2
W wielkiej sali zamku służba zapaliła już ośmioramienne świeczniki i ustawiła na koziołkach długie drewniane blaty pokryte białymi obrusami. Zapadła noc. Weneckie naczynia i weneckie kielichy odbijają blaski świec. Goście napływają do sali, a królewski wysłannik oddycha z ulgą. Nareszcie, nareszcie kultura, elegancja i wykwintne dania! Po kilkudniowej wyczerpującej podróży w kurzu i błocie znajduje owo wyrafinowanie, do którego przywykł, zaś zgromadzeni goście z uwagą słuchają jego relacji z wyprawy. De Lancre żali się, że jego karawana, nie mając możliwości ominięcia wielkich wrzosowisk, podczas trzeciego etapu podróży wielokrotnie grzęzła w błocie.
- Straszliwa pułapka - irytuje się, przeklinając to pustkowie usiane lagunami i kiepskimi drogami... - Można by pomyśleć, że zostały celowo tu umieszczone, aby wytracić podróżników, którzy się nieopatrznie zapuścili w te strony.
- A jednak podjął pan to ryzyko! - wykrzyknęła z podziwem Aimée d'Artix. - Ma pan rację, to było niebezpieczne. Na tych wrzosowiskach roi się od obdartych i wygłodzonych żołnierzy, którzy rzucają się na wszystkich. W ubiegłym miesiącu obrabowali jakiegoś ubogiego komiwojażera, który się tam zagubił. Miał pan szczęście, że pan się na nich nie natknął.
W tym momencie Pierre de Lancre nachyla się do swojej sąsiadki i z dziwnym uśmieszkiem na ustach odpowiada:
- Myślę raczej, szanowna pani, że to oni mieli szczęście i nie natrafili na mnie.
Pani domu, zaskoczona tą odpowiedzią, zaśmiała się nerwowo. Aimée nie odczuwa ani współczucia, ani empatii dla tych żołnierzy pozostawionych na pastwę losu przez króla Francji po wielu latach służby, podczas wojen religijnych, ale ton wypowiedzi jej gościa jest zastanawiający. Czy to jakieś ostrzeżenie? Co chciał przez to powiedzieć? Aimée jest zaniepokojona. Wyczuwa jakby ukrytą agresję. Dobrze wie, że de Lancre znalazł się tu, żeby oczyścić ten region, a jej własny syn przyczynił się do jego przybycia. W liście podpisanym przez seniora i przez zarządcę tego regionu usilnie prosił on Henryka IV, ażeby uwolnił ich od czarownic i od zaklęć, które rzucają na tutejsze posiadłości. W rzeczywistości jednak te czarownice mają rysy ich nieprzejednanych wrogów z wybrzeża, z Ciboure i Saint-Jean-de-Luz, przeciwko którym prowadzą bezlitosną wojnę.
Król nieprzypadkowo wybrał Pierre'a de Lancre. Aimée d'Artix jest z nim spokrewniona, te więzy powinny ją uspokajać, ale musi pozostać czujna. Czasy są niepewne. Wszędzie mnóstwo szpiegów, jedni zdradzają drugich. Nie tak dawno ludzie mordowali się nawzajem bez litości. Książę Gwizjusz i Henryk III stracili życie i nikt nie wie, do którego świętego się zwrócić ani do jakiego Boga się modlić. Przez trzydzieści lat wojen religie nastawiły wrogo jednych ludzi przeciwko drugim i nie jest dobrze znaleźć się po złej stronie. Ale która jest dobra? Aimée dokonała już wyboru. Jest katoliczką, tak jak królowie Hiszpanii, zaś niedawna konwersja króla Francji, Henryka IV, budzi jej obawy. Nie zapomina, że był protestantem i synem wielkiej kapłanki Joanny d'Albret.
Nieoczekiwanie honorowy gość wieczoru przerywa tok ponurych myśli Aimée, wznosząc toast za jej zdrowie i pomyślność rodziny. Sypie przy tym komplementami na temat wykwintnych potraw i różnorodności dań, a robi to tak umiejętnie, że Aimée odzyskuje spokój i postanawia cieszyć się atmosferą udanego wieczoru. A pomijając już wszystko inne, interesy jej syna mają się dobrze.
Muzycy grają tradycyjne melodie, a lokaje napełniają kielichy gościom. Zachwyceni biesiadnicy nie odrywają oczu od królewskiego wysłannika i chłoną jego słowa. Aimée, dumna, że może podejmować krewniaka, który jest bywalcem dworu królewskiego, wyjaśnia siedzącej obok znajomej, że Pierre de Lancre jest wnukiem Basków, nawet jeżeli ta gałąź rodu dorobiła się majątku na handlu winem w Bordeaux, a stolica Akwitanii stała się widownią ich niespodziewanego awansu społecznego. De Lancre skoligacony poprzez małżeństwo ze sławną rodziną Montaigne'a, którego stryjeczną wnuczkę Jeanne de Mons poślubił, lansował się jako humanista, zgodnie z tą nową wówczas filozofią. W tej szybkiej i nadzwyczajnej karierze fortuna i stanowisko jego ojca, sędziego i doradcy królewskiego, odegrały, rzecz jasna, niebagatelną rolę. Dużo czasu spędził we Włoszech, stosownie do mody panującej wówczas na europejskich dworach. Pobierać nauki tylko we Francji...? To trąciło pospolitością, należało być kosmopolitą i władać wieloma językami. Ostatecznie Pierre ukończył studia i zrobił doktorat z prawa na renomowanym uniwersytecie w Turynie.
- Ale... - odzywa się siedząca obok znajoma i po chwili wahania pyta - jego pradziadek nazywał się Rosteguy, chyba się nie mylę?
Aimée potwierdza.
- A więc skąd ta zmiana nazwiska? Czyżby baskijskie pochodzenie mu przeszkadzało?
Aimée wyprostowuje się, nieco zirytowana. Owszem, Pierre nazywał się Rosteguy, ale pragnąc się zasymilować ze środowiskiem władzy i dworu, lepiej było posiadać nazwisko z przyimkiem "de".
- Sprawy zostały załatwione zgodnie z przyjętymi zasadami, bez żadnej kradzieży. Jego majętny ojciec kupił tytuł szlachecki i dom. Nie widzę problemu...
Zakłopotana sąsiadka już nie drąży tematu. W głębi duszy myśli jednak, że wypieranie się swojego pochodzenia, żeby zadowolić rządzących, to nie jest dobry znak. Zwłaszcza w przypadku Basków, tak dumnych ze swoich korzeni.
Noc już zapadała, kiedy goście zaczęli opuszczać zamek. Księżyc oświetlał teraz ich sylwetki pod drzewami rozległego parku, tworząc nieomal teatralną scenerię. Oszołomieni wystawnym przyjęciem na zamku szacownej rodziny, goście odczuwają radość z przebywania we własnym, tak zacnym gronie. Z wysokości kamiennych schodów Aimée odprowadza ich wzrokiem aż do momentu, kiedy ostatni powóz niknie na drodze ku Hiszpanii. Dzisiejszy wieczór kosztował ją sporo wysiłku i wymagał strategii, chociażby w zaplanowaniu miejsc przy stole, niemniej okazał się wielce udany.
- Wieczorne przyjęcie, szanowna pani, było nadzwyczajne - oświadczył zarządca regionu przy pożegnaniu. - A czcigodny wysłannik królewski to nasz znaczący sprzymierzeniec. Słyszała pani, jak surowo karcił naszych wrogów, tych armatorów z wybrzeża? "Odrywać ludzi od ziemi żywicielki, odrywać od rodzin, żeby wysyłać ich na zgubę w morskich odmętach? Toż to szatańskie dzieło!" - wyrecytował zarządca głośno i dobitnie.
- "To działać wbrew woli Boga. Oto dlaczego tu przybyłem. Jestem do Jego dyspozycji" - uzupełnił uroczyście syn Aimée. - Wszyscy to zrozumieli. Już jutro wysłannik królewski uda się na wybrzeże, żeby czynić to co konieczne. Tak przecież postanowiono.
Aimée czuje przypływ dumy. Nareszcie zapanuje sprawiedliwość. Wrogowie z wybrzeża pojmą wreszcie, że nie wolno porywać wieśniaków i robić z nich marynarzy! W niespełna dwa lata armatorzy z Ciboure i Saint-Jean-de-Luz niezmiernie się wzbogacili, a właściciele ziemscy podupadli z powodu braku plonów i ludzi do uprawy roli. Arogancja tych nowobogackich, którzy umieszczają fałszywe herby na fasadach swoich domów, a ponadto każą się obsługiwać czarnoskórym niewolnikom, irytuje Aimée w najwyższym stopniu.
Ale dzisiejszego wieczoru może się czuć usatysfakcjonowana. Jej syn, a także jej przyjaciel, zarządca regionu, pan Caupenne, umiejętnie zaognili spór, skarżąc się na czarownice. Pomijając parlament Bordeaux, obaj skierowali swoje pismo bezpośrednio do króla Francji. Ale dlaczego król ich wysłuchał? Czy to nie jest zbyt grubymi nićmi szyte... Jaki może być w tym interes króla? Biorąc pod uwagę niestabilność panującą we Francji, burzliwe relacje z królem Hiszpanii, Henryk IV ma naprawdę mnóstwo innych spraw na głowie. Nie mówiąc już o tych historiach z kobietami, które przysparzają mu poważ-nych kłopotów.
Ponure myśli dręczą Aimée, kiedy udaje się do sypialni. Wilgotne nocne powietrze sprawia, że odczuwa duszności. Otwiera szybko okno. Wpada świeży podmuch, w parku panuje cisza przerywana jedynie pohukiwaniem sowy ukrytej gdzieś w listowiu. Aimée oddycha głęboko. Ta kraina, rozgwieżdżone niebo, niekończąca się linia horyzontu, ocean szumiący w oddali za błękitnawymi wzgórzami, pokrzepiają ją w momentach zwątpienia. Nagle ciszę przerywa głośny rechot żaby. Zaintrygowana Aimée spogląda w stronę fosy i wydaje okrzyk przerażenia. Szkaradna ropucha patrzy na nią swoimi wyłupiastymi oczami. Przestraszona Aimée zamyka pospiesznie okno i ucieka do łóżka. Widziała już wiele żab, które pojawiały się w tym wilgotnym zakątku rodzinnej posiadłości, ale takiego potwora jak ta brunatna ropucha pokryta wielkimi brodawkami nigdy dotąd nie spotkała. Zobaczyć coś takiego, i to po uroczystości uświetniającej przybycie Pierre'a de Lancre, to nie może być przypadek... Kobieta drży na całym ciele.
Może to znak, Aimée wierzy w znaki. Urodziła się w czasach, kiedy ludzie upatrywali we wszystkim interwencji nieznanych bóstw. Jeżeli nawet czasy Renesansu rzucają nowe światło na cały świat, a przyczyniają się do tego również filozofowie, pisarze i uczeni - tego wieczoru ich wiedza nie pokona demonów i wiedźm niepokojących umysł starszej damy.
"Czarownice noszą na swoim prawym ramieniu obrzydliwą ropuchę - oświadczyła niedawno Augustyna, jej sąsiadka. - Każdy, kto spojrzy w oczy tej ropuchy, idzie prosto do piekła!".
No tak, sąsiadka Augustyna traci po trosze rozum, ale Aimée też czytała to znakomite dzieło Malleus Maleficarum. Ta książka wzbudziła w niej nowe lęki, jeszcze gorsze niż te rozmaite duchy z pogańskich wierzeń, jakimi karmiono ją w dzieciństwie. Stare kamienie tego zamku też wzbudzają niepokój. Malleus mówi wyraźnie: ręka diabła jest wszechobecna. Nie dziw zatem, że Aimée dopatruje się diabelskich sztuczek także w ciemnych szczelinach pomiędzy kamieniami.