Rozdział 1
To był przeciętnie zły czwartek. Znacie takie dni; gdyby narysować zbiory "Wpadki szkolne" i "Wpadki społeczne", ten dzień byłby w samym środku części wspólnej.
Szkolną wpadką było niedokończenie wypracowania na geografię o południowoamerykańskim eksporcie. Społeczną - wylanie na siebie w czasie lunchu sporej ilości salsy z wielkiej porcji nachosów.
- To jeszcze nic, musiałbyś zobaczyć tego drugiego gościa - powiedziałam mojemu przyjacielowi, Duncanowi.
- Masz na myśli nachosy? - odpowiedział.
- Tak. Ja przynajmniej nie zostałam zjedzona przez nieskoordynowanego giganta.
Usiadłam w stołówce, myśląc o innych zbiorach, w których mogłabym umieścić dzisiejszy dzień ("Czy ta koszulka w ogóle była czysta, gdy ją wkładałam?" i "Czy jestem jedyną osobą, której nie obchodzi ten jakiś wczorajszy mecz, czy inny sport?"), kiedy wszedł on.
Zanim wam o nim opowiem, ważne, byście wiedzieli, że zwykle nie robię takich rzeczy. Nigdy ich nie robię. Prawie nigdy nie robię takich rzeczy.
Ludzie siedzący przy innych stołach wydawali się nieporuszeni obecnością zdumiewająco przystojnego nowego ucznia. Ja tam odczuwałam pewne poruszenie.
Pasował w sam środek przecięcia zbiorów zatytułowanych "Atrybuty, które zdaniem Sofii czynią cię boskim".
Wśród zbiorów znalazły się następujące:
- chudy,
- tajemniczy,
- pewny siebie,
- dobrze ubrany
i
- pozostałe pociągające cechy, gdzie indziej nieokreślone.
Był naprawdę chudy. Na pewno unikał sportów. Wyglądał, jakby jego przeznaczeniem było picie kawy i wyrażanie opinii o muzyce. Miał takie długie, eleganckie palce, ukryte w cienkich rękawiczkach. Położył dłonie bezczynnie na stole obok swojej tacy, wpatrując się w przestrzeń.
Mimo że wziął tacę, nie miał nic do jedzenia. Jakby to było nie dość dziwne, miał na sobie bluzę z kapturem, co nie jest tutaj zbyt popularne - w Rock Ridge jest zawsze za gorąco na długi rękaw. Nawet zimą przez większość dni można nosić szorty.
Wyjął telefon i zaczął coś czytać.
Kiedy zastanawiałam się nad tym dziwnym zachowaniem, zauważyłam, mimo dzielącej nas odległości, przenikliwą czerń jego oczu. Właściwie to były one osadzone tak głęboko, że w cieniu kaptura nie dało się nawet dostrzec, czy w ogóle je miał. A jednak było coś hipnotyzującego w tej pustce. Mogłabym wpatrywać się w nią przez cały dzień, gdyby nie straszliwy fakt, który sobie nagle uzmysłowiłam.
Skoro mogłam zobaczyć okolice jego oczu, musiał na mnie patrzeć. Boże!
Szybko odwróciłam wzrok, jakbym była szczeniakiem, który interesuje się wszystkim wokół. Pewnie, patrzyłam na ciebie, ale teraz patrzę na plakat Kate, która startuje w wyborach na przewodniczącą rady uczniów. Teraz patrzę na wywietrznik klimatyzacji. Patrzę na wszystko, nie tylko na tego nowego przystojnego kolesia. Tak mam, że się gapię. Nic w tym niezwykłego.
Kontynuowałam swój blef, gdy poczułam jego spojrzenie na karku i lekko zadrżałam.
Liceum w Rock Ridge było niewielką szkołą średnią, a stołówka już w ogóle była zupełnie mała - razem może z piętnaście stołów. Ponieważ nie było miejsca dla wszystkich, pozwalano nam jeść lunch na zewnątrz (jeśli tylko ktoś znalazł wystarczająco zacienione miejsce) lub nawet poza terenem szkoły.
Oczywiście, wybór między wycieczką z przyjaciółmi do miejscowego fast foodu a kiszeniem się w dusznej stołówce w szkole nie był trudny, więc zostawały tylko młodsze dzieciaki i mniej popularni uczniowie. Ja byłam raczej w tej ostatniej kategorii, ale siedziałam w stołówce głównie dlatego, że tata uważał wychodzenie ze szkoły w środku dnia za niebezpieczne.
Duncan zostawał, żeby dotrzymać mi towarzystwa. Jego ojciec nie zabraniał mu wychodzić, dokądkolwiek chciał, jednak mimo to wolał jeść ze mną, co było bardzo szlachetne z jego strony.
- Co jest z tym nowym? - zapytał rozbawiony. - Patrzy na nas, jakbyśmy to my byli dziwadłami. Co on ma na sobie?
Przyznaję, że było to dziwne. Bluza, luźne spodnie i rękawiczki, które wyglądały trochę jak bandaże - wszystko w kremowym kolorze. Młodzi w Rock Ridge skłaniali się raczej ku dżinsom i koszulkom z napisami. Była jednak niezwykła pewność siebie w tym, jak bardzo inaczej wyglądał; chybaby się nawet nie obraził, gdyby usłyszał, że Duncan się z niego nabija.
Nie żeby Duncan był wredny. To miś, który zamiast być przytulaśny, jest masywny, umięśniony i otwarty w kontaktach z ludźmi. Odkąd parę lat temu zaczął grać w bejsbol, naprawdę przypakował. Nie dało się nie polubić Duncana od pierwszej rozmowy, ale mięśnie zmieniły to, jak patrzyły na niego dziewczyny. Łaziły za nim na przerwach i otaczały go, reagując chichotem na każde jego zdanie.
Z jakiegoś powodu wydawał się ignorować ich uczucia i wolał spędzać czas ze mną. Przypuszczam, że się ich bał, a ja nie byłam niebezpieczna, prawda? Znaliśmy się od dziecka, więc chociaż to brzmi banalnie, byliśmy jak brat i siostra.
Nie, stać mnie na lepsze wyjaśnienie. To było tak, jakby ktoś trzymał świnię jako zwierzę domowe i lubił ją tak bardzo, że aż zapominał, do czego zwykle służą świnie - do jedzenia. Mógłby nawet jeść bekon na jej oczach, nie po to, by ją obrazić, ale dlatego, że nie myśli o niej jako o bekonie.
Hmm... Teraz zaczyna to brzmieć średnio. Miałam na myśli, że to ja jestem świnią w tej metaforze. I poważnie, jeśli Duncan chciałby jeść przy mnie szynkę, to spoko. Byliśmy po prostu naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Naprawdę dobrzy przyjaciele, którzy porównują się nawzajem do świń.
Pogrążam się, prawda? Byliśmy jak brat i siostra.
Patrzyłam na nowego. Gdy wrócił do przeglądania telefonu, zauważyłam ze zdziwieniem, że zamiast palców używa jakiegoś rysika. Kolejna dziwna rzecz. Może był artystą? Znów przyłapał mnie mnie na tym, że się na niego gapię, i się uśmiechnął. Zadrżałam.
Jezu. Dlaczego na niego patrzyłam? Co ważniejsze: dlaczego on patrzył na mnie? Nawet w tej stołówce dla przegrywów nie byłam najbardziej atrakcyjną dziewczyną, absolutnie. Nie żebym była nieatrakcyjna; kolor beżowy też nie jest nieatrakcyjny, albo słowo "satysfakcjonujące" czy numer sześć. Ale nikt nie zaprasza na randkę numeru sześć, nawet jeśli ma poczucie humoru.
Powinnam opisać siebie lepiej, ale, ech, nie chce mi się.
Dobra, spróbuję. Mam boleśnie proste brązowe włosy, które zwykle sięgają mi ramion. Nie przejawiam szczególnego zamiłowania do makijażu. Jasne, raz na jakiś czas mam taką fazę, że kupuję trochę różnych mazideł i używam ich przez jeden, dwa dni, a potem rezygnuję. Noszę okulary. No nie wiem; co jeszcze? Moja twarz jest zaokrąglona, ale ciało przypomina raczej prostopadłościan. Wyglądam jak piłka do kosza na dużym pudełku na dwóch podłużnych pudełkach. Z okularami na tej piłce.
Ech, o wiele łatwiej opisuje się innych ludzi.
O, wiem. Może chcesz usłyszeć listę moich pięciu najmniej lubianych cech? Z tym nie mam problemu. Moje łydki są za grube. Mam taką przerwę między dwoma przednimi zębami, a ta obok nich, po prawej stronie, zawsze mnie denerwowała. Na każdym zdjęciu mam zamknięte oczy, co może nie jest cechą wyglądu, ale jeśli ktoś zna mnie tylko ze zdjęć, to składam się dla niego w osiemdziesięciu procentach z powiek. Skoro jesteśmy przy oczach, moje rzęsy są zbyt krótkie. Nie jakoś dziwacznie krótkie, jednak zawsze chciałam mieć piękne długie rzęsy. Jestem zbyt blada. Tadam! Opisana.
Może to wszystko trochę czepianie się, ale kto nie jest czepialski w stosunku do własnego wyglądu? Poza tym to wy chcieliście wiedzieć, jak wyglądam, nie wiadomo po co. To wasza wina.
- Hej, księżniczko Sofio?! Jesteś ciągle ze mną? Przez ciebie oboje źle wypadamy.
- Przepraszam, Dunc. Masz rację. To dziwne. Wygląda... dziwnie.
- Dobra już. Najwyraźniej jesteś w nim zakochana, tylko nie chcesz o tym mówić. Zaproś mnie na swój ślub.
Uderzyłam Duncana w ramię. Byłam pewna, że nigdy nie wyjdę za mąż, ale gdyby jednak, to na pewno poproszę go, by był druhną. Nie będę wymagać, by znalazł sukienkę w rozmiarze XXL, jednak chciałabym, by był przy mnie, no i na pewno świetnie zaplanowałby wieczór panieński.
Poznaliśmy się, kiedy miałam osiem czy dziewięć lat i tata wjechał naszym subaru w minivana jego rodziców na parkingu sklepu Rascal. Podczas kłótni o to, po czyjej stronie leżała wina, zdali sobie sprawę, że mają wiele wspólnego. Łowienie ryb, kręgle, Dodgersów i lody.
Gdy tak staliśmy na parkingu, z przerażaniem obserwując tę awanturę przeistaczającą się w bromance, Duncan i ja zdaliśmy sobie sprawę, że też mamy wiele wspólnego. Głównie wstręt do łowienia ryb, kręgli i drużyn sportowych, niezależnie od nazwy. No, lubiliśmy lody, ale to raczej norma.
Od tamtej pory byliśmy nierozłączni, mimo że okres dojrzewania walnął w jedno z nas jak ciężarówka wypełniona testosteronem. Duncan urósł trzykrotnie, podczas gdy ja pozostałam przy moim kompaktowym rozmiarze.
- No to jak? Czy ojciec pozwoli ci wyjechać z nami na weekend?
Rock Ridge leżało tylko kilka godzin od Los Angeles, jednak wystarczająco daleko, by był to zupełnie inny świat. Miasto było całkowicie otoczone pustynnymi górami, wywołującymi poczucie uwięzienia; żyliśmy w tym gorącym i suchym klimacie jak w ogromnej dziurze w asfalcie.
Dla fanów małomiasteczkowego życia, spacerów w górach, spania pod namiotem i sztuki Indian było to świetne miejsce. W ofercie również: nagłe burze piaskowe, dziwne bunkry po starych testach wojskowych oraz wycieczki do Doliny Śmierci - dla tych, którzy naprawdę nienawidzą komfortu.
Sama byłam nawet fanką suchych upałów, ale ludzie, którzy lubili robić coś w weekendy, czuli się w Rock Ridge jak w więzieniu.
Wyjątkowo nie znosiłam kempingowania, tego nadprogramowego brudu i braku dostępu do internetu. Rodzina Duncana uwielbiała takie wycieczki; już od paru miesięcy marudził mi, żebym się z nimi zabrała. Udawało mi się migać aż do dziś, do ostatniego momentu.
- Będzie fajnie. Możemy zbadać teren w pobliżu jaskini, którą znalazłem ostatnim razem. Tego lata chcę się ubiegać o pozwolenie na przekopanie jej w poszukiwaniu artefaktów plemienia Coso.
Zapomniałam wspomnieć: poza zwyczajnymi zainteresowaniami, jak kemping i bejsbol, umięśniony miś Duncan uwielbiał archeologię. Czyli naprawdę nie przypominał misia. Chyba nie potrafię też opisywać innych ludzi.
Chociaż sama nie mam pojęcia o archeologii, pochwalę się teraz trochę osiągnięciami Duncana. Był całkiem znanym kopaczem. Najmłodszym autorem opublikowanej pracy naukowej o rdzennych mieszkańcach południowo-zachodniej Ameryki. Specjalizował się w plemieniu Coso, które żyło w tym rejonie, zanim rozpowszechnienie klimatyzacji uczyniło go chociaż trochę zdatnym do zamieszkania. Naruszanie artefaktów rdzennych mieszkańców jest zwykle nielegalne, ale Duncan był jedną z czterech osób w naszym stanie, które uzyskały od plemienia specjalną dyspensę na prowadzenie wykopalisk w ich imieniu. Jako jedyny z tej czwórki nie miał doktoratu, więc było to naprawdę imponujące (dla każdego, kto się takimi rzeczami interesował). Czasem udawałam zainteresowaną, by sprawić Duncanowi przyjemność.
- Dam ci znać - powiedziałam. - Tacie nie podoba się, że jego najlepszy przyjaciel i córka mają jechać tym samym kamperem. To jak z kodami nuklearnymi czy składem coca-coli. Jeśli będziemy mieli wypadek, straci dwójkę najważniejszych ludzi w swoim życiu.
- To całkowicie bezpieczne. Mój tata zadzwoni do twojego.
- No nie wiem.
Zadzwonił dzwonek, a w stołówce rozległ się zbiorowy jęk. Nie miałam zamiaru spierać się z tłumem. Jedyna rzecz, której nienawidzę bardziej niż geografii, to geografia w dzień, w który zapomniałam odrobić zadania.
- Dam ci znać, Dunc. Bez obietnic.
Duncan spojrzał na mnie wzrokiem szczeniaczka. Napakowany archeolog amator o wzroku szczeniaczka. Czy nie jest coraz trudniej go sobie wyobrazić za każdym razem, gdy go opisuję? Przepraszam.
Trzepnęłam go.
- Przestań. Wiesz, że nie potrafię odmówić, kiedy patrzysz na mnie w ten sposób.
Oczy Duncana zajmowały pół twarzy, a jego wargi drżały.
- Przesadziłeś. Teraz wyglądasz żałośnie. Do zobaczenia po geo.
- Postaraj się nie wyjść za mąż za tego nowego.
- Postaraj się nie zamknąć, Duncan! Albo, wiesz, postaraj się zamknąć! Ych!
Speszonym wzrokiem szukałam nowego, ale zniknął. Na miejscu, które niedawno zajmował, pozostała mała chmurka pyłu. To przecież niemożliwe, bym już za nim tęskniła, prawda?
Ruszyłam do klasy, zastanawiając się, czy ten czwartek nie był znacznie gorszy, niż początkowo zakładałam.
Pomimo niewielkich rozmiarów liceum Rock Ridge High składało się z sześciu budynków, połączonych betonowymi ścieżkami. Sporadyczne kępki bylicy były jedynym urozmaiceniem jałowej przestrzeni między ceglanymi budynkami. Ziemia była tak tania w tym regionie, że szkoła mogła pozwolić sobie na rozległą zabudowę na pokaz. Nauczyciele twierdzili, że ten układ miał przypominać uniwersytecki kampus, aby przygotować nas na przyszłość, jednak przede wszystkim przygotowywał nas na wieczne spóźnianie się na zajęcia, na których wszyscy pojawiali się lśniący od potu.
Szłam powoli, wypatrując nowego pośród małych gromad uczniów, jednak nigdzie go nie widziałam. Wszyscy chodzili dwójkami i trójkami, ale ponieważ Duncan był moim jedynym przyjacielem i zmierzał w przeciwnym kierunku, byłam zdana na siebie. Ociągałam się, udając, że sprawdzam wiadomości w komórce. Przez chwilę przeglądałam telefon bez celu. Zapisałam przypomnienie o tym, że muszę znaleźć sposób na wymiganie się od biwakowania.
Dodałam kolejne przypomnienie, o rozrysowaniu tych bekowych zbiorów, które sobie wyobrażałam. I o wyszukaniu informacji na temat cienkich, powiewnych kapturów. I o znalezieniu tego nowego faceta na Instagramie i przejrzeniu wszystkich jego zdjęć w środku nocy. Usunęłam to ostatnie przypomnienie, na wypadek gdybym w drodze do domu wpadła pod samochód, bo wtedy policja przejrzałaby mój telefon; ale zachowałam je w pamięci, gdyż zdecydowanie miałam zamiar to zrobić.