Czas mroku. Cykl Czerwony świt. Tom 5 - Pierce Brown

Kup ebooka

79.00 zł
67.15 zł (64,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3. Darrow

3

Dar­row

Bóg Burzy

Z racji swo­ich trau­ma­tycz­nych naro­dzin Mer­kury jest pla­netą z tem­pe­ra­men­tem, skłonną do zmien­nych nastro­jów i kon­tra­stów kli­ma­tycz­nych. Uzna­jąc, że łatwiej jest zmie­nić pla­netę niż ludzką naturę, Złoci twórcy świa­tów wyko­rzy­stali ste­row­niki masy na Mer­kurym, żeby zmie­nić pręd­kość jego obro­tów i dosto­so­wać ją do ziem­skiej. Tak auto­ry­tarne ter­ra­for­mo­wa­nie jest cza­sem konieczne, ale pozo­sta­wia widoczne bli­zny.

Na bliź­nie, gdzie Morze Syko­raks spo­tyka się z lodem polar­nym, para sączy się z sze­ro­kiej szcze­liny, którą kowale Har­nas­susa wycięli w fasa­dzie lodowca. Świa­tła lądo­wi­ska witają nas w głębi lodowca, gdzie wokół wykopu tętni życiem pro­wi­zo­ryczny prze­my­słowy świat. Kiedy lądu­jemy, roz­le­głe koszary, warsz­taty inży­nie­rów i sto­łówki przy­po­mi­nają dzie­cięce klocki w porów­na­niu z masą metalu wyko­paną z lodu. Sta­ro­dawna machina wygląda jak obró­cona do góry nogami sko­rupa żół­wia prze­szyta trój­zę­bem.

Impe­ra­tor Cadus Har­nas­sus, ter­rań­ski boha­ter ze Sta­rego Tokio, wita mnie na obsy­pa­nym pia­skiem lądo­wi­sku. To cho­dząca geoda -?przy­gar­biony, powolny w ruchach, o bru­nat­nej skó­rze i kar­to­flo­wa­tym nosie pijaka na twa­rzy, która tym bar­dziej przy­po­mina roze­źlo­nego szcze­niaka, im bar­dziej Har­nas­sus prze­kra­cza pięć­dzie­siątkę, a wszystko to skrywa skom­pli­ko­waną inte­li­gen­cję inży­niera od astro­Pan­ce­rzy, który stał się boha­terem swo­jej kasty.

Przez osiem lat zacho­wał swój uko­chany ter­rań­ski drugi Legion Kowali nie­tknięty. W tej woj­nie Złoci mogą mieć mono­pol na super­żoł­nie­rzy i zro­zu­mie­nie woj­sko­wej dok­tryny, ale my mamy mono­pol na kre­atyw­ność. Cho­ciaż nie­chęt­nie to przy­znaję, wiele z tego zawdzię­czamy Har­nas­su­sowi.

Mie­wa­łem genial­nych dowód­ców, głu­pich dowód­ców i krwa­wych dowód­ców, ale zna­le­zie­nie dowódcy zrów­no­wa­żo­nego jest rów­nie trudne jak zna­le­zie­nie uczci­wego czło­wieka w gil­dii Srebr­nych. Gdyby tylko ten opa­no­wany dowódca nie pra­gnął zasiąść pew­nego dnia na miej­scu mojej żony.

For­mal­nie rzecz bio­rąc, on jest arcy­im­pe­ra­to­rem tej armii, a ja czło­wie­kiem wyję­tym spod prawa.

To wła­śnie jego senat wyzna­czył na mojego zastępcę, kiedy pod­ją­łem dzia­ła­nia na wła­sną rękę. Wie­dzieli, że Orion jest zde­cy­do­wa­nie zbyt lojalna wobec mnie. I to wła­śnie Har­nas­sus albo dla korzy­ści poli­tycz­nych, albo z racji pedan­tycz­nego posłu­szeń­stwa wobec prawa prze­gło­so­wał Orion i ode­słał pra­wie połowę floty z powro­tem na Lunę, przy­go­to­wu­jąc Ata­lan­tii pole do ataku. Minęły czasy, kiedy mógł usiąść przy dowol­nym stole i poga­wę­dzić z pie­chotą. Żoł­nie­rze, podob­nie jak Orion, obar­czają go winą za obecną sytu­ację.

Osta­tecz­nie jed­nak to nie Har­nas­sus posta­no­wił zaata­ko­wać Mer­ku­rego, ale ja.

-?Spójrz­cie na to: Żywy Mit i jego szcze­niak. -?Poma­rań­czowe oczy Har­nas­susa spo­glą­dają na Rhonnę i na mnie, jakby bawił go jakiś pry­watny żar­cik. -?Przy­szli­ście dołą­czyć do mnie w moim wygna­niu na pół­nocy?

-?Masz opóź­nie­nia w reali­za­cji planu, impe­ra­to­rze -?mówię, salu­tu­jąc.

Odpo­wiada bez prze­ko­na­nia i spluwa prze­żu­tym tyto­niem, który zama­rza na jego splą­ta­nej bro­dzie.

-?Wobec tego plan jest zły. -?Dra­pie się po gło­wie i wyciąga włos. Nie­wiele mu już ich zostało. -?Moi chłopcy harują jak woły z powodu tego sza­leń­stwa, które obmy­śli­łeś razem z tym Nie­bie­skim pusta­kiem.

Kiwam głową na inży­nie­rów, któ­rzy wysia­dają z paru­ją­cych pro­mów.

-?Dla­tego przy­wio­złem wię­cej ludzi. Cała Sie­dem­nastka należy do cie­bie. Ich sil­nik burzowy na Pust­ko­wiu jest już gotowy. Orion ma swoje cztery w Syko­raks na głę­bo­ko­ści dwóch kilo­me­trów gotowe już od tygo­dnia.

Marsz­czy czoło.

-?Masz ich jesz­cze pięć? Trzeba było mi powie­dzieć.

-?Mam ich jesz­cze sześć. Bez­pie­czeń­stwo ope­ra­cyjne to sprawa nad­rzęd­nej wagi.

-?Ład­nie ują­łeś fakt, że mi nie ufasz.

-?Zaufa­łem ci w kwe­stii tego jed­nego, prawda?

-?Na tyle, że zja­wi­łeś się tu oso­bi­ście. Zatem sie­dem w sumie. -?Zaczyna kal­ku­lo­wać. -?Jak gorący jest kocio­łek tej wiedźmy? Czter­dzie­ści, czter­dzie­ści jeden?

-?Czter­dzie­ści trzy stop­nie Cel­sju­sza -?mówi Orion, kiedy wysiada za mną z promu.

Ota­cza ją szóstka jej burzo­wych pilo­tów. Ukry­wam iry­ta­cję. Miała pocze­kać. Har­nas­sus przy­gląda się jej. Na osob­no­ści wyra­ził wąt­pli­wo­ści co do jej psy­chicz­nej goto­wo­ści do pod­ję­cia obo­wiąz­ków. Ofi­cjal­nie salu­tuje ofi­ce­rowi rów­nemu rangą.

-?Zaokrą­gla­łem.

-?Cóż, twój rodzaj może pozwo­lić sobie na zaokrą­gla­nie. W prze­ci­wień­stwie do tych, któ­rzy umie­rają.

-?Dzi­wię się, widząc cię w tere­nie, impe­ra­tor Aqu­arii. -?Har­nas­sus obraca zgar­bione ramiona w moją stronę. -?Co ona tu robi?

-?Powiem ci pod­czas odprawy.

-?Jasne, bez­pie­czeń­stwo ope­ra­cyjne. Wiesz, Aqu­arii, ich mete­oro­lo­dzy wychwycą nagły skok. Może i są to wredni mali wataż­ko­wie po pra­niu mózgu, ale nie są tak głupi jak wy. Lecie­li­ście tym samym pro­mem? Szlag! A gdyby Rycerz Stra­chu dopadł was oboje?

-?Wtedy speł­ni­łoby się twoje marze­nie -?odpo­wiada Orion. -?Wresz­cie dowo­dził­byś armią. Moje sil­niki leżą wzdłuż pasma wul­ka­nicz­nego. Twoi... wataż­ko­wie uznają, że to kominy hydro­ter­malne. Ni­gdy nie przyj­dzie im na myśl, że tem­pe­ra­tura może się pod­nieść do pięć­dzie­się­ciu Cel­sju­szy.

-?To po co, u dia­bła, potrzebny jest wam jesz­cze ten?

-?Dla peł­nej kon­troli -?mówi Orion.

-?Peł­nej kon­troli? -?Podej­rze­nia Har­nas­susa, że zata­jano przed nim infor­ma­cje, zostają potwier­dzone. Pio­ru­nuje wzro­kiem sil­nik. -?Nie czy­ta­li­ście opo­wie­ści? Pan­dora nie lubi, kiedy ktoś grze­bie w jej puszce.

Orion patrzy na niego z takim sza­cun­kiem, jaki Sevro oka­załby szcze­gól­nie małemu bala­skowi.

-?Pan­dora to fik­cja stwo­rzona przez męż­czyzn, żeby obwi­nić kobiety za błędy tego świata. Nie jestem fik­cją. Zatem możemy obej­rzeć towar? Czy mamy stać tutaj, łapać się nawza­jem za słówka i odmra­żać sobie tyłki, a ja będę uda­wała, że sto tysięcy moich mary­na­rzy nie zgi­nęło z powodu two­ich poli­tycz­nych noc­nych fan­ta­zji?

Dwa nie­po­ru­szone głazy pio­ru­nują się wzro­kiem.

-?Skoń­czy­li­ście? -?pytam. -?Tak, skoń­czy­li­ście. Chcę, żeby maszyna unio­sła się w powie­trze. W tej chwili.

* * *

Lód ma kolor zmar­z­nię­tych ust. Męż­czyźni i kobiety ze sław­nego dru­giego legionu mro­wią się na meta­lo­wym kadłu­bie wyko­pa­nego kolosa. Uwię­ziony od wie­ków pod lodem kadłub, któ­rego krzy­wi­zna gór­nej powierzchni ma pra­wie kilo­metr śred­nicy, jest wypa­czony i pokryty szcze­li­nami. Har­nas­sus kręci się po obwo­dzie wyko­pa­li­ska i wrzesz­czy w tech­no­żar­go­nie. Jest pode­ner­wo­wany, odkąd Orion i jej Nie­bie­scy weszli do maszyny ponad dwie godziny temu.

Mistrz Stwórca Gli­ra­stes stoi zawi­nięty w futro z polar­nego niedź­wie­dzia. Szczu­pły, łysy i okrutny przy­po­mina sępa; naj­słyn­niej­szy rze­mieśl­nik Wspól­noty marsz­czy nos i wciąga kre­skę dia­bel­skiego pyłu z dozow­nika. Jest Poma­rań­czowy jak Har­nas­sus, ale należy do cał­kiem innej klasy -?takiej, która zada­wała się ze Zło­tymi autar­chami, rzeź­biąc dla nich biblio­teki i two­rząc dla ich przy­jem­no­ści tajem­ni­cze urzą­dze­nia od Mer­ku­rego po Lunę. Nie należy do Powsta­nia, cho­ciaż jego współ­praca była klu­czowa dla mojego Desz­czu na tej pla­ne­cie.

-?Zdzia­ła­łeś cuda -?mówię do niego.

-?On mówi, że to cud. -?Mistrz Stwórca pry­cha drwiąco, wcią­ga­jąc resztkę nar­ko­tyku pra­wym noz­drzem gar­ba­tego nosa. -?Kiedy zają­łeś tę pla­netę, powie­dzia­łeś, że w ciągu roku zapła­czę z rado­ści na widok owo­ców, jakie przy­nie­sie jeden rok wol­no­ści. Spójrz na tę twarz, młody wojow­niku, i powiedz, czy wypeł­nia ją radość?

-?Rok się jesz­cze nie skoń­czył.

-?Te maszyny dys­po­nują pier­wotną mocą, która nie zważa na ludz­kie potrzeby -?odpo­wiada, odwra­ca­jąc się do mnie, i pio­ru­nuje mnie złym wzro­kiem. -?Zwa­żyw­szy na to, ile wło­ży­łem w to pracy, ufam, że dotrzy­masz słowa.

Zanim moje legiony zajęły pla­netę, obie­ca­łem Gli­ra­ste­sowi, że będziemy uni­kać bom­bar­do­wa­nia zalud­nio­nych ośrod­ków. Z powodu tej obiet­nicy setki tysięcy moich ludzi zgi­nęło w Desz­czu, ale miliony cywi­lów nie wpa­dły w krzy­żowy ogień. Fakt, że dotrzy­ma­łem obiet­nicy mimo ogrom­nej ceny, to jedyny powód, dla któ­rego ufa mi na tyle, żeby pomóc mi uru­cho­mić tę tajem­ni­czą maszy­ne­rię -?to oraz strach przed tym, co Ata­lan­tia zrobi z kola­bo­ran­tami, zwłasz­cza tak sław­nymi jak Gli­ra­stes Mistrz Stwórca z Mer­ku­rego.

Obiet­nica, jaką mu wtedy zło­ży­łem, została roz­cią­gnięta teraz także na Bogów Burzy.

-?Dotrzy­mam -?mówię. -?Nie wykro­czymy poza pod­sta­wowy hory­zont.

-?Nie wezmę udziału w ludo­bój­stwie. Wiesz, co się sta­nie, jeśli...

-?Możesz mi wie­rzyć lub nie, ale Mer­kury jest rów­nie cenny dla mojej sprawy, jak jego miesz­kańcy dla twego nie­złom­nego serca.

Dostrzega mój sar­kazm i krzywi się.

-?Bogo­wie jedni wie­dzą, czemu Octa­via zacho­wała te pie­kielne bestie w łań­cu­chach. -?Odwraca się do sil­nika i patrzy na niego z uwiel­bie­niem, zazdro­ścią i stra­chem zara­zem. -?Nawet ród Votum nie wie­dział, co leży pod powierzch­nią ich pla­nety. Nawet ja nie wie­działem.

Oby to ozna­czało, że Ata­lan­tia też nie wie.

-?A dla­czego Złoci cokol­wiek robią? -?odpo­wia­dam pyta­niem. -?Dla utrzy­ma­nia kon­troli.

Bogo­wie Burzy to pozo­sta­ło­ści maszyn kształ­tu­ją­cych pogodę z cza­sów ter­ra­for­mo­wa­nia pla­nety. Współ­pra­co­wały ści­śle z sil­ni­kami Love­locka, żeby uczy­nić Mer­ku­rego zdat­nym do zamiesz­ka­nia. Moja żona potrze­bo­wała czte­rech lat i pracy dwu­stu Zie­lo­nych, żeby wła­mać się do Pół­księ­ży­co­wego Skarbca Octa­vii w Cyta­deli. Skarby w postaci sekre­tów, jakie tam zna­leź­li­śmy, były warte całej floty gwiezd­nych okrę­tów. Sta­wiam życie dzie­się­ciu milio­nów ludzi na to, że Octa­via była zbyt wielką para­no­iczką, by zdra­dzić rodzinne tajem­nice komu­kol­wiek poza swo­imi krew­nymi.

Gli­ra­stes patrzy na Boga Burzy, jakby cze­kał, aż kolo­salna masa wyszep­cze mu swoje sekrety, a potem krzy­żuje ręce i wyco­fuje się w głę­biny swo­jego men­tal­nego labi­ryntu. Stwórca to kapry­śny geniusz, ale zależy mu na miesz­kań­cach swo­jej pla­nety. Doli­nie niech będą za to dzięki.

Na dźwięk syreny Kowale zaczy­nają ewa­ku­ować się z jamy gra­Win­dami. W górze ostat­nie ze świ­droSz­po­nów szy­bują w powie­trzu, nie­sione przez cięż­kie trans­por­towce -?polecą na połu­dnie i zostaną umiesz­czone w naszym skła­dzie w Helio­po­lis. Orion i jej Nie­bie­scy ostatni opusz­czają machinę. Inży­nie­ro­wie patrzą na nich zazdro­śnie, kiedy suną do mnie na gra­wi­Sa­niach. Gli­ra­stes sączy kawę, którą przy­niósł mu jego nie­wol­nik.

-?Har­dware został zain­sta­lo­wany i jest w pełni sprawny -?oznaj­mia Orion. -?Tyle, jeśli idzie o bia­do­le­nie Har­nas­susa. Rze­czy­wi­ście uro­bili sobie ręce po łok­cie. Jego Kowale odwa­lili kawał rze­tel­nej roboty jak na mecha­ni­ków.

-?Są tak naszpry­co­wani, że led­wie widzą na oczy -?dodaje Gli­ra­stes.

Ma rację. Gdy­bym był młod­szy, uznał­bym, że słuszny gniew albo poczu­cie celu wystar­czyły, żeby nie ustali w wysił­kach. Jed­nak nie ja jeden nie dosy­piam. Moja armia to banda mario­ne­tek wiszą­cych na sznur­kach z nazo­pranu, dolo­miny i zola­donu.

-?Będzie dzia­łać? -?pytam Gli­ra­stesa.

-?Prze­pro­wa­dzi­łem pięć milio­nów symu­la­cji i tylko dwa miliony zakoń­czyły się eks­plo­zją sil­nika i śmier­cią wszyst­kich na pokła­dzie -?odpo­wiada. - Więc teo­re­tycz­nie tak.

-?To mnie pocie­szy­łeś -?mru­czę.

Har­nas­sus pod­cho­dzi mozol­nie, żeby sły­szeć naszą roz­mowę.

-?Będzie pan czy­nił honory, impe­ra­to­rze? -?pytam.

-?To twój potwór. Ty go obudź. -?Rzuca mi moduł ste­ru­jący.

Poiry­to­wany uru­cha­miam pro­to­kół lotu. Har­nas­sus nawet nie patrzy, jak pod wie­kową machiną włą­czają się sil­niki gra­wi­ta­cyjne. Przez jedną strasz­liwą chwilę nic się nie dzieje. Patrzę w dół. Unieś się, łaj­daku, no unieś się.

-?Mówi­łam, że nie trzeba było włą­czać do tego Har­nas­susa -?szep­cze Orion. -?Myślał, że to jedyny sil­nik. Sabo­to­wał prace.

-?Jest dup­kiem, ale nie zdrajcą -?odpo­wia­dam.

A potem Bóg Burzy wydaje strasz­liwy jęk, kiedy siła sil­ni­ków gra­wi­ta­cyj­nych wypro­du­ko­wa­nych przez Sun Indu­stries pona­gla go do prze­bu­dze­nia. Wszy­scy sto­jący obok mnie przy­boczni i dowódcy poza Har­nas­su­sem cofają się krok.

Z meta­licz­nym zgrzy­tem maszyna zaczyna się wzno­sić coraz wyżej, aż wisi sto metrów nad powierzch­nią, prze­sła­nia­jąc skle­pie­nie wyko­pa­nej ludzką ręką jaskini. Sil­niki gra­wi­ta­cyjne stwo­rzą ospałe pole niskiego cią­że­nia, bloki lodu zawi­sają w powie­trzu. Wkrótce sil­nik będzie gotowy, żeby dołą­czyć do swo­ich braci w morzu.

Uśmie­cham się z zado­wo­le­niem.

4. Lysander

4

Lysan­der

Ajax, syn Ai

Po wylą­do­wa­niu na Anni­hilo Dio­me­des i ja pro­wa­dzimy dele­ga­cję z Obrzeża przez szpa­ler Popiel­nych Gwar­dzi­stów. Zamiast cere­mo­nial­nych zbroi sto­sow­nych przy powi­ta­niu dygni­ta­rzy wroga eli­tarne siły Ata­lan­tii noszą polowe zbroje. Może powo­dem jest to, że ofi­cjal­nie nie uznają nie­za­leż­no­ści Obrzeża. Czarny metal podobny do chi­ty­no­wych pan­ce­rzy żuków jest powgnia­tany i pory­so­wany po wal­kach na czte­rech świa­tach. Jed­nak per­łowe czaszki domu Grim­mus na napier­śni­kach zostały wypo­le­ro­wane na wysoki połysk.

Ta obe­lga miała zostać zauwa­żona -?i rze­czy­wi­ście tak się dzieje.

To nie jest powi­ta­nie syna mar­no­traw­nego ani daw­nego sojusz­nika.

To demon­stra­cja siły przed zdraj­cami krwi.

Mijamy sze­regi wro­gich Sza­rych, a ja się zasta­na­wiam, ilu z nich Ata­lan­tia zagra­biła z legio­nów mojej rodziny i Straży Pre­to­riań­skiej. Przy­glą­dam się, ale nie widzę pre­to­ria­nów. Nie widzę wśród ofi­ce­rów ani Rhone'a ti Fla­vi­nius, ani Extera ti Kaan, ani Fau­sty ti Hu.

Na końcu szpa­leru gwar­dzi­stów dzie­się­ciu kata­stro­fal­nie olbrzy­mich Obsy­dia­no­wych Spla­mio­nych ude­rza drzew­cami topo­rów w pokład, zagra­dza­jąc nam drogę do cze­ka­ją­cej dru­żyny Zło­tych z Rdze­nia. Kiedy odsu­wają się na bok, po raz pierw­szy od dekady dwa rodzaje Aureu­sów stają twa­rzą w twarz i mie­rzą się wzro­kiem.

Złoci z Rdze­nia -?próżni i pobliź­nieni w walce -?ocie­kają bogac­twem w bez­cen­nych zło­co­nych zbro­jach o mon­stru­al­nych kształ­tach stwo­rzo­nych przez naj­lep­szych rze­mieśl­ni­ków wszyst­kich świa­tów. Więk­szość z nich ma krót­kie, ścięte na wojenną modłę włosy i pobliź­nione brwi. Ich gru­bo­ko­ści­ste syl­wetki są zamknięte w twier­dzach cięż­kich mię­śni roz­wi­ja­nych pod ści­słą pre­na­talną obser­wa­cją za pomocą ezo­te­rycz­nych pro­to­ko­łów che­micz­nych i dzięki nie­ustę­pli­wej rywa­li­za­cji z rów­nymi sobie.

Nie powiem, że to naj­do­sko­nal­sze wytwory ludz­ko­ści. Bar­dziej przy­po­mi­nają wyści­gowe konie czy­stej krwi zacie­kle wal­czące o pozy­cję.

W porów­na­niu z nimi Złoci z Obrzeża są szczu­pli i nie­dbali. Ich ciała, tak jak ich kul­tura, zostały zahar­to­wane przez nie­do­sta­tek i wewnętrzną dys­cy­plinę. Dłu­gie włosy wolą wią­zać przed walką tak jak miesz­kańcy Pelo­po­nezu. Noszą pro­ste skó­rzane buty i ponure stroje, które sami szyją. Żaden z nich nie ma na sobie niczego, czego nie można by kupić na baza­rze pod­Ko­lo­rów za pięć­dzie­siąt kre­dy­tów, z wyjąt­kiem krót­kich mie­czy kitari i dłu­gich brzy­tew, które nazy­wają hasta.

Prze­ciąga się pogar­dliwe mil­cze­nie.

Kiedy w końcu jeden ze Zło­tych z Rdze­nia odzywa się, jest to Mar­sjanka, którą od dawna uwa­ża­łem za mar­twą. Skrzy­dlate ramiona jej zbroi z moty­wem łabę­dzia są wygięte, ale pło­nące serce na jej napier­śniku jarzy się jasno w ponu­rym han­ga­rze. Jej twarz, w mojej pamięci gładka jak ala­ba­ster, teraz jest stward­niała jak pięta gór­nika. Jed­nak nawet wojna nie zdo­łała przy­ga­sić iskry w oczach Kalin­dory au San. Ryce­rza Miło­ści.

Pamię­tam, że była skromną, łagodną istotą, która nie kochała chwały wojen­nej, ale wdzięk poezji i archi­tek­tury. Kiedy byłem chłop­cem, podzi­wia­łem w rów­nym stop­niu jesz­cze tylko jedną kobietę z jej poko­le­nia: Vir­gi­nię au Augu­stus. Żonę Żni­wia­rza i uzur­pa­torkę na urzę­dzie mojej babki.

Jako męż­czy­zna zde­cy­do­wa­nie ina­czej odbie­ram teraz Kalin­dorę.

Nawet Dio­me­des zerka na nią po raz drugi. Jej usta, cho­ciaż prze­cięte przez dwie bli­zny, są pełne i wydają się zdolne tylko do szeptu. Nos ma drobny i ostry, ale naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczne dla niej są oczy. Wszel­kie odcie­nie złota, jakie ist­nieją, wirują spi­ralą ku jamie jej źre­nic i bledną, zbli­ża­jąc się do ciem­no­ści, więc wydaje się, że czło­wiek patrzy w zaćmie­nie słońca.

-?To on? -?pyta Kalin­dora wyż­szego, młod­szego ryce­rza w zbroi koloru burzo­wych chmur.

Męż­czy­zna ma czarną skórę i oczy w kolo­rze jaskra­wego bursz­tynu. Z jego potęż­nych ramion zwie­sza się skóra per­ło­wego lam­parta. Pod­cho­dzi, żeby mi się przyj­rzeć. Przez chwilę mam wra­że­nie, że obaj zer­kamy przez brudną szybę, mru­żąc oczy i pochy­la­jąc się, aby prze­ko­nać się, czy widmo po dru­giej stro­nie to dawno utra­cony przy­ja­ciel, czy tylko zwy­kła sztuczka.

Led­wie roz­po­znaję męż­czy­znę, który kie­dyś nazy­wał mnie "bra­tem".

Tylko jego dłu­gie rzęsy się nie zmie­niły.

W ciągu jede­na­stu lat, jakie upły­nęły, odkąd ostatni raz go widzia­łem, pulchne rysy, które czę­sto po cichu wyśmie­wano na Pala­ty­nie, sto­piły się i odsło­niły twarz Ado­nisa tak opry­skliwą, tak namiętną i tak męską, że nawet Cas­sius w chwili upo­je­nia alko­ho­lo­wego mógłby wytknąć mu jakąś maleńką skazę w nadziei, że w ten spo­sób roz­cień­czy wła­sną bez­denną zazdrość.

Octa­via zawsze była roz­cza­ro­wana swoim małym gene­tycz­nym eks­pe­ry­men­tem. Teraz zmie­ni­łaby zda­nie. Ajax, owoc pozba­wio­nej miło­ści, gene­tycz­nie dobra­nej unii Ai i Atlasa au Raa to ideał męsko­ści.

Falera zdo­biąca zbroję Ajaxa mówi mi, że speł­nił swoje dzie­cięce marze­nie. Nosi nie tylko bli­znę Nie­zrów­na­nego Nazna­czo­nego, ale też insy­gnia Ryce­rza Burzy i peł­nego legata pie­choty.

Z twa­rzą pozba­wioną bli­zny i w skrom­nym cywil­nym ubra­niu przed obli­czem dwojga Ryce­rzy Olim­pij­skich jesz­cze bar­dziej niż dotąd odczu­wam swoją dzie­się­cio­let­nią nie­obec­ność.

-?Ty jesteś czło­wie­kiem, który twier­dzi, że jest Lysan­drem au Lune -?kpi Ajax.

-?Ajax. -?Omył­kowo uzna­jąc jego ton za prze­ko­ma­rza­nie się, wycią­gam ręce, żeby go objąć. Spla­miony blo­kuje mi przej­ście. To naprawdę mnie rani. -?Nie pozna­jesz mnie?

Ajax mruży oczy w szparki.

-?Pod­daj­cie go pró­bie z Manteío.

To po grecku, zna­czy "wyrocz­nia". Bawi­łem się już z wyrocz­niami. Serce mi się zaci­ska. A potem Różowa nie­wol­nica pod­pływa do mnie płyn­nym kro­kiem -?cho­ciaż nie po to, żeby poka­zać mi jedno z bla­dych stwo­rzeń, za pomocą któ­rych moja babka badała prawdę. Trzyma czarną meta­lową kulę opa­saną pier­ście­niem węży. Pośrodku kuli znaj­duje się obró­cona do góry nogami igła.

-?Pro­szę o kro­plę krwi, z łaski swo­jej, domi­nus.

Cho­ciaż przed­miot może wyglą­dać łagod­niej niż wyrocz­nie mojej babki, nie mam złu­dzeń. Igła będzie pokryta zako­do­waną gene­tycz­nie tru­ci­zną. Gdy­bym oka­zał się impo­sto­rem, moja śmierć byłaby tak potwor­nie bole­sna, jak tylko potra­fi­liby to obmy­ślić naj­bar­dziej okrutni z wenu­sjań­skich alche­mi­ków, spo­śród któ­rych naj­lep­szych Ata­lan­tia zatrud­nia u sie­bie na stałe. Nawet jeśli dowiodę swo­jej toż­sa­mo­ści, mogę skoń­czyć tak samo.

Fakt, że Ata­lan­tia w ogóle ma moje DNA, wska­zuje na roz­le­głość jej dzia­łań wywia­dow­czych. Z powodu dwóch bar­dzo wyra­fi­no­wa­nych przy­pad­ków otru­cia Suwe­re­nów i jed­nego strasz­nego incy­dentu z klo­no­wa­niem moja rodzina strzeże swo­jego DNA jak wła­snego życia.

Z jakiego innego powodu prze­ko­na­li­by­śmy resztę Aureu­sów do przy­ję­cia rytu­ału wystrze­li­wa­nia zmar­łych w słońce? Bo to ład­nie wygląda? Cho­dzi o to, żeby nic po sobie nie zosta­wiać.

Nakłu­wam igłą kciuk.

Złoci z Rdze­nia patrzą, jak poje­dyn­cza kro­pla krwi spływa po igle i jest absor­bo­wana przez metal. Jaką­kol­wiek tru­ci­znę zawie­rała igła, nie zostaje akty­wo­wana. Jeśli Ata­lan­tia nie miała wcze­śniej mojego DNA, to teraz je ma. Kula faluje w nie­sły­cha­nie pomy­słowy spo­sób, węże wyci­nają sobie ścieżki na jej powierzchni, aż w końcu patrzy na mnie moja twarz sprzed okresu doj­rze­wa­nia. Nie­wol­nica oddaje urzą­dze­nie Aja­xowi.

On przy­gląda się tej twa­rzy.

-?Pro­fil gene­tyczny został potwier­dzony -?mówi łysy Zie­lony asy­stent. Źre­nice jarzą mu się od aktyw­nego łącza. -?Trwa prze­twa­rza­nie helisy zabez­pie­cza­ją­cej. -?Zapada długa pauza. Kalin­dora odwraca się, ale Ajax nie odrywa oczu od mojej twa­rzy. -?Pro­fil gene­tyczny uwie­rzy­tel­niony. Praw­do­po­do­bień­stwo fał­szer­stwa jeden do trzy­na­stu miliar­dów.

-?Zga­dzam się -?wtrąca Kalin­dora i łagod­nieje.

Złoci z Rdze­nia sztyw­nieją na tę wieść, ich nasta­wione na rywa­li­za­cję umy­sły kal­ku­lują, jak mój powrót wpływa na ich wła­sne machi­na­cje.

Na­dal nie­prze­ko­nany Ajax rzuca Manteío nie­wol­nicy.

-?Co mój dzia­dek powie­dział do mojej matki w noc, kiedy kazał jej stra­cić Fla­viusa au Grecco?

Nie uśmie­cham się na to wspo­mnie­nie.

-?Teraz, kiedy świ­nia została odfi­le­to­wana i zje­dzona, co będzie na deser?

Otwiera sze­roko oczy.

-?Bra­cie!

Prze­biega mię­dzy Obsy­dia­no­wymi i aż mi kości grze­cho­czą, kiedy porywa mnie w obję­cia i odrywa od pokładu. Oto Ajax, jakiego pamię­tam. Życz­liwy, hojny brat, który ni­gdy nie potra­fił powścią­gnąć ani czu­ło­ści, ani gniewu.

-?Wybacz, musie­li­śmy mieć pew­ność. Wróg jest prze­bie­gły w swo­ich kno­wa­niach. -?Odsta­wia mnie na zie­mię, ujmuje moją twarz w dło­nie o dłu­gich pal­cach i całuje mnie zde­cy­do­wa­nie w usta. -?Mały Lysan­der! Ha, ha! Mówiono, że nie żyjesz. Ale pro­szę... -?Otrze­puje pył z moich ramion. -?Nama­calny jak kor­mo­ran i wciąż dziar­ski ele­gan­cik mimo tak dłu­giej nie­woli. -?Mar­kuje cios w moją twarz. -?Nie aż tak dziar­ski.

Nie­woli.

Cas­sius by się uśmiał.

Nie palę się do wypro­wa­dza­nia Ajaxa z błędu, jesz­cze nie teraz.

-?Mówili, że wyglą­dasz wypisz wyma­luj jak matka -?odpo­wia­dam. -?Nie mówili, że jesteś wyż­szy.

To nie­do­po­wie­dze­nie. Jest o wiele więk­szy.

Wnie­bo­wzięty z rado­ści łapie mnie za ramiona i pochyla czoło, żeby doci­snąć je do mojego. Bie­rze głę­boki wdech. Węch zawsze był jego ulu­bio­nym zmy­słem.

-?Kiedy ode­bra­li­śmy rodowy kod, myśle­li­śmy, że to jedna ze sztu­czek Króla Nie­wol­ni­ków. A potem zoba­czy­li­śmy twój znacz­nik. Zło­żo­ność kodu była jak sym­fo­nia zagrana na stru­nach mojego serca. -?Przy­myka oczy. - Znowu razem.

-?Znowu razem, bra­cie.

Wciąż wydaje mi się to nie­moż­liwe i powścią­gam się, bo wiem, że wie­ści, któ­rymi muszę się podzie­lić, podzia­łają na moją nie­ko­rzyść. Jeżeli Ajax obej­mie mnie, gdy już je wyja­wię, połą­cze­nie będzie praw­dziwe.

-?Opła­ki­wa­łem two­jego dziadka. Zasłu­gi­wał na coś zde­cy­do­wa­nie lep­szego.

Odsuwa się z ponurą miną.

-?No tak, ale odci­snął piętno na świe­cie, prawda? Teraz nasza kolej. - Odrywa się od naszej pry­wat­nej chwili i prze­nosi wzrok na Raa. Patrzy tak przez długą chwilę. W jego gło­sie roz­brzmiewa nagle okru­cień­stwo. - Chyba że zna­la­złeś sobie nową rodzinę...

Kalin­dora odchrzą­kuje. Prze­pra­szam, witam się z nią bar­dziej ofi­cjal­nie niż­bym chciał i przed­sta­wiam jej Dio­me­desa oraz dele­ga­cję z Obrzeża. W odpo­wie­dzi na ofi­cjalny ukłon Dio­me­desa Kalin­dora tylko cmoka.

-?Kiedy otrzy­ma­li­śmy wia­do­mość od Lysan­dra, myśle­li­śmy, że to jakiś absurd. Ale oto jeste­ście, bez­czelni jak koty z zaułka i rów­nie brudni.

-?W imie­niu Domi­nium Obrzeża... -?zaczyna Dio­me­des, ale Kalin­dora wcho­dzi mu w słowo:

-?Twój wuj prze­syła prze­pro­siny. Atlas powi­tałby cię tu oso­bi­ście, ale wojna... to absor­bu­jąca sprawa. -?Mruży śliczne oczy. -?O czym na pewno nie masz poję­cia.

Ajax wcho­dzi zabor­czo mię­dzy Dio­me­desa i mnie, żeby zmie­rzyć wzro­kiem ryce­rza Obrzeża.

-?Zatem ty jesteś naj­star­szym pomio­tem Romu­lusa i tej wenu­sjań­skiej dziwki. Jakim musisz być śmiał­kiem, żeby uwol­nić Lysan­dra z nie­woli Zdrajcy. -?Zatem tak nazy­wają Cas­siusa. Nie naj­le­piej. -?Pew­nie mam u cie­bie dług, kuzy­nie.

To dziwne usły­szeć na głos, że są kuzy­nami. W żyłach obu pły­nie czy­sta krew Zdo­byw­ców z rodu Raa, ale jak to bywa w wielu słab­ną­cych naj­po­tęż­niej­szych liniach gene­tycz­nych, mają nie­wiele ze sobą wspól­nego -?jeśli pomi­nąć pocho­dze­nie i liczne war­stwy ani­mo­zji, sku­tek kon­flik­tów wewnętrz­nych mię­dzy ich przod­kami.

Dio­me­des patrzy na mnie, potem na Ajaxa.

-?Nie mam żad­nych dłuż­ni­ków.

-?Rozu­miem, że zdrajca nie żyje? -?pyta Ajax. Dio­me­des kiwa głową. -?Sam zada­łeś ostatni cios? Kwi­lił wtedy? -?Dio­me­des nie odpo­wiada. - Rozu­miem, że twoje ubó­stwo este­tyczne dotyka także słow­nic­twa. W Rdze­niu uprzej­mość każe odpo­wiadać na zadane pyta­nie.

Sera­phina zaci­ska zęby, patrząc, jak brat znosi obe­lgi.

-?Nie raduje mnie śmierć czło­wieka honoru -?odpo­wiada Dio­me­des z god­no­ścią księ­cia. -?Nie­stety zanim zgi­nął... zabił two­jego przy­rod­niego brata, Bel­le­re­phona.

Ajax zaska­kuje Dio­me­desa, bo par­ska śmie­chem. Cho­ciaż Dio­me­des nie krył braku sym­pa­tii dla swo­jego kuzyna Bel­le­re­phona, to roz­ba­wie­nie z powodu śmierci czło­wieka, któ­rego znał przez całe życie, napeł­nia go zro­zu­mie­niem prze­sy­co­nym roz­cza­ro­wa­niem. Znaj­duje się teraz w innym świe­cie, świe­cie wywró­co­nym do góry nogami. Czło­wiek ni­gdy nie może przy­go­to­wać się na coś takiego.

-?Bel­le­re­phon? -?Ajax się śmieje. -?Ni­gdy nie zna­łem tego pomiotu. Nasi szpie­dzy mówią, że byłeś nie­wiele lep­szy od niego w walce. Powiedz mi, kto jest naj­bar­dziej godny naśla­do­wa­nia spo­śród ryce­rzy Obrzeża? Ty?

-?Nie mnie to oce­niać, ale jeśli mie­rzysz war­tość czło­wieka jego umie­jęt­no­ścią walki, to przy­pusz­czam, że będzie to ktoś, kto naj­mniej cie­bie przy­po­mina.

Sera­phina mruga zasko­czona, jakby bratu wła­śnie wyro­sły rogi. Powolny uśmiech wypływa jej na usta.

Obrzeże nie da się roz­sta­wiać po kątach.

Kalin­dora unosi brew, patrząc na mnie.

Ajax zaś... Cóż, był wykpi­wany w dzie­ciń­stwie i jako doro­sły też tego nie lubi. Okrąża Dio­me­desa i odgrywa roz­gnie­wa­nego, kiedy dostrzega bły­ska­wice i chmury na jego pele­ry­nie.

-?Wygląda na to, że nosisz mój herb, łaskawy panie.

-?To nie jest twój herb, tak jak nie był her­bem czło­wieka, kto nosił go przed tobą. Repre­zen­tuje ideę. W naszym wypadku pokorę.

-?Pokorę? Niby z jakiej racji?

-?Czło­wiek jest niczym wobec burzy.

Ajax staje nos w nos z niż­szym od niego Dio­me­de­sem.

-?Ja jestem burzą. Zdej­mij to.

O, na Hades, myślą wszy­scy co do jed­nego, któ­rzy to obser­wują, może nawet sam Ajax. Ata­lan­tia z pew­no­ścią nie chce, żeby zabił Raa albo dał mu się zabić w jakimś han­ga­rze.

Ni­gdy nie odma­wiaj wro­gowi szansy na wyco­fa­nie się. Zwy­cię­stwo może mieć zbyt wysoką cenę.

-?Dla­czego? -?pyta spo­koj­nie Dio­me­des. -?Jestem Ryce­rzem Burzy Domi­nium Obrzeża. Nie twier­dzę, że jestem Ryce­rzem Burzy Rdze­nia.

-?A jed­nak nosisz te sym­bole w Rdze­niu, łaskawy panie. Jak mogę znieść taką obe­lgę wymie­rzoną we mnie i w mój urząd, który tak wysoko cenię? Musiał­bym w hań­bie pod­ku­lić ogon.

To sprytne posu­nię­cie ze strony Ajaxa i świad­czy o tym, jaki jest bystry. Daje Dio­me­de­sowi drogę wyj­ścia, okre­śla wyso­kość myta. Dio­me­des to dostrzega i chęt­nie płaci. Zdej­muje i składa pele­rynę.

Ajax pasku­dzi to zwy­cię­stwo i traci sza­cu­nek wszyst­kich poza sady­stami, gdy wyrywa pele­rynę z rąk Dio­me­desa i sika na nią. A potem zamyka zbroję na bio­drach i patrzy na mnie.

Bro­nisz go? -?pyta wzro­kiem.

W przy­padku Ajaxa albo jesteś z nim, albo prze­ciwko niemu. Dzi­siaj nie mogę pozwo­lić sobie na to, żeby zna­leźć się w tym dru­gim poło­że­niu. Widzę już, jaką stra­te­gią się posłu­guje. Nazywa się ją "Wyma­gane Nie­po­sza­no­wa­nie", to pro­to­kół maski tanecz­nej. Jeden z ulu­bio­nych wybie­gów Ata­lan­tii.

-?Skoń­czy­łeś już, Ajax? -?pyta z wes­tchnie­niem Kalin­dora.

Ajax wyciera ręce o samo­dzia­łową tunikę Dio­me­desa.

-?Ow­szem.

Sera­phina ma dość. Robi krok do przodu z ręka na kitari i powstrzy­muje ją tylko ciche cmok­nię­cie brata. Cokol­wiek to zna­czy, ona trak­tuje to bar­dzo poważ­nie.

Dzie­się­ciu Obsy­dia­no­wych Spla­mio­nych wydaje z sie­bie gar­dłowy pomruk i opusz­cza topory. Jed­nak Ajax i Złoci z Rdze­nia tylko patrzą, jak sze­reg cier­pli­wych kro­ko­dyli. Teraz już wie­dzą, że Obrzeże nie jest pozba­wione gorą­cej krwi. Czy za godzinę, czy za pięć lat, z pew­no­ścią to wyko­rzy­stają, razem albo z osobna.

Ostrze­ga­łem Dio­me­desa.

-?Na cipę Junony, ner­wowy ten twój kochaś, Raa -?mru­czy Ajax, roz­gry­wa­jąc to jak farsę, a nie reko­ne­sans tem­pe­ra­men­talny.

-?Moja sio­stra tylko roz­ciąga mię­śnie po dłu­giej podróży -?odpo­wiada Dio­me­des.

-?Sio­stra? Sio­stra?! -?dopy­tuje się Ajax. -?Gdzie ma cycki? Obci­na­cie je teraz tak jak skrzy­dlate les­bijki Sefi?

-?Nie, ale na Obrzeżu kastru­jemy nad­ska­ku­ją­cych Obsy­dia­no­wych - odpo­wiada Sera­phina. -?Podejdź bli­żej, gahja. Pokażę ci, jak to się robi.

Ajax odpo­wiada na zapro­sze­nie roz­ba­wio­nym ukło­nem.

-?Może póź­niej, kuzynko, ale na razie myślę, że Kalin­dora ma mnie wyżej uszu. Wybacz­cie, rzecz jasna. To takie eks­cy­tu­jące znowu powi­tać w naszym gro­nie Raa. Ostatni tak krótko pożyli. -?Tupiąc gro­te­skowo, poka­zuje, jak sławny but Julii zmiaż­dżył głowę star­szej sio­stry Dio­me­desa i Sera­phiny. A potem obej­muje mnie ramie­niem i daje znać Raa, żeby szli za nami. -?Witaj w Legio­nach Popio­łów.

5. Darrow

5

Dar­row

Peleryna Podróżnika

-?Ope­ra­cja Pele­ryna Podróż­nika została zaini­cjo­wana -?mówię do grupki ofi­ce­rów zebra­nych w jadalni na budo­wie.

Gli­ra­stes został usu­nięty i wysłany do Helio­po­lis, gdzie zosta­nie pod strażą, dopóki ope­ra­cja nie zosta­nie zakoń­czona. Zostali inży­nie­ro­wie legaci, Nie­bie­scy piloci i zadziorni powietrzni koman­dosi, sami wete­rani z ostat­nich dwóch kam­pa­nii. Innymi słowy nie­za­wodni ludzie. Har­nas­sus sie­dzi w głu­chym mil­cze­niu.

-?Mozo­li­li­ście się, nic nie wie­dząc -?kon­ty­nu­uję. -?Z powo­dów bez­pie­czeń­stwa zna­li­ście tylko osobne szcze­góły ope­ra­cji. Pozwól­cie, że przed­sta­wię wam pełen obraz. Co już wie­cie: Ata­lan­tia jest skru­pu­latna. Po naszym małym tańcu na cmen­ta­rzy­sku usu­nęła wraki i miny. Blo­kada wokół Mer­ku­rego jest kom­pletna. Ata­lan­tia ma prze­wagę tak­tyczną i liczebną, mniej wię­cej dwa do jed­nego na powierzchni. Ze swo­jej pozy­cji może znisz­czyć dowolny okręt, który spró­buje wyjść na orbitę. W ciągu dwu­dzie­stu minut może zrzu­cić Deszcz, żeby udzie­lić wspar­cia swoim ludziom na dole. W porów­na­niu z tym nasze moż­li­wo­ści są nędzne. W efek­cie może swo­bod­nie oskrzy­dlić dowolną naszą jed­nostkę. Tar­cze to nasza jedyna prze­waga. Dopóki są, Ata­lan­tia nie ma wspar­cia arty­le­ryj­skiego i nie zary­zy­kuje lądo­wa­nia. Jeśli tar­cze padną, prze­gramy. Koniec kropka. A kiedy już nas znisz­czy, skupi się na Repu­blice. Nie­któ­rzy z was wie­rzą, że powin­ni­śmy cze­kać cier­pli­wie na posiłki z Luny.

Sta­ram się nie patrzeć na Har­nas­susa. To nie jest odpo­wied­nia chwila, żeby udzie­lać mu repry­mendy.

-?Pozwól­cie, że roz­pro­szę wasze złu­dze­nia. Jeżeli posiłki przy­będą, o ile przy­będą, Ata­lan­tia dowie się o tym i roz­pocz­nie inwa­zję na swo­ich warun­kach przed ich poja­wie­niem się. Do tego czasu Rycerz Stra­chu już podej­mie kroki mające na celu osła­bie­nie naszej pozy­cji w spo­sób, któ­remu nie zdo­łamy się oprzeć. Będą mieli ini­cja­tywę, będą mieli niebo. Ponow­nie: prze­gramy. Nie możemy się wyco­fać, nie możemy się pod­dać, nie możemy zaata­ko­wać, nie możemy cze­kać. Naszą jedyną szansą jest narzu­ce­nie warun­ków walki. Zapro­simy ich do niej. -?Wszy­scy pochy­lają się do przodu. -?Czołgi i pie­chota stwo­rzone z myślą o Mar­sie, Lunie i Ziemi umrą tu, na Mer­ku­rym.

Jestem dumny z tego, że ofi­ce­ro­wie nawet się nie wzdry­gają.

Wszel­kie ilu­zje ratunku, które przy­niósł mój powrót, teraz się roz­wie­wają.

Nie mogę ski­nąć ręką i zabrać ich z powro­tem na Marsa.

To nie jest opo­wieść o wyba­wie­niu, ale o ofie­rze. To są nasze Ter­mo­pile.

-?Oto czego nie wie­cie: kilka nocy temu pierw­szy etap ope­ra­cji Pele­ryna Podróż­nika roz­po­czął się, kiedy na wschód do Hespe­ryd Rycerz Stra­chu zestrze­lił kosa. Na pokła­dzie znaj­do­wało się ciało pod­ło­żone przez wywiad Wyj­ców z info­No­śni­kiem zawie­ra­ją­cym dane wywia­dow­cze na temat sła­bych punk­tów w łań­cu­chu naszych tarcz. Wygląda na to, że Rycerz Stra­chu połknął haczyk. Kiedy my tu roz­ma­wiamy, on jest zaga­niany przez Wyjce w stronę Eleu­sis, któ­rego znisz­cze­nie dopro­wa­dzi do łań­cu­cho­wego prze­cią­że­nia gene­ra­to­rów tarcz. Powsta­nie mała szcze­lina na połu­dnie od Pana na Rów­ni­nach Kadu­ce­usza, któ­rej Ata­lan­tia nie będzie umiała się oprzeć. To ide­alny teren pod lądo­wa­nie. Dosta­tecz­nie pła­ski dla jej czoł­gów. Dosta­tecz­nie suchy dla jej tyta­nów. Dosta­tecz­nie roz­le­gły, żeby zrzu­cić tam dzie­sięć legio­nów na raz. I ide­al­nie poło­żony, żeby roz­dzie­lić nasze pół­nocne siły, z pomocą powietrz­nej pie­choty prze­ła­mać obronę Dzieci na pół­wy­spie Peta­sos i skie­ro­wać czołgi na zachód, na wybrzeże, żeby ude­rzyć w Tyche. To będzie nasze pole śmierci: pełne min ato­mo­wych, oto­czone przez dwie ukryte armie wsparte przez sześć z naszych dzie­się­ciu dewa­sta­to­rów i bazę w Czer­wo­nej Rubieży. Kiedy armia Ata­lan­tii tam wylą­duje, zosta­nie zmie­ciona z powierzchni ziemi ata­kiem z trzech stron. Wycofa się wzdłuż jedy­nej moż­li­wej trasy: na połu­dnie przez Pust­ko­wie Ladona. Mówi się, że ta pusty­nia pożera armie. Mam nadzieję nakar­mić je kolejną.

Uśmie­chają się i cze­kają na wyja­wie­nie powodu, dla któ­rego zostali zebrani czte­ry­sta kilo­me­trów dalej na pół­noc, gdzie od miej­sca walki oddziela ich całe morze.

-?Więc po co zbie­rać się tutaj? -?Daję sobie chwilę, żeby popa­trzeć im po kolei w oczy. -?Nie jeste­ście czę­ścią ope­ra­cji Pele­ryna Podróż­nika. Zebrani w tym pokoju ludzie stwo­rzą Nie­bie­ską Rubież Sie­dem znaj­du­jącą się pod bez­po­śred­nim dowo­dze­niem Orion z Nie­bie­skiej Rubieży Jeden na wybrzeżu Tyche. Jeśli wszystko inne zawie­dzie, wy jeste­ście moim zabez­pie­cze­niem. Jeste­ście ope­ra­cją Tar­tar.

* * *

Kiedy ofi­ce­ro­wie rozejdą się, żeby otrzy­mać roz­kazy bez­po­śred­nio od Orion, daję znać Har­nas­su­sowi, żeby prze­szedł się ze mną nad wykop. Mamy sprawę do zakoń­cze­nia. I chcę mieć świad­ków. Sil­nik usta­wiono z powro­tem na swoim miej­scu po prób­nym uru­cho­mie­niu. Inży­nie­ro­wie nawo­łują się, doko­nu­jąc ostat­nich popra­wek.

-?Zatem wymy­śli­łeś, jak spra­wić, że będzie można się z nimi syn­chro­ni­zo­wać -?mówi Har­nas­sus. -?I zna­la­złeś spo­sób, żeby pora­dzić sobie z zale­wem danych. To będą tera­bajty na sekundę.

-?Wiem.

-?Moi Kowale widzieli, jak tamci insta­lo­wali obcą tech­nikę w pokoju kon­tro­l­nym. Jeśli nie moi ludzie, to kto ją zapro­jek­to­wał?

-?Musie­li­śmy posłu­żyć się wszyst­kimi dostęp­nymi środ­kami, mając tak nie­wiele czasu.

-?Jakimi środ­kami?

-?Mistrzem Stwórcą Gli­ra­ste­sem.

Patrzy zasko­czony.

-?Gli­ra­stes. Nie uwa­żasz, że już wystar­cza­jąco dużo zro­bił?

-?Jest jedyną osobą na Mer­ku­rym, która stu­diuje sta­ro­żytną tech­nikę dla przy­jem­no­ści. Gdy­byś ty to potra­fił, popro­sił­bym cie­bie.

-?To pupi­lek Zło­tych.

-?Wiem, że nie zga­dzasz się z obra­nym przez nas kie­run­kiem...

-?To nad­uży­cie seman­tyczne. -?Har­nas­sus nie pod­nosi głosu nawet o decy­bel. -?Kiedy powie­dzia­łeś, że wpu­ścimy ich pod tar­cze, myśla­łem, że się prze­sły­sza­łem. Kiedy powie­dzia­łeś mi, co wyko­pu­jemy, myśla­łem, że zwa­rio­wa­łem. A teraz mówisz mi, że jest nie jeden sil­nik, ale sie­dem i kie­ruje nimi tech­nika stwo­rzona przez pupila Zło­tych. Nie osza­la­łem. - Wbija palec w moją pierś i spo­koj­nie oznaj­mia: -?To ty osza­la­łeś.

Patrzę w dół na jego wątły palec.

-?Panuj nad sobą, impe­ra­to­rze. To my nada­jemy ton, Tar­tar jest tylko...

-?Zabez­pie­cze­niem. Jasne. Sły­sza­łem.

-?Nie wie­rzysz, że dorów­namy im na lądzie.

-?Nie.

-?Mam ci przy­po­mnieć, że to na­dal jest armia, która uwol­niła oba nasze domy?

-?Tyle że bez Sefi, Sevro i Sió­demki. -?Skrzy­żo­wane klu­cze na jego mun­du­rze lśnią, kiedy zakłada grube ręce na piersi. -?Wróg ma świeże zaopa­trze­nie z Wenus, ich legiony są na bie­żąco uzu­peł­niane, ich maszyny mają pełny ser­wis. To nie są zie­lone Piksy, to praw­dziwe Legiony Popio­łów. A to ozna­cza Legio XX Ful­mi­nata, Legio XIII Dra­co­nes, Legio X Par­dus. Nawet w naszych naj­lep­szych cza­sach każdy z nich pod­dałby nas wiel­kiej pró­bie. A ona przy­wio­zła tu wszyst­kie i nie jest to dla nas naj­lep­szy czas. Zale­d­wie tydzień temu moi ludzie topili złom, żeby napeł­nić maga­zynki Dwu­dziestki Trójki. Złom. Nie zubo­żony uran. Złom! Dar­row, wiesz, że nie jestem Kasan­drą, ale w chwili, kiedy but pierw­szego Nie­zrów­na­nego dotknie powierzchni Mer­ku­rego, stra­cimy tę pla­netę. To nie są Ter­mo­pile. To Kanny. Zgi­niemy na Lado­nie.

Igno­ruję to nawią­za­nie do obse­sji sta­ro­żyt­no­ścią, jaka łączy mnie ze Zło­tymi.

-?Har­nas­su­sie, stra­ci­li­śmy pla­netę w chwili, w któ­rej ode­sła­łeś do domu połowę naszej floty.

Sza­cuje mnie chłodno.

-?Więc to tak. Chcesz mnie za to wychło­stać? Cze­kasz na prze­pro­siny? Pier­dol się. Oto twoje prze­pro­siny. Wypeł­ni­łem przy­sięgę. Miecz ludu ni­gdy nie powi­nien uci­szać jego głosu. A gło­sem tego ludu jest senat, nie ty.

-?A co teraz mówi ci senat? -?Przy­kła­dam rękę do ucha. -?Głos mil­czy. Dla­tego prze­mówi miecz.

-?Wiesz, dla­czego wolę Sevro od cie­bie? On może się wścieka i pło­nie, ale ty sta­jesz się zimny. Nie da się wtedy z tobą roz­ma­wiać. Jesteś nie­ludzki. Jesteś bogiem impe­ra­to­rem.

Jego Kowale zauwa­żyli, że ton naszej roz­mowy nie jest przy­ja­zny. Thraxa mar­twiła się, że wybie­ram na swoją scenę w tej roz­grywce takie miej­sce: w oto­cze­niu ludzi Har­nas­susa. Nie­stety nie zła­piesz wilka za ozór, nie wkła­da­jąc ręki mię­dzy zęby.

Pod­cho­dzi bli­żej.

-?Nie przy­by­łeś tu, żeby nas rato­wać. Wró­ci­łeś, żeby ich zabić. - Powstrzy­muje gniewne drże­nie. -?Rzu­casz kośćmi na oślep. Posiłki mogą już tu lecieć. Spró­buj przy­naj­mniej zaata­ko­wać ich blo­kadę. Wysłać poza nią sygnał. Skon­tak­to­wać się z sena­tem. Dowie­dzieć się, co zamie­rza. Masz obo­wią­zek utrzy­mać tych ludzi przy życiu tak długo, jak się da. Jeśli posłu­żysz się sil­ni­kami, będziemy rów­nie źli jak wróg.

-?Rozej­rzyj się, Har­nas­su­sie. Czy dzi­siej­szy dzień wygląda jak dzień, kiedy będę skłonny ulec czy­im­kol­wiek moral­nym pro­te­stom? Idę naprzód. Jesteś ze mną, impe­ra­to­rze?

-?A jeśli nie?

-?Moja lewa ręka nie może kie­ro­wać się wła­snym rozu­mem.

Na mój roz­kaz z Nekro­manty wysiada dzie­siątka ubra­nych na czarno Wyj­ców. Mime­tyczne wła­ści­wo­ści ich zbroi impul­so­wych spra­wiają, że falują i przy­bie­rają odcień bla­dego lodu. Felix prze­chyla ogo­loną głowę.

Har­nas­su­sowi rzed­nie mina.

-?Posłu­żysz się Wyj­cami... prze­ciwko mnie?

-?Wybór należy do cie­bie.

Naj­bar­dziej prze­ra­ża­jący Złoci, Obsy­dia­nowi i Sza­rzy z legio­nów patrzą na niego z góry. Każdy z nich zabiłby go dla mnie albo zapiąłby kaj­danki na jego rękach i wrzu­cił do aresztu. Har­nas­sus zerka na swo­ich Kowali, zasta­na­wia­jąc się, czy zro­bi­liby to samo. Docho­dzi do wła­ści­wego wnio­sku i zniża głos:

-?Jeśli będziesz zmu­szony wybie­rać mię­dzy rato­wa­niem naszej armii i zabi­ciem ich, to musisz mi dać słowo, że wybie­rzesz nas.

-?Jeste­śmy kor­pu­sem eks­pe­dy­cyj­nym. Naszą misją jest zna­le­zie­nie i znisz­cze­nie wroga. -?Uśmie­cham się sze­roko. -?Co mam ci powie­dzieć... Zna­leź­li­śmy go. Twoja odpo­wiedź, impe­ra­to­rze.

Wpa­truje się w zie­mię, drżą mu ręce. Stra­cił armię, gdy tylko wró­ci­łem. Rozu­miem go dosta­tecz­nie dobrze, by wie­dzieć, że kie­dyś łudził się, że będzie mógł inter­we­nio­wać, gdy­bym się zapę­dził. Teraz wie, że to ni­gdy nie wcho­dziło w grę.

-?Niech cię dia­bli -?mówi i pod­nosi wzrok. -?Niech cię dia­bli. -?Cho­ciaż gniew w jego wzroku nie gaśnie, salu­tuje z pre­cy­zją, jakiej nie­wielu spo­dzie­wa­łoby się po tym zgar­bio­nym ciele. Salu­tuje odro­binę za długo jak na mój gust. -?Ave Żni­wiarz.

-?Dowódco... -?Odzywa się za moimi ple­cami Rhonna. -?Mel­duje się Szcze­niak Jeden.

W pomiesz­cze­niu łącz­no­ści na Nekro­man­cie metrowy holo­gram Ale­xan­dra faluje i zanika, osła­biany przez urzą­dze­nia zakłó­ca­jące floty Ata­lan­tii. Har­nas­sus i Orion tło­czą się obok mnie.

-?Stra­ci­łem... Stra­chu... na... Ladona.

-?Czy to zna­czy, że Strach ruszył na Eleu­sis? -?pytam. -?Połknął haczyk?

-?Haczyk... nie... z ...Ang... -?Har­nas­sus krzy­żuje ręce na piersi i nad­sta­wia ucha, żeby zro­zu­mieć Ale­xan­dra. -?...pomocy... z... Nie... czno­ści.

-?Powtórz. Szcze­niak Jeden, powtórz.

-?Nie połknął haczyka. Żad­nych ruchów w oko­licy Eleu­sis... Ode­bra­łem wezwa­nie pomocy z Ange­lii. Żad­nej łącz­no­ści z... Ange­lią... od szó­stej...

-?Ange­lia... -?mru­czę.

Ange­lia to malut­kie mia­steczko na wschod­nim Lado­nie, z któ­rego korzy­stamy teraz, żeby ewa­ku­ować cywili z miast ota­cza­ją­cych nasze pole śmierci. Znaj­duje się pod pół­noc­nym łań­cu­chem tarcz, ale nie ma węzła gene­ra­to­rów jak Eleu­sis. Atlas miał zaata­ko­wać Eleu­sis. Zosta­wi­łem je odsło­nięte dla niego, prak­tycz­nie pro­siło się o atak.

Może za bar­dzo.

Mię­śnie żuchwy Har­nas­susa pra­cują w nad­go­dzi­nach.

-?Ten łaj­dak wie. Roz­gryzł twój plan.

-?Błędne zało­że­nie -?odpo­wiada Orion. -?Ange­lia nie ma gene­ra­tora tak jak Eleu­sis. Znaj­duje się w cie­niu Kydona.

-?Więc czego tam szuka? -?pyta Har­nas­sus. -?Co w tym miej­scu jest? Dar­row?

Nie mogę cze­kać na dal­sze infor­ma­cje. Trzeba pod­jąć decy­zję. Jeśli jed­nak zbyt szybko roze­gram swoje karty, wszystko się roz­pad­nie. Do dia­bła. Co poszło nie tak?

-?Har­nas­su­sie, twoje zada­nie tutaj dobie­gło końca. Chcę cię z powro­tem w Helio­po­lis.

-?Z dala od walki, razem z cywi­lami i arier­gardą?

-?Walki będą się toczyć w Tyche. Kiedy stra­cimy powie­trze, będziemy potrze­bo­wać cie­bie, żebyś dostar­czał nam posiłki gra­wi­Pę­tlą. I musimy chro­nić naszą hie­rar­chię dowo­dze­nia. Jeśli ja zginę na pustyni, a Orion prze­pad­nie wraz z sil­ni­kami, armia musi mieć dowódcę.

Oto jedna rzecz na temat Har­nas­susa: bez względu na dzie­lące nas róż­nice, kiedy przy­cho­dzi wróg, zawsze mnie wes­prze. Salu­tuje natych­miast. Kiedy się odwraca, pio­ru­nuje wzro­kiem Orion. Patrzę na nią, gdy Har­nas­sus wycho­dzi. Jeden po dru­gim moi ochro­nia­rze prze­cho­dzą do han­garu poni­żej. Wie­dzą, co nas czeka. Znowu to samo. Na tę myśl ogar­nia mnie znu­że­nie.

-?Potrze­buję cię w Nie­bie­skiej Rubieży Jeden -?mówię do Orion. -?Weź dowolny z pro­mów i zabierz resztę pilo­tów do ich sil­ni­ków. -?Łapię ją za rękę, gdy rusza do przej­ścia. -?Nie wzno­simy Bogów Burzy ponad pod­sta­wowy hory­zont. Przy­się­gnij mi.

-?Na moje życie.

Przy­su­wam czoło do jej czoła.

-?Od Awan­gardy po Dolinę, sio­stro.

Uśmie­cha się na wspo­mnie­nie sta­rego statku, na któ­rym się pozna­li­śmy.

-?Od Awan­gardy po Dolinę, bra­cie.

Odcho­dzi i zabiera ze sobą kawa­łe­czek mnie. Czło­wiek już nie wie, kiedy znowu zoba­czy przy­ja­ciela. Czy w ogóle go jesz­cze zoba­czy. Ze wszyst­kich ludzi, któ­rych znam, Orion ni­gdy nie mówiła, co będzie robić po woj­nie. Czuję, że teraz muszę to wie­dzieć, ale ona już wzywa swo­ich burzo­wych pilo­tów i kie­ruje ich do pro­mów.

-?Uwa­żasz, że doszła do sie­bie? -?odzywa się sto­jąca na ram­pie Rhonna. - Jeśli wpad­nie w Czer­wień Krwi...

-?Mam zabez­pie­cze­nie.

-?Oczy­wi­ście.

Odwra­cam się do niej. Już mam jej powie­dzieć, żeby leciała z Har­nas­su­sem, kiedy widzę, że rozu­mie, co mam na myśli, co dokład­nie mam na myśli, mówiąc o zabez­pie­cze­niu w przy­padku Orion. Niech to szlag. Czyta we mnie jak w otwar­tej książce.

-?Gdzie to jest? -?pyta. -?Na wypa­dek gdyby...

Na wypa­dek gdy­bym zgi­nął, to wła­śnie chce powie­dzieć.

Kiedy popro­si­łem Gli­ra­stesa, żeby stwo­rzył pro­gram umoż­li­wia­jący syn­chro­ni­za­cję z Bogami Burzy, kaza­łem mu skon­stru­ować zawór bez­pie­czeń­stwa, żeby kie­ru­jący nimi Nie­bie­scy nie zde­cy­do­wali o losach pla­nety beze mnie. Wyj­muję główny wyłącz­nik z płasz­cza i macham nim przed nosem Rhonny.

-?A w zbroi? -?pyta.

-?Drugi pojem­nik na udzie. Pra­wym.

I tak po pro­stu zapew­niła sobie miej­sce u mojego boku. Wybacz, bra­cie.

Wysy­łam wia­do­mość do Wyj­ców: "Ale­xan­drze, powiedz Thrak­sie, żeby prze­pro­wa­dziła reko­ne­sans w Ange­lii. Nie walcz­cie z Ryce­rzem Stra­chu. Już lecę".

6. Lysander

6

Lysan­der

Mięsożercy

-?Lysan­der au Lune. Jak na ducha wyglą­dasz bar­dzo żywo. -?Ata­lan­tia pod­nosi mnie z kolan i obej­muje. Znaj­du­jemy się w jej kom­na­cie medy­ta­cyj­nej. -?Spójrz, Hypa­tio, nasz stary przy­ja­ciel -?gru­cha.

Oswo­jona czarna vasta, która zwija się na gar­dle Ata­lan­tii jak naszyj­nik, przy­gląda mi się z gadzią obo­jęt­no­ścią.

-?Śmiało, kochana, poca­łuj naszego dro­giego Lysan­dra.

Zapo­mnia­łem już, jakie to prze­ra­ża­jące uczu­cie, poczuć na ustach zimne łuski naj­bar­dziej jado­wi­tego stwo­rze­nia Wenus. Kiedy odsu­wam się od poca­łunku, widzę, jak mime­tyczne łuski węża bledną, żeby dopa­so­wać się do mojej skóry, a potem ciem­nieją, kiedy z powro­tem owija się wokół szyi Ata­lan­tii.

-?Pamięta cię! -?gru­cha Ata­lan­tia.

Jej kom­nata medy­ta­cyjna jest przy­jem­niej­sza od jej biżu­te­rii. W prze­ci­wień­stwie do mojej babki Ata­lan­tia lubi odro­binę cha­osu. Tutaj urzą­dziła ogród z naj­bar­dziej oso­bli­wymi oka­zami, jakie widzia­łem. Pod gwiezdną kopułą drzewa heli­sowe o fio­le­to­wych liściach skrę­cają się na sznury DNA. Ptaki śpie­wają. Jest nawet małpa, może dwie, które koły­szą się wśród drzew. Gdyby za ilu­mi­na­to­rem nie obra­cał się Mer­kury, nie wie­dział­bym, że prze­by­wam na okrę­cie wojen­nym.

Szcze­gół, który naj­bar­dziej mi się podoba, to mię­so­żerne orchi­dee, które przy­sia­dły nad bul­go­cącą fon­tanną z kupi­dy­nem. Się­gają ku mnie języ­kami, kiedy patrzę na Ata­lan­tię.

Tak jak Ajax, ona rów­nież zmie­niła się pod­czas mojej nie­obec­no­ści. Teraz naj­młod­sza z sióstr Grim­mus jest już dobrze po czter­dzie­stce. Jest szczu­pła i spra­wia wra­że­nie wygłod­nia­łej. Nie wygląda na wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat, jeśli pomi­nąć oczy, jed­nak tam, gdzie kie­dyś spo­czy­wała kapry­śna poże­raczka serc z Pala­tynu, teraz stoi żoł­nierz.

Znik­nęły suk­nie, klej­noty i włosy zaple­cione w war­ko­cze się­ga­jące do krzyża. Znik­nęły dia­men­towe paznok­cie, kie­liszki zapra­wio­nego szam­pana i kory­ta­rze wypeł­nione musku­lar­nymi Różo­wymi kochan­kami. Suk­nie zostały zastą­pione przez dra­ma­tyczny czarny mun­dur z rzę­dem zło­tych szpi­kul­ców i czasz­kami na obu ramio­nach, a kochan­ko­wie -?przez okręt pełen nie­ustra­szo­nych zabój­ców z mojego poko­le­nia, wete­ra­nów o lodo­wa­tym spoj­rze­niu z jej poko­le­nia i żywych legend oca­la­łych z jesz­cze wcze­śniej­szej gene­ra­cji.

Nosi włosy krótko przy­cięte na bokach, a na czubku głowy zaple­cione w krót­kie war­ko­czyki. Można by ją pra­wie wziąć za jed­nego z tych pozba­wio­nych poczu­cia humoru Mar­sjan, z któ­rych tak lubiła kpić.

Jej ponowny widok to jak doty­ka­nie kawałka domu. Bar­dziej nawet niż widok Ajaxa czy Kalin­dory. Była bli­sko z moimi rodzi­cami. O ile zawsze bałem się Atlasa, naj­lep­szego przy­ja­ciela ojca, o tyle ni­gdy nie bałem się naj­lep­szej przy­ja­ciółki matki. Pod wie­loma wzglę­dami Ata­lan­tia była w rów­nym stop­niu moją obroń­czy­nią co Aja.

Dołą­czają do nas Ajax, Kalin­dora i -?poprzez łącz­ność holo­gra­ficzną - zagro­żony gatu­nek: pry­musi pozo­sta­łych domów z okresu Pod­boju. Car­thii, bogaci i roz­wiąźli stocz­niowcy z Wenus; Fal­the z ich obse­sją na punk­cie czy­sto­ści -?noma­dzi, odkąd ich majątki na Ziemi prze­pa­dły; oraz Votum, poetyccy, ale osta­tecz­nie prag­ma­tyczni magnaci gór­nic­twa i meta­lur­gii i budow­ni­czo­wie Mer­ku­rego -?świeżo z niego wyeks­mi­to­wani, rzecz jasna.

Nie­obecne są nowo­bo­gac­kie rody, które wybiły się pod­czas wojny i na­dal są uwa­żane przez tych ludzi za nie­istotne. I oczy­wi­ście -?co naj­bar­dziej rzuca się w oczy -?pra­dawny ród Saud, dostawcy pie­choty na Wenus. Rodzina Dido to główni rywale Car­thii, naj­sil­niej­szego sojusz­nika Ata­lan­tii. Ich nie­obec­ność jest nad­zwy­czaj wymowna.

Zatem to wciąż jest jaski­nia mię­so­żer­ców. Będą trud­nymi słu­cha­czami. Przy­naj­mniej nie muszę opo­wia­dać Julii au Bel­lona o tym, jaki los spo­tkał Cas­siusa z rąk Obrzeża. Nie ma jej tutaj.

-?Zasmu­ciła mnie wieść o śmierci two­jego ojca -?mówię do Ata­lan­tii zgod­nie z dwor­skim pro­to­ko­łem. -?Długo trwał jego znój. Wiel­kie były jego czyny. Niech spo­czywa w Pustce, wolny od brze­mie­nia.

Pod cięż­kimi powie­kami jej oczy roz­bły­skują jak główki zapa­łek. Badają moją twarz i twa­rze słu­cha­czy, szu­ka­jąc wię­cej paliwa dla pło­mieni. Jej wzrok pada na mój strój i roz­bły­skuje ogniem.

-?Dro­gie dziecko, muszę powie­dzieć, że twój styl stał się dość ponury...

-?Twój ojciec...

-?Niczego cię nie nauczy­łam? Słodki Lysan­drze! Bez­czyn­ność to nie powód, żeby prze­stać dbać o kopyta swo­jego ogiera, tak jak wojna nie jest powo­dem, żeby przy­stać na złego krawca. Będziemy musieli natych­miast napra­wić ten błąd. To kwe­stia sza­cunku dla samego sie­bie. Mam na pokła­dzie trzech naj­lep­szych kraw­ców z Wenus. Jeden tydzień z nimi, a będziesz wyglą­dał jak król.

To nie­bez­pieczne słowo w tym towa­rzy­stwie.

Lepiej nic nie mówić.

Wzdy­cha i patrzy na gwiazdy. Zer­kam na gigan­tyczny fresk, który domi­nuje na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Octa­via zamó­wiła go dla naszej rodziny i naszych naj­bliż­szych sojusz­ni­ków -?gens Grim­mus. Patrzą na nas Ajax, Atlas i Aja, ale twa­rzy zmar­łych nie widać.

Ata­lan­tia je zama­lo­wała.

Łącz­nie z moją.

-?Ojciec zawsze myślał, że to Lorn go zabije w taki czy inny spo­sób - mówi, zauwa­żyw­szy moje zain­te­re­so­wa­nie malo­wi­dłem. Patrzy na ojca, któ­remu nie­dawno doma­lo­wano całun. -?Nie miałby nic prze­ciwko temu. Nawet gdyby to był Nero. Ale kun­del, mie­sza­niec, nie­wol­nik? -?Syczy cicho. -?W jakich nie­sto­sow­nych cza­sach żyjemy, drogi chłop­cze. Nikt nie dostaje śmierci, na jaką zasłu­żył. To nad wyraz pro­stac­kie.

-?Co to za farsa, Ata­lan­tio? -?mru­czy holo­gram Scor­pio au Votum. Zawsze był pedan­tycz­nym, mate­ma­tycz­nym stwo­rze­niem. Ponadto dopiero co skoń­czył sto lat i ma szes­na­stą kochankę. -?Nie mamy czasu na te... zabawy. Trzeba omó­wić kwe­stie logi­styczne.

Ata­lan­tia prze­wraca oczami, patrząc na mnie, jakby chciała powie­dzieć: "Patrz, co muszę zno­sić", ale na­dal dzieli nas prze­paść. Oba­wia się moich inten­cji, co jest natu­ralne.

-?Farsa? -?war­czy Ajax, sta­jąc w mojej obro­nie. -?A co jest zabaw­nego w fak­cie, że Lysan­der wró­cił do żywych, Scor­pio?

-?O tak póź­nej porze zagi­niony chło­piec tra­fia do nas z obrzeży cywi­li­za­cji na okrę­cie nie­przy­ja­ciela? -?pry­cha Scor­pio. -?Wybacz moje nie­do­wie­rza­nie, ale to pach­nie wro­gimi machi­na­cjami.

-?Jak ja kocham to mau­zo­leum spi­sków w two­jej gło­wie, Scor­pio. To takie roz­koszne. Zasta­na­wiam się jed­nak, czy to mnie zamie­rzasz oskar­żyć o wro­gie machi­na­cje? -?pyta Ata­lan­tia.

-?Suge­ro­wa­łem coś bar­dziej wil­czego pocho­dze­nia. -?Nie­prawda. -?Ale skoro pytasz, przy­po­mnę ci, że Mer­kury należy do mojej rodziny, a nie do gens Grim­mus, nie do gens Lune, nie do tej kon­fe­de­ra­cji Dwu­stu, którą razem wyku­li­śmy, włą­cza­jąc nawet najbar­dziej roz­wod­nioną krew. To my zbu­do­wa­li­śmy Mer­ku­rego. To my ujarz­mi­li­śmy jego orbitę.

-?Sile­nius i jego spad­ko­biercy zapła­cili za to... -?dodaje Kalin­dora.

Zda­niem pry­musa Votum, z racji mło­do­ści i żało­snego pocho­dze­nia (z rodu mają­cego zale­d­wie trzy­sta lat) Kalin­dora nie jest ważna. Mówi dalej:

-?Powiedz, pro­szę, Ata­lan­tio, czy naprawdę wie­rzysz, że popar­cie dzie­dzica sprawi, iż zapo­mnimy o naszych pra­wach do tej pla­nety? Nie. Nie. Bez względu na swoje osią­gnię­cia nie ty jedna masz armię. Jesteś pierw­sza pośród rów­nych, ale to nie czyni cię Suwe­renką. I ni­gdy nie uczyni.

Ata­lan­tia uśmie­cha się do niego.

-?Gdy­bym wzięła to omył­kowo za groźbę, mogła­bym uprzeć się, żebyś zapro­sił Atlasa na her­batę o pół­nocy. Wiem, że możesz zapro­sić swoje cudne dzieci: Cicero, Por­cię, Ovi­diusa, Hora­tia. Czemu nie zapro­sić wszyst­kich?

Imię Atlasa spra­wia, że w pokoju powiewa chło­dem. Jed­nak cho­dzi o coś wię­cej niż jedy­nie strach przed czło­wie­kiem. W epoce, w któ­rej pry­musi byli świad­kami wygi­nię­cia linii gene­tycz­nych rów­nie sta­rych jak ich wła­sne, groźba wobec rodziny to coś wię­cej niż groźba wobec jej serca. Może ozna­czać koniec sta­ro­żyt­nych nazwisk.

-?Oczy­wi­ście, że nie jestem Suwe­renką -?zga­dza się Ata­lan­tia; ma głowę na karku. -?Po co mi płasz­czący się pochlebcy? Albo brze­mię zawia­dy­wa­nia całymi pla­ne­tami? Moja domena to wojna, łaskawy panie. Tylko wojna. I w tej kwe­stii dowio­dłam, że jestem lep­sza od cie­bie i cie­szę się waszym zaufa­niem w kwe­stii jej pro­wa­dze­nia. -?Nikt nie zgła­sza sprze­ciwu, nawet Fal­the, a widział on rów­nie wiele bitew co sam Żni­wiarz. -?Ta sprawa doty­czy wła­śnie wojny. I ja mówię, że to jest Lysan­der. A także że widzę go pierw­szy raz od dzie­się­ciu dłu­gich lat. Jed­nak jestem dosta­tecz­nie hojna, żeby podzie­lić się nim z wami. Dla­czego? Bo cenię wasze zda­nie. Gdy­byś jed­nak pra­gnął tylko obrzu­cać mnie oskar­że­niami... to cóż... była­bym roz­cza­ro­wana.

Cisza. Ajax stoi za Ata­lan­tią jak nie­wzru­szona pięść. Atlas zaś jest jak druga pięść, nie­wi­dzialna. Jed­nak mimo wszyst­kich tych gróźb Złoci wie­dzą, że Ata­lan­tia mogłaby ich zabić, tylko pła­cąc za to naj­wyż­szą cenę. I że ucieczka z pod­ku­lo­nymi ogo­nami nie leży w natu­rze wład­ców pla­net. Odpo­wiedź Scor­pio jest jed­nak zde­cy­do­wa­nie roz­trop­niej­sza.

-?Lysan­der au Lune był w Smo­czej Gar­dzieli, kiedy ta padła. Ponie­waż prze­bywa teraz tutaj, można się zasta­na­wiać, jak prze­trwał. Skąd mamy wie­dzieć, że nie jest agen­tem Powsta­nia? Może sam o tym nie wie­dzieć. Wiem, że nie muszę wam przy­po­mi­nać, jak bez­względny jest nasz wróg. I że nie może­cie mieć już mono­polu na pewne... tech­niki.

-?Jestem gotowy uznać, że to rze­czy­wi­ście Lysan­der -?mru­czy Asmo­deus au Car­thii. -?Scor­pio to tylko para­no­idalny pająk.

Jako naj­sil­niej­szy sojusz­nik Ata­lan­tii Asmo­deus będzie ją popie­rał moim kosz­tem. Wygląda tak samo jak wtedy, kiedy widzia­łem go po raz ostatni: pija­nego w ogro­dach Pala­tynu z naćpa­nymi Różo­wymi uwie­szo­nymi obu jego ramion. Cho­ciaż liczy sobie dobrze ponad setkę, upiorne stwo­rze­nie ma opa­loną, nie­na­tu­ralną twarz czter­dzie­sto­latka i nie­wąt­pli­wie pokryte korek­to­rem nie­bie­skie żyły od środ­ków odmła­dza­ją­cych. Car­thii, cho­ciaż zawsze byli dro­dzy Ata­lan­tii, to naj­gor­szy ród Rdze­nia. Pozwa­lam mu pluć tru­ci­zną, ale pamię­tam, żeby uwa­żać na groź­niej­sze jej odmiany.

-?Wszy­scy wiemy, że Bel­lona led­wie uciekł Gorgo i jego zabój­com na Ceres nie­całe trzy lata temu -?mówi Asmo­deus. -?Bestia zamel­do­wała, że dziar­ski kochaś dep­tał po pię­tach Bel­lo­nie. -?Słynny roz­pust­nik patrzy na mnie tym samym głod­nym wzro­kiem, co kiedy byłem chłop­cem. -?Teraz znamy toż­sa­mość tego chłop­ta­sia.

Kalin­dora śmieje się i otwartą dło­nią ude­rza się w opan­ce­rzone udo.

-?Ty stary zbo­czeńcu. Jesteś pewien, że to nie był twój sen?

Zasko­czony Ajax par­ska śmie­chem, a Asmo­deus jest poiry­to­wany, ale jej nie prze­rywa.

-?Ani Lysan­der, ani Zdrajca nie upa­dliby tak nisko. -?Kalin­dora mruga do mnie poro­zu­mie­waw­czo. -?Cho­ciaż może powin­ni­śmy go zapy­tać. Pew­nie może mieć jakieś infor­ma­cje na ten temat, co?

Kiedy byłem chłop­cem, słu­żyła w mojej ochro­nie, zanim awan­so­wała na Ryce­rza Olim­pij­skiego. Widzę, że nie stra­ciła wyczu­cia.

-?Sza­nowni pry­musi -?mówię gło­śno i wyraź­nie. -?Pro­szę mi wyba­czyć opie­sza­łość w dołą­cze­niu do wojny, ale oba­wiam się, że muszę wyja­śnić powód mojej nie­obec­no­ści. Nie byłem więź­niem Repu­bliki ani kochan­kiem Cas­siusa. Po śmierci Ai i Octa­vii Dar­row oddał mnie Cas­siu­sowi jako wycho­wanka, po tym jak Cas­sius zabił moją babkę. To z nim spę­dzi­łem ostat­nie dzie­sięć lat w Pasie.

Nie cał­kiem taką odpo­wiedź miała na myśli Kalin­dora. Zamiast roz­broić Zło­tych, moja odpo­wiedź spra­wia, że śmieją się zdu­mieni. Ata­lan­tia wytrzesz­cza nieco oczy, a Ajax odwraca się do mnie powoli.

-?Wycho­wanka?

-?Tak.

Nie mówi nic wię­cej, bo wie, że lepiej nie prać naszych bru­dów publicz­nie. Zatem nauczył się dys­kre­cji. Może powi­nie­nem sam tego spró­bo­wać, zamiast pozwa­lać sobie na szcze­rość, ale w końcu i tak wszystko by się wydało. Dio­me­des może i jest hono­rowy, ale jeśli obo­wią­zek wyma­gałby podzie­le­nia się tą infor­ma­cją, żeby zyskać prze­wagę w nego­cja­cjach, zro­biłby to bez waha­nia. Sera­phina mogłaby im powie­dzieć dla zabawy. Naczelny zdrajca moich ludzi wycho­wy­wał mnie rów­nie długo jak mar­twa Suwe­renka. Mogą pluć na mnie, ale nie mogą dłu­żej trak­to­wać mnie z góry. Krew Bel­lo­nów była rów­nie stara jak ich wła­sna, a Cas­sius był bar­dzo nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem. Co pomógł wycho­wać?

-?To naprawdę odra­ża­jące -?mówi Ata­lan­tia i gwiż­dże przez zęby. -?Ale zgod­nie z twoją wia­do­mo­ścią mamy wie­rzyć, że Cas­sius nie żyje.

-?Tak.

Ona i Ajax patrzą po sobie z napię­ciem.

-?Dobrze. Zaj­miemy się cia­łem, żeby jego matka mogła uho­no­ro­wać go sło­necz­nym pogrze­bem, jeśli tak zde­cy­duje.

-?Nie mam ciała.

Ata­lan­tia unosi brwi, a poiry­to­wana Hypa­tia wokół jej szyi zaczyna wić się w kie­runku prze­ciw­nym do wska­zó­wek zegara.

-?Dla­czego?

-?Zostało skra­dzione i zbez­czesz­czone przez krew­nia­ków Bel­le­re­phona au Raa, któ­rego Cas­sius zabił.

-?Zbez­czesz­czone w jaki spo­sób?

-?Nie...

Asmo­deus recho­ta­niem prze­rywa nam roz­mowę. Klej­noty w pier­ście­niach skrzą się, gdy prze­suwa pal­cami po gład­kim pod­bródku.

-?Prze­padł na dekadę, był wycho­wy­wany przez Bel­lonę i nie zamie­rzał wra­cać. Jed­nak teraz, kiedy dostrze­gasz próż­nię w miej­scu wła­dzy, przy­bie­gasz jak ocho­czy pro­sia­czek, żeby prze­jąć tron. Mamy już przy­wódcę, nik­czemny chłop­cze. Nazywa się Ata­lan­tia.

-?Nie wró­ci­łem, żeby cokol­wiek przej­mo­wać -?odpo­wia­dam. -?Nie mam bli­zny, nie mam dzie­dzic­twa, nie mam prawa. Przy­by­łem tylko po to, żeby ule­czyć podział, jaki stwo­rzyło Powsta­nie. -?Patrzę na Ata­lan­tię. - Pozwo­lisz?

Kiwa głową.

-?To będzie zabawne.

Drzwi otwie­rają się i do środka zostają wpusz­czeni Dio­me­des z Sera­phiną. Atmos­fera wro­go­ści wypeł­nia pokój. Cofam się, robiąc miej­sce dla Dio­me­desa. Pochmurna Sera­phina staje obok niego.

-?Wiel­kie nieba... -?mru­czy Ata­lan­tia. -?Ponury jak chmura gra­dowa. Blady jak trup. To Raa czy duch samego Akari?

-?Jest o wiele mniej roz­mowny -?wtrąca Ajax.

-?Salve, Aureu­so­wie. -?Dio­me­des z sza­cun­kiem pochyla głowę. -?Jestem Dio­me­des au Raa, syn Romu­lusa i Dido, Rycerz Burzy Domi­nium Obrzeża, tak­sar­cha Falangi Bły­ska­wicy.

-?Uuu, a co to takiego? -?dziwi się Ajax.

To zaska­kuje Dio­me­desa.

-?Wyspe­cja­li­zo­wany legion mobilny.

-?A nie wszyst­kie legiony są mobilne? Czy też macie nowy sprzęt lata­jący?

Dio­me­des mruga zasko­czony tym zwro­tem, a potem odchrzą­kuje.

-?To moja sio­stra Sera­phina, locha­gos... Jede­na­stej Jazdy Pyłu.

Czeka, aż Ajax znowu mu prze­rwie.

-?Mów dalej -?zachęca go Ata­lan­tia. -?Świet­nie ci idzie, młody czło­wieku.

-?Naszym obo­wiąz­kiem jest prze­ka­zać wam wie­ści od Rady Księ­ży­co­wej oraz kon­su­lów Dido au Raa i Heliosa au Lux. Prze­ka­zali nam Pie­częć Domi­nium. -?Dio­me­des unosi pięść i poka­zuje wielką żela­zną ręka­wicę pan­cerną wysa­dzaną wiru­ją­cymi kamie­niami. -?Zosta­łem upo­waż­niony do pro­wa­dze­nia per­trak­ta­cji mają­cych na celu zawar­cie trwa­łego i odpo­wia­da­ją­cego wszyst­kim rozejmu mię­dzy Domi­nium Obrzeża a Ostat­kami Wspól­noty, aby prze­ciw­sta­wić się cho­ro­bie demo­kra­cji.

Wszy­scy milkną zaszo­ko­wani.

-?Niech mnie szlag... -?mru­czy Scor­pio. -?Więc to prawda.

Asmo­deus rechoce z nie­do­wie­rza­niem.

-?Dido au Saud kon­su­lem? Nie­moż­liwe. Ci bar­ba­rzyńcy gar­dzą cywi­li­zo­wa­nym towa­rzy­stwem! Doprawdy, czy Romu­lus osza­lał?

W głębi ducha się mar­twi. Dido zdra­dziła swoją rodzinę, wycho­dząc za mąż za Raa. Jeśli Obrzeże mia­łoby sprzy­mie­rzyć się z rodem Saud... O rety. To mogłoby zagro­zić jego prze­wa­dze na Wenus. Kalin­dora świet­nie się bawi, widząc jego roz­draż­nie­nie.

-?Prze­stań, pro­szę -?mówi do Asmo­deusa Ata­lan­tia. Odwraca się z powro­tem do Dio­me­desa. -?Z pew­no­ścią odzie­dzi­czy­łeś po ojcu... pre­zen­cję. Powiedz jed­nak, dla­czego Romu­lus Śmiały nie jest już Suwe­re­nem? Zmę­czyło go pero­ro­wa­nie? Atlas w to nie uwie­rzy.

-?Nasz ojciec nie żyje -?odpo­wiada Sera­phina.

Nie wspo­mnia­łem o tym w wia­do­mo­ści.

Nikt się nie odzywa, dopóki Ata­lan­tia nie pod­nosi ręki jak uczen­nica.

-?Nie żyje?

Dio­me­des kiwa głową.

-?Pod przy­sięgą zdra­dził, że wie­dział, iż za znisz­cze­nie stoczni Gani­me­desa odpo­wia­dają Dar­row z Lykos i Vic­tra au Julii, a nie Roque au Fabii.

-?Dar­row to zro­bił? -?Ata­lan­tia śmieje się i klasz­cze w dło­nie. Hypa­tia wysuwa bły­ska­wicz­nie język, wyczu­wa­jąc zachwyt swo­jej pani. -?Ojciec miał rację. Wie­dzia­łam, że to nie był Fabii. Dar­row. Dar­row. Dar­row. A to mały, szel­mow­ski kara­luch! Pra­wie jestem z niego dumna. Ale wygląda na to, że za bar­dzo się zapę­dził. Cóż, każdy wie, jak to jest. Tym­cza­sem jed­nak Romu­lus nie żyje. Nie żyje? Nie sądzi­łam, że on może umrzeć. Powiedz, jak odszedł? Wojna domowa? Zabój­stwo? Czy wresz­cie wasza matka go pożarła?

-?Po tym, jak wyznał swój postę­pek i zamor­do­wał Bia­łych arbi­trów, tylko w jeden spo­sób mógł odzy­skać honor -?wyja­śnia Dio­me­des. -?Prze­szedł Ścieżkę Akari do Smo­czego Grobu i uległ żywio­łom.

Gapią się na niego, jakby gadał od rze­czy.

-?Doszedł? -?pyta Ajax.

Dio­me­des prze­łyka ślinę.

-?Nie.

I wtedy wszy­scy jak jeden mąż wybu­chają śmie­chem.

Napeł­nia mnie nie­na­wi­ścią ich brak sza­cunku dla czło­wieka, któ­rego podzi­wia­łem pra­wie w rów­nym stop­niu co Cas­siusa. Sera­phina wygląda, jakby była gotowa dobyć brzy­twy, gdyby tylko ją miała.

Jedy­nie Dio­me­des stoi nie­po­ru­szony. Wiele nauczył się z krót­kiej roz­mowy z Aja­xem i teraz uczy się, czego spo­dzie­wać się po pozo­sta­łych.

Mój sza­cu­nek dla tego czło­wieka jedy­nie rośnie. Wygląda na to, że Kalin­dora podziela moje zda­nie.

-?Oto twój potwór w cie­niu, gotowy zaata­ko­wać Wenus, Asmo­deu­sie! - śmieje się Ata­lan­tia. -?Tyle zamar­twia­nia się z powodu samo­bój­stwa pły­ną­cego z uro­jeń. Powia­dam: po co mamy kie­dy­kol­wiek ruszać z wojną do Obrzeża? Skoro wystar­czy spra­wić, aby okła­mali się nawza­jem, a potem honor każe im zająć się resztą!

-?Romu­lus był Żela­znym Zło­tym -?odzy­wam się. -?Pod każ­dym wzglę­dem był czło­wie­kiem honoru.

-?Cho­ciaż wszystko wska­zuje, że zabra­kło mu do tego paru kro­ków - popra­wia mnie Ajax.

-?Zasłu­guje na wasz sza­cu­nek -?war­czę. -?A przy­naj­mniej grzecz­ność i nie­wy­śmie­wa­nie go w obec­no­ści jego potom­ków.

Wojow­ni­czy Fal­the wresz­cie prze­rywa mil­cze­nie:

-?Nie będzie mnie pouczał w kwe­stiach honoru chło­pak bez bli­zny, bez względu na jego nazwi­sko. Byłem pod Ilio­nem, młody czło­wieku. Romu­lus zabił moją sio­strę. Prze­ciął jej brzuch tak, że dosię­gnął krę­go­słupa. Dopóki nie wal­czy­łeś z tymi... nie­szczę­snymi prze­żu­wa­czami w kory­ta­rzu, nic nie wiesz.

-?Chcesz, żeby­śmy sza­no­wali Romu­lusa, Lysan­drze? -?pyta Ata­lan­tia. - Mamy sza­no­wać czło­wieka, dla któ­rego honor był waż­niej­szy od powszech­nego dobra? Mamy sza­no­wać głupca, któ­rego rebe­lia pozwo­liła wybić się Żni­wia­rzowi? Sza­no­wać zdrajcę, który wal­czył ramię w ramię z hor­dami nie­wol­ni­ków w Ilio­nie? Który porzu­cił obo­wiązki w tak strasz­li­wym stop­niu, że nawet jego wła­sny brat nie mógł stać u jego boku? -?Grozi mi smu­kłym pal­cem. -?Myślę, że wciąż jesteś zagu­biony, Lysan­drze. Czy też osza­la­łeś tak jak oni? Co o tym myślisz, sio­strzeń­cze?

Ajax w zadu­mie prze­suwa języ­kiem po zębach.

-?Nie robi wra­że­nia sza­lo­nego.

-?Czyli nie jesteś obłą­kany -?mówi Ata­lan­tia. Staje ze mną nos w nos, mówi cie­płym i ufnym tonem. -?Zatem co? Jesteś zdez­o­rien­to­wany? Tor­tu­ro­wali cię? -?Zerka na Dio­me­desa i Sera­phinę. -?Bru­tal? Czy ta zaku­rzona myszka? Roz­bie­rzemy ich na czę­ści, jeśli chcesz. Nabi­jemy na jeden z pali Atlasa.

-?Potrze­bu­jesz sojusz­nika, żeby prze­chy­lić szale.

Marsz­czy brwi.

-?Nie. Potrze­bo­wa­łam tylko pozy­cji impe­ra­tora. Przez lata ojciec trzy­mał mnie na smy­czy, kiedy prze­pro­wa­dzał kon­wen­cjo­nalny odwrót. Prze­pra­szam: chcia­łam powie­dzieć, kiedy pro­wa­dził wojnę. W przy­padku hybry­do­wego prze­ciw­nika potrze­bu­jesz hybry­do­wego wojow­nika. To ja zmie­ni­łam bieg tej wojny, Lysan­drze. To moi agenci sączyli jad w cyta­deli wroga. Atlas prze­niósł ją do ich koły­ski. Wkrótce motłoch zacznie się wza­jemne wyrzy­nać. Nie potrze­bu­jemy tu zdraj­ców. Jeste­śmy krok od zwy­cię­stwa.

Przy­glą­dam się ich twa­rzom i widzę tylko aro­gancką izo­la­cję. Każdy zaba­ry­ka­do­wał się za wła­sną wła­dzą i uprze­dze­niami. To uza­sad­nione. Nie­któ­rzy pamię­tają krew­nych, któ­rych stra­cili w dwóch rebe­liach Obrzeża. Wielu wie­rzy w cywi­li­za­cyjną wyż­szość Rdze­nia. Wszy­scy zaś pamię­tają koszt w podat­kach, jaki miały dla nich bunty Obrzeża.

Nie są w sta­nie przy­znać, że Obrzeże może być pomocne. Naj­pierw muszą zostać upo­ko­rzeni. Byłoby o wiele łatwiej, gdy­bym mógł przy­pi­sać bitwy do swo­jego imie­nia. Gdy­bym miał legiony na swoje wezwa­nie. Bli­znę na twa­rzy. Jed­nak narzę­dzia, jakimi dys­po­nuję, nie są pozba­wione siły.

-?Może macie rację. Może nie potrze­bu­je­cie Obrzeża, ale...

Ata­lan­tia odwraca się do mnie i posyła mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

-?...jeśli macie wszystko, czego wam trzeba, to czemu wciąż tak wiele okrę­tów jest uszko­dzo­nych po bitwie Kali­bana? Orion nie ule­gła łatwo. Czemu nie wyśle­cie uszko­dzo­nych jed­no­stek z powro­tem do stoczni na Wenus, żeby je tam wyre­mon­to­wano? -?Roz­glą­dam się nie­win­nie. Nikt nie odpo­wiada. -?Chyba że z jakie­goś powodu nie może­cie tego zro­bić. Może Mino­taur zro­bił coś wię­cej, niż tylko zabił Magnusa po tym, jak został uwol­niony przez Dar­rowa. Czyżby przy­pad­kiem zajął stocz­nie, kiedy zna­lazł się na Wenus?

-?Ty mała pod­stępna łasico! -?krzy­czy Asmo­deus. -?Jakim cudem możesz to wie­dzieć?

-?Ile okrę­tów zajął Mino­taur? -?naci­skam. -?Wszyst­kie, które znaj­do­wały się w stocz­niach? Ewi­dent­nie ta zagrywka prze­ciwko Wol­nym Legio­nom to pułapka, żeby przy­cią­gnąć floty Repu­bliki. Przy­cią­gnąć ich główne siły, a potem omi­nąć je chył­kiem i znisz­czyć ich pla­nety. Jed­nakże bez wspar­cia Wenus nie może­cie pole­cieć na Marsa albo Lunę. Pułapka została zasta­wiona, ale wasza stopa też w niej wylą­do­wała.

-?Lysan­drze, pro­szę. Dość tych popi­sów -?mówi Ata­lan­tia.

-?Po poj­ma­niu Mino­taura wielu z jego ludzi musiało przejść do cie­bie, Ata­lan­tio. Ilu jest teraz pod jego sztan­da­rami? A ile okrę­tów się wymknęło? Apol­lo­nius był popu­larny. I docie­kliwy umysł zadałby sobie pyta­nie, dla­czego tak się rwał, żeby zabić Magnusa. Może został zdra­dzony. Oddany wro­gowi.

Patrzą na mnie, jakby nagle wyro­sły mi kły.

Może nie znam zasad Obrzeża, ale znam Rdzeń. I mia­łem rację. Apol­lo­nius został zdra­dzony. Naj­pew­niej wła­śnie z powodu swo­jej popu­lar­no­ści.

Ogar­nia mnie uczu­cie osa­mot­nie­nia. To są ludzie, o któ­rych Cas­sius myślał, że naślą na niego zabójcę. Uwa­żał ich za do tego stop­nia gor­szych od Powsta­nia, że oddał życie, aby na pewno nie wygrali tej wojny. Jeśli nie zgo­dzą się choćby roz­wa­żyć pomy­słu sprzy­mie­rze­nia się z Obrze­żem, to umarł na darmo.

-?Moi łaskawi pano­wie, jeste­ście w poło­wie kroku, w poło­wie kam­pa­nii, która, jak się domy­ślam, miała być nie­słab­ną­cym natar­ciem. Tym­cza­sem Dar­row, nie rusza­jąc nawet pal­cem, odciął wam nogę zakroczną. Bez stoczni i posił­ków nie jeste­ście w sta­nie ani ruszyć naprzód, ani się cof­nąć. Ofe­ruję wam sojusz­nika, który jest świeży, od dzie­się­ciu lat wolny od Powsta­nia. Który nie ma pre­ten­sji, chęci ani sił, żeby zająć wasze pla­nety. Został opluty i teraz szuka satys­fak­cji. Odmów­cie mu, jeśli musi­cie. To wasz wybór, nie mój.

Świersz­cze przy fon­tan­nie kon­ty­nu­ują roz­mowę.

Ajax pierw­szy się odzywa:

-?Jeśli znisz­czymy Wolne Legiony, kiedy oni zaata­kują bastiony w Pasie i stocz­nie na Fobo­sie, rana zadana Repu­blice będzie śmier­telna. Argu­men­ta­cja Lysan­dra nie jest pozba­wiona sensu. Ani też nie odrywa nas od obec­nych poczy­nań.

-?Wiem, że jego argu­menty mają sens -?war­czy Ata­lan­tia. -?Nawet menda by to zauwa­żyła. Ja. Po pro­stu. Nie­na­wi­dzę. Księ­ży­ków. -?W zadu­mie prze­suwa pal­cem po łuskach Hypa­tii. -?Będę bole­śnie szczera, młody Dio­me­de­sie. Nie uwa­żam za roz­sądne tań­czyć z jado­wi­tymi stwo­rze­niami, któ­rych nie wycho­wa­łam od małego. Nie zabi­łeś jed­nak mojego ojca, prawda? Ani Octa­vii, skoro już o tym mowa. Ani Ai czy Moiry. Zamor­do­wa­nie cię pocią­gnę­łoby za sobą gąszcz pro­ble­mów sądo­wych. A jest wielu, bar­dzo wielu innych, któ­rych możesz pomóc mi zabić. Powiedz mi jedno. Wasze stocz­nie zostały znisz­czone, ale jakoś zna­leź­li­ście spo­sób, żeby wybu­do­wać nowe okręty, takie jak ta inte­re­su­jąca kor­weta w moim han­ga­rze. Nie, nie roz­biorę jej, bo pew­nie wtedy wybuch­nie, co? - Dio­me­des wzru­sza ramio­nami. -?Ewi­dent­nie macie zasoby ener­ge­tyczne, dzięki któ­rym może­cie pro­wa­dzić wojnę, cho­ciaż ter­mity zamie­niły Marsa w nie­prze­nik­niony bastion. Jak? Posłu­gu­je­cie się kara­we­lami, żeby zbie­rać hel z gazo­wych olbrzy­mów? -?Szcze­rzy zęby. -?Wiem, że Atlas wie­działby, gdy­by­ście ośmie­lili się wydo­by­wać coś w Pasie Kuipera... -?Dio­me­des pozo­staje nie­ru­chomy, kiedy Ata­lan­tia zadaje coraz wię­cej pytań. -?Ile okrę­tów wojen­nych ma Obrzeże? Ile legio­nów? To są rze­czy, które muszę wie­dzieć.

Dio­me­des jest roz­ba­wiony tym, że Ata­lan­tia myśli, że kie­dy­kol­wiek jej to zdra­dzi.

-?W przy­padku soju­szu wszel­kie zada­nia wyzna­czone Obrzeżu nie­zbędne dla prze­pro­wa­dze­nia uzgod­nio­nej stra­te­gii zostaną wypeł­nione. To wszystko, co powiem.

-?Och, być mło­dym i myśleć, że wie się, jak zała­twia się sprawy -?zwraca się Ata­lan­tia do pry­mu­sów. -?To nie są nie­uczciwe pyta­nia, Dio­me­de­sie. Skoro nie wiem, jak silni jeste­ście, dla­czego mia­ła­bym wybrać was na part­nera do tańca?

-?Bo wszy­scy inni są zajęci, a pieśń osiąga cre­scendo.

Ata­lan­tia patrzy na niego z coraz szer­szym uśmie­chem.

-?Pocze­kaj, aż Atlas cię zoba­czy! -?Wzdy­cha. -?Pro­szę bar­dzo, łaskawi pano­wie. Prawda w całej swo­jej paskud­nej kra­sie. Znowu idziemy do budu­aru z brzyd­kimi kuzy­nami. -?Car­thii pró­buje jej prze­rwać, ale ona nie daje mu dojść do głosu. -?Jestem Dyk­ta­torką, Asmo­deu­sie. Mam nie­ogra­ni­czoną wła­dzę w spra­wach wojny. Aby bro­nić naszej domi­na­cji jutro, musimy iść na prag­ma­tyczne ustęp­stwa dzi­siaj.

Dopiero kiedy zapew­nia, że pry­musi będą mieli udział w two­rze­niu trak­tatu po tym, jak obecne poczy­na­nia się zakoń­czą, ich holo­gramy zni­kają jeden po dru­gim. To jesz­cze nie wszystko. Nego­cja­cje będą trwały tygo­dniami. Żadna ze stron nie ustąpi na krok. A osta­tecz­nie obie strony odejdą, czu­jąc się oszu­kane. Jed­nakże zawrą poro­zu­mie­nie. A co waż­niej­sze, wie­rzę, że Ata­lan­tia chciała, by do niego doszło, kiedy tylko o nim usły­szała. Nie świę­tuje, ale w gło­wie już wygrała wojnę i myślami wybiega do następ­nej.

Naj­pierw Powsta­nie. A potem Obrzeże.

Czuję nagły cię­żar, kiedy zasta­na­wiam się, jak zdo­łam ją prze­ko­nać, żeby nie zwró­ciła się prze­ciwko Raa, gdy tylko zoba­czy w tym zysk.

Jeden z jej musku­lar­nych nie­wol­ni­ków przy­nosi jej kawa­łek chleba na tacy. Ata­lan­tia łamie go na kilka kawał­ków i dzieli się z Raa. Kiedy już zje­dzą, Raa są ofi­cjal­nie jej gośćmi i znaj­dują się pod ochroną gens Grim­mus. Kto­kol­wiek będzie im źle życzył, sta­nie się jej wro­giem. To for­mal­ność, która ma praw­dziwą wagę tak jak za cza­sów naszych przod­ków. Na tym eta­pie Ata­lan­tia nie może sobie pozwo­lić na jesz­cze jed­nego nie­przy­ja­ciela.

-?Jutro zaczniemy roz­mowy na szczy­cie Wod­nego Kolosa w Tyche -?mówi. Raa patrzą po sobie, a potem na pla­netę w dole. -?Dzi­siaj jed­nak potrze­buję gestu dobrej woli.

Pstryka pal­cami i wysoki na trzy kon­dy­gna­cje holo­gram Mer­ku­rego wypeł­nia gwiezdną kopułę. Jest upstrzony ozna­cze­niami zna­nych for­tec i legio­nów wroga, znie­kształ­cony tra­jek­to­riami tysięcy trans­por­tow­ców i astro­Pan­ce­rzy.

Wie­dzia­łem, że coś jest nie tak z tą bojową goto­wo­ścią na Anni­hilo, ale nie spo­dzie­wa­łem się cze­goś takiego.

Zatem czeka nas Żela­zny Deszcz.

To ryzy­kowny gam­bit pod publiczkę, który może oka­zać się bar­dzo drogi. Albo więc Ata­lan­tię roz­nosi pew­ność sie­bie, albo uważa, że czas jej się koń­czy. Podej­rze­wam, że już wiem, gdzie jest teraz Atlas.

Dio­me­des obrzuca spoj­rze­niem plan bitwy i marsz­czy czoło.

-?Nasze czuj­niki suge­rują, że pla­neta jest osła­niana wzmoc­nio­nym łań­cu­chem gene­ra­to­rów tarcz lądo­wych.

-?We wszyst­kich dogod­nych miej­scach, ow­szem -?przy­znaje Ata­lan­tia. -?Na razie.

-?Ale jak...

Uśmie­cha się.

-?Myśli­cie, że Atlas wró­cił do Kuipera, żeby poopa­lać się na pustyni? Uwię­zi­li­śmy ponad dzie­więć milio­nów mar­sjań­skich nie­wol­ni­ków. Prze­bi­łam się przez armadę Dar­rowa. Zła­ma­łam mu serce. A teraz zła­mię mu grzbiet. Jeśli go zabi­jemy i uni­ce­stwimy legiony na Mer­ku­rym, znisz­czymy sojusz Marsa z Luną. Vir­gi­nia zoba­czy, jak jej mała rebe­lia pęka na pół.

-?Poza tym potrze­bu­jesz fabryk czoł­gów w Helio­po­lis, a twoje stocz­nie metalu z Mer­ku­rego do dal­szych walk -?dodaje Dio­me­des.

-?To była długa wojna -?przy­znaje Ata­lan­tia. -?Mówi­cie, że osta­tecz­nie chce­cie wal­czyć po naszej stro­nie, Raa? -?Zaraz ukąsi przy­sło­wiowa żmija. -?Dowiedz­cie tego. Spad­nij­cie z nami w Żela­znym Desz­czu. Prze­lej­cie krew u mego boku, a będę wie­działa, że mam praw­dzi­wych sojusz­ni­ków.

Cisza się prze­ciąga. Dio­me­des się zasta­na­wia.

-?Przy­kro mi, ale nie mogę tego zro­bić.

-?Oczy­wi­ście -?wtrąca Ajax ze śmie­chem. -?Miecz Io naj­le­piej się spraw­dza w pochwie.

-?Powie­rzono mi rolę głosu, nie mie­cza. To nie­moż­liwe.

Ata­lan­tia unosi brwi, potrzą­sa­jąc przy­nętą.

-?Szkoda. Widzia­łam wielki poten­cjał w naszej unii. Jak jed­nak mam zaufać sojusz­ni­kowi jutro, jeśli dzi­siaj nie będzie wal­czył u mego boku? Ajax, pro­szę, odpro­wadź gości na ich sta­tek i ode­ślij z powro­tem do ich pyli­stej dziury.

Obser­wuję Kalin­dorę, kiedy Sera­phina się zasta­na­wia. Czy Kalin­dora jest taka jak reszta tych dra­pież­ni­ków? Roz­ko­szuje się polo­wa­niem, czeka na osta­teczny cios? Jej twarz pozo­staje nie­wzru­szona, ale wzrok bada cie­nie rzu­cane przez kok­sow­niki Ata­lan­tii.

Sera­phina wystę­puje naprzód.

-?Ja to zro­bię. -?Brat odwraca się do niej, raz jesz­cze prze­ce­nia­jąc cier­pli­wość kobiet w swoim rodzie. -?Ty jesteś gło­sem Obrzeża, Dio­me­de­sie. Ja mam tylko poma­gać ci w misji. Jeśli umrę, to co z tego? - Wyciąga jedną rękę nad drugą w pry­wat­nym geście ich rodziny, który mówi "cień i proch". -?Chcesz dostać swój przy­dział krwi, Grim­mus? Możesz wziąć całą moją. To wystar­czy?

Ata­lan­tia się uśmie­cha.

-?Wystar­czy.

Kiedy Dio­me­des zdaje sobie sprawę, że jego sio­stra spad­nie wraz z armią ludzi, któ­rzy z dumą zatknę­liby głowę jego ojca nad komin­kiem, nie­ru­cho­mieje. Współ­czuję mu, ale widzia­łem Sera­phinę wśród Asco­manni i jeśli ktoś może prze­żyć swój pierw­szy Deszcz, to wła­śnie ona.

Dio­me­des rzuca mi ponure spoj­rze­nie, kiedy razem z sio­strą zostają wypro­wa­dzeni przez Popielną Gwar­dię. Ata­lan­tia kiwa głową na Kalin­dorę, żeby rów­nież wyszła. Zostaję sam z nią i Aja­xem i patrzę, jak drzwi się zamy­kają. Ata­lan­tia pod­cho­dzi do ilu­mi­na­tora i spo­gląda na pla­netę. Na pewno się zasta­na­wia, jakie machi­na­cje obmy­śla Dar­row. Ja też się nad tym zasta­na­wiam.

-?Wycho­wa­nek? -?odzywa się nagle Ajax.

Spo­dzie­wa­łem się gniewu, ale to nie umniej­sza mojego stra­chu przed nim.

-?Ja...

Poru­sza się z osza­ła­mia­jącą pręd­ko­ścią, jaka jest nie­moż­liwa w niskiej gra­wi­ta­cji Obrzeża. Jego pięść ude­rza mnie w szczękę tak szybko, że tylko instynkty wpo­jone w ramach Drogi Wierzby, które każą mi podać się impe­towi ude­rze­nia, ratują mnie przed poła­ma­niem żuchwy i karku. Mimo to padam na zie­mię.

-?Wycho­wa­nek?! -?ryczy Ajax.

Ata­lan­tia nawet nie patrzy na odbi­cie tego aktu agre­sji w ilu­mi­na­to­rze. Pod­no­szę rękę do Ajaxa. Cho­ciaż jako dziecko był kochany, jego nastrój potra­fił się zmie­nić pod wpły­wem lada dro­bia­zgu. Teraz jest to o wiele bar­dziej widoczne.

-?Ajax...

-?Ten pie­przony Bel­lona zabił moją matkę -?war­czy, dep­cząc mi pachwinę. -?Była bar­dziej matką dla cie­bie niż twoja wła­sna, ty wyka­stro­wany kun­dlu.

-?To prawda -?jęczę.

-?A mimo to drep­ta­łeś przy nodze Bel­lony przez dzie­sięć lat? Przez dzie­sięć lat, kurwa?!

-?Mia­łem... nie­wielki wybór.

-?Mogłeś wró­cić do nas. Do mnie. Bra­cie.

-?Prze­pra­szam, Ajak­sie, powi­nie­nem był, ale... -?Ude­rza mnie moc­niej, mdło­ści zale­wają mi żołą­dek i zaczyna mnie boleć krzyż. -?Bałem się.

Jest prze­ra­żony moim wyzna­niem i pra­wie zdej­muje ze mnie but.

-?Czego? Nas?

-?Nie cie­bie, ni­gdy cie­bie, Ajak­sie. Dworu, gdzie Złoci poże­rają Zło­tych. -?Pró­buję wstać, ale popy­cha mnie na zie­mię, tym razem deli­kat­niej. -?Myślisz, że cie­szył mnie widok Ai poszat­ko­wa­nej na kawałki? Myślisz, że widok Octa­vii roz­cię­tej od pachwiny po mostek nic nie zna­czył? Myślisz, że nie widzia­łem, jak sami wyrzą­dzi­li­śmy sobie Powsta­nie? Sza­kal, Fitch­ner, Cas­sius, Mar­sjań­ska Waśń, wszystko to objawy tej samej cho­roby. Nie chcia­łem być tego czę­ścią.

To Ajax rozu­mie.

Jako dzieci kpi­li­śmy ze wszyst­kich żmij knu­ją­cych na dwo­rze. Tylko Ata­lan­tii wycho­dziło to z wdzię­kiem, w dodatku robiła to dla zabawy. Moira była czy­sta w swoim obse­syj­nym dąże­niu do prawdy. Aja była czy­sta w wypeł­nia­niu swo­ich obo­wiąz­ków wobec mojej babki. Lorn był czy­sty w hono­rze. Nawet Dar­row był czy­sty w swo­jej wtedy jesz­cze nie­wy­tłu­ma­czal­nej żądzy wygry­wa­nia.

To byli ludzie, któ­rych podzi­wia­łem. Nie żmije.

-?Więc czemu wra­casz teraz? -?pyta Ata­lan­tia.

Wyczuwa zro­zu­mie­nie łączące mnie i Ajaxa, ale go nie poj­muje. Zazdro­ści nam tego? Czy jest podejrz­liwa? Tak czy ina­czej, wraca do ilu­mi­na­tora.

-?Bo wie­rzę, że może być ina­czej. Powsta­nie dowio­dło, że nie potrafi rzą­dzić. Nawet jeśli za cza­sów Octa­vii działa się nie­spra­wie­dli­wość, nie było dwu­stu milio­nów tru­pów.

-?Dwu­stu pięć­dzie­się­ciu -?mówi Ata­lan­tia. -?Ukry­wa­li­śmy głód na Wenus.

Drę­twieję na myśl o tym, że śmierć tak wielu ludzi można było ukryć.

-?Może nie było ide­al­nie, ale nie było aż tak źle. Wie­rzę, że jeśli zdła­wimy Powsta­nie, mamy szansę napra­wić nie tylko to, co znisz­czyło, ale także to, co sami popsu­li­śmy.

-?Na bogów -?mru­czy Ajax. -?Nie zmie­nił się ani odro­binę.

-?Mówi­łam.

Ajax pod­nosi mnie za klapy kurtki.

-?Pew­nie wciąż chce być Mar­kiem Aure­liu­szem. -?Pochyla się bli­żej i dodaje kon­fi­den­cjo­nal­nie: -?Prawda jest taka, że moja matka ujęła się za Cas­siu­sem. Pamię­tasz. Kiedy Octa­via kwe­stio­no­wała jego lojal­ność, matka bła­gała, żeby dać mu szansę. Pew­nie widziała Lorna w jego sercu. A on oka­zał jej wdzięcz­ność, rzu­ca­jąc ją wil­kom na pożar­cie. Wiem, że to sobie zra­cjo­na­li­zo­wa­łeś, bo uwa­żasz, że emo­cje to wtórne opro­gra­mo­wa­nie, czy coś takiego. Jed­nak spójrz na to, czym ja jestem. Czym się sta­łem. - Poka­zuje znaki wska­zu­jące liczbę zabi­tych. Na wgnie­cioną zbroję. Na podwój­nej gru­bo­ści szarą brzy­twę u pasa. -?Myślisz, że sta­łem się tym dla przy­jem­no­ści?

-?Rozu­miemy wojnę, która się w tobie toczy, Lysan­drze. Zawsze rozu­mie­li­śmy -?odzywa się Ata­lan­tia. -?Jed­nak nie zmie­nia to faktu, że nie w taki spo­sób powi­nie­neś wró­cić: ze względu na sie­bie, na nas... I nie z nimi. Roz­mie­ni­łeś się na drobne. Mogłeś wró­cić jak bóg. Pomyśl, jak mogła­bym to wyko­rzy­stać. Pomyśl, jak mogłoby na tym sko­rzy­stać twoje gór­no­lotne marze­nie. -?Wzdy­cha i unosi rękę jak śpie­waczka ope­rowa. - Oczy­wi­ście legiony ucie­szą się z two­jego powrotu. Jeśli posłu­żyć się tym nale­ży­cie, powrót dzie­dzica Sile­niusa na­dal może inspi­ro­wać światy. Już sły­szę te pie­śni. Masz jed­nak wiele do udo­wod­nie­nia. Ludzie będą się zasta­na­wiać, nie ja, ale inni, czy nie jesteś słu­gu­sem Obrzeża. -?Macha rękami. -?Może to wytre­no­wana małpka Zdrajcy? Może nawet mario­netka Króla Nie­wol­ni­ków? Będą się zasta­na­wiali: czy Lysan­der naprawdę jest Żela­znym Zło­tym?

Ajax staje w mojej obro­nie.

-?Może i jest potwor­nie pre­ten­sjo­nal­nym dzi­wa­dłem, ale nie jest mario­netką Króla Nie...

Ata­lan­tia uci­sza go samym spoj­rze­niem.

-?Dopóki odpo­wie­dzi nie będą nie­pod­wa­żalne, oba­wiam się, że nie mogę ujaw­nić two­jego powrotu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dramatis person?

Dra­ma­tis person?

Republika Solarna

Dar­row z Lykos / Żni­wiarz -?były arcy­im­pe­ra­tor Repu­bliki Solar­nej, mąż Vir­gi­nii, Czer­wony

Vir­gi­nia au Augu­stus / Mustang -?aktu­alna Suwe­renka Repu­bliki Solar­nej, żona Dar­rowa, pry­mus domu Augu­stus, sio­stra Sza­kala z Marsa, Złota

Pax -?syn Dar­rowa i Vir­gi­nii, Złoty

Kie­ran z Lykos -?brat Dar­rowa, Wyjec, Czer­wony

Rhonna -?bra­ta­nica Dar­rowa, córka Kie­rana, lan­sjer, Szcze­niak nr Dwa, Czer­wona

Deanna -?matka Dar­rowa, Czer­wona

Sevro au Barca / Goblin -?impe­ra­tor Repu­bliki, mąż Vic­try, Wyjec, Złoty

Vic­tra au Barca -?żona Sevro, z domu au Julii, Złota

Elec­tra au Barca -?córka Sevro i Vic­try, Złota

Dan­cer, sena­tor O'Faran -?sena­tor, nie­gdyś jeden z dowód­ców Synów Aresa, mąż Deanny, try­bun bloku Czer­wo­nych, Czer­wony

Kavax au Tele­ma­nus -?pry­mus domu Tele­ma­nus, klient domu Augu­stus, Złoty

Niobe au Tele­ma­nus -?żona Kavaxa, klient domu Augu­stus, Złota

Daxo au Tele­ma­nus -?dzie­dzic domu Tele­ma­nus, syn Kavaxa i Niobe, sena­tor, try­bun bloku Zło­tych, Złoty

Thraxa au Tele­ma­nus -?pre­tor Wol­nych Legio­nów, córka Kavaxa i Niobe, Wyjec, Złota

Ale­xan­dar au Arcos -?naj­star­szy wnuk Lorna, dzie­dzic domu Arcos, sprzy­mie­rze­niec domu Augu­stus, lan­sjer, Szcze­niak nr Jeden, Złoty

Cadus Har­nas­sus -?impe­ra­tor Repu­bliki, zastępca dowódcy Wol­nych Legio­nów, Poma­rań­czowy

Orion xe Aqu­arii -?nawar­cha Repu­bliki, impe­ra­tor Bia­łej Floty, Wyjec, Nie­bie­ska

Col­lo­way xe Char -?pilot z naj­więk­szą liczbą zestrze­leń we flo­cie Repu­bliki, Wyjec, Nie­bie­ski

Gli­ra­stes Mistrz Stwórca -?archi­tekt i wyna­lazca, Poma­rań­czowy

Holi­day ti Naka­mura -?dux Lwiej Gwar­dii Vir­gi­nii, sio­stra Trigga, klient domu Augu­stus, cen­tu­rion Legionu Pegaz, Szara

Żywe Sre­bro / Regu­lus ag Sun -?naj­bo­gat­szy czło­wiek w Repu­blice, szef Sun Indu­stries, Srebrny

Publius cu Cara­val -?try­bun bloku Mie­dzia­nych, sena­tor, Mie­dziany

The­odora -?przy­wód­czyni agen­tów zwa­nych Drza­zgami, klient domu Augu­stus, Różowa Róża

Zan -?arcy­im­pe­ra­tor Repu­bliki po usu­nię­ciu z tej pozy­cji Dar­rowa, dowódca floty obron­nej Luny, Nie­bie­ski

Bła­zen -?Wyjec, klient domu Barca, Złoty

Pestka -?Wyjec, klient domu Barca, Złota

Min-Min -?Wyjec, snaj­per i eks­pert od uzbro­je­nia, klient domu Barca, Czer­wona

Brzy­dal -?Wyjec, klient domu Augu­stus, Złoty

Kulki -?Wyjec, haker, Zie­lony

Bez­ję­zyk -?były wię­zień w Gro­bowcu w Otchłani, Obsy­dia­nowy

Felix au Daan -?ochro­niarz Dar­rowa, klient domu Augu­stus, Złoty

Wspólnota

Ata­lan­tia au Grim­mus -?dyk­ta­torka Wspól­noty, córka Pana Popio­łów Magnusa au Grim­musa, sio­stra Ai i Moiry, były klient domu Lune, Złota

Lysan­der au Lune -?wnuk byłej Suwe­renki Octa­vii, dzie­dzic rodu Lune, były patron domu Grim­mus, Złoty

Atlas au Raa / Rycerz Stra­chu -?brat Romu­lusa au Raa, legat Legionu Zero ("Gor­gony"), daw­niej pod kura­telą domu Lune, klient domu Grim­mus, Złoty

Ajax / Rycerz Burzy -?syn Ai au Grim­mus i Atlasa au Raa, dzie­dzic domu Grim­mus, legat Żela­znych Lam­par­tów, Złoty

Kalin­dora au San / Rycerz Miło­ści -?Olim­pij­ski Rycerz, ciotka Ale­xan­dra au Arcosa, klient domu Grim­mus, Złota

Julia au Bel­lona -?matka Cas­siusa, który nie utrzy­muje z nią kon­tak­tów, nie­przy­ja­ciółka Dar­rowa, pry­mus ostat­ków domu Bel­lona, Złota

Scor­pio au Votum -?pry­mus domu Votum (magnaci, wła­ści­ciele kopalni metali i budow­ni­czy Mer­ku­rego), Złoty

Cicero au Votum -?dzie­dzic domu Votum, syn Scor­pio, legat Legionu Skor­pion, Złoty

Asmo­deus au Car­thii -?pry­mus domu Car­thii (stocz­niowcy z Wenus), Złoty

Rhone ti Fla­vi­nius -?pod­pre­tor rodu Lune, były zastępca dowódcy XIII Straży Pre­to­riań­skiej Dra­go­nów (którą dowo­dziła Aja), Szary

Seneca au Cern -?dux Ajaxa, cen­tu­rion Żela­znych Lam­par­tów, Złoty

Magnus au Grim­mus / Pan Popio­łów -?były arcy­im­pe­ra­tor za rzą­dów Octa­vii au Lune, Nisz­czy­ciel Rei, Złoty, zabity przez Wyj­ców i Apol­lo­niusa au Valii-Rath

Octa­via au Lune -?była Suwe­renka Wspól­noty, babka Lysan­dra, Złota, zabita przez Dar­rowa

Aja au Grim­mus -?córka Pana Popio­łów Magnusa au Grim­musa, Złota, zabita przez Sevro

Moira au Grim­mus -?córka Pana Popio­łów Magnusa au Grim­musa, Złota, zabita przez Ragnara

Dominium Obrzeża

Dido au Raa -?współ­kon­sul Domi­nium Obrzeża, żona byłego Suwe­rena Domi­nium Obrzeża Romu­lusa au Raa, z domu au Saud, Złota

Dio­me­des au Raa / Rycerz Burzy -?syn Romu­lusa i Dido, tak­sar­cha Falangi Bły­ska­wicy, Złoty

Sera­phina au Raa -?córka Romu­lusa i Dido, locha­gos Jede­na­stej Jazdy Pyłu

Helios au Lux -?współ­kon­sul Domi­nium Obrzeża dzie­lący urząd z Dido

Romu­lus au Raa / Władca Pyłu -?były pry­mus domu Raa i Suwe­ren Domi­nium Obrzeża, Złoty, popeł­nił rytu­alne samo­bój­stwo

Obsydianowi

Sefi Mil­cząca -?kró­lowa Obsy­dia­no­wych, przy­wód­czyni Wal­ki­rii, sio­stra Ragnara Vola­rusa, Obsy­dia­nowa

Val­dir Nie­ścięty -?wódz wojenny, part­ner kró­lo­wej Sefi, Obsy­dia­nowy

Ozgard -?sza­man ogni­stych kości, Obsy­dia­nowy

Fre­ihild -?skuggi wojow­niczka ducha, Obsy­dia­nowa

Gud­kind -?skuggi wojow­nik ducha, Obsy­dia­nowy

Xeno­phon -?doradca Sefi, Białe logos

Ragnar Vola­rus -?były przy­wódca Obsy­dia­no­wych, Wyjec, Obsy­dia­nowy, zabity przez Aję

Inni

Eph­raim ti Horn -?wolny strze­lec, były czło­nek Synów Aresa, mąż Trigga ti Naka­mura, Szary

Volga Fjor­gan -?wolny strze­lec, współ­pra­cow­niczka Eph­ra­ima, Obsy­dia­nowa

Apol­lo­nius au Valii-Rath / Mino­taur -?dzie­dzic domu Valii-Rath, wie­lo­mówny, Złoty

Książę Rąk -?czło­nek Syn­dy­katu, mistrz zło­dziei, Różowy

Lyria z Laga­los -?Gamma z Marsa, klient domu Tele­ma­nus, Czer­wona

Liam -?sio­strze­niec Lyrii, klient domu Tele­ma­nus, Czer­wony

Har­mony -?przy­wód­czyni Czer­wo­nej Ręki, była człon­kini Synów Aresa, Czer­wona

Pytha -?pilotka, towa­rzyszka Cas­siusa i Lysan­dra, Nie­bie­ska

Fig­ment -?wolny strze­lec, Brą­zowa

Fitch­ner au Barca / Ares -?były przy­wódca Synów Aresa, Złoty, zabity przez Cas­siusa au Bel­lona

Suwerenka

Suwe­renka

-?Oby­wa­tele Repu­bliki Solar­nej, mówi wasza Suwe­renka.

Wpa­truję się na wpół ośle­piona w plu­ton egze­ku­cyjny obiek­ty­wów kamer podob­nych do muszych oczu. Po dru­giej stro­nie ilu­mi­na­tora za moją sceną sta­cje bojowe i okręty wojenne uno­szą się ponad górną atmos­ferą Luny.

Patrzy na mnie osiem miliar­dów oczu.

-?W ubie­gły pią­tek wie­czo­rem, trze­ciego dnia men­sis Mar­tius, otrzy­ma­łam raport, z któ­rego wynika, że Wspól­nota prze­pro­wa­dza na orbi­cie Mer­ku­rego ope­ra­cję woj­skową na dużą skalę. Od czasu bitwy o Marsa pięć lat temu nie zgro­ma­dzono podob­nej ilo­ści wypo­sa­że­nia i rów­nie licz­nych sił. Pono­simy odpo­wie­dzial­ność za ten kry­zys. Zwa­bieni fał­szy­wymi obiet­ni­cami peł­no­moc­nika wroga, pozwo­li­li­śmy, aby nasza deter­mi­na­cja osła­bła. Uwie­rzy­li­śmy w szla­chet­ność naszego nie­przy­ja­ciela. Uwie­rzy­li­śmy, że można zawrzeć pokój z tyra­nami. Praw­dziwa natura tego kłam­stwa, jakże kuszą­cego, została ujaw­niona: to okrutne intrygi na pozio­mie władz, obmy­ślone, popeł­nione i prze­pro­wa­dzone przez nowo wyzna­czoną Dyk­ta­torkę Ostat­ków Wspól­noty, Ata­lan­tię au Grim­mus, córkę Pana Popio­łów. Ule­gł­szy jej cza­rowi, poszli­śmy na ugodę z rzecz­ni­kami tyra­nii. Zwró­ci­li­śmy się prze­ciwko naszemu naj­więk­szemu gene­ra­łowi, mie­czowi, który prze­ciął okowy nie­woli, i zażą­da­li­śmy, aby zgo­dził się na pokój, w któ­rym on sam roz­po­znał kłam­stwo. Kiedy odmó­wił, krzyk­nę­li­śmy: "Zdrajca!", "Tyran!", "Pod­że­gacz wojenny!". W oba­wie przed nim przy­wo­ła­li­śmy z powro­tem z Mer­ku­rego na Lunę część Bia­łej Floty: Straż Cen­tralną. Zosta­wi­li­śmy impe­ra­tor Aqu­arii połowę sił, nara­ża­jąc ją na atak. Uczy­ni­li­śmy ją na wpół bez­bronną. Teraz z jej floty, floty, która oswo­bo­dziła nasze domy, pozo­stały szczątki. Dwie­ście waszych okrę­tów wojen­nych zostało znisz­czo­nych. Tysiące waszych mary­na­rzy zgi­nęły. Miliony waszych braci i sióstr zostały porzu­cone na wro­giej pla­ne­cie. Straty się­gają setek miliar­dów, wasze straty. I jest to wina sprze­czek w waszym sena­cie, a nie sił wroga. Sły­sza­łam, jak mówiono w ostat­nich mie­sią­cach, w kory­ta­rzach Nowego Forum, na uli­cach Hype­riona, w wia­do­mo­ściach nada­wa­nych w całej Repu­blice, że powin­ni­śmy porzu­cić tych synów i córki wol­no­ści, te Wolne Legiony. Sły­sza­łam, jak nazywa się je publicz­nie, bez wstydu, "Utra­co­nymi Legio­nami". Zostali skre­śleni przez was mimo odwagi, jaką oka­zali, mimo wytrzy­ma­ło­ści, jaką w sobie zna­leźli, mimo potwor­no­ści, jakie wycier­pieli dla was. Zostali skre­śleni, ponie­waż boimy się, że roz­sta­jąc się z naszymi okrę­tami, ścią­gniemy inwa­zję na wła­sne światy. Ponie­waż boimy się ponow­nie ujrzeć żelazo Wspól­noty na naszych nie­bach. Ponie­waż boimy się zary­zy­ko­wać wygodę i wol­ność, które męż­czyźni i kobiety z Wol­nych Legio­nów zdo­byli dla nas za cenę wła­snej krwi... Powiem wam, czego ja się boję. Boję się, że czas roz­wod­nił nasze marze­nie! Boję się, że pośród wygód uwie­rzy­li­śmy, że o swo­body nie trzeba wal­czyć!

Pochy­lam się do przodu.

-?Oba­wiam się, że wątłość naszej deter­mi­na­cji, kłót­nie i obmowy, w któ­rych jakże deka­dencko się nurza­li­śmy, ogra­bią nas z jed­no­ści woli, która pozwo­liła światu ruszyć naprzód ku lep­szemu miej­scu, gdzie posza­no­wa­nie dla spra­wie­dli­wo­ści i wol­no­ści zna­la­zło punkt zacze­pie­nia po raz pierw­szy od tysiąca lat. Oba­wiam się, że z powodu z braku jed­no­ści powró­cimy do ohyd­nej epoki, z któ­rej ucie­kli­śmy, i że ten nowy czas mroku będzie bar­dziej okrutny, bar­dziej zło­wiesz­czy i bar­dziej prze­wle­kły z powodu nik­czem­no­ści, jaką roz­bu­dzi­li­śmy w naszych wro­gach. Wzy­wam was, Ludu Repu­bliki, pozo­stań­cie zjed­no­czeni. Nawo­łuj­cie swo­ich sena­to­rów, aby odrzu­cili strach. Aby odrzu­cili otę­pie­nie, w któ­rym dba się tylko o wła­sne korzy­ści. Aby nie drżeli zdjęci pier­wot­nym stra­chem na myśl o inwa­zji. Nie pozwól­cie, aby wasi sena­to­ro­wie gro­ma­dzili dla sie­bie wasze bogac­twa, cho­wali się za waszymi okrę­tami wojen­nymi, lecz obudź­cie w ich duszach bar­dziej gniewne anioły i poślij­cie potęgę Repu­bliki, żeby strą­ciła machinę tyra­nii i uci­sku z nieba Mer­ku­rego i ura­to­wała nasze Wolne Legiony.

W tej chwili trzy­sta osiem­dzie­siąt cztery tysiące kilo­me­trów od mojego serca, z orbity leżą­cej tysiąc kilo­me­trów nad krnąbr­nym kon­ty­nen­tem Pacy­fiki Połu­dnio­wej, poci­ski w zapew­nia­ją­cej nie­wi­dzial­ność dla rada­rów poli­me­ro­wej powłoce Sun Indu­stries pędzą w pustkę z pręd­ko­ścią trzy­stu dwu­dzie­stu tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Lecą w kie­runku Mer­ku­rego. Nie niosą jed­nak śmierci, ale zapasy, leki na cho­robę popro­mienną, uzbro­je­nie, a także -?o ile mój mąż na­dal żyje -?słowa nadziei.

"Nie opu­ści­li­śmy cię. Przy­będę po cie­bie.

A do tego czasu wytrwaj, uko­chany. Wytrwaj".

Prolog. Darrow

Pro­log

Dar­row

Czerwień Krwi

Dwa miesiące wcześniej

W cie­niu Mer­ku­rego unosi się cmen­ta­rzy­sko okrę­tów wojen­nych Repu­bliki.

Ze zwy­cię­skiej Bia­łej Floty, która wyzwo­liła Lunę, Zie­mię i Marsa, pozo­stały tylko poskrę­cane odłamki i poczer­niałe sko­rupy. Znisz­czone przez potęgę Armady Popiel­nej wraki okrę­tów wirują na orbi­cie wokół pla­nety, którą wyzwo­liły rap­tem kilka mie­sięcy temu. Już nie wypeł­niają ich mar­sjań­scy mary­na­rze i legio­ni­ści wierni marze­niu Eo, zimne kory­ta­rze są otwarte na próż­nię i zamiesz­kane tylko przez umar­łych.

To ostatni śmiech Pana Popio­łów i debiut jego dzie­dziczki.

Kiedy ja razem z Apol­lo­niu­sem i Sevro pali­łem sta­rego wojow­nika w jego łożu na Wenus, jego córka Ata­lan­tia wyszła z cie­nia ojca i prze­jęła urząd Dyk­ta­tora. Dys­kret­nie prze­pro­wa­dziła więk­szość ich armady z Wenus i wyko­rzy­stała znie­kształ­ca­jące wska­za­nia instru­men­tów pro­mie­nio­wa­nie sło­neczne, żeby zaata­ko­wać z zasadzki Białą Flotę na orbi­cie Mer­ku­rego.

Orion, dowódca mojej floty i naj­lep­szy tak­tyk Repu­bliki, nie spo­dzie­wała się tego. To była masa­kra, a ja spóź­ni­łem się trzy tygo­dnie, żeby jej zapo­biec. Sza­leń­cze wezwa­nia pomocy moich przy­ja­ciół drę­czyły mnie, kiedy poko­ny­wa­łem pustkę, odda­la­jąc się coraz bar­dziej od syna i żony i zmie­rza­jąc pro­sto w pasz­czę sza­leń­stwa.

Biała Flota może i prze­pa­dła, ale Wolne Legiony, które prze­wio­zła na Mer­ku­rego, wciąż żyją. Wkrótce dołą­czę do nich na powierzchni pla­nety, naj­pierw jed­nak mam inne zada­nie do wyko­na­nia.

Byłoby łatwiej, gdy­bym miał tu Sevro. Jak zawsze, gdy cho­dzi o prze­moc.

Mój oddech roz­brzmiewa chra­pli­wie w ska­fan­drze próż­nio­wym, kiedy sunę przez cmen­ta­rzy­sko. Moje magne­tyczne buty lądują bez­gło­śnie na zła­ma­nym krę­go­słu­pie repu­bli­kań­skiego dred­nota. Zer­kam przez wiel­kie pęk­nię­cie w kadłu­bie, żeby spraw­dzić, jak idzie praca mojemu lan­sje­rowi. Różne szczątki szy­bują w ciem­no­ści -?kawałki metalu, mate­race, dzbanki na kawę, zamar­z­nięte kule pły­nów maszy­no­wych, odcięte koń­czyny. Ni­gdzie nie widać Ale­xan­dra.

Sztywne ciało mary­na­rza w stroju mecha­nika szy­buje sto­pami do przodu. Nogi ma sto­pione w jeden, wygięty, zakrze­pły kikut żarem pro­mieni czą­stek, usta roz­warte w nie­mym krzyku, jakby pytał: "Gdzie byłeś, kiedy nad­szedł wróg? Gdzie był Żni­wiarz, któ­remu przy­się­głem wier­ność?".

Dał się zwieść wro­gom, sprzy­mie­rzeń­com, samemu sobie.

Pod­czas gdy senat Repu­bliki oszu­ki­wał sam sie­bie, wie­rząc, że można zawrzeć pokój z faszy­stow­skimi wataż­kami, ja uda­wa­łem, że zabi­cie Pana Popio­łów zakoń­czy wojnę jesz­cze za naszego życia. Uda­wa­łem, że mam klucz do przy­szło­ści, w któ­rej mogę odło­żyć sier­pak i wró­cić do dziecka i żony, żeby być ojcem i mężem. Despe­ra­cja pozwo­liła mi uwie­rzyć w to kłam­stwo. Naiw­ność senatu kazała mu uwie­rzyć w kłam­stwo Ata­lan­tii. Teraz jed­nak znam prawdę.

Wojna to jest nasze życie. Sevro myślał, że może przed nią uciec. Ja myśla­łem, że mogę ją zakoń­czyć. Jed­nak nasz wróg jest jak Hydra. Ode­tnij mu jedną głowę, a wyro­sną dwie nowe. Nie będą szu­kać pokoju. Nie pod­da­dzą się. Trzeba im wyciąć serce, bo będą wal­czyć o każdą piędź ziemi, nawet o naj­drob­niej­szy pyłek.

Dopiero wtedy nasta­nie pokój.

W roz­pa­dli­nie pod moimi sto­pami migo­czą świa­tła. Kilka minut póź­niej Złoty w ska­fan­drze kosmicz­nym unosi się do góry, żeby usiąść obok mnie na kadłu­bie. Z obawy przed czuj­ni­kami wroga przy­sta­wia osłonę hełmu do mojej, żeby fale dźwię­kowe miały się przez co nieść.

-?Reak­tor gotowy do nekro­man­cji.

-?Dobra robota, Ale­xan­drze.

Odpo­wiada mi sto­ic­kim ski­nie­niem głowy.

Ten młody żoł­nierz nie jest już nie­opie­rzo­nym, nie­pew­nym sie­bie mło­dzi­kiem, który zaczął u mnie służbę jako lan­sjer cztery lata temu. Po woj­nie więk­szość ludzi się kur­czy. Jedni z powodu ran na ciele. Inni na sku­tek śmierci towa­rzy­szy. Nie­któ­rzy z powodu utraty auto­no­mii. Jed­nak więk­szość ze wstydu, bo odkry­wają wła­sną nie­moc. W kon­fron­ta­cji ze zgrozą ich marze­nia o wiel­kim prze­zna­cze­niu zała­mują się. Tylko nie­liczni prze­klęci roz­ko­szują się mrocz­nym dresz­czy­kiem, gdy odkry­wają, że są uro­dzo­nymi zabój­cami.

Ale­xan­dar to zabójca. Dowiódł, że jest god­nym spad­ko­biercą spu­ści­zny po swoim dziadku, Lor­nie au Arcos. A ja zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy odzie­dzi­czy też moje brze­mię. W poje­dynkę powstrzy­mał napór wroga na szczy­cie wieży Pana Popio­łów, kiedy Thraxa, Sevro i ja zosta­li­śmy powa­leni na kolana. To obu­dziło w nim głód. Teraz pra­gnie zemścić się na Ata­lan­tii za wymor­do­wa­nie naszej floty.

Tęsk­nię za tak jasnym poj­mo­wa­niem celu.

Jak to mawiał Lorn? "Gniew sta­rych jest zim­niej­szy, bo to oni decy­dują, jak posłu­żyć się mło­dymi".

Ilu jesz­cze muszę wyko­rzy­stać? Ile jest warte życie Ale­xan­dra? Ile jest warte moje wła­sne? Jakby tam kryła się odpo­wiedź, zer­kam w prawo. Za kadłu­bem dry­fu­ją­cego dred­nota wschod­nia kra­wędź Mer­ku­rego pul­suje jak sto­piona kosa.

Pla­neta jest nie­wiele więk­sza od Luny, ale z tak bli­ska wydaje się gigan­tyczna. Cie­nie wykry­wa­cza min Wspól­noty prze­su­wają się po jej tar­czy. Szuka ato­mo­wych min zosta­wio­nych przez Orion na orbi­cie dla osłony sza­leń­czego odwrotu naszych sił, kiedy wpa­dły w zasadzkę Ata­lan­tii. Zostało ich już nie­wiele. Kiedy wszyst­kie zostaną usu­nięte, tylko tro­pos­fe­ryczne tar­cze osła­nia­jące cenny kon­ty­nent Helios będą powstrzy­my­wać gniew Popiel­nej Armady. Czarne okręty czają się po dru­giej stro­nie cmen­ta­rzy­ska, bez­piecz­nie poza zasię­giem naziem­nych dział Repu­bliki. Cze­kają, żeby wystrze­lić Żela­zny Deszcz prze­ciwko mojej porzu­co­nej na Mer­ku­rym armii.

Kiedy tar­cze padną, pad­nie Mer­kury.

Dzie­sięć milio­nów moich braci i sióstr czeka ani­hi­la­cja.

Po to wła­śnie zja­wiła się Ata­lan­tia. Żeby zmiaż­dżyć Białą Flotę. Żeby zabić Wolne Legiony. Żeby ode­brać z powro­tem Mer­ku­rego i jego meta­lami i fabry­kami nakar­mić machinę wojenną Zło­tych na Wenus i przy­go­to­wać się do decy­du­ją­cego, nie­od­par­tego ude­rze­nia w serce Repu­bliki.

Maleńki laser migo­cze na kadłu­bie mię­dzy sto­pami Ale­xan­dra. Znowu przy­su­wam hełm do jego osłony.

-?Prze­su­wają go -?mówię. Jego spoj­rze­nie staje się surow­sze. -?Czas ruszać.

Razem odpy­chamy się od kadłuba i szy­bu­jemy z powro­tem w głąb cmen­ta­rzy­ska. Poko­nu­jemy morze zamro­żo­nych tru­pów i strza­ska­nych myśliw­ców, po czym lądu­jemy dwa kilo­me­try od dred­nota na roz­bi­tym kadłu­bie mar­twego dewa­sta­tora. Prze­ska­ku­jemy po jego powierzchni, aż docie­ramy do ciem­nego han­garu. Wewnątrz czeka pro­to­ty­powy czarny prom - Nekro­manta, oso­bi­sty waha­dło­wiec Pana Popio­łów zdolny do lotów w głę­bo­kim kosmo­sie, który ukra­dłem z jego for­tecy i na któ­rym przy­le­cia­łem z Wenus na Mer­ku­rego. Dzi­siaj dopil­nuję, żeby zasłu­żył na swoje imię.

-?Mrów­ko­jad do Czar­nego Tango, sły­szysz mnie? -?Głos Ryce­rza Stra­chu nie­sie się echem w gło­śni­kach han­garu. Jest lodo­waty i zdra­dza inte­li­gen­cję.

Głos pasuje do czło­wieka. Atla­sowi au Raa, naj­sku­tecz­niej­szemu polo­wemu dowódcy Ata­lan­tii, daleko do jego hono­ro­wego brata, Romu­lusa. Wysłany na powierzch­nię ze swo­imi par­ty­zan­tami z Legionu Zero, sieje chaos na naszych tyłach i odpo­wiada za opóź­nie­nie, z jakim połą­czę się z moimi siłami -?które nawet nie wie­dzą, że tu jestem. Podob­nie zresztą jak wróg.

Armada Popielna utrzy­my­wała blo­kadę wokół pla­nety, kiedy przy­le­cia­łem na Mer­ku­rego trzy tygo­dnie temu. Na szczę­ście tech­nika masku­jąca Nekro­manty nie ma sobie rów­nych w całej arma­dzie Wspól­noty, a szczątki okrę­tów sku­tecz­nie osło­niły nasz przy­lot.

Ukry­wa­jąc się na cmen­ta­rzy­sku, wyko­rzy­sta­łem opro­gra­mo­wa­nie deszy­fru­jące na Nekro­man­cie, żeby pod­słu­chi­wać Ryce­rza Stra­chu. Składa raporty ze swo­ich okru­cieństw, mel­duje o nabi­ja­niu na pale i oka­le­cze­niach z obo­jęt­no­ścią leka­rza poda­ją­cego lek pacjen­towi. Dzi­siaj oma­wia inny temat.

-?Tu Czarne Tango. Mrów­ko­jad, mel­duj. -?Cie­niutki głos Mie­dzia­nego odpo­wiada w imie­niu Ata­lan­tii. Jakiś zło­wiesz­czy admi­ni­stra­tor od taj­nych ope­ra­cji na Anni­hilo.

-?Nie­wol­nik Dwa jest zapa­ko­wany i gotowy do prze­sła­nia -?prze­ciąga zgło­ski Atlas. -?Krwawa Meduza gotowa. Par­kiet wygląda na zatło­czony, potwierdź­cie lądo­wa­nie eskorty i obec­ność przy­zwo­itki.

-?Lądo­wa­nie potwier­dzone. Eskorta: Miłość, Śmierć i Burza zostaną dostar­czone na kredę za dwa­dzie­ścia. Prze­wi­dy­wany czas potwier­dze­nia: czter­dzie­ści. Nad­zór przy­zwo­itki zapew­niony. Pro­simy o potwier­dze­nie kon­taktu z eskortą. Dostawa rusza na twój sygnał.

-?Zro­zu­miano. Potwier­dzę kon­takt. Mrów­ko­jad bez odbioru.

Prze­kaz audio się koń­czy.

Nie­wol­nik Dwa, tak nazy­wają moją przy­ja­ciółkę, Orion. Od dnia, kiedy z Sevro upro­wa­dzi­li­śmy jej sta­tek pod­czas ucieczki z Luny, była moją powier­niczką, lojalną sojusz­niczką, jedy­nym atu­tem w star­ciu z nie­wia­ry­god­nym wyra­fi­no­wa­niem Zło­tych pre­to­rów floty. A teraz jest ich jeń­cem.

Nie­wol­nik Dwa. Skur­wy­syny.

Zanim przy­le­cie­li­śmy, Orion została porwana przez Ryce­rza Stra­chu ze swo­jej kwa­tery w sto­licy Mer­ku­rego -?Tyche. Jej oso­bi­stą ochronę wyrżnęli w pień. Na łóżku zosta­wili jej palce, żeby zakpić z Wol­nych Legio­nów.

Rycerz Stra­chu nie mógł wywieźć jej na orbitę, ale zdo­łał wymknąć się tro­pi­cie­lom, któ­rych moi dowódcy wysłali jego śla­dem. Słu­cha­łem rapor­tów łaj­daka, kiedy odzie­rał niektó­rych z nich żyw­cem ze skóry i tor­tu­ro­wał Orion w swo­ich ukry­tych gór­skich bazach. Dzi­siaj spró­buje prze­nieść ją na orbitę, gdzie będzie musiała sta­wić czoło nie­prze­nik­nio­nym psy­cho­tech­ni­kom Ata­lan­tii. To będzie neu­ro­ek­strak­cja -?nauka, w któ­rej Ata­lan­tii dorów­nuje tylko moja żona. Orion mogła opie­rać się tor­tu­rom, ale kiedy Ata­lan­tia zacznie zdzie­rać war­stwy jej umy­słu, archi­tek­tura obrony pla­ne­tar­nej Repu­bliki zosta­nie odsło­nięta.

Nie mogę pozwo­lić, żeby do tego doszło.

-?Faszy­stow­skie dupki -?mru­czy moja bra­ta­nica, Rhonna, i wyciąga synap­tyczne ręka­wiczki w kie­runku Ale­xan­dra.

-?To Czer­wone kmiotki wydały Orion, nie Złoci -?odpo­wiada Ale­xan­dar, zajęty wyci­na­niem brzy­twą bojo­wego iro­keza na ogrom­nej gło­wie Thraxy au Tele­ma­nus.

Mam taką samą fry­zurę. Thraxa podzi­wia się w odbi­ciu wyszczer­bio­nego młota bojo­wego: Dzie­wuszki.

-?Cała ta pla­neta jest gów­niana -?odpo­wiada Rhonna. -?Zasta­nów się, czy nie kupić tu sobie willi, Księż­niczko.

W odpo­wie­dzi Ale­xan­dar posyła jej całusa.

-?Ata­lan­tia ma przy­naj­mniej odro­binę polotu -?rzuca prze­cią­gle Col­lo­way. Naj­lep­szy pilot myśliw­ców w Repu­blice, który unika wszel­kiego nie­po­trzeb­nego wysiłku, wyciąga się na skrzynce ze zbroją impul­sową i pali szluga. Smu­kłe koń­czyny roz­rzu­cił we wszyst­kich kie­run­kach, bla­do­nie­bie­skie oczy spo­glą­dają marzy­ciel­sko na wijącą się smużkę dymu. -?Pamię­ta­cie Młot Grozy albo Świe­tli­stą Zagładę? Wiel­kie nieba, Pan Popio­łów miał nosa. O ile nazy­wał to coś nosem. Prę­dzej "Poże­ra­czem Tchnie­nia" albo "Spo­żywcą Gazów Życia"...

Dzie­wuszka Thraxy wali w pokład i zosta­wia w nim dwa wiel­kie zagłę­bie­nia.

Wszy­scy milkną.

Moja naj­lep­sza zabój­czyni pali się do walki. Twarz ma poma­lo­waną na poma­rań­czowo. Pochyla sze­roką jak udo szyję niczym sło­necz­no­kr­wi­sty ogier w blo­kach star­to­wych Hipo­dromu. O ile ja żałuję swo­jego zami­ło­wa­nia do prze­mocy, prze­peł­niony Czer­wo­nym poczu­ciem winy, o tyle Złoci sta­rej krwi pła­wią się w jej wrza­wie. To nie chwałę kochał Cas­sius, nie za szla­chetną walką goni Ale­xan­dar i nie katar­tycz­nej zemsty potrze­buje Sevro, ale pier­wot­nej esen­cji samej walki. Thraxa ni­gdy nie czuje się bar­dziej żywa niż po trzy­dzie­stu dniach walki, ze skórą pokrytą otar­ciami od sio­dła, i potem, gdy poluje na ludzi, któ­rzy ni­gdy nie byli zwie­rzyną.

-?Lubię zabi­jać ludzi, któ­rych nie lubię -?powie­działa kie­dyś, gdy Pax zapy­tał, czemu za mną podąża. -?A twój tata przy­ciąga ich jak muchy.

Przy­glą­dam się resz­cie moich skrom­nych sił. Wszy­scy poza Col­lo­wayem noszą iro­kezy, które roz­sła­wił Sevro. Ale­xan­dar, Col­lo­way i Thraxa są gotowi. A Rhonna i Bez­ję­zyk? Stary Obsy­dia­nowy sie­dzi ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na pod­ło­dze.

Po awan­sie ze straż­nika wię­zien­nego do pozy­cji nie­pew­nego atutu dowiódł swo­jej war­to­ści na wyspie Pana Popio­łów. Jest praw­dzi­wym patriotą, jeśli idzie o Repu­blikę, ale oba­wiam się, że nie jest gotowy na to, co nas czeka. Oba­wiam się, że nawet my nie jeste­śmy na to gotowi. Bez part­nera Sefi, Val­dira, i jego Obsy­dia­no­wych, bez Sevro, Vic­try, Pestki, Bła­zna i Holi­day nasza dru­żyna wydaje się mniej­sza, niż powinna. Bra­kuje mi mojej naj­lep­szej broni i naj­lep­szych przy­ja­ciół.

-?Wróg wyru­szył -?mówię. -?Rycerz Stra­chu spró­buje dostar­czyć Orion na Anni­hilo w ciągu godziny. Ura­tu­jemy ją, jeśli zdo­łamy. W prze­ciw­nym wypadku musimy ją zli­kwi­do­wać. Nie zdo­będą tych infor­ma­cji. -?Patrzę każ­demu w oczy, mie­rząc siłę ich woli. -?Zna­cie plan. Każde z was ma pozwo­le­nie na zabi­cie. Pamię­taj­cie, po co tu jeste­śmy. Naszą misją nie jest rato­wa­nie sie­bie, ale chro­nie­nie Repu­bliki za wszelką cenę.

Kiwają gło­wami, lecz ja zasta­na­wiam się, czy rozu­mieją, do jakiego stop­nia ocze­kuję, że będą prze­strze­gać tej zasady. Znajdą się wśród nich tacy, któ­rych sumie­nie zwie­dzie i skłoni do uzna­nia wyż­szo­ści innych zasad.

Potrze­buję rdze­nia, na któ­rym mogę pole­gać.

-?Nasze infor­ma­cje suge­rują, że napo­tkamy co naj­mniej trzech Ryce­rzy Olim­pij­skich i agen­tów Gor­gon. -?Gor­gony to legion Ryce­rza Stra­chu do zadań spe­cjal­nych. W ich sze­re­gach są Pohań­bieni Złoci z Insty­tu­tów oraz Sza­rzy i Obsy­dia­nowi o skłon­no­ściach aspo­łecz­nych, któ­rych uznano za zbyt destruk­cyj­nych dla ducha walki, aby słu­żyli w nor­mal­nych legio­nach. -?Niech żadne z was nie wcho­dzi do walki z Ryce­rzem Olim­pij­skim, o ile nie będzie ze mną.

-?Strach przy­bę­dzie tam oso­bi­ście? -?pyta Thraxa.

-?On ma na imię Atlas -?odpo­wia­dam. -?To moż­liwe, ale wąt­pię, żeby Ata­lan­tia ujaw­niła swo­jego naj­lep­szego agenta w tere­nie przed Desz­czem. Wysyła jed­nak Ajaxa.

Ale­xan­dar i Thraxa sztyw­nieją.

-?Otrzy­ma­li­śmy potwier­dze­nie od Brzy­dala? -?pyta Rhonna.

-?Brzy­dal na­dal mil­czy.

Rhonna spusz­cza wzrok. Oba­wia się, że Brzy­dal nie żyje. To praw­do­po­dobne, skoro nasza jedyna wtyczka na Anni­hilo nie zdo­łała ostrzec nas przed zasadzką Ata­lan­tii.

-?Jesz­cze jakieś pyta­nia? -?Żad­nych. Miła odmiana. -?Świet­nie. Na miej­sca. Ura­tujmy naszą dziew­czynę.

Rhonna pod­nosi worek próż­niowy, przy­bija żół­wika z Col­lo­wayem i Bez­ję­zy­kiem, a potem zsuwa się po dra­bi­nie do komory z astro­Pan­ce­rzami. Ogar­niają mnie wyrzuty sumie­nia. Powie­dzia­łem bratu, że zadbam o jej bez­pie­czeń­stwo. Gdy­bym nie miał tak mało ludzi, wymy­ślił­bym powód, żeby zatrzy­mać ją na Nekro­man­cie. Jed­nak dla Orion warto zary­zy­ko­wać życie mojej bra­ta­nicy, zwłasz­cza że dzi­siaj może ode­grać waż­niej­szą rolę nawet ode mnie.

Łapię Ale­xan­dra za rękę, gdy pozo­stali wycho­dzą, i wska­zuję nale­żący do Thraxy pisto­let natry­skowy. Pro­szę go, żeby czy­nił honory.

-?Wiem, że dobrze zna­łeś Kalin­dorę -?mówię, gdy pod­nosi przy­rząd.

Kiwa głową, gdy wspo­mi­nam Ryce­rza Miło­ści, młod­szą sio­strę jego matki.

Prze­łą­cza opcje na pisto­le­cie.

-?Spę­dzała z nami w Eli­zjum każde lato, wiecz­nie bła­gała dziadka, żeby ją tre­no­wał. Jed­nak przy­jaź­niła się z Ata­lan­tią i Ana­sta­sią i dzia­dek nie chciał dać Octa­vii kolej­nej broni do ręki. -?Ale­xan­dar pod­nosi wzrok. -?Kiedy prze­niósł ród na Europę, ona wolała Suwe­renkę od wła­snej rodziny. Nie łączy nas krew. -?Celuje z pisto­letu w moją twarz. -?To co będzie? Czerń Goblina, błę­kit Wal­ki­rii, fio­let Mino­taura, nefry­towa zie­leń Julii...

-?Czer­wień Krwi.

* * *

Znowu w wyrzutni.

Cze­kam na zabi­ja­nie.

Nie cier­pię tej chwili.

Umysł w ruchu jest zawsze syty. W spo­czynku mój umysł zaczyna poże­rać sam sie­bie.

Ile razy tu byłem? Zamknięty w meta­lo­wym łonie, w któ­rym nie cze­kam na naro­dziny, ale na to, by poże­rać żywych? Zamknięta prze­strzeń napeł­nia mnie zgrozą. Zgrozą, która nie wiąże się z tym, co czeka mnie poza nią - na to czło­wiek ni­gdy nie zdoła się przy­go­to­wać -?ale z myślą, że to może być mój wieczny grób.

Zosta­łem prze­klęty -?mam żyć dla zabi­ja­nia. Czy już zawsze tak będzie?

Czy takiego życia pra­gnę? Wsta­wać przed świ­tem? Reago­wać uśmie­chem na żarty o kuś­kach i pier­dach opo­wia­dane przez zabój­ców, któ­rzy są coraz młodsi, pod­czas gdy ja jestem coraz star­szy? Spać pod czoł­gami, w zglisz­czach miast, pośród tru­pów?

Już nie wie­rzę w Dolinę. Jestem cho­dzą­cym tru­pem.

Biada tym, któ­rzy prze­tną mój cień.

Bra­kuje mi obiet­nic życia. Zapa­chu desz­czu. Pomruku fal na brzegu. Hała­sów peł­nego domu. To było życie, które wyna­ją­łem, ale ni­gdy nie mia­łem go na wła­sność.

Moja żona i syn są praw­dziwi. To nie są duchy w mojej gło­wie. Gdzieś tam ist­nieją w tej chwili, oddy­chają. Gdzie jesteś, Pax? Czy jest jasno tam, dokąd idziesz? Czy się boisz? Czy matka cię zna­la­zła? A wuj? Zasta­na­wiasz się, czy twój ojciec się zjawi? Czy nie­na­wi­dzisz mnie za to, że odsze­dłem? Czy kie­dy­kol­wiek zro­zu­miesz?

Mam skra­dzione kawałki jego matki i jego samego, które trzy­mam dla okupu, obie­cu­jąc, że pew­nego dnia wrócę. Wiem, że to kłam­stwo. Mer­kury będzie moim koń­cem.

Się­gam po klu­czyk od Paxa, zapo­mi­na­jąc, że zosta­wi­łem go w swoim bagażu trzy tygo­dnie temu. Wędruję myślami do jego matki. W prze­ci­wień­stwie do Sevro Vir­gi­nia nie zarzu­ciła mi, że jestem złym ojcem. Wie, jakie siły roz­ry­wają mi serce. Jak mogę być ojcem dla Paxa, jeśli porzucę miliony ludzi, któ­rzy zde­cy­do­wali się podą­żyć za mną na Lunę? Odpo­wie­dzial­ność wobec wielu prze­waża nad odpo­wie­dzial­no­ścią za jed­nego, nawet jeśli to łamie mi serce. Czuję się samotny, bo wiem, że Sevro nie zło­żyłby takiej ofiary. Jestem osa­mot­niony w swo­ich prze­ko­na­niach czy osza­la­łem?

Kore­spon­do­wa­łem z żoną w cza­sie prze­lotu z Wenus na Mer­ku­rego, zanim musia­łem zaprze­stać wszel­kiej komu­ni­ka­cji, gdy zbli­ży­łem się do celu. Teraz to byłoby zbyt nie­bez­pieczne. Odtwa­rzam koń­cowe słowa z jej ostat­niej wia­do­mo­ści. Jej głos dudni mi w heł­mie: "Zaufaj swo­jej żonie, że znaj­dzie naszego syna. Zaufaj swo­jej Suwe­rence, że spro­wa­dzi armadę. Zaufaj mi na tyle, żeby zostać przy życiu".

Ufam mojej żonie. Nie ufam mojej Suwe­rence.

Znaj­dzie Paxa z Vic­trą i Sevro, ale żadna flota nie przy­bę­dzie z odsie­czą dla mojej porzu­co­nej armii. Więk­szość zapo­mniała, że sier­pak moich ludzi nie został stwo­rzony do zabi­ja­nia żmij jaski­nio­wych. Słu­żył do odci­na­nia koń­czyn uwię­zio­nych gór­ni­ków. Mój dawny nauczy­ciel, Dan­cer, nie zapo­mniał. Teraz jest głów­nym sena­to­rem prze­wo­dzą­cym ruchowi Vox Populi i ampu­tuje nas, żeby rato­wać Repu­blikę.

Ata­lan­tia spo­dziewa się tego. Jeśli znisz­czy tu Wolne Legiony, jeśli zaso­bami z Mer­ku­rego nakarmi swoją machinę wojenną, kto dorówna w kosmo­sie jej i Atla­sowi, a dowód­com Legio­nów Popio­łów na lądzie, kiedy wyru­szą prze­ciwko mojej matce, bratu, sio­strze, synowi i żonie, moim przy­ja­cio­łom i mojemu domowi?

Wiem, że nie prze­żyję Mer­ku­rego. Wolne Legiony nie prze­żyją Mer­ku­rego. Możemy jed­nak zmu­sić Ata­lan­tię, żeby zapła­ciła tak słoną cenę za nasze życie, że zła­miemy krę­go­słup woj­sku Zło­tych i zapew­nimy szansę prze­trwa­nia naszym rodzi­nom, Repu­blice i jej kru­chemu marze­niu.

Odkła­dam twarz mojej żony, tak jak odło­ży­łem klu­czyk do gra­wi­cy­kla, który dał mi syn, kiedy lecia­łem na Mer­ku­rego, i wpa­truję się w czer­wone świa­tło.

Komu­ni­ka­tor wroga ożywa z trza­skiem:

-?Mrów­ko­jad do Czar­nego Tango. Potwier­dzam kon­takt z eskortą. Wcho­dzimy za trzy, dwa...

* * *

Furia roz­pala się na pla­ne­cie od jed­nej iskry. Samotna fre­gata wznosi się z han­garu ukry­tego pośród pustyn­nych gór. Za nią wyla­tuje eskorta w postaci sze­ściu myśliw­ców Gor­gon; pędzą nisko nad pusty­nią w kie­runku Morza Syko­raks, gdzie nie się­gają lądowe tar­cze. Na orbi­cie nad pla­netą pięć dred­no­tów, któ­rym prze­wo­dzi Anni­hilo Ata­lan­tii, nur­kuje ku zachod­niej pół­kuli.

W odpo­wie­dzi nad morzem malują się smugi kon­den­sa­cyjne jed­no­stek Wol­nego Legionu. Dred­noty -?siła ude­rze­niowa Ata­lan­tii -?bom­bar­dują nie­osło­nięty skra­wek pla­nety. Działa naziemne odpo­wia­dają, pod­czas gdy eska­dry Repu­bliki zbli­żają się do ucie­ka­ją­cej kor­wety. Z Anni­hilo spa­dają myśliwce Wspól­noty. Nad zachod­nią pół­kulą zapo­wiada się iście sza­leń­cza zabawa.

Nie weź­miemy w niej udziału. Podob­nie jak Ryce­rze Olim­pij­scy.

Pod­czas gdy w tle roz­grywa się bitwa, ja ana­li­zuję obser­wa­cje Pust­ko­wia Ladona prze­pro­wa­dzane przez Col­lo­waya.

-?Mam tu sygnał na wschod­nim krańcu. To nasz pta­szek. Kor­weta klasy Her­mes.

-?Pocze­kaj, aż dotrze do cmen­ta­rzy­ska. -?Oczy­wi­ście kor­weta w ogóle nie inte­re­suje się prze­py­chanką nad zachod­nią pół­kulą. Prze­cina orbitę nad wschod­nią i pędzi ku cmen­ta­rzy­sku wra­ków. -?Bierz ich, Char.

-?A teraz jon zrobi bum.

Tysiąc ton wyso­kiej klasy sil­ni­ków i uzbro­je­nia ożywa w sko­ru­pie mar­twego nisz­czy­ciela. Tłu­miki bez­wład­no­ściowe pul­sują, kiedy Nekro­manta wyska­kuje z kry­jówki.

-?Pod­bró­dek do piersi -?przy­po­mi­nam swoim Wyj­com. Col­lo­way klu­czy przez cmen­ta­rzy­sko w kie­runku zwie­rzyny. Nie dostrze­gli nas jesz­cze wśród szcząt­ków. -?Ja jestem gro­tem włóczni. Leć­cie w moim tem­pie. Zabi­jaj­cie wszyst­kich prze­ciw­ni­ków. Impet jest klu­czowy. Kiedy się zatrzy­mamy, umrzemy.

Trzę­sie nami, kiedy nasz okręt ude­rza w jakieś szczątki. Widzę otwartą linię komu­ni­ka­cyjną mię­dzy Ale­xem i Rhonną. Włą­czam się.

-?Miejmy nadzieję, że to będzie warte wil­czego płasz­cza -?mówi Ale­xan­dar.

-?E tam, przez niego zgi­niemy jako szcze­niaki -?odpo­wiada Rhonna. - Uwa­żaj na sie­bie, Księż­niczko.

-?I ty, Rdzawa.

Wyłą­czam się.

-?Widzę cel -?cedzi Col­lo­way. -?Kuśki i kuciapki, pil­nuj­cie się, bo zaraz wyska­ku­je­cie.

Okręt dudni: to odpa­liły działa. Dostrze­gli nas. Teraz czeka nas wyścig przez cmen­ta­rzy­sko ku cze­ka­ją­cej już arma­dzie wroga. Wiru­jemy jak bąk. Poci­ski arty­le­rii odbi­jają się od kadłuba: to Krwawa Meduza odpo­wiada ogniem. Sekundy prze­cią­gają się w nie­skoń­czo­ność. Każda z nich pod­daje cier­pli­wość pró­bie. Cze­ka­łem trzy tygo­dnie. Trzy tygo­dnie tor­tur. Trzy tygo­dnie, żeby teraz zabić.

Czuję, jak nara­sta za mną ładu­nek magne­tyczny.

Świa­tełko robi się zie­lone.

Żółte.

Czer­wone.

Gra­wi­ta­cja mówi dzień dobry.

Wyla­tuję z wyrzutni.

Pęd i świa­tło sło­neczne, i wiru­jący metal. Nasza zwie­rzyna kręci beczki wśród odłam­ków dewa­sta­tora, ostrze­li­wuje się z Nekro­mantą. Col­lo­way sie­dzi im na ogo­nie jak prze­klęty cień.

Sygna­tury Wyj­ców gubią się wśród wra­ków. Przej­muję ste­ro­wa­nie sil­ni­kami manew­ro­wymi pan­ce­rza i namie­rzam się na kor­wetę, ufa­jąc, że moja dru­żyna podąży za mną. Jesz­cze pięć­set metrów. Szczątki okrę­tów prze­la­tują obok mnie w pędzie. Glo­bulki zamro­żo­nej krwi i wody zamie­niają się w roz­ma­zane plamy. Moni­tory pracy serca Wyj­ców dud­nią jak młoty, kiedy pró­bują za mną nadą­żyć.

-?Dopa­suj­cie się do mnie -?mówię. -?Dopa­suj­cie się.

Meduza roz­pacz­li­wie pró­buje uciec Nekro­man­cie i pra­wie zde­rza się z blo­kiem sil­nika nisz­czy­ciela. Wyci­ska całą moc z sil­ni­ków manew­ro­wych na ster­bur­cie i odska­kuje pod kątem pro­stym. Pie­kiel­nie dobry pilot. Ale ludzie w środku roz­płasz­czą się na ścia­nach, jeśli nie sie­dzieli przy­pięci.

Wyko­rzy­stuję oka­zję.

-?Wyłom -?mówię.

Przy­śpie­szam w gra­wi­Bu­tach i ska­czę do przodu. Kadłub Meduzy rośnie w oczach. Celuję w linię środ­kową, kie­ru­jąc Col­lo­waya do punktu, gdzie zro­bimy wyłom.

Ogar­nia mnie szał, kiedy przy­go­to­wuję się na zde­rze­nie.

Ata­lan­tia myślała, że może ukraść mojego impe­ra­tora.

Że jej Rycerz Stra­chu może zatrzy­mać sobie moją przy­ja­ciółkę, żeby tor­tu­ro­wać ją dla zabawy.

Że po pro­stu ucieknę z powro­tem na Lunę i pozwolę moim ludziom umrzeć.

Że może ukraść mi syna i nie ponie­sie żad­nych kon­se­kwen­cji.

Oto jestem, zde­pra­wo­wana suko. Oto, psia­ju­cha, jestem.

Oto twoje kurew­skie kon­se­kwen­cje.

-?Pięć sekund do wyłomu.

Kadłub kor­wety otwiera się: to Col­lo­way oddaje nie­praw­do­po­dobny strzał - i tra­fia. Z wystrze­lo­nej gło­wicy wyla­tuje mole­ku­larna sieć bez­pie­czeń­stwa.

Dwie sekundy.

Jedna.

Wcho­dzę.

Wla­tuję przez wyto­pioną w kadłu­bie dziurę. Czarna, roz­ma­zana plama mole­ku­lar­nej sieci bez­pie­czeń­stwa roz­ciąga się jak lśniący, namna­ża­jący się grzyb.

Wpa­dam w sieć. Zagry­zam ochra­niacz w zębach. Moje organy wewnętrzne pul­sują. Sieć absor­buje mój pęd, ale szybko staje się utrud­nie­niem, tak jak ostrze­gał Ale­xan­dar. Zamyka wyłom i więzi mnie w swo­ich obję­ciach. Nie mogę dosię­gnąć roz­pusz­czal­nika na udzie zbroi impul­so­wej.

Kiedy sieć roz­ciąga się sze­rzej, widzę tylko czerń. Czoł­gają się przez nią zama­sko­wani wro­go­wie w zszar­ga­nych stro­jach pustyn­nych. Chwilę wcze­śniej Gor­gony wyla­ty­wały przez wyłom w prze­strzeń kosmiczną. Teraz są uwię­zione tak samo jak ja. Nie mogę dosię­gnąć brzy­twy na nad­garstku. Nie­całe pół metra dalej spa­lony słoń­cem Obsy­dia­nowy w lustrza­nych goglach pustyn­nych celuje z pisto­letu w moją głowę. Odpy­cham lufę i spo­wol­niony przez sieć wbi­jam lewą rękę w jego brzuch, aż ciało ustę­puje. Wrzesz­czy, gdy się­gam pod żebra i ści­skam mu wątrobę.

-?Mel­duj­cie się -?war­czę.

-?Wyjec Trzy -?mówi Thraxa. -?Widzę wroga. Wyle­wam roz­pusz­czal­nik.

-?Szcze­niak Dwa, wylą­do­wa­łam -?mel­duje Rhonna. -?Na twój sygnał zaczy­nam wier­cić.

-?Szcze­niak Jeden? Bez­ję­zyk?

W odpo­wie­dzi sły­szę tylko zakłó­ce­nia.

Sieć bez­pie­czeń­stwa pieni się. Thraxa wypu­ściła roz­pusz­czal­nik. Pasy zamie­niają się w czarną zupę, która syczy na pokła­dzie. Uno­szą się płachty pary. Moja zbroja, naresz­cie oswo­bo­dzona, ude­rza z brzę­kiem o pod­łogę. Rękę wciąż trzy­mam we wnętrz­no­ściach wrzesz­czą­cego nie­wol­nego ryce­rza. Wycią­gam brzy­twę i wbi­jam mu ją w twarz.

Pozo­stali poru­szają się w kłę­bach pary. Obsy­dia­no­wym wstrzą­sają śmier­telne kon­wul­sje. Szóstka prze­ciw­ni­ków, wszy­scy kie­rują się na mnie. Z tru­dem się pod­no­szę. A potem jeden po dru­gim sześć kształ­tów roz­pada się na dwa­na­ście. Smu­kła postać sunie przez nich jak tan­cerz z Lykos.

-?Szcze­niak Jeden, mel­duję się.

Ale­xan­dar, który dopiero co prze­po­ło­wił pół tuzina naj­lep­szych ludzi Ryce­rza Stra­chu, pada przede mną na kolano. Ociera krew z rodo­wego ostrza i pomaga mi wstać.

Dziura, którą zro­bił w statku Col­lo­way, sięga trzy pokłady w głąb. Iskry sypią się z uszko­dzo­nych instru­men­tów. Mole­ku­larne opan­ce­rze­nie na kadłu­bie pobrzę­kuje, łata wyłom za nami, zamy­ka­jąc nas w środku.

Bez­ję­zyk włą­cza sys­tem komu­ni­ka­cji i wynu­rza się dwa pokłady niżej. Pod­la­tuje i mon­tuje działko z myśliwca wiel­ko­ści czło­wieka, które zabrali z Rhonną z cmen­ta­rzy­ska. Pod­łą­cza je do wła­snej roboty egzosz­kie­letu nało­żo­nego na zbroję. Thraxa odpy­cha się od pokie­re­szo­wa­nej ściany. Jej hełm w kształ­cie lisa jest wgnie­ciony. Ostry kawał metalu prze­bił jej dolną część brzu­cha i wycho­dzi przez plecy. Thraxa wygina końce odłamka w dół i ogląda się w stronę dźwię­ków zwia­stu­ją­cych nadej­ście wroga z niż­szych pokła­dów i głów­nego kory­ta­rza.

Rzu­cam gra­nat na dolne pokłady. Roz­bły­skuje białe świa­tło, a potem nad­cho­dzi wstrząs. Wyglą­dam do głów­nego kory­ta­rza.

Zama­sko­wani męż­czyźni w pan­cer­zach tak­tycz­nych suną jak jedno zgar­bione stwo­rze­nie. Pochy­lam głowę, aku­rat kiedy kule orzą ścianę, która zaczyna się topić.

-?Bez­ję­zyk, daj im przed­smak.

Bez­ję­zyk mie­rzy z działka do przodu, korzy­sta­jąc z hydrau­licz­nego wspo­ma­ga­nia ręki, a Thraxa łapie go z tyłu. To działko zostało stwo­rzone z myślą o stat­kach, nie ludziach. Ciska toro­idami ener­gii w głąb kory­ta­rza. Odrzut wbija Obsy­dia­no­wego w Thraxę. Wyświe­tlane wokół mnie klatki rze­czy­wi­sto­ści gubią rytm. Za ple­cami Bez­ję­zyka Thraxa wyciąga młot bojowy z magne­tycz­nej kabury. Ale­xan­dar salu­tuje mi ostrzem i odwraca się do głów­nego kory­ta­rza.

Roz­wija się przed nami kalej­do­skop rzezi.

-?Szcze­niak Dwa, wierć -?mówię do Rhonny.

-?Przy­ję­łam.

-?Obrót -?roz­ka­zuję. Wszy­scy z wyjąt­kiem Bez­ję­zyka kie­rują buty na sufit. -?Sto metrów do Prze­syłki. Napie­ramy.

Pędzimy w ślad za zawie­ru­chą, jaką urzą­dza Bez­ję­zyk. Wszystko jest do góry nogami. Samo powie­trze drży od żaru. Bucha­jące parą czę­ści ciał walają się po całej pod­ło­dze. Na wpół sto­pione drzwi wiszą prze­krzy­wione. Główny kory­tarz bie­gnie wzdłuż grzbietu statku. To naj­krót­sza droga do cel wię­zien­nych. To jed­nak ozna­cza, że za parę sekund wróg nas oskrzy­dli. Musimy się prze­bić, bo ina­czej wszystko będzie zale­żeć od Rhonny.

Na końcu kory­ta­rza poja­wia się roz­ma­zana plama. Drony rzu­cają się w naszą stronę, plu­jąc poci­skami. Nasza trójka odpo­wiada pię­ściami impul­so­wymi. Odłamki lecą na wszyst­kie strony. A potem przy­cho­dzą Gor­gony, żeby się poba­wić.

Dzie­siątki eli­tar­nych żoł­nie­rzy par­ty­zantki strze­lają zza rogów, ale my suniemy pod sufi­tem jak zawie­szona do góry nogami kula do roz­bió­rek zro­biona z ener­gii, brzy­tew i mło­tów.

Strze­lam pro­sto w pierś jed­nej Gor­gony i zabi­jam też sto­ją­cego za nią męż­czy­znę w zbroi. Trzeci wygina się w nie­moż­liwy spo­sób i oddaje trzy strzały w moją głowę, ale ja już go miną­łem i strze­lam z pię­ści impul­so­wej w Obsy­dia­no­wego.

Samo­na­pro­wa­dza­jący gra­nat tra­fia mnie w prawe udo. Ści­nam go brzy­twą, Ale­xan­dar odko­puje go dalej. Wybu­cha dzie­sięć metrów przed nami i nas odpy­cha.

-?Napie­ramy!

Byłem zabójcą w wieku szes­na­stu lat, dowódcą zosta­łem przed dwu­dziestką. Jed­nak moja młod­sza wer­sja była inna. To był deli­katny chło­piec, nie­na­wy­kły do wojny. Jeśli on był pie­kło­nur­kiem, to ja jestem świ­droSz­po­nem.

Prze­wier­cam się przez rdzeń z wete­ra­nów Legionu Zero jak przez cia­sto. Mimo to wciąż wyle­wają się z każ­dego kory­ta­rza. Całe ist­nie­nie spro­wa­dza się do dymu i ognia. Moja zbroja popi­skuje. Wrzesz­czą wewnętrzne alarmy. Włą­czam i wyłą­czam tar­cze impul­sowe, żeby je schło­dzić i nie ugo­to­wać się za nimi. Gor­gony nie umie­rają łatwo i jest ich naprawdę dużo.

Przy­szpi­lili nas. Oto­czyli z trzech stron. Nie możemy posu­wać się naprzód. Bez­ję­zyk strzela w głąb głów­nego kory­ta­rza, uprzą­ta­jąc go. Coś tra­fia go z pra­wej. W jego zbroi zieje dymiąca dziura. Potyka się, a ja strze­lam do napast­nika i prze­su­wam tar­czę tak, aby nało­żyła się z tar­czą Bez­ję­zyka, i daję mu czas na otrzą­śnię­cie się.

-?Zmiana.

Ale­xan­dar płyn­nie wycho­dzi na szpicę i strzela w kory­tarz. Thraxa obraca się, żeby wejść na jego pozy­cję. Bez­ję­zyk docho­dzi do sie­bie i zaj­muje jej miej­sce. Ale­xan­dar migo­cze w kory­tarzu jak opę­tany pło­mień, wyma­chuje brzy­twą, urzą­dza­jąc praw­dziwą rzeź, mani­pu­luje gra­wi­ta­cją jak żaden inny czło­wiek, któ­rego widzia­łem, może z wyjąt­kiem Sevro. Pró­buje się prze­drzeć przez eli­tarny oddział ogniowy, który stoi nam na dro­dze.

-?Kadłub prze­bity -?mel­duje Rhonna. -?Wcho­dzę.

Oddział Gor­gon prze­pro­wa­dza bez­błędny atak na zbroję Ale­xan­dra w stylu Fla­vi­niusa. Trzech tra­fia go elek­trycz­nymi poci­skami, zanim zbliży się do nich, wyłą­cza­jąc jego tar­czę impul­sową. Dwóch strzela poci­skami kine­tycz­nymi, które go ogłu­szają. Ale­xan­dar chwieje się jak pijany. Cen­tu­rion wroga zadaje osta­teczny cios. Lufa jego broni roz­bły­skuje. Trzy poci­ski prze­ciw­pan­cerne z wyciem celują pro­sto w głowę Ale­xan­dra.

Thraxa rzuca się do przodu i poci­ski skwier­czą, ryko­sze­tu­jąc od jej nie­tknię­tej tar­czy impul­so­wej. Jeden prze­cho­dzi i wyrywa dziurę w jej lewym ramie­niu. Thraxę rzuca w bok.

-?Zmiana!

Prze­cho­dzę na jej miej­sce. W gra­wi­Bu­tach mknę naprze­ciw tego prze­klę­tego oddziału ognio­wego, żeby zabić całą tę bandę. Kiedy ich ciała ście­kają z mojej zbroi, a za moimi ple­cami wal­czą przy­ja­ciele, zer­kam w wypeł­niony dymem kory­tarz i widzę pło­nące w pół­mroku czer­wone serce. Dołą­cza do niego biała czaszka.

Dwie postaci zagra­dzają nam drogę do wię­zie­nia. Brzy­twy Ryce­rzy Olim­pij­skich lśnią jak zęby. Serce i czaszka, sym­bole ich urzę­dów, jarzą się na ich napier­śni­kach. Rycerz Miło­ści i Rycerz Śmierci.

Gdzie Rycerz Burzy?

Gdzie jedyny syn Ai?

Modlę się do mil­czą­cego boga, żeby nie pil­no­wał Orion.

Zer­kam w lewo. Gor­gony. W prawo. Gor­gony. A potem oglą­dam się za nas i widzę trzy­sta pięć­dzie­siąt fun­tów dra­pież­nika pierw­szej klasy, który przy­kuca w kory­ta­rzu. Spu­ścił na twarz czarno-szary hełm lam­parta i jest gotowy do łowów.

Ajax.

-?Szcze­niak Dwa, mamy Olim­pij­czy­ków. Droga wolna. Do mnie! -?war­czę.

Odska­ku­jemy od Ajaxa w stronę Miło­ści i Śmierci. Obie strony mają gra­wi­Buty i mogą dowol­nie odwra­cać gra­wi­ta­cję. Zde­rzamy się. Metal dźwię­czy. Śmierć i ja ude­rzamy o ścianę, sufit, pod­łogę, miaż­dżąc Gor­gony, które mają tylko pustynne mun­dury. Jed­no­cze­śnie strze­lamy z pię­ści impul­so­wych i sta­piamy je sobie wza­jem­nie. Ode­pchnięci siłą odrzutu wpa­damy na Ryce­rza Miło­ści i Ale­xan­dra, któ­rzy toczą o wiele bar­dziej ele­gancki poje­dy­nek na ostrza. Ale­xan­dar wpy­cha Miłość na Thraxę, która wła­śnie koń­czy potężny zamach mło­tem. Wtedy Śmierć tara­nuje Thraxę z boku, żeby osło­nić towa­rzyszkę.

Za nimi Bez­ję­zyk strzela z działka w Ajaxa. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem, żeby ktoś tak szybko dopadł prze­ciw­nika jak syn Ai. Odbija się ryko­sze­tem od sufitu w stronę Bez­ję­zyka, a potem ścina w dół i sunie po pod­ło­dze na ple­cach, krze­sząc iskry. Odrzut spy­cha lufę działka ku górze. Bez­ję­zyk potrze­buje chwili, żeby pochy­lić je z powro­tem.

I na to wła­śnie liczył Ajax.

Prze­śli­zguje się za plecy Bez­ję­zyka. Jego nad­gar­stek wyko­nuje drobny ruch. Ajax zatrzy­muje się i obraca, przyj­mu­jąc pozy­cję Pod­ci­na­cza Korzeni z Drogi Wierzby. Jedna z ostat­nich i naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych form, jakich matka nauczyła go, zanim z moim przy­ja­cie­lem ją zabi­li­śmy.

Bez­ję­zyk pada w czte­rech kawał­kach, mar­twy zanim ude­rzy o pod­łogę.

-?Thraxa! Zacze­kaj na mnie! -?krzy­czę, kiedy rzuca się na Ajaxa.

Jest szybka, nie­moż­li­wie silna, twarda jak skała, ale Ajax wywo­dzi się z dia­bel­skiej gene­tycz­nej unii dwóch nad­zwy­czaj­nych rodów: Raa i Grim­mus. Prze­wyż­sza ją w walce pod każ­dym wzglę­dem z wyjąt­kiem doświad­cze­nia, a i w tej kwe­stii szybko ją doga­nia.

Prze­pływa obok jej młota i zali­cza dwa tra­fie­nia w jej zbroję. Thraxa zata­cza się do tyłu, zaszo­ko­wana jego szyb­ko­ścią. Pędzę jej na pomoc, ale Ale­xan­dar, przy­szpi­lony przez Śmierć i Miłość, blo­kuje mnie. Ajax powa­lił Thraxę na pod­łogę. Zbija jej młot na bok.

Przy­wo­łuję Krwawą Czer­wień.

Ciosy brzy­twą niosą się drże­niem przez moją rękę, kiedy poświę­cam całą uwagę Ryce­rzowi Śmierci. Wytrzy­muje całe sie­dem sekund. Otwar­cie jest małe i nie­ele­ganc­kie. Odpiera potężny cios znad głowy, pró­buje go zbić na bok, zamiast przy­jąć jego siłę. Zapo­mina o zakrzy­wie­niu ostrza. Moja klinga nie daje się odtrą­cić i całym cię­ża­rem ciała wpy­cham jego wła­sne ostrze w jego zbroję. Zanim zdąży je odsu­nąć, wykrę­cam piruet i ści­nam mu głowę.

Odwra­cam się. Ajax był pięt­na­ście metrów dalej w kory­ta­rzu, kiedy ostatni raz go widzia­łem. Teraz pra­wie ścina mi głowę, kiedy prze­la­tuje nade mną. W ostat­niej mili­se­kun­dzie paruję jego ude­rze­nie, ale na widok naszej wymiany cio­sów jego matce zabły­słyby oczy.

Bar­dzo dobry zabójca potrafi połą­czyć ciąg trzech ruchów w jeden: trwa­jący sekundę zestaw zapro­gra­mo­wa­nych, sta­ran­nie wyćwi­czo­nych ata­ków. Każdy ma swoje popi­sowe zagrywki. Jako jeden z naj­lep­szej pięć­dzie­siątki w Rdze­niu Cas­sius potra­fił połą­czyć pięć takich ruchów. Widzia­łem raz Lorna, jak zdo­łał połą­czyć osiem. Ajax też robi osiem. Nie chcę powie­dzieć, że jest tak dobry jak Lorn, ale jest szybki. Wal­cząc z nim, czło­wiek czuje się, jakby wpadł do lodo­wa­tej wody.

Czy­sty szok.

W tej chwili wła­ści­wie nie widzę jego ruchów. Nawet oczy Zło­tego nie są w sta­nie śle­dzić tak szyb­kiego ostrza. Zanim zesko­czy, żeby zablo­ko­wać mi przej­ście do bloku wię­zien­nego, zostaję dra­śnięty trzy razy. Tak samo jak on. Macha ostrzem jak laską, kiedy Rycerz Miło­ści wyko­rzy­stuje oka­zję i staje razem z nim w pozy­cji Hydry. Ale­xan­dar kuś­tyka i staje przy mnie. Za naszymi ple­cami jęczy Thraxa, idąc ku nam chwiej­nie.

Patrzymy po sobie w wąskim kory­ta­rzu. Wszy­scy krwa­wią. Rhonna, pośpiesz się. Nie chcę już teraz pła­cić myta.

-?Mia­łem nadzieję, że to tak się ułoży -?mówi przez hełm Ajax. Głos ma pra­wie tak samo basowy jak dzia­dek. -?Naj­pierw ty, a potem zejdę w dół łań­cu­cha pokar­mo­wego. Twoja żona. Twój cień. Twój Bel­lona.

Cho­ciaż ogrom­nie chcę odciąć Ata­lan­tii prawą i lewą rękę w postaci jej dwóch naj­lep­szych Ryce­rzy, cho­ciaż bar­dzo chcę zała­twić Ajaxa, zanim sta­nie się czymś, z czym nie zdo­łam sobie pora­dzić, moja śmierć tutaj nie zakoń­czy wojny.

Wywo­łuję Rhonnę.

-?Szcze­niak Dwa: sta­tus -?pytam, nie odry­wa­jąc oczu od Ajaxa.

-?Prze­syłka zapa­ko­wana. Pre­zent zde­po­no­wany. Pod­łą­czam prze­wód. Char: kiedy tylko będziesz mógł, z łaski swo­jej.

-?Lecę w te pędy. Robi się tu wesoło. Nad­la­tują dwa nisz­czy­ciele i cztery dewa­sta­tory.

-?Wyska­kuję. Trzy, dwa, jeden.

Odwra­cam się od Ajaxa i obej­muję Ale­xan­dra i Thraxę. Mia­łem nadzieję, że moja obec­ność przy­cią­gnie Ryce­rzy Olim­pij­skich. Każdy chce być tym, który mnie zabije. Myśla­łem, że mimo to zdo­łam się prze­bić. Jed­nak w wypadku ryce­rzy, jakimi dys­po­nuje w dzi­siej­szych cza­sach Rdzeń, zawsze trzeba mieć wyku­pione ubez­pie­cze­nie.

Kiedy przy­cią­ga­łem ich wzrok, Rhonna w astro­Pan­ce­rzu wylą­do­wała na kadłu­bie za blo­kiem wię­zien­nym i prze­biła się prze­zeń, żeby za ich ple­cami wykraść Orion.

Buuuuuuuuum.

Za ple­cami Ajaxa i Ryce­rza Miło­ści wypa­ro­wuje cała rufowa część okrętu: to wybu­cha bomba Rhonny. Pasz­cza roz­wiera się na prze­strzeń kosmiczną i ciśnie­nie statku porywa ich w próż­nię. Lecimy razem z nimi w głąb cmen­ta­rzy­ska. Wszystko wiruje, a my możemy tylko trzy­mać się wza­jem­nie. Widzę roz­bły­ski nad­la­tu­ją­cych wro­gich okrę­tów. Myśliwce suną przez ciem­ność, a Nekro­manta pędzi ku nam. Kiedy już myślę, że w nas ude­rzy, unosi dziób, obraca się i zasysa nas do tyl­nego han­garu. Drzwi zamy­kają się bły­ska­wicz­nie, a my ryko­sze­tu­jemy po wnę­trzu jak szklane kulki. Mech Rhonny przy­wiera do pod­łogi dzięki blo­ka­dom magne­tycz­nym, a jego ramiona obej­mują torbę jak małe dziecko.

Łapię się szcze­bla dra­binki, żeby pod­cią­gnąć się do ilu­mi­na­tora, w tym samym momen­cie, w któ­rym włą­czają się reak­tory, przy któ­rych maj­stro­wa­łem z Ale­xan­drem. Nagle tuzin mar­twych okrę­tów jarzy się jasnym świa­tłem. Ich kadłuby zaczy­nają zapa­dać się do środka, a potem docho­dzi do prze­cią­że­nia reak­to­rów w powo­dzi ośle­pia­ją­cego świa­tła.

Dwa nad­la­tu­jące nisz­czy­ciele i dewa­sta­tory falują, kiedy fale ener­gii zale­wają cmen­ta­rzy­sko. Trupy moich mar­twych gwiezd­nych okrę­tów oży­wają, szar­pane sza­leń­czymi kon­tor­sjami. Wyję wraz z Ale­xan­drem i Thraxą, kiedy kadłuby wra­ków eks­plo­dują i osła­niają nasz odwrót, obsy­pu­jąc dłu­gimi na setki metrów odłam­kami wro­gie jed­nostki, które Ata­lan­tia wysłała na cmen­ta­rzy­sko.

Z dru­giego końca pola wra­ków jej flota patrzy, jak ich dłu­gie potężne nisz­czy­ciele płoną, a my pędzimy z rykiem ku Mer­ku­remu. Col­lo­way zawia­da­mia wszyst­kie jed­nostki Repu­bliki, że nad­la­tuje Żni­wiarz. Potrze­bu­jemy osłony.

Ocie­ka­jąc potem, zeska­kuję na pod­łogę. Ale­xan­dar pomaga wycią­gnąć Rhonnę z mecha. Thraxa krzywi się, kiedy wyj­muje z objęć mecha wór próż­niowy. Odkła­damy go deli­kat­nie na pod­łogę. Zamy­kam oczy, zanim roz­pie­czę­tuję torbę. Bez­ję­zyk zgi­nął za to. Cho­ciaż zna­łem go sła­biej, niż na to zasłu­gi­wał, ura­to­wał dzi­siaj wię­cej ludzi, niż kie­dy­kol­wiek by się dowie­dział.

Otwie­ram torbę.

W środku leży zasu­szona kobieta w stroju wię­zien­nym. Ma kulę tle­nową zamkniętą wokół głowy. Zdej­muję ją. Kobieta ma zie­mi­stą skórę. Stra­ciła połowę twa­rzy. Jakby coś ją wyżarło. Oczy jed­nak ma tak nie­bie­skie, jak to zapa­mię­ta­łem. Napeł­niają się łzami, kiedy Orion wyciąga rękę, żeby dotknąć mojej twa­rzy kiku­tami pal­ców.

-?Ave Żni­wiarz -?cedzi szy­der­czo przez znisz­czone usta.

1. Darrow

1

Dar­row

Aż po Dolinę

Stoję pośród ślep­ców. Mętne oczy w znisz­czo­nych przez słońce twa­rzach spo­glą­dają w niebo, na kamienny obe­lisk, na nędzne pro­te­inowe kostki w pokry­tych pęche­rzami rękach, na przy­wódcę, który spro­wa­dził ich do tego prze­klę­tego miej­sca i nie widzą niczego poza ciem­no­ścią. Ich siat­kówki zostały usma­żone przez amu­ni­cję naszych wro­gów.

Wycią­gają ręce, żeby dotknąć mojej czer­wo­nej pele­ryny, jakby to mogło ich uzdro­wić. To Czer­woni, Brą­zowi, Mie­dziani i paru Obsy­dia­no­wych, któ­rzy zde­cy­do­wali się nie posłu­chać wezwa­nia swo­jej kró­lo­wej do powrotu na Zie­mię. Legio­ni­ści, któ­rzy prze­żyli zasadzkę Ryce­rza Stra­chu na zachod­nim Lado­nie tylko po to, żeby stać się dwoma tysią­cami trzy­sta i jedną ofiarą, które musimy na­dal kar­mić, dostar­czać im pomocy medycz­nej i chro­nić. Dla­czego Atlas au Raa miałby zabi­jać, skoro oka­le­cza­nie przy­nosi dodat­kowe korzy­ści? Moi ludzie patrzą na żywe ofiary z roz­pa­czą. Inni odwra­cają głowy, jakby patrze­nie na nie mogło ścią­gnąć na nich taki sam los. Kro­pla za kro­plą Rycerz Stra­chu pogłę­bia czerń w naszych duszach.

Pochy­lam się nad Sza­rym z dwoma przy­że­ga­nymi kiku­tami zamiast nóg.

-?Wyglą­dasz, jak­byś wylą­do­wał mię­dzy Tele­ma­nu­sem a kwartą whi­sky, legio­ni­sto.

-?Oba­wiam się, że tak było, dowódco. Wró­cił­bym do walki, gdy­by­śmy mieli sprzęt.

Gdyby był Złoty albo Obsy­dia­nowy, wró­ciłby do walki przed koń­cem mie­siąca, ale nie możemy mar­no­wać pra­wie cał­kiem wyczer­pa­nych zapa­sów pro­tez na zwy­kłych żoł­nie­rzy pie­choty. To kiep­ska inwe­sty­cja. Kie­dyś myśla­łem, że naj­więk­szym grze­chem wojny jest prze­moc. Nie­prawda. Jej naj­więk­szym grze­chem jest to, że wymaga od dobrych ludzi, aby stali się prag­ma­tyczni.

-?Na­dal to widzę, dowódco. Jak wid­mowy powi­dok. -?Szary trze oczy, przy­po­mi­na­jąc sobie żagiew Ryce­rza Stra­chu. -?Jasna jak dzień. Nie mogę zasnąć nawet na chwilę.

-?Tak samo jak ja, ale kiedy następ­nym razem otwo­rzysz oczy, zoba­czysz Marsa. Jesteś z Hip­po­lity, zga­dza się?

-?Uro­dzi­łem się i wycho­wa­łem w nefry­to­wym mie­ście.

-?Wkrótce razem tam zjemy ostrygi i zapa­limy po cyga­rze. Obie­cuję.

Pokle­puję go po ramie­niu, pomru­ku­jąc coś bła­hego, i ruszam dalej. Zatrzy­muję się przed sta­rym Czer­wo­nym, który ma narzu­coną na ramiona cienką koł­drę mimo skwaru. Jest łysy, jeśli pomi­nąć prze­rze­dzony wia­nu­szek siwych wło­sów, zwija szluga z dużą wprawą. Zerka to w tę, to we w tę, kiedy orien­tuje się, że stoję przy nim. Nabiera gwał­tow­nie powie­trza w płuca.

-?To ty?

Wyciąga rękę. Chwy­tam ją. Szlug zaczyna mu drżeć ze zde­ner­wo­wa­nia. Kładę rękę na jego dłoni i daję znać jakiejś kobie­cie, żeby rzu­ciła mi swoją zapal­niczkę. Koniu­szek szluga dymi się, kiedy go zapa­lam Czer­wo­nemu. Odrzu­cam zapal­niczkę z powro­tem.

-?Wygląda na to, że mia­łeś nie­zły dzień -?mówię.

Zaciąga się głę­boko. Ręce prze­stają mu drżeć.

-?Jestem Czer­wony, dowódco. Byłem ślepy przez więk­szość życia. Świet­nie sobie pora­dzę. Jeśli są inne gęby do wykar­mie­nia, nie mar­tw­cie się o mnie, ja nie umrę.

Jego akcent...

-?Z któ­rej kopalni jesteś, legio­ni­sto?

Szcze­rzy zęby w uśmie­chu.

-?Tak się składa, że z two­jej.

-?Z Lykos? -?Przy­glą­dam mu się. Kurze łapki w kąci­kach oczu upstrzone ugry­zie­niami krwa­wych gzów. -?Jak się nazy­wasz?

-?Nie pozna­jesz mnie, dowódco?

Znowu zaciąga się szlu­giem. Koniu­szek jarzy się, pło­nąc szybko i jasno. Trzyma go w taki sam spo­sób jak w dniu śmierci Eo, mię­dzy ser­decz­nym i małym pal­cem. Czuję ruch powie­trza napły­wa­ją­cego z głę­bin kopalni. Zapach rdzy i gorzały. Sły­szę echo śmie­chu Eo. Minęło tyle czasu.

-?Dago -?szep­czę. -?Dago Gamma.

Czy to naprawdę może być pie­kło­nu­rek, któ­rego uwiel­bia­łem i nie­na­wi­dzi­łem jako dziecko? Czło­wiek, który nauczył mnie sensu porażki? Który wygrał trzy­dzie­ści dwa Waw­rzyny? A teraz jest tutaj, na Mer­ku­rym, w mojej armii. Pięt­na­ście lat póź­niej -?choć patrząc na niego, można by pomy­śleć, że minęło czter­dzie­ści. Jego wiek spra­wia, że sam czuję brze­mię lat.

-?We wła­snej par­szy­wej oso­bie, dowódco.

Drży z powodu ran, ale udaje mu się uśmiech­nąć pół­gęb­kiem. Zostało mu nie­wiele zębów.

-?Co... Jak długo...

-?Od Marsa, dowódco. Pięć lat.

-?I ni­gdy nie pomy­śla­łeś, żeby mnie odszu­kać.

-?Tylko gówno warty czło­wiek pod­pina się do pie­kło­nurka, który ma na oku Waw­rzyn. -?Jego śmiech zamie­nia się w kaszel. -?Ale teraz go zdo­by­łeś, dowódco. Niech to szlag, naprawdę go zdo­by­łeś.

-?Dowódco. -?Za moimi ple­cami staje Felix, nie­ska­zi­telny Złoty będący moim ochro­nia­rzem.

Wywo­dzi się z pomniej­szego rodu, który zło­żył przy­sięgę wier­no­ści domowi Augu­stus. Jest posęp­nym cyni­kiem. Ma nie­wiele ponad czter­dziestkę i nie pała wielką miło­ścią do pod­Ko­lo­rów. Pozo­stał jed­nak wierny mojej żonie i jest Mar­sja­ni­nem. W dzi­siej­szych cza­sach trudno o bar­dziej god­nych zaufa­nia ludzi. Dwa tuziny kolej­nych Zło­tych ochro­nia­rzy, czy­stych i sil­nych jak bogo­wie, stoją przy skraju morza ślep­ców. Zenit i męty ludz­ko­ści. Mam wyrzuty sumie­nia, że na ochro­nia­rzy wybie­ram zenit, a nie wła­snych ludzi. Znowu: prag­ma­tyka.

-?Pań­ski prom jest gotowy do lotu. Pań­ski... towa­rzysz podróży zaczyna się nie­po­koić.

Chcę zostać, zadać Dago tysiąc pytań, ale nie mogę. I bez tego led­wie mam czas, żeby odwie­dzić tych ludzi. Były takie czasy, kiedy idąc wśród ran­nych, można było zna­leźć Sevro, który pił z nimi i kiep­sko grał w kara­chi. Na każ­dym kroku odczu­wam jego nie­obec­ność, nie tylko na polu walki. Tak wiele dziur muszę wypeł­nić.

-?Żni­wiarz...

Dago przy­wo­łuje mnie gestem. Przy­ku­cam z powro­tem. Otwiera kie­szeń na udzie. W środku ma dwa meta­lowe pojem­niki: jeden napeł­niony zie­mią z Marsa, drugi pusty, na jego pro­chy. Więk­szość mar­sjań­skich żoł­nie­rzy boi się śmierci na obcej pla­ne­cie. Ile skur­czo­nych tru­pów widzia­łem po bom­bar­do­wa­niach, ści­ska­ją­cych w ręku ojczy­stą zie­mię? Ile puszek z popio­łami wysła­łem na Marsa, żeby zostały roz­sy­pane w morzu? Dago daje mi swoją zie­mię. Nawet pach­nie Mar­sem, ma tę żela­zi­stą nutkę.

-?Nie mogę tego przy­jąć -?mówię.

-?Gdzie jest twoja puszka, co?

-?Została na Lunie. To były nie­pla­no­wane waka­cje.

Bie­rze garść ziemi i pod­suwa ją mnie.

-?Jest z Lykos. -?Kaszle krwią w koł­drę. -?Jest tak samo twoja jak moja. Przy­wieź ją z powro­tem, a wypi­jemy razem kie­li­szek i coś prze­ką­simy, dobra? -?Sięga po moją rękę i roz­płasz­cza ją, żeby mógł mi oddać połowę garstki. -?Mars jest z tobą aż po Dolinę.

Inni sły­szą jego słowa i zaczy­nają bić się w piersi, wybi­ja­jąc rytm Gasną­cego Trenu, tyle że na odwrót. Nie wybi­jają szyb­kiemu rytmu, który spo­wal­nia, aż urywa się w śmierci, ale powolny, który przy­śpie­sza sza­leń­czo. Już mam coś powie­dzieć Dago, kiedy zapala następ­nego szluga i dmu­cha mi dymem w twarz jak za sta­rych cza­sów.

-?Nie ma czasu na słowa, dowódco. Musisz zająć się zabi­ja­niem.

Zaci­skam pięść na gar­ści ziemi.

-?Aż po Dolinę.

* * *

Scho­waw­szy zie­mię z Lykos bez­piecz­nie do sakiewki, opusz­czam pusty­nię. Rwę się do walki.

Mój prom leci ponad pustynną kredą. Za nami na znie­kształ­co­nym hory­zon­cie drży Helio­po­lis. Potężny mur z tarcz, wysoki na kilo­metr i długi na pięt­na­ście, blo­kuje przej­ście mię­dzy dwoma zbie­ga­ją­cymi się pasmami gór­skimi. Dom Votum wzniósł go, żeby chro­nić Helio­po­lis przed pustyn­nymi burzami, które nad­cią­gały, kiedy wio­senne cyklony nawie­dzały Morze Syko­raks na dale­kiej pół­nocy, i pędziły na połu­dnie ponad Pust­ko­wiem Ladona wprost na mia­sto. Wzdłuż szczytu muru drżą iskry: inży­nie­ro­wie przy­spa­wują tam działa ze znisz­czo­nych okrę­tów.

Opła­kuję takie mar­no­tra­wie­nie sprzętu. Działa są tam tylko po to, żeby zaspo­koić żąda­nia miesz­kań­ców Helio­po­lis i Mistrza Stwórcy Gli­ra­stesa, a nie żeby zapo­biec inwa­zji. Helio­po­lis to dru­gie pod wzglę­dem zamoż­no­ści mia­sto na Mer­ku­rym, bogate w archi­tek­turę i sły­nące z wyści­gów rydwa­nów; otwiera doj­ście do kopalni na wybrzeżu, ale stra­te­gicz­nie nie ma zna­cze­nia dla moich celów. To na pół­nocy zła­mię wroga.

Helio­po­lis jest cier­niem w moim bucie. Wylę­gar­nia loja­li­stycz­nych rebe­lii, intryg, mor­dów w zauł­kach. Za swoim murem wynio­słe mia­sto z wapie­nia peł­znie ku Zatoce Syren i dalej ku Morzu Kali­bana. Uchodźcy i żoł­nie­rze tło­czą się na zaku­rzo­nych uli­cach i napeł­niają mia­sto ostrym smro­dem lata. Jed­nak w tym pustyn­nym mie­ście unosi się jesz­cze jeden zapach. Nie mewiego guano, tar­gów ryb­nych ani spa­lin z machin wojen­nych, ale cze­goś innego, cze­goś pod­stęp­nego, co czai się z tyłu głowy.

Stra­chu.

Stra­chu, który poja­wia się w oczach moich legio­ni­stów, kiedy patrzą na orbitę, gdzie Ata­lan­tia szli­fuje swoje plany inwa­zji, w głąb cie­nia gór, gdzie Rycerz Stra­chu i jego par­ty­zantka ostrzą pale do nabi­ja­nia, albo na ulice wypeł­nione Mer­ku­ria­nami, z któ­rych każdy może być szpie­giem albo skry­to­bójcą.

Jeśli śmierć floty była ampu­ta­cją, to oblę­że­nie jest śmier­cią przez wykrwa­wie­nie. Kawa­łek po kawałku bez­po­śred­nie nara­że­nie na potwor­no­ści, jakich dopusz­czają się par­ty­zanci Ryce­rza Stra­chu, i cze­ka­nie na Deszcz dła­wią ducha. Moi wierni Mar­sja­nie patro­lują pusty­nie i góry, wzno­szą machiny wojenne i umoc­nie­nia, cze­ka­jąc, aż zostaną zastrze­leni przez snaj­pera albo usły­szą owa­dzi wrzask -?to budzące prze­ra­że­nie wycie sygna­li­zu­jące, że wła­śnie akty­wo­wała się paję­cza mina. Taki los jest i tak lep­szy od poj­ma­nia przez Gor­gony, doświad­czo­nych palow­ni­ków Ryce­rza Stra­chu z Legionu Zero.

Strach ogra­bia moich ludzi z god­no­ści, szla­chet­no­ści celu, wiary w sprawę. Kto może wie­rzyć w rze­czy nie­uchwytne, mając garotę zaci­śniętą wokół szyi? Cze­kają na śmierć, powoli duszeni przez Ata­lan­tię i Atlasa.

Nie­któ­rzy cze­piają się nadziei, że Repu­blika przy­śle flotę. Ist­nieje na to nie­wielka szansa, ale jeśli przy­siądę w kucki i będę cze­kać, aż moja żona uru­chomi prze­kład­nie demo­kra­cji, nie zosta­nie z nas nic, kiedy wróg ude­rzy. Będziemy umie­rać jak muchy i strach będzie się sze­rzył, kiedy cień floty Ata­lan­tii pad­nie na schody Nowego Forum, a tyta­niczne buty jej ludzi zdep­czą brzegi mojego domu.

Zatem to ogrom­nie uprasz­cza sytu­ację.

Muszę znisz­czyć strach, zanim on znisz­czy nas.

* * *

Nasza droga pro­wa­dzi ponad Pust­ko­wiem Ladona, sło­necz­nym pasem, który dławi śro­dek głów­nego kon­ty­nentu Mer­ku­rego, Heliosa. Po czę­ści pogrze­bane w jego pia­skach leżą tam pozo­sta­ło­ści trzech armii, które Pust­ko­wie połknęło w swoim cza­sie. Wkrótce nakar­mię je czwartą.

Gdzieś pośród ostrza cen­tral­nych gór Pust­ko­wia moje Wyjce zaga­niają Ryce­rza Stra­chu w stronę poty­ka­cza, który uru­chomi moją pułapkę -?ku gór­ni­czemu mia­steczku Eleu­sis. Sevro powi­nien nimi dowo­dzić. Do walki z Atla­sem wysła­łem czte­rech dowód­ców na dwóch pla­ne­tach. I czte­rech zwró­cono mi nabi­tych na pale. Tylko Sevro i ja jeste­śmy w sta­nie dorów­nać bru­tal­no­ści Ryce­rza Stra­chu. Ja jed­nak dźwi­gam za duży cię­żar jak na jedną osobę. Dla­tego wysła­łem swo­jego naj­lep­szego dowódcę małej grupy, jaki mi został -?Thraxę -?żeby ich popro­wa­dziła, i swój naj­lep­szy miecz, Ale­xan­dra, na wypa­dek gdyby doszło do kon­fron­ta­cji.

Na połu­dniu, za Helio­po­lis, na tro­pi­kal­nych archi­pe­la­gach i głę­boko w dżun­glach ota­cza­ją­cych Morze Kali­bana, koman­dosi insta­lują sys­temy rakie­towe, miny, prze­ciw­pie­chotne działa mikro­fa­lowe. Na pół­noc­nym wscho­dzie wokół pół­wy­spu Peta­sos cią­gną się wznie­sie­nia i umiar­ko­wany kli­mat tiary, na którą skła­dają się ludne mia­sta zwane Dziećmi.

Sto­lica pla­nety i sztab mojej armii pozo­stają w Tyche. Zamie­ni­li­śmy hołu­bioną nad­mor­ską sie­dzibę domu Votum w for­tecę. Nawet kiedy prze­la­tu­jemy nad rol­ni­czymi laty­fun­diami na wschód od sto­licy, możemy dostrzec błysk jej iglic i kojący widok strze­gą­cej mia­sta góry: Gwiazdy Zaran­nej.

Dzięki manew­rowi Orion, która zde­cy­do­wała się na spa­dek swo­bodny, okręt fla­gowy mojej floty prze­trwał zasadzkę Ata­lan­tii -?którą żoł­nie­rze nazy­wają bitwą Kali­bana, ponie­waż wszyst­kie statki spa­dły przez atmos­ferę do morza -?i teraz strzeże Tyche. Przez cały czas jest napra­wiany w nadziei, że pew­nego dnia wróci mię­dzy gwiazdy.

Tyche jest klu­czowe nie tylko jako cyta­dela, do któ­rej można się wyco­fać w kry­zy­so­wej sytu­acji, lecz także z powodu gra­wi­Pę­tli, która bie­gnie na połu­dnie pod Hespe­ry­dami i łączy Tyche z Helio­po­lis. Ponie­waż nie zagraża jej bom­bar­do­wa­nie, będzie jedyną arte­rią dla wspar­cia, jeśli walki dotrą do sto­licy, a także naszą drogą ucieczki do Helio­po­lis, jeżeli mia­sto pad­nie. Poza nią jedyna droga pro­wa­dzi przez Pust­ko­wie Ladona, a ja wolał­bym zjeść kola­cję z Ryce­rzem Stra­chu, niż odwa­żyć się prze­kro­czyć pia­ski, które poże­rają woj­ska.

Zaj­muję się rapor­tami w sali narad na Nekro­man­cie. Prom leci na pół­noc. Na ekra­nie dowo­dze­nia roz­bły­skują sygna­li­za­tory zanu­rzo­nych dewa­sta­to­rów, kiedy docie­ramy do pół­nocnych krań­ców Morza Syko­raks. Po dru­giej stro­nie ekranu Srebrny doradca glę­dzi o nie­do­brze leków prze­ciw­ra­dia­cyj­nych na połu­dniu. Więk­szość medy­ka­men­tów jest gro­ma­dzona w Tyche z myślą o nie­unik­nio­nym opa­dzie radio­ak­tyw­nym.

-?Wkrótce będziemy mieli ich w nad­mia­rze -?mówię.

-?Odkrył pan nowe zapasy?

-?Nie.

Mruga, kiedy dociera do niego sens moich słów.

Duszę się. Moja dusza chce, żeby ją uwol­nić od tego nie­koń­czą­cego się stru­mie­nia infor­ma­cji na temat logi­styki zaopa­trze­nia i opóź­nień w budo­wie. Potrze­buję świe­żego powie­trza.

Znaj­duje Rhonnę przed wej­ściem do han­garu. Orion musi być w środku. Bra­ta­nica mi salu­tuje. Po tym, jak ode­grała klu­czową rolę w ura­to­wa­niu Orion, wzro­sła jej popu­lar­ność w armii, zwłasz­cza wśród Nie­bie­skich i Poma­rań­czo­wych mary­na­rzy i ofi­ce­rów. Na razie woda sodowa nie ude­rzyła jej do głowy. To zasługa jej ojca, Kie­rana.

-?Jak się miewa? -?pytam.

-?Mil­czy, dowódco -?odpo­wiada. -?Je samot­nie, o ile w ogóle. Spę­dza wię­cej czasu pod prysz­ni­cem niż w mesie. Jakby nie mogła się oczy­ścić. Unika męż­czyzn, na ile tylko może. Z powodu kosz­ma­rów sen­nych bie­rze leki, żeby zasnąć. Ni­gdy nie śpi u sie­bie, codzien­nie w nowym miej­scu. Ochrona led­wie jest w sta­nie ją upil­no­wać.

-?Atlas zabrał ją z jej kwa­tery -?mówię. -?Też nie był­bym w sta­nie zasnąć w łóżku. Mówi­łaś komuś, jakie dosta­łaś roz­kazy?

-?Nie, dowódco. Wiem, że powie­dzia­łeś impe­ra­to­rowi Har­nas­su­sowi, że prze­szła pomyśl­nie ocenę psy­cho­lo­giczną. Że odosob­nie­nie to tylko gra.

-?Dobrze, bar­dzo dobrze. Zauwa­żyła cię?

-?A ty zauwa­ży­łeś mnie wczo­raj, kiedy słu­cha­łeś holo­gramu ciotki V, zamiast spać, jak zaor­dy­no­wali medycy, dowódco?

Marsz­czę brwi.

-?Okno?

-?Krzewy.

Pocie­ram oczy.

-?Szlag... Sta­rzeję się.

-?Albo ja staję się cich­sza.

To pew­nie była tylko kwe­stia czasu, zanim pozo­stali zaczną mnie doga­niać. Myślę nad tym, jak młodo wygląda Rhonna i jak stary ja muszę się jej wyda­wać.

-?Wiesz, że jestem star­szy niż mój ojciec, kiedy zmarł? A wciąż myślę o nim jak o sta­ruszku. -?Śmieję się. -?Pew­nie bli­żej byłoby mu do two­jego wieku.

Zerka w kory­tarz i zagryza usta.

-?Czy mogę mówić, jak­by­śmy byli krew­nymi, dowódco?

-?Nie lubisz, kiedy mówię o swo­jej śmier­tel­no­ści? -?Czeka na moją odpo­wiedz. -?Mów.

-?Nie rozu­mia­łam cię, dopóki tu nie wró­ci­li­śmy. Byłeś dla nas mar­twy, dopóki nie skoń­czy­łam pra­wie dzie­wię­ciu lat. W Tinos wszy­scy cią­gle nawi­jali na twój temat. Ale ja nie kuma­łam. Nie rozu­mia­łam tego. - Wska­zuje sier­pak, który śpi jak blady wąż na mojej ręce. -?Byłeś po pro­stu moim stry­jem. A potem przy­le­cie­li­śmy z Orion. I wresz­cie to zoba­czy­łam. Każda par­szywa dusza tylko cze­kała, żeby oddać Mer­ku­remu swój węgiel. A potem zoba­czyli, jak wyska­ku­jesz z tego statku. -?Dostaje gęsiej skórki na rękach na samo wspo­mnie­nie. -?Nie jesteś stary. Musisz tylko dać pozo­sta­łym prze­jąć część two­jego brze­mie­nia. Nawet Żni­wiarz musi spać, dowódco. Zwłasz­cza jeśli ma zabrać nas z powro­tem do domu.

Wciąż wie­rzy, że potra­fię czy­nić cuda. Jed­nak moje wyczer­pa­nie nie wynika z ostat­nich dni. Dopada mnie całe życie spę­dzone na woj­nie. Rhonna nie wie, jaki cię­żar dźwi­gam. Jak bar­dzo liczy­łem na Sevro, że pomoże mi go nieść. Jak bar­dzo osła­bione są w grun­cie rze­czy nasze legiony. Jak wyra­fi­no­wany tak­tycz­nie jest nawet naj­zwy­klej­szy Szary cen­tu­rion pie­choty wroga w porów­na­niu z naszymi, nie wspo­mi­na­jąc już o ich Zło­tych. Zwy­czaj­nie nie dys­po­nu­jemy porów­ny­walną siłą umy­słową. Ani ogniową.

-?Dzię­kuję za twoją tro­skę, lan­sje­rze, ale odra­dzam na przy­szłość szpie­go­wa­nie mnie.

Ruszam ku drzwiom.

-?Dowódco.

Odwra­cam się, coraz bar­dziej poiry­to­wany. Rhonna znowu staje na bacz­ność.

-?Kiedy spad­nie Deszcz, pro­szę o pozwo­le­nie na dołą­cze­nie do mojej kohorty.

-?Nie. Potrze­buję cię przy sobie.

-?Bo tam jest bez­piecz­niej? -?Przy­gląda mi się z tą samą surową badaw­czo­ścią co moja matka. Jeśli pomi­nąć Vic­trę, kobiety z Lykos należą do naj­bar­dziej upar­tych. -?Potrze­bu­jesz ludzi, żeby wyko­ny­wali swoją robotę. Dla­tego pozwo­li­łeś Ale­xan­drowi lecieć za tobą na Meduzę. Dla­tego wysła­łeś go z Thraxą. Żeby robił swoje. Nie możesz nas przed tym chro­nić.

-?Nie jesteś Ale­xan­drem.

-?A mimo to wsa­dzi­łeś mnie do astro­Pan­ce­rza i wysła­łeś na Meduzę. - Pochyla się do przodu. -?I teraz masz wyrzuty sumie­nia z tego powodu. Że w ogóle pozwo­li­łeś mi lecieć na Mer­ku­rego.

Tra­fia w dzie­siątkę. Wie, co obie­ca­łem jej ojcu.

-?Dowódco, u two­jego boku jestem czter­dzie­sto­ki­lową, wysoką na metr dwa­dzie­ścia kulą u nogi, która poru­sza się cicho i gło­śno pyskuje. W astro­Pan­ce­rzu radzę sobie przy­zwo­icie. W Drachenjäger jestem meta­lo­wym bogiem. -?Krew zalewa rumień­cem jej policzki. -?Wiem, że mar­twisz się o mojego ojca, ale sama zade­cy­do­wa­łam, żeby dołą­czyć do cie­bie, kiedy Sevro się zmył. To mój wybór, że tu jestem. To mój wybór, żeby wal­czyć. -?Jej głos staje się bar­dziej zde­cy­do­wany. -?A jeśli prze­biją się przez nas, żelazo zawi­śnie nad głową mojego ojca, nad głową Dio, moich braci i sióstr. Dla­tego w dupie mam twoje wyrzuty sumie­nia. Daj mi robić, co do mnie należy.

Nie mia­łem wyboru, musia­łem wyko­rzy­stać ją w misji ratun­ko­wej. Teraz mam wybór.

-?Sta­bi­li­za­tor odrzutu mojej pię­ści impul­so­wej na­dal jest nie­pewny - mówię. -?Sprawdź, czy zdo­łasz go wyka­li­bro­wać, lan­sje­rze.

Nie mogłem chro­nić mojego syna. Będę jed­nak chro­nił córkę mojego brata, póki mam dość siły. Kiedy nadej­dzie Deszcz, zosta­nie ode­słana do Helio­po­lis, gdzie prze­czeka burzę.

* * *

Zosta­wiam Rhonnę, żeby goto­wała się ze zło­ści, i zastaję Orion sie­dzącą samot­nie w głębi ładowni. Zawsze była tęga; teraz jest chuda jak patyk i ciem­niej­sza od mroku na zewnątrz. Zwie­sza nagie stopy przez otwarte drzwi.

Sły­szy, że wcho­dzę, i ogląda się przez ramię. Jej twarz jest pokryta łatami rege­ne­rantu, który zastą­pił frag­menty odcięte przez Atlasa. Do knykci ma przy­mo­co­wane nowe meta­lowe palce.

-?Kło­poty? -?pyta.

-?Namolni krew­niacy.

Nie uśmie­cha się. Odwraca się, żeby popa­trzeć na polarne niebo. Okręty wojenne Ata­lan­tii czają się tuż poza atmos­ferą, tylko cze­kają, aż wychy­limy głowy poza wiel­kie tar­cze, żeby spu­ścić na nas ste­row­niki masy i zamie­nić w kra­tery.

-?Zimno tu -?mówię, prze­krzy­ku­jąc świst wia­tru. Nasz sta­tek prze­la­tuje nad kra­wę­dzią lodo­wego szelfu. -?Czemu nie pój­dziesz do mesy? Col­lo­way mówi, że nie­do­brze jest syn­chro­ni­zo­wać się na pusty żołą­dek.

-?Lubię zimno -?odpo­wiada z roz­tar­gnie­niem. -?I swoją auto­no­mię.

-?W porządku. -?Sia­dam obok niej i spusz­czam nogi.

Nie okła­ma­łem Har­nas­susa i swo­ich dowód­ców. Orion rze­czy­wi­ście prze­szła ocenę psy­cho­lo­giczną, ale mam podej­rze­nie, że Col­lo­way pomógł jej oszu­kać w teście. Pięć dni po ura­to­wa­niu mówiła tylko ury­wa­nymi, poszar­pa­nymi zada­niami i przed­kła­dała towa­rzy­stwo swo­jego pro­te­go­wa­nego -?Col­lo­waya -?ponad wszel­kie inne. A potem popro­siła o pozwo­le­nie na powrót do obo­wiąz­ków. Myśla­łem, że to jej pomoże dojść do sie­bie. Nie pomo­gło. Może i wypeł­nia obo­wiązki zgod­nie z har­mo­no­gra­mem, ale pozo­staje taka jak wszy­scy, któ­rzy prze­żyli spo­tka­nie z Ryce­rzem Stra­chu: odmie­niona.

Mru­żąc oczy, zer­kam na mate­ma­tyczne rów­na­nia wypi­sane na szro­nie pokry­wa­ją­cym kadłub statku.

-?Przy­po­mina mi dom. Czę­sto wyłą­czano nam ogrze­wa­nie -?mru­czy Orion. - Lubili znaj­do­wać nowe powody, żeby to zro­bić. Począt­ków rachunku róż­nicz­ko­wego uczy­łam się, pisząc na oszro­nio­nym kadłu­bie. Palce mia­łam tak odrę­twiałe, że led­wie mogłam trzy­mać rylec.

-?Róż­niczki. Biedna dziew­czynka. Mnie wystar­czała alge­bra -?mówię, pró­bu­jąc wyrwać ją z odrę­twie­nia. Chciał­bym móc powie­dzieć, że robię to tylko ze względu na nią. -?Spró­buj uczyć się jej jedną ręką, mając tylko mar­ker i ścianę kok­pitu w świ­droSz­po­nie. -?Drugą ręką udaję, że kopię w skale. -?Bo widzisz, nie można prze­stać wier­cić. Jak zatrzy­masz się na zbyt długo, to się zakli­nu­jesz.

-?Rachu­nek róż­nicz­kowy jest potrzebny, żeby nale­ży­cie ope­ro­wać świ­droSz­po­nem -?odpo­wiada.

-?No wiesz, ojciec powie­dział, że reszta to czy­sty instynkt. Jeśli się nie zga­dasz, to możemy urzą­dzić sobie poje­dy­nek na Mar­sie. Znajdą się nowe bun­kry, które trzeba będzie wyko­pać.

Igno­ruje wyzwa­nie i patrzy na stado bla­dych koni mor­skich poko­nu­ją­cych archi­pe­lag lodu. Potrzą­sają grzy­wami i prze­krzy­wiają płe­twy, gdy odbi­jają się kar­ło­wa­tymi nogami od lodu i wska­kują z powro­tem do wody.

-?Ojco­wie są ważni -?odzywa się ponow­nie. -?Mój rodzaj uważa ten pogląd za per­wer­syjny. -?Pod­nosi rękę, żeby zacząć obgry­zać paznok­cie i natra­fia na metal pro­tez. Patrzy na palce, jakby zoba­czyła je po raz pierw­szy. -?A mimo to nazy­wają mnie Matką, prawda?

-?To ta uprzejma część prze­zwi­ska.

Wzru­sza ramio­nami.

-?Dzieci są obrzy­dliwe. Ni­gdy bym ich nie chciała. Nie mogę znieść ego­izmu.

Żaden Złoty ani Czer­wony nie mógłby pojąć empa­tycz­nej łącz­no­ści, jaką nawią­zują umy­sły pod­czas syn­chro­ni­za­cji synap­tycz­nej. Orion komu­ni­kuje się z pilo­tami w bitwie na pozio­mie nie­wer­bal­nym. Powstaje sieć, w ramach któ­rej elek­tryczne prądy jej umy­słu łączą się i wcho­dzą w inte­rak­cję z prą­dami innych. Gdy jeden z koń­ców zostaje odcięty, jest to naj­bar­dziej okrutna ampu­ta­cja. Duchy zmar­łych trwają w jej synap­sach.

Zasta­na­wiam się, czy myśli o mary­na­rzach, któ­rych stra­ciła w zasadzce; czy czuła się jak matka, gdy patrzyła, jak Anni­hilo prze­ła­muje Marze­nie Eo na pół; czy nie może znieść w dzie­ciach ego­izmu, czy raczej obawy, że je utraci.

-?Senat odwo­łał za dużo okrę­tów. Nawet gdy­byś prze­wi­działa poja­wie­nie się Ata­lan­tii, zaję­łaby orbitę. To senat prze­grał tę bitwę, nie ty.

Odwraca się gwał­tow­nie w moją stronę.

-?Har­nas­sus prze­grał bitwę, kiedy nie splu­nął na roz­kazy senatu i ode­słał połowę mojej floty na Lunę. Twoja żona prze­grała bitwę, kiedy nie narzu­ciła swo­jej woli sena­towi.

-?Ona nie zła­mie Nowego Poro­zu­mie­nia...

-?I ty uwa­żasz to za zaletę? Jej bez­cenna moral­ność za moich mary­na­rzy? Czy może kie­ruje nią strach przed tym, że sta­nie się wła­snym ojcem? - Kręci głową. -?Har­nas­sus i Vir­gi­nia pono­szą winę. Ja nie czuję się winna.

-?A ja tak. Czę­sto. Z powodu Synów Aresa z Obrzeża. Z powodu stoczni Gani­me­desa.

-?Więc mar­nu­jesz neu­rony.

Zawsze miała twardą sko­rupę -?ale nie aż tak. Łatwo zapo­mnieć o korze­niach Orion. Począw­szy od nie­sank­cjo­no­wa­nych naro­dzin, poprzez dzie­ciń­stwo w mrocz­nym mro­zie Ula na Fobo­sie i pisaną jej rolę pilota śmie­cia­rek i życie z rzą­do­wej pen­sji do śmierci, aż po dowo­dze­nie naj­bar­dziej zwy­cię­ską flotą od cza­sów Żela­znej Armady Sile­niusa. Ja mia­łem dom pośród swo­ich ludzi. Orion ni­gdy nie została zaak­cep­to­wana przez swo­ich, dopóki nie wspięła się po ich grzbie­tach na szczyt, nie spoj­rzała w dół i nie zoba­czyła, że teraz wszy­scy udają, że sami ją tam wydźwi­gnęli. Ze wszyst­kich żoł­nie­rzy, któ­rzy zostali w mojej armii, jej naj­bar­dziej ufam, bo ona jedna ni­gdy mnie nie zawio­dła. Każdy inny kosmiczny dowódca -?nie wyłą­cza­jąc mnie -?stra­ciłby Gwiazdę Zaranną, okręty, które nam się ostały i samą armię.

-?Narze­kaj na moją żonę, ile chcesz, ale to ona utrzy­muje Repu­blikę w kupie -?odpo­wia­dam. -?A Har­nas­sus utrzy­mał moją armię, kiedy mnie tu nie było, a cie­bie poj­mano.

-?Har­nas­sus. Bła­gam cię... Poma­rań­czowi to pedan­tyczne małpy z prze­ciw­staw­nymi kciu­kami, któ­rych uży­wają tylko do dwóch rze­czy: obra­ca­nia śru­bek i wspi­na­nia się po dra­bin­kach związ­ków zawo­do­wych. Zro­bił to, co leży w jego natu­rze.

Prze­suwa rękami po gło­wie, jakby chciała wyma­cać szpary w czaszce.

-?A jaka jest twoja natura?

-?Taka sama jak twoja. Każe zabić wroga. -?Patrzy w dal, jej głos łagod­nieje. -?Potra­fisz myśleć w kosmo­sie?

-?To zależy, kogo zapy­tasz.

-?Ja nie mogę myśleć na lądzie. Za duży cię­żar. Zbyt wiele obrzy­dli­wych ludzi i ich odpad­ków. -?Ściera rachunki z kadłuba. -?Myślisz, że Atlas mnie zła­mał.

-?Gdy­bym tak uwa­żał, sie­dzia­ła­byś w izbie cho­rych. Myślę, że zosta­wił wgnie­ce­nie.

To jej się podoba.

-?Jest sku­teczny, to jedno jest pewne. Przed­sta­wił mnie ohyd­nemu pustyn­nemu gry­zo­niowi i powie­dział, że ból będzie trwał tylko tak długo, jak długo szczur będzie jadł. Pożarł ciało na moich łyd­kach, nosie i policz­kach, zanim pękł mu żołą­dek i szczur zdechł. To było sku­teczne. Prze­ra­ża­jące. Poni­ża­jące. -?Patrzy na mnie. -?Nie rozu­miesz?

Marsz­czę czoło i kręcę głową.

-?Razem, ty i ja... nisz­czy­li­śmy światy. Kto potra­fiłby doko­nać tego co my? Tego, czego doko­nali nasi ludzie? A jed­nak potem zda­jemy się na łaskę szczu­rów. Uwal­niamy je. Chro­nimy. Umie­ramy dla nich. A gdy odwra­camy się ple­cami, odsła­niają swoje zęby i gryzą nas, kąsek za kąskiem. Kiedy zaś zwra­camy się do nich twa­rzą, wiwa­tują, udają, że ich pogry­za­nie wcale nas nie osła­biło. Szczury nie potra­fią zapa­no­wać nad wła­snym ape­ty­tem. Jak mogłyby rzą­dzić samymi sobą?

-?Mówisz jak jedna z nich -?zauwa­żam pół­gło­sem, pra­wie war­czę.

-?Czy lekarz się myli, kiedy mówi coś, czego nie chcesz sły­szeć? Nie mamy mono­polu na prawdę tylko dla­tego, że nasz cel jest ładny, młody czło­wieku. Gdy­bym się myliła, ta pla­neta przy­ję­łaby nas z otwar­tymi rękami. A ona nas pod­gryza. Gdy­bym się myliła, flota Repu­bliki już by tu była. -?Patrzy w niebo. -?Gdzie ona jest, Dar­row? Gdzie ta twoja demo­kra­cja?

Się­gam ręką do holo­Kro­pli w kie­szeni. Mała łezka metalu skrywa twarz mojej żony. Aż mnie skręca, żeby znowu obej­rzeć wia­do­mość od niej, spi­jać jej ostat­nie słowa, napa­wać się jej twa­rzą, zmarszcz­kami wokół oczu, w jakiś spo­sób przy­wo­łać cie­pło jej skóry i odde­chu. Jed­nak zara­zem boję się to zro­bić. Sześć­dzie­siąt pięć milio­nów kilo­me­trów prze­strzeni dzieli Lunę od Mer­ku­rego na obec­nej orbi­cie. Jesz­cze więk­sza prze­paść oddziela mnie od niej. Nie zwąt­pię w nią. Wąt­pię jed­nak, czy zrobi to, co konieczne. Orion powie­działa prawdę. Vir­gi­nia za bar­dzo boi się zoba­czyć w lustrze ojca i brata, żeby roz­wią­zać senat. Wiem, że uważa, że jej cnota jest zaraź­liwa. Oba­wiam się jed­nak, że tylko roz­bu­dza chciwą naturę w śmier­tel­ni­kach słab­szego sortu.

-?Moja żona obie­cała, że prze­kona sena­to­rów -?mówię bez prze­konania. - Że spro­wa­dzi tu armadę.

-?To dla­czego obmy­śli­łeś ope­ra­cje Pele­ryna Podróż­nika i Tar­tar? Czemu nie cze­kać na ratu­nek?

Zdej­muję dłoń z holo­Kro­pli.

-?Bo nadzieja to opiat, a nie plan.

-?Zga­dzam się. Więc jak długo jesz­cze będziesz żywił nadzieję mimo braku dowo­dów, że ludzie Repu­bliki są dobrzy? Że wresz­cie zaczną robić, co do nich należy?

Kiedy nie odpo­wia­dam, wstaje i współ­czu­ją­cym gestem kła­dzie mi rękę na ramie­niu. Gdy Sevro zmiękł, odkry­łem pocie­chę w Orion. Zawsze byli­śmy podobni, zwłasz­cza w rosną­cej podejrz­li­wo­ści wobec demo­kra­cji. Zawsze jed­nak narze­ka­li­śmy tak tylko przy butelce whi­sky. Ni­gdy tak obszer­nie jak dzi­siaj. Jej wąt­pli­wo­ści mar­twią mnie i nie wiem, jaką ją uspo­koić, kiedy sły­szę w sobie echo tych samych nie­wy­po­wie­dzia­nych obiek­cji.

-?Ile czasu potrzeba, żeby dostroić two­ich Nie­bie­skich? -?pytam.

-?Jakieś dzie­więć­dzie­siąt minut, żeby uzy­skać pełną wier­ność.

-?Ja zajmę się dzi­siaj Har­nas­su­sem.

Orion krzywi się na dźwięk jego imie­nia.

-?Wiesz, jakie jest jego zda­nie na temat Tar­taru -?cią­gnę. -?Ostat­nie, czego mi trzeba, to żeby wasza dwójka sko­czyła sobie do oczu. Ty tylko zaj­muj się syn­chro­ni­za­cją i wra­caj do swo­ich kwa­ter. Musisz odpo­cząć.

Odcho­dzi jak nadą­sane dziecko. Wstaję.

-?Impe­ra­to­rze -?wołam za nią. -?To mówił twój dowódca.

Zatrzy­muje się i odwraca.

-?Według naszego senatu nie jesteś moim dowódcą. Jesteś zdrajcą.

Z wąt­pli­wo­ściami można zro­bić tylko jedną rzecz. Zdep­tać je.

-?Impe­ra­to­rze, nie muszę znać two­jego zda­nia. Nie obcho­dzą mnie twoje uczu­cia. W nosie mam, czy wąt­pisz w Repu­blikę. Nie inte­re­suje mnie, czy nie­na­wi­dzisz jej oby­wa­teli. Ta armia jest o krok od uni­ce­stwie­nia. Obcho­dzi mnie tylko, czy moja naj­lep­sza broń będzie gotowa przed godziną zero. Będzie gotowa, impe­ra­to­rze?

Orion staje na bacz­ność.

-?Gotowa i ostra jak szczu­rze zęby, dowódco.

2. Ysander

2

Ysan­der

Annihilo

Sławny stary kolos szy­buje nad nakra­pianą pla­netą. Czeka, żeby połknąć kor­wetę, która przy­wio­zła nas z Io na Mer­ku­rego.

Ma nie­całe cztery kilo­me­try dłu­go­ści i kształt ata­wi­stycz­nej włóczni. Jego poobi­jany kadłub jest czarny jak muszle, które zbie­ra­łem z ojcem na brze­gach Morza Spo­koju na Lunie. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do lśnią­cych muszli nie odbija świa­tła.

Nazywa się Anni­hilo.

"Ani­hi­luję".

Mam nadzieję, że ani­hi­la­cja nie jest całym pla­nem, jaki obmy­śliła Ata­lan­tia.

-?Wielka bestia -?mówi sto­jący obok mnie męż­czy­zna, jak­by­śmy roz­ma­wiali o pogo­dzie. -?To coś zabiło Reę?

Odwra­cam się. Żałuję, że nie jest Cas­siu­sem, ale Cas­sius zgi­nął, pró­bu­jąc zapo­biec tej wła­śnie chwili.

Obrzeże przy­było, żeby zawrzeć pokój z roz­wią­złym Rdze­niem.

Zamiast mojego sta­rego przy­ja­ciela, men­tora i opie­kuna to naj­star­szy syn Romu­lusa au Raa stoi obok mnie na mostku ioń­skiej kor­wety. Ze wszyst­kich Zło­tych z Obrzeża tylko Dio­me­desa uznano za god­nego roli amba­sa­dora w tej trud­nej misji. Uwa­żam, że to był dobry wybór. Ten czło­wiek ma w sobie powagę. Na jego twa­rzy maluje się ostrożna zaduma. W ciem­no­zło­tych wło­sach, które wiąże w węzeł, ma czarne pasma. Jego pobliź­niona, szczera twarz nie jest przy­stojna według stan­dar­dów Pala­tynu, ale mnie podo­bają się jego przy­gar­bione ramiona i ordy­narne ręce, które zaprze­czają cichemu, strasz­li­wemu poten­cja­łowi, jaki w sobie skrywa.

Widząc zale­d­wie krótki pokaz jego umie­jęt­no­ści szer­mier­czych na Io i sza­cu­nek, z jakim odno­szą się do jego umie­jęt­no­ści jego towa­rzy­sze, uznaję Dio­me­desa za jedy­nego ryce­rza Obrzeża dorów­nu­ją­cemu Cas­siu­sowi. A jed­nak to on jeden odmó­wił walki z moim przy­ja­cie­lem, nawet za cenę wła­snej rodziny.

I z tego powodu zawsze będę sza­no­wał Dio­me­desa.

-?Anni­hilo był okrę­tem fla­go­wym armady, która spa­liła Reę. Inne statki go wsparły -?odpo­wia­dam.

-?Jest ohydny. Jak­żeby ina­czej. W końcu pocho­dzi z Wenus.

-?Mój dzia­dek ni­gdy nie przej­mo­wał się tym, jak coś wygląda, tylko tym, czy działa.

Reaguje na to śmie­chem.

Kiedy pierw­szy raz zoba­czy­łem Dio­me­desa, uzna­łem go za jesz­cze jed­nego bru­tala, jak wielu innych poje­dyn­ko­wi­czów z Rdze­nia, któ­rzy mają wię­cej testo­ste­ronu niż rozumu. Myli­łem się. Ten czło­wiek to zagadka pla­su­jąca się gdzieś mię­dzy mni­chem a kar­czem­nym zabi­jaką. Jada razem ze swo­imi Sza­rymi i Obsy­dia­no­wymi. Ni­gdy nie odzywa się pierw­szy i ni­gdy ostatni nie wybu­cha śmie­chem. Kiedy opo­wiada żarty, są to zwy­kle pro­ste, led­wie zawo­alo­wane repliki. Potrafi być uro­czy, nie­po­ko­jący i bru­talny.

Kiedy jed­nak dociera do nas wieść, że Dar­row, Sevro i Apol­lo­nius au Valii-Rath spa­lili mojego ojca chrzest­nego na łożu bole­ści, Dio­me­des nie rado­wał się tak jak jego sio­stra i wielu jego roda­ków. Zamiast tego zło­żył mi kon­do­len­cje.

Sta­no­wiły prze­dziwną pocie­chę.

Kocha­łem ojca chrzest­nego, mimo jego uczyn­ków. Ni­gdy się nie dowiem, czy to świad­czy o mojej nie­do­sko­na­ło­ści, czy raczej o moral­nym impe­ra­ty­wie kocha­nia tych, któ­rzy oka­zali nam życz­li­wość w dzie­ciń­stwie.

-?Pod­czas bitwy o Ceres Anni­hilo został pra­wie roz­darty na pół przez okręt fla­gowy Dar­rowa -?mówię. -?Mimo to zdo­łał znisz­czyć dwa nowe nisz­czy­ciele Repu­bliki i powstrzy­mać jego flotę do czasu, aż Car­thii przy­byli ze wspar­ciem. To wytrzy­mały okręt.

Dio­me­des odważ­nie wychyla się do przodu.

-?To byłoby cie­kawe doświad­cze­nie, wkro­czyć na jego pokład.

-?Jak­byś tego doko­nał?

Prze­suwa wzro­kiem po zamon­to­wa­nych na okrę­cie narzę­dziach śmierci.

-?Szybko.

Oto ten słynny iro­niczny humor Obrzeża. Polu­bi­łem tego czło­wieka i jego mało­mów­ność, ale oba­wiam się, że jego pro­sto­duszna szcze­rość nie będzie paso­wać do gie­rek w Rdze­niu. Jak mawiała moja babka: "Dwo­rza­nin bez maski tanecz­nej jest rów­nie odsło­nięty jak pre­tor bez zbroi". Ata­lan­tia byłaby jed­nak nie­mą­dra, gdyby nie doce­niła mistrza brzy­twy z Obrzeża. Nie­całe dwa mie­siące temu patrzył, jak jego ojciec idzie na śmierć, wie­dziony hono­rem. Nie zadarł­bym z nim z byle powodu.

-?Kiedy Ata­lan­tia zapyta, ile trwała nasza podróż, powiesz jej, że trzy mie­siące -?zapo­wiada Dio­me­des.

-?Nie chcesz, żeby wie­działa, jak szyb­kie są wasze okręty.

-?Siła zawsze oba­wia się szyb­ko­ści. -?Mie­rzy mnie cięż­kim, badaw­czym spoj­rze­niem. -?Utrzy­mu­jesz, że chcesz ponow­nie zjed­no­czyć Zło­tych. Nie jeste­śmy głup­cami. Wiemy, że Ata­lan­tia zwróci się prze­ciwko nam, kiedy uzy­ska prze­wagę. Helios i rada uwa­żają, że możesz zdo­łać ją odwieść od tej... pochop­nej decy­zji.

-?A co myśli Dido?

Dio­me­des nie reaguje na to pyta­nie.

-?Zro­bię wszystko, co w mojej mocy -?obie­cuję. -?Masz moje słowo.

-?Moja matka wie­rzy, że twoim celem jest prze­ję­cie tronu. Pamię­taj jed­nak: nie weź­miemy udziału w usta­na­wia­niu króla.

-?W tej kwe­stii także masz moje słowo.

Mówię szcze­rze i myślę, że Dio­me­des mi wie­rzy.

Niech dia­bli wezmą moje dzie­ciń­stwo. Liczy się tylko to, że na­dal roz­pę­tu­jemy zawie­ru­chę na tych ruinach świa­tów. Złoci wciąż są jedyną realną szansą na pokój, ale w tym celu nie mogą pozo­stać podzie­leni. Żeby poko­nać Dar­rowa, musimy zale­czyć rany dzie­lące Obrzeże od Rdze­nia. W imię tego poświę­ci­łem Cas­siusa. W imię tego poświęcę sie­bie. Jed­nak czy Ata­lan­tia poświęci się dla jakiej­kol­wiek sprawy?

Wąt­pię.

-?Jego słowo -?cedzi cichy głos. Sio­stra Dio­me­desa, Sera­phina, dołą­cza do nas, wycho­dząc z głów­nego prze­działu. -?Na wła­sne oczy widzie­li­śmy, jakie jest nie­stałe. Salve, Jastrzę­biu Vega.

Wyciąga obok mnie rękę i z czu­ło­ścią kle­pie w ramię naszego pilota. Vega to dziecko o oczach starca. Na Obrzeżu uważa się, że naj­lepsi piloci to dzieci mię­dzy dzie­sią­tym a dwu­dzie­stym rokiem życia. Vega nie ma jesz­cze dwu­na­stu stan­dar­do­wych lat.

Moja wła­sna pilotka, Pytha, żywi prze­sądne obawy co do Nie­bie­skich z Obrzeża i wciąż nie prze­stała się bać Księ­ży­ków, po tym jak tajna poli­cja, Kryp­teja, ją tor­tu­ro­wała. To zro­zu­miałe. Dla­tego na czas podróży zamknęła się w mojej kwa­te­rze, żeby oglą­dać pięć­dzie­się­cio­let­nie wenu­sjań­skie holo­Filmy i zaja­dać medy­ta­cyjne grzybki, które poda­ro­wała jej babka Dio­me­desa, Gaia.

Dźwięki for­te­pianu Gai wciąż roz­brzmie­wają w mojej pamięci. Może Ata­lan­tia będzie wie­działa, czy gra­łem tę melo­dię jako dziecko -?i jak mogłem ją zapo­mnieć. Są we mnie cze­lu­ści, któ­rych nie potra­fię zba­dać. Ukryte prawdy albo kłam­stwa, albo zło, które mój mózg ukrył w cie­niu, żeby się chro­nić. Co się kryje w tym cie­niu? Jeśli to kon­strukt mojej babki, Ata­lan­tia będzie wie­działa.

-?Nie powin­ni­śmy mu ufać, tak jak nie ufamy tej dziwce z Rdze­nia -?mówi do brata Sera­phina. Gani mnie spoj­rze­niem. -?Bar­dziej nawet. Ona przy­naj­mniej ma w żyłach krew żoł­nie­rza, nie poli­tyka.

-?Bo żoł­nie­rze z zało­że­nia są bar­dziej szla­chetni? -?pytam.

Mruga zasko­czona i odwraca się do Dio­me­desa.

-?Jeśli będę musiała dłu­żej dzie­lić powie­trze z tym pomio­tem Rdze­nia, to go wyka­struję. -?Patrzy mię­dzy moje nogi i unosi pobliź­nioną brew. -?O ile to ana­to­micz­nie wyko­nalne.

Pod koniec naszej wspól­nej podróży czuję nie­ty­powe zakło­po­ta­nie, że począt­kowo pocią­gała mnie ta nik­czemna kobieta. Po dokład­niej­szej inspek­cji prze­ko­na­łem się, że ma nie­wiele cnót, które sza­nuję, takich jak cier­pli­wość, wdzięk, pokora i współ­czu­cie. Te, które posiada - szcze­rość, lojal­ność, odwaga -?zostały znie­kształ­cone przez jej natu­ralną skłon­ność, jej dia­bo­liczny głód.

Mimo to wciąż mnie pociąga. Pew­nie to wina dzie­się­ciu lat oddzie­le­nia od mojego wła­snego gatunku. Albo po prosu odkry­łem w sobie ukrytą sła­bość do rze­czy dzi­kich i przez resztę życia będę cier­piał z powodu sła­bo­ści do przed­wcze­śnie roz­wi­nię­tych kobiet.

-?Jeśli nie możesz dzie­lić z nim powie­trza, to wstrzy­maj oddech -?mru­czy do sio­stry Dio­me­des.

-?Nie powinno nas tu być -?upiera się Sera­phina. -?Nie jeste­śmy amba­sa­do­rami. Ja powin­nam być z koman­do­sami w przed­niej straży, a ty dowo­dzić legio­nami u boku Luxa. A nie pod­li­zy­wać się syba­ry­tom.

Jej brat uci­ska staw w żuchwie.

-?Jeste­śmy tym, czego żądają od nas przy­wódcy.

-?A gdyby kazali ci czy­ścić latryny?

-?To wtedy Brą­zowi by mnie uwiel­biali. Modlił­bym się, żeby kucha­rze z mesy nie przy­rzą­dzali zbyt czę­sto wenu­sjań­skich dań na kola­cję.

Sera­phina pry­cha tylko.

-?To żadna hańba -?cią­gnie Dio­me­des. -?Zosta­łem wybrany przez radę, żeby repre­zen­to­wać Obrzeże. Ty zosta­łaś wybrana przez panią kon­sul. To zaszczyt. Praw­dziwy zaszczyt.

-?Nawet jeśli nie wie­rzysz w tę wojnę? -?Jego sio­stra unosi brwi. -?Nie martw się, bra­cie. Wąt­pię, żebyś wiele z niej zoba­czył. Niech szlag trafi honor Luxa. Wysy­łać Raa, kiedy wystar­czyłby Mie­dziany. Zosta­niemy zakład­ni­kami, nawet jeśli ta lata­wica z Rdze­nia zde­cy­duje się z nami sprzy­mie­rzyć, zanim wbije nam brzy­twę w plecy.

-?Spo­dzie­wał­bym się raczej tru­ci­zny.

Sera­phina pokle­puje Dio­me­desa po policzku.

-?Tak czy ina­czej, będziesz dosko­na­łym zakład­ni­kiem. Świet­nym w wypeł­nia­niu roz­ka­zów.

Odcho­dzi, żeby dołą­czyć do żoł­nie­rzy z eskorty.

-?Rdzeń nie jest taki jak Obrzeże -?mówię, gdy już wyj­dzie, ostroż­nie dobie­ra­jąc słowa. Dio­me­des pogar­dza tylko jedną rze­czą bar­dziej niż plot­kami. -?Z roz­la­nego wina wypływa krew.

-?Mar­twisz się, że Sera­phina spro­wo­kuje kogoś do poje­dynku.

-?Każ­dego, ści­śle mówiąc.

-?Jest poryw­cza, ale nie głu­pia. Ma obiek­cje co do mnie.

-?A jeśli Dido wydała jej pole­ce­nia sprzeczne z two­imi roz­ka­zami?

Nie komen­tuje moich słów, ale wiem, że tra­fi­łem w dzie­siątkę. O ile Dio­me­des repre­zen­tuje Radę Księ­ży­cową, o tyle jego sio­stra ma tylko jedną panią: swoją matkę. A ostat­nie, czego chce Dido, to pojed­na­nie z gens Grim­mus. W końcu to oni razem z Sza­ka­lem z Marsa zor­ga­ni­zo­wali napaść pod­czas pierw­szego Triumfu Dar­rowa, kiedy naj­star­sza córka Dido i jej teść zostali zaszlach­to­wani.

Dido nie zapo­mniała, podob­nie jak Dio­me­des.

Wpa­truje się w Anni­hilo.

-?Mój ojciec powie­dział kie­dyś, że każdy inte­re­su­jący czło­wiek toczy wewnętrzną wojnę i dla­tego może być opi­sany tylko w dwóch sło­wach. Jakie opi­sują Ata­lan­tię?

-?Aksa­mit i stal.

Dio­me­des nie reaguje.

-?Ata­lan­tia ma okrutny umysł i nad­zwy­czajną cha­ry­zmę -?mówię dalej. - Nie powstrzy­mują jej ani wyrzuty sumie­nia, ani wąt­pli­wo­ści. Nie zna pół­środ­ków. Jest spo­łecz­nym stra­te­giem, her­pe­to­lo­giem, rzeź­bia­rzem, roze­śmianą i wład­czą kobietą, która kocha dźwięk wła­snego głosu i jest prze­ko­nana, że piękno to naj­wyż­sza forma ist­nie­nia, w każ­dym jego prze­ja­wie.

Nie mówię o jej wadach. Nie­sto­sow­nym byłoby, gdyby o nie zapy­tał. Nie robi tego.

Pozwala, aby mil­cze­nie się prze­cią­gało, a potem patrzy na mnie.

-?Wiesz, czego nauczyła mnie śmierć ojca?

Cze­kam, aż mi powie.

-?Nie gadać za dużo.

Wysta­wiony na dzia­ła­nie suro­wych żywio­łów Io Romu­lus zmar­no­wał cenne powie­trze na ostat­nie słowa i nie dotarł -?choć nie­wiele bra­ko­wało -?do grobu swo­jego przodka, Akari.

Prze­ły­kam odpo­wiedź.

Pogrą­żony w myślach Dio­me­des patrzy znowu na okręt Ata­lan­tii.

-?Jesteś legal­nym spad­ko­biercą domu Lune i masz prawo odzie­dzi­czyć to, co zostało z jego wła­sno­ści -?odzywa się po tej chwili zadumy. Ma na myśli okręty, legiony, przy­sięgi, które nie­wąt­pli­wie prze­szły na ród Grim­mus. Wszelki należny mi spa­dek będzie drogo kosz­to­wał Ata­lan­tię. - Uzna cię za sprzy­mie­rzeńca czy rywala?

Nie wiem.

Wyru­szy­łem w tę podróż, wie­rząc, że prze­ko­nam mojego ojca chrzest­nego. Zawsze był racjo­nal­nym czło­wie­kiem. Nie­stety nie żyje. Ata­lan­tia jako Dyk­ta­torka jest zde­cy­do­wa­nie mniej prze­wi­dy­walna.

Dzie­sięć lat mnie zmie­niło. A ją?

Mimo że z zało­że­nia nie zno­siła dzieci, zro­biła wyją­tek dla swo­jego sio­strzeńca Ajaxa i dla mnie, syna jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki i dzie­dzica jej men­torki. Byłem jej ulu­bień­cem, ponie­waż w prze­ci­wień­stwie do Ajaxa zdo­by­łem sym­pa­tię jedy­nego śród­Ko­loru, jakiego Ata­lan­tia kie­dy­kol­wiek sza­no­wała -?Gli­ra­stesa z Helio­po­lis. Jako hybryda archi­tekta i fizyka Gli­ra­stes był naj­więk­szym Mistrzem Stwórcą od wie­ków i to on wyzna­czał trendy w naszej epoce. A także dla­tego, że babka wybrała mnie na jedy­nego spad­ko­biercę Oka Umy­słu, któ­rego sekrety Ata­lan­tia zawsze pra­gnęła posiąść.

Mimo tej sym­pa­tii nic z mojego dzie­ciń­stwa u boku Ata­lan­tii -?ani nasze wie­czory w Hype­rioń­skiej Ope­rze, ani zgodna kry­tyka wystaw Fio­le­to­wych, ani nawet łącząca nas sła­bość do hodowli koni -?nie jest w sta­nie roz­wiać moich podej­rzeń, że byłem dla niej zale­d­wie lalką do ubie­ra­nia i opro­wa­dza­nia.

Ze wsty­dem przy­znaję, że jej na to pozwa­la­łem. Moi rodzice nie żyli, a Aja czę­sto wyjeż­dżała, więc potra­fi­łem na wiele pozwo­lić, byle zasłu­żyć na życz­liwe słowo.

A Ata­lan­tia dawała mi ich bar­dzo wiele, pod­czas gdy babka ich ską­piła.

Jed­nak jeden z aksjo­ma­tów Octa­vii wciąż mnie prze­śla­duje: "Oba­wiaj się tych, któ­rzy szu­kają two­jego towa­rzy­stwa kie­ro­wani wła­sną próż­no­ścią. Kiedy tylko ich przy­ćmisz w lustrze, to nie lustro stłuką".

Nie zamie­rzam rzą­dzić. Jed­nak prze­ko­na­nie o tym Ata­lan­tii to zupeł­nie inna sprawa.

-?Nie mogę powie­dzieć, jak zare­aguje -?odpo­wia­dam w końcu -?ale póki nie mam bli­zny na twa­rzy, niczego nie mogę odzie­dzi­czyć. -?Zagry­zam od środka poli­czek. -?Boisz się?

-?Spo­tka­nia z Ata­lan­tią? To zależy. -?Dio­me­des zawie­sza głos. - Ponow­nego spo­tka­nia ze stry­jem? Z pew­no­ścią.

Ja też tro­chę się oba­wiam spo­tka­nia z Ryce­rzem Stra­chu.