Czarownica z Funtinel - Albert Wass

-
Proszę czekać

Tego dnia, kiedy Nuca postanowiła, że upiecze zająca - wcześniej wiele dni musiał wisieć pod okapem, żeby jego mięso skruszało - na górę do chaty nad potokiem Urszu przybył gość.

Akurat uporała się ze szpikowaniem zająca słoniną, zręcznie go też nabiła na rożen, a w powietrzu zaczął się rozchodzić przyjemny zapach pieczonego mięsa, gdy na zewnątrz powstał ruch i otwarły się drzwi. W progu stanął jakiś mężczyzna i badawczo zajrzał do środka. Był to niski, stary człowiek o przygarbionych plecach, w nieforemnych kierpcach na nogach, w wyliniałej futrzanej czapie na głowie, twarz zaś niemal zupełnie zasłaniały mu zmierzwione wąsy w kolorze konopi. Dobrze widać było jedynie oczy - jasne, migoczące niemal na żółto. Były to oczy przyjazne, ostro widzące i czyste niczym zimą woda w krainie ośnieżonych szczytów. A płaski, podłużny kształt twarzy w pewien sposób przypominał wąsatą, starą rybę.

- Szczęść Boże! - powiedział mężczyzna i wszedł do środka. Zwisającą mu z ramienia sakwę położył na ławie i zdjął też futrzaną czapę. Czoło miał całkiem białe, włosy długie i tłuste, i tak samo wyblakłe jak wąsy. - Ja jestem Birtalan znad Szalárd. Wiesz, gdzie jest Szalárd?

- Ja? Nie - odpowiedziała dziewczynka, pilnie obracając rożen nad ogniem.

- Po drugiej stronie Maros i nieco wyżej - wytłumaczył mężczyzna - to potok nieco większy aniżeli ten wasz tutaj i otaczają go świerkowe bory.

- Musi tam być pięknie - dziewczynka skinęła głową.

- O tak, jest pięknie.

Mężczyzna stał i wpatrywał się w kierpce, na których śnieg rozpuszczał się, tworząc brązowe kałuże na podłodze.

- Usiądźcie, skoro już tu jesteście - zaproponowała dziewczynka.

Birtalan usiadł na drugim końcu ławy. Dobrą chwilę milczeli oboje, słychać było jedynie ciche skwierczenie pieczonego mięsa. Gość wyciągnął z kieszeni poczerniałą ze starości glinianą fajkę oraz woreczek z tytoniem i zaczął nabijać tę fajkę, a wszystko czynił z wielkim, łagodnym spokojem. Nareszcie wygrzebał z ognia trochę żaru i zapalił fajkę. Kilka razy pyknął gryzącym dymem, po czym wskazał brodą w kierunku sakwy.

- To dla ciebie przyniosłem.

- Dla mnie? - dziewczynka wlepiła weń wzrok, a jej oczy zrobiły się niemal okrągłe. - Dla mnie? - powtórzyła.

- Yhm - skinął Birtalan - pan posyła.

- Co za pan?

- Pan Éltető.

- A to kto?

- Jego jest tam, po drugiej stronie, kraina ośnieżonych szczytów. Cała.

- A dlaczego mi to posyła?

- Przecie słyszał o tobie. Albo może zna twojego ojca. Czy ja wiem? Ja jestem tam, wysoko w górach, strażnikiem leśnym i to pan Éltető mnie przysłał. Ale uważaj, przypala ci się mięso!

Więcej się nie odzywali, póki zając nie był gotowy. Wówczas Birtalan wyciągnął z worka cały bochenek chleba, nakreślił na nim nożem znak krzyża, jak się godzi, i przełamał. Odciął dużą pajdę dla dziewczynki, drugą dla siebie. Następnie z kozikami w rękach zabrali się do zająca.

- W lepszą już porę nie mogłem przyjść - Birtalan wyznał na koniec, kiedy z zająca pozostały jedynie kosteczki. - Ale to muszę przyznać, dziewczyno, że znasz się na pieczeniu.

Swój kozik wytarł w kożuszek, ponownie wygrzebał fajkę, nabił ją, zapalił, a gdy już dobrze dało się z niej pociągnąć, powstał z ławy.

- No a teraz chodź - rzekł. - W zamian za obiad czegoś cię nauczę.

- Czego takiego? - spytała dziewczynka, trochę niepewnie.

- Łapać ryby.

- Dość my ich łapiemy więcierzem, ale o tej porze roku nie da się.

Birtalan machnął ręką z lekceważeniem.

- Więcierzem. Kto, do diaska, męczy się z czymś takim?! Chodźże! Jak masz na imię?

- Nuca.

- No to weź, Nuca, siekierę i koszyk na ryby!

Zeszli do potoku. Dziewczynka, ociągając się, ale zaciekawiona, z koszykiem na ramieniu i z siekierą w ręce. Przy jednej z wielkich, wystających skał Birtalan zatrzymał się. Potok przepływał tam pod tą skałą, ale nie było go słychać, bo przykrywał go lód i śnieg.

- Pamiętasz to miejsce z lata?

- Tak - skinęła dziewczynka.

- Głęboka jest woda pod tą skałą?

- No pewnie, że głęboka.

- Jak głęboka?

- Do pasa.

Birtalan kiwnął głową, następnie zsunął się pod skałę i nogą odgarnął śnieg w jednym miejscu. Wkrótce widać już było lód.

- Daj siekierę!

Począł nią obstukiwać lód, raz z tej, raz z tamtej strony, aż wyciął w nim mały czworokątny otwór. Starannie uprzątnął garścią lodowe odłamki. W dole, w głębi otworu, woda mknęła jak roztopiony ołów, ciemna, niemal czarna. Birtalan przyklęknął, pochylił głowę bez mała do samej wody i tak oto dłuższą chwilę zaglądał w brzuch potoku.

- Są tutaj - mruknął, podnosząc się - i ty możesz je zobaczyć. Pod kamieniem, wszędzie, z głowami w szczelinach. Tylko ogony im się ruszają to w jedną, to w drugą stronę.

Dziewczynka z zaciekawieniem przykucnęła przy otworze i pochyliła głowę całkiem aż do wody. Przez jakiś czas nie widziała nic, tylko przemykający strumień. I czuła w nozdrzach surowy, dziki zapach potoku, a uszy napełniły jej się tym dziwnym, huczącym hałasem, jaki powoduje woda ścieśniona pomiędzy kamień a lód. W końcu i ona, Nuca, zobaczyła pierwszą rybę leżącą tam nieruchomo, podobną do kawałka drewna, z głową w szczelinie kamienia. Tylko przezroczysta błona płetwy ledwo zauważalnie falowała wraz z nurtem wody. Potem dostrzegła jeszcze jakąś inną, a potem więcej i więcej.

- Widzę je! - dziewczynka podniosła zaczerwienioną twarzyczkę. - Ileż ich jest! Ale jak można je złapać, wujku Birtalanie?

- Zaraz zobaczysz. Najpierw nazbieraj do koszyka sporą ilość gałązek choiny. Tylko żeby były suche, rozumiesz?

Na drugim brzegu potoku gęsto stały choiny, ich gałęzie dotykały ziemi i było na nich wystarczająco dużo suchych gałązek. Dziewczynka z zapałem nałamała ich do koszyka. W tym czasie Birtalan zdrapywał nożem z drzew, na kawałek gazety, żywicę.

- No chodź! - rzekł wreszcie, gdy było już dość i gałązek, i żywicy. Powrócili na lód.

Birtalan najpierw dokładnie odszukał miejsce, gdzie pod lodem ryb było najwięcej, potem starannie odgarnął stamtąd śnieg.

- Daj tu drewno!

Na oczyszczonym kawałku lodu ułożył gałązki w stos, wmieszał w nie żywicę, następnie wyjął skałkę, hubkę i wykrzesał ogień. Trzaskały gałązki pod ogieńkami, płonąca żywica skapywała na lód i wkrótce zrobiła się tam kałuża. Birtalan wsunął ostrze siekiery pod ogień i po trochu zeskrobywał stamtąd lód rozmiękczony na kaszę.

- Tak to należy robić - rzekł - bo jeśli uderzysz w lód siekierą, ryby się spłoszą i odpłyną z tego miejsca. A tak to niczego nie zauważą.

Pod ogniem dziura coraz bardziej pogłębiała się i poszerzała. A kiedy w końcu ogień się dopalił i Birtalan odgarnął nogą resztkę żaru, lód w otworze był już całkiem miękki. Mężczyzna starannie czyścił dłonią otwór z kawałków lodu, aż naraz jego ręka sięgnęła wody. Otwór był gotowy. Stary z szerokim uśmiechem popatrzył w górę na dziewczynkę, ta odpowiedziała mu uśmiechem, a jej oczy błyszczały z podniecenia.

Birtalan zrzucił kożuszek, podwinął rękaw koszuli aż po pachę. Jego szczupła, żylasta ręka przypominała suchą gałąź. Następnie z wolna, ostrożnie sięgnął przez otwór do wody. Głębiej, coraz głębiej. Nuca obserwowała go z zapartym tchem. Jej wzrok zawisł na twarzy Birtalana. To oblicze było napięte, tajemnicze. Naraz wąs mu drgnął, a oczy rozbłysły dziwnym, triumfalnym blaskiem. Wyciągnął ramię z wody, a w dłoni trzepotała mu całkiem spora ryba.

- Na - powiedział wesoło i wrzucił rybę do koszyka. Ponownie sięgnął do wody i znów wyciągnął rybę. Przy szóstej przerwał, podniósł się i z zaczerwienionej z zimna ręki strząsnął wodę.

- O tak właśnie. Teraz i ty możesz spróbować.

Dziewczynka natychmiast rzuciła obok otworu wielką chustę, przykucnęła na niej i też podwinęła sobie rękaw koszuli.

- Brrr... - szepnęła, kiedy dotknęła zimnej wody, lecz ręki mimo to nie wyciągnęła. - Poczułam jedną pod palcami, ale odpłynęła!

- Dotknij jej ostrożnie - pouczył ją Birtalan - pogłaszcz po grzbiecie w kierunku głowy, a gdy sięgniesz skrzeli, szybko pochwyć! Woda też czasem szoruje rybi grzbiet liśćmi z drzew, małymi gałązkami, kawałkami lodu, które w niej pływają. Rób tak, jakby twoja ręka też była kawałkiem drewna, niesionym przez wodę jak gałąź czy liść.

Dziewczynka ponownie zanurzyła rękę w wodzie, teraz jeszcze ostrożniej.

- Mam ją! - zawołała nagle, z twarzą rozpromienioną radością, i już ryba podskakiwała na śniegu.

Lodowata woda niemal paliła jej skórę, palce bolały z zimna, ale nie przestawała. Z dziką, wesołą radością wyrzucała z wody ryby, jedną po drugiej. Birtalan stał tam obok i przyglądał się jej w zamyśleniu.

- Wystarczy - powiedział wreszcie, a jego głos zabrzmiał poważnie. - Teraz ryb masz dość na kilka dni. Szybko się tego nauczyłaś, szybciej, aniżelibym pomyślał. Niewielu potrafi się tego nauczyć, ale i ja pokazuję to tylko nielicznym... Ludzie wszystko chcą niszczyć, zabijać. Ja łapię tylko tyle ryb, ile mi potrzeba, no i czasem dla pana, gdy przychodzi wysoko w góry. Kto zabija także wtedy, kiedy nie jest głodny, ten grzeszy.

Do domu powrócili z koszykiem pełnym ryb. Birtalan opróżnił swoją sakwę.

- Masz tu bochenek chleba, suszone mięso, połeć słoniny, jabłka, placek z miodem, a w tym woreczku cukierki. Na. Wszystko to posyła ci pan.

- Bóg zapłać wam obu! - rzekła dziewczynka i zaczęła układać te rzeczy na półce.

Birtalan zarzucił na ramię pustą sakwę, mocniej wcisnął na głowę futrzaną czapę i ruszył w kierunku drzwi.

- No, niech ci Bóg błogosławi, dziewczynko!

Zima uparcie więziła świat. Za dnia niebo było perłowobłękitne od mrozu, a nocą drżały nawet zziębnięte gwiazdy. Z kominów pionowo w górę unosił się niebieski dym i wieś wyglądała tak, jakby wiele smukłych, niebieskich kolumn podtrzymywało nad nią zamarzniętą kopułę niebios.

W niedzielę, po kościele, mężczyźni zbierali się w karczmie. Szedł tam nawet ten, kto nie chciał się napić, lecz być może usłyszeć o świecie coś, co można potem opowiedzieć w domu, wieczorem przy piecu, żeby szybciej płynął czas. Włochatouchy ledwie dawał sobie radę z obsługiwaniem; w tym małym, ciasnym szynku panował taki ścisk i hałas, że nikt nie usłyszał, kiedy otworzyły się drzwi, i jedynie stojący tam w pobliżu dostrzegli dziewczynkę znad potoku Urszu, jak poprzez tłum kierowała się ku szynkwasowi.

- To ty wciąż jeszcze żyjesz? - zdziwił się ubrany w kożuch przysadzisty gospodarz z zagrody leżącej w odosobnieniu.

- Ja, tak - dziecko odpowiedziało wesoło i przepychało się dalej w kierunku Włochatouchego.

Usłyszawszy cienki dziecięcy głosik, paru mężczyzn spojrzało w tamtą stronę i umilkło. Każdego mniej lub bardziej zakłuło sumienie, bo jeszcze przed kilkoma tygodniami wiele razy rozmawiali o pozostawionej samej sobie dziewczynce, a byli tacy, co wręcz zaklinali się, że w ten czy w inny sposób dziecku pomogą. Ale skończyło się na gadaniu. Wreszcie dziewczynka dotarła do szynkwasu, położyła na nim zdobny woreczek i zaczęła wyciągać z niego skóry z kun.

- No proszę, proszę! Czyżbyś to naprawdę była ty? - odezwał się Włochatouchy, gapiąc się na nią w zdumieniu.

Dziewczynka wyłożyła pięknie jedną obok drugiej sześć skór, po czym zapytała:

- Co za nie dasz?

Ormianin wyszczerzył zęby w odpowiedzi:

- Dziesięć funtów kaszy kukurydzianej i dwa funty twarogu.

- Za jedną?

- Za sześć.

- Chyba odebrało ci rozum!

Mężczyźni roześmiali się, a Włochatouchy śmiał się razem z nimi.

- Przecie więcej to ty nawet nie dasz rady zanieść - droczył się dalej Ormianin.

- Chcę za nie pieniędzy - odparła dziewczynka z powagą. Ormianin obejrzał skóry po kolei, długo je macał, dmuchał w nie.

- Poprzecierane - oświadczył w końcu lekceważąco.

- Jak mogłyby być poprzecierane?! - dziewczynka uniosła się gniewem. - Nie wiesz tego, że w taki czas kuny nie biegają!

Mężczyźni znów zaśmiali się w głos, uderzając się po udach. Ormianin też zarechotał, aż od tego podskakiwał mu wielki, gruby brzuch. Nie śmiała się tylko dziewczynka.

- Powiedz lepiej, ile pieniędzy dasz za te skóry! Ormianin spoważniał. Znów dobrze obmacał skóry.

- Forinta za każdą sztukę - oznajmił. Dziewczynka twardo spojrzała mu w oczy.

- Dwa.

Włochatouchy pokręcił głową.

- Tyle dać nie mogę. Ale niech będzie jeden dziesięć. I tylko dlatego, że to o ciebie chodzi. Komu innemu nie dałbym tyle.

- Półtora - powiedziała z uporem dziewczynka.

- Jeden dziesięć.

- Za tyle ich nie dam.

- No to możesz je sobie stąd zabierać - Włochatouchy warknął gburowato i jednym ruchem zepchnął skóry z szynkwasu.

Dziewczynka, w przestrachu i bezradnie, wbiła wzrok w podłogę, ale nie ruszała się, tylko skubała koniuszek wielkiej chusty. W szynku zapanowała głucha cisza. Wszyscy na nich patrzyli, na nich dwoje, a te spojrzenia były ponure. I wtedy nagle w tyle szynku z jakiegoś brzydkiego, przygarbionego starca z brodą buchnęły słowa:

- Żebyś tylko nie oddała mu za tyle, dziewczynko! Nie oddawaj ich temu łajdakowi! Jeszcze czego! Na tobie chce się wzbogacić? Że też nie spali się ze wstydu! Zawiozę ci te skóry do Régen, ja sam, ani trochę się nie bój! Nie dwa, a dwa pięćdziesiąt płacą tam za takie skóry! Wie o tym i Ormianin, a niech go pokręci!

Naraz ludzie zahuczeli niczym poruszony ul z pszczołami.

- Ma rację stary! A niech go zaraza weźmie, tego Ormianina! Dziecko chce oszukać? Sierotę złupić chce do cna? Co to za człowiek! Stary ma rację! Skóry trzeba zawieźć do Régen, no pewnie, że tak!

Jakiś popędliwy gospodarz walnął pięścią w stół, aż zatrzeszczała pod nią deska.

- Ja ci tu na miejscu zapłacę po dwa forinty za sztukę! W tej chwili! Tylko ich nie oddawaj temu, co ma włochatą duszę! Żeby mu zżarło i skórę na twarzy z takiego braku wstydu!

Jakiś wyglądający na kupca obcy mężczyzna przepchnął się do szynkwasu.

- Pokaż te skóry, dziewczynko!

Nuca, zdumiona, stała pośrodku wielkiego wzburzenia i spoglądała to na jednego, to na drugiego mężczyznę. Ormianin ze wstydem mrużył oczy, gdy mu wymyślano. Na jego tłustą twarz wystąpił pot.

- No, no, no przecie ja tylko żartowałem - mruknął zmieszany. - To już nawet i tego nie wolno? No dobrze, dostaniesz po dwa. Dlaczego nie? Nie ma co tak krzyczeć.

I rozejrzał się wkoło niczym jakiś życzliwy, tęgi święty, który co prawda stroi sobie żarty z dzieci, ale przecież oddałby im nawet i ostatnią koszulę, gdyby mu na to przyszło. Wtedy jednak odezwał się kupiec, sucho i rzeczowo:

- Daję jak popadnie po dwa dwadzieścia za sztukę, dziewczynko.

Włochatouchemu zastygł na twarzy szeroki uśmiech. Patrzył na kupca, przymrużywszy oczy.

- Dasz mi je za tyle? - zapytał tamten.

Oczy dziewczynki wędrowały od jednego do drugiego i już nawet otwierała usta na tak, kiedy ktoś do niej podszedł. Był to ów przygarbiony starzec z brodą.

- Czekaj no - rzekł - niech i ja obejrzę te skóry.

Pojedynczo brał do ręki każdą z sześciu skór i długo, dokładnie je oglądał. Stojący wokół obserwowali go.

- Piękne skóry - powiedział stary, kiedy skończył sprawdzać. - Wszystkie są bez wady. Rzadko można zobaczyć razem sześć takich skór. Ty sama je oprawiałaś, dziewczynko?

- Sama - potwierdziła Nuca, a twarz jej zapłonęła.

- Zręczna jesteś - rzekł ów z brodą. Następnie zwrócił się do kupca: - Za taką Żydzi w Régen płacą po trzy forinty, wiem ja to.

- Dobrze, dobrze - odparł kupiec - ale i ja muszę na nich zarobić!

- To prawda - przytaknął starzec - ale nie po osiemdziesiąt na sztuce.

- Na miłość boską, niech więc będzie po dwa pięćdziesiąt! - poddał się kupiec i wyciągnął sakiewkę.

- Dwa dziewięćdziesiąt - odparł starzec, targując się zawzięcie.

- Zwariowaliście?! - warknął kupiec, czerwony od gniewu. - Myślicie, że będę się z nimi męczył za głupie dziesięć grajcarów, co?

- Dwa dziewięćdziesiąt - ten z brodą powtórzył z uporem. Ormianin wciąż jeszcze stał za szynkwasem i jak sparaliżowany wytrzeszczał oczy na targujących się. Lecz nim kupiec odpowiedział, gwałtownym ruchem wyciągnął swoją wielką, owłosioną rękę w kierunku skór i jednym szerokim gestem zgarnął je za szynkwas.

- Gotowe - rzekł burkliwie, po czym wyciągnął małą szufladkę z pieniędzmi i zaczął liczyć. - Trzy razy sześć to osiemnaście. Masz tu swoich osiemnaście forintów, dziewczynko. I bacz, żeby ich nie zgubić!

Mężczyźni w szynku odetchnęli z ulgą. Kupiec bez słowa schował sakiewkę i poczłapał z powrotem do stołu. Tylko starzec wciąż jeszcze stał obok dziewczynki.

- No a co ty teraz poczniesz z takimi pieniędzmi, co?

Drobne, brązowe rączki łapczywie wyciągnęły się po pieniądze.

- Są mi potrzebne - odparła cicho. Potem wyjęła jednego srebrnego forinta i popchnęła go ku Ormianinowi. - Za to daj mi kaszy kukurydzianej i twarogu! I jeszcze kilka cebul. I... trochę cukierków miodowych, jeśli z tego starczy...

Te ostatnie słowa wymówiła ciszej i nawet zaczerwieniła się ze wstydu. Stary położył kościstą rękę na główce dziewczynki i westchnął:

- Oj, dziecko, dziecko...

Ormianin sięgnął po worek, ale drugą ręką odepchnął pieniądz.

- Dostaniesz to na dokładkę - rzucił gderliwie - schowaj swój pieniądz! Schowaj, no, na co czekasz?

Włochatouchy napełnił worek. Nuca zarzuciła ten worek na ramię i ruszyła. Ale po kilku krokach nagle stanęła, jak ktoś, kto się nad czymś zastanawia.

- Potrzeba ci czego jeszcze? - zapytał Ormianin zza szynkwasu. Dziewczynka potrząsnęła głową.

- Nie, nie. Tylko że ktoś powiedział, że jedzie tam... Mężczyźni znów natężyli uwagę.

- A gdzie to? - spytał Ormianin.

- No tam... wiecie... do miasta!

- Do Régen?

- Tam, tam!

- A czego by stamtąd trzeba? - przemówił siedzący przy stole potężny gospodarz o czerwonej twarzy, który pod Andrenyásza miał zagrodę leżącą w odosobnieniu. Ten sam, który chciał wcześniej kupić skóry.

- Pieniądze - wyjąkała dziewczynka, zmieszana - chciałabym posłać pieniądze...

- A komuż to? - zdziwił się gospodarz.

- Tacie... co go panowie zamknęli... może mogłyby mu się przydać...

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Niemo, ponuro, ze ściągniętymi brwiami. Ktoś westchnął głęboko. Ten spod Andrenyásza podrapał się po głowie.

- Tyle że aści wcale tam nie ma.

- No a gdzie jest? - przestraszyła się dziewczynka. W jej szeroko rozwartych oczach odbijała się troska.

- W Vásárhely.

- A co to jest?

- I to jest miasto. Tylko leży dużo dalej i jest większe. Nuca zastygła spojrzeniem na gospodarzu.

- A wy tam jedziecie?

- Ja nie.

Przestraszone, błękitne oczy bezradnie wędrowały wokoło, z twarzy na twarz. Pod ich spojrzeniem wszyscy pochylali głowy. Zapanowała cisza pełna zakłopotania. I wówczas odezwał się kupiec:

- Daj tu pieniądze, jeśli mi zaufasz.

Dziewczynka spojrzała na obcego mężczyznę, a twarz jej pojaśniała.

- A ty je tam zawieziesz?

Pośpieszyła do kupca i szybko położyła przed nim na stole pieniądze.

- Proszę - rzekła, a oczy jej promieniały. - Ucieszy się tata. Kupiec sięgnął po pieniądze, starannie je przeliczył, następnie wsunął do swojej sakiewki.

- Ja to załatwię, dziewczynko - obiecał z powagą - i przyniosę ci też wiadomość od niego. Dobrze?

- Dobrze, bardzo dobrze! - ucieszyła się Nuca.

- W pierwszą niedzielę w przyszłym miesiącu znów tu będę, rozumiesz?

Błękitne oczy niepewnie patrzyły na szczupłą twarz kupca.

- Kiedy to będzie?

- Posłuchaj - rzekł i zaczął liczyć: - Jeden tydzień, dwa tygodnie, trzy tygodnie... Licząc od dzisiaj dwudziesty szósty dzień, rozumiesz? Dwadzieścia sześć. Potrafisz policzyć do tylu?

Dziewczynka niepewnie wzruszyła ramionami.

- Czekaj no - wtrącił się z drugiego końca stołu tyczkowaty węglarz. - My tam, wysoko w górach, tak to robimy.

Wstał, wyciągnął swój nóż, podszedł do stojącego w kącie żelaznego piecyka, wybrał piękne, proste polano i zaczął odłupywać z niego cienkie, małe trzaski. Raz i drugi raz je przeliczył, po czym powrócił z nimi do stołu.

- Posłuchaj - rzekł, kładąc trzaski przed dziewczynką. - Codziennie jedną z nich spalisz. Każdego poranka, kiedy podsycasz ogień. Rozumiesz? Ale każdego ranka tylko jedną, uważaj na to! A gdy spalisz ostatnią, wtedy przyjdziesz tu, na dół. Rozumiesz już?

Dziewczynka przytaknęła z powagą. Starannie zebrała trzaski i schowała je do worka. Ktoś rzucił wesoło:

- Tylko uważaj, żeby ani jednej nie złamać, bo wtedy się rozmnożą!

Mężczyźni śmiali się z pełną ulgi wesołością; dziewczynka poprawiła sobie worek na ramieniu i pożegnała się:

- Niech wam Bóg błogosławi!

- Niech tobie Bóg błogosławi! - odpowiedzieli mężczyźni i patrzyli za nią, jak dreptała ku drzwiom.

- Naprawdę zawieziecie staremu te pieniądze? - spytał gospodarz z zagrody leżącej w oddaleniu pod Andrenyásza.

Kupiec machnął ręką.

- Nawet by mnie do niego nie dopuścili. A pieniędzy i tak nie wolno tam mieć. I co by z nimi począł? Bardziej potrzebuje ich ta nieszczęsna dziewczynka.

Mężczyźni przytaknęli. Potem nad brudnym stołem pochylili ku sobie głowy i przy palince szczegółowo omówili przyszłość osiemnastu forintów.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dziewczyna znad potoku Urszu

Tam wysoko, ponad rzeką Maros, stoi góra Istenszéke - Tron Boży. Po jednej jego stronie rozgałęzia się potok Galonya, po drugiej płynie potok Bystry, a za nim widać szczyty Gór Kelimeńskich. Oczywiście dzisiaj nawet i tam świat nie jest już taki, jaki był naonczas, gdy Bóg przysiadł, by odpocząć pośród gór. Dzisiaj już nie przychodzi w tamte strony, gdy pragnie odpocząć. Przegnali go ludzie. Odstraszyły piły parowe, zgiełk i krzyki, hałas spowodowany wyrębem drzew, gwizdy lokomotyw; wiele zbudowanych naprędce, byle jak skleconych domów, śmieci, brud, brak spokoju i wszystko to, co wraz z człowiekiem przyszło z dolin.

Dzisiaj już tylko na górskich grzbietach i tam, gdzie biją źródła, wciąż panuje porządek. To tam, w górę, przeniosły się także jelenie i tych kilka niedźwiedzi, które ocalały. Jesienią głosy wielkich byków przenikają poprzez mgłę i słychać je nawet w dolinie. Kiedy harujący przy parowych piłach ludzie je posłyszą, przeciągają po bladych czołach brudnymi rękoma i mają uczucie, jakby coś sobie przypominali.

Ale przed sześćdziesięciu laty jeszcze wszędzie, w dół aż do Maros, był zwarty las. Baron - pan na Vécs - znał jako swoje własne oba odgałęzienia potoku Galonya, potok Bystry razem z górą Istenszéke. Czy były jego? Co roku przez kilka dni - tak. Gdy przychodził w góry jesienią podczas rykowiska, a mieszkający wysoko strażnicy leśni rozpinali dla niego płachtę w pobliżu któregoś z zacisznych źródeł. Albo jak tylko spadł śnieg, a pustą zagrodę na hali Ulmu na trzy-cztery dni zapełniali panowie myśliwi w butach z cholewami, w bekieszach, ze strzelbami, i przy potężnym ogniu pili mocną jałowcówkę, i płynęły opowieści o niedźwiedziach, o dzikach.

Wtedy może i jego był ten las. Ale kiedy indziej, jeśli się komu coś zeń dostało, to mógł to być co najwyżej stary Sándru, baca z hali Ulmu, który od wiosny do jesieni wypasał tam swoje owce. Albo Tóderik, ten znad Bystrego, co miał sidła rozstawione w górę potoku Urszu, aż do siodła pod szczytem Istenszéke, i na targ w dzień świętego Jerzego zanosił Żydom z Régen worki niewyprawionych skór.

Powiadali o tym Tóderiku, że przyszedł z daleka, skądciś spoza gór, i że wiązało się z nim coś mrocznego. Tak mówią ludzie. W długie zimowe wieczory, przy ogniu w piecu, kiedy mężczyźni palą fajki i gapią się w płomienie, kobiety przędą wełnę z dużej kądzieli i wylewa się z nich opowieść o tym, co było.

Z daleka musiał przybyć ten Tóderik, to pewne, bo nie miał w okolicy żadnego krewniaka. I był stary, jak mówią. Gdy po raz pierwszy zobaczyli go w tych stronach, w jego zwichrzoną, czarną brodę wmieszały się już białe nitki, a sięgające ramion tłuste włosy już mocno się przerzedziły.

Nie miał żony, powiadają, przyszła z nim tylko nieduża dziewczynka. Nadszedł z góry, ale nie drogą, jak inni, nawet i nie ścieżką. Przybył do wioski poprzez zwalony płot przy domostwie rodziny Sánta. Ubrany był w wyliniały serdak z owczych skór, na głowie miał czarny kapelusz z szerokim rondem, jaki noszą mieszkańcy krainy ośnieżonych szczytów. Na plecach gruby, długi kij, na nim przewiązaną sznurkiem baranicę. I dziurawe kierpce na nogach, z których wystawały paznokcie, wielkie i czarne jak u niedźwiedzia.

Dziewczynka szła za nim. Boso. W jednej ręce niosła gliniany dzbanek, w drugiej mały węzełek. Kształtna to była dziecina, może dwunastoletnia wówczas. Głowę przysłaniała jej chustka upstrzona czerwienią. Włosy miała płowe, mówią, że tak jasne, jakich w tamtych stronach nigdy jeszcze nie widziano. Oczy zaś błękitne niczym niebo nad głowami, na szczytach gór. Bo było wtedy akurat lato, czas dojrzewania poziomek.

Niedbały, czarnowłosy mężczyzna przystanął na wioskowej drodze i rozejrzał się. Spod krzaczastych brwi spoglądał w taki sposób, tak mroczno, że można się go było bać. Dostrzegł karczmę i prosto tam skierował swe kroki. Nie przemówił ani jednym słowem, tylko wszedł i usiadł w kącie.

Mówią, że byli w karczmie i inni, co z zaciekawieniem przyglądali się mężczyźnie o potarganych, czarnych włosach, z ładną małą dziewczynką, ale on wcale nie zwracał na nich uwagi. Usiadł, kożuch i kij położył obok siebie w kącie i usadził także dziewczynkę.

Karczmarzem w Dédzie był naówczas brzydki, gruby Ormianin, którego ludzie nazywali Włochatouchym. Ten stał sobie za szynkwasem i czekał, aż gość się odezwie. Jednak tamten milczał, tylko siedział sobie, a przy nim dziewczynka.

Ludzie patrzyli nań, kręcili głowami. Kto chciał co wypić, to wypił i szedł dalej. Po pewnym czasie i Włochatouchy wylazł zza swych półek i mocno posapując, podszedł do obcego.

- No? - zapytał, zatrzymując się przed nim.

- He? - zachrypiał przybyły z góry czarnowłosy człowiek i podniósł wzrok na karczmarza.

- Co potrzeba? - spytał Ormianin.

- Nic.

- Skąd przyszedłeś?

- Stamtąd.

- A gdzie idziesz?

- Nigdzie.

- Nigdzie?

- No!

- Tu zostajesz?

- Zostaję.

- Gdzie?

- Na górze.

- To można - od tej długiej rozmowy karczmarz stęknął i otarł sobie pot z czoła.

- A dlaczegóż by nie można? Hę? Ormianin przyglądał się mężczyźnie.

- Nie pijesz?

- Kto tak powiedział?

- Masz pieniądze?

- Nie.

Milczeli przez jakiś czas, po czym obcy opuścił na stół wielką, węzłowatą pięść i zaczął odliczać na swych czarnych palcach:

- Drewno jest. Woda jest. Ziemia jest. Ogień jest. Węgiel będzie. Potrzeba tu tego?

- Potrzeba - przytaknął Ormianin.

- Kuny są, drewno jest, drut jest - wyliczał dalej ten drugi. - Potrzeba skór?

Ormianin ciężkim krokiem poszedł do swojej dziury, nalał jakiegoś mętnego płynu do brudnego kieliszka, przywlókł się z nim z powrotem i postawił go na stole.

- Na. Jak cię zwą?

Obcy wychylił mętną zawartość kieliszka, wykrzywił usta, odchrząknął, a następnie spojrzał w górę w napuchnięte oczy grubego karczmarza i wypowiedział swoje imię:

- Tóderik. A to Nuca, ta tu dziewczynka. Więcej niech cię nie interesuje!

Włochatouchy wzruszył ramionami, złapał pusty kieliszek i w ogromnych włochatych łapciach poczłapał na powrót do swojej nory. Tóderik zaś wstał, szarpnął stołem.

- Słyszysz? Potrzeba mi piły, ale żeby to była dobra piła. Potrzeba mi siekiery, ale żeby to była dobra siekiera. Potrzeba mi topora, ale żeby to był dobry topór. I dziesięć funtów kaszy kukurydzianej. Słyszysz?

Karczmarz spojrzał nań, lekko mrużąc oczy.

- Koliba?

- Chata.

- Gdzie?

- To moja sprawa.

Ormianin wzruszył ramionami, podrapał się po tłustym karku i tak powiedział:

- Dostaniesz to jutro.

- He? Postradałeś rozum?! - oburzył się Tóderik. - Dzisiaj! Włochatouchy ponownie wzruszył ramionami, mruknął coś, następnie otwarł niskie drzwi i wcisnął się do izby z tyłu, za szynkwasem. Po jakimś czasie wyszedł z powrotem. Rzucił na stół siekierę, topór i piłę.

Tóderik po kolei brał je do ręki i oglądał. Postukiwał nimi i je obwąchiwał.

- He. Siekiera to siekiera, ale nie jest dobra. Topór to topór, ale nie jest dobry. I piła to piła... a niech to diabli wezmą! Gdzie kasza?

Włochatouchy burknął coś, zdjął z półki wyciosaną z drewna jodły dziwną łopatę i powlókł się do worka stojącego w kącie.

- Woreczek masz?

- Licho mam.

- To jak?

- Daj worek!

- Nie ma.

Brwi Tóderika zmarszczyły się dziko.

- Nie ma? I to ty jesteś tutaj karczmarzem? Czy to borsucza jama, czy wioska? He?

Ormianin wzruszył ramionami i odłożył szuflę na półkę.

- A niech cię!... - mruknął Tóderik i zwrócił się ku dziewczynce. Wtedy odezwał się do niej po raz pierwszy, odkąd weszli do wioski. - Daj no tu ten gałganek!

Zwinne rączki dziewczynki pośpiesznie rozwiązały supeł i chusta rozpostarła się na stole.

- Na. Waż w to.

Ormianin zanurzył w worku olbrzymią drewnianą łopatę, z uwagą i starannością wyrównał na niej kaszę i przesypał do chusty. Raz, drugi raz.

- Na - rzekł. - Zabieraj! Tóderik spojrzał nań spod oka.

- To jest dziesięć funtów?

- Tyle.

- Wagi nie ma?

- Ano nie ma.

Coś jeszcze burczał, póki wiązał chustę, po czym oddał ją dziewczynce.

- Na! Żebyś mi tylko nie upuściła!

Potem wziął pod pachę siekierę, topór oraz piłę, zarzucił na ramię kij z kożuchem i ruszył. Ani się nie obejrzał na Ormianina, ani też nie podziękował. Wyszedł przez niskie, brudne drzwi na zewnątrz i zatrzymał się, patrząc na góry. W czystym świetle gorącego letniego słońca błyszczały zielenią i tchnęły ciepłem.

- No, jesteś tu? - zwrócił się nagle ku dziewczynce. - To chodź!

Z tymi słowami ruszył w górę potoku Bystrego, wprost na stok.

Kiedy pozostawili za sobą już ostatnią chałupę, raz jeszcze odwrócił się do dziewczynki. Tyle jej powiedział:

- Widziałaś karczmarza? Nie lubię takich, co dużo gadają. Potem już się nie odzywał, tylko szedł. Przez jakiś czas wzdłuż potoku było coś w rodzaju ścieżki, która wiła się tu i tam, tak jak wydeptali ją ludzie i owce. W końcu i ona znikła. Przepadła gdzieś w jarach. Tylko potok huczał pomiędzy kamieniami, drzewa zaś milczały. Ich gałęzie miejscami sięgały białej, spienionej wody. Powietrze było lekkie i przejrzyste, przesycone gorzkawą wonią kwiecia posłonków, rosnących na brzegu potoku. Tu i tam poderwała się ważka. Z obu stron w milczeniu strzegły ciszy olbrzymie buki i wysmukłe jodły.

Długo tak szli. Pod ich stopami miękko uginał się mech, a poruszany jeden i drugi kwiat kiwał główką. Czasem drogę przecinał im strumyk. Nadchodził, podzwaniając i biegnąc stokiem w dół, śpieszył do potoku. Niósł zapach ocienionych jarów i woń mchu. Chwiejnie przeprawiali się przezeń po nieforemnych, szarych kamieniach. Niekiedy mignęła w wodzie ryba, a dziewczynka długo za nią spoglądała.

W miejscu, gdzie potok Urszu z gniewnym hukiem wpada do Bystrego, a wody źródeł z Istenszéke mieszają się z innymi wodami, Tóderik zatrzymał się. Stanął, położył na kamieniu siekierę, topór i piłę, położył kożuch i kij, i rozejrzał się. Także dziewczynka położyła węzełek i postawiła gliniany dzbanek. Jakiś czas czekała, co się stanie, a ponieważ stary nie odzywał się i też nie ruszał się z miejsca, podeszła do potoku i zanurzyła w nim nogi.

- Ojej! - powiedziała cicho, raczej do potoku aniżeli do kogo innego, i już zrzucała z siebie spódniczkę i koszulkę, z głowy czerwoną chusteczkę, aż jej złocistopłowe włosy rozwiały się na wietrze, który wraz z Urszu przysłała tam na dół góra Istenszéke. Dziewczynka ostrożnie weszła do wody. Najpierw tylko do kostek. Następnie do kolan. Potem dalej. Woda łaskotała jej skórę chłodem. Dziewczynka wyrzuciła z siebie bąbelki dźwięcznego śmiechu i zanurzyła się w rwącej, spienionej wodzie.

Tam na brzegu człowiek o potarganych czarnych włosach odwrócił się na ten śmiech. Wręcz ze zdumieniem przyglądał się brązowemu ciałku dziewczynki, gdy na krótkie chwile wyłaniało się spośród białych pian. Przyglądał się, a potem westchnął. Usiadł na kamieniu, przy kożuchu, wsparł głowę na ręce i tak oto patrzył na las.

Dziewczynka trochę się pochlapała w wodzie, połaziła po skałach, postała pod kaskadą Urszu, po czym wyszła na brzeg. Na jej skórze lśniły krople wody. Otrząsnęła się jak szczenię i szybko się ubrała. Mokre włosy związała czerwoną chusteczką, zerwała piękny kwiat posłonka i przypięła go sobie do koszuli.

Stary podniósł głowę i spojrzał na nią.

- Tu będzie dobrze? - spytał niskim, mruczącym głosem. Dziewczynka rozejrzała się wokoło. Dalej, akurat naprzeciw kaskady, troszeczkę wyżej pośród drzew, widać było polanę.

- Tam? - zapytała, pokazując na polanę.

- Tam - skinął głową mężczyzna.

Dziecko ruszyło w kierunku polany. Również mężczyzna podniósł się z wolna i podążył za nią nieśpiesznym krokiem.

Tej niewielkiej polany strzegło kilka szerokich, dorodnych buków, a dalej za nią ciemniały jodły. W trawie tu i tam czerwieniły się poziomki. Słońce prószyło złotym pyłem na trawy i drzewa. Od strony polany dochodziło ciepłe powietrze, niosąc ze sobą przyjemne zapachy. Maleńkie źródełko wypełzło spomiędzy paproci i starało się czym prędzej zniknąć pod drzewami.

- Pięknie - powiedziała dziewczynka i zatrzymała się przy skrajnym buku.

Powyżej źródła w trawie uśmiechało się do niej kilka margerytek. Na jednej z nich siedział duży żółty motyl. Od czasu do czasu kiwał skrzydłami. Jakby z białego kwiatu wyrastał jakiś drugi kwiat, wielki, jedwabiście żółty.

Tóderik też się zatrzymał. Oglądał polanę, drzewa, źródło, niebo.

- Gdzie ma być chata?

Dziewczynka pokazała na żółtego motyla:

- Tam!

Wiatr poczochrał listowie buków. Dotknął lekko i łodyg traw, i kwiatów. Motyl zamachał skrzydłami i uniósł się w powietrze.

- Tam - powtórzyła dziewczynka - tam, gdzie siedział motyl. Człowiek o potarganych czarnych włosach skinął głową. Potem tylko tak stał i bez słowa patrzył za odlatującym pięknym, żółtym motylem, aż ten znikł pośród lśniących koron drzew.

*

Chata została zbudowana.

Powiadają, że to dziwna chałupa. Po pierwsze, nie było w niej jednego jedynego kawałka żelaza. Jednego jedynego gwoździa, niczego takiego. Po drugie, dom ten nie był prostokątny, jak się godzi, lecz okrągły. Okrągły niczym ul. Tóderik sam szczypał też gonty na jego wysoki, spiczasty dach. Wyszły szczególnie piękne. U dołu większe, ku górze zaś coraz mniejsze. Wszystkie miały zaokrąglone brzegi, zakończone jak ogon jaskółki. Te najwyżej były już tak małe, jak dłoń dziecka.

Wewnątrz chata miała jedno jedyne pomieszczenie, wielką okrągłą izbę, pośrodku której stał olbrzymi piec z nieforemnych kamieni, coś w rodzaju paleniska, a nad jego szczytem oraz w strychu zrobiono stosowny okrągły otwór dla dymu. Na strych wchodziło się z izby po drabinie, poprzez opuszczane drzwi. Izba miała trzy okna: z jednego był widok ku górze na potok Bystry, z drugiego na dół, przez środkowe zaś widać było z tyłu Macskakő. Mówią, że i te okna były wygięte, dopasowane do wypukłości ściany. Ramy miały z leszczyny, szyby z miki. Drzwi chaty otwierały się wprost na potok Urszu. Kto stanął w progu, mógł sięgnąć wzrokiem wysoko, aż po górę Istenszéke - Tron Boży.

Do budowy domu Tóderik wziął się w połowie lata, a do jesieni już się z nią uporał. W tym czasie przechodzili tamtędy i inni ludzie, przystawali i przyglądali się.

- Dziwną budujesz chatę - mówili.

- No i co z tego! - oburzał się wtedy Tóderik. - Jak się nie podoba, to nie trzeba na nią patrzeć!

Ale jednak każdy, kogo tamtędy wiodła droga w górę na pastwiska, patrzył na nią, bo nigdzie, ale to nigdzie wzdłuż Maros nie widziano tak osobliwej chaty.

Kiedy już i ostatni gont trafił na dach, a na czubku chaty dziewczynka przywiązała bukiet z niebieskich kwiatów goryczki, Tóderik odłożył narzędzia do kąta, wcisnął na głowę kapelusz o szerokim rondzie, wziął do ręki kij, zawiesił na ramieniu zwój pordzewiałego drutu i ruszył w górę wzdłuż Urszu. Szedł wolnym krokiem, przypatrywał się ziemi, wodzie, drzewom, gdzieniegdzie przystawał, przyglądał się, przez jedną i drugą szczelinę wchodził pomiędzy drzewa, mruczał. Czasem ścinał giętką gałązkę leszczyny i tu i ówdzie ustawiał pętlę. Nim dotarł do miejsca, gdzie w dużym, pełnym ożyn jarze biją źródła potoku Urszu, z drutu ledwie co zostało.

U najwyższego źródła usiadł, poprawił sobie rzemyki przy kierpcach, trochę się jeszcze porozglądał, powęszył tu i tam i zawrócił do domu. Nim dotarł do chaty, słońce zeszło już na spoczynek. Ze zmierzchem pojawił się przymrozek, a wysoko na grzbietach Istenszéke ryczały byki.

Dziewczynka siedziała w kucki przed owym dziwnym paleniskiem i na długim rożnie opiekała pstrągi na kolację.

Tóderik przystanął za nią. Patrzył na ogień, na rożen i na dziewczynkę. Czuł w nozdrzach świeży, ciepły zapach domu i przemówił cicho. Po raz pierwszy tego dnia.

- Ładne ryby złapałaś.

Od rzadko słyszanej pochwały dziecko zarumieniło się i z uśmiechem podniosło nań wzrok. Stary począł kasłać, zmieszany.

- Zręczna jesteś - dodał jeszcze i odwrócił się, jakby zawstydzony, że aż tak się rozgadał.

Ledwie spadł śnieg, Tóderik już pojawił się w karczmie w Dédzie. Położył na stole przed Ormianinem pięć skór z kun i jedną z wydry.

- No - rzekł - zobaczże!

Włochatouchy pomacał skóry, podmuchał w nie, poobracał nimi. Potem spojrzał w górę na belkowe sklepienie, zupełnie jakby odbywał naradę z pajęczynami. W końcu wlepił wzrok w mężczyznę:

- Przyniesiesz jeszcze dwie i będziemy kwita! Tóderik, oburzony, chrapnął jak dzik.

- Hę? Nabrałbyś rozumu! Ani jednej, rozumiesz?! I dasz jeszcze dwadzieścia funtów kaszy kukurydzianej! Dwadzieścia!

Tłusta twarz Ormianina zsiniała.

- Ja? Bodajbym cię nigdy nie spotkał! Co ty sobie myślisz? Za te tu? To mają być skóry?!

I zaczął te skóry popychać po stole; dmuchał w nie, ciągnął je, pocierał i rzucał nimi z gniewnym grymasem. Ale Tóderik tylko milczał i czekał. Wreszcie splunął na podłogę i tyle rzekł:

- Słuchaj no, ty diabelski karczmarzu! Mogę przynieść i więcej. Ale teraz daj dwie miarki kaszy kukurydzianej i pęczek cebuli, dwa funty twarogu i butelkę oleju. Jest zima.

Na to Ormianin wreszcie ucichł. Zebrał skóry i zaniósł je do wewnętrznej izby.

- O tak, widzisz - powiedział Tóderik - nie lubię, jak ludzie tyle gadają.

Z kaszą, cebulą, twarogiem i olejem ruszył ku wylotowi Urszu. Akurat wtedy panowie znów przyjechali na polowanie. Jeszcze w wiosce Tóderik spotkał się twarzą w twarz z długim Mitru, mieszkającym wysoko w górach strażnikiem leśnym pana barona.

- Przyjdź naganiać - rzucił Mitru, przystanąwszy. - Słyszysz? Zjechali panowie. Będzie palinka. O pierwszym brzasku bądź u wylotu Ulmu! Możesz przejść i przez szczyt.

- A niech idzie sobie licho - odburknął Tóderik i odwrócił się na pięcie.

Głos strażnika nabrał ostrości.

- Słyszysz, co mówię? Chata, którą postawiłeś, stoi na ziemi należącej do pana. To jego las, wszystek. Prosiłeś o pozwolenie na nią, hę?

Tóderik splunął.

- Las należy do Pana Boga, nie do twojego pana - rzekł i poszedł swoją drogą.

Ale potem, w nocy, jednak wstał. Dołożył do ognia, żeby lepiej widzieć, następnie zawiązał w chustę dobrą garść kaszy kukurydzianej i zawiesił ten węzełek na kiju. Narzucił na siebie serdak z owczych skór, na głowę wcisnął szeroki, płaski kapelusz i rzucił w kierunku posłania dziewczynki:

- He, Nuca.

Kożuch poruszył się.

- Słuchajże! Idę do panów. Może na parę dni. Słyszysz?

- Słyszę - dziewczynka odpowiedziała cienkim, zaspanym głosikiem.

- No to dobrze.

Z tymi słowami wyszedł niemrawo.

Drzewa pokryły się szadzią. Nad potokiem unosiła się mgła. Niekiedy zaskrzypiała od mrozu jakaś sucha gałąź. Gwiazdy jeszcze lśniły, ale od wschodu, ponad Tirimią, niebo poczęło już blednąć.

Tóderik wciągnął powietrze i poczuł, że pogoda będzie dobra. Przeszedł przez kładkę. Okorowane kłody choin były śliskie od mrozu. Za potokiem mężczyzna przystanął, spojrzał wstecz i postanowił, że poszerzy kładkę o jeszcze jedną kłodę. Po czym ruszył w górę wzdłuż Urszu, równym, ciężkim krokiem, lecz mimo to wartko. Jak niedźwiedź, gdy udaje się w drogę.

Nim znikła ostatnia gwiazda, Tóderik opuszczał się już z biegiem potoku Kis Galonya. W dolinie stała mgła, a do drzew przymarzł szron i utkał kwietny wzór. Śnieg nie sięgał jeszcze nawet kostki i cicho pojękiwał pod kierpcami.

U wylotu Ulmu zebrali się już mężczyźni. Rozpalili ogień na brzegu potoku i skuleni siedzieli tam wokół niego niczym nastroszone wrony na kupie gnoju. Mogło ich być dwudziestu. Ciężcy ludzie w serdakach z owczych skór, kubrakach z szorstkiej wełny, futrzanych czapach. Był z nimi Mitru i Stefan, strażnik leśny z Ilvy. Mieli strzelby, duże, starego typu, z dłuższymi lufami. Pozostali zaś siekiery do wyrębu lasu albo po prostu kije do chodzenia po górach.

- Przyszedłeś jednak? - butnym tonem zapytał Mitru.

Tóderik nie odpowiedział. Pozostali bez słowa ścisnęli się, żeby zrobić mu miejsce przy ogniu, a przy tym przyglądali się temu dziwnemu, obcemu człowiekowi o czarnych włosach. Któryś wyciągnął flaszkę.

- Napij się! Jeśli panowie ustrzelą niedźwiedzia, każdy dostanie po pół pinty.

Napił się i podał dalej. Palinka polała mu się po brodzie. Już nawet i sam jej zapach sprawiał przyjemność.

- Tu będą niedźwiedzie - powiedział ktoś, pokazując na gęsto zarośnięty iglakami stok. - W tamtym roku też tu były.

- Jeden to na pewno będzie - odparł Mitru. - Wczoraj wszedłem na jego trop. Wielkie bydlę.

- Dałby Bóg, żebyśmy na niego natrafili - rzekł któryś i aż mlasnął, smakując palinkę.

- I żeby jeszcze panowie w niego trafili! - przezornie dodał inny.

Tóderik spojrzał w górę na stok; przyglądał się, przyglądał, wreszcie pokręcił głową.

- Tam dzisiaj nic nie będzie - mruknął obojętnie. Strażnicy leśni oburzyli się.

- Dlaczego?

- Bo to od północy. Jak pada śnieg, to wtedy tak. Ale teraz?!

- Bardzo jesteś mądry - zadrwił Mitru - może często tędy chodziłeś! Więc gdzie byś go szukał, skoro nie tutaj?

Tóderik wskazał na przeciwległy stok, biegnący w górę ku Istenszéke.

- Tam. Jest słońce. I są buki. Słońce prześwieca pomiędzy drzewami. Są i żołędzie. Ha! Tu po tej stronie można dzisiaj natrafić tylko na dzięcioły i wiewiórki, na te tak. Lecz nie na niedźwiedzia.

Długi Mitru szarpnął za swoje rzadkie wąsy w kolorze konopi. Złość przymarszczyła jego długi, cienki nos i rozchyliła mu nozdrza.

- Hm - rzekł - mędrek z ciebie. Przecie i ja wiem, co dają żołędzie i słońce. Ale zawsze najpierw tutaj idziemy naganiać.

Tóderik wzruszył ramionami. Ktoś dorzucił do ognia świeżego chrustu. Wysoko podskoczyły iskry.

- A tam pędzimy w drugiej kolejności - dopowiedział jakiś starszy mężczyzna - taki jest porządek.

Więcej już nie rozmawiali o tej sprawie.

Robiło się coraz jaśniej. Mgła zsunęła się nad Maros, a na stalowoniebieskim niebie zalśniły promienie słońca.

Zagasili ogień i powoli ruszyli w górę wzdłuż potoku. Co jakiś czas Mitru zatrzymywał któregoś z ludzi.

- Ty zostaniesz tutaj. Kierunek znasz. Dobrze trzymajcie odległość i uważajcie. Panowie obstawili górski grzbiet pod halą. Kiedy słońce sięgnie tamtej skały, niech ruszy nagonka.

- Rozumiem - odpowiadali mu po kolei i stawali z boku.

W pierwszej nagonce rzeczywiście niczego nie było, jedynie mróz. Nie padł też ani jeden strzał. Panowie byli źli i zmarznięci. Wąsów, rzęs całkiem im nie było widać spod szronu.

Przy drugim pędzeniu naganiacze poderwali najpierw stado dzików.

- Hu-hu! Uważaj! Nie przepuść! W górę! Uważaj w górę! Hu-hu! Dziki!

W końcu w trzecim jarze ktoś natknął się na świeży trop niedźwiedzia.

- Niedźwiedź! - wszędzie odbijało się echem ponad potokiem. - Niedźwiedź! Uważaj! W dół!

Później długo nic się nie działo. Gdzieś daleko słychać było tylko wielkiego, kudłatego psa Mitru, jak ujadał na dnie jednej z kotlinek.

Byli już i za siódmym jarem, kiedy wysoko na grzbiecie Istenszéke, tam gdzie stali panowie, rozległy się pierwsze dwa strzały. Po jakimś czasie kolejne dwa. Jeszcze jeden. Potem znów cisza. Po dłuższej chwili dał się słyszeć pies, który cofał się, szczekając. I w górze ktoś zawołał:

- Wracają dziki! Uważaj! Uważaj pośrodku!

Tóderik też szedł tam pośrodku. Jarem w górę, jarem w dół. W górę - w dół, w górę - w dół, nieprzerwanie. Już od pewnego czasu szedł tropem dzików. Wiedział, że jest ich czternaście, dziewięć młodych i pięć dorosłych. Potem jeden z nich, największy, odłączył się od pozostałych i zakręcił w górę. Tóderik patrzył za jego tropem. Stał akurat na wąskiej grani, a przed nim i za nim były gęste choiny, upstrzone niewielkimi polankami.

Właśnie wtedy doleciały strzały. Po nich szczekanie psów i okrzyki, wysoko. Kilkoma susami znalazł się w górze na skałach, żeby móc zajrzeć głęboko w jar. Po przeciwnej stronie dziki właśnie szły w dół. Policzył je: było ich jedenaście. Dziewięć młodych, dwa dorosłe. Jeden z dorosłych ciągnął z przodu, drugi pozostawał w tyle, całkiem w tyle. Niekiedy nawet zatrzymywał się. To na tego ujadał pies.

- Hu-hu! Hu-hu! Hu-ha! Hu-huuu! - na całe gardło zakrzyknął w głąb dolinki.

Dziki zatrzymały się, a następnie skręciły w dół.

- Idą w dół! Uważaj! Hu-huuu!

W tym momencie coś poruszyło się pod skałą. Coś wielkiego. Sapnęło i przedzierając się, rzuciło się z powrotem.

- A niech cię!... - Tóderik odwrócił się i jeszcze przez moment mógł dojrzeć wielkiego odyńca, który wcześniej oddzielił się od stada, a teraz znikał z tyłu w młodniaku.

- Sprytny byłeś! - roześmiał się szeroko. - Niech cię Bóg długo zachowa! Nie dostaniesz się panom.

Tymczasem dziki znikły już po drugiej stronie. Tylko ten z tyłu sam jeden zmagał się z psem. Nie mógł iść. Stał obok powalonego drzewa, charczał i szczękał kłami w kierunku psa. Potem nagle zachwiał się i upadł. Jeszcze przeszły go drgawki i więcej już się nie poruszył.

Kiedy Tóderik dotarł tam, pies już nie obszczekiwał dzika, tylko z wywieszonym jęzorem siedział przy nim i od czasu do czasu wgryzał mu się w uwalaną farbą sierść. Zawarczał, gdy zobaczył obcego człowieka.

- No, no - przemówił do niego Tóderik. - No, no. Zostaw. Nie wolno.

Dzik dostał postrzał w brzuch. Był to tłusty dwuletni samiec, w sam raz na słoninę. Śnieg wokół niego uwalany był posoką i taki też był trop, którym dowlókł się tu wcześniej.

Tóderik pomyślał przez chwilę, co powinien zrobić, w końcu jednak wzruszył ramionami.

- Przyjdzie za tobą ten, co cię ustrzelił. Po czym zostawił dzika razem z psem.

Tymczasem znów odezwały się strzelby, ale teraz już w dole. Następnie naganiacze poszli jeszcze dalej, jarem w górę, jarem w dół. Nim pędzenie dobiegło końca, słońce mocno już skłoniło się na stok Görgény.

Panowie ustrzelili jednego niedźwiedzia i trzy dziki. Na ich twarzach malowało się zadowolenie, gdy ochoczo częstowali się nawzajem napitkiem z manierek. Niedźwiedzia trafił baron. Siedział tam na pniaku, z rozstawionymi nogami, w pogodnym nastroju, z szerokim uśmiechem na ustach, i przekomarzał się z hrabią na Gernyeszeg, który chybił, raz za razem, mierząc do dwóch dzików.

- Za krótkie były, co? A niech to licho, słyszysz, Mitru? Dlaczego tych dzików, co je posyłasz przed hrabiego, nie wydłużyłeś przynajmniej o jeden metr? Mitru? Gdzie jest ten drań?!

- Poszedł za dzikiem, którego zranił łaskawy pan Éltető - po wojskowemu zameldował Stefan, strażnik leśny z Ilvy.

Rozpalili ogień dla panów, położyli na śniegu kożuchy i koce, znalazło się coś do jedzenia. Naganiacze odsunęli się nieco dalej. Nie potrzebowali ognia, i tak było im ciepło. Baron kazał ukroić dla każdego wielki jak dłoń kawał słoniny i ćwiartkę chleba. Mieli więc co przeżuwać.

U panów pojawiło się wino i żarty. Pośrodku, na myśliwskim stołku o jednej nodze siedział baron, szeroki, postawny, z siwiejącą brodą, czerwony na twarzy, niemal jak jakiś wesoły, stary bóg krainy ośnieżonych szczytów. Bez bekieszy, w skórzanej kamizeli, a i tę rozpiął sobie na brzuchu, żeby łatwiej było mu się śmiać. Na prawo od niego, na niskim trójnożnym stołku siedział z miną surową jak zwykle zagniewany i zatroskany, chudy hrabia na Gernyeszeg. W sposób wymuszony, siłą niemal przyoblekał twarz w gorzki uśmiech, gdy to jego podszczypywano żartem, i całą uwagę zwracał na pieczony chleb oraz masło, jako że z powodu choroby żołądka, biedaczysko, tylko to mógł jeść.

Z drugiej strony barona, na przytarganym tam klocu, usadowił się król krainy ośnieżonych szczytów, pan Élteto??. Nie był ani młody, ani stary. Mógł mieć i czterdzieści, i sześćdziesiąt lat. Zwichrzone wąsy dyndały mu do podbródka, a w wytrawioną na brąz twarz mocno wryły się zmarszczki. Spod fałdowanej na sposób węgierski futrzanej czapy z baranicy opadała mu na uszy gęsta, czarna czupryna. Powyżej ostrego, krogulczego nosa iskrzyło dwoje bystrych oczu, w których wyczytać można było gotowość do walki i sporu.

Pozostali usiedli wokół ognia tak, jak się dało. Przybyło ich wielu, i to z każdej części Siedmiogrodu. Więcej aniżeli naganiaczy. Nawet Mitru nie znał ich wszystkich, a przecież już od lat polował z panami.

Jeden z nich zwracał uwagę tym, że trzymał się na uboczu. Był to niski, ciemny młodzieniec. Ubrany w szarą gunię z wełnianego samodziału, jakie noszą zamożni chłopi. Pod nosem sypał mu się puszek przyszłych wąsów. Z lichą jednolufówką siedział na obalonym buku, dalej od ognia i od panów, ale też nie blisko naganiaczy, i zajadał słoninę, którą kroił sobie kozikiem. To syn starego Sándru. Sándru, który dzierżawił pastwiska barona wysoko w górach, wszędzie tam, gdzie były polany i wiatrołomy.

Stary Sándru był zwyczajnym górskim pasterzem, noszącym kierpce i skórzany opasek, ale był też właścicielem dwóch tysięcy owiec. Ze swoimi bacami i juhasami pędził wiosną owce w góry na Ulmu, Jisę, na halę Cég, na Bradulec i gdzie tylko leżały pastwiska barona. Jesienią szedł ze stadem i pasterzami, w dół przez całą dolinę Maros aż do biegu Nyárád i Küküllö, ponieważ tam, w majątkach, można było kupić siano i słomę na zimowy chów. Owiec miał dwa tysiące, a może nawet i więcej, któż to wiedział dokładnie? I sześciu synów. Pięciu zachował jako juhasów, szóstego zaś, najmłodszego, kształcił na pana. Starczało z owiec. W taki to sposób Indrei Sándru stać się mógł Bandim1 Sándru, praktykantem prawa w podstarostwie w Szászrégen.

Baron lubił starego Sándru, gdyż tamten był człowiekiem porządnym jak rzadko który. I dlatego wspierał też jego syna. Przyszły los zaplanował mu już z góry: gdy nadejdzie po temu pora, młody Sándru zostanie podstarościm, a później starostą. Ale do tego czasu, ilekroć baron ruszał z Vécs z panami na polowanie, posyłał do Szászrégen kolaskę po panicza Sándru. Żeby i on wziął udział w polowaniu. Żeby się przyzwyczajał do towarzystwa węgierskich panów. Lubił też z nim żartować, bo miał ten chłopak umysł bystry.

Dokładnie to samo robił akurat i teraz przy ognisku. Mowa była mianowicie o tym, co liczy się bardziej: czy jeśli ktoś ustrzelił niedźwiedzia, czy też raczej dwa dziki. Jedni mówili tak, drudzy inaczej.

- No, bracie Bandi - baron zwrócił się do młodego Sándru - powiedzże, co ty myślisz o tym?

Tamten zaś najprzód wytarł usta, a i podkręcił sobie drobne jeszcze wąsiki, po czym odważnie wyrąbał:

- Ja głosuję za dwiema dzikimi świniami!

- A to dlaczego? - zdumiał się baron.

- Dlatego, że dzik pod każdym względem jest bardziej wytworny od niedźwiedzia.

- Coś podobnego?! - zadziwili się również panowie.

Ale baron już wiedział, że z tego musi się wykluć jakiś podstęp, i dlatego wręcz zachęcał chłopaka:

- Zatem wytłumacz to, żebyśmy zrozumieli, jak się mają sprawy!

Tamten wcale też nie kazał się długo prosić.

- A czyż to nie od łaskawego pana barona słyszeliśmy, i to nawet wiele razy, że z tej czy z tamtej świni zrobiono posła, nadżupana czy akurat ministra? Niedźwiedź zaś jeszcze nigdy nie pełnił żadnego urzędu w swojej ojczyźnie!

- Ej, zmyślny z niego urwis! - panowie śmiali się do rozpuku z udanego żartu i w nagrodę dali chłopakowi pół pinty wina, które ten musiał natychmiast wypić.

Tymczasem ściągnięto z góry i niedźwiedzia, i dziki. Panowie powstali, oglądali łup. Cisnęli się tam także wszyscy naganiacze. Mierzyli niedźwiedzia, szacowali wagę dzików. Na cały głos śmiało się wielu kudłatych, spoconych, biednych ludzi, widząc tyle pięknego mięsa. Kiedy będą szli do domu, każdemu z nich dostanie się z niego tyle, ile wejdzie do worka, a jeszcze i po pół pinty palinki za niedźwiedzia.

Z tej radości jednemu jednak się wyrwało:

- Czy to aby nie tamten stary miał rację?! Mówił jeszcze na samym początku, że w pierwszej nagonce to nic nie będzie, tylko dopiero w drugiej! Nie wierzył mu Mitru!

Posłyszał te słowa baron i zaciekawiony zwrócił się do naganiaczy:

- Który to człowiek?

- Ten, tu - kilku wskazało na Tóderika - powiedział jeszcze z rana, gdzie trzeba szukać. A przecież nawet nie jest tutejszy. Pierwszy raz tu przyszedł.

Baron zwrócił oczy na Tóderika, przyglądał mu się, wreszcie zapytał:

- Jak cię zwą?

- Tóderik.

- Nigdy nie słyszałem twojego imienia. - Baron pokręcił głową. - Nie jesteś tutejszy?

- Przyszedłem tu latem, panie.

- A gdzie mieszkasz?

- W dole nad potokiem - odrzekł Tóderik, pokazując w kierunku Urszu.

Baron zmarszczył czoło. Coś zaczął sobie przypominać.

- Czekaj no! Słyszałem o tobie. Zbudowałeś w lesie jakiś dziwny dom. Prawda to?

Tóderik wzruszył ramionami i odparł:

- Dla kogo dziwny, dla tego niech będzie dziwny.

- Okrągły, czy tak? Tam do licha!

- Ano taki! Okrągły! Podobny do ula! - wtrącił ktoś spośród naganiaczy.

- No i co z tego? - mruknął gniewnie Tóderik. - Co macie do niego? Jest, jaki jest. Ha!

- Obejrzymy go jutro, gdy będziemy przechodzić na Macskakő - zdecydował baron - ale jeśli twój dom jest brzydki, to musisz go usunąć z mojego lasu, rozumiesz?

Ludzie roześmiali się, Tóderik mruknął coś. Wtedy nadszedł z powrotem Mitru z psem. Spocony i zasapany. Obstąpili go naganiacze.

- No, znalazł się dzik? - zapytał pan Éltető, patrząc nań ponuro.

Wysoki mężczyzna chwilę jeszcze dyszał parą, nareszcie zdjął spiczastą futrzaną czapę i strząsnął z niej śnieg.

- Wróciłem po jego tropie na czubek Ulmu - rzekł, nie patrząc jednak na panów. - Wygląda na to, że dostał w tułów, gdzieś z tyłu. Nie zatrzymał się nigdzie nawet na chwilę. A na czubku Ulmu już ledwie co szła mu farba.

Przenikliwe czarne oczy króla krainy ośnieżonych szczytów obserwowały badawczo twarz strażnika leśnego, aż tamten poczerwieniał i zaczął zdrapywać z kierpców przymarznięty śnieg.

- Farba szła mu z prawego czy z lewego boku?

- Z prawego...

Przenikliwe oczy błysnęły.

- Nie... z lewego... to znaczy... trochę i z prawego, trochę i z lewego... - wyjąkał Mitru, zmieszany, i pocił się jeszcze bardziej niż przedtem.

Pan Éltető, z obliczem niewzruszonym jak skała, przyglądał się strażnikowi. W końcu machnął ręką i odwrócił się.

- Dobrze już, no - mruknął w kudłate wąsy - resztę sam wiem. Lecz jeśli już kłamiesz, to mógłbyś się choć tyle nauczyć, że od trafienia w tułów farba nie idzie ani z prawego, ani z lewego boku, tylko kapie prosto w dół. Czyli posoka jest pod nim. Rozumiesz? Możesz odejść.

Mitru, purpurowy, ruszył chwiejnym krokiem pomiędzy naganiaczy. Tarł czoło i ciskał spomiędzy zębów przekleństwa:

- A niech szlag trafi taką podłą świnię, człowiek tylko się przez nią nachodzi!...

Kiedy dotarli do zagrody na hali Ulmu, szarówka przycisnęła już ośnieżone szczyty. Nad potokiem władzę przejęła mgła. Mróz trzaskał na górskich grzbietach, a gwiazdy, jedna za drugą, z drżeniem wychylały się z wieczornego mroku.

Dla panów urządzono nocleg w dużej kolibie. Pośrodku płonął ogień. Z ogromnych polan buczyny biło światło i ciepło, przez całą noc ludzie na zmianę strzegli tego płomienia. Panowie leżeli kołem na kożuchach i okryciach, przy ścianie z belek. Jedli, pili, żartowali z siebie nawzajem. A kiedy rozmowa zeszła w końcu na politykę, wkrótce jeden za drugim posnęli.

Dla naganiaczy pozostał chroniący od wiatru daszek szałasu, pod którym latem śpią juhasi. Rozpalili przed nim ogromne ognisko i pilnowali, żeby nie wygasło. W jego cieple nawet pozrzucali z siebie kożuchy i tak, w samych koszulach, leżeli tam na pozostałych z lata wysuszonych młodych gałązkach choiny, ściśle jeden przy drugim, zupełnie jak owce.

Tylko od czasu do czasu coś mówili. O wycinaniu drzew, o dzikich zwierzętach, o krowach, o kobietach, o śmierci. O chorobach, o sprawach panów, o daninie. Rozmowa toczyła się z wolna i leniwie, niekiedy utykała na dłuższy czas, a wtedy słychać było jedynie stękania i westchnienia i jeszcze trzask buczynowych polan, pękających w czerwonych szponach ognia.

Także młody Sándru znalazł sobie miejsce tutaj, przy tym ogniu. Z początku siedział z panami, bo go wołali i chcieli, żeby tam był. Ale potem, gdy rozmowa stała się wolniejsza, po cichu, nie zwracając na siebie uwagi, wykradł się z koliby pod daszek. Ułożywszy się na bekieszy, zapatrzył się w ogień, na igraszki płomieni i na chmurną, piękną zimową nockę. Na tracące ostrość zarysy szczytów i drzew i na gwiazdy w górze, które sypały się niczym iskry z jakiegoś wielkiego ognia wysoko ponad światem. Kiedy w półśnie przysłuchiwał się powolnej, rozwlekłej rozmowie o krowach, o pastwiskach i o wyrębie lasu, było tak, jakby wróciło jego dawne dzieciństwo. Owce, wielkie, opromienione słońcem pastwiska, chłodne, rozgwieżdżone wieczory, zapach żentycy i smak bundzu. Jakieś takie było to wszystko. Leżał pomiędzy naganiaczami i czuł, że to spośród nich się wywodzi. W taki sam sposób siedzieli oni czasami także obok jego ojca, w taki sam sposób rozmawiali, tym samym językiem, tymi samymi słowami, gdy latem droga powiodła ich w górę na pastwiska i zostawali na noc w zagrodzie.

Ta noc była bezmiernie głęboka. Płomień łopotał, wyrzucając iskry, mowa cichła, ludzie zapadali się w sobie pochłonięci własnymi myślami. Cisza rozlewała się niemrawo, niczym wielkie morze pośród gór.

Nareszcie powoli wzeszedł księżyc i zasiadł na szczycie Bradulca. Drzewa przy skraju hali jakby urosły. Pomiędzy pniami przemykały cienie. Dalej, w kotlinach potoku Galonya, stara sowa nawoływała swojego partnera.

Tóderik wolno podsunął się ku Mitru. Pogrzebał kijem w ogniu. Podskoczyły iskry, czerwone ogieńki, i znikły pośród gwiazd.

Strażnik leśny leżał z przymkniętymi oczami, lecz nie było słychać jego oddechu, jeszcze nie spał.

- Wypatroszyłeś?

Głos Tóderika ledwie był mocniejszy od cichego pomruku. Mimo to tamten drugi rzucił w przestrachu:

- Co?

Jego oczy koloru serwatki, teraz wytrzeszczone, znieruchomiały utkwione w Tóderiku.

- Dzika.

Mitru z obawą przebiegł wzrokiem wokoło. Ale nikt ich nie obserwował.

- Milcz!

- No, no...

- To ty tam byłeś?

- Ja.

Przez jakiś czas słychać było tylko, jak buzuje ogień. I gdzieś daleko, może na Tirimii, zawył wilk. Któryś z naganiaczy nadstawił ucha.

- No proszę... już zaczynają... Przyszła zima - rzekł i westchnął.

Reszta już spała. Powietrze wypełniło się ciężkim sapaniem. Po pewnym czasie Mitru odezwał się ochrypłym szeptem:

- Jeden udziec jest twój.

Tóderik znów pogrzebał kijem w ogniu, po czym wstał powoli, podszedł do stosu drewna, wziął kilka polan i dorzucił je do żaru.

- A słonina? - spytał, usiadłszy z powrotem.

Twarz strażnika leśnego ledwie dostrzegalnie drgnęła. Mitru westchnął i odrzekł:

- Tyle, ile zmieści ci się w worku. Wystarczy?

Tóderik skinął głową. Potem położył się i podparł na łokciu. Księżyc opuścił już Bradulec i dyndał wysoko na niebie pośród bezbarwnych mgieł. Blado błyszczał śnieg. Z dołu nadleciał zbłąkany wiatr i przez chwilę można było usłyszeć potok.

- Ale z podbrzusza - dodał jeszcze Tóderik.

Tamten drugi nie odpowiedział. Leżał z twarzą zwróconą ku niebu, usta miał otwarte. Jego szczecinowate oblicze oświetlał ogień, a na wąsy właśnie wtedy upadła mu odrobina czarnego popiołu.

Głęboka była cisza i noc. Ktoś zasiadł na górze Istenszéke, a jego długa siwa broda przykryła mgłą choiny.

Podczas tamtego polowania wielki pan na Vécs rzeczywiście obejrzał dom Tóderika. Zaraz następnego dnia, po pierwszej nagonce. To tamtędy schodzili wszyscy z biegiem Urszu i naraz stanęli naprzeciw okrągłej chaty.

- To ona? - ze zdziwieniem zapytał baron.

- Tak - odpowiedział Mitru, który był tam obok.

- Nie ma w niej ani jednego gwoździa - rzucił któryś z naganiaczy - cała jest zrobiona z samego drewna.

Baron przeszedł przez kładkę. Za nim pan Éltető. Buty o podmarzniętych podeszwach ślizgały się na okorowanych kłodach, hrabia na Gernyeszeg nawet nie próbował wejść na te kłody. Nie odważył się.

- Skoro robimy nagonkę na Macskás, to i na dole musi ktoś zostać - zaczął swoją bajeczkę.

- No chodź tu, na drugą stronę! - rzucił baron, skinąwszy ręką. - Mitru, pomóżcie panu hrabiemu!

We dwóch go schwycili i tak oto ponieśli biedaka. O mało co, a wszyscy trzej wpakowaliby się do Bystrego.

Przy okrągłej chacie wybuchł śmiech. Lekki, wesoły chichot, jak dzwoneczki.

Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. W drzwiach stała dziewczynka o płowych włosach i zielonkawobłękitnych oczach i śmiała się.

- To twoja córka? - spytał baron Tóderika.

- Moja.

- Piękne dziecko. A żona?

- Nie mam.

Dziwnie to powiedział, wydawszy pomruk niczym niedźwiedź. Baron popatrzył nań, ale o nic więcej nie zapytał. Podszedł do domu, pogłaskał płową główkę dziewczynki, potem dokładnie obejrzał chatę z zewnątrz i wewnątrz.

- Dziwny dom - rzekł - do diaska, bardzo dziwny. Gdzie się nauczyłeś takie budować?

Tóderik wzruszył ramionami i odrzekł:

- Nigdzie.

Kiedy naganiacze zaczęli się już zbierać, żeby ustawić się wzdłuż Bystrego, a i Stefan ruszył, żeby wydeptać panom ślad w górę aż do siodła na Macskás, baron raptem wyprostował się, zmarszczył czoło i surowo fuknął na Tóderika:

- Do domu nie mam zastrzeżeń, ale posłuchaj: postawiłeś go w niedobrym miejscu! Kto wybrał to miejsce?

Tóderik powoli obrócił głowę i spojrzał na dziewczynkę. Dziewczynka na niego. Wreszcie przemówiła dziewczynka, z wielką powagą:

- Ja... to znaczy... żółty motyl...

Baron jeszcze bardziej zmarszczył czoło.

- Mnie się on tutaj nijak nie podoba, słyszysz? Przenieś go... o tam, na przeciwną stronę! Rozumiesz? Do jutra ma być tam!

Tóderik stał. Dziewczynka wielkimi oczami gapiła się na barona. Naganiacze szczerzyli zęby. Ale spośród panów nikt nie roześmiał się w głos, nikomu nawet nie zaigrał na twarzy uśmiech. Wszyscy twardo i surowo patrzyli na Tóderika, zupełnie tak samo jak baron.

- Nie zrozumiałeś? Na jutro masz go przenieść na drugą stronę! A jeśli nie, każę to wszystko zburzyć!

Po tych słowach zapadła śmiertelna cisza. Tóderik z wolna podniósł głowę i popatrzył baronowi prosto w oczy. Głęboko zapuścił wzrok.

Wreszcie machnął ręką i odwrócił się. Wówczas odezwał się młody Sándru:

- Hej, człowieku! Poproś łaskawego pana barona, żeby ci pożyczył swoje dwa bawoły, którymi mógłbyś przeciągnąć tę chatę!

Śmiech wybuchł wśród panów, ale naraz w tę ich wesołość wciął się płacz dziecka. Płakała dziewczynka. Zrozpaczonym, rozdzierającym serce dziecięcym szlochem.

Baron spoważniał i podszedł do dziecka.

- Nie płacz, no! Czyżbyś tak bardzo kochała tę brzydką chatę? Wyciągnął rękę, żeby pogłaskać płową główkę, lecz dziewczynka nagle wyprostowała się i uderzyła go w tę rękę. Jej zalana łzami twarz płonęła z gniewu.

- Nie dotykaj mnie! Jesteś złym człowiekiem! Złym!

Baron w zdumieniu patrzył na zagniewane dziecko. Wielu spośród panów śmiało się.

- Popatrz no, jak mały żbik! Ależ jest wygadana! Będzie z niej dobra żona! A co dopiero teściowa!

Wtedy podszedł tam młody Sándru, przykucnął obok dziewczynki, chwycił ją za szczuplutkie ramionka, spojrzał jej w oczy i tak powiedział:

- Nie płacz, no! Przecież pan baron tylko żartował. Nie chce zniszczyć waszej chaty, no przecież, że nie. Lepszego od niego człowieka nie ma w całym kraju! Jeśli przestaniesz płakać, przyniosę ci wiewiórkę!

- Naprawdę? - zapytało dziecko, spoglądając nań z powagą.

- Naprawdę - obiecał młody Sándru i pogłaskał dziewczynkę po główce. - Ale powiedz mi, gdzie kupiłaś takie złote włosy, co?

- Nie wiem - odparła, a na jej twarzyczce pojawił się uśmiech. - Kiedy przyniesiesz wiewiórkę?

- Przyniosę, nie bój się. Ale musisz jeszcze dać mi za nią całusa.

- Teraz?

Już się śmiała. Trochę fałszywie, tak jak duże dziewczyny. Dwoma małymi ramionkami objęła młodzieńca za szyję.

- Jednego teraz, a drugiego, gdy ją przyniosę.

Panowie roześmiali się i żartując, ruszyli za Stefanem w górę. Baron pogrzebał w kieszeniach skórzanej kamizeli i wyciągnął srebrnego forinta.

- Masz - podsunął go dziewczynce - na wyprawę.

Dziecko szeroko rozwartymi oczami wpatrywało się w migoczącą srebrną monetę.

- Weź ją, no - zachęcał Bandi Sándru - i pocałuj w rękę łaskawego pana barona! Widzisz, jaki to dobry człowiek? Pocałuj go szybko w rękę!

Dziewczynka zaśmiała się dźwięcznie.

- Jacy jesteście dziwni! Dlaczego mam go całować w rękę, skoro jest dobrym człowiekiem? W rękę całuje się tylko księdza!

I już podskoczyła do barona, dwiema małymi rączkami schwyciła go za szyję i pocałowała w nalaną, pokrytą zarostem twarz.

Wielki pan przez chwilę pozostał tak, pochylony. Dużymi, ciężkimi rękoma i on objął dziewczynkę. Może myślał o swym jedynym synu, który mógł mieć akurat tyle samo lat, gdy umarł. Ale to wydarzyło się już dawno, dawno temu. Od tamtej pory dziecko nie całowało jego twarzy.

Wreszcie szybko wyprostował się, pogłaskał płową główkę i szepnął:

- Zmykaj do środka, przeziębisz się.

Odwrócił się, szarpnął rzemieniem strzelby i ruszył spiesznie za Stefanem w górę, na Macskás.

Młody Sándru jeszcze zaśmiał się do dziewczynki:

- Tylko żebyś mi była grzeczna!

Dziecko stało przed drzwiami boso w śniegu, z nieznaną srebrną monetą w dłoni. Czystymi zielonkawobłękitnymi oczyma patrzyło na oddalających się myśliwych i zawołało za nimi:

- Tylko żebyś mi nie zapomniał o wiewiórce!

Głosik dziewczynki w dźwięcznych podskokach pobiegł przez całą polankę, tańcząc od jednego drzewa do drugiego niczym jakaś niewidzialna, mała rusałka w srebrnej szacie. Aż wchłonęły go pokryte śniegiem wielkie jodły u podnóża Macskakő.

Ostatniego dnia tamtego polowania, wysoko w środkowym jarze Tirimii, pan Éltető, król krainy ośnieżonych szczytów, ustrzelił starego niedźwiedzia z kołnierzem. Monstrualnie wielkie zwierzę trafił w pierś, a mimo to miało ono jeszcze tyle siły, żeby się odwrócić i niszcząc wszystko po drodze, zupełnie jakby to głaz toczył się w dół, rzucić się w gęstwę kotliny.

Jeszcze nie całkiem skończyła się nagonka, kiedy pan Éltető ruszył zakrwawionym tropem. Drogę niedźwiedzia grubo znaczyła spieniona, jaskrawoczerwona posoka. Pan posuwał się w dół ze strzelbą w dłoni, ostrożnie. Od czasu do czasu przystawał i obserwował gęstwinę przed sobą. Młode choiny rosły tam tak ciasno, że widać było ledwie na kilka kroków.

Niedźwiedź stoczył się pod jedną ze skał. Już nie żył. Leżał nieruchomo, podobny do wielkiego czarnego kłębu, tak jak padł na śnieg głową w przód.

Pan Éltető oparł strzelbę o drzewo, zrzucił bekieszę i zabrał się do roboty. Wyciągnął zwisający u pasa wąski nóż do zdzierania skóry i zaczął szybko oprawiać niedźwiedzia. Ciało zwierzęcia było jeszcze ciepłe, skóra schodziła zeń lekko.

Ledwie uporał się z prawą przednią nogą, gdy w gęstwinie za jego plecami coś się poruszyło. Pan wyprostował się i nasłuchiwał. Ale jedynie przez kilka chwil. Bo poznał z odgłosów przedzierania się, że to był człowiek. Dalej więc zdzierał skórę.

Po krótkiej chwili usłyszał, że ów człowiek wyszedł na skałę. Stał tam, nareszcie ruszył w dół. Pan Éltető nie odwrócił się, żeby sprawdzić, kto to. Nie mógł to być nikt inny, tylko któryś z naganiaczy. Słyszał, jak dotarł na dół i stanął z tyłu. Potem podszedł całkiem blisko, pochylił się i chwycił za tylną nogę niedźwiedzia. W wielkiej, ciemnej ręce zalśnił zakrzywiony kozik i w mgnieniu oka rozciął wzdłuż całą skórę, od łapy aż po brzuch.

Dopiero wtedy pan spojrzał na owego człowieka. Był nim Tóderik. Przycupnął przy niedźwiedziu, ponuro i bez słowa, i zdzierał zeń skórę. Czynił to z taką niemal czarodziejską wprawą, że przykuło to uwagę pana Éltető.

- Dużo skór musiałeś już zedrzeć, co?

Tóderik pozostał zgięty i jedynie odbłysnął oczami w jego kierunku. Ręka wcale mu się nie zatrzymała.

- Nie powiem, że nie.

Potem obaj pracowali dalej bez słowa. Gdy uporali się już z czterema nogami, a łapy, pazury i wszystko zostało oprawione, dopiero wtedy człowiek znad potoku Urszu wyprostował się.

- Piękny niedźwiedź - powiedział i splunął.

- Ujdzie - mruknął pan Éltető i zabrał się do głowy zwierzęcia. Kiedy z nią skończył, Tóderik już w całości zdarł resztę skóry. Wielkie zakrwawione ciało leżało na plecach, z ramionami i nogami sterczącymi w górę jak obdarty ze skóry ogromny człowiek. Obaj mężczyźni obmyli w śniegu noże, ręce, i wciąż jeszcze nie przemówili ani jednym słowem. Potem Tóderik przywiązał do swojego kija wielką czarną skórę - wisiała na tym kiju niczym spory kożuch juhasa - i ruszyli w górę. Z przodu pan, za nim Tóderik.

Gdy wydostali się z gęstwiny i widać już było połoninę, pan Éltető zatrzymał się na moment, żeby odsapnąć. Odwrócił się, popatrzył na Tóderika i tyle rzekł:

- Lubię takich ludzi, co szanują słowo.

Tóderik nie wziął tego za pochwałę. Obojętnie skinął głową, strzepnął z siebie śnieg i poprawił czarny kapelusz na głowie.

- Wiele gadania to bieda - mruknął, lecz tego pan może i nie dosłyszał, bo wtedy już znów deptał śnieg w górę ku połoninie.

Wieczorem, kiedy byli w drodze do domu i ciągnęli połoniną w dół, wszyscy zmęczeni, milczący, król krainy ośnieżonych szczytów wystąpił z grupy panów i poczekał na naganiaczy, a pośród nich na Tóderika.

- Słuchaj - rzekł i zajrzał mu w oczy - możesz przyjść do mnie na strażnika leśnego, co mieszka wysoko w górach. Dostaniesz strzelbę, a i ordynaria, jak to jest w zwyczaju.

Naganiacze, którzy to posłyszeli, rozdziawili gęby ze zdumienia i nawet ślina im z nich pociekła. Była to wielka sprawa, aż nie do uwierzenia, że pan Éltető osobiście powiedział komuś, żeby został u niego strażnikiem leśnym. Bo to diabelnie twardy pan, o tak, i nim się z kimś wdał choćby w rozmowę, przejrzał człowieka na wylot, tak jak ogląda się czapkę na targu. No i ogromny był to zaszczyt zostać strażnikiem leśnym. W dodatku u samego króla krainy ośnieżonych szczytów, wielce szlachetnego pana Éltető! Strażnikowi należy się strzelba, może handlować drewnem, skórami, mięsem, czym chce. Pierwszego dnia każdego miesiąca dostaje swoją kukurydzę na kaszę, nie musi za nią nawet kiwnąć palcem. Tylko wsypuje mu się ją do worka i jeszcze też natychmiast miele. Jedyne co musi, to po nią pójść do dużego młyna wodnego u wylotu Jód. Począwszy od tamtego miejsca wszystko za Maros należało do panów Éltető, może nawet i sam Pan Bóg. Ludziom aż serca zamarły, że tego obcego człowieka znad potoku Urszu spotkało takie szczęście. Zupełnie jakby opowiadały o tym dzieciom, przy piecu, jakieś stare kobiety, baby. Że biedny człowiek, a że król, i to, i tamto. Z takiego gołodupca naraz strażnik leśny! I na dodatek u takiego wielkiego pana!

Lecz Tóderik jakby wcale nie rozumiał, o jakież to szczęście się potknął. Wielu wręcz osłupiało, usłyszawszy, jak wzruszając krzywymi ramionami, taką oto dał odpowiedź:

- Dziękuję, panie. Nigdzie ja nie pójdę.

Jeden, co stał obok niego, szturchnął go w przestrachu, tak jak szturcha się dziecko.

- Nie słyszysz, głupi? Jego wielmożność szlachetny pan chce, żebyś został strażnikiem leśnym, strażnikiem ze strzelbą!

Tóderik znów tylko wzruszył ramionami, spojrzał w górę na pana, wprost w jego oczy, i rzekł:

- Wybacz mi, panie, wierzę, że masz wiele lasów i jesteś wielkim panem. Ale ja jeszcze nigdy w życiu nie byłem sługą u innych i nigdy też nim nie będę. No. Niech się pan za to nie gniewa, ale tak to już jest.

Przez kilka chwil pan w zamyśleniu przyglądał się temu obdartemu, ciemnemu człowiekowi, przybłędzie, nareszcie cichym, niskim głosem tylko tyle rzucił spod wąsów:

- Dobrze już, no. Ale posłuchaj: kiedykolwiek... rozumiesz? Kiedykolwiek w tym życiu zmienisz zdanie, to po prostu przejdziesz do mnie przez Maros i będzie dla ciebie miejsce. Co rzekłem, to rzekłem.

Z tymi słowami pan Éltető odwrócił się i ruszył połoniną w dół za innymi. Nawet się nie obejrzał, nie przemówił ani słowem aż do Ulmu, od Ulmu do Maros, od Maros do samego domu.

Za to naganiacze krakali nad Tóderikiem niczym wrony:

- Rozum ci odebrało ze zmęczenia? Albo z głodu? Albo z zimna? A może ty nigdy nie miałeś rozumu, co? Że też szczęście wybiera sobie akurat takiego oberwańca! Taki urząd trafia się raz w życiu, a i to jednemu na tysiąc! Czyż pan podstarości jest tak wielkim panem jak strażnik leśny? Temu to nikt nie rozkazuje, ani podżupan, ani nawet żupan, tylko jego własny gospodarz, a i ten jedynie wtedy, gdy przychodzi polować! Strażnik leśny może sobie brać, ile chce! I do tego akurat u pana Éltető! Nigdzie nie ma takich brzóz na dyszle, takich jesionów na klepki, takich klonów, lip, buków na narzędzia!... I wszystko łatwo jest ściągnąć w dół, nie trzeba się przy tym natrudzić tyle, co dajmy na to tu, przy Galonyi! Potrzeba do tego tylko jednego marnego konia, nic poza tym. Ej, Tóderik, Tóderik, goń za wiatrem i proś, żeby oddał ci rozum, który ci skradł!

Tak dręczyli się ludzie z powodu Tóderika. Wypluwali z siebie własną zazdrość, złość, że to nie ich wybrał pan, tylko tego przybłędę, tego głupka, który nie wie nawet i tego, co począć z własnym szczęściem.

Tóderik słuchał ich przez jakiś czas, w końcu przystanął i zwrócił się twarzą do naganiaczy.

- No to posłuchajcie - rzekł i wbił kij przed sobą w śnieg. - Ja nie mówię, że człowiek urodził się na to, żeby był porządny. Bo człowiek kradnie. Z tego właśnie żyje, co ukradnie. Jak lis czy wilk. Czasem Bogu, czasem ludziom, ale mimo wszystko najwięcej Bogu, bo wszystko należy do Boga, a nie do ludzi. Lecz kto przystanie jako sługa, czeladź do jakiegoś pana, gospodarza, od którego dostaje zapłatę, ordynaria, pieniądze i wszystko, żeby mógł żyć, a jeszcze mu kradnie, to to jest tak podły człowiek, tak łajdacki złodziej, że nawet sam diabeł wstydzi się podać mu rękę! He? No, powiedzcie coś jeszcze!

Z tymi słowami wyciągnął kij ze śniegu i ruszył za Mitru, żeby mu pomóc ściągnąć dzika do potoku i zabrać sobie szynkę oraz należną część słoniny.

Dopiero nocą dotarł do domu. Niebo nad Bystrym pełne było gwiazd. Po obu stronach las stał niczym dwie nieruchome, czarne ściany. Śnieg skrzypiał pod kierpcami.

Na kładce Tóderik zatrzymał się na chwilę. Podniósł wzrok ku gwiazdom, następnie posłuchał wody szumiącej mu pod nogami. Pokręcił głową, nawet i coś mruknął. Z góry nadleciał rześki wiatr, zaskrzypiało od niego kilka drzew. Tóderik poczuł, że zimno wsuwa mu się pod serdak z owczych skór, ruszył więc, przyspieszywszy kroku.

W chacie panował mrok. Pchnął drzwi. Z pieca spojrzało nań czerwone oko żaru. Wewnątrz ciepło miało zapach dymu. Nic a nic się nie poruszyło, ale on mimo wszystko burknął do tego niczego:

- Rzuć na ogień nieco chrustu, żebym mógł widzieć.

W ciemności zaszeleściła sucha słoma, potem trzasnęło kilka drobnych gałązek. Po chwili rozgorzał żółty ogień.

Tóderik cisnął na stół szynkę, wyjął z worka słoninę i ją też tam położył. Na koniec postawił flaszkę z palinką.

- No - powiedział - tyle.

Dziewczynka stała przy ogniu w samej koszuli. Światło przenikało przez płótno, ukazując zarys chudych ud. Odblask roznieconego ognia odbijał się rudymi refleksami na potarganych włosach dziewczynki.

- Co było? Jak było?

Tóderik spojrzał na dziecko, następnie postawił w kącie kij, powiesił na haku kapelusz i zdjął serdak z owczych skór. Kiedy rozwiązywał sobie kierpce, z wielkim trudem wydobyły się z niego takie słowa:

- Co było? Nic. Ludzie.

Następnie wyjął z faski garstkę twarogu, odłamał kawałek mamałygi i poszedł z tym na swoje legowisko. Długo słychać było jedynie, jak mlaska. Także dziewczynka wślizgnęła się z powrotem pod kożuch, ogień bowiem zaczął przygasać i wkrótce już tylko jego żarzące się oko świeciło w ciemności czerwienią. A kiedy i to oko zaczęło zanikać w popiele, dziecko odezwało się ponownie:

- Powiedz, co to znaczy "baron"?

Ale nie usłyszało już odpowiedzi. Noc przydusiła świat.

Tuż przed Bożym Narodzeniem, gdy saniami Mitru pojechali na targ w Régen sprzedać skóry, za forinta od barona Nuca kupiła sobie niebrzydkie buciki z cholewkami, a i na chustkę jeszcze starczyło z tego, co jej zostało.

Mitru wiózł cały worek futer, Tóderik tak samo. Były tam skóry z kuny, lisa, tchórza, wydry, a nawet żbika. Podczas targu w Régen Żydzi płacili za futra srebrnymi monetami, wiedział o tym każdy, kto wędrował krainą ośnieżonych szczytów. Na saniach Mitru znalazła się i skóra z niedźwiedzia, dobrze ukryta pod słomą. Miastowi myśliwi chętnie kupowali coś takiego. Żeby zawiesić na ścianie, pochwalić się. Mitru brał to pod uwagę, wyznaczając za to cenę. Kazał płacić z góry także za sławę i chwałę.

W powrotnej drodze zatrzymali się pod zamkiem w Vécs, żeby napoić konia.

- Tu mieszka jego wielmożność pan baron. - Mitru pokazał w górę na strzeliste kamienne mury, które posępnie, w milczeniu panowały wysoko na wzniesieniu, trzymając pieczę nad szeroką doliną Maros.

- Ale wielki - rzekł Tóderik, podniósłszy wzrok na zamek, i splunął. - Temu, co go budował, życie musiało się uprzykrzyć!

Nuca szeroko otwartymi oczyma przyglądała się tej wielkiej budowli z wieżami.

- Takich wielkich domów to i w mieście nie ma, prawda, tata?

- Takie widziałem kiedyś koszary - stary machnął ręką - ale to było dawno temu.

Koń napił się, Mitru odwiesił już na miejsce wiadro i akurat męczył się z wędzidłem, kiedy z bramy zamkowego ogrodu, głośno pobrzękując dzwonkami, wykręciły sanie zaprzężone w cztery bułane klacze. Na koźle prężył się woźnica z wielkimi wąsami, w czarnym kożuchu z czerwonym szamerunkiem. Na zdobionej srebrem uprzęży wiatr targał lisimi kitami, przybranymi czerwoną wstążką. W połyskujących czarnym lakierem saniach siedział pośród futer jakiś człowiek.

Mitru zerwał z głowy czapkę, zamachał nią i zakrzyknął tak głośno, że aż koń w pierwszej dwójce z prawej strony uciekł w bok:

- Niech żyje łaskawy pan baron! Niech żyje!

Woźnica przeklął i mocno trzasnął z bicza pomiędzy spłoszone bułany. Baron tyle że nieco uniósł rękę, a sanie już ślizgały się dalej i wnet całkiem znikły za zakrętem drogi.

Mitru z powrotem wcisnął czapkę na głowę, uporał się z wędzidłem, naciągnął na ręce uszyte z owczych skór rękawice z jednym palcem i wsiadł do sań. Za nim, z tyłu w słomie siedziała skulona dziewczynka, wciąż jeszcze jak skamieniała, i patrzyła w ślad za tym cudownym zjawiskiem, które tylko co przemknęło.

- To był baron?... - szepnęła, jakby się czegoś bała. - Myślałam, że baron to ten, który dał mi pieniądz...

- To był ten sam - zaśmiał się Mitru i wziął do rąk cugle - tylko że na polowaniu panowie są inni niż w domu! No, wio!

Sanie ruszyły.

- Baron może jedzie do Kolozsváru albo do Budapesztu. To tam mieszka w taki czas.

- Hę? - Tóderik poderwał głowę. - To on nie mieszka tutaj? Mitru smagnął konia batem.

- I tu, i tam też. Ale więcej tam niż tu. Tutaj tylko latem, no i kiedy przyjeżdżają na polowanie.

Odchylił się w tył na siedzisku, poluzował lejce. Jego łokieć dotykał łokcia Tóderika, ich parujące oddechy zderzały się z sobą. Nawet i zapach palinki był w nich jednakowy. Po krótkim czasie ten znad potoku Urszu odezwał się mrukliwie:

- No a tam, to co robi? Mitru wzruszył ramionami.

- Czy ja wiem. Jest z nadżupanami, z ministrami, jak mówią. A często nawet i z królem. Jedzą, piją i uprawiają politykę. Panowie.

Niepodkute żelazem płozy jęczały, a sanie mocno zarzucały w bok na rozjechanym śniegu. Powyżej Maros wolno przeszedł po lodzie zając. Biedaczysko poruszał się w tej wielkiej, zamarzniętej na biało pustce niemrawo i samotnie. Wieczór siedział już podkulony na grzbiecie Korhány i przedmuchiwał mgły ponad lasy w Idecs.

Po jakimś czasie Tóderik zapytał:

- Ma i majątek?

- Ajajaj! - Mitru zsunął czapkę z czoła. - Stąd do Idecs i dalej do Felfalu cała ziemia jest jego. I Korhány, i to, co jest pod nim, orne pola, łąki, pastwiska. I dalej przy Szászrégen. Ajajaj! Ma tak z osiemdziesiąt koni, pojmujesz, osiemdziesiąt takich klaczy, że nawet i jedna z nich warta jest więcej aniżeli cała wioska, razem z chałupami, krowami, ludźmi! Ma woły. Świnie. Na samych żołędziach w górach było ich w tym roku sześćset. A ile tam jeszcze zostało w domu!

- A ten ogrom ziemi to kto uprawia, hę?

- Kto? No czeladź! I wioska. I druga wioska, no i trzecia, i czwarta. Ajajaj!...

- I wszędzie to on mówi: tutaj posiejcie to, tam tamto? Teraz zaorajcie tutaj, a teraz tam? I o kopaniu, o żniwach, o wszystkim?

Długi Mitru roześmiał się tak, że o mało co nie zleciał z sań. Nawet lejce wypuścił z rąk.

- Ha, ha, ha! Straszny z ciebie prostak, Tóderik, słyszysz? Jaki straszny z ciebie prostak! Jak ty to sobie wyobrażasz, że baron sam, osobiście?! Do tego jest wielu rządców i urzędników, i klucznik, i dyrektor majątku, i cała ta dalsza gromada! Ha, ha, ha, ale z ciebie straszny prostak, Tóderik!

Sunęli z wolna pod lasem przy Leányvárze. Wokół wieży zamku Fráter krążyło stado złowieszczo kraczących wron. Bezdymne i chłodne kominy pałacu sterczały w górę ku ciemniejącemu wieczornemu niebu. Z dąbrowy wywlokła się jakaś stara Cyganka, taszcząca wielką wiązkę chrustu. Jej jaskrawe gałgany nie chroniły od zimna. Pod drzewami panował już mrok. Zapowiadała się mroźna noc.

- Będzie śnieżyć. - Tóderik spojrzał w górę na niebo.

- Możliwe - odparł Mitru i pośpieszył konia.

Droga była pusta, pusta była też dolina. Tylko płozy sań jęczały w ciszy. Powoli oddalali się od zamku, ale jego niewidzialny cień szedł ich śladem.

Kiedy zamek Fráter wchłonęły drzewa, znów odezwał się Tóderik.

- A rodzinę jakąś ma?

Nie powiedział kto, lecz i tak wiedzieli.

- Ma żonę. Miał też syna, ale pomarł. Baron nie miał więcej dzieci. A jego żona... z niej to jest strasznie twarda kobieta! Ho, ho! - Pokręcił głową, wydmuchał też nos i mówił dalej: - Wiesz, taka to kobieta. Cały pałac trzyma w garści. O, tak.

Ścisnął w garści lejce, nieco nawet szarpnął nimi, aż koń zaczął naraz szybciej kłusować, a oni przechylili się w tył na siedzeniu.

- A boi się jej czeladź tak, że bardziej już nie można. To ona rozlicza też urzędników. O wszystkim wie ta kobieta. Wszystko widzi, wszystko słyszy. Nie ma kradzieży tam, gdzie ona raz zwróci swój wzrok. A na dodatek jeszcze i da po gębie temu, kto ukradnie. Serce ma jak z kamienia. Boi się jej nawet własny mąż, łaskawy pan baron.

Uchwyt bata zatknął pod derkę, zawiesił na nim lejce, obie ręce schował do kieszeni kaftana i tak zaczął opowiadać:

- Mówił mi pan klucznik kilka lat temu, gdy zaniosłem do pałacu orzechy laskowe, że kiedyś na Korhány, w trakcie polowania, baron złapał dwójkę dzieciaków, jak kradli drewno, faszynę, z załadunku. Przestraszyły się dzieciaki, ujrzawszy barona, ze strachu nawet nie były w stanie uciec. Tylko zaczęły płakać.

Podchodzi do nich baron i zaczyna wypytywać. Dlaczego kradną, i to, i tamto. W końcu powiedzieli, a i owszem, że ojca zabrali im żandarmi, matka zaś jest chora i tak oto nie ma nikogo, kto poszedłby za drzewem.

Słucha ich baron, wreszcie jednak pyta. Stary wuj Samu, polowy, słyszał to na własne uszy, bo tam był. Pyta więc baron: "No to dlaczego bierzecie gałęzie, głuptasy, dlaczego nie polana? Te palą się dłużej!". I sam pomógł dzieciakom załadować saneczki pięknymi polanami buczyny, z drewna sągowego.

No a co daje Bóg. Któryś sąsiad, łajdak, doniósł leśniczemu, że dzieci ukradły drewno sągowe. Leśniczy baronowej, a baronowa kazała przywieźć do dworu i drewno, i dzieci też. Te potem pięknie powiedziały, że to od wielmożnego pana barona dostały drewno na Korhány.

Działo się to na wewnętrznym dziedzińcu, słyszał to też klucznik, no i czeladź kuchenna, wszyscy. Baron akurat wracał ze stajni. "Niech no pan baron tu podejdzie - baronowa zawołała na męża - te łajdaki kłamią, że to baron dał im drewno na Korhány! Słyszał pan taką bezczelność? I jeszcze, że to osobiście pan baron dał im to drewno!".

Biedne dzieci stały w wielkim strachu i czekały, że baron wybawi je z kłopotu. Ale on nie śmiał nawet spojrzeć na żonę. Tylko pokręcił głową, mruknął coś i umknął tak szybko, jakby wcale go tam nie było. Potem, wieczorem, dał dwadzieścia forintów lokajowi z pałacu, żeby zaniósł matce tych dzieci. Kupili za to utuczoną świnię, a i tak jeszcze zostało na dwa wozy drewna. Ano tak to było.

Pod lasem w Disznajó jakiś lis łowił myszy. Niebo przesłoniła mgła. Zmierzch w milczeniu rozłożył się po całej dolinie i tajemniczo skrywał wątłe wierzby na brzegu Maros.

Tóderik milczał, zapadnięty w siedzisko, jak ktoś, z kogo uszły już wszelkie słowa. Za to Mitru mocno wciągnął się w opowieść:

- A co dopiero, jak spłonęła wielka wieża! To stało się jeszcze wtedy, gdy panowie gniewali się z królem. No, z Austriakami. Barona zabrali gdzieś daleko i zamknęli. Tylko żona była tu w domu. Wówczas jeszcze młoda, ledwie od kilku lat zamężna.

Do Régen przyszło wojsko i byli z nim też jacyś ważni oficerowie. Oczywiście Austriacy. Posłali wiadomość do dworu, że przyjdą zjeść. Łaskawa pani baronowa odpowiedziała przez forysia: "Jeśli panowie przybędą, to będą. To panowie wygrali tę wojnę"2.

No i rzeczywiście, tamci przyszli. Jacyś oficerowie bardzo wysokiej rangi. Książęta, hrabiowie, baronowie. Oczywiście Austriacy.

Lokaje nakrywają w wielkiej sali jadalnej. Gdybyś tylko to zobaczył! Czegoś takiego jeszcze nie widziałeś! Ja tam już byłem przed sześcioma laty, pewnego razu, gdy zaniosłem do dworu skóry niedźwiedzie i baron kazał mnie wezwać. Oj, czegóż tam nie było!

No więc nakrywają lokaje, pierwszy lokaj i pomocnicy, i Bóg jeden wie, kto tam jeszcze, i panowie zasiadają do stołu. Służący przynoszą jedno danie. Przynoszą drugie danie. Nagle wpada któryś z lokai i mocno przestraszony woła: "Łaskawa pani baronowo, komin się pali!". "No to ugasicie - odparła baronowa - podawajcie dalej! Ty zaś nie krzycz w obecności panów!".

Lokaje przynoszą dania, przynoszą. Wiele różnorakich pieczeni, klusek. Naraz znów jeden wpada. Ale z przestrachu blady jak ściana. "Pali się strych! - woła. - Pali się strych!".

Łaskawa pani baronowa nawet się nie poruszyła. "Nie twoje się pali - rzekła - podawajcie!".

Oczywiście wysocy rangą panowie oficerowie niczego nie zrozumieli z rozmowy. Biedacy byli Austriakami. Dalej podawano potrawy. Nieprzerwanie podawano je wszystkie. I wina. Palinki. Wbiega klucznik: "Łaskawa pani baronowo, proszę uchodzić, proszę uciekać, dach się wali!". "A niech się wali. Nie twoje się wali. Podawajcie dalej! Nie widzisz, że mamy gości na obiedzie?".

Ale wtedy paliły się już nawet i schody na strych, a do sali przedostał się dym. Wysocy rangą oficerowie patrzą, patrzą, lecz nie rozumieją, co się dzieje. Lokaje nadal podają, jednak już trzęsły się im kolana. Natomiast pani baronowa siedziała u szczytu stołu niczym postać z obrazu.

No, wbiega żona klucznika, pada przed baronową na kolana i tak płacze: "Ojej, proszę uciekać, proszę uciekać, spalimy się doszczętnie, zginiemy tutaj!". "No i co z tego? - pyta baronowa. - Naszymi gośćmi są panowie zwycięzcy, podawajcie!". Ale wtedy dym już tak szedł w dół, że ledwie co było widać. I naraz bum! Zawaliły się schody na strych. Gruchnęły niczym jakieś działo. Na to wysocy rangą panowie oficerowie jednak zerwali się już od stołu i krzyknęli: "Co to jest? Co to jest? Co się dzieje?". "Nic - odparła łaskawa pani baronowa - to tylko pali się dom nad nami. Zjedzmy obiad w spokoju, panowie, skoro już tu jesteście".

Ho, ho, ależ zaczęli na to uciekać ci goście! Pali się dom! Pali się dom! Nie wiedzieli nawet, skąd zebrać do kupy swoje szpady, czapki. Wtedy wreszcie i baronowa powstała od szczytu stołu i tak do nich rzekła: "Myślałam, że mam podjąć obiadem żołnierzy. A widzę, że to przyszli tylko Austriacy. Kto się boi, niech ucieka".

Tak im powiedziała. No a ci poszli. Sunęli po schodach w dół szybko jak wiatr, żeby im przypadkiem nie podsmaliło wąsów. Baronowa zeszła ostatnia. Przedtem kazała zejść lokajom, służącym, czeladzi, wszystkim. Co jeszcze się dało, wyrzuciła przez okno. Lecz wtedy już paliła się nad nią podłoga na strychu, ano paliła się. Kiedy zeszła ostatnia, schody za nią zawaliły się.

Za to tych panów oficerów nikt a nikt więcej już nie widział w okolicy. A przecież byli to wielcy panowie, jak mówią. Hrabiowie, książęta. Ale oczywiście, że tylko Austriacy. No, wio!

Szarpnął lejcami, a sanie, trzeszcząc, podskoczyły na przydrożnych gruzłach.

Milczeli. Mróz i mrok przykryły dolinę. Wiatr począł ciskać w twarz drobnymi, twardymi grudkami lodu.

- Nie może spaść śnieg, taki jest mróz.

- Ano nie może, a niech to...

Zostawili już za sobą i Disznajó, kiedy Mitru odezwał się ponownie:

- Mówią, że baron sprowadzi piłę. Taką wielką. Co chodzi na parę. Będą wycinać las, także i u nas, i robić deski. No i ma też być jakaś kolej żelazna, czy diabeł wie co. Inżynierowie mierzą już dla niej miejsce tam w dole, przy Vásárhely. Mówili na targu.

Tóderik tylko coś mruknął. Mocno wiało im w twarz, a i coraz gęściej sypały się krupy. Teraz już i Mitru milczał. Wiatr uchwycił się drogi i bezlitośnie ciskał chłodem.

Byli już gdzieś przed Dédą, gdy z tyłu spośród słomy odezwała się dziewczynka:

- Wujku Mitru! Który to był baron? Ten, co siedział z przodu, czy tamten z tyłu?

Potem raz jeszcze zadała pytanie, ale wtedy byli już u podnóża gór:

- Wujku Mitru, czy jest pan większy od barona?

- Większy? - Mitru zamyślił się, nareszcie wymruczał, zacinając się: - Może... król.

1 Bandi - zdrobnienie od węgierskiego imienia András, czyli Andrzej, Indrei zaś to rumuńska wersja tego imienia (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Ironiczna odpowiedź baronowej nawiązuje do znanego węgierskiego powiedzenia, używanego wtedy, gdy chce się podkreślić, że goście sami winni zadbać o to, by mieli co zjeść. Tu panowie oficerowie zadbali, jako że wygrali wojnę i nie można im odmawiać.

Śnieg urósł wysoko. Po pas stały w nim młode choiny w słońcu jaśniejącym nad Urszu. Pewnego późnego popołudnia ziąb jednak zelżał, powietrze zrobiło się ciężkie, las ślamazarny, wszystko stało się tak sennie miękkie, jak zazwyczaj o tej porze, aż w końcu zaczął sypać śnieg. Najpierw tylko z rzadka, wielkim puchem. Potem coraz gęściej. Na wieczór w pierzastej bieli człowiek nie mógłby dojrzeć już nawet własnej wyciągniętej ręki. Trzy dni sypało bez przerwy. Tóderik już zawczasu przygotował wielką drewnianą łopatę, a kiedy zaczęło śnieżyć, zabrał ją ze sobą do chałupy. Rano zaledwie zdołał wypchnąć drzwi. Śnieg sięgał już wtedy do połowy uda. Tóderik żwawo odgarnął ścieżkę wokół chaty i jeszcze jedną do drewna, i jedną też w dół do wody. Dziewczynka szła za nim z miotłą z brzozowych witek. Ale i sama widziała, że nie ma to żadnego sensu. Nim dokładnie zamiotła śnieg wokół chaty, tam, gdzie pracę zaczęła, już na nowo bielił się puchaty dywan gruby na palec. Oparła więc miotłę o drzwi, siadła w progu i przyglądała się, jak sypie. Padało gęsto, całkiem gęsto. Drzewa przy potoku było jeszcze widać, ale z boku Urszu jakby już zwieszono z nieba w dół biały kobierzec. Świat był niemy i nieruchomy.

Dziewczynka pomacała śnieg. Był miękki i niemal letni. Wzięła w dłoń tyle, ile zmieściło się w piąstce, i przyglądała się, jak małe białe kryształki roztapiają się z wolna na jej różowej skórze. Wstała i zaczęła grzebać w śniegu, tym odgarniętym łopatą na skraj ścieżki. Potem ugniotła kulę i zaczęła ją toczyć. Kula rosła z nieprawdopodobną prędkością, aż wreszcie rozpadła się na trzy części. Dziewczynka zaczęła od początku. Wreszcie udało jej się zrobić większy walec, postawiła go, nałożyła mu szyję i głowę, wielkie odstające uszy. Roześmiała się w głos i naraz poczuła w sobie bezmierną wesołość. Złapała garść śniegu, twardo go ugniotła i rzuciła w plecy Tóderika.

Ten akurat odgarniał łopatą trzecią ścieżkę, w dół do wody. Śnieżna piłka trafiła go w plecy. Przerwał robotę, wyprostował się i spojrzał wstecz na dziewczynkę.

Dziecko wciąż jeszcze śmiało się w głos. Twarz miało czerwoną, oczy błyszczące, potargane płowe włosy pokrywał biały śnieżny puch. Przez chwilę Tóderik w zamyśleniu przyglądał się dziecku, po czym powoli pochylił się i też wziął garść śniegu, ugniótł kulę i cisnął nią w śmiejącą się twarz dziewczynki.

Oczy, usta wypełniły jej się śniegiem. Pluła, dmuchała niczym mały kotek, śmiejąc się tak przy tym, że aż dźwięczało w dolinie. Dwiema rączkami sięgnęła w śnieg i tak oto ciskała w starego miękkimi, białymi kłębami. Ten zaś oddał jej jeszcze jedną i drugą kulą, potem odwrócił się do niej plecami i dalej odgarniał śnieg łopatą.

- Nanieś drewna do środka - mruknął do niej po pewnym czasie - żeby było w chacie tyle, co na dwa dni.

Dziecko przerwało zabawę. Zaczerwienione rączki wytarło w pstrokaty fartuszek. Twarz mu naraz spoważniała, nieomal postarzała się gwałtownie. Dziewczynka spojrzała w górę na niebo, z którego bez przerwy sypał gęsty śnieżny puch, niczym ptasi puch z szarobiałego gniazda. Przypomniała sobie mrok, wieczór i noc, wywołujący szczękanie zębami chłód na posłaniu i bardzo ciepły ogień. Wręcz biegiem ruszyła do stosu z drwami. Cieniutkie ramionka obłożyła porąbanym drewnem aż po brodę i szybko wniosła je do chaty. Potem znów wybiegła, i nosiła, nosiła raz za razem pachnące polana świerkowe, twardą buczynę i łykowate olchy. Kiedy drewna było już na dwa dni, zabrała się do układania. Bardzo starannie powkładała polana za piec, jedno na drugie, osobno świerk, buk i olchę.

Nim się z tym uporała, wrócił i Tóderik. Łopatę oparł przy ścianie, strzepnął z kierpców przyczepiony do nich śnieg i z progu raz jeszcze spojrzał wstecz na śnieżycę.

- Jeśli nie nadejdzie wiatr, potrwa to trzy dni - mruknął. Potem zamknął drzwi.

W chacie zrobiło się naraz ciemno. Zapanował szary i wilgotny mrok. Chłodny mrok - dziewczynkę przeszły od niego ciarki i instynktownie poszukując obrony, podeszła do pieca, zakrzywioną gałęzią pogrzebała w żarze i położyła nań suchego świerku. Płomień z trzaskiem wczepił się w żywiczne drewno, wyrósł z niego żółty język ognia, który piął się coraz wyżej. Podskoczyły czerwone iskry. Piec zaczął szumieć i rozrzucać po ścianach snopy światła.

Tóderik strzepnął śnieg także z czapki, zawiesił ją na haku, zdjął serdak z owczych skór i rzucił nad piec, żeby wysechł. Sprawdził drewno, przeliczył wzrokiem polana świerku, buku i olchy i skinął głową.

- W porządku - rzucił.

Z półki zdjął kociołek, nalał do niego wody i wstawił, żeby się zagotowała. Następnie wyjął pilnik i osełkę, usiadł przy piecu, na małym zydlu, i naostrzył siekierę. Piłował, szlifował. Długa, całkiem długa chwila minęła w ten sposób. Dziewczynka siedziała skulona na ławeczce niczym mały kotek i wpatrywała się w ogień.

Po jakimś czasie słychać było, że woda wrze. Tóderik schował siekierę, pilnik i osełkę i zdjął z półki worek z kaszą kukurydzianą.

- Dołóż buczyny - powiedział.

I z tymi słowami rozpoczęła się środkowa część wieczoru: ogień buczynowy.

Żółte i białe płomienie skwierczały w piekielnym tańcu. Tóderik z uroczystą powolnością wysypywał złotą kaszę kukurydzianą ze swych wielkich włochatych garści do bulgoczącej wody. Chata wypełniła się słodkawym aromatem mamałygi i letnim zapachem płonącej buczyny.

Wreszcie mamałyga ugotowała się. Wzięli do niej twarogu z faski i zaczęli jeść. Rzucili jeszcze do pieca kilka polan buczyny, żeby piec i dom dobrze nagrzały się na noc. Jedli powoli. Kociołek ustawili na ławie, przy nim, na czystej ścierce, ostry zimowy bundz. Po każdym kęsie Tóderik sięgał wielką czarną ręką do garnka, nabierał mamałygi i napychał nią sobie usta, potem sięgał po twaróg i jego też wtykał sobie za mamałygą. Gęba poruszała mu się z wolna, długo obracał na języku smakowitymi kęsami, mlaskając przy tym.

Dziewczynka w jednej ręce trzymała duży kawał mamałygi, z którego lśniącymi białymi ząbkami, niczym myszka, odgryzała mniejsze cząstki. Od czasu do czasu małymi paluszkami skubnęła nieco twarogu. Ale jej oczy, jakby zaczarowane, nadal tkwiły wpatrzone w ogień.

Jedli w milczeniu, długo. Powietrze wokół nich napełniło się ciepłymi oparami i zapachem dobrej kolacji. Słuchali ognia. Ich myśli zrobiły się senne od ciepła, jedzenia i widoku płomieni.

Dziewczynka skończyła wcześniej. Wstała z ławeczki, podeszła do dzbanka z wodą i napiła się. Następnie postawiła dzbanek przed starym. Potem otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz, przeszła się wokół chaty, umyła w śniegu twarz i ręce. Było bardzo ciemno. Panowała zimna, wilgotna, biała ciemność. Dziewczynką wstrząsnął dreszcz, zawróciła do chaty.

Stary wciąż jeszcze jadł. Z powolnym spokojem, jak to robią przeżuwacze, mlaskając przy tym. Rytuał ten odprawiał w sposób uroczysty, jak przystało na żyjącego w lesie samotnego człowieka, który wie, że to podstawa wszystkiego: chodzenia, rąbania drzew, życia całego.

Dziewczynka wytarła się, następnie zdjęła kierpce i podeszła do swojego posłania. Przetrząsnęła trochę słomę, poprawiła na niej lichą derkę, narzuciła na to wielki, ciężki kożuch i położyła się. Twarzą do ognia. Trochę się jeszcze powierciła, ściągnęła spódniczkę pod przykryciem i rozwiązała też sznurek od fartuszka. Potem już tylko leżała nieruchomo pod kożuchem o zapachu owiec i wpatrywała się w wielką, otwartą, czerwoną buzię pieca i w nerwową zabawę płomieni tam wewnątrz.

Tóderik skończył jeść; kociołek, twaróg i pozostałą kaszę kukurydzianą odłożył z powrotem na półkę, rozwiązał sobie kierpce, pogrzebał w żarze i wybrał kilka grubych pniaków olchy. Starannie, z wielką uwagą włożył je do pieca. I wraz z tym rozpoczęła się trzecia część nocy: ogień olchowy.

Teraz z drewna dobywały się już tylko całkiem małe czerwone płomyki. Znikały, odradzały się na nowo, lizały twarde włókna, a piec począł jęczeć, wzdychać niczym konający. Te syczące jęki były już głosem sennej i długiej nocy. Zimowej nocy. Która jest mroźna i ciągnie się bez końca. Która swym wilgotnym mrokiem przywiera do świata tak, jakby doń przyrosła na zawsze. Pochłania przedmioty, kontury, życie i rzeczywistość. I tylko czerwieniący się blado kwadrat drzwiczek pieca stanowi w tej nocy jedyną rzeczywistość, jęczący, żylasty pniak olchy, iskra, pozbawiona siły pod popiołem, iskra strzegąca ducha ognia, aż nadejdzie poranek.

Sen zamienia się powoli w czuwanie, po kolei powraca z przeszłości to i tamto. Obrazy rysują się kolorowo na czarnej, wilgotnej palecie nocy, zanim rozciągający się czas na nowo ich nie zetrze po kolei wilgotną szmatką snu. Sapanie, senne ruchy, drżenie i zapach dymu: to jest ta część nocy, związana z ogniem olchowym.

Tóderik powoli zdjął kierpce, po kolei brał je do ręki, sprawdzał i wieszał nad piecem, żeby wyschły. Z nóg odwinął pachnące potem, wilgotne onuce i też je powiesił, żeby wyschły, potem po kolei rozcierał sobie palce u nóg. Przeciągnął się i ziewnął. Zdjął z półki tłuszcz, posmarował nim serdak z owczych skór; sapał, grzebał się jeszcze trochę to z tym, to z tamtym, wreszcie, westchnąwszy głęboko, usiadł na swym posłaniu. Znów ziewnął. Poluzował pasek u spodni.

- Oj - westchnął raz jeszcze, wyciągnął się na szeleszczącej słomie legowiska i naciągnął na siebie zbrązowiałą ze starości derkę. - Śpisz? - odezwał się do dziewczynki.

Z drugiego posłania nie nadeszła odpowiedź. Ale też nie czekał na nią. Przykrył sobie twarz serdakiem z owczych skór, ponownie westchnął, po czym słychać było już tylko sapanie, coraz głębsze, coraz głośniejsze, gdy powoli zapadał w sen.

Wielka, miękka cisza zwaliła się na chatę, na las, na góry. Niemal słychać było, jak tam na zewnątrz pada śnieg, pada, pada, gęsty i miękki śnieg, bez przerwy. Spod na pół przymkniętych powiek dziewczynka wciąż patrzyła na czerwony żar w drzwiczkach pieca. Potem ruda plama stała się coraz mniejsza, mniejsza i odleglejsza, a czas, mrok i cisza coraz bardziej się rozciągały... aż bezbrzeżna noc niczym głęboka czarna fala z wolna okryła wszystko tępą nieświadomością.

Poprzez wypchane mchem szczeliny belek wsunęła się niewidzialna chłodna dłoń. Narzuciła popiołu na żar i dotknęła czół śpiących. Ci pod tym dotknięciem zwinęli się w kłębek i przez sen ściślej naciągnęli na siebie kożuchy.

Śniegu przybywało. Codziennie nawet i dwa razy trzeba go było odgarniać łopatą, żeby móc się poruszać wokół chaty, dojść do drewna i do wody.

Oblicze świata zmieniło się. Drzewa skarlały, siedziały w kucki niczym starzy ludzie. Niewielkie choiny, porozrzucane tu i tam na polanie, jakby zmiotły czary; wydłużył się biały obrus łąki, sięgał głęboko pomiędzy buki, w dół niemal do potoku. A potok gdzieś znikł. Tylko wąska, czarna kreska pokazywała jego ślad i niczym jakaś olbrzymia żmija pełzła w dal po śniegu, pod olchami. Huk potoku Urszu dobywał się głucho, jak spod ziemi. Jakby ogromnym młotem uderzano w jakieś przytrzaśnięte podziemne drzwi. Stoki gór zagarnęła oślepiona biel i wciąż padał śnieg.

Trzeciego dnia po południu wreszcie nadszedł wiatr. Przybył z północy i tak świszczał w dół po Bystrym, że powietrze dostało od niego dreszczy, a śnieżny puch począł dziko wirować. Kilka drzew zbuntowało się i zrzuciło z siebie ciężkie okowy śniegu. Zaczęły buki, potem także jodły przejęły ów rewolucyjny ton. W lesie zerwało się wycie, szmery i duże, białe strzępy prześcieradeł darły się, zlatując z głuchym trzaskiem.

Chmury zbiły się w stada, z miękkiego puchu powstały drobne, ostre grudki lodu, które niemal poziomo wbijały się pomiędzy drzewa. Przestraszone obłoki na łeb na szyję pędziły na południe. Góry z wolna oczyściły się i przybrane srebrem spozierały w dół oczami zawianymi śniegiem. Potem i śnieżyca ustała, a z nastaniem wieczoru rozbłysły gwiazdy.

Przez całą noc wiatr świszczał na strychu. Buczał las, trzeszczały drzewa. Pomiędzy belkami gwizdało zimne powietrze, czuć było, jak czochrało posłania. Tóderik wiele razy wstawał w nocy i dokładał drewna do ognia. Od czasu do czasu buczyny. Potrzebne było ciepło.

Do rana zrobiło się cicho. Drzwi zatrzeszczały, gdy je otwarli. Powietrze było rzadkie, ostre i niebieskie. Śnieg skrzypiał pod kierpcami, a drewniana klamka kleiła się do ręki. Wysoko na Macskakő wschodzące słońce przeciągnęło po świerkach lodowatą, złotą miotłą, a buki z radości zakwitły szronem.

Lód ponad źródłem trzeba było rąbać siekierą, żeby dziewczynka mogła zanurzyć w wodzie wiadro czy dzbanek. Kiedy słońce było już wysoko i okryło wszystko niepohamowanym migotaniem, na śnieg można było patrzeć, jedynie mrużąc oczy. Lecz był to chłodny blask, wciągane powietrze niemal rozrywało płuca, a cienie drzew przymarzały do śniegu na niebiesko.

Tóderik złapał kij i ruszył w górę wzdłuż Urszu, żeby oczyścić ze śniegu sidła. Dziewczynka stała w słońcu przed chatą i patrzyła za nim, aż wchłonęły go w oddali ośnieżone drzewa. Chciała jeszcze coś zrobić na dworze, pobawić się trochę w promieniach słońca, lecz ono nie dawało ciepła i dziewczynka marzła. Nanosiła drewna do domu, podsyciła ogień i usiadła na ławeczce. Drzwi zostawiła otwarte, żeby wlewała się przez nie zewnętrzna jasność, i siedząc w pobliżu ognia, jeszcze przez jakiś czas wpatrywała się w sypiącą iskry biel.

Las był niemy, przeraźliwie i okropnie niemy. Cisza jakby przymarzła do świata. Niekiedy jakiś zabłąkany ptak poruszył się pośród gałęzi buczyny, a jego śladem śnieg pylił się w dół białą chmurą. Lecz i to był tylko martwy ruch. Bezgłośny i niemy.

Dziewczynka próbowała nucić, ale czuła, jak jej głos szarpie się w wielkiej białej ciszy, i dlatego zamilkła. Wyjęła z kąta wiklinę na więcierz i zaczęła go pleść. Gałązki gięły się zwinnie, a czas upływał. Niekiedy trzeba było dorzucić drewna do ognia; niebieski cień buczyny z wolna przesunął się. W końcu cienie stały się nie niebieskie, lecz fioletowe. Góry też się oddaliły i zbłękitniały. I nim drugi więcierz miała gotowy, szarobiała zasłona okryła górę Istenszéke - Tron Boży.

Kiedy Tóderik wrócił, drzewa stały bez cienia, a i śnieg przestał lśnić. Wszystko okrywała lodowata szarówka i dolina czuła wręcz ból z powodu pustki.

- Jelenie zeszły ze szczytu - powiedział Tóderik, kiedy na progu strzepywał śnieg przymarznięty do kierpców. Potem zamknął drzwi, a z tymi słowami powrócił do domu wieczór.

Ubywało kaszy kukurydzianej. Pewnego poranka Tóderik włożył dwie skóry z kuny do sakwy, którą zawiesił na ramieniu, chwycił kij i rzucił od progu:

- Sidła i ty mogłabyś obejść po śladach.

Po czym ruszył w drogę. Wzdłuż potoku śnieg sięgał po pas. Tu i tam przecinały go jedynie tropy dzikich zwierząt. Na odległość dobrego rzutu kamieniem od chaty stała łania i ogryzała korę z młodych olch. Z zaciekawieniem odwróciła łeb w kierunku Tóderika, naprężyły jej się duże łopatowate uszy, ale nie uciekła.

Śladu człowieka nie było do samej wioski. Dopiero z pierwszej chałupy wychodziła cieniutka dróżka, która stawała się coraz szersza i bardziej wydeptana, gdy po kolei wpadały do niej ścieżki z pozostałych domów.

Na lodzie potoku z piskiem ślizgały się dzieci. Nosy, uszy poczerwieniały im, a z buzi wylewał się zaparowany śmiech. Za saniami zaprzężonymi w krowę wolno posuwało się dwóch ludzi w futrzanych czapach, z siekierami. Skrzypiały ich kierpce.

Przed karczmą jakiś chudy pies szukał odpadków. Okna grubą warstwą pokrywała przymarznięta para, jakby zarosły błoną. Kiedy Tóderik otwierał drzwi, poczuł, że ręka przywiera mu do klamki. Powietrze było gęste od oparów, mało co było widać.

Popchnął sakwę na wysłużony szynkwas i dopiero potem rozejrzał się wokoło. Przy stołach siedzieli mężczyźni w futrzanych czapach, w kożuszkach, zaczerwienieni na twarzach, oblani potem. Powietrze aż zatykało od zgęstniałego zapachu palinki. Ktoś akurat opowiadał o wilku, który wieczorem podszedł pod chałupę. Opowieść snuł pewien gospodarz zagrody leżącej w odosobnieniu.

- Krzyknąłem na niego: "Pójdziesz, ty!". A on tylko stał. Wielki, mówię ci, jak cielę. Pies schował mi się pod nogi i wyje, jakby go licho rwało. Wybiega i żona z pochodnią. Ja zaś chwyciłem za siekierę. A ten tylko stoi. I patrzy. Oczy miał zielone, mówię ci! Jak diabeł, tak patrzył!

Włochatouchy wylazł wtedy z hałasem z wewnętrznej izby. Jego tłusta twarz była jeszcze czarniejsza niż zwykle.

- Co potrzeba?

Tóderik szturchnął sakwę.

- Kaszy kukurydzianej, twarogu, oleju, łojówki.

- Pieniądze masz?

- Skóry.

Ormianin ze złością popatrzył swymi zapuchniętymi oczami i fuknął:

- Zanieś do Régen, jak ostatnio.

- Hę? - oburzył się Tóderik. - Noszę tam, gdzie chcę. Na! I popchnął skóry na szynkwasie.

Włochatouchy sięgnął po nie; gniótł je, dmuchał w nie, pluł na nie, wreszcie wepchnął pod szynkwas.

- Flaszkę na olej masz?

- Nie.

Karczmarz mruknął coś i wszedł do wewnętrznej izby. Mężczyźni przy stołach wciąż jeszcze słuchali opowieści o wilku. Poczerwieniały na twarzy gospodarz zagrody leżącej w odosobnieniu dowodził wielkim głosem:

- Skoczył do mnie, podłe ścierwo, tam pod schodami mojej chałupy. Do mnie, mówię wam! Gdybym nie miał przy sobie żelaznych wideł, pokaleczyłby mnie! Ale dźgnąłem go tymi widłami w brzuch, że tylko jęknął! I nawet jeszcze wtedy chciał się na mnie rzucić.

- Bajka - burknął Tóderik przy szynkwasie i splunął. Zaczerwienione twarze zwróciły się ku niemu. Rozmowa ucichła. Na czole gospodarza zagrody leżącej w odosobnieniu nabrzmiały żyły.

- Chcesz powiedzieć, że kłamię?! - walnął pięścią w stół z taką siłą, że kilka kieliszków z palinką przewróciło się, a żółtawa ciecz o nieprzyjemnym zapachu rozlała się po brudnych deskach, po kolanach siedzących tam ludzi. - Ja kłamię?!

Tóderik ponownie splunął.

- Kto mówi, że wilk podchodzi pod chałupę i napada na człowieka, ten kłamie.

Gospodarz zagrody leżącej w odosobnieniu zerwał się z ławy i zaczął wrzeszczeć. Wszyscy podskoczyli i wszyscy naraz krzyczeli. Mocne opary zbożowej palinki owładnęły głowami, a oczy od niej przysłoniły się czerwoną mgłą.

- Śmiesz powiedzieć, że ja kłamię?! Ty psie! Ty niczyj prostaku! Ty przybłędo! Ty ostatni! Kto ciebie zna?! Kim ty jesteś?! Precz stąd! Walnijcie go w głowę!

Tóderik tylko stał oparty o szynkwas, nieco zgarbiony, i patrzył na szalejących z gniewu mężczyzn.

- Kim ty jesteś?! - przyskoczył do niego gospodarz zagrody leżącej w odosobnieniu i zaczął mu wygrażać pięścią przed nosem. - Kim ty jesteś?! Co ty masz?! Masz zagrodę?! Masz ogród?! Masz woły?! Masz ziemię, masz las?! Włóczęga!

- Kto mówi, że wilk schodzi aż pod chałupę i napada na człowieka, ten kłamie - Tóderik powtórzył z uporem - a ponieważ ty tak powiedziałeś, ano kłamiesz, ha!

Gospodarz zagrody leżącej w odosobnieniu z furią podsycaną przez palinkę chwycił obiema rękami za serdak z owczych skór na piersi Tóderika, potrząsnął nim, kilka razy uderzył o szynkwas, że aż deski zatrzeszczały, po czym pchnął nim mocno. Tóderik zachwiał się, z ust wylało mu się gniewne przekleństwo i jak długi upadł na podłogę.

Mężczyźni wrzeszczeli, gospodarz zagrody leżącej w odosobnieniu z oczami nabiegłymi krwią potrząsał pięścią. Z wewnętrznej izby z hałasem wylazł Ormianin, cisnął na szynkwas ciemną butelkę, dwie zakrzywione łojówki i zawołał:

- Masz tu swoje rzeczy i wynoś się! I żeby twoja noga więcej tu nie postała!

Tóderik podniósł się powoli. Jego twarz była czarna, całkiem czarna. Zamknięta i niema jak spalona ściana. Nieśpiesznym ruchem wstał, nie popatrzył na nikogo, tylko ciężkawo postąpił dwa kroki do szynkwasu, chwycił za oparty tam duży kij do chodzenia po górach, złapał go w obie ręce i nie rzuciwszy nawet spojrzenia w tamtą stronę, zdzielił kijem wciąż jeszcze wrzeszczącego gospodarza zagrody leżącej w odosobnieniu w głowę, uderzył go tak, że tamten tylko się ugiął i padł na ziemię niczym przewrócony worek.

Tępe uderzenie kija naraz otrzeźwiło ludzi. Wszyscy chłodnymi twarzami patrzyli na gospodarza zagrody leżącej w odosobnieniu, który padł jak kłoda. Cisza była aż gęsta. Wręcz zastygła na ścianach.

Tóderik zaś w tej głuchej ciszy powoli i spokojnie odwrócił się z powrotem do szynkwasu; oparł kij tak samo jak wcześniej, spojrzał na Ormianina, który wytrzeszczał oczy, i szturchnął sakwę:

- Twaróg i kaszę kukurydzianą!

Słowa te natychmiast przegnały odrętwiałość. Ludzie poruszyli się, jedni sięgnęli po czapki, inni zapięli kaftany i poczęli pchać się w kierunku drzwi. Nie padło ani jedno słowo. Ani jeden z mężczyzn nie spojrzał na nieruchomego gospodarza zagrody leżącej w odosobnieniu.

Ormianin z nieprawdopodobną zwinnością skoczył do worków z kaszą. Jeden z nich podniósł.

- Trzymaj! - powiedział, lecz słowo drżało mu na wargach. Tóderik trzymał sakwę, Ormianin sypał do niej z worka. Worek trząsł się, sakwa - nie. Już wysypywała się droga kasza, kiedy Tóderik warknął:

- Przestań już, hę!

- Bierz, bierz! - dyszał Ormianin, a na jego twarzy perlił się pot. - Bierz, bierz, tylko wynoś się stąd!

- Twaróg!

Włochatouchy skoczył do kąta i podniósł na szynkwas całą faskę.

- Bierz, bierz, tylko wynoś się stąd! - powtórzył gorączkowo. Tóderik jakoś tam na siłę wepchnął faskę do drugiej części sakwy, po czym stęknąwszy, zarzucił sobie to wszystko na ramię. Butelkę i świecę wcisnął głęboko do worka.

- Wynoś się stąd, wynoś się stąd!... - dyszał Ormianin i wytrzeszczając oczy, z przerażeniem patrzył na leżącego na podłodze człowieka.

Ten dopiero wtedy ruszył się po raz pierwszy. Jęknął, charcząc.

- Oj - wystękał - oj...

Spomiędzy włosów ciekła mu krew, niemal czarna krew, plamiąc brudną podłogę. Twarz też miał zakrwawioną. Mogła mu płynąć z nosa albo z ust.

Tóderik szarpnięciem poprawił sakwę na ramieniu, chwycił kij i ruszył. Przeszedł nieśpiesznie obok charczącego gospodarza zagrody leżącej w odosobnieniu, jakby nic się nie stało. Dopiero od progu spojrzał wstecz.

- Jeśli już kłamie, to niechby przynajmniej zachowywał się po ludzku - fuknął do Ormianina, który z wytrzeszczonymi oczami wciąż stał za szynkwasem, patrzył na leżącego człowieka, a po tłustej twarzy wielkimi kroplami spływał mu pot.

Tóderik pchnął drzwi i w kłębach oparów palinki wyszedł na lodowato błyszczącą ulicę.

Nigdzie nie było widać nawet jednego człowieka. Wieś była niema niczym umarli. Tylko z kominów unosił się wysoko, prosto jak strzała, niebieski dym. Tóderik spojrzał w górę na błękitnobiałe niebo, które jakby przysypało samymi lodowatymi, migoczącymi koniuszkami igieł, i tak pomyślał: Będzie w nocy mróz, silny mróz. Po czym powoli, w jęczących kierpcach ruszył w górę Bystrego.

Nie dotarł jeszcze do ostatniej chałupy, gdy za plecami usłyszał tupot szybko biegnących nóg. Potem nagle uderzyło go w plecy ostre, rozkazujące wołanie:

- Stój! Hej, ty! Ty znad potoku Urszu!

Tóderik zatrzymał się i odwrócił nieśpiesznie. Drogą pędził w jego kierunku żandarm z wąsami, w ciemnozielonym mundurze, z karabinem zwisającym mu w ręce. Na lufie karabinu oślepiająco zimnym blaskiem zamigotał bagnet.

- Hej, ty! - żandarm zwolnił kroku. - Wracaj! Tóderik nie poruszył się.

- Podejdź tu! - wrzasnął żandarm. - Bo jeśli ja po ciebie pójdę, to zrobi ci się ciepło pod koszulą!

- Hę! - odwarknął Tóderik, jednak wciąż się nie ruszył. - Czego chcesz?

- Podejdź no tu, do diaska, z tym twoim zakutym łbem! - złościł się żandarm.

- Mogę podejść. - Tóderik podciągnął sakwę i powoli ruszył z powrotem, żandarmowi naprzeciw.

Tamten zarzucił karabin na ramię, ze skórzanej torby wyciągnął błyszczący, cienki łańcuch i kiedy Tóderik stanął przed nim, rozkazał:

- Daj no tu ręce!

- Hę?

- Ręce! - wrzasnął żandarm.

- A to po co?

Żandarm przełożył łańcuch do lewej ręki i zamiast odpowiedzi prawą pięścią uderzył człowieka z sakwą w twarz, tak że tamten upadł w przydrożny śnieg. Chwilę potem już klęczał na jego plecach i brutalnie wykręciwszy mu ręce do tyłu, nałożył łańcuch na przeguby. Potem go kopnął.

- Hej, ty! Na nogi!

Tóderik podniósł się powoli, z trudem. Nie jęczał, nawet nie warczał. Dopiero kiedy już stał na obu nogach, odwrócił się do żandarma twarzą. Spojrzał nań ponuro.

- W czym ci wadzę? Hę?

- Naprzód! Idziemy!

Tóderik patrzył na sakwę, która upadła w śnieg.

- I to tam jest.

Żandarm przeklął coś, podniósł sakwę i zarzucił ją skutemu człowiekowi na ramię. Sakwa z chrzęstem ześlizgnęła się na ziemię. Żandarm mruknął coś i ponownie ją nałożył. Znów się ześlizgnęła.

- Tak nie da się jej nieść - spokojnie powiedział Tóderik.

Żandarm rozejrzał się i zobaczył w drzwiach jednej z chałup zaciekawioną kobietę.

- Podejdź no tu! - krzyknął, kiwnąwszy na nią surowo. Kobieta przybiegła pędem.

- Zanieś to do chałupy i przypilnuj tego, co jest w środku - żandarm podał jej sakwę. - To należy do tego człowieka. Ktoś później po to przyjdzie.

Kobieta pokornie skinęła głową i pośpiesznie wniosła sakwę, żeby przypadkiem nie mieć dalszych kłopotów z surowym prawem.

- Idziemy! - warknął żandarm.

Ale Tóderik wciąż jeszcze się nie ruszał. Stał tam ciemny, posępny, z rękoma skutymi z tyłu, a rozczochrane włosy opadły mu na czoło.

- Czapka i kij - powiedział.

Żandarm mruczał, lecz wygrzebał czapkę ze śniegu i wcisnął ją mężczyźnie na głowę.

- Kij - powtórzył tamten z uporem.

Żandarm podniósł i kij.

- Ależ on jest zakrwawiony, słyszysz?! Tóderik wzruszył ramionami.

- Cisnął mną o ziemię, to go uderzyłem.

Żandarm patrzył na kij, przez chwilę myślał, żeby go wyrzucić, potem jednak przyszło mu do głowy, że to dowód przestępstwa.

- Teraz już idziemy - powiedział surowo i pokazał w kierunku wioski.

Ruszyli. Z przodu szedł Tóderik ze związanymi z tyłu rękoma, wlokąc się, za nim żandarm z karabinem, z bagnetem, z surowym wyrazem twarzy, trzymając w ręce wypolerowany od ściskania wielki kij do chodzenia po górach.

Kiedy dotarli przed karczmę, zaprzężone w jednego konia sanie Ormianina akurat ruszały z mężczyzną z zagrody leżącej w odosobnieniu do Régen, do szpitala. Kobiety biadoliły wokół sań, wciskały pod leżącego poduszkę i pierzynę, a mężczyźni i dzieci z pobliskich chałup sterczeli tam wszyscy w milczeniu i gapili się. Przy saniach stał drugi żandarm. O przenikliwym wzroku, starszy wiekiem. Jakiś młodzieniec wdrapał się na kozioł i sanie ruszyły. Skrzypiały ich drewniane płozy i zarzucało tymi saniami na boki po zamarzniętej drodze.

Starszy żandarm skinął na młodszego.

- Wprowadź tego człowieka!

Weszli do karczmy. Ode drzwi jeden z żandarmów rzucił za siebie:

- Niech wszyscy idą do domu!

Na te ostre słowa umilkły rozmowy i lamenty. Mężczyźni naciągnęli czapki na uszy, kobiety ściślej zawiązały chusty i każdy bez słowa ruszył w kierunku swojej chałupy. Widowisko dobiegło końca, w drzwiach karczmy stało prawo, a od prawa wszyscy starali się trzymać jak najdalej.

Karczma była pusta i chłodna, pełna oparów o nieprzyjemnej woni. Tylko Włochatouchy nieśpiesznie krzątał się za szynkwasem.

- Byliście tu, kiedy miała miejsce ta sprawa? - zwrócił się do niego starszy żandarm.

- Nie, ależ skąd - Ormianin żwawo pośpieszył z odpowiedzią - byłem w składziku, akurat odmierzałem olej dla tego tu... wiecie, oni wszyscy są tacy sami, podnoszą alarm, jeśli w tym, co odmierzone, brak choćby jednej kropli, ale sami to mordują, gdzie się da...

- Skoro nie było was przy tym, to wyjdźcie - przerwał mu surowo starszy żandarm, po czym oparł karabin o ścianę, przystrojone piórami czako położył na stole i wygrzebał z torby zeszyt w zielonym kolorze.

- Tak jest, oczywiście - kłaniał się żwawo Ormianin - tak jest, oczywiście, już wychodzę... wcale nie chciałbym być przy czymś takim; jak wiadomo, ja, naturalnie, nie mieszam się w coś takiego... czy panowie rozkażą podać coś do picia?...

- Nie.

- Tak jest, oczywiście...

Z tymi słowami, kłaniając się, wtoczył się do wewnętrznej izby.

Starszy żandarm usiadł, rozłożył przed sobą na stole zeszyt i zatemperował ołówek. Młodszy pozostał w pozycji stojącej za Tóderikiem, z karabinem w ręce, zachowując srogi wyraz twarzy.

- No, opowiedzcie, jak to się stało! - spojrzał przenikliwie na Tóderika, gdy uporał się z ołówkiem. - Ale mówcie samą prawdę!

I Tóderik opowiedział wszystko, tak jak było. Żandarm zanotował to swoim ołówkiem w zeszycie, następnie krzyknął do drugiej izby na Ormianina, żeby ten przyniósł atrament i pióro. Podpisał się swoim nazwiskiem, także młody żandarm swoim, po czym narysowali mały krzyżyk i na tym musiał odbić swój palec Tóderik.

Z tego powodu trzeba było rozpiąć łańcuch. Kiedy Tóderik cofał znad papieru węzłowaty palec, w ręce młodszego żandarma zabrzęczał łańcuch.

Tóderik popatrzył na starszego. Prosto w jego oczy.

- Zostaw to, panie! Proszę cię o to. Ja też jestem człowiekiem.

Żandarmowi nieco drgnęła szyja, lecz wytrzymał spojrzenie. Wreszcie jednak machnął ręką.

- Zostaw! - powiedział do młodego.

Następnie przygotowali się do odejścia i ruszyli z jeńcem w kierunku Dédy. Słońce wzeszło już ponad Görgény, a cienie chałup na fioletowo wyciągnęły się w poprzek drogi. Na ogrodzeniach gnojowisk przycupnęły wielkie, nastroszone wrony.

Tak oto szli: z przodu Tóderik, za nim twardo, po żołniersku, dwóch żandarmów. Zimno błyskały ich bagnety. Nigdzie w całej wsi nie było widać choćby jednego człowieka. Chałupy, drżąc z zimna, skryły się pod puchowymi czapami ze śniegu i gorzko pachnąc dymem, czekały na zapadający zmierzch.

Potem chałupy znikły i już tylko Maros w dole oraz wielkie ośnieżone lasy po obu jej stronach patrzyły zimno i obojętnie, jak Tóderik człapał środkiem drogi w skrzypiących kierpcach, ponury i przygarbiony, a za nim dwóch srogich i brzuchatych żandarmów, a na ostrzu ich bagnetów - prawo.

Nareszcie powoli schowało się też słońce, jakby spadło z brzegu nieba, zamarznięte.

Dziecko przez jakiś czas patrzyło za odchodzącym. Widziało, jak z trudem wydeptuje sobie drogę w śniegu, widziało też łanię pomiędzy młodymi olchami i widziało, jak poruszyła uszami, gdy mijał ją Tóderik. Dziewczynka oparła się o futrynę; przez otwarte drzwi wylewało się z chaty ciepło ognia i zbijało się w gęstą parę pod okapem. Zimne powietrze szczypało dziewczynce policzki, nos od niego dziwnie jej się zwęził. W słońcu migotały koronkowe ozdoby drzew, niekiedy z cichym hałasem tu i ówdzie spadał z jodeł śnieg. Dziewczynka patrzyła na znikający w kierunku doliny ślad, wydeptywany przez Tóderika, na łanię, dalej ogryzającą korę z olchowych pędów, i wreszcie przypomniały jej się sidła.

Weszła do domu. Zawinęła sobie nóżki w grube gałgany, dopiero na to włożyła kierpce. Szmatki obwiązała rzemykami aż do kolan, na główkę narzuciła wielką dzierganą, czarną chustę, która sięgała jej aż do pięt, ściągnęła ją pod brodą i dwa rogi związała sobie z przodu na brzuchu. Dorzuciła do ognia kilka olchowych polan, następnie zamknęła za sobą drzwi, a z zewnątrz oparła o nie miotłę, niech każdy widzi już z daleka, że nie ma tu nikogo. Za węgłem chaty znalazła cienki, zakrzywiony palik, chwyciła go w rękę zamiast laski i ruszyła w drogę.

Przed kładką zatrzymała się jeszcze i spojrzała w górę na Istenszéke. Tron Boży wraz ze swymi wieloma ośnieżonymi drzewami był biały i strasznie wysoki. Zarysy północnych zboczy jarów oddzielały się na fioletowo, a powietrze marszczyło się od cienkiej, migotliwej, zimnej mgły. W dole, zamknięte w swym lodowym gnieździe, gorączkowo łomotało niespokojne serce potoku. U kaskady zwisały olbrzymie sople. Gładko, niemal bezgłośnie prześlizgiwała się pod nimi niebieskawoszara woda Urszu.

Dziewczynka z wolna podążała coraz wyżej po śladach. Za pierwszą stromizną zatrzymała się i spojrzała wstecz. Góra Macskakő błyszczała oślepiającą bielą, chata pod nią wręcz nikła. Głęboko zapadnięta w śniegu, skulona stała tam daleko, a jej blady dach zlewał się z bielą lasu. I wciąż jeszcze była tam też łania, wydawała się mała jak szary robaczek.

Na drugim podejściu dziewczynka spotkała się z wiatrem. Nadszedł z góry i ciągnął z sobą w powietrzu drobny, migotliwy puszek szronu.

Gdzieniegdzie ślad rozgałęział się. Wiernie podążała za odnogami, pomiędzy pokryte śniegiem drzewa, w krzaczaste zarośla, pod powalonymi na siebie drzewami, po skalistych dróżkach, póki w zasypanych śniegiem tunelach krzewów nie natrafiła na sidła.

W tych położonych niżej nic nie było. Co prawda obok jednego z sideł ciągnęła się kreska świeżego lisiego tropu i lis nawet się zatrzymał, węszył w kierunku sideł. Ale poszedł dalej. Brzuchem wyorał w śniegu bruzdę.

Śmiertelnie głucha była cisza tam w górze, może nawet jeszcze większa i straszniejsza aniżeli wokół domu. Nic się nie ruszało. Tylko pod ostrym, niewielkim wiaterkiem zamigotał w powietrzu szron, lecz i to nie przyniosło szelestu. Nawet kroki nie powodowały hałasu większego, niż kiedy z tyłu za kierpcami z delikatnym odgłosem rozpada się miękki śnieg.

W czwartym jarze dwie sarny wyskoczyły z pełnego słońca. Ogromnymi susami kierowały się na przestrzał ku drągowinie. Już dawno znikły, a ich ślad wciąż wyraźnie odciskał się na gładkiej pierzynie śniegu.

Wreszcie wysoko, w szóstym jarze, natknęła się na kunę. Jeszcze żyła, biedna, żelazo pochwyciło ją z tyłu. Wiła się w mękach, a w jej wytrzeszczonych, czarnych oczkach malowało się bezdenne przerażenie. Duszyczka dziecka zadrżała z litości. Pośpiesznie skoczyło do sideł i cienkim kijem kilka razy starannie wymierzyło cios w łepek zwierzęcia. Łepek opadł, całym brązowym ciałkiem wstrząsnął dreszcz, zdrętwiałe nogi sterczały w powietrzu, jakby chciały się w coś wczepić i wdrapać, przekrwione oczy wytrzeszczyły się... Dziewczynkę ogarnęła litość, prawie chciało jej się płakać. Raz jeszcze starannie wycelowała w wąski łepek i mocno weń uderzyła. Kuna już się nie poruszyła. Łepek zwiesił się jej w śnieg, skonała.

Dziewczynka przykucnęła, rozsunęła żelazo, rozłożyła na śniegu chude ciałko. Delikatnie przesunęła palcem po aksamitnym futrze. Z pyska zwierzęcia sączyła się posoka, wymalowując na śniegu wąską, czerwoną wstążkę.

Ponownie ustawiła sidła, poprawiła przynętę, która się ześlizgnęła, uważając przy tym, żeby niczego nie dotknąć gołą ręką. Potem do dwu łapek kuny przywiązała sznurek i przerzuciła ją sobie przez ramię.

Słońce przechyliło się przez Maros, nim obeszła także i te najwyżej położone sidła. Wszystkie były puste. Jedno zamknęło się samo, to je poprawiła. Po tym, jak uporała się ze wszystkimi sidłami, przycupnęła na powalonym pniu, żeby odpocząć. Przyjemnie miękko było usiąść. Pnie przykrywała gruba na piędź poduszka ze śniegu.

Tam wysoko w blasku słońca wcale nie było zimno. Skalna grzywa grzbietu chroniła przed wiatrem. Słońce wręcz prażyło, jego promienie odskakiwały od oślepiającego pancerza śniegu i napełniały powietrze ciepłem. Wysoko, naprzeciw tego jaru, widać już było ośnieżone choiny Istenszéke. Całe stały w śniegu jak jacyś zaczarowani żołnierze. Poprzez mieniącą się, perłową zasłonę pobłyskiwał żywy błękit nieba. Gdzieś na odległym grzbiecie stukał dzięcioł. Jego głuche dudnienie spadało w tę niemotę niczym jakiś martwy, czarny ptak.

Może spowodowało to wielkie milczenie, a może też to chłód powoli przenikał przez jej ubranie, skórę i wciskał się pomiędzy kości, że raptem jednak poczuła, jak bardzo jest jej zimno. Było to jakieś takie wewnętrzne przemarznięcie, jakieś takie dzikie uczucie, które od wewnątrz powodowało drżenie. Pójdę - pomyślała.

Ale mimo to ani drgnęła. Nie ruszały się jej nogi, ręce, mięśnie. Czuła, że coś przygniata jej ramiona i zmusza ją do bezruchu. Coś ciśnie ją w dół, do pnia, a ona nie jest zdolna do tego, by zeń wstać. Ogarnęło ją zdumienie, zdumienie wywołujące wręcz dreszcze. I wówczas nagle poczuła ciszę wokół siebie. Na swych barkach, na drzewach, na górach, w powietrzu. Tę ciężką, białą ciszę, która - jak niewidzialny wielki klosz - opuściła się na cały świat i pod nią świat nie był w stanie poruszyć się ani nawet oddychać. Tak, czuła wokół siebie i nad sobą jakąś straszną ciszę, śmiertelną ciszę. Ciszę, która była samą nicością. Śmiercią.

Ponad lasem przeleciał samotny kruk. Ciężkawe, powolne uderzenia jego skrzydeł upiornie zaszumiały w panującej niemocie. Od tego odgłosu coś jednak pękło w niewidzialnym lodowym pancerzu. Dziecko powstało z pnia, zarzuciło sobie na ramię martwą kunę, zacisnęło w garści kij i niemal biegiem ruszyło z powrotem po śladach, w dół.

Nim dziewczynka znów ujrzała chatę, dolina zaszyła się już w cieniu szarawofioletowych mgieł. Słońce żegnało się właśnie ze szczytem Macskaő, a pośród drzew martwa biel śniegu przymarzała już na szaro. Buki stały sztywno.

Kiedy dotarła w dół do kładki, nad potokiem ziewała już szarówka. Jęczała ścieżka, a samotność przyczajona u pni drzew czatowała na ofiarę. Chata stała samotna jak jakieś zagubione dziecko. Wciąż oparta o drzwi miotła strzegła w niej pustki, nieobecności mieszkańców.

Dziecko nie zdziwiło się. Było przyzwyczajone do tego, że zostaje samo. Odstawiło miotłę od drzwi, weszło, zrzuciło kunę na podłogę i podsyciło ogień. Następnie zdjęło z siebie wielką chustę, rozwiązało kierpce i usiadło na ławeczce. Przy ścianach czaiły się już cienie nocy. Żółte snopy ognia poczęły się z nimi mocować. Kiedy jeden odpędziły, to z drugiej strony przekradał się następny.

Przez pewien czas dziewczynka przypatrywała się zabawie światełek i cieni, igrających jak zazwyczaj, nareszcie zgłodniała. Przyciągnęła zydelek pod półkę, wdrapała się nań i akurat dosięgła kociołka. W jednym z woreczków była jeszcze resztka kaszy kukurydzianej, wysypała ją, znalazła również twaróg i nastawiła mamałygę. Zeszła też z wiadrem do źródła i trzymając je, pogapiła się przez kilka chwil na znikające w ciemności ślady, ale nic się tam nie ruszało. Kiedy wyszła po raz drugi, po drewno na noc, u wylotu Urszu, ponad kaskadą zobaczyła jakieś szare zwierzę. Stało nieruchomo pod skałami i patrzyło na chatę. Poznała je natychmiast. Był to wilk.

- Hu, hu! Hu, ha! - krzyknęła nań ostrym dziecięcym głosikiem i pogroziła kawałkiem drewna, które miała w rączce.

Sierocy głos szarpał się w śniegu, a pod drzewami pochłonęła go cisza. Wilk stał jeszcze jakiś czas bez ruchu i z podniesioną głową wąchał powietrze. Potem z wolna, krok za krokiem ruszył w dół. Jakiś czas podążał pod skałami, następnie zszedł do potoku. Przy śladach Tóderika zatrzymał się, długo węszył. Wreszcie przeskoczył przez potok i jego poruszająca się, przyczajona postać znikła pośród olch. Dalej, w jarze, jakaś łania podniosła alarm kilkoma głębokimi beknięciami. Potem znów słychać było już tylko ciszę, dziką, zamarzniętą ciszę i wieczór, jak ślizgając się na brzuchu, wypełzł z lasu.

Dziewczynka nie bała się, ale mimo wszystko starannie zamknęła za sobą drzwi na klamkę i sprawdziła, czy nie otworzyłyby się, gdyby od zewnątrz popchnęło je swoim nosem jakieś brudnoszare zwierzę. Następnie ugotowała strawę, przysiadła na ławeczce i zaczęła jeść.

Kiedy się najadła, nadal siedziała na ławeczce, ogień cicho trzaskał, a ona patrzyła na nieruchomy kształt wyciągniętej na podłodze kuny i tak myślała: to małe zwierzątko jeszcze nie tak dawno wdrapywało się na drzewa, przemykało pomiędzy krzewami, czatowało na drozdy, wiewiórki. Czasem marzło, czasem wygrzewało się na słońcu, czasem było głodne, czasem najadło się do syta... a teraz leży tutaj nieruchomo na podłodze i nie pamięta ani marznięcia, ani wygrzewania się, ani głodu, ani sytości, bo istoty, której się to wszystko przydarzyło, już w nim nie ma. Jest tutaj tylko skóra, a także mięso, no i kości. Żołądek, jelita, płuca. Wdrapywanie się na drzewo i cała reszta gdzieś odeszły, kiedy tym zakrzywionym palikiem uderzyła kunę w łepek. Nic nie było widać, jedynie trochę posoki na śniegu, nic poza tym. A mimo wszystko ta istota tam była i mimo wszystko odeszła w sposób niewidzialny i bardzo zwyczajny, i też bardzo tajemniczy.

Wreszcie i tym się zmęczyła. Raz jeszcze wyjrzała przez drzwi, ale wcześniej wzięła do ręki kawałek płonącego drewna i wyciągnęła je przed siebie. Na lasach siedział już szary mrok. Gdzieś bardzo wysoko drżało z zimna kilka gwiazd. Dziewczynka nasłuchiwała. Ale to tylko ogień trzaskał w środku. Gdzieś od mrozu zaskrzypiało drzewo. Ścieżka ziewała, szara i pusta, a jej koniec nikł w nocy.

Dygocząc, dziewczynka schowała się z powrotem do domu. Dołożyła do ognia, postała przed nim w zamyśleniu, nareszcie westchnęła i podeszła do swojego posłania. Poprawiła słomę i derkę, wytrzepała kożuch i rozebrała się do koszuli. Na paluszkach raz jeszcze pobiegła do drzwi, sprawdziła, czy zamknęła je na klamkę, po czym tak samo biegiem wróciła i wślizgnęła się pod dobrze ciepły, pachnący owcami kożuch.

Jeszcze przez jakiś czas poprzyglądała się igraszkom ognia na ścianie, potem z wolna zamknęły się jej oczy i już tylko w półśnie czuła, że spośród belek wychynął ziąb i słomę na jej posłaniu wypełnił zapachem skutego mrozem lasu. U góry, na strychu, mysz z niestrudzoną wytrwałością coś gryzła.

Gdy dziewczynka otwarła drzwi, słońce stało już wysoko nad domem. Nigdzie nie było nawet śladu starego. Kiedy tam tak stała, nieco rozczarowana, trochę zaskoczona, wyjrzała w mieniącą się biel, a zimowy las odpowiedział jej martwą ciszą. Jakby do lasu przymarzła samotność.

Westchnęła, następnie zamiotła w chacie, naniosła wody i zjadła resztkę mamałygi, lecz wciąż nic się nie ruszało w dole, na ścieżce przy potoku. Obdarła kunę, skórę wprawnie natarła popiołem, rozpięła ją na desce do suszenia, jak widziała to kiedyś u starego. Kiedy z tym się uporała, było już popołudnie. W kącie półki znalazła jeszcze trochę wyschłej mamałygi, zjadła ją. Potem siadła na progu i w oczekiwaniu zaczęła przypatrywać się ścieżce. Słońce stało się cieplejsze, z okapu spadała kropla za kroplą, a z tyłu palił się ogień w piecu.

Ale powoli i słońce się skłoniło, a wyciągnięte cienie jodeł na polanie sięgnęły progu. Naraz znów zrobiło się chłodno. Pod olchami wychynęła z potoku mała grubiutka wydra, przez jakiś czas biegała po brzegu to w przód, to w tył, dziwnie, niezgrabnie, po czym z powrotem schowała się do wody. Na góry powoli opadała mgła, a spod drzew wylazła szarówka i w drżącej z zimna, samotnej ciszy wieczór rozłożył swoje skrzydła niczym wielka szara sowa.

W końcu zapadała kolejna noc. Na zewnątrz od czasu do czasu zatrzeszczało od mrozu jedno i drugie drzewo, na ścianie izby światło ognia igrało z cieniami, słoma szeleściła pod kożuchem, a spomiędzy belek w ścianie chłód znów wyciągnął swą niewidzialną, lodowatą dłoń.

Następnego dnia rankiem dziewczynka była już bardzo głodna. Daremnie przeszukiwała cały dom, nie znalazła nic więcej do jedzenia. Wciąż przyglądając się ścieżce, odczekała jeszcze do południa. Potem wciągnęła na nogi buciki z cholewkami, okryła się dużą chustą, oparła o drzwi miotłę i ruszyła ścieżką, tam gdzie śnieg pokazywał ślady Tóderika.

Nie było wcale zimno. Nim dotarła do wioski, od marszu i bijącego w jej sercu podniecenia zrobiło się jej ciepło. Patrzyła z podziwem na dzieci ślizgające się na zamarzniętych przydrożnych kałużach, na załadowane drewnem sanie, co nadjechały z lasu, wreszcie dotarła do karczmy i otworzyła drzwi o zaparowanych szybkach.

Przy długim stole siedzieli mężczyźni. Pewien kupiec ubrany w skórzaną kurtę oraz siedzący przy nim gospodarz targowali się o świnię, pozostali rozmawiali o deskach, o opłacie za przewóz, o innych wiejskich sprawach. Dziewczynki nikt nawet nie zauważył.

Ta podeszła wprost do szynkwasu. Na stukot malutkich bucików z cholewami Ormianin odwrócił się.

- A tobie, dziewczynko, co potrzeba? - spytał, posapując przyjaźnie.

- Gdzie jest tata? - dziewczynka podniosła nań swe czyste błękitne oczy.

- Szukasz ojca? Kim jest twój ojciec?

Dziewczynka wyciągnęła spod wielkiej chusty jedną rączkę i pokazała w kierunku góry.

- Jestem stamtąd, z góry.

Włochatouchy przyjaźnie pochylił się nad szynkwasem.

- Stamtąd z góry, mówisz? - Następnie zwrócił się w kierunku mężczyzn i podniósł głos: - Kto zna tę dziewczynkę? Hę?

Rozmowa utknęła. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę, ale nikt się nie odezwał. Ktoś zapytał:

- A jak wołają twojego ojca?

- Tóderik.

Włochatouchy wytrzeszczył oczy.

- Ten znad Urszu? Z tego okrągłego domu? To przecież ty jesteś, przecie przypominam sobie ciebie...

- Tata wyszedł trzy dni temu. Powiedział, że tutaj idzie. Potrzeba było kaszy kukurydzianej, bo już zabrakło... - tłumaczyła dziewczynka, a jej oczy niespokojnie badały twarz Ormianina.

Ludzie w szynku spojrzeli po sobie. Niektórzy chrząkali, inni kręcili głowami i spluwali na podłogę. Włochatouchy, zmieszany, czerwony na twarzy, drapał się po głowie i mocno stękając, zacinając się, rzekł:

- No był tu, to prawda, no, prawda. Ale przecie... coś się wydarzyło, wiesz, i... no a potem zabrali go żandarmi. Tak to już jest, co zrobić? No, zabrali go.

Oczy dziewczynki rozwarły się szeroko, zrobiły się okrągłe.

- Zabrali go? Gdzie?

Włochatouchy wzruszył okrągłymi, mięsistymi ramionami i z jękiem westchnął głęboko:

- Zabrali. Kto to wie dokąd. Może do Régen, a może nawet i dalej. Skąd niby mam to wiedzieć, co? Co zrobić, jeśli tak to już jest! Nie patrz tak na mnie, to nie moja wina!

Odwrócił się i gderając, burcząc, zaczął niby to szukać czegoś na półkach, żeby nie patrzeć dziecku w oczy. Ono zaś tylko tak stało przed szynkwasem, nieme, osłupiałe, niczego nie rozumiejąc. Przerażone oczy dziewczynki bezradnie badały ściany pokryte pajęczyną, twarze ludzi, po czym zatrzymały się na podłodze. W otaczającej ją milczącej grupie mężczyzn ktoś przemówił ochryple:

- Sama jesteś w domu?

- Yhm - dziewczynka skinęła główką.

Ludzie znów kasłali i wycierali nosy, stękając. Włochatouchy zmarszczył czoło.

- Dałem mu kaszę kukurydzianą i twaróg - rzekł - dałem mu też olej i świece. Wszystko to musi być w jego sakwie.

W którymś rozgorzało raptem wspomnienie.

- Słuchaj no! To zostało u Spiridonów, tam na końcu wioski. No przecie że tam, żandarm oddał to Spiridonom! Biegnij po to, bo przecie tobie to się należy!

Dziewczynka poruszyła się z wolna i bezradnie zrobiła kilka kroków w kierunku drzwi. Jej twarz wydawała się zupełnie malutka pod wielką chustą. Malutka i przestraszona.

- A kto ci teraz gotuje? - zamruczał za nią Ormianin. Dziecko ze zdziwieniem spojrzało wstecz.

- Ja sama.

- A kto się troszczy o drewno i wodę?

- Ja sama. Któż by inny?

Ludzie popatrywali po sobie. Ktoś sięgnął po swój worek i powiedział:

- Chodź tu, dziewczynko!

Wyciągnął przykryty chustą chleb oraz słoninę.

- Kiedy jadłaś ostatni raz?

- Wczoraj.

Ktoś oburzył się głośno, dusząc przekleństwo. Wielu kręciło głowami. Pewien krępy młodzieniec o zuchwałej minie i brązowych włosach splunął.

- A niech szlag trafi cały ten świat razem z jego żandarmami!...

- Na - rzekł mężczyzna i wyciągnął ku niej chleb i słoninę - jedz!

Oczy dziewczynki wpatrzyły się w chleb, a usta rozchyliły się lekko.

- No, trzymaj! Usiądź gdzieś i zjedz!

- A jeśli w tym czasie tata wróci do domu? Mężczyźni znów spojrzeli po sobie.

- Mimo wszystko możesz spokojnie zjeść - odezwał się z tyłu Ormianin. - Czekaj, przyniosę ci jeszcze kubek mleka.

Dziewczynka usiadła na brzegu ławy, akurat naprzeciw kupca w skórzanej kurcie.

- Na - rzekł jeden starszy mężczyzna z wąsami - masz kozik.

Dziecko odkrawało małe kawałki chleba oraz słoniny i łapczywie je gryzło, jak jakaś wygłodzona myszka. Ludzie przyglądali się dziewczynce. Kupiec wygrzebał z kieszeni sfatygowany skórzany portfel, wyciągnął z niego srebrną monetę i położył go na stole przed dziewczynką.

- Weź - powiedział - schowaj, jeszcze ci się przyda. Moja córeczka też jest jeszcze taka mała - z tym tłumaczeniem zwrócił się w kierunku mężczyzn, jakby się zawstydził, a okrągła, czerwona twarz zapłonęła mu jeszcze mocniej. - Jak pomyślę, że kiedyś i ona może tak zostać sama, zdana na siebie...

Ormianin, człapiąc, przyniósł w wielkim niebieskim kubku mleko, postawił je na stole przed dziewczynką i tylko tak stał obok i przyglądał się jej.

- Mogłabyś tu zostać - rzekł naraz. Nuca ze zdziwieniem podniosła głowę.

- Jak mogłabym to zrobić - odparła z powagą - przecie muszę pilnować domu. A są jeszcze sidła, tata mi je powierzył.

- A nie boisz się sama? - zapytał kupiec.

Dziewczynka najpierw wypiła mleko do ostatniej kropli, odstawiła niebieski kubek na stół i dopiero wtedy odpowiedziała zwyczajnie:

- A czego miałabym się bać? Drzwi na noc zarygluję i gotowe. Mężczyźni drapali się po głowach, chrząkali, nareszcie pojedynczo rzucali Ormianinowi na szynkwas pieniądze i ciężkawo, jakby nie spiesząc się, opuszczali karczmę. Także dziewczynka skończyła jeść i wstała.

- Bóg zapłać - podziękowała grzecznie.

- Czekaj no - odezwał się nagle Ormianin - worek masz?

- Nie mam - odpowiedziała Nuca, dziwiąc się trochę - a to po co?

- Zaczekaj jeszcze chwilkę, skoro już za wszelką cenę chcesz iść!

Włochatouchy poczłapał na tył karczmy do mieszkania, a kiedy wrócił, miał w ręce mały, ładnie uszyty, ozdobiony czerwonym haftem safianowy woreczek.

- Kiedyś ja go nosiłem - tłumaczył nieco niezdarnie - jeszcze gdy chodziłem do szkoły. Tutaj on już nie jest potrzebny. Włożyłem do niego trochę soli, oleju, świeczkę i miodowych cukierków. Kaszę kukurydzianą i twaróg znajdziesz u Spiridonów.

Dziecko w podziwie wytrzeszczyło oczy na zdobny woreczek.

- Dajesz mi go? Naprawdę?

- No daję ci. I jeśli tylko będziesz czego potrzebować, śmiało przyjdź tu na dół.

- A co na to powie tata? - dziewczynka zapytała z troską. Ormianin położył swoją wielką, owłosioną rękę na maleńkiej główce w chusteczce.

- Jak wróci do domu, to wszystko z nim rozliczymy, nie bój się.

- Jedną skórę z kuny już mam!

Mężczyźni, którzy jeszcze tam byli, roześmiali się.

- Potem to załatwimy - rzekł Ormianin - a teraz już biegnij, bo zastanie cię w drodze zmrok.

Kupiec popchnął w jej kierunku srebrny pieniądz, pozostawiony na stole.

- Nie zapomnij tego tutaj!

Nuca popatrzyła na pieniądz, następnie na mężczyznę.

- Co mam dać za niego?

- Hę? - osłupiał człowiek w skórzanej kurcie. - No chyba że tak! Za parę lat dasz za niego całusa, rozumiesz?

Ludzie znów się roześmiali, dziewczynka zaś starannie zawiązała pieniądz w róg chustki. Potem ruszyła w kierunku drzwi.

- Szczęść Boże zdrowiem! - rzekła z powagą, tak jak dorośli.

- Szczęść Boże! - zaśmiali się ludzie.

Postukując małymi bucikami z cholewkami, ze zdobnym woreczkiem przy boku, minęła próg. Ledwie zrobiła kilka kroków na drodze, znów usłyszała za sobą otwierające się drzwi. Był to ten krępy o zuchwałej minie. Szybko ją dogonił.

- A czy ty wiesz, gdzie mieszkają Spiridonowie? - zagadnął.

- Jakoś ich znajdę.

- Pokażę ci. Przez jakiś czas i tak możemy pójść razem. Podążali drogą. Mężczyzna długimi krokami, jak ci, co często wędrują krainą ośnieżonych szczytów, dziewczynka drepcząc szybciutko. Śnieg znów skrzypiał pod butami. Słońce, przechyliwszy się na bok, stało ponad grzbietami Görgény ledwie o piędź, całe w zimnej, białej mgle. Cienie chałup były długie i niebieskie. Wreszcie przed jednym z domów mężczyzna zatrzymał się.

- Ano - rzekł - ja mieszkam tutaj. A ta chałupa tam dalej, gdzie na ogrodzeniu siedzą wrony, należy do Spiridonów. Widzisz ją?

- No widzę - dziewczynka odpowiedziała z powagą.

- No to ruszaj się, bo przecie wieczór idzie.

- Niech wam Bóg błogosławi!

- I tobie niech Bóg błogosławi!

Dziewczynka podreptała do chałupy z wronami. Kiedy weszła przez furtkę, jakaś kobieta wychyliła głowę z szopy.

- Czego szukasz, dziewczynko?

- Sakwy. Powiedzieli mi ludzie, że tu zostawił ją tata.

Kobieta wyszła z szopy i zaciekawiona popatrzyła na dziewczynkę.

- Dlaczego to nie twoja matka po nią przyszła? Ciężka będzie dla ciebie.

- Nie mam matki - dziecko odpowiedziało zwyczajnie.

- Nie masz?

- Nie mam.

Kobieta przyglądała się dziewczynce, kręcąc głową, nareszcie westchnęła:

- No to chodź! Ale ktoś jednak jest tam z tobą na górze? Twoje rodzeństwo, hę?

- Nie ma nikogo.

- Tylko ty sama?

- Ja sama.

Tamta znów kilka razy pokręciła głową i znów westchnęła. Weszły do chałupy. Z rogu sieni kobieta wyciągnęła sakwę.

- To ta?

- Ta - dziewczynka szybko kiwnęła głową i już sięgała po sakwę.

Chwyciła ją dwiema rączkami i podniosła na ramię. Jej wąskie, małe plecy pochyliły się pod tym ciężarem. Kobieta przyglądała się dziecku.

- Zostaw - rzekła - jak mój mąż wróci do domu, to ci ją potem zaniesie na górę.

- Dam radę i ja - odparła dziewczynka, nieco zdyszana, i ruszyła z ciężarem w kierunku drzwi. - Niech wam Bóg błogosławi!

- Zaczekaj, zaczekaj no! - zawołała za nią kobieta. - A kto tam, wysoko w górach, będzie na ciebie baczył, co?

Dziewczynka przystanęła w progu i odwróciła się. Jedno ramię przygięło się jej pod ciężarem.

- O mnie? - spytała zadziwiona. - Nikt. Nie jestem ja owcą, żeby trzeba było na mnie baczyć.

Z tymi słowami szybko ruszyła.

- Czekaj no, a niech cię - Spiridonowa rzuciła w osłupieniu - weź z sobą choć kilka jaj! Kury macie?

Kobieta wbiegła do kuchni i wróciła, niosąc w garści jaja.

- Uważaj, wkładam je tutaj, do kaszy kukurydzianej. Tylko żebyś potem uważała, jak sakwę będziesz stawiać na ziemi!

- Bóg wam zapłać - dziewczynka odpowiedziała z powagą. Póki kobieta stała w drzwiach i patrzyła za nią, zeszła z werandy, przeszła przez podwórze, przez furtkę i podążyła drogą ku zboczu góry. Jedna wielka chusta, zgarbiona jak starzy ludzie, dwie małe nóżki w bucikach z cholewami i wypchana sakwa.

Następnego dnia rano dziewczynka obudziła się późno i wszystkie członki bolały ją od dźwigania. Podsyciła ogień, ubrała się, zjadła trochę mamałygi i zakrzątnęła się wokół domu. Przyszło południe, nim uporała się ze wszystkim. Wtedy owinęła sobie nogi ciepłymi onucami, zawiązała kierpce, nałożyła wielką chustę, do ręki wzięła siekierkę i wyruszyła w górę wzdłuż Urszu obejść sidła, jak to nakazał był stary.

Na górach zasiadała migocąca zima, niema, dostojna. Tylko zaśnieżony potok zdławionymi dźwiękami muzykował w głębinie samotnej ciszy, a i czasem wydał odgłos jakiś krzak, gdy przygięta gałąź strząsała z siebie biały ciężar śniegu.

Wzdłuż potoku pełno było śladów dzikiej zwierzyny, lecz sidła - wszystkie puste. Droga na samą górę była długa, długa była też z powrotem, ale mimo to było jeszcze jasno, gdy dotarła do domu. Już z daleka zobaczyła, że opartej o drzwi miotły nie ma na miejscu. Niemal przefrunęła przez kładkę. Z sercem bijącym z podniecenia pędziła w górę ścieżką i bez tchu wpadła przez drzwi. Na ławie przy piecu siedział mężczyzna. Lecz nie był to Tóderik. Nie poznała go tak od razu. W chacie było już szaro, a jej oczy oślepły od bieli śniegu. Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na nią.

- No - rzekł ochryple - jesteś tu nareszcie!

Poznała go po głosie. Był to ten krępy o zuchwałej minie. Wstał.

- Przechodziłem tędy - mruknął nieco zmieszany - i pomyślałem sobie, zajdę, niechże no zobaczę, co tam z tobą. Gdzie byłaś?

- Przy sidłach - odpowiedziała dziewczynka i zdjęła wielką chustę.

- Było w nich co?

- Nie.

- Zdarza się.

Patrzyli na siebie, nieco bezradnie, dziewczynka i wąsaty mężczyzna o ponurym spojrzeniu.

- Drewno na rozpałkę masz, jak widzę.

- Tata go narąbał, jeszcze jesienią.

- Starczy jeszcze na miesiąc - ocenił mężczyzna.

- Wtedy znowu narąbiemy - rzekła dziewczynka - cały stos jest tutaj za domem.

- Widziałem - mężczyzna kiwnął głową - dobre drewno. No to któregoś dnia znów przyjdę i kogoś przyprowadzę, rozumiesz? Piła jest, to widzę.

Dziewczynka stała i patrzyła. Nie całkiem rozumiała, co chce powiedzieć ten mężczyzna o ogorzałej twarzy. On tymczasem nałożył futrzaną czapę.

- A gdyby ci czego było trzeba... wiesz, gdzie mieszkam. Hę? Dziewczynka skinęła głową.

- Żona przysłała ci trochę ciasta - mruknął i pokazał na półkę - o, tam jest!

- A tata?... Nie wróci do domu? - spytała cicho. Mężczyzna wykonał jakiś niezdecydowany ruch ręką.

- Tego bym nie powiedział, no ale... czegoś takiego nie da się przewidzieć. Panowie robią wiele różnych rzeczy, których nie da się przewidzieć.

- Panowie? - wyjąkała dziewczynka. - Powiedziałeś, panowie? Mężczyzna nasunął sobie na oczy futrzaną czapę.

- No to ja pójdę - rzekł ochryple i zrobił kilka kroków w kierunku drzwi. - A ty nie boisz się tu tak sama jedna?

- Ja? - dziewczynka wlepiła weń wzrok. - Czegóż miałabym się bać? Tylko że tata...

- Ano... licho wie - burknął mężczyzna, po czym otworzył drzwi. Przez chwilę stał tam jeszcze, ale nie odwrócił się. - Ano...branoc, dziewczynko!

- ...branoc!

Drzwi zamknęły się za nim, potem słychać było tylko skrzypienie śniegu wraz z oddalającymi się krokami, nic więcej. W końcu i to się urwało i pozostała jedynie cisza.

Dziewczynka długo jeszcze tam stała, w jednym miejscu, nieruchomo. Myśli zmącone kłębiły jej się w głowie, wirowały coraz mniejszymi kołami i naraz rozjaśniły się z bezwzględną ostrością, i nagle wszystko zrozumiała. Jakby raptem samotność w sposób odczuwalny, całym swoim ciężarem opadła na jej ramiona, na dom, na cały świat. Jakaś straszliwa, okropna samotność, niedająca się przyrównać do niczego, co dotąd znała.

- Tata... - cicho jęknęła w niej rozpacz, ale cisza natychmiast zdławiła ów głos, który się z niej wyrwał.

Łzy leciały jej po policzkach. Usiadła na ławie, ukryła twarz w dłoniach i płakała. Nie szlochała na głos, na sposób dzieci, lecz bezdźwięcznie, jak starcy.

Ale nie trwało to długo. Ogień począł gasnąć, a ziąb przeniknął przez szczeliny w ścianach. Od tego dziewczynka oprzytomniała. Westchnęła, otarła łzy, wybrała kilka szczególnie dużych polan buczyny i rzuciła je w żar. Następnie nalała wody do kociołka, ugotowała mamałygę, potem wyjęła wszystko z sakwy oraz z wiszącego na kołku zdobnego woreczka i zręcznie rozmieściła te rzeczy na półce. Kiedy się z tym uporała, jednym spojrzeniem oceniła wartość skarbów na półce i ogarnęło ją jakieś przyjemne poczucie bezpieczeństwa, jakieś delikatne, przepełnione spokojem uczucie. Jedzenia miała dość, a to najważniejsze. Drewna też było pod dostatkiem, miała dach nad głową, piec, posłanie, kożuch. Wszystko, czego mogła potrzebować, było tam dookoła. Jakby ktoś, pewien tajemniczy, wielki Ktoś, czuwając sekretnie, zatroszczył się o wszystko w samą porę.

Pachnąca ogniem samotność w małej chatce stała się naraz przyjazna. Dziewczynka myślała o tacie, który na pewno pochwali ją, gdy wróci z tego odległego, niepewnego czegoś, co go pochłonęło, a co niechybnie musiało być sprawką panów. Myślała o sidłach i o skórach, które zbierze i zaniesie na dół, do wsi temu dobremu, grubemu, brzydkiemu człowiekowi, który dał jej ów przepiękny woreczek. Potem zrobiła się noc, zapach kożucha był miły i ciepły, a wesoła zabawa płomyków na suficie z belek niezauważenie ukołysała ją do snu.

Następnego dnia w sidle znów była kuna, zaraz w najniższym jarze, skąd jeszcze nawet widać dom. Już nie żyła, należało ją tylko wyciągnąć z zębatego pyska pułapki. Natomiast wysoko na szczycie była nowa niespodzianka. W jednej z pętli tkwił zamarznięty zając, wielki, szary, stary zając o garbatym nosie, zastygły na kamień. Piękny wydawał się świat dokoła, gdy w jednej ręce z kuną, a w drugiej z wielkim, ciężkim zającem spacerkiem szła w śniegu do domu. Wysoko na Tronie Bożym migotały w różowym świetle oszronione świerki, a w oddali, po przeciwnej stronie podłużne, żółte strzępy chmur zakotwiczyły na wierzchołku Macskakő. Gdzieś jakiś dzięcioł pracowicie obstukiwał drzewo, a ten dźwięk łukiem spinał ciszę i łączył góry niewidzialnym mostem.

Kiedy w dole pojawił się dom, niczym jakiś brązowy grzybek z białym kapeluszem, dziewczynka raptem przystanęła w zdumieniu. Z tej odległości nie potrafiła jeszcze wyraźnie rozpoznać, co to było, co ją zatrzymało, wiedziała jedynie, że gdzieś w tej nieruchomej, zamarzniętej ciszy coś się ruszało, i to gdzieś wokół domu. Potem posłyszała też szmer. Cichy, świszczący szmer piłowania. I wtedy już wiedziała, że to ten obcy, ten krępy o zuchwałej minie, powrócił z jednym ze swych towarzyszy. I przyjemnie jej było wiedzieć o tym.

Wręcz pobiegła do domu. I rzeczywiście, za chatą dwaj mężczyźni piłowali drewno. Ten krępy o zuchwałej minie i jeszcze jeden.

- No popatrzże! To ty je złapałaś? - dziwowali się mężczyźni. Dziewczynka zaśmiała się do nich wesoło.

- Nie ja, tylko sidła!

Twarz miała czerwoną z zimna, oczy jej błyszczały. Obaj mężczyźni patrzyli na nią ze zdziwieniem i lekkim zmieszaniem.

- Zręczna jesteś - powiedział w końcu ten krępy o zuchwałej minie i podniósł wzrok na góry. - Musiałaś daleko chodzić.

- Jak cię wołają? - spytał ten drugi, wysoki, chudy mężczyzna, którego pozbawiona zarostu, blada twarz była dokładnie taka, jakby odlano ją z wosku.

Dziewczynka wpierw uważnie przyjrzała się obcemu, bo nigdy jeszcze nie widziała twarzy o takiej barwie. Jakby to wcale nie była twarz żywego człowieka - przyszło jej do głowy, a od tej myśli wstrząsnął nią lekki dreszcz. I jakie dziwne ma też oczy...

- Nuca - odparła cicho, lecz nie potrafiła oderwać oczu od dziwnego spojrzenia tego o woskowej twarzy. Ów nie wytrzymał jej wzroku i zmieszany, odwrócił głowę w bok.

- Rośnij duża! - wymruczał i odwrócił się do drugiego. - Chodź, bierzmy się do tej piły, bo przecie zaraz spadnie na nas wieczór.

Po chwili znów zaczęła poświstywać piła.

Dziewczynka weszła do chaty, łup cisnęła w kąt i podsyciła ogień. Potem nalała wody do kociołka, a kiedy ta zaczęła się gotować, wrzuciła do wrzątku trzy dobre garści kaszy kukurydzianej, a nawet dodała jeszcze czwartą, i wprawnie mieszając, czekała, aż mamałyga będzie gotowa. Wtedy zdjęła ją z ognia, położyła na chuście i do ugotowanej kaszy wmieszała twaróg. Potem zdjęła z półki trzy kawałki ciasta z marmoladą, pozostałe z placka, który przysłała żona tego krępego, i także położyła na stole. Na koniec zbiegła z dzbankiem do źródła po świeżą wodę, a w drodze powrotnej zawołała do piłujących:

- Jedzenie gotowe! Wejdźcież do środka!

Mężczyźni przerwali piłowanie i spojrzeli po sobie. Coś chcieli powiedzieć, ale dziewczynka tymczasem znikła już w chacie. Zaśmiali się zgodnie, strzepnęli z siebie trociny i ruszyli ku drzwiom.

Wewnątrz wszystko było jak należy, jak powinno być tam, gdzie w domu jest kobieta. Mężczyźni z początku poruszali się niezgrabnie, zmieszani, ale mamałyga z twarogiem była dobra, jedli więc w milczeniu. Dziewczynka stała przy piecu, jak nakazuje przyzwoitość, i stamtąd ich obserwowała, a odzywała się tylko wtedy, gdy było to potrzebne.

- Dzbanek jest tam, pod ławą. Albo:

- Wytrzyjcie sobie ręce w chustę, na to ona jest.

Kiedy skończyli jeść, otarli sobie usta rękawami kaftanów i niemal jednocześnie powstali z ławy.

- Dziękujemy za miłą gościnę.

- Na zdrowie! - dziewczynka odwzajemniła się im w odpowiedzi, jak się godzi.

Wychodząc, ten o woskowej twarzy przystanął w drzwiach i odwrócił się.

- Ile ty masz lat, duża panno? - zapytał dziwnie.

- Trzynaście.

- Ha! Niech Bóg da ci długie życie! - mruknął i nieśpiesznie przekroczył próg. Piła wkrótce znów odezwała się z tyłu, za chatą. Ale mimo to coś jakby pozostało pośród ścian domu, przyczajone, niewidzialne. Może coś ze wzroku tego o woskowej twarzy, może coś z jego głosu, dziewczynka nie potrafiłaby powiedzieć co. Ale było tam. Obce i niepokojące.

Zjadła i ona, umyła naczynia, następnie usiadła na stołeczku i zaczęła ściągać skórę z kuny. Kiedy akurat rozpinała ją na desce, mężczyźni ponownie zaszli do chaty. Na dworze już zmierzchało.

- Jakżeż to, już obdarłaś ją ze skóry? - zagapili się na dziewczynkę.

- No tak, obdarłam.

- Sprytna jesteś. A co z zającem?

- I na zająca przyjdzie kolej.

- Będzie z niego dobre mięso w sosie.

- Obu was z chęcią nim ugoszczę. Mężczyźni roześmiali się szeroko.

- Tylko nie zapomnij o winie do zająca! - przekomarzał się ten krępy o zuchwałej minie.

- To sprawa mężczyzn - odparowała dziewczynka.

Mężczyźni śmiali się, kręcili głowami, jakby droczyli się nie z dzieckiem, a z panną na wydaniu, takie właśnie to było.

- Przez jakiś czas nie będę mógł przyjść - rzucił ten ciemny - wożę deski. Ale jeśli czegoś ci będzie trzeba, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Mam na imię Márton. Márton Sánta. A to jest Jószup, mój sąsiad.

- Dziękuję, że przyszliście - powiedziała dziewczynka.

Potem poszli. Dziewczynka patrzyła za nimi z progu, aż ich oddalające się postacie wchłonął las.