Czas Łucji - Iwona Małgorzata Żytkowiak

Kup ebooka

34.99 zł
27.99 zł (8,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

kiedyś na długo przed TYM

Łucja dziadka nigdy nie poznała. Zapił się, kiedy miała niespełna rok. Znalazł go sąsiad, któremu za flaszkę miał wyszykować buty, ale robota całkiem mu nie szła, bo ręce się trzęsły i wzrok stępiał od wódki. Za to babka Stanisława znaczyła dla niej bardzo wiele. Kiedy po śmierci męża i - w jakieś dwa lata po nim - jego syna z drugiego małżeństwa sprzedała dom na Krótkiej, za namową wszystkich przeniosła się z Marysią i jej rodziną do większego miasta. Trudno jej było przywyknąć do nowego miejsca, ale błękitne oczy Łucji i jej dziecinny szczebiot wynagradzały wszystko. I poczucie wyobcowania, i hałas, jaki zdawało się, wciąż rozlegał się na ulicach. Szum samochodów, gwar ludzi. A co by to było, gdyby córka wyprowadziła się do Warszawy albo tylko do Szczecina. Stanisława całkiem nie umiała sobie tego Wyobrazić. Nocami nie mogła zasnąć. Drażniły ją najcichsze odgłosy dochodzące z zewnątrz. W głowie przesuwały jej się obrazy. Rzadziej te z Krótkiej, ale za to coraz wyraźniej widziała rozległe łęgi brzozowe w rodzinnych Dąbrowicach, pola usiane makami, które kołysały się lekko na wietrze, drżąc chybotliwie przy każdym ruchu i wyglądały jak rozłożona na świecić jedwabna tkanina. Delikatna i piękna. Czasem skusiło ją, by nazrywać tych maków i zabrać je ze sobą, porozkładać gdzie bądź, byle tylko mieć pod ręką tę namiastkę polnego piękna, ale zanim dotarła do domu, maki zwieszały martwo główki, płatki traciły witalność i cały bukiet nadawał się tylko, by wyrzucić go za stodołą. Rano Stanisława strzepywała z powiek obrazy, przeganiała tęsknoty i kręciła się po domu, wynajdując jakieś zajęcie. Z czasem Marii przytrafiły się kolejne dzieci. Urodzili się jeszcze Agnieszka i Konrad. Roboty było dla wszystkich. Ale to Łucja była jak cudowna pastylka na życie, to ona wbrew wszystkiemu nakazywała jej żyć.

I wtedy, kiedy słabła na dobre, kiedy leżała na chłodnym łóżku na OIOM-ie podłączona do wrogiej i niezrozumiałej aparatury, i kiedy już tak pogodzona czekała na śmierć, zobaczyła wnuczkę. W jej oczach było tyle samo łez, co miłości i strachu, więc pomyślała:

"Panie Boże! To nie! To ja rezygnuję, jeszcze tu zostanę".

I została. Bóg wysłuchał ją tak bardzo, że żyła jeszcze wiele lat, do końca zachowując trzeźwość umysłu.

dawno temu przed TYM

Matka Edwina była cichą i skromną kobietą, bez żadnej historii. Nie chodzi o to, że była znikąd czy coś w tym stylu. Miała swoją genealogię, konkretny adres. Historia jednak tak powszechna i zwyczajna, że nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Nie była też żadną pięknością, na której ktoś zechciałby na dłużej zatrzymać wzrok. I nawet nie żeby była brzydka czy odstręczająca. Była nijaka. Pewnie niewiele by się zmieniło wokół, gdyby jej w ogóle nie było. Powojenna, niepełna edukacja ustawiła ją w szeregu tysiąca dziewcząt, których celem życiowym nie było bynajmniej zdobywanie wykształcenia, ale wyrwanie się z domu, gdzie panowały głód, smród, nędza i ubóstwo, porodzenie dzieci i ucieczka od wspomnień, w których wciąż kołatała się wojna. Ktoś kogoś stracił, coś stracił. Totalne poczucie braku wszystkiego.

Przy tym była dziewczyną nieśmiałą, sprawiającą wrażenie, jakby chciała uciec od swojego życia, uwolnić się od swojej opowieści. Najmłodsza w domu, w którym tłoczno było od ludzi. Bo wszyscy mieszkali na kupie. Powiadali o niej - obcy i rodzina - że się "przytrafiła na stare lata", potrzebna jak umarłemu kadzidło.

Gdy napatoczyła się przypadkiem, matka, która z niepokojem spoglądała na niewielkie piersi, niską sylwetkę i czerwienienie się córki przy byle zetknięciu z kimś obcym, sarkała, krzywiąc twarz:

- Oj, Lodka! Jak ty będziesz taka zahukana, to starą panną zostaniesz!

Bo matka Leokadii była kobietą z krwi i kości. Nie sposób było jej nie zauważyć, nie dało się jej ignorować. Nie popuściła niczemu ani nikomu, jak trzeba było, to z pazurem do życia wyskakiwała, ale nie kuliła się, nie chowała głowy w piasek. O swoje zawsze wiedziała, jak i gdzie się upomnieć.

Starsze córki paradne, kawalerów przyprowadzały, przebierając i wybierając jak w ulęgałkach, a ta... ani do tańca, ani do różańca. Taki Kopciuszek! Psiakrew! Bajkowy. Tylko że to nie czasy, by bajki realizowały się w normalnym życiu. W szkole siedziała gdzieś pośrodku - ani na końcu, ani na początku. Taka średnia od urodzenia. Na potańcówki nie chodziła, bo i nie miała z kim. Po siostry kawalerowie przychodzili, a ona na przyczepkę nie chciała. Kiedy któregoś dnia szła z kanką po mleko do gospodarza, zza rogu na rowerze niczym wariat wyskoczył Andrzej, powalając ją na ziemię. Runęła jak długa. Nad nią błękitne niebo, pod nią twardy bruk, który czuła każdym centymetrem ciała. Tak się wstydziła tego upadku, że zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na dojmujący ból, przeszywający ciało na wskroś. Ale to poczuła dopiero wówczas, gdy zamierzała się podnieść. Chłopak stał chwilę nad nią. Z głupią miną, na przemian to przepraszając, to zachwycając się jej urodą. I chociaż Leokadii podobały się chmury leniwie płynące po niebie, zamknęła oczy, by nie ściągać na siebie spojrzenia chłopaka.

Potem przez wiele dni odwiedzał ją w szpitalu, gdzie leżała z nogą na wyciągu. I kiedy już tak weszły mu w nałóg te odwiedziny - to Leokadia zgodziła się zostać jego żoną.

Wszyscy się z tego cieszyli, choć niejednej zazdrość w sercu wykwitła, bo Andrzej był niczego sobie. Najbardziej cieszyła się matka, bo chłopak i mieszkanie miał, i zakład stolarski po ojcu. A że oprócz niego były same siostry, z których, oczywiste, żadna się do stolarki nie garnęła, to sprawa warsztatu pozostała niejako zamknięta.

"Źle jej nie będzie" - myślała matka, z zadowolenia zacierając ręce i z ulgą myśląc, że kolejny ciężar z jej barków zdjęty.

Kiedy Andrzej przyprowadził ją do domu, rodzina, głównie siostry, od razu oceniła:

- Jakaś taka niewydarzona!

Matka prychnęła niechętnie i zawyrokowała:

- Pociechy z niej nie będziesz miał, dzieci też ci nie narodzi!

Ale że był jedynym mężczyzną w rodzinie, od dawna żyjąc na swój rachunek i mało wtrącając się w ich życie, za bardzo i za długo nie ujadały. Czasem kręciły pogardliwie głowami lub rzucały ukradkiem spojrzenia. Ale wreszcie dały spokój. Byleby tylko już niczego z ojcowizny nie żądał.

Andrzej zaraz po weselu zabrał żonę do siebie, odcinając się i od swojej, i od jej rodziny.

Poniekąd siostry Andrzeja prawdę powiadały, bo po czasie okazało się, że Leokadia przez długie miesiące nie pozwalała mężowi zbliżyć się do siebie. Kiedy ten kładł się przy niej, zdjąwszy przedtem dół pasiastych flanelowych piżam, dziewczyna wybuchała takim płaczem, że mężczyznę strach ogarniał. I wówczas, zaspokoiwszy się sam, raz i drugi, niemal połykając łzy rozczarowania i pożądania, klął pod nosem i obiecywał sobie po doznanej uldze, że następnym razem wymoże na ślubnej uległość. Potem zasypiał, przytulając się do młodej żony, licząc na to, że wreszcie los się odmieni. Tak też się stało. Leokadia któregoś wieczora sama wsunęła się pod męża. Może nie zaznała jakiejś wielkiej rozkoszy, ale poczuła się bezpiecznie i dobrze. Niedługo też po pierwszych zbliżeniach poczuła w sobie życie. Oboje ogarnięci niezmiernym szczęściem i tajemnicą poczęcia, wzbraniali się od seksu do dnia narodzin, jakby czuli, że tak właśnie potrzeba, bo akurat to dziecko pozostanie ich jedynym. I mimo wielu jeszcze prób i zatrzymań miesiączki, żaden już potomek nie wytrwał do końca w łonie Leokadii, co na dobre ustaliło jej niską pozycję w rodzinie Andrzeja, w której dzieci rodziły się raz po raz. Nie zawsze z małżeńskiego łoża. Bez wysiłku i trudu żadnego, wystarczyło tylko, że - jak to powiadała Ignacowa - chłop kalesony rozwiesił, a żona już w ciąży była. Naklepać dzieci jak u Żyda czapek. Bo takie to zadanie kobiety.

Nieraz Leokadia niemal błagalnie patrzyła na męża, usiłując skłonić go do pozostawienia jej i szukania bardziej wydolnej kobitki, ale on świata poza nią nie widział i nawet gdyby nie urodziła mu jedynego Edwina, nie zostawiłby jej nigdy. Kochał w niej tę kruchość i łagodność. Syna kochał, i owszem, bo był jego synem. Krew z krwi, kość z kości. Ale przede wszystkim widział w nim jego matkę. W oczach, gestach i tej delikatności, którą miała. I choć odkąd syn pojawił się w ich życiu, na zawsze był w jego cieniu, to nigdy, przenigdy nie wyrzekł ani słowa skargi. Dziwna to była rodzina.

Kiedy Edwin dorósł, zniknął im z oczu i już nigdy nie pojawił się taki, jak kiedyś. Poważny był i stateczny. Mało co mówił i uciekał wzrokiem, jakby bał się, że matka przejrzy go na wylot, że może zobaczy coś, czego nie chciał, by zobaczyła.

kiedyś przed TYM

Był ślub i była biała suknia. Łucja nosiła tę swoją ciążę dzielnie. Bez kapryszenia, bez wielkiego entuzjazmu.

- Ty się, Łucja, nie pieść - powiadała matka, choć przecież nie pieściła się ani trochę. - Ciąża to nie choroba. Żyć trzeba, pracować. Co ma być, będzie.

*

W tramwaju było duszno. Ludzie tłoczyli się i przy byle szarpnięciu padali na siebie bezwładnie. Za oknem przesuwały się obrazy jak w puszczanym na rzutniku pokazie slajdów. Łucja patrzyła beznamiętnie na witryny sklepowe, na przechodzących ludzi. Wszyscy wydawali się dokądś przemykać ulicami, zajęci własnymi myślami. Zapatrzeni przed siebie. Jakiś mężczyzna taszczył wielką walizę i wyglądał, jakby spakował w nią całe życie. Grupa wyrostków rozprawiała głośno, gestykulując i trącając siebie nawzajem. Wyglądało to, jakby sposobili się do rozróby. Klęli głośno jeden przez drugiego. Zajmowali całą szerokość chodnika. Największy z nich, schowany w kapturze, palił papierosa, trzymając go cynicznie palcem serdecznym i kciukiem, słupek żaru wydłużał się niebezpiecznie, aż w końcu się osypywał. Młodzieniec, wychudzony i poszarzały, za każdym pociągnięciem spluwał na bok. Był o pół kroku przed resztą. Jak herszt bandy. Łucja pomyślała, że chyba bałaby się, gdyby przyszło jej mijać taką hordę na ulicy. Jej wzrok zatrzymał się na chwilę na matkach pchających wózki. Niektóre szczebiotały w rozchylone budy gondoli, inne telepały wózkami, chcąc uspokoić kwilące w środku dzieci, jeszcze inne miały wyrysowane na twarzy umęczenie, jakby macierzyństwo było ostatnią rzeczą, której w życiu oczekiwały. Łucja pomyślała, że jeszcze kilka dni do terminu porodu. Ginekolog, który ją "prowadził", obliczył ów termin na podstawie ostatniej miesiączki. Pewnie wiedział, co mówi. Nie ona pierwsza w historii świata spodziewała się dziecka. Miała wystarczająco dużo czasu, by do tego faktu przywyknąć. I przywykła. Od kilku tygodni skupowała ubranka, pieluchy, oliwki, czytała książkę zakupioną w księgarni obok dawnego kina Stolica - Dziecko. Tak. Była bardzo świadoma tego, że spodziewa się dziecka. Czuła się wyśmienicie. Od momentu, gdy poczuła muśnięcie motylich skrzydeł pod sercem, wiedziała, że w jej życiu dzieje się coś ważnego. Co dzień godziła się z faktem dokonywania się diametralnych zmian. Przyjmowała je, była wobec nich spolegliwa. Ale teraz - w tym konkretnym dniu - musiała ruszyć się z domu, choć Edwin był przeciwny. Zapewniała go solennie, że da radę. Silna była. A poza tym musiała załatwić jeszcze kilka spraw. To był ostatni dzwonek. Potem już będzie dziecko.

Tramwaj zatrzymywał się, wypluwając ze swoich wnętrzności ludzi, i zaraz łykał kolejne porcje ludzkiej masy, by ruszyć dalej. Z nowymi pasażerami. W zasadzie jedni od drugich niczym się nie różnili. Siedzący, z twarzami przyklejonymi do szyb jak glonojady, uwieszeni na skórzanych paskach przytroczonych do podsufitki. Wszyscy zajęci własnymi myślami, tylko od czasu do czasu skupiający uwagę na innych. Trochę bezwiednie, bezrefleksyjnie. By po chwili wpiąć się w swoje życie, w swoje sprawy.

I właśnie pośród tego bezimiennego wtedy tłumu poczuła silny skurcz w podbrzuszu, który mętnił jej obraz rzeczywistości. Nagle niczym uderzenie obuchem doszła do niej myśl, że jest sama, daleko od domu, daleko od niego. W obcym mieście. Że wszyscy wokół są zajęci sobą. Obcy, anonimowi. Ścisnęła rękoma brzuch. Poczuła pod palcami silne falowanie. Dziecko kołowało się w niej energicznie. Przesuwało się, mościło, rozpierało od wewnątrz. I Łucja pierwszy raz od niepamiętnych czasów poczuła przejmujący lęk. Przyszedł jej do głowy z jakichś odległych krain. Ciężki, złowieszczy. Przyniósł ze sobą niepokój. Że oto może stać się coś złego, nieoczekiwanego. Że - nie daj Panie - jej dziecko umrze. Odruchowo zacisnęła uda. Skupiła się na ruchach dziecka. Wydały jej się nierównomierne i nie nazbyt wyraźne. A jeśli dzieje się coś złego? A jeśli jej dziecko potrzebuje pomocy? A jeśli... Odganiała złe myśli, płoszyła je jak natrętne wróble.

Dlaczego jej dziecko miałoby umierać, skoro było zdrowe? Łucja oddychała głęboko. Wpatrywała się w zmieniający się za oknem krajobraz. Czekała na przystanek. Spokój powoli w nią wstępował. Będzie dobrze! Musi być dobrze. Przecież nic nie wróżyło kataklizmu. Spokój. Tylko spokój. Żadnych dramatów, czy nieszczęść.

Łucja pomyślała, że od kiedy jest dorosła, szczęśliwa, nikt obok niej nie umarł. Ona też nie zajmowała się śmiercią. Nigdy. Teraz, tu - to pierwszy raz. Bez znaczenia! Machnęła ręką na wysokości czoła, jakby to ostatecznie miało przegonić lęki. Ktoś stojący obok mógłby pomyśleć, że kiwa komuś za oknem, ale ona tak się przeraziła swoich myśli i tak bardzo chciała się ich pozbyć - natychmiast - że nie zwracała uwagi na współpasażerów. Byle tylko uwolnić się od tego natręctwa.

Starsza kobieta siedząca naprzeciwko nie spuszczała z niej wzroku. Jej spojrzenie wyrażało troskę. Miała bardzo szczupłe ręce. Skórę wyschniętą niczym pomarszczone jabłko. Jedną ręką przytrzymywała się oparcia z przodu, w drugiej trzymała laskę z szylkretową obwódką przy główce. Wyglądała, jakby szykowała się do ruchu. Przez chwilę spojrzenia kobiet się skrzyżowały, ale zaraz każda uciekła w innym kierunku.

Łucja syknęła, lecz nikt tego nie usłyszał. Szum tramwaju zagłuszał inne dźwięki.

Ból ciął kręgosłup wzdłuż, rozgałęział się u nasady i rozchodził wszelkimi odnogami, przytykając oddech. Oddychała miarowo, przymykała powieki. "Dziecko! Zaczekaj jeszcze! Daj sobie szansę! Wystartuj w bardziej przyjaznym i sprzyjającym ci świecie! Ale nie teraz! Tu, gdzie nikt dla ciebie nie ma uwagi, gdzie nikomu nie jesteś do niczego potrzebne!" - myślała. Starsza kobieta z naprzeciwka wyraźnie skupiła na niej wzrok. A wreszcie ośmieliła się spytać:

- Dziecko! Czy dobrze się pani czuje?

Inna kobieta stojąca obok jakby naraz zaznała objawienia i zbliżyła się do Łucji.

- Czy zatrzymać tramwaj? Panie motorniczy! - krzyknęła ponad głowami pasażerów.

Łucja za wszelką cenę starała się uspokoić. Z jednej strony poczuła dziwne ukojenie. Że przecież nie jest sama, że nie jest na końcu świata. Siląc się na uśmiech, powiedziała cicho, że nic się nie dzieje.

Jeszcze kilka razy łapczywie wciągnęła powietrze i, o dziwo, ta mała istota, nieświadoma ani swojego istnienia, ani istnienia czegokolwiek, przestała się rwać na świat. Pozwoliła dojechać do celu.

*

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

dawno temu na długo przed TYM

Babka ze strony matki - Stanisława - przybyła tu ze swoim mężem szewcem i jego jedynym synem "odziedziczonym" po drugiej (tak, już drugiej, pierwsza bowiem zmarła, nie pozostawiając - Bogu dziękować - żadnego dziecka), słabowitej i wciąż niedomagającej żonie France. Było to zaraz po wojnie. Zamieszkali w pustostanie pozostawionym przez naprędce uciekających Niemców. W domu były jakieś sprzęty, resztki porcelany, łóżko, na którym piętrzyły się zakryte grubą kapą pierzyny i poduchy. W oknach wisiały firany. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś na chwilę wyszedł z domu, choć wewnątrz ziało jakąś pustką. Ulica, przy której stał dom - w polskim tłumaczeniu, a polskość rodziła się niecierpliwie i gwałtownie - nazywała się Krótka. I w istocie taka pozostawała. Miała niewiele ponad siedemdziesiąt metrów długości i szerokości tyle, ile potrzeba dla wąskiej jezdni, wąskiego chodnika i szeregu domów - małych, zduszonych wewnątrz. Żadnych poletek przy domu, malw wyglądających zza parkanów, żadnych trejaży z pnącymi się różami. Na początku ulicy, patrząc od strony plebanii, mieszkała malarzowa z rodziną. Ich też przywiało gdzieś z głębi Polski. Mąż malarzowej oczywiście żył, ale pracował albo pił, więc i tak znał go mało kto na ulicy. Bywało, że wyjeżdżał gdzieś na kilka dni za robotą, choć i tu jej nie brakowało. Zajmowali żółty dom, największy na Krótkiej. To tyle po tej stronie, bowiem za malarzową rozciągał się niby zieleniec, niby skwer. W rzeczywistości był to maleńki klombik obsadzony wysokimi, wielobarwnymi georginiami o różnokształtnych koszyczkach i toczącymi na całą okolicę woń piwoniami, pod którymi skryte były małe skromne bratki i aksamitki. Gdzieniegdzie dumnie puszyły się róże, które zupełnie nie pasowały do owego dość powszedniego entourage'u. Miejsce było zwyczajnie ładne, choć oczywiście nie budziło żadnych podejrzeń, jakoby ktoś mógł przyłożyć do tego artystyczną rękę czy też miał ambicję stworzyć tu namiastkę wyrafinowanych ogrodów. Nikt sobie wówczas specjalnie nie zawracał głowy upiększaniem okolicy. Nie wiadomo nawet, jak powstał ten minipark, na którego miejscu można było spokojnie postawić dwa domy. Tymczasem gruz po zniszczonych działaniami wojennymi budynkach uprzątnięto, a w zamian gdzieś z okolicznych pól nawieziono czarnoziemu i tak powstał skwer. Dziwne. Bo ani nie było tu nic osobliwego, ani to nie był żaden ważny punkt w mieście, jeśli nie liczyć kościoła na końcu prostopadłej do tej uliczki. A może najzwyczajniej po czarnej wojnie ludzie byli głodni trawników i ławek do wysiadywania. W każdym razie był klomb, trawa i dwie ławki naprzeciw siebie, na których w niedzielę po mszy, a jeszcze daleko do obiadu, siadały kobiety przybyłe tu z różnych części kraju albo za mężami, których wojenna tułaczka rzuciła w te strony, albo za domem, który pozostawiły gdzieś na wschodnich rubieżach. Pogodzone z powojenną zawieruchą wymieniały się na tych ławkach własnymi genealogiami. Zaś sobotnie i niedzielne popołudnia zawłaszczali mężczyźni, grając w baśkę na pieniądze. Rozsiadywali się na ławkach, stawiając przy nich butelki z samogonem.

Naprzeciwko - tak prawie na wysokości malarzowej - mieszkali Rutkowscy i Syroccy, a za nimi to już babka Stanisława ze swoim szewcem. Jakby skoczyć z ganku przez dom na wprost, znalazłoby się na placu Staromiejskim, który oprócz nazwy nic z placu nie miał - nie było ani klombu, ani pomnika. Wielki to plac! Za to na Krótkiej był trawnik, klomb z kwiatami i ławeczki! Gdyby choć jakieś krzaczysko rozrośnięte dziko lub drzewo, można by było się tu całować z chłopakiem na ławce. A tak tylko babka Stanisława po kilku latach zamieszkania wyklinała, wychylając się do połowy z kuchennego okna, kiedy rozłożone na trawie dziewczynki bawiły się w dom, i darła się na całą Krótką:

- Zośka, Gienka! Lećcie do Rzymskiego i zobaczcie, czy tam ojca nie ma! Miał mi elektrykę w kuchni zrobić! I za robotę się brać. Butów do podzelowania morze się wylewa w korytarzu!

Dziewczyny z grymasem przerywały zabawę, nie chcąc denerwować matki, by ta znów cały wieczór nie sarkała, że skaranie boskie z takimi lebiegami, które do żadnej roboty się nie biorą i pewnie po ojcu leniwe jak cholera będą!

To był jeszcze ten czas, kiedy Stanisława była młodą, silną dziewuchą i zdawało się jej niejednokrotnie, że w kaszę to ona sobie nie da dmuchać. O nie!

Tam na Krótkiej przyszły na świat jej cztery córki, które to dorosły bardzo szybko, by wyjść szczęśliwie z domu, w którym ojciec od lat już nie chciał stalować butów, zelować skórzanych podeszew, skracać cholewek.

One szukały innego życia i kiedy to parę razy pokazały się sąsiadkom na skwerze ze swoimi absztyfikantami, wyczesanymi, wybrylantowanymi, zlanymi tanią wodą kolońską, a Stanisława miała potem sposobność wysłuchać opinii malarzowej i innych kobiet, to i zaraz wyprawiało się wesele na Krótkiej. Nie huczne weseliska, ale skromne, na których jednak wszystkiego starczało - i rosołu z makaronem, i mięs różnych, a i ciasta wypiekały z sąsiadkami na kilka dni przed weselem. Do tańca przygrywał Mietek z kumplami. Dźwięki saksofonu, trąbki i weltmeistra wygrywające polki, oberki, tanga, a nawet szlagiery Fogga niosły się z wiatrem po całej okolicy. Dziewczęta - zależnie na którą padło: Zosia, Wanda, Gienka wdziewały na siebie białe suknie, czasem chowając nieco poszerzoną talię w fałdach ślubnych kreacji i dalej w świat! Z rosnącymi brzuchami. Do nowego życia. Do nowych mężów! Czerwonych na twarzy. Tą czerwienią niewiele różniącą się od czerwieni twarzy ojca. Ale zabij tę pamięć! Zapomnij! Rzuć jak garść piasku na wiatr! Byle dalej od tej pipidówy! Nieznanej Bogu i światu!

Z początku przyjeżdżały na święta, ale potem porodziły dzieci i trudno się było z licznym przychówkiem wybrać w drogę. Pociągi, autobusy. Przystanki kryte żółtym eternitem, gdzie wiatr piździł jak w Kieleckiem. Stanisława, po prawdzie, nie bardzo tęskniła za córkami. Wciąż kołatał się w jej głowie ów dziecięcy jazgot. Owszem, gdy pomyślała o różowych wnukach, pachnących mlekiem i nieświadomością, ciepło jej się pod sercem robiło. Wyganiała z siebie tę ckliwość, bowiem miała jeszcze na głowie starego kawalera odziedziczonego po "zmarłej nieboszczce" drugiej żonie, męża pijaka i najmłodszą Marysię, której istnieniu nigdy nie przestawała się dziwić. Nadto wzięła się za krawiectwo, bo na męża to już zupełnie liczyć nie mogła.

Tak więc umęczona i dziećmi, i życiem, które jej nie szczędziło ekstremów, spokorniała, coraz częściej zrzucając z siebie ową młodzieńczą hardość. Czasem przypominała sobie o Marysi, która potrzebna jej była całkiem jak to piąte koło u wozu.

Marysia miała swój świat zamknięty w pokoiku na górze i umiała się izolować od wszystkiego, co na dole - tej części domu, gdzie mieściła się kuchnia, warsztat ojca i przylegający do niego pokoik przyrodniego brata. Intuicyjnie wyznaczyła linię demarkacyjną między własnym światem a światem rodziców i konsekwentnie broniła terytorium, które w myślach określiła "swoim". Nadała mu znamiona autonomii w postaci bezkształtnego haka wbitego w prostokątną płaszczyznę drzwi i zaczepianego na pokaleczonej framudze pokrytej złuszczającą się farbą.

Kiedy ojciec wracał późno, a jeszcze nie daj Boże po przegranych kartach, wiedziała, że trzeba docisnąć drzwi, zatknąć hak w metalowym otworze, przykryć mocno głowę poduszką, by nie słyszeć jego krzyku. Wiedziała też, że żadne zaklęcie nie wybawi jej z tego obwarowywania się. Nie ma takiej bajki. Trzeba przeczekać do rana. Będzie dobrze. Wystarczy tylko nie nawinąć się gdzieś w jego pobliże. Zejść z pola rażenia. Nazajutrz ojciec - milczący, skacowany - będzie cały dzień siedział w warsztacie, unikając karcącego wzroku żony. I jej jazgotania. Będzie udawał, że jest zajęty robotą, będzie próbował wziąć się w garść. Po raz setny albo i więcej. Wszystko wytrzymywał, ale to jej gadanie, wypominanie, a potem wielodniowe na przemian milczenie było ponad jego siły. A już najgorsze było to, że nie wpuszczała go do łóżka, nie podawała posiłków. "Zbiesiła się baba" - sarkał pod nosem. Kiedyś przyłożył. Nie miał ciężkiej ręki, ale zawsze to chłop! Może nie raz i nie dwa... Ale po którymś razie przyszła milicja. Milicjant był młody i czerwony na twarzy. Na Stanisławę z podbiegłym krwią okiem patrzył z litością, a w kierunku jej męża rzucał spojrzenie pełne pogardy. Ręką demonstracyjnie zasłaniał nos, jakoby drażnił nozdrza rozlewający się w powietrzu smród przetrawionego alkoholu i taniej zakąski. I wtenczas mąż Stanisławy się przestraszył. A Stanisława całkiem zeszła mu z oczu, zająwszy się swoimi sprawami.

Wtedy to już pił na umór, mało co wyglądając ze swojego warsztatu, który warsztatem to już tylko z nazwy pozostał. Walały się tam butelki, stare kopyta, pozdzierane zelówki. Sprzedał starą, ale dobrą poniemiecką maszynę do szycia cholewek. Dobrze, że udało się uratować starego singera, który pewnie też poszedłby za flaszkę, gdyby go kiedyś pod jego nieobecność nie wykradła. Po wielu latach Łucja zrobiła ze stolika gustowny kwietnik. Ukradkiem posprzedawał też prasę, kopyta, kowadła, a nawet dobrą poniemiecką drasarkę, którą targał przez pół Polski. Pił jak szewc, klął jak szewc. Choć z tego szewcowania niewiele pozostało.

Maria dorosła równie szybko jak starsze siostry, ale matka nie miała ani czasu, ani głowy, by przyglądać się wzrastaniu córki. Sama goniła w piętkę. A to praca w domu, a to szycie, przeróbki, a to znowu dorywcza praca w spółdzielni krawieckiej, która szyła hektary bawełnianej pościeli. W oczach jej się mieniło od tych płacht. Igła terkotała monotonnie, ona pochylona palcami przesuwała białe połacie. I właściwie nie myślała o niczym, byle tylko nie zakłuć się igłą. Wracała do domu umęczona i jedynie łypała oczami na lewo i prawo, nasłuchując, czy stary jest w domu. A gdy była cisza i spokój, zabierała się za dom.

Któregoś razu Maria przyprowadziła chłopaka, zamieszkała z nim w pokoju na górze, który zrobili sobie ze schowka, wybijając okno w ścianie, rozwalając wewnętrzne ścianki. Nie pytała o zgodę, nie powiedziała nic. Nikt nie pytał. Ojciec pił, matka od dawna tak bała się zostać sama, że przymknęła oczy i uszy na wszystko. Dopiero kiedy urodziła się Łucja, nieśmiało zapytała:

- To jak to tak? I dzieciak na tym świecie będzie żył bez pozwolenia Boga i bez jego błogosławieństwa? Zlituj się choć ty nade mną.

Ale nie było w tym pretensji, raczej prośba, niemal błaganie, pełne ludzkiego wstydu.

- Mama się nie martwi - powiedziała Maria spokojnie, nie patrząc matce w oczy, jakby bała się, że rzucona przez nią obietnica może się jednak nie spełnić. - Będzie i ślub, i chrzciny i błogosławieństwo boże, a i mama pewnie nam pobłogosławi.

Stara taką radość w sercu poczuła, że nie mogła wykrztusić nawet słowa. Zawinęła twarz w fartuch i zniknęła gdzieś w kuchni, topiąc łzy szczęścia w garnkach z zupą.

dawno temu przed TYM

Łucję polubili już pierwszego dnia, kiedy nieśmiało, chowając się nieco za Edwinem, stanęła w progu ich domu.

Było to zaraz po tym, jak na starych, zmurszałych schodach walącej się kamienicy przy jeziorze powiedziała Edwinowi o ciąży. Niewiele o niej wiedziała, ale kiedy drugi miesiąc z rzędu nie dostała okresu, domyśliła się, że to jest właśnie to. A do tego doszło mulenie w żołądku i nieprzyjemne uczucie osłabienia. Nie próbowała odczyniać uroków, nie raczyła się nadzieją, że okres się spóźnia. Coś jej podpowiadało, że stała się rzecz nieodwracalna. Nie zamierzała czekać i odwlekać. Musiała mu więc powiedzieć.

- Jestem w ciąży - oznajmiła, siląc się na obojętny ton, jak gdyby zamierzała stwierdzić, że jest środa albo że sąsiadka zostawiła u nich klucz, bo mąż zapomniał swoich, a ona ma drugi komplet.

Powiedziała mu, że jest w ciąży, kiedy siedzieli na schodach starej niezamieszkałej kamienicy, skąd rozciągał się widok na jezioro otulone zielonymi lasami, stanowiącymi tło dla poskrywanych w leśnej głuszy domków. Rzadko kto bywał na opuszczonej posesji, bo terenu strzegł stary, groźny Zyga, który z niewiadomych przyczyn polubił ich oboje i udawał, że ich nie widzi. Polubił ich nie tak, że ją osobno i jego osobno, ale ich jako całość, jako coś niepodzielnego - dwugłowy i dwusercowy organizm.

A miejsce było w istocie czarowne. Budynek patrzył na jezioro, które wyglądało jak ogromna błękitna plama rozlana tuż za ulicą. Od jakiegoś czasu była to ulica zamknięta. Niegdyś przemieszczały się tędy tabory ciężarówek wożących drewno, zapach lasu roztaczał się na całą okolicę. Stanowiła bodaj jedyną drogę dojazdową do wielkiego tartaku, należącego przed wojną do Niemca Jankego. Do niego zresztą należała rzeczona kamienica. Właściciel zginął pod kołami sowieckiego czołgu, a tartak popadł w ruinę. W kilka lat po wojnie syn jego sądził się z miastem o prawa własności, ale zmarł nagle w niewyjaśnionych okolicznościach, pozostawiając sprawę nierozwiązaną. Tartak niszczał, budynki też, a cały teren ogrodzono, zamknięto i zatrudniono starego Zygę, by pilnował Bóg wie czego.

Siedzieli więc na tych schodach, a on kiwał na nich głową, chwilę popatrzał za nimi, a potem znikał, czasem tylko uśmiechając się do siebie, kiedy się całowali.

Wtedy Łucja całowała się z zamkniętymi oczami. A ziemia twardo pod nią trwała. Potem je otworzyła. Same się otwierały... Stopniowo. Z biegiem lat. Otwarte oczy widziały więcej i jednocześnie mniejsza była potrzeba fikcji.

Edwin popatrzył w jej stronę. Nie było w jego spojrzeniu żadnego zaskoczenia. Przyjął komunikat jak każdy inny. Bez zbytniej euforii, ale i bez paniki. Jakby spodziewał się tego, był na to przygotowany. W końcu każdy w jakimś wieku powinien zostać ojcem. Wcześniej - później. Bez znaczenia.

- To chyba znaczy, że będziemy mieli dziecko? - spytał, w rzeczywistości nie oczekując odpowiedzi. I nawet nie wykonał jakiegoś symbolicznego ruchu, nie odsłonił jej brzucha ani się nie zdziwił, jakby to była naturalna konsekwencja tego, że od czterech lat byli razem. Dwoje smarkaczy z jednego osiedla.

Skinęła głową, bo oto jego reakcja zdała się potwierdzać fakt, że w rzeczywistości nie stało się nic nadzwyczajnego.

- Nasze dziecko - skonstatował głosem na jednej fali. Było w tym ni to stwierdzenie, ni zdumienie. I zaraz potem wrócili do porządku rzeczy. Jakby nigdy nic. Jakby dziecko nie wywracało świata do góry nogami.

*

Horyzont szarzał i rozmywał się. I już prawie zawsze każda ważna sprawa zostawała przyjęta przez nich tak spokojnie i bezdyskusyjnie. Bez emocji.

Stary Zyga zacierał ręce, bo choć sam nigdy nie miał kobiety, a przynajmniej tak się o nim mówiło, dwuznacznie wzruszając ramionami, dziwnym zrządzeniem losu doskonale znał się na ludziach. Od razu domyślił się, że właśnie teraz, na tych schodach, ważą się losy ludzkie, które pozostaną naznaczone doświadczeniami następnych niemal kilkudziesięciu lat.

*

Na drugi dzień, z wiązanką kwiatów i małym pierścionkiem, przyszedł do jej domu i całkiem poważnie, niemodnie poprosił o jej rękę, a potem zaprowadził ją do swoich rodziców. Dla jego ojca to nie miało tak naprawdę znaczenia. On ukradkiem spoglądał na żonę, a kiedy jej twarz rozjaśniła się na myśl o dziecku, pogratulował synowi i przyszłej synowej. Leokadia przytuliła dziewczynę, wlewając w nią już na pierwszym spotkaniu tyle miłości, że ta czuła już zawsze, że teściowa jest jej wiernym sprzymierzeńcem.

Wesele dla nich pozostawało tylko formalnością.

*

Andrzej patrzył na żonę zawsze tak samo. I nikt, nic nie mogło mu zastąpić miłości do niej. Pokochał synową i wnuki, ale żona była dla niego początkiem i końcem świata. Jego sensem i celem. Kiedy Edwin odszedł tak nagle, jemu pozostał ogromny lęk, bo oto ziściła się prawda, że ludzie umierają. Kimkolwiek by nie byli... Po cichu jednak mniemał, że wszyscy, ale nie ona. I choć umarło oboje rodziców, jedna z sióstr i... jedyny syn, to jednak myśl, że może kiedyś zabraknąć jej... Leokadii, była nie do zniesienia. A zwłaszcza teraz, kiedy zdawać się mogło, iż sam fakt, że żyje jeszcze on, to dla niej - Leokadii - za mało. Za mało, by chciała żyć. Za mało! Może jeszcze Łucja... może dla niej wykrzesałaby z siebie resztki... Może tylko dla Łucji.

To wtedy zaczął się modlić. Nocami rozmawiał z Bogiem, prosząc, by zachował ją jak najdłużej, by nie zaprosił najpierw jej do siebie, bo on to już wówczas na pewno nie będzie umiał żyć sam.