Teodor
Ma mocny sen, więc budzi się dopiero, gdy Luiza szarpie go za ramię.
Trudno zrozumieć, co ona tam szepce, bo jej słowa giną wśród jęków i stękania.
-?Co znowu? -?mruczy półprzytomny.
Nagle trzeźwieje i już wie, co się dzieje. Dziecko! Ona rodzi dziecko.
Ogarnięty panicznym strachem wyskakuje z łóżka i boso biegnie przez
korytarz.
-?Traude! Pani Döppel! -?krzyczy ochryple.
W pokojach służby na poddaszu starej gdańskiej hanzeatyckiej kamienicy
panuje martwa cisza; gdy trzeba sprowadzić akuszerkę w środku nocy,
służący robią się przygłusi. Zwłaszcza że wszędzie leży śnieg i oddech
zamarza na lutowym mrozie.
Pan domu w furii łomocze w drzwi, za którymi śpi jego brat Ernst.
-?Wstawaj! Luiza rodzi! No już, zbieraj się!
Z małżeńskiej sypialni dobiegają głośne jęki Luizy. To go napawa
strachem. Żona ledwie przeżyła kilka poronień i w zasadzie -?jak
ostrzegał lekarz -?kolejna ciąża to dla niej śmiertelne zagrożenie. No
ale zdarzyło się, a Bóg zrządził, że tym razem donosiła dziecko. Tylko
czy przeżyje poród? Luiza jest delikatnej konstytucji, silne krwotoki
przy poronieniach za każdym razem doprowadzały ją na skraj śmierci.
Młodszy brat najwyraźniej nie spieszy się ze wstawaniem. Teodor
niecierpliwie łapie lampkę nocną ze stojącej na korytarzu komody,
otwiera z rozmachem drzwi do sypialni Ernsta i świeci do wnętrza. No
oczywiście -?na stole leżą zapisane arkusze, obok stoi wypalona świeca.
Znowu przez pół nocy pisał te swoje bezużyteczne traktaty. Ernst uważa
się za wielkiego literata -?cóż za nonsens!
-?Nie słyszałeś? Ubieraj się i ściągnij tu akuszerkę!
-?A czemu ja? -?Zza zasłon przy łóżku dobiega zaspane burczenie. -?Czy
to może moje dziecko?
Teodora ogarnia wściekłość. Ernst ostatnio pozwala sobie na
impertynencje, na które wcześniej wobec starszego brata nigdy by się nie
ośmielił. Wygląda na to, że zaręczyny z bogatą córką armatora Anną Marią
Jonkers uderzyły mu do głowy, w końcu panna wnosi w wianie korzystne
kontakty handlowe z przedsiębiorstwem żeglugowym swojego ojca.
-?Mam cię popędzić? -?ryczy Teodor i groźnie zbliża się do łóżka. Nie
odczuwa skrupułów przed zdarciem kołdry z młodszego brata i wyciągnięciem go za łeb z piernatów.
-?Ja pójdę, jaśnie panie! -?rozlega się za nim czyjś głos.
W korytarzu rozbłyska światło, ale przyodziana w nocny strój postać nie
jest ani gospodynią, ani Traude. To Danuta, owinięta wełnianą chustą.
-?Nie! -?oświadcza Teodor. -?Ty nie.
Jeszcze tego brakuje, żeby akurat Danuta błąkała się po mieście w ciemną
i zimną noc, niech no jeszcze ktoś ją napadnie. Niech Traude albo pani
Döppel odmrażają sobie nogi. Niech Ernstowi odpadną uszy na mrozie.
Danuta była przez pewien czas służącą w tym domu, ale teraz jest matką
jego ukochanego syneczka Christiana, włos jej z głowy spaść nie może.
-?Ależ, jaśnie panie, pańskiej żonie potrzebna jest akuszerka! -
lamentuje Danuta. -?Pani jest taka delikatna, a poród wyssie z niej
wszystkie siły...
W tym momencie słychać, jak Ernst, klnąc, wstaje z łóżka i zrywa z głowy
szlafmycę, która w nocy chroni jego artystyczny lok przed
rozczochraniem.
-?Precz z mojego pokoju! -?pomstuje. -?Ubieram się. Danuto, przyszykuj
mi futro Teodora! I ocieplane buty z cholewami!
-?No wreszcie! -?kwituje Teodor z zadowoleniem.
Rusza schodami na poddasze, żeby pogonić obie służące. Wstawać,
pozapalać lampy. Napalić w sypialni. Podgrzać wodę. Przyszykować posiłek
dla tej nienażartej akuszerki. Zaparzyć herbatę. Czekać w gotowości.
-?Do diabła ciężkiego! Ruszcie kulasy, jak chcecie tu jeszcze pracować!
Kobiety są już ubrane. Oczywiście, że słyszały jego wołanie przed
chwilą, ale obie chytruski wolały zaczekać w nadziei, że nie wyśle ich
na ten ziąb.
-?Do usług, jaśnie panie -?mamroce skwapliwie gospodyni, dygając. -
Musiałam tylko włożyć suknię, nie mogę przecież stawić się przed jaśnie
panem w koszuli...
Döppelowa jest niska i przysadzista, no i brzydka jak noc; jej widok w koszuli nocnej raczej nie byłby przyjemny. Pokojówka, chuda jak szczapa
i płaska jak deska Traude, też nie jest pięknością. Teodor odsyła ją do
Luizy, a gospodyni zabiera się w kuchni do roboty.
On sam na razie nie wchodzi do małżeńskiej sypialni. Nic tam po nim,
porody i tym podobne sprawy to rzecz kobiet, tajemnicze procesy, pełne
mrocznych i przerażających szczegółów, o których mężczyzna nie musi się
dowiadywać. Czeka na korytarzu, póki Traude do niego nie wyjdzie.
-?I co? -?pyta.
-?Ma bóle porodowe, jaśnie panie...
-?Tyle sam wiem. Coś poza tym?
-?To jeszcze dobrą chwilę potrwa. Będziemy wiedzieć więcej, jak
przyjdzie akuszerka.
-?Zajmij się nią!
-?Oczywiście, jaśnie panie.
Teodor stoi jeszcze przez moment w korytarzu, nasłuchując. Gdy znowu
dobiegają go stękania i jęki Luizy, narasta w nim nieznośne poczucie, że
sam nie jest bez winy, jeśli idzie o jej cierpienia. W końcu nie
dotrzymał postanowienia, by zaniechać cielesnego obcowania z żoną.
Uspokaja się, że przecież sama tego chciała. Przecież było to jej
najgorętszym pragnieniem, no i bądź co bądź tym razem udało jej się
donosić dziecko. Ile jest warta gadanina doktora Sternberga? Jeśli Bóg
zechce, Luiza powije zdrowego syna, który będzie dorastał pod jej okiem.
W nieopalanym korytarzu ciągnie chłodem, a ponieważ Teodor nijak nie
jest w stanie przyspieszyć biegu rzeczy, wycofuje się do swojego dawnego
pokoju dziecięcego, który teraz służy gościom. Ciasno tam, ponieważ
upycha się w nim najrozmaitsze graty, ponadto prześcieradło i poduszki
na łóżku są zawilgocone z zimna, więc zanim Teodorowi uda się zasnąć,
mija dobra chwila. Ale wreszcie zapada w głęboki i mocny sen.
Budzi się dopiero rano o zwykłej porze. Jest jeszcze ciemno, w domu
panuje grobowa cisza. Teodor siada na łóżku i czuje lodowaty ziąb
przenikający przez nocną koszulę. Nikt go nie obudził, by przekazać mu
nowiny, niczego dobrego to nie wróży. Przygnębiony wstaje i woła Traude,
żeby przyniosła mu ubranie.
-?Jak się czuje moja żona?
-?Śpi, jaśnie panie.
-?Śpi? To znaczy, że dziecko już się urodziło?
-?Nie, jaśnie panie. Bóle porodowe ustały. Akuszerka zjadła solidne
śniadanie i poszła do domu, bo to może jeszcze potrwać. Mamy ją
powiadomić, kiedy jaśnie pani znowu zacznie rodzić.
Co za rozczarowanie! Całe zamieszanie na darmo, pieniądze dla akuszerki,
których ta bez wątpienia zażąda, wyrzucone w błoto. Dlaczego rodząca raz
czuje bóle porodu, a raz nie? Przecież urodzenie dziecka to coś, co jak
najszybciej chciałoby się mieć za sobą, prawda? Ale na Luizie nigdy nie
można było polegać...
Z Lange Gasse, z Długiej, dobiega chrobot łopat do śniegu, po bruku
turkoce furmanka, końskie podkowy uderzają głucho w zmrożony śnieg.
Teodor czeka na gospodynię, żeby przyniosła dzbanek ciepłej wody, potem
myje się, goli i starannie zaczesuje włosy na łysinkę pośrodku głowy,
pamiątkę po pożarze hali magazynowej w zeszłym roku. Na rękach też widać
ślady tamtego wydarzenia. Na szczęście zachował wszystkie palce, ale na
wewnętrznych powierzchniach dłoni zostało kilka niby to zagojonych
miejsc, które trzeba smarować maścią, ponieważ skóra stała się wrażliwa
i utraciła dawną elastyczność. Przysparza mu to nieznośnych trudności z chwytaniem czegokolwiek, a przedmioty często wyślizgują mu się z rąk.
Musi też uważać, żeby nie umazać maścią ważnych dokumentów. Jednak gdy
wspomni rozszalały ogień, to w ostatecznym rozrachunku naprawdę nieźle
się z tego wykaraskał. Niejeden "dobry przyjaciel" lub znajomy widział
już Teodora na cmentarzu i tylko czekał, aż szacowna firma handlowa
ogłosi bankructwo. Ale on tak pokierował swoim przedsiębiorstwem, że
udało mu się uniknąć katastrofy. Pozostało jeszcze kilka ostatnich
zobowiązań, których spłatę mu odroczono, ale na ile zdoła, dotrzymuje
terminów, zaś handel zbożem, do którego wreszcie znalazł dojście,
pozwala oczekiwać rosnących zysków. Mottlau, Motława, jest jeszcze
zamarznięta, co uniemożliwia żeglugę, ale zima nie będzie przecież
trwała wiecznie, najdalej za dwa tygodnie port gdański znów będzie wolny
od lodu. Statki mogą przybijać do Neufahrwasser, Nowego Portu, na
północy, gdzie Wisła uchodzi do Morza Bałtyckiego; hala magazynowa
byłaby teraz jak znalazł. Ale z piachu sterczą nadal jej zgliszcza, a doszły do niego słuchy, że złodziejski naród zabrał się do szabrunku
jego cegieł. Jakież to wszystko irytujące!
Śniadanie początkowo je sam, ponieważ Ernst znowu zaspał. Ma więc czas,
by rozmyślać o nieprawości tego świata, który pozwala takiemu
zbrodniczemu sukinsynowi podpalać z czystej żądzy zemsty magazyn pełen
drewna. Jego dawny służący Oskar Possert, którego twardo podejrzewa o podłożenie ognia pod halę, zapadł się pod ziemię i nie można go
pociągnąć do odpowiedzialności za ten czyn. Świat jednak jest tak
urządzony, że sprawiedliwi muszą cierpieć, a niesprawiedliwi triumfują,
Teodor Berend doświadczał tego niestety od dzieciństwa. Kogo ojciec
obdarzał miłością? Nie jego, najstarszego syna, który rozpaczliwie o nią
zabiegał. Ojciec kochał dwójkę młodszych dzieci, a zwłaszcza swoją
jasnowłosą "Haneczkę", czyli córkę Johannę, oraz małego Ernsta, zawsze
tak skorego do zabawnych figli i psot. Teodor już wtedy nauczył się
znosić podłość świata i nie upadać na duchu. To nienawiść wobec
niesprawiedliwości pomaga mu przetrwać, ogrzewa go i daje mu siły do
przeciwstawiania się losowi.
Zziębnięty i niewyspany Ernst pojawia się w jadalni, nalewa sobie kawy i narzeka na ból gardła.
-?Nie mam pretensji do Luizy -?burczy. -?Ale mogłem sobie darować nocny
spacer po śniegu i lodzie.
-?Nie można było tego przewidzieć. -?Teodor staje w obronie żony. -
Poród jest skomplikowaną rzeczą i nie zawsze przebiega tak, jak byśmy
tego oczekiwali.
Ernst kiwa głową ze zrozumieniem i smaruje masłem kromkę chleba.
-?Moja Anna Maria jest tego samego zdania -?obwieszcza. -?Dlatego
postanowiła nie mieć dzieci. Uważam tę decyzję za godną uwagi i powiedziałem, że się z nią zgadzam.
Teodor przywykł już do konfrontacji z niecodziennymi poglądami
narzeczonej swojego braciszka. Tym razem jednak opinia Anny Marii jest
tak niedorzeczna, że wywołuje szyderczy uśmiech na jego twarzy. Bądź co
bądź, to jedyna córka zamożnego armatora Jana Jonkersa, a wobec tego
zobowiązana do wydania na świat potomka i dziedzica.
-?Serdeczne gratulacje z powodu tak mądrego ustalenia -?stwierdza z ironią.
-?Bardzo dziękuję -?odpowiada Ernst i nadgryza kanapkę. -?Zresztą -
ciągnie, przeżuwając -?mógłbyś przepisać na mnie halę w Neufahrwasser, w Nowym Porcie. Ojciec Anny Marii jest zainteresowany jej odbudową i wykorzystaniem w charakterze magazynu na rozmaite towary.
Teodor mało się nie dławi poranną kawą. Co za bezczelność! Nie da się
ukryć, że odkąd braciszek zaręczył się z Anną Marią, czuje się coraz
bardziej pewny siebie.
-?Przepisać halę na ciebie? A skąd ci przyszedł do głowy tak szalony
pomysł?
Ernst nie odpowiada od razu, przypuszczalnie musi zebrać całą odwagę,
żeby wytrwać przy swoim żądaniu.
-?No... -?zaczyna rozwlekle. -?W końcu stoi na gruntach, które papcio
przyobiecał mi w testamencie.
Tu cię mamy! Ten nowy przejaw arogancji jednoznacznie trzeba przypisać
złemu wpływowi tej małej.
-?Nic mi o tym nie wiadomo -?ucina dyskusję Teodor. -?Testament ojca
leży w szafie z aktami, możesz przeczytać, co zostało ci przeznaczone.
Obaj świetnie wiedzą, co zapisano w testamencie. Teodor spisywał go pod
dyktando umierającego ojca, a następnie Ernst i Luiza, obecni w pokoju,
poświadczyli podpisami prawdziwość dokumentu.
-?Sam wiesz dobrze, że opuściłeś niektóre ustępy, które podyktował ci
ojciec -?oświadcza Ernst i spogląda bratu w oczy z nieznaną do tej pory
krnąbrnością.
Tu ma rację. Teodor nie chciał dopuścić do rozproszenia majątku Berendów
i dlatego pominął kilka zapisów, których ojciec w swojej poczciwości
chciał dokonać na rzecz młodszego rodzeństwa. Co z kolei umknęło
naiwnemu Ernstowi przy składaniu podpisu.
-?Chyba nie chcesz mi zarzucić, że ograbiłem cię z twojego dziedzictwa?
-?zwraca się groźnie do brata. -?Spróbuj tylko, sam zobaczysz, jak na
tym wyjdziesz!
Ernst wbija wzrok w swój talerz. Braciszek zawsze był tchórzem, ustępuje
przed groźbą, od razu podkula ogon.
-?A co by się takiego stało, gdybyś przepisał halę na mnie? -?ucieka się
do próśb. -?I tak się spaliła, a jej odbudowa będzie mnóstwo kosztować.
To akurat prawda, ale Teodor w żadnym razie nie ma zamiaru oddawać za
darmo ziemi, na której stoi magazyn. Odkąd Nowy Port zaczął się
wszechstronnie rozwijać, ceny gruntu skoczyły tam niemal w dwójnasób.
Poza tym sam zamierza odbudować halę.
-?Nie zapominaj, że musiałem dokupić trzecią parcelę, żeby w ogóle ją
zbudować -?dorzuca.
W istocie Berthold Forster, mąż jego siostry Johanny, kazał sobie słono
zapłacić za kawalątek terenu. Teodora do dziś to irytuje. Z trudem znosi
tego zuchwałego szkutnika, który śmiał ubiegać się o rękę Berendówny i z uwagi na trudną sytuację rzeczywiście dostał dziewczynę. Ale Johanna
jeszcze nigdy w życiu nie przepuściła okazji, by zaszkodzić bratu.
Ernst podejmuje ostatnią, niepewną próbę realizacji swojego pragnienia.
-?Jan Jonkers zapłaciłby ci przecież za tę parcelę -?mówi z westchnieniem. -?Gnębi mnie to, że tak zupełnie nic nie wnoszę do
naszego małżeństwa.
-?No jak to? A twój wielki talent literacki i namiętność do sztuk
pięknych? -?szydzi Teodor. -?Twój przyszły teść powinien być aż nadto
zadowolony.
Na takie dictum Ernst milknie i zabiera się do drugiej kanapki. Teodor
przygląda mu się z namysłem. Literackie salony w mieście uwielbiają jego
przystojnego braciszka, zwłaszcza odkąd wydaje żurnal "Pochodnia
Literacka". Mógł uszczęśliwić jakąś inną młodą damę, skorą do zamęścia,
ale upatrzył sobie akurat Annę Marię Jonkers, którą w całym mieście
powszechnie znają jako "trudną". Teodor nie żywi ani krzty sympatii
wobec tej dziewczyny, ale nie jest niezadowolony z decyzji brata,
ponieważ parantela z ojcem wybranki, bogatym armatorem Janem Jonkersem,
wpłynęła nad wyraz korzystnie na interesy jego firmy. Niestety młoda
dama jest samowolna, a jego brat ma słaby charakter -?dlatego też trzeba
pilnować tej sprawy i w razie potrzeby interweniować.
Traude, która sprząta ze stołu po śniadaniu, nie ma żadnych nowych
wieści co do stanu swojej pani, więc Teodor wraz z Ernstem schodzą do
sieni, by wpuścić pisarza kantoru Korbitza i obu niedawno zatrudnionych
pracowników magazynowych. Wszyscy trzej wyglądają na przemarzniętych.
Korbitz z miejsca zabiera się do napalenia w piecu, pozostała dwójka
musi odśnieżyć podwórze i ulicę przed domem, bo nocą znów napadało
mnóstwo śniegu. Teodor bierze rozmaite próbki towarów i kilka
dokumentów, po czym powierza Ernstowi nadzór nad kantorem, wkłada futro
i wychodzi w interesach. Z posiadłości Berendów do Dworu Artusa, gdzie
obraca się kupieckimi towarami, niedaleka droga -?wystarczy, że minie
ratusz, i już jest na miejscu.
Przy portalu imponującej budowli Teodor otrzepuje śnieg z wysokich butów
i obojętnie przechodzi obok dwóch odźwiernych, którzy stoją tam,
pilnując, by do wnętrza nie wszedł nikt nieuprawniony. Widzi idącego z naprzeciwka kupca Augusta Blotta w towarzystwie zięcia Eugena Albertusa;
wymieniają pozdrowienia, narzekają na dojmujący mróz, który unieruchomił
port, po czym rozchodzą się każdy w swoją stronę. Teodor nie jest
czarującym gawędziarzem, jakim był jego ojciec, który dzięki jowialnej i życzliwej naturze ubił niejeden dobry interes. Syn często zresztą tego
żałuje, ale nie zmieni swojego oschłego charakteru, nauczył się więc
własną drogą docierać do celu. Przecina sień budynku giełdy, którą
zdobią drewniane rzeźby, malowidła i zawieszone pod sufitem modele
okrętów, i wchodzi po krętych schodach do sali. Jej wystrój świadczy
również o trwającym od wieków dobrobycie miasta i miejskich kupców -
gotyckie sklepienie, rzeźbione boazerie i bajeczne malowidła, z jednej
ze ścian wbija się w przestrzeń imponujące jelenie poroże, w wysokim
kaflowym piecu najwyraźniej napalono. Ale nawet temu potężnemu,
ponaddwunastometrowemu grzejnikowi nie udaje się ogrzać sali -?przy
stołach, rozstawionych pomiędzy granitowymi kolumnami, jest zimno i wieje przeciąg; żaden z kupców, którzy się tam targują, nie zdjął czapki
ani płaszcza.
Teodor nie zamierza długo zabawić. Wystarczy, jeśli sprzeda mniejsze
partie towaru po dobrej cenie, oprócz tego chce się rozejrzeć za ofertą
na wino i buraki cukrowe oraz w miarę możności od razu umówić się na
kupno tych dóbr, bo ma na nie odbiorcę w Holandii.
Do południa niewiele jednak zdziałał, więc ponieważ martwi się o Luizę,
posyła gońca, by się dowiedział o jej samopoczucie.
-?Jaśnie pani nie czuje się dobrze -?melduje mu chłopaczek, który
przybiegł do niego z zaczerwienionymi od mrozu uszami. -?Bardzo prosi,
żeby jaśnie pan zechciał już wrócić do domu.
Zdenerwowany Teodor daje chłopcu drobniaka i czeka niecierpliwie na
przybicie oferty na partię potażu, do czego w końcu dochodzi. Uścisk
dłoni i podpis pieczętują zawarcie interesu, po czym Teodor żegna się
spiesznie i pędzi do domu. Jest zimno, ale i tak po drodze robi mu się
gorąco, gdy przechodnie i furmanki tarasują drogę. Mało się nie
przewraca, gdyż kilku uczniaków urządziło sobie na trotuarze tor
łyżwiarski. Wściekły jak diabli wchodzi po schodach wiodących na
przedproże swojej kamienicy i wkracza do sieni.
Tam zaś panuje rozgardiasz i zamieszanie. Traude zbiega z pierwszego
piętra, bierze od niego płaszcz i kapelusz, szepcąc, że przyszli goście.
-?Pani Jonkers z córką, a oprócz nich pani von Kleiwitz, pani Anna
Ernestyna Becker i pani Rebeka Ostertag...
Boże święty, myśli Teodor w przerażeniu. Czy te damy nie mają nic
lepszego do roboty, niż przesiadywać u nich i okazywać swoje
współczucie, pytlując i plotkując ile wlezie?
-?Czy akuszerka już przyszła? -?dopytuje.
-?Właśnie się zjawiła. Jaśnie pani nalegała na sprowadzenie doktora
Sternberga, jest teraz przy niej na górze.
Teodor pojąć nie może, dlaczego żona wezwała lekarza, w końcu chodzi o poród, a od tego jest akuszerka. Ale Luiza nigdy nie zważała na zasoby
pieniężne swojego małżonka, więc teraz też pewnie uważa, że lepiej być
pod podwójną opieką.
Na dole w kantorze Ernst zajmuje się starym Gropiusem, który z uporem
zamawia u nich bursztyn, ponieważ kupował go już u ich świętej pamięci
ojca. Teodor zagląda tam tylko na moment i biegnie na górę, żeby w miarę
możności zamienić z doktorem parę słów. Z salonu dobiega gwar -?przybyłe
piją herbatę i z ożywieniem toczą rozmowę. Ten głupi zwyczaj zbierania
się kobiet w domu położnicy, by okazać jej wsparcie, wydaje mu się
wybitnie niedorzeczny. Nie wita się z damami i jak najciszej przekrada
się schodami na drugie piętro. Dostrzega wychodzącego z pokoju doktora
Sternberga z torbą lekarską w ręku. Na widok Teodora lekarz zatrzymuje
się pośrodku korytarza i głęboko wzdycha.
-?Nie wygląda to dobrze -?wyjaśnia z zatroskaną miną. -?Ale cóż mam
powiedzieć, szanowny panie? Ostrzegałem pana. Pańska droga małżonka nie
powinna była zachodzić w ciążę...
-?Dziękuję za pouczenie -?przerywa mu w furii Teodor. -?Ile jestem
winien?
-?Trzy talary i dziesięć srebrnych groszy, jeśli łaska. Uniżenie
dziękuję, szanowny panie. I wszystkiego najlepszego dla drogiej
małżonki...
Teodor płaci i jest zadowolony, gdy irytujący zrzęda znika w dole
schodów. Od razu dobiegają go ciężkie kroki akuszerki, która wyraźnie
czekała w kuchni, bo nie chce się spotkać z panem doktorem.
-?Poszedł sobie? -?pyta nieufnie. -?Co też jaśnie pani sobie myślała,
żeby go tu ściągać! Toż taki pan po uniwersytecie bladego pojęcia nie ma
o rodzeniu dzieci!
Kobieta znika w sypialni, a Teodor słyszy, jak tam oznajmia donośnie, że
jaśnie pani jeszcze dzisiaj wyda na świat zdrowe dziecko.
Gdybyż tylko tak się stało, myśli pełen obaw.
Przez chwilę czuje pokusę, by pobiec do Kościoła Mariackiego i tam
modlić się za żonę i dziecko. Ale porzuca tę myśl, bo raz że na dworze
jest przeraźliwie zimno, a dwa że czułby się skrępowany, gdyby ktoś go
na tym przyłapał. Zamiast tego puka do drzwi izdebki Danuty, by znaleźć
u niej i u swojego synka pociechę. Nikt mu jednak nie odpowiada, a gdy
otwiera drzwi, nie widzi ani niegdysiejszej pokojówki, ani małego
Christiana. Pewnie zeszła na dół do kuchni, żeby pomóc przy robocie, i wzięła ze sobą dziecko.
Na korytarzu gorączkowa krzątanina. Gospodyni nadbiega ze stertą białych
ręczników, jakaś nieznana mu służąca dźwiga dzban z gorącą wodą, Traude
pędzi z dzbankiem kawy i o mały włos na niego nie wpada. Teodor
zrezygnowany umyka do kantoru, dokąd Ernst, jego brat, zadysponował
obiad dla siebie i kantorowego pisarza Korbitza.
-?Dalej nic? -?pyta Ernst i szczerzy zęby we współczującym uśmiechu. -
Siądź z nami, starszy bracie. Mamy grochówkę; trochę mdła, ale pożywna.
W zasadzie Teodor nie ma w zwyczaju żywienia pracownika, ale powściąga
reprymendę, która słusznie by się bratu należała. Czeka cierpliwie, aż
przyniosą mu posiłek, nie sprzeciwia się również, gdy Ernst hojnie
nalewa czerwonego wina.
-?Wyglądasz, jakby ci się przydał porządny łyczek -?oświadcza łaskawie
młodszy braciszek i napełnia kieliszki sobie i Korbitzowi. Teodor wlewa
w siebie alkohol, jakby to była woda, słucha paplaniny pisarza, który
jest potrójnym ojcem i opowiada o trudnych narodzinach swoich dzieci, a wreszcie wysyła Ernsta do piwnicy po kolejne dwie butelki. Późnym
popołudniem, kiedy na dworze już się ściemnia, orientuje się, że znowu
siedzi na łóżku w gościnnym pokoju, nie może pozbierać myśli, jakby ktoś
wepchnął mu do głowy puchową poduszkę zamiast mózgu, w żołądku coś się
przelewa i dręczy go jakaś istotna kwestia, której nie potrafi sobie
przypomnieć.
-?Jaśnie panie!
Teodor podnosi głowę i rozpoznaje gospodynię, która weszła do pokoju.
-?Co jest?
Słyszy swój głos niczym z oddali. Przeklina czerwone wino, którego wbrew
swoim przyzwyczajeniom wypił zdecydowanie ponad miarę.
-?Pańska małżonka właśnie urodziła.
Podrywa się z miejsca, musi jednak od razu usiąść, bo kręci mu się w głowie.
-?Jak... jak ona się czuje?
-?Jest niepocieszona, jaśnie panie. To tylko dziewczynka...
Augusta
Drżąc z zimna, odwraca się od okna i opiera plecami o ciepły piec. Znowu
sypie śnieg. Na miły Bóg, kiedy na Boże Narodzenie i Nowy Rok na ulicach
wirują białe płatki, jest naprawdę pięknie, zwłaszcza gdy na rynku można
kupić gorącą kiełbasę, smażoną rybę i świeże, pachnące bułeczki. Ale
teraz, pod koniec lutego, nikt nie potrzebuje tego durnego śniegu, a już
na pewno nie tej lodowatej zimnicy, która na dworze wprost zapiera dech.
-?Greto, pamiętałaś o syropie na kaszel dla jaśnie pana? -?Augusta von
Kleiwitz pyta pokojówkę, która właśnie podaje państwu śniadanie.
-?Oczywiście, jaśnie pani. Jeszcze wczoraj przygotowałyśmy go z cebuli i cukru buraczanego. Dobrze zrobi jaśnie panu.
Od kilku dni jej kochany Klaus cierpi na uporczywy kaszel, który męczy
go szczególnie nocą i nie daje spać. Greta już robiła mu okłady na
piersi z gorących, świeżo ugotowanych ziemniaków, ale ta metoda niewiele
dała. Zapewne dlatego, że Klaus jest niecierpliwym pacjentem i po
krótkim czasie zrzucił z siebie rozgrzewający okład.
-?Co za niedorzeczna dziecinada! -?pomstował. -?Tylko ziemniaków szkoda!
-?Ależ, kochanie, przecież służący mogą jeszcze je zjeść! -
odpowiedziała mu na to, ale słuchać nie chciał.
Augusta ponownie lustruje wzrokiem nakryty do śniadania stół, przesuwa
na właściwe miejsce czarkę z konfiturami i woła małżonka, zajętego
porannym goleniem.
-?Już idę, aniołku...
Jego słowom towarzyszy napad kaszlu, Augusta z ciężkim westchnieniem
sięga po dzbanek z kawą. Mąż zjawia się w mundurze; wysoki, szczupły
rotmistrz udaje się na służbę, jak na pruskiego oficera przystało.
Drobne przeziębienie nie jest powodem, by zgłaszać chorobę.
-?No, moja miła -?zwraca się z uśmiechem do żony. -?Jeszcze mi nie
powiedziałaś, czym takim zajmowałaś się wczoraj po południu.
-?Och, bynajmniej nic przyjemnego. -?Augusta kręci głową. -?Ale znasz
mnie, kochanie. Nie porzucam przyjaciółek w potrzebie, tak więc
spędziłam popołudnie w domu Berendów. Zrobiłam to tylko dla biednej
Luizy, ale wytrwanie tam tak długo kosztowało mnie mnóstwo wysiłku i nieco nerwów. Wiesz przecież, że Teodor Berend działa na mnie jak
płachta na byka...
Małżonek kiwa głową ze zrozumieniem. Też go nie cierpi, odkąd ten
położył łapę na rezerwach finansowych "Pochodni Literackiej".
-?Ach, ta biedna Luiza -?ciągnie podenerwowana Augusta. -?Kiedy
wpuszczono nas do sypialni, żebyśmy pogratulowały jej szczęśliwego
rozwiązania, leżała w pościeli blada jak trup. A dzieciątko jest takie
malutkie i słabe, mam gorącą nadzieję, że przeżyje.
Małą dziewczynką zaopiekowała się Danuta, ponieważ Luiza nawet nie
spojrzała na dziecko, już nie mówiąc o przytulaniu.
-?Potwornie płakała, kiedy winszowałyśmy jej córeczki -?opowiada Augusta
we wzburzeniu. -?Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie coś takiego,
najdroższy? Jest głęboko rozczarowana, gdyż "to tylko dziewczynka". Czy
dziewczynka jest może mniej warta od chłopca?
-?Ależ skądże znowu -?protestuje Klaus z uśmiechem. -?Wszystko jedno,
dziewczynka czy chłopczyk, byle tylko było silne i zdrowe.
-?Też jestem tego zdania...
Augusta milczy przez chwilę, bo tak bardzo chciałaby sama urodzić
dzieciątko. Ach, na początku małżeństwa oboje mieli tak ogromne nadzieje
na potomstwo, ale te się nie spełniły. Odrobinę zbyt okrągła Augusta
jest rumiana, zdrowa i wesoła, miłość między małżonkami kwitnie, ale
ciąża jakoś nie chce się pojawić.
-?Mamy siebie, moja kochana przyjaciółko -?mówi Klaus, który odgadł, o czym myśli. -?To wielkie szczęście, za które musimy być wdzięczni.
Tym słowom pociechy towarzyszy gwałtowny atak kaszlu, więc Augusta czule
wskazuje na buteleczkę z brązowym syropem, którą Greta postawiła obok
koszyczka z bułeczkami.
-?Naprawdę powinieneś zgłosić chorobę -?stwierdza, marszcząc czoło. -
Jeśli na tym zimnie będziesz pełnił służbę, to kaszel ci się pogorszy i w którymś momencie kompletnie się rozłożysz.
Ale rotmistrz von Kleiwitz nie ma ochoty pójść za radą zatroskanej
małżonki. Już choćby dlatego, że dziś wieczorem w domu państwa von
Kleiwitzów znowu odbędzie się spotkanie popularnego w całym Gdańsku
artystycznego salonu i przez cały dzień jak zwykle będą trwały
przygotowania najrozmaitszej natury. Chaos, którego Klaus von Kleiwitz z chęcią uniknie, by dopiero wieczorem po służbie być świadkiem
artystycznych erupcji gości salonu.
Auguście nie pozostaje nic innego, jak zasypać ukochanego męża
pocałunkami na pożegnanie i napomnieć go, by co godzinę łykał łyżeczkę
syropu na kaszel. Co tenże obiecuje z największą powagą, wkładając
buteleczkę do kieszeni.
Następnie Augusta woła Gretę i Antona, by omówić z nimi prace do
wykonania. Trzeba posprzątać pokój dzienny i poprzestawiać meble,
przynieść krzesła i fotele, zrobić miejsce na płaszcze i futra gości w przedpokoju. Zamówiony już jest stroiciel, by nastroił fortepian, koło
południa czekają na najętą kucharkę, która przygotuje najrozmaitsze
drobne danka, no i jeszcze przyszykować kieliszki i szklanki na napoje,
no i jeszcze... i jeszcze. Ach, goście jej salonu pojęcia nie mają, ile
czasu i pracy kosztuje jeden taki wieczór. Ale robi to dla sztuki i dla
artystów, którzy tutaj, w jej czterech ścianach, mogą się rozwijać i demonstrować swój kunszt. Iluż znanych w mieście wirtuozów uatrakcyjniło
spotkania w jej salonie, ileż młodych talentów literackich odkryła i wspiera! Nie, Gdańszczanie, znani raczej jako prozaiczni kupcy i bogate
skąpiradła, mogą być jej naprawdę wdzięczni za niestrudzone wysiłki na
rzecz sztuk pięknych. Prowadzi również ożywioną korespondencję, by
polecać swoich pupilów przyjaciółkom z bliska i z daleka. Tak, jej
kontakty sięgają aż do odległej Brandenburgii i do Berlina, gdzie ma
krewnych.
Greta i Anton zabierają się do roboty w pokoju dziennym, Augusta zaś
udaje się do saloniku, by przeliczyć resztę egzemplarzy "Pochodni
Literackiej". Niestety, żurnal, który założyła razem z uzdolnionym
pisarzem Ernstem Berendem, chwilowo wyjątkowo słabo się sprzedaje.
Zwłaszcza najnowszy numer z początku miesiąca nie wzbudził w zasadzie
żadnego zainteresowania i sterta ponad pięćdziesięciu zeszytów leży na
podłodze obok sekretarzyka. No cóż, jeśli ma być szczera, to nie może
tego mieć za złe czytelnikom. Młody człowiek, którego ogromny talent
literacki wspierała od samego początku, przechodzi właśnie kryzys
twórczy. Zirytowana bierze do ręki jeden z egzemplarzy "Pochodni",
kartkuje go, po czym, kręcąc głową z niechęcią, odkłada z powrotem.
Gdzie są olśniewające eseje, urocze, błyskotliwe historie, którymi Ernst
Berend potrafił zachwycać publikę? Z trudem udało się jej namówić go na
kontynuację powieści w odcinkach, jednak fabuła rozpada się na coraz
liczniejsze epizody, napięcie słabnie i Augusta ma niedobre uczucie, że
autor nie ma pojęcia, jak doprowadzić opowieść do satysfakcjonującego
końca. Co on tam jeszcze pisze? Boże miłosierny! Odkąd zaręczył się z Anną Marią Jonkers, tworzy wiersze. Do ukochanej, Do nadobnej istoty,
która wypełnia moje serce, Nieodmienna tęsknota za najpiękniejszą
oraz Samotność skąpana w świetle księżyca. Kilka jest nawet ładnych,
ale ostatnio mnóstwo fraz się powtarza i w ogóle liryka nie należy do
mocnych stron Ernsta Berenda. Dodajmy jeszcze, że jego liczne
wielbicielki dobrze wiedzą, do kogo kierowane są te wynurzenia, a ponieważ nikt nie jest wolny od zazdrości, to słychać więcej słów
krytyki niż pochwał. No cóż, zaręczyny młodzieńca z Anną Marią Jonkers
są Auguście głęboko nie w smak. Bywają poeci, których talent dzięki
miłości wzbija się na wyżyny. W wypadku Ernsta Berenda jest niestety
inaczej. Młody człowiek coraz bardziej angażuje się w interesy firmy
handlowej, żeby wywrzeć wrażenie na przyszłym teściu, literacką zaś
produkcję ogranicza do banalnych wierszyków. Bardzo to irytujące. Można
tylko mieć nadzieję, że ów pożałowania godny stan nie potrwa zbyt długo,
jako że Anna Maria Jonkers znana jest w Gdańsku z tego, że po kilku
miesiącach zrywa zaręczyny.
W pokoju dziennym do pracy zabrał się teraz stroiciel -?zimą, kiedy pali
się w piecach, to niestety konieczne, Augusta nie może przecież
zaoferować artystom rozstrojonego instrumentu. Na dole w kuchni kucharka
przeraźliwie jazgocze, zapewne brakuje jakiegoś składnika na kolację, a ona go pilnie potrzebuje. Okazuje się, że w domu nie ma ani białego
pieprzu, ani miodu i Augusta musi posłać Antona po zakupy. Południe już
niedaleko -?na miłość boską, jak ten czas pędzi! Każe podać sobie
przekąskę, zjada pieczeń z pampuchami i musem jabłkowym, a następnie
ustawia na swoim miejscu krzesła i fotele w pokoju dziennym, płaci
stroicielowi i spieszy zdenerwowana do kuchni, gdzie kucharka zacięła
się w palec i wszędzie pełno krwi.
-?Ależ z pani niezdara!
Greta bandażuje rękę nieszczęsnej kucharce, Anton wyciera podłogę, a Augusta potrzebuje mocnej kawy, by uspokoić nerwy.
Żebyż tylko jedzenie było w porę! -?myśli Augusta. Anton musi postawić
musujące wino na parapecie, żeby się schłodziło. Gdzie są kieliszki?
Talerze z ciasteczkami? Filiżanek na pewno nie starczy -?ach, nie
powinnam była dawać Johannie w prezencie mojego chińskiego serwisu do
herbaty... Nie bacząc na liczne zmartwienia, siada przy sekretarzyku,
chcąc naszkicować program dzisiejszego wieczoru i zrobić sobie notatki
do tak lubianych przez wszystkich zapowiedzi. Przeszkadzają jej gońcy
przynoszący kolejne wiadomości. Pani Gesine Rademayer przesyła
przeprosiny, gdyż ma silną migrenę. Elias Ostertag zawiadamia, że
przyprowadzi szwagierkę wraz z córką, starszy radca szkolny doktor
Johannes Mager cierpi na silne przeziębienie, które przykuwa go do łoża
boleści, prosi jednak gorąco panią von Kleiwitz, by przeczytała
załączony rękopis pod kątem opublikowania go w "Pochodni Literackiej".
Augusta odkłada kopertę na bok, nie zajmując się zawartością -?uczone
traktaty pana starszego radcy szkolnego o znaczeniu greckiej mitologii
dla filozofii chrześcijańskiego Zachodu nie nadają się do żurnala,
głównie dlatego, że nawet wytężona lektura dzieła nie pozwala pojąć, co
autor właściwie chce powiedzieć. Około czwartej woła Gretę, by pomogła
jej się przebrać, i dobrą godzinę spędza na strojeniu się i układaniu
fryzury, chcąc pojawić się przed gośćmi w roli promiennej gospodyni.
Muzycy jak zwykle przychodzą już na piątą, żeby jeszcze raz przećwiczyć
utwory. Tym razem oprócz pianisty zaangażowała dwóch młodych skrzypków i wiolonczelistę Artura Meckela. Jest on już wprawdzie nieco posunięty w leciech i ślepy na prawe oko, ale na wiolonczeli wywija solidnie
smyczkiem jak mało który. Dźwięki roznoszą się po całym domu, a Augusta
wreszcie czuje to cudowne, pełne napięcia oczekiwanie, które poprzedza
każde z jej przyjęć i które tak kocha. Wszystko gotowe. Dom oświetlony,
obie gazowe latarnie, z jej polecenia zainstalowane na zewnątrz, jasno
się palą i wskazują gościom drogę. Z kuchni dolatują upajające wonie,
Anton włożył pasiastą liberię i ustawia kieliszki na srebrnych tacach,
Greta ma nowy koronkowy czepeczek i krochmalony fartuszek -?będzie
podawać gościom herbatę.
Ale gdzie się podziewa kochany Klaus? Jest pilnie potrzebny, ponieważ
musi dobrać wina. Ach, znowu sypie śnieg. Czy aby przed domem nie
zatrzymała się dorożka? Ależ tak. August Blott w płaszczu z futrzanym
kołnierzem podaje małżonce rękę, by pomóc jej wysiąść z powozu, córka
Fryderyka nie potrzebuje pomocy, wyskakuje sama i mówi coś do matki,
przy czym obie zaśmiewają się do rozpuku. Augusta spogląda wyczekująco
na muzyków, ale ci nie mają najmniejszego zamiaru kończyć próby i zawzięcie rzępolą dalej. Ach ci artyści! Zawsze trzeba wziąć ich za
rączkę i przywołać do porządku.
-?Moi panowie, bardzo proszę!
Pokój dzienny się zapełnia, a entuzjazm Augusty rośnie z każdą wchodzącą
damą. Ach, jak to cudownie, że wszyscy się zjawili! Jej salon nadal
cieszy się popularnością, ludzie zabijają się, żeby móc tu przyjść. Jest
instytucją w tym mieście. Urocza gospodyni. Zaangażowana mecenaska
sztuki...
Poeta Artur Hempel i księgarz Peter Langlau przybyli pieszo, Elias
Ostertag wraz z małżonką i szwagierką również dotarli przemarznięci i obsypani śniegiem po uszy. Większość pozostałych bywalców stać na
wzięcie dorożki, w tym Ernsta Berenda, który zjawia się wspólnie z narzeczoną Anną Marią i jej rodzicami. Wkrótce wszystkie krzesła są
zajęte, goście przesuwają się nieco na sofie, żeby doktor Sternberg mógł
się jeszcze wcisnąć. Dla Anny Ernestyny Becker, której staromodna
krynolina ledwie mieści się w drzwiach, Anton musi przynieść stołek z sypialni. W końcu zjawia się także kochany Klaus, przeprasza, że coś go
zatrzymało, i przejmuje pieczę nad winem.
Dokładnie w chwili, gdy Augusta już ma wygłosić zwyczajowe, pełne humoru
powitanie, do pomieszczenia wchodzi spóźniony gość, tykowaty mężczyzna z wydatnym nosem oraz -?jak się zdaje Auguście -?ujmującym uśmiechem.
Najwyraźniej to znajomy Ernsta Berenda, bo kiwa do niego ręką, a następnie gnie się w dwornym ukłonie przed gospodynią i usprawiedliwia
się, niepocieszony, że się spóźnił, ale podano mu błędną godzinę.
-?Jeśli pani pozwoli, łaskawa pani... Doktor Alfred Riechert, adwokat,
nowy w pięknym mieście Gdańsku. Jestem dobrym przyjacielem Ernsta
Berenda, razem studiowaliśmy w Königsbergu1.
-?Witam serdecznie, panie doktorze. Niestety, nie znajdzie już pan
wolnego miejsca...
-?Ależ w niczym to nie przeszkadza, łaskawa pani -?zapewnia ten
niespeszony. -?Zadowolę się dywanem, zwyczajem Orientu, gdzie bywałem.
Co mówiąc, sadowi się u stóp przerażonej Anny Ernestyny Becker, która
spiesznie zgarnia rozłożystą spódnicę, by na niej nie usiadł. Nowo
przybyły zbiera zdumione i rozbawione spojrzenia, jednak wzmianka o podróży po Oriencie wywiera należyte wrażenie i zdaje się podobać damom.
Teraz wreszcie Augusta może powitać swoich gości starannie dobranymi
słowami, w podzięce rozlegają się zachwycone okrzyki, po czym przychodzi
kolej na muzyków, a Greta biedzi się z roznoszeniem kawy i herbaty w zatłoczonym pomieszczeniu. Po występie muzycznym następuje kilka utworów
lirycznych pełnej zapału Anny Ernestyny Becker, mówiących o śmierci i zmartwychwstaniu Pańskim, które szczególnie ze strony Eliasa Ostertaga i jego fraucymeru zyskują frenetyczny aplauz. Sam Ostertag stworzył na ten
temat pięcioaktowy dramat, nudny jak flaki z olejem, a w ubiegłym roku
odczytał go publicznie, co kosztowało Augustę kilkoro bywalców salonu.
Gdy Anna Ernestyna Becker na powrót siada na tapicerowanym stołeczku,
Augusta pozwala gościom na chwilę swobodnej pogawędki. Toczą się miłe
rozmowy, kochany Klaus odkorkował już wino, przeznaczone na czas po
występach -?i wtedy, spóźniona jak zawsze, pojawia się jej przyjaciółka
Johanna Forster, siostra Ernsta Berenda. Bez cienia skrępowania wchodzi
do pomieszczenia, zmierza prosto do Augusty, by ją serdecznie uściskać,
i ze śmiechem stwierdza, że znowu jest tu tak tłoczno, że można by
zaniechać palenia w piecach.
Wita się z bratem Ernstem i jego narzeczoną, wreszcie zwraca się do
rozmaitych przyjaciółek, które odwzajemniają jej pozdrowienia uprzejmie,
lecz raczej powściągliwie. Johanna jest "kobietą z przeszłością", czyli
postacią wysoce kontrowersyjną w porządnym gdańskim towarzystwie. Dwa
lata temu uciekła z pewnym pianistą, całkowicie się tym skompromitowała,
po czym, niczym się nie przejmując, poślubiła szkutnika Bertholda
Forstera i wykazała się niewiarygodną odwagą, bo wraz z mężem i jego
synem z pierwszego małżeństwa założyła stocznię. Tej jednak nienajlepiej
się wiedzie, czego należało się spodziewać. Chodzą słuchy, że niewiele
brakuje do jej upadku. Johanny bynajmniej to nie skłania do wycofania
się z życia publicznego, wręcz przeciwnie -?gdy tylko może, odwiedza
salon Augusty i nie ma najmniejszych trudności z wypowiadaniem swoich
poglądów przy każdej okazji.
Tak więc uznaje młodego pianistę za "naprawdę utalentowanego", gani
jednak jego interpretację jako "jeszcze niedojrzałą", za to wystąpienie
doktora Artura Hempla określa mianem "bardzo zabawnego". Johanna ma
swobodny, ujmujący sposób bycia, który zwłaszcza panom ogromnie się
podoba. Nawet młody pianista nie czuje się urażony, lecz przez chwilę
gawędzi z nią o swojej przyszłości muzycznej i słucha jej rad. Artur
Hempel jest tak uradowany, słysząc pochwały Johanny, że krztusi się
winem i długo kaszle, zanim odzyska głos.
Nadchodzi wreszcie pora szykowanego cały dzień poczęstunku, wszyscy
podnoszą się z krzeseł, by rozejrzeć się nieco i napełnić sobie talerze,
Anton zaś otwiera drzwi do przyległej jadalni, żeby było więcej miejsca.
Augusta podchodzi to do jednej, to do drugiej osoby, wymieniają
uprzejmości i komplementy, a ona wykorzystuje okazję, by wspomnieć o najnowszym numerze "Pochodni Literackiej".
I wtedy, całkiem nieoczekiwanie, wybucha skandal.
-?Braciszku, już dawno nie napisałeś niczego dorzecznego. -?Augusta
słyszy za sobą głos Johanny.
Wielki Boże, cała Johanna, cała ona. Ma wprawdzie rację, ale nie musi
przecież na spotkaniu salonu wypowiadać się tak bez ogródek.
-?Co masz na myśli? -?odpowiada urażony Ernst. -?Codziennie piszę
wiersz. Kilka z nich możesz przeczytać w żurnalu.
-?No wspaniale, zajmujesz się liryką. Ale twoje eseje były świetne,
brakuje mi ich.
-?Wszystko w swoim czasie, siostrzyczko -?stwierdza Ernst Berend.
Augusta ma nadzieję, że zakończyli już tę wymianę zdań, bo nadciągnęły
zainteresowane słuchaczki. Niestety w tym momencie do rozmowy włącza się
Anna Maria Jonkers, która też nie lubi owijania w bawełnę.
-?Co ci się nie podoba w wierszach Ernsta? -?pyta zaczepnie Johannę.
-?Ależ nic. Poza tym, że są złe.
Augusta odwraca się, przerażona, szykując się do mediowania w razie
potrzeby. Tymczasem wokół rozmówców utworzył się krąg zaciekawionych
gości, a nawet dalej stojące osoby spoglądają ku nim z zainteresowaniem.
-?Twoim więc zdaniem te wiersze są złe? -?pyta zjadliwie Anna Maria. -
Cóż, jako żona rzemieślnika z pewnością wiesz to i owo o liryce,
nieprawdaż?
Młode kobiety stoją naprzeciw siebie. Anna Maria jest odrobinę niższa od
Johanny, ma zaciśnięte wargi i ciemne oczy zwężone w szparki. Johanna
zachowuje spokój, jej twarz wyraża pogardę, a tylko szare oczy ciskają
gromy.
-?Wystarczy, że umiem rozpoznać, kiedy Ernst pisze banały i marnuje swój
talent -?odpowiada zimno. -?Nie umiem powiedzieć, skąd to się bierze. No
ale może ty wiesz.
-?Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przytułku dla ubogich, jesteś
szalenie pyskata! -?pada błyskawiczna odpowiedź.
Auguście zapiera dech w piersiach, ale w tym momencie do gry wkracza
nowy gość, ów doktor Riechert. Wciska się między obie damy i unosi
błagalnie ręce.
-?Moje panie, bardzo proszę! Wszczynanie takiej kłótni w domu pani von
Kleiwitz to coś więcej niż nieuprzejmość.
Na chwilę zapada cisza. Widzowie wstrzymują oddech i wyciągają szyje,
ktoś z tyłu daremnie próbuje stłumić atak kaszlu.
-?Chodź, mój kochany -?mówi Anna Maria, biorąc Ernsta Berenda pod ramię.
-?Twoja siostra jest dziś w paskudnym humorze, ufam, że niedługo dojdzie
do siebie. Mamo? Papo? Wychodzimy...
Augusta musi przyznać, że wyjście ma triumfalne. Anna Maria wsparta na
ramieniu narzeczonego odchodzi ze zwycięskim uśmiechem z placu boju, a Johanna może jej tylko życzyć "szerokiej drogi", lecz w jej głosie
publiczność słyszy zakłopotanie i brak pewności siebie. Niemal wszystkie
obecne damy życzą Johannie kompromitacji, a Augusta z bólem uznaje, że
przyjaciółka sama sobie zgotowała ten los.
Wieczór szybciej niż zwykle dobiega końca. Większość gości, zjadłszy i wypiwszy, żegna się, za wymówkę biorąc zimno i śnieg, nieliczni zostają
nieco dłużej, by posłuchać kolejnego występu pianisty.
-?Przepraszam cię bardzo -?mówi Johanna na pożegnanie. -?Nie wiem, co we
mnie wstąpiło. Ale ona kompletnie odmieniła mi brata i to mnie boli.
Po wyjściu wszystkich gości Greta wynosi do kuchni naczynia i szkło,
Augusta zaś dostrzega, że kochany Klaus zdążył już się położyć.
-?Śpisz? -?pyta, wyciągając rękę, by pogładzić go po czole. I z przestrachem ją cofa, gdyż mąż aż płonie z gorączki.
Johanna
Szkutnik Berthold Forster czekał jak zwykle przed domem Augusty, żeby
towarzyszyć młodej żonie w powrotnej drodze przez pogrążone w mroku
miasto. Nawet ziąb nie skłonił go do wejścia na przedproże, by zadzwonić
do drzwi. Jest rzemieślnikiem, nie ma nic wspólnego z "eleganckim
towarzystwem". Niczego tu nie zmienia fakt, że poślubił córkę z bogatego
domu kupieckiego -?rodzina się jej wprawdzie wyrzekła, ale mimo wszystko
to młoda kobieta, która otrzymała stosowne do jej sfery wychowanie.
-?Kochana Johanno, to twój świat -?odpowiada niezmiennie z uśmiechem. -
Jesteś Berendówną i wychowano cię na damę. Takiego życia nie mogę ci
zaoferować. Ale tym bardziej się cieszę, gdy z taką swobodą bawisz u twojej przyjaciółki.
Tego wieczoru Johanna wbrew swoim zwyczajom idzie obok niego w milczeniu, grzecznie pozwala się wziąć za rękę, gdy trudno iść po
zlodowaciałym śniegu, i tylko co jakiś czas owija się mocniej wełnianą
chustą, narzuconą na płaszcz.
-?Piękny wieczór spędziłaś? -?pyta Berthold, kiedy w blasku gazowej
latarni można już rozpoznać zaśnieżony brzeg Radaune, Raduni.
-?A tak, całkiem przyjemny...
-?Ktoś grał na fortepianie, prawda? Trochę się przysłuchiwałem. Bardzo
ładnie to brzmiało.
Johanna czuje irytację. Dlaczego on stoi na ulicy niczym jakiś
posłaniec? Augusta z pewnością nie miałaby nic przeciwko jego wizycie. W wielu sprawach Berthold jest uparty jak osioł.
-?A może powinienem ci kupić pianino? -?ciągnie mąż. -?Uczyłaś się
przecież grać, prawda? Chętnie bym posłuchał.
-?Bertholdzie, chwilowo nie mamy pieniędzy na zbędne wydatki -?ucina
Johanna.
-?Musimy więc przełożyć ten zakup na później -?stwierdza niezrażony
Berthold. -?Johanno, daj mi rękę. Na moście jest ślisko, jeszcze się
przewrócisz.
Ach, on jest tak czuły. Tak troskliwy. Chce tylko, by ona była
szczęśliwa i zadowolona. Johannę gryzie sumienie, że tak szorstko mu
odpowiedziała. To dlatego, że nie może zapomnieć o tej głupiej,
zbytecznej kłótni, którą chętnie by teraz wymazała. Jak mogła tak napaść
na biednego Ernsta? I jeszcze na domiar złego na oczach jego
"czcicielek" w salonie Augusty. I w przytomności narzeczonej. W końcu
zna Annę Marię od dziecka, powinna była wiedzieć, że weźmie stronę
narzeczonego. Zdumiewa ją tylko, że uczyniła to z taką gwałtownością.
Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przytułku dla ubogich...
To zdanie bezustannie dźwięczy Johannie w uszach. Anna Maria nie
powiedziała tego ot, tak -?w jej słowach kryje się groźba. Uważaj,
kochana. Jestem córką Jana Jonkersa i jeśli zechcę, mogę zrujnować waszą
śliczną małą stocznię. Czy to możliwe? Johannie trudno w to uwierzyć.
Jan Jonkers jest doświadczonym człowiekiem interesu, dlaczegóż miałby
dla kaprysu córki anulować zamówienia lub w ogóle ich nie udzielać? Zna
przecież swoją Annę Marię i jej humory, ostatecznie całe miasto wie o tym, że dziś sprzyja jednemu, a jutro drugiemu kawalerowi. Nie -?ta
drobna sprzeczka bez znaczenia na pewno nie spowoduje, że Jan Jonkers
przestanie budować statki u Forstera i Syna.
Jednak w ostatnim czasie armator rzadko był widywany w stoczni, gdzie
położono stępkę pod jeden z zamówionych przez niego statków. Może
powodem był panujący ziąb, tymczasowo uniemożliwiający prace. Ale mógł
też za tym tkwić Teodor, jej brat. Odkąd Ernst zaręczył się z Anną
Marią, Teodor coraz śmielej wchodził w handel zbożem z Holandią i Anglią. Tu na pewno Jan Jonkers utorował mu drogę, a to oznacza, że
przezwyciężył niechęć do Teodora Berenda i gotów jest robić z nim
interesy. Johanna przypuszcza, że swoją rolę odegrał w tym Ernst, jej
młodszy brat. Braciszek próbuje swoich sił jako kupiec. Minęły czasy,
kiedy twierdził, że jest poetą, człowiekiem pióra i pewnego dnia będzie
żył z dochodów, jakie przyniosą mu książki i inne dzieła. Zamiast tego
zatrudnia się jako chłopiec na posyłki starszego brata i sądzi, że zdoła
wywrzeć tym wrażenie na przyszłym teściu. Czy on naprawdę myśli, że
Teodor mu za to podziękuje? Wyciśnie go jak cytrynę, a zysk schowa do
kieszeni.
Wątłe światełko wskazuje im drogę przez ciemny plac, to latarenka, którą
Berthold postawił w oknie warsztatu.
-?Wejdź, kochanie -?mówi i ciągnie ją za rękę przez próg. -?W taką
zimnicę miło jest wrócić do domu, prawda?
-?I tu masz rację.
Faktycznie wszelkie troski i żale znikają, gdy wchodzi do niewielkiego
pomieszczenia i głaszcze Sułtana, kudłate psisko, które natychmiast
rzuca się do niej, merdając ogonem. Jak tu przytulnie ciepło, jak
znajomy jest zapach drewna i kleju, który uderza ją w nos! W piecu
jeszcze się żarzy, czeladnik i obaj uczniowie rozłożyli się na noc tuż
obok niego, bo zimą tu na dole jest cieplej niż na poddaszu, gdzie mają
swoje izdebki. Pies szuka sobie ciepłego miejsca między śpiącymi
mężczyznami, a Johanna wchodzi za Bertholdem po schodach do pokojów
mieszkalnych.
-?Ale z nas nocne marki -?zauważa Berthold z uśmiechem i spogląda na
zegarek kieszonkowy. -?Już po dziesiątej.
Śpi jak suseł, gdy Johanna kończy wieczorną toaletę. Po cichutku kładzie
się obok niego i słucha jego regularnego oddechu. Pomaga jej to
okiełznać przygnębiające myśli, które w ciemności sypialni znowu chcą
się rozpanoszyć, i miękko osuwa się w krainę snów.
Rankiem budzi się sama w małżeńskim łożu -?Berthold, zgodnie ze starym
nawykiem, wstał z piernatów z pierwszym brzaskiem, z warsztatu na dole
dobiegają odgłosy młotków i pił. Johanna, dygocąc, wstaje z łóżka, otula
się wełnianą chustą i otwiera okiennice. Pochmurny świt niezbyt poprawia
jej humor, ale przynajmniej powietrze wydaje się jej nieco mniej
lodowate niż wczoraj, a nawet tu i ówdzie słychać, jak coś kapie.
Odwilż! Jeśli tylko się utrzyma, to robota w stoczni ruszy z kopyta.
Ubierając się, odkrywa, że wczoraj wieczorem zaplamiła niestety herbatą
rękaw swojej jedynej porządnej sukni. Cała nadzieja, że stara Barbara
umie na to coś poradzić, inaczej trzeba będzie odciąć kawałek rękawów.
Co znowu doprowadzi do jadowitych plotek w salonie Augusty, ale do tego
od dawna przywykła, bo oczywiście zasobne damy wyśmiewają się z niej, że
stale pojawia się w tej samej sukni.
Po śniadaniu Johanna zabiera się do ksiąg rachunkowych, wpisuje
tygodniową kwotę za żywienie robotników w stoczni oraz wydatki na
narzędzia, które trzeba było nabyć. Następnie orientacyjnie oblicza sumę
należnych wypłat. Z powodu mrozów nie dało się regularnie pracować,
musieli więc zwolnić ludzi, mniej zatem potrzeba na to pieniędzy niż na
jesieni. Jeśli odwilż potrwa dłużej, Paweł będzie się musiał jednak
postarać o odpowiednich pracowników, bo chodzi o to, by ukończyć bryg
dla przedsiębiorstwa żeglugowego Jonkersa, a do tego potrzeba wielu rąk.
Johanna wszystko dokładnie poprzeliczała, kalkulacja jest na styk, ale
się zgadza. Chce zaproponować armatorowi, że zwolnią go z uiszczenia
trzeciej raty za statek i w ten sposób zachowają w nim udziały. Stocznia
Forster i Syn będzie dzięki temu zarabiać do jednej trzeciej zysku z jego wszystkich rejsów handlowych, co zapewniłoby im regularne przychody
obok budowy okrętów. Niestety ta idea nie przemawia ani do Pawła, ani do
Bertholda, więc będzie musiała energiczniej się tym zająć, nie jest też
bynajmniej pewne, czy Jan Jonkers przystanie na taki układ. Ale to
powszechna praktyka w innych stoczniach -?dlaczego u nich miałoby się to
nie udać?
Jeśli chodzi o nowe pomysły, mężczyzn trzeba stale popychać i popędzać.
Do swojego męża Bertholda nie może mieć pretensji, przez całe życie
budował tylko nieduże łodzie w warsztacie. Zasługuje na najwyższe
uznanie za to, że wspólnie z synem założył stocznię i obciążył dom
hipoteką. Ale Paweł też okazał się bardziej szkutnikiem niż człowiekiem
interesu. Wprawdzie świetnie mu się udało w ciągu paru miesięcy postawić
na nogi niewielką stocznię, do tego zna się na swoim fachu, ale jak
dotąd, kręcąc głową, odrzuca wszelkie propozycje i zachęty Johanny.
-?Suchy dok? Może kiedyś. Tymczasem zajmujemy się budowaniem statków,
naprawę zostawiamy innym.
Potrafi też potężnie się rozgniewać, jeśli Johanna choćby napomknie o kuźni, która by się im przydała, ponieważ stal będzie odgrywać coraz
większą rolę w budowie okrętów.
-?Ja buduję statki z drewna -?wrzeszczy. -?Kto woli zardzewiałe łajby,
ten niech idzie do Klawittera.
W ostatnim czasie Paweł prędko wpada w gniew. Gdy Johanna ciągnie do
stoczni wózek z obiadem, już z dala się w nią wpatruje i śledzi oczyma
każdy jej ruch. Kiedy jednak dziewczyna dotrze na pochylnię, odwraca się
i usuwa na bok. Wystarczą dwa słowa, niewinne pytanie, jak daleko
posunęli się z robotą, lub uwaga na temat nieporządnie rozrzuconych
desek -?i już wybucha kłótnia.
-?Nie wtrącaj się do spraw, na których się nie rozumiesz! -?słyszy
reprymendę. A ponieważ nie daje się bezpodstawnie obrażać, broni się jak
umie.
-?Pytam tylko dlatego, że prowadzę księgi i chcę zapisać postępy robót.
-?Rozejrzyj się, to zobaczysz, co zrobiliśmy!
-?Ale ja nie jestem cieślą okrętowym. Nie znam się na wszystkim. Musisz
mi to wyjaśnić.
-?Nie mam czasu...
Za każdym razem robotnicy i cieśle czekają w napięciu na tę wymianę
zdań, która nieuchronnie prędzej czy później nastąpi. Większość ma
uciechę, uśmiechają się ukradkiem, pałaszując eintopfa, rzucają
dwuznaczne spojrzenia, czasami dochodzą jeszcze ciche komentarze, które
nie są przeznaczone dla uszu Pawła. Tylko dwóch starszych czeladników
patrzy na Johannę z ponurymi minami i najwyraźniej są zdania, że lepiej
by trzymała buzię na kłódkę i nie psuła majstrowi humoru.
W powrotnej drodze Johanna czuje się zwykle bezradna i smutna, bo w zasadzie w ogóle nie chce się kłócić z Pawłem i nie może zrozumieć,
dlaczego mimo to ciągle dochodzi do spięć. Dlaczego on jest taki
rozdrażniony? Czemu ona daje mu się sprowokować zamiast po prostu
zamilczeć? No cóż, może chodzi o to, że mają różne poglądy na wiele
spraw dotyczących stoczni. Johanna wie, że narzeczona Pawła, Lena
Grauholm, naciska na niego, by jak najszybciej zacząć budowę domu przy
Strohdeich, przy Siennej Grobli, to będą mogli się pobrać i tam
wprowadzić. Johanna jednak uważa, że to nie jest ważne. Jeśli już muszą
wydać pieniądze na budowę, to powinni zbudować kuźnię, a do tego budynek
administracyjny z biurem i pomieszczeniami roboczymi, gdzie będzie można
kreślić plany i przyjmować klientów. Ona będzie codziennie siedzieć w biurze, prowadzić księgi, rozmowy ze zleceniodawcami, wypłacać pobory i przyjmować pieniądze z tytułu udziałów w statku, które chce wynegocjować
od Jonkersa i innych armatorów. W ten sposób stocznia będzie się
rozwijać -?a dom zawsze zdąży się postawić.
Zanurza właśnie pióro w kałamarzu, żeby wpisać jeszcze parę
drobniejszych wydatków, kiedy dobiega do niej z warsztatu kobiecy głos:
-?Pięknie się witam ze wszystkimi. No i jak? Pilnie pracujecie?
Johanna wydaje z siebie zirytowane westchnienie. To Marta Grauholm, żona
szewca i przyszła teściowa Pawła. Odkąd ten zaręczył się z jej córką,
szewcowa jest stałym gościem w domu Forsterów, wchodzi i wychodzi, jak
jej się żywnie podoba, każe się ugaszczać kawą i ciastem oraz paple, aż
głowa boli.
-?Tak jest, Marto, pilnie i z zapałem -?odpowiada jej Berthold na swój
jowialny sposób. -?Cóż nam innego pozostaje? Samo się nie zrobi.
-?Prawdę mówisz, Bertholdzie -?przyznaje Grauholmowa. -?Czy Paweł jest
na Siennej Grobli w ten mróz?
-?A pewnie -?odpowiada cierpliwie Berthold. -?Póki śnieg nie sypie
grubymi płatami, prace przy statku trwają.
Dla Marty Grauholm powinna to być w sumie radosna wiadomość, bo
szczęście małżeńskie jej córki zależy przecież od powodzenia stoczni.
Ale zamiast się cieszyć, zaczyna lamentować.
-?Z Pawłem nie da się nawet dwóch słów zamienić -?użala się zirytowana.
-?O świcie wychodzi z domu, a kiedy wieczorem idzie na górę do swojego
pokoju, burczy tylko i mówi, że jest porządnie zmęczony i chce spać...
Johanna przysłuchuje się nie bez satysfakcji. W ogóle zadaje sobie
pytanie, co też takiego przyciągnęło go do bezbarwnej Leny Grauholm i czemu akurat teraz musiał się z nią zaręczyć, kiedy stocznia jest
jeszcze w powijakach i znalazłyby się znacznie ważniejsze rzeczy niż
małżeństwo i dzieci. No cóż, jak się zdaje, zdążył to właśnie zrozumieć,
choć nie chce tego przyznać, bo nic już nie mówi o swoich planach
małżeńskich. Mało tego, Johanna ma wrażenie, że wykorzystuje każdą
okazję, by uciec od narzeczonej i jej rodziny. Paweł wynajął wprawdzie
pokój w domu szewca na Böttchergasse, na Bednarskiej, ale stara się jak
najkrócej tam przebywać. Przeważnie po fajrancie przychodzi do ojca do
warsztatu, żeby omówić z nim parę spraw, a potem na górze jedzą wspólnie
kolację i spędzają miłą godzinkę na pogawędce. Osobliwym trafem Paweł
jest wówczas w przyjaznym nastroju, stara się wyczerpująco odpowiadać na
jej pytania i cierpliwie słucha, jak wyjaśnia mu swoje propozycje i koncepcje. I tak zresztą zawsze bierze stronę ojca, który dobrodusznie
obśmiewa "kolorowe mrzonki" swojej żony, po czym uznaje za niemożliwe do
realizacji.
Na dole sytuacja się zaostrza, bo Marta nie ma zamiaru wracać na
Bednarską, nie załatwiwszy tego, co chciała.
-?W takim razie podejdę jeszcze na górę do Johanny -?oświadcza. -?Ona
nie ma przecież nic do roboty, możemy sobie w spokoju obgadać parę
spraw.
-?Idź, Marto, idź. Moja kochana Johanna z pewnością się ucieszy na twój
widok.
I już słychać na schodach lekkie kroki szewcowej, a Johanna pospiesznie
posypuje piaskiem wpisy, zanim zamknie księgę kasową. Dlaczego, na
litość boską, Marta Grauholm uważa, że musi jej umilać czas? Po co w kółko jej opowiada, że Lenka jest taką uroczą, pracowitą, cierpliwą i przyzwoitą dziewczyną, a Pawła Forstera od dziecka obdarzała
uwielbieniem? Co najmniej ze trzy razy musiała wysłuchać, że Paweł swego
czasu zbudował Lenie łóżeczko dla jej lalki. Już wtedy wyraźnie było
widać, że po prostu są sobie przeznaczeni.
Marta Grauholm nie zadaje sobie trudu, by zapukać, naciska po prostu
klamkę, wsadza nos w uchylone drzwi i cieszy się, widząc Johannę
siedzącą przy stole.
-?A, tutaj jesteś! I co? Nudzi ci się, nie? No tak, ty masz Barbarę,
która wszystko robi za ciebie, prawda?
Johanna powstrzymuje się od uwagi, że Marta ma czas na ploty dlatego, że
gospodarstwem domowym zajmuje się jej córka.
-?Miło, że zajrzałaś -?mówi w zamian. -?Muszę jednak zaraz zejść do
kuchni, bo gotujemy obiad dla robotników w stoczni...
Oczywiście Marta ignoruje mało subtelną aluzję i rozsiada się przy
stole, by narzekać na pogodę i wysokie ceny na Targu Rybnym. Po czym
przechodzi do rzeczy.
-?Wiesz przecież, Johanno, że biedni z nas ludzie. Biedni, ale uczciwi.
I nie będziemy dziadować. Dam córce cztery prześcieradła z dobrego lnu,
a do tego trzy poduszki i jeszcze obrus, niby połatany na jednym rogu,
ale po prawdzie to tego nie widać. No i ręczniki, podarowała mi je swego
czasu testamentem zmarła ciotka, która mieszkała w Langfuhr, we
Wrzeszczu, i zmarła panną...
To po prostu żałosne! Czemu niby ma omawiać z Martą Grauholm posag jej
córki? Nie jest w końcu matką Pawła, lecz macochą, a on jej nawet nie
zapytał, czy odpowiadają jej jego zaręczyny.
Ale robi się gorzej.
-?A to musi nam Paweł solennie obiecać, inaczej nici z wesela -?oznajmia
wzburzona Marta, zdmuchując znad oka kosmyk siwych włosów, który wysunął
się z czepka. -?Dzieci, które będą mieli, muszą zostać wychowane na
protestantów. Mówię to dlatego, że Paweł przecież jest katolikiem. Tego
chciała jego polska matka, Stanisława, a ojciec się nie sprzeciwiał. Ale
my jesteśmy dobrymi protestantami i nie chcemy, żeby nasze wnuki były
wychowywane po katolicku. W końcu nie jesteśmy Kaszubami.
Johanna dochodzi do wniosku, że takie nerwy to gruba przesada, bo trudno
jej sobie wyobrazić, że Paweł będzie obstawał przy katolickiej wierze
swoich dzieci. Ale Marcie sporo leży jeszcze na sercu i nie daje
Johannie okazji do zajęcia stanowiska.
-?Mówię to tylko dlatego, że w końcu ślub już niedaleko. Kiedy wreszcie
się zacznie budowa domu przy Siennej Grobli? Zaraz będzie marzec, można
by kłaść fundamenty...
Johanna stara się hamować. Jeśli o nią chodzi, to na razie niczego nie
powinno się budować, a już na pewno nie domu. Ale tego Marcie nie powie,
bo ta jeszcze dojdzie do przekonania, że Johanna chce udaremnić
zamążpójście jej córki. A to naprawdę ostatnia rzecz, o której myśli. W końcu Paweł jest dorosłym człowiekiem i wie, co robi. Jeśli jest na tyle
głupi, że chce się wżenić w szewski klan, to nie ma dla niego ratunku.
-?Marta, w tej sprawie musisz zapytać mężczyzn -?ucieka z odpowiedzią. -
Muszę teraz zejść do kuchni, inaczej eintopf dla cieśli nie ugotuje się
na czas.
Wstaje i patrzy na Martę wyczekująco. Ta chwilę się kryguje i chce
wiedzieć, czy dom postawią z drewna, czy też z palonej cegły oraz czy
znajdzie się tam dość miejsca dla rodziny, bo z pewnością wkrótce pojawi
się potomstwo.
-?Zapytaj Pawła -?radzi Johanna. -?On ci wszystko dokładnie wyjaśni.
W kuchni siedzi stara Barbara z miską na kolanach i obiera ziemniaki.
Eintopf dla cieśli jest pożywny i sycący, ale jadłospis nie przewiduje
większych urozmaiceń. Tłusta słonina i trochę wędzonego boczku stanowią
podstawę dania, do tego cebule, marchewki, ziemniaki, a dziś wyjątkowo
jeszcze trzy bulwy selera, które Barbara okazyjnie kupiła na rynku.
-?Poszła sobie? -?dopytuje staruszka, wskazując nożem na drzwi.
-?Na szczęście -?odpowiada Johanna z kpiącym uśmiechem i zabiera się do
obierania i krojenia cebuli.
-?Że też musiał wziąć sobie taką na kark -?burczy Barbara i wstaje, żeby
rozniecić ogień w palenisku. -?Dziewczyna jest zresztą poczciwa, a że do
tego głupia jak but, to już nic na to nie poradzi. Ale Marta była zawsze
męcząca jak nieszczęście. Nic dziwnego, skoro Otto jest milczkiem,
siedzi tylko w warsztacie i nie odzywa się do niej...
-?Jest jak jest, Barbaro -?wzdycha Johanna. -?Paweł podjął taką decyzję,
a my obrywamy.
-?W życiu nie zrozumiem, co w niego wstąpiło! -?pomstuje staruszka,
wrzucając słoninę i wędzonkę do kotła.
Na dworze łagodne zimowe słońce oświetla miasto. Z lodowych sopli na
dachach ściekają grube krople na trotuary, a wydeptany śnieg na ulicach
podchodzi wodą, łatwo się można pośliznąć. Johanna zanosi Bertholdowi i jego trzem pomocnikom obiad do warsztatu, nie zapomina też o postawieniu
miski dla Sułtana.
-?Marek powinien pójść z tobą -?martwi się zafrasowany Berthold,
stawiając przy pomocy Barbary kocioł na wózek. -?Jest ślisko, jeszcze
się przewrócisz razem z wózkiem.
Johanna protestuje. W końcu radziła sobie w mróz i śnieg, odwilż jej z całą pewnością niestraszna. Dzielnie wlecze wózek przez ulice, zręcznie
manewruje solidnie obciążonym wehikułem, wymijając kałuże i wystające
narożniki. Na promie, który przewozi ją przez Motławę, też nie ma
problemów, ponieważ pomocnik przewoźnika spieszy jak co dzień, by jej
pomóc.
-?Tam dalej musicie uważać, majstrowo -?rzuca z kpiarskim uśmiechem,
sprowadzając wózek z promu na ląd. -?Inaczej obiad szybciej dotrze na
miejsce, niż chcieliby głodni stołownicy.
Johanna śmieje się wesoło, dziękuje i rusza wąską ścieżyną, która
prowadzi do stoczni. Rzeczywiście słońce gdzieniegdzie roztopiło
zamarzniętą na kamień ziemię, wózek się kolebie, a ona ma trudności z utrzymaniem go na właściwym kursie. W stoczni cieśle pilnie pracują.
Łączą gotową dziobnicę ze stępką, skomplikowana sprawa, bo wszystko tu
musi dokładnie pasować. Niedaleko płonie ognisko, nad którym wisi
kocioł, zapewne ze smołą. Smołowana flanela służy szkutnikom do
uszczelniania szpar i szczelin, żeby woda nie wlewała się do statku.
Zapatrzyła się i przestała zwracać uwagę na wózek. Ten raptem wymyka się
jej z rąk i niebezpiecznie się kołysząc, sunie w dół drogą. Johanna
rzuca się za nim, łapie go z tyłu, by go jakoś wyhamować, ale potyka się
i razem z wózkiem ześlizguje się dalej po skarpie.
-?Uwaga! -?krzyczy ktoś. -?Johanna, trzymaj się mocno!
To Paweł. Jak on to zrobił? Dopiero co stał wśród cieśli, a w mgnieniu
oka zatrzymał rozpędzony wehikuł, teraz zaś zapiera się o wózek,
podtrzymując go silnymi ramionami.
-?Mało brakowało! -?oświadcza Johanna, która siedzi na śniegu obok
wózka. -?Kto by pomyślał, że to cholerstwo tak po prostu mi się wymknie.
-?Cała jesteś? -?pyta Paweł.
Mruży oczy, zwracając się do niej, bo stoi pod słońce. Włosy opadły mu
na czoło, wyraźnie rysują się napięte z wysiłku mięśnie ramion.
-?Chyba tak. Dobrze, że się tak szybko pojawiłeś...
-?Usłyszałem, jak krzyczysz.
-?Ja krzyczałam?
-?Tak. -?Uśmiecha się. -?Wołałaś "Pomocy! Wózek!".
-?Naprawdę?
Głupio jej, że tak głośno wołała o pomoc. Tymczasem podeszło do nich
kilku robotników i ciągną niesforny wózek z cennym ładunkiem do wozowni,
gdzie zazwyczaj jedzą obiad, przysiadając na stosach drewna. Johanna
przyjmuje wyciągnięte ramię Pawła, by łatwiej wstać na śliskim gruncie.
Jaki on nagle uprzejmy! Jak szarmancko oferuje jej pomocną dłoń, patrząc
na nią na poły łobuzersko, na poły z troską.
-?Jutro w południe poślę kogoś do promu, to nie będziesz musiała się
męczyć na śliskiej drodze -?stwierdza.
-?No jeszcze czego -?śmieje się dziewczyna. -?Jutro śnieg stopi się do
reszty, to co najwyżej będę mogła utonąć w błocie.
Paweł śmieje się razem z nią i trzyma ją mocno za rękę, gdy Johanna
otrzepuje spódnicę i płaszcz ze śniegu. Po czym nagle gwałtownie puszcza
jej dłoń, jak gdyby coś go przestraszyło, i wielkimi susami pędzi do
wozowni, gdzie robotnicy rozdzielają już talerze i łyżki. Johanna
nakłada jedzenie i nalewa do kubków posłodzoną herbatę, Paweł zaś siedzi
milczący wśród innych i pałaszuje eintopf. Do zwyczajowej sprzeczki nie
dochodzi, słowem się w ogóle do niej nie odzywa, ku rozczarowaniu
robotników, którzy już się cieszyli na atrakcyjną awanturę.
Cóż to za dziwny człowiek, zastanawia się Johanna w drodze powrotnej. Ma
dwa oblicza, jedno przyjazne, drugie odpychające. Dziś był naprawdę
miły, miejmy nadzieję, że nie pokłóci się ze mną przy kolacji.
Jednak wieczorem Johanna ma zupełnie inne zmartwienia. Po powrocie do
domu znajduje na stole jadalnym list przyniesiony przez listonosza.
Zdziwiona odcyfrowuje nazwisko nadawcy:
Dr Alfred Riechert, adwokat, Breite Gasse, Szeroka, numer 32/1.
Pismo to jedna wielka bezczelność.
Wielce szanowna Pani,
w imieniu mojej mandantki, pani Cecylii Jonkers, wzywam, by z dochowaniem wszelkich form i okazując skruchę, wycofała Pani obelżywe
określenia, które w dniu 26 lutego w domu rotmistrza von Kleiwitza
skierowała Pani pod adresem panny Anny Marii Jonkers. W tym celu wnoszę,
by sporządziła Pani pisemne przeprosiny wobec panny Jonkers, które
sprawdzę jako adwokat i przekażę wspomnianej damie.
Z wyrazami szacunku
Dr Alfred Riechert
Adwokat
Danuta
Jak matka może być tak okrutna! Nawet jeśli jaśnie pani jest zbyt słaba,
by wstać z łóżka, to przecież można by jej przynieść maleńką córeczkę,
żeby ją ucałowała i przytuliła do piersi. Ale jaśnie pani nie chce
widzieć dziecka, na sam widok noworodka dostaje migreny i troszczenie
się o niego zostawia mamce.
-?Jestem wyczerpana i muszę najpierw odzyskać siły -?powiedziała Traude.
-?Kto wie, czy to dziecko w ogóle przeżyje. Jest bardzo malutkie,
prawda? Dziewczynka! Dlaczego Bóg mnie tak doświadcza? Tyle trudu, tyle
trosk, tyle bólu, żeby się okazało, że to tylko dziewczynka...
Nawet oschła Traude jest oburzona tymi słowami.
-?W końcu udało jej się donosić i urodzić dziecko, to go nie chce! -
burczy przy śniadaniu w kuchni. -?No dobrze, to tylko dziewczynka. Ale
to też stworzenie boże i ma prawo do życia.
-?Dobrze mówisz -?przytakuje mamka Minna, która siedzi przy kuchennym
stole, trzymając przy piersi maleńkie niemowlę. Cały dzień nosi małą na
rękach, bo ta z miejsca zaczyna płakać, jeśli odłoży się ją do kołyski.
Młodej mamce początkowo to nie przeszkadzało, jako że to przecież
normalne, że małe dzieci krzyczą i marudzą. Ale wtedy Danuta powiedziała
jej, że dziewczynka jest bardzo słaba i potrzebuje mnóstwa ciepła i miłości, żeby przeżyć.
-?Jeśli mała umrze, od razu stracisz posadę mamki -?ostrzegła ją. -?Rób
więc tak, jak ci mówię. Noś ją przy sobie i karm ją, kiedy tylko zechce.
Danuta przez trzy dni karmiła maleńką i opiekowała się nią, ponieważ
jaśnie pani dopiero na czwarty dzień zdobyła się na zatrudnienie mamki.
Minna Hansen bynajmniej nie jest najlepszym wyborem spośród kobiet,
które stawiły się w domu Berendów, bo jest bardzo młoda i nie ma
doświadczenia z dziećmi. Ale godzi się przepracować pierwsze miesiące
jedynie za wikt i utrzymanie, nie stawiała też żadnych innych żądań, co
bardzo się państwu spodobało. Danuta od razu się z nią dogadała. Minna
jest dobroduszna i uczynna, o pogodnym usposobieniu oraz z całego serca
oddana małej podopiecznej. Pochodzi z małej osady koło Müggau, Migowa,
to niedaleko rodzinnej wioski Danuty. Minna opowiada, że mąż jej uciekł
stamtąd, a ich dziecko umarło, dlatego chce zarobić na życie w mieście
jako mamka. Danuta nie do końca wierzy w tę historię, ale nie zamierza
dopytywać, bo to nie jej sprawa.
-?Chcesz jeszcze kromkę? -?pyta gospodyni i podsuwa faskę z masłem w stronę Minny. -?Weź też porządną porcję słodkiego musu. Zaraz będzie
jeszcze ciepłe mleko dla was obu.
Odkąd urodził się Christianek, całkowicie zmienił się nastrój wśród
służby w domu Berendów. Minęły czasy, kiedy pokojówki wraz z gospodynią
sądziły, że mają się stosować do życzeń jaśnie pani, pogardzały Danutą
jako "nieobyczajną osobą" i źle ją traktowały. Obecnie jest już aż nadto
wyraźne, że jaśnie pan kocha swojego syneczka nad życie i chce zatrzymać
u siebie Danutę. A ponieważ jaśnie pani musi się podporządkować jego
woli, personel domowy przeszedł ze sztandarami na stronę Danuty.
Gospodyni stara się ją rozpieszczać pysznymi kąskami, a Traude nie
przepuści żadnej okazji, by wychwalać Danutę pod niebiosa i pomstować na
jaśnie panią. Trzeba dodać, że to ostatnie płynie z głębi Traudzinego
serca, więc niczego nie musi udawać.
-?Co ona sobie wyobraża! -?burzy się służąca. -?Chce szybko odzyskać
siły, żeby od razu ponownie zajść w ciążę. Musi mieć syna. Inaczej nie
będzie zadowolona.
-?Moja świętej pamięci babka urodziła pięć córek, zanim w końcu na świat
przyszedł chłopiec. A i tak od razu jej umarł -?opowiada z powagą Minna.
-?Po prostu Bóg tak chciał.
-?Pięć córek -?śmieje się Döppelowa. -?No to cierpliwość jaśnie pani
byłaby wystawiona na ciężką próbę. Myślę, że by tego nie przeżyła.
-?A może jednak -?stwierdza Traude, kiwając głową. -?Ona zawsze niby
taka słabiutka, ale w rzeczywistości jest twarda jak skóra juchtowa.
Jeszcze nas wszystkich przeżyje.
-?Nie życzę jej niczego złego -?wtrąca się Danuta, która czuje się winna
wobec jaśnie pani. -?Nie jest dobrym człowiekiem, ale wiele
przecierpiała i dlatego mi jej żal.
Obie służące kręcą głowami.
-?Prędzej ulituję się nad sobą, nim pożałuję jaśnie pani -?oświadcza
Traude.
-?Ma, na co zasłużyła -?oświadcza krótko i zwięźle pani Döppel. -
Zapomniałaś już, jak cię oskarżyła o kradzież broszki? A przecież na
pewno sama ją zaniosła do twojego pokoju i położyła pod poduszką!
Danuta milczy. Döppelowa też odegrała niechlubną rolę w tej historii.
Nigdy wprawdzie nie wyjaśniono, jak broszka trafiła do pokoju Danuty,
ale nikt już nie wierzy, że to ona ją ukradła.
Za oknem kuchennym z wolna rozwiewają się poranne ciemności, widać, jak
pręgowany szary kot przekrada się przez podwórze i znika w magazynie.
Danuta dodaje łyżkę miodu do ciepłego mleka i podsuwa kubek Minnie, po
czym wstaje, żeby wyjąć swojego synka z łóżeczka na kółkach i nakarmić
go owsianką. Christianek ma już pół roku i jest krzepkim szkrabem,
przeważnie w dobrym humorze, o brązowych włosach i ciemnych oczach, z twarzy wykapana mama. Potrafi już siadać i entuzjastycznie kopie nóżkami
na kolanach Danuty, gdy widzi miseczkę ze słodką zupką. Głodny otwiera
buźkę i niecierpliwie zawodzi, ponieważ matka musi wcześniej spróbować,
czy owsianka nie jest jeszcze za gorąca.
-?Ten to jest dopiero -?mówi z uznaniem gospodyni. -?Jeszcze chwila i obje nas ze szczętem. I jak patrzy! Mały bałamut z niego.
-?Tak, cały tatuś -?przyświadcza Traude i gryzie się w język, bo weszła
na grząski grunt.
Döppelowa przychodzi jej z pomocą i prędko zmienia temat.
-?A czy przynajmniej znaleźli już imię dla tej biednej dziewuszki? -
pyta zebrane. -?Dwa tygodnie już jest na świecie, ale o chrzcie jakoś
nikt nie mówi.
-?Ma się nazywać Elżbieta Cecylia -?wtrąca Minna. -?Jaśnie pani mówiła,
że chce zaczekać z chrztem, póki nie wyzdrowieje. Trzeba przecież
urządzić przyjęcie i podjąć gości.
-?No to jaśnie wielmożna będzie czekać na święty nigdy. Cóż, gdyby to
był syn! Dzwony biłyby już w ostatnią niedzielę, a w domu mielibyśmy
towarzystwo, które zjechałoby się na chrzciny.
Gospodyni spieszy się z przygotowaniem śniadania dla państwa, Traude też
szybko opróżnia swój kubek i zaczyna ustawiać naczynia na obu tacach. Na
jednej dla obu panów, którzy zaraz zjawią się w jadalni, a na drugiej
dla jaśnie pani, która jeszcze jest przykuta do łóżka i ma coraz
dziwniejsze zachcianki. Ostatnio chce na przykład na śniadanie wędzoną
rybę z jajecznicą, do tego biały chleb z masłem, miód, konfitury i mocną
kawę. Bo lekarz jej powiedział, że musi porządnie jeść, by odzyskać
siły.
-?Ty to masz dobrze -?mówi Traude do Danuty i zdejmuje z płyty kuchennej
czajnik, żeby zaparzyć kawę dla państwa. -?Możesz sobie spokojnie
siedzieć na górze w swoim pokoju, pozwalać się obsługiwać i musisz tylko
zajmować się dzieckiem. Nie żebym ci zazdrościła, ale naprawdę nie każdy
ma takie szczęście...
Danutę irytują te zazdrosne słowa. Wspinając się z małym na ręku po
schodach, zastanawia się, jak Traude mogła wpaść na pomysł, że ona ma
szczęście w życiu. W rzeczywistości jej los jest chwiejny i niepewny -
jedno fałszywe słowo, jedno niespodziewane wydarzenie może ją w każdej
chwili wtrącić w otchłań nieszczęścia. Kim jestem w tym domu? -?myśli
przygnębiona. Jaką pozycję zajmuję? Nie pracuję, ale mnie karmią. Mam
dziecko z jaśnie panem, ale nie jestem jego żoną. Jestem nikim, wydana
na pastwę wrogich intryg jaśnie pani, cierpią mnie tutaj jedynie z uwagi
na małego. Wprawdzie pani teraz jest chora i słaba, ale gdy tylko się
lepiej poczuje, skupi się wyłącznie na tym, żeby wypędzić mnie z domu.
Minna również wyszła z kuchni, by udać się do pokoiku, który urządzono
dla niej i dla niemowlęcia. Mała zadowolona usnęła przy jej piersi, a Danuta słyszy, jak Minna puka w drzwi małżeńskiej sypialni.
-?Czy mogę wejść, jaśnie pani? Mała porządnie podjadła i wygląda dzisiaj
na dużo silniejszą.
Z pokoju dobiega ciche stęknięcie -?jaśnie pani czuje się niemile
nagabywana.
-?Dobrze, dobrze... Nie musisz wchodzić, idź na górę i zajmij się swoją
robotą. Nie, zaczekaj, powiedz Traude, że czekam na śniadanie.
-?Och, ona już idzie, jaśnie pani. Jak wychodziłam z kuchni, to właśnie
parzyła kawę.
-?Byłaś z małą na dole w kuchni? -?dobiega z sypialni surowy głos.
-?Tak, jaśnie pani -?jąka speszona Minna. -?My przecież wszyscy rano tam
się spotykamy...
-?Nie życzę sobie, żebyś ciągała dziecko po pomieszczeniach dla służby -
słyszy w odpowiedzi. -?A już na pewno nie do kuchni, gdzie dymi
palenisko i cuchnie obrzydliwościami!
-?Błagam o wybaczenie, jaśnie pani... Ja nie wiedziałam...
-?Jeśli Danuta naraża swojego bękarta na ten smród, to jej sprawa. Ale
pańskie dziecko nie ma tam nic do roboty!
-?Tak jest, jaśnie pani. Wezmę to sobie do...
Danuta nie słyszy końcówki zdania, bo trzymany na ręku Christianek
zaczyna wrzeszczeć i się wyrywać. Odkrył wypolerowany na błysk świecznik
na komodzie i chce go złapać. Danuta szybko biegnie z gniewnie ryczącym
synem przez korytarz do swojego pokoju i zamyka drzwi.
-?Masz rację, mały wrzaskunie. -?Uśmiecha się do niego, kładąc go na
brzuchu na łóżku. Malec natychmiast zapomina o błyszczącym przedmiocie
na korytarzu i zaczyna się ćwiczyć w podnoszeniu na rączkach, tłukąc
przy tym z zapałem tłustymi nóżkami. Niedługo zacznie raczkować, myśli
Danuta. A potem to już długo nie potrwa, gdy będzie chodził. Poczekaj no
tylko, ty nieżyczliwa, zawistna osobo. Mój syn podbije ten dom, krok po
kroku zawłaszczy wszystkie pomieszczenia, od strychu aż po kantor, a ty
nic nie będziesz mogła zrobić!
Przedpołudnie upływa spokojnie. Danuta zajmuje się maluchem, bawi się z nim, daje mu piersi i czeka, póki nie zaśnie. Wtedy otwiera okno i wygląda na podwórze, gdzie obaj pomocnicy magazynowi Knut i Hannes
przetaczają ładunek beczek do oficyny. Śnieg stopniał, tylko w rogach
placu i w paru miejscach na dachach zostały jeszcze poszarpane białawe
resztki, które wkrótce rozpuści słońce. Z Długiej dolatują do niej
odgłosy codziennych zajęć: stukot końskich kopyt, turkot i łoskot
przejeżdżających dorożek i furmanek, głosy przechodniów, którzy
wymieniają pozdrowienia, dziecięcy śmiech, szczekanie psów. Kusi ją, by
wyjść z małym na spacer, zabrać go do Zielonej Bramy, żeby zobaczył
statki na Motławie, ucieszył się ze słonecznych zajączków na falach i krze. Jak tylko się zbudzi, ciepło go opatuli i zrobią sobie małą
przechadzkę. Jej synek nie jest rozpieszczonym paniczykiem, który musi
leżeć w izbie koło pieca, żeby go nie zawiało. Christiankowi żadna
pogoda nie będzie straszna, tak samo jak jej, kiedy była małą wiejską
dziewczynką.
Kiedy jednak szykuje malca na wyprawę, ktoś stuka do drzwi.
-?Danuta? Czy biedny poeta mógłby wejść na chwilkę?
O rety, to młody jaśnie pan. Sympatyczny człowiek, który często ją
odwiedza, żeby sobie pogadać. Wprawdzie teraz przychodzi mocno nie w porę, ale nie ma serca go odprawić.
-?Proszę wejść, jaśnie panie! Jeśli nie przeszkadza panu nieporządek...
Zaciąga zasłony przed łóżkiem, ciesząc się, że pełne wiadro z pieluszkami skoro świt zniosła do kuchni.
-?Jaki nieporządek? -?pyta z uśmiechem Ernst Berend, wchodząc do środka.
I ponownie przyprawia ją o zakłopotanie, ponieważ wyciąga do niej dłoń
na powitanie, jakby była jego krewniaczką, a nie dawną pokojówką.
-?Wszystko jest cudownie, kochana Danuto -?oświadcza i sadowi się na
jednym z foteli. -?Jeśli mam być szczery, muszę przyznać, że nigdzie w tym domu człowiek nie czuje się lepiej niż w tym pokoju.
-?To dlatego, że kiedyś mieszkała tu pańska siostra Johanna -?odpowiada
z rozbawieniem Danuta. -?W tych czterech ścianach wiele jeszcze panu o niej przypomina.
Ale ku jej zaskoczeniu Ernst nie jest dziś w nastroju do rozmowy o siostrze. Wzrusza tylko ramionami i mówi:
-?Ach, Haneczka... No cóż, ma swoje kaprysy. Też nie zawsze było z nią
łatwo...
Czyżby rodzeństwo się pokłóciło? -?zastanawia się Danuta. Ach, ależ
byłoby jej przykro. Tęskni za jaśnie panienką Johanną, która teraz jest
panią Forsterową i mieszka na Paradiesgasse, na Rajskiej. Gdyby młody
jaśnie pan nie opowiadał jej od czasu do czasu, jak tam się wiedzie jego
siostrze i co porabia, to właściwie nic by o niej nie wiedziała. Teodor
nigdy o niej nie wspomina, podobnie jak obie służące.
Niestety nie może pociągnąć tematu, bo Ernst Berend wydobywa z kurtki
zmięty kawałek papieru i starannie go wygładza.
-?Posłuchaj, Danuto. Pół nocy nad tym siedziałem, a ty jesteś pierwszym
człowiekiem, któremu to odczytam. Powiedz mi szczerze, czy ci się
podoba, czy też raczej powinienem cisnąć to w ogień.
O, biada -?znowu wiersz! Co robić? Nie bardzo wie, co począć z takimi
rzeczami jak światło księżyca oraz samotność, gorące łzy spływające po
policzkach i tęskne spojrzenia. Ale chyba nie może tego oceniać, bo ani
trochę się nie zna na literaturze. No i nie jest zakochana. Biedny Ernst
Berend zakochał się jednak na zabój i to zapewne jest powodem, dla
którego tworzy takie wiersze.
...ach, w okrutnej poniewierce płonie roztęsknione serce,
kiedyż wreszcie tu na ziemi szczęście moim być się mieni...
Prędko podnosi Christianka z łóżka i sadza go sobie na kolanach, żeby
nie zaczął wrzeszczeć. Następnie z powagą wysłuchuje wiersza do końca.
-?Bardzo ładny -?mówi uprzejmie, ponieważ nie chce ranić młodego pana. -
Czy to dla pańskiej narzeczonej?
-?Oczywiście! -?woła Ernst. -?A więc ci się podoba? Bardzo mnie to
cieszy, kochana Danuto. Wiem przecież, że jesteś uczciwym człowiekiem i powiesz mi prawdę. Gdybyś wiedziała, ile złośliwych, zazdrosnych dam
bezustannie wybrzydza i wyszydza moje wiersze. Moją Annę Marię to
naprawdę oburza.
Danuta milczy zakłopotana i podnosi z ziemi kolorowy drewniany klocek,
żeby podać synkowi.
-?Przykre, kiedy wyszydzają coś, w co włożyło się tyle serca -?wyraża
ostrożnie swoje zdanie.
Ale Ernstowi Berendowi nie w głowie zastanawiać się nad sensem tych
słów. Opowiada właśnie, że w niedzielę spacerował po mieście z narzeczoną i panią mamą, a potem zabrały go na herbatkę w domu
Jonkersów.
-?No i Anna Maria wspomniała, że pięknie by było, gdyby mogła po ślubie
mieszkać w pobliżu drogich rodziców, więc zgodziliśmy się, że
wprowadzimy się do naszego domu na Frauengasse, na Mariackiej. Stoi
przecież ledwie parę metrów od posesji Jonkersów...
Danuta nie zna się zbytnio na interesach i stosunkach własności, bo jest
prostą dziewuchą ze wsi. Ale głupia nie jest i dobrze pamięta, co raz
usłyszała. Chodzi o kamienicę, którą właściwie powinna odziedziczyć
jaśnie panienka. Danuta chłodziła wilgotnym ręcznikiem skronie biednego
jaśnie pana, kiedy śmiertelnie chory leżał w łóżku, i słyszała to, co
dyktował wówczas synowi. Teodor Berend pogwałcił wolę własnego ojca.
Zatrzymał dla siebie dom na Mariackiej, nie przekazał też zresztą bratu
obu parcel w Nowym Porcie. Danuta wie o tym i gnębi ją to, ponieważ po
raz kolejny dowodzi, że Teodor Berend, ojciec jej dziecka, nie jest
dobrym człowiekiem.
-?To duży i piękny dom -?oświadcza zakłopotana, gdyż Ernst wpatruje się
w nią z takim entuzjazmem, porwany urodą swoich planów.
-?Prawda? -?woła młodzieniec. -?Jest wprawdzie obciążony hipoteką, ale
spłacę kredyt, kiedy niebawem Teodor uczyni mnie wspólnikiem. Anna Maria
uważa, że już dawno powinien to był zrobić, gdyż rozkwit naszej firmy
handlowej zawdzięczamy w sporej mierze mojej zręczności i niestrudzonej
pracy...
Z dołu dochodzi głos Traude, że podają obiad, wobec czego Ernst Berend
podnosi się z żalem, bo spędził kolejną tak miłą godzinkę na pogawędce.
-?Ładny chłopczyk -?stwierdza i z uśmiechem głaszcze Christianka po
główce. -?Wierzyć się nie chce, że to dziecko Teodora.
-?Ależ jaśnie panie!
-?To tylko żarcik! -?śmieje się psotnie, szczypie malca w ucho i znika.
Danutę ogarnia ponure przeczucie, że młodego jaśnie pana czeka potężne
rozczarowanie. Ach, jakże chętnie by go ostrzegła, ale boi się, że
ściągnie na siebie gniew Teodora Berenda. A to byłoby fatalne, ponieważ
jest całkowicie od niego uzależniona.
Na dworze nadal słonecznie -?realizuje więc swoje zamiary i schodzi z Christiankiem na ręku po schodach, żeby się udać na spacer. Na pierwszym
piętrze państwo siedzą przy stole, Danuta słyszy, jak Teodor dopytuje
małżonkę o małą córeczkę. Jaśnie pani twierdzi, że dziecko jest zdrowe,
tylko mamka jej się w ogóle nie podoba...
-?Jest natrętna i leniwa...
Ach, biedna Minna, myśli Danuta. Bardzo bym chciała, żeby mogła zostać.
Owija mocniej malca wełnianym szalem, przecina ponurą sień i wychodzi na
przedproże.
Przed domem panuje zwykła krzątanina. Na straganach rozmaici handlarze
rozłożyli swoje towary i obsługują klientów, dwie damy stoją koło siebie
i rozmawiają, tuż obok nich kilkoro uczniaków skacze przez szeroką
kałużę. Danuta sadza sobie malucha na biodrze, by łatwiej się jej go
niosło, i wolnym krokiem zmierza w stronę ratusza. Ależ wiosenny wiatr
dziś wieje! Można by sądzić, że to już kwiecień czy wręcz maj.
Dziewczyna zatrzymuje się przed jednym ze straganów, kupuje precel dla
Christianka i wolno idzie dalej, przechodząc przez Zieloną Bramę. Cieszy
ją widok Motławy, wolnej już od lodu i statecznie toczącej swe wody do
Wisły.
-?Christianku, patrz -?mówi do berbecia. -?Tyle statków. Przypływają z dalekich krajów i przywożą towary, które twój ojciec kupuje i odprzedaje.
Christian patrzy nieufnym wzrokiem na obcych ludzi, którzy spieszą we
wszystkie strony Uferstraße, Długim Pobrzeżem. Przezornie przytula się
do mamy i pogryza czterema ząbkami, którymi może się już poszczycić,
smaczny precel.
-?Dzień dobry -?słyszą głos z tyłu. -?Danuta, nie bój się. To tylko ja.
Zaskoczona dziewczyna odwraca się i musi się dobrze przyjrzeć, zanim
rozpozna Oskara Posserta. Wygląda już całkiem na dorosłego, zapuścił
blond bródkę, w barach też chyba zrobił się szerszy.
-?No tak, Oskar! -?wykrzykuje w zdumieniu. -?Gdzie się podziewałeś tak
długo?
Ponad pół roku minęło, odkąd widzieli się ostatni raz. Młody pomocnik
magazynowy obiecał jej wtedy, że wyjadą razem, on zaś zatroszczy się o nią i jej wówczas nienarodzone dziecko. Przez chwilę nawet w to wierzyła
i z nadzieją na niego czekała -?ale na próżno.
-?Ach, tu i tam -?odpowiada wymijająco. -?Długo musiałem szukać, żeby
wreszcie znaleźć pracę. Zajechałem do Stettina, do Szczecina, i dalej do
Stralsundu. Ale tam dobrze trafiłem i zarobiłem w porcie sporo
pieniędzy. Teraz wróciłem do Gdańska, bo chcę wiedzieć, jak ci się
układa.
-?Wszystko w porządku -?kwituje Danuta z uśmiechem. -?Zobacz, to
Christian, mój syneczek i całe moje szczęście.
-?Widzę -?mówi Oskar. -?Ładny chłopczyk. Bardzo do ciebie podobny,
Danuto.
-Tak, wszyscy to mówią -?przyznaje, po czym pyta zatroskana: -?Oskarze,
chcesz zostać w Gdańsku?
Wie przecież, że Teodor Berend podejrzewa biednego Oskara Posserta o podpalenie jego hali. To z całą pewnością nieprawda, bo Oskar to
przyzwoity chłopak, nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Stoi teraz przed
nią, zsuwając nieco wełnianą czapkę z czoła. Wzrok też mu się zmienił -
nie spogląda już z takim rozmarzeniem na okolicę, w jego oczach maluje
się stanowczość.
-?Może tak... A może nie -?mówi cicho i podchodzi do niej krok bliżej. -
Myślałem, że cię zapytam, czy nadal chcesz ze mną wyjechać. Bo teraz
miałbym pieniądze, żebyśmy we trójkę mogli zacząć nowe życie. Rozumiesz?
O mój Boże, myśli wzruszona. Pracował i oszczędzał pół roku, żeby tylko
dotrzymać złożonej mi obietnicy. To naprawdę bardzo porządnie z jego
strony. Ale obawiam się, że wpadłabym z deszczu pod rynnę, gdybym oddała
się pod jego opiekę.
-?Nie, Oskarze -?odpowiada. -?Nie pojadę z tobą. Spójrz, stałeś się
dorosłym mężczyzną, nie potrzebujesz kuli u nogi, kobiety z nieślubnym
dzieckiem. Znajdź sobie dziewczynę, która do ciebie pasuje, żebyście
razem coś zbudowali. Życzę ci wszystkiego najlepszego na tej drodze.
Chłopak kiwa smutno głową, bo chyba się orientuje, że przyszedł za
późno. A jednak się nie poddaje.
-?Jeszcze chwilkę spędzę w Gdańsku -?mówi, lekko się uśmiechając. -
Gdybyś zmieniła zdanie, to koło południa znajdziesz mnie tutaj w porcie.
Mruga do niej, po czym odwraca się i znika wśród robotników i marynarzy.
Danuta kręci głową, po czym przytomnie łapie precel, który wypada
Christiankowi z rączki.
W sieni kamienicy Berendów czeka na nią rozjuszony Teodor.
-?Gdzieś ty była? -?napada na nią. -?Nie chcę, żebyś włóczyła się z Christianem po mieście!
-?Ale on potrzebuje świeżego powietrza!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki