potem od
czasu do czasu, kiedy on chciał. Ona przestała czuć pragnienie. Ale to
przecież normalne, tłumaczyła sobie, u kobiety po czterdziestce
rozpoczynają się zmiany hormonalne, widziała to u swoich pacjentek,
znała ich historie, ciało przestaje szykować się do poczęcia, wycisza
układ rozrodczy i tu z odsieczą przybywa nowoczesna medycyna, oferując
kobietom wsparcie w postaci hormonalnej terapii zastępczej, to
całkowicie bezpieczne, pomogło już tysiącom kobiet w tej samej sytuacji,
przepiszę pani receptę.
Jeszcze tydzień temu była o tym przekonana. Jeszcze tydzień temu czuła
wdzięczność za białe galoty z organicznej bawełny chroniące jej
niemowlęcy srom. A dzisiaj to wszystko wygląda inaczej.
Nie zauważyła nawet kiedy mąż wyszedł. Spojrzała na siebie w lustrze. Co
to właściwie znaczy, kobieto, ty masz przecież pięćdziesiąt sześć
lat!?
Stanowczym ruchem sięgnęła po biały T-shirt. Ten sam, który poprzedniego
wieczoru złożyła tak starannie, jakby kładła go do grobu. Odsłoniła
szyję, zaczesała do tyłu włosy. Próbowała się wcisnąć w stare dżinsy,
ale grube bawełniane majtki nie chciały się pod nimi zmieścić. Włożyła
więc luźniejsze spodnie i sportowe buty. Przechyliła głowę. Czy to jej
nie przystoi? Spojrzała w swoje szare oczy, cienki nos. Kim ja właściwie
jestem?... - usłyszała znów pytanie.
Czy ja przechodzę kryzys egzystencjalny? - odpowiedziała sobie pytaniem.
- Jak radzimy sobie z kryzysem tożsamości? Korzystamy z zasobów nauki,
która wyjaśnia zawiłości ludzkiej psychiki. Rozwój jest równoznaczny z ciągiem konfliktów wewnętrznych, które przełamujemy, żeby odnaleźć nowe
drogi - tak tłumaczyła pacjentom. Może się łączyć z poczuciem
dezintegracji psychofizycznej, wzmożonego niepokoju i kompulsywnego
poszukiwania czegoś, co przynosi ulgę.
Dezintegracja, to się zgadza. Odruchowo powtarzała słowa z dawnych
wykładów. Uczyła się w bibliotece, żeby nie przeszkadzać mężowi, który
miał ważniejsze studia. Wracała do domu, przynosiła mu obiad i brała się
za sprzątanie. Przepraszała i pytała czy odkurzacz zbytnio nie hałasuje.
On nigdy nie miał czasu, żeby posprzątać. Kiedy wyjeżdżała z dziewczynami na kilka dni, wracała do zaplutej umywalki i zlewu pełnego
naczyń. Pomyślała, że to idealnie pasuje do grubych bawełnianych majtek
przepisanych przez lekarkę.
Pomyślała, że to idealnie pasuje do tego jak się czuje.
Pomyślała, że to idealnie pasuje do litościwych spojrzeń mężczyzn,
którzy współczują jej bycia kobietą. Bycia kobietą po pięćdziesiątce -
uściśliła. Prawda jest taka, że sama sobie tego współczuję. Bo tak mnie
nauczono. O Boże! - zawołała do siebie ze zdumieniem. - Ja żyję w paradygmacie życiowego dramatu, który staje się udziałem każdej kobiety
po osiągnięciu pewnego wieku! Lekko nieświeże kobiety po trzydziestce.
Czerstwe kobiety po czterdziestce. Przekwitłe kobiety po pięćdziesiątce,
klimakterium, sucha pochwa, huśtawki nastrojów, ataki wściekłości,
depresja. Tak mnie nauczono kwalifikować pacjentki. Tak widzę siebie!
Z niedowierzaniem patrzyła na siebie w lustrze. W białym T-shircie i spodniach wyglądała inaczej niż zwykle. Czuła się inaczej. Pomyślała
nagle że wcale nie chce być młodsza. Chce tylko przestać być tym, kim
myślała, że jest. Chce przestać być więźniem skazanym na dożywocie. Chce
przestać wierzyć w to, w co wierzą o niej inni. Chce - zawahała się -
chce zacząć myśleć penisem, który nie ma żadnych wspomnień, ograniczeń i tylko jeden cel: rozsiewać ziarenka życia wszędzie gdzie popadnie.
I wtedy poczuła ciche, maleńkie pulsowanie. Jej srom napęczniał jak
zielony groszek. I kiedy poczuła w sobie jego zielone pikanie,
zrozumiała, że jest na właściwej drodze.
Rozdział 8
A tak szczerze, pani doktor, osobiście, to czy
wolałaby pani wiedzieć, że mąż panią zdradza?
Zwykle odpowiedziałaby, że to co ona woli nie ma nic do rzeczy, ale
dzisiaj zastanowiła się i odrzekła:
- Myślę, że tak. Wolałabym znać prawdę.
Pokręcił głową trochę bezradnie.
- Moja żona jest tak naiwna, że chyba nigdy się nie domyśli. Czasem
myślę, że to dar, a czasem, że to przekleństwo.
Milczeli oboje przez chwilę. Anna dawała swojemu pacjentowi czas na
przemyślenie tego co powiedział. A potem nagle wbrew swojej zasadzie
sama przerwała milczenie.
- A po czym miałaby to poznać? - zapytała.
- Nie, no - roześmiał się. - Są takie oczywiste sprawy, że facet ma
kogoś na boku. Ja schudłem dziesięć kilo, bo przestałem żreć, chciałem
dobrze wyglądać. Nowe buty, ubranie. Zajęte popołudnia, ciągłe wyjazdy w delegacje, ja mówię żonie, że mamy zjazdy nauczycieli i ona we wszystko
wierzy.
- Nie chciałby pan, żeby wierzyła?
- Chcę i nie chcę - powiedział po chwili. - Jest dobrą matką, dzieciaki
zadbane, dom posprzątany, wszystko na czas, tylko... No wie pani doktor
jak to jest, codzienność, taka szarość, to przygnębiające.
- Co jest przygnębiające?
- Że tak już zawsze będzie - poruszył rękami. - Wszystko w ten sam
deseń. Tak jakby nie było nic więcej.
- Myślę, że wiele zależy od tego jakie mamy oczekiwania - powiedziała
gładko Anna. - Czy dążymy do określonego celu, czy szukamy raczej
czegoś, co będzie nowością.
- A to źle? - zapytał szczerze.
- Jak pan myśli?
- Pani doktor zadaje trudne pytania - uśmiechnął się.
- Trudne czy niewygodne?
- Mam takiego ucznia, który zna wszystkie odpowiedzi i nikt nie wie
skąd. Nie może usiedzieć na lekcjach, puszcza bąki, jest jak szary
kamień bez wyrazu. Niczym nie można go zainteresować, a jedyna emocja,
jaką okazuje, to wrogość. A kiedy staje pod tablicą, potrafi rozwiązać
każde zadanie i nikt nie wie jak. Jest najgorszym uczniem i najlepszym
uczniem, zależy jak na to spojrzeć.
- I?...
- To, że on zna wszystkie odpowiedzi, nie przekłada się na jakość jego
życia - odparł nauczyciel.
- To wyjątkowy przypadek. U większości osób nie występuje taka cecha
nadzwyczajnej sprawczości. Uczymy się, przyswajamy wiedzę, wyciągamy
wnioski, podejmujemy decyzje, nie jest tak?
- Iiii, pani doktor - żachnął się nauczyciel. - W teorii tak jest, w praktyce... mogę powiedzieć tak jak myślę?
- Oczywiście.
- Facet myśli fiutkiem. Widzę to po sobie. Kiedyś wielkie idee, plany,
miałem zmieniać świat, budować mosty, ocalać ofiary wojny, a potem to
wszystko jakoś zmniejsza się do wielkości prysznica, pod którym
wieczorem zmywasz z siebie hałas i poczucie bezsilności.
- Ale co to właściwie oznacza? - zapytała Anna.
- Ja pani powiem, pani doktor - odrzekł nauczyciel takim tonem, jakby
odpowiadał na swoje własne pytanie. - Piękne są tylko te kobiety, które
czują się piękne. One są jak ten mój uczeń matematyki. Mają w sobie
odwagę. A inne kobiety tracą głos i nawet jeśli znają właściwą
odpowiedź, to milczą ze strachu. I dopiero później przychodzą z pretensjami, że zostały źle potraktowane. I wie pani, mężczyźni to
wiedzą. Ale nic nie mówią, bo wtedy zaczęłoby się wielkie gadanie i dyskusje. A my nie lubimy komplikować.
- Rozumiem - powiedziała powoli Anna.
- Wow, czuję się jakby ktoś zdjął ze mnie sto kilo, dziękuję bardzo,
pani doktor!
Podniosła w uśmiechu kąciki ust przykrywając zakłopotanie. Otworzyła
usta, żeby zadać pytanie, ale ją ubiegł:
- Najdziwniejsze jest to, że on jest coraz lepszy! Ten mój uczeń.
Jeszcze mniej się uczy, nic nie zapisuje, ale kiedy idzie do tablicy, to
coś w nim rośnie, tak jakby dostawał skrzydeł, i bezbłędnie rozwiązuje
każde zadanie, nawet takie, którego nie ćwiczyliśmy wcześniej. Każdy
jest bohaterem własnej narracji. Te dzieci, które nie wierzą, że
potrafią, i ten jeden wybitny uczeń, który buntuje się przeciwko
wszystkim i wszystko wie. Tak samo jest z kobietami. Wie pani, ja z żoną
nigdy nie pójdę na karuzelę. Żony boją się i myślą za dużo, a kochanka
zawsze chce spróbować czegoś nowego. Taka jest natura mężczyzny.
- Fiutek rządzi światem - powiedziała trochę drwiąco, ironicznie.
- Dokładnie! - zawołał ucieszony nauczyciel. - Mężczyzna przez wieki
podążał za swoim fiutkiem i wyprowadził ludzkość z jaskiń do ognia, do
miast, do uprawy roli, przemysłu.
Anna pozwoliła mu nacieszyć się tą świeżo odkrytą prawdą.
- Chciałam pana zapytać - podjęła po chwili - co to właściwie znaczy, że
mężczyzna myśli... - zawahała się czy użyć słowa "penisem".
- Fiutkiem? - nauczyciel pośpieszył z pomocą.
- Jakie to uczucie? Jak by je pan opisał?
- Jest sygnał. Przebudzenie. Rośnie, napełnia się krwią, robi się
twardy, duży i... - spojrzał na nią z zakłopotaniem. Czy ma mówić dalej?
- Miałam na myśli bardziej imperatyw emocjonalny - naprowadziła go.
- Czyli co.
- Co pan wtedy myśli.
- Nic nie myślę, pani doktor, o to właśnie chodzi.
- Coś pan myśli - upierała się.
Pokręcił głową.
- Kobiety wszystko komplikują właśnie dlatego, że przez cały czas myślą.
- Coś pan myśli - powtórzyła Anna. - Tylko może pozostaje to w sferze
emocji nieuświadomionych. Może pan tego nie chce wiedzieć.
- Nie chcę tego wiedzieć! - zgodził się.
- To zostawmy emocje. Jak mógłby pan krótko opisać ten proces.
- Jeszcze raz? - zdziwił się.
- Inaczej. Chodzi mi o streszczenie stanu, w jakim się wtedy pan
znajduje i być może czy pojawia się wtedy... coś więcej.
- Nic więcej, pani doktor. Na tym polega piękno bycia mężczyzną.
- Że co dokładnie?
- A dlaczego to panią tak interesuje? - zapytał w końcu zaczepnie.
Anna odchrząknęła.
- Mam pacjentkę, która...
- Kobietę z penisem? - domyślił się nauczyciel z ciekawością.
- Tak - zgodziła się Anna. - Czy myśli pan, że kobieta z penisem też
wyprowadziłaby ludzkość z jaskini?
- Gdyby kobieta była mężczyzną z fiutkiem albo gdyby mężczyzna był
kobietą z penisem, jeśli wchodzimy na taki poziom abstrakcji, to nie, bo
kobieta zaczęłaby się zastanawiać co będzie potem. I miałaby zaplanowane
wszystkie niebezpieczeństwa, które jej mogą grozić gdyby zrobiła krok
dalej.
Anna otworzyła usta, ale nauczyciel szybko ją ubiegł:
- Wiem co pani chce powiedzieć, pani doktor! Że mężczyzna nie myśli o konsekwencjach, że kobiety są bardziej rozważne, bla bla bla, ale to nie
jest tak. Mężczyzna myśli o konsekwencjach, tylko o bliskich
konsekwencjach. I dlatego jesteśmy tacy skuteczni jako ludzkość! Niech
pani sobie wyobrazi człowieka paleolitycznego, który wychodzi z jaskini
i widzi prawdziwe, dalekosiężne konsekwencje swoich działań: spaliny,
choroby psychiczne, zabójstwa, góry śmieci w oceanie, wymarłe gatunki
zwierząt, narkotyki w szkołach... Gdyby wziął to wszystko pod "rozwagę",
to nie mielibyśmy dzisiaj miast ani telewizji ani samolotów, o żesz, że
ja nie mogę o tym opowiadać w szkole!
Anna uśmiechnęła się. Dała mu przestrzeń, czekała na ciąg dalszy.
- Wiem co pani powie, że wygodnie tak myśleć. Ale w sumie to jest
realistyczne myślenie. Wiem czego chcę, robię to, i wie pani co?
Odkrywam wtedy zawsze coś, o czym nie miałem pojęcia. Tworzę nową
rzeczywistość, tworzę rozwój!
- A gdyby pana żona myślała tak samo?
- O to właśnie chodzi! Ona nie będzie myślała tak samo, bo jest kobietą,
która musi opiekować się dziećmi! Dla niej to jest najważniejsze, więc
zawsze będzie wybierała ostrożność, rozwagę i bezpieczeństwo. Ona nie
chce wiedzieć! A pani chciałaby wiedzieć, że mąż kogoś ma? - przypomniał
sobie. - I po co?
- Wolałabym znać prawdę - powiedziała bez wielkiego przekonania.
- Po co?
- Żeby podjąć odpowiednie decyzje.
- Pani doktor, przecież to mit! Kobieta nie podejmuje decyzji, tylko
zaczyna się dramat! O żesz! Odpowiedziała pani na moje wszystkie
pytania! Nie chciałem tu dzisiaj przychodzić, ale teraz jestem taki
wdzięczny, że nie umiem tego wyrazić!
- Mam jeszcze jedno pytanie.
- Tak, chciała mnie pani o coś zapytać!
- Dlaczego nie odejdzie pan od żony i nie rozpocznie nowego życia z tą
drugą panią?
- Nie, to nie wchodzi w grę. Co będzie jak zmienię zdanie?
Skinęła głową, zasiała w gabinecie ciszę, ale tym razem nic w niej nie
chciało rosnąć.
- Właściwie nie o to chciałam pana zapytać - odezwała się po chwili i spojrzała w notatki. - Czy zauważył pan, że mówiąc o mężczyźnie używa
pan słowa fiutek, a w przypadku kobiety mówi pan o penisie?...
Rozdział 9
Nic się właściwie nie działo. Przyjęła tego
ranka jeszcze troje pacjentów, obserwując jak przesuwają się promienie
słońca po jej stopach, szarym chodniku w paski, drewnianej podłodze,
która z wdzięcznością rozgrzewała się i lśniła ciepłym światłem.
Przypomniała sobie beznamiętną twarz profesora, który na pamięć znał
takich pacjentów jak ona. Zawodowo do tej pory był jej życiowym ideałem.
Teraz zaczęła się zastanawiać. Czego nauczył się od niej dzisiaj ten
nauczyciel matematyki? Czego w ogóle mógłby od niej potrzebować?
Przychodzi na psychoterapię raz w miesiącu, bo taki jest wymóg prywatnej
szkoły. W przeciwnym razie nigdy by się nie spotkali. Czy psychologia
tworzy problemy, czy stara się je rozwiązać?... A może tworzy je, żeby
potem zajmować się ich rozwiązywaniem? Chłopiec ze spektrum autyzmu o ponadprzeciętnych zdolnościach matematycznych jest przypadkiem
chorobowym, czy wzorem do naśladowania? I czy struktury społeczne, w które wierzymy, ułatwiają życie, czy stanowią ograniczenia?
Czy jej profesor był synonimem profesjonalizmu i mądrości, czy może
raczej zastałego męskiego szowinizmu, z którym nie ma dyskusji? Czy
postrzeganie kogoś jako męskiego szowinistę nie jest kobiecym
szowinizmem? Anna westchnęła. Świat jest tak urządzony, że każdy ma
swoje miejsce. Zajmujemy je dla poczucia bezpieczeństwa. A potem
buntujemy się, że chcemy czegoś innego. Wszystko zaczyna się jednak...
- Wszystko zaczyna się jednak tam - powiedziała młoda mężatka siedząca w fotelu i oczami wskazała podłogę. - Ja czuję tylko obojętność.
- Jak ta obojętność się wyraża?
- Cisza. Nic się nie dzieje. To chyba nie jest normalne?
- To może być przejściowe - Anna uśmiechnęła się. - Niech mi pani
wierzy, nie ma czegoś takiego, co można by nazwać "normalne".
Mężatka siedziała z upartą miną.
- Jak układają się pani relacje z mężem? Proszę mi coś o nim
opowiedzieć.
- Okropnie. Powiedział, że zabije naszego psa.
Słowa, słowa, słowa. Dlaczego to powiedział? Był wściekły na mnie. Czy
myśli pani, że on to zrobi? Nie, ale wciąż to słyszę w głowie.
Wściekłość i bezradność, wzajemne pretensje i żądania zasilane
małościami charakteru, z których żadna ze stron nie zdaje sobie sprawy.
Złośliwość, próżność, źle pojęta duma i ambicja, a obok nich dotkliwy
strach przed odrzuceniem, brak poczucia własnej wartości, skłonność do
obwiniania innych i unikania własnej odpowiedzialności. To regularny
naleśnik współczesnych związków. Jego rozwijanie i zrozumienie to
terapia na lata.
- Zadam pani inne pytanie - Anna odłożyła notatnik, oparła się wygodnie.
- Czy rozmawia pani ze swoją waginą?
Speszona mężatka otworzyła szeroko oczy. Wyglądała tak, jakby bała się
poruszyć.
- Czy pani wie co to jest wagina? - zapytała spokojnie Anna.
- No tam na dole - odrzekła mężatka zaciskając kolana.
- Czy mogłaby ją pani opisać?
- Ja... Jak... - zająknęła się mężatka.
- Tak jak pani ją widzi. Jak pani ją czuje. Nie chodzi o to co mówią
podręczniki do anatomii.
- Nic nie czuję.
- Proszę spróbować.
Mężatka pokręciła przecząco głową i spojrzała na Annę błagalnym
wzrokiem.
- Nie lubi pani słowa "wagina"?
- Nie.
- Woli pani inne słowo? Pochwa? Szparka? Cipka?
- Nie! Pani doktor, mnie tak wychowano, że to są brzydkie słowa.
- Czy lubi pani słowo łokieć?
- Może być.
- Kolano?
- Może być.
- To są słowa nazywające części ciała. Czy myśli pani, że są takie
części ciała, które nie mają prawa być?
- Mogą być, tylko po co o nich mówić.
- Tam mieszka pani kobiecość. Ruch mieszka w pani nogach, miłość w pani
sercu, a kobiecość mieszka w tym ciepłym zakątku, do którego kobiety
boją się zaglądać.
- Bo po co.
- Mam pacjentkę, która czuje tam gorącą rybę.
- Jak ryba może być gorąca? Chyba że smażona ryba?
- Żywa ryba. Błękitna ryba w zatoce nieba jasnych chmur. A czasem znów
jest jak ptak przebudzony po długiej zimie, który nie może przestać
śpiewać unoszony radością i zapachem majowej czeremchy. Czasem jest
soczystym zielonym groszkiem. Czasem jest mieniącą się perłą w kołnierzyku jasnych płatków mlecznej róży. Czasem jak kwiat
świętojańskiej nocy rozkwita sekretnie na moczarach w gorącą letnią noc.
Czasem jest wielką pszczołą na plastrze łąkowego miodu. Czasem na leśnej
polanie rośnie jak nagrzana słońcem poziomka. Czasem jak poezja jest
zaklętymi w słowach drżeniami. Szalonym tańcem wiatru na pustyni. Bywa
też smukłą łodzią, co z kroplistym pluskiem rozcina toń cichej rzeki.
Roznieconym horyzontem i ognistą kulą zachodzącego słońca. Stokrotką,
liściem dębu i baobabem.
Ciszy w gabinecie nie trzeba ratować. Milczenie składa się przecież ze
wszystkich słów, które jeszcze nie zostały usłyszane. Życie nie
potrzebuje kontroli, tylko raczej stawania się jednością z tym co jest.
Droga jest procesem. Każdy krok przynosi coś, czego nie było wcześniej.
- Chyba rozumiem - odezwała się wreszcie mężatka. - Że to jest jak
boginia?
- Boginia! - powtórzyła Anna z zaskoczeniem.
- Taka, która może się przemieniać w co chce.
- Tak!
- Tylko jakby mogła pani nie używać tych słów.
- Pochwa? Wagina?
- Właśnie tych.
- Są też inne - zaproponowała Anna. - Na przykład joni. Co pani o tym
myśli?
- Joni?...
- To słowo ze starożytnych Indii, z sanskrytu. Yoni oznaczała źródło.
Dziewczyna skinęła głową bez entuzjazmu.
- W szkole napisałam rozprawkę o oceanidach, które potrafiły zmieniać
kształt kiedy chciały być kimś innym. Mogły być kim chciały.
- Kim chciała pani być?
- Nie pamiętam.
- W Indiach uważano, że yoni jest źródłem życia i całego wszechświata
- przypomniała sobie Anna. - Czy to się pani podoba?
I poczuła nagle jak rośnie sklepienie jej wewnętrznego kosmosu
przebudzonego na dźwięk tego słowa, uświadamiając sobie jednocześnie, że
sama nigdy wcześniej tego nie poczuła i nie doświadczyła. Jak yoni
może być źródłem wszechświata? - pomyślała i podążyła za tym pytaniem na
skraj wszystkiego co zna i wie, bo zrozumiała w jednej chwili, że nikt
nie tłumaczy tego, co trwa w wieczności skąpane w atramentowej ciemności
galaktycznej ciszy. I że tylko tam znajduje się prawda i że nigdy nie
zostanie ona nazwana słowami, zapisana w księgach i pojęta. W delikatnym
dotyku gwiezdnego lśnienia, w drżeniach tego co zwykliśmy nazywać
niebem, w tragicznie jasnej pustce i mgnieniu nadziei, w ciepłym oddechu
tego, co staje się życiem, by powrócić do bezruchu. Dotykiem palców w klawisze zaklętego fortepianu, z którego płynie ledwie słyszalna muzyka
ciszy. Tym wszystkim stała się w jednej chwili. I nie chciała już być
niczym innym.