Czas na przyszłość - Michelle Smart

Reflow text when sidebars are open.
Podróżowanie prywatnym odrzutowcem okazało się dokładnie tak niesamowitym przeżyciem, jak Kate Hawkins to sobie wyobrażała.
Załoga czekała tylko na każde jej życzenie, raz po raz serwując jedzenie i pyszne drinki - zarówno z alkoholem, jak i bez. Dostała na własność prywatną lożę, jadalnię, łazienkę, a nawet sypialnię z materacem tak wygodnym, że mógłby leczyć z bezsenności... A jednak nawet ten luksus nie zdołał rozplątać mętliku w jej głowie.
Podjęła się zadania niemożliwego, a teraz nie umiała po prostu wyłączyć myśli i zasnąć.
W ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin Kate odwiedziła siedem różnych krajów na dwóch kontynentach i przeleciała przy tym tyle stref czasowych, że dawno straciła rachubę, czy jest niedziela, czy już poniedziałek. A jeśli Leander Lassidis nie znajdzie się na kolejnym przystanku, była gotowa tupać z frustracji jak dziecko. Prawdę mówiąc, zrobiła to już na Manhattanie.
Wyciągnęła pogniecioną kartkę z listą sporządzoną przez Helenę i sprawdziła, ile miejsc zostało wciąż do odhaczenia. Jakim cudem jeden człowiek mógł posiadać tyle domów?
Imperium Kate obejmowało raptem sypialnię u rodziców, do których wprowadziła się z powrotem dwa lata temu, tuż po ukończeniu studiów weterynaryjnych. Z kolei Leander, osiągający nieziemskie sukcesy magnat technologiczny, wart był miliardy i posiadał czternaście posiadłości, a jeśli kupił kolejną, o której Kate nie miała pojęcia, gotowa była rzucić się z samolotu. Jeszcze nigdy nie czuła się tak zajechana przez jet lag.
Gdy podchodzili do lądowania, nie chciało jej się już nawet pytać, do jakiego lotniska się zbliżają. Rozciągającego się za oknem widoku na piaszczyste kalifornijskie plaże również nie zaszczyciła nawet spojrzeniem.
- Następny będzie Wielki Kajman - powiedziała do załoganta ze zmęczonym uśmiechem, gdy wychodziła z samolotu. Była święcie przekonana, że zaliczy każde miejsce z listy, zanim znajdzie uciekającego pana młodego i zdoła zaciągnąć go z powrotem do Grecji. Myśl ta napawała ją takim entuzjazmem, że obawiała się, że zamorduje Leandra przy pierwszym spotkaniu.
W niedoli pocieszeniem była doskonale zorganizowana załoga - zamówiony przez nią samochód czekał na pasie, gdy tylko wylądowali. Kate osunęła się na wygodną tylną kanapę i przymknęła ciężkie powieki.
Za każdym razem, gdy to robiła, przed oczami miała te same obrazy. Wracał szok, który ukłuł ją, gdy się zorientowała, że przy ołtarzu stoi niewłaściwy bliźniak Lassidis. Surrealność chwili, gdy wymawiał przysięgę. Piękna twarz Heleny, panny młodej, porażonej wiadomością o tym, co zrobił Leander.
Kate, niewiele myśląc, zobowiązała się go odnaleźć. Leo zapewnił jej prywatny odrzutowiec i...
W szoku otwarła oczy, wyrywając się z oków jednego z tych snów, które zdają się nie mniej realne od jawy. Przez okno dojrzała obsadzoną drzewami drogę pełną tablic informujących o zakazie wstępu. Daleko przed nimi otwierał się już widok na przeszklony budynek zwrócony w stronę oceanu.
Samochód zatrzymał się gładko u końca krętej ścieżki, dokładnie przed głównym wejściem.
Wychodząc, Kate uniosła głowę, usiłując dojrzeć znaki życia albo ochroniarza, który zapewne zaraz wyrośnie zza rogu, by poinformować ją - szczerze bądź nie - że pan Lassidis jest nieobecny i nie można się z nim skontaktować, póki przebywa w podróży poślubnej.
Z tym jednym się zgadzała - jak najbardziej pan Lassidis wypoczywał po ślubie. Problem w tym, że nie ten, który powinien.
Gdy z budynku wyłonił się umięśniony pracownik, była gotowa na powtórkę z rozrywki.
Leander Lassidis skrzywił się, gdy dojrzał błyszczący, czarny samochód wynurzający się z zieleni wokół rezydencji. Słusznie się domyślał, że posłannica jego brata w końcu go odnalazła.
Wyszedł z basenu i owinął się ręcznikiem. Nie musiał instruować Masona, by odesłał niechcianego gościa. Oficjalnie Leandra tu nie było, wyjechał w podróż poślubną, czyż nie? Nie zamierzał dawać pracowniczce Leo nawet skrawka użytecznej informacji.
Zastanowił się przez moment, ile jego posiadłości kobieta musiała odwiedzić, by dotrzeć tak daleko. Mógłby się dowiedzieć, ale chwilowo odciął się od świata. Od kiedy dostał informację, że Leo spełnił swoją powinność i przejął jego rolę, nie musiał wiedzieć już niczego innego na temat zewnętrznego świata.
Po raz pierwszy w życiu Leander potrzebował prawdziwej samotności. Poza lojalnymi pracownikami kalifornijskiej posiadłości, miejsce jego pobytu znała wyłącznie personalna asystentka. Sheree towarzyszyła mu od przeszło dziesięciu lat i nie miał wątpliwości, że w tym czasie nauczyła się bezbłędnie kłamać w jego imieniu. Dyskrecja gwarantowana.
Przerzucił ręcznik przez ramię i otwarł puszkę piwa. Goryczka pasowała do jego samopoczucia. Cała ta sprawa ze ślubem poszła nie tak...
Leander kochał Helenę. Była paskudnym bobasem, który wyrósł na uroczego dzieciaka. Łaziła za nim i Leo jak szczenię podczas łączonych rodzinnych imprez, które przez wzgląd na wspólne interesy obu klanów odbywały się wcale nierzadko. Szybko stała się jednym z niewielu stałych elementów w jego życiu. Teraz, jako dorosła kobieta, była piękna i mądra, a spędzanie z nią czasu było czystą przyjemnością.
Jedyne, czego do niej nie czuł, to romantycznego pociągu. Zapewne wynikało to z faktu, że byli dla siebie jak rodzeństwo. Uczucie, a raczej jego brak, było odwzajemnione, ale nawet gdyby oboje byli sobą zainteresowani, nie odważyłby się wykorzystać okazji. Kochał ją za bardzo, by ją skrzywdzić.
Ale teraz właśnie to zrobił. Złamał dane jej słowo. Coś w jego duszy rwało się na myśl, jak skrzywdzona musiała się poczuć Helena, gdy dotarło do niej, jak ją oszukał...
Za jakiś czas, w niedalekiej przyszłości, zamierzał wrócić do Grecji, do ojczyzny, i porozmawiać z nią twarzą w twarz, zmierzyć się z bratem, a w końcu wrócić do roli męża, którą zobowiązał się dla niej zagrać. Ale jeszcze nie teraz.
Dopił piwo, by przełknąć żółć, która się w nim zbierała na myśl o tym, że niedługo będzie musiał grać kochającego mężulka do czasu, aż Helena nie dostanie swojej części spadku. Dopiero wtedy będą mogli rozwieść się i zakończyć ten głupi teatrzyk.
Musiał się ogarnąć. Pozbierać.
Otwarł kolejne piwo i pogodził się z myślą, że spędzi resztę tego dnia pijany jak szpadel.
Gotów był właśnie pójść pod prysznic, gdy bryza płynąca od strony oceanu przyniosła delikatny głos. Włoski na karku stanęły mu dęba, gdy dotarło do niego, że zna go za dobrze.
W kilku dużych krokach znalazł się przy szklanej balustradzie wyglądającej na podjazd.
Kate wystarczyło jedno spojrzenie na twarz ochroniarza.
- Niech zgadnę: pana Lassidisa nie ma w domu?
- Pan Lassidis wyjechał...
- W podróż poślubną - dokończyła za niego. - I nie ma możliwości skontaktowania się z nim.
- Przykro mi, że zmarnowała pani czas na podróż.
Dokładnie tak, jak się spodziewała. Tego samego doświadczyła na poprzednich przystankach, a jednak...
Nic w twarzy ochroniarza nie wzbudzało podejrzeń, że kłamał, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że tym razem coś jest nie na swoim miejscu. Poczucie to było wystarczająco silne, by skrzyżowała ręce na piersi i oznajmiła:
- Nie wierzę panu.
- Nie mam wpływu na to, w co pani wierzy, ale pana Lassidisa tutaj nie ma. Teraz proszę opuścić teren prywatny.
Kate zerknęła na dom za plecami ochroniarza, usiłując dojrzeć coś przez szkło, które jednak skutecznie uniemożliwiało wgląd do środka nowoczesnego architektonicznego cudeńka. Budynek o przeszklonych ścianach niewątpliwie był jednym z najbardziej imponujących, jakie w życiu widziała.
- Nalegam - ponaglił ochroniarz.
- Ja również - mruknęła nieobecnie.
Teraz już instynkt stuprocentowo podpowiadał jej, że ochroniarz kłamie. Ten dom nie stał pusty. Czuła to w kościach.
- Czy mam użyć siły, by panią usunąć?
Te słowa przywołały ją do rzeczywistości.
- Dotknij mnie palcem, a będziesz się szlajał po prawnikach do samego sądu ostatecznego - pogroziła, po czym zrobiła z dłoni megafon i krzyknęła w stronę domu: - Leander Lassidis? Wiem, że tam jesteś. Zbieraj tyłek i przestań się chować!
- To była pani ostatnia szansa. To już wtargnięcie. Proszę opuścić to miejsce albo to ja zaniosę panią do samochodu. Mogę pokierować panią do najbliższego posterunku policji, jeśli sobie pani życzy.
Kate oparła dłonie na biodrach.
- Czego sobie życzę, to żeby pański szef przestał się chować jak dziecko.
- Mason, wpuść ją.
Rozognione spojrzenie Kate pomknęło w stronę, z której doszedł niski, chropowaty głos. Na piętrze, oparty o balustradę z zaciemnionego szkła, stał nie kto inny, jak Leander we własnej osobie.
Nie była pewna, które poczucie było potężniejsze: szok na jego widok czy radość z faktu, że jej przypuszczenia się potwierdziły. Nie mogąc się powstrzymać, Kate pokazała ochroniarzowi język, gdy mijała go szybkim krokiem. Nie marnowała jednak czasu. Obawiała się, że jeśli puści okazję, Leander po raz kolejny rozpłynie się w powietrzu.
Chodnik posiadłości wiódł prosto do szerokich, marmurowych schodów. Dalej rozstępował się: jedna odnoga prowadziła do tarasu z widokiem na ocean, z kolei druga do samego domu.
Kate dopadła furtki z furią w oczach. Nie zdołała jednak uwolnić soczystej wiązanki przekleństw, bo jej oczom ukazał się Leander w pełnej krasie, ubrany jedynie w skąpe kąpielówki i ręcznik narzucony na ramiona.
- Wow! - Kate natychmiast się odwróciła, zamknęła oczy, a do tego jeszcze je zakryła. - Może coś na siebie założysz?
- Jeśli moje roznegliżowanie sprawia ci taki dyskomfort, to wiesz, jak trafić z powrotem do samochodu - rzucił ironicznie.
- Dwa dni tłukłam się samolotami po świecie, usiłując cię dopaść. Nigdzie się bez ciebie nie wybieram i dobrze to wiesz. Ubieraj się albo puszczę pawia.
Usłyszała za plecami teatralne westchnienie, a po chwili obietnicę:
- Możesz odsłonić oczy. Już wyglądam przyzwoicie.
- Na pewno?
- Te płytki kosztowały fortunę. Nie ryzykowałbym, że mi je zabrudzisz.
Ostrożnie odrywając dłoń, Kate odwróciła się, by na niego zerknąć - a potem zacisnęła powieki jeszcze mocniej niż poprzednio.
Jedyne, co się zmieniło, to że ręcznik z jego ramion teraz owinięty był wokół bioder.
- Inaczej interpretuję "przyzwoicie".
- Nie sądziłem, że jesteś takim wrażliwym kwiatuszkiem.
- Tylko wtedy, kiedy moje oczy krwawią.
- Przyleciałaś tu przez pół planety tylko po to, żeby mnie obrażać?
Wciąż stojąc do niego tyłem, zacisnęła dłoń na małej torebce i wyobraziła sobie, jak dzieli go nią po łbie.
- Leander, przeprowadzam się do Borneo za tydzień i jak zapewne wiesz, mam milion rzeczy do zrobienia, więc skończ się bawić i załóż coś normalnego. Musisz się ubrać na lot do Grecji, więc zrób to od razu, zanim się przekonasz, że jeszcze nawet nie zaczęłam cię obrażać.
Zapadła krótka, ale pełna napięcia cisza.
- Jak by ci to powiedzieć... Nie.
- Co "nie"? - spytała szorstko.
Bardziej poczuła, niż usłyszała, jak się oddala.
- Wszystko. Nigdzie nie jadę, więc oszczędź sobie gadania, a mi uszu, i wracaj na lotnisko. A potem spokojnie się spakuj i zacznij swoje nowe życie.
W jednej chwili odwróciła się wściekle.
Leander siedział na jednej z szarych sof przy basenie z piwem w ręce. Długie opalone nogi wyciągnął swobodnie przed sobą.
- No cóż, bez ciebie nigdzie się nie wybieram - warknęła. - Obiecałam Helenie i temu twojemu braciszkowi, że zaciągnę cię z powrotem do Grecji, i zamierzam dotrzymać słowa.
- No to powiedz temu mojemu braciszkowi, że zgodnie z umową wrócę przed końcem miesiąca miodowego, ale na własnych zasadach. Zmykaj, kwiatuszku, psuj dzień komuś innemu.
- Nie ma opcji.
Kate dojrzała nieotwartą butelkę piwa w wiaderku lodu na stole. Złapała je i zębami zerwała kapsel. Spragniona po podróży, natychmiast upiła kilka dużych łyków.
- Niezły trick.
- Co nie? - Opadła na sofę sąsiadującą z tą, na której siedział Leander, i odtworzyła jego pozę, bez przerwy mu się przyglądając. - Jeden z braci mnie tego nauczył na osiemnaste urodziny.
- Równy gość. Może jego pomęcz swoją obecnością.
- Już nieraz męczyłam swoich braci i wiesz, co to oznacza? Mam sporo doświadczenia w radzeniu sobie z irytującymi facetami, więc teraz sobie tu z tobą pobędę i będę cię irytować, póki się nie poddasz i nie wrócisz ze mną do Grecji.
Zacisnął mocniej zęby, ale jego głos pozostał niewzruszenie swobodny, zupełnie jak na początku rozmowy.
- Kate, wróć do domu.
- Obiecałam Helenie - powtórzyła uparcie. - A w przeciwieństwie do niektórych, ja dotrzymuję obietnic.
- Mówiłem ci, powiedziałem Leo, że...
- Tak, tak. Jakie szczęście, że usłyszał wiadomość, którą mu zostawiłeś, w porę przed ślubem - parsknęła. - Powiedziałeś też Helenie, że będziesz na nią czekał przy ołtarzu.
Znów grymas wykrzywił lekko jego twarz.
- Leonidas mnie zastąpił.
- Tak, ale nie jest mu to na rękę. Helena obawia się, że przedwcześnie skończy tę farsę, a to będzie oznaczało, że poczeka jeszcze dwa lata na spadek. Ona naprawdę potrzebuje tych pieniędzy.
- Leo nie wycofa się przed czasem. - W końcu uważniej na nią spojrzał. - Po co wszyscy się tak martwią? Wrócę we właściwej chwili. Wszystko jest pod kontrolą.
- Jak możesz tak mówić? Twój brat jest wściekły, twoi rodzice... - Pokręciła głową z niedowierzaniem. - Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, co sobie myślą. Robią dobrą minę do złej gry, ale widać, że są w szoku. A Helena...
- Helena ma ślub, którego chciała.
- Z niewłaściwym bratem, który wcale nie jest przy tym słodkim misiem! Leo lubi Helenę mniej więcej tak bardzo, jak ty mnie.
- Co masz na myśli?
Roześmiała się.
- Och, daj spokój, Leander. Nie udawaj. Wiem, że za mną nie przepadasz. Nawet Helena pytała, co takiego ci zrobiłam.
Przez całe piętnaście lat przyjaźni z Heleną Kate dużo się nasłuchała o Leandrze Lassidisie. Nie miała okazji poznać go osobiście, póki nie przybyła na grecką wyspę na tydzień przed weselem. Cieszyła się na perspektywę spotkania mężczyzny, o którym tak dobrze mówiła przyjaciółka - była pewna, że natychmiast się polubią i przez kilka pierwszych dni zdawało się, że było to trafne przypuszczenie. Leander okazał się rozrywkowym wesołkiem, i to dokładnie tak czarującym, jak wynikało z opowieści. Piątej nocy poleciał z nimi obiema do Aten, gdzie stołowali się w doskonałych restauracjach, a potem zabrał je do jednego ze swoich nocnych klubów. Kate jeszcze nigdy nie bawiła się tak dobrze. Późną nocą impreza przeniosła się do jego luksusowego apartamentu, gdzie zaprosił znajomych, a drinki z palemkami lały się aż do białego rana.
Kate nie należała nigdy do imprezowiczek i nie sądziła nawet, że potrzebowała tak widowiskowej celebracji. Cała ta noc okazała się jednak doskonałym sposobem na uczczenie nowego etapu, w który już niebawem miała wkroczyć.
Do życia wróciła dopiero kolejnego wieczora, gdy z potężnym kacem wyszła do kuchni. Tam zastała Leandra pochylonego nad kuchenną wyspą. Nie pamiętała, co powiedziała; rzuciła na pewno jakimś kiepskim żartem o kacu, ale kiedy mężczyzna podniósł wzrok, coś się w nim zmieniło.
- Boli mnie głowa. Docenię trochę ciszy - powiedział lodowatym tonem.
W pierwszej chwili nie wzięła tego do siebie - kac rządzi się bowiem własnymi prawami - i czekała na rychły powrót Leandra-wesołka. I doczekała się. Leander wrócił do siebie, zanim zdążyli wyjechać z Aten... z tym że nie wobec niej.
Nie ignorował jej, ale traktował z dystansem, by nie powiedzieć: pogardą. Gryzło ją to, ale czara goryczy przelała się kolejnego dnia, gdy leżała nad basenem jego posiadłości. Helena poszła na chwilę do domu, znaleźć ładowarkę, była więc sama, gdy Leander wyszedł na taras. Spojrzał na nią, po czym bez słowa odwrócił się na pięcie i odszedł. Wtedy dostała potwierdzenie - ten facet absolutnie jej nie znosił.
Wspomniała o tym Helenie, bo obawiała się, że nieświadomie zrobiła coś, co go uraziło. Przecież przeprosiłaby, gdyby wiedziała za co.
- Powiedziałeś jej, że nie masz ze mną problemu, ale nie jestem głupia. Szczerze mówiąc, nie obchodzą mnie już nawet powody, musisz po prostu...
- Nie chciałem sprawić Helenie przykrości, mówiąc jej prawdę, ale tobie chętnie zdradzę, czemu cię nie lubię - wtrącił się i zdjął okulary przeciwsłoneczne, by skupić na niej ciemnobrązowe oczy. - Jesteś jak brzęcząca pszczoła koło ucha. - Wykonał palcami wymowny ruch paplania dla podkreślenia słów i nachylił się do niej ostrzej. - Nie wiesz, kiedy się zamknąć, a to, co mówisz, wpada jednym uchem, a drugim wychodzi, bo jest tak nieważne. Zakładam, że ktoś pisze te egzaminy weterynaryjne za ciebie, bo jesteś chodzącym przykładem tępej blondynki, z których żartowało sobie poprzednie pokolenie.
Wstał, uśmiechnął się złośliwie i dodał:
- Powiedz Helenie i mojemu bratu, że wrócę przed końcem miesiąca miodowego, jak obiecałem. Do wyjścia trafisz sama.