Czas legionisty. W cieniu braci - Sebastian Cybulski

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Z wielką radością witam ponownie czytelników. Tak, to już moja trzecia książka. Wcześniej napisałem Spowiedź legionisty i powieść pt. Dwie twarze. Dwa światy. Po ich publikacji często zastanawiałem się: czy spełniłem swoje oczekiwania? Czy nie mam nic więcej do opowiedzenia? Zrozumiałem bowiem, że Legia Cudzoziemska wrosła w moje serce i że pozostanie tam już na zawsze. Po wielu rozmowach z kolegami, którzy ze mną służyli w Legii, pewnego dnia dojrzał we mnie pewien pomysł. Zrozumiałem, że przyszedł czas, abym napisał nową książkę. Podniosłem więc słuchawkę i zacząłem dzwonić do kolegów, z którymi wcześniej służyłem: wielu z nich spodobał się mój projekt.
Niebawem spotkałem przypadkiem pana Waldemara Michalskiego pracującego w wydawnictwie Bellona -?od słowa do słowa zaproponował mi współpracę przy kolejnej publikacji. Razem z jego koleżanką Izabellą Kubisz stworzyliśmy roboczy tytuł nowej książki: Czas legionisty. Później dodałem podtytuł: W cieniu braci. Rzuciłem się zatem z radością w wir pisania, przedstawiając niecodzienne przygody legionistów zaproszonych do udziału w tym przedsięwzięciu. Pochodząc z różnych zakątków świata i służąc w różnych pułkach Legii Cudzoziemskiej, pomogli mi stworzyć coś niesamowitego; wtedy nie przypuszczałem jeszcze, jak ciężka okaże się to praca, jak wiele nieprzespanych nocy będzie mnie kosztować ten pomysł. Kiedy jednak skończyłem pisać ostatnią stronę, mimo wyczerpania poczułem, że nagle czegoś mi zabrakło. Uświadomiłem sobie wtedy, jak bardzo zżyłem się z moimi bohaterami; jak wiele emocji obudziła we mnie cała ta praca.
Książka zawiera historie swobodnie opowiadane w toku długich rozmów - nadały jej charakter i niepowtarzalny klimat, pozwoliły wrócić do czasów służby, przywołały chwile radości i smutku, poczucie wartości innych niż przyziemne, znane zwykłym ludziom. Każda z postaci w mojej książce jest na swój sposób wyjątkowa, dlatego każdej z nich poświęciłem osobny rozdział, zdając sobie sprawę, że to i tak nie wystarczy, pojawi się pewien niedosyt i... kto wie -?może napiszę kolejną książkę.
Zapraszam do świata legionistów. Rzeczywistości moich braci!
Serdeczne podziękowania dla tych, którzy pomogli mi stworzyć ten przekaz: oni pozostaną w moim sercu na zawsze. Chciałbym też podziękować mojej żonie Monice i córeczce Poli za wielką cierpliwość, jaką wykazały podczas mojej podróży w przeszłość.
Sebastian Cybulski
1. Tomasz. Aubagne
1. Pułk Cudzoziemski (1 RE)
Kilka miesięcy temu spojrzałem na powiadomienia na Facebooku i zaskoczyło mnie zaproszenie -?nadawcą był mężczyzna, którego twarz wydawała mi się znajoma. Zachowałem się więc jak zawsze: zapytałem go, czy się znamy i w jakim celu mnie zaprosił. Tak się składa, że poznaliśmy się w 1996 roku w Aubagne. Podobnie jak ja chciał wstąpić do Legii Cudzoziemskiej, niestety w okresie selekcji został odrzucony. Po latach, kiedy zobaczył moje zdjęcie na Facebooku, obudziły się jego wspomnienia z tamtych lat. Z dużą dozą ciekawości przyjąłem zaproszenie i z czasem nasze rozmowy stały się częste. Pochłonięty nowym projektem opowiedziałem mu o nim: w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zacznę moją książkę od historii tego człowieka. Zaproponowałem mu więc udział w tej przygodzie: początkowo obawiał się, że -?ponieważ nigdy nie był legionistą -?jego historia okaże się banalna i stanie się powodem do wstydu.
-?Tomek! Znam kilku gości, którzy z różnych, często dziwnych powodów zostali odrzuceni! Patrząc jednak z perspektywy czasu, mogli tam z powodzeniem służyć. -?Powiedziawszy to zdanie z przekonaniem, dodałem: - Chciałbym, aby czytelnicy dowiedzieli się także o losach i tragediach tych, którym nie udało się dostać do Legii. Często musieli szukać nowych wyzwań, innych marzeń, które nigdy tak naprawdę nie uleczyły poczucia odrzucenia i bólu.
Zapanowała grobowa cisza. Bałem się, że odmówi; nie chciałem go przestraszyć, czekałem więc cierpliwie na jego decyzję.
-?Hmm. Nie wiem. Pozwól, że się nad tym zastanowię.
Minęło kilka dni, w tym czasie skupiłem się już na rozmowach z innymi osobami, jednak pewnego wieczoru zadzwonił do mnie Tomek.
-?Nadal chcesz, żebym pojawił się w twojej książce?
-?Tak. Oczywiście, że tak! -?Byłem mile zaskoczony jego decyzją.
-?To kiedy chcesz mnie przesłuchać?
-?Możemy spróbować w najbliższą niedzielę, wieczorem. Powiedzmy, o dziewiętnastej.
Dni mijały szybko, a ja nie mogłem się doczekać naszej rozmowy. W międzyczasie starałem się też przypomnieć sobie więcej szczegółów z czasów, gdy się poznaliśmy. W końcu nadeszła niedziela -?byłem gotowy do rozmowy już o godzinie siedemnastej. Na biurku leżały przygotowane dyktafon, notatnik i długopis. Wybiła godzina dziewiętnasta: wziąłem telefon do ręki i... Martwiąc się, czy odbierze, zadzwoniłem.
-?Słucham? To co, zaczniemy to przesłuchanie?
To mnie uspokoiło.
-?Tak, oczywiście, ale -?jak już mówiłem -?nie będzie to forma pytań i odpowiedzi. Chciałbym, żeby to była rozmowa, w trakcie której zagłębimy się w interesujący mnie temat. W tym przypadku będzie to twoja próba wstąpienia do Legii Cudzoziemskiej.
-?Tak, rozumiem.
Włączyłem dyktafon, chwyciłem długopis i byłem gotowy.
-?A więc zacznijmy.
Tomasz wziął głęboki oddech i... wyruszyliśmy w podróż w przeszłość, cofając się do lat dziewięćdziesiątych.
-?Kiedy przeczytałem twoją książkę Spowiedź legionisty, poczułem lekki smak zazdrości i żalu. Wcześniejsze przemyślenia nagle powróciły. Zaczęło mnie prześladować jedno pytanie: dlaczego nie ja? Niestety nie udało mi się znaleźć na nie odpowiedzi. To był jeden z paru powodów, dla których skontaktowałem się z tobą. Dziś myślę, że sam wyjazd i fakt, że spędziłem kilka tygodni w koszarach Legii w Aubagne, wiele mi dały. Na własne życzenie zostałem odcięty od świata i mogłem się skupić wyłącznie na rekrutacji w szeregi Legii.
-?Tak, zwłaszcza że jeśli dobrze pamiętam, byłeś wysportowanym facetem.
Zachęcony Tomek kontynuował swoją opowieść.
-?Wiesz, jak było w tamtych latach. Nie każdy miał szansę prowadzić normalne życie, zwłaszcza w takim mieście jak Lublin: niby duża metropolia, ale wszędzie unosił się wtedy zapach biedy.
-?Tak, ale na rynku samochodowym nie czuło się biedy -?dodałem z uśmiechem.
-?No tak, tutaj masz rację. Jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy życiu, był sport. Trenowałem judo i spotykałem się z fajną dziewczyną, którą poznałem podczas pracy w nocnym klubie. Romans nie trwał jednak długo: pewnego dnia dowiedziałem się, że zdradziła mnie z miejscowym gangsterem z Rosji. Po paru dniach zdecydowałem, że zapoluję na tego gościa: ukryłem się przed jej domem i czekałem kilka godzin, aż się z nim pojawi. Bez zastanowienia rzuciłem się na faceta, powalając go na chodnik. Rzucałem nim wielokrotnie, aż stracił przytomność, po czym zostawiłem go pod klatką schodową. Odchodząc z pola bitwy, minąłem pewną kobietę z dzieckiem: krzyczała, że go zabiłem, ale kątem oka zauważyłem, że się jeszcze rusza.
-?A ta dziewczyna? -?zapytałem Tomka.
-?Hmm. Przeszedłem obok niej, nawet nie zwracając na nią uwagi. Byłem na nią wściekły, ale kobiet się nie bije.
-?I dlatego zdecydowałeś się odejść? Bo cię zdradziła?
-?Nie, to było trochę bardziej skomplikowane. Otóż pewnego dnia, gdy wracałem z treningu, zajechał mi drogę Mercedes i zgadnij, kto z niego wysiadł. Właśnie ten gangus ze swoimi przyjaciółmi. Miałem jednak dużo szczęścia, w tym samym momencie przejechał obok radiowóz korzystając z okazji, wskoczyłem więc w pobliskie krzaki i szybko pobiegłem do domu. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w wejście do klatki i upewniwszy się, że nikt na mnie nie czeka, pobiegłem do domu. Zdając sobie sprawę, że mam bardzo mało czasu, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, chwyciłem domowy telefon i zadzwoniłem do przyjaciela. Chwilę później byłem już w jego domu, gdzie zastanawialiśmy się, co zrobić dalej. Ustaliliśmy, że następnego dnia pójdę do moich przyjaciół z pewnej mocnej ekipy i być może pomogą mi rozwiązać ten problem.
-?Nie przyszło ci do głowy, żeby jak najszybciej opuścić miasto? - spytałem.
-?Chciałem zostać w Lublinie, nie byłem gotowy na to, żeby wszystko zostawić. Rodzina i sport były dla mnie wszystkim.
-?A co z twoimi kolegami z ekipy?
-?Cóż, kiedy dowiedzieli się, z kim zadarłem, uznali, że nie mogą mi pomóc. Jednak pod koniec spotkania jeden znajomy podszedł do mnie i dał mi w prezencie... dwa nieporęczne granaty. Dodał, że to może rozwiązać mój problem. Co miałem zrobić z tymi pięknościami? Nigdy nie bawiłem się czymś takim, ale przyjąłem je i schowałem do kieszeni.
-?A kiedy zacząłeś myśleć o Legii Cudzoziemskiej?
-?Pierwszy raz z tym tematem zetknąłem się gdzieś w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku, podczas wojny w Iraku. Trąbiono o tym wszędzie. Był też film dokumentalny o Polaku, który stracił nogę w Jugosławii czy gdzieś tam na Bałkanach. Ale tak naprawdę nie interesowałem się zbytnio wojskiem; chciałem zdobywać tytuły w judo i byłem głupio zakochany. Jednak życie zweryfikowało moje marzenia: kilka dni później szedłem ulicą, kiedy zatrzymały się przede mną dwa samochody: wiedziałem już, kto to może być. Z samochodów wyskoczyło pięciu chłopów: gangus, którego potraktowałem z rozmachem i fantazją, kazał mnie posadzić na tylnym siedzeniu jednego z wozów. On siedział z przodu, pewny siebie, i patrzył na mnie z pogardą. "No cóż, Poliak, teraz będziemy się z tobą bawić, a potem cię wyrzucimy i będzie po malcziku. Sir tawariszcz?". Wiedziałem, że nie mam wyboru... Powolnym ruchem włożyłem rękę do kieszeni i, ku zdziwieniu siedzących obok mnie typów, wyjąłem z kieszeni dwa cacka, a potem wyćwiczonym ruchem odbezpieczyłem pierwszą zabawkę. "O jebane wrot. No, Poliak, tak nie nada. My do ciebie po dobroci, a ty?!" Jak można się domyślić, wszyscy wyskoczyli z samochodu. Przyznam, że byłem z siebie dumny. Trwało to jednak tylko chwilę: wykorzystałem moment paniki w szeregach Moskali i pobiegłem naprzód. Zatrzymałem się na chwilę, aby wsunąć szpilkę na miejsce, jednak, jak to w życiu bywa, było trochę nerwowo. W tym samym czasie rozejrzałem się, czy ktoś za mną nie biegnie. W końcu udało mi się zabezpieczyć ten cholerny granat i skierowałem się pod adres, który wcześniej podał mi mój przyjaciel. Kiedy dotarłem na miejsce, rozejrzałem się jeszcze raz i zadzwoniłem do domofonu. Przyjaciel otworzył mi drzwi. Kiedy już znalazłem się w środku i poczułem się bezpiecznie, nagle ogarnęło mnie zmęczenie... ale i strach! Co teraz? Czy podróże i Legia Cudzoziemska to dobry pomysł? Zdałem sobie jednak sprawę, że nie ma już odwrotu -?wieczorem musiałem wsiąść do autobusu i wyjechać do Francji. Kiedy siedziałem na swoim miejscu, poczułem straszliwą pustkę. Najważniejsze jednak, że... byłem cały! W końcu dotarłem do Marsylii, na południu Francji. Wysiadłem na dworcu Marseille Saint-Charles i -?ku mojemu zdziwieniu -?tuż przy wejściu wisiał duży plakat z twarzą legionisty: ostre spojrzenie mężczyzny w białej czapce, która po francusku nazywa się képi, nie napełniło mnie miłością do bliźniego. Nie rozumiejąc jednak francuskich napisów, podszedłem do policjanta; patrzył na mnie z ciekawością sępa szukającego zdobyczy. Wiedząc, że moje znaki na nic się tu nie przydadzą, wskazałem palcem na plakat. Légion étrang?re? Czyli, jak to brzmi w naszym ojczystym języku, Legia Cudzoziemska. Nie pozostało mi nic innego, jak skinąć głową na znak, że to jest to, czego chcę. Policjant, wyraźnie rozbawiony, kazał mi iść za sobą. Po chwili zaprowadził mnie na peron, na którym stał pociąg: podszedł do konduktora i szepcząc mu coś do ucha, wskazał na mnie. Chwilę później policjant uścisnął mi rękę na pożegnanie; mówiąc coś po francusku, pokazał mi tego samego konduktora, z którym jeszcze przed momentem rozmawiał, i pociąg, który miał się zatrzymać w mieście Aubagne, gdzie stacjonował Pierwszy Pułk Cudzoziemski administracyjny. Pociąg miał odjechać za dziesięć minut, więc włożyłem rękę do kieszeni, żeby zapłacić za bilet. Konduktor jednak odmówił i uśmiechając się, pokazał mi miejsce w wagonie. Pociąg w końcu ruszył i zaczął nabierać prędkości. Nie pamiętam dokładnie, ale nie jechaliśmy zbyt długo: pociąg zatrzymał się na stacji Aubagne, po czym konduktor wrócił do mnie, pokazał mi, że muszę tu wysiąść, a potem się pożegnał. Wyszedłem na peron i zszedłem po schodach do tunelu, gdzie zauważyłem tylko dwa kierunki: pierwszy prowadził do centrum miasta, a ja wybrałem przeciwny, podążając za mężczyzną w mundurze i képi. Czułem, że dotrę już prosto do celu.
-?Nie chciałeś zostać w mieście przez jakiś czas? Pozwiedzać, popić piwa i przemyśleć jeszcze raz to wszystko?
-?Powiedz mi, Seb, czy chciałeś coś zwiedzić, zanim przekroczyłeś progi koszar?
-?No widzisz, w moim przypadku było inaczej. Praktycznie zostałem zmuszony do spędzenia kilku dni w Tuluzie, zanim w końcu mnie przyjęli.
-?Tak, wiem, przeczytałem twoją książkę, ale czuję, że gdyby cię od razu przyjęli, nie myślałbyś o wizycie w Tuluzie!
-?Chyba masz rację, też chciałem zostawić wszystko za sobą i nie mogłem się już doczekać nowego etapu mojego życia.
Wróciliśmy do historii Tomka: po chwili milczenia kontynuował swoją opowieść.
-?W końcu znalazłem się przed drzwiami wejściowymi, przed którymi stał wartownik. Pokazał mi tak zwane biuro przepustek, gdzie jakiś starszy stopniem typ zażądał ode mnie dokumentów potwierdzających moją tożsamość. Podałem mu je, a po chwili pojawił się potężny legionista i zaprowadził mnie do parterowego budynku, gdzie zabrali mi cały dobytek. Potem kazano mi założyć zielone dresy i buty sportowe, po czym zaprowadzono mnie do dużego pokoju, czegoś w rodzaju świetlicy: było tam już wielu ludzi chętnych do służby w Legii Cudzoziemskiej, w tym ja... i ty. Stałeś na uboczu z dość wysokim gościem.
-?Tak, ten facet to był Jacek, też z Warszawy. Trzymaliśmy się razem przez całą instrukcję.
-?Dokładnie. Pamiętam, jak pewnego dnia zabrano nas ciężarówką w jakieś miejsce; nie wiem, jak się nazywało, ale było tam dużo pnączy, na których rosły winogrona. Najważniejsze jednak zobaczyłem chwilę później: duży dwupiętrowy budynek, przed którym w końcu zatrzymała się ciężarówka. Jakiś facet wyskoczył z kabiny, kazał nam wysiąść z pojazdu i ustawić się w dwóch rzędach; nagle zobaczyłem sylwetki starszych mężczyzn -?później okazało się, że byli to legioniści, którzy tam mieszkali. Niektórzy zachowywali się tak, jakby wciąż trwała wojna. Dziadkowie byli dziarscy, bitni i jednocześnie smutni. Powiedziałem sobie, że nie chciałbym tak skończyć; najpierw jednak trzeba było się do tej Legii dostać.
Uśmiechnąłem się i dodałem:
-?Tak, ja też tam byłem, nie wiem jednak, czy się spotkaliśmy, czy zajmowałem się inną grupą. Pamiętam, jakby to było wczoraj, dwóch rozwścieczonych weteranów okładających się po twarzach stekami. Mimo swojego wieku skakali do siebie całkiem nieźle. -?Po chwili zmieniłem jednak temat i zapytałem: -?Wiem, że to może być smutne, ale powiedz mi, Tomek, co się stało, że w końcu cię odrzucili.
-?No widzisz, nie pamiętam, ale miałem problemy z testami pisemnymi. Widocznie ktoś nie chciał, żebym tam był, bo...
Nagle zapadła cisza. Czułem, że Tomek na nowo przeżywa gorycz porażki, jaką było odrzucenie jego kandydatury.
-?Wiesz, teraz, po latach, łatwiej mi o tym mówić, ale to była dla mnie tragedia. Nie miałem dokąd pójść. W Lublinie szukało mnie stado Moskali. Gdy wypuszczono mnie z koszar, usiadłem na krawężniku przy drodze, próbując ułożyć nowy plan działania. Chciałem znaleźć odpowiedź na to, co się stało, jednak na próżno. Jeśli chcesz wiedzieć, wróciłem do Polski, ale zostałem w Poznaniu i zdecydowałem się rozpocząć pracę w gastronomii. Teraz, po latach, być może będę w stanie podziękować Legii za to, że mnie odrzuciła: zrobiłem karierę, mam wspaniałą rodzinę i razem z żoną prowadzimy fajną restaurację. Myślę, że tak jest lepiej. Najgorsze, że po latach smak goryczy jednak pozostał. Seb, jeśli kiedykolwiek przyjedziesz do Poznania, zapraszam do siebie. Moja żona też przeczytała twoją książkę i chciałaby cię poznać. W dodatku miło by było spotkać się z tobą na żywo. Mam też nadzieję, że moja historia nie przyniesie ci wstydu.
-?Tomku, dziękuję za zaproszenie i zapewniam, że jak tylko będę w Polsce, odwiedzę was w Poznaniu. Tymczasem bardzo dziękuję za twoją historię i poświęcony czas.
Kiedy skończyliśmy rozmowę, wspomnienia tamtych burzliwych lat przemknęły mi przed oczami. W mojej głowie rozbrzmiewało pytanie: co by się stało, gdybym został odrzucony w takim momencie?
2. Berki. Nîmes
2. Cudzoziemski Pułk Piechoty (2 REI)
Berki, Węgier, który ukończył ze mną kurs CME F1 na kaprali w szkoleniowym 4. Pułku Cudzoziemskim, w mieście Castelnaudary, służył w 2. Cudzoziemskim Pułku Piechoty z Nîmes. Skontaktowałem się z nim ponownie trzy lata temu: wiele przeżyliśmy -?zwłaszcza chwile, które były dla nas trudne, pozostały na długo w naszej pamięci. Kilka miesięcy temu, gdy zacząłem na poważnie zastanawiać się nad kolejną książką, po Spowiedzi legionisty i Dwóch twarzach. Dwóch światach, od razu pomyślałem o niesfornym Węgrze. Sytuacja okazała się na tyle prosta, że Madziar mieszkał w Carcassonne -?około stu kilometrów od Tuluzy; spotkanie mogliśmy zorganizować więc dość łatwo. Jak się jednak potem okazało, tylko ten krok był relatywnie prosty: po tym, jak w trakcie rozmowy telefonicznej poprosiłem go o udział w moim projekcie, Berki stał się mniej rozmowny.
-?Pit Bull, wiesz, co to jest, trudno jest to mówić do mikrofonu, wiedząc, że ta historia pójdzie w świat.
Już zacząłem się martwić, że nic z tego nie wyjdzie, gdy raptem odezwał się cichym głosem...
-?Wiesz co, zrobimy to, popijając nasze legionowe wino! W przeciwnym razie po prostu się obrażę. -?Berki wybuchnął śmiechem, wiedząc, że od ponad dziesięciu lat nie tknąłem alkoholu.
Odpowiedziałem mu więc szczerze.
-?Jeśli tak dalej pójdzie, to po skończeniu pracy nad tą książką stanę się alkoholikiem. Na szczęście większość rozmów z moimi bohaterami będzie odbywać się przez telefon. To może mnie uratować przed alkoholizmem.
Usłyszałem cichy śmiech. Potem, akceptując ten warunek, zacząłem się przygotowywać do rozmowy i jakieś dwa tygodnie później pojechałem na umówione spotkanie. Kiedy w końcu dotarłem na miejsce i zapukałem do drzwi, otworzył mi gospodarz i spojrzał na mnie z miną nieznoszącą sprzeciwu. Byłem pewny, że wypiję z nim drinka, choćby po to, by na chwilę wrócić do przeszłości. Miałem tylko nadzieję, że nie wszyscy moi bohaterowie będą stawiać takie warunki. W mgnieniu oka na stole pojawiła się butelka czerwonego wina z wygrawerowanym orłem, który był jednym z emblematów 1. Pułku Cudzoziemskiego. Jak przystało na starych towarzyszy broni, wstaliśmy i wznieśliśmy toast za... Cóż, to mógł być tylko jeden toast!
-?Za Legię i jej zbirów! -?Słowa te wypowiedział głośno Berki.
-?Za cudowne chwile bólu i radości! -?odpowiedziałem, wlewając w siebie zawartość pękatego szkła.
Szalony Węgier ponownie napełnił kieliszki, jednak, nie wznosząc już toastu, skinął, żebyśmy usiedli.
-?Pit Bull, powiedz mi, jak wyobrażasz sobie naszą rozmowę? Chcesz zadawać pytania? Czy jak?
-?Nie! Chciałbym, żeby to była zwykła swobodna rozmowa. Od historii do historii. Coś naturalnego z sercem i szczerością.
-?No cóż, to po następnym, żeby rozwiązać języki.
Berki napełnił ponownie kieliszki, uśmiechając się przy tym drwiąco. Sprawdziłem jeszcze raz, czy dyktafon jest gotowy, i rozpoczęliśmy podróż w czasie. Szybko zeszliśmy na temat kursu CME F1.
-?Pit Bull, pamiętasz, jak nasz dowódca plutonu zasnął podczas prowadzenia ciężarówek? Jechaliśmy wtedy na poligon; pamiętam, jak było zimno. Mieliśmy straszną potrzebę sikania, a nasz szef zasnął w kabinie i zapomniał, że musimy stanąć.
-?Tak, pamiętam. W naszej ciężarówce pewien Czech nie wytrzymał i nasikał do metalowego bidonu. Problem w tym, że musiał potem z niego pić. Szef podobno ubolewał nad tym, że przez trzy noce i dwa dni przeszliśmy zaledwie sto osiemdziesiąt kilometrów. Obiecał sobie, że następni "chętni" na kaprali w ciągu doby będą musieli pokonać sto kilometrów.
-?Więc co? Bo ja o tym nie słyszałem! -?mruknął nieco już rozgrzany węgierskim winem.
-?Tak właśnie zrobił. Dowiedziałem się o tym od Anglika, który w tym samym czasie był tam na kursie łączności -?odpowiedziałem, przypominając sobie, jak po wycieczce z szefem bolały mnie stopy. -?Pamiętam też naszą paradę w deszczu z wielkimi klockami drewna. Nieśliśmy je po dwóch, śpiewając jednocześnie pieśni legionowe.
-?A pamiętasz, Pit Bull, kiedy pewien typ za karę przez kilka dni nosił pierdolony plecak pełen kamieni? Musiał biegać, jeść i spać z tym ciężkim "towarzyszem".
-?Tak, pamiętam. Nie potrafił wydać poprawnie żadnego rozkazu. Instruktorzy siedzieli na nim przez całe jebane trzy dni i cały czas krzyczeli mu do ucha, że jest słaby i nie nadaje się na kaprala, że doprowadzą go do dezercji, bo tylko na to zasługuje. -?Próbowałem sobie przypomnieć twarz tego typa, ale zamiast tego zobaczyłem sceny z pierwszych dni kursu. -?Berki, a pamiętasz naszą pierwszą noc na farmie? Jak nas instruktorzy zaatakowali nad ranem? Było bardzo zimno, to był początek lutego, byliśmy w okopach, padał deszcz.
-?Tak, pamiętam. Była też akcja z namiotami bez tropików. Jeden z sierżantów sprawdził nasze śpiwory dla zabawy: te, które były suche, szybko lądowały w lodowatej wodzie, a na koniec kazano nam się w nich położyć. Kiedy już zasypiałem, nagle jakiś pierdolony typ wrzucił do namiotu granat treningowy. Kiedy wystrzelił, razem z drugim gościem byliśmy pokryci zawartością tego gówna.
W powietrzu czuć było nadciągającą falę wspomnień, które zapewne pozostaną z nami aż do śmierci. Mój rozmówca chciał odbyć rozmowę, która później okazała się dość zaskakująca. Spojrzał na mnie nagle rozkojarzonym wzrokiem.
-?Wiesz, Pit Bull, będę szczery. Przyznaję, że na pisarza to raczej nie wyglądasz, twoja pierwsza książka mnie zaskoczyła, zwłaszcza że polecił mi ją facet z Drugiego Cudzoziemskiego Pułku Piechoty. Niestety nie umiem czytać po polsku, poprosiłem go więc, aby przy dobrym drinku opowiedział mi o jej zawartości. Ogólnie rzecz biorąc, okazało się, że napisałeś to uczciwie. Zapytałem go również, jak oceniasz naszą firmę: ponownie jego opinie były pozytywne. Teraz, kiedy zaprosiłeś mnie do rozmowy, wiedziałem, że opiszesz naszą historię szczerze i uczciwie.
Spojrzałem na mojego gospodarza z uśmiechem. Dzięki takim recenzjom wiedziałem, że idę w dobrym kierunku. Teraz przyszedł jednak czas na przygody szalonego Węgra: opróżniłem więc kieliszek i odwróciłem się do niego.
-?Może jednak zaczniemy naszą podróż, inaczej słońce zajdzie, a ty chyba masz trochę tego w pamięci!
-?Tak, masz rację, a jutro mogę stracić ochotę na powrót do przeszłości. Zanim jednak rozpoczniemy ten lot, będziemy gryźć jednego po drugim.
Mój rozmówca znów chwycił butelkę, napełnił kieliszki i nawet ich nie dotykając, zaczął opowiadać.
-?Hmm, wiesz, Pit! Normalnie po kursie kaprala miałem wyjechać na urlop. Wtedy, o ile dobrze pamiętam, wasz pułk został postawiony w stan gotowości z powodu afery w Kosowie. My w tym samym czasie, w siedemdziesiąt dwie godziny, zostaliśmy przeniesieni do Senegalu. Byłem wściekły, bo zapowiadały się ciekawe wakacje. Z drugiej strony, nasza firma od dwóch lat jeździła tylko na poligony, pojawiła się więc okazja, aby to zmienić. Wreszcie Afryka i trochę więcej pieniędzy; pod jednym warunkiem -?wystarczyło tylko cało wrócić do domu. Misja sama w sobie miała być prosta i przyjemna: niestety, kurwa, jak się później okazało, było zupełnie inaczej. Zamieszki wywołane wyborami prezydenckimi spowodowały pierdolony chaos; mieliśmy chronić obywateli francuskich mieszkających w Dakarze, stolicy kraju. Wiadomo było również, że miejscowa ludność miała wiele problemów z dobrze uzbrojonymi gangami z Mali i sąsiedniej Gwinei Bissau. Faktycznie nie były to jeszcze zbyt dobrze wyszkolone grupy terrorystów, ale stanowiły prawdziwy problem dla rządu Senegalu. Wiadomo, że siły zbrojne wielu krajów afrykańskich były słabo uzbrojone, występował też element korupcji, który był bardzo zauważalny na każdym etapie. Jeśli jednak chodzi o mnie, to mógłbym nawet pojechać na koniec świata, aby zmienić otoczenie i wyrwać się z nieustannej plątaniny poligonów. Szybko przewieziono nas do przygranicznego miasteczka Kédougou; będąc już na miejscu, zajęliśmy wskazane przez sztab punkty obserwacji i kontroli: mieliśmy za zadanie wychwytywać grupy rebeliantów, które przenikały z Gwinei Bissau. Był to kraj, w którym właśnie toczyła się wojna domowa, co doprowadziło do totalnego chaosu na granicy. Pit, sam doskonale wiesz, jak to wygląda w rzeczywistości. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, natychmiast rozpoczęliśmy rozpoznanie terenu; okazało się jednak, że nie będzie to łatwe. Niektórzy stwierdzili, że różnice między Czadem a tamtejszym krajobrazem są ogromne. Czad znajdował się w większości na płaskim terenie, zaś w Senegalu teren był górzysty, a lasy -?gęste; mogło to mieć duży wpływ na sposób funkcjonowania naszej kompanii. Mieliśmy obserwować wskazane wcześniej skrzyżowania leśnych dróg i ich liczne odnogi, czyli serpentyny dość szerokich polnych szlaków prowadzących w głąb Senegalu. Najgorsze było to, że ze względu na gęstą roślinność pojawiły się problemy z kontaktem wzrokowym między sekcjami. Podstawową formą komunikacji zawsze będzie radio, w dżungli jednak było inaczej, bo zasięg był zakłócany przez gęstą roślinność. Mieliśmy jednak niezastąpione i wciąż działające nadajniki TRPP 13 o wadze około dziesięciu kilogramów; były to maszyny ciężkie i nieskomplikowane, dlatego w takich miejscach stawały się niezastąpione. Jako świeżo upieczonemu kapralowi powierzono mi obowiązki szefa ekipy; zadania snajpera przejął młody Rumun, dowódcą grupy był pewien pochodzący z Niemiec sierżant, a szefem drugiej ekipy -?francuski kapral, który parę miesięcy wcześniej wrócił z Dżibuti i sam przyznał, że nigdy wcześniej nie widział tak zielonej Afryki. Nie byliśmy tam jednak w ramach lokalnej turystyki: musieliśmy mieć oczy i uszy szeroko otwarte, bo niebezpieczeństwo mogło kryć się dosłownie wszędzie.
-?Rozumiem, co masz na myśli. Sam spędziłem trochę czasu na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Zapamiętałem też swój pobyt w Czadzie: teren był głównie pustynny. Z drugiej strony, czas spędzony na odizolowanym posterunku policji w Abéché pozwolił mi zapoznać się z burzą piaskową - przerwałem Berkiemu, mając przed oczami wspomnienia z tych miejsc.
-?Teraz to widzisz, prawda?
-?Tak. Jak na jawie i muszę przyznać, że mimo ryzyka utraty zdrowia tęsknię za tymi miejscami -?odpowiedziałem mu, czekając na dalszy ciąg historii.
Węgier chwycił butelkę i ponownie napełnił nasze kieliszki. Zachowaliśmy jednak umiar: mój rozmówca najwyraźniej chciał kontynuować swoją opowieść.
-?Ubaw zaczął się już pierwszej nocy. Nasza sekcja zajęła wcześniej przygotowane stanowiska: w pewnym momencie jeden z młodych żołnierzy, obserwując wyznaczony sektor, zauważył zbliżające się postacie. Z lasu powoli wyłoniła się niewielka grupa podejrzanych ludzi: mogliśmy zobaczyć wydłużone kształty trzymane w rękach -?coś na kształt karabinów. Nie czekając dłużej, powiadomiliśmy dowódcę sekcji: wszyscy od razu oprzytomnieliśmy. Nie było zbyt wiele czasu na zajęcie wyznaczonych wcześniej pozycji; wraz z moją ekipą przyczailiśmy się obok naszego wozu bojowego VAB. Kazałem jednemu z młodych legionistów wdrapać się na jego dach: miał za zadanie zaorać teren przed nami ciężkim karabinem maszynowym Minimi. Po prawej stronie pojazdu siedział legionista z wyrzutnią rakiet LRAC 89-F1; zostawiłem z nim innego żołnierza z zapasem granatów ręcznych, a sam, wraz z czwartym członkiem ekipy, zająłem pozycję około trzydziestu metrów na lewo od strzelca Minimi. Panowała całkowita cisza, byłem tak skupiony, że przestałem słyszeć bicie swojego serca. To oczekiwanie trwało około piętnastu minut, może nawet krócej. Nagle rozległ się potężny huk: w tym momencie zobaczyliśmy postacie trzymające w rękach Kałasznikowy -?zaczęli jebać do nas z tych pieprzonych pukawek. Na szczęście strzelali na oślep i nikogo nie trafili. Na początku zaskoczony wydałem rozkaz otwarcia ognia: wyrastający przed nami ludzki mur został dosłownie skoszony. Nie było jednak czasu na współczucie; czułem, że mój karabinek FAMAS staje się już dosyć gorący. Nie wiem, czy to przez strzelaninę, czy dlatego, że go mocno ściskałem. Wydałem rozkaz, aby używać tylko karabinków: przeciwnicy byli już zbyt blisko i nie było mowy o użyciu rakiet. Niestety nasze zapasy amunicji szybko się kończyły: nikt nie spodziewał się, że pierwszej nocy zostaniemy potraktowani tak brutalnie. Na szczęście słońce szybko pojawiło się na niebie, a napastnicy wycofali się do lasu. Może zdawali sobie sprawę, że w dzień nie będą mieli tyle szczęścia. Po chwili zorientowaliśmy się, że miejsce potyczki jest już puste. Dowódca plutonu podjął decyzję o wysłaniu tam trzech legionistów: musieli podejść do miejsca ataku od tyłu, aby oczyścić pozycje wroga. Tak zabezpieczeni mogliśmy przeczesać teren, podchodząc z przodu. Nikt jednak na nas nie czekał. Na trawie pozostały tylko setki łusek, dowód na to, że chcieli nas wszystkich wypatroszyć. Tym, co nas jednak zmroziło, były ciała nocnych napastników. Było ich może z piętnastu; wszyscy w bardzo młodym wieku, myślę, że mieli nie więcej niż czternaście lub piętnaście lat. Dowódca sekcji powiedział mi, że najprawdopodobniej byli pod wpływem narkotyków, co powodowało dużą agresję i całkowity brak strachu. Pewnego dnia Węgier z Drugiego Cudzoziemskiego Pułku Powietrznodesantowego powiedział mi, że taka taktyka w Afryce to norma: nawet już rozbrojeni, byli w stanie ciągłej agresji, potrafili zadać sobie poważne rany. Spojrzałem jeszcze raz na powyginane w różnych pozycjach ciała, a następnie w ciszy sprawdziłem stan osobowy i materialny ekipy. Tego ranka nikt nie miał ochoty ani na kawę, ani na śniadanie: każdy tylko ukradkiem spoglądał na leżące nieopodal trupy. To było naprawdę trudne doświadczenie. Pomimo sytuacji, w której do tego doszło, nie mogłem pozbyć się poczucia winy. Czy właśnie teraz przekroczyłem prawdziwą granicę niewinności? Te i inne pytania zaprzątały mi głowę przez cały dzień.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki