Biblioteczne natręctwa
"Powiedział Donne, że nikt nie śpi w wozie, którym go wiozą z celi na szafot, a jednak wszyscy śpimy od poczęcia po grób lub też nigdy nie rozbudziliśmy się naprawdę. Jedna z misji wielkiej literatury: budzić ze snu człowieka jadącego na szafot" [1].
Piękne słowa, które tłumaczą rolę wielkiej literatury - ma ona ocalić jadącego na szafot, ma wybudzić ze snu, ma nadać cechy potrzebne do tego, aby być człowiekiem; aby nie stać się trupem za życia. Idę za radą Sabato do Biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego, żeby sprawdzić, jak wielu osobom zależy na tym, by nie być za życia martwym. Oprócz mnie i personelu pojawia się kilka osób - zjaw, które poruszają się ruchem cichym, posuwistym, charakterystycznym dla zjaw. Szukają oddechu w książkach, tomach, monografiach, dziełach zebranych, czasopismach. Wszyscy jesteśmy skazańcami szaleństwa egzystencji, piekła dehumanizacji; jednak garstka osób próbuje uparcie walczyć, oczyszczając się w poezji, prozie, metafizyce, transcendencji, odrzucając tandetę, hipokryzję codzienności. Gdyż literatura ambitna ma za zadanie ocalić od bycia maszyną, bycia jednym z miliona jej kółek. Bycia martwym za życia.
Biblioteka wraz z jej księgozbiorem daje nam pewne narzędzia, pozwalające lepiej pojąć nie tylko rzeczywistość, ale również samego siebie. Umberto Eco w swym eseju O bibliotece zwraca uwagę: "Rzeczywiście, często się zdarza, że idzie się do biblioteki, bo chce się książki o znanym tytule, ale główną funkcją biblioteki, a przynajmniej funkcją biblioteki w moim domu i w domach wszystkich znajomych, jakich możemy odwiedzać, jest odkrywanie książek, których istnienia się nie podejrzewało, a które, jak się okazuje, są dla nas niezwykle ważne" [2]. Słowa włoskiego bibliofila, autora powieści Imię róży, oraz argentyńskiego eseisty Sabato dobrze oddają sens ćwiczeń ducha w bibliotekach. Otóż, studiując literaturę, staramy się ocalić siebie, resztki klerkizmu, odkrywając przypadkiem książki "niezwykle dla nas ważne", uciekając od farszu przewidywalności, w którym lubują się masy. Do dzisiaj męczą mnie natręctwa, nawyki biblioteczne, dlatego chodzę jak lunatyk jeden dzień w tygodniu, odkąd mieszkam we Wrocławiu, do BUWr-u, wcześniej spędzałem godziny (doby) w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego - cenię bardziej towarzystwo bohaterów, autorów, którzy mają do mnie większą cierpliwość niż żywe postaci. Odkopuję zapomniane powieści, opowiadania, nieczytanych pisarzy, pisarki... Dialoguję z nimi, bawią mnie, uczę się od nich i - chyba nade wszystko - czuję się przy nich, a także w tym miejscu, upadłym schronisku, bezpiecznie. Studiując polonistykę, pisząc pracę z edytorstwa oraz studium przypadku osoby z afazją, zawsze brałem książkę, o której istnieniu nie wiedziałam, z zakresu literatury, językoznawstwa, psychologii, psychopatologii, ortodoncji, religii, fizyki, podróżowania, matematyki itd., itd. Samo poszukiwanie książki, czasopisma, artykułu (zwłaszcza starodruków) było czymś fascynującym, szukanie konkretnej pozycji, a przy tym wzięcie kilku dodatkowych książek, by pogłębić zagadnienie, i paru przypadkowych z odmiennych dziedzin; a przecież do ilu się jeszcze zajrzało, ile fragmentów przeczytało przy półce. Nawiązania do innych dzieł, cytaty - to sedno rzemieślnika słowa. Gdyż należy pamiętać, że w schronisku nie tylko czytający, ale i piszący pracują.
Biblioteka pełni różne funkcje, w książce Bezpowrotnie utracona leworęczność Jerzy Pilch przyrównuje ją do sennika: "Nie pamiętam, bo niepamięć jest zasadą snu. Nie pamiętam, bo niepamięć jest zasadą literatury. Nie pamiętam, bo literatura to zbiór zapisanych snów, biblioteka to jest wielki sennik, największa powieść realistyczna to jest także ściśle zapisany i bardzo wyrazisty sen. "Co jest nie wymówione (nie zapisane) zmierza do nieistnienia". Ale co jest przeczytane, także tam zmierza, bo i pisanie, i czytanie wiele ze snu, wiele z zapomnienia i wiele z niepamięci w sobie mają" [3]. Autor powieści Pod Mocnym Aniołem przyrównuje bibliotekę do "wielkiego sennika". Sny charakteryzują się stanem zniesienia świadomości. Neurolodzy stwierdzają, iż sen można przyrównać do halucynacji, ponieważ wówczas neuroprzekaźniki pracują podobnie, jak u osób ze schizofrenią. Bezdyskusyjnie możemy powiedzieć, że wszyscy potrzebujemy snu, dorosła osoba 7-9 godzin na dobę, abyśmy regenerowali siły, odpoczywali, mogli w pełni podejmować pracę zarówno fizyczną, jak i umysłową. I te wszystkie zjawiska możemy porównać do biblioteki; ocaleńcy, którzy pojawiają się w czytelniach - odpoczywają, czytając, dostarczają sobie silnych doznań w fikcji literackiej, z których rzeczywisty świat jest ograbiony; nie muszę chyba wspominać, że te czynności regenerują ciało i ducha. Mógłbym nawet rzec, iż ma działanie terapeutyczne, autostymulujące układ limbiczny. Eliza Kącka nie tak dawno napisała świetną książkę, oniryczną autobiografię Po drugiej stronie siebie, w której opisuje swoje fantastyczne sny, a zasypia nieraz w... bibliotece. Bohaterami snów są często pisarze. Jeśli jesteśmy już przy temacie oniryzmu, to nie można pominąć wielkiego argentyńskiego pisarza Jorgego Luisa Borgesa, który napisał w 1941 roku świetne, profetyczne opowiadanie Biblioteka Babel. Borges przyrównuje w nim bibliotekę do wszechświata, opisuje ją tak: "Być może zwodzi mnie starość i obawa, ale podejrzewam, że rodzaj ludzki - jedyny - jest na wymarciu i że Biblioteka przetrwa: oświetlona, samotna, nieskończona, doskonale nieruchoma, uzbrojona w cenne woluminy, niezniszczalna, tajemnicza" [4]. Z przytoczonych epitetów wybieram: nieskończona, tajemnicza, samotna.
Nie tylko biblioteka, przede wszystkim literatura ma na celu ocalać, ale biblioteka jest schronem dla publikacji, schronem także dla czytelnika. Otóż miejsce to ma pełnić funkcję nie tylko w pracy pisarza, studenta, ma być miejscem odkryć, może być wielkim sennikiem, aż w końcu - wszechświatem. Jednak współcześni swe ocalenie gdzie indziej lokują, gardząc higieną umysłu. Obecnie realniejszą wizją zainteresowania książką może być ta absurdalna, kiedy powinno się płacić ludziom za czytanie (ocalenie), zaproponowana przez Witolda Gombrowicza w Trans-Atlantyku: "Jakoz? w pokoju obok, dużym, kwadratowym, ksia?z?ek, skryptów kupy na podłodze, wszystko wywalone, jak z taczek; az? pod sufit góry; tam zas? ws?ród tych gór, dopiroz? przepas?ci, zre?by, jary, usypiska, rozdoły, a tyz? kurz, pył az? w nosie wierci. Na górach tych tedy chudzi bardzo Czytelnicy siedzieli, którzy to czytali; a moz?e ich siedem albo osiem było. - Biblioteka - mówi Gonzalo - biblioteka, oj, co za kłopot z tym mam, skaranie boz?e, a bo najcenniejsze, najbardziej szacowne to dzieła geniuszów samych, najprzedniejszych Ludzkos?ci duchów, ale cóz?, panie, kiedy Gryza? sie?, Gryza?, a tez? i Tanieja? od nadmiaru swego, a bo za duz?o, za duz?o, i co dzien? nowych przybywa, i nikt wyczytac? nie moz?e, bo za duz?o, ach, za duz?o! Owóz? ja, panie, Czytelników zgodziłem i im słono płace?, bo juz? mnie wstyd, z?e tak wszystko Nieczytane lez?y, ale za duz?o, wyczytac? nie moga?, choc? i bez przerwy dzien? cały czytaja?" [5].
[1] E. Sabato, Pisarz i jego zmory. Przeł. i oprac. R. Kalicki, Kraków 1988, s. 118.
[2] U. Eco, O bibliotece. Przeł. A. Szymanowski, Warszawa 2007, s. 27-28.
[3] J. Pilch, Bezpowrotnie utracona leworęczność, Kraków 2007, s. 106.