Rozdział 1
Tom
Kiedy myłem ręce po udanym zabiegu pomniejszania piersi, do łazienki wszedł mój ojciec, dyrektor całego tego kurwidołka.
- Jak ci poszło?
- Jak zawsze - odparłem luźno. - To była rutynowa mammoplastyka.
Chociaż więcej razy powiększałem cycki, to pomniejszanie też robiłem dosyć często.
- To dobrze. Masz jeszcze coś dzisiaj? - zapytał, jakby nie miał wglądu do mojego grafiku.
- Pośladki, ale to za dwie godziny dopiero.
- Szybki lunch? - zaproponował.
- Jasne. Przebiorę się i przyjdę - zgodziłem się.
Nie pytałem dokąd, bo zawsze jadaliśmy w tym samym miejscu, w restauracji oddalonej jedynie o przecznicę od naszej kliniki.
Kiedy wszedłem do lokalu, ojciec siedział już przy stoliku. Popijał wodę z cytryną i czekał.
- Zamówiłem ci rybę z frytkami - oznajmił.
- Dzięki - odrzekłem.
Nie byłem zły, bo lubiłem to danie, w tym konkretnym bistro zamawiałem głównie to, a ojciec dobrze o tym wiedział.
Zająłem miejsce naprzeciwko niego.
- Widziałem w kalendarzu, że na czerwiec zaplanowałeś sobie znacznie mniej godzin. Dzieje się coś?
- Nie. Joshua - wspomniałem o znajomym, z którym robiłem moją drugą specjalizację - poprosił mnie o zastępstwo u siebie, bo wyjeżdża na urlop, a wiesz, jak to wygląda w państwowych szpitalach.
- Zgodziłem się, żebyś praktykował tam w piątki, chociaż sam nie wiem po co ci to - westchnął - ale nie trzy dni w tygodniu. Tak nie można.
- Dlaczego? Nie chcę tylko poprawiać urody bogatych damulek. Jestem też chirurgiem dziecięcym i nie chcę stracić tego dyplomu. Muszę od czasu do czasu wykonywać też takie zabiegi.
- Wystarczy raz na kilka miesięcy, żeby nie wyjść z wprawy, a nie trzy razy w tygodniu.
- Tylko przez pół miesiąca. Na zastępstwie.
- Ale potem w każdy piątek dalej będziesz poza naszą kliniką. Mógłbyś to ograniczyć do jednego dnia w miesiącu.
- Mógłbym - przyznałem. - Ale jak już wspomniałem, nie chcę.
Ojciec ponownie westchnął.
- Naprawdę nie wiem, dlaczego to robisz. Praca za grosze, u nas masz kilkukrotnie więcej. Tracisz czas i pieniądze.
- Nie uważam tak. A pieniędzy i tak mam sporo. Poza tym jako lekarz pomagam ludziom. Muszę czasem zrobić coś innego niż liposukcja czy inne wybryki bogatych celebrytek, bo bym zwariował.
- Chirurgia plastyczna to nie tylko widzimisię snobistycznych panien. To nie tylko usuwanie czasem wyimaginowanych kompleksów. To też poprawa jakości i komfortu życia osób po przeżytych tragediach.
- Tak, ale nie u nas. Na nasze usługi nie stać każdego.
- Ale ty i na to znalazłeś rozwiązanie, uruchamiając program pomocy dla fundacji, którą założyły siostra i żona twojego kumpla, Williama Wooda. Nie wystarcza ci to?
- Widocznie nie. - Wzruszyłem ramionami. - Co? - zapytałem, bo bacznie mi się przyglądał.
- Nic. Mam tylko nadzieję, że nie postanowisz nagle prysnąć na misję do Afryki, samarytaninie.
- Na razie nie zamierzam. Ale za kilka lat... - Zamyśliłem się na moment. - Dzięki za pomysł.
- Ja podpierałem się nazwiskiem swojego ojca całe życie i równie ciężko jak on pracowałem na tę markę. Ty przyszedłeś praktycznie na gotowe. I co? Odbiło ci od tego dobrobytu.
- To nie było do końca tak. Wyuczyłem się, swoją wartość i markę osobistą budowałem sam. Doświadczenia też nie da się dostać, kupić czy zasłonić nazwiskiem.
- Zgadza się. I dlatego, dzięki swojej ciężkiej pracy, możesz zarabiać duże pieniądze. W publicznym szpitalu działaj sobie sporadycznie, a nie co tydzień. To za często.
- Pomyślę o tym - powiedziałem dla świętego spokoju.
Temat wałkowaliśmy praktycznie od momentu, kiedy otrzymałem dyplom chirurga dziecięcego.
Na studiach byłem zbuntowanym młodzikiem, który ciągle kłócił się z rodzicami. Pod koniec pierwszej specjalizacji na złość ojcu zacząłem drugą, żeby mieć w razie czego jakąś alternatywę. Akurat był wakat na chirurgii dziecięcej, a ja byłem po kolejnej kłótni z ojcem, więc nawet się nie zastanawiałem. A potem okazało się, że to jest bardzo fascynujące. Dlatego też, kiedy w końcu zdobyłem dyplom plastyka, nie zrezygnowałem z praktyk w państwowym szpitalu. Lubiłem pracę na chirurgii dziecięcej. To było dobrą odskocznią od modelowania sylwetek. Dzieciaki zawsze poprawiały mi humor, kiedy po operacji odwiedzałem je na oddziale. Wtedy miałem poczucie, że robię coś dobrego, coś bardziej wartościowego niż korekta nosa.
- Poprosiłem cię o spotkanie, bo jest pewna delikatna sprawa - zaczął ojciec, przywracając mnie do rzeczywistości. W międzyczasie, kiedy podawano nasze dania, wyciągnął z torby teczkę i mi ją podał.
- Co to?
- Otwórz i sprawdź. - Ponaglił mnie ruchem dłoni.
Otworzyłem i rzuciłem pobieżnie okiem na dokumenty.
- Nic nie rozumiem - przyznałem, patrząc w kartki jak szpak w pizdę.
- Kojarzysz tę kobietę? - zapytał, wskazując palcem na dane osobowe wpisane na pierwszej kartce.
- Chyba tak. Była u nas. Chciała kolejną liposukcję. Odmówiliśmy. I ty, i ja. I z tego, co pamiętam próbowała też u Zacha - wspomniałem o jednym z naszych chirurgów.
- Właśnie - przyznał. - Więc skąd, kurwa, są papiery na to, że ten zabieg był wykonywany u nas i że to my go spartoliliśmy? - zapytał, a ja przerzucałem kolejne kartki dokumentów.
- I nas pozywa? - zdziwiłem się, patrząc na jedną z nich.
Nic z tego nie rozumiałem.
- Tak. Pojedź z tym do Harrisa. Niech się temu przyjrzy i zacznie działać.
- Jasne. Zrobię to jeszcze dzisiaj. - Zamknąłem teczkę i odłożyłem ją obok mojego talerza. - Cipa chyba nie wie, z kim zadarła.
***
Późnym popołudniem podjechałem do Richmond, gdzie mieszkał najlepszy prawnik w Londynie, a może i w całej Anglii, a zarazem jeden z moich przyjaciół, Alexander Harris.
Zaparkowałem na podjeździe i wszedłem na bardzo zadbaną posesję. Laura, jego żona, lubiła bawić się w ziemi i sama dbała o ogród.
Mało tego, żona jednego z bardziej wpływowych ludzi w Londynie zrobiła sobie na tyłach domu warzywniak i szklarnię. Zawsze powtarzała, że ją to relaksuje. Do tego sama kisiła w słoikach wyhodowane przez siebie ogórki. A nie, sorki, nie sama. Robiła to z Amelią, żoną mojego drugiego kumpla, Williama Wooda, najlepszego finansisty w Europie.
Zabawne, jak to się życie układa. Alex z Willem byli dwa lata młodsi ode mnie i Eliota, a już zdążyli się hajtnąć i zapłodnić swoje kobiety. Harris, który do niedawna był chyba największym przeciwnikiem monogamii, nawet dwukrotnie.
- Cześć, panie doktorze. - Laura wychyliła się zza domu i pomachała do mnie zapraszającym gestem.
Zapewne pili na patio popołudniową herbatę. Podszedłem do niej, pocałowałem w policzek i pogładziłem brzuch.
- Cześć, ciężarówko. Jak tam maleństwo? Znacie już płeć?
- Nie. Nie chciało się pokazać. Za tydzień idziemy na kolejną wizytę, to może się uda. Woodowie też idą. A potem zrobimy wspólny baby shower, ale to za jakiś miesiąc, bo Alex potrzebuje podwójnego potwierdzenia. - Zaśmiała się. - Czuj się zaproszony.
- Nie omieszkam przyjść - odparłem z szerokim uśmiechem. - Za nic bym tego nie przegapił.
Laura poprowadziła mnie na taras, gdzie siedział jej mąż i tłumaczył coś stojącemu przed nim synkowi.
- Cześć, Alex - przywitałem się z kumplem, a ten wstał, gdy zauważył, że wszedłem do ogrodu.
- Wujek Tom! Wujek Tom! - Usłyszałem piskliwy, donośny głosik na wysokości około metra od ziemi.
- Siema, młody - zwróciłem się do małej kopii Alexa, niespełna trzyletniego Adama. - Cieszysz się na rodzeństwo?
Poczochrałem jego blond włosy. Normalnie skóra zdjęta z tatusia.
- Nie - odparł buńczucznie.
- Nie? - zapytałem szczerze zdziwiony. - Dlaczego? Bycie starszym bratem jest świetne.
- Nie, jeśli to będzie dziewczyna. Nie chcę siostry. Chcę brata - mówił, wypowiadając niektóre słowa jeszcze niewyraźnie.
- Rozumiem - odparłem z udawaną powagą.
- Zrobisz mi samolot? - Trzylatek wyciągnął dłonie w moją stronę. - Proszę.
- Oczywiście, że ci zrobię.
Chwyciłem go za rękę i nogę i okręciłem się kilkukrotnie wokół własnej osi, podnosząc go i opuszczając co pół okrążenia. Potem bezpiecznie posadziłem go na trawie. Zachichotał wesoło.
Zerknąłem na altanę. Laura się śmiała, a Alex popadał w stan hiperwentylacji. Nadal był cholernie przewrażliwiony, jeśli chodziło o syna. Jeżeli teraz urodzi im się córka, pewnie będę musiał co miesiąc wypisywać kumplowi receptę na leki uspokajające.
Czasami kłuła mnie lekka zazdrość. Łapałem się na myślach, że fajnie byłoby mieć dziecko, ale potem gdy przychodziłem tu i dawałem się wymęczyć małemu Adamowi, cieszyłem się, że wracam do mojego cichego i spokojnego domu. Wystarczały mi cudze dzieci i moi mali pacjenci. I na razie musiało tak zostać, bo jakoś nie widziałem na horyzoncie żadnej, która mogłaby aspirować na matkę moich dzieci.
Z siedzącym mi na kolanach Adamem wypiłem mrożoną herbatę z przyjaciółmi, a następnie udałem się z Alexandrem do jego gabinetu.
Podałem mu teczkę.
- Mirella McCanzie - przeczytał dane tej suki. - Znam.
- Co?! Skąd?!
- Jesteście drudzy, których pozywa w podobnej sprawie. A ogólnie trzeci, bo jeszcze próbowała wymusić odszkodowanie drogowe. Pech chciał, że koleś, w którego celowo wjechała motorowerem, miał rejestrator i wszystko się nagrało.
- Do wygrania? - zapytałem, chociaż już po jego minie widziałem, że tak.
- Jakby to powiedział Will-Wood: proste jak jebanie. - Zamknął teczkę i wyjął jakąś kartkę z szuflady. - Podpisz mi tylko pełnomocnictwo. Pewnie nawet nie dojdzie do procesu. Wystraszy się i będzie szukać innych naiwnych, z których można wyciągnąć kasę.
- Naprawdę tacy ludzie jeszcze istnieją? - zdziwiłem się.
- Nawet nie wiesz, jak wielu ich jest. - Zaśmiał się. - Ale utemperujemy ją i to my wysuniemy akt oskarżenia o zniesławienie.
- Ja pierdolę, jakbym za mało miał na głowie.
- Tym akurat martwić się nie musisz. Zostaw to mnie.
- Dzięki, stary. - Wstałem, wyciągając do niego dłoń.
- Podziękujesz, kiedy wystawię ci rachunek. - Uśmiechnął się przebiegle. - A teraz chodź, Laura na pewno podaje kolację i nie wypuści cię, dopóki cię nie nakarmi.
- To dobrze - uśmiechnąłem się - bo uwielbiam polską kuchnię twojej żony. Czy tym razem również zrobiła tę zupę ze skisłych ogórków?
- Kiszonych - poprawił mnie lekko zirytowany.
- Wiem, ale lubię naśmiewać się z ciebie i Willa i wypominać wam przy każdej okazji, że nie potrafiliście przyswoić, że ogórki są kiszone, a nie skisłe.
- Nawet jeśli Laura ją przygotowała - warknął przez zęby - powiem jej, żeby cię nią nie częstowała.
- Tylko spróbuj. - Uśmiechnąłem się do niego sztucznie, po czym zawołałem w stronę krzątającej się po strefie kuchennej żony przyjaciela. - Lauro! Czy w dzisiejszym menu znajduje się ta pyszna zupka z ogórków?!
- Masz dziś szczęście, doktorze. Jest, jest - odparła, idąc w naszą stronę, czyli do otwartej na salon jadalni. - Odkąd jestem w drugim trymestrze, to w zasadzie jem tylko tę zupę lub kotlety mielone, ziemniaki i buraczki. Alex narzeka na mało urozmaiconą dietę i nawet jemu już przejadła się zupa ogórkowa, więc załapiesz się nawet na dokładkę.
Wyszczerzyłem się zadowolony, znów spojrzałem na kumpla i, jak na dojrzałego trzydziestoczteroletniego faceta przystało, pokazałem mu język.