Wstęp
Z wielką radością witam ponownie czytelników. Tak, to już moja trzecia
książka. Wcześniej napisałem Spowiedź legionisty i powieść pt. Dwie
twarze. Dwa światy. Po ich publikacji często zastanawiałem się: czy
spełniłem swoje oczekiwania? Czy nie mam nic więcej do opowiedzenia?
Zrozumiałem bowiem, że Legia Cudzoziemska wrosła w moje serce i że
pozostanie tam już na zawsze. Po wielu rozmowach z kolegami, którzy ze
mną służyli w Legii, pewnego dnia dojrzał we mnie pewien pomysł.
Zrozumiałem, że przyszedł czas, abym napisał nową książkę. Podniosłem
więc słuchawkę i zacząłem dzwonić do kolegów, z którymi wcześniej
służyłem: wielu z nich spodobał się mój projekt.
Niebawem spotkałem przypadkiem pana Waldemara Michalskiego pracującego w wydawnictwie Bellona -?od słowa do słowa zaproponował mi współpracę przy
kolejnej publikacji. Razem z jego koleżanką Izabellą Kubisz stworzyliśmy
roboczy tytuł nowej książki: Czas legionisty. Później dodałem
podtytuł: W cieniu braci. Rzuciłem się zatem z radością w wir pisania,
przedstawiając niecodzienne przygody legionistów zaproszonych do udziału
w tym przedsięwzięciu. Pochodząc z różnych zakątków świata i służąc w różnych pułkach Legii Cudzoziemskiej, pomogli mi stworzyć coś
niesamowitego; wtedy nie przypuszczałem jeszcze, jak ciężka okaże się to
praca, jak wiele nieprzespanych nocy będzie mnie kosztować ten pomysł.
Kiedy jednak skończyłem pisać ostatnią stronę, mimo wyczerpania
poczułem, że nagle czegoś mi zabrakło. Uświadomiłem sobie wtedy, jak
bardzo zżyłem się z moimi bohaterami; jak wiele emocji obudziła we mnie
cała ta praca.
Książka zawiera historie swobodnie opowiadane w toku długich rozmów -
nadały jej charakter i niepowtarzalny klimat, pozwoliły wrócić do czasów
służby, przywołały chwile radości i smutku, poczucie wartości innych niż
przyziemne, znane zwykłym ludziom. Każda z postaci w mojej książce jest
na swój sposób wyjątkowa, dlatego każdej z nich poświęciłem osobny
rozdział, zdając sobie sprawę, że to i tak nie wystarczy, pojawi się
pewien niedosyt i... kto wie -?może napiszę kolejną książkę.
Zapraszam do świata legionistów. Rzeczywistości moich braci!
Serdeczne podziękowania dla tych, którzy pomogli mi stworzyć ten
przekaz: oni pozostaną w moim sercu na zawsze. Chciałbym też podziękować
mojej żonie Monice i córeczce Poli za wielką cierpliwość, jaką wykazały
podczas mojej podróży w przeszłość.
Sebastian Cybulski
1. Tomasz. Aubagne. 1. Pułk Cudzoziemski (1 RE)
1. Tomasz. Aubagne
1. Pułk Cudzoziemski (1 RE)
Kilka miesięcy temu spojrzałem na powiadomienia na Facebooku i zaskoczyło mnie zaproszenie -?nadawcą był mężczyzna, którego twarz
wydawała mi się znajoma. Zachowałem się więc jak zawsze: zapytałem go,
czy się znamy i w jakim celu mnie zaprosił. Tak się składa, że
poznaliśmy się w 1996 roku w Aubagne. Podobnie jak ja chciał wstąpić do
Legii Cudzoziemskiej, niestety w okresie selekcji został odrzucony. Po
latach, kiedy zobaczył moje zdjęcie na Facebooku, obudziły się jego
wspomnienia z tamtych lat. Z dużą dozą ciekawości przyjąłem zaproszenie
i z czasem nasze rozmowy stały się częste. Pochłonięty nowym projektem
opowiedziałem mu o nim: w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zacznę
moją książkę od historii tego człowieka. Zaproponowałem mu więc udział w tej przygodzie: początkowo obawiał się, że -?ponieważ nigdy nie był
legionistą -?jego historia okaże się banalna i stanie się powodem do
wstydu.
-?Tomek! Znam kilku gości, którzy z różnych, często dziwnych powodów
zostali odrzuceni! Patrząc jednak z perspektywy czasu, mogli tam z powodzeniem służyć. -?Powiedziawszy to zdanie z przekonaniem, dodałem: -
Chciałbym, aby czytelnicy dowiedzieli się także o losach i tragediach
tych, którym nie udało się dostać do Legii. Często musieli szukać nowych
wyzwań, innych marzeń, które nigdy tak naprawdę nie uleczyły poczucia
odrzucenia i bólu.
Zapanowała grobowa cisza. Bałem się, że odmówi; nie chciałem go
przestraszyć, czekałem więc cierpliwie na jego decyzję.
-?Hmm. Nie wiem. Pozwól, że się nad tym zastanowię.
Minęło kilka dni, w tym czasie skupiłem się już na rozmowach z innymi
osobami, jednak pewnego wieczoru zadzwonił do mnie Tomek.
-?Nadal chcesz, żebym pojawił się w twojej książce?
-?Tak. Oczywiście, że tak! -?Byłem mile zaskoczony jego decyzją.
-?To kiedy chcesz mnie przesłuchać?
-?Możemy spróbować w najbliższą niedzielę, wieczorem. Powiedzmy, o dziewiętnastej.
Dni mijały szybko, a ja nie mogłem się doczekać naszej rozmowy. W międzyczasie starałem się też przypomnieć sobie więcej szczegółów z czasów, gdy się poznaliśmy. W końcu nadeszła niedziela -?byłem gotowy do
rozmowy już o godzinie siedemnastej. Na biurku leżały przygotowane
dyktafon, notatnik i długopis. Wybiła godzina dziewiętnasta: wziąłem
telefon do ręki i... Martwiąc się, czy odbierze, zadzwoniłem.
-?Słucham? To co, zaczniemy to przesłuchanie?
To mnie uspokoiło.
-?Tak, oczywiście, ale -?jak już mówiłem -?nie będzie to forma pytań i odpowiedzi. Chciałbym, żeby to była rozmowa, w trakcie której zagłębimy
się w interesujący mnie temat. W tym przypadku będzie to twoja próba
wstąpienia do Legii Cudzoziemskiej.
-?Tak, rozumiem.
Włączyłem dyktafon, chwyciłem długopis i byłem gotowy.
-?A więc zacznijmy.
Tomasz wziął głęboki oddech i... wyruszyliśmy w podróż w przeszłość,
cofając się do lat dziewięćdziesiątych.
-?Kiedy przeczytałem twoją książkę Spowiedź legionisty, poczułem lekki
smak zazdrości i żalu. Wcześniejsze przemyślenia nagle powróciły.
Zaczęło mnie prześladować jedno pytanie: dlaczego nie ja? Niestety nie
udało mi się znaleźć na nie odpowiedzi. To był jeden z paru powodów, dla
których skontaktowałem się z tobą. Dziś myślę, że sam wyjazd i fakt, że
spędziłem kilka tygodni w koszarach Legii w Aubagne, wiele mi dały. Na
własne życzenie zostałem odcięty od świata i mogłem się skupić wyłącznie
na rekrutacji w szeregi Legii.
-?Tak, zwłaszcza że jeśli dobrze pamiętam, byłeś wysportowanym facetem.
Zachęcony Tomek kontynuował swoją opowieść.
-?Wiesz, jak było w tamtych latach. Nie każdy miał szansę prowadzić
normalne życie, zwłaszcza w takim mieście jak Lublin: niby duża
metropolia, ale wszędzie unosił się wtedy zapach biedy.
-?Tak, ale na rynku samochodowym nie czuło się biedy -?dodałem z uśmiechem.
-?No tak, tutaj masz rację. Jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy
życiu, był sport. Trenowałem judo i spotykałem się z fajną dziewczyną,
którą poznałem podczas pracy w nocnym klubie. Romans nie trwał jednak
długo: pewnego dnia dowiedziałem się, że zdradziła mnie z miejscowym
gangsterem z Rosji. Po paru dniach zdecydowałem, że zapoluję na tego
gościa: ukryłem się przed jej domem i czekałem kilka godzin, aż się z nim pojawi. Bez zastanowienia rzuciłem się na faceta, powalając go na
chodnik. Rzucałem nim wielokrotnie, aż stracił przytomność, po czym
zostawiłem go pod klatką schodową. Odchodząc z pola bitwy, minąłem pewną
kobietę z dzieckiem: krzyczała, że go zabiłem, ale kątem oka zauważyłem,
że się jeszcze rusza.
-?A ta dziewczyna? -?zapytałem Tomka.
-?Hmm. Przeszedłem obok niej, nawet nie zwracając na nią uwagi. Byłem na
nią wściekły, ale kobiet się nie bije.
-?I dlatego zdecydowałeś się odejść? Bo cię zdradziła?
-?Nie, to było trochę bardziej skomplikowane. Otóż pewnego dnia, gdy
wracałem z treningu, zajechał mi drogę Mercedes i zgadnij, kto z niego
wysiadł. Właśnie ten gangus ze swoimi przyjaciółmi. Miałem jednak dużo
szczęścia, w tym samym momencie przejechał obok radiowóz korzystając z okazji, wskoczyłem więc w pobliskie krzaki i szybko pobiegłem do domu.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w wejście do klatki i upewniwszy
się, że nikt na mnie nie czeka, pobiegłem do domu. Zdając sobie sprawę,
że mam bardzo mało czasu, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, chwyciłem
domowy telefon i zadzwoniłem do przyjaciela. Chwilę później byłem już w jego domu, gdzie zastanawialiśmy się, co zrobić dalej. Ustaliliśmy, że
następnego dnia pójdę do moich przyjaciół z pewnej mocnej ekipy i być
może pomogą mi rozwiązać ten problem.
-?Nie przyszło ci do głowy, żeby jak najszybciej opuścić miasto? -
spytałem.
-?Chciałem zostać w Lublinie, nie byłem gotowy na to, żeby wszystko
zostawić. Rodzina i sport były dla mnie wszystkim.
-?A co z twoimi kolegami z ekipy?
-?Cóż, kiedy dowiedzieli się, z kim zadarłem, uznali, że nie mogą mi
pomóc. Jednak pod koniec spotkania jeden znajomy podszedł do mnie i dał
mi w prezencie... dwa nieporęczne granaty. Dodał, że to może rozwiązać mój
problem. Co miałem zrobić z tymi pięknościami? Nigdy nie bawiłem się
czymś takim, ale przyjąłem je i schowałem do kieszeni.
-?A kiedy zacząłeś myśleć o Legii Cudzoziemskiej?
-?Pierwszy raz z tym tematem zetknąłem się gdzieś w tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątym pierwszym roku, podczas wojny w Iraku. Trąbiono o tym
wszędzie. Był też film dokumentalny o Polaku, który stracił nogę w Jugosławii czy gdzieś tam na Bałkanach. Ale tak naprawdę nie
interesowałem się zbytnio wojskiem; chciałem zdobywać tytuły w judo i byłem głupio zakochany. Jednak życie zweryfikowało moje marzenia: kilka
dni później szedłem ulicą, kiedy zatrzymały się przede mną dwa
samochody: wiedziałem już, kto to może być. Z samochodów wyskoczyło
pięciu chłopów: gangus, którego potraktowałem z rozmachem i fantazją,
kazał mnie posadzić na tylnym siedzeniu jednego z wozów. On siedział z przodu, pewny siebie, i patrzył na mnie z pogardą. "No cóż, Poliak,
teraz będziemy się z tobą bawić, a potem cię wyrzucimy i będzie po
malcziku. Sir tawariszcz?". Wiedziałem, że nie mam wyboru... Powolnym
ruchem włożyłem rękę do kieszeni i, ku zdziwieniu siedzących obok mnie
typów, wyjąłem z kieszeni dwa cacka, a potem wyćwiczonym ruchem
odbezpieczyłem pierwszą zabawkę. "O jebane wrot. No, Poliak, tak nie
nada. My do ciebie po dobroci, a ty?!" Jak można się domyślić, wszyscy
wyskoczyli z samochodu. Przyznam, że byłem z siebie dumny. Trwało to
jednak tylko chwilę: wykorzystałem moment paniki w szeregach Moskali i pobiegłem naprzód. Zatrzymałem się na chwilę, aby wsunąć szpilkę na
miejsce, jednak, jak to w życiu bywa, było trochę nerwowo. W tym samym
czasie rozejrzałem się, czy ktoś za mną nie biegnie. W końcu udało mi
się zabezpieczyć ten cholerny granat i skierowałem się pod adres, który
wcześniej podał mi mój przyjaciel. Kiedy dotarłem na miejsce,
rozejrzałem się jeszcze raz i zadzwoniłem do domofonu. Przyjaciel
otworzył mi drzwi. Kiedy już znalazłem się w środku i poczułem się
bezpiecznie, nagle ogarnęło mnie zmęczenie... ale i strach! Co teraz? Czy
podróże i Legia Cudzoziemska to dobry pomysł? Zdałem sobie jednak
sprawę, że nie ma już odwrotu -?wieczorem musiałem wsiąść do autobusu i wyjechać do Francji. Kiedy siedziałem na swoim miejscu, poczułem
straszliwą pustkę. Najważniejsze jednak, że... byłem cały! W końcu
dotarłem do Marsylii, na południu Francji. Wysiadłem na dworcu Marseille
Saint-Charles i -?ku mojemu zdziwieniu -?tuż przy wejściu wisiał duży
plakat z twarzą legionisty: ostre spojrzenie mężczyzny w białej czapce,
która po francusku nazywa się képi, nie napełniło mnie miłością do
bliźniego. Nie rozumiejąc jednak francuskich napisów, podszedłem do
policjanta; patrzył na mnie z ciekawością sępa szukającego zdobyczy.
Wiedząc, że moje znaki na nic się tu nie przydadzą, wskazałem palcem na
plakat. Légion étrang?re? Czyli, jak to brzmi w naszym ojczystym
języku, Legia Cudzoziemska. Nie pozostało mi nic innego, jak skinąć
głową na znak, że to jest to, czego chcę. Policjant, wyraźnie
rozbawiony, kazał mi iść za sobą. Po chwili zaprowadził mnie na peron,
na którym stał pociąg: podszedł do konduktora i szepcząc mu coś do ucha,
wskazał na mnie. Chwilę później policjant uścisnął mi rękę na
pożegnanie; mówiąc coś po francusku, pokazał mi tego samego konduktora,
z którym jeszcze przed momentem rozmawiał, i pociąg, który miał się
zatrzymać w mieście Aubagne, gdzie stacjonował Pierwszy Pułk
Cudzoziemski administracyjny. Pociąg miał odjechać za dziesięć minut,
więc włożyłem rękę do kieszeni, żeby zapłacić za bilet. Konduktor jednak
odmówił i uśmiechając się, pokazał mi miejsce w wagonie. Pociąg w końcu
ruszył i zaczął nabierać prędkości. Nie pamiętam dokładnie, ale nie
jechaliśmy zbyt długo: pociąg zatrzymał się na stacji Aubagne, po czym
konduktor wrócił do mnie, pokazał mi, że muszę tu wysiąść, a potem się
pożegnał. Wyszedłem na peron i zszedłem po schodach do tunelu, gdzie
zauważyłem tylko dwa kierunki: pierwszy prowadził do centrum miasta, a ja wybrałem przeciwny, podążając za mężczyzną w mundurze i képi.
Czułem, że dotrę już prosto do celu.
-?Nie chciałeś zostać w mieście przez jakiś czas? Pozwiedzać, popić piwa
i przemyśleć jeszcze raz to wszystko?
-?Powiedz mi, Seb, czy chciałeś coś zwiedzić, zanim przekroczyłeś progi
koszar?
-?No widzisz, w moim przypadku było inaczej. Praktycznie zostałem
zmuszony do spędzenia kilku dni w Tuluzie, zanim w końcu mnie przyjęli.
-?Tak, wiem, przeczytałem twoją książkę, ale czuję, że gdyby cię od razu
przyjęli, nie myślałbyś o wizycie w Tuluzie!
-?Chyba masz rację, też chciałem zostawić wszystko za sobą i nie mogłem
się już doczekać nowego etapu mojego życia.
Wróciliśmy do historii Tomka: po chwili milczenia kontynuował swoją
opowieść.
-?W końcu znalazłem się przed drzwiami wejściowymi, przed którymi stał
wartownik. Pokazał mi tak zwane biuro przepustek, gdzie jakiś starszy
stopniem typ zażądał ode mnie dokumentów potwierdzających moją
tożsamość. Podałem mu je, a po chwili pojawił się potężny legionista i zaprowadził mnie do parterowego budynku, gdzie zabrali mi cały dobytek.
Potem kazano mi założyć zielone dresy i buty sportowe, po czym
zaprowadzono mnie do dużego pokoju, czegoś w rodzaju świetlicy: było tam
już wielu ludzi chętnych do służby w Legii Cudzoziemskiej, w tym ja... i ty. Stałeś na uboczu z dość wysokim gościem.
-?Tak, ten facet to był Jacek, też z Warszawy. Trzymaliśmy się razem
przez całą instrukcję.
-?Dokładnie. Pamiętam, jak pewnego dnia zabrano nas ciężarówką w jakieś
miejsce; nie wiem, jak się nazywało, ale było tam dużo pnączy, na
których rosły winogrona. Najważniejsze jednak zobaczyłem chwilę później:
duży dwupiętrowy budynek, przed którym w końcu zatrzymała się
ciężarówka. Jakiś facet wyskoczył z kabiny, kazał nam wysiąść z pojazdu
i ustawić się w dwóch rzędach; nagle zobaczyłem sylwetki starszych
mężczyzn -?później okazało się, że byli to legioniści, którzy tam
mieszkali. Niektórzy zachowywali się tak, jakby wciąż trwała wojna.
Dziadkowie byli dziarscy, bitni i jednocześnie smutni. Powiedziałem
sobie, że nie chciałbym tak skończyć; najpierw jednak trzeba było się do
tej Legii dostać.
Uśmiechnąłem się i dodałem:
-?Tak, ja też tam byłem, nie wiem jednak, czy się spotkaliśmy, czy
zajmowałem się inną grupą. Pamiętam, jakby to było wczoraj, dwóch
rozwścieczonych weteranów okładających się po twarzach stekami. Mimo
swojego wieku skakali do siebie całkiem nieźle. -?Po chwili zmieniłem
jednak temat i zapytałem: -?Wiem, że to może być smutne, ale powiedz mi,
Tomek, co się stało, że w końcu cię odrzucili.
-?No widzisz, nie pamiętam, ale miałem problemy z testami pisemnymi.
Widocznie ktoś nie chciał, żebym tam był, bo...
Nagle zapadła cisza. Czułem, że Tomek na nowo przeżywa gorycz porażki,
jaką było odrzucenie jego kandydatury.
-?Wiesz, teraz, po latach, łatwiej mi o tym mówić, ale to była dla mnie
tragedia. Nie miałem dokąd pójść. W Lublinie szukało mnie stado Moskali.
Gdy wypuszczono mnie z koszar, usiadłem na krawężniku przy drodze,
próbując ułożyć nowy plan działania. Chciałem znaleźć odpowiedź na to,
co się stało, jednak na próżno. Jeśli chcesz wiedzieć, wróciłem do
Polski, ale zostałem w Poznaniu i zdecydowałem się rozpocząć pracę w gastronomii. Teraz, po latach, być może będę w stanie podziękować Legii
za to, że mnie odrzuciła: zrobiłem karierę, mam wspaniałą rodzinę i razem z żoną prowadzimy fajną restaurację. Myślę, że tak jest lepiej.
Najgorsze, że po latach smak goryczy jednak pozostał. Seb, jeśli
kiedykolwiek przyjedziesz do Poznania, zapraszam do siebie. Moja żona
też przeczytała twoją książkę i chciałaby cię poznać. W dodatku miło by
było spotkać się z tobą na żywo. Mam też nadzieję, że moja historia nie
przyniesie ci wstydu.
-?Tomku, dziękuję za zaproszenie i zapewniam, że jak tylko będę w Polsce, odwiedzę was w Poznaniu. Tymczasem bardzo dziękuję za twoją
historię i poświęcony czas.
Kiedy skończyliśmy rozmowę, wspomnienia tamtych burzliwych lat
przemknęły mi przed oczami. W mojej głowie rozbrzmiewało pytanie: co by
się stało, gdybym został odrzucony w takim momencie?
2. Berki. Nîmes. 2. Cudzoziemski Pułk Piechoty (2 REI)
2. Berki. Nîmes
2. Cudzoziemski Pułk Piechoty (2 REI)
Berki, Węgier, który ukończył ze mną kurs CME F1 na kaprali w szkoleniowym 4. Pułku Cudzoziemskim, w mieście Castelnaudary, służył w 2. Cudzoziemskim Pułku Piechoty z Nîmes. Skontaktowałem się z nim
ponownie trzy lata temu: wiele przeżyliśmy -?zwłaszcza chwile, które
były dla nas trudne, pozostały na długo w naszej pamięci. Kilka miesięcy
temu, gdy zacząłem na poważnie zastanawiać się nad kolejną książką, po
Spowiedzi legionisty i Dwóch twarzach. Dwóch światach, od razu
pomyślałem o niesfornym Węgrze. Sytuacja okazała się na tyle prosta, że
Madziar mieszkał w Carcassonne -?około stu kilometrów od Tuluzy;
spotkanie mogliśmy zorganizować więc dość łatwo. Jak się jednak potem
okazało, tylko ten krok był relatywnie prosty: po tym, jak w trakcie
rozmowy telefonicznej poprosiłem go o udział w moim projekcie, Berki
stał się mniej rozmowny.
-?Pit Bull, wiesz, co to jest, trudno jest to mówić do mikrofonu,
wiedząc, że ta historia pójdzie w świat.
Już zacząłem się martwić, że nic z tego nie wyjdzie, gdy raptem odezwał
się cichym głosem...
-?Wiesz co, zrobimy to, popijając nasze legionowe wino! W przeciwnym
razie po prostu się obrażę. -?Berki wybuchnął śmiechem, wiedząc, że od
ponad dziesięciu lat nie tknąłem alkoholu.
Odpowiedziałem mu więc szczerze.
-?Jeśli tak dalej pójdzie, to po skończeniu pracy nad tą książką stanę
się alkoholikiem. Na szczęście większość rozmów z moimi bohaterami
będzie odbywać się przez telefon. To może mnie uratować przed
alkoholizmem.
Usłyszałem cichy śmiech. Potem, akceptując ten warunek, zacząłem się
przygotowywać do rozmowy i jakieś dwa tygodnie później pojechałem na
umówione spotkanie. Kiedy w końcu dotarłem na miejsce i zapukałem do
drzwi, otworzył mi gospodarz i spojrzał na mnie z miną nieznoszącą
sprzeciwu. Byłem pewny, że wypiję z nim drinka, choćby po to, by na
chwilę wrócić do przeszłości. Miałem tylko nadzieję, że nie wszyscy moi
bohaterowie będą stawiać takie warunki. W mgnieniu oka na stole pojawiła
się butelka czerwonego wina z wygrawerowanym orłem, który był jednym z emblematów 1. Pułku Cudzoziemskiego. Jak przystało na starych towarzyszy
broni, wstaliśmy i wznieśliśmy toast za... Cóż, to mógł być tylko jeden
toast!
-?Za Legię i jej zbirów! -?Słowa te wypowiedział głośno Berki.
-?Za cudowne chwile bólu i radości! -?odpowiedziałem, wlewając w siebie
zawartość pękatego szkła.
Szalony Węgier ponownie napełnił kieliszki, jednak, nie wznosząc już
toastu, skinął, żebyśmy usiedli.
-?Pit Bull, powiedz mi, jak wyobrażasz sobie naszą rozmowę? Chcesz
zadawać pytania? Czy jak?
-?Nie! Chciałbym, żeby to była zwykła swobodna rozmowa. Od historii do
historii. Coś naturalnego z sercem i szczerością.
-?No cóż, to po następnym, żeby rozwiązać języki.
Berki napełnił ponownie kieliszki, uśmiechając się przy tym drwiąco.
Sprawdziłem jeszcze raz, czy dyktafon jest gotowy, i rozpoczęliśmy
podróż w czasie. Szybko zeszliśmy na temat kursu CME F1.
-?Pit Bull, pamiętasz, jak nasz dowódca plutonu zasnął podczas
prowadzenia ciężarówek? Jechaliśmy wtedy na poligon; pamiętam, jak było
zimno. Mieliśmy straszną potrzebę sikania, a nasz szef zasnął w kabinie
i zapomniał, że musimy stanąć.
-?Tak, pamiętam. W naszej ciężarówce pewien Czech nie wytrzymał i nasikał do metalowego bidonu. Problem w tym, że musiał potem z niego
pić. Szef podobno ubolewał nad tym, że przez trzy noce i dwa dni
przeszliśmy zaledwie sto osiemdziesiąt kilometrów. Obiecał sobie, że
następni "chętni" na kaprali w ciągu doby będą musieli pokonać sto
kilometrów.
-?Więc co? Bo ja o tym nie słyszałem! -?mruknął nieco już rozgrzany
węgierskim winem.
-?Tak właśnie zrobił. Dowiedziałem się o tym od Anglika, który w tym
samym czasie był tam na kursie łączności -?odpowiedziałem, przypominając
sobie, jak po wycieczce z szefem bolały mnie stopy. -?Pamiętam też naszą
paradę w deszczu z wielkimi klockami drewna. Nieśliśmy je po dwóch,
śpiewając jednocześnie pieśni legionowe.
-?A pamiętasz, Pit Bull, kiedy pewien typ za karę przez kilka dni nosił
pierdolony plecak pełen kamieni? Musiał biegać, jeść i spać z tym
ciężkim "towarzyszem".
-?Tak, pamiętam. Nie potrafił wydać poprawnie żadnego rozkazu.
Instruktorzy siedzieli na nim przez całe jebane trzy dni i cały czas
krzyczeli mu do ucha, że jest słaby i nie nadaje się na kaprala, że
doprowadzą go do dezercji, bo tylko na to zasługuje. -?Próbowałem sobie
przypomnieć twarz tego typa, ale zamiast tego zobaczyłem sceny z pierwszych dni kursu. -?Berki, a pamiętasz naszą pierwszą noc na farmie?
Jak nas instruktorzy zaatakowali nad ranem? Było bardzo zimno, to był
początek lutego, byliśmy w okopach, padał deszcz.
-?Tak, pamiętam. Była też akcja z namiotami bez tropików. Jeden z sierżantów sprawdził nasze śpiwory dla zabawy: te, które były suche,
szybko lądowały w lodowatej wodzie, a na koniec kazano nam się w nich
położyć. Kiedy już zasypiałem, nagle jakiś pierdolony typ wrzucił do
namiotu granat treningowy. Kiedy wystrzelił, razem z drugim gościem
byliśmy pokryci zawartością tego gówna.
W powietrzu czuć było nadciągającą falę wspomnień, które zapewne
pozostaną z nami aż do śmierci. Mój rozmówca chciał odbyć rozmowę, która
później okazała się dość zaskakująca. Spojrzał na mnie nagle
rozkojarzonym wzrokiem.
-?Wiesz, Pit Bull, będę szczery. Przyznaję, że na pisarza to raczej nie
wyglądasz, twoja pierwsza książka mnie zaskoczyła, zwłaszcza że polecił
mi ją facet z Drugiego Cudzoziemskiego Pułku Piechoty. Niestety nie
umiem czytać po polsku, poprosiłem go więc, aby przy dobrym drinku
opowiedział mi o jej zawartości. Ogólnie rzecz biorąc, okazało się, że
napisałeś to uczciwie. Zapytałem go również, jak oceniasz naszą firmę:
ponownie jego opinie były pozytywne. Teraz, kiedy zaprosiłeś mnie do
rozmowy, wiedziałem, że opiszesz naszą historię szczerze i uczciwie.
Spojrzałem na mojego gospodarza z uśmiechem. Dzięki takim recenzjom
wiedziałem, że idę w dobrym kierunku. Teraz przyszedł jednak czas na
przygody szalonego Węgra: opróżniłem więc kieliszek i odwróciłem się do
niego.
-?Może jednak zaczniemy naszą podróż, inaczej słońce zajdzie, a ty chyba
masz trochę tego w pamięci!
-?Tak, masz rację, a jutro mogę stracić ochotę na powrót do przeszłości.
Zanim jednak rozpoczniemy ten lot, będziemy gryźć jednego po drugim.
Mój rozmówca znów chwycił butelkę, napełnił kieliszki i nawet ich nie
dotykając, zaczął opowiadać.
-?Hmm, wiesz, Pit! Normalnie po kursie kaprala miałem wyjechać na urlop.
Wtedy, o ile dobrze pamiętam, wasz pułk został postawiony w stan
gotowości z powodu afery w Kosowie. My w tym samym czasie, w siedemdziesiąt dwie godziny, zostaliśmy przeniesieni do Senegalu. Byłem
wściekły, bo zapowiadały się ciekawe wakacje. Z drugiej strony, nasza
firma od dwóch lat jeździła tylko na poligony, pojawiła się więc okazja,
aby to zmienić. Wreszcie Afryka i trochę więcej pieniędzy; pod jednym
warunkiem -?wystarczyło tylko cało wrócić do domu. Misja sama w sobie
miała być prosta i przyjemna: niestety, kurwa, jak się później okazało,
było zupełnie inaczej. Zamieszki wywołane wyborami prezydenckimi
spowodowały pierdolony chaos; mieliśmy chronić obywateli francuskich
mieszkających w Dakarze, stolicy kraju. Wiadomo było również, że
miejscowa ludność miała wiele problemów z dobrze uzbrojonymi gangami z Mali i sąsiedniej Gwinei Bissau. Faktycznie nie były to jeszcze zbyt
dobrze wyszkolone grupy terrorystów, ale stanowiły prawdziwy problem dla
rządu Senegalu. Wiadomo, że siły zbrojne wielu krajów afrykańskich były
słabo uzbrojone, występował też element korupcji, który był bardzo
zauważalny na każdym etapie. Jeśli jednak chodzi o mnie, to mógłbym
nawet pojechać na koniec świata, aby zmienić otoczenie i wyrwać się z nieustannej plątaniny poligonów. Szybko przewieziono nas do
przygranicznego miasteczka Kédougou; będąc już na miejscu, zajęliśmy
wskazane przez sztab punkty obserwacji i kontroli: mieliśmy za zadanie
wychwytywać grupy rebeliantów, które przenikały z Gwinei Bissau. Był to
kraj, w którym właśnie toczyła się wojna domowa, co doprowadziło do
totalnego chaosu na granicy. Pit, sam doskonale wiesz, jak to wygląda w rzeczywistości. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, natychmiast
rozpoczęliśmy rozpoznanie terenu; okazało się jednak, że nie będzie to
łatwe. Niektórzy stwierdzili, że różnice między Czadem a tamtejszym
krajobrazem są ogromne. Czad znajdował się w większości na płaskim
terenie, zaś w Senegalu teren był górzysty, a lasy -?gęste; mogło to
mieć duży wpływ na sposób funkcjonowania naszej kompanii. Mieliśmy
obserwować wskazane wcześniej skrzyżowania leśnych dróg i ich liczne
odnogi, czyli serpentyny dość szerokich polnych szlaków prowadzących w głąb Senegalu. Najgorsze było to, że ze względu na gęstą roślinność
pojawiły się problemy z kontaktem wzrokowym między sekcjami. Podstawową
formą komunikacji zawsze będzie radio, w dżungli jednak było inaczej, bo
zasięg był zakłócany przez gęstą roślinność. Mieliśmy jednak
niezastąpione i wciąż działające nadajniki TRPP 13 o wadze około
dziesięciu kilogramów; były to maszyny ciężkie i nieskomplikowane,
dlatego w takich miejscach stawały się niezastąpione. Jako świeżo
upieczonemu kapralowi powierzono mi obowiązki szefa ekipy; zadania
snajpera przejął młody Rumun, dowódcą grupy był pewien pochodzący z Niemiec sierżant, a szefem drugiej ekipy -?francuski kapral, który parę
miesięcy wcześniej wrócił z Dżibuti i sam przyznał, że nigdy wcześniej
nie widział tak zielonej Afryki. Nie byliśmy tam jednak w ramach
lokalnej turystyki: musieliśmy mieć oczy i uszy szeroko otwarte, bo
niebezpieczeństwo mogło kryć się dosłownie wszędzie.
-?Rozumiem, co masz na myśli. Sam spędziłem trochę czasu na Wybrzeżu
Kości Słoniowej. Zapamiętałem też swój pobyt w Czadzie: teren był
głównie pustynny. Z drugiej strony, czas spędzony na odizolowanym
posterunku policji w Abéché pozwolił mi zapoznać się z burzą piaskową -
przerwałem Berkiemu, mając przed oczami wspomnienia z tych miejsc.
-?Teraz to widzisz, prawda?
-?Tak. Jak na jawie i muszę przyznać, że mimo ryzyka utraty zdrowia
tęsknię za tymi miejscami -?odpowiedziałem mu, czekając na dalszy ciąg
historii.
Węgier chwycił butelkę i ponownie napełnił nasze kieliszki. Zachowaliśmy
jednak umiar: mój rozmówca najwyraźniej chciał kontynuować swoją
opowieść.
-?Ubaw zaczął się już pierwszej nocy. Nasza sekcja zajęła wcześniej
przygotowane stanowiska: w pewnym momencie jeden z młodych żołnierzy,
obserwując wyznaczony sektor, zauważył zbliżające się postacie. Z lasu
powoli wyłoniła się niewielka grupa podejrzanych ludzi: mogliśmy
zobaczyć wydłużone kształty trzymane w rękach -?coś na kształt
karabinów. Nie czekając dłużej, powiadomiliśmy dowódcę sekcji: wszyscy
od razu oprzytomnieliśmy. Nie było zbyt wiele czasu na zajęcie
wyznaczonych wcześniej pozycji; wraz z moją ekipą przyczailiśmy się obok
naszego wozu bojowego VAB. Kazałem jednemu z młodych legionistów wdrapać
się na jego dach: miał za zadanie zaorać teren przed nami ciężkim
karabinem maszynowym Minimi. Po prawej stronie pojazdu siedział
legionista z wyrzutnią rakiet LRAC 89-F1; zostawiłem z nim innego
żołnierza z zapasem granatów ręcznych, a sam, wraz z czwartym członkiem
ekipy, zająłem pozycję około trzydziestu metrów na lewo od strzelca
Minimi. Panowała całkowita cisza, byłem tak skupiony, że przestałem
słyszeć bicie swojego serca. To oczekiwanie trwało około piętnastu
minut, może nawet krócej. Nagle rozległ się potężny huk: w tym momencie
zobaczyliśmy postacie trzymające w rękach Kałasznikowy -?zaczęli jebać
do nas z tych pieprzonych pukawek. Na szczęście strzelali na oślep i nikogo nie trafili. Na początku zaskoczony wydałem rozkaz otwarcia
ognia: wyrastający przed nami ludzki mur został dosłownie skoszony. Nie
było jednak czasu na współczucie; czułem, że mój karabinek FAMAS staje
się już dosyć gorący. Nie wiem, czy to przez strzelaninę, czy dlatego,
że go mocno ściskałem. Wydałem rozkaz, aby używać tylko karabinków:
przeciwnicy byli już zbyt blisko i nie było mowy o użyciu rakiet.
Niestety nasze zapasy amunicji szybko się kończyły: nikt nie spodziewał
się, że pierwszej nocy zostaniemy potraktowani tak brutalnie. Na
szczęście słońce szybko pojawiło się na niebie, a napastnicy wycofali
się do lasu. Może zdawali sobie sprawę, że w dzień nie będą mieli tyle
szczęścia. Po chwili zorientowaliśmy się, że miejsce potyczki jest już
puste. Dowódca plutonu podjął decyzję o wysłaniu tam trzech legionistów:
musieli podejść do miejsca ataku od tyłu, aby oczyścić pozycje wroga.
Tak zabezpieczeni mogliśmy przeczesać teren, podchodząc z przodu. Nikt
jednak na nas nie czekał. Na trawie pozostały tylko setki łusek, dowód
na to, że chcieli nas wszystkich wypatroszyć. Tym, co nas jednak
zmroziło, były ciała nocnych napastników. Było ich może z piętnastu;
wszyscy w bardzo młodym wieku, myślę, że mieli nie więcej niż
czternaście lub piętnaście lat. Dowódca sekcji powiedział mi, że
najprawdopodobniej byli pod wpływem narkotyków, co powodowało dużą
agresję i całkowity brak strachu. Pewnego dnia Węgier z Drugiego
Cudzoziemskiego Pułku Powietrznodesantowego powiedział mi, że taka
taktyka w Afryce to norma: nawet już rozbrojeni, byli w stanie ciągłej
agresji, potrafili zadać sobie poważne rany. Spojrzałem jeszcze raz na
powyginane w różnych pozycjach ciała, a następnie w ciszy sprawdziłem
stan osobowy i materialny ekipy. Tego ranka nikt nie miał ochoty ani na
kawę, ani na śniadanie: każdy tylko ukradkiem spoglądał na leżące
nieopodal trupy. To było naprawdę trudne doświadczenie. Pomimo sytuacji,
w której do tego doszło, nie mogłem pozbyć się poczucia winy. Czy
właśnie teraz przekroczyłem prawdziwą granicę niewinności? Te i inne
pytania zaprzątały mi głowę przez cały dzień.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki