Czas legionisty. W cieniu braci - Sebastian Cybulski

-
Proszę czekać

Wstęp

Z wielką rado­ścią witam ponow­nie czy­tel­ni­ków. Tak, to już moja trze­cia książka. Wcze­śniej napi­sa­łem Spo­wiedź legio­ni­sty i powieść pt. Dwie twa­rze. Dwa światy. Po ich publi­ka­cji czę­sto zasta­na­wia­łem się: czy speł­ni­łem swoje ocze­ki­wa­nia? Czy nie mam nic wię­cej do opo­wie­dze­nia? Zro­zu­mia­łem bowiem, że Legia Cudzo­ziem­ska wro­sła w moje serce i że pozo­sta­nie tam już na zawsze. Po wielu roz­mo­wach z kole­gami, któ­rzy ze mną słu­żyli w Legii, pew­nego dnia doj­rzał we mnie pewien pomysł. Zro­zu­mia­łem, że przy­szedł czas, abym napi­sał nową książkę. Pod­nio­słem więc słu­chawkę i zaczą­łem dzwo­nić do kole­gów, z któ­rymi wcze­śniej słu­ży­łem: wielu z nich spodo­bał się mój pro­jekt.

Nie­ba­wem spo­tka­łem przy­pad­kiem pana Wal­de­mara Michal­skiego pra­cu­ją­cego w wydaw­nic­twie Bel­lona -?od słowa do słowa zapro­po­no­wał mi współ­pracę przy kolej­nej publi­ka­cji. Razem z jego kole­żanką Iza­bellą Kubisz stwo­rzy­li­śmy robo­czy tytuł nowej książki: Czas legio­ni­sty. Póź­niej doda­łem pod­ty­tuł: W cie­niu braci. Rzu­ci­łem się zatem z rado­ścią w wir pisa­nia, przed­sta­wia­jąc nie­co­dzienne przy­gody legio­ni­stów zapro­szo­nych do udziału w tym przed­się­wzię­ciu. Pocho­dząc z róż­nych zakąt­ków świata i słu­żąc w róż­nych puł­kach Legii Cudzo­ziem­skiej, pomo­gli mi stwo­rzyć coś nie­sa­mo­wi­tego; wtedy nie przy­pusz­cza­łem jesz­cze, jak ciężka okaże się to praca, jak wiele nie­prze­spa­nych nocy będzie mnie kosz­to­wać ten pomysł. Kiedy jed­nak skoń­czy­łem pisać ostat­nią stronę, mimo wyczer­pa­nia poczu­łem, że nagle cze­goś mi zabra­kło. Uświa­do­mi­łem sobie wtedy, jak bar­dzo zży­łem się z moimi boha­te­rami; jak wiele emo­cji obu­dziła we mnie cała ta praca.

Książka zawiera histo­rie swo­bod­nie opo­wia­dane w toku dłu­gich roz­mów - nadały jej cha­rak­ter i nie­po­wta­rzalny kli­mat, pozwo­liły wró­cić do cza­sów służby, przy­wo­łały chwile rado­ści i smutku, poczu­cie war­to­ści innych niż przy­ziemne, znane zwy­kłym ludziom. Każda z postaci w mojej książce jest na swój spo­sób wyjąt­kowa, dla­tego każ­dej z nich poświę­ci­łem osobny roz­dział, zda­jąc sobie sprawę, że to i tak nie wystar­czy, pojawi się pewien nie­do­syt i... kto wie -?może napi­szę kolejną książkę.

Zapra­szam do świata legio­ni­stów. Rze­czy­wi­sto­ści moich braci!

Ser­deczne podzię­ko­wa­nia dla tych, któ­rzy pomo­gli mi stwo­rzyć ten prze­kaz: oni pozo­staną w moim sercu na zawsze. Chciał­bym też podzię­ko­wać mojej żonie Monice i córeczce Poli za wielką cier­pli­wość, jaką wyka­zały pod­czas mojej podróży w prze­szłość.

Seba­stian Cybul­ski

1. Tomasz. Aubagne. 1. Pułk Cudzoziemski (1 RE)

1. Tomasz. Auba­gne

1. Pułk Cudzo­ziem­ski (1 RE)

Kilka mie­sięcy temu spoj­rza­łem na powia­do­mie­nia na Face­bo­oku i zasko­czyło mnie zapro­sze­nie -?nadawcą był męż­czy­zna, któ­rego twarz wyda­wała mi się zna­joma. Zacho­wa­łem się więc jak zawsze: zapy­ta­łem go, czy się znamy i w jakim celu mnie zapro­sił. Tak się składa, że pozna­li­śmy się w 1996 roku w Auba­gne. Podob­nie jak ja chciał wstą­pić do Legii Cudzo­ziem­skiej, nie­stety w okre­sie selek­cji został odrzu­cony. Po latach, kiedy zoba­czył moje zdję­cie na Face­bo­oku, obu­dziły się jego wspo­mnie­nia z tam­tych lat. Z dużą dozą cie­ka­wo­ści przy­ją­łem zapro­sze­nie i z cza­sem nasze roz­mowy stały się czę­ste. Pochło­nięty nowym pro­jek­tem opo­wie­dzia­łem mu o nim: w pew­nym momen­cie zda­łem sobie sprawę, że zacznę moją książkę od histo­rii tego czło­wieka. Zapro­po­no­wa­łem mu więc udział w tej przy­go­dzie: począt­kowo oba­wiał się, że -?ponie­waż ni­gdy nie był legio­ni­stą -?jego histo­ria okaże się banalna i sta­nie się powo­dem do wstydu.

-?Tomek! Znam kilku gości, któ­rzy z róż­nych, czę­sto dziw­nych powo­dów zostali odrzu­ceni! Patrząc jed­nak z per­spek­tywy czasu, mogli tam z powo­dze­niem słu­żyć. -?Powie­dziaw­szy to zda­nie z prze­ko­na­niem, doda­łem: - Chciał­bym, aby czy­tel­nicy dowie­dzieli się także o losach i tra­ge­diach tych, któ­rym nie udało się dostać do Legii. Czę­sto musieli szu­kać nowych wyzwań, innych marzeń, które ni­gdy tak naprawdę nie ule­czyły poczu­cia odrzu­cenia i bólu.

Zapa­no­wała gro­bowa cisza. Bałem się, że odmówi; nie chcia­łem go prze­stra­szyć, cze­ka­łem więc cier­pli­wie na jego decy­zję.

-?Hmm. Nie wiem. Pozwól, że się nad tym zasta­no­wię.

Minęło kilka dni, w tym cza­sie sku­pi­łem się już na roz­mo­wach z innymi oso­bami, jed­nak pew­nego wie­czoru zadzwo­nił do mnie Tomek.

-?Na­dal chcesz, żebym poja­wił się w two­jej książce?

-?Tak. Oczy­wi­ście, że tak! -?Byłem mile zasko­czony jego decy­zją.

-?To kiedy chcesz mnie prze­słu­chać?

-?Możemy spró­bo­wać w naj­bliż­szą nie­dzielę, wie­czo­rem. Powiedzmy, o dzie­więt­na­stej.

Dni mijały szybko, a ja nie mogłem się docze­kać naszej roz­mowy. W mię­dzy­cza­sie sta­ra­łem się też przy­po­mnieć sobie wię­cej szcze­gó­łów z cza­sów, gdy się pozna­li­śmy. W końcu nade­szła nie­dziela -?byłem gotowy do roz­mowy już o godzi­nie sie­dem­na­stej. Na biurku leżały przy­go­to­wane dyk­ta­fon, notat­nik i dłu­go­pis. Wybiła godzina dzie­więt­na­sta: wzią­łem tele­fon do ręki i... Mar­twiąc się, czy odbie­rze, zadzwo­ni­łem.

-?Słu­cham? To co, zaczniemy to prze­słu­cha­nie?

To mnie uspo­ko­iło.

-?Tak, oczy­wi­ście, ale -?jak już mówi­łem -?nie będzie to forma pytań i odpo­wie­dzi. Chciał­bym, żeby to była roz­mowa, w trak­cie któ­rej zagłę­bimy się w inte­re­su­jący mnie temat. W tym przy­padku będzie to twoja próba wstą­pie­nia do Legii Cudzo­ziem­skiej.

-?Tak, rozu­miem.

Włą­czy­łem dyk­ta­fon, chwy­ci­łem dłu­go­pis i byłem gotowy.

-?A więc zacznijmy.

Tomasz wziął głę­boki oddech i... wyru­szy­li­śmy w podróż w prze­szłość, cofa­jąc się do lat dzie­więć­dzie­sią­tych.

-?Kiedy prze­czy­ta­łem twoją książkę Spo­wiedź legio­ni­sty, poczu­łem lekki smak zazdro­ści i żalu. Wcze­śniej­sze prze­my­śle­nia nagle powró­ciły. Zaczęło mnie prze­śla­do­wać jedno pyta­nie: dla­czego nie ja? Nie­stety nie udało mi się zna­leźć na nie odpo­wie­dzi. To był jeden z paru powo­dów, dla któ­rych skon­tak­to­wa­łem się z tobą. Dziś myślę, że sam wyjazd i fakt, że spę­dzi­łem kilka tygo­dni w kosza­rach Legii w Auba­gne, wiele mi dały. Na wła­sne życze­nie zosta­łem odcięty od świata i mogłem się sku­pić wyłącz­nie na rekru­ta­cji w sze­regi Legii.

-?Tak, zwłasz­cza że jeśli dobrze pamię­tam, byłeś wyspor­to­wa­nym face­tem.

Zachę­cony Tomek kon­ty­nu­ował swoją opo­wieść.

-?Wiesz, jak było w tam­tych latach. Nie każdy miał szansę pro­wa­dzić nor­malne życie, zwłasz­cza w takim mie­ście jak Lublin: niby duża metro­po­lia, ale wszę­dzie uno­sił się wtedy zapach biedy.

-?Tak, ale na rynku samo­cho­do­wym nie czuło się biedy -?doda­łem z uśmie­chem.

-?No tak, tutaj masz rację. Jedyną rze­czą, która trzy­mała mnie przy życiu, był sport. Tre­no­wa­łem judo i spo­ty­ka­łem się z fajną dziew­czyną, którą pozna­łem pod­czas pracy w noc­nym klu­bie. Romans nie trwał jed­nak długo: pew­nego dnia dowie­dzia­łem się, że zdra­dziła mnie z miej­sco­wym gang­ste­rem z Rosji. Po paru dniach zde­cy­do­wa­łem, że zapo­luję na tego gościa: ukry­łem się przed jej domem i cze­ka­łem kilka godzin, aż się z nim pojawi. Bez zasta­no­wie­nia rzu­ci­łem się na faceta, powa­la­jąc go na chod­nik. Rzu­ca­łem nim wie­lo­krot­nie, aż stra­cił przy­tom­ność, po czym zosta­wi­łem go pod klatką scho­dową. Odcho­dząc z pola bitwy, miną­łem pewną kobietę z dziec­kiem: krzy­czała, że go zabi­łem, ale kątem oka zauwa­ży­łem, że się jesz­cze rusza.

-?A ta dziew­czyna? -?zapy­ta­łem Tomka.

-?Hmm. Prze­sze­dłem obok niej, nawet nie zwra­ca­jąc na nią uwagi. Byłem na nią wście­kły, ale kobiet się nie bije.

-?I dla­tego zde­cy­do­wa­łeś się odejść? Bo cię zdra­dziła?

-?Nie, to było tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane. Otóż pew­nego dnia, gdy wra­ca­łem z tre­ningu, zaje­chał mi drogę Mer­ce­des i zgad­nij, kto z niego wysiadł. Wła­śnie ten gan­gus ze swo­imi przy­ja­ciółmi. Mia­łem jed­nak dużo szczę­ścia, w tym samym momen­cie prze­je­chał obok radio­wóz korzy­sta­jąc z oka­zji, wsko­czy­łem więc w pobli­skie krzaki i szybko pobie­głem do domu. Przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wa­łem się w wej­ście do klatki i upew­niw­szy się, że nikt na mnie nie czeka, pobie­głem do domu. Zda­jąc sobie sprawę, że mam bar­dzo mało czasu, spa­ko­wa­łem naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, chwy­ci­łem domowy tele­fon i zadzwo­ni­łem do przy­ja­ciela. Chwilę póź­niej byłem już w jego domu, gdzie zasta­na­wia­li­śmy się, co zro­bić dalej. Usta­li­li­śmy, że następ­nego dnia pójdę do moich przy­ja­ciół z pew­nej moc­nej ekipy i być może pomogą mi roz­wią­zać ten pro­blem.

-?Nie przy­szło ci do głowy, żeby jak naj­szyb­ciej opu­ścić mia­sto? - spy­ta­łem.

-?Chcia­łem zostać w Lubli­nie, nie byłem gotowy na to, żeby wszystko zosta­wić. Rodzina i sport były dla mnie wszyst­kim.

-?A co z two­imi kole­gami z ekipy?

-?Cóż, kiedy dowie­dzieli się, z kim zadar­łem, uznali, że nie mogą mi pomóc. Jed­nak pod koniec spo­tka­nia jeden zna­jomy pod­szedł do mnie i dał mi w pre­zen­cie... dwa nie­po­ręczne gra­naty. Dodał, że to może roz­wią­zać mój pro­blem. Co mia­łem zro­bić z tymi pięk­no­ściami? Ni­gdy nie bawi­łem się czymś takim, ale przy­ją­łem je i scho­wa­łem do kie­szeni.

-?A kiedy zaczą­łeś myśleć o Legii Cudzo­ziem­skiej?

-?Pierw­szy raz z tym tema­tem zetkną­łem się gdzieś w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym roku, pod­czas wojny w Iraku. Trą­biono o tym wszę­dzie. Był też film doku­men­talny o Polaku, który stra­cił nogę w Jugo­sła­wii czy gdzieś tam na Bał­ka­nach. Ale tak naprawdę nie inte­re­so­wa­łem się zbyt­nio woj­skiem; chcia­łem zdo­by­wać tytuły w judo i byłem głu­pio zako­chany. Jed­nak życie zwe­ry­fi­ko­wało moje marze­nia: kilka dni póź­niej sze­dłem ulicą, kiedy zatrzy­mały się przede mną dwa samo­chody: wie­dzia­łem już, kto to może być. Z samo­cho­dów wysko­czyło pię­ciu chło­pów: gan­gus, któ­rego potrak­to­wa­łem z roz­ma­chem i fan­ta­zją, kazał mnie posa­dzić na tyl­nym sie­dze­niu jed­nego z wozów. On sie­dział z przodu, pewny sie­bie, i patrzył na mnie z pogardą. "No cóż, Poliak, teraz będziemy się z tobą bawić, a potem cię wyrzu­cimy i będzie po mal­cziku. Sir tawa­riszcz?". Wie­dzia­łem, że nie mam wyboru... Powol­nym ruchem wło­ży­łem rękę do kie­szeni i, ku zdzi­wie­niu sie­dzą­cych obok mnie typów, wyją­łem z kie­szeni dwa cacka, a potem wyćwi­czo­nym ruchem odbez­pie­czy­łem pierw­szą zabawkę. "O jebane wrot. No, Poliak, tak nie nada. My do cie­bie po dobroci, a ty?!" Jak można się domy­ślić, wszy­scy wysko­czyli z samo­chodu. Przy­znam, że byłem z sie­bie dumny. Trwało to jed­nak tylko chwilę: wyko­rzy­sta­łem moment paniki w sze­re­gach Moskali i pobie­głem naprzód. Zatrzy­ma­łem się na chwilę, aby wsu­nąć szpilkę na miej­sce, jed­nak, jak to w życiu bywa, było tro­chę ner­wowo. W tym samym cza­sie rozej­rza­łem się, czy ktoś za mną nie bie­gnie. W końcu udało mi się zabez­pie­czyć ten cho­lerny gra­nat i skie­ro­wa­łem się pod adres, który wcze­śniej podał mi mój przy­ja­ciel. Kiedy dotar­łem na miej­sce, rozej­rza­łem się jesz­cze raz i zadzwo­ni­łem do domo­fonu. Przy­ja­ciel otwo­rzył mi drzwi. Kiedy już zna­la­złem się w środku i poczu­łem się bez­piecz­nie, nagle ogar­nęło mnie zmę­cze­nie... ale i strach! Co teraz? Czy podróże i Legia Cudzo­ziem­ska to dobry pomysł? Zda­łem sobie jed­nak sprawę, że nie ma już odwrotu -?wie­czo­rem musia­łem wsiąść do auto­busu i wyje­chać do Fran­cji. Kiedy sie­działem na swoim miej­scu, poczu­łem strasz­liwą pustkę. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że... byłem cały! W końcu dotar­łem do Mar­sy­lii, na połu­dniu Fran­cji. Wysia­dłem na dworcu Mar­se­ille Saint-Char­les i -?ku mojemu zdzi­wie­niu -?tuż przy wej­ściu wisiał duży pla­kat z twa­rzą legio­ni­sty: ostre spoj­rze­nie męż­czy­zny w bia­łej czapce, która po fran­cu­sku nazywa się képi, nie napeł­niło mnie miło­ścią do bliź­niego. Nie rozu­mie­jąc jed­nak fran­cu­skich napi­sów, pod­sze­dłem do poli­cjanta; patrzył na mnie z cie­ka­wo­ścią sępa szu­ka­ją­cego zdo­by­czy. Wie­dząc, że moje znaki na nic się tu nie przy­da­dzą, wska­za­łem pal­cem na pla­kat. Légion étrang?re? Czyli, jak to brzmi w naszym ojczy­stym języku, Legia Cudzo­ziem­ska. Nie pozo­stało mi nic innego, jak ski­nąć głową na znak, że to jest to, czego chcę. Poli­cjant, wyraź­nie roz­ba­wiony, kazał mi iść za sobą. Po chwili zapro­wa­dził mnie na peron, na któ­rym stał pociąg: pod­szedł do kon­duk­tora i szep­cząc mu coś do ucha, wska­zał na mnie. Chwilę póź­niej poli­cjant uści­snął mi rękę na poże­gna­nie; mówiąc coś po fran­cu­sku, poka­zał mi tego samego kon­duk­tora, z któ­rym jesz­cze przed momen­tem roz­ma­wiał, i pociąg, który miał się zatrzy­mać w mie­ście Auba­gne, gdzie sta­cjo­no­wał Pierw­szy Pułk Cudzo­ziem­ski admi­ni­stra­cyjny. Pociąg miał odje­chać za dzie­sięć minut, więc wło­ży­łem rękę do kie­szeni, żeby zapła­cić za bilet. Kon­duk­tor jed­nak odmó­wił i uśmie­cha­jąc się, poka­zał mi miej­sce w wago­nie. Pociąg w końcu ruszył i zaczął nabie­rać pręd­ko­ści. Nie pamię­tam dokład­nie, ale nie jecha­li­śmy zbyt długo: pociąg zatrzy­mał się na sta­cji Auba­gne, po czym kon­duk­tor wró­cił do mnie, poka­zał mi, że muszę tu wysiąść, a potem się poże­gnał. Wysze­dłem na peron i zsze­dłem po scho­dach do tunelu, gdzie zauwa­ży­łem tylko dwa kie­runki: pierw­szy pro­wa­dził do cen­trum mia­sta, a ja wybra­łem prze­ciwny, podą­ża­jąc za męż­czy­zną w mun­du­rze i képi. Czu­łem, że dotrę już pro­sto do celu.

-?Nie chcia­łeś zostać w mie­ście przez jakiś czas? Pozwie­dzać, popić piwa i prze­my­śleć jesz­cze raz to wszystko?

-?Powiedz mi, Seb, czy chcia­łeś coś zwie­dzić, zanim prze­kro­czy­łeś progi koszar?

-?No widzisz, w moim przy­padku było ina­czej. Prak­tycz­nie zosta­łem zmu­szony do spę­dze­nia kilku dni w Tulu­zie, zanim w końcu mnie przy­jęli.

-?Tak, wiem, prze­czy­ta­łem twoją książkę, ale czuję, że gdyby cię od razu przy­jęli, nie myślał­byś o wizy­cie w Tulu­zie!

-?Chyba masz rację, też chcia­łem zosta­wić wszystko za sobą i nie mogłem się już docze­kać nowego etapu mojego życia.

Wró­ci­li­śmy do histo­rii Tomka: po chwili mil­cze­nia kon­ty­nu­ował swoją opo­wieść.

-?W końcu zna­la­złem się przed drzwiami wej­ścio­wymi, przed któ­rymi stał war­tow­nik. Poka­zał mi tak zwane biuro prze­pu­stek, gdzie jakiś star­szy stop­niem typ zażą­dał ode mnie doku­men­tów potwier­dza­ją­cych moją toż­sa­mość. Poda­łem mu je, a po chwili poja­wił się potężny legio­ni­sta i zapro­wa­dził mnie do par­te­ro­wego budynku, gdzie zabrali mi cały doby­tek. Potem kazano mi zało­żyć zie­lone dresy i buty spor­towe, po czym zapro­wa­dzono mnie do dużego pokoju, cze­goś w rodzaju świe­tlicy: było tam już wielu ludzi chęt­nych do służby w Legii Cudzo­ziem­skiej, w tym ja... i ty. Sta­łeś na ubo­czu z dość wyso­kim gościem.

-?Tak, ten facet to był Jacek, też z War­szawy. Trzy­ma­li­śmy się razem przez całą instruk­cję.

-?Dokład­nie. Pamię­tam, jak pew­nego dnia zabrano nas cię­ża­rówką w jakieś miej­sce; nie wiem, jak się nazy­wało, ale było tam dużo pną­czy, na któ­rych rosły wino­grona. Naj­waż­niej­sze jed­nak zoba­czy­łem chwilę póź­niej: duży dwu­pię­trowy budy­nek, przed któ­rym w końcu zatrzy­mała się cię­ża­rówka. Jakiś facet wysko­czył z kabiny, kazał nam wysiąść z pojazdu i usta­wić się w dwóch rzę­dach; nagle zoba­czy­łem syl­wetki star­szych męż­czyzn -?póź­niej oka­zało się, że byli to legio­ni­ści, któ­rzy tam miesz­kali. Niektó­rzy zacho­wy­wali się tak, jakby wciąż trwała wojna. Dziad­ko­wie byli dziar­scy, bitni i jed­no­cze­śnie smutni. Powie­dzia­łem sobie, że nie chciał­bym tak skoń­czyć; naj­pierw jed­nak trzeba było się do tej Legii dostać.

Uśmiech­ną­łem się i doda­łem:

-?Tak, ja też tam byłem, nie wiem jed­nak, czy się spo­tka­li­śmy, czy zaj­mo­wa­łem się inną grupą. Pamię­tam, jakby to było wczo­raj, dwóch roz­wście­czo­nych wete­ra­nów okła­da­ją­cych się po twa­rzach ste­kami. Mimo swo­jego wieku ska­kali do sie­bie cał­kiem nie­źle. -?Po chwili zmie­ni­łem jed­nak temat i zapy­ta­łem: -?Wiem, że to może być smutne, ale powiedz mi, Tomek, co się stało, że w końcu cię odrzu­cili.

-?No widzisz, nie pamię­tam, ale mia­łem pro­blemy z testami pisem­nymi. Widocz­nie ktoś nie chciał, żebym tam był, bo...

Nagle zapa­dła cisza. Czu­łem, że Tomek na nowo prze­żywa gorycz porażki, jaką było odrzu­ce­nie jego kan­dy­da­tury.

-?Wiesz, teraz, po latach, łatwiej mi o tym mówić, ale to była dla mnie tra­ge­dia. Nie mia­łem dokąd pójść. W Lubli­nie szu­kało mnie stado Moskali. Gdy wypusz­czono mnie z koszar, usia­dłem na kra­węż­niku przy dro­dze, pró­bu­jąc uło­żyć nowy plan dzia­ła­nia. Chcia­łem zna­leźć odpo­wiedź na to, co się stało, jed­nak na próżno. Jeśli chcesz wie­dzieć, wró­ci­łem do Pol­ski, ale zosta­łem w Pozna­niu i zde­cy­do­wa­łem się roz­po­cząć pracę w gastro­no­mii. Teraz, po latach, być może będę w sta­nie podzię­ko­wać Legii za to, że mnie odrzu­ciła: zro­bi­łem karierę, mam wspa­niałą rodzinę i razem z żoną pro­wa­dzimy fajną restau­ra­cję. Myślę, że tak jest lepiej. Naj­gor­sze, że po latach smak gory­czy jed­nak pozo­stał. Seb, jeśli kie­dy­kol­wiek przy­je­dziesz do Pozna­nia, zapra­szam do sie­bie. Moja żona też prze­czy­tała twoją książkę i chcia­łaby cię poznać. W dodatku miło by było spo­tkać się z tobą na żywo. Mam też nadzieję, że moja histo­ria nie przy­nie­sie ci wstydu.

-?Tomku, dzię­kuję za zapro­sze­nie i zapew­niam, że jak tylko będę w Pol­sce, odwie­dzę was w Pozna­niu. Tym­cza­sem bar­dzo dzię­kuję za twoją histo­rię i poświę­cony czas.

Kiedy skoń­czy­li­śmy roz­mowę, wspo­mnie­nia tam­tych burz­li­wych lat prze­mknęły mi przed oczami. W mojej gło­wie roz­brzmie­wało pyta­nie: co by się stało, gdy­bym został odrzu­cony w takim momen­cie?

2. Berki. Nîmes. 2. Cudzoziemski Pułk Piechoty (2 REI)

2. Berki. Nîmes

2. Cudzo­ziem­ski Pułk Pie­choty (2 REI)

Berki, Węgier, który ukoń­czył ze mną kurs CME F1 na kaprali w szko­le­nio­wym 4. Pułku Cudzo­ziem­skim, w mie­ście Castel­nau­dary, słu­żył w 2. Cudzo­ziem­skim Pułku Pie­choty z Nîmes. Skon­tak­to­wa­łem się z nim ponow­nie trzy lata temu: wiele prze­ży­li­śmy -?zwłasz­cza chwile, które były dla nas trudne, pozo­stały na długo w naszej pamięci. Kilka mie­sięcy temu, gdy zaczą­łem na poważ­nie zasta­na­wiać się nad kolejną książką, po Spo­wie­dzi legio­ni­sty i Dwóch twa­rzach. Dwóch świa­tach, od razu pomy­śla­łem o nie­sfor­nym Węgrze. Sytu­acja oka­zała się na tyle pro­sta, że Madziar miesz­kał w Car­cas­sonne -?około stu kilo­me­trów od Tuluzy; spo­tka­nie mogli­śmy zor­ga­ni­zo­wać więc dość łatwo. Jak się jed­nak potem oka­zało, tylko ten krok był rela­tyw­nie pro­sty: po tym, jak w trak­cie roz­mowy tele­fo­nicz­nej popro­si­łem go o udział w moim pro­jek­cie, Berki stał się mniej roz­mowny.

-?Pit Bull, wiesz, co to jest, trudno jest to mówić do mikro­fonu, wie­dząc, że ta histo­ria pój­dzie w świat.

Już zaczą­łem się mar­twić, że nic z tego nie wyj­dzie, gdy rap­tem ode­zwał się cichym gło­sem...

-?Wiesz co, zro­bimy to, popi­ja­jąc nasze legio­nowe wino! W prze­ciw­nym razie po pro­stu się obrażę. -?Berki wybuch­nął śmie­chem, wie­dząc, że od ponad dzie­się­ciu lat nie tkną­łem alko­holu.

Odpo­wie­dzia­łem mu więc szcze­rze.

-?Jeśli tak dalej pój­dzie, to po skoń­cze­niu pracy nad tą książką stanę się alko­ho­li­kiem. Na szczę­ście więk­szość roz­mów z moimi boha­te­rami będzie odby­wać się przez tele­fon. To może mnie ura­to­wać przed alko­ho­li­zmem.

Usły­sza­łem cichy śmiech. Potem, akcep­tu­jąc ten waru­nek, zaczą­łem się przy­go­to­wy­wać do roz­mowy i jakieś dwa tygo­dnie póź­niej poje­cha­łem na umó­wione spo­tka­nie. Kiedy w końcu dotar­łem na miej­sce i zapu­ka­łem do drzwi, otwo­rzył mi gospo­darz i spoj­rzał na mnie z miną nie­zno­szącą sprze­ciwu. Byłem pewny, że wypiję z nim drinka, choćby po to, by na chwilę wró­cić do prze­szło­ści. Mia­łem tylko nadzieję, że nie wszy­scy moi boha­te­ro­wie będą sta­wiać takie warunki. W mgnie­niu oka na stole poja­wiła się butelka czer­wo­nego wina z wygra­we­ro­wa­nym orłem, który był jed­nym z emble­ma­tów 1. Pułku Cudzo­ziem­skiego. Jak przy­stało na sta­rych towa­rzy­szy broni, wsta­li­śmy i wznie­śli­śmy toast za... Cóż, to mógł być tylko jeden toast!

-?Za Legię i jej zbi­rów! -?Słowa te wypo­wie­dział gło­śno Berki.

-?Za cudowne chwile bólu i rado­ści! -?odpo­wie­dzia­łem, wle­wa­jąc w sie­bie zawar­tość pęka­tego szkła.

Sza­lony Węgier ponow­nie napeł­nił kie­liszki, jed­nak, nie wzno­sząc już toa­stu, ski­nął, żeby­śmy usie­dli.

-?Pit Bull, powiedz mi, jak wyobra­żasz sobie naszą roz­mowę? Chcesz zada­wać pyta­nia? Czy jak?

-?Nie! Chciał­bym, żeby to była zwy­kła swo­bodna roz­mowa. Od histo­rii do histo­rii. Coś natu­ral­nego z ser­cem i szcze­ro­ścią.

-?No cóż, to po następ­nym, żeby roz­wią­zać języki.

Berki napeł­nił ponow­nie kie­liszki, uśmie­cha­jąc się przy tym drwiąco. Spraw­dzi­łem jesz­cze raz, czy dyk­ta­fon jest gotowy, i roz­po­czę­li­śmy podróż w cza­sie. Szybko zeszli­śmy na temat kursu CME F1.

-?Pit Bull, pamię­tasz, jak nasz dowódca plu­tonu zasnął pod­czas pro­wa­dze­nia cię­ża­ró­wek? Jecha­li­śmy wtedy na poli­gon; pamię­tam, jak było zimno. Mie­li­śmy straszną potrzebę sika­nia, a nasz szef zasnął w kabi­nie i zapo­mniał, że musimy sta­nąć.

-?Tak, pamię­tam. W naszej cię­ża­rówce pewien Czech nie wytrzy­mał i nasi­kał do meta­lo­wego bidonu. Pro­blem w tym, że musiał potem z niego pić. Szef podobno ubo­le­wał nad tym, że przez trzy noce i dwa dni prze­szli­śmy zale­d­wie sto osiem­dzie­siąt kilo­me­trów. Obie­cał sobie, że następni "chętni" na kaprali w ciągu doby będą musieli poko­nać sto kilo­me­trów.

-?Więc co? Bo ja o tym nie sły­sza­łem! -?mruk­nął nieco już roz­grzany węgier­skim winem.

-?Tak wła­śnie zro­bił. Dowie­dzia­łem się o tym od Anglika, który w tym samym cza­sie był tam na kur­sie łącz­no­ści -?odpo­wie­dzia­łem, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak po wycieczce z sze­fem bolały mnie stopy. -?Pamię­tam też naszą paradę w desz­czu z wiel­kimi kloc­kami drewna. Nie­śli­śmy je po dwóch, śpie­wa­jąc jed­no­cze­śnie pie­śni legio­nowe.

-?A pamię­tasz, Pit Bull, kiedy pewien typ za karę przez kilka dni nosił pier­do­lony ple­cak pełen kamieni? Musiał bie­gać, jeść i spać z tym cięż­kim "towa­rzy­szem".

-?Tak, pamię­tam. Nie potra­fił wydać popraw­nie żad­nego roz­kazu. Instruk­to­rzy sie­dzieli na nim przez całe jebane trzy dni i cały czas krzy­czeli mu do ucha, że jest słaby i nie nadaje się na kaprala, że dopro­wa­dzą go do dezer­cji, bo tylko na to zasłu­guje. -?Pró­bo­wa­łem sobie przy­po­mnieć twarz tego typa, ale zamiast tego zoba­czy­łem sceny z pierw­szych dni kursu. -?Berki, a pamię­tasz naszą pierw­szą noc na far­mie? Jak nas instruk­to­rzy zaata­ko­wali nad ranem? Było bar­dzo zimno, to był począ­tek lutego, byli­śmy w oko­pach, padał deszcz.

-?Tak, pamię­tam. Była też akcja z namio­tami bez tro­pi­ków. Jeden z sier­żan­tów spraw­dził nasze śpi­wory dla zabawy: te, które były suche, szybko lądo­wały w lodo­wa­tej wodzie, a na koniec kazano nam się w nich poło­żyć. Kiedy już zasy­pia­łem, nagle jakiś pier­do­lony typ wrzu­cił do namiotu gra­nat tre­nin­gowy. Kiedy wystrze­lił, razem z dru­gim gościem byli­śmy pokryci zawar­to­ścią tego gówna.

W powie­trzu czuć było nad­cią­ga­jącą falę wspo­mnień, które zapewne pozo­staną z nami aż do śmierci. Mój roz­mówca chciał odbyć roz­mowę, która póź­niej oka­zała się dość zaska­ku­jąca. Spoj­rzał na mnie nagle roz­ko­ja­rzo­nym wzro­kiem.

-?Wiesz, Pit Bull, będę szczery. Przy­znaję, że na pisa­rza to raczej nie wyglą­dasz, twoja pierw­sza książka mnie zasko­czyła, zwłasz­cza że pole­cił mi ją facet z Dru­giego Cudzo­ziem­skiego Pułku Pie­choty. Nie­stety nie umiem czy­tać po pol­sku, popro­si­łem go więc, aby przy dobrym drinku opo­wie­dział mi o jej zawar­to­ści. Ogól­nie rzecz bio­rąc, oka­zało się, że napi­sa­łeś to uczci­wie. Zapy­ta­łem go rów­nież, jak oce­niasz naszą firmę: ponow­nie jego opi­nie były pozy­tywne. Teraz, kiedy zapro­si­łeś mnie do roz­mowy, wie­dzia­łem, że opi­szesz naszą histo­rię szcze­rze i uczci­wie.

Spoj­rza­łem na mojego gospo­da­rza z uśmie­chem. Dzięki takim recen­zjom wie­dzia­łem, że idę w dobrym kie­runku. Teraz przy­szedł jed­nak czas na przy­gody sza­lo­nego Węgra: opróż­ni­łem więc kie­li­szek i odwró­ci­łem się do niego.

-?Może jed­nak zaczniemy naszą podróż, ina­czej słońce zaj­dzie, a ty chyba masz tro­chę tego w pamięci!

-?Tak, masz rację, a jutro mogę stra­cić ochotę na powrót do prze­szło­ści. Zanim jed­nak roz­pocz­niemy ten lot, będziemy gryźć jed­nego po dru­gim.

Mój roz­mówca znów chwy­cił butelkę, napeł­nił kie­liszki i nawet ich nie doty­ka­jąc, zaczął opo­wia­dać.

-?Hmm, wiesz, Pit! Nor­mal­nie po kur­sie kaprala mia­łem wyje­chać na urlop. Wtedy, o ile dobrze pamię­tam, wasz pułk został posta­wiony w stan goto­wo­ści z powodu afery w Koso­wie. My w tym samym cza­sie, w sie­dem­dzie­siąt dwie godziny, zosta­li­śmy prze­nie­sieni do Sene­galu. Byłem wście­kły, bo zapo­wia­dały się cie­kawe waka­cje. Z dru­giej strony, nasza firma od dwóch lat jeź­dziła tylko na poli­gony, poja­wiła się więc oka­zja, aby to zmie­nić. Wresz­cie Afryka i tro­chę wię­cej pie­nię­dzy; pod jed­nym warun­kiem -?wystar­czyło tylko cało wró­cić do domu. Misja sama w sobie miała być pro­sta i przy­jemna: nie­stety, kurwa, jak się póź­niej oka­zało, było zupeł­nie ina­czej. Zamieszki wywo­łane wybo­rami pre­zy­denc­kimi spo­wo­do­wały pier­do­lony chaos; mie­li­śmy chro­nić oby­wa­teli fran­cu­skich miesz­ka­ją­cych w Daka­rze, sto­licy kraju. Wia­domo było rów­nież, że miej­scowa lud­ność miała wiele pro­ble­mów z dobrze uzbro­jo­nymi gan­gami z Mali i sąsied­niej Gwi­nei Bis­sau. Fak­tycz­nie nie były to jesz­cze zbyt dobrze wyszko­lone grupy ter­ro­ry­stów, ale sta­no­wiły praw­dziwy pro­blem dla rządu Sene­galu. Wia­domo, że siły zbrojne wielu kra­jów afry­kań­skich były słabo uzbro­jone, wystę­po­wał też ele­ment korup­cji, który był bar­dzo zauwa­żalny na każ­dym eta­pie. Jeśli jed­nak cho­dzi o mnie, to mógł­bym nawet poje­chać na koniec świata, aby zmie­nić oto­cze­nie i wyrwać się z nie­ustan­nej plą­ta­niny poli­go­nów. Szybko prze­wie­ziono nas do przy­gra­nicz­nego mia­steczka Kédougou; będąc już na miej­scu, zaję­li­śmy wska­zane przez sztab punkty obser­wa­cji i kon­troli: mie­li­śmy za zada­nie wychwy­ty­wać grupy rebe­lian­tów, które prze­ni­kały z Gwi­nei Bis­sau. Był to kraj, w któ­rym wła­śnie toczyła się wojna domowa, co dopro­wa­dziło do total­nego cha­osu na gra­nicy. Pit, sam dosko­nale wiesz, jak to wygląda w rze­czy­wi­sto­ści. Gdy tylko dotar­li­śmy na miej­sce, natych­miast roz­po­czę­li­śmy roz­po­zna­nie terenu; oka­zało się jed­nak, że nie będzie to łatwe. Nie­któ­rzy stwier­dzili, że róż­nice mię­dzy Cza­dem a tam­tej­szym kra­jo­bra­zem są ogromne. Czad znaj­do­wał się w więk­szo­ści na pła­skim tere­nie, zaś w Sene­galu teren był górzy­sty, a lasy -?gęste; mogło to mieć duży wpływ na spo­sób funk­cjo­no­wa­nia naszej kom­pa­nii. Mie­li­śmy obser­wo­wać wska­zane wcze­śniej skrzy­żo­wa­nia leśnych dróg i ich liczne odnogi, czyli ser­pen­tyny dość sze­ro­kich polnych szla­ków pro­wa­dzą­cych w głąb Sene­galu. Naj­gor­sze było to, że ze względu na gęstą roślin­ność poja­wiły się pro­blemy z kon­tak­tem wzro­ko­wym mię­dzy sek­cjami. Pod­sta­wową formą komu­ni­ka­cji zawsze będzie radio, w dżun­gli jed­nak było ina­czej, bo zasięg był zakłó­cany przez gęstą roślin­ność. Mie­li­śmy jed­nak nie­za­stą­pione i wciąż dzia­ła­jące nadaj­niki TRPP 13 o wadze około dzie­się­ciu kilo­gra­mów; były to maszyny cięż­kie i nie­skom­pli­ko­wane, dla­tego w takich miej­scach sta­wały się nie­za­stą­pione. Jako świeżo upie­czo­nemu kapra­lowi powie­rzono mi obo­wiązki szefa ekipy; zada­nia snaj­pera prze­jął młody Rumun, dowódcą grupy był pewien pocho­dzący z Nie­miec sier­żant, a sze­fem dru­giej ekipy -?fran­cu­ski kapral, który parę mie­sięcy wcze­śniej wró­cił z Dżi­buti i sam przy­znał, że ni­gdy wcze­śniej nie widział tak zie­lo­nej Afryki. Nie byli­śmy tam jed­nak w ramach lokal­nej tury­styki: musie­li­śmy mieć oczy i uszy sze­roko otwarte, bo nie­bez­pie­czeń­stwo mogło kryć się dosłow­nie wszę­dzie.

-?Rozu­miem, co masz na myśli. Sam spę­dzi­łem tro­chę czasu na Wybrzeżu Kości Sło­nio­wej. Zapa­mię­ta­łem też swój pobyt w Cza­dzie: teren był głów­nie pustynny. Z dru­giej strony, czas spę­dzony na odizo­lo­wa­nym poste­runku poli­cji w Abéché pozwo­lił mi zapo­znać się z burzą pia­skową - prze­rwa­łem Ber­kiemu, mając przed oczami wspo­mnie­nia z tych miejsc.

-?Teraz to widzisz, prawda?

-?Tak. Jak na jawie i muszę przy­znać, że mimo ryzyka utraty zdro­wia tęsk­nię za tymi miej­scami -?odpo­wie­dzia­łem mu, cze­ka­jąc na dal­szy ciąg histo­rii.

Węgier chwy­cił butelkę i ponow­nie napeł­nił nasze kie­liszki. Zacho­wa­li­śmy jed­nak umiar: mój roz­mówca naj­wy­raź­niej chciał kon­ty­nu­ować swoją opo­wieść.

-?Ubaw zaczął się już pierw­szej nocy. Nasza sek­cja zajęła wcze­śniej przy­go­to­wane sta­no­wi­ska: w pew­nym momen­cie jeden z mło­dych żoł­nie­rzy, obser­wu­jąc wyzna­czony sek­tor, zauwa­żył zbli­ża­jące się posta­cie. Z lasu powoli wyło­niła się nie­wielka grupa podej­rza­nych ludzi: mogli­śmy zoba­czyć wydłu­żone kształty trzy­mane w rękach -?coś na kształt kara­bi­nów. Nie cze­ka­jąc dłu­żej, powia­do­mi­li­śmy dowódcę sek­cji: wszy­scy od razu oprzy­tom­nie­li­śmy. Nie było zbyt wiele czasu na zaję­cie wyzna­czonych wcze­śniej pozy­cji; wraz z moją ekipą przy­cza­ili­śmy się obok naszego wozu bojo­wego VAB. Kaza­łem jed­nemu z mło­dych legio­ni­stów wdra­pać się na jego dach: miał za zada­nie zaorać teren przed nami cięż­kim kara­bi­nem maszy­no­wym Minimi. Po pra­wej stro­nie pojazdu sie­dział legio­ni­sta z wyrzut­nią rakiet LRAC 89-F1; zosta­wi­łem z nim innego żoł­nie­rza z zapa­sem gra­na­tów ręcz­nych, a sam, wraz z czwar­tym człon­kiem ekipy, zają­łem pozy­cję około trzy­dzie­stu metrów na lewo od strzelca Minimi. Pano­wała cał­ko­wita cisza, byłem tak sku­piony, że prze­sta­łem sły­szeć bicie swo­jego serca. To ocze­ki­wa­nie trwało około pięt­na­stu minut, może nawet kró­cej. Nagle roz­legł się potężny huk: w tym momen­cie zoba­czy­li­śmy posta­cie trzy­ma­jące w rękach Kałasz­ni­kowy -?zaczęli jebać do nas z tych pie­przo­nych puka­wek. Na szczę­ście strze­lali na oślep i nikogo nie tra­fili. Na początku zasko­czony wyda­łem roz­kaz otwar­cia ognia: wyra­sta­jący przed nami ludzki mur został dosłow­nie sko­szony. Nie było jed­nak czasu na współ­czu­cie; czu­łem, że mój kara­bi­nek FAMAS staje się już dosyć gorący. Nie wiem, czy to przez strze­la­ninę, czy dla­tego, że go mocno ści­ska­łem. Wyda­łem roz­kaz, aby uży­wać tylko kara­bin­ków: prze­ciw­nicy byli już zbyt bli­sko i nie było mowy o uży­ciu rakiet. Nie­stety nasze zapasy amu­ni­cji szybko się koń­czyły: nikt nie spo­dzie­wał się, że pierw­szej nocy zosta­niemy potrak­to­wani tak bru­tal­nie. Na szczę­ście słońce szybko poja­wiło się na nie­bie, a napast­nicy wyco­fali się do lasu. Może zda­wali sobie sprawę, że w dzień nie będą mieli tyle szczę­ścia. Po chwili zorien­to­wa­li­śmy się, że miej­sce potyczki jest już puste. Dowódca plu­tonu pod­jął decy­zję o wysła­niu tam trzech legio­ni­stów: musieli podejść do miej­sca ataku od tyłu, aby oczy­ścić pozy­cje wroga. Tak zabez­pie­czeni mogli­śmy prze­cze­sać teren, pod­cho­dząc z przodu. Nikt jed­nak na nas nie cze­kał. Na tra­wie pozo­stały tylko setki łusek, dowód na to, że chcieli nas wszyst­kich wypa­tro­szyć. Tym, co nas jed­nak zmro­ziło, były ciała noc­nych napast­ni­ków. Było ich może z pięt­na­stu; wszy­scy w bar­dzo mło­dym wieku, myślę, że mieli nie wię­cej niż czter­na­ście lub pięt­na­ście lat. Dowódca sek­cji powie­dział mi, że naj­praw­do­po­dob­niej byli pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, co powo­do­wało dużą agre­sję i cał­ko­wity brak stra­chu. Pew­nego dnia Węgier z Dru­giego Cudzo­ziem­skiego Pułku Powietrz­no­de­san­to­wego powie­dział mi, że taka tak­tyka w Afryce to norma: nawet już roz­bro­jeni, byli w sta­nie cią­głej agre­sji, potra­fili zadać sobie poważne rany. Spoj­rza­łem jesz­cze raz na powy­gi­nane w róż­nych pozy­cjach ciała, a następ­nie w ciszy spraw­dzi­łem stan oso­bowy i mate­rialny ekipy. Tego ranka nikt nie miał ochoty ani na kawę, ani na śnia­da­nie: każdy tylko ukrad­kiem spo­glą­dał na leżące nie­opo­dal trupy. To było naprawdę trudne doświad­cze­nie. Pomimo sytu­acji, w któ­rej do tego doszło, nie mogłem pozbyć się poczu­cia winy. Czy wła­śnie teraz prze­kro­czy­łem praw­dziwą gra­nicę nie­win­no­ści? Te i inne pyta­nia zaprzą­tały mi głowę przez cały dzień.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki