CZAROWNICA
Stała pod lasem osłonięta gałęziami starego rozłożystego świerku. Nie odczuwała zimna, choć mroźny wiatr wzmagał się, wzbijając w górę tumany kopnego śniegu. Mocniej otuliła się wielobarwnym wełnianym szalem, który przezornie zabrała ze sobą z domu. Mimo mrozu wyszła ze swojej ciepłej i przytulnej chaty przycupniętej na zboczu Blizbora, tknięta niejasnym przeczuciem, że we wsi dzieje się coś ważnego. Choć wizja pojawiła się tylko na mgnienie oka, zaniepokoiła ją na tyle mocno, by ruszyła się z ciepłej izby. Nie myliła się.
Nie widziała ich, ale wiedziała, że nadchodzą. Czuła ich strach i determinację. Byli intruzami, za którymi nie przepadała. Jeszcze nie była pewna intencji obcych, ale ich pojawienie się zwiastowało zazwyczaj kłopoty albo przynajmniej zmiany, a ona lubiła swoją obecną spokojną, nawet dostatnią, egzystencję z dala od głównego nurtu życia. Tu, w górach, problemy wielkiego świata docierały z opóźnieniem lub całkiem omijały niewielką wieś. Z rzadka ktoś przynosił nowiny, zazwyczaj wtedy, gdy wiosną, po stopnieniu śniegu, wyjeżdżano na targ. Ale do wiosny zostało jeszcze wiele tygodni, a obcy pojawili się już i zupełnie znienacka. Bez przygotowania będzie musiała się zmierzyć z tą nową sytuacją. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy będzie musiała użyć sobie tylko znanych sposobów, by zapewnić nieznajomym schronienie w domach przykucniętych na stokach jej Góry. Pomimo złości i irytacji, którą odczuwała, przybysze intrygowali ją, gdyż o tej porze roku niewielu śmiałków zapuszczało się w góry. Ci musieli mieć ważny powód, by ryzykować życiem. Kim byli? Czego szukali?
Trochę nudziła ją ich ślamazarna wędrówka. Powinni już minąć najbardziej stromy fragment podejścia i znaleźć się na drodze przecinającej zbocze. Tej, która łączy poszczególne chaty w jeden organizm. A oni utknęli tam, gdzie dolina rozszerza się, a strumień tworzy rozlewisko. Może, gdyby dobrze się rozejrzeli, dostrzegliby niewielką jamę pozostałą po działalności Walonów, w której przeczekać można śnieżycę, ale oni jednak zdawali się być ślepi. Westchnęła. Wiedziała, że mimo wszystko trzeba im pomóc, bo jeśli zginą w dolinie, mieszkańcy będą mieli kłopoty. Odwróciła się twarzą w stronę Góry. Odetchnęła głęboko i pokłoniła niewidocznemu Duchowi Gór.
- Blizborze - szepnęła bezgłośnie - rozjaśnij swoją twarz, daj wędrowcom wytchnienie. - Rozprostowała palce, które dotychczas miała zaciśnięte w pięść. Z wnętrza jej dłoni wysypały się drobne ofiarne ziarna. Teraz mogła już tylko czekać...
Chwilę stała jeszcze pod osłoną drzew, a potem ruszyła do chaty, w której pod blachą pieca jeszcze żarzyły się ostatnie iskierki.
Zajrzała do kotła stojącego na blasze i coś nad nim wyszeptała, podłożyła drew, aż ogień zahuczał w palenisku. Do izby wtoczyła wielką balię. Wlała do niej kilka cebrzyków źródlanej wody. Odczekała, aż płyn w kotle zaczął bulgotać i parować, po czym napełniła balię wrzątkiem. Woda spieniła się, a po izbie rozszedł się słodko gorzki aromat ziół: nawłoci, nadającej skórze miękkości i blasku, mydlnicy, dzięki której woda pieniła się, i rumianku łagodzącego podrażnienia. Zdjęła suknię, rozciągnęła się niczym kotka i ostrożnie weszła do balii, sprawdzając temperaturę kąpieli.
Wyciągnęła się w pachnącej wodzie i mruknęła z zadowolenia. Ciepła, odprężająca kąpiel była jej bardzo potrzebna. Zielem nacierała szyję, ramiona, kolistymi ruchami przywróciła jędrność piersiom, szczypiąc przy okazji rozgrzane brodawki, wymasowała brzuch, napinając i rozluźniając mięśnie, by sprawdzić, czy nie pojawiła się jakaś nadliczbowa fałdka tłuszczu. Wreszcie zajęła się skórą pośladków, która jako najdelikatniejsza wymagała specjalnego traktowania. Na końcu wyszorowała nogi, a w stopy wtarła papkę z glinki kaolinowej. Czuła jak skóra nabiera jedwabistej miękkości i odzyskuje młodość. Niby niewiele, kilka lat, ale stosowana regularnie pozwalała jej zachować piękny wygląd. Nikt nie musiał wiedzieć, ile ma lat. Z resztą ona sama nie zaprzątała sobie tym głowy. Zbyt wiele widziała i przeżyła, by zajmować się takimi błahostkami jak wiek. Co innego wygląd. Uroda ciała już nieraz się jej przydała. Pięknej i zadbanej kobiecie mężczyźni łatwiej ulegają, a dzięki temu zawsze dostaje to, czego chce. Czasem uroda bywa groźna, ale od czego jest czarownicą? O wiele łatwiej postarzyć się, zgarbić, przebrać w łachmany i tak pokazywać ludziom.
Korzystając z prostych sztuczek, utrzymywała ludzi w strachu. Bali się jej i czuli respekt. Wierzyli, że potrafi zmieniać się w co tylko zechce. Podejrzewała, że pod jej nieobecność w chacie kłaniają się jej trójbarwnej kotce lub wielkiej czarnej kruczycy, która czasem przesiadywała na pobliskim drzewie, wierząc, że właśnie w nie się zamieniła.
Zamruczała z rozkoszy, uśmiechając się przy tym lekko. Nawłoć... Wielkie żółte wiechcie rosnące na piaskach. Uwielbiała patrzeć na niekończące się łany ziela, a ich cudotwórcze właściwości sprawiały, że co roku wędrowała dziesiątki kilometrów, by zebrać zapas na całą zimę. Teraz wyciągnięta w balii przypominała sobie jesienną eskapadę.
Wyruszyła z domu o świcie z niewielkim węzełkiem na plecach. Miała do przejścia jakieś 30 wiorst. Pogoda jej sprzyjała i, choć był już październik, odczuwało się przyjemne ciepło. Mijała kolejne wioski, nie niepokojona przez nikogo, bo też kogo mogła interesować niepozorna postać w szarej sukni?
W południe zatrzymała się w cieniu rozłożystej jabłoni, której owoce pachniały kusząco. Wyjęła kawał sera i pajdę chleba. Spod drzewa zebrała kilka jabłek. Wyborna uczta! Wyciągnęła się pod jabłonką, by chwilę odetchnąć przed dalszą drogą i gdy zaczynała drzemać, usłyszała męskie głosy. Niechętnie otworzyła oczy, by sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że cień przyciągnął w to miejsce nie tylko ją. Dwóch młodzieńców zamierzało odpocząć nieopodal. Początkowo rozzłościło ją, że ktoś śmie zakłócać jej sen. Miała nawet ochotę ukarać intruzów po swojemu, jednak uroda mężczyzn, zwłaszcza postawnego bruneta, skłoniła ją do zmiany zdania i do wychylenia się z wysokiej trawy, która dotąd ją skrywała...
Choć od przygody minęło już kilka miesięcy, nadal odczuwała przyjemne łaskotanie w dole brzucha na samo wspomnienie miłosnych igraszek, na które pozwoliła sobie tamtego dnia. Była wytrawną kochanką. Dawała, ale potrafiła też brać pełnymi garściami rozkosz, egzekwując swoje prawa za pomocą sobie tylko znanych sztuczek, a mężczyźni okazali się łasi na jej wdzięki i z niemałym zaangażowaniem spełniali wszystkie jej erotyczne zachcianki. Gdy już się nasyciła, spoiła młodzieńców ziołową nalewką, a sama ruszyła na swoją nawłociową łąkę, gdzie wśród wysokich kwiatów zamierzała spędzić noc. Doskonale wiedziała, że nic nie działa tak odprężająco i odmładzająco jak aromat ziół wdychanych w ciepłą księżycową noc. A taka się właśnie zapowiadała.
W łanach nawłoci, z dala od ludzkich siedzib, przygotowała sobie posłanie. Ułożyła się wśród wysokich kwiatów i prawie natychmiast zasnęła zwinięta w kłębek, okryta szarą chustą.
Następnego dnia szybko uporała się ze zbiorem ziół i bez zwłoki ruszyła w drogę powrotną. Czekała ją wędrówka o wiele trudniejsza niż poprzedniego dnia: nie dość, że dźwigała wielki tobół pełen nawłoci, to tym razem starała się unikać uczęszczanych traktów. Zioła zdradzały jej profesję, a nie wszędzie wiedźmy były mile widzianymi gośćmi. Powrót zajął jej kilka godzin więcej i dopiero po zmroku stanęła przed swoją chatką.
Kąpiel odmładzająca
bukiet nawłoci
garść korzeni mydlnicy lekarskiej
garść rumianku
dwa motyle skrzydła rusałki pawik
5 litrów stuletniej wody
duży kocioł
Wodę przyniesioną nocą ze stuletniego źródła wlać do kotła, wsypać zioła. Gotować na wolnym ogniu 5 minut. Nad parującym wywarem trzy razy powtórzyć: "jestem piękna".