Rozdział I .Polacy o Polsce
Przeor Eustachiusz (wiek XV)
Przepowiednia ojca Eustachiusza, przeora jednego z klasztorów Benedyktynów pod Warszawą, to zapewne najstarsze proroctwo dotyczące Polski, chociaż znamy jeszcze jedno starsze. Królowa Jadwiga Andegaweńska miała rzekomo oświadczyć, że po jej śmierci spadną na Krzyżaków straszne klęski. Tę groźbę-proroctwo wyrzekła na wiosnę 1398 roku. Nie mamy jednak pewności, że nie jest ono wymysłem Jana Długosza.
Przepowiednia ojca Eustachiusza natomiast pochodzi z połowy XV wieku, z roku około 1449, a więc z czasów rosnącej w siłę potęgi polskiego królestwa. Mówi o przyszłości naszej Ojczyzny, zarówno tej, którą dziś można uznać za już wypełnioną (bardzo ponurej), jak i tej będącej wciąż przed nami. Przeor Eustachiusz miał wizję, którą zesłał nań - jak twierdził - sam Bóg.
Początkowo nikt nie przejmował się "majaczeniami" podrzędnego mnicha, więc zakonnik pozostał osobą nieznaną - nie wiadomo ani kiedy się urodził, ani kiedy umarł, ani też, w jakim klasztorze pełnił funkcję przeora. Nie zachował się też oryginalny zapis przepowiedni. Jej treść znamy z odnalezionej w Bremie niemieckiej kopii z roku 1758, a tłumaczonej z łaciny. Losy oryginału są nieznane. Na język polski przetłumaczył ją dopiero w połowie XIX wieku Józef Chociszewski.
Wreszcie, po wielu latach ktoś odkrył, że przepowiednia ojca Eustachiusza sprawdza się w całej pełni. Niedocenianego dotąd mnicha wielu zaczęło traktować poważnie, jak chociażby król Szwecji Karol X Gustaw, który kazał przetłumaczyć sobie jego proroctwo na język rodzimy z łaciny.
Karol X Gustaw Wittelsbach - król Szwecji w latach 1654-1660, książę Zweibrücken-Kleeburg w latach 1652-1660. Część polskiej szlachty uważała, że Karol Gustaw będzie lepszym królem niż jego mało popularny kuzyn Jan Kazimierz, w związku z tym zaproponowała mu koronę. Stało się to pretekstem do rozpoczęcia tzw. drugiej wojny północnej, której polski epizod nazywany jest popularnie "potopem szwedzkim". Był on jedną z odsłon wojen prowadzonych przez Szwecję, dążącą w tym czasie do całkowitej dominacji nad Morzem Bałtyckim. Rezultatem tego były wcześniejsze wojny z Polską o ujście Wisły i Inflanty. Konflikt miał również swoje korzenie w sporze o tron Szwecji w obrębie dynastii Wazów, do którego zgłaszali pretensje królowie polscy z tej dynastii. Kiedy Karol Gustaw w 1655 roku najechał Polskę, układ sił uległ zachwianiu i państwa ościenne, obawiające się wzrostu potęgi Szwecji, utworzyły przeciw niej silną koalicję. Szwedzki król planował najpierw podbój i rozbiór Polski, a później chciał to samo zrobić z Danią. Tych zamierzeń nie udało się mu jednak zrealizować, zdołał nas "tylko" doszczętnie ograbić. Gdy przebywał w 1660 roku w Göteborgu, dostał nocą udaru i zmarł, czyli mówiąc dawnym językiem: szlag go trafił1.
"Ja, Eustachiusz, przeor klasztoru Benedyktynów, przepowiadam ci Polsko, że zażyjesz wiele nędzy w przyszłych stuleciach - pisał zakonnik. - Zacna Polsko, jesteś szlachetna, wielka i wspaniała, lecz gardzisz ty swoimi mądrymi królami, a ponieważ nimi gardzisz, przeto pójdziesz w rozsypkę. Lew północy połączy się z czarnym orłem w ciemnej dolinie i zada ci dotkliwe uderzenie w pierś, aż twoje białe pióra krwią się zarumienią. Młodzieniec zza gór zstąpi na twe wyżyny i zada ci wielkie klęski. Potem nadchodzi potężny lew dwugłowy, który sprawi twój upadek, o wielka Polsko! Słońce skryje się przed tobą, a ty będziesz długi czas siedzieć w ciemności. Będą wielkie powstania i wiele krwi niewinnej się przeleje, to wołać będzie o pomstę do nieba, zagniewany Bóg ześle na was taką karę, że nie będzie końca biadaniom. Nieszczęśliwa i pożałowania godna Polsko! Będziesz wzdychała za pokojem, ale ten nie prędzej się zjawi aż w siódmej liczbie, a spełni się w czasie siedem razy siedem. Wtedy przyjdzie książę pokoju w całym blasku i pokój panować będzie w twych murach i pałacach".
Co można odczytać z tej przepowiedni? Mnich zdaje się przepowiadać nastanie dla Rzeczypospolitej wielkich klęsk w kolejnych stuleciach: potopu szwedzkiego, rozbiorów, narodowych powstań, wreszcie powrotu Polski na mapę Europy.
Ojciec Eustachiusz przewiduje upadek narodu, który "gardzi swymi mądrymi królami". Znamy to dobrze z naszej historii pod nazwą "złotej wolności" szlacheckiej, która w XVIII wieku przybrała karykaturalną wręcz postać, stając się przeciwieństwem tego, z czego powstała - idei demokratycznej wspólnoty wolnych narodów, "wolność swą samodzielnie ubezpieczających".
Początek praw gwarantujących w Polsce niespotykaną w ówczesnej Europie wolność szlachecką stanowiły tzw. artykuły henrykowskie spisane na sejmie elekcyjnym 20 maja 1573 roku, a następnie przedstawione do podpisania Henrykowi Walezemu jako warunek objęcia tronu Rzeczypospolitej.
Po śmierci Zygmunta Augusta szlachta stanęła wobec konieczności wyboru króla. Ustaliła wówczas szereg zasad, które stworzyły podstawę ustrojową nowożytnej monarchii elekcyjnej. Uchwalone w okresie pierwszego bezkrólewia artykuły henrykowskie (1573), których nazwa pochodzi od imienia pierwszego polskiego króla elekcyjnego Henryka Walezego, jako prawa fundamentalne były niezmienne i musiał je przed koronacją zaprzysiąc każdy król Polski. Głównymi zasadami tego aktu prawnego było zagwarantowanie wolnej elekcji (elekcji viritim), zakazu dziedziczenia tronu, prowadzenia polityki zagranicznej w porozumieniu z senatem, niezwoływanie pospolitego ruszenia bez zgody sejmu, który powinien być zwoływany raz na dwa lata. W skład artykułów weszły także postanowienia konfederacji warszawskiej, gwarantującej wolność religijną. W wypadku pogwałcenia postanowień przez króla szlachta miała prawo do wypowiedzenia mu posłuszeństwa.
W Rzeczypospolitej istniało silne przekonanie o wyższości rodzimego ustroju nad systemami politycznymi innych państw. Szlachta uważała, że jedynie Polska korzysta z prawdziwej wolności, która chroni ją przed tyranią jedynowładztwa. Jednocześnie "panowie bracia" nie wątpili, że owa wolność przysługuje jedynie im - ze względu na przyrodzoną zacność oraz sprawowaną przez nich funkcję obrońców kraju. Poczucie wyższości stało się z czasem bezkrytyczne, a umacniał je fakt, że ugruntowanie swobód i praw szlacheckich zbiegło się w czasie z rozkwitem potęgi Rzeczypospolitej. To jednak, co było siłą jeszcze dwieście, czy nawet sto lat wcześniej, w XVIII stuleciu stało się zarzewiem katastrofy. Jednak samouwielbienie trwało dalej, nawet w czasach klęsk i wojen.
"Magnateria do gruntu zdeprawowana, skorumpowana i wyzbyta patriotyzmu, jej wychowanie i obyczaje tłumią w niej wszelką iskrę cnót obywatelskich" - pisał o Rzeczypospolitej w XVIII stuleciu brytyjski dyplomata Nathaniel William Wraxall.
"Lew północy połączy się z czarnym orłem w ciemnej dolinie i zada ci dotkliwe uderzenie w pierś, aż twoje białe pióra krwią się zarumienią" - napisał ojciec Eustachiusz. Niewątpliwie miał tu na myśli wspomnianego wyżej króla szwedzkiego Karola X Gustawa Wittelsbacha i dokonany przez jego wojska szwedzki "potop". Karol Gustaw połączył swoje siły z siłami elektora Brandenburgii Fryderyka Wilhelma I (pradziada Fryderyka II Wielkiego), króla Prus, panującego równocześnie jako książę pruski - czyli lennik Korony polskiej. Ten ostatni dopuścił się zdrady, gdyż jako wierny lennik służyć miał wiernie Rzeczypospolitej. Jak można dowiedzieć się z opracowań historycznych, najeźdźcy spiskowali przeciwko królowi polskiemu potajemnie, czyli w "ciemnej dolinie".
Wojna ze Szwecją była długa i wyczerpująca. Formalnie zakończył ją pokój zawarty w Oliwie w roku 1660. Najazd wojsk szwedzkich miał miejsce, gdy Rzeczpospolita prowadziła wyniszczającą wojnę obronną z Rosją, która wiosną i latem 1654 roku najechała ponad połowę jej terytorium (potop rosyjski) i wsparła trwające od 1648 roku powstanie Chmielnickiego2. Zajęcie przez Rosjan Ukrainy i większości terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowiło zagrożenie dla szwedzkich wpływów nad Bałtykiem i było bezpośrednią przyczyną wkroczenia Szwedów do Polski i na Litwę w 1655 roku. Zaangażowana w wojnę z najazdem rosyjskim i osłabiona kozackimi powstaniami Rzeczpospolita nie zdołała odeprzeć militarnie najazdu Szwedów w 1655 roku, czego wyrazem było poddanie się wojsk pospolitego ruszenia, a nawet wypadki współpracy i podporządkowania się królowi szwedzkiemu.
Od wiosny 1656 roku zaczął jednak wzrastać opór armii koronnej, pojawiły się pierwsze sukcesy militarne, to z kolei zaczęło powoli doprowadzać do równowagi pomiędzy przeciwnikami. Jesienią tego roku wskutek poprawienia się sytuacji międzynarodowej, większość wojsk szwedzkich wycofała się z Polski (do czerwca 1657 r.). Szwedzi od tego czasu byli już w defensywie i utrzymywali pod swoją kontrolą jedynie niektóre twierdze, z Toruniem na czele.
Chociaż ostatecznie Szwedzi zostali wyparci, to jednak poniesione przez Rzeczpospolitą straty w wyniku walki z kilkoma przeciwnikami oraz koszty ustępstw pokojowych były ogromne. Kraj został maksymalnie wyniszczony i wykrwawiony: "aż twoje białe pióra krwią się zarumienią". Szacuje się, że w wyniku działań wojennych ludność Warszawy zmniejszyła się aż o 90 proc. Do tej pory w większości nie zostały odzyskane zagrabione przez Szwedów dobra kultury polskiej, m.in. zrabowane z Zamku Królewskiego w Warszawie dwa brązowe lwy zdobiące do dzisiaj siedzibę królewską w Sztokholmie.
W tym samym czasie trwała nie tylko wojna z Rosją, Szwecją i Kozakami, ale jednocześnie z południa, zza gór, najechał Rzeczpospolitą (1657 r.) władca Siedmiogrodu Jerzy II Rakoczy - "Młodzieniec zza gór zstąpi na twe wyżyny i zada ci wielkie klęski". Rakoczy, który dokonał wielkich spustoszeń (szczególnie na Podkarpaciu), ostatecznie został rozbity w dwóch bitwach stoczonych w lipcu 1657 roku: pod Magierowem i pod Czarnym Ostrowem.
* * *
Kraj praktycznie bez armii, ze słabą władzą centralną, za to z bardzo silnymi, prywatnymi wewnętrznymi księstwami, realnie będącymi zupełnie niezależną siłą lokalną, bez żadnych reform ustrojowych - nie mógł przetrwać w Europie, w której wciąż wzmacniały się tendencje absolutystyczne. Rzeczywiście, kraj, w którym szlachta cieszyła się, że jest słaby, bo: "słabego nikt się nie boi i nikt go nie będzie atakował" - został podzielony pomiędzy trzy europejskie mocarstwa. Prawie bez walki. To także epizod dobrze znany wszystkim pobieżnie choćby znającym własną historię. Do I rozbioru Polski doszło w roku 1772. Rosja, Prusy i Austria 5 sierpnia tego roku podpisały w Petersburgu traktat dotyczący podziału ziem Rzeczypospolitej. "Rzeczpospolita została unicestwiona nie z powodu anarchii wewnętrznej, została unicestwiona dlatego, że wielokrotnie próbowała się reformować" - napisał Norman Davies.
"Potem nadchodzi potężny lew dwugłowy, który sprawi twój upadek, o wielka Polsko! - wieszczył ojciec Eustachiusz. - Słońce skryje się przed tobą, a ty będziesz długi czas siedzieć w ciemności". Tym "dwugłowym lwem" była oczywiście Moskwa, co ostatecznie za panowania carycy Katarzyny II doprowadziło do całkowitego upadku państwa polskiego (Rosja podzieliła się nim z Prusami i Austrią). Katarzyna kazała sobie przewieźć do Petersburga tron polskich władców i zamieniła go w... wychodek. I skonała na nim...
Kamerdyner znalazł carycę na korytarzu prowadzącym do toalety w Carskim Siole. Leżała nieprzytomna, z pianą na ustach. Jej stan był beznadziejny. Żyła jeszcze dwie doby. Umarła 17 listopada 1796 roku, nie odzyskawszy przytomności. Miała 67 lat. Wokół okoliczności śmierci carycy Katarzyny narosło wiele legend. Jedna z nich, wspomniana przez Wacława Gąsiorowskiego i Waldemara Łysiaka, głosi, że zginęła w toalecie, siadając na sedesie, w którym był zamontowany sprężynowy bagnet. Inna, że jej zgon miał być bezpośrednim następstwem sprzecznych z naturą prób spółkowania z ogierem w pałacowej stajni. Tak naprawdę umarła jednak na wylew krwi do mózgu. Jak relacjonował naoczny świadek: "(...) Nie zdradzała żadnych oznak cierpienia i wydaje się, że umierała szczęśliwie, tak jak szczęśliwe były jej rządy".
Pierwszy rozbiór przyniósł narodowi otrzeźwienie. Czołowi pisarze doby stanisławowskiej poddali "złotą wolność" miażdżącej krytyce. Celem zaplanowanych reform było przywrócenie równowagi między władzą a społeczeństwem. Kilkadziesiąt lat później, szczególnie w okresie romantyzmu, pojawiły się głosy rehabilitujące dawne swobody. Upadek państwa tłumaczono odstąpieniem od pierwotnych zasad powszechnej wolności. Ten pogląd spotkał się z kolei z krytyką pozytywistów. Tradycja romantyczna powróciła w latach pierwszej wojny światowej. Jednak nawet najbardziej zagorzali obrońcy wartości Rzeczypospolitej szlacheckiej przyznawali, że w XVII i XVIII wieku pojęcie wolności uległo wypaczeniu, a przebudowy państwa dokonał dopiero Sejm Wielki.
"Będą wielkie powstania i wiele krwi niewinnej się przeleje, to wołać będzie o pomstę do nieba, zagniewany Bóg ześle na was taką karę, że nie będzie końca biadaniom". Potrzeba było morza krwi i poświęcenia kolejnych pokoleń, aby Polskę wyciągnąć z ciemności zaborów i wyrwać ją z kajdan niewoli, sprowadzonej tam przez gnuśność i głupotę przodków. Synowie herbowych zdrajców własną krwią zmywali hańbę antenatów walcząc u boku Napoleona, bijąc z nim Prusaków, Austriaków i goniąc Moskali aż do bram Kremla, po którego bruku dwieście lat wcześniej brzęczały podkowy husarskich koni ich przodków - zdobywców Moskwy.
Gdy jednak zgasła ta Gwiazda Zaranna, zasypana siłą bagnetów zwolenników skostniałego ancien regime'u z całej Europy, szlachcice polscy dalej walczyli i przelewali krew w powstaniach oraz zrywach narodowowyzwoleńczych: konfederacji barskiej, powstaniu listopadowym, insurekcji kościuszkowskiej czy powstaniu styczniowym. Opuszczeni, samotni, pozbawieni nadziei na przyszłość, szli do walki z Moskalem i Prusakiem z głęboką wiarą w słuszność swojej ofiary. Dopiero te młode życia i ta straceńcza krew, przelana w nierównej walce, musiała zmyć głupotę i hańbę ich przodków.
* * *
Końcowe słowa proroctwa ojca Eustachiusza mówią o odrodzeniu nie tylko polskiej państwowości, lecz również o odrodzeniu duchowym. Brzmią dość tajemniczo i są otwarte na wiele interpretacji. Nic też w tym dziwnego, że szczególnie ta ostatnia część przepowiedni od lat skłania wielu badaczy do prób rozszyfrowania "kodu proroctwa".
"Nieszczęśliwa i pożałowania godna Polsko! Będziesz wzdychała za pokojem, ale ten nie prędzej się zjawi aż w 7-mej liczbie, a spełni się w czasie siedem razy siedem. Wtedy przyjdzie książę pokoju w całym blasku i pokój panować będzie w twych murach i pałacach". To najdziwniejsze słowa z całego proroctwa i właściwie nie wiadomo, jak należy je odczytać. O cóż więc może chodzić? Siódma liczba, która spełni się w czasie siedem razy siedem i wówczas ma nastać pokój?
Profesor Bartłomiej Groch3, który interpretował przepowiednię w roku 1938 stwierdził, że powinno się ją liczyć w następującym systemie, w którym każda siódemka jest zespolona z poprzednią: 1 x 7 + 2 x 7 + 3 x 7 + 4 x 7 + 5 x 7 + 6 x 7 + 7 x 7 = 7 + 14 + 21 + 28 + 35 + 42 + 49 = 196, przy czym odrodzenie Polski ma nastąpić przy końcu szóstego i na początku siódmego okresu, czyli z sumy 196 lat należy odjąć 49 i powstaje wynik 147 lat. Tyle lat upłynęło (mniej więcej - należy bowiem pamiętać, że przepowiednie bardzo rzadko są dokładne w stu procentach w kwestii liczb, dat czy poszczególnych wydarzeń), od roku 1772 - czyli od pierwszego rozbioru Polski, do roku 1918/1919 - czyli uzyskania przez Polskę niepodległości. Natomiast liczba 196 lat, liczona od trzeciego i ostatniego rozbioru Polski (1795 r.), wskazuje na rok 1991, czyli upadek (transformację) systemu komunistycznego i powstanie (quasi) wolnych państw w Europie Środkowej i Wschodniej. W marcu 1991 roku rozwiązano w Moskwie struktury wojskowe Układu Warszawskiego, w czerwcu - Radę Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Suwerenność 16 listopada 1988 roku ogłosiła Estonia (dotychczasowa Estońska SRR), zapoczątkowując tym samym rozpad Związku Sowieckiego, zakończony deklaracją o samorozwiązaniu ZSRS, uchwaloną przez Radę Najwyższą 26 grudnia 1991 roku.
Mimo sukcesów w polityce zagranicznej, za które Michaił Gorbaczow otrzymał 5 czerwca 1991 roku Pokojową Nagrodę Nobla, w kraju narastała krytyka. Prezydent nie potrafił sprostać narastającym konfliktom narodowościowym i niepodległościowym dążeniom sowieckich republik. Lawirował pomiędzy zwolennikami zmian a ich przeciwnikami dążącymi do siłowego stłumienia tendencji demokratyzacyjnych. Wywoływało to niezadowolenie obu stron i skłaniało je do radykalizacji działań. W Związku Sowieckim partia komunistyczna utraciła konstytucyjną gwarancję monopolu na władzę, a Gorbaczow poszukiwał alternatywnego dla KPZS oparcia władzy. W czerwcu 1991 roku lider obozu demokratycznego Borys Jelcyn zwyciężył w wyborach prezydenckich w Federacji Rosyjskiej, zdobywając ogromny wpływ na większość obszaru państwa.
W cichy niedzielny wieczór 18 sierpnia 1991 roku doszło do puczu "starej gwardii". Do Foros, letniej rezydencji prezydenta nad Morzem Czarnym, na Krymie, przybyła delegacja Komitetu na rzecz Stanu Wyjątkowego w ZSRS, dowodzona przez wiceprezydenta ZSRS Giennadija Janajewa i zażądała przekazania jej całości władzy. Gorbaczow odmówił, w związku z czym został zatrzymany w areszcie domowym. Odebrano mu aparaturę kierującą głowicami jądrowymi. W państwowej telewizji i radiu 19 sierpnia o 6 rano ogłoszono, że ze względu na rzekomy zły stan zdrowia Gorbaczowa, został on zawieszony w wykonywaniu funkcji prezydenta, a jego obowiązki na mocy konstytucji przejął tym samym wiceprezydent Janajew. Komitet ogłosił na niemal całym terytorium kraju stan wyjątkowy, który miał obowiązywać przez pół roku, wydał Odezwę do narodu radzieckiego, jednocześnie wprowadzając kontrolę prasy (duża część dzienników i czasopism została zawieszona) oraz zakaz demonstracji i strajków. Wprowadzono również godzinę milicyjną po 23.00. Do Moskwy wkroczyły oddziały wojskowe uzbrojone w czołgi, okrążając wszystkie ważniejsze gmachy w mieście. Łącznie Komitet skierował do stolicy kilka dywizji i około 500 pojazdów pancernych. Przez trzy najbliższe dni, odcięci od reszty świata Michaił Gorbaczow i jego żona Raisa Maksimowna zostali zakładnikami rebeliantów. "Baliśmy się, że skończymy jak Romanowowie" - wyznała później pierwsza dama. Raisa Maksimowna traktowała spiskowców z zimną krwią, ale w końcu nie wytrzymała napięcia: dostała udaru mózgu, w którego wyniku została częściowo sparaliżowana. Nigdy już nie doszła po tym do pełni sił, nigdy nie była taka, jak przedtem. Wiele osób uważa, że od tego dnia zaczęła powoli umierać.
Tymczasem wydarzenia w Moskwie nie przebiegały zgodnie z wolą spiskowców. Zamach wywołał zdecydowaną reakcję sił demokratycznych. Na ulicach stolicy pojawiły się czołgi, Borys Jelcyn zaczął organizować opozycję. Głównym ogniskiem oporu stał się budynek parlamentu Rosji (tzw. Biały Dom), otoczony barykadami bronionymi przez kilka tysięcy ludzi. Jelcyn wspiął się na jeden z pancernych kolosów i wezwał do strajku generalnego. Oddziały wojskowe, skierowane do szturmu na Biały Dom, odmówiły wykonania rozkazu. Przywódcy Ukrainy i Kazachstanu potępili pucz. Estonia ogłosiła całkowitą niepodległość. "Stara gwardia" zaczęła się wycofywać. 21 sierpnia czołgi zniknęły z ulic. Przywódcy spisku - z wyjątkiem Borysa Pugo, który popełnił samobójstwo - zostali aresztowani.
Gorbaczow wrócił do Moskwy 22 sierpnia, obejmując z powrotem swój urząd. Jednak najważniejszą osobą w dogorywającym ZSRS był już prezydent Federacji Rosyjskiej Borys Jelcyn. Jelcyn wraz z przywódcami Ukrainy (Leonid Krawczuk) oraz Białorusi (Stanisław Szuszkiewicz) 8 grudnia 1991 roku podpisali na spotkaniu w Puszczy Białowieskiej porozumienie o rozwiązaniu ZSRS i utworzeniu w jego miejsce Wspólnoty Niepodległych Państw. Gorbaczow 21 grudnia podał się do dymisji, przekazując jednocześnie Jelcynowi główny atrybut najwyższej władzy w ZSRS - teczkę z kodami umożliwiającymi uruchomienie broni nuklearnej. Związek Sowiecki przestał formalnie istnieć 25 grudnia. Powiewającą na Kremlu czerwoną flagę z sierpem i młotem zastąpiła biało-niebiesko-czerwona flaga Rosji. Gorbaczowa zastąpił Borys Jelcyn, a Raisę żona Jelcyna, Naina, pierwsza dama w tradycyjnym stylu matrioszki.
Jak twierdzi Jan Nepomucen Olizarowski, autor książeczki Przepowiednie dla Polski i świata wydanej w 1988 roku: "wstęp do proroctwa i opis upadku ojczyzny spełniły się i nie wymagają komentarza w zasadzie". (Przepowiednie ukazały się w 1988 roku i autor broszurki nie mógł wiedzieć niczego o tym, co wydarzy się rzeczywiście po tej dacie).
"Okresów, w których Polska będzie pod zaborami, Eustachiusz przewiduje sześć, a zatem wyznacza zmartwychwstanie na koniec szóstego i początek siódmego okresu - pisze Olizarowski. - Dlatego też, aby otrzymać sumę lat niewoli Polski, należy od ogólnej sumy 196 odjąć lata ostatniego okresu, siódmego - to jest 49. Otrzymamy wynik: 147 lat. To jest od pierwszego rozbioru Polski (1772) do daty odzyskania przez nią niepodległości (1918). Ale też licząc od abdykacji Stanisława Augusta [Poniatowskiego] i trzeciego rozbioru Polski (1795) - po 196 latach otrzymamy rok 1991 jako ten, który zakończy okres rozterek i da następnie okres pokoju".
Niektórzy, jak na przykład Wincenty Łaszewski, autor pracy Duchowa misja Polski, twierdzą, że biorąc pod uwagę fakt, iż benedyktyński przeor był przede wszystkim teologiem, jego słowa należałoby odczytywać raczej nie dosłownie, ale w całym kluczu chrześcijańskich symboli.
"Tym samym pojawiająca się liczba siedem to nie wskazanie konkretnej daty historycznej, lecz liczba mistyczna. Mówi o tzw. czasie łaski, więcej - obfitości łaski, o jakimś wylaniu Ducha na Polskę. Siedem to liczba duchowej dojrzałości i doskonałości, wskazanie na pełnię dobra. Dodatkowo może też znamionować jakieś wydarzenia apokaliptyczne, czyli czasy wielkiego przełomu naznaczonego wojną czy kataklizmami. Może również oznaczać nie tyle mroczne wydarzenia, ile czasy wielkiego wyboru, gdy Polacy będą musieli się opowiedzieć za jedną z wielu (siedem razy siedem, czyli 49 możliwości) dróg w przyszłość. Wybór ma paść na drogę łaski i dojrzałości duchowej, co nie będzie łatwe w świecie podejmującym inne decyzje. Mamy do takiego wyboru być kiedyś gotowi (...)".
Cyfra siedem to liczba uważana za mistyczną, wyróżniającą się bogatą symboliką. W wielu mitologiach i religiach świata jest symbolem całości, dopełnienia, symbolizuje związek czasu i przestrzeni. Starożytni filozofowie przypisywali jej własności opieki i władzy nad światem, kojarząc z siedmioma planetami. Pitagorejczycy uważali ją za najwyższą podstawową liczbę całkowitą. W wielu mitologiach stanowiła atrybut bogów, jej wartość była przedstawiana w architekturze, świętych pismach, przykazaniach i kosmologii.
W Starym Testamencie symbolika siódemki do pewnego stopnia wynikała z etymologicznych powiązań liczby siedem z pojęciami: pełnia i przysięga. Siedem i pełnia pochodzą z tego samego źródłosłowu, czasem zresztą - ze względu na brak osamogłoskowania w oryginalnym tekście ST - trudno rozstrzygnąć, czy chodzi o siedem, czy też o pełnię. Od słowa "siedem" pochodzi słowo "przysięga", a przysięgać w języku hebrajskim brzmi: "siódemkować". W innych językach semickich słowo "przysięga" pochodzi od innych pojęć. "Tydzień" to po prostu siódemka, czyli siedmioodcinkowy przedział czasu, bo okres siedmiu lat również jest określany tym samym terminem. Czasem trudno rozstrzygnąć, czy chodzi o siedem dni, czy siedem lat. Pozwalało to na osobliwe gry językowe. Hag szabuot mogło znaczyć Święto Siódemek, Święto Tygodni, Święto Przysiąg. Imię Batszeba mogło znaczyć "córka siódemki", "córka pełni", "córka przysięgi". Podobnych przykładów można podać więcej. W Starym Testamencie siedem jest liczbą świętą. Oznacza ona jakiś pełny, doprowadzony do końca, sobie tylko właściwy etap (epokę). Po jego zakończeniu następuje nowy etap (epoka), która jest konsekwentnym następstwem poprzedniego. Liczba siedem zawiera też w sobie pewną tęsknotę za nadejściem siódmej epoki, w której osiągnięty zostanie upragniony odpoczynek po ciężkich trudach obecnego wieku (szabat), życie w obfitości, szczęściu i dostatku. Siódemka oznacza również konkretne, uwieńczone sukcesem działanie, którego efekt jest zazwyczaj nieodwracalny. Oznacza przewidzianą przez Boga i uporządkowaną przezeń całość. Czasem, dla zintensyfikowania symbolicznej wymowy siódemki, stosowano wielokrotność siódemki "siedemdziesiąt" lub "siedemdziesiąt siedem" (Rdz 4, 24).
W okresie międzytestamentowym siódemka staje się ważnym symbolem apokalips żydowskich. Najlepszym tego przykładem jest 4 Ezdrasza i Apokalipsa Barucha (nazywana też 2 Barucha), które składają się z siedmiu wizji. Wizje tych dwu apokalips następują po 7-dniowych przerwach. 4 Ezdrasza wylicza, raz po raz, a to siedem dróg, a to siedem porządków czy siedem atrybutów i siódmy element zawsze przewyższa znaczeniem i doniosłością poprzednie sześć. Siódma wizja tej apokalipsy, mówiąca o spisaniu ksiąg świętych, nie zawiera już żadnych apokaliptycznych treści. Ponadto według 4 Ezdr 7, 30-31 Mesjasz przez siedem dni będzie zabity, ale po siódmym dniu zmartwychwstanie (7/8). Według Apokalipsy Abrahama, dla siódmej generacji po Abrahamie Bóg przyobiecał exodus (2 Bar 32, 1). 2 Barucha dzieli historię świata na czternaście epok (2 Bar 28, 2).
Siódemka wycisnęła silne piętno na ostatniej księdze Nowego Testamentu, tj. na Apokalipsie św. Jana. Jest ona nie tylko najczęściej stosowanym w niej symbolem, ale również najważniejszym symbolem, któremu podporządkowano cały szereg innych symboli. Wiele symboli występuje w liczbie siedmiu. Siedem świeczników, siedmiu aniołów, siedem gwiazd, siedem kościołów Azji Prokonsularnej, księga zapieczętowana siedmioma pieczęciami, siedem oczu i siedem rogów Baranka, siedem głów Smoka, siedem głów Bestii, siedmiu królów, siedem pagórków. Niektóre symbole zostały nawet uszeregowane w siódemkowe serie i decydują o strukturze Apokalipsy - listy, pieczęcie, trąby i czasze. Również tekst całej księgi można podzielić na siedem części. Siedem ma wiele zastosowań w Apokalipsie. Siódemka bywa też w Apokalipsie ukryta, nieuchwytna przy bezpośrednim wglądzie. W Ap 5, 12 wyliczonych zostało siedem atrybutów Baranka (moc, bogactwo, mądrość, siła, cześć, chwała i błogosławieństwo), w Ap 7, 12 - siedem atrybutów Boga (błogosławieństwo, chwała, mądrość, dziękczynienie, cześć, moc i siła), a w Ap 6, 7 - siedem klas społecznych (królowie ziemi, możnowładcy, wodzowie, bogacze, mocarze, niewolnicy i wolni). Siedem razy użyte zostały ważne w tej księdze terminy i zwroty: sierp, błogosławiony, wytrwałość, proroctwo, wieniec, księga życia, mieszkańcy ziemi, czteroczłonowa formuła "każde plemię, język, lud i naród", formuła "Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, co Duch mówi do kościołów" i inne. Chrystus siedem razy zapowiada swoją Paruzję. Imię Chrystus występuje siedem razy, Jezus - czternaście, a Baranek odniesiony jest do Chrystusa 28 razy, z tego siedem razy w powiązaniu z Bogiem. 21 razy użyty został termin moc. W Ap 18, 12-13 wymienionych jest 28 towarów, jakie kupcy sprzedają Babilonowi. Nietrudno zauważyć, że wymienione tu terminy i zwroty wiążą się z Paruzją, zbawieniem i życiem wiecznym. Są to terminy związane z wiecznością, z zapoczątkowaniem wieczności, bądź obietnicą wejścia do wieczności. Siedem razy występuje jednak również: otchłań i Szatan, a 14 razy śmierć.
Przy interpretacji Biblii, Zesłanie Ducha Świętego, gdy apostołowie zaczęli przemawiać różnymi językami, często zestawiane jest z pomieszaniem języków przy budowie wieży Babel. W chwili Zesłania ludzkość zdołała symbolicznie przełamać wszelkie bariery i na nowo zjednoczyć się w Duchu Świętym. Podobną myśl wyraża Święty Paweł, pisząc: "nie ma już Greka ani Żyda". Wkrótce wokół apostołów zgromadzą się wszystkie narody i wszystkie języki.
Dzień zesłania Ducha Świętego, zwany też Pięćdziesiątnicą (Pentecoste), potocznie Zielonymi Świątkami, jest w chrześcijaństwie świętem ruchomym i przypada 49 dni (7 tygodni) od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego, a więc przypada również w niedzielę. Jest to jedno z najważniejszych świąt, obchodzone szczególnie w krajach protestanckich, np. w niektórych krajach związkowych Niemiec, Szwajcarii oraz w Danii święto Pięćdziesiątnicy obchodzi się przez dwa dni. W Polsce pierwszy dzień Zielonych Świątek jest dniem wolnym od pracy. Drugi dzień Zielonych Świątek, jako święto państwowe, zniesiono w roku 1957.
* * *
Tak wygląda pesymistyczna (choć niepozbawiona wątków optymistycznych) przepowiednia dla Polski nieznanego przeora zakonu benedyktynów - ojca Eustachiusza, żyjącego w XV wieku - w czasie rodzącej się wielkiej prosperity Korony Królestwa Polskiego, potem rozszerzonej i przemienionej w Rzeczpospolitą Obojga Narodów.
"Wtedy przyjdzie książę pokoju w całym blasku i pokój panować będzie w twych murach i pałacach" - napisał tajemniczy benedyktyn. Niektórzy twierdzą, że w ten sposób przepowiedział rok, w którym Polak Karol Wojtyła został wybrany na papieża, czyli 1978. W jeszcze innej interpretacji owe siódemki to wyliczenia lat, które mają dać liczbę wyznaczającą czasy, gdy Polska ukształtuje swoją niepodległość, a oznaczają: 7x7 czyli 49 lat od powstania Polski upłynie, gdy zjawi się "książę pokoju". "Jeśli przyjmiemy, że Polska odzyskała wolność w 1991 roku, to 1991 + 7 x 7 = 1991 + 49 = 2040. Czyli w roku 2040 pojawi się wybawca narodu" - twierdzi kolejny "znawca tematu".
"Na koniec będą mieli przez lilię króla, którego przez długi czas nie chcieli lecz potem przyjmą go z radością" - twierdzi w ostatnim zdaniu swojego proroctwa ojciec Eustachiusz. Lilia to kwiat-symbol. Symbol ofiary, cierpienia, czystych intencji. Kim natomiast jest ów król "którego przez długi czas nie chcieli lecz potem przyjmą go z radością"? Nie wiadomo. Internauci mają tu swoje typy:
- Znam człowieka, którego Polacy mieli szansę wybrać w wyborach prezydenckich wiele razy, a nie zrobili tego (przez długi czas nie chcieli). Kandyduje i w tym roku. Człowiek ten uważa się za monarchistę, nie demokratę i ma właściwe inicjały na króla tj. JKM - Jego Królewska Mość. To oczywiste, że przepowiednia mówi o Januszu Korwin-Mikkem. (michallesz2).
- Dla mnie to oczywiste. Jedynym dobrze urodzonym i zaprzysiężonym prezydentem na uchodźstwie jest Jan Zbigniew Potocki, który startował do wyborów prezydenckich w Warszawie i uzyskał 34 proc. głosów. Ale to szybko zostało ukryte i wyciągnięto wiadomo kogo. Teraz, gdy będziecie Polacy wybierali prezydenta, to wiecie na kogo głosować. (Femme2).
- Przecież to proste. Król, którego długo nie chcieli, to Jarek K. (~gość).
Opat Stanisław Reszka (wiek XVI)
Za czasów miłościwie nam panującego króla Zygmunta II Augusta, ostatniego z Jagiellonów, żył w Jędrzejowie opat klasztoru Cystersów Stanisław Reszka (inna forma nazwiska: Rescius). Urodził się 14 września 1544 roku w Buku, zmarł 3 kwietnia roku 1600 w Neapolu i pochowany został w kościele S. Maria delle Grazie. Zobaczył więc Neapol i umarł, ale wcześniej zobaczył jeszcze coś... O tym jednak za chwilę.
Kształcił się w Collegium Lubranscianum4 w Poznaniu, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, we Frankfurcie nad Odrą, Wittenberdze i Lipsku. Doktorat uzyskał w Perugii. W 1559 roku został sekretarzem biskupa warmińskiego Stanisława Hozjusza, późniejszego kardynała i jednego z wybitnych przywódców polskiej oraz europejskiej kontrreformacji. W roku 1573, po elekcji na tron polski Henryka Walezego, posłował do Paryża, aby w imieniu kardynała złożyć powinszowania nowemu królowi i polecić mu sprawy Kościoła w Polsce. Walezy również mianował Reszkę swoim sekretarzem.
Wiele razy za Walezego, a później Stefana Batorego5 i Zygmunta III, posłował do Rzymu w ważnych misjach królewskich. Dużo pisał, głównie pism polemicznych przeciwko innowiercom i z poświęceniem bronił Kościoła przed atakami. W okresie reformacji wydał kilka żarliwych dzieł w obronie wiary, Kościoła i papieża. Król Stefan Batory dał mu opactwo w Jędrzejowie, ale ksiądz Reszka nigdy przykładnym opatem nie był, bowiem prowadził niezwykle aktywne życie kościelne i społeczne. Utrzymywał kontakty z wybitnymi przedstawicielami kultury europejskiej. Był osobą wysoko cenioną i szanowaną w społeczeństwie.
Stanisław Reszka ufundował w Buku nagrobek dla swoich rodziców i rodzeństwa (1579), w testamencie ustanowił też fundację na wyposażenie szpitala Świętego Ducha w swoim rodzinnym mieście oraz przeznaczył zapis dla Bractwa Ubogich Kapłanów i założonego przez siebie Bractwa Najświętszego Ciała Chrystusowego. Nazwisko jego nosi w tym mieście plac, przy którym stoi budynek szpitala Świętego Ducha. O jego zasługach przy założeniu szpitala mówi m.in. wypis datowany na rok 1737: "Szpital ten założonym jest kosztem Wielebnego Stanisława Reszki, opata jędrzejowskiego, murowany wraz z kaplicą dotąd nie poświęconą. Znajduje się w nim dwanaście izdebek i jedna wielka izba ogrzewana z obszerną kuchnią".
Ostatnie dziewięć lat wizjoner spędził w Neapolu jako poseł króla w sprawie odzyskania tzw. sum neapolitańskich, czyli pożyczki udzielonej jeszcze przez królową Bonę królowi hiszpańskiemu.
Królowa Bona, chociaż nie była formalnie władczynią Polski, to za czasów panowania swojego męża Zygmunta Starego i syna Zygmunta Augusta uchodziła za osobę, która chce mieć znaczący wpływ na to, co się dzieje w państwie Jagiellonów - pisze Antoni Bzowski. - Ambicje Włoszki jednak wielu się nie podobały. Toteż gdy 1 lutego 1556 roku postanowiła ona opuścić ziemie polskie, niejeden odetchnął z ulgą, włącznie z samym królem, który nie mógł już dogadać się z matką. Bona postanowiła wrócić do rodzinnego księstwa Bari. Wraz z nią na ziemię włoską ruszyły aż 24 wozy wypełnione kosztownościami i nie tylko swoimi, gdyż część dóbr należała niegdyś do Piastów mazowieckich, w których to siedzibie w Warszawie królowa mieszkała przez ostatnie lata. By wyjechać z kraju z takimi skarbami, Bona musiała wystarać się o zgodę senatorów, którzy przystali na to po uzyskaniu paru "upominków". Wcześniej królowa posłała do Włoch także czyste złoto, tak aby w razie napadu wszystkiego nie stracić.
Do Bari Bona dotarła w maju 1556 roku. Na jej dworze nie było już żadnego Polaka, lecz tylko zdawałoby się zaufani włoscy dworzanie. Wiadomość o przybyciu bogatej wdowy szybko obiegła Włochy, a następnie całą Europę, docierając w końcu na dwór króla Hiszpanii Filipa II Habsburga. Tak się składało, że hiszpański monarcha miał akurat całkiem spore kłopoty związane z finansowaniem coraz to nowych wojen. Zwrócił się zatem do królowej Polski o pożyczkę. Jako zastaw zaoferował prawo do cła we Włoszech ściąganego przez Habsburgów. Przedsiębiorcza królowa dostrzegła tu okazję na pomnożenie swojego majątku i zdecydowała się na udzielenie Filipowi pożyczki w kwocie 430 dukatów, czyli 1,5 tony złota. Dziś suma ta odpowiadałaby ok. 230 mln złotych. Wydawało się zatem, że jest to rozsądna transakcja, lecz na początku listopada 1557 roku królowa zachorowała. Jak na 63-letnią kobietę w tych czasach nie powinno to budzić zdziwienia, jednak do tej pory Bona nie skarżyła się na kłopoty ze zdrowiem. Wręcz przeciwnie: tryskała wigorem i niejednemu ze swojego otoczenia dawała "popalić". Aż tu nagle choroba... Przy królowej czuwały głównie trzy osoby: dworzanin Gian Lorenzo Pappacoda, lekarz Gio Antonio di Matera i kuchmistrz Paolo Matrillo. Cała trójka pracowała dla Habsburga. Lekarz i kuchmistrz niezależnie od siebie podali Bonie truciznę, a Pappacoda sporządził testament, który miała ona podpisać. Na podstawie tego dokumentu dziedzicem całej fortuny królowej, w tym księstw Bari i Rossano, stawał się Filip II. Ku zgrozie spiskowców 18 listopada królowa zaczęła jednak wracać do zdrowia. Może nie była w pełni sił, ale na tyle była świadoma, by móc podyktować nowy testament. Tym razem głównym spadkobiercą stawał się jej syn Zygmunt August. Monarchini ponadto zapowiedziała powrót do Polski. Pappacoda, będący najważniejszym człowiekiem Filipa II na dworze wdowy po Zygmuncie Starym, postanowił działać szybko. Najprawdopodobniej zaaplikował królowej nową truciznę i już dzień później Bona zmarła, a dworzanin ogłosił jej pierwszy testament. Spotkała go za to nagroda. Filip II uczynił go margrabią Capruso. Reszta spiskowców poniosła w niedługim czasie śmierć w tajemniczych okolicznościach. Podobnie było z notariuszem Catapanim, który spisywał drugi testament królowej Bony. Lecz on akurat przed śmiercią wysłał na dwór krakowski informację o istnieniu tego dokumentu. Pod naciskiem hiszpańskim wprawdzie później wszystkiego się wyparł, ale i tak skutecznie uruchomił działania polskiego króla.
Zygmunt August na wiadomość, że jest prawowitym dziedzicem ogromnego majątku swojej matki, obejmującego dwa włoskie księstwa, postanowił nie zostawiać go tak łatwo Habsburgowi. Jagiellon poprzez polską placówkę dyplomatyczną w Neapolu zaczął procesować się przede wszystkim najpierw o zwrot pożyczonych królowi Hiszpanii pieniędzy. Stąd też wzięła się nazwa procesu o sumy neapolitańskie. Na niekorzyść Zygmunta Augusta działała jednakże odległość miejsca, gdzie rozpatrywano całą sprawę. Informacje przesyłane pomiędzy Neapolem a Krakowem bardzo łatwo mogły wpaść w ręce Habsburgów. Tym bardziej, że usługi pocztowe na tym obszarze świadczyła prohabsburska rodzina książąt von Taxis. Dlatego też Zygmunt August 18 października 1558 roku wydał edykt, ustanawiający połączenie pocztowe na trasie Kraków-Wiedeń-Wenecja, za które miał odpowiadać Piemontczyk Prosper Provana, zaufany dworzanin króla Polski. Ponadto polska dyplomacja zaczęła naciskać na cesarza i papieża, aby w jakiś sposób zareagowali na postępowanie Filipa II. W Watykanie zabiegano nawet o obłożenie klątwą spiskowców z dworu Bony. Wobec tego obawiający się skandalu cesarz Ferdynand I postanowił mediować między obydwoma monarchami. Rozmowy między Filipem i Zygmuntem doprowadziły do zwrotu 10 proc. zagarniętego majątku Bony oraz obietnicy oddania całości udzielonej przez królową pożyczki wraz z księstwami Bari i Rossano. Król Polski ze swojej strony zgodził się jedynie na przekazanie obsługi połączeń pocztowych na wspomnianej trasie rodzinie von Taxis. Ten niby drobny gest miał jednak brzemienne skutki. Filip II nie zamierzał Zygmuntowi II niczego więcej zwracać, a o wszelkich staraniach polskiego króla, by to uczynił, wiedział zawczasu, gdyż książęta Taxisowie przekazywali mu wszystkie jego listy, które przechodziły przez ich ręce. Gdy Jagiellon się w tym zorientował, zerwał umowę z Taxisami i w 1564 roku przekazał ich obowiązki mieszczaninowi krakowskiemu Sebastianowi Montelupiemu. Sprawa sum neapolitańskich utknęła jednak w martwym punkcie. Po śmierci Zygmunta Augusta próbowała je odzyskać jego siostra Anna Jagiellonka. Potem poselstwa w tej sprawie wysyłał Zygmunt III, Władysław IV i Jan Kazimierz. Bezskutecznie.
Ostatni raz na forum publicznym kwestię sum neapolitańskich podnosił poseł Marek Poznański w 2012 roku. Argumentował, że Hiszpania powinna zwrócić równowartość zagarniętej niegdyś przez jej króla pożyczki. Teoretycznie byłoby to możliwe, gdyby państwo polskie nieustanie podnosiło tę kwestię w dwustronnych relacjach, co by uniemożliwiało przedawnienie roszczenia. Wiadome jest, że tak było do końca panowania Jana Kazimierza. Później ten temat nie występował i to z równie ważnego powodu. Królowa Bona pożyczała bowiem pieniądze nie państwa polskiego, lecz swoje prywatne. Transakcja pożyczki z Filipem II nie była tym samym układem międzypaństwowym, a umową prywatną. Dlatego roszczenia do Habsburgów (a nie do Hiszpanii) o zwrot tych pieniędzy (a także księstw we Włoszech i reszty fortuny królowej) miała nie Polska, a Jagiellonowie i ich spadkobiercy, czyli Wazowie. Zatem sumy neapolitańskie pozostaną już na zawsze synonimem pieniędzy, których nie można odzyskać.
Po śmierci Stanisława Reszki papież Klemens VIII wystawił w Neapolu pomnik z jego wizerunkiem wykutym w marmurze. W rodzinnym Buku w Wielkopolsce jego imieniem nazwano plac, przy którym znajdował się ufundowany przez opata szpital.
Intensywna praca intelektualna, niezachwiana pobożność, jak i czyny opata pozwalają sądzić o jego wysokim poziomie duchowym. Służył Rzeczypospolitej i królom Polski, więc jego myśli koncentrowały się wokół spraw państwowych i panujących, z którymi współdziałał, a swoim duchem proroczym przenikał czasy przyszłe.
Stanisław Reszka sformułował wiele przepowiedni, z których cytowana niżej przechowała się do czasów obecnych. Jej kopia znalazła się w XVIII wieku w posiadaniu jego spadkobiercy w klasztorze Cystersów w Przemęcie, opata Szołdrowskiego. Opat przekazał wieszczbę Józefowi Szołdrowskiemu, który z kolei udostępnił ją Józefowi Chociszewskiemu (1895), autorowi znanego dzieła o przyszłości.
A oto jej pełna treść:
Profetia Abbatis Andreoviensis Stanislai de regibus Poloniae et veritas conformis, czyli - Proroctwo opata jędrzejowskiego Stanisława o Królach Polski.
1. Flos in Vallae - Kwiat w dolinie
2. Nominis Corona - Z imienia korona
3. Exul fortunatus - Wygnaniec szczęśliwy
4. Gloria suxccedens - Chwała następująca
5. Manipulus sterilis - Sługa niepłodny
6. Noctis breve Sidus - Krótkiej nocy gwiazda
7. Manus Congregatorum - Ramię zgromadzonych
8. Diversi Coloris - Różnej barwy
9. Solus Princeps - Jedyny księciem
10. Ex duobus Unus - Z dwóch jeden
11. Sonitus Apium - Brzęczenie pszczół
12. Custos Vigilantiae - Stróż czujności
13. Ipse fortis - Sam mężny
14. Civitatis aliquod ornament um - Jakaś ozdoba państwa
15. Alter Cracus - Drugi (stary) Krak
16. Patria e Sol - Słońce ojczyzny
17. Regnorum Occasus - Upadek królestwa.
Gdy po tysiąc siedem zagrozi, wtedy królową wdowę wdowiec mieć będzie. Który siedmiopagórkowy pan mieć będzie. Szczęśliwy król we wszystkim, do niego wrócą Prusy, nakłoni się Pomorze, Niemcy milczeć będą, odżyje z popiołów Polska, Passavia zobaczy, Łotwa obawiać się będzie, Brandenburgia zapłacze, Dania smucić się będzie. Moskwa zadziwi, Francja zobaczy, że bez cudzych pieniędzy umocni się i wzrośnie Polska. I Kościół katolicki będzie się radował. Ciebie Boga chwalimy.
Pierwszą interpretację powyższej listy władców dał redaktor, wydawca, pisarz ludowy i działacz narodowy Józef Chociszewski (1837-1914), autor Księgi Sybillińskiej o przyszłości. Uzupełnił go profesor Bartłomiej Groch w swojej książce Ks. Bronisław Markiewicz i jego dzieło oraz przepowiednie o przyszłości Polski:
1. Flos in Vallae - kwiat w dolinie oznacza Henryka Walezego, na co naprowadza wyraz łaciński vallis - dolina, spokrewniony z nazwiskiem "Valoxis" i to, że Walezjusze mieli w swym herbie lilie w dolinie.
2. Nominis Corona - z imienia korony, to Stefan Batory. Imię bowiem Stefan pochodzi od greckiego wyrazu stefanos - wieniec, korona. Król też swymi czynami zasłużył na przepowiedziany mu symbol.
3. Exul fortunatus - wygnaniec szczęśliwy, to Zygmunt III. Król ten został jako dziecko ze Szwecji wypędzony, a jako monarcha Polski miał wielkie szczęście, którego jednak nie umiał wykorzystać.
4. Gloria suxccedens - chwała następująca oznacza Władysława IV, którego zwycięstwa i zamiary były sławne i korzystne dla Polski.
5. Manipulus sterilis - sługa niepożyteczny (niepłodny) odnosi się trafnie do Jana Kazimierza, który mimo swojej dobrej woli nie panował z pożytkiem dla narodu. Abdykacja, którą chciał się przysłużyć narodowi, zupełnie usprawiedliwia ten przydomek.
6. Noctis breve Sidus - krótkiej nocy gwiazda wskazuje na Michała Korybuta Wiśniowieckiego, którego panowanie było krótkie i podobne do nocy z powodu haniebnego traktatu w Buczaczu z Turkami. Prócz tego Wiśniowieccy mieli w herbie gwiazdy.
7. Manus Congregatorum - ramię zgromadzonych, jest to Jan III Sobieski, który pod Wiedniem objąwszy dowództwo nad wojskami chrześcijańskimi ocalił nie tylko Austrię, ale i Europę od zalewu bisurmanów.
8. Diversi Coloris - różne barwy, odnosi się do Augusta II, który zmienił religię i rządził w Polsce i w Saksonii. Właśnie jego przejście z protestantyzmu na katolicyzm i rządy dwoma państwami oznaczają w przenośni dwukolorowość.
9. Solus Princeps - jedynym księciem pierwszym jest Stanisław Leszczyński.
10. Ex duobus Unus - to August III, następca Augusta Mocnego.
11. Sonitus Apium - brzęczenie pszczół przypomina czasy Stanisława Augusta, za którego Polacy jakby wyroili się z ciasnego ula państwowości szlacheckiej w poszukiwaniu dróg do państwa demokratycznego.
12. Custos Vigilantiae - stróż czujności (albo czuwających), to Tadeusz Kościuszko. Bohater ten po upadku władzy królewskiej nie tylko ocalił honor upadającej Polski, ale także niejako czuwał nad jej odrodzeniem.
13. Ipse fortis - sam mężny wskazuje na twórcę legionów polskich Henryka Dąbrowskiego, który był osobiście dzielny, podobnie jak i ogół legionistów, ale nie potrafił porwać za sobą całego narodu w celu wywalczenia pełnej niepodległości.
14. Civitatis aliquod ornamentumi - czyli państwa jakaś ozdoba, przypomina nam Księstwo Warszawskie...
15. Alter Cracus - drugi Krak, odnosi się do Józefa Piłsudskiego. Jak bowiem legendarny Krak założeniem Krakowa dał początek państwu Małopolan, tak i Józef Piłsudski, któremu naród usypał w Krakowie mogiłę podobną jak i Krakowi, zapoczątkował dzisiejszą Polskę. Jak państwo Małopolan zjednoczyło się później z Wielkopolską i z Mazowszem, tak samo obecna Polska może się jeszcze połączyć z innymi zagrożonymi i uciskanymi krajami... Chodzi o federację Polski z Litwą, Ukrainą lub Białorusią, którym wiele uwagi poświęcał marszałek Piłsudski.
16. Patria e Sol - słońce ojczyzny oznacza przyszłego odnowiciela świata, opisanego przez Mickiewicza w widzeniu Księdza Piotra w Dziadach. Odnowicielem tym ma być przepowiadany przez księdza Markiewicza papież Polak, który, podobnie jak Józef Piłsudski, oprze się na Polsce, a później na Słowiańszczyźnie - "zbuduje ogromy swego kościoła".
17. Regnorum Occasus - wydaje się być sygnałem raczej owego upadku królestw, czyli władztw, a nie, że "papież ten wprowadzi do ustroju społecznego prawdziwy demokratyzm". "W ten sposób nastąpi zupełny upadek monarchiczno-dyktatorskiej formy rządzenia". Nie wskazuje jednak tutaj żadnej osoby.
Nieco inną interpretację przedstawił prof. dr hab. Mieczysław Dobija w broszurze Rzeczpospolita i Trójmorze w perspektywie wieszczów i oświeconych duchownych:
"(...) Wskazał na groźny dla Polski wiek rozbiorów (Gdy po tysiąc siedem zagrozi) i relacje między pozbawionym królestwa S. Poniatowskim a carycą Katarzyną (wtedy królową wdowę wdowiec mieć będzie). Poniatowski jest wdowcem po Polsce. Zwraca uwagę na przyszłą ważną rolę osoby pochodzącej z Siedmiogrodu. Zapowiada szczęśliwe panowanie przyszłych władców, którzy odzyskają Pomorze i Prusy (zatem już po 1945 r.), a Polska wzrośnie bez cudzych pieniędzy (w przyszłości po 2018 r.). To ostatnie jest z pewnością teraz możliwe, a było nie do pomyślenia w dobie pieniądza monetarnego. Dyskusyjne są trzy ostatnie sugestie z listy władców, czy też osób wpływających na losy Polski i Rzeczypospolitej. Są to wskazania: (15. Alter Cracus), (16. Patriae Sol), (17. Regnorum Occasus).
Znamy obecnie liczną grupę osób, które walnie przyczyniły się do powstania niepodległej II Rzeczypospolitej, jak Roman Dmowski, Ignacy Paderewski, Józef Piłsudski, Józef Haller von Hallenburg, Tadeusz Jordan Rozwadowski, Wincenty Witos, Ignacy Daszyński i wielu innych. Byłoby niedopuszczalnym uproszczeniem mniemanie, że S. Reszka wskazuje tylko na osobę Józefa Piłsudskiego. Kolejne (...) wskazanie trudno uznać za ostatecznie rozpoznane, ale większość bezwiednie wskazuje na papieża Polaka. Ostatnia (...) pozycja, jako że ostatnia, nie może być jasna. Tłumaczona jako "upadek królestw" jest różnie interpretowana. Nie należy pomijać przy jej interpretacji ostatniego wątku z przypowieści o wdowim groszu, w którym Chrystus zwraca uwagę na czasy ostateczne. To bynajmniej nie jest mowa o końcu świata, lecz o zakończeniu ścieżki ewolucyjnej, w której żyjemy, więc także królestw i państw".
Mniszka Nimfa Suchońska (ok. roku 1700)
Z dawna postrzegano wojnę, głód i zarazę jako trzy największe nieszczęścia ludzkości. W całej historii naszego gatunku epidemie i pandemie wywierały ogromny wpływ na losy społeczeństw. Niektóre z nich przyczyniły się do głębokiego kryzysu imperiów, inne stanowiły okazję do nadrobienia dystansu cywilizacyjnego dzielącego społeczeństwa rozwinięte gorzej i te rozwinięte lepiej.
W czasach nowożytnych epidemie szły w parze z wojnami - pisze Michał Szukała. - Obu tym "jeźdźcom apokalipsy" sprzyjały chaos i przemieszczanie się rzesz ludności. Podczas wielu nowożytnych wojen liczba poległych w bitwach była nieporównywalnie niższa niż liczba zmarłych w wyniku epidemii, takich jak dyzenteria, czerwonka, czy dur plamisty. Dżuma wyniszczająca armię Szwecji i Rzeczypospolitej była w 1629 roku jednym z głównych powodów zawarcia zawieszenia broni.
Straszliwe żniwo zebrały epidemie w czasie wojen połowy XVII wieku. W czasie tzw. kampanii żwanieckiej w trakcie powstania Chmielnickiego w 1653 roku licząca 30 tysięcy żołnierzy armia koronna straciła ok. 20 tysięcy. "W Warszawie mrze od smrodów z trupów pobitych a niepochowanych i z koni; także i w Poznaniu i Szwedzi umierają, i między wojskiem naszym poczęło było" - pisano o zarazie z lat 1655-1656.
Epidemie mogły także sparaliżować odsiecz wiedeńską. "Połowa nam prawie wojska choruje na taką chorobę, która jest zarazą podobna" - pisał król Jan III Sobieski w liście do królowej Marysieńki. Zarazy uderzały na wyniszczoną Rzeczpospolitą także w XVIII wieku. Pod koniec lat sześćdziesiątych dżuma stała się pretekstem dla Austrii i Prus do ustanowienia kordonu sanitarnego na granicy z Rzecząpospolitą. Dokonane wówczas aneksje pogranicza stały się wstępem do pierwszego rozbioru w roku 1772.
Dramatyczne epidemie w XVII i XVIII wieku w Polsce i innych krajach Europy wywoływały wzrost niepokojów społecznych. Bardzo często wysuwano oskarżenia o świadome wywoływanie chorób. Ich ofiarami bywali grabarze, cyrulicy i znachorzy, których podejrzewano o chęć dorobienia się na fałszywych medykamentach lub organizacji pogrzebów. Oskarżano o to również społeczność żydowską, której przedstawiciele mieli rzekomo rzadziej zapadać na choroby epidemiczne. 7 marca 1711 roku stracono w Lublinie trzech grabarzy oskarżonych o rozprzestrzenianie zarazy. W czasie tortur przyznali się do winy z chęci zysku: "Żeśmy trupią głowę rozbili i mózg wybrali i smarowaliśmy drzwi u kamienic i domów". Epidemie XVII wieku wpływały także na ówczesną, barokową fascynację śmiercią i przemijaniem.
Początek XVIII wieku zapisał się w dziejach Krakowa czarnymi zgłoskami, jako czas wojny i głodu. "Opłakane czasy", jak nazwała ten okres autorka kroniki zwierzynieckiego klasztoru Norbertanek. Przypieczętowaniem tych kataklizmów był ostatni i bodaj najgroźniejszy z nich - zaraza. "Morowe powietrze", które w pierwszej dekadzie tego stulecia zagroziło Europie, porównywano pod względem złośliwości i gwałtowności z tragiczną zarazą z XIV wieku, podkreślając jednak, że jej osiemnastowieczna następczyni objęła swoim zasięgiem terytoria znacznie mniejsze, to jest środkowo-wschodnią oraz północną część kontynentu.
Pierwsze ogniska epidemii pojawiły się na Kresach Rzeczypospolitej w 1702 roku. (Podobnie jak w średniowieczu, źródło zarazy zlokalizowane było w Azji). Następnie przez całą dekadę plaga moru rozprzestrzeniała się na kolejne obszary polskiego państwa, według różnych szacunków, w okresie od 1702 do 1711 roku zabierając od 12 do 25 procent ludności. Znaczenie plagi, która dotknęła Kraków na początku XVIII stulecia, było jednak dla miasta szczególne, zadała mu bowiem cios, po którym bardzo długo się nie podniosło. Na przełomie wieków XVII i XVIII Kraków daleki był już od swojej dawnej świetności. Miasto zubożało, podupadło i zostało zepchnięte do roli drugorzędnej w Królestwie. (Przyczyniły się do tego także zmiany szlaków handlowych, rujnujące wojny, wreszcie przenosiny dworu królewskiego do Warszawy).
Pijaństwo, rozpusta, samowola, zrywanie sejmów, pieniactwo, prywata, ucisk ludu i niesprawiedliwość - dopełniały niewesołego obrazu Rzeczypospolitej początku XVIII stulecia. Nawet życie duchowieństwa i zakonów ulegało coraz większemu rozluźnieniu. Tańczono i hulano na wulkanie. Ludzie głębszego ducha, których na palcach policzyć można było w tych czasach, czuli, że zbliża się katastrofa... Do takich zaliczała się między innymi pobożna siostra Nimfa Suchońska, mniszka ze Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego z Krakowa (zwanych krótko duchaczkami), którą Bóg obdarzył licznymi i nadzwyczajnymi łaskami.
Nimfa Kazimiera Suchońska urodziła się w Warszawie, w roku 1688. (niektóre ze źródeł wymieniają też Kraków). Już za życia otoczona była czcią. Opiekowała się biednymi i chorymi. Jak podają stare kroniki była "aniołów towarzyszką szczęśliwą i zaszczyconą łaską wypraszania cudów i duchem prorockim". Zmarła w 1709 roku. Obecnie łaskami słynący krucyfiks, który przemówił do Nimfy, znajduje się w kościele św. Tomasza w Krakowie, tamże jest portret prorokini, której wizje się spełniły.
Siostra Suchońska, pracująca w szpitalu i oglądająca w całej pełni udręczenie narodu, zaczęła żarliwie prosić Pana Jezusa, żeby odjął od Polski to wielkie nieszczęście.
W uroczystość świętych kamedułów, 21 lipca 1708 roku, Andrzeja Świerada i Benedykta Stosława, leżąc krzyżem w kaplicy klasztornej, polecała ich opiece ukochaną Ojczyznę trawioną straszliwym nieszczęściem morowego powietrza. Nagle ujrzała ich przy sobie. Twarze ich - jak opisuje salwatorianin, ojciec Florian Niebiański - były przerażająco smutne, a słowa nieporównanie smutniejsze. Zapowiedzieli że "zagniewany na ubogaconą przez siebie tylu łaskami Polskę Bóg dopuści do jej upadku".
Potem ukazał się jej sam Jezus, mówiąc o grzechach Polski, które Go obrażały, jak wiarę bez uczynków, niezgodę i waśnie, pychę i niesprawiedliwość możnych, rozrywanie węzłów małżeńskich oraz uciemiężenie ubogich i sierot.
"Zaraza wkrótce wygaśnie - rzekł Zbawiciel. - Ale na twoją Ojczyznę, za jej wielkie grzechy, przyjdzie większe nieszczęście. Kraj twój upadnie. Rozgrabią go sąsiedzi".
Z osłupieniem i przerażeniem słuchała Nimfa tych słów. A gdy uświadomiła sobie całą ich grozę, poczęła krzyczeć na cały głos z jękiem szlochu:
"Panie, ratuj Polskę! Zmiłuj się nad zakonem!".
Siostra Nimfa ofiarowała się Panu Bogu na okup za winy swojego narodu. Wtenczas zaś rzekł do niej Pan Jezus:
"Córko moja, stanie się tak, jak oto prosisz. Ostrzeż Polskę i przełożonych swoich oraz inne zakony i biskupa twego, aby sprawiedliwie rządzono Państwem i zachowywano śluby zakonne w twoim zakonie, bo chcę je oboje mieć własnością Matki mojej".
Wtedy też zapowiedział jej Pan Jezus: "Ojczyzna twoja w XX wieku dopiero powstanie do bytu częściowo, zaś w całości i wielkiej ozdobie w czas niejaki potem, jeżeli przykazań moich pilnie strzec będzie, zostając posłuszną namiestnikowi memu. Jeśli zaś rozsławiać będzie Imię moje wśród niewiernych - to i ja Ojczyznę twą błogosławić będę".
Wówczas zobaczyła Nimfa w ręku Zbawiciela prześliczną chorągiew, a na niej złotymi i czerwonymi literami wypisane imiona Świętych polskich... Chrystus zaś rzekł do niej: "Oto dla nich - dla ciebie, dla zasług świętych moich z twego narodu, niepomny na grzechy innych - wskrzeszę Polskę".
Zbiegły się zaintrygowane zakonnice. Wypytywały o przyczynę. Doniosły prowincjałowi. Ten ją sfukał, mówiąc:
"To niemożliwe, aby ta sławna Rzeczpospolita zginęła albo i zakon nasz. Polska i w nierządzie się ostoi, a my czyż gorsi od innych zakonów? Zagłada? Za co? Przewidzenie to kobiece. Nic z tego. Nie myśl o tym. A za pokutę, żeś to głosić śmiała, będziesz pościć o chlebie i wodzie trzy dni".
Przekazane potomnym proroctwo siostry Nimfy Suchońskiej brzmi następująco:
"Ojczyzna twoja dopiero w dwudziestym wieku powstanie do bytu częściowo, a w całości i wielkiej ozdobie w jakiś czas potem, jeżeli przykazań moich strzec będziecie pilnie, zostając w posłuszeństwie namiestnikowi memu, jeżeli rozsławiać będziecie wśród niewiernych moje imię. To i Ja ojczyznę Twoją błogosławić i rozszerzać będę".
Słowa Jezusa podkreślają to, co jest obecne w większości wszystkich zapowiedzi i o czym mowa była już we wstępie. Warunkowość. Jasna przyszłość Polski, która znowu pojawi się na mapach - a rzeczywiście stanie się to w XX wieku - jest uzależniona od dróg, które wybierze naród. Jeśli pójdzie drogą wiary oraz posłuszeństwa Ewangelii i jeśli pozostanie wierny Kościołowi, a także jego pasterzom, na tym szlaku znajdzie pomoc Boga i łaskę, która zmieni jego losy. Suchońska zapowiada, że sam Stwórca będzie się opiekował naszym narodem i nim kierował. Możemy z jej słów wnioskować, podobnie jak ze słów Eustachiusza, że Bóg zostanie uznany przez Polaków za najważniejszego władcę - Króla...
Zwróćmy uwagę, że zapowiedzi siostry Nimfy w zaskakujący sposób korespondują z drogą, jaką "powstałej częściowo do bytu ojczyźnie" wyznaczył kardynał Stefan Wyszyński. Jakby podejmując proroctwo siostry Suchońskiej, w Ślubach Jasnogórskich wzywał Polaków do wierności Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i jego pasterzom. Prymas Tysiąclecia pchnął nas na drogę wypełniania się jasnych proroctw. Oznaczałoby to, że wskazana przez niego droga czeka na podjęcie przez kolejne pokolenie.
* * *
Jubileuszowy Akt Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana został przyjęty w kwietniu 2016 roku. Oficjalne obchody odbyły się jednak dopiero 19 listopada. Na uroczystość w Łagiewnikach przybyły tłumy pielgrzymów. Wziął w nich udział prezydent Andrzej Duda i inni politycy. Wydarzenie transmitowała Telewizja Trwam, Radio Maryja oraz Polskie Radio. Dookoła sanktuarium od rana zgromadziło się około sześciu tysięcy pielgrzymów. Następnie odbyło się nabożeństwo i konferencja wyjaśniająca powody intronizacji. Andrzej Duda pojawił się tuż po zakończeniu tej części uroczystości witany gorącymi brawami. Wspomniano też, że prezydent z tej okazji podarował sanktuarium ewangeliarz. Podczas mszy kardynał Stanisław Dziwisz powiedział:
"Nie lękajmy się takiego aktu. Jezus Chrystus niczego nam nie zabiera, a wszystko daje. Jego panowanie nikomu nie zagraża, bo wyraża się przez miłość, która została ukrzyżowana".
Biskup Andrzej Czaja przypomniał, że zgromadzeni na uroczystości to "przedstawiciele narodu polskiego". Dodał, że są tam, aby "z radykalnością swoich postanowień przyjąć Jezusa Chrystusa na nowo za króla i pana". Zacytował także Królestwo Norwida.
Po przyjęciu komunii i błogosławieństwie nastąpiło oficjalne ogłoszenie Jezusa Chrystusa Królem Polski.
"Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie - na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju. Oto Polska w 1050. rocznicę swego Chrztu uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa" - brzmiał akt.
Dalej zawierzono Chrystusowi państwo polskie, rządzących, "wszystko, co Polskę stanowi" oraz wszystkie narody świata, "a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża".
W akcie znajdowało się także wyznanie:
"Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw. Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa".
Idea intronizacji Jezusa sięga pierwszej połowy XX wieku. Kojarzy się ją z wizjami, których miała doświadczyć polska pielęgniarka Rozalia Celakówna. Wewnętrzne głosy miały jej podpowiadać, że Jezus domaga się od polskich władz konkretnych, ściśle sprecyzowanych działań. Jednym z nich miało być uznanie Go za króla Polski. Był to konieczny warunek ocalenia kraju w obliczu zbliżającej się wojny. Nieudane próby stworzenia Aktu Intronizacji podejmowano zarówno przed wojną, jak i po wojnie. Prawdziwa intensyfikacja tych działań nastąpiła jednak w ostatnich kilkunastu latach. W 2006 roku w sejmie zawiązała się bezskuteczna inicjatywa poselska zmierzająca do nadania Chrystusowi tytułu Jezus Król Polski. Niedługo później środowiska katolickie podjęły próbę przeprowadzenia ogólnopolskiego referendum, które zakładało również powrót do godła Polski z 1919 roku.
"Myślenie, że wystarczy obwołać Chrystusa Królem Polski, a wszystko zmieni się na lepsze, trzeba uznać za iluzoryczne, czy wręcz szkodliwe dla rozumienia i urzeczywistniania Chrystusowego zbawienia w świecie" - przekonywali jednak polscy biskupi.
Tymczasem wydawać by się mogło, że warunek został spełniony. Ale czy przez wszystkich? Poniżej kilka próbek tego, co sądzą o intronizacji czytelnicy "Gazety Wyborczej" (https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,21000510,tlumy-na-intronizacji-jezusa-na-krola-polski-uroczystosc-trwa.html)
- Nie przeginajcie! - ostrzega inicjatorów czytelnik posługujący się nickiem "31.februarius".
- Skoro królem Niemiec, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Belgii, Holandii już za moment będzie Allah to dlaczego królem Polski nie może być Jezus? - kpi niejaki "dyfly".
- To zakrawa na jakieś zbiorowe szaleństwo :) - wścieka się "america_n_beauty" - Jezus przyśnił się jakiejś dziewczynie, nagadał jej, że chce być królem Polski i dziś władze państwowe czynią zadość tym żądaniom... Nie wiem na pewno, ale wygląda to na wymuszenie rozbójnicze. Czy od dziś Polska zmienia system i staje się monarchią konstytucyjną? A co o niekaralności osób piastujących najwyższe stanowiska państwowe? Wg N. Testamentu Jezus został skazany prawomocnym wyrokiem...
- Dziwne, nie było referendum w sprawie konstytucji, a w niej jest zapisane, że Polska to republika parlamentarna, a nie monarchia. Poza tym nawet gdyby było inaczej, to o wyborze króla w drodze elekcji decydowałby naród, skoro decyduje zarówno o wyborze wójtów, burmistrzów, prezydenta RP. Tego typu wybór wykracza poza pełnomocnictwa, jakie naród udziela swoim przedstawicielom - co określa konstytucja. Generalnie samowolka - szkoda, że w ten wymiar bezprawia wpisują postać, która dla wielu jest istotna religijnie, a tu jest przedmiotem jakiejś politycznej nawalanki (antoniferdynand).
- Czy skoro jezus jest królem polski to duda i kaczyński to uzurpatorzy? (zz1026)
- Czy będą nowe podatki na nowego króla i jego świty? - zastanawia się "andmas".
- Dlaczego właśnie królem Polski? - pyta "odowk" - a nie np. arcyksięciem Mediolanu? Cesarzem Austro-Węgier? Burgrabią na zamku w Ogrodzieńcu? Kasztelanem sandomierskim? Jest wiele możliwości... Przypominam nieświadomym, że Jezus powiedział: "Królestwo moje nie jest z tego świata". Czyli ta cała "intronizacja" to głupi teatrzyk dla plebsu, a nie szczery akt religijny.
- To przykre - ubolewa "Jarekdonek" - gdy prezydent średniej wielkości państwa europejskiego bierze udział w takiej szopce, składając hołd okupantom watykańskim.
"Jeżeli przykazań moich pilnie strzec będzie"... Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Pan Bóg nie czytuje do śniadania "Gazety Wyborczej"...
Wernyhora (rok 1766)?
Wędrowny starzec, legendarny wieszcz kozacki i ukraiński XVIII-wieczny lirnik Wernyhora - choćby poprzez obraz Jana Matejki, na którym w natchnionej pozie, gdzieś na stepie wypowiada wróżby przy księżycu, czy też uwieczniony w Weselu Stanisława Wyspiańskiego - stał się jedną z najbardziej znanych postaci naszej mitologii. Do dziś między naukowcami różnych specjalności trwają polemiki, czy istniał naprawdę, czy był tylko wymysłem poetów.
Tak czy inaczej jego proroctwo jest jednym z najsławniejszych, jakie przekazywano sobie w Polsce z ust do ust, z rąk do rąk, przepisywano skrzętnie w wiekach niewoli. Przepowiednie Wernyhory o rozbiorach Rzeczypospolitej i jej późniejszym odrodzeniu ożywiały wyobraźnię romantycznych poetów, takich jak Juliusz Słowacki (Wernyhora jako "Pan-Dziad z lirą" w Śnie srebrnym Salomei czy Seweryn Goszczyński.
Od dawna krążące liczne wersje przepowiedni wzbudzały - i wzbudzają do dziś - ogromne zainteresowanie historyków. Janusz Tazbir6, omawiając jedną z najstarszych (tak zwaną redakcję krakowską), powstałą przypuszczalnie w 1809 roku, pisze, że jest w niej mowa o konfederacji barskiej i pierwszym rozbiorze, następnie o targowicy, wojnie z Rosją w 1792 roku, o powstaniu kościuszkowskim oraz jego klęsce i trzecim rozbiorze. Nierozpoznany autor uwzględnił również utworzenie w 1807 roku Księstwa Warszawskiego. Zdaniem profesora Tazbira po dziś dzień nie spełniły się końcowe fragmenty "Przepowiedni Mojsjeja Wernyhory z 1766 roku". A brzmią one następująco: "Przyłączy się do Polaków Turczyn i Anglik, zawalą Dniepr trupami moskiewskimi i zajdą daleko w kraj. Polski kraj cały zostanie w swoich granicach [oczywiście tych z 1772 r.] za pomocą Turka i angielskiego króla".
Według powszechnych przekonań Wernyhora miał pobić matkę i zamordować dwóch (lub jednego) z braci za popieranie bądź przyłączenie się do hajdamaczyzny. Przywędrował z Zaporoża do Makiedonu w powiecie kaniowskim na prawobrzeżu Dniepru. Jego prawdopodobne imię brzmiało Mosij, czyli Mojżesz. Ścigany przez hajdamaków osiadł na wyspie oblanej wodami rzeki Rosi w pobliżu Korsunia, gdzie zmarł około 1770 roku. Na tych objętych w historii konfederacją barską terenach mogły skonkretyzować się zamiary polskiej szlachty, szukającej w folklorze ratunku dla dotkniętej rozbiorami Polski.
Hajdamaczyzna - zbrojny ruch chłopów i Kozaków oraz chłopów ukraińskich przeciw szlachcie polskiej, Kościołowi rzymskokatolickiemu, mieszczanom i Żydom w XVIII wieku. (Tur. hajdamak - napadać, grabić, rabować). Łączył zwykły bandytyzm z hasłami przywrócenia wolności kozackich, obrony prawosławia oraz usunięcia Polaków i Żydów z ziem ukraińskich. Objął wielkie obszary Ukrainy (kilkunastoosobowe watahy, które, działając w sprzyjających warunkach naturalnych, znikały po napadach bez śladu). Ruch odżywał w okresie niepokojów i wojen; najkrwawszy w okresie koliszczyzny w 1768 roku. Ostatnie wystąpienie miało miejsce w roku 1789. Hajdamaczyzna zajmuje szczególne miejsce w ukraińskiej świadomości narodowej i literaturze (Taras Szewczenko) jako przejaw oporu plebejskiego przeciwko obcemu panowaniu oraz dążenia do stworzenia autonomicznej jednostki organizacyjnej, jednolitej pod względem narodowościowym i religijnym.
"Wernyhora, sławny wieszcz ukraiński, według jednych był chłopem ze wsi Makiedan niedaleko Bohusławia, wedle drugich szlachcicem polskim - twierdzi Zofia Wójcicka. - To pewne, że za młodu opuścił dom rodzicielski i udał się na Zaporoże, a po długich latach, dopiero w roku 1760, wrócił w strony rodzinne i żył bardzo dobrze ze szlachtą. Po zawiązaniu się konfederacji barskiej zachęcał wszystkich, żeby przystępowali do niej; a kiedy we trzy miesiące później, w dzień S. Makoweja 1768 zaczęła się rzeź humańska, najgorliwiej osłaniał szlachtę i wykrywał zdrady moskiewskie. Umarł 1769 czy 1770, we wsi Parchomówce na Ukrainie (...)".
Drugim, poza folklorem, ważnym źródłem wiedzy o Wernyhorze są zapiski Kajetana Rzepeckiego7, spotykającego w swojej wędrówce po Ukrainie w latach 1818-1820 ślady ludowego wieszcza.
Trzecie świadectwo zainteresowania Wernyhorą na Kresach Wschodnich pochodzi z XX wieku. Jest nim Pamiętnik Marii Bobrzyńskiej oddany 20 lipca 1958 roku na własność Bibliotece Ossolineum we Wrocławiu. Bobrzyńska była córką Kornela Paygerta, ziemianina z Podola, i Emilii z Bohdanów, hospodarów mołdawskich. Za młodu, żyjąc wśród kresowej szlachty, widziała dwory z cennymi archiwami, bibliotekami i galeriami obrazów. Korzystając z różnych przekazów przyswoiła sobie romantyczny mit Wernyhory:
"Wernyhora urodził się w Dmytrykówce, gdzie modlił się w sadzie pod dużą jabłonią i pod tysiącletnim dębem. Był to wieszcz w siermiędze kozaczej. Położenie tej miejscowości było piękne. W środku płynął strumyk, a w stawach poiło się bydło. Wieś miała liczne ogrody warzywne, sady, bydło, konie, owce i świnie, dostatek wszystkiego. Futor był wolny, nie płacił podatków, podlegał tylko atamanowi, a ten sołtysowi i dwom jego zastępcom, którzy znów podlegali assawule, a ten watażce, ten znów hetmanowi, którym był wówczas graf Płatow zwany Kutuzow-Smoleński i władzę miał nad koszami dońskimi i zaporoskimi".
Rzepecki pisze z kolei, że dotarł do Dmytryjewki i położonej niedaleko tego miasteczka wsi Dmytrykówka, gdzie ludzie pokazywali mu miejsce urodzenia Wernyhory, tysiącletni dąb i ogromną jabłoń, pod którą się modlił.
Stanisław Makowski napisał, że miejscowość o nazwie Dmytrykówka nie została dotąd zlokalizowana, tymczasem w Pamiętniku Bobrzyńskiej czytamy, iż "w Korsuniu przechowywano przepowiednie Wernyhory (...) byłego Kozaka zaporoskiego, rodem ze wsi Dmytrykówki, nad rzeką Samorą [poprawnie Samarą] koło Pawłogorodu".
"Bobrzyńska nazywa Wernyhorę wieszczem w siermiędze kozaczej lub, jak w wielu źródłach, wprost Kozakiem - pisze Zofia Wójcicka. - Kozak nie miał narodowości ani sygnatury społecznej, nie wpisał się zdecydowanie w wyznanie ani w określony organizm państwowy, uosabiał rycerzy wolności, mógł zatem, stosownie do jej asymilacyjnych wyobrażeń, służyć idei zgodnego współżycia różnych narodów na Kresach, ale także interesom rozbieżnym, tak jak kozactwo, element dyspozycyjny, nieprzewidywalny w sympatiach dla ościennych władców.
Kiedy śledzimy rozmowy Rzepeckiego z popami prawosławnej Cerkwi (wskazywano ich widocznie jako dobrych informatorów), można zauważyć manipulowanie postacią Kozaka Wernyhory. Pop Nehrebecki w Dmytrykówce powiedział: "Wśród zeszłego wieku zjawił się tu właśnie w tym futorze człowiek obdarzony wielkim rozsądkiem, powagą i szlachetnością (...), miał ducha wieszczego, opowiadał różne rzeczy i odgadywał przyszłość". Zwrot "zjawił się" odsyła do przywędrowania nie wiadomo skąd lub do pojawienia się na świecie, czyli faktu urodzenia.
W Daszowie nad Sobem pop Strachota Zawieruszny, w szerokiej opinii przyjaciel Wernyhory i świadek podyktowania proroctwa nieznanemu w historii staroście Korsunia Nikodemowi Suchodolskiemu, dał Rzepeckiemu (...) prognostyk koliszczyzny8 z typowym dla proroków Izraela elementem katastro?zmu. Wymiar kar, jakie z woli Boga spadną na ludzi za przekroczenie przykazania: "Nie zabijaj" jest w nim apokaliptyczny. Popi kreowali Wernyhorę na postać tajemniczą, na natchnionego przez Boga proroka i jednocześnie wiązali z przywłaszczaną Ukrainie tradycją kozackiej wolności.
Nehrebecki opowiada o szanowanych przez niego hetmanach, o Konaszewiczu Sahajdacznym, który kochał Polskę, lecz nie lubił Polaków ani nie słuchał ich Sejmu, umie też zajmująco mówić o Bohdanie Chmielnickim. Pop Bazyli Łuczanowski w Wasylkowie na Zaporożu przypomina dzieje Mazepy, który w pewnym okresie burzliwego życia miał plan utworzenia na Ukrainie samodzielnych rządów pod protektoratem Polski. Wybór hetmanów i dobór treści w opowieściach o nich ilustrują małorosyjską, czyli ukraińską postawę narodotwórczą Cerkwi. Zobowiązania wobec carskiego imperium, a także lojalność wobec sprzyjającego Rosji duchowieństwa, kazały nie ujawniać tych intencji. Gdy w czasach konfederacji barskiej święcono w cerkwiach noże na polskich panów, mogło to znaczyć spełnianie idących od Katarzyny II sugestii czy nawet nakazów, ale i chęć pozbycia się jednej z obcych nacji, Polaków, twórców Kościoła unickiego.
Makowski powtarza za innymi badaczami, że przekazy ludowe nazywające Wernyhorę Smykiem, Mazepenkiem i Orłyczenką oparte są na propolskiej orientacji Kozaków (...) i nie uwzględnia ewentualności, iż misty?kacje czyniące z Wernyhory kontynuatora idei niektórych hetmanów tra?ały do ludu z cerkwi. Określenia, jakimi posługiwał się lud, były wieloznaczne, np. nazywanie proroka Mazepenką odsyła do konieczności związków z Polską, do idei niezawisłości Ukrainy i zerwania z Rosją. Zgodne zaciekawienie popów i Polaków Wernyhorą wynikało z tego, że mieli wspólnego wroga, tzn. Rosję, w rzeczywistości każda ze stron, ukraińska i polska, prezentowała inną opcję polityczną".
W XIX stuleciu odpisy wieszczby Wernyhory przechowywano, a także kompilowano głównie w kręgu polskiej szlachty na Wołyniu. I rękopis przepowiedni z pieczątką księgozbioru Stanisława Filipa Krzyżanowskiego (1841-1881) z Czerpowodów w powiecie humańskim, od miejsca przechowywania nazywany jest krakowskim. Znany tylko z odpisu II rękopis, zwany młynowskim, pochodzi ze zbiorów Aleksandra Chodkiewicza (1776-1838), właściciela Młynowa nad Ikwą w powiecie dubieńskim. Wymieniony niewysoko jednak cenił chyba tę przepowiednię, skoro zaznaczył na rękopisie, iż "jako pomnik głupstwa" należał do starca Kaweckiego. (Jeśli miał na myśli Józefa Kaweckiego, to jego podpis widzimy na patriotycznym dokumencie z czasów konfederacji targowickiej obok nazwisk Ignacego i Mikołaja Jełowickich - twierdzi Zofia Wójcicka). W notce Chodkiewicza znajduje się jeszcze inna uwaga: "Rozumiem, iż pismo to nowego Nostradama jest zmyślone w r. 1812". Rękopis III został ogłoszony przez Józefa Siemiradzkiego 23 września 1932 roku w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym" Odpis z adnotacją: "Oryginał znajdował się w r. 1916 w Kijowie w archiwum W.P. Michała Sobańskiego". Rękopis ten nazywany jest powszechnie kijowskim.
Pamięć o Wernyhorze reaktywowano dla celów politycznych kilka lat po powstaniu listopadowym wśród polskich uchodźców w Paryżu. "Przyczyn tego faktu należy szukać w treści przepowiedni, wiążącej odzyskanie niepodległości Polski z Turcją i Anglią, a w ogólnym sensie zdolnej tchnąć nadzieje w emigrantów - pisze Zofia Wójcicka. - Stronnictwo księcia Adama Czartoryskiego już od 1832 roku starało się o wsparcie polskiej sprawy na Wschodzie, na co przychylnie patrzyły mocarstwa Zachodu. W szóstą rocznicę powstania, przemawiając do Polaków w Londynie, Leicester Stanhope sugerował sprzymierzenie się państw europejskich z Turcją, Persją, Gruzją czy Czeczenią, ażeby wyrugować Rosję z zajętych krain. Tę mowę przedrukowało paryskie pismo czartoryszczyków "Kronika Emigracji Polskiej". Ze względów politycznych przyspieszono też druk Wernyhory Czajkowskiego, który wyszedł z zapowiadaną przez Księgarnię Polską datą 1838 w listopadzie 1837 roku".
Niecałe dwa miesiące po wybuchu powstania listopadowego, 12 grudnia 1830 roku, ludowym wieszczem zajęły się dwa pisma warszawskie, "Sybilla Sarmacka" i "Patryota" "Sybilla" w numerze 2. zamieściła tekst następujący:
"Jeden z Ukraińców przypomina rodakom swoim, co przepowiadał niegdyś Kozak zaporożski Wernyhora, znany w tradycjach całej Ukrainy, żyjący pod panowaniem Stanisława Augusta, a pamiętający jeszcze lepsze czasy; w uniesieniu mówi do nich, ruskim językiem, w te słowa: "wszak zapewne słyszeliście, co przepowiadał wam kiedyś poczciwy Ukrainiec Wernyhora, kiedy jeszcze Poniatowski był naszym królem? Otóż on mówił, że za 50 lat Polska Polską będzie; a mówił to w 1780 roku; a to dobry i mądry Ukrainiec i nigdy w całym życiu kłamstwo nie skalało ust jego. Wierzcie mu tedy zacni ludzie! Tenże sam Wernyhora, w przepowiedniach swoich, kilkakrotnie wspomina o wielkich zaburzeniach w Rosji, które w tymże czasie, to jest w r. 1830 nastąpić mają i Państwo to w gruncie zachwieją"".
Ogłoszona przez wydawcę "Sybilli" odezwa jest polskim przekładem odezwy ukraińskiej odnalezionej w Bibliotece Dzieduszyckich we Lwowie. Zamiast "Wierzcie mu tedy zacni ludzie!" zawierała zdanie: "Wierzcie mu, gromada Chrześcijanie".
W przypisie do książki Trzy wieszczby Lucjan Siemieński9 podaje, że "w czasie wojny tureckiej zabronił rząd rosyjski odwiedzać miejsce, gdzie zwłoki jego [tj. Wernyhory] były złożone" oraz informuje, że "kary były bezskuteczne".
Ukraiński etnograf Erazm Izopolski zanotował w roku 1858 na łamach "Biblioteki Warszawskiej", że w czasie przeprawy przez rzekę Boh [Bug] bądź też w miejscowości Chaszczowata w 1827 roku słyszał od kozaka Toropiaka o Wernyhorze, którego mianowano pułkownikiem korsuńskim, zwanego też Smykiem lub Mazepenką. "Pasiecznik Jakub pod Tyraspolem opowiadał zaś w roku 1828, że Wernyhorą przezywany był niejaki Bondar Orłyczenko za to, że więcej chciał niż mógł. [Wernyhora w tłumaczeniu na polski znaczy tyle samo co Waligóra].
Doktor Adam Lewak (to prawdziwe nazwisko, a nie określenie opcji politycznej) z Biblioteki Polskiej w Paryżu opublikował w "Warszawiance" (25 marca 1925) list pana A.B. adresowany do Izydora Sobańskiego (1791-1847) herbu Junosza, ziemianina, powstańca z roku 1831, emigranta, przyjaciela Adama Mickiewicza i tak jak on towiańczyka, napisany 27 października 1841 roku w Koblencji. Umieścił w nim kopię rękopisu starosty korsuńskiego Nikodema Suchodolskiego z roku 1805.
Andrzej Tomasz Towiański (1799-1878) - filozof, mesjanista, twórca ruchu religijno-mistycznego znanego jako towianizm albo Koło Sprawy Bożej. Absolwent Wydziału Prawa na Cesarskim Uniwersytecie Wileńskim, pracował jako asesor Sądu Głównego w Wilnie. Dwukrotnie, w 1828 oraz w 1839 roku doznawał objawień religijnych, których owocem była rozprawa teologiczno-historyczna Biesiada. Dwa lata po jej wydaniu, w 1841 roku, ogłosił manifest Sprawa Boża w katedrze Notre Dame w Paryżu oraz założył Koło Sług Sprawy Bożej. Specyfiką ideologii ruchu było łączenie reform religijnych i nauk chrześcijaństwa z kwestiami aktualnej polityki. Do towiańczyków należeli m.in. Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki i Seweryn Goszczyński. W 1842 roku został usunięty z Francji pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. Osiadł na stałe w Zurychu, gdzie do końca życia prowadził swoją działalność. Dwukrotnie udawał się do papieża, aby przekonać go do rewolucji chrześcijańskiej, tj. wprowadzenia zasad ewangelicznych w stosunki międzynarodowe. Niewpuszczony przed oblicze papieskie, pisał listy do Grzegorza XVI i Piusa IX, na które nie otrzymał odpowiedzi.
Idee Towiańskiego były połączeniem mistycyzmu z konkretnymi ideami politycznymi odnoszącymi się bezpośrednio do sytuacji w Europie, do losu Polski i Polaków. Towianizm głosił potrzebę autentycznego naśladowania Chrystusa, widzenia bliźniego nawet we wrogu politycznym. Dlatego Towiański był oskarżany o brak patriotyzmu, a nawet szpiegostwo. Jego zdaniem świat jest zespołem rozwijających się moralnie, nieśmiertelnych duchów, uszeregowanych w "kolumny", jasne i ciemne (reprezentujące dobro i zło), działających poprzez ludzi. Wszystko zmierza ku doskonałości, choć - jak podkreślał - droga ta jest pełna trudów i wyrzeczeń. Uważał, że Bóg chce, aby wszyscy zostali zbawieni, jednak szanuje ludzką wolę. Upomina świat przez swoich wysłanników, z których pierwszym i najważniejszym był Jezus Chrystus. Towiańczycy szczególnym kultem obdarzali Napoleona, ponieważ według nich rozpoczął on demokratyzację świata. Sprzeniewierzył się jednak swej misji, stąd też uważali, że muszą ją kontynuować. Jednym z podstawowych założeń towianizmu było przekonanie, że w proces historyczny włączone są posłannictwa poszczególnych narodów, ze szczególnym uwzględnieniem Polaków, Francuzów i Żydów. W nauce Towiańskiego można dostrzec idee ekumeniczne, rozwinięte później przez Władimira Sołowjowa, w których dopatruje się analogii do idei głoszonych w XX stuleciu przez Jana Pawła II. Towiański jako pierwszy nazwał naród żydowski "starszymi braćmi". Określenie to utrwalił Mickiewicz w Składzie zasad, skąd - jak twierdzą niektórzy - zaczerpnął je i spopularyzował polski papież. Towiański odrzucał instytucję Kościoła w jej XIX-wiecznym kształcie. Domagał się kościoła wewnętrznego, duchowego. Dla patriotów polskich najbardziej kontrowersyjne były jego idee prymatu Sprawy Bożej nad sprawą niepodległości Narodu.
Początek listu do Sobańskiego brzmiał następująco:
"Suchodolski, starosta korsuński, proszony był do Wernyhory, kiedy ten ostatni, zdjęty chorobą, na śmiertelnym łożu leżał. P. Starosta zastał Wernyhorę samego. Ruch muskułów ukazywał grę uczuć (...), oczy Wernyhory błyszczały ogniem diamentu, oblicze jego posiadało to szczęście niebieskie, które tylko uczucie wyższe nadać może, a głos jego zabrzmiał brzmieniem wieszczem. Podniósł się na łożu i tak zaczął mówić".
* * *
Najpopularniejszą - chyba - z licznych wersji proroctwa Wernyhory jest ta przekazana jakoby przez niego staroście korsuńskiemu Nikodemowi Suchodolskiemu.
Niestety, zbyt mało wiemy o panu Suchodolskim. Jakieś dokumenty o nim miał Edward Rulikowski, którego artykuł o Korsuniu w Słowniku geograficznym podaje parę wiadomości, ale niezgodnych. W jednym miejscu np. pisze Rulikowski, że podczas napadu hajdamaków na Korsuń w roku 1746 gubernatorem tamtejszym był już Suchodolski, ale później czytamy, że w roku 1746 zajmuje to stanowisko niejaki Błoński, a Suchodolski dopiero w latach 1761-1768. Pisze autor artykułu, że ten ostatni, "ażeby ochronić miasto, starał się utrzymywać dobre stosunki z Siczą. W roku 1761 był nawet tam z wizytą u koszowego i otrzymał piernacz wojskowy; od tego czasu ustały napady na miasto"10.
"Jestem prosty Kozak rodem z Makedon, lecz i Kozak jest Polakiem, i ja służyłem ojczyźnie, jak mogłem - mówił jasnowidz. - Teraz już moja dłoń oręża nie udźwignie, ale żałość ma ostatnia za Polską i myśl ostatnia dla Polski. Pisz panie starosto słowa moje, gdyż przeze mnie nie duch człowieka, ale duch Boży przemawia. Pochowajcie ciało moje na wyspie Rosią oblanej, poniżej młynów korsuńskich, lecz i tam w spoczynku nie będą, bo po mojej śmierci zwłoki po całym świecie się rozproszą"...
"Przybył do kraju polskiego z okolic naddnieprskich w roku 1766 i osiadł we wsi Makiedonów w starostwie kaniowskiem - pisze Zofia Wójcicka. - Tam przepowiadał, iż wkrótce powstanie hajdamaczyzna, że już w Małorossyi lud na to się zmawia, że wielu wyginie, że kraj tamten nie zostanie hetmańszczyzną, ale powróci pod rząd Polski, a za lat kilkanaście potem, będzie w mieście Kaniowie zjazd wielki, z którego umowy złe z czasem dla Polski wynikną skutki. Gdy hajdamaczyzna powstawać zaczęła, i to przepowiedzenie pomiędzy ludem się rozgłosiło, wszędzie hajdamacy starali się schwytać Wernyhorę, lecz nigdzie znaleźć nie mogli, nawet Makiedonowa mieszkańców do ścigania go i do hajdamaczyzny namówili. Wernyhora uciekł i skrył się w domu na wyspie rzeką Rosią (Rosiją) oblanej, na której mieszkali sami młynarze. W owym czasie całe starostwo korsuńskie było w posiadaniu Suchodolskiego, ten mieszkając w Korsuniu, gdy się dowiedział, że Wernyhora ukryty u młynarzów, był u niego sam na wyspie, i gdy go o rozmaite rzeczy wypytywać zaczął, on mu odpowiedział":
1. Miejsce to przez młynarzów na wyspie zamieszkałe będzie ozdobione kosztownymi murami i wspaniałym pałacem, do którego się zjedzie dwóch monarchów.
2. W kraju polskim niebawem zrobi się wielka wrzawa, brat zmaże krwią brata ręce swoje, będą rabunki, obcy żołnierze wiele złego nabroją i wieże napełnią niewolnikami. Potem z trzech stron wielka część kraju rozerwaną będzie.
3. Polacy w nienawiści ku swemu królowi, długo będą się sprzedawali; na koniec zagorze pożar wojny i wielka część Polski rozebraną będzie na trzy części.
4. Powstanie w kraju człowiek mały, bitny, ale nie takiej siły, aby zwyciężył nieprzyjaciół, ten pojmany będzie, a kraju polskiego reszta rozebraną zostanie. Wisła pod stolicą krwią się zafarbuje, a król jej nie umrze w swej stolicy.
5. Naród jeden daleki zamordowawszy króla powstanie, tak iż wielu królom i książętom strasznym się stanie; zgnębi go jedno królestwo, a na odebranym od niego kraju małym powstanie część Polaków i rząd nowy.
6. W roku trzecim po powstaniu Polaków, będzie w wielkiej części trwała straszna wojna. Posunie się później mocarz z zachodu i na czele narodów pójdzie na wschód i Smoleńsk zdobędzie i Kreml obali; ze szczytu wielkości strącony, wygnany zostanie na wyspę.
7. Będą się zjeżdżać monarchowie i radzić, a ostatni zjazd będzie w Rusi Czerwonej, ale z układu monarchów nic do skutku nie przyjdzie. Będą się kojarzyć związki, aby Polskę utworzyć, ale te zrazu skutku nie wezmą, i nie udadzą się. Przyjdzie do wojny z Turkami, którzy pokonani zostaną, i Rosya jak koń rozhukany pomknie w głąb Turcji, lecz potem się Turcya pokrzepi. Polacy zaczną powstawać, wojownik jeden wielki z narodem bitnym, zwycięży Rossyan, i wtedy naród polski mocniej powstawać zacznie; wpadnie potem na obóz moskiewski pod Konstantynowem, na jarze Honczarycha zwanym. - Moskalów zbije, bić go będzie do Mogił Perepiata i Perepiatychy, gdzie drugi obóz moskiewski stanie, wszędzie ścieląc trupem moskiewskim. Dołączy się do Polaków Turczyn i Anglik, pójdą przez Kijów, zawalając Dniepr trupami moskiewskiemi, zajdą w daleki kraj moskiewski, i w końcu powitają Moskale Polaków jako braci, z nieprzyjaciół zrobią się przyjaciele.
8. Polski kraj zostanie w dawnych granicach za pomocą Turków i Anglików.
9. Mały i mało znany naród wystąpi i zjedna sobie znaczenie w Europie.
10. I Małorossya szczęścia zażyje; lecz nie dojdzie do niej czas, w którym wielkie zajdą rzeczy, mówiłbym o nich, ale się boję, aby Dniepr ze swoich nie wystąpił łożysk.
11. W znacznej części świata odmieni się nabożeństwo; nastaną nowe rządy; stare zmienią się albo upadną i szczęśliwość trwać będzie przez lat wiele.
Nietrudno rozszyfrować pierwszą część proroctwa, dotyczącego zaborów. "Wielki mąż z zachodu" to z pewnością Napoleon Bonaparte, niespełniona "miłość" wielu Polaków z początku XIX wieku. Nie wiadomo, kto jest "człowiekiem złym i zaciętym, który wiele krwi przeleje". Czy chodzi tu o Stalina, Hitlera, czy też może któregoś z carów rosyjskich, nominalnie królów polskich? (Podczas panowania Mikołaja I wybuchło powstanie listopadowe, podczas rządów Aleksandra II Moskale stłumili powstanie styczniowe). Wydaje się, że "błogie czasy", o których wspomina Wernyhora jeszcze nie nadeszły, a walki z Rosjanami i chwała Polski dotyczą zdarzeń przyszłych.
* * *
Wróżba Wernyhory mówiąca o przyszłości Rzeczypospolitej stała się głośna w czasach konfederacji barskiej i później w czasach rozbiorów (1772-1795). Oto jej treść:
"Polacy teraz w swoich zamiarach upadną i Polska trzykroć będzie rozszarpana. Różni ludzie kusić się będą o jej odbudowanie, ale nadaremnie. Przyjdzie wielki mąż od zachodu: Polacy oddadzą się jemu na usługi; wiele im przyobieca, a mało uczyni: chociaż nazwą się znowu narodem, będą jęczeli pod jarzmem Niemców i Moskali. Potem zostanie ich królem człowiek zły i zacięty, który wiele krwi przeleje. Polacy powstaną przeciw niemu i jeszcze upadną przez nieład i niezgodę. Długo niewola i ucisk rozciągną się nad nimi; aż na koniec zajaśnieją błogie czasy, kiedy naród bogaty sypnie pieniędzmi, mahometanie w Horyniu napoją swoje konie i Moskale dwa razy na głowę pobici zostaną: raz pod Batowem około Semi-mohił [siedmiu mogił], drugi raz pod Starym Konstantynowem w jarze Hanczarycha zwanym. Od tego czasu Polska zakwitnie od Czarnego do Białego morza i będzie trwała po wieki wieków".
Jak twierdzą niektórzy, najprawdopodobniej przepowiednia Wernyhory jest mistyfikacją, powstałą już po opisanych wydarzeniach, sporadycznie uaktualnianą w ciągu lat. Zwrot: "Od tego czasu Polska zakwitnie od Czarnego do Białego (Bałtyckiego) morza i będzie trwała po wieki wieków" wyraźnie nawiązuje do czasów, które jeszcze nie miały miejsca, jednak ogólność tej treści i nawiązanie do Polski od morza do morza podaje w wątpliwość autentyczność owych treści. Tymczasem opis wydarzeń historycznych we wcześniejszych frazach jest bardziej dokładny. Jeśli utwór ów rzeczywiście był mistyfikacją, najprawdopodobniej powstawał po rozbiorach, kiedy to romantyczni Polacy wiążący nadzieje z Napoleonem marzyli o powrocie do granic Rzeczypospolitej z czasów jej największej świetności. Za autentycznością utworu przemawia z kolei jego zbieżność z kilkoma innymi proroctwami, m.in. z Przepowiednią z Tęgoborzy (m.in. fragment o Polsce "od morza do morza").
* * *
W roku 1837 ukazała się w Paryżu powieść Michała Czajkowskiego zatytułowana Wernyhora, która zyskała wielką poczytność. Autor zamieścił w niej tekst przepowiedni tytułowego bohatera, jednakże znów inny, niż przedstawione już wyżej wersje:
"Polsko, ojczyzno moja, biedna twoja dola na teraz. Hojnie się przeleje krew synów twoich, wysokie mogiły wzniosą się z ich kości. Spustoszenie, rozpacz i smutek pociągną się po tej ziemi. Trzy postronne sępy trzy razy ciebie rozszarpią i upadniesz. Na niczym spełzną usiłowania polskich synów. Król twój dzisiejszy jak zaczął tak skończy, płaszcząc się na dworze moskiewskiej carycy. Ojczyzno, długo jeszcze będziesz pod jarzmem obcych, część twoich dzieci rozproszy się na bezludne obszary w niewolę, druga pójdzie w dalekie kraje żebrać pomocy krwią, słowem dla nieszczęsnej matki. Po długich bólach zjawi się olbrzym z zachodu i nadzieja zabłyśnie dla Polski. Polacy na polskiej ziemi walczyć będą ze swoimi wrogami, ale nadzieja ta zajaśnieje i zgaśnie jak spadająca gwiazda z nieba. Jednak ci co ją rozszarpali powiedzą, że jest orzeł, jest królestwo polskie, a ludzie słabi tym się łudzić będą, a nawet błogosławić morderców ojczyzny, ale zły car, chciwy przelewu krwi swoich poddanych, zasiądzie na tronie Jagiellonów i pokaże, że to nie jest prawdą. Naród polski powstanie we wszystkich częściach polskiej ziemi, ale upadnie. Polacy jedni, jak orły po spustoszeniu gniazda, polecą na wędrówkę daleką, drudzy na wygnaniach i w niewolach smutne dni liczyć będą. Polska nasiąknie krwią swoich dzieci, użyźniona ich trupami długo znosić będzie ciężar ciemiężców, ale wreszcie nadejdzie czas, kiedy Anglik sypnie złotem, Francuz też wesprze, muzułmanin konia napoi w Horyniu. Polacy liczni jak drzewa litewskich borów, jak ziemia piasku brzegów Wisły, jak burzany stepu powstaną i walczyć będą z wrogami.
Pierwsze zwycięstwo odniosą w jarze Hańczarychy, drugie koło mogił Perepiata i Perepiatychy, trzecie przy siedmiu mogiłach, czwarte i ostatnie między Ryszczowem a Jańczą. Dniepr całkiem krwią zafarbuje się, połaszczy o porochy roztrącając trupy wrogów, a od Czarnego Morza do Bałtyku, od Karpatów po Niżowe Stepy nie będzie ani Niemca, ani Moskala na polskiej ziemi. I Polska będzie wielka, potężna po wiek wieków.
Skończył, padł na łoże i skonał".
Objaśnienia podstawowych symboli:
- "W kraju polskim zrobi się niebawem wielka wrzawa" - dotyczy zgromadzenia się szlachty wokół konfederacji barskiej, a dalej "obcy żołnierze wiele złego nabroją" - to niewątpliwa zapowiedź rozbioru Polski.
- "Z braku ładu i człowieka" jest oceną powstania listopadowego, a "męczeństwo wolności" odnosi się do zrywów walecznych Polski, które po wielokroć będą tłumione.
Kto chce, niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy. W każdym razie imieniem Wernyhory nazwano ulice w Krakowie, Łodzi, Przemyślu, Szczecinie i Warszawie.
Ksiądz Marek Jandowicz (rok 1767)
Chyba żadne z proroctw dotyczących naszego kraju nie wywołało tylu polemik, co Wieszczba dla Polski księdza Marka Jandowicza. Zgodnie z ustaleniami profesora Emanuela Rostworowskiego pochodzi ona z roku 1767. Postać księdza stała się natchnieniem dla literatury romantycznej - dość wymienić tutaj tylko Proroctwo ks. Marka Seweryna Goszczyńskiego (1833) i dramat mistyczny Juliusza Słowackiego Ksiądz Marek (1843). Postać duchownego pojawia się także w poemacie Słowackiego Beniowski:
Gdy padł rąk własnych sczerwieniony łzami, Xiądz Marek z krzyżem do niego przyskoczył: Lecz zdrajca za krzyż ukąsił zębami, A potem ręką odepchnął i zbroczył. Szmer zgrozy zachwiał w pokoju światłami. Xiądz wyjął brewiarz, ustami namoczył Palec, i karty przewracał z pokorą, Wiedząc że duszę tę - już diabli biorą.
W duchu Słowackiego przedstawił księdza Marka Adam Mickiewicz w dramacie Konfederaci barscy. Charakterystykę zakonnika włożył tam w usta lekarza rosyjskiego, który takie oto robi uwagi:
Mnich to szczególny: egzaminowałem, Znalazłem rękę prawą o dwa cale Dłuższą od lewej i mięsistszą: dowód, Że szabla dobrze ręce tej znajoma. Szabla to rękę tak hypertroficznie U szlachty polskiej wzmacnia i przedłuża. Jest więc szlachcicem i żołnierzem starym. Do tego blizny pewne ma na czole, Które niecałkiem są seraficznemi: Od cięcia szabli zdają się pochodzić I widać na nich świeżość zagojenia.
Wielki znawca epoki romantyzmu, profesor Stanisław Pigoń11 uważał Wieszczbę księdza Marka za "nasienie całej naszej poezji mesjanistycznej". Właśnie między nim a wybitnym znawcą epoki konfederacji barskiej, profesorem Władysławem Konopczyńskim12, wywiązała się na temat pochodzenia tego utworu zaciekła polemika na łamach "Myśli Narodowej" w roku 1934. Konopczyński skłonny był przypisać autorstwo utworu wiersza księdzu Tomaszowi Garlickiemu, żyjącemu w tym samym czasie, co ksiądz Marek, kapelanowi konfederatów w Krakowie w 1768 roku.
Dlaczego kwestionowano autorstwo księdza Marka? Otóż ten pobożny karmelita w swoich przepowiedniach i "ordynansach" - "jakby glejtach niebieskich, zabezpieczających ich posiadacza przed działaniem złych mocy - wykazuje cechy stylu dość prostackiego i rubasznego". Michałowi Krasińskiemu, marszałkowi konfederacji barskiej i pradziadowi wieszcza Zygmunta w prostej linii, wydał ordynans, w którym znajdujemy taki oto fragment:
"Wszelkim zaś chorobom, zarazom, impetycjom, zdradom, natarczywością, niebezpieczeństwom, nieprzyjacielskim odwagom etc. krwią Jezusową ordynans daję: won, precz, na ustęp każę i przymuszam...".
Emanuel Rostworowski udowadnia z kolei, że nie we wszystkich tworach swego pióra był ksiądz Marek tak rubaszny. Na dowód przytacza piękny fragment Modlitwy przez księdza Marka złożonej dla konfederatów, odnalezionej w papierach Stanisława Augusta Poniatowskiego, pisanej stylem niezwykle podniosłym, w której męczeństwo Polski połączone jest z ofiarą Chrystusa. Tekst tej modlitwy zachował się u o. Jana Rutkowskiego, karmelity z klasztoru warszawskiego:
"Wielka, Najświętsza Królowo Polska, Marjo, Pani polskiej nacji, patrz co się wżdy przydarzyło Koronie polskiej. Jakże ona jest srodze utrapiona i znękana, jako w niej nijakiej nie-masz władzy, jak bardzo opuszczone jest twoje Dominium. Marjo! Patrz, o Clementissima, jak nad Ojczyzną naszą schizma i luteranizm panują i użal się dzieci swoich i mej boleści. Wiem, z relacyj Twoich, Marjo Dziewico, że to uczynił Bóg, dla grzechów, dla rozpusty i sprośności, dla uciemiężania ubogich i maluczkich, jakie w Rzeczypospolitej naszej się dzieją! Ależ przecie i dobrych jest siła! Wejrzyj na nich Domina advocata nostra. Jeśli karać potrzeba, a potrzeba, to na mnie grzesznego niech spuści Bóg Syn Twój karanie, bicze i chłosty, a narodowi memu, jeśli nie przepuści, bo sprawiedliwości stać się musi zadość, to niech mu choć ostatecznej sromoty oszczędzi. Mnie niech nie przepuści, ale narodowi polskiemu, którego Tyś jest, Panienko Marjo, Królową zawołana, niech daruje, niech go zachowa i odrodzi. O jakże długie lata ma on być uśmiercony. Przyspiesz mu powstanie i odrodzenie dla wielkich zasług Świętych i męczeńskich Polaków. Zachowaj to plemię polskie, na Twoim stojące ordynansie, a z niem i Zakon mój, który przecie jest Twoim i cześć Twoją gorliwie promowuje, o Ty wielka Consolatrix afflictorum i moja. Amen".
"Jeżeli ten sam człowiek, który prostacko pokrzykiwał w ordynansach, ułożył tę piękną modlitwę, to chyba mógłby być i autorem Wieszczby - bronił autorstwa Jandowicza Rostworowski.
* * *
Karmelita ojciec Marek Jandowicz jest postacią w Polsce stosunkowo mało znaną. Odnośnie do jego nazwiska należy zauważyć, że w literaturze przedmiotu często nazywany był Jandołowiczem. Wyczerpujące wyjaśnienie tej nieścisłości podaje Jan Wołyniak w swojej książce Z przeszłości karmelitów na Litwie i Rusi. Czytamy tam, że w księgach chrztu kościoła śnitkowieckiego istnieje metryka bliżej nieznanej Katarzyny Artyńskiej, ochrzczonej 21 lipca 1782 roku przez ojca Marka. W rubryce szafarza chrztu świętego widnieje podpis: Frater Marcus Jandołowicz, prior residentiae Barensis, Carm. an. obser. Stąd przywołany autor doszedł do wniosku, że ojciec Marek nazywał się Jandołowicz. Jednak w aktach kapituł prowincjalnych i kongregacji definitorów, do których przez pewien czas należał ojciec Marek, zawsze nazywany był Jandowiczem. Takie też nazwisko widnieje w aktach dokonanego przez niego poświęcenia kościoła karmelitańskiego w Uszomierzu. W księdze Vitae Fratrum et Sororum również widnieje zarówno on, jak i jego bratanek o tym samym imieniu, będący w tym samym zakonie karmelitańskim, pod nazwiskiem Jandowicz.
Marek Jandowicz urodził się w roku 1713 we Lwowie, w mieszczańskiej rodzinie. W 1734 roku wstąpił do zakonu karmelitów trzewiczkowych w Horodyszczu, a w 1744 przyjął święcenia kapłańskie. Wzrastał duchowo w klasztorze w Berdyczowie, gdzie został kaznodzieją, po czym rozpoczął pracę wśród dyzunitów13 na Białorusi. Wyjątkowe zdolności kaznodziejskie, umiejętność leczenia i sposób obcowania z wiernymi sprawiły, że na Podolu zaczął być uważany za cudotwórcę i świętego, co z kolei ściągnęło na niego niechęć prawosławnego duchowieństwa do tego stopnia, że postanowili go zabić. W związku z tym księdza Marka wycofano z misji.
W 1759 roku od księcia Antoniego Lubomirskiego uzyskał plac pod klasztor w Barze i przystąpił do gromadzenia funduszy na budowę. Zbierając je po dworach, zyskał ojciec Jandowicz uznanie swymi walorami towarzyskimi, ascetycznym życiem, posługami duchownymi i umiejętnością leczenia. Tu świątobliwy karmelita rozwinął swoją szeroką działalność apostolską i patriotyczną tak, że stał się znany na Podolu i Wołyniu. Działał na polu publicznym, pisał sporo i ogłaszał swoje prorocze myśli. Właśnie w Barze powstała owa Wieszczba dla Polski, w której przepowiedział upadek króla Stanisława Augusta, a konfederatom torował drogę do władzy. Głosił porywające, patriotyczne kazania. Miał wiele trudności, ale zawsze wychodził z nich "jako tako...". Jak piszą niektórzy: "był w okresie konfederacji wysokiej miary autorytetem, stworzył ideowy grunt pod ten ruch, dał pewne gwarancje na powodzenie całego przedsięwzięcia". Uważano go za proroka tamtych czasów.
Wraz z Józefem Pułaskim przygotowywał konfederację barską, stając się jej przywódcą duchowym. Założył też w Barze Zakon Rycerski Kawalerów Krzyża Świętego, którego głównym celem była obrona wiary katolickiej.
W 1768 roku z krzyżem w ręku stał na szańcach, zagrzewając do walki z Rosjanami podczas oblężenia Baru, podnosząc tym samym morale miasta.
W wydanej przed osiemdziesięciu laty książce Konfederacja barska znakomity historyk Władysław Konopczyński pisał: "Aż dziw dzisiaj, jak mało ciepłych wspomnień zostało po Barze w sercach ludzkich. Gdzież te relikwie, ryngrafy, mundury, święcone szable, sztandary? Gdzie wizerunki wojaków konfederatów? Jakże znikoma zachowała się ich garstka! Gdzie pieśni, gdzie melodie? A przecież żaden kataklizm szwedzki ani tatarski nie niszczył po 1772 r. pamiątek narodowych, tych pamiątek po prostu nie pielęgnowano!". (Gdy Konopczyński pisał te słowa, żyli jeszcze weterani powstania styczniowego, otoczeni powszechnym szacunkiem). "Rok 1863, a także powstania listopadowe i kościuszkowskie, zepchnęły w cień pamięć o konfederatach barskich - pisze z kolei na łamach "Do Rzeczy" Tomasz Stańczyk. - A jak jest dziś? Przez etykiety piwa, produkowanego w miejscu jego urodzenia, przemknął jakiś czas temu Kazimierz Pułaski, bardziej jednak chyba znany jako bohater amerykańskiej walki o niepodległość. Jacek Kaczmarski śpiewał pieśń konfederatów. I to chyba wszystko... Ilu z nas potrafi podać nazwiska przywódców konfederacji, choć jedną bitwę stoczoną przez barzan?".
Król Stanisław August Poniatowski, właściwie narzucony Rzeczypospolitej przez Rosję, rozpoczął w 1764 roku rewolucyjne zmiany ustrojowe. Praktycznie całkowicie zrywały one z dotychczasowym systemem demokracji szlacheckiej. De facto Rzeczpospolita stała się protektoratem carskim dużo wcześniej, co widoczne było zwłaszcza w czasie elekcji 1733 roku, kiedy wojska carskie narzuciły Augusta III. W 1767 roku na tereny Rzeczypospolitej wkroczyły oddziały wojsk rosyjskich liczące 40 tysięcy żołnierzy. 20 marca tego roku poseł rosyjski Mikołaj Repnin zawiązał dwie konfederacje różnowiercze na terenie Polski. W reakcji na te wydarzenia 23 czerwca katolicka szlachta zawiązała konfederację radomską skierowaną przeciwko Stanisławowi Augustowi. Poseł rosyjski Nikołaj Repnin sterroryzował sejm, który zebrał się w Warszawie w celu zrewidowania uchwał z 1764 roku. Rosjanin porwał biskupów Kajetana Sołtyka, Józefa Andrzeja Załuskiego oraz hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego wraz z jego synem Sewerynem. W wyniku tych działań posłowie spełnili żądania Repnina i podpisali z Rosją 24 lutego 1768 roku Traktat o wieczystej przyjaźni, na mocy którego Polska stawała się protektoratem rosyjskim. Caryca Katarzyna II zagwarantowała nienaruszalność granic i ustroju wewnętrznego naszego państwa.
W podolskim miasteczku Bar, w obronie niepodległości Rzeczypospolitej, 28 lutego 1768 roku zawiązała się konfederacja przeciw rosyjskiej dominacji w Polsce i przeciw Stanisławowi Augustowi, której był uległym - bywało jednak - że również nieposłusznym narzędziem. Konfederacja barska uważana jest przez niektórych historyków za pierwsze polskie powstanie narodowe. Naczelne hasło konfederatów brzmiało: Wiara i wolność, w kwestiach ustrojowych zaś połączyli się w ich szeregach konserwatyści z reformatorami. Celem konfederacji było również zniesienie wszystkich ustaw od 1764 roku (zwłaszcza narzuconego przez Rosję na sejmie 1767-1768 równouprawnienia dysydentów 14) oraz obalenie Stanisława Augusta i wprowadzenie na tron Wettinów. "Podniesiona przez Rosję sprawa dysydentów służyła jeszcze większemu podporządkowaniu Rzeczypospolitej - pisze Tomasz Stańczyk. - Kierownik rosyjskiej polityki zagranicznej Nikita Panin instruował ambasadora Rosji w Warszawie Nikołaja Repnina, że ma być ona jedynie "dźwignią gwoli pozyskania sobie za pomocą naszych jednowierców i protestantów silnego i przyjaznego stronnictwa z prawem uczestnictwa we wszystkich polskich sprawach". Była jednak w akcji narzucania prawa dla dysydentów, prowadzonej przez ambasadora Repnina większa jeszcze idea. "Jedna tylko siła w społeczeństwie polskim sprawiała Repninowi niepokój - pisał Konopczyński. - Była nią wiara katolicka. Repnin nie był fanatykiem prawosławia: swoim popom gotów był przycierać rogów, jeśli zanadto mieszali się do polityki. Jednak właśnie jako syn swej epoki, jako fanatyk świeckiej filozofii tym bardziej pragnął zdeptać obmierzłą Moskwie ideę katolicyzmu". Niepokoje Repnina dręczą także i dziś fanatyków świeckiej "filozofii"".
W akcie założenia konfederacji nie padło jednak ani słowo o królu i o Rosji. "Wiary św. katolickiej rzymskiej własnem życiem i krwią obligowany każdy bronić" - tak brzmiał pierwszy punkt deklaracji. Postanawiała ona, że na chorągwiach znajdzie się "Pan Jezus ukrzyżowany" i "Najświętsza Matka", hasłem zaś będzie: "Jezus Maryja!". Inicjatorami powstania byli: Adam Stanisław Krasiński, Jerzy August Mniszech, a związek zbrojny zorganizowali: Michał Hieronim Krasiński, Joachim Potocki, Michał Jan Pac, Józef Sapieha oraz Józef Pułaski. Wszczynając wojnę domową, konfederaci wypowiedzieli również wojnę Rosji i zaatakowali jej garnizony znajdujące się na terenie Rzeczypospolitej od czasu bezkrólewia w 1763 roku.
19 czerwca 1768 roku Rosjanie, wspierani przez wojska Korony, zdobyli Bar. Wtedy też szlachta polska przeniosła walki na Ukrainę, licząc na pomoc pobliskiej Turcji, Francji, Saksonii, Austrii, a nawet Prus. I pomoc tę rzeczywiście otrzymała. Turcja 25 września 1768 roku wypowiedziała wojnę Rosji, żądając wycofania jej wojsk z terenów Rzeczypospolitej. Francja płaciła niewielkie subsydia i przysłała grupę oficerów, Austria zaś pozwalała tworzyć bazy na swoim terytorium. Konfederaci walczyli z wojskami rosyjskimi, a także królewskimi; ruch konfederacki na południowo-wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej został zahamowany przez antyszlacheckie powstanie chłopskie (koliszczyzna). W roku 1768 konfederacja barska objęła Małopolskę i Wielkopolskę, w 1769 - Litwę. W tym samym roku powstała naczelna władza konfederacji barskiej - tzw. Generalność (z siedzibą w Preszowie na Słowacji, potem w Cieszynie). Rok później Generalność ogłosiła akt bezkrólewia, a w 1771 konfederaci dokonali próby porwania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Historycy są zgodni co do tego, że konfederacja barska miała poparcie większości szlachty. Bez społecznego poparcia konfederaci nie mogliby prowadzić swojej partyzanckiej wojny aż tak długo. Przez szeregi konfederatów przewinęło się około 150 tysięcy ludzi.
W czteroletnich walkach konfederatów z wojskami rosyjskimi przeważały klęski, sukcesy były nieliczne (obrona Częstochowy, Tyńca, Lanckorony). Ostatnią stoczoną bitwą w tym powstaniu była obrona klasztoru w Zagórzu 29 listopada 1772 roku. Największymi bohaterami konfederacji barskiej stali się: Kazimierz Pułaski, Józef Sawa-Caliński oraz Józef Zaremba. Konfederaci pozostawili po sobie bardzo bogaty zbiór pieśni. Po upadku konfederacji na Sybir zesłano ponad 14 tysięcy jej uczestników, resztę wcielono do armii rosyjskiej. Mocarstwa sąsiednie wykorzystały konfederację barską, aby oskarżyć Polskę o anarchię i dokonać jej I rozbioru. Konfederacja barska, jako masowy ruch, zaktywizowała niewątpliwie szlachtę i rozbudziła patriotyzm, zaowocowała również bardzo obfitą okolicznościową poezją polityczną, liryką pieśniową (zwłaszcza religijno-patriotyczną). Literatura romantyczna stworzyła wyidealizowany obraz konfederacji barskiej, a jej ocena do czasów obecnych wywołuje spory.
Po upadku twierdzy barskiej, 19 czerwca 1768 roku, najeźdźcy zastali ojca Jandowicza "pogrążonego w modlitwie i tak modlącego się zabrali do niewoli". Został pobity przez kozaków i odesłany jako wyjątkowo niebezpieczny do więzienia w Kijowie. W ciasnej, ciemnej celi więzienia kijowskiego, pod stałą strażą żołnierzy, w zupełnej samotności, nie mogąc ani mówić, ani pisać do kogokolwiek, spędził przeszło sześć lat.
We wrześniu 1773 roku, mimo trudności stawianych przez gubernatora kijowskiego, dzięki interwencji księżnej Sanguszkowej został zwolniony na mocy amnestii. Ponownie powierzono mu stanowisko przeora w Barze. Następnie był przeorem klasztorów w Annopolu i Uszomierzu. W skuteczność modlitw ojca Marka wierzono do tego stopnia, że błogosławieństwo jego uważano za swoistego rodzaju talizman, chroniący od różnego rodzaju niebezpieczeństw. Wiele osób też, jak podaje tradycja, dzięki jego modlitwom powróciło do pełni zdrowia.
W 1786 roku przebywał w Warszawie, w klasztorze oo. Karmelitów na Lesznie. Podczas spotkania z nuncjuszem apostolskim Giuseppe Garampim, czy to pod wpływem niedawnych przeżyć w więzieniu twierdzy kijowskiej, czy może raczej nie mając zaufania do przedstawiciela Watykanu, wyparł się udziału w konfederacji, tłumacząc, że jako kapłan nawet odradzał powstanie zbrojne. Zaprzeczył również, aby udzielał konfederatom błogosławieństwa, i zapewniał, że żywność z konwentu wydawał im pod przymusem.
Zaangażowanie patriotyczne ojca Marka Jandowicza po upadku konfederacji barskiej nie zostało jednak uśpione ani zmniejszone. Błogosławił tych, którzy walczyli o wolną Ojczyznę i modlił się do Boga, prowadząc jednocześnie życie surowe i umartwione. Jego postawa dobitnie świadczyła o tym, że nie był w stanie wymazać z pamięci swojej patriotycznej przeszłości. Karmelita o dostojnej, łagodnej twarzy i głębokim spojrzeniu, jak go przedstawia jedyny zachowany autoportret, był bezsprzecznie gorącym, uduchowionym patriotą, który poświęcił młodość i swoje umiejętności na służbę Bogu w zakonie karmelitańskim, wybierając równocześnie służbę Ojczyźnie. W czasie insurekcji kościuszkowskiej, w Uszomierzu na Polesiu wołyńskim, zdążył jeszcze pobłogosławić przedzierającą się z Ukrainy brygadę generała Józefa Kopcia.
* * *
Przepowiednia księdza Marka (Wieszczba dla Polski, 1767 r.).
Pewnego razu zamiast kazania wypowiedział ksiądz Marek karmelita następujące słowa o Polsce:
Dotąd jest Polska berło nie kwitnące, Dotąd nie będzie wstępne działające. Ale jak tylko na wstępnym zostanie:Dygną strachem lutrzy, Moskwa i poganie. Pierwsi dwaj swojej krnąbrności przypłacą. A drudzy prawo wraz z państwem utracą. Kościół na skale stanie się wspaniały, Dwugłowy kolor zamieni swój w biały,Jednogłowy piersi czarnego osiądzie,Z którym złączony cuda czynić będzie. Natenczas pielgrzym wielkie swoje śluby Złoży przy grobie - Bogu trybut luby.Niewolnik wolny będzie od okupu, Strzelec pozbędzie łakomego łupu. Róża natury chłód w ciepło zamieni, Kogut z chytrości - jak wąż - się wyleni. Tak nasze rano znowu w swoje wieki Wieszcz opowiada: już czas nie daleki! A ty, o Polsko! po czasu niewiele W smutnym się musisz wprzód pogrześć popiele. Chytre sąsiedzi twoi ciebie zdradzą I z wielkim ciebie mocarzem powadzą. Z tak strasznych wojen będzie tortur wiele Miecz krwi niewinnej obficie wyleje. Wiele niewinnych marnie zginie braci, Wstyd poświęcony Bogu panna straci. Kapłan z ofiarą przy ołtarzu leże W toż licho z mnichem zakonnika sprzęże. Cna góra złotem otoczona kołem Niech ufa Bogu, nisko bije czołem. Bowiem najbliższą będzie strasznej burzy. Dym ją z innymi zarówno okurzy. Kościoły z ozdób odarte zostaną Dni zgoła wszystkie płaczliwe się staną. Lecz się najwyższy tej krzywdy użali, Na nich się samo to nieszczęście zwali. Więc czyń twojemu wieczne dzięki Bogu, Bo on im przytrze wyniosłego rogu. A ty - jak Feniks - z popiołów powstaniesz Całej Europy ozdobą się staniesz.
Sam profesor Emanuel Roztworowski, który zajmował się przepowiedniami twierdzi, "że proroctwo księdza Marka odegrało w ogóle wielką rolę w wytworzeniu mistycznej atmosfery, w której doszło do zawiązania się konfederacji barskiej".
Różnie w różnym czasie interpretowano jego Wieszczby. Zdaniem części badaczy proroctwo księdza Marka Jandowicza odnosiło się bezpośrednio jedynie do czasów konfederacji barskiej, w czasach której karmelita był głównym prorokiem i stworzył mistyczny grunt dla jej wybuchu. Adam Mickiewicz w tej wieszczbie dla Polski widział proroctwo dla całego XIX wieku i powstań narodowych. Można sądzić, że podobnie myślało wielu innych romantyków, stąd zapewne właśnie to proroctwo, jak żadne inne dotyczące losów Polski, zyskało ogromny rozgłos w literaturze. Zapewne również ta wieszczba inspirowała naszych narodowych wieszczów, poetów, do tworzenia lub raczej odtwarzania i przelewania na papier własnych wewnętrznych, duchowych wizji losów Ojczyzny, odczuć, wskazówek postępowania dla Narodu, by ten mógł w pełni odrodzić się z Ducha i zajaśnieć na nowo w Europie.
"Apokaliptyczna wizja przyszłych wojen, cierpień i wynaturzeń jest tak ogólnikowa, że trudno w zasadzie odnieść ją wprost do wydarzeń historycznych" - napisał J.N. Olizarowski. Kiedy jednak wczytać się wnikliwiej...
Trzy pierwsze wiersze dotyczą braku aktywności Polski, a dalsze ożywienia działalności politycznej na tle starań Rosji, Prus i Turcji o tron Polski. Wiersze o orle dwugłowym, jednogłowym i czarnym profesor Władysław Konopczyński tłumaczy jako zapowiedź związku dynastycznego Polski z Austrią, co miało nastąpić na skutek wstąpienia na tron Alberta z Cieszyna, syna Augusta III, ożenionego z córką cesarzowej Marii Teresy. Właśnie jego chcieli wprowadzić na tron Polski ci, którzy przygotowywali konfederację barską. Przepowiednię, że "chytrzy sąsiedzi ciebie twoi zdradzą i z wielkim sąsiadem skłócą" należy rozumieć jako inspirację powstania w Barze konfederatów, co niewątpliwie nastąpiło na skutek podjudzania przez państwo niesąsiadujące z Polską. Można by się domyślać, że chodzi o Szwecję: Góra złotym otoczona kołem" - to zdanie dotyczy Jasnej Góry i Częstochowy, która odegrała ważną rolę w walkach podczas najazdu szwedzkiego, a w późniejszym czasie, zdobyta przez Kazimierza Pułaskiego w ostatnim okresie konfederacji barskiej.
"Zapowiedź dziejowej burzy należy przecie do obiegowych elementów przepowiedni i rzadko kiedy mija się z prawdą, bo w tamtej epoce prędzej czy później jakaś wojna w Europie zdarzyć się musiała - pisze Jacek Kowalski. - Z kolei jakby z Biblii wyjął xiądz Marek zapowiedź szczęśliwości powszechnej, która kiedyś, kiedyś, kiedyś da wolność niewolnikowi, po której "wyleni się" kogut (Francja), a orzeł cuda czynić będzie, pielgrzym ziści swoje śluby, no i "drgną strachem lutrzy, schizma i poganie", zaś "strzelec pozbędzie łakomego łupu", "róża naturę zimną w ciepłą zmieni" i nastaną znowu "złote wieki".
Tu jeszcze nic takiego. Dopiero następna część przepowiedni jest jakoś wielce adekwatna. Polska ma się zagrzebać w popiele - bo rychło, w "czas już niedaleki", spłonie w ogniu nieszczęść. "Chytrzy sąsiedzi twoi ciebie zdradzą | I z jednym wielkim mocarzem powadzą" - jakże prawdziwy to obraz stosunków europejskich: obiecanek rzekomych sojuszników, którzy na koniec wydadzą Polskę w łapska Rosji. Więc wojna, więc ofiary wśród cywilów i żołnierzy. I owa "Góra" - bez wątpienia Jasna Góra, która "najbliższą będzie strasznej burzy, | Dym ją zarówno z innymi okurzy". Skąd to Marek wiedział? Żył na Kresach, znał oczywiście wagę częstochowskiego sanktuarium i fortecy, ale bliżej mu było do maryjnej fortalicji w Berdyczowie. Też się broniła bohatersko. Jak więc zdołał przewidzieć, że to właśnie wokół Jasnej Góry, a nie na Podolu toczyć się będą najcięższe boje i że wróg Jej nie zdobędzie, a tylko "okurzy"?".
O przepowiedni księdza Marka, ciekawej w swojej tajemniczości, z całą mglistością wizji apokaliptycznej powiedzieć można, że znaczna jej część została potwierdzona w życiu. Nie ulega wątpliwości, że fragment końcowy jest wieloznaczny i może odnosić się zarówno do okresu odzyskania niepodległości w 1918 roku jak i do lat następnych. Czy więc nadal stoimy przed szansą stania się "ozdobą Europy"?
* * *
Ostatnie lata życia spędził ksiądz Marek Jandowicz w Berezówce pod Lubarem, miasteczku nad Słuczą, położonym w najżyźniejszej okolicy Wołynia, gdzie w dniach 14-27 września 1660 roku, podczas wojny polsko-rosyjskiej 1654-1667 rozegrała się wielka i zwycięska dla Polaków bitwa15. Mieszkał w majątku Tadeusza Cieleckiego, łowczego bydgoskiego. Tam schorowany, prowadząc ascetyczne życie, zmarł 11 września 1799 roku.
Zgodnie ze swoim pragnieniem pochowany został w podziemiach kościoła karmelitańskiego w Horodyszczu. "Współcześni (...) nie mogli się pogodzić z jego śmiercią, sądzili, że ojciec Marek nie umrze, bo "tacy święci nie umierają" - mówiono". Grób ten okoliczna ludność otoczyła kultem, zaś atmosfera kultu karmelity nie ustała nawet po jego śmierci. Do zwłok, które nie uległy rozkładowi, lecz w sposób naturalny się zmumifikowały, potęgując wiarę w cudowność tego zjawiska, przybywały pielgrzymki. Po powstaniu listopadowym władze rosyjskie skasowały klasztor. Jego kościół został zaadaptowany na prawosławną cerkiew parafialną. W 1858 roku powstał tam żeński monaster Narodzenia Matki Bożej. Wejście do podziemi wówczas zamurowano.
Krótko przed swoim zgonem ksiądz Marek zakończył jedno z kazań takimi oto słowy:
"Wielu będzie męczenników na tej [polskiej] ziemi. Widzę całe pokolenie męczeńskie. Widzę wielkich i maluczkich przelewających krew swoją. Widzę całą Polskę naszą rozpiętą na krzyżu, ale panowanie szatana stłumione będzie. A wtenczas gdy się to stanie: Cała nasza Ojczyzna wolną będzie od morza do morza, oswobodzoną na zawsze od wroga, co ją wiek cały będzie uciskał. I w Ojczyźnie naszej będzie wówczas swoboda i wszystkie dzieci tej ziemi żyć będą w zgodzie na tej drogiej ziemi ojczystej. Tak się stanie, bo taka jest wola Boga! Amen".
W czasach, gdy podważa się wszelkie autorytety, "nikt jednak - na szczęście - nie odarł go jeszcze ze słonecznej aureoli pierwszego polskiego powstańca i pierwszego wieszcza narodowego". Jego postać, wydobyta z mroku historii, powinna być szerzej rozpropagowana nie tylko wśród karmelitów, duchowych współbraci ojca Marka, lecz również wobec współczesnego pokolenia, nierzadko dotkniętego kryzysem miłości do Ojczyzny, kryzysem tożsamości i poczucia sensu życia.
Święty Andrzej Bobola (1819)
Był 16 maja 1657 roku. Rozjuszeni kozacy Bohdana Chmielnickiego wpadli do Janowa Poleskiego z zamiarem wymordowania przebywających tam Polaków. "Urządzili taką rzeź Żydów i katolików, że i prawosławnych ogarnęła trwoga - pisał ksiądz Józef Niżnik w książce Św. Andrzej Bobola - życie, objawienia, cuda. - Zaraz im wytłumaczono, iż nie mają się czego obawiać, bo rządy przeszły teraz w ręce kozackie. Muszą jednak najpierw wyciąć w pień wszystkich katolików. Uspokoiło to ludność prawosławną, która stanęła po stronie kozaków i pomagała w ściganiu katolików. Usłużni opowiedzieli o Boboli, jako o wielkim szkodniku, który spowodował odstępstwo wielu od prawosławia. Poinformowali przy tym, że znajduje się w Peredyle, na dworze Przychockiego, dzierżawcy wsi Mohylna.
Wtedy dowódca watahy posłał oddział kozaków z rozkazem ujęcia Boboli i doprowadzenia go do Janowa".
O tym, co było dalej, opowiada ksiądz Mirosław Paciuszkiewicz SI, autor dzieła Życie i dzieje św. Andrzeja Boboli:
"Możliwe, że wieści o gwałtach w Janowie doszły już do Peredyla i wskutek nich Bobola wsiadł na wóz, by się schronić gdzie indziej. W każdym razie pewnem jest, że kozacy dopadli go jeszcze w Peredyle, jadącego wozem. Woźnica Jan Domanowski rzucił lejce i zbiegł do lasu, Andrzej zaś pozostał na miejscu i polecając się Bogu, oddał się w ich ręce.
Było już po południu. Kozacy powierzyli swe konie Jakubowi Czetwerynce i poczęli natychmiast "nawracać" Andrzeja na wiarę prawosławną. Namowy i groźby nie odniosły skutku, wobec tego obnażyli go, przywiązali do płotu i skatowali nahajkami, poczem odwiązanego bili po twarzy, przyczem Andrzej postradał kilka zębów. Następnie związali mu ręce, umieścili go między dwoma końmi, do których go przytroczyli i ruszyli do Janowa. Kiedy w ciągu czterokilometrowego marszu Bobola opadał z sił, popędzali go nahajkami i lancami, po których pozostały dwie głębokie rany w lewem ramieniu od strony łopatki, prócz tego jedno cięcie, prawdopodobnie od szabli, na lewem ramieniu. Odarty z odzienia, pokryty sińcami i krwawiącemi ranami, odbył Andrzej swój wjazd triumfalny do Janowa, gdzie eskorta oddała go niezwłocznie w ręce starszyzny. Tu przyjęto go podobno szyderstwami i okrzykami: "To ten Polak, ksiądz rzymskiej wiary, który od naszej wiary odciąga i na swoją polską nawraca!".
Jeden z kozaków dobył szabli i wymierzył cięcie w głowę Boboli, ten jednak wskutek naturalnego odruchu uchylił się i zasłonił ręką, tak że częściowo udaremnił śmiertelne cięcie, ale za to poniósł bolesną ranę w pierwsze trzy palce prawej ręki.
Równocześnie sprowadzono unickiego proboszcza janowskiego Jana Zaleskiego i uwiązano go do płotu, by go później poddać torturom. Jakiś litościwy wieśniak, korzystając z tego, że kozacy zajęci byli męczeniem Boboli, przeciął więzy i ułatwił Zaleskiemu ucieczkę.
Przygotowane przez kozaków krwawe widowisko ściągnęło liczny tłum ciekawego pospólstwa, wśród którego znajdowali się obok Czetwerynki, Joachim Jakusz, Chwedko, Jan Skubieda, Paweł Hurynowicz, Stanisław Wojtkiewicz, Dryk i Utnik. Tymczasem kozacy bezzwłocznie zajęli się Bobolą. Kolejności katuszy mu zadanych, wobec chaotycznych zeznań świadków w procesach apostolskich, ustalić niepodobna, zastosowanie ich oraz rodzaj nie ulega jednak żadnej wątpliwości.
Na rynku janowskim w pobliżu drogi, wiodącej do Ohowa, stała szopa Grzegorza Hołowejczyka, służąca za rzeźnię i jatkę. Wprowadzono tam Bobolę, rzucono go na stół rzeźnicki i uwiwszy wieniec z młodych gałęzi dębowych ściskano mu głowę. Następnie, wzywając go do porzucenia wiary katolickiej przypiekali mu ciało ogniem. Stałość Andrzeja doprowadzała ich do coraz większego okrucieństwa. "Temi rękami Mszę odprawiasz, my cię lepiej urządzimy" mieli wołać do niego i wbijali mu drzazgi za paznokcie. "Temi rękami przewracasz kartki ksiąg w kościele, my ci skórę odwrócimy, ubierasz się w ornat, my cię lepiej ozdobimy, masz za małą tonsurę na głowie, my ci wytniemy większą", wołali podobno w dalszym ciągu, zdzierając nożami skórę z rąk, piersi i głowy, odcinając wskazujący palec lewej ręki, końce obydwu pierwszych palców i wycinając skórę z dłoni.
Łaska, jakiej Bóg udziela swym wybranym męczennikom, krzepiła Bobolę i dodawała mu wprost nadludzkich sił fizycznych i moralnych, dzięki czemu, poddając się woli Boga, wśród jęków wzywał świętych imion Króla i Królowej Męczenników, Jezusa i Marii, a w odpowiedzi na szyderstwa i bluźnierstwa swych katów, wzywał ich do opamiętania. Ci prowadzili swe ohydne dzieło w dalszym ciągu. Wykłuli mu prawe oko, przewrócili go na drugą stronę, zdzierali mu skórę z pleców i świeże rany posypywali plewami z orkiszu, odcięli mu nos i wargi, przez otwór wycięty w karku, wydobyli język i odcięli u nasady, wreszcie powiesili go u sufitu za nogi, głową na dół i naśmiewali się z ciała rzucającego się w konwulsjach i skurczach nerwowych: "Patrzcie, jak Lach tańczy!".
Dwugodzinne katusze dobiegały już końca, odcięty ze sznura, padł Bobola na ziemię i odziany w najcenniejszy ornat, bo utworzony z purpury krwi własnej, wznosił swe okaleczałe ręce ku niebu, składając u tronu Boga ofiarę z życia i krwi własnej. Tak kończył swą pielgrzymkę ziemską apostoł miłości i jedności, który prawie całe swe życie oddal na służbę Bogu i dobru dusz, i nie zawahał się nawet przed złożeniem ofiary z swego życia, tego dowodu najwyższego stopnia miłości Boga i bliźniego. Dwukrotne cięcie szablą w szyję, było ukoronowaniem tragedji janowskiej, której ofiarą padł dnia 16 maja 1657 r. Andrzej Bobola".
Największe wystąpienie Kozaków w XVII stuleciu na Ukrainie, wymierzone przeciwko Rzeczypospolitej, określane przez historyków ukraińskich jako "wyzwoleńcza wojna ukraińskiego narodu przeciwko polsko-szlacheckiemu panowaniu". Bezpośrednią przyczyną jego wybuchu w 1648 roku było zaniechanie przez Rzeczpospolitą wyprawy przeciwko chanatowi krymskiemu, lennikowi Turcji, która to wyprawa raz na zawsze miała odsunąć niebezpieczeństwo najazdów tatarskich niszczących wschodnie kresy państwa. Mieli w niej wziąć udział Kozacy, którzy liczyli, że dodatkowy rejestr (zaciąg) przyczyni się do poprawy ich sytuacji materialnej. Za wyprawą opowiadał się król Władysław IV, lecz jego przygotowania wojenne wywołały szybką kontrofensywę kresowych magnatów i oburzenie szlachty, która panicznie bała się wszelkiej wojny, a tym bardziej wojny z Turkami. Na sejmie jesienią 1646 roku zmuszono Władysława IV do wyrzeczenia się planów wojennych i odwołania zaciągów oraz zredukowania gwardii królewskiej.
Kozacy poczuli się oszukani. Ich zawiedzione nadzieje były zresztą tylko ostatnim z wielu innych narosłych na Ukrainie konfliktów. Składały się na nie: różnice językowe pomiędzy polskimi (lub spolonizowanymi) właścicielami dóbr ziemskich a ukraińską ludnością chłopską, upośledzenie prawosławia wobec katolicyzmu i unii, czy konflikt między aspiracjami Kozaków a dążeniem magnaterii kresowej do poddania kozaczyzny systemowi pańszczyźnianemu. Narastało wśród nich napięcie, wykorzystane przez utalentowanego i charyzmatycznego Bohdana Chmielnickiego, podstarościego czehryńskiego, skrzywdzonego dodatkowo przez Daniela Czaplińskiego, który zabrał mu przemocą hutor Subotów i uwiódł żonę. Nie mogąc znaleźć sprawiedliwości u króla, Chmielnicki udał się na Sicz. Zawarł nieoczekiwany sojusz z Tatarami i wywołał antypolskie powstanie, które zyskało poparcie kozaków rejestrowych, bitnych i dzielnych żołnierzy.
W pierwszym etapie powstania (styczeń-październik) 1648 roku Kozacy sprzymierzeni z Tatarami pokonali wojska koronne nad Żółtymi Wodami (dopływ Dniepru), pod Korsuniem i pod Pilawcami, dochodząc do Lwowa i Zamościa. Ich zwycięstwa spowodowały wybuch powstania chłopskiego na całej Ukrainie. Pożar rewolucji ogarniał praktycznie cały jej obszar aż po San i Prypeć. Zamęt i panikę, które ogarnęły Ukrainę, spotęgował nagły zgon Władysława IV w maju 1648 roku. Szybko zebrany sejm elekcyjny obrał królem Jana Kazimierza Wazę, przyrodniego brata zmarłego monarchy. Państwu zaczęła grozić katastrofa, bo Chmielnicki groził pochodem w głąb Rzeczypospolitej. W okresie elekcji o wpływy walczyły dwie grupy polityków. Jedni pragnęli uśmierzyć powstanie poprzez rokowania z Chmielnickim i ustępstwa wobec Kozaków (na ich czele stał kanclerz Jerzy Ossoliński); drudzy, którym przewodził wojewoda bracławski Adam Kisiel, opowiadali się za utopieniem buntu we krwi. Sam Chmielnicki był wówczas skłonny do kompromisu i stawiał umiarkowane żądania, ale powstanie całkowicie wymknęło mu się spod kontroli, zataczając coraz szersze kręgi. Usiłował je powstrzymać Jeremi Wiśniowiecki, który ze swoimi żołnierzami dokonał rajdu na ogarnięte rebelią tereny tępiąc - jak napisał jeden z historyków - "hultajstwo bez żadnej litości". Naciskany przez Maksyma Krzywonosa musiał się jednak wycofać.
Rzeczpospolita ostatecznie zdecydowała się na wystawienie znacznych sił, ale dowództwo nad nimi powierzono nie Wiśniowieckiemu, który o to zabiegał, ale trzem regimentarzom: Dominikowi Zasławskiemu, Mikołajowi Ostrorogowi i Aleksandrowi Koniecpolskiemu. Trójkę tę Chmielnicki pogardliwie nazywał "pierzyną, łaciną i dzieciną". (Dwaj pierwsi byli zwolennikami ugodowej linii kanclerza Ossolińskiego). W drugim etapie powstania (1649-1651) Rzeczpospolita wznowiła działania na wielką skalę. Oblężenie Zbaraża przez powstańców, odsiecz prowadzona przez Jana Kazimierza i rokowania z Chmielnickim pod Zborowem, następnie zwycięska dla Polaków bitwa pod Beresteczkiem (28-30 czerwca 1651) doprowadziły do zawarcia z Chmielnickim dwu nietrwałych wszakże umów. Na ich mocy król uznał tytuł hetmański Chmielnickiego i rozszerzył rejestr kozaków do 40 tys. Szlachta mogła wrócić do majątków, a chan tatarski otrzymał znaczący okup i daninę. Ukrainę musieli tez opuścić Żydzi i jezuici, a prawosławny metropolita miał zasiąść w senacie. Obie strony szykowały się jednak do kolejnego ostatecznego starcia. Chmielnicki zebrał siły i pod Białą Cerkwią nie dał się rozbić. Musiał jednak przyjąć znacznie gorsze warunki pokoju. Nowe porozumienie traktował oczywiście wyłącznie taktycznie dla zyskania na czasie. Gdy wojska polskie usiłowały zatrzymać jego pochód na Mołdawię, rozgromił je w krwawej bitwie pod Batohem, mordując następnie wszystkich wziętych do niewoli jeńców. Próba ponownej interwencji na Ukrainie podjęta przez Jana Kazimierza nie przyniosła efektu. Zawarto kolejny traktat z chanem, będący powtórzeniem ugody zborowskiej. Sytuacja Chmielnickiego nadal jednak nie była łatwa. Jego idea utworzenia niezależnego państwa ruskiego, obejmującego województwa wschodnio-południowej Rzeczypospolitej, nie miała szans na materializację. Mimo poparcia Kozaków, chłopstwa, kleru prawosławnego i części szlachty ruskiej był za słaby, by samodzielnie przy sprzeciwie Polski powołać do życia nowy byt państwowy. Tatarzy byli sojusznikiem niepewnym, rozgrywającym własne interesy. Chmielnicki, szukając wyjścia z impasu, zwrócił się ku prawosławnej Rosji z wezwaniem o pomoc i opiekę. Car zwlekał jednak z jej udzieleniem. Dopiero, gdy zebrane na tzw. czarnej radzie w Perejasławiu w 1654 roku ukraińskie chłopstwo i Kozacy - wysłuchawszy wywodu Chmielnickiego o konieczności poddania się jednemu z okolicznych władców - przez aklamację opowiedzieli się za nim, zgodził się na konkretne rokowania. Jego wysłannicy zgodzili się zawrzeć tzw. ugodę perejasławską, na mocy której Ukraina miała się połączyć z Rosją. W konsekwencji Rosjanie w kilka miesięcy po jej podpisaniu zaczęli wojnę z Polską. Powstanie Chmielnickiego się zakończyło, a sprawa ukraińska nabrała zupełnie innego wymiaru.
* * *
Kiedy 31 lipca 1611 roku dwudziestoletni Andrzej Bobola, jako uczeń jezuickiej szkoły w Braniewie, zgłosił się do litewskiej prowincji Towarzystwa Jezusowego, z pewnością nie myślał o końcu, jaki zgotuje mu przyszłość. Chciał być wierny Bożemu powołaniu, dlatego usłyszawszy głos Chrystusa: "Pójdź za mną!", poprosił o przyjęcie do zakonu jezuitów w tym samym dniu, w którym ukończył szkołę średnią.
Urodził się 30 listopada 1591 roku w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze znamienitego szlacheckiego rodu, osiadłego od lat w Małopolsce i pieczętującego się herbem Leliwa. Jego ojciec Mikołaj Bobola był dzierżawcą sołectwa strachocińskiego, wchodzącego w skład dóbr królewskich. Jezuita Jan Łukaszewicz SJ, który osobiście znał Andrzeja Bobolę, przekazał pewne cechy jego wyglądu, stwierdzając m.in. "Andrzej był średniego wzrostu, o zwartej, muskularnej i silnej budowie ciała. Twarz miał okrągłą, pełną, policzki okraszone rumieńcem, przez jasną, przyprószoną siwizną, fryzurę, z lekka przeświecała łysina. Powagi dodawała twarzy siwiejąca, nisko strzyżona broda".
Andrzej studiował filozofię i teologię na Uniwersytecie Wileńskim. 12 marca 1622 roku (w dniu kanonizacji pierwszych jezuitów: Ignacego Loyoli i Franciszka Ksawerego) otrzymał święcenia kapłańskie, których udzielił biskup Eustachy Wołłowicz. Jako misjonarz przemierzał rozległe obszary na terenie dzisiejszej Polski, Białorusi i Litwy, aby nieść Dobrą Nowinę ludziom opuszczonym i religijnie zaniedbanym.
Przez rok był rektorem kościoła w Nieświeżu (1623-1624), gdzie wspólnie z księciem Albrechtem Stanisławem Radziwiłłem dążył do uroczystego uznania przez króla Matki Bożej za Królową Polski, co zostało spełnione we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku. 2 czerwca 1630 złożył profesję (ślubowanie) czterech ślubów zakonnych w kościele św. Kazimierza w Wilnie. Gdy w czerwcu 1625 roku nawiedziła Wilno epidemia, nie zważając na niebezpieczeństwo zarażenia się, pospieszył wraz z innymi na posługę chorym. Następstwem samarytańskiej pomocy była wtedy śmierć sześciu jezuitów; zebrano jednak niemały plon duchowy: wysłuchano 8000 spowiedzi, przykładem heroicznego poświęcenia nawrócono 26 innowierców.
Z końcem 1642 roku lub na początku 1643 przeniesiono Andrzeja do Pińska. Kronika domu odnotowuje w tym okresie wzmożone zaangażowanie miejscowych jezuitów w pracę nad prawosławnymi. Wielu z nich przychodziło do kościoła jezuickiego, aby posłuchać kazań lub nauki katechizmu. To oddziaływanie prowadziło do licznych nawróceń. Nie bez znaczenia była też troska o rozwój kultu maryjnego, którego krzewicielami stały się sodalicje.
W roku 1646 Andrzej znalazł się znowu w Wilnie. Tym razem przyczyną przeniesienia było jego zdrowie, które dotychczas wydawało się nie do zdarcia. Wilno miało klimat bez porównania lepszy aniżeli Polesie. W kościele św. Kazimierza wrócił do poprzednio pełnionych obowiązków i pracował tu przez sześć lat.
W miesiącach letnich 1652 roku, w lepszym stanie zdrowia, powrócił do Pińska, gdzie praktycznie przebywał, z niewielką przerwą, do końca życia. Przez ten ostatni okres swojej ziemskiej działalności pracował przede wszystkim jako misjonarz na Polesiu.
"Zadanie, jakie postawiła przed nim wola Boża wypowiedziana ustami przełożonych, bynajmniej nie było łatwe - czytamy na portalu parafii św. Andrzeja Boboli w Czechowicach-Dziedzicach. - Apostołowanie utrudniały zarówno okoliczności zewnętrzne, jak i atmosfera duchowa. Brak dróg i stąd trudny dostęp do ludzi izolowanych od świata, żyjących na piaszczystych ziemiach, wśród grząskich bagien, sprawił, że stan religijno-moralny Poleszuków był opłakany. Hołdowali oni przeróżnym zabobonom. W niedzielę jeździli wprawdzie tłumnie do miasta, ale w kościele lub cerkwi zjawiali się tylko na błogosławieństwo przed końcem mszy św., a resztę czasu spędzali w karczmie.
Początkowo po wioskach i siołach Pińszczyzny przyjmowano misjonarzy jezuickich bardzo niechętnie. Później jednak, gdy pękły lody nieufności, chłopi gromadzili się licznie na naukach głoszonych w wiejskich chatach. Praca duszpasterska była niejednokrotnie dla Boboli okazją, aby stanąć w szranki z duchownymi prawosławnymi. Oczytanie w pismach Ojców Kościoła greckiego, do czego dopomogła mu wyniesiona z jezuickiej szkoły średniej dobra znajomość tego języka, sprawiło, że z każdej dysputy wychodził zwycięsko. Do największych jego osiągnięć należy przejście na katolicyzm dwu całych wsi: Bałandycze i Udrożyn.
Proporcjonalnie do osiągnięć apostolskich rosła w obozie przeciwnym niechęć do Andrzeja. Gdy pomimo osłabionego zdrowia chodził ciągle od wioski do wioski, obrzucano go nie tylko obelgami, ale także błotem i kamieniami. Uwieńczeniem tej wrogości była sprawa janowska".
Następnego dnia po męczeńskiej śmierci odzyskano zmasakrowane ciało Andrzeja Boboli. Włożono je do trumny i pochowano w podziemiach pińskiego kościoła. Janowski męczennik podzielił los ponad 40 innych jezuitów zamordowanych w tym czasie na Polesiu. Potem zupełnie o nim zapomniano, podobnie jak o jego męczeńskiej śmierci. Do czasu, aż - 44 lata później - po raz pierwszy, z woli Boga, sam upomniał się o swój kult...
W roku 1712 generał jezuitów Michał Anioł Tamburini SJ wszczął starania o beatyfikację Andrzeja Boboli. Pięć lat później w Janowie Poleskim, w miejscu jego męczeńskiej śmierci, postawiono krzyż pamiątkowy, nieopodal którego w dniu 1 listopada 1723 roku na rynku doszło do dziwnego zjawiska ukazania się świetlanego krzyża. Proces beatyfikacyjny przeciągał się, a następnie został na długie lata przerwany z powodu kasaty zakonu jezuitów w 1773 roku i rozbiorów Polski.
Kult Andrzeja Boboli szerzył się także wśród wyznawców prawosławia. By zahamować tę tendencję, w 1886 roku władze carskie wysłały do Połocka specjalną komisję, która miała za zadanie usunąć relikwie. Kiedy jednemu z komisarzy, dowcipkującemu na temat "polskich metod wyrabiania świętych", spadła na głowę cegła, ciało męczennika zostawiono w spokoju.
Do wznowienia procesu doszło dopiero w roku 1826. Spośród setek nadzwyczajnych łask wybrano trzy ewidentne cuda, za cud uznano również niewytłumaczalny doskonały stan zwłok męczennika. W 1853 roku Pius IX wpisał męczennika w poczet błogosławionych. 30 października 1853 roku został on beatyfikowany w bazylice św. Piotra w Rzymie. 17 kwietnia 1938 roku, w święto Zmartwychwstania Pańskiego, został kanonizowany przez Piusa XI.
W okresie II Rzeczypospolitej Andrzej Bobola został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Niepodległości. Po beatyfikacji kult jezuity ponownie się ożywił. O kanonizację zabiegał sam Józef Piłsudski. 8 sierpnia 1920 roku, na zarządzenie metropolity warszawskiego kardynała Aleksandra Kakowskiego, gwiaździste procesje ze wszystkich parafii warszawskich przybyły po południu na plac Zamkowy i przy wystawionych relikwiach błogosławionego Andrzeja Boboli oraz błogosławionego Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy, wypraszały u Boga i Matki Bożej zwycięstwo, błagając o cud. I cud się zdarzył - "cud nad Wisłą", który odmienił losy wojny.
Zmumifikowane naturalnie zwłoki Boboli przez długie lata otaczane były czcią w kościele parafialnym w Połocku. Kolejną komisję - w 1922 roku - wysłali do Połocka bolszewicy. Tym razem jej zadaniem było zbadanie i potwierdzenie "religijnego oszukaństwa". Wyjęli ciało z trumny i cisnęli nim o ziemię. Ku ich zdziwieniu zwłoki się nie rozsypały. Miesiąc później uzbrojeni "rabusie" zawieźli ciało do Moskwy. Ukryto je w magazynie gmachu Higienicznej Wystawy Ludowego Komisariatu Zdrowia. "Wykupili" je dyplomaci watykańscy w zamian za dostawy zboża dla głodujących Rosjan. Szczątki Andrzeja Boboli umieszczono w specjalnym relikwiarzu i na statku "Cziczerin" popłynęły z Odessy do Konstantynopola. Do Rzymu relikwie dotarły w dzień Wszystkich Świętych 1923 roku.
W 1938 roku rozpoczął się triumfalny powrót męczennika z Rzymu do Polski. 8 czerwca ciało świętego Andrzeja Boboli specjalnym pociągiem zostało uroczyście przetransportowane z Wiecznego Miasta do Ojczyzny. Tłumy ludzi ze łzami w oczach witały świętego na trasie przejazdu specjalnego pociągu i w kościołach Lublany, Budapesztu, Bratysławy, Ostrawy, a zwłaszcza w polskich miastach - Dziedzicach, Oświęcimiu, Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Kaliszu, Łodzi i Warszawie.
Rok później wybuchła wojna. Trumna z ciałem - skutecznie ukrywana w różnych kościołach przed okupantem i niemal cudem uchroniona przed bombardowaniem - po wojnie powróciła na swoje miejsce. Przewieziono ją w konspiracji przed sowiecką władzą jako "zwłoki jednego księdza".
Złożono je 13 maja 1989 roku w nowo wybudowanym Sanktuarium św. Andrzeja Boboli na warszawskim Mokotowie, przy ul. Rakowieckiej 61, gdzie 16 maja 2007 roku utworzono muzeum poświęcone jego pamięci. Od 16 maja 2002 roku św. Andrzej Bobola jest jednym z patronów Polski. Jego wybór zatwierdziła 13 marca 2002 roku watykańska Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów na prośbę występującego w imieniu Konferencji Episkopatu Polski prymasa kardynała Józefa Glempa, złożoną w liście z 8 stycznia 1999 roku.
* * *
Był rok 1702. Zawierucha wojny północnej zagroziła Pińskowi. Świątobliwy rektor Marcin Godebski rozpoczął gorączkowe poszukiwania patrona, któremu chciał powierzyć opiekę nad pińskim kolegium jezuitów. W niedzielny wieczór 16 kwietnia ukazał się mu jakiś nieznany jezuita o budzącej sympatii świetlistej twarzy. "Szukasz patrona, który ochroni kolegium? Masz przecież mnie. Jestem twoim współbratem. Andrzejem Bobolą zabitym przez kozaków w obronie wiary. Odszukaj moje ciało. Bożą wolą jest bowiem, żebyś oddzielił mnie od innych" - powiedział duch.
Ksiądz Godebski polecił odszukać trumnę. Nie było to łatwe. Przez dwa dni bezskutecznie przetrząsano wilgotne czeluście kościelnej krypty. Wśród rozpadających się trumien nie było trumny Boboli. Drugiego dnia wieczorem Andrzej Bobola objawił się zakrystianinowi Prokopowi Łukaszewiczowi, instruując go dokładnie, gdzie znajduje się miejsce pochówku męczennika. Trzeciego dnia udano się we wskazane miejsce i po kilku zaledwie sztychach łopatą odsłonięto tabliczkę z napisem "Ojciec Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego przez kozaków zabity". Po otwarciu trumny oczom zgromadzonych ukazało się zmaltretowane ciało męczennika. Rektor rozpoznał w zmarłym osobę, która nawiedziła go nocą. Mimo wielu lat przechowywania w wilgotnej krypcie ciało jezuity było takie jak w chwili śmierci, a krew nadal była czerwona. Uznano to za cud, zwłoki odziano i przełożono do nowej trumny.
Wieść ta obiegła powoli całą Rzeczpospolitą. Mieszkańcy Pińska, Janowa i okolic zaczęli przypominać sobie historię sprzed lat, od tej pory przed szczątkami męczennika modliły się rzesze ludzi. Jego kult zaczął szerzyć się bardzo szybko, a on sam - zgodnie z obietnicą - otoczył opieką nie tylko wspomniany klasztor jezuicki. Kolegium i miasto otrzymały swojego patrona. Kult Andrzeja Boboli rósł lawinowo. Wypraszano za jego wstawiennictwem wiele łask. Rozpoczęto także starania o beatyfikację, które jednak - jak wspomniano wyżej - przerwały rozbiory i kasata zakonu jezuitów.
Po raz drugi Andrzej Bobola przypomniał o sobie w Wilnie w roku 1819. Listopadowy wieczór pełen był zimnych i lepkich mgieł. Późna jesień odarła okolicę z kolorów i wdzięku. Z drzew opadały nasiąknięte wodą złote liście...
W wileńskim klasztorze przebywał wówczas dominikanin, ojciec Alojzy Korzeniewski (zm. 1826), fizyk i kaznodzieja prześladowany przez carskie władze. Ojciec Korzeniewski załamany wydanymi przez cara zakazami głoszenia słowa Bożego, spowiadania i publikowania, patrzył w bezsenną noc przez okno celi i modlił się do Andrzeja Boboli, zawierzając mu sprawę niepodległości Polski:
- Męczenniku z Janowa!, wszakże już tyle razy przepowiedziałeś nam bliskie zmartwychwstanie ojczyzny naszej. Czyżby jeszcze nie był nadszedł czas, by niebo wysłuchało modły Twoje i przepowiednie Twe się ziściły? Wiesz lepiej ode mnie, z jaką nienawiścią schizmatycy prześladują naszą świętą wiarę i jak starają się kraj nasz kochany, Ojczyznę twoją do schizmy popchnąć. Ach, święty Męczenniku... Patronie nasz, czy nie dosyć tej chłosty, tegoż upalenia? Wyjednaj dla biednych Polaków litość u miłosiernego Boga. Niech Polska stanie się znowu jednym królestwem prawowiernym i Bogu podległym.
Utrapiony dominikanin westchnął, zamyślił się, zamknął okno i złożył do spoczynku, by zapomnieć o twardej rzeczywistości. Wtem w maleńkiej samotnej celi zakonnika zajaśniało dziwne światło i jakaś wspaniała postać stanęła w jej środku.
- Otóż jestem, ojcze Korzeniewski! Jestem ten, którego przyczyny wzywałeś. Otwórz okno jeszcze raz i popatrz, i zobaczysz rzeczy, których nigdy dotąd nie widziałeś.
Choć przerażony, ale posłuszny dominikanin spełnił polecenie. Drżącą od lęku i wzruszenia dłonią otworzył okno i... jakież było jego zdziwienie. Znikł ogród klasztorny, znikł mur go otaczający, a miejsce jego zajęła rozległa równina, przecudny krajobraz.
- Płaszczyzna, która się przed tobą roztacza, mówił dalej niebieski posłaniec - to ziemia pińska, ta sama, na której Bóg mi pozwolił krew przelać za miłość Chrystusa. Lecz przyjrzyj się bliżej, a dowiesz się o tym, coś tak bardzo pragnął widzieć.
I wyjrzał ojciec Korzeniewski po raz drugi przez okienko swej celki i w tej chwili cała równina była zaludniona. Toczyła się tam krwawa, zaciekła bitwa. Nieprzeliczone szeregi Moskali, Niemców, Francuzów, Anglików i innych narodowości uderzyły na siebie wzajemnie. Niebo płonęło od pożarnej łuny. Surowy, nieznośny cuch krwi przyprawiał o mdłości przerażonego widza. Dominikanin odwrócił wzrok ze wstrętem i zgrozą. Wtedy Męczennik Towarzystwa Jezusowego stał niewzruszony w pośrodku celi i łagodnym lecz przekonującym tonem objaśnił to widzenie:
- Kiedy ludzkość doczeka się takiej wojny - tu wskazał na pole bitwy - to za przywróceniem pokoju nastąpi wskrzeszenie Polski, a ja uznany zostanę głównym jej patronem.
Ksiądz Korzeniewski zaledwie mógł oczom i uszom swym wierzyć w to, co widziały i słyszały. Unosząc się niebiańską radością nad tym wszystkim, prosił świętego Andrzeja o jakiś znak ziemskiej pewności, że to nie sen, nie złudzenie, ale rzeczywistość. Na to odpowiedział św. Andrzej:
- Ja ci to mówię, ja, Andrzej, o prawdzie tego cię zapewniam. Widzenie twoje jest rzeczywiste i niezawodne, a wszystko to się spełni co do joty. Więc już bez troski udaj się na spoczynek. Żeby ci jednak i znak upragniony zostawić, żeś istotnie widział i słyszał to wszystko, zostawiam ci ślad dłoni mojej na tym stole.
To mówiąc, położył rękę na stole dominikanina i zniknął.
Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, jakie na nim zrobiło ukazanie się męczennika, ksiądz Korzeniewski zbliżył się do stołu i zobaczył wyraźny odcisk dłoni na stole. Następnego dnia zawołał wszystkich ojców i braci klasztoru, którzy widzieli i poświadczyli znamię zostawione przez świętego Andrzeja Bobolę.
To niezwykłe wydarzenie ksiądz Korzeniewski opisał później w swoich wspomnieniach - książce, która ukazała się w USA. Opis widzenia i proroctwa zostały również opublikowane w czasopismach francuskich i polskich po ogłoszeniu beatyfikacji Andrzeja Boboli w roku 1853, ale wówczas podchodzono do sprawy z dużą rezerwą. Dopiero po stu latach proroctwo okazało się prawdą...
* * *
Pod koniec komunistycznej okupacji Polski doszło do kolejnych objawień Andrzeja Boboli. Tym razem w Strachocinie - wiosce, którą uznaje się za miejsce narodzin męczennika. Na strachocińskiej plebanii straszyło jeszcze przed wojną. Kolejni proboszczowie i ludzie przebywający na plebanii słyszeli dziwne odgłosy, tajemnicza zjawa siadała na łóżku, ściągała kołdrę, stąpała pod drzwiami, spadały lampki, brewiarz, z pustego chóru zleciał kamień, huśtał się żyrandol w kościele. Księża bali się mieszkać na plebanii, a ksiądz Ryszard Mucha trafił z tego powodu do szpitala.
W 1983 roku zastąpił go ksiądz Józef Niżnik. W nocy z 10 na 11 września 1983 roku obudziło go uderzenie w rękę. Jego oczom ukazała się "smukła, na czarno ubrana" zjawa "z czarną brodą". Ksiądz myślał, że to napad i z krzykiem rzucił się w kierunku intruza. Zjawa oddaliła się w kierunku okna i znikła. Wystraszony kapłan do rana nie mógł zmrużyć oka. Zjawa objawiała się regularnie w ciągu kolejnych czterech lat, zawsze w nocy o godzinie 2.10.
Proboszcz Niżnik, który pozostał cały ten czas na plebanii, skojarzył w końcu postać z Andrzejem Bobolą. Zaintrygowany zrezygnował ze studiów na KUL-u i postanowił zostać w Strachocinie na dłużej. Z czasem dotarł do informacji, że ojciec Pio powiedział pewnej polskiej zakonnicy, że święty Andrzej domaga się kultu w Strachocinie. 16 maja 1987 roku, w 330. rocznicę śmierci męczennika ksiądz Niżnik powiedział wiernym, że powinni go czcić. Po tym wydarzeniu, w najbliższą noc, postać pojawiła się po raz ostatni.
16 maja 1988 roku uroczyście wprowadzono relikwie świętego i umieszczono je w wybudowanym ku jego czci ołtarzu, a ksiądz Niżnik został kustoszem strachocińskiego sanktuarium. W marcu 2007 roku ksiądz arcybiskup Józef Michalik ustanowił Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie.
Przepowiednia Licheńska (1850)
Tysiące osób w ciągu wieków utrzymywały, że doznały objawienia Matki Bożej. Kościół katolicki bardzo szczegółowo bada te wszystkie doniesienia o wizjach, docierające z różnych kontynentów. Często zawierają one ostrzeżenia i przepowiednie apokaliptycznej przyszłości. Tylko nieliczne objawienia uznano za autentyczne.
Matka Boża miała się objawiać na ziemiach polskich kilkakrotnie. Objawienie z 1850 roku, jakiego miał doświadczyć Mikołaj Sikatka, sześćdziesięciotrzyletni pasterz ze wsi Grąblin, rozpoczęło kult maryjny w Licheniu, niewielkiej miejscowości w środkowej Polsce, położonej w odległości 14 kilometrów od Konina. W czerwcu 1999 roku do tego właśnie sanktuarium pielgrzymował papież Jan Paweł II.
Z dokumentów zachowanych w archiwum parafialnym i diecezjalnym wynika, że Mikołaj Sikatka, którego Matka Boża wybrała na swojego posłannika do ludu, syn Wojciecha i Magdaleny Sikaczów, urodził się 10 grudnia 1787 roku w Grąblinie. Był najmłodszym z trójki rodzeństwa. Różnice w nazwisku najprawdopodobniej wynikają z miejscowej gwary. Grąblinianie, dla odróżnienia mężczyzny od jego ojca lub starszych braci, używali zdrobnień bądź przydomków. Przypuszczalnie więc o Mikołaju mówili Sikaczyk.
Pracował w miejscowym dworze hrabiny Izabeli Kwileckiej najpierw jako fornal, potem jako włodarz, a na starość jako pasterz dworskiego i włościańskiego bydła. (Według innych źródeł służył u gospodarza Jana Pachlika pod nr 8 w Grąblinie). W 1810 roku ożenił się z Teklą Mielcarzówną, córką Andrzeja i Rozalii z Wielgopola. W księgach parafialnych jest zapis o tym, że 4 marca 1811 roku ksiądz Jan Sosiński (proboszcz parafii Licheń w latach 1800- 1819) ochrzcił syna 24-letniego pasterza Mikołaja, nadając mu imię Kazimierz. Drugą żoną Mikołaja była Kunegunda z Jóźwiaków, z którą nie miał potomstwa.
Ani w życiu, ani w pracy pasterz nie wyróżniał się niczym specjalnym. Jednak między ludźmi poważnymi miał opinię człowieka prawego, pobożnego, roztropnego i prawdomównego. Mówiono o nim, że jest głęboko religijny i uczciwy. Uprawiał surowe posty i pokuty. Nigdy nie rozstawał się z różańcem, który nosił na szyi. Mimo że otoczony był powszechnym szacunkiem, nad nikogo się nie wynosił. Przepowiedział też dzień i godzinę swojej śmierci...
Chociaż czuł się zupełnie zdrowy, wezwał kapłana, przyjął ostatnie sakramenty święte i zmarł 23 kwietnia 1857 roku w samo południe, mając opinię świętego. (W archiwum włocławskim przechowywany jest spisany 23 kwietnia 1857 r. akt zgonu Mikołaja). Pochowano go w drewnianej trumnie na licheńskim cmentarzu, w pobliżu kościoła. Kiedy czterdzieści lat później, z okazji budowy pomnika dla pasterza, grób rozkopano i trumnę otwarto, znaleziono ciało wizjonera nienaruszone. Wspomniany pomnik został zburzony przez Niemców w czasie II wojny światowej. W roku 1975, w 125. rocznicę objawień, wystawiono Mikołajowi Sikatce pomnik mauzoleum.
Pewnego dnia Mikołaj postanowił wypędzić do grąblińskiego lasu16 bydło, które pasał w pobliskim gospodarstwie. Tam klęknął na środku polany i zaczął się długo modlić o niepodległość Polski i lepszy los Polaków przed zawieszoną na sośnie kapliczką z niewielkim obrazkiem Matki Bożej. Wtem ukazała się mu Maryja, która przepowiedziała odrodzenie się Polski, "ale jeszcze trzeba będzie na nie poczekać". Najświętsza Maryja Panna mówiła też Mikołajowi o wielu klęskach, które miały niedługo nawiedzić kraj, a także o powstaniach narodowych, które jednak nie przyniosą nam długo oczekiwanej wolności. Pasterz miał przekazać ludziom Jej nawoływania do nawrócenia i modlitwy, szczególnie różańcowej. Maryja przepowiedziała czasy epidemii, dając jednocześnie nadzieję tym, którzy Jej zaufają. W pewnym momencie wypuściła na wolność trzymanego na piersi orła białego, w geście tak bardzo zrozumiałym dla Polaków...
Wkrótce Mikołaj zaczął opowiadać ludziom, że na pastwisku kilkakrotnie ukazała się mu Najświętsza Maryja Panna. Mówił, że zalecała, aby zachęcał ludzi do poprawy życia i do pokuty za grzechy, jeżeli chcą uniknąć strasznej kary Bożej, która już wisi nad nimi. Zachowały się relacje ówczesnego proboszcza księdza Floriana Kosińskiego, który swoim przełożonym napisał:
"W tymże boru, w bliskości obrazu pasterz bydła (...) od dwóch lat miał widywać osobę nieznaną, jakoby z innego świata, która za pośrednictwem tegoż pasterza starała się zachęcać lud do prawdziwej pokuty, odmiany dotychczasowego, z wielu miar nagannego Życia (...) - przestrzegając zarazem, aby obraz wspomniany z miejsca tego, na ustroniu, bo tylko nad ścieżką położonego, został przeniesiony na inne, dla zabezpieczenia go od zniewag, które w boru przytrafiać się mogły (...). Polecenie to i zachęcenie miała ponawiać po kilka razy".
Jedni uwierzyli opowiadaniu Sikatki, inni uważali je za kłamstwo i zwodzenie prostodusznych. Do tych, którzy uwierzyli, należały... władze carskie. Objawienie wzbudziło ich znaczny niepokój, szczególnie wypuszczony na wolność orzeł... Pasterz został przesłuchany na tę okoliczność przez wójta Gosławic, a następnie przekazany władzom powiatowym w Koninie. Aresztowanego "za wichrzycielstwo" poddano torturom i groźbami zmuszano, by zaprzeczył samemu sobie. Gdy próby te okazały się bezskuteczne - zamknięto go w więzieniu. Wtedy sąsiedzi, zrobiwszy składkę pieniężną, poprosili znajomego lekarza o wystawienie fikcyjnego zaświadczenia o złym stanie zdrowia psychicznego Mikołaja. Dzięki tym dokumentom pasterz wyszedł z więzienia.
Jak relacjonował pasterz Sikatka, Maryja ukazywała się mu jeszcze potem kilkakrotnie, w latach 1850-1852. Poza nawoływaniem do odnowy moralnej, oczekiwała też przeniesienia jej obrazu z miejscowej kapliczki w bardziej godne miejsce:
"Gdy nadejdą ciężkie dni, ci, którzy przyjdą do tego obrazu, będą się modlić i pokutować, nie zginą. Będę uzdrawiać chore dusze i ciała. Ile razy ten naród będzie się do Mnie uciekał, nigdy go nie opuszczę, ale obronię i do Swego Serca przygarnę, jak tego orła białego. Obraz ten niech będzie przeniesiony w godniejsze miejsce i niech odbiera publiczną cześć. Przychodzić będą do niego pielgrzymi z całej Polski i znajdą pocieszenie w swych strapieniach. Ja będę królowała memu narodowi na wieki. Na tym miejscu wybudowany zostanie wspaniały kościół ku Mej czci. Jeśli nie zbudują go ludzie, przyślę aniołów i oni go wybudują".
W roku 1852 w Europie wybuchła epidemia cholery, która dotknęła również Wielkopolskę. Wtedy przerażeni mieszkańcy Lichenia i sąsiednich wiosek przypomnieli sobie słowa Mikołaja. Zaczęli pielgrzymować do lasku przed obraz Matki Bożej. Miały miejsce liczne uzdrowienia. Również ludzie z okolic bliższych i dalszych zaczęli tłumnie przyjeżdżać, aby modlić się przed zawieszonym na sośnie obrazkiem Maryi. Wzbudziło to także zainteresowanie władz kościelnych.
Biskup kujawsko-kaliski Walenty Maciej Tomaszewski postanowił przesłuchać zarówno Mikołaja Sikatkę, jak i osoby utrzymujące, że zostały uzdrowione. Obraz został uznany za charyzmatyczny i cudowny, postanowiono go zatem przenieść do kościoła Matki Bożej Częstochowskiej w Licheniu Starym17. Uroczystość przeniesienia miała miejsce 29 września 1852 roku. Dziś wisi on w ociekającej złotem Bazylice Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski, największej świątyni w kraju i jednej z największych na świecie. Kult niewielkiego (24 x 12 cm) obrazu Matki Bożej Licheńskiej rozwinął się zwłaszcza po 1852 roku, kiedy to przepowiednia zaczęła się spełniać. Od 1949 roku sanktuarium opiekuje się Zgromadzenie Księży Marianów - tak więc słowa Maryi "stały się ciałem", powstał klasztor i miejscem tym opiekują się Jej synowie.
Stara jest historia miejscowości Licheń. Mieszkali tu ludzie w epoce kamiennej, bo znaleziono po nich na wzgórzu różne przedmioty z kamienia łupanego i krzemienia. W czasach rzymskich wiódł tędy szlak handlowy zwany bursztynowym. Legenda głosi, że wtedy na wzgórzu nad jeziorem, pośród prastarych drzew znajdowała się pogańska świątynia, w której czczono księcia ciemności - szatana, zwanego po słowiańsku "Licho". Stąd właśnie pochodzi nazwa "Licheń". Z całej okolicy przychodzili tu ludzie, aby się modlić do wyciosanego w granicie bałwana, składać mu ofiary, odprawiać gusła i zabobony. W 1969 roku odkopano na wzgórzu tajemnicze głazy i kamienie, prawdopodobnie pochodzące z rozbitego pogańskiego ołtarza ustawionego przed posągiem, a także kamienie rytualne służące do pogańskich obrzędów kultowych. Gdy Bóg powołał nasz naród do prawdziwej wiary, a światło Ewangelii zabłysło nad polską ziemią, zburzono tę pogańską świątynię, a z granitowego posągu wyciosano krzyż, który od 1151 roku znajduje się na ryneczku wioski. Okupanci zatopili ten krzyż w jeziorze, ale po wojnie wydobyto go z głębin i ustawiono na dawnym miejscu.
Pielgrzymów przyciąga dziś do Lichenia nie tylko cudowny obraz Matki Bożej, związany z objawieniami z 1850 roku, ale przede wszystkim nowa, ogromna bazylika. To największy kościół w Polsce, siódmy pod względem wielkości w Europie i jedenasty na świecie! Budowa rozpoczęła się w 1994 roku. Bazylika została zaprojektowana przez Barbarę Bielecką, architekta z Gdyni. Ma pięć naw, kubaturę 300 700 metrów sześciennych, 120 metrów długości, 77 metrów szerokości (w transepcie 90 m), 90 metrów wysokości (z kopułą). W swoich formach nawiązuje do bazylik wczesnochrześcijańskich. Przed bazyliką stoi jeden z największych w Polsce pomników Jana Pawła II z ponadczterometrowym posągiem papieża (zbudowany w 1999 r. wg projektu Mariana Koniecznego). Bazylika nie wszystkim się podoba. Podczas budowy pojawiły się kontrowersje natury estetycznej. Dyskusje te sprawiły, że nawet wiele osób obojętnych religijnie przyjeżdża do Lichenia przekonać się na własne oczy, jak wygląda nowa świątynia.
Wszystko to spowodowało, że Licheń stał się drugim, zaraz po Częstochowie, polskim miejscem pielgrzymkowym. W latach 1921-1924 w Licheniu przebywał alumn Stefan Wyszyński - późniejszy kardynał i Prymas Tysiąclecia; za przyczyną Matki Bożej został uzdrowiony. W 1967 roku ksiądz prymas Wyszyński ukoronował Cudowny Obraz Matki Bożej Licheńskiej koroną papieską, natomiast papież Paweł VI obdarzył sanktuarium przywilejem odpustu zupełnego w każdy dzień roku (http://prorocykatolik.pl/).
* * *
Historia objawienia jest jednak nieco starsza, niż wynikałoby z przedstawionej wyżej opowieści o pasterzu Sikatce. Sięga początku XIX wieku, kiedy to żołnierz Tomasz Kłossowski w dniach 16-19 października 1813 roku wziął udział w "bitwie narodów" pod Lipskiem. Było to największe starcie wojen napoleońskich i największa klęska Napoleona, większa nawet od symbolicznej klęski pod Waterloo i sławetnego odwrotu spod Moskwy w roku 1812. Jej wynik zadecydował o historii Polski i Europy na najbliższe sto lat. To właśnie pod Lipskiem 200 lat temu przesądzony został nie tylko los "boga wojny", ale także całego kontynentu europejskiego na cały wiek. Tam nastąpił prawdziwy koniec Księstwa Warszawskiego. Przyszłość Polski wyszła z rąk Napoleona i przeszła w ręce cara Aleksandra I i jego sojuszników z Austrii i Prus.
W "bitwie narodów" uczestniczyło 16 nacji. Po obu stronach walczyło ponad pół miliona żołnierzy. Dysproporcja sił była ogromna. 18 października, gdy decydowały się jej losy, pod rozkazami Napoleona stało około 160 tysięcy ludzi. Siły koalicji były mniej więcej dwukrotnie większe. Szacuje się je na od 320 do 360 tysięcy żołnierzy. Obie strony posiadały potężną artylerię. Także w artylerii przewaga koalicji była dwukrotna.
Bitwa miała tragiczne skutki dla Polaków. Zabitych i rannych zostało około siedmiu tysięcy. Do niewoli dostało się około trzech tysiecy. Książę Józef Poniatowski, mianowany w czasie jej trwania przez Napoleona marszałkiem Francji, utonął w Elsterze, wcześniej będąc kilkakrotnie ranny. Z piechoty ocalało tak niewielu, że z niedobitków utworzono później tylko jeden pułk pieszy. Koalicja triumf swój opłaciła również wielkimi stratami: około 70 tysięcy zabitych i rannych.
Wspomniany Tomasz na polu bitwy został śmiertelnie ranny. Leżąc na ziemi bez szansy na ratunek zaczął modlić się gorliwie do Matki Bożej, prosząc o pomoc. Jednocześnie ściskał w ręce medalik z Jej wizerunkiem, który nosił na szyi. Wówczas zobaczył idącą po pobojowisku piękną kobietę w amarantowej sukni ze znakiem Orła Białego na piersi. Gdy podeszła bliżej, rozpoznał w niej Matkę Bożą. Według jego świadectwa Maryja ukazała się mu w koronie na głowie i w złocistym płaszczu, na którym widniały symbole męki Pańskiej: cierniowa korona, bicze, gwoździe i włócznia. Obiecała Tomaszowi, że wróci do domu. Poleciła jednak, aby po powrocie odnalazł wizerunek najwierniej ją przedstawiający. Powiedziała też, aby po znalezieniu wizerunku, umieścił go w miejscu publicznym, aby ludzie się o nim dowiedzieli.
Kłossowski rzeczywiście ocalał i powrócił do domu, a konkretnie do Izabelina, wioski położonej niedaleko Lichenia. Pozbawiony majątku za udział w powstaniu wybudował kuźnię w Izabelinie koło Lichenia Starego i pracował w niej jako kowal. Chcąc spełnić prośbę Matki Bożej, wiele pielgrzymował pragnąc odnaleźć obraz, o którym wspomniała. Poszukiwania zajęły mu ni mniej, ni więcej, tylko 23 lata. Wreszcie, w 1836 roku, wybrał się na pielgrzymkę do Częstochowy. Kiedy już wracał do domu, we wsi Lgota pod Częstochową, zobaczył grupkę pielgrzymów modlących się przy wizerunku Matki Bożej namalowanym na modrzewiowym drewnie, umieszczonym w przydrożnej kapliczce. Podszedł bliżej i spostrzegł, że niewielki obraz przedstawia Matkę Bożą taką, jaką Ją widział w czasie objawienia. Za pozwoleniem właściciela zabrał go i zawiesił w swoim domu.
Przez lata Kłossowski modlił się przed nim, jednak po ciężkiej chorobie postanowił w 1844 roku umieścić obraz na sośnie w grąblińskim lesie. W ten sposób w całości wypełnił przyrzeczenie dane przed laty Matce Bożej. Był to właśnie ten sam obraz, przed którym sześć lat później modlił się Mikołaj Sikatka... Tomasz Kłossowski zmarł w 1848 roku.
* * *
Przepowiednia Licheńska (cytowane fragmenty pochodzą z książeczki autorstwa kustosza sanktuarium ks. Eugeniusza Makulskiego Prawdziwa historia objawień w Licheniu):
"Najbardziej podstępne zamiary ciemiężycieli rozbiją się o wasze matki. One dadzą narodowi liczne i bohaterskie dzieci. Te dzieci, w czasie powszechnej pożogi świata, wywalczą wolną ojczyznę. Szatan będzie siał niezgodę pośród braci. Nie zagoją się jeszcze wszystkie rany i nie dorośnie jedno pokolenie, a ziemia, powietrze i morza obleją się krwią tak obfitą, jakiej dotąd nie było. Ta ziemia będzie przesiąknięta łzami męczenników świętej sprawy.
W sercu kraju młodzież legnie na ofiarnym stosie. Niewinne dzieci poginą od miecza. Ci nowi, a nieprzeliczeni męczennicy będą za wami błagać przed tronem sprawiedliwości Boga, gdy będzie bój ostateczny o duszę całego narodu, gdy będzie sąd nad wami. W ogniu długich doświadczeń oczyści się wiara, nie zgaśnie nadzieja, nie ustanie miłość. Będę chodziła między wami, będę was bronić, będę wam pomagać, przez was pomogę światu. Ku zdumieniu wszystkich narodów świata - z Polski wyjdzie nadzieja udręczonej ludzkości. Wtedy poruszą się wszystkie serca radością, jakiej nie było przez tysiąc lat.
To będzie znak największy dany narodowi na opamiętanie i ku pokrzepieniu. On was zjednoczy. Wtedy na ten kraj udręczony i upokorzony spłyną łaski wyjątkowe, jakich nie było od tysiąca lat. Młode serca się poruszą. Seminaria duchowne i klasztory będą przepełnione. Polskie serca rozniosą wiarę na Wschód i Zachód, Północ i Południe. Nastanie Boży pokój. Jeśli naród polski poprawi się, będzie pocieszony, ocalony, wywyższony, za przykład dawany innym narodom.
Szatan będzie z nim walczył na wszelki sposób, aby nie dopuścić do jego odrodzenia, ale ostateczne zwycięstwo będzie ze mną. Nie dajcie się uwieść piekielnemu smokowi, ale dochowajcie wierności Bogu, ja was swym płaszczem okryję od śmiertelnych nieszczęść. Tego kraju, tego Narodu, ile razy będzie się do mnie uciekał, nigdy nie opuszczę, ale obronię i do swego serca przygarnę (...). Ja to będę królowała memu Narodowi na wieki (...). Na tym miejscu będzie zbudowany klasztor, gdzie mi służyć będą moi synowie".
"Ponownie słyszymy o wielkiej obietnicy, o wyróżnieniu naszego narodu i jego globalnej roli - pisze Wincenty Łaszewski. - Obietnica ta została jednak uwarunkowana naszym nawróceniem... Znowu pojawia się wzmianka o istnieniu polskiej samoopatrzności. To od niej zależy stopień działania Opatrzności niebieskiej, która - jak zapowiada Matka Najświętsza - jest w stanie dokonać rzeczy zadziwiających, nieoglądanych przez tysiąc lat. Dopowiedzmy, że proroctwo licheńskie nie byłoby niczym szczególnym, gdyby nie pierwsze słowa Maryi, wskazujące na to, że kiedyś (Matka Boża nie mówi, w którym pokoleniu to się stanie) jedynie Polska odpowie w pełni na Boże zaproszenie do życia według przykazań z Nieba, a nie zgodnie z dekalogiem tego świata.
Bóg obiecuje nam nagrodę za złamanie obowiązującego od wieków stylu życia, podejmiemy się bowiem rzeczy skrajnie trudnych: staniemy się krajem żyjącym Ewangelią! Na razie jednak towarzyszący objawieniom wizerunek Matki Bożej Licheńskiej pozostaje obrazem "Bolesnej Królowej Polski". Jakby Niebo chciało nam zwrócić uwagę na konieczność porzucenia grzechu i podjęcia wspomnianej "poprawy". Czy dopóki w tytule Pani z Lichenia pozostanie słowo "Bolesna", proroctwo będzie trwać w uśpieniu, czekając na czasy, gdy Polacy ruszą drogą trwałego nawrócenia?".
"Dzisiaj zdaje się, że powracamy do czasów pogaństwa i ateizmu, potrzeba nam takiej nauki płynącej z objawień licheńskich, aby nie stało się z nami to, co wtedy, czyli nie przyszła na nas zapowiedziana kara Boża - czytamy na portalu http://prorocykatolik.pl/. - Wpływa do nas z innych krajów zarażonych pogaństwem cała ta ideologia, trzeba nam, Polakom, przeciwstawić się stanowczo temu naszym głębokim uniżeniem przed Bogiem, przepraszając go za nasze grzechy, i ugiąć kolana przed Przenajświętszym Sakramentem, potrzeba szczerego nawrócenia".
Medium z Tęgoborza (rok 1893) (1939)
Tęgoborze to spora wieś położona w obecnym województwie małopolskim, w powiecie nowosądeckim, w gminie Łososina Dolna, mająca 1504 mieszkańców. Nazwa pochodzi od potężnych lasów - "tęgich borów" - które około tysiąca lat temu pokrywały tutejszą kotlinę. Wieś usytuowana jest na południowo-zachodnim brzegu Jeziora Rożnowskiego, w kotlinie otoczonej górami Beskidu Wyspowego, nad którą górują Chełm (790 m), Białowodzka Góra z ruinami "Zamczyska" (607 m) oraz Jodłowiec Wielki (482 m).
Ważnym wydarzeniem w życiu wsi było przed laty, a dokładniej na przełomie IX i X wieku, przybycie z południa - być może z klasztoru w Nitrze - zakonnika kameduły znanego jako święty Just18. Zanim poświęcił się Bogu, był rycerzem - Skarbimierzem z Giewartowa. Pewnego dnia porzucił jednak swój rycerski stan, wybierając życie eremity. Według dawnej legendy zamieszkał jako pustelnik na jednym z tęgoborskich wzgórz, które do dziś nosi jego imię. Opiekował się ludźmi i pomagał im w trudnych sytuacjach. Kierował na właściwą drogę tych, którzy zabłąkali się w lesie lub zgubili wśród zamieci, przewoził wędrowców przez wezbrane potoki, uczył miejscowych wyrębu lasu i uprawy roli. Miejscowej ludności przybliżał i wyjaśniał nauki Chrystusa.
Na Górze św. Justa wybudowano z czasem klasztor Ojców Marków (krakowskich kanoników z klasztoru św. Marka) wraz z kościołem. Oba budynki zostały w 1611 roku zniszczone i ograbione przez ówczesnego dziedzica Tęgoborza Cyryla Chrząstowskiego, który wraz z żoną - Anną Tęgoborską, przyjęli wierzenia arian (braci polskich). Doszło do przejęcia budynków i gruntów klasztornych oraz wypędzenia zakonników. Od końca XVII wieku, kiedy to z kolei bracia polscy zostali wygnani z Rzeczypospolitej, większość stanowili katolicy.
Wiek XIX przyniósł mieszkańcom Tęgoborza i sąsiadujących z nią miejscowości falę nieszczęść. W 1845 roku wybuchła epidemia cholery, która zabrała 274 osoby. Dziesięć lat później choroba powróciła, by znów zdziesiątkować mieszkańców. Ludzi chowano na górze Rachów, którą zaczęto odtąd nazywać "choleryczną". Prawdziwym kataklizmem były jednak powodzie - w roku 1845, 1872 i w 1934 - które przyspieszyły decyzję o budowie zapory w Rożnowie i sztucznego zbiornika retencyjnego.
W pięknym, drewnianym kościółku pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny "na Juście" nie brał wprawdzie ślubu Janosik, ale brała Janina Lewandowska (1908-1940) - jedyna kobieta zamordowana w Katyniu. Jej ojciec, gen. Józef Dowbor-Muśnicki, we wspomnieniach pisał, że "pierwszy poznał się na bolszewickiej zarazie". Gdy do sowieckiej niewoli trafiła jego córka, okazała się łakomym kąskiem dla Sowietów. Choć nie była żołnierzem, wraz z innymi polskimi oficerami została zamordowana strzałem w tył głowy w katyńskim lesie.
W II RP nie przyjmowano do wojska kobiet, dlatego chcąc zostać pilotem, pozostało jej uprawianie lotnictwa sportowego. Musiała więc opanować szybownictwo, pilotaż samolotów motorowych i skoki spadochronowe. W 1931 roku wstąpiła do Aeroklubu Poznańskiego, zrobiła kurs obserwatorów lotniczych, licencję skoczka spadochronowego, a także dyplom pilota samolotów motorowych. Jako pierwsza kobieta w Europie skoczyła ze spadochronem z wysokości pięciu tysięcy metrów. Latem 1936 roku na pokazach szybowcowych w Tęgoborzu poznała Mieczysława Lewandowskiego, instruktora z Krakowa. Pobrali się w czerwcu 1939 roku (ślub cywilny w Poznaniu, a kościelny w Tęgoborzu).
* * *
Tymczasem wieś rozrastała się i nabierała coraz większego znaczenia dzięki przebiegającemu tędy ważnemu szlakowi handlowemu z Krakowa na Węgry. Na początku XIX stulecia rodzina Stadnickich wzniosła tam klasycystyczny pałac19. W 1846 roku, podczas rabacji chłopskiej, dwór uległ zniszczeniu (a dokładnie mury górnej kondygnacji, dach i urządzenie wnętrz). Ówczesny proboszcz Tęgoborza, ks. Wieczorek pisał, że chłopi dwór zrąbali i stłukli tak dalece, że tylko mury zostały. W drugiej połowie XIX stulecia Tęgoborze poprzez związki małżeńskie przeszło najpierw w ręce rodziny Dunikowskich, później Głębockich, a następnie Wielogłowskich.
Pod koniec wieku rezydował w nim hrabia Władysław Wielogłowski, zapalony spirytysta i miłośnik czarnej magii. W piwnicy tęgoborskiego pałacu (a może w jednym z pokoi) urządził sobie specjalną salę do seansów spirytystycznych. Była ponoć wybijana złotymi monetami i podzielona na osiem wnęk, w których stały rzeźby, a skąpe światło wpadało do niej tylko przez jedno okienko. Nocą zbierało się w niej kilka osób, które chwytały się za ręce i tworzyły tzw. łańcuch, zasilając w energię obecne wśród zebranych medium. Osoba ta, będąc w transie, przekazywała pozostałym różnorodne informacje. Miejscowi opowiadali, że w pałacu - nawiedzanym ponoć przez duchy - działy się rzeczy "straszne" i "niepojęte", a kto stanął u bram, wyczuwał "dziwną energię", która wywoływała "dreszcz przerażenia".
W arkana tajemnej wiedzy wprowadził ponoć hrabiego Władysława dziadek Walery Wielogłowski, uczestnik powstania listopadowego, który na emigracji w Paryżu zafascynował się spirytyzmem. Po powrocie do Polski wydał nawet publikację O poruszaniu i wróżbiarstwie stołów. Był to czas, kiedy spirytyzm zajmował umysły najwybitniejszych myślicieli, przy uniwersytetach powoływano komisje zajmujące się badaniem zjawisk metapsychicznych, a relacje z doświadczeń i seansów niemal codziennie pojawiały się w prasie. W drugiej połowie XIX wieku stoliki wirowały niemal na wszystkich europejskich salonach.
Na seanse "z duchami" przyjeżdżali do Tęgoborzy (najstarsze zapisy nazwy tej miejscowości brzmią w mianowniku: Tęgoborza) goście z nawet bardzo odległych stron. Hrabia Wielogłowski skrupulatnie zaś notował wyniki wszystkich spotkań, w których brał udział. Z jego zapisków powstał duży zbiór rękopisów ujętych w zeszyty. Jedna z kart tej legendarnej kroniki znajdzie się kilka dekad później na ustach całej Polski...
Spirytyzm, od łacińskiego słowa spiritus - duch, to system praktyk oparty na przekonaniu, że dusze osób zmarłych mogą nawiązywać kontakt z ludźmi żyjącymi, szczególnie za pośrednictwem medium. Wprawdzie spirytyzm to nic innego, jak znana już w starożytności nekromancja, czyli sztuka wywoływania duchów zmarłych, to jednak nowoczesne jego oblicze datuje się od roku 1848, kiedy to w jednym z domów w Hydesville, w stanie Nowy Jork, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Dwie córki zamieszkujących budynek państwa Fox: Małgorzata i Katarzyna, nawiązały kontakt z duchem - rzekomo zmarłym komiwojażerem. Siostry Fox uważa się za pierwsze media, które przekazywały informacje między światem żywych a światem zmarłych. Wszystko zaś zaczęło się od zabawy.
Kiedy Małgosia i Kasia były nastolatkami, wciąż słyszały tajemnicze stukanie w ściany i drzwi. Nocą 31 marca 1848 roku zaczęły dla żartu odpowiadać na te odgłosy. Zwracając się do ducha, Kasia zawołała: "Zrób to, co ja!", po czym zaklaskała w dłonie. Duch "zaklaskał". Wtedy zaczęła klaskać Małgosia: "A teraz zrób to, co ja, raz, dwa, trzy, cztery!". I tym razem usłyszały cztery klaśnięcia. Wkrótce zabawa przerodziła się w komunikację przy użyciu kodu alfabetycznego. Duch przedstawił się jako domokrążca zamordowany w tym domu i pochowany w jego piwnicy.
Wcześniej wielu twierdziło, że odbierają informacje od zmarłych, ale dopiero siostry Fox nawiązały dwukierunkową komunikację z duchem. Dziewczynki stały się sławne w całej Ameryce. W lutym 1851 roku zostały przebadane przez trzech profesorów z uniwersytetu w Buffalo (Nowy Jork). Ustalili oni, że tajemnicze stuki są odgłosem wydawanym przez stawy palców dziewczynek. Co więcej, w kwietniu tego roku żona niejakiego Normana Culvera stwierdziła, że Kate wyznała jej i zademonstrowała, na czym polega trick. Obie dziewczynki zaprzeczyły tym oskarżeniom i poddały się kolejnym eksperymentom. Ani razu nie przyłapano ich na oszustwie, choć badacze wiedzieli, w jaki sposób dźwięki naśladujące rzekomego ducha mogły być wydawane. Wpływ tych doświadczeń upowszechnił seanse z mediami w Ameryce Północnej i na Wyspach Brytyjskich, skąd rozeszły się po całej Europie. Szerokie zainteresowanie kontaktem z duchami zaowocowało powstaniem całego systemu filozoficzno-religijnego zwanego właśnie spirytyzmem, którego podstawą jest wiara w istnienie indywidualnej i nieśmiertelnej duszy ludzkiej oraz w jej bytowanie po śmierci w formie zbliżonej do psychiki człowieka żyjącego, a także - oczywiście - w możliwość nawiązywania kontaktów ze światem zmarłych.
W roku 1888 siostry Fox publicznie przyznały się do oszustwa, lecz rok później odwołały to wyznanie, twierdząc, że zostały do niego zmuszone. Mąż Małgorzaty, podróżnik Elisha Kent Kane, zawsze podchodził sceptycznie do wyczynów żony i tuż przed swoją śmiercią w 1857 roku próbował zmusić ją, by "porzuciła te oszustwa i hipokryzje". Dziś wydaje się prawdopodobne, że siostry Fox stosowały sobie tylko znane tricki przynajmniej od czasu do czasu, lecz prawdziwa natura ich zdolności, podobnie jak zjawisko spirytyzmu, pozostaje wciąż tajemnicą. W Paryżu w roku 1925 odbył się nawet Międzynarodowy Kongres Spirytystów, na którym postanowiono, że w Hydesville, mieście związanym z siostrami Fox, zostanie wzniesiony pamiątkowy pomnik. Stanął tam dwa lata później, a na cokole wyryto słowa: "Pomnik wzniesiony 4 grudnia 1927 r. przez spirytystów z całego świata na pamiątkę Objawienia w Hydesville, N.Y., 31 marca 1848 r., w hołdzie mediumistyce, podstawie wszystkich zasad, na których opiera się spirytyzm. Śmierć nie istnieje. Nie ma zmarłych".
Wspomnijmy w tym miejscu delikatnie, starając się nie urazić osób głęboko wierzących w tę formę kontaktu z "drugim światem", że od samego początku znamienną cechą spirytyzmu stało się oszustwo dokonywane najczęściej w celach zarobkowych. Kościół katolicki zgodnie z nauką Pisma świętego jednoznacznie potępia spirytyzm. Już w połowie XIX wieku, w Katechizmie Piusa X, został potępiony "spirytyzm nowożytny" i nazwany "zabobonem", którego praktyki "często nie są wolne od interwencji diabelskiej". Jak przypomina Sobór Watykański II, ze zmarłymi może nas łączyć jedynie modlitwa - "wzajemne udzielanie sobie dóbr duchowych". Ponadto komisja doktrynalna soboru wyraźnie zabroniła "prowokowania za pomocą ludzkich środków doświadczalnego kontaktu z duchami lub duszami ludzi zmarłych w celu otrzymania informacji". Katechizm Kościoła Katolickiego również wypowiada się jednoznacznie na temat wywoływania duchów: "Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość". (KKK 2116). Popularność idei i praktyk okultystycznych wiąże się, zdaniem biskupów, z rozpowszechnieniem postaw krytycznych wobec chrześcijaństwa (eschatologia immanentna), postawą horyzontalizmu prowadzącą w istocie do radykalnej sekularyzacji, pokrywaniem milczeniem tajemnicy życia pozagrobowego. Bóg potępia i zakazuje uprawiania spirytyzmu, gdyż w trakcie seansów spirytystycznych nawiązywany jest kontakt ze złymi duchami. Co więcej, w czasach Izraela ludzie uprawiający takie praktyki ponosili śmierć. Biblia mówi: "A jeżeli mężczyzna albo kobieta będą wywoływać duchy lub wróżyć, to poniosą śmierć" (Mojż. 20,27 [BW]). "A gdy wam będą mówić: Radźcie się wywoływaczy duchów i czarowników, którzy szepcą i mruczą, to powiedzcie: Czy lud nie ma się radzić swojego Boga?" (Izaj. 8,19 [BW]). "Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, (...) kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni (Pwt 18, 10-12).
Dwór hrabiego Wielogłowskiego stał w trzyhektarowym parku, na terenie którego znajdował się również staw rybny, misternie połączony z ozdobną sadzawką w pałacowym salonie20.
Sporo osób traktowało wywoływanie duchów tylko jako rozrywkę, rodzaj towarzyskiej gry czy zabawę z gośćmi podczas proszonych kolacji, ale inni bardzo poważnie podchodzili do seansów wierząc, że media rzeczywiście mogą kontaktować się z "tamtą stroną". W społeczeństwie krążyły opowieści o zadziwiających widowiskach i zdarzeniach. Obecni na seansach opowiadali później, że prócz drżenia stolika i odgłosów pukania widzieli, jak materializują się dłonie, lub nawet duch w całej swej postaci, czasami media lewitowały albo wręcz szybowały po całym pokoju.
Najpowszechniejszą metodą odbywania seansu spirytystycznego było zgromadzenie się grupki osób wokół stołu i wzywanie duchów do nawiązania kontaktu. Zazwyczaj w pokoju było ciemno, a grupa trzymała się za ręce lub kładła dłonie na stole szeroko rozstawiając palce, tak że każda osoba dotykała dłoni sąsiada. Główną rolę grało medium, odbierając przesłane z zaświatów wiadomości. Duchy oznajmiały o swojej obecności wprawiając w drżenie stolik lub pukając w podłogę. Czasami słyszało się innego rodzaju stuki albo cały stół się obracał, wibrował, unosił w powietrze czy balansował na dwóch nogach.
Czy tak właśnie wyglądała sceneria seansu spirytystycznego, który odbył się w tęgoborskim pałacu w nocy z 23 na 24 września 1893 roku? Nie wiadomo. Nocne niebo nad Tęgoborzem zaciągnęło się ciemnymi burzowymi chmurami, niosącymi zapowiedź deszczu, grzmotów i błyskawic (?). Czasami tylko, na krótką chwilę, księżyc pojawiał się nad drzewami, uśmiechając się do swojej podobizny błyszczącej w pałacowym stawie rybnym. Otaczające góry pogrzebały wioskę tak głęboko, jakby była wiadrem zwisającym na dnie studni.
Wokół panuje głucha cisza, którą przerywa z rzadka tylko jakiś niespodziewany trzask w ciemnościach. Zegar wybija północ, hrabia prowadzi gości do tajemnej sali ukrytej w pałacowych podziemiach. Kilka odzianych w czerń postaci zasiada przy okrągłym stole w bladym świetle świec. Zamykają krąg i łączą się z zaświatami. Tajemny głos przemawia przez medium: "Trudno ludzkie ustalić losy, gdy zmienność warunków odmienia dziś to, co wczoraj trwałym było, a jutro istnieć przestaje. Oto powiadam wam...". Po tym wstępie medium podaje niezwykły tekst. Hrabia notuje:
U wschodu słońca młot będzie złamany. Pożarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany Nad rzeką w pień jest wycięty.Bitna Białoruś, bujne Zaporoże, Pod polskie dążą sztandary. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze Wracając na szlak swój prastary.Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy To Europy bastiony, A barbarzyńca aż po wieczne czasy Do Azji ujdzie strwożony.Warszawa środkiem ustali się świata, Lecz Polski trzy są stolice. Dalekie błota porzuci Azjata, A smok odnowi swe lice.Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie. A kiedy pokój nastąpi w Warszawie, Trzech królów napoi w nim konie.Trzy rzeki świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa, Cztery na krańcach sojusznicze strony Przysięgi złożą mu słowa.Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie, Trzy kraje razem z Rumunią. Przy majestatu polskiego tronie Wieczną połączą się unią.A krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki, Choć wiary swojej nie zmieni, Polski potężnej uprosi opieki I stanie się wierny tej ziemi.Powstanie Polska od morza do morza. Czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża, Więc cierp i módl się, człowieku.
Jak każde proroctwo, także i przepowiednia z Tęgoborza operuje wieloma tajemniczymi symbolami, podanymi w mglisto-mistycznym sosie. Przepowiednia określa jednak dokładnie daty wybuchu wojny światowej i powstania niepodległej Polski, przewiduje upadek Rosji i Austrii (dwa orły padną rozbite), wzrost potęgi Niemiec i narodowy socjalizm ze znakiem swastyki (gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi), upadek Austrii i Czechosłowacji, zwiastuje pochód niemiecki na wschód (gdy czarny orzeł na wschód obróci), klęskę Hitlera w Rosji (ze złamanym skrzydłem powróci). Mówi o odzyskaniu mazurskiej ziemi i portu w Gdańsku, zwiastuje upadek Związku Sowieckiego i PRL-u (u wschodu słońca młot będzie złamany).
"Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie/,Trzy kraje razem z Rumunią/. Przy majestatu polskiego tronie/Wieczną połączą się unią" - brzmi znajomo i współcześnie. Przy odrobinie dobrej woli łatwo możemy się w tych słowach doszukać tzw. koncepcji Międzymorza, doktryny polityki zagranicznej nawiązującej do tradycji wielokulturowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, zakładającej utworzenie sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej. (Wcześniej interpretowano te słowa jako fragment RWPG). Słowa o "pomazańcu z Krakowa" odnoszono do wyboru Polaka Karola Wojtyły na papieża, ponieważ "trzy korony", o których mówi przepowiednia, znajdują się w herbie papieskim. Owe "pół wieku", liczone od momentu wyboru Ojca Świętego - bo strofa ta występuje jako ostatnia - wskazywać może jednak dopiero na rok 2028.
* * *
Czy przepowiednia została wygłoszona rzeczywiście w 1893 roku w tęgoborskim pałacu? Teorii na ten temat jest kilka. W każdym razie oryginał zapisu seansu przechowywany był ponoć w Bibliotece Ossolińskich we Lwowie, lecz zaginął po II wojnie światowej. Chociaż oficjalnie autor przepowiedni jest nieznany, powstało również wiele teorii odnośnie do osoby, która mogła ją wygłosić.
Po śmierci Władysława jego zapiski trafiły w ręce bratanka hrabiego - Aleksandra Wielogłowskiego, który wertując papiery stryja, natknął się na wierszowaną przepowiednię. Wszystko wskazuje na to, że nie została ona od razu rozpowszechniona. Miała być opublikowana w 1912 roku we Lwowie, potem zaś w "prasie pomorskiej", ale brak na to dowodów. 27 marca 1939 roku wierszowany tekst wydał popularny "Ilustrowany Kuryer Codzienny" z Krakowa w numerze 86. Przepowiednia z Tęgoborza stała się nie byle jaką sensacją - tekst spisany w 1893 roku zapowiadał bowiem upadek monarchii Habsburgów, dwie wojny światowe, wieszczył też odzyskanie niepodległości przez Polskę.
W ciągu wielu lat tekst proroctwa poddawany był rozlicznym analizom i badaniom językoznawczym. Według zgodnej oceny Jana Nepomucena Olizarowskiego i Tadeusza Krzyżewskiego informacje redakcji "Kuryera" są "legendą" i "zabiegiem uprawdopodabniającym", a czas powstania i autorstwo są całkiem inne. Choć Olizarowski przyznaje, że rzeczywiście w pałacu Wielogłowskiego seanse spirytystyczne się odbywały i taka przepowiednia mogłaby tam powstać.
Czesław Miłosz poświęcił przepowiedni jeden ze swoich esejów, w którym napisał między innymi: "W czasie wojny nikt nie znał pochodzenia przepowiedni i zdawało się, że ktoś ją właśnie w Polsce napisał na potrzeby krzepienia serc, do tego stopnia ten polski Nostradamus zgadzał się z wypadkami II wojny. Twierdził również, że "przepowiednię podyktował duch Mickiewicza". Według niego opublikowano ją po raz pierwszy w roku 1912, w wydawanej we Lwowie "Gazecie Narodowej". Noblista nie podał jednak źródeł tych informacji, zaś Olizarowski i Krzyżewski zgodnie twierdzą, że przepowiednia nie była publikowana przed rokiem 1939. Olizarowski pisze natomiast, że tekst przepowiedni równocześnie z publikacją w "Kuryerze" ukazał się w książce Trzy proroctwa autorstwa zamieszkałej w Gdyni literatki i poetki Marii Heleny Szpyrkówny, wielkiej miłośniczki zagadnień metapsychicznych (parapsychologicznych). Autorki słynnego cyklu artykułów z dziedziny metapsychologii, jak Tajemnica masońskiega zegara czy Gwiazda Lucyfera. Zwraca przy tym uwagę, że język przepowiedni jest polszczyzną dwudziesto-, a nie dziewiętnastowieczną. Krzyżewski zgadza się z nim, wskazując jako ewentualny pierwowzór tzw. przepowiednię biskupa Jana Cieplaka, pochodzącą rzekomo z roku 1888 (pierwszy raz publikowaną jednak dopiero w pracy Krzyżewskiego, odnalezioną przez niego w 1940 r. i też pisaną polszczyzną dwudziestowieczną).
Stanisław Hadyna21 wskazał zaś jako autorkę przepowiedni Agnieszkę Pilchową, zwaną Jasnowidzącą z Wisły, autorkę licznych prac, w których przedstawiała swoje wizje i rozważania na temat zagadnień duchowych22. Przepowiednia miałaby pochodzić z lat trzydziestych XX wieku, być może nawet z roku 1939. Maria Szpyrkówna, która była znajomą Agnieszki Pilchowej, miałaby jedynie nadać wypowiedzi Jasnowidzącej formę wierszowaną i zorganizować publikację (być może bez wiedzy i zgody właściwej autorki).
Zadziwiający w swojej trafności tekst przepowiedni z Tęgoborza był szeroko kolportowany, zwłaszcza w czasie II wojny światowej - w każdym niemal polskim domu znajdował się jej tekst przepisywany ręcznie. Potem w czasach PRL-u, czyli nieformalnej okupacji sowieckiej. Interpretowano ją w różny sposób, w zależności od bieżących wydarzeń politycznych. Wszystkie zdarzenia, których nadejście wieszczył ustami medium głos z zaświatów, spełniły się w ciągu kolejnych dziewięciu dekad.
O tym, jak bardzo popularna i znana była treść przepowiedni, świadczy fakt, że reżyser Leonard Buczkowski umieścił jej fragment w swoim filmie muzycznym z roku 1946 pt. Zakazane piosenki - pierwszym polskim filmie nakręconym po wojnie. Pełny tekst przepowiedni znalazł się we wstępie do wydanej w 1968 roku książki Czterdziesty czwarty Zbigniewa Załuskiego, jednego z głównych ideologów tzw. frakcji "partyzantów" we władzach komunistycznych w latach sześćdziesiątych, skupionej wokół Mieczysława Moczara - przy czym autor podał jako czas ogłoszenia przepowiedni rok 189423.
Przepowiedni z Tęgoborza nijak wprawdzie nie da się określić jako chrześcijańskiej, ale trudno byłoby w niniejszej książce pominąć tak niezwykle popularne (i trafne) proroctwo wieszczące przyszłość naszego kraju. Niezależnie od tego, skąd pochodzi i kto jest jego autorem, czy jest prawdziwe czy nie, od dziesięcioleci przecież inspiruje kolejne pokolenia Polaków.
Ksiądz Bronisław Markiewicz (1863)? (1908)
Wiek XIX był dla Polski stuleciem niewoli. Na zagarniętych przez Austrię ziemiach Rzeczypospolitej Polacy stykali się na co dzień z twardą, urzędowo organizowaną germanizacją24. Znacznego rozgłosu nabrała w tym czasie sprawa prześladowań na terenie Wielkopolski w mieście Września25. Zaborca posługiwał się różnymi formami nacisku, nie pozwalał nawet modlić się w języku ojczystym, celowo nie troszczył się o rozwój gospodarczy i społeczny. Nic więc dziwnego, że Galicja (do nadania jej autonomii w roku 1867) i Lodomeria (nazwy nadane przez zaborcę) stały się wkrótce najuboższą prowincją monarchii Habsburgów, otrzymując ironiczny przydomek Golicja i Głodomeria. W Galicji umierało rocznie około 50 tysięcy ludzi. Żebractwo stało się istną plagą.
Tam właśnie, a konkretnie w miejscowości Pruchnik koło Jarosławia, 13 lipca 1842 roku przyszedł na świat (jako szóste z jedenastu dzieci burmistrza miasta Jana Markiewicza) Bronisław Bonawentura Markiewicz. Kiedy miał cztery lata, w 1846 roku, w Galicji wybuchło powstanie chłopskie nazywane rzezią galicyjską. Być może niektóre tragiczne obrazy i opowiadania o tych zdarzeniach zapadły w jego dziecięcą pamięć. Na pewno jednak zapamiętał biedę w domu. Przez długi czas, z powodu klęski nieurodzaju, panował taki głód, że - jak sam opowiadał: "Mama przygotowywała do jedzenia placki z perzu".
Młodość spędził w Przemyślu, gdzie w 1863 roku zdał z wyróżnieniem egzamin dojrzałości w c.k. gimnazjum. Już wtedy odznaczał się wielką wrażliwością na potrzeby innych. Kiedyś wrócił ze szkoły zapłakany z... głodu. Według relacji jego siostry, mama zapytała go: "Czy nie dałam ci pieniędzy na bułkę?". "Tak, dałaś - odpowiedział - ale spotkałem biednego i dałem mu wszystko, co miałem, bo on też był głodny"...
Mimo otrzymania porządnego i dogłębnego wychowania katolickiego pod wpływem "lektury niechrześcijańskiej" oraz nauczycieli, którzy głosili racjonalizm i wyśmiewali religię, przeżył kryzys wiary. W późniejszych latach tak o tym opowiadał:
"Ja sam, kształcony od dziecka na Skardze i Krasickim, czytając w 18. roku mego życia dzieła wielce poważne z dziedziny historii i nauk przyrodniczych w języku niemieckim, a obok nich - autorów greckich i łacińskich w całości, nie zadowalając się szkolnymi podręcznikami; wkrótce straciłem wiarę w Boga i harmonię wewnętrzną, których brak odebrał mi pogodę i spokój duszy. Niezadługo potem, tęskniąc za nimi, zabrałem się znowu do czytania dzieł najcelniejszych pisarzy polskich, którzy powoli zaczęli koić rozstrój w duszy mojej, aż wreszcie przy czytaniu kolejnej noweli, napisanej przez Józefa Korzeniowskiego ("Narożna kamienica"), upadłem na kolana i zacząłem się modlić: Jeśli istniejesz, Boże, daj mi się poznać, a wszystko dla Ciebie gotowym uczynić!... I w tej chwili napełnił mię Pan wielką światłością wewnętrzną, która sprawiła, iż uwierzyłem we wszystko, co Kościół święty do wierzenia podaje, i tegoż jeszcze dnia wyspowiadałem się z całego życia. I odtąd 41 lat minęło, jak panuje stały pokój i pogoda niezmącona w sercu moim".
Ukończył Wyższe Seminarium Duchowne i 15 września 1867 roku został wyświęcony na kapłana. Przez sześć lat pracował jako wikariusz w Harcie koło Dynowa i w katedrze w Przemyślu. Następne dwa lata studiował pedagogikę, filozofię i historię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. W roku 1875 został mianowany proboszczem w miejscowości Gać. Głównym problemem było tam pijaństwo. Ksiądz Markiewicz na początku swojej pracy nieustannie modlił się o nawrócenie parafian, ale nie zaniedbywał również środków czysto ludzkich, aby temu zaradzić. Stopniowo zainteresował młodzież i mężczyzn grą w szachy: zakupił większą liczbę szachownic, zbierał młodzież u siebie i uczył gry. Te i inne zabiegi sprawiły, że niedługo potem karczma zaczęła świecić pustkami.
Dwa lata później został proboszczem w Błażowej, gdzie był inicjatorem rozwoju przemysłu tkackiego. Od początku swego kapłaństwa wykazywał się szczególną wrażliwością na religijne, moralne i materialne zaniedbanie dzieci i młodzieży, a także niedolę prostego ludu. Wypowiedział ostrą walkę wadom narodowym Polaków. Rozwiązanie problemów społecznych widział w dobrym wychowaniu dzieci i młodzieży oraz podniesieniu moralnym całego społeczeństwa.
O piątej rano czekał już w konfesjonale na penitentów: "Kapłan, czekający w konfesjonale - mawiał - jest wołającym głosem dobrego Pasterza. Na niejedną duszę więcej działa widok oczekującego spowiednika niż kazanie". Pracował wśród więźniów jako kapelan. W wolnych chwilach, swoim zwyczajem, udawał się do pobliskich wiosek, aby katechizować dzieci, które pasły krowy. Dzieciaki początkowo były nieufne. Potem już na sam jego widok biegły ku niemu.
W roku 1885 wyjechał do Włoch, gdzie został uczniem świętego Jana Bosko i salezjaninem.
Towarzystwo Salezjańskie (Towarzystwo św. Franciszka Salezego; nazwa łacińska: Societas Sancti Francisci Salesii; skrót zakonny SDB) - zostało założone w 1859 roku przez księdza Jana Bosko (1815-1888) w celu kontynuowania jego pracy z młodzieżą i dziećmi. Ksiądz Jan Bosko swoje życie poświęcił młodzieży i dzieciom, organizując dla nich oratoria (miejsca nauki, zabawy, modlitwy i pracy), a także szkoły dające zawód i szanse dalszej nauki. W 1876 roku ta nowa wspólnota zakonna liczyła już 330 członków. W 1887 roku (tzn. na rok przed śmiercią ks. Bosko) zgromadzenie liczyło 1049 zakonników. Salezjanie w dalszym ciągu pracują z młodzieżą w szkołach, oratoriach, świetlicach, domach poprawczych, prowadzą parafie i wyjeżdżają na misje.
Po powrocie do Polski w roku 1892 objął parafię w Miejscu Piastowym, gdzie zajmował się w utworzonych przez siebie zakładach wychowawczych młodzieżą opuszczoną i zaniedbaną, prowadził też działalność wydawniczą, m.in. zapoczątkował wydawanie miesięcznika "Powściągliwość i Praca". W 1897 roku skierował do biskupa przemyskiego i do papieża Piusa IX prośbę o pozwolenie na założenie Zgromadzenia Michała Archanioła, opartego na duchowości i statutach opracowanych przez św. Jana Bosko. Mimo usilnych starań nie doczekał się chwili zatwierdzenia zgromadzenia. Stało się to dopiero po jego śmierci (gałąź męską zatwierdzono w 1921, a gałąź żeńską w 1928 r.). Naśladując działalność Jana Bosko w ramach Towarzystwa Powściągliwość i Praca do 1907 roku założył trzy przytułki wychowawcze w Galicji.
O tym, że ksiądz Marek był wielkim wychowawcą, patriotą i społecznikiem, wie wiele osób. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że był nie tylko wspaniałym duchownym, który postrzegał swoje kapłaństwo jako misję, ale także posiadł dar widzenia tego, co nieodgadnione. Był zarazem jasnowidzem i prorokiem, autorem i wydawcą wielu publikacji oraz dramatu pt. Bój bezkrwawy, w którym przepowiedział wybuch II wojny światowej, a także wybór naszego rodaka na papieża...
* * *
Był rok 1863. Dzień 3 maja - 73. rocznica uchwalenia przez Sejm Czteroletni sławnej konstytucji, która wprowadziła ład do zanarchizowanych rządów magnaterii26. Od 22 stycznia na terenie zaboru rosyjskiego trwało powstanie, ogłoszone Manifestem wydanym w Warszawie przez Tymczasowy Rząd Narodowy. (1 lutego wybuchło na Litwie). Wielu młodych Polaków zaciągało się w powstańcze szeregi. Przekraczali graniczne kordony, by walczyć o wolność Ojczyzny. Mijały kolejne tygodnie, a później miesiące walk z wojskami rosyjskimi. W wielu szkołach Galicji setki gimnazjalistów porzucało naukę, narażając własne życie, skazując swoich najbliższych na szykany ze strony władz zaborczych i przyłączało się do powstańców. Inni tę trudną decyzję odkładali na czas po zdaniu matury, wierząc w zwycięstwo oddziałów polskich.
Z podobnym zamiarem nosił się także młody Bronisław Markiewicz. I zapewne poszedłby za głosem serca, gdyby nie wydarzenie, pod wpływem którego zdecydował się wstąpić do seminarium duchownego. Zamiast podzielić losy swoich rówieśników, podjął inną walkę o dobro - "bój bezkrwawy" o ludzkie dusze.
W miesięczniku "Powściągliwość i Praca" z maja 1932 roku ksiądz Stanisław Szpetnar zamieścił obszerne fragmenty rozmowy, którą przeprowadził z bohaterem opisywanej właśnie historii:
"Było to 3 maja 1863 roku - wspominał ksiądz Markiewicz. - Właśnie wtedy zdawałem maturę gimnazjalną w Przemyślu. Tegoż dnia kolega mój Józef Dąbrowski, zdyszany i cały blady wpada do mej izby i ze wzruszeniem opowiada mi, że z całym gronem kolegów spotkał na ulicy jakiegoś niezwykłego młodzieńca wiejskiego lat 16. Był ubrany w białą siermięgę przepasaną pasem, z różańcem w ręku, z obliczem rozpromienionym, z wielkim przejęciem i uniesieniem ducha opowiadał dziwne rzeczy dotyczące Polski i świata. Mówił o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Polski, o księciu Żelaznym, o sławnych mężach naszego Narodu, o wszechświatowej wojnie, o zmartwychwstaniu Polski i wielkiej przyszłości naszej Ojczyzny.
Tajemniczy młodzieniec opowiadał o jakimś polskim kapłanie, który z całym zaparciem się siebie i poświęceniem odda się duszpasterstwu wśród ludu i który uda się na południe do wielkiego męża Bożego, a wróciwszy po latach założy pod Karpatami zgromadzenie zakonne oddane wychowaniu opuszczonej i bezdomnej młodzieży, którego zakłady rozszerzą się na całą Polskę i na cały świat, wydadzą uczonych i świętych... Znamienne było to, że ten prosty na pozór młodzieniec przemawiał językiem człowieka wysoce uczonego.
Gdy zaś Józef Dąbrowski zagadnął owego młodzieńca, jakie ma na to dowody i znaki, że się ziści to, co przepowiada, młodzieniec rzekł: - Dowody? Zaraz ci dam. - I wziąwszy Dąbrowskiego ze sobą, odkrył mu tajniki jego duszy, dodając, że jeśli się nie nawróci, marnie zginie (...).
Pod wrażeniem tych proroczych słów Dąbrowski przystąpił niezwłocznie do Świętych Sakramentów, odprawił spowiedź z całego życia, a potem razem z ks. Markiewiczem wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu".
Ów młodzieniec zapowiedział między innymi posłannictwo polskiego księdza, który najpierw pojedzie na południe Europy, aby spotkać się z mężem Bożym i zaczerpnąć z jego charyzmatu, a potem wróci do Polski i podejmie działalność wychowawczą wśród biednej, opuszczonej młodzieży. Ta część przepowiedni zrobiła szczególne wrażenie na młodym Markiewiczu, który postanowił ideał księdza, zapowiedzianego przez młodzieńca, zrealizować we własnym życiu.
"Ks. Markiewicz od pierwszej chwili miał przekonanie, że tym dziwnym młodzieńcem był nie kto inny, tylko Anioł Boży posłany narodowi polskiemu, zgnębionemu nową klęską i na duchu złamanemu, na pociechę i podniesienie serca" - napisał ksiądz Sylwester Łącki.
Bartłomiej Groch, były wychowanek księdza Markiewicza, w swojej pracy Ks. Bronisław Markiewicz, a sprawa odrodzenia Polski nawiązał do swoich dawnych wspomnień w sposób następujący:
"O tym dziwnym pojawieniu się wiejskiego młodzieńca (...) rozmawiałem ostatni raz z ks. Markiewiczem w roku 1911, kiedy przyjechałem jako nauczyciel gimnazjalny do Miejsca Piastowego prosić go o pozwolenie przemawiania w jego sprawie na Kongresie Mariańskim w Przemyślu. Podczas rozmowy poruszyliśmy sprawy związane z opowiadaniem owego młodzieńca, a nawet Mickiewiczowe Widzenie ks. Piotra, które oceniał z politycznej strony bardzo poważnie. Wspominał także o koledze Dąbrowskim jako świadku rozmowy z tajemniczym młodzieńcem, bolejąc nad nim, że nie wytrwał w seminarium duchownym i że umarł tragicznie. Wówczas przyszła mi do głowy myśl, czy przypadkiem z Józefem Dąbrowskim i innymi kolegami także i ks. Markiewicz nie widział owego 16-letniego młodzieńca. Jednakowoż nie śmiałem go o to zapytać. Do takiego zaś przypuszczenia skłaniały mnie silna jego wiara w to widzenie, dokładna znajomość szczegółów opowiadania młodzieńca, wielka gorliwość, z jaką spełniał swój urząd wychowawczo-kapłański, a przede wszystkim żar patriotyczny".
* * *
Po latach ksiądz Markiewicz sam potwierdził, że prorocze słowa odmieniły jego życie. Od momentu spotkania z "Bożym posłańcem" wiedział, że to on właśnie będzie realizował cele i ideały wypowiedziane przez obcego przybysza w chłopskim ubraniu. Był już wtedy przekonany, że "tajemniczy młodzieniec" to sam Anioł - Stróż Polski, a że rolę aniołów stróżów narodów pełnią tylko archaniołowie, był to sam Archanioł Michał.
Na cztery lata przed śmiercią w roku 1908 ksiądz Markiewicz napisał i wydał drukiem dramat w siedmiu odsłonach Bój bezkrwawy, opowiadający o prześladowaniach Polaków w zaborze pruskim, w dobie kulturkampfu. Pierwotny tekst opatrzył roboczym tytułem Ucisk Polaków pod zaborem pruskim. Potem dopiero tytuł zmienił na wspomniany.
Najważniejszą częścią Boju bezkrwawego jest odsłona siódma, zawierająca przepowiednie Anioła Polski, w których dominują akcenty wielkiej nadziei co do przyszłych losów Polski i świata, usłyszane w młodości w Przemyślu.
W liście do biskupa przemyskiego Józefa Sebastiana Pelczara, zwracając się o kościelną aprobatę, napisał w uzasadnieniu: "Szczegóły zawarte w siódmej odsłonie wziąłem z widzenia, jakie wydarzyło się 3 maja w Przemyślu roku 1863 między 5 a 7 godziną rano, i które zdecydowało o moim powołaniu kapłańskim i o jego kierunku od początku aż dotąd. To, co się ziściło, jest rękojmią, że i reszta się ziści".
Poniżej prezentujemy fragment odsłony siódmej dramatu księdza Bronisława, w którym znajduje się papieskie proroctwo:
Postać nadludzka (zjawia się od ołtarza jako młodzieniec 16-letni ubrany w płótniankę zgrabnie skrojoną, z modlitewnikiem i różańcem w ręku, z jego oczu wychodzą jakby iskry):
Pokój wam, słudzy i służebnice Pańscy! Ponieważ Pan najwyższy was więcej umiłował aniżeli inne narody, dopuścił na was ten ucisk, abyście oczyściwszy się z waszych grzechów, stali się wzorem dla innych narodów i ludów, które niebawem odbiorą karę sroższą od waszej "w zupełności grzechów swoich" (por. 2 Mch 6,16). Oto już stoją zbrojne miliony wojsk z bronią w ręku, straszliwie morderczą. Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej i tak krwawa, iż naród położony na południu Polski wyginie wśród niej zupełnie. Groza będzie tak wielka, że wielu ze strachu postrada rozum. Za nią przyjdą następstwa jej: głód, mór na bydło i dwie zarazy na ludzi, które więcej ludzi pochłoną aniżeli sama wojna. Ujrzycie zgliszcza, gruzy naokół i tysiące dzieci opuszczonych, wołających chleba.
W końcu wojna stanie się religijna. Walczyć będą dwa przeciwne obozy: obóz ludzi wierzących w Boga i obóz niewierzących w Niego. Nastąpi wreszcie powszechne bankructwo i nędza, jakiej świat nigdy nie widział, do tego stopnia, że wojna sama ustanie z braku środków i sił. Zwycięzcy i zwyciężeni znajdą się w równej niedoli i wtedy niewierni uznają, że Bóg rządzi światem i nawrócą się, pomiędzy nimi wielu Żydów. Wojnę powszechną poprzedzą wynalazki zdumiewające i straszliwe zbrodnie popełnione na całym świecie. Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidziane braterstwo ludów. Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć na uczelniach na całym świecie. Cześć Maryi i Najśw. Sakramentu zakwitnie w całym narodzie polskim. Najwyżej zaś Pan Bóg was wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego papieża27. Ufajcie przeto w Panu, bo dobry jest, miłosierny i nieskończenie sprawiedliwy. On pokornych podwyższa i daje im łaskę, a pysznych poniża i odrzuca na wieki. Szukajcie przede wszystkim Królestwa niebieskiego, dóbr duchowych, które trwają na wieki, bo co nie trwa na wieki, nie jest dobrem prawdziwym. Tym sposobem zapełnicie niebo, a na tej ziemi znajdziecie szczęście, jakiego świat dać nie może.
Polacy, Bóg żąda od was nie walki, jaką staczali najlepsi przodkowie wasi na polach bitew w chwilach stanowczych, ale bojowania cichego, pokornego i znojnego na każdy dzień, szczególnie przeciw nieprzyjaciołom waszych dusz; żąda od was walki w duchu Chrystusowym i w duchu Jego Świętych. On chce od was, abyście każdy na swoim stanowisku, wiedli przede wszystkim na każdy dzień bój bezkrwawy. Tylko pod tym warunkiem dostaniecie się do nieba, a w dodatku zajmiecie już na tej ziemi święte stanowisko pomiędzy narodami. Pokój wam!".
Próba objaśnienia symboli:
Ksiądz Markiewicz gloryfikował niewątpliwie Austrię, przy pomocy której miała powstać Polska oraz federacja narodów wolnych. Zdania mówiące o straszliwych bitwach dotyczą przebiegu I wojny światowej na ziemiach polskich i oblężenia Przemyśla oraz Krakowa przez Rosjan. Ksiądz Markiewicz przewidział, że panować będzie głód i zaraza, co sprawdziło się dokładnie podczas epidemii tzw. hiszpanki, która pochłonęła życie 25 milionów ludzi.
Hiszpanka to pandemia grypy28, która ponad 100 lat temu przetoczyła się przez świat i pochłonęła więcej ofiar niż zginęło na frontach I wojny światowej. Tę pandemię wywołał wirus pochodzenia ptasiego podtypu AH1N1. W latach 1918-1919 przyczynił się on do zgonu ok. 50-100 mln osób na wszystkich kontynentach. Hiszpanka pojawiła się nagle i przebiegała falami. Pierwsza fala grypy hiszpanki przyszła wiosną 1918 roku. Liczba zachorowań była umiarkowana, a śmiertelność z powodu powikłań niewysoka. Większość chorych stanowili ludzie starsi. Druga fala nadeszła jesienią 1918 roku. Choroba zebrała niezwykle bogate żniwo. Wirus atakował przede wszystkim osoby między 20. a 40. rokiem życia. Zgony chorych z tej grupy wiekowej stanowiły prawie połowę zmarłych z powodu grypy w czasie pandemii. Trzecia fala przypadła na początek 1919 roku. Była łagodniejsza, ale i tak niezwykle groźna. Najliczniejszą grupą chorych były osoby w wieku 5-14 lat. Najwyższą śmiertelność i zapadalność na zapalenie płuc odnotowano wśród osób w wieku 25-40 lat.
W okresie pandemii liczba zgonów w poszczególnych krajach świata była różna. W USA z powodu komplikacji pogrypowych zmarło ok. 700 tys. osób. W Anglii hiszpanka uśmierciła 200 tys. osób, a w Indiach 5 mln osób. Choroba nie ominęła nawet Alaski. W Nome zmarło 176 Eskimosów na 300 tam zamieszkałych. Nie ma danych, które pokazałyby, jakie żniwo hiszpanka zebrała w Polsce.
Pandemia hiszpanki jest uznawana za najgroźniejszą w historii, ponieważ charakteryzowała ją niezwykle wysoka śmiertelność wśród osób dorosłych. Choroba spowodowała także niewyobrażalne straty społeczne i ekonomiczne. Ale pandemia sprawiła także, że rozpoczęły się badania nad poznaniem etiologii grypy. Rozszyfrowanie hiszpanki stało się możliwe dopiero w erze biologii molekularnej. Na Alaskę ruszyły ekspedycje naukowe, aby pobrać próbki tkanki płucnej z zamrożonych i przechowywanych ciał ofiar grypy. Badania dotyczące patologii molekularnej wirusa grypy hiszpanki zapoczątkował dr Jeffery Taubenberger wraz ze swoim zespołem z Zakładu Patologii Molekularnej Sił Zbrojnych Instytutu Patologii w Waszyngtonie. Jedną z cech charakterystycznych dla pandemii z 1918 roku była jej niezwykła wirulencja, czyli zjadliwość drobnoustrojów, zdolność wnikania, namnażania się i uszkadzania tkanek organizmu. Przez to przebieg choroby był cięższy i dawał więcej powikłań w postaci ciężkiego zapalenia płuc. Badania nad hiszpanką były prowadzone w wielu krajach na świecie. Dowiodły one, że szczepy wirusa, który atakował w Londynie i na Alasce są w 99 proc. do siebie podobne (www.poradnikzdrowie.pl)
Mowa o wielkich wynalazkach dotyczy II wojny światowej, zaś "wyniesienie Austrii przez Polaków" zwiastuje neutralność tego państwa. Była to także w dużej części "wojna religijna", gdyż spora liczba ludzi walczyła jako programowi ateiści (niechętny stosunek Hitlera do katolicyzmu i wybitnie ateistyczne nastawienie sowieckiej Rosji).
Na przekór wszystkim faktom niektóre dzisiejsze "autorytety" usiłują fałszywie doszukiwać się źródeł nazizmu wprost w chrześcijaństwie, nazywając Hitlera katolikiem i argumentując, że przecież był on ochrzczony w kościele katolickim. Niektórzy, jak prof. Yehuda Bauer, posuwają się nawet do nazwania żydowskiego Holocaustu "największą zbrodnią chrześcijaństwa". Żydowski autor Daniel Jonah Goldhagen w swojej książce Moralny rozrachunek poszedł w szkalowaniu Kościoła katolickiego i generalnie chrześcijaństwa jeszcze dalej, twierdząc między innymi, że "Kościół jest odpowiedzialny za Holocaust, a chrześcijaństwo legło u podstaw nazizmu", zagłada Żydów zaś, jaka dokonała się w Europie ponad pół wieku temu, była po prostu "wojną religijną chrześcijaństwa z judaizmem" i "erupcją tego, co pod powierzchnią europejskiej kultury gotowało się od dawna za sprawą chrześcijaństwa". Niestety tak to już jest, że często najgłośniej krzyczą i rzucają oszczerstwa ci, którzy albo nie wiedzą co mówią, albo kierują się zwykłą nienawiścią do chrześcijaństwa, zresztą taką samą, jaką okazywał mu Hitler. Fakty bowiem wskazują na coś zupełnie przeciwnego, gdyż nazizm nie miał nic wspólnego z chrześcijaństwem, a jego rasistowska ideologia stanowiła wręcz zagrożenie dla niego.
Hitler w ostry sposób szykanował Kościół i jego instytucje, zamykał religijne szkoły i gazety, przy pomocy gestapo inwigilował kler. Gdy w rezultacie tych działań papież Pius XI wydał w 1937 roku antyhitlerowską encyklikę Mit brennender Sorge (Z palącą troską), Führer wpadł w furię. Prześladowania Kościoła przyjęły skalę wręcz olbrzymią. Księżom zaczęto wytaczać procesy za rzekomą pedofilię, wielu duchownych wtrącono do więzień i obozów.
Jedno z haseł hitlerowskiej propagandy głosiło: "Kościół musi upaść, aby Niemcy mogły żyć". W refrenie jednej z pieśni hitlerowskich oddziałów szturmowych SA powtarzano: "Towarzysze z oddziałów szturmowych wieszajcie Żydów, stawiajcie księży pod ścianę". Z kolei młodzież z Hitlerjugend śpiewała podczas zlotu norymberskiego w 1934 roku: "Żaden podły ksiądz nie wydrze z nas uczucia, że jesteśmy dziećmi Hitlera. Czcimy nie Chrystusa, lecz Horsta Wessela. Precz z kadzidłami i wodą święconą. Kościół nie rozumie, co dla nas jest cenne. Ta swastyka przynosi zbawienie światu, chcę podążyć za nią krok w krok". Sam Hitler wypowiedział zresztą następujące zdanie: "Gdy dojdę do władzy, Kościół katolicki nie będzie w Niemczech miał głosu, lecz by cel swój osiągnąć, nie mogę się bez niego obejść". Rzeczywisty, pełen pogardy stosunek do chrześcijaństwa wyraźnie ukazują też następujące słowa Hitlera: "Najcięższym ciosem, jaki kiedykolwiek spadł na ludzkość, było chrześcijaństwo (...). Jest ono wynalazkiem chorych umysłowo (...), plagą podobną do syfilisu". Organizacje katolickie pozamykano już w 1933 roku, zaś w 1935 roku zlikwidowano modlitwę w szkołach. Konsekwentnie usuwano także księży ze szkół, tak że już w 1935 roku około 700 duchownych pozbawiono prawa nauczania religii. Wykorzystując sfabrykowane oskarżenia, stawiano pod sądy setki duchownych i katolików świeckich. Jak pisze Andrzej Solak w książce Wojownicy Chrystusa: "W 1937 r. Stolica Apostolska potępiła niemiecki narodowy socjalizm w encyklice Mit brennender Sorge (zaś włoski faszyzm - w 1931 r. w encyklice Non abbiamo bisogno). Watykan umieścił na indeksie ksiąg zakazanych sztandarowe dzieło głównego ideologa nazizmu Alfreda Rosenberga - Mit XX wieku (Rosenberg propagował tam wizję heretyckiego, podbudowanego neopoganizmem "chrześcijaństwa pozytywnego"). Za rządów Hitlera dla niemieckiego Kościoła nastały ciężkie dni. Rozwiązano katolickie partie i stowarzyszenia. Zamknięto większość religijnych gazet, zniesiono szkoły wyznaniowe. Mnożyły się napady bojówek. Duchownym wytaczano procesy, często pod wydumanymi zarzutami nadużyć finansowych i przestępstw seksualnych. Prześladowania dotknęły 12 tysięcy niemieckich księży; setki z nich poniosły męczeńską śmierć. Jeszcze gorzej przedstawiała się sytuacja na terenach państw zniewolonych. W jednej tylko Polsce z rąk niemieckich narodowych socjalistów zginęło sześciu biskupów, 1923 księży diecezjalnych, 63 kleryków, 580 zakonników, 289 zakonnic. Symbolem męczeństwa duchowieństwa okupowanej Europy stał się obóz koncentracyjny w Dachau; więziono w nim 2720 duchownych (w tym 2597 katolickich) z 20 krajów - 1780 Polaków, 447 Niemców, 156 Francuzów, 109 Czechów i Słowaków, 63 Holendrów, 50 Jugosłowian, 46 Belgów, 28 Włochów, 16 Luksemburczyków, 5 Duńczyków, 3 Litwinów, 3 Węgrów, 2 Albańczyków, 2 Anglików, 2 Greków, 2 Szwajcarów, 1 Norwega, 1 Rumuna, 1 Hiszpana oraz 3 bezpaństwowców" (www.kki.pl).
Jeżeli przyjmiemy, że Bój bezkrwawy ukazał się drukiem w roku 1908, to ksiądz Markiewicz przewidział wyniesienie na Stolicę Piotrową polskiego papieża 70 lat wcześniej. Jeśli jednak założymy, że widzenie miało miejsce w roku 1863, to jest ono wizją wcześniejszą od słów medium z Tęgoborza o "Pomazańcu z Krakowa". Wtedy byłaby to bezsprzecznie pierwsza zapowiedź wyboru kardynała Wojtyły zawarta w świadomie i całościowo skonstruowanej przepowiedni.
* * *
Zainteresowanie sztuką było duże (nakład książeczki szybko został wyczerpany), chociaż budziła liczne kontrowersje. Wznowiono ją przed wybuchem I wojny światowej, rok po śmierci księdza Bronisława. Wydawca nie zamieścił żadnego omówienia, powtórzył jedynie tekst utworu.
Krytyczne opinie i wątpliwości na temat wizji Anioła Polski nie znalazłyby może nigdy zadowalającego wyjaśnienia, gdyby nie źródłowy dokument, o którym mówi ks. Jan Górecki, redaktor miesięcznika "Powściągliwość i Praca" w styczniowym numerze tego periodyku z 1933 roku:
"Przez dłuższy czas byliśmy przekonani, że sami jedynie jesteśmy posiadaczami tego widzenia. Niespodziewanie całkiem w sierpniu 1930 roku otrzymałem od jednej z Sióstr Niepokalanek z Jazłowca list, a w nim opis tego samego widzenia, pozostawiony przez drugiego świadka - Józefa Dąbrowskiego. Obie wersje są prawie zupełnie ze sobą zgodne. Fakt ten stwierdza ponad wszelką wątpliwość prawdziwość tego widzenia, gdyż obie wersje istniały od kilkudziesięciu lat zupełnie od siebie niezależnie, przy czym według naszej wersji jednym ze świadków widzenia był Józef Dąbrowski, zaś według wersji z Jazłowca jednym z świadków widzenia był niejaki młodzieniec Bronisław Markiewicz. W Jazłowcu zachował się opis pozostawiony przez Józefa Dąbrowskiego, a u nas przez ks. Bronisława Markiewicza (...).
Ksiądz Markiewicz, konstruując utwór, w finałowej odsłonie zamieścił pełny tekst przepowiedni, tak aby zabrzmiała potężnym akordem. Okoliczności i ekspresja wizji robią ogromne wrażenie. Uderza plastyczność i dramatyczne napięcie obrazu. Odbiorcy tej przepowiedni reagowali różnie. Nie było jednak obojętnych. Na początku sztuka ta oddziaływała na małą grupę ludzi. Czas i fakty historyczne robiły swoje. Z czasem prorocze słowa ks. Markiewicza nabrały barw i mocy".
"Smaku całej historii dodaje polemika prof. Wincentego Lutosławskiego z prof. Bartłomiejem Grochem, która ukazała się w podwójnym numerze "Powściągliwości i Pracy" (X i XI) w 1925 roku - pisze ksiądz Sylwester Łącki. - Wynika z niej, że prof. Groch uważał za spełnienie proroctwa ks. Markiewicza pontyfikat papieża Piusa XI (przypadał on na lata 1922-1939), który wcześniej, jeszcze jako Achille Ratti, był Nuncjuszem Apostolskim w Polsce. Jednak prof. Lutosławski tak się do tego odnosi:
"Zdaje się, że prof. Bartłomiej Groch niesłusznie za spełnienie tego proroctwa uważa obiór pierwszego nuncjusza w Polsce ks. Ratti na papieża. Wielki papież, którego Polska ma dać światu, a który także był zapowiedziany przez Słowackiego, nie może być cudzoziemcem i nawet gdybyśmy uznali, że pobyt w Polsce księdza Ratti, który u nas otrzymał godność biskupa, przyczynił się do wyniesienia go później na stanowisko papieża, to nie można by twierdzić, że Polska go dała światu, ani że jest on tym oczekiwanym wielkim papieżem polskim, o którym Słowacki pisał: on rozda miłość, jak dziś mocarze rozdają broń, ... wszelką z ran świata wyrzuci zgniłość, zdrowie przyniesie, rozpali miłość i zbawi świat: wnętrze kościołów on powymiata, oczyści sień, Boga pokaże w twórczości świata, jasno, jak w dzień...".
"Jak się wydaje to właśnie jego [księdza Markiewicza] wizje przyszłości wzbudzały zaufanie dzięki odwadze głoszenia często niewygodnej i niepopularnej, bezkompromisowej prawdy oraz dzięki świadectwu życia bardzo skromnego, bogobojnego i pełnego poświęcenia dla bliskich i Ojczyzny - napisał Damian Narański. - Oczywiście, gdy proroctwa były głoszone, mało kto w nie wierzył. Jednak z czasem - szczególnie gdy część się spełniała - stawały się zapewne naturalną inspiracją do tworzenia większości innych tego typu utworów. Sądzić można, że również wykorzystywano pewne fragmenty "widzeń" Markiewicza i wplatano je do innych znanych proroctw. Przepowiednie wydają się wiarygodne z tego względu, że nie są, jak większość z nich, anonimowe. Poza tym trzeba podkreślić, że sam ks. Markiewicz traktował je raczej jako zwyczajne prognozy, o czym świadczą: lektura jego pism i wypowiedzi osób, z którymi się spotykał. Przy okazji często twierdził, że większość przyszłych wydarzeń daje się przewidywać w sposób bardzo racjonalny poprzez właściwe odczytywanie wyraźnych "znaków czasu", obserwację zachowań ludzi, narodów, zasad, jakimi się kierują. Szczególnym złem prowadzącym do wojen i nieszczęść był wg niego upadek moralności, religijności i wzrost niesprawiedliwości społecznej, wyzysku, połączony z brakiem miłosierdzia, które winno charakteryzować chrześcijaństwo".
* * *
Ksiądz Bronisław Markiewicz zmarł w Miejscu Piastowym29 28 lub 29 stycznia 1912 roku. Został pochowany na tamtejszym cmentarzu, stamtąd w 1990 roku jego szczątki przeniesiono do kościoła Matki Bożej Królowej Polski w tej samej miejscowości.
Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński tak mówił o założycielu michalitów, michalitek i miesięcznika "Powściągliwość i Praca":
"Dzisiaj wiemy, że trzeba być bardzo powściągliwym i pracowitym. Powściągliwym - aby nie czynić nikomu nic złego, a pracowitym - aby zdobywać to, co jest potrzebne dla utrzymania rodziny i Narodu, aby ratować dzieci przez uczciwą pracę i oszczędność, nie zaś niszczyć je dla wygodnictwa, samolubstwa i egoizmu. Wierzę, że taki program narodowy, jaki dał swemu Zgromadzeniu ksiądz Markiewicz, może poruszyć nasze sumienia".
Przejmujące świadectwo o ks. Markiewiczu dał jego uczeń z seminarium duchownego, ksiądz kanonik Władysław Sarna, podczas mszy żałobnej po śmierci ks. Bronisława w 1912 roku:
"Odbywał ks. Markiewicz w Harcie pieszo długie podróże do oddalonych wiosek i przysiółków, aby uczyć dzieci katechizmu; w czasie takich "przechadzek" porą zimową odmrażał nogi i ręce; po powrocie zaspokajał głód kawałkiem chleba i wodą; sypiał na desce; po całodziennej pracy wstępował do kościoła na długie rozmowy z Panem Jezusem w Przenajświętszym Sakramencie, a gdy kościół zastał zamknięty, klękał przed drzwiami, często na śniegu i tak odprawiał swoją dzienną adorację".
Z jego inicjatywy proboszcz wybudował kaplice w miejscowościach: Szklary, Lipnik i Bachorzec. Dziś są tam parafie.
Po wielu latach postawa życiowa księdza Bronisława, jego pobożność i zasługi zostały docenione. 19 czerwca 2005 roku w Warszawie Bronisław Markiewicz został beatyfikowany przez prymasa Polski kardynała Józefa Glempa, z upoważnienia papieża Benedykta XVI30.
Za swojego patrona obrała Sługę Bożego Markiewicza Państwowa Wyższa Szkoła Techniczno-Ekonomiczna w Jarosławiu. Od 12 marca 1993 roku jego imię nosi także Podkarpacki Ośrodek Onkologiczny w Brzozowie oraz najludniejsze osiedle w Krośnie.
Wanda Malczewska (1872)
Katolicy na całym świecie rozczytują się w objawieniach niemieckiej stygmatyczki i wizjonerki Anny Katarzyny Emmerich, beatyfikowanej 3 października 2004 roku przez papieża Jana Pawła II. Pasja, którą po sobie zostawiła, okazała się jednym z najpopularniejszych dzieł chrześcijańskiego piśmiennictwa w dziejach. Dla wielu była nawet źródłem inspiracji, jak chociażby dla Mela Gibsona przy kręceniu jego głośnego filmu pod tym samym tytułem. W zbliżonym okresie żyła polska mistyczka Wanda Malczewska, która doświadczyła między innymi siedmiu widzeń Męki Pana Jezusa - i także pozostawiła interesujące dzienniki. Ojciec Święty Jan Paweł II w homilii, którą wygłosił 13 czerwca 1987 roku w Łodzi, postawił ją Polakom za wzór świeckiego apostoła, mówiąc między innymi: "Wanda Malczewska zmarła w opinii świętości pod koniec zeszłego wieku. Przez całe życie odznaczała się czcią do Najświętszego Sakramentu. Jest wspaniałym wzorem apostołowania dla osób świeckich". "Apostołowała w czasach szczególnie trudnych, gdy Naród i Kościół, gnębiony przez zaborców, był jeszcze na drodze do uzyskania niepodległości" - napisał również.
O Wandzie Malczewskiej świat jednak nie słyszał, grono odbiorców jej objawień zostało zawężone do polskiego kręgu kulturowego, głównie z uwagi na ich mesjanistyczny rys. Niemniej spełnienie proroctw dotyczących przyszłych losów Polski rozsławiło jej imię w okresie międzywojennym, gdy rozpoczął się proces beatyfikacyjny wizjonerki. Przepowiedziała dokładnie przyszłe losy Polski. Jej wizje wiele razy opisywano w najróżniejszych mediach, a ona sama stała się wręcz legendą wśród osób zajmujących się przewidywaniem przyszłości naszego kraju. Mistyczka poświęciła się Bogu, dlatego też większość jej przepowiedni związana jest z religią.
Przeplatanie się w wizjach Malczewskiej treści religijnych z treściami patriotycznymi, męki Jezusa z cierpieniami Polaków w niewoli trzech mocarstw, odzwierciedlało stan ducha i umysłu Wandy, dla której na pierwszym miejscu był Bóg i ojczyzna. Podobnie jak dla tysięcy Polaków, którym w owym czasie bliska była idea mesjanistyczna.
Wanda Malczewska jest więc postacią, z której historią warto się zapoznać, podobnie jak ze spisanymi treściami jej wizji, ponieważ mogą one całkowicie odmienić pogląd na temat tego, co obecnie dzieje się w Polsce.
* * *
Wanda Justyna Nepomucena Malczewska herbu Tarnawa pochodziła ze słynnego rodu Malczewskich. Jej krewnymi byli poeta Antoni, malarz Jacek i minister spraw wojskowych w rządzie Wincentego Witosa, generał dywizji Juliusz Tadeusz. Pojawiła się na tym świecie jako córka Stanisława Malczewskiego i Marii Julii z domu Żurawskiej 15 maja 1822 roku w Radomiu. Tam spędziła pierwsze 24 lata swego życia, z tego pierwsze 10 za życia matki, a następne 14 u boku macochy Karoliny z Bukowieckich.
Siostra Serafina Czermińska OSU we wspomnieniach o Malczewskiej napisała: "Na rok powtórnego małżeństwa ojca wypadła wycieczka Wandy do Krakowa. Przy tej sposobności Wanda w czasie rozmowy na kopcu potępiła ucieczkę od życia legendarnej królewny i wyraziła potrzebę szukania w każdej sytuacji jakiegoś zadania do spełnienia. ...Po co się było topić... Trzeba było Niemców pozyskać dla Polski".
Wanda była świecką mistyczką, czynną na polu społeczno-charytatywnym, prekursorką świeckich katechetów i pracownic charytatywnych na terenie Klimontowa i Zagórza, obecnych dzielnic Sosnowca. W swojej posłudze niosła zarówno świadectwo i naukę wiary, jak i często wypraszała wsparcie materialne dla najbiedniejszych na tym terenie. Jej wychowankiem w obu tych znaczeniach był późniejszy Apostoł Robotników Zagłębia, ksiądz Grzegorz Augustynik.
Uczyła chłopów pisania, czytania i religii, pomagała chorym i ubogim. Podczas powstania styczniowego organizowała szpitale. Po upadku powstania, gdy w cudowny sposób został uzdrowiony jej cioteczny brat Jacek Siemieński (1826-1872), zgodnie z otrzymanym przez nią widzeniem, cała rodzina opuściła teren zaboru rosyjskiego i udała się w okolice Krakowa. Stamtąd trafiła do majątku Siemieńskich w Żytnie, gdzie niosła posługę bliźnim i prowadziła życie mistyczne. Mieszkała tam kilkanaście lat - od 1870 do 1884 roku. Był to czas jej bardzo intensywnych przeżyć mistycznych.
Ewa K. Czaczkowska opisuje w książce Mistyczki. Historie kobiet wybranych pewne wydarzenie, które miało miejsce podczas jej pobytu w tej miejscowości:
"Był rok 1875, gdy dwór Siemieńskich w Żytnie, niedaleko Radomska, najechali rosyjscy żandarmi. Jacek Siemieński, powstaniec styczniowy, żarliwy patriota i społecznik, od trzech lat już nie żył, więc nie o niego chodziło. Carscy wysłannicy mieli rozgonić tłum, który w Wielkim Poście trzy razy w tygodniu zbierał się we dworze z powodu widzeń niejakiej panny Wandy Malczewskiej, krewnej Siemieńskich, i ostrzec ją, aby więcej nie dawała ku temu powodów.
Gdy Rosjanie stanęli przed frontem okazałego dworu, na zewnątrz i w przedpokojach kłębił się tłum wieśniaków, dalej, na schodach prowadzących na piętro stali właściciele okolicznych majątków, a miejsce wyżej, na piętrze zajmowali Siemieńscy i ich krewni. W pokoju, na łóżku, w oderwaniu od zmysłów i ciała, leżała Wanda Malczewska - mistyczka, o której wieść dotarła do carskich urzędów w Radomiu, i dalej - Warszawy. Moskali niepokoiły ekstazy Malczewskiej nie z powodu treści religijnych, które wówczas otrzymywała, ale proroctw dotyczących odrodzenia niepodległej Polski. Mistyczce Bóg objawił, iż niewola zaborców się skończy i Polacy odzyskają wolność. Ta zapowiedź, podawana z ust do ust, dodawała rodakom, od stulecia pozbawionym własnego państwa, otuchy i nadziei. W ocenie Rosjan natomiast mogła się stać zarzewiem groźnych niepokojów. Kiedy zatem mieszkańcy Żytna i okolic, modląc się, czekali w dworze Siemieńskich na kolejne prorocze słowa Wandy, rosyjscy żandarmi groźbą wywiezienia na Sybir chcieli zamknąć jej usta. Gdy jednak jeden z nich wszedł na piętro i zobaczył mistyczkę w ekstazie, padł na kolana. Był tak silnie poruszony tym widokiem, że nieustannie żegnał się i bił pokłony".
Najazd rosyjskich żandarmów zakończył się więc bez konsekwencji, przy czym nie był ani pierwszym, ani ostatnim. Jeszcze przed październikiem 1872 roku, czyli przed śmiercią Jacka Siemieńskiego, ciotecznego brata Wandy i jej wielkiego opiekuna, carscy wysłannicy rozpytywali we wsi o treść proroctw Malczewskiej. Nikt jej wtedy nie wydał. Nawet Żyd "namawiał wieśniaków, żeby jeżeli coś wiedzą - nic nie mówili". Jacek Siemieński zaś umiejętnie manewrował - "jednych żandarmów przekupywał, innym opowiadał, że stan Wandy jest wynikiem osłabienia i rozstroju nerwowego". W ten również sposób w 1876 roku Wincenty Teofil Popiel-Chościak, biskup diecezji kujawsko-kaliskiej, do której należało wówczas Żytno, nakazał proboszczowi, księdzu Wojciechowi Olkowiczowi, tłumaczyć parafianom nadprzyrodzone stany Wandy Malczewskiej po to, by uspokoić nastroje i zapobiegać gromadzeniu się ludzi.
"Od tamtych wydarzeń, wydaje się bardzo odległych, minęło ledwie sto pięćdziesiąt lat. Dwór Siemieńskich w Żytnie stoi nadal, przechowując pamięć nie tylko o mistyczce zapowiadającej niepodległość ojczyzny, ale także o tajnych spotkaniach powstańców styczniowych, o akowcach z czasów II wojny światowej, o zaręczynach, choć z czasem zerwanych, Henryka Sienkiewicza z Marią Gryf-Kellerówną, o zjazdach Związku Ziemian w II RP, którym prezesował poseł Jacek Siemieński, wnuk Jacka, brata ciotecznego Wandy Malczewskiej (...)".
Jak podał ksiądz Tomasz Olkowicz, spowiednik i kierownik duchowy Wandy Malczewskiej, otrzymała ona od Boga dar widzenia przyszłych wydarzeń, głównie dotyczących losów ojczyzny i Kościoła. Jej intensywne życie mistyczne łączyło się z nabożeństwem adoracyjnym oraz ekstazami, wizjami i przeżywaniem Męki Chrystusa na Drodze Krzyżowej. Kobieta na własnym ciele przeżywała mękę Chrystusa, nieustannie krwawiła i była naznaczona stygmatami.
Po śmierci owego kuzyna Jacka oraz jego matki, a swojej ciotki Konstancji Siemieńskiej, przeniosła się najpierw do klasztoru Dominikanek u św. Anny pod Przyrowem, następnie zaś do Parzna, gdzie zmarła 25 września 1896 roku.
Od 1996 roku trwa jej proces beatyfikacyjny. 21 lutego 2006 roku w Watykanie promulgowano dekret o heroiczności cnót Wandy Malczewskiej. Odtąd przysługuje jej tytuł Czcigodnej Sługi Bożej. Jej grób znajduje się w krypcie pod półkolistym prezbiterium kościoła pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Parznie, niewielkiej wsi położonej osiem kilometrów na północny zachód od Bełchatowa. Dlatego właśnie Parzno jest celem pielgrzymek, a nawet centralnych spotkań modlitewnych.
* * *
Najważniejsze objawienia Jezusa Wanda Malczewska otrzymała - jak wspomniano - w Żytnie jako kobieta już pięćdziesięcioletnia. Pierwsze jednak, które określiły kierunek jej życia, miała jako siedmioletnia dziewczynka. Wówczas po raz pierwszy doświadczyła rozmowy serca z Jezusem. Było to w czasie, gdy dekorowała kwiatami ołtarzyk w pokoju matki, w którym stał wysoki na dwa metry krzyż, obecnie umieszczony w radomskim kościele Bernardynów. Jezus powiedział jej: "Dziecko Moje, ty będziesz Moja zawsze".
Na prośbę Wandy, żeby Jezus zabrał ją do siebie choćby dziś, Zbawiciel odpowiedział, "że jeszcze za wcześnie". "Kto się chce dostać do nieba, musi dużo cierpieć i dużo spełniać uczynków dobrych w pokorze, bez rozgłosu wśród ludzi, a tylko z miłości ku Mnie! Tą drogą cię poprowadzę".
Podobne słowa Wanda usłyszała rok później, 22 maja 1830 roku, po przyjęciu w ósmym roku życia Pierwszej Komunii Świętej: "Od tej chwili jesteś Moja. Będziesz żyć długo na świecie, ale nie dla świata, tylko dla Mnie. Światowe zabawy ani choroby i bieda nie oderwą cię ode Mnie. Jak Ja nie miałem własności, gdzie bym głowę schronił, tak i ty mieć jej nie będziesz. U obcych oczy zamkniesz i tam spoczną kości twoje". Wanda na te słowa odpowiedziała: "Przyrzekam Ci, mój Jezu, i ślubuję Ci, że Twoja pozostanę na wieki".
O tych rozmowach z Jezusem - które mocno zapadły w jej serce - Wanda opowiadała matce Marii Julii Malczewskiej z Żurawskich, a po latach także swojemu wychowankowi i pierwszemu biografowi księdzu Grzegorzowi Augustynikowi.
Dokładnie w drugi piątek Wielkiego Postu roku 1852 ukazał się jej Pan Jezus w Ogrójcu i tak przemówił do niej: "Ojczyzna twoja i Kościół w tej Ojczyźnie (...) przez krwawą pracę i jedność bratnią dojdą do upragnionej wolności. Niech tylko naród tej wolności nie obróci w swawolę". W piąty piątek Wielkiego Postu Wanda ujrzała Zbawiciela dźwigającego krzyż na Kalwarię. Jezus zasygnalizował jej zagrożenia dla bytu Polski już po odzyskaniu niepodległości:
"Zbliżają się czasy przewrotne. Ojczyzna wasza będzie wolna od ucisku wrogów zewnętrznych, ale ją opanują wrogowie wewnętrzni. Przede wszystkim starać się będą wziąć w swe ręce młodzież szkolną i dowodzić będą, że religia w szkołach niepotrzebna, że można ją zastąpić innymi naukami. Spowiedź i inne praktyki religijne, kontrola Kościoła nad szkołami zbyteczna, bo ścieśnia myślenia ucznia. Krzyże i obrazy religijne ze sal szkolnych będą chcieli usunąć, aby te wizerunki chrześcijańskie nie drażniły Żydów. Przez młodzież pozbawioną wiary zechcą w całym narodzie wprowadzić niedowiarstwo. Jeżeli naród uwierzy temu i pozbędzie się wiary, straci przywróconą Ojczyznę" - zanotowała w swoim dzienniku.
Widzenie to jest jednym z najpopularniejszych widzeń Wandy Malczewskiej. Warto zastanowić się nad jednym z fragmentów. Wiele osób uważa, że jest on odzwierciedleniem rządów komunistycznych. Niewątpliwie ma jednak związek również z obecną sytuacją, w której to trwa spór o religię w szkołach oraz krzyż wiszący w różnych miejscach. Wielu ekspertów zwraca również uwagę na obecną sytuację młodzieży, która coraz częściej nie przywiązuje wagi do wiary, a często nawet neguje nauki Kościoła.
W dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, 15 sierpnia 1873 roku po nieszporach pozostała Wanda przed ołtarzem Matki Bożej. Wtedy to przemówiła do niej Królowa Polski:
"Uroczystość dzisiejsza niezadługo stanie się świętem waszym narodowym, bo w tym dniu odniesiecie zwycięstwo świetne nad wrogami dążącymi do waszej zagłady. To święto powinniście obchodzić ze szczególniejszą okazałością. Moją stolicę na Jasnej Górze powinniście otaczać szczególniejszą opieką i przypominać sobie dobrodziejstwa, jakie od Boga za moją przyczyną odebraliście i jeszcze odbierać będziecie, jeżeli się wierze św. katolickiej i cnotom chrześcijańskim i prawdziwej miłości Ojczyzny opartej na jedności i braterstwie wszystkich klas nie sprzeniewierzycie".
Na "cud nad Wisłą" przyszło czekać prawie pięćdziesiąt lat...
"Rosja rozsypie się, a klasztory przetrwają burze - brzmiały inne proroctwa Wandy. - Rosję spotka kara Boska za krew przez nią przelaną, wołającą o pomstę do nieba. Straszne klęski spadną na Polskę, ale jej nie zgniotą (...). Polska się ostanie - o ile sobie nie da wiary odebrać i będzie zawsze przedmurzem Kościoła".
Innym razem, w roku 1896, w dniu Bożego Ciała rzekł Pan Jezus do Wandy:
"O jakże mnie to boli, że dawna wiara i pobożność coraz bardziej słabnie w tym narodzie, że oświeceni psują prostaczków zamiast dawać im dobry przykład. Ach, jak mi żal tego narodu. Pocieszam się tem, że w ostatnich czasach zaczęły się tworzyć wśród was stowarzyszenia eucharystyczne, mające na celu adoracje, częste komunie święte, lecz niestety należą do nich same niewiasty starsze. A gdzież młodzież, gdzież mężczyźni, gdzie inteligencja? Czyż im nie jest potrzebna wiara i praktyki religijne? Mów komu tylko możesz, iż odrodzenie się waszej Ojczyzny, jej rozkwit, utrzymanie się w niezależności, zależy od zjednoczenia się ze mną przez życie eucharystyczne".
Szczególną popularnością cieszyła się przepowiednia Wandy Malczewskiej o hrabim Pawle Andriejewiczu Szuwałowie, od 1894 roku generale gubernatorze Warszawy, któremu car powierzył misję zniszczenia klasztorów w Królestwie Polskim. Wanda stwierdziła, że nie warto się tym przejmować, gdyż "Szuwałow nie będzie długo rządził w Warszawie (...). Rząd carski upadnie, Rosja rozsypie się, a klasztory przetrwają burze i wrócą do dawnej świetności, jeżeli reguła zakonna będzie ściśle przestrzegana. Rosję spotka kara Boska za krew unitów przez nią przelaną, wołającą o pomstę do Nieba, za prześladowanie nabożeństwa do Serca Jezusowego i zakaz wzywania Matki Boskiej jako Królowej Korony Polskiej".
Dwa lata później Szuwałow zakończył karierę dyplomatyczną w niełasce i został oddelegowany do Jałty31.
Kościół unicki w I Rzeczypospolitej (Ruski Kościół Unicki, Kościół grekokatolicki w Polsce) to katolicki Kościół wschodni działający na terenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów, uznający władzę i autorytet papieża, zarządzany przez metropolitę kijowskiego. Powstał w wyniku unii brzeskiej, a jego rozwój znacząco zahamowały rozbiory Rzeczypospolitej. Obecnie traktowany jest zazwyczaj jako fragment historii Kościoła katolickiego obrządku bizantyjsko-ukraińskiego. Większość struktur Kościoła unickiego znalazła się w granicach Rosji po trzech rozbiorach Polski. Przed I rozbiorem Polski Kościół Unicki był jednym z największych związków wyznaniowych w Rzeczypospolitej, z ośmioma diecezjami. Łącznie unici dysponowali 9452 budynkami sakralnymi. Około 60 proc. tego stanu posiadania znalazło się po trzech rozbiorach Polski w granicach Cesarstwa Rosyjskiego.
Szczególne prześladowanie unitów miało miejsce pod zaborem rosyjskim, gdyż Rosja uważała unię za zawartą nieprawnie i traktowała unitów jako odłączonych przemocą od Kościoła prawosławnego, którzy również pod przymusem przyjęli jurysdykcję papieża i przy pierwszej okazji z niej wystąpią. Największa akcja nawracania na prawosławie rozpoczęła się po drugim rozbiorze Polski. Prześladowania unitów dokonywały się według scenariusza wypracowanego w Petersburgu. Najpierw, z cerkwi unickich usuwano wszystko, co się łączyło z liturgią łacińską, zatem organy, konfesjonały, monstrancje, dzwonki itp. - To kojarzyło się im z polskością. Urzędnicy carscy namawiali, aby unici dobrowolnie przyjęli prawosławie. Potem stosowano groźby i nakładano bardzo wysokie kontrybucje. A gdy to nie przynosiło oczekiwanych rezultatów, więziono lub zsyłano ich na Sybir. Wreszcie uciekano się do użycia broni i morderstw. Antyunicka polityka kolejnych carów łączyła się z polityką rusyfikacji ziem zagarniętych w wyniku rozbiorów Polski. Administracyjną likwidację Kościoła unickiego poprzedziła długofalowa kampania upodabniania obrzędów unickich do prawosławnych koordynowana przez biskupa litewskiego Józefa Siemaszkę. W 1839 roku na synodzie w Połocku ogłoszono zniesienie unii na Litwie i Białorusi; przetrwała jedynie (do 1875 r.) diecezja chełmska.
Mimo administracyjnego uznania wszystkich byłych unitów za wyznawców prawosławia ok. 100 tysięcy osób nigdy nie podporządkowało się carskim zarządzeniom, bojkotując parafie Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Unici byli gotowi poświęcić swój majątek w obronie katolickiej wiary. Umieli za nią cierpieć, a nawet byli gotowi za wiarę przelać krew. W Pratulinie i Drelowie starcia unitów z wojskiem rosyjskim przyniosły ofiary śmiertelne. 6 października 1996 roku Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 12 męczenników, którzy zginęli broniąc swojej unickiej świątyni przed przekształceniem w prawosławną cerkiew. Męstwo i odwaga oraz duch chrześcijańskiej miłości obecny w ich życiu sprawiały, że wielu prześladowców nawracało się na katolicyzm. Dlatego załogi wojskowe były tu wymieniane co dwa miesiące.
Rodzaj kary dla Rosji za jej niegodziwości objawił się natomiast Wandzie 14 listopada 1893 roku. W dzień św. Jozafata Kuncewicza32, biskupa połockiego, zamordowanego w Witebsku przez Rosjan, ujrzała, jak Jozafat skarży się u stóp Jezusa i Maryi na przemoc wobec unitów, którzy "nie chcieli przyjąć prawosławnej schizmy. Nasze katolickie świątynie zabrali na prawosławne cerkwie, krzyże połamali. Część ludu broniącego swojej wiary zamrozili w śniegach, część zagłodzili w więzieniach, część rozstrzelali i batami zabili, część wysłali do Rosji do ciężkich więzień, gdzie umierają bez sakramentów. Nawet starcom i dzieciom nie przebaczono".
Gdy Jozafat pożalił się na prześladowania z rozkazu cara Aleksandra III Romanowa, Pan Jezus odpowiedział: "(...) Zbliża się dzień mojej sprawiedliwości; ten, co wydał rozkaz wymordowania was, niedługo gospodarować będzie; jego dzieci i wnuki sromotnie wymordowani będą przez jego własnych poddanych, wrogów mojego krzyża; jego dziedzictwo będzie poszarpane. Wasi polegli bracia co pomarli ze słowami przebaczenia wrogom, otrzymali już zapłatę w niebie. Przyjdzie chwila, że mój namiestnik wyznaczy jeden dzień na uczczenie pamięci waszych braci męczenników i wyznawców. A wy, żyjący, jeszcze wytrwajcie".
Podczas petersburskich białych nocy, bezsennych i lubieżnych, szampan i wódka lały się strumieniami. Zielone stoły i szmer złota, muzyka, kręcące się za oknami pary, wściekłe trojki, Cyganie i nieustanne parady wojskowe przed wzbudzającym przerażenie spojrzeniem bizantyńskich oczu imperatora. Z kryształu i cementu budowano banki, music-halle, wrotniska, kluby karciane, domy schadzek, teatry, kinematografy, lunaparki i wspaniałe restauracje, gdzie ludzie oszałamiali się muzyką, odbiciem luster, półnagimi kobietami, światłem i szampanem. Pijane kuligi mknęły po zaśnieżonych ulicach. Pijane kobiety obwieszone brylantami rozchylały podczas wyuzdanych orgii kolana przed równie pijanymi amantami we frakach. Ból i rozkosz, płacz i śmiech, euforia i znudzenie. Wszystko wolno. Hulaj dusza, piekła nie ma. I rozrywające serce dźwięki bałałajki. I pojedynki o świcie - przy wyciu lodowatego wichru. I narastająca plaga samobójstw, ogarniająca ten skazany na zagładę świat: Job takuju żizń! Aż nadszedł ów rok, tragiczny rok oznaczony straszną dla Romanowów liczbą - 17. Rok, w którym przyszło zapłacić rachunek za to wspaniałe, beztroskie życie. Panował dotkliwy ziąb, mróz sięgał 38 stopni. Słońce przesłaniała mroźna mgiełka. Śnieg w Carskim Siole lśnił niczym powleczony rtęcią...
Mikołaj II Romanow, urodzony 6 maja 1868 roku w Carskim Siole, był cesarzem Rosji w latach 1894-1917. Na początku panowania kontynuował linię autokratyczną swoich poprzedników. Po klęsce w wojnie z Japonią w 1905 roku i w następstwie pierwszej rewolucji rosyjskiej obiecał nadanie ludności podstawowych praw i ustanowienie parlamentu, którego uprawnienia zostały jednak silnie ograniczone. 15 marca 1917 roku, w obliczu tzw. rewolucji lutowej, Mikołaj II mianował przewodniczącym Rady Ministrów księcia Gieorgija Lwowa, człowieka o zdecydowanie liberalnych poglądach. Jednocześnie abdykował na rzecz swojego brata Michała. Wielki książę Michał, nie widząc żadnej możliwości przywrócenia porządku, natychmiast zrezygnował z tronu. Władza przeszła w ręce Komitetu Wykonawczego Dumy. Po abdykacji Mikołaj Romanow wraz ze swoją rodziną umieszczony został w areszcie domowym w Carskim Siole. Nowy rząd demokratyczny nie zgadzał się na wyjazd cara z Rosji. Car zamierzał wyemigrować do Anglii, ale po brytyjskiej odmowie udzielenia azylu carska rodzina została przewieziona na Syberię i uwięziona przez bolszewików.
Decyzję o egzekucji więzionej w domu Nikołaja Ipatiewa w Jekaterynburgu rodziny carskiej kierownictwo bolszewików podjęło prawdopodobnie już na początku lipca 1918 roku. 16 lipca cała rodzina położyła się spać około godziny 23. Krótko po północy wyznaczony na dowódcę akcji przez Lenina i Swierdłowa Jankiel (Jakow) Jurowski obudził wszystkich i kazał im zejść do piwnicy, rzekomo z powodu grożącego im niebezpieczeństwa. Byli tam: car, jego żona i pięcioro dzieci - Aleksy, Olga, Tatiana, Maria oraz prawdopodobnie Anastazja, a także przyboczny lekarz, doktor Jewgienij Botkin i trzy osoby z dobrowolnej służby. Po odczytaniu przez Jurowskiego uzgodnionego wcześniej tekstu wyroku, wszystkie zgromadzone osoby zostały zastrzelone i dobite bagnetami.
Ciała ofiar zostały następnie załadowane na samochód ciężarowy i wywiezione do lasu, na uroczysko. Tam oprawcy rozebrali zwłoki (znajdując przy okazji zaszyte w ubraniach drogocenne kamienie), poćwiartowali je, oblali dla zatarcia śladów kwasem siarkowym i wrzucili do nieczynnego szybu kopalnianego.
Przez dziesiątki lat bolszewicy przyznawali się jedynie do egzekucji Mikołaja II. Dopiero przeprowadzona pod koniec XX stulecia ekshumacja doprowadziła do wydobycia na światło dzienne szczegółów tej przerażającej zbrodni. Wśród ekshumowanych szczątków nie znaleziono jednakże fragmentów kości należących do księcia Aleksego oraz Anastazji i Marii - najmłodszych potomków cara. Ciała Aleksego i Marii zostały znalezione dopiero w roku 2007, co potwierdziły zrobione w Stanach Zjednoczonych testy DNA. Los księżniczki Anastazji pozostaje nieznany do dnia dzisiejszego. Od roku 1918 krążyły po świecie pogłoski mówiące, że najmłodszej córce Romanowów udało się zbiec, co skrzętnie wykorzystywali rozmaici oszuści.
W któryś z Wielkich Piątków Wanda doznała kolejnego objawienia. Była świadkiem ukrzyżowania Chrystusa i widziała, jak Pan Jezus oddawał Matkę Najświętszą w opiekę św. Janowi. Zbawiciel wyrzekł przy tym następujące słowa: "Im więcej który naród ukocha Ją, tym więcej ode Mnie łask otrzyma i choćby przez wrogów skazany był na zagładę, nie zginie, ale odradzać się będzie".
Gdy po tym zdaniu zwróciła się Wanda do Matki Bożej i przypomniała Jej, jakiej to czci od wieków doznaje w Polsce, wtedy to Matka Najświętsza odpowiedziała:
"Tak, Polska niegdyś wyróżniała się nabożeństwem do mnie - toteż serdecznie ją kocham. Pod moją opieką wzrastała. Nieprzyjaciół, nawet silniejszych, zwyciężała. Jej oręż wsławił się wobec całego chrześcijaństwa, gdy szła do boju pod moim hasłem. Skoro otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciwko niej dawni gnębiciele, aby ją zdusić. Ale moja młoda armia, w Imię moje walcząca, pokona ich i odpędzi daleko i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę. Dostaliście się do niewoli wskutek niezgody wewnętrznej i sprzedajności wielu waszych rodaków. - Rozebrali was na kawałki, ale Pan Bóg na moją prośbę tego rozbioru nie zatwierdził. Zbliża się czas, że sprawiedliwość Boska upokorzy chciwość zaborców waszych, tępicieli wiary katolickiej i nabożeństwa do Serca mojego Syna. Oni upadną, a Polska na moją prośbę będzie wskrzeszoną i wszystkie jej części będą złączone. Ale (...) niech strzeże wiary i nie dopuszcza niedowiarstwa (...), zdrady (...), niezgody i lenistwa, bo te wady mogą ją na powrót zgubić i to (...) na zawsze! Pragnę widzieć Polskę szczęśliwą, ale niech też Polacy do tego rękę przykładają (...). Modlę się za Polskę, za jej nabożeństwo do mnie. Modlę się za wszystkie stany (...), aby miłość, zalecona przez mojego Syna, zakwitła wśród was (...). Módlcie się wszyscy - i postępujcie drogą wskazaną wam przez mojego Syna".
Podczas uroczystych obchodów święta Trzech Króli 6 stycznia 1877 roku, w czasie wotywy, pod koniec pierwszej Ewangelii, ukazał się Wandzie Malczewskiej Pan Jezus jako Dziecina na jasnym obłoku stojący. W ręce trzymał kulę ziemską, nad nią świeciła nadzwyczajna gwiazda, a na kuli ziemskiej wyrysowane były różne kraje, pomiędzy nimi Polska z morzem i napisem: "Królestwo Marii". Podczas komunii kapłana w trakcie tejże mszy św. widziała Wanda u stóp Pana Jezusa klęczących przedstawicieli różnych narodów, a pomiędzy nimi królów polskich: Mieczysława [Mieszka I] z żoną Dąbrówką [Dobrawą], Jagiełłę z Jadwigą, Kunegundę [Czeską] z Bolesławem [II Mazowieckim] i Sobieskiego. Wtedy Pan Jezus pobłogosławił zebranych i Wanda usłyszała głos wychodzący z ust Pana Jezusa: "Błogosławiony Naród, którego Panem jest Bóg".
Dnia 5 października 1873 roku wyrzekł Pan Jezus do Wandy następujące słowa:
"Zatknąłem pośród was krzyż jako godło wiary, triumfu i chwały. Dałem wam Matkę moją za Opiekunkę i czegóż się boicie? - Dlaczego tak słaba wasza ufność? Pamiętajcie, że Maria, Matka moja, wszystko wam wyjednać może".
W 1872 roku bratanek Wandy, Jacek Malczewski, namalował dla niej obrazek Matki Bożej. Wanda często modliła się przed nim w tej intencji, aby Jacek "swego talentu na szkodę duszy i Ojczyzny nie użył, tak jak wielu malarzy, rzeźbiarzy czy powieściopisarzy, którzy swoimi bezwstydnymi utworami psują tysiące dusz i do piekła prowadzą". Matka Boża miała jej obiecać, że Jacek zostanie malarzem "sławnym o kierunku czysto religijnym, narodowym i historycznym". Wkrótce powstał tryptyk patriotyczny Prawo, Ojczyzna, Sztuka, następnie zaś Jacek Malczewski został lokomotywą symbolizmu. "Pokorna modlitwa ciotki została wysłuchana" - jak ocenił ksiądz Grzegorz Augustynik, jeden z wychowanków Wandy oraz jej pierwszy biograf, autor publikacji Miłość Boga i Ojczyzny okazana w czynach, czyli żywot (...) Wandy Justyny Nepomuceny Malczewskiej, jej objawienia i przepowiednie dotyczące Kościoła i Polski, wydanej w Częstochowie w 1926 roku.
Wśród wielu mistycznych darów Wanda Malczewska otrzymała także zdolność rozeznawania stanu dusz, szczególnie osób przyjmujących komunię świętą. Widziała, czy dana osoba jest w stanie łaski, czy przyjmuje Eucharystię świętokradczo. Kiedy mszę świętą odprawiał kapłan w stanie grzechu, ona przy ołtarzu widziała Jezusa biczowanego, broczącego krwią. Podczas wizji biczowania Chrystusa Wanda usłyszała, że "ile razy kapłan odprawia mszę św. w grzechu śmiertelnym, a szczególnie w grzechu nieczystości lub pijaństwa", tyle razy Jezus znosi katusze. Od tej pory regularnie modliła się w intencji nawrócenia kapłanów. Wiedziała też, który kapłan i kto z wiernych niegodnie przystępuje do ołtarza.