Czarownice z Pirenejów - Luz Gabas

-
Proszę czekać

* * *

Znowu.

Deszcz i nieustanne porywy wiatru wściekle sieką jej ciało.

A może moje?

Zdesperowana biegnie. Jej buty grzęzną w błocie. Ma ciemne, długie włosy. Przeszkadzają jej, gdy splątane zasłaniają twarz i krępują ramiona.

Ciężko mi. Bardzo.

Dyszy. Jest półprzytomna. Zrozpaczona.

Teraz przeskakuje przez kamienny murek wprost na zarośniętą ścieżkę. Potyka się na kamieniach.

Nie mogę oddychać...

Jakiś cierń rani jej twarz. Inne rozrywają ubranie, wbijają się w ciało, ale ona nie rezygnuje. Czerwonawe liście gniją wokół na ziemi. I nagle - koniec ścieżki. Podnosi wzrok i widzi mostek nad wąwozem. Bardzo wąski.

Wiem, że ona wie - bo przychodziła już w to miejsce spragniona samotności - że to właściwie przęsło akweduktu, którym woda z gór płynie na pastwiska.

Ten widok ją uspokaja. Przynosi chwilową ulgę. Wiadomo, co teraz robić. Pada na ziemię i zaczyna się czołgać. Chce wpełznąć na wąziutką kładkę wspartą na dwóch filarach sterczących z pomarańczowej skały. Dłonie wyczuwają kleistą wilgoć wiekowego mchu.

Jest miękki i gładki, trochę lepki.

Nieprzyjemny.

Po kamieniach spływają krople deszczu. Jak łzy. Suną szybko, by zawisnąć na moment na krawędzi i spaść w przepaść.

Widzę, jak lecą, każda z osobna i wszystkie naraz, bez końca.

Plusk, plusk, plusk, plusk...

Boję się. Ten dźwięk napawa mnie lękiem. Tak samo jak sytuacja, w której znalazła się ta kobieta...

Kim jesteś?

Uważaj!

Usiadła, nogi zwiesiła w pustce!

Wiatr dmie, jest tak silny, że trzeba się trzymać obiema dłońmi zaciśniętymi na kamieniu tuż przy udach. W dole wąwóz otwiera swą gardziel. A ona, wyrwana z odrętwienia nagłym zawrotem głowy, coś sobie przypomina...

Nisko spuszcza głowę i cała dygocze od szlochu.

Czuję, że zalewa mnie głęboki ból...

Drżą również ostatnie jesienne liście, zanim wicher ostatecznie rozprawi się z tym, co było ich życiem.

Co ci jest?

Co mi jest?

Znowu to wrażenie...

Jak gdyby... Nie wiem.

Chce jedynie zniknąć.

Plusk, plusk, plusk, plusk...

Te krople...

I przybliżający się tętent kopyt w galopie. Rżenie konia. Obraz wielkiego czarnego wierzchowca, który staje dęba na krawędzi wąwozu. Ciało, które spada i obija się o skały. Kilka chwil niepewności.

Ten koń...

Ona chyba go rozpoznaje.

Zapomina o sobie. Człowiek w dole się nie rusza. Jest ranny. Koń nerwowo grzebie kopytem. Nie wie, co dalej.

Mężczyzna leży na brzuchu, z twarzą prawie obmywaną przez płynącą dnem wąwozu wodę. A jeśli się utopi?

Musisz pomóc! Złaź!

Nie wiem jak, ale docieram do niego.

Pochyla się nad ciałem, odsuwa płaszcz, który zwinął się mu na głowie, i obiema rękami odwraca mężczyznę na plecy. Widzi zakrwawioną twarz.

- To ty! - woła z ulgą.

Mnie również się zdaje, że go znam, że już go gdzieś widziałam... Tylko gdzie?

Te oczy, których spojrzenie mnie pali - do kogo należą?

A teraz znowu... Jak krótko trwa wytchnienie!

Krzyki pełne nienawiści i strachu.

I ten monotonny głos, który raz po raz powtarza niezrozumiałe dla mnie słowa:

- Omnia... mecum...

A ja... Nie...

1.

Jestem przy tobie - powiedział ktoś, głaszcząc ją łagodnie. - Już dobrze.

Brianda powoli otworzyła oczy. Już dobrze, ale koszmar przecież wróci. Co się z nią, do diabła, dzieje? W ostatnich miesiącach te walki z nocnymi cieniami przytrafiają się jej coraz częściej. I zawsze kończą się płaczem. Zamrugała, by przyzwyczaić źrenice do światła i uporać się ze łzami. Odzyskała już poczucie rzeczywistości, lecz wciąż z milczącym błaganiem tuliła się do mężczyzny, który ją obejmował. Serce biło jej w bolesnym pośpiechu, ciało lepiło się od potu.

- Esteban... - Jej głos zabrzmiał ochryple. Chciała coś dodać, ale nie wiedziała co. Nikt, nawet on, nie mógł jej pomóc, ponieważ sama nie wiedziała, czego się boi.

- Uspokój się, kochanie... - Esteban w milczeniu odczekał, aż jej oczy odzyskają zwykły wyraz. Wtedy dźwignął się, oparł o zagłówek i przyciągnął ją znowu do siebie. - Lepiej?

Przytaknęła, uśmiechając się lekko, by go uspokoić, choć sama wciąż czuła niepokój. Musiała przyznać, że przejawiał wobec niej wielką wyrozumiałość. Może nawet zbyt wielką. Przez cały ten czas ani razu nie okazał zniecierpliwienia. Nie robił najmniejszych wyrzutów. Zastanawiała się, czy sama reagowałaby tak powściąg­liwie, gdyby to on ciągle budził ją podobnymi histeriami.

Usiadła na brzegu łóżka. Bolała ją głowa. Ból głowy powoli stawał się jej nieodłącznym towarzyszem.

- Nie wiem, co mi jest... - szepnęła.

Nie umiała odpocząć ani w dzień, ani w nocy. Podniosła dłoń do szyi. Drapało ją w gardle, szczypało w duszy.

- To na pewno przez dzisiejsze spotkanie. - Esteban delikatnie poklepał ją po ręce. - Za kilka godzin będzie po wszystkim. - Popatrzył na budzik. Była siódma. - Wstaję. Czeka mnie ciężki dzień.

Ruszył do łazienki. Brianda odwróciła się, poprawiła poduszki i znów na nie opadła. W głowie wciąż dźwięczały jej niezrozumiałe łacińskie wyrazy. Przymknęła powieki, przypominając sobie luźne obrazy i wrażenia: jakąś kobietę, konia, wodę, coś lepkiego pod palcami... Nie musiała wysilać pamięci, bo wszystko było jak zawsze. Wiedziała, że prawie nigdy jeden sen nie powtarza się raz za razem. W każdym razie jej nic takiego się wcześniej nie zdarzało. Próbowała szukać logicznego wytłumaczenia, ale niespecjalnie znała się na psychoanalizie. Może jej umysł próbował ją przed czymś ostrzec; tyle że nie miała zielonego pojęcia przed czym. Choć długo się nad tym zastanawiała, musiała przyznać, że jedyny powód do zmartwienia stanowi praca, a i to wyłącznie ze względu na ciągłe zmęczenie. Wszystko poza tym było w porządku.

Z głębi mieszkania dobiegł ją szum prysznica w łazience i głosy płynące z radia. Wkrótce znów pojawił się Esteban - z kasztanowymi włosami w nieładzie i kropelkami wody na nagim ciele. Otworzył szafę i wybrał szare spodnie z wysokim stanem i białą koszulkę. Brianda patrzyła, jak się ubiera, próbując znaleźć ukojenie w tym codziennym widoku.

- Co powiesz na tę marynarkę?

Esteban prezentował ją z uśmiechem na ustach.

- Dla czterdziestoletniego adwokata doskonała. - Brianda zmusiła się do uśmiechu.

- Ej! Do czterdziestki jeszcze trochę mi brakuje! - Sięgnął po buty, niby to obrażony. - A ty depczesz mi po piętach! - Usiadł w nogach łóżka, by po kilku sekundach, znów czule, zapytać: - Gotowa na wielki dzień?

Skinęła głową bez specjalnego entuzjazmu. Już za kilka godzin miała prezentować zarządowi szpitala swój nowy projekt - efekt wielotygodniowej wytężonej pracy. W grę wchodziły duże pieniądze. Gdyby wypadła przekonująco, jej firma dostałaby świetne zamówienia, a ona sama - być może - awans. Jednakże, mimo swojego doświadczenia, czuła zdenerwowanie. Tego dnia, bardziej niż kiedykolwiek, wszystko musiało pójść dobrze. Esteban o tym nie wiedział, nie odważyła się mu powiedzieć - ale jeszcze jedno potknięcie, takie jak w ubiegłym tygodniu, i jej zawodowa reputacja legnie w gruzach.

Przypatrywał jej się teraz, a ona widziała w jego oczach to, o czym tyle razy jej mówił. Uwielbiał jej poranne rozmemłanie. Sam był rannym ptaszkiem, dla niej natomiast każdy poranek oznaczał walkę z sennością. Podobno nieprzytomny wyraz ciemnych oczu, zaróżowione policzki i rozczochrane półdługie ciemne włosy dodawały jej uroku. Ciekawe, czy widać po niej, jak bardzo się w tej chwili martwi.

- Na pewno świetnie sobie poradzisz. - Esteban pochylił się, by ją pocałować. Później musnął dłonią jej policzek i wstał. - Zadzwoń, proszę, jak skończysz.

- Tak zrobię - obiecała.

- Tylko znowu nie zaśnij - zażartował, zanim wyszedł.

Poleżała jeszcze chwilę, aż zaczęło świtać. Wtedy wygramoliła się z łóżka i wyjrzała przez okno. W jesiennym Madrycie wstawał kolejny zabiegany dzień: jeździły już samochody dostawcze, młoda kobieta pospiesznie pchała dokądś wózek z rozespanym dzieckiem, jakiś mężczyzna z gazetą pod pachą rozglądał się za barem, gdzie mógłby wypić kawę z mlekiem, kilka na pierwszy rzut oka cudzoziemskich sekretarek właśnie znikało w bramach budynków, w których mieściły się pewnie ich biura, tu i ówdzie rozlegały się pierwsze niecierpliwe klaksony... Wszystko wyglądało tak jak zwykle na ich ulicy, gdzie zdecydowali się z Estebanem kupić i wyremontować stare mieszkanie. Wiedli życie, które niejednemu wydałoby się godne pozazdroszczenia: byli w stałym związku, mieli odpowiedzialne zawody i uroczy apartament.

Nie powinnam tak wszystkiego roztrząsać, pomyślała Brianda. Od dawna nawykła do publicznych wystąpień i radzenia sobie z atakami na trudnych spotkaniach, doskonale potrafiła utrzymać uwagę słuchaczy, bez względu na złożoność tematu, i osiągać wytyczone sobie cele... Dlaczego dziś miałoby być inaczej? Incydent z poprzedniego tygodnia wcale nie musiał się powtórzyć. Zresztą, Tatiana zdołała przecież wszystko zgrabnie zatuszować.

Na myśl o nowej współpracownicy aż się skrzywiła. Tatiana była skuteczna, inteligenta i czarująca, a mimo to jakoś nie przypadła jej do gustu. I Brianda nic nie mogła na to poradzić: nie dowierzała jej serdeczności. Zadała sobie pytanie, kiedy dokładnie zaczęły się koszmary i czy nie mają aby nic wspólnego z tą młodą osobą kopiącą dołki pod starszą koleżanką. Przepaść ze snu, strach, woda, zagubienie, łzy, złe przeczucia... Niewykluczone, że to wszystko bierze się z lęku przed utratą kontroli nad własnym życiem.

Uznała, że prysznic pomoże jej się otrząsnąć z tych idiotycznych rozmyślań. Podkręciła radio i, stojąc w strugach kojącej jak balsam wody, pozwoliła, by zajęły ją wieści z trudnego świata rozciągającego się poza wyłożonymi białym marmurem ścianami jej łazienki. Ubrawszy się, uznała, że na drapiące gardło dobrze zrobi jej kubek gorącego mleka z miodem oraz ibuprofen. Z iPadem w ręku opuściła kuchnię i przeszła do dużego, jasnego salonu. Usiadła w wygodnym fotelu przy drzwiach wychodzących na taras; za szybą roztaczał się widok na miejskie niebo i ciągnące się po horyzont dachy. Upiła trochę mleka, ale już przy trzecim łyku nie mogła się powstrzymać i włączyła iPada.

Potrzebowała informacji.

Rozum podpowiadał, że powinna się skupić na prezentacji, jednakże serce nie pozwalało się skoncentrować. Ten sen: wierzchowiec i słowa po łacinie... Internetowy słownik symboli nie udzielał zadowalających odpowiedzi. Koń miał oznaczać szczęśliwe i dostatnie życie w przyszłości albo - jeśli galopował - romans. Tyle że to nie ona przecież go dosiadała. Zresztą, czarny kolor też wiele zmieniał, bo zapowiadał nieszczęście. Słowa w obcym języku z kolei wskazywały na jakieś podświadome treści domagające się ujawnienia. No i wreszcie ulewa wróżyła burzliwy etap egzystencji.

Brianda wyłączyła iPada i dokończyła mleko. Usłyszała, że w jej telefonie odezwał się WhatsApp. To była Tatiana. Dobrodusznie przyznawała się do lekkich nerwów. Co za podstępna kreatura. Brianda odniosła kubek do kuchni, uporządkowała papiery w teczce, narzuciła płaszcz, wzięła torebkę i wyszła.

W windzie stwierdziła, że ręce ma zimne i wilgotne.

- Ślicznie wyglądasz! - wykrzyknęła na jej widok Tatiana. - Chcesz, żeby cały zarząd stracił głowę na twój widok?

- No, ty też się postarałaś... - odparła Brianda z pewnym przekąsem.

Obie ubrane były tego dnia w kostium ze spodniami, do którego Tatiana włożyła buty na bardzo wysokich obcasach; brązowawe włosy zostawiła rozpuszczone. Brianda, ceniąca sobie wygodę, wybrała płaskie pantofle, włosy zaś zebrała w koczek.

Do sali konferencyjnej przyprowadziła ją szpitalna recepcjonistka. Tatiana zdążyła już starannie porozkładać wszystkie teczki na wielkim owalnym mahoniowym stole. Na ekranie z tyłu wyświetlał się pierwszy slajd z przygotowanej wspólnie prezentacji w PowerPoincie. Brianda zajęła miejsce i zaproponowała koleżance, by raz jeszcze powtórzyły kolejność swoich wypowiedzi. Występowały już razem w podobnych okolicznościach, jednakże teraz należało szczególnie się postarać. Kraj znajdował się w kryzysie, wskaźniki rynkowe leciały na łeb na szyję i etaty wisiały na włosku, toteż każdy zawarty kontrakt pozwalał na chwilę odetchnąć z ulgą. A ona, Brianda, uwielbiała swoją pracę - zwłaszcza takie chwile przed prezentacją, kiedy z nerwów wyostrzały jej się zmysły, co później tylko wzmagało radość z triumfu - w związku z czym zamierzała wykonywać ją jak najdłużej. Wsunąwszy długopis między palce wskazujący i środkowy, nieświadomie uderzała jego czubkiem w kartki. Słychać było nieprzyjemne, suche postukiwanie.

- Wszystko w porządku? - spytała nagle Tatiana.

- Jasne - szybko odparła Brianda, rumieniąc się trochę. - Czemu pytasz?

- Bo zachowujesz się jakoś inaczej niż zwykle. I cały czas stukasz tym długopisem. - Tatiana umilkła na chwilę, by zaraz potem wypuścić zatrutą strzałę. - Denerwujesz się? Nic się nie martw. Jeśli znów przytrafi ci się coś takiego jak ostatnio, przyjdę ci z pomocą.

Brianda aż podskoczyła na krześle.

- Wtedy miałam gorączkę. - Kłamała, ale coś musiała powiedzieć. - A dziś czuję się doskonale, dziękuję.

Dokładnie w tym momencie drzwi się otworzyły, wpuszczając do środka pozostałych uczestników spotkania. Brianda naliczyła dziesięciu mężczyzn i dwie kobiety; troje lub czworo z nich znała z poprzednich okazji. Przywitawszy się uprzejmie, wszyscy usiedli, rozmawiając między sobą. Brianda wykorzystała te kilkanaście sekund, by głęboko odetchnąć i spróbować się uspokoić. Przywołała na usta uśmiech, wyprostowała plecy, złożyła dłonie na stole i skupiła się na udawaniu, że z zainteresowaniem słucha, jak Tatiana, w ramach wprowadzenia, pozdrawia zgromadzonych, formułuje główny temat prezentacji i wyjaśnia, z jakich składać się będzie ona części. Za jakieś pięć minut, gdy padnie jej nazwisko, a na ekranie pojawi się słowo "kongeneracja", przyjdzie kolej na nią, Briandę.

Wtedy niespodziewanie poczuła, że ogarnia ją dziwne i nieznane wcześniej wrażenie nierealności. Słyszała głos Tatiany, ale nie rozróżniała słów. Nagle całkowicie skupiła się na własnym ciele. Serce biło jej coraz szybciej. Zmieniła pozycję i, usiłując zachowywać się naturalnie, sięgnęła prawą ręką do karku, który okazał się w dotyku twardy jak kamień.

- ...moja koleżanka, Brianda - powiedziała Tatiana i nacisnęła klawisz komputera, co sprawiło, że na ekranie pojawił się schemat instalacji z nadrukowanym pojedynczym słowem.

Brianda ani drgnęła.

Tatiana pochyliła się ku niej i uśmiechnięta, choć ze zmarszczonymi lekko brwiami, poklepała ją po ramieniu.

- Zamieniamy się w słuch, Briando...

Brianda powoli dźwignęła się na nogi. Kręciło jej się w głowie. Z trudem utrzymywała równowagę. Nigdy w życiu nie zemdlała, ale tak właśnie wyobrażała sobie stan tuż przed omdleniem. Jej wzrok spoczął na ekranie i fala słów zalała jej umysł. Należało jakoś wziąć się w garść. Przecież dobrze się przygotowała. Z pewnością, gdy tylko zacznie, zdania popłyną same.

- Kongeneracja - wymamrotała - to jednoczesne wytwarzanie... energii elektrycznej i ciepła użytkowego... - Zakasłała i podniosła rękę do szyi. Nie słyszała samej siebie. Spróbowała mówić głośniej. - Symultaniczne generowanie ciepła...

Znów zakasłała i odszukała spojrzeniem Tatianę, która, teraz już spięta, obserwowała ją z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem.

Brianda czuła się zagubiona. Nie miała zwyczaju panikować, a już na pewno nie w sytuacjach równie normalnych w jej pracy i życiu jak ta. Jej mózg usiłował szukać racjonalnej przeciwwagi dla tego lęku, który podstępnie nią owładnął: gdyby coś jej się teraz stało, znajdowała się w miejscu najlepszym z możliwych, bo w ułamku sekundy rzuciłby się jej na pomoc tłum lekarzy i pielęgniarek. Może dzięki związanemu z tym przelotnemu poczuciu bezpieczeństwa ucisk w piersi zelżał na tyle, by neurony zdołały przesłać instrukcję, że jedynym wyjściem w tej ciężkiej sytuacji jest zwrócenie się o pomoc do Tatiany.

- Bardzo państwa przepraszam - szepnęła Brianda ledwo słyszalnie - ale ostatnio na kilka dni straciłam głos i obawiam się, że moje gardło wciąż nie doszło do siebie. - Wbiła wzrok w jakiegoś starszego mężczyznę i uśmiechnęła się nieśmiało, szukając jego zrozumienia. - Jestem pewna, że Tatiana objaśni państwu wszystko równie dobrze jak ja...

Oparła drżącą dłoń na stole, chcąc usiąść, i z ogromną ulgą opadła na wygodne oparcie skórzanego fotela. Tatiana nie zwlekała ani chwili. Brianda tylko częściowo śledziła tok jej wywodu.

- ...ogromną zaletą jest jej zwiększona wydajność energetyczna... możliwości zastosowania w szpitalach dla potrzeb ogrzewania i zamrażania...

Dlaczego tak tu gorąco?

- ...unika się strat energii związanych z jej przesyłaniem...

Dlaczego straciła całą energię? Czuje się tak, jakby wpadła pod ciężarówkę.

- ...nadwyżki można wykorzystywać do...

Strasznie to dziwne - tak siedzieć pośród tylu osób, które w ogóle nie zauważają, że z człowiekiem coś jest nie tak. Niech to się już skończy, niech tylko nie zadają więcej pytań...

- Proszę powiedzieć, Tatiano, do jakiego stopnia sytuacja polityczna może się odbić na tym sektorze...?

Naprawdę wściec się można. A Tatiana z pewnością skorzysta z okazji i przypisze sobie całą zasługę, jeśli ostatecznie zdobędą to zamówienie. Do kosza pójdą wszystkie jej, Briandy, wysiłki, by wykorzystać studia inżynierskie w dziedzinie ochrony środowiska, długie lata nauki, całe doświadczenie, duma rodziców z dobrze zarabiającej córki na odpowiedzialnym stanowisku...

Potrzebowała powietrza.

Wyszła ze spotkania i schroniła się w łazience.

Tam zdjęła żakiet, rozpięła górne guziki bluzki, odkręciła kran, zmoczyła sobie twarz i szyję. W lustrze odbijała się jakaś nieznajoma - blada kobieta z podkrążonymi oczami.

W torebce zadzwonił telefon - to z biura. Nie odebrała. Kilka sekund później rozległ się dźwięk sygnalizujący otrzymanie esem­esa: "Jak poszło?".

I zaraz potem sygnał WhatsAppa. Esteban: "Jakie wieści?".

Zdumiała się, że już ją tak wypytują. Spojrzała na zegarek i serce w niej zamarło. Jak mogła nie zauważyć, że minęło aż tyle czasu? Odnosiła wrażenie, że dopiero co opuściła salę konferencyjną, a wedle zegarka od tamtej chwili upłynęło ponad pół godziny.

Zamknęła oczy i kilka razy głęboko odetchnęła.

Potrzebowała pomocy.

Czegoś takiego nie wyjaśni się przy użyciu sennika.

- A kiedy wróciłam do biura, szef zasugerował mi uprzejmie, żebym sobie wzięła ze dwa tygodnie zaległego urlopu. - Siedząc naprzeciwko Estebana przy stole w salonie, gdzie zwykle jadali kolację, kończyła opowieść o wydarzeniach poranka. Ściśnięty żołądek uniemożliwiał jej jedzenie. - Nawet nie popatrzył mi w oczy, głupek jeden. Już miałam mu powiedzieć, że żadnego urlopu nie potrzebuję, ale się powstrzymałam.

- Tak czy owak, może to niezły pomysł, żebyś sobie kilka dni odpoczęła - odezwał się Esteban.

Brianda podniosła na niego wzrok. Wysłuchał jej, nie zadając pytań, nie okazując zaskoczenia, zmartwienia czy niezadowolenia w związku z jej porażką. Wdzięczna mu była za milczące wsparcie i zrozumienie, za to, że trzymał ją za rękę, gdy wypłakiwała mu się w ramię, jednakże fakt, że tak łatwo zgodził się z jej szefem w sprawie urlopu, trochę ją zdziwił.

- Zawsze bierzemy wolne jednocześnie, żeby pobyć razem! Co będę robić sama w domu przez tyle czasu?

Esteban wzruszył ramionami.

- Spróbuj odpocząć. Sądzę, że to, co stało się dzisiaj, wynika z wyczerpania. Za bardzo się wszystkim przejmujesz. A ostatnio miałaś mnóstwo pracy. Jeśli do piątku ci się nie poprawi, pójdziemy do lekarza.

Przez kolejne dni Brianda porządkowała szafy z ubraniami i papiery w gabinecie, przekładała rzeczy w kuchni, uzupełniała terminarz i adresownik oraz czytała. I wcale nie czuła się lepiej, przeciwnie, zaczęła się bać wychodzenia z domu. Ze światem zewnętrznym komunikowała się wyłącznie przez telefon komórkowy. Dzięki esemesom, mejlom i whatsappom mogła udawać przed przyjaciółmi i znajomymi, że wszystko w porządku, w rzeczywistości jednak spoglądała ze swego tarasu na pobliskie ulice tak, jakby straciła całą ochotę na ponowne ich przemierzanie, czy to w ramach zakupów, czy wyprawy do kina, czy zwykłego spaceru. Oddałaby wszystko, żeby móc pozostać w świecie swoich lakierowanych na biało mebli. Na samą myśl o powrocie do pracy czuła straszliwy ucisk w piersi. Miała wrażenie, że w jej wnętrzu rośnie czarna dziura, wywołująca w niej pustkę i zarazem takie zawroty głowy, jakby zamiast we własnym mieszkaniu znajdowała się na krawędzi ogromnej prze­paści. Gdy wrażenie to się nasilało, marzyła jedynie o tym, by zaszyć się w łóżku, tyle że strach przed koszmarami nie pozwalał jej zasnąć.

Widząc, co się z nią dzieje, Esteban zaciągnął ją w końcu do zaprzyjaźnionego lekarza. Zbyt zaprzyjaźnionego, zdaniem Briandy. Facet znał się z ojcem Estebana od dzieciństwa i cała rodzina od lat zwracała się o poradę najpierw do niego, a dopiero potem do odpowiednich specjalistów. Brianda widziała go jedynie kilka razy u rodziców Estebana.

- A nie mogłabym pójść do kogoś innego? - zaprotestowała po raz kolejny, już w poczekalni, ściskając w dłoni wyniki badań kontrolnych zleconych przez firmę ledwie miesiąc wcześniej. - Głupio mi opowiadać o swoich problemach znajomemu.

- Roberto to wspaniały lekarz - odparł Esteban. - Jeśli sam nie będzie umiał ci pomóc, to nam kogoś poleci. Jestem pewien, że nic poważnego ci nie dolega. - Pocałował ją w policzek. - No, o co chodzi?

- Prawdę mówiąc, wolałabym, żeby twoja rodzina nie wiedziała o moich problemach.

- Briando, Roberto jest profesjonalistą i człowiekiem bardzo dyskretnym...

Po raz pierwszy Briandzie zdało się, że dostrzega w spojrzeniu Estebana przebłysk tego samego zniecierpliwienia, które widywała w oczach szefa, kiedy coś szło nie po jego myśli - i poczuła się winna. Nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że w jakiś sposób zawodzi swojego partnera, może przyszłego męża... Na tym etapie swego życia powinna tryskać zdrowiem i radością, i śmiało patrzeć w przyszłość, która rysowała się przed nimi od chwili, gdy wyremontowali mieszkanie i postanowili się razem do niego wprowadzić. Łzy napłynęły jej do oczu i mocno ścisnęła dłoń Estebana, zupełnie jakby chciała mu tym gestem obiecać, że zwalczy to coś, co ją dopadło; że to coś będzie krótkim epizodem, chwilowym załamaniem nerwowym...

Już kilka minut później siwowłosa pielęgniarka zaprosiła ich do gabinetu, którego ściany pokrywały półki z książkami. Sześćdziesięcioletni brodaty mężczyzna notował coś, siedząc przy stole z orzechowego drewna. Na widok nowo przybyłych wstał i najpierw serdecznie przywitał Estebana, a potem Briandę. Gdy wymienili zwyczajowe uprzejmości, wspominając przy okazji niemal każdego z rodziny Estebana, powiedział:

- Cóż, jeśli nie macie nic przeciwko temu, to zaczniemy...

Esteban popatrzył na Briandę.

- Chcesz, żebym został?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Na własne oczy widział objawy, ale niektórych szczegółów nie znał. Gdyby jednak odpowiedziała przecząco, mógłby uznać to za dowód braku zaufania. Roberto przyszedł jej z pomocą.

- Chciałbym najpierw porozmawiać z Briandą sam na sam. Ty, Estebanie, jeśli łaska, usiądź sobie w poczekalni.

Kiedy zostali we dwoje, Roberto zadał najpierw kilka ogólnych pytań dotyczących jej życia i pracy. Następnie poprosił o wyniki badań kontrolnych i stwierdził, że wszystko jest w normie. W ciągu kilku minut udało mu się nakłonić Briandę, by zwracała się do niego po imieniu, i sprawić, że nieco się rozluźniła. Ulegając jego łagodnej, lecz stanowczej perswazji, starała się udzielać jak najściś­lejszych odpowiedzi. Opisała nękające ją koszmary, poczucie nierzeczywistości, palpitacje, mrowienie w rękach, dreszcze i kłopoty z oddychaniem, ucisk w piersi... Na koniec zostawiła sobie to, czego wstydziła się najbardziej:

- W dodatku boję się wychodzić z domu. Sama myśl o jeździe metrem napawa mnie przerażeniem... Nigdy wcześniej nie byłam strachliwa, ale ostatnio zaczęłam się obawiać prawie wszystkiego. A najbardziej, wręcz potwornie... - nerwowo wykręciła dłonie - ...śmierci.

No, wyrzuciła to z siebie.

Roberto zaś ani trochę się nie zdziwił.

Uczucie pewnej ulgi pchnęło ją do dalszych wynurzeń:

- W jednej chwili czuję się dobrze, a w następnej zaczynają się wszystkie te objawy, robi mi się słabo, mam wrażenie, że zaraz zemdleję albo umrę... I ogarnia mnie panika... Nie umiem tego dokładniej wyjaśnić. Nie wiem, co człowiek czuje w chwili śmierci, ale wydaje mi się, że właśnie coś takiego. Najpierw strach mnie paraliżuje, a potem budzi się we mnie chęć ucieczki... - Ukryła twarz w dłoniach i rozszlochała się, mamrocząc: - Co się ze mną dzieje? Nie byłam przecież taka... Kilka miesięcy temu rzucałam świat na kolana, a teraz... świat rzuca na kolana mnie. Każda rzecz kosztuje mnie mnóstwo wysiłku. Zupełnie jakbym nie mogła... Jakbym nie miała energii...

Roberto pozwolił jej spokojnie się wypłakać. Kiedy zaczęła się uspokajać, podsunął jej pudełko chusteczek higienicznych i usiadł bliżej.

- Briando, to, co ci się przytrafia, przytrafia się też wielu innym ludziom...

Zastygła z chusteczką uniesioną do mokrej od łez twarzy.

- Wygląda na to, że cierpisz na zaburzenia lękowe.

- Zaburzenia lękowe? - Przypominała sobie rozmowy, jakie kilka razy odbyła na ten temat z przyjaciółkami, rodziną i kolegami z pracy, przekonana, że nie ma to z nią nic wspólnego. - Ale przecież zawsze byłam bardzo spokojna i pogodna...

Roberto się uśmiechnął.

- Zdziwiłabyś się, gdybyś wiedziała, ilu ludzi to dotyka. W każdym wieku.

- No i z moim zdrowiem wszystko w porządku, tak przynajmniej wynika z tych badań... Nie mam żadnych kłopotów finansowych czy rodzinnych, nie muszę martwić się o przyszłość...

- Przyczyny mogą być bardzo rozmaite. Czasem dziedziczne, czasem związane z osobistą stratą, nagłą zmianą czy też z nadużywaniem substancji stymulujących... - Przy każdej z tych możliwości Brianda energicznie kręciła głową. - Nadmierny stres również potrafi wyzwolić atak paniki.

Brianda gorączkowo przypominała sobie różne epizody z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, z epoki studiów i pierwszych związków z chłopcami, z początków swojej kariery; próbowała na szybko analizować własne przyzwyczajenia i rozkład dnia. Jednakże do niedawna wiodła normalne życie osoby pewnej siebie, bo dzięki własnym staraniom osiągała stawiane sobie cele. Nie widziała żadnego racjonalnego wyjaśnienia dla swoich obecnych problemów.

- Niczym się nie martwisz? - zapytał lekarz. - Ten strach, który opisujesz, to rodzaj sygnału alarmowego, że coś, co wyczuwasz, zagraża twojemu bezpieczeństwu.

Jeszcze raz pokręciła głową.

- A z Estebanem dobrze się wam układa? - podjął Roberto. - Życie w związku, utrata wolności i wejście w dorosłość wielu ludzi stresuje.

Brianda spojrzała na niego z pewną niechęcią. Oczywiście, że to nie Esteban był przyczyną jej okropnego stanu. Nagle poczuła się tak, jakby zamiast u zwykłego lekarza siedziała u psychiatry. A wciąż nie chciała uwierzyć, że jej ciało reaguje po prostu na jakiś problem tkwiący gdzieś w jej umyśle lub sercu. Zresztą jak miałaby coś takiego wytłumaczyć Estebanowi? Nie, nie, problem był jednak natury fizycznej. Te inne występowały jedynie w filmach o skomplikowanych układach rodzinnych albo w powieściach z trudnymi bohaterami prześladowanymi przez traumy z dzieciństwa. A jej rodzina i w ogóle całe jej otoczenie cieszyło się doskonałą równowagą emocjonalną. Podobnie jak ona sama.

Naszła ją wielka ochota, żeby już zakończyć tę wizytę, toteż postanowiła odwołać się do najbardziej oczywistego z wyjaśnień.

- Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to że miałam przez ostatni rok mnóstwo pracy, a wymagają od nas coraz więcej, wiesz, w związku z kryzysem... Więc może o to chodzi...

Roberto przytaknął z uśmiechem zrozumienia, wyraźnie z siebie zadowolony. Zalecił jej lekturę na temat przyczyn, przebiegu i zwalczania ataków paniki oraz przepisał niewielką dawkę środków uspokajających dla szybszego unormowania nastroju.

Brianda wzięła receptę, zmuszając się do uśmiechu wdzięczności, choć w głębi duszy czuła się raczej przygnębiona. Papier parzył jej dłonie. Przerażała ją myśl, że oto nastał już w jej życiu etap sięgania po środki uspokajające. Czy to wiązało się z wiekiem? Z faktem, że zbliżała się do czterdziestki? Jeszcze nie tak dawno była wesołą dziewczyną gotową na wszelkie wyzwania i nagle, nie wiadomo jak i kiedy, stała się kobietą potrzebującą antydepresantów.

Gdy wracali z Estebanem na piechotę do domu, humor jej się nie poprawił. Doktor twierdził, że jej problemy nie są niczym nadzwyczajnym. Rozejrzała się wokół, zastanawiając się, ile z mijanych osób może mieć ataki paniki i leczyć się farmakologicznie. Gdyby mogła z kimś takim porozmawiać, spytałaby, co począć. Chciała wiedzieć, czy ludzie mówią o takich sprawach, czy powinna obgadać to z rodziną i znajomymi, czy raczej ukrywać, i czy spotkałaby się ze zrozumieniem, czy raczej z maskowaną litością.

Jakiś trzylatek zderzył się z jej kolanami, usiadł na chodniku i spojrzał na nią oszołomiony, wahając się najwyraźniej, czy wstać i biec dalej, czy się rozpłakać. Usłyszawszy głos matki, wygiął buzię w podkówkę. Matka wzięła go na ręce, a on mocno objął ją za szyję, zupełnie jakby spotkała go przed chwilą wielka tragedia.

Brianda, zastanawiając się nad tą sceną, pozazdrościła malcowi poczucia bezpieczeństwa w matczynych ramionach. Sama chciałaby mieć taką przystań, gdzie można by się w każdej chwili schronić; taką podporę przywracającą równowagę; wyraźną ścieżkę w chwilach niepewności.

Esteban rzucił z uśmiechem:

- Widziałaś? Gdyby nie obecność matki, na pewno by się rozpłakał!

Brianda zacisnęła rękę na jego dłoni. Zapragnęła, by już na zawsze pozostali nierozdzielni, ramię w ramię, związani na dobre i złe, na długie, długie lata. Przypomniała sobie, co powiedział, gdy wyszła z gabinetu doktora. Że razem sobie z tym poradzą. Że pomoże jej odzyskać radość życia i energię.

To on był jej przystanią, podporą, życiową ścieżką.

2.

Odetchnęła głęboko i wybrała numer. Po długim namyśle postanowiła opowiedzieć o wszystkim matce. Zresztą Laura należała do osób bardzo przenikliwych i z pewnością prędzej czy później domyśliłaby się, że coś dziwnego musi się kryć za nagłym urlopem, który nie zbiega się z wakacjami Estebana. Rozmawiały zwykle co dwa albo trzy dni, najrzadziej raz w tygodniu, koło piątku, na wypadek, gdyby w niedzielę miało się odbyć jakieś rodzinne spotkanie.

A był właśnie piątek.

Laura odebrała dopiero po szóstym sygnale. Gdy się przywitały, Brianda od razu rzuciła się na głęboką wodę.

- Mamo, mam zaburzenia lękowe.

Zaległa krótka cisza, którą przerwał wysoki głos Laury.

- Jakie znowu zaburzenia? Jesteś przecież silna... Kto ci nagadał takich głupot?

Briandy nie zdziwiła ta reakcja. Matka zawsze miała kłopoty z przyjmowaniem do wiadomości problemów. Można było zrozumieć, że nie chciała o nich rozprawiać z ludźmi z zewnątrz, ale, niestety, w rodzinnym gronie też unikała tego jak ognia.

- Widziałam się z lekarzem zaprzyjaźnionym z rodziną Estebana.

Ta odpowiedź natychmiast zastopowała kolejne niedowierzające komentarze. Brianda skorzystała z okazji, by krótko opowiedzieć matce o wydarzeniach lata.

- A czemu nic mi wcześniej nie mówiłaś?

- Nie wiem. No dobrze, ze wstydu.

Po kolejnej chwili milczenia Laura rzuciła:

- Zadzwonię później.

To nagłe pożegnanie mogło oznaczać tylko jedno. Świetnie znając matkę, Brianda wyobraziła sobie, jak Laura, wysoka, ciemnowłosa, elegancka, zaraz skomentuje sprawę przed jej ojcem, Danielem. Najpierw z pewnością powyrzeka na niespodziewane przeciwności losu i zapyta, czemu coś podobnego musiało spotkać akurat jej córkę. Następnie wysili pamięć i bez wątpienia przypomni sobie analogiczne przypadki wśród znajomych. W każdym razie nie umilknie, dopóki nie rozważy wszystkich możliwych sposobów pomocy, bo jeśli już raz zdecyduje się zmierzyć z problemem, zechce przeanalizować go gruntownie, jak zawsze tryskając energią, której nie odziedziczyli po niej w tym stopniu ani Brianda, ani jej brat, Andrés.

Na wspomnienie o bracie, który mieszkał w Burgos, Brianda uśmiechnęła się z nostalgią. Dobrze się rozumieli i często do siebie dzwonili, jednakże od czasu narodzin bliźniaków trzy lata wcześniej Andrés przyjeżdżał do Madrytu tylko na szczególne okazje, takie jak Boże Narodzenie albo urodziny rodziców. Może powinna była zatelefonować najpierw do niego? Ale przecież i tak miał dosyć na głowie. Nagle uderzyła ją pewna myśl. Aż dziwne, jak dobrze Andrés odnalazł się w nowej sytuacji. Kiedyś bez przerwy podróżował, robił wciąż nowe plany, biegał na różne kursy i chodził na imprezy, a teraz zmienił się w odpowiedzialnego ojca rodziny, dzielącego swój czas między pracę i dom. Może ona, Brianda, bała się, że i z nią stanie się coś podobnego...?

Zadzwonił telefon. To była Laura.

- Rozmawiałam z Isoliną. Myślę, że dobrze ci zrobi zmiana powietrza, a Isolina bardzo się ucieszy, jeśli wpadniesz na kilka dni do Tiles. - Tu wesoły głos matki nieco spoważniał: ten idealny plan zakłócało tylko jedno "ale". - Oczywiście, jeśli Esteban nie będzie miał nic przeciwko temu... - Laura znów się rozpogodziła. - Och, ale na pewno nie będzie, jest przecież taki cudowny...

Brianda była zbita z tropu jeszcze długo po tym, jak się pożegnały. Powiedziała, że się zastanowi, co dla matki równało się entuzjastycznej zgodzie. Przez moment poczuła się jak mała dziewczynka i zezłościła się na siebie za to, że pozwala, by Laura organizowała jej życie. Rodzice najwyraźniej uznali, że na jej nerwy najlepiej wpłynie pobyt na wsi - zupełnie jakby mieli do czynienia z mimozowatą dziewiętnastowieczną panienką... A to jeszcze nie wszystko! Forsując pomysł z wyjazdem, matka próbowała zyskać gwarancję, że, przynajmniej chwilowo, problem córki pozostanie tajemnicą w ich towarzyskim kręgu. Nawet nie spytała, czy Brianda w ogóle chce jechać. I to w dodatku w miejsce, którego wspomnienie natychmiast wywoływało w niej dreszcze...

Na wyświetlaczu komórki zamigotało zdjęcie uśmiechniętego Estebana.

Dzwonił, żeby zaproponować kolację w towarzystwie ich najlepszych przyjaciół, którzy akurat zostawili pięcioletniego syna u dziadków. Łagodnie próbował ją skusić. Nie chciał, rzecz jasna, nalegać, gdyby nie miała ochoty... Wybraliby się do baru tuż obok i w każdej chwili mogliby uciec. Brianda zdecydowanie wolałaby zostać w domu, ale uznała, że ze względu na Estebana powinna się przemóc.

Szykując się, wciąż wracała myślą do dalekiej doliny na północy kraju, gdzie w dzieciństwie spędziła sporo czasu, gdyż właśnie stamtąd pochodziły matka i ciotka Isolina. Pierwsze wspomnienia, jeszcze z czasów, gdy żyli dziadkowie, były szczęśliwe. Ale tylko one. Pamiętała zapach świeżo skoszonego, nagrzanego słońcem zboża, chropowatą powierzchnię staroświeckich glinianych naczyń, krowy i owce na drogach, ciszę, swoją opaloną skórę... Razem z Andresem z niecierpliwością czekali na lato, bo lato oznaczało wolność - brak sztywnych zasad i obowiązków. Spali wtedy do późna, przy śniadaniu włazili na głowę ciotce Isolinie, biegali po łąkach, karmili zwierzęta sąsiadów, tańczyli na miejscowych imprezach pośród dzbanów z winem oraz tac z ciasteczkami i przysłuchiwali się opowieściom starszych, aż sen morzył ich na ławach przed kominkiem.

Potem jednak coś się zmieniło.

To było już po śmierci dziadków, kiedy ciotka Isolina wyszła za wuja Colaua. Podróże na północ stawały się coraz rzadsze i w końcu zupełnie ustały. Kontakt z ciotką wszakże się nie urwał, gdyż siostry, choć różne jak dzień i noc, czuły się ze sobą bardzo związane. Isolina przyjeżdżała czasem sama do Madrytu, wyprawiali się też z nią nad morze, a rozmowy telefoniczne z ciotką stanowiły stały element codzienności. Brianda próbowała sobie przypomnieć, czemu właściwie nigdy nie żałowała, że pobyty na wsi się skończyły. Wracały do niej strzępki rozmów, jakie rodzice prowadzili na temat wuja Colaua, błędu Isoliny i zaniedbania rodzinnego domu.

Wchodząc do baru, w którym czekali na nią Esteban i znajomi, Brianda wciąż czuła się zaskoczona tym, z jaką wyrazistością niektóre niepokojące sceny z Anels, którego nie wspominała od lat, znów wypłynęły na powierzchnię jej pamięci. Wiązały się z ich ostatnią wizytą w rodzinnych stronach matki, skąd wyjechała wtedy zdecydowana już nigdy tam nie wracać czy może raczej pełna nadziei, że rodzice już nigdy jej tam nie zabiorą. Miała wówczas jakieś dziesięć albo może dwanaście lat. Przyjemne gruchanie gołębi na strychu stało się nagle niepokojące, skrzypienie podłogi - groźne, szaleństwo częstych burz - nie do zniesienia, a co do obecności Colaua...

Nie widziała go od ćwierćwiecza, lecz zapamiętała jako bardzo wysokiego, silnego mężczyznę o zawsze niezadowolonej minie i trudnym charakterze. Wiecznie podejrzliwego. Wiecznie napiętego. Któregoś popołudnia, powodowana dziecięcą ciekawością, zapuściła się do jego gabinetu. Wciąż miała przed oczami pełne książek półki, ciemne obrazy na ścianach, przytłumione światło lamp o grubych abażurach, tapicerowane fotele, zarzucone papierami biurko i tę śliczną skrzyneczkę obitą wytartym czerwonym aksamitem, z mosiężnym przyciskiem uruchamiającym zamek. Chciała tylko zobaczyć, co jest w środku, bo przecież podobne cudo musiało zawierać coś cennego, delikatnego i kuszącego. A wtedy Colau wywlókł ją stamtąd siłą. Pamiętała furię w jego głosie, wściekłość w oczach, brutalność w ruchach...

Od tamtej pory minęło dużo czasu. Tak dużo, że prawie zapomniała. Gdyby matka nie zaproponowała jej wizyty w Tiles, wszystkie te obrazy pozostałyby zapewne w uśpieniu.

Esteban podszedł do niej, gdy tylko ją zobaczył, pocałował w usta, szepnął do ucha czuły komplement i za rękę poprowadził ją do stolika, przy którym siedziały już dwie osoby. Świece w srebrnym kandelabrze o grubych ramionach przydawały całej scenie delikatnego ciepła.

Brianda przywitała się z przyjaciółmi, zajęła miejsce i obiecała sobie cieszyć się z tego wieczoru. Wspomnienia to przeszłość. A jednak coś nie dawało jej spokoju. W dzieciństwie bała się pewnego mężczyzny. Teraz - nie wiadomo czego.

Silvia i Ricardo stanowili ciekawą parę. On był poważnym i doskonale wykształconym lekarzem sądowym, ona zaś bez przerwy śmiała się i paplała - głównie o swoim sklepie wnętrzarskim. Esteban i Ricardo znali się ze szkoły, a Silvia i Brianda tak bardzo przypadły sobie nawzajem do gustu, że przyjaźń mogła kwitnąć bez przeszkód. Briandzie dobre relacje z Silvią przychodziły bez trudu, ba, uważała ją wręcz za swoją najlepszą przyjaciółkę, a że nie należała do osób specjalnie towarzyskich czy skłonnych do zwierzeń, stanowiło to z jej strony swego rodzaju wyróżnienie.

Po kolacji postanowili przenieść się do innej części lokalu na drinka. Znajdowały się tu niskie stoliki i wygodne fotele, spowite półmrokiem i zmysłową muzyką dobiegającą od strony fortepianu. W głębi był mały parkiet do tańca, po prawej stał stół bilardowy. Esteban i Ricardo, widząc, że akurat nikt nie gra, rzucili paniom błagalne spojrzenia, a otrzymawszy wyrażoną uśmiechem zgodę, jak nastolatkowie popędzili po kije.

Brianda i Silvia usadowiły się w fotelach i zamówiły drinki. Brianda chciała w pierwszym odruchu poprosić o dżin z tonikiem, ale przypomniała sobie o środkach uspokajających i poprzestała na toniku.

- Sam tonik? - zdziwiła się Silvia. - Nie jesteś aby w ciąży?

- Skąd! Po prostu wypiłam do kolacji sporo wina. Trochę uderzyło mi do głowy. - W rzeczywistości ledwie umoczyła w nim usta, nie sądziła jednak, by przyjaciółka zwracała uwagę na takie szczegóły. A o środkach uspokajających wspominać nie chciała.

- No dobrze, to się wstrzymaj do następnej kolejki - rzuciła Silvia, po czym odczekała chwilę i dodała: - Esteban coś mówił, tak mimochodem, że niezbyt dobrze się czujesz.

- To nic takiego. Pewnie zmęczenie...

- Tak, ale mnie też wydajesz się dziś jakaś smutnawa. Bywają w życiu momenty, kiedy człowiek jest słabszy, ciągle się martwi... I ja ostatnio miewam się średnio. Ze sklepem coraz gorzej. Musiałam zwolnić ekspedientkę, która pracowała u mnie od początku...

- No co ty! Przykro mi. To było z pewnością bardzo niemiłe.

- Było. Akurat teraz, kiedy zastanawialiśmy się z Ricardem nad... no... nad powiększeniem rodziny, mam strasznie dużo roboty i tracę poczucie bezpieczeństwa.

- Przynajmniej Ricardo może się czuć niezagrożony...

- Owszem, ale jego pensja nie wystarczy, tym bardziej że mu ją trochę obcięli. Ten kryzys dotyka wszystkich... Poza tym ja wcale nie chcę zależeć ani od Ricarda, ani od nikogo innego.

Brianda zmarszczyła brwi. Nigdy nie rozważała swojej sytuacji w taki rzeczowy sposób. A ostatnio do tego stopnia skupiła się na swoim kiepskim stanie, że w ogóle nie wybiegała myślą dalej niż do chwili pozbycia się niepokojących objawów. Kilka razy, gdy żartowali z Estebanem na temat liczby swoich przyszłych dzieci, on napomykał coś o tym, że ona, być może, będzie musiała rzucić pracę, żeby poświęcić się rodzinie. Nie brała tego jednak poważnie. Nie po to studiowała, nie po to walczyła o dobrą pracę i finansową niezależność - zresztą zgodnie z tym, jak ją w domu wychowano - żeby ograniczać się teraz do roli żony i matki, zwłaszcza pod przymusem. Poczuła, że trochę jej duszno, i cała się spięła. W ten sposób zaczynały się ataki. Potem następowały palpitacje, zimne poty... Dlaczego od razu spo­dziewała się najgorszego? Spróbowała skupić się na muzyce, otoczeniu, ubraniach ludzi dookoła - na czymkolwiek z wyjątkiem własnej osoby.

Przesunęła wzrokiem po sali i coś nieokreślonego wywołało w niej dreszcze. Jakby ktoś ją obserwował...

W tym momencie kelner przyniósł im drinki.

- Co to za mina? - spytała Silvia, podając przyjaciółce tonik. Z uśmiechem przymrużyła jedno oko. - Słuchaj, zawsze jeszcze możesz dolać sobie trochę dżinu...

- Na razie nie... Myślałam nad twoimi słowami. To, co się ze mną dzieje, szkodzi mi w pracy. Nie potrafię się skoncentrować. Tracę wydajność. Muszę coś z tym zrobić.

- Wiesz, że zawsze możesz mi o wszystkim opowiedzieć...

Brianda zastanawiała się przez chwilę, po czym westchnęła i w końcu opowiedziała Silvii o powracającym koszmarze, o nerwach i strachu, o nagłych atakach smutku i o tym, że coraz trudniej jest jej prowadzić normalne życie.

- Matka pytała, czy coś mnie trapi i tak dalej. Ale przecież moje życie jest, no dobrze, było, niemal idealne.

- Daj sobie trochę czasu - rzuciła Silvia z powagą. - Zobaczysz, że pewnego dnia wszystko się ułoży. Wydaje mi się, że nic nie zdarza się bez powodu.

- To zabrzmiało groźnie - próbowała zażartować Brianda.

Znów powiodła spojrzeniem po sali, która stopniowo się zapełniała, i po raz kolejny poczuła się obserwowana. Po chwili zrozumiała dlaczego. Przy okrągłym stoliku obok wyjścia na taras, częściowo ukryta za zwiewnymi, kołysanymi przez przeciąg zasłonami, siedziała jakaś kobieta i, obracając coś w dłoniach, przypatrywała się Briandzie dość bezczelnie, w dodatku z nieco wyzywającym uśmiechem. Była średniego wzrostu, trochę przy kości, i miała kręcone, przetykane siwizną włosy. Brianda szybko zrozumiała, że nieznajoma zajmuje się wróżeniem z kart, co wydawało się raczej dziwne w podobnym lo­kalu.

Silvia, jakby czytając jej w myślach, rzuciła:

- Sami już nie wiedzą, czym jeszcze zabawić gości... Może zobaczymy, co nam powie?

Brianda prychnęła.

- To kolejny sposób, żeby wyciągać od ludzi pieniądze.

- Ej, mała, trochę śmiechu nam nie zaszkodzi. Chyba że się boisz...

- Tego? Tego to akurat nie.

Silvia zerwała się i tak długo nalegała, bez przerwy się przy tym wygłupiając, że Brianda musiała ulec. Gdy podeszły do kobiety z kartami, na jej okrągłej twarzy pojawiło się chyba coś w rodzaju triumfu. Brianda, sama nie wiedząc dlaczego, zaczęła się denerwować.

- Lepiej osobno.

Głos nieznajomej był bardzo niski.

- Słucham? - spytała Silvia.

- Mówię, że jeśli mam przepowiadać przyszłość każdej z pań, to najpierw jednej, a potem drugiej. Sam na sam.

- Ty pierwsza - zaproponowała pospiesznie Brianda i, zniżając głos, dodała: - Ja muszę iść do łazienki.

- Tchórz! - odszepnęła Silvia.

Brianda nie spieszyła się z powrotem.

Gdy znów pojawiła się w sali, zastała Silvię uśmiechniętą od ucha do ucha. Przyjaciółka zapłaciła wróżce i wskazała Briandzie swoje miejsce, podczas gdy starsza kobieta spokojnie i delikatnie zbierała karty tarota.

- Przede wszystkim - zaczęła Brianda - musi pani wiedzieć, że ja w takie rzeczy nie wierzę. To był pomysł koleżanki.

Wróżka bynajmniej się nie przejęła. Powoli tasowała karty. Palce jej rąk - długie, cienkie, zwinne - nie pasowały do reszty ciała. Brianda zwróciła uwagę, że nie nosi pierścionków. Pomyślała, że to pewnie kwestia przesądów, ale zawsze wyobrażała sobie osoby wróżące z kart jako obwieszone biżuterią czarownice w kolorowych szatkach, pobrzękujące monetami. A kobieta, która teraz przypatrywała się jej z tym irytująco aroganckim uśmieszkiem, mogłaby być jej matką.

- Czyli nie ma pani do mnie żadnych pytań? - odezwała się niskim głosem.

Brianda potrząsnęła głową i wbiła we wróżkę ostre spojrzenie.

- Jeśli o coś panią spytam, naprowadzę panią na trop tego, co mnie niepokoi - odrzekła.

- A zatem coś panią niepokoi...

Brianda uśmiechnęła się triumfująco.

- Sama pani widzi.

Kobieta podsunęła jej talię.

- Coś pani zaproponuję. Nie musi pani nic mówić. Mówić będę wyłącznie ja, i to krótko. Użyjemy arkanów wielkich. Proszę wybrać dziesięć kart i wykładać je kolejno w miejscu, które pani wskażę. Zgoda? - Wzrok wróżki złagodniał nieco, gdy dodała: - Nie musi pani nawet na mnie patrzeć. W ten sposób nie będę mogła wyciągać żadnych wniosków na podstawie wyrazu pani twarzy.

To ostatnie wreszcie Briandę przekonało. Choć uważała, że tylko traci czas, w głębi duszy czuła ciekawość. Przypomniała sobie uśmiech Silvii. Wróżki miały zwyczaj obiecywać każdemu szczęście w miłości, wspaniałą rodzinę i pracę oraz żelazne zdrowie...

- Zgoda - mruknęła, sięgając po karty. Wyciągnęła dziesięć. - Już.

- Doskonale. - Kobieta wskazała miejsce na stole. - Proszę położyć pierwszą tutaj. - Brianda spełniła polecenie. - Głupiec w pozycji odwróconej. Czuje się pani samotna, niepewna, słaba. To trudny moment w pani życiu, pełen sprzecznych emocji. - Postukała palcem w stół, tam gdzie miała spocząć druga karta, częściowo przykrywając pierwszą. - Kochankowie w pozycji odwróconej. Dokonała pani niewłaściwego wyboru. Pani rodzina i otoczenie tylko panią osłabiają. Stanowią przeszkodę.

Brianda zmarszczyła brwi. Matka bywała uciążliwa, owszem, ale rodzina jako całość w niczym jej nie przeszkadzała. Od dawna była przecież niezależna.

Przyszła kolej na trzecią kartę, ułożoną na prawo od drugiej.

- Rydwan w pozycji prostej. Dotyczy przyszłości. Potrzebuje pani podróży. I odbędzie ją pani. Przeszkód po drodze nie zabraknie. Musi pani znaleźć swoją ścieżkę.

Brianda poruszyła się niespokojnie. Wciąż nie zdecydowała, czy wyjedzie, czy nie.

I czwarta karta, na lewo od drugiej.

- Księżyc w pozycji prostej. Kiedyś była pani osobą emocjonalną, marzycielską i obdarzoną intuicją. Podążyła pani trudną, mroczną drogą. I cierpiała pani. Bardzo.

I piąta, powyżej drugiej.

- Cesarzowa w pozycji odwróconej. Dlatego straciła pani panowanie nad sytuacją. Dotknął panią kryzys, którego nie umie pani wyjaśnić.

Szósta karta wylądowała poniżej drugiej, uzupełniając kształt krzyża. Obróciwszy ją, Brianda aż podskoczyła. Miała przed sobą szkielet z kosą.

- Śmierć w pozycji prostej. Sygnalizuje głęboką, radykalną przemianę. Koniec i początek. Umrze pani i się odrodzi.

Brianda nie chciała słuchać dalej, ale siedziała jak zahipnotyzowana powtarzalnym rytmem słów i ruchów.

Palec wróżki wskazał miejsce dla siódmej karty, która, leżąc obok czwartej, zdawała się celować w pierś Briandy.

- Sąd Ostateczny w pozycji prostej. W głębi duszy pani tego pragnie. Chce się pani obudzić. Potrzebuje tej zmiany.

Ósma karta, na prawo od siódmej.

- Koło Fortuny w pozycji odwróconej. Otoczenie będzie stwarzać trudności, ale transformacja i tak się dokona. Prędzej czy później.

Dziewiąta. Okropny stwór podobny do kozła z ogromnymi rogami. Brianda poczuła suchość w ustach.

- Diabeł w pozycji prostej. Nie rozumiem... - Brianda mimo woli podniosła wzrok i zobaczyła, że wróżka przymyka powieki, jakby wsłuchiwała się w odległe głosy. - To ma związek z pani lękami, z podświadomością... Wyczuwam mentalny rozstrój. I niepohamowaną namiętność... Proszę położyć ostatnią kartę.

Dziesiąta. Człowiek przytrzymujący lwa.

- Siła w pozycji prostej. Tak... - Głos się wróżce załamał. - Ostatecznie duch zatriumfuje... nad materią.

Brianda przymknęła oczy, usiłując przyswoić sobie to, co właśnie usłyszała.

"Duch zatriumfuje nad materią".

Wyjęła z torby portmonetkę i położyła na stole banknot. Dłoń wróżki musnęła jej rękę w geście odmowy.

- Nie, nie. Spełniłam tylko swój obowiązek.

Brianda popatrzyła na nieznajomą i się zdumiała. Jej twarz zdradzała skrywane cierpienie. Poprzednia arogancja zniknęła.

- Nie mogę przyjąć tych pieniędzy. Przepraszam, muszę iść.

Nie dając Briandzie czasu na reakcję, kobieta zgarnęła swoje rzeczy, wstała i ruszyła do wyjścia. Przystanęła jednak, zawróciła i spojrzała na nią tak przenikliwie, jakby znały się od dawna.

- Bądź silna - rzekła, zwracając się do niej na "ty". - Nie bój się.

Brianda poczuła, że coś dotyka jej ramienia, i krzyknęła.

Powodowana instynktem zerwała się na równe nogi i podniosła dłoń do piersi, wyczuwając gwałtowne bicie własnego serca. Esteban śmiał się z jej reakcji.

- Silvia już mi powiedziała, jak się zabawiacie, gdy zostaniecie same. Co takiego usłyszałaś, że tak cię to przeraziło?

- Prawdę mówiąc, sama nie wiem...

Nie miała odwagi mu wyznać, że przeraziło ją wszystko, cała ta dziwaczna gadanina. Przecież nie mogła wspomnieć o czekającej ją podobno niepohamowanej namiętności.

- Zakładam, że będziesz żyła długo i szczęśliwie u boku wspaniałego mężczyzny, z dwójką albo trójką brykających dookoła dziatek...

Kpina widoczna w pięknych szarych oczach Estebana sprawiła, że Brianda zdobyła się na uśmiech.

- Tak jak Silvia?

- Mniej więcej...

Brianda omiotła lokal spojrzeniem, ale wróżki nigdzie nie dostrzegła. Objęła Estebana w pasie i tak przytuleni ruszyli w stronę przyjaciół, którzy tymczasem postanowili zatańczyć przy słodkiej, powolnej balladzie. Esteban przyciągnął Briandę do siebie, a ona, gdy zaczęli się łagodnie kołysać, zarzuciła mu ręce na szyję i poczuła przemożną potrzebę, by uczepić się go z całej siły.

Kiedy opuszczali bar, wciąż kurczowo trzymała się Estebana. Nie puściła go ani na ulicy, ani na podwórzu, ani w windzie, ani w korytarzu własnego mieszkania... Oderwała się od ukochanego tylko na chwilę, żeby zdjąć ubranie i położyć się do łóżka. Czując go na sobie, obok siebie, pod sobą, bardziej wierzyła w to, że wszystko jest w porządku. Esteban nie stanowił żadnej przeszkody. Wcale nie musiała się z nim rozstawać. Kochała go bezgranicznie. I nigdy bardzo nie cierpiała. Nie potrzebowała zmian ani podróży. Jej życie było tak przyjemne, jak tylko można by sobie wymarzyć...

A jednak za każdym razem, gdy w nią wchodził, doznawała bolesnego kłucia w piersi. Nie mógłby być bliżej. Jej paznokcie wbite w jego plecy nie pozwalały, by odsunął się choć na kilka centymetrów. Czuła go tak samo intensywnie jak zwykle, lecz zarazem odnosiła wrażenie, że się oddala, bo jakiś okropny głos gdzieś w środku, zakłócając przyjemność niby irytujące echo, przypominał, że coś jest nie tak, że to powinien być ktoś inny, że trzeba uciekać...

Muszą przestać.

Ale ten jego dotyk, ten zapach...

Palące ślady jego palców na skórze.

Oddychał coraz szybciej. Skręciła się pod nim i zaraz zrozumiała, że odczytał to opacznie - jak znak podniecenia. Chciała krzyknąć, żeby przestał, ale nie mogła, przygnieciona jego ciężarem. Przytrzymując się zagłówka, zdołała podsunąć się trochę do góry. Esteban był na krawędzi orgazmu, a ona chciała go jedynie powstrzymać. Czuła, że zaraz pęknie jej głowa. Całe wcześniejsze pragnienie zamieniło się w strach. I znowu te palpitacje, zimny pot, duszności, odruch, by uciekać...

- Przestań! - zdołała w końcu zawołać.

Esteban się uśmiechnął. Jeden mocniejszy ruch i skończył w jej wnętrzu. Był cały spocony. Jęknął po raz ostatni i opadł na nią.

Stłumiła szloch, za wszelką cenę próbując się opanować.

Co się z nią dzieje?

To było najgorsze ze wszystkiego: niezrozumiałe poczucie straty.

Nie rozumiała, czemu najukochańszy człowiek nagle stał się jej tak obcy.

Oddalał się. Rozmywał.

Nigdy wcześniej nie przeszkadzała jej jego bliskość. Jak miała teraz spojrzeć mu w oczy i udawać, że nic się nie stało? Ale czegoś takiego nie można było ubrać w słowa, chyba że się dążyło do ostatecznego zerwania...

Rozpłakała się bezgłośnie.

Tak.

Jednak powinna wyjechać. Dokądkolwiek.

Przynajmniej na jakiś czas.

3.

Dwa dni później wczesnym rankiem ze ściśniętym sercem pożegnała Estebana, złapała walizkę pełną ciepłych ubrań, siadła za kierownicą swojego auta i ruszyła na północny wschód. Po tamtej nieszczęsnej nocy poczuła gwałtowną potrzebę, aby wyjechać z domu, z Madrytu, opuścić znany sobie świat. Sama myśl o tym, jak w duchu odepchnęła Estebana, wywoływała w niej taki dyskomfort, że konieczna okazała się większa dawka środków uspokajających. Esteban nie zasługiwał na takie traktowanie. Może zresztą pospieszyła się trochę z decyzją o wyjeździe, ale musiała zyskać dystans i spokojnie się zastanowić. Nie miała zresztą pewności, czy Tiles to w tej sytuacji najbardziej odpowiednie miejsce, tyle że żadne inne nie przychodziło jej do głowy.

Po pięciu godzinach, zmęczona, zatrzymała samochód pośród pustkowia, na nieoznaczonym skrzyżowaniu stawiającym ją wobec wyboru, którego GPS nie potrafił jej ułatwić. Ostatnie miasteczko zostało dwa kilometry z tyłu, w zasięgu wzroku nie było żadnych innych aut.

Wyjęła papierową mapę.

Tiles leżało gdzieś między dwiema oznaczonymi na żółto drogami. Brianda zdecydowała się na tę po prawej. Gdyby się pomyliła, zawsze mogła zawrócić. Napiła się wody, podjadła suszonych owoców i ruszyła dalej, przypatrując się obcemu krajobrazowi w poszukiwaniu widoków zapamiętanych z dzieciństwa.

Wąska szosa pięła się pod górę wśród nieużytków. Po lewej stronie ciągnęły się niewysokie szare wzniesienia pocięte głębokimi ilastymi wąwozami. Ziemia zdawała się zmęczona, zmaltretowana przez bezlitosny klimat. Na prawo, wzdłuż drogi, szerokim kamienistym korytem płynęła rachityczna rzeczka. W miarę jak samochód wjeżdżał wyżej, w pejzażu zaczynały dominować skały, między którymi próbowały przetrwać jakieś krzaki, rzeka zapadała się coraz głębiej, a zakręty nabierały ostrości.

Za jednym z nich Brianda musiała gwałtownie zahamować.

Na drodze stał samochód, obok zaś ktoś rozpaczliwie machał rękami. Miała ochotę jechać dalej, z obawy, że to pułapka, od razu jednak uznała, że jest biały dzień i nic nie wskazuje na to, by chodziło o napad. Przytupując, chyba z zimna, zwyczajna kobieta zwyczajnie prosiła o pomoc. Była wysoka, ubrana we wzorzystą, długą do kostek sukienkę w zielonkawoziemistych kolorach, kowbojki i pognieciony szal. Brianda opuściła szybę i poczekała, aż nieznajoma się zbliży.

- Podwieziesz mnie? Jadę do Tiles. - Miała długie włosy koloru burgunda i wesoły głos.

- Tak, jasne - odparła Brianda, lekko niezadowolona, że ktoś zakłóca jej podróż i rozmyślania. - Co się stało?

- Zaraz ci wszystko opowiem.

Z bagażnika swojej rozklekotanej terenówki kobieta energicznie wydobyła ponad tuzin różnych toreb, które następnie, gdy Brianda zaparkowała na poboczu, przerzuciła do jej auta.

- Mam na imię Neli. Jak widzisz, dziś jest dzień cotygodniowych zakupów. A samochód mi się rozkraczył. To prawdziwe szczęście, że akurat przejeżdżałaś. Trochę już czekam. Jeszcze trochę i bym zamarzła.

- Jestem Brianda.

Spodobała jej się rezolutna otwartość Neli. Podobnie jak jej głos. Było w tej kobiecie z pustkowia coś szczególnie pociągającego. Wzbudzającego całkowite zaufanie. Początkowa irytacja Briandy zaczynała się rozwiewać.

- Wybacz wścibstwo, Briando, ale czego tu szukasz? Niewielu ludzi się do nas zapuszcza.

- Mam tutaj rodzinę.

- W Tiles? - zdumiała się Neli. - Sądziłam, że znam tam wszystkich mieszkańców i ich krewnych, choćby ze słyszenia...

- Zaraz ci wszystko opowiem - rzuciła Brianda porozumiewawczo i obie się roześmiały.

Miło było tak jechać. Z obcą osobą, która jednak zdołała ją rozbawić. Wprawdzie w całej tej podróży chodziło o ucieczkę, o ukrycie się przed ludźmi, a nie o ich poznawanie, niemniej Brianda poczuła, że gdzieś w jej wnętrzu rodzi się zdrowa ciekawość - może dlatego, że jej miejskie wyobrażenie o zagubionej dolinie z czasów dzieciństwa nie bardzo harmonizowało z kimś takim jak Neli.

- A co będzie z samochodem? - spytała Brianda. - Wezwałaś pomoc drogową?

- Tu nie ma zasięgu. Zadzwonię z domu. Albo wyślę po auto męża.

Neli powiedziała to tak, jakby nie było w tym nic dziwnego. Brianda zahamowała, sięgnęła po swoją komórkę i przekonała się, że zasięgu faktycznie nie ma. Wciąż istniały takie miejsca! A ona przejechała tyle kilometrów, zupełnie tego nieświadoma.

- Dobrze, że się wcześniej nie zorientowałam - rzuciła. - Bo zaczęłabym się martwić. Mam nadzieję, że w Tiles sprawy mają się inaczej.

- Zależy od dnia - odparła Neli, lecz uznała widać, że Brianda należy do osób uzależnionych od telefonu, bo dodała uspokajająco: - To znaczy zazwyczaj tak, chociaż czasami, jak bardzo wieje albo po burzy, sygnał jest słaby.

- W takim razie liczę na dobrą pogodę.

Jednak już wymawiając te słowa, Brianda pomyślała, że w sumie dobrze by było na chwilę zapomnieć o komórce. Przynajmniej nie musiałaby wtedy tłumaczyć się wszystkim znajomym z tych nagłych "wakacji". Skupiła się na kolejnym zakręcie, jeszcze ostrzejszym niż poprzednie. Ta droga była naprawdę straszna.

- Już niedaleko - oznajmiła Neli z ożywieniem. - Dla ludzi z zewnątrz to prawdziwy kraniec świata.

- Szczerze mówiąc, bardzo jestem Tiles ciekawa - przyznała Brianda.

- Myślałam, że znasz te strony! - zdziwiła się Neli.

- I tak, i nie. Mieszka tu moja ciotka z mężem, w dzieciństwie przyjeżdżałam do niej na wakacje, ale niewiele pamiętam.

- A jak się nazywają twoja ciotka i jej mąż?

- Isolina i Colau. Znasz ich?

Neli przez chwilę zwlekała z odpowiedzią. Brianda dostrzegła kątem oka, że jej nowa znajoma zmusza się do uśmiechu.

- Tak, jasne. Dom Anels stoi kawałek od nas. Lepiej znam Isolinę.

- To starsza siostra mojej matki. Czyli sama nie jesteś stąd?

- Nie, ale rodzina mojego męża owszem. Mieszkamy tu z Jonasem już od dziesięciu lat. Chcieliśmy, żeby nasze dzieci urodziły się i dorastały na wsi, dlatego postanowiliśmy zmienić swoje życie.

Brianda przypomniała sobie pewien prasowy artykuł na temat utopii powrotu. Była w nim mowa o tych, którzy z powodu kryzysu, bezrobocia, zanieczyszczenia środowiska, stresu i biurokracji decydowali się na powrót do natury, na wieś - niejednokrotnie mocno wyidealizowaną - w poszukiwaniu harmonii z przyrodą i życia we wspólnocie. Pamiętała, że czytała o tym jak o UFO. Naprawdę nie rozumiała, jak można zrezygnować z wygód życia w mieście, żeby marznąć w jakiejś ruderze i uprawiać własne warzywa, skoro istnieją wspaniale zaopatrzone centra handlowe. Laura, która wychowała się w Tiles, po lekturze tego tekstu oświadczyła, że wracać do natury mogą wyłącznie ci, którzy poznali trudy egzystencji na wsi; cała reszta ulega po prostu przelotnej modzie. Czy Neli żałowała swojej decyzji...? W gruncie rzeczy ciekawie byłoby dowiedzieć się od niej czegoś więcej: skąd to jakby angielskie imię, Neli, no i z czego oraz jak się tu żyje...

- Czyli jesteście... Jak to się mówi? Zwolennikami neoruralizmu?

Neli parsknęła śmiechem.

- Och, te etykietki! Neoruraliści, hippisi, squatersi, alternatywa, cyganeria, neorzemieślnicy, neorolnicy... Ja nie identyfikuję się z żadną grupą... - tu głos Neli zabrzmiał tajemniczo - ...przynajmniej tego rodzaju... O, dojeżdżamy!

Samochód pokonał trzy kolejne zakręty, balansując między skałą po prawej a przepaścią po lewej stronie, i nagle przed oczami pasażerek otworzyła się wielka płaska przestrzeń: płaskowyż rozciągający się u stóp ogromnego skalnego masywu - góry Beles, imponującej i samotnej jak z dziecięcego rysunku.

- Skręć w prawo - poleciła Neli. - Tędy jedzie się do dolnego Tiles, gdzie mieszkam. Na lewo jest górne Tiles i tam stoi wasz dom.

Mijały pola uprawne i łąki, krowy i owce na pastwiskach oraz domy o ścianach z ciemnego kamienia, kryte łupkiem albo dachówką. Zabudowania powoli gęstniały, aż za małą stacją benzynową z szyldem hotelu i restauracji ustawiły się równo po obu stronach wąskiej ulicy, która kończyła się na placu z typowym romańskim kościołem, zwieńczonym wieżą o spiczastym czterospadowym dachu.

Brianda zaparkowała i wysiadła z samochodu. Przywitał ją podmuch zimnego wiatru. Nie spodziewała się go, ponieważ liście na okolicznych drzewach ledwie się kołysały, i poczuła się tak, jakby ją ktoś spoliczkował. Pospiesznie włożyła kurtkę, co niewiele pomogło, dlatego energicznie roztarła sobie ramiona. Rozejrzała się dookoła i przez moment miała wrażenie, że cofa się w bliżej nieokreśloną przeszłość, jednakże w próbach przywołania idyllicznych obrazów z dzieciństwa przeszkadzał jej widok prostych, zaniedbanych budynków i ostry zapach mokrej ziemi oraz bydła. Umysł sygnalizował jej, że to, co widzi, jest nawet ładne, lecz zbyt surowe, niepokojąco smutne i wręcz przytłaczające. Z jednej strony podobało jej się tutaj; z drugiej - czuła się obco.

Neli, jakby czytając w jej myślach, wskazała kościół.

- Portyk się rozpada, apsyda też jest w nie najlepszym stanie, ale stopniowo wszystko wyremontujemy. Między innymi właśnie tym się zajmuję. A tu mieszkam.

Wyładowywała torby i ustawiała je na pierwszym stopniu kamiennych schodów, które wiodły do pobielonego wapnem domu. Jej kroki rozbrzmiewały na opustoszałym placu twardym, głuchym echem. W końcu podeszła do Briandy i ku jej zaskoczeniu podnios­ła dłoń do jej głowy, by, wykonawszy jakiś szybki ruch, oznajmić:

- Przepraszam, miałaś coś we włosach.

- O! - Brianda poczuła lekkie szarpnięcie i odruchowo się cofnęła.

- Długo zostaniesz? - pospiesznie rzuciła Neli.

- Ze dwa tygodnie. Może dłużej.

- Więc na pewno się jeszcze spotkamy!

Pożegnały się i Brianda zawróciła na rozstaje.

Kiedy skręciła w odnogę prowadzącą do Anels, zauważyła, że krajobraz się zmienia. Na pastwiskach pojawiły się drzewa, jesienną szarość urozmaiciły żywe kolory liści oraz zieleń bukszpanów. Z tej perspektywy góra Beles wydawała się jeszcze większa. Brianda pogratulowała sobie w duchu, że jest środek dnia. Już widziała w wyobraźni, jak popołudniami cień tego kolosa zawisa nad okolicą niczym orzeł nad ofiarą, w milczeniu zwiastując jej nieuchronną śmierć. Wolałaby nie spacerować tędy samotnie po nocy.

Droga wiła się przez parę kilometrów w stronę skalnego masywu. Później po lewej pojawił się cmentarz, za nim była ścieżka, której Brianda nie pamiętała, po prawej, pod wielką lipą, tryskało źródło i wreszcie ukazał się dobrze jednak znany podjazd.

Zwolniła.

Czuła się dziwnie. Miała ochotę dotrzeć w końcu do celu i zobaczyć Isolinę, chociaż myśl o ponownym spotkaniu z Colauem wywoływała w niej silny niepokój. Odetchnęła głęboko. Wszystko to głupstwa. Jest przecież dorosłą kobietą. Może się bać wielu rzeczy, ale na pewno nie męża swojej ciotki.

Znów przyspieszyła i wkrótce zaparkowała na wypłaszczeniu, gdzie spodziewała się ujrzeć imponujący kamienny sześcian piętrowego domu i budynki gospodarcze różnej wysokości przylegające do góry Beles i urozmaicające jej skalistą podstawę. Jednakże teraz Anels tonęło w splątanym gąszczu, jak gdyby drzewa chciały swoimi sękatymi gałęziami i uschniętymi liśćmi oddzielić to siedlisko od doliny, podporządkowując je górze. Zrobiła kilka kroków po żwirowanej ścieżce i pośród jesionów i wierzb dostrzegła niski mur otaczający frontowe podwórze. Natychmiast zobaczyła siebie samą, z warkoczami i rękami wyciągniętymi na boki dla zachowania równowagi, ostrożnie wędrującą po tym murku za bratem, wówczas chłopcem w krótkich spodenkach. Wizja trwała krótko, lecz dała jej przelotne poczucie błogości. Gdybyż taki stan mógł się utrzymać! To było zupełnie bez sensu, niemniej odnosiła wrażenie, że oto wraca do domu. Może rodzice mieli słuszność? Może pobyt na wsi rzeczywiście pozwoli jej się trochę uspokoić?

Tyle że gdy zbliżyła się ku drzwiom wejściowym, serce znów zaczęło jej bić jak szalone.

Między kamieniami na ziemi wszędzie pleniła się trawa. Dachy, a gdzieniegdzie i ściany zabudowań gospodarczych świeciły dziurami. Nawet mur domu w jednym miejscu wybrzuszył się niebezpiecznie, jakby miał lada moment pęknąć. Tylko stosy drewna na opał, rabatki uschłych po lecie kwiatów i rozwieszone na sznurze pranie nieśmiało przypominały, że ktoś tutaj jednak mieszka.

Cisza była tak absolutna, że Brianda słyszała własny oddech. Zaczęła się zastanawiać, czy Anels zawsze tak wyglądało, a tylko spojrzenie dziecka nie umiało tego dostrzec, czy też miejsca, podobnie jak ludzie, z upływem czasu po prostu tracą energię i wesołość.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji