Czas miłości i czekolady - Gabrielle Zevin

Reflow text when sidebars are open.
Nie chciałam być matką chrzestną, ale moja przyjaciółka nie przyjęłaby odpowiedzi odmownej.
- Czuję się zaszczycona, ale rodzice chrzestni powinni być katolikami z prawdziwego zdarzenia - broniłam się.
W szkole nauczono nas, że matka chrzestna odpowiada za edukację religijną dziecka. Tymczasem ja nie byłam na mszy ani na spowiedzi od ponad roku.
Moja przyjaciółka spojrzała na mnie z takim wyrzutem, jakbym jej wyrządziła krzywdę. Ta mina pojawiała się u niej bardzo często, odkąd urodziła dziecko. Jej synek niespokojnie się poruszył. Scarlett wzięła go na ręce.
- Feliks i ja marzymy o matce chrzestnej, która jest gorliwą katoliczką, ale niestety jesteśmy zdani na Anię, która, jak powszechnie wiadomo, jest niezbyt żarliwą katoliczką.
Niemowlę zaczęło gaworzyć.
- Feliksie, co twoja biedna, niezamężna, nastoletnia mama myślała? - mówiła dalej Scarlett. - Widocznie była przemęczona i jej umysł nie funkcjonował tak, jak trzeba. Bo na całym świecie nie ma drugiej tak okropnej osoby jak Ania Balanchine. Sam ją o to spytaj.
Przyjaciółka przysunęła do mnie chłopca. Niemowlę się uśmiechnęło - była to szczęśliwa istotka o rumianych policzkach, błękitnych oczach i blond włosach - i milczało, co było oznaką mądrości. Odwzajemniłam uśmiech, choć szczerze mówiąc, nie czułam się swobodnie w obecności dzieci.
- No tak, oczywiście, jeszcze nie umiesz mówić, mój malutki. Ale pewnego dnia, kiedy będziesz starszy, poproś babcię, żeby ci opowiedziała, co to znaczy być złym katolikiem, a raczej złą osobą. Ania odcięła rękę pewnemu mężczyźnie! Wybrała strasznego człowieka na wspólnika w interesach, chociaż wiedziała, że straci przez to najcudowniejszego chłopaka na ziemi. Wylądowała w poprawczaku. Co prawda dlatego, że chroniła w ten sposób swoją siostrę i brata, ale nie zmienia to faktu, że jest matką chrzestną z poprawczaka. Poza tym zrzuciła gorącą lasagne na głowę twojego taty. Niektórzy sądzą, że próbowała go otruć. Gdyby jej się udało, nie byłoby cię tutaj...
- Scarlett, nie mów takich rzeczy dziecku.
Przyjaciółka nie zwróciła uwagi na mój komentarz i świergotała dalej:
- Wyobrażasz to sobie, Feliksie? Będziesz miał zrujnowane życie, ponieważ twoja mama wybrała Anię Balanchine na matkę chrzestną. - Scarlett zwróciła się do mnie: - Wiesz, dlaczego to wszystko mówię? Zachowuję się tak, ponieważ chcę ci pokazać, że nie możesz odmówić. To ty musisz go podać do chrztu. - Odwróciła się do Feliksa. - Z taką matką chrzestną na pewno wejdziesz na przestępczą drogę, mój mały mężczyzno. - Ucałowała pulchne policzki chłopca i delikatnie go ugryzła. - Chcesz sprawdzić, jak on smakuje?
Pokręciłam głową.
- Jak sobie życzysz, ale zapewniam cię, że dużo tracisz - śmiała się Scarlett.
- Odkąd zostałaś matką, zrobiłaś się sarkastyczna. Wiesz o tym?
- Sarkastyczna? Mam nadzieję, że zrobisz to, o co proszę, i nie będziesz się kłócić.
- Nawet nie wiem, czy nadal jestem katoliczką - powiedziałam.
- OMB, czy musimy nadal o tym mówić? Będziesz matką chrzestną. Moja matka chce zorganizować chrzciny, więc będziesz matką chrzestną.
- Scarlett, robiłam w swoim życiu okropne rzeczy.
- Wiem o tym. Feliks też o tym wie. Mamy oczy szeroko otwarte. Poza tym ja też robiłam okropne rzeczy - jak powszechnie wiadomo.
Przyjaciółka pogłaskała swoje dziecko po główce i rozejrzała się po malutkim pokoju dziecięcym urządzonym w mieszkaniu rodziców Gable'a. W pomieszczeniu była wcześniej spiżarnia. Obecnie znajdowało się tu mnóstwo przedmiotów niezbędnych dla niemowlęcia i nas troje ledwo się tu mieściło. Scarlett zrobiła wszystko, żeby ożywić pokoik. Namalowała na ścianach chmury i bladoniebieskie niebo.
- Widzisz inne wyjście? Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nikt inny nie mógłby zostać matką chrzestną, więc nie mów mi, że chcesz się wycofać! - W głosie Scarlett zabrzmiały nieprzyjemne wysokie tony i dziecko niespokojnie się poruszyło w jej ramionach. - Nie obchodzi mnie, kiedy ostatnio byłaś na mszy. - Scarlett zmarszczyła swoje śliczne brwi i zrobiła taką minę, jakby miała się rozpłakać. - Nikt inny nie wchodzi w grę. Postaraj się to zaakceptować. Będziesz stać obok mnie w kościele. Jeśli ksiądz albo moja matka, lub ktokolwiek inny, spytają, czy jesteś dobrą katoliczką, będziesz musiała skłamać.
W najgorętszy dzień lata - był drugi tydzień lipca - stałam obok mojej przyjaciółki w kościele Świętego Patryka. Scarlett trzymała Feliksa w ramionach. Wszyscy troje pociliśmy się tak obficie, że można by rozwiązać w ten sposób problem braku wody w mieście. Gable, ojciec dziecka, stał po drugiej stronie obok Scarlett. Blisko niego znalazł się jego starszy brat Maddox, który miał zostać ojcem chrzestnym. Był podobny do Gable'a, ale miał grubszą szyję, mniejsze oczy i lepsze maniery. Ksiądz, który najwyraźniej wyczuł, że jesteśmy bliskie omdlenia z powodu upału, mówił krótko i na temat. Nawet nie wspomniał, zapewne z powodu gorąca, że rodzice dziecka są nastolatkami i nie wzięli ślubu. To był chrzest na łapu-capu. Ksiądz spytał mnie i Maddoksa:
- Czy jesteście gotowi, żeby pomóc rodzicom dziecka w pełnieniu chrześcijańskich obowiązków?
Przytaknęliśmy.
Następne pytania były skierowane do nas czworga.
- Czy odrzucacie szatana?
Oświadczyliśmy, że odrzucamy szatana.
- Czy chcecie, żeby Feliks został ochrzczony w kościele zgodnie z wiarą katolicką?
- Tak - odpowiedzieliśmy.
W tej chwili zgodzilibyśmy się na wszystko, byleby ceremonia jak najszybciej się skończyła.
Kiedy ksiądz polał głowę Feliksa wodą święconą, dziecko zachichotało. Woda była pewnie przyjemnie chłodna. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mnie też oblano.
Po ceremonii udaliśmy się na przyjęcie do domu rodziców Gable'a. Scarlett zaprosiła kilka osób z naszej dawnej szkoły, w tym mojego byłego chłopaka Wina, którego nie widziałam od czterech tygodni.
Przyjęcie przypominało stypę. Scarlett jako pierwsza z nas urodziła dziecko. Goście nie wiedzieli, jak się zachować. Gable siedział w kuchni ze swoim bratem. Ścigali się, kto wypije więcej alkoholu. Inni absolwenci Świętej Trójcy rozmawiali w grupkach. W rogu stali rodzice Gable'a i z uroczystymi minami pilnowali porządku. Win dotrzymywał towarzystwa Scarlett i jej dziecku. Mogłam do nich podejść, ale miałam nadzieję, że to Win przywita się ze mną pierwszy.
- Jak tam klub? - spytała Chai Pinter.
Chai była straszną plotkarą, ale nikomu nie zrobiłaby krzywdy.
- Otwieramy pod koniec września. Wpadnij, jeśli będziesz w mieście.
- Oczywiście. Wyglądasz na zmęczoną - powiedziała Chai. - Masz podkrążone oczy. Cierpisz na bezsenność, ponieważ boisz się klęski?
Roześmiałam się. To była najlepsza reakcja na komentarze Chai.
- Nie wysypiam się, ponieważ mam mnóstwo pracy.
- Mój tata mówi, że dziewięćdziesiąt osiem procent klubów w Nowym Jorku plajtuje.
- To kiepsko - powiedziałam.
- A może chodzi o dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Co zrobisz, jeśli ci się nie uda, Aniu? Wrócisz do szkoły?
- Może.
- Zdałaś chociaż maturę?
- Wiosną zdałam egzamin zaocznie.
Chyba nie muszę pisać, że Chai zaczynała mnie wkurzać.
Moja koleżanka zniżyła głos i zerknęła na Wina stojącego w przeciwległym rogu pokoju.
- Czy to prawda, że Win z tobą zerwał, bo poprosiłaś jego ojca o pomoc w interesach?
- Nie chcę o tym mówić.
- A więc to prawda?
- To skomplikowane - oświadczyłam.
I tak właśnie było.
Chai spojrzała na Wina i zrobiła ponurą minę.
- Nie mogłabym zrezygnować z kogoś takiego dla biznesu - stwierdziła. - Gdyby ten chłopak mnie pokochał, nie miałabym głowy do interesów. Jesteś silniejsza ode mnie, Aniu, naprawdę. Bardzo cię podziwiam.
- Dzięki.
Podziw Chai Pinter sprawił, że miałam ochotę podać w wątpliwość wszystkie decyzje podjęte w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Zadarłam głowę i się wyprostowałam.
- Chyba wyjdę na balkon. Potrzebuję świeżego powietrza.
- Jest chyba ze sto stopni! - zawołała za mną Chai.
- Lubię upał - odpowiedziałam.
Rozsunęłam drzwi balkonowe. Noc była upalna. Usiadłam na zakurzonym leżaku. Mój dzień zaczął się kilka godzin wcześniej, w klubie. Wstałam o piątej rano, dlatego teraz, mimo że siedziałam na niewygodnym leżaku, zapadłam w sen.
Rzadko miewałam sny, ale tym razem przyśniła mi się przedziwna rzecz. Byłam dzieckiem Scarlett. Przyjaciółka trzymała mnie w ramionach i było to obezwładniające uczucie. Przypomniałam sobie, co to znaczy mieć matkę, czuć się bezpiecznie i być kochaną najbardziej na świecie. We śnie Scarlett zamieniła się w moją matkę.
Nie zawsze potrafiłam sobie przypomnieć twarz mamy, ale tym razem ujrzałam ją bardzo wyraźnie. Zobaczyłam jej mądre, szare oczy, kręcone rudobrązowe włosy, różowe usta i delikatne piegi na nosie. Nie pamiętałam, że mama miała piegi, i to mnie zasmuciło. Mama była piękna, ale nie wyglądała na osobę uzależnioną od komplementów. Wiedziałam, że mój ojciec chciał z nią być, chociaż powinien był się ożenić z kimś zupełnie innym. Na pewno nie z policjantką. "Aniu - szepnęła moja matka - jesteś otoczona miłością. Pozwól, żeby inni mogli cię kochać". Zalałam się łzami, których nie mogłam powstrzymać. Może dlatego niemowlęta tyle płaczą - ciężar miłości jest nie do zniesienia.
- Hej - powiedział Win.
Wyprostowałam się gwałtownie. Nie chciałam, żeby widział, że spałam. (Tak na marginesie: Dlaczego ludzie tak się zachowują? Dlaczego wstydzą się, że zasnęli?).
- Chciałem z tobą porozmawiać przed wyjściem.
- Domyślam się, że nie zmieniłeś zdania. - Nie patrzyłam Winowi w oczy i starałam się mówić obojętnym tonem.
Win pokręcił głową.
- Ty też nie zmieniłaś zdania. Tata mówi czasem o klubie. Wiem, że będziecie go rozkręcać.
- Więc czego chcesz?
- Chciałbym wpaść do ciebie do domu i zabrać kilka rzeczy, które tam zostawiłem. Jadę na farmę mojej matki do Albany. Wrócę za jakiś czas, ale na krótko. Później wyjadę do college'u.
Spróbowałam przetrawić to ostatnie zdanie w swoim zmęczonym umyśle.
- Wyjeżdżasz? - spytałam.
- Tak. Postanowiłem pójść do college'u w Bostonie. Nic mnie już nie trzyma w Nowym Jorku.
Jego słowa nie były dla mnie niespodzianką.
- Wobec tego życzę ci powodzenia, Win. Mam nadzieję, że będziesz się fantastycznie bawić w Bostonie.
- Miałem się z tobą skonsultować? - spytał. - Ty się ze mną nigdy nie konsultowałaś.
- Przesadzasz.
- Bądź ze mną szczera, Aniu.
- Wiem, jakbyś zareagował, gdybym ci wcześniej powiedziała o współpracy z twoim ojcem.
- Nie możesz tego wiedzieć.
- Udowodniłbyś mi, że to niewłaściwa decyzja.
- Oczywiście. To samo powiedziałbym Gable'owi Arsleyowi, chociaż go nie lubię.
Chwyciłam Wina za rękę. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam.
- Jakie rzeczy u mnie zostawiłeś?
- Trochę ubrań i zimowy płaszcz. Myślę, że twoja siostra ma jeden z moich kapeluszy, ale może go zatrzymać. Zostawiłem w twoim pokoju książkę Zabić drozda. Chciałbym ją kiedyś znowu przeczytać. Potrzebuję tabliczki do college'u. Włożyłem ją chyba pod twoje łóżko.
- Nie ma potrzeby, żebyś do mnie wpadał. Spakuję twoje rzeczy do pudełka i przyniosę do pracy. Twój tata ci je przekaże.
- Jak chcesz.
- Myślę, że tak będzie lepiej. Nie jestem taka jak Scarlett. Nie lubię bezsensownych, dramatycznych scen.
- Jak sobie życzysz, Aniu.
- Jesteś zawsze taki miły. To irytujące.
- A ty tłumisz uczucia. Nie pasujemy do siebie.
Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i odwróciłam się od Wina. Byłam wściekła, ale nie rozumiałam, skąd się wzięła moja złość. Może panowałabym nad emocjami, gdybym nie była taka zmęczona.
- Dlaczego przyszedłeś na przyjęcie do mojego klubu, skoro nie potrafisz mi wybaczyć?
- Próbowałem, Aniu. Naprawdę chciałem ci wybaczyć.
- No i co?
- Nie potrafię.
- Potrafisz.
Nie byłam pewna, czy ktoś nas widzi, ale tak naprawdę o to nie dbałam. Zarzuciłam Winowi ręce na szyję, popchnęłam go w stronę balkonowej barierki i przycisnęłam wargi do jego ust. Po paru sekundach uświadomiłam sobie, że Win nie odwzajemnia mojego pocałunku.
- Nie potrafię - powtórzył.
- Więc już mnie nie kochasz?
Milczał przez chwilę. W końcu pokręcił głową.
- Nie kocham cię na tyle, żeby móc ci wybaczyć.
A więc Win mnie kochał, ale to nie wystarczyło.
- Będziesz tego żałować - powiedziałam. - Odniosę sukces, a ty będziesz żałować, że mnie nie wspierałeś. Jeśli kogoś kochasz, to znaczy, że go akceptujesz nawet wtedy, gdy popełnia błędy. Takie jest moje zdanie.
- Mam cię kochać niezależnie od tego, jak się zachowujesz i co robisz? Nie mógłbym szanować siebie, gdybym tak się zachowywał.
Win miał rację.
Nie potrafiłam dłużej się bronić. Wiedziałam, że Win nie zmieni zdania. Spojrzałam na jego ramię, które znajdowało się mniej niż sześć cali od mojej twarzy. Pomyślałam, że byłoby łatwo wtulić się w jego szyję. Ramię Wina wydawało się stworzone właśnie do tego. Byłoby łatwo mu powiedzieć, że popełniłam błąd, kiedy otworzyłam klub i poprosiłam jego ojca o współpracę. Byłoby łatwo go błagać, żeby do mnie wrócił. Na sekundę przymknęłam oczy i wyobraziłam sobie przyszłość z Winem. Zobaczyłam dom pod miastem. Win miałby kolekcję starych płyt, a ja być może nauczyłabym się gotować inne potrawy niż makaron z serem i danie z mrożonego groszku. Zobaczyłam nasz ślub na plaży: Win miał na sobie niebieską, bawełnianą marynarkę, a obrączki ślubne były z białego złota. Ujrzałam ciemnowłose dziecko. Gdyby to był chłopiec, nazwałabym go Leonid, po moim ojcu. Dziewczynkę nazwalibyśmy Alexa, po siostrze Wina. Zobaczyłam naszą cudowną przyszłość.
To byłoby łatwe, ale znienawidziłabym siebie. Miałam szansę, żeby coś zbudować, zrobić to, czego nie potrafił mój ojciec. Nie mogłam z tego zrezygnować dla swojego chłopaka. Miłość mi nie wystarczała.
Wyprostowałam się i utkwiłam spojrzenie w dalekim punkcie. Wiedziałam, że pozwolę Winowi odejść.
Usłyszałam płacz Feliksa. Moi koledzy i koleżanki uznali, że przyjęcie dobiegło końca. Obserwowałam przez oszklone drzwi, że goście wychodzą. Spróbowałam zażartować.
- To chyba najgorsza studniówka wszech czasów - powiedziałam - nie licząc zeszłorocznej.
Dotknęłam lekko nogi Wina, w miejscu, gdzie postrzelił go mój kuzyn podczas tamtej feralnej imprezy. Przez chwilę Win wyglądał tak, jakby miał się roześmiać, ale odsunął nogę. Potem przyciągnął mnie do siebie.
- Żegnaj - szepnął.
Jego ton był łagodniejszy niż poprzednio.
- Mam nadzieję, że dostaniesz od życia to, czego pragniesz.
Zrozumiałam, że to koniec. Tym razem się nie pokłóciliśmy. Win nie był na mnie zły. Sprawiał takie wrażenie, jakby dał za wygraną. Jakby go to już nie obchodziło.
Chwilę później wypuścił mnie z objęć i naprawdę odszedł.
Odwróciłam się tyłem do drzwi balkonowych i spojrzałam na miasto w promieniach zachodzącego słońca. Dokonałam wyboru, ale trudno było mi patrzeć, jak Win się oddala.
Poczekałam piętnaście minut i wróciłam do mieszkania. Zostali tylko Scarlett i Feliks.
- Uwielbiam przyjęcia - powiedziała moja przyjaciółka - ale dzisiejsza impreza była okropna. Nie mów mi, że tak nie było, Aniu. Możesz okłamać księdza, ale mnie ci się nie uda.
- Pomogę ci posprzątać - zaproponowałam. - Gdzie jest Gable?
- Wyszedł z bratem - oznajmiła Scarlett. - Później idzie do pracy.
Gable miał okropną pracę. Był salowym w szpitalu, co oznaczało, że musiał zmieniać pościel i myć podłogi. Była to jedyna praca, jaką zdołał znaleźć. Uważałam, że przyjmując ją, postąpił bardzo szlachetnie.
- Myślisz, że źle zrobiłam, zapraszając tu ludzi ze Świętej Trójcy?
- Myślę, że zrobiłaś dobrze.
- Widziałam, że rozmawiałaś z Winem.
- Nic się nie zmieniło.
- Przykro mi to słyszeć. - Naprawdę się zasmuciła.
Sprzątnęłyśmy mieszkanie w milczeniu. Scarlett zaczęła odkurzać. Nagle spostrzegłam, że moja przyjaciółka płacze.
Podeszłam do niej i wyłączyłam odkurzacz.
- Co się stało?
- Zastanawiam się, jaką szansę mają inne pary, skoro tobie z Winem nie wyszło.
- Scarlett, to była szkolna miłość. Tego typu związki nie trwają długo.
- Ale niektóre dziewczyny są głupie i zachodzą w ciążę - powiedziała Scarlett.
- Nie chodziło mi o to.
- Wiem - westchnęła. - Wiem, że chcesz otworzyć ten klub, ale czy jesteś pewna, że Charles Delacroix jest tego wszystkiego wart?
- Tak. Już ci to tłumaczyłam.
Włączyłam odkurzacz. Przez chwilę czyściłam dywan wściekłymi pociągnięciami. W końcu wyłączyłam urządzenie.
- Dobrze wiesz, że to, co robię, nie jest łatwe. Nikt mi nie pomaga, nawet pan Kipling. Nie dostaję wsparcia od rodziców ani od babci, bo oni nie żyją. Natty jest dzieckiem. A Leo siedzi w więzieniu. Moi krewni uważają, że stanowię dla nich zagrożenie na polu biznesowym. Win mnie nie wspiera. Jestem sama, Scarlett. Nigdy nie czułam się tak osamotniona. Wiem, że to mój wybór. Ale boli mnie, kiedy stajesz po stronie Wina. Korzystam z pomocy pana Delacroix, ponieważ on jest moim łącznikiem z władzami miasta. Potrzebuję go, Scarlett. On był częścią mojego planu od początku. Nikt nie może go zastąpić. Win poprosił mnie o jedyną rzecz, której nie jestem w stanie mu dać. Chciałabym, żeby było inaczej.
- Przykro mi - odrzekła Scarlett.
- Nie mogę być z Winem, ale to nie powód, żeby moja najlepsza przyjaciółka traciła wiarę w miłość.
Scarlett miała łzy w oczach.
- Nie kłóćmy się. Jestem idiotką. Nie zwracaj na mnie uwagi.
- Nie lubię, kiedy tak o sobie mówisz. Nikt nie uważa cię za idiotkę.
- Ale nią jestem - oświadczyła Scarlett. - Spójrz na mnie. Co ja teraz zrobię?
- Na razie skończymy sprzątać mieszkanie.
- Chodzi mi o to, co będzie później.
- Później zabierzemy Feliksa do mojego klubu. Lucy, specjalistka od koktajli, pracuje dziś do nocy. Ma dla nas próbki nowego kakaowego napoju do skosztowania.
- Ale co będzie później?
- Nie wiem. Coś wymyślisz. To jedyny znany mi sposób, żeby iść do przodu. Trzeba spisać listę rzeczy do zrobienia i się jej trzymać.
- Smak jest nadal gorzki - powiedziałam specjalistce od napojów i oddałam jej kieliszek z resztką próbki.
Lucy miała krótkie blond włosy, bladoniebieskie oczy, jasną skórę, wyraziste usta i budowę świadczącą o zamiłowaniu do sportu. W pracowniczym fartuchu i czepku wyglądała jak tabliczka białej czekolady Balanchine.
Kiedy Lucy pracowała w kuchni, jej pojękiwania i przekleństwa słychać było nawet w moim biurze, znajdującym się w głębi holu. Przekleństwa były częścią twórczego procesu. Bardzo lubiłam tę dziewczynę. Pewnie zostałaby moją przyjaciółką, gdyby dla mnie nie pracowała.
- Myślisz, że trzeba dodać cukier? - spytała Lucy.
- Na pewno trzeba coś dodać. Napój jest jeszcze bardziej gorzki niż ten ostatni.
- Tak smakuje kakao, Aniu. Może po prostu nie lubisz smaku kakao. Scarlett, jakie jest twoje zdanie?
Scarlett wypiła łyk.
- Napój nie jest słodki w oczywisty sposób, ale wyczuwam słodycz - oświadczyła.
- Dziękuję - powiedziała Lucy.
- Oto cała Scarlett - odezwałam się. - Ona zawsze znajduje słodycz.
- A ty zawsze znajdujesz gorycz - zażartowała Scarlett.
- Śliczna, inteligentna i optymistyczna. Szkoda, że nie jesteś moją szefową - zwróciła się Lucy do mojej przyjaciółki.
- Scarlett nie zawsze tryska entuzjazmem - powiedziałam Lucy. - Godzinę temu szlochała podczas odkurzania.
- Przy odkurzaniu każdy ma ochotę płakać.
- No właśnie! - zgodziła się moja przyjaciółka. - Wibracje odkurzacza działają negatywnie na emocje.
- Mówiłam poważnie - oświadczyłam. - W Meksyku kakaowy napój nie ma aż tak ciemnej barwy.
- Może powinnaś zatrudnić swojego przyjaciela z Meksyku?
Lucy kształciła się w Amerykańskim Instytucie Kulinarnym i Cordon Bleu. Słabo znosiła krytykę.
- Och, Lucy, przecież wiesz, jak bardzo cię szanuję. Ale nasze koktajle powinny mieć idealny smak.
- Spytajmy o zdanie tego małego przystojniaka - powiedziała Lucy. - Oczywiście pod warunkiem, że Scarlett się zgodzi.
- Nie mam nic przeciwko temu.
Scarlett zanurzyła mały palec w garnku i wsunęła go Feliksowi do ust.
Chłopiec oblizał nieśmiało jej palec. Na jego ustach pojawił się błogi uśmiech. Lucy wyglądała na wniebowziętą.
- On się uśmiecha z byle powodu - wyjaśniłam.
Nagle Feliks skrzywił się, a jego usta wygięły się w podkówkę.
- Och, przykro mi, kochanie! - stwierdziła Scarlett. - Okropna ze mnie matka!
- Widzisz? - powiedziałam.
- Smak kakao jest chyba zbyt wyrafinowany dla podniebienia niemowlęcia - uznała Lucy. Potem ciężko westchnęła i wylała do zlewu zawartość garnka. - Jutro znowu spróbujemy - dodała. - Może znowu poniesiemy klęskę. Albo będzie lepiej.