1.
W kuchni pięknego kamiennego domku z niebieskimi drzwiami było zupełnie pusto, tylko firanka zafalowała, gdy Tomasz Halicki, niosący na rękach Danielę, wszedł do środka.
- Halo, jest tu kto?! - zawołał kolejny raz, nie licząc już na to, że otrzyma odpowiedź.
Rozejrzał się po niezwykłym wnętrzu urządzonym w stylu francuskiego zacisza, jakie pamiętał doskonale ze swoich zagranicznych wypraw. Na taki dom natrafił kiedyś, wędrując przez dżunglę w Afryce Równikowej, należał on do francuskich osadników, którzy mieszkali tam od pokoleń. Ich posiadłość, zagubiona wśród bagien i lasów, była jak z innego, eleganckiego świata, prawie baśni. Teraz kuchnia w Wilii Julia przywołała wrażenie, którego doznał podczas tamtej wyprawy.
Pod oknem zauważył kanapę tapicerowaną w oryginalny wzór - na bladoniebieskim tle wyobrażono zjawiskowe wielobarwne motyle zrywające się do lotu. Nie wahał się ani chwili, tylko ułożył na otomanie Danielę i przez moment przypatrywał się jej w milczeniu. Powinien wezwać pomoc, zadzwonić po lekarza lub pogotowie. Nie robił tego jednak, tylko stał na środku kuchni i obserwował dziewczynę w milczeniu, jakby namyślając się, jaką decyzję powinien podjąć.
Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem i stanęła w nich Agata Niemirska. Zaskoczenie odbiło się na jej uroczej twarzy.
- Co pan tutaj robi? Co się stało mojej siostrze? - zapytała i nie czekając na odpowiedź, podbiegła do leżącej na sofie Danieli i chwyciła ją za rękę.
- Zemdlała w ogrodzie. Przyniosłem ją tutaj. Wołałem, ale nikogo nie było - wyjaśnił Tomasz spokojnym głosem, jednak gospodyni zdawała się go nie słuchać. Sięgnęła po telefon i szybko wybrała numer.
- Doktorze, mówi Agata. Dzieje się coś niedobrego. Daniela straciła przytomność. Nie mogę jej docucić. Czy może pan przyjechać? Tak, zaraz zadzwonię po karetkę. Będę na pana czekać.
- Ja mogę wezwać karetkę - zaproponował mężczyzna, ale ponownie nie zwrócono na niego uwagi, więc usunął się w kąt kuchni. Niemirska wybrała numer pogotowia i poprosiła o pomoc. Dopiero wówczas przypomniała sobie o nim.
- Jak to się stało? To znaczy, chciałam zapytać, czy znalazł pan ją już w takim stanie?
- Nie. Rozmawialiśmy i nagle ona osunęła się na ziemię. Kompletnie się tego nie spodziewałem.
- Może ją pan czymś zdenerwował? - wypytywała gorączkowo.
- Nie sądzę. - Halicki się oburzył. - Po prostu spytałem o drogę.
Agata nie zdążyła niczego więcej powiedzieć, bo w drzwiach stanął Wilk.
- Byłem na szczęście w pobliżu - wyjaśnił i natychmiast rzucił się w kierunku sofy, na której leżała młodsza z dziewcząt.
- To zwykłe omdlenie - uspokoił jej siostrę. - Mam tu odpowiednie środki. - Wyciągnął z torby szklaną fiolkę i podsunął Danieli pod nos. Dziewczyna ocknęła się i spojrzała na weterynarza niezbyt przytomnym wzrokiem.
- Doktor Wilk? Co się stało?
- Na razie nic groźnego, ale nastraszyła nas pani. Niczego pani nie pamięta?
- Tylko tyle, że przyjechał Tomasz Halicki i chciał zabrać Tosię. Strasznie się zdenerwowałam... - powiedziała cichym głosem. - Ale może mi się to wszystko zdawało...
- Zabrać Tosię? O czym ty mówisz? - Agata nie rozumiała.
- Halicki? - zdumiał się z kolei doktor. - A on co ma do tego?
- Może ja to wszystko wyjaśnię... - odezwał się Tomasz, z ironicznym uśmiechem obserwując całą scenę spod ściany.
Doktor i Agata jak na komendę odwrócili się w jego stronę.
- A to co za diabeł? - rzucił weterynarz ze zdumieniem.
- Tomasz Halicki - wyjaśniła Daniela gorączkowo. - Zaczepił mnie przy furtce.
- O, wypraszam sobie! Nikogo nie zaczepiałem, spytałem tylko o numer domu.
- Powiedział, że przyjechał po Tosię, że chce ją zabrać. - Młodsza z dziewcząt tak gwałtownie usiadła na sofie, że straciła równowagę. Siostra musiała ją podtrzymać.
- Poczekaj, spokojnie, nie denerwuj się. Może ci to zaszkodzić. Pan Halicki na pewno nam to wszystko zaraz wyjaśni. - Ostatnie słowa Agata wypowiedziała lodowatym głosem, odwracając się w kierunku mężczyzny. On obruszył się i nie odezwał w ogóle, tylko zacisnął w złości szczęki.
- No, panie Halicki, czy jak panu tam - natarł na niego weterynarz. - Mamy chyba prawo wiedzieć, dlaczego zjawia się pan tutaj nieproszony i jeszcze z takimi kuriozalnymi roszczeniami...
Nie zdążył powiedzieć niczego więcej, bo w progach Willi Julia pojawili się ratownicy medyczni ze szpitala w Cieplicach, którzy zresztą szybko rozpoznali w Danieli ofiarę niedawnego wypadku drogowego. Nie chcieli nawet słyszeć o tym, że dziewczyna dobrze się już czuje i może zostać w domu.
- Miała pani ostatnio wstrząs mózgu i odniosła wiele obrażeń - przypomniał sobie jeden z medyków. - Takie omdlenia są niebezpieczne, podczas wypadku mogło dojść do jakiegoś urazu, który po pewnym czasie daje objawy neurologiczne. Moim zdaniem powinna pani wrócić do szpitala. Zabieramy panią.
- Nie ma mowy - zaprotestowała słabym głosem Daniela. - Nigdzie nie pojadę, nie zostawię siostry samej.
- Nie zachowuj się jak dziecko. Oczywiście, że pojedziesz z panami. Doktor Wilk będzie cię na razie eskortował, a ja za chwilę dojadę ze wsparciem - postanowiła najstarsza z dziewcząt mocnym i silnym głosem.
Weterynarz i Daniela spojrzeli na nią ze zdumieniem. Agata rzadko była taka zdecydowana. Młodsza siostra pokornie kiwnęła głową i pozwoliła zaprowadzić się do karetki, bo stanowczo odmówiła położenia się na noszach.
- Wszystkiego dopilnuję, może być pani spokojna - zapewnił doktor, obrzucając Halickiego niezbyt życzliwym wzrokiem, a on w odpowiedzi tylko się skrzywił i wzruszył ramionami. Obopólna antypatia była w tym przypadku natychmiastowa i widoczna jak na dłoni.
Gdy za Wilkiem i Danielą zamknęły się drzwi, Agata przede wszystkim nabrała głęboko powietrza, żeby się uspokoić. Bała się o siostrę i jej największym pragnieniem było zostawić Tomasza w tej kuchni, po czym pędzić do Cieplic. Chciała upewnić się, że Danieli nic nie zagraża, a to omdlenie było nic nieznaczącym epizodem, wynikającym z upału i nadmiaru emocji, całkowicie niezwiązanym z wypadkiem, jakiemu uległa kilkanaście dni wcześniej. Coś jednak podpowiadało Agacie, że wcale tak nie jest, że zdrowie młodszej dziewczyny jest zagrożone i nad ich do tej pory spokojnym życiem gromadziła się kolejna czarna chmura. Nie mogła jednak niczego przedsięwziąć, póki w jej domu był Halicki - następny poważny problem, z którym przyjdzie się jej zmierzyć. Przez moment zastanowiła się, gdzie jest Tosia, ale pomyślała, że pewnie jak zwykle o tej porze dnia pomaga Julii w warsztacie lub w pracowni meblarskiej. Nie było więc niebezpieczeństwa, że zjawi się tutaj niespodziewanie i stanie się świadkiem nieprzyjemnej rozmowy. Bo że nie będzie ona miła, tego Agata była akurat pewna.
- Może usiądziemy? - zwróciła się do nieproszonego gościa, który wciąż tkwił pod ścianą, a potem odwróciła się, by przygotować lemoniadę. - Napije się pan czegoś zimnego?
- No nie! Zachowuje się pani nieracjonalnie. Najpierw mnie pani obraża, a teraz, jak gdyby nigdy nic, zaczynamy banalną rozmowę jak na imieninach u cioci! - wybuchnął.
- Nikt nie chciał pana obrazić - wyjaśniła Agata spokojnie, choć w środku wszystko się w niej gotowało, uznała jednak, że lepiej będzie próbować załatwić tę sprawę pokojowo. - Byliśmy zdenerwowani sytuacją. Moja siostra niedawno została potrącona, wjechał w nią pirat drogowy, tylko cudem uniknęła śmierci. Po tym zdarzeniu zaczęła się skarżyć na bóle głowy, zaburzenia widzenia, ale wszyscy to zbagatelizowaliśmy, mając nadzieję, że samo przejdzie. Teraz obawiam się, że to może być coś poważnego, co właśnie daje nam znać o sobie...
- Przepraszam - mruknął Halicki, choć widać było, że przychodzi mu to z trudem. - Poproszę w takim razie o wodę.
Niemirska wyciągnęła z lodówki wodę z cytryną i nalała do dwóch szklanek, potem zaprosiła go do stołu, sama zaś usiadła naprzeciwko niego. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
- Jestem prawnym opiekunem Tosi - oznajmiła po dłuższym milczeniu. - Przeprowadziłam tę sprawę w sądzie rodzinnym.
Mężczyzna wypuścił wolno powietrze z płuc.
- Szybko się pani z tym uwinęła. Matka była pewna, że tak się właśnie stanie.
Agata spojrzała na niego wrogo.
- Mówi pan o Sylwii van Akern?
Tomasz upił trochę ze swojej szklanki i zrobił lekceważący ruch ręką.
- O Sylwii Wolańskiej. Moja matka uwielbia takie mistyfikacje. Raz używa nazwiska jednego męża, raz drugiego, czasem występuje pod panieńskim. Przez kilka lat była znana wyłącznie pod pseudonimem Sonia Wosch. Myślę, że moja siostra odziedziczyła po niej tę zdolność tworzenia sobie fikcyjnych życiorysów, też miała już ich kilka, w końcu jest aktorką. No i ojciec... Przerobił się z Czesława na Cezarego, ale to jestem akurat w stanie zrozumieć.
Gospodyni przypatrywała mu się ze zdumieniem. Młodszego Halickiego nie sposób było polubić. Ba! Chyba nawet trudno go było tolerować. Wyrażał się o wszystkich z taką wyższością i pogardą, że budziło to ogromne zdumienie. Czy ten człowiek nikogo nie szanował ani nie kochał? Najwyraźniej jakiekolwiek ciepłe uczucia żywił wyłącznie względem siebie samego.
- Rozmawiałam z panią Wolańską. Nie wywarła na mnie miłego wrażenia - oświadczyła więc Agata zdecydowanym tonem, bo nie chciała, żeby pomyślał sobie, że się go boi. - Zamierzałam się dowiedzieć czegoś o mojej matce, której w ogóle nie znałam, ale usłyszałam tylko smutną historię o pańskim ojcu i ich niezbyt udanym małżeństwie.
- No, akurat pani matka znacząco się przyczyniła do katastrofy tego związku. - Mężczyzna roześmiał się sarkastycznie. - Mnie jednak nie obchodzą te melodramatyczne bzdury. Interesuje mnie wyłącznie ta mała.
- Wyjaśniłam już panu, że jestem opiekunem prawnym Tosi i nic tego nie zmieni.
- To się jeszcze okaże. Nasza rodzina ma znakomitych prawników. - Tomasz wypił resztę wody i odstawił szklankę na środek stołu, bardzo się starając, aby trafiła dokładnie na przecięcie obu przekątnych. Agata patrzyła na niego w milczeniu, zaskoczona tym zwrotem sytuacji.
- Ale dlaczego? Po co chce pan to zrobić?
- Nie rozumie pani? Nie mogę dopuścić, żeby dziewczynka wychowywała się w takim miejscu. - Zrobił kolejny lekceważący ruch dłonią, wskazując na Willę Julia i całe jej otoczenie, jakby były to najgorsze warunki pod słońcem. - Poza tym uważam, że my, Haliccy, zawsze powinnyśmy trzymać się razem, bez względu na wszystko.
- Haliccy? Bez względu na wszystko? - powtórzyła Agata, nie wierząc w to, co przed chwilą usłyszała, a potem pokręciła głową. - Jestem jej siostrą w tym samym stopniu, w jakim pan jest jej bratem - oświadczyła dobitnie, wstając z krzesła i mierząc go wzrokiem. - I na pewno nie pozwolę, żeby stała się jej krzywda.
- Dlaczego miałaby się jej stać jakaś krzywda? - Mężczyzna wzruszył ramionami. - To raczej tutaj, w domku na kurzej stopce, nie czeka jej nic dobrego. U nas będzie opływała w luksusy, możemy jej zapewnić takie życie, o jakim w tej chwili tylko marzy. Wreszcie wyrwie się z nędzy i zasmakuje prawdziwego świata.
- Z jakiej nędzy? - Agata się oburzyła. - To jest normalny dom i normalne życie, które ona zna i do którego jest przywiązana. Tutaj mieszkała z matką i tu była szczęśliwa.
- No tak - rzucił z wyzywającym uśmieszkiem. - Ale kto powiedział, że nie mogłaby być szczęśliwsza?
Niemirska zamilkła, bo tym jednym zdaniem wytrącił jej wszystkie argumenty. Tak, to prawda. Właśnie o tym rozmawiała z Piotrem, a potem z Danielą, gdy wahała się, czy powinna występować w imieniu Tosi z roszczeniem o spadek po Halickim. W dokumentach, które odkryła w skrytce bankowej po śmierci matki, znalazła testament Cezarego Halickiego. Ojciec Tosi zapisywał w nim swój ogromny majątek w trzech równych częściach Tomaszowi, Eleonorze i Tosi właśnie - swoim trojgu dzieciom.
Od momentu, gdy ten akt wpadł w ręce Agaty, biła się z myślami, co robić. Sylwia Wolańska wyraźnie dała jej do zrozumienia, że rodzina Halickich wyprze się wszelkich związków Cezarego z Adą Bielską, a Tosia nie zostanie uznana za prawowitą spadkobierczynię. Wszystkie ewentualne roszczenia finansowe zostaną zakwestionowane, a do walki ruszy armia adwokatów, która uprzykrzy dziewczynom życie. Oczywiście, tego ostrzeżenia Sylwia udzieliła zapobiegliwie, jeszcze zanim Niemirska znalazła testament i zanim na jaw wyszły nowe fakty. I dlatego mimo oczywistej woli Cezarego, który chciał podzielić się swoim majątkiem z najmłodszym dzieckiem, Agata miała wątpliwości.
Sylwia wyraźnie mówiła, że w rodzinie Halickich nie ma miejsca dla obcych. Tu się strzeże jedności klanu i rodzinnego majątku. Pojawienie się więc Tomasza i jego dziwne oświadczenie było dla Niemirskiej wielkim szokiem, bo pozostawało w jawnej sprzeczności z tym, co mówiła jego matka. Młodemu Halickiemu w jakiś pokrętny sposób zależało jednak na młodszej siostrze. On ją nie tylko zaakceptował całkowicie bezwarunkowo, lecz także chciał włączyć do rodziny, by wychowywała się zgodnie z familijnymi tradycjami. Niestety, robił to w typowy dla siebie sposób - nie licząc się z nikim ani z niczym.
- W każdym razie zobaczymy się jeszcze - rzucił ostrzegawczo. - Nie zamierzam na razie stąd wyjeżdżać. Zatrzymałem się w Cieplicach, w hotelu o nazwie jak z powieści Stevena Kinga, czyli "Panorama". Proszę, tutaj jest mój numer, chciałbym umówić się w jakiś cywilizowany sposób na spotkanie z Antoniną. Rozumiem, że w obecnej sytuacji, gdy pani urocza siostra jest w szpitalu, potrzebujecie paru dni na oswojenie się z nową sytuacją, zaczekam więc na telefon. Moja cierpliwość ma jednak swoje granice - syknął, rzucając na stół swoją wizytówkę.
Agata nie odezwała się ani słowem, tylko po prostu zamknęła za nim drzwi i w milczeniu patrzyła za oddalającym się samochodem. Gdy się już upewniła, że odjechał, poszła do herbaciarni.
Klientów na szczęście nie było zbyt wielu i Monika dawała sobie świetnie radę. Na wieść o tym, że Daniela znowu trafiła do szpitala, ich pomocnica wpadła w panikę.
- To niemożliwe! Co się mogło stać? Czy lekarz ci w ogóle coś powiedział? Musisz tam natychmiast jechać i wypytać się o wszystko, bo to może być coś groźnego. Doskonale dam radę sama, a gdyby pojawiło się więcej klientów, zatelefonuję po Julka. Wiem, że się ostatnio nudzi w klinice, bo nie mają z doktorem wielu pacjentów na miejscu. Nie martw się więc biznesem.
Herbaciarnia była naprawdę ostatnią rzeczą, jaką Agata zaprzątała sobie w tej chwili głowę. Miała dużo poważniejsze troski. Otoczyły ją jak czarne ptaki i sprawiły, że uśmiech zniknął z jej pogodnej twarzy. Przeszła przez patio lokalu, prawie nie zauważając, jak pięknie się tutaj zrobiło.
Była już pełnia lata i wszystkie zasadzone ręką Julii kwiaty wybuchły feerią barw i aromatów, po prostu wysypywały się z grządek i donic. Dopiero teraz można było docenić to, jak wspaniale współgrał z nimi architektoniczny projekt ojca dziewcząt, inżyniera Niemirskiego. Przekształcił on niewielki drewniany kiosk w obszerny pawilon z przeszkloną ścianą i ogrodem wyłożonym drewnianymi płytkami, z wystrojem zaprojektowanym i wykonanym w dużej mierze przez Julię. Jej oryginalne meble dopełniały obrazu - barwne kanapy, fotele i ręcznie malowane krzesła sprawiały, że chciało się tu wejść, usiąść i odpocząć wśród blasków, kolorów i zapachów.
Było urzekająco, czarodziejsko i tajemniczo. Spragnieni chłodu znajdowali go wśród ocieniających patio pnączy, a ci, którzy woleli słońce, mogli grzać się w jego promieniach obok przepięknych wielokolorowych traw. Ogródek cieszył się tak wielkim powodzeniem gości, że siostry musiały wygospodarować na herbaciarnię również kawałek sadu za pawilonem, gdzie rozstawiły stoliki.
Utarło się już, że tutaj szukali prywatności zaprzyjaźnieni klienci: kilkoro wiernych wczasowiczów z pobliskich pensjonatów, którzy uwielbiali schodzić się popołudniami na brydża w swoim towarzystwie, a także młode pary, spragnione prywatności i intymnej rozmowy. W cieniu wielkiej starej lipy za dawnym kioskiem było zacisznie, chłodno i urokliwie.
Licytacja brydżystów i ich charakterystyczne wesołe odzywki w stylu: "Gra w piki daje wyniki!", "Figur na figur, jak to mawiał Święty Igór" lub "Pierwsza zasada: patrz w karty sąsiada!" rozlegały się gromko po sadzie już od podwieczorku i trwały często do kolacji albo nawet i później, gdy była ładna pogoda. Nie raz i nie dwa do gry przyłączał się ksiądz, który okazał się zapalonym brydżystą i często pojawiał się w sadzie, gdy zakończył już swój wieczorny spacer. Wierszyk o Świętym Igorze należał zresztą do jego ulubionych, obok iście ludowej mądrości: "Kto nie zgrywa atutów, ten chodzi bez butów", którą częstował swoją partnerkę, panią Lucynkę, nazywającą go uporczywie "dobrodziejem", bo bardzo jej się ta staropolska tytulatura osób duchownych podobała.
Teraz jednak pod lipą nie było ani graczy, ani zakochanych par, a to z powodu zbyt wczesnej godziny. Agata wyszła przez zaplecze i przebiegła przez sad w kierunku warsztatu Julii. Tak jak podejrzewała, zastała tam Tosię pomagającą sąsiadce w przygotowaniu do sprzedaży kolejnego mebla. Tym razem było to bardzo eleganckie biurko, ozdobione motywami roślinnymi. Dziewczynka zajmowała się polerowaniem blatu.
- O, Agata, dobrze cię widzieć - ucieszyła się Julia, ale zaraz zmarszczyła brwi, dostrzegając zmartwioną minę Niemirskiej. - Tosiu, przetrzyj jeszcze gałki od szuflad i możemy właściwie kończyć, jest przepięknie, bardzo mi pomogłaś - dodała.
Mała rozpromieniła się na te słowa.
- Naprawdę? To może jeszcze zamiotę tutaj? - zaproponowała pełna dobrych chęci.
Julia skinęła głową, po czym zaprowadziła Agatę w głąb warsztatu, gdzie znajdował się mały kantorek. Parzyła w nim sobie mocną kawę, gdy chciała chwilę odpocząć.
- Co się stało? Jakieś złe wieści w sprawie tej budowy hotelu z termami? - zapytała z niepokojem, bo od dłuższego czasu ta właśnie sprawa spędzała jej sen z powiek. Żona burmistrza, Małgorzata Trzmielowa, zamierzała postawić w najbliższym sąsiedztwie ich domów ogromny kompleks turystyczny, który mógł poważnie zagrozić okolicy, a nawet - w najgorszym razie - pozbawić je dachu nad głową.
Agata zaprzeczyła.
- Daniela zasłabła w ogrodzie. Wezwaliśmy z doktorem karetkę z Cieplic, zaraz do niej jadę, chciałam zabrać ze sobą Tosię - wyjaśniła, a Julia patrzyła na nią w milczeniu, czekając na to, co jeszcze powie. Oczywiste było, że wydarzyło się coś więcej, skoro Agata od razu nie pojechała z siostrą. - W Zmysłowie pojawił się niespodziewanie przyrodni brat Tosi, Tomasz Halicki - dodała dziewczyna. - Wszystko wskazuje na to, że przyjechał tutaj, żeby ją zabrać do siebie. - Niemirska popatrzyła na zaufaną sąsiadkę z rozpaczą.
- Chyba żartujesz! - Julia pokręciła głową z niedowierzaniem. - To przecież niemożliwe. Jak to: przyrodni brat? Przecież Ada nikomu nie mówiła, kto jest ojcem małej. W jaki sposób to wyszło na jaw, na Boga? I jakim cudem nagle w Halickich obudziły się uczucia rodzinne?
Agata uniosła głowę zdumiona i spojrzała na starszą kobietę pytającym wzrokiem.
- Pani wiedziała, kto jest ojcem Tosi?
Węgierka wzruszyła ramionami.
- Oczywiście. Ada zobowiązała mnie do absolutnego milczenia, więc nie pisnęłabym ani słowa, choćbyś mnie przypiekała na wolnym ogniu. Widzę jednak, że cała sprawa dawno się wydała. Dotarło do mnie już wcześniej, że prowadzisz swoje śledztwo, nie myśl, że jestem ślepa. Miałaś do tego prawo, to jasne. Podejrzewałam zresztą, że matka zostawi wskazówkę, prawdopodobnie w tej osławionej skrytce w banku, w której znalazłaś między innymi akt własności tego domku. Było tam coś jeszcze, prawda?
- Tak. Testament Cezarego Halickiego, w którym zapisywał jedną trzecią swego majątku Tosi.
- Nie wiedziałam, że Halicki umarł - mruknęła Julia. - Dziwnie się skończyła ta cała nieszczęśliwa historia, przyznaję. Agatko, znasz mnie dobrze. Jestem zwolenniczką prostych rozwiązań. Wielokrotnie mówiłam twojej matce, że związek z Cezarym nie ma sensu, nie przyniósłby jej nic dobrego. Myślę, że ostatecznie uznała mój punkt widzenia za słuszny. Po cóż wiązać się z człowiekiem, który tak naprawdę nie potrafił kochać?
- Uważa pani, że tak właśnie było? - spytała dziewczyna cichym głosem.
Julia popatrzyła na nią z westchnieniem.
- A jak inaczej wytłumaczyć to wszystko? To był człowiek, któremu na nikim nie zależało i nikogo nie potrafił zrozumieć. Kierował się wyłącznie własnym interesem. Tak przynajmniej ja to widziałam i powtarzałam Adzie, by próbowała choć Tosię ocalić przed tym egoistą. Ale dosyć już o tym. O zmarłych nie powinno się źle mówić, kto inny będzie już ważył ich uczynki, dobre i złe... Powiedz mi lepiej, co zamierzasz zrobić? Ten braciszek chyba nie ma podstaw prawnych, żeby upominać się o naszą małą?
- Mam nadzieję, że nie. On co prawda twierdzi, że jego adwokaci wszystko mogą, ale przecież to ja jestem opiekunem prawnym Antoniny i tego się nie da tak po prostu zakwestionować - żarliwie zapewniła Agata.
- Oczywiście. Zresztą liczy się jeszcze zdanie Ady. A ja przed każdym sądem mogę zaświadczyć, że życzyła sobie, żeby tak się stało.
- Co ma pani na myśli?
- Dokładnie to, co mówię. Myślisz, że twoja matka była głupia? Obawiała się, że Halickim może strzelić do głowy coś w tym rodzaju. Zobowiązała mnie i doktora Jerzego, to znaczy każde z nas z osobna, że sprowadzimy cię tutaj i skłonimy, żebyś zaopiekowała się Tosią. Oczywiście liczyłam na to, że zrobisz to po dobroci, bo to przecież takie kochane dziecko, ale miałam też przygotowane pewne narzędzia nacisku, na przykład rózgę. Oczywiście żartuję - dodała na wszelki wypadek, bo Agata wyglądała tak, jakby niektóre słowa w ogóle do niej nie docierały.
Myślała o niedawnej rozmowie z doktorem Wilkiem. Tak, już wówczas miała wrażenie, że weterynarz coś przed nią ukrywa, nie mówi jej całej prawdy o swojej ostatniej rozmowie z Adą. Przyznał, że zobowiązał się do czegoś wobec jej matki. Czy właśnie o to chodziło? Że nigdy nie oddadzą Tosi Halickim? Zapewne tak.
- Już sprzątnęłam wszystko. - Uśmiechnięta dziewczynka zajrzała na zaplecze warsztatu.
- Cudownie. Bardzo mi pomogłaś. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. A teraz już jedź z siostrą, bo chce cię zabrać ze sobą - powiedziała Julia, na co Agata przytaknęła. W momencie, gdy kręcił się tutaj Halicki, nie chciała spuszczać małej z oka.
- Dokąd jedziemy? - zainteresowała się Tosia.
- Do Cieplic. Daniela gorzej się poczuła i musiała pojechać do szpitala z doktorem Wilkiem. - Agata starała się przedstawić całą sprawę w możliwie najdelikatniejszy sposób, ale dziewczynka i tak się przeraziła.
- Ale nic jej nie będzie? Powiedz mi! Nie musi zostać na operacji w szpitalu? - dopytywała się gorączkowo.
- Myślę, że nic jej nie dolega, choć pewnie czekają ją jakieś badania - uspokajała starsza siostra.
- No, ruszajcie już, bo pewnie Daniela się o was niepokoi. - Julia zdecydowanym gestem skierowała je do wyjścia. - A ty niczym się nie martw - upomniała jeszcze Agatę. - Ja tu jestem, nad wszystkim czuwam i na pewno nie pozwolę wam zrobić krzywdy.