Koronawirus w świetle rozumu. Zdrowego, chłopskiego rozumu
Spójrzmy na tę epidemię filozoficznie. Najmądrzejsza z filozofii, jaką jest stoicyzm, stawia najwyżej trzy praktyczne cnoty. Odwagę, by zmieniać to, co da się zmienić, cierpliwość, by znosić to, czego się zmienić nie da, oraz mądrość, by jedno od drugiego odróżniać.
Ta trzecia cnota, wraz z ogólnym podziałem spraw na takie, które da się i których nie da się zmienić, została odrzucona przez epokę tak zwanego oświecenia, która właśnie na naszych oczach się kończy, i to kończy się, jak w sławnym wierszu T.S. Eliota, nie hukiem, ale skomleniem. W bezmyślnym kulcie Rozumu wpoiła ona ludziom przekonanie, że niemożliwego nie ma. Że cywilizacja może wszystko. Poodwraca bieg rzek, by płynęły gdzie trzeba, a nie gdzie popadło, ureguluje klimat, zlikwiduje choroby, usunie wszelkie nierówności i niesprawiedliwości, przyczyny wojen i konfliktów - w ogóle "śmierci nie ma", jak to ujął pewien zapomniany już piewca "światopoglądu naukowego". No, może akurat to czy tamto jeszcze się nie udaje, może nie od razu się uda, ale generalnie - można. Ludzie Zachodu w to uwierzyli. W końcu, jak to ujął Chesterton, kto przestał wierzyć w Boga, uwierzy we wszystko.
Dziś widać, że kult Rozumu, paradoksalnie, doprowadził Zachód do krańcowego zidiocenia - najlepszym przykładem wyższe uczelnie, które z centrów kształcenia, dyskusji i swobody intelektualnych oraz naukowych poszukiwań zmieniły się w epicentra agresywnej głupoty i totalniactwa. Ale w tym zidioceniu przekonanie, że cywilizacja rozwiązać może każdy problem, pozostaje wciąż jedną z dominant mentalności społeczeństw Zachodu.
W związku z czym społeczeństwa oczekują od swoich elit - mimo że generalnie od dawna już je odrzucają - szybkiego i pełnego uwolnienia ich od każdego zmartwienia, zagrożenia czy nieszczęścia. Jak żona ze starej komedii, która choć na co dzień traktuje męża jak śmiecia i ciosa mu kołki na łbie, w chwili gdy traci kontrolę nad sytuacją i poczucie bezpieczeństwa, krzyczy: "Felicjan! No zrób coś!". Różnica jest taka, że rządzący demokratycznymi państwami nie mogą jak Felicjan odpowiedzieć: "A niech was wszyscy diabli!". Żeby wyborcy rządzących nie przegonili, ci muszą w takiej sytuacji przekonywać ich, że "coś" robią.
Ale co tu zrobić, kiedy - jak z koronawirusem - zrobić się da niewiele albo zgoła nic? Wirus to wirus, żyjemy z nimi, także tymi z grupy koronawirusów, od wieków, na niektóre nauka znalazła leki i szczepionki, na niektóre nie dała rady, zresztą wirusy mutują - a bakterie, którym wirus pomaga włamać się do zaatakowanego organizmu, by go zabić, uodparniają się na antybiotyki. Żeby nie wiem jak się medycyna rozwinęła, żeby nie wiem jakie cuda wymyślili naukowcy, ludzie zawsze będą chorować i wskutek chorób umierać. Obietnica, jaką dało ludziom oświecenie, jest po prostu fałszywa. Co z tego jednak, skoro ludzie w nią wierzą, bo chcą wierzyć?
Wiara podsuwa na to wypracowane od wieków rozwiązanie: rytuał. Zarżnijmy i złóżmy bogom w ofierze czarną kurę, odprawiając przy tym taniec odstraszający wirusy, a natychmiast poczujemy się pokrzepieni na duchu, więcej nawet: zupełnie bezpieczni. Nie zachwieją tym poczuciem bezpieczeństwa, do pewnych przynajmniej granic, nawet oczywiste dowody nieskuteczności rytuału. Bo jeśli pomimo jego odprawienia kogoś jednak nieszczęście dopadnie, zawsze można się uspokoić, że widocznie nie przyłożył się należycie do tańca albo jego kura była nie dość czarna.
Oczywiście dla ludzi współczesnych rytuał musi mieć pozory nowoczesności i naukowości, ale sens jest wciąż dokładnie taki sam.
W ten sposób, paradoksalnie, zdychające oświecenie zepchnęło cywilizację całe wieki wstecz - co jest zresztą częścią problemu "postępu do tyłu", o którym od dłuższego czasu mówię, piszę i pewnie poświęcę mu następną książkę. Gdyby współczesna cywilizacja składała się z ludzi naprawdę rozumnych i oświeconych, przyjęłaby do wiadomości, że na covid generalnie sposobu nie ma, trzeba się po prostu pogodzić z tym, że około 70 procent populacji prędzej czy później się z nim zetknie, większość przejdzie to bezobjawowo, ale niektórzy zachorują, niektórzy z tych, którzy zachorują, przejdą chorobę ciężko, a niektórzy na nią umrą. Można oczywiście rozciągnąć ten proces w czasie, ograniczając kontakty między ludźmi, ale to tylko kupowanie czasu - za cenę różnych negatywnych skutków lockdownu. Na początku miało oczywiście sens zmniejszenie liczby zachorowań na tyle, by służba zdrowia była w stanie je obsłużyć, miało też sens opóźnianie rozwoju epidemii, by więcej się o nowej chorobie dowiedzieć. Ale powinno przecież być oczywiste, że wirus od lockdownu nie zniknie. Że prędzej czy później ludzie będą musieli wrócić do normalnego życia i "transmisja" ruszy na nowo. Mam wrażenie, że co mądrzejsi ludzie od razu tak mówili.
Współczesne społeczeństwa nie są jednak en masse ani trochę bardziej oświecone czy rozumne niż dawniejsze, więc odprawiwszy rytuały i ochłonąwszy z pierwszej paniki, uznały, że problem mają z głowy. Co najgorsze, tak samo chyba uznali rządzący. Przynajmniej w Polsce. Zamiast wykorzystać kupiony czas na przygotowanie środków i procedur pozwalających możliwie sprawnie przejść dalszy, nieuchronny ciąg epidemii, rząd PiS otrąbił sukces: wygraliśmy z chorobą!
Przy czym, wydając dla pozorowania, że "coś" robią, rozmaite zakazy, rządzący sami doskonale zdawali sobie sprawę, że to pic, więc prywatnie swoich obostrzeń nie respektowali. Przyłapywanie ich na tym obudziło wśród rządzonych podejrzliwość. Skoro sami chodzą na cmentarze, premiery i wiece, nie nosząc maseczek, to pewnie w ogóle żadnej choroby nie ma, pewnie to tylko pretekst do różnych niecnych działań władzy. Pic, spisek, "plandemia" - widział ktoś jakiegoś wirusa? No właśnie!
Klasyczny, odwieczny mechanizm zwany przez psychologię "wyparciem". Klin wybija się klinem, obłęd - innym obłędem.
Pojawienie się odruchu "antycovidowego" dopełniło mechanizm społecznej histerii. Odwieczny rytuał uzupełniony został równie odwiecznym wskazaniem wroga. To przez nich, przez antycovidowców, wróciła zaraza! - ogłaszają rządzący. I już się nie muszą tłumaczyć ze zmarnowanego czasu, karetek błąkających się między szpitalami, nieracjonalności zarządzeń, płynących tylko z biurokratycznej logiki zapewniania sobie przez kolejne urzędnicze szczeble "dupochronów". To wszystko wina sabotażystów, którzy odmawiają noszenia maseczek! To przez nich nasz rytualny taniec okazał się nie dość satysfakcjonujący dla bogów i przedwcześnie otrąbiliśmy zwycięstwo!
Jest już i odwieczny mechanizm "kary bożej", profesor Simon ogłasza triumfalnie, że ma u siebie na oddziale dwóch takich, co mówili, że koronawirus to ściema, a teraz od niego kitują!
Odmawiam kręcenia się w tym kołowrocie rytuałów, histerii i nonsensu. Kto chce, proszę bardzo. Ja nie.
Jeszcze kilkanaście lat temu koronawirusa w ogóle by nie zauważono. Odnotowano by może w pamięci, że w roku 2020 grypa była szczególnie zjadliwa - ale bez przesady, w porównaniu z wieloma wcześniejszymi zarazami nic specjalnego. Dzisiejsze nieszczęście polega na tym, że nauka, nie mogąc epidemii zapobiec, zdołała stosunkowo wcześnie wyizolować nowego wirusa, opisać go i ogłosić, że to inna grypa niż zwykle, a tym samym - narobić globalnej paniki. W efekcie przeżywamy pierwszą w dziejach epidemię transmitowaną na żywo, z codziennym wyliczaniem liczby wykrytych zarażeń i zgonów, całodobowym straszeniem przez różnych ekspertów itd. Różnica jest taka jak między drugą wojną światową, w której Ameryka traciła codziennie tysiące żołnierzy, ale dowiadywały się o tym tylko ich rodziny, i Ameryka wygrała - a wojną w Wietnamie, gdzie dzień w dzień każdego zabitego pokazywały dzienniki telewizyjne i w efekcie wielkie mocarstwo skichało się ze strachu (nawiasem mówiąc, przez zaledwie dwa pierwsze miesiące covida umarło więcej Amerykanów, niż zginęło w Wietnamie w ciągu kilkunastu lat).
Kierujmy się zdrowym rozsądkiem. Pochodu nowego wirusa przez Polskę i świat zatrzymać się nie da, tak jak nic nie mogło zatrzymać poprzednich i jak nic nie może zapobiec corocznym epidemiom grypy. Może uda się opracować szczepionkę, ale pewnie nie. Trzeba to po prostu przetrwać. Co zrobić można - to poprawiać organizację służb medycznych, racjonalizować procedury, unikać absurdów... Tego akurat nasza władza nie robi (i nie tylko nasza), bo to nie byłoby spektakularne. Zamiast tego podnosi do rangi fetyszu maseczki, a do rangi zbrodni - odmowę ich zakładania.
Wierzę, że taka maseczka, jeśli jest sensownie używana, ogranicza prawdopodobieństwo zarażenia - choć może też powodować różne szkody. Ogranicza to nie znaczy, że cokolwiek gwarantuje. Cały Zachód nosi pilnie maseczki, dezynfekuje ręce do kości, zachowuje dystans społeczny i jakoś problem od miesięcy nie znika, choć na pewno noszący, dezynfekujący i zachowujący czują się dzięki temu pokrzepieni. A ci, co wierzą, że byle te rytuały odrzucić i wyprzeć, całe zagrożenie zniknie, też czerpią ze swojej wiary pokrzepienie.
Staram się mieć przy sobie czystą maseczkę i zakładam ją, gdy wchodzę do sklepu albo metra, nie widząc w tym żadnej ujmy dla swojej godności czy wolności. Gdy w pobliżu mnie nikogo nie ma - natychmiast ją zdejmuję. I tak będę robił dalej, bez względu na aktualny kolor mojej strefy. Nie zamierzam dusić się w maseczce na świeżym powietrzu, kiedy nie będzie wokół mnie żywego ducha, bo to bez sensu. Jeśli "przystosunkuje się" o to jakiś patrol, uprzejmie odmówię przyjęcia mandatu i pokażę dowód osobisty, żeby pisali sobie pozwy do sądu grodzkiego.
I tak dalej, we wszystkich sprawach zamierzam kierować się własnym rozsądkiem, który mówi mi, że należy ograniczyć prawdopodobieństwo zarażenia, ale też że nie sposób się przed nim zabezpieczyć na sto procent. Każdy z nas w każdej chwili może ulec śmiertelnej chorobie, wypadkowi albo umrzeć czy stracić sprawność w inny sposób - tylko nikt o tym nie myśli, boby zwariował. Kiedy zaczynamy wariować od medialnego bombardowania koronawirusem, też lepiej przełączyć telewizor i cieszyć się sukcesem Igi Świątek, obejrzeć jakiś film albo kupić sobie dobrą książkę (najlepiej moją). Rozliczajcie polityków z konkretnych efektów, nie z pokrzykiwań i demagogii, jedzcie zdrowo, pamiętając o witaminach i mikroelementach, bądźcie aktywni fizycznie, kochajcie się, dobrze wysypiajcie i tak dalej. Nie daje to gwarancji, że nie zachorujecie, zmniejsza tylko prawdopodobieństwo nieszczęścia, ale tak czy owak, będzie się wam wtedy żyć lepiej. Tyle mam Państwu do powiedzenia.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.