dawno temu na długo przed TYM
Babka ze strony matki - Stanisława - przybyła tu ze swoim mężem szewcem i jego jedynym synem "odziedziczonym" po drugiej (tak, już drugiej, pierwsza bowiem zmarła, nie pozostawiając - Bogu dziękować - żadnego dziecka), słabowitej i wciąż niedomagającej żonie France. Było to zaraz po wojnie. Zamieszkali w pustostanie pozostawionym przez naprędce uciekających Niemców. W domu były jakieś sprzęty, resztki porcelany, łóżko, na którym piętrzyły się zakryte grubą kapą pierzyny i poduchy. W oknach wisiały firany. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś na chwilę wyszedł z domu, choć wewnątrz ziało jakąś pustką. Ulica, przy której stał dom - w polskim tłumaczeniu, a polskość rodziła się niecierpliwie i gwałtownie - nazywała się Krótka. I w istocie taka pozostawała. Miała niewiele ponad siedemdziesiąt metrów długości i szerokości tyle, ile potrzeba dla wąskiej jezdni, wąskiego chodnika i szeregu domów - małych, zduszonych wewnątrz. Żadnych poletek przy domu, malw wyglądających zza parkanów, żadnych trejaży z pnącymi się różami. Na początku ulicy, patrząc od strony plebanii, mieszkała malarzowa z rodziną. Ich też przywiało gdzieś z głębi Polski. Mąż malarzowej oczywiście żył, ale pracował albo pił, więc i tak znał go mało kto na ulicy. Bywało, że wyjeżdżał gdzieś na kilka dni za robotą, choć i tu jej nie brakowało. Zajmowali żółty dom, największy na Krótkiej. To tyle po tej stronie, bowiem za malarzową rozciągał się niby zieleniec, niby skwer. W rzeczywistości był to maleńki klombik obsadzony wysokimi, wielobarwnymi georginiami o różnokształtnych koszyczkach i toczącymi na całą okolicę woń piwoniami, pod którymi skryte były małe skromne bratki i aksamitki. Gdzieniegdzie dumnie puszyły się róże, które zupełnie nie pasowały do owego dość powszedniego entourage'u. Miejsce było zwyczajnie ładne, choć oczywiście nie budziło żadnych podejrzeń, jakoby ktoś mógł przyłożyć do tego artystyczną rękę czy też miał ambicję stworzyć tu namiastkę wyrafinowanych ogrodów. Nikt sobie wówczas specjalnie nie zawracał głowy upiększaniem okolicy. Nie wiadomo nawet, jak powstał ten minipark, na którego miejscu można było spokojnie postawić dwa domy. Tymczasem gruz po zniszczonych działaniami wojennymi budynkach uprzątnięto, a w zamian gdzieś z okolicznych pól nawieziono czarnoziemu i tak powstał skwer. Dziwne. Bo ani nie było tu nic osobliwego, ani to nie był żaden ważny punkt w mieście, jeśli nie liczyć kościoła na końcu prostopadłej do tej uliczki. A może najzwyczajniej po czarnej wojnie ludzie byli głodni trawników i ławek do wysiadywania. W każdym razie był klomb, trawa i dwie ławki naprzeciw siebie, na których w niedzielę po mszy, a jeszcze daleko do obiadu, siadały kobiety przybyłe tu z różnych części kraju albo za mężami, których wojenna tułaczka rzuciła w te strony, albo za domem, który pozostawiły gdzieś na wschodnich rubieżach. Pogodzone z powojenną zawieruchą wymieniały się na tych ławkach własnymi genealogiami. Zaś sobotnie i niedzielne popołudnia zawłaszczali mężczyźni, grając w baśkę na pieniądze. Rozsiadywali się na ławkach, stawiając przy nich butelki z samogonem.
Naprzeciwko - tak prawie na wysokości malarzowej - mieszkali Rutkowscy i Syroccy, a za nimi to już babka Stanisława ze swoim szewcem. Jakby skoczyć z ganku przez dom na wprost, znalazłoby się na placu Staromiejskim, który oprócz nazwy nic z placu nie miał - nie było ani klombu, ani pomnika. Wielki to plac! Za to na Krótkiej był trawnik, klomb z kwiatami i ławeczki! Gdyby choć jakieś krzaczysko rozrośnięte dziko lub drzewo, można by było się tu całować z chłopakiem na ławce. A tak tylko babka Stanisława po kilku latach zamieszkania wyklinała, wychylając się do połowy z kuchennego okna, kiedy rozłożone na trawie dziewczynki bawiły się w dom, i darła się na całą Krótką:
- Zośka, Gienka! Lećcie do Rzymskiego i zobaczcie, czy tam ojca nie ma! Miał mi elektrykę w kuchni zrobić! I za robotę się brać. Butów do podzelowania morze się wylewa w korytarzu!
Dziewczyny z grymasem przerywały zabawę, nie chcąc denerwować matki, by ta znów cały wieczór nie sarkała, że skaranie boskie z takimi lebiegami, które do żadnej roboty się nie biorą i pewnie po ojcu leniwe jak cholera będą!
To był jeszcze ten czas, kiedy Stanisława była młodą, silną dziewuchą i zdawało się jej niejednokrotnie, że w kaszę to ona sobie nie da dmuchać. O nie!
Tam na Krótkiej przyszły na świat jej cztery córki, które to dorosły bardzo szybko, by wyjść szczęśliwie z domu, w którym ojciec od lat już nie chciał stalować butów, zelować skórzanych podeszew, skracać cholewek.
One szukały innego życia i kiedy to parę razy pokazały się sąsiadkom na skwerze ze swoimi absztyfikantami, wyczesanymi, wybrylantowanymi, zlanymi tanią wodą kolońską, a Stanisława miała potem sposobność wysłuchać opinii malarzowej i innych kobiet, to i zaraz wyprawiało się wesele na Krótkiej. Nie huczne weseliska, ale skromne, na których jednak wszystkiego starczało - i rosołu z makaronem, i mięs różnych, a i ciasta wypiekały z sąsiadkami na kilka dni przed weselem. Do tańca przygrywał Mietek z kumplami. Dźwięki saksofonu, trąbki i weltmeistra
wygrywające polki, oberki, tanga, a nawet szlagiery Fogga niosły się z wiatrem po całej okolicy. Dziewczęta - zależnie na którą padło: Zosia, Wanda, Gienka wdziewały na siebie białe suknie, czasem chowając nieco poszerzoną talię w fałdach ślubnych kreacji i dalej w świat! Z rosnącymi brzuchami. Do nowego życia. Do nowych mężów! Czerwonych na twarzy. Tą czerwienią niewiele różniącą się od czerwieni twarzy ojca. Ale zabij tę pamięć! Zapomnij! Rzuć jak garść piasku na wiatr! Byle dalej od tej pipidówy! Nieznanej Bogu i światu!
Z początku przyjeżdżały na święta, ale potem porodziły dzieci i trudno się było z licznym przychówkiem wybrać w drogę. Pociągi, autobusy. Przystanki kryte żółtym eternitem, gdzie wiatr piździł jak w Kieleckiem. Stanisława, po prawdzie, nie bardzo tęskniła za córkami. Wciąż kołatał się w jej głowie ów dziecięcy jazgot. Owszem, gdy pomyślała o różowych wnukach, pachnących mlekiem i nieświadomością, ciepło jej się pod sercem robiło. Wyganiała z siebie tę ckliwość, bowiem miała jeszcze na głowie starego kawalera odziedziczonego po "zmarłej nieboszczce" drugiej żonie, męża pijaka i najmłodszą Marysię, której istnieniu nigdy nie przestawała się dziwić. Nadto wzięła się za krawiectwo, bo na męża to już zupełnie liczyć nie mogła.
Tak więc umęczona i dziećmi, i życiem, które jej nie szczędziło ekstremów, spokorniała, coraz częściej zrzucając z siebie ową młodzieńczą hardość. Czasem przypominała sobie o Marysi, która potrzebna jej była całkiem jak to piąte koło u wozu.
Marysia miała swój świat zamknięty w pokoiku na górze i umiała się izolować od wszystkiego, co na dole - tej części domu, gdzie mieściła się kuchnia, warsztat ojca i przylegający do niego pokoik przyrodniego brata. Intuicyjnie wyznaczyła linię demarkacyjną między własnym światem a światem rodziców i konsekwentnie broniła terytorium, które w myślach określiła "swoim". Nadała mu znamiona autonomii w postaci bezkształtnego haka wbitego w prostokątną płaszczyznę drzwi i zaczepianego na pokaleczonej framudze pokrytej złuszczającą się farbą.
Kiedy ojciec wracał późno, a jeszcze nie daj Boże po przegranych kartach, wiedziała, że trzeba docisnąć drzwi, zatknąć hak w metalowym otworze, przykryć mocno głowę poduszką, by nie słyszeć jego krzyku. Wiedziała też, że żadne zaklęcie nie wybawi jej z tego obwarowywania się. Nie ma takiej bajki. Trzeba przeczekać do rana. Będzie dobrze. Wystarczy tylko nie nawinąć się gdzieś w jego pobliże. Zejść z pola rażenia. Nazajutrz ojciec - milczący, skacowany - będzie cały dzień siedział w warsztacie, unikając karcącego wzroku żony. I jej jazgotania. Będzie udawał, że jest zajęty robotą, będzie próbował wziąć się w garść. Po raz setny albo i więcej. Wszystko wytrzymywał, ale to jej gadanie, wypominanie, a potem wielodniowe na przemian milczenie było ponad jego siły. A już najgorsze było to, że nie wpuszczała go do łóżka, nie podawała posiłków. "Zbiesiła się baba" - sarkał pod nosem. Kiedyś przyłożył. Nie miał ciężkiej ręki, ale zawsze to chłop! Może nie raz i nie dwa... Ale po którymś razie przyszła milicja. Milicjant był młody i czerwony na twarzy. Na Stanisławę z podbiegłym krwią okiem patrzył z litością, a w kierunku jej męża rzucał spojrzenie pełne pogardy. Ręką demonstracyjnie zasłaniał nos, jakoby drażnił nozdrza rozlewający się w powietrzu smród przetrawionego alkoholu i taniej zakąski. I wtenczas mąż Stanisławy się przestraszył. A Stanisława całkiem zeszła mu z oczu, zająwszy się swoimi sprawami.
Wtedy to już pił na umór, mało co wyglądając ze swojego warsztatu, który warsztatem to już tylko z nazwy pozostał. Walały się tam butelki, stare kopyta, pozdzierane zelówki. Sprzedał starą, ale dobrą poniemiecką maszynę do szycia cholewek. Dobrze, że udało się uratować starego singera, który pewnie też poszedłby za flaszkę, gdyby go kiedyś pod jego nieobecność nie wykradła. Po wielu latach Łucja zrobiła ze stolika gustowny kwietnik. Ukradkiem posprzedawał też prasę, kopyta, kowadła, a nawet dobrą poniemiecką drasarkę, którą targał przez pół Polski. Pił jak szewc, klął jak szewc. Choć z tego szewcowania niewiele pozostało.
Maria dorosła równie szybko jak starsze siostry, ale matka nie miała ani czasu, ani głowy, by przyglądać się wzrastaniu córki. Sama goniła w piętkę. A to praca w domu, a to szycie, przeróbki, a to znowu dorywcza praca w spółdzielni krawieckiej, która szyła hektary bawełnianej pościeli. W oczach jej się mieniło od tych płacht. Igła terkotała monotonnie, ona pochylona palcami przesuwała białe połacie. I właściwie nie myślała o niczym, byle tylko nie zakłuć się igłą. Wracała do domu umęczona i jedynie łypała oczami na lewo i prawo, nasłuchując, czy stary jest w domu. A gdy była cisza i spokój, zabierała się za dom.
Któregoś razu Maria przyprowadziła chłopaka, zamieszkała z nim w pokoju na górze, który zrobili sobie ze schowka, wybijając okno w ścianie, rozwalając wewnętrzne ścianki. Nie pytała o zgodę, nie powiedziała nic. Nikt nie pytał. Ojciec pił, matka od dawna tak bała się zostać sama, że przymknęła oczy i uszy na wszystko. Dopiero kiedy urodziła się Łucja, nieśmiało zapytała:
- To jak to tak? I dzieciak na tym świecie będzie żył bez pozwolenia Boga i bez jego błogosławieństwa? Zlituj się choć ty nade mną.
Ale nie było w tym pretensji, raczej prośba, niemal błaganie, pełne ludzkiego wstydu.
- Mama się nie martwi - powiedziała Maria spokojnie, nie patrząc matce w oczy, jakby bała się, że rzucona przez nią obietnica może się jednak nie spełnić. - Będzie i ślub, i chrzciny i błogosławieństwo boże, a i mama pewnie nam pobłogosławi.
Stara taką radość w sercu poczuła, że nie mogła wykrztusić nawet słowa. Zawinęła twarz w fartuch i zniknęła gdzieś w kuchni, topiąc łzy szczęścia w garnkach z zupą.