Wyznanie Merlina
W ciągu kolejnych dni sprawy zaczęły się jakoś układać. Donia znalazła sobie koleżankę do mieszkania, przewiozła moje rzeczy do mamy, zaś mama przesłała mi kurierem dwie paczki ubrań i różnych drobiazgów, dzięki którym kąt w domu Merlina stał się taki bardziej mój.
Kurier, co prawda, raczej by nie trafił do nas w lesie, więc na wszelki wypadek podałam adres Jadzi, a ta następnie przekazała mi paczki, za co byłam jej wdzięczna.
Kiedy weszłam do domu Jadzi, stanęłam jak wryta. Otoczyła mnie dziwna atmosfera, jakiej jeszcze nigdy wcześniej tu nie czułam. Coś było nie tak, choć nie wiedziałam co. Zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie.
- Co się stało? Czemu nie wchodzisz dalej? - zapytała Jadzia zdziwiona.
- Idę, już idę. Tylko... zakręciło mi się w głowie - powiedziałam niepewnie, robiąc krok naprzód, choć wszystko mówiło mi, abym uciekała jak najdalej stąd.
Co tu się zmieniło od mojej ostatniej wizyty? Rozglądałam się na wszystkie strony, ale nie dojrzałam niczego podejrzanego. Jadzia zaprosiła mnie do stołu i zrobiła kawę. Usiadłam, choć nie czułam się komfortowo. Wszędzie panował... chłód? Tak, to było chyba odpowiednie słowo.
- Spięta jakaś jesteś - zauważyła Jadzia.
- Nie wiem, co się ze mną dzieje. Może to z powodu tych paczek. Wiesz, kiedy przyjechałam do babci, nie wiedziałam, że tu zostanę, a teraz... jakoś tak wszystko się zmienia w moim życiu. Rozumiesz...
- Tak. Całe życie mieszkałaś w mieście, a teraz przesiadujesz w lesie z niedawno co poznaną babcią. Rozumiem doskonale. Każda zmiana w życiu sprawia, że się boimy.
- Tak. Pewnie chodzi o zmiany. Człowiek nigdy nie wie, czy na lepsze. Wiem, że nie będzie mi tu źle, ale jednak jakiś etap mojego życia się kończy. Brakuje mi kuchni, bardzo lubiłam gotować, od dziecka wiedziałam, kim będę.
- Tu jednak uczysz się czegoś nowego. Kiedy zostaniesz heksą, zaczniesz się spełniać, tak samo jak spełniałaś się w kuchni. Potrzebujesz tylko czasu.
- Myślisz? - zapytałam z nadzieją w głosie.
- Oczywiście. To przejściowy etap. Po prostu.
Jadzia postawiła na stole przyjemnie pachnącą kawę oraz babkę piaskową.
- Wyszła z zakalcem, ale inaczej nie umiem. - Uśmiechnęła się niepewnie.
- Lubię zakalec w babce - powiedziałam, bo była to prawda. Jeżeli chodzi o gotowanie, to zawsze wszystko, czego się dotknęłam, po prostu się udawało. - Upiec babkę z zakalcem to też sztuka. Zależy jak na to spojrzeć.
Jadzia się roześmiała, po czym nastała chwila ciszy.
- I jak u ciebie? - zapytałam. - Co z twoim nowym facetem? Kiedy go poznam?
Zmieszała się.
- Jak nadejdzie odpowiedni moment. To znaczy, wiesz... na razie to nowe i nie chcę zapeszać.
- Rozumiem. Sama mam Merlina, ale nadal nie potrafię się przyzwyczaić, że coś między nami jest. To wszystko jest takie nowe, a on wydaje się idealny... Często się zastanawiam, co we mnie widzi.
Jadzie się wyraźnie ożywiła.
- Mam dokładnie tak samo, wiesz? W końcu wiele lat byłam z Józkiem, a tu nagle pojawił się on i... też nie za bardzo w siebie wierzę. W końcu nie mam już szesnastu lat...
- Miłość może przyjść w każdym wieku, wierz mi. Tego się nauczyłam z oglądania łzawych komedii.
- Kiedy już o tym mówimy, to może masz jakieś zaklęcie na poprawienie urody? Chciałabym być dla niego piękna i...
- Nic ci nie brakuje, jesteś piękna.
- Mimo wszystko... sama rozumiesz...
- Mam jedno zaklęcie, ostatnio nawet się go uczyłam. Babcia uczy mnie codziennie nowych, zapisuję je dla pewności, bo mi się w głowie nie pomieszczą.
- Pomoże mi? - zapytała Jadzia z nadzieją w głosie.
- Nie wiem, chociaż moja babcia mówi, że pomaga.
- To co mam zrobić? - Jadzia jakby nagle się przebudziła.
- Najpierw musisz zrobić wodę księżycową. Weź naczynie, które ci będzie odpowiadać i nalej do niego wody ze studni. Musisz to zrobić, kiedy będzie pełnia, półksiężyc lub nów. To bardzo ważne. Naczynie postaw wieczorem na parapecie na dworze, aby docierało do niego światło księżyca. Musi tam stać całą noc, aby się naładowało dobrą energią Luny. Zabierz wodę o świcie i przechowuj w zimnym miejscu.
Jadzia kiwała głową na znak, że rozumie i że tak zrobi.
- Kiedy już będziesz miała wodę księżycową, włożysz do miski mniszek lekarski, skrzyp, morwę, różę, fiołek, tymianek i kwiat ogórka. Potem na kartce napiszesz swoje imię i nazwisko i położysz na powierzchni wody. Kartka zacznie nasiąkać, a ty, patrząc na nią, będziesz mówiła, zapisz sobie te słowa: "Upiększcie mnie, piękne kwiaty! Upiększcie mnie, zdrowe zioła! Niech będę gładka, rumiana, promienna, urodziwa".
- Skąd wezmę to wszystko? Morwę na przykład? Teraz? - przeraziła się Jadzia.
- Podeślę ci. Diler przyniesie ci jeszcze dzisiaj.
- Jesteś wspaniała! - Jadzia nagle doskoczyła i mnie uścisnęła.
- No proszę, chociaż dla kogoś. Ale na poważnie, nie uważam byś potrzebowała jakichś niepotrzebnych zabiegów upiększających.
- To tak na wszelki wypadek. - Jadzia machnęła ręką.
Potem się z nią pożegnałam i Jadzia odprowadziła mnie do drzwi, ale jak tylko wyszłam przed jej dom, stanęłam jak wryta, ponieważ Merlin stał przed furtką i czekał na mnie z uśmiechem na twarzy.
- O, Merlin! Co ty tu robisz? - zapytałam zdziwiona, choć ucieszyłam się, widząc go tutaj.
- Przyszedłem ci pomóc. Nie będziesz nosiła tego sama. - Wskazał kartony, które dźwigałam z trudem.
Wtedy dojrzałam twarz Jadzi i bardzo się zdziwiłam. Wyglądała na wystraszoną? Powiedziałabym, że tak, ale biorąc pod uwagę, jak bardzo jej się Merlin podoba, nie za bardzo mi to pasowało do sytuacji.
- Wszystko w porządku? - zapytałam, próbując dojrzeć jeszcze jakieś inne uczucia na jej twarzy, ale Jadzia szybko wzięła się w garść.
- Tak. Czemu by nie. - Roześmiała się. - Cześć Merlin. Miło cię widzieć.
- Cześć - odpowiedział, ale nie uśmiechnął się, wpatrując się we mnie jak zaczarowany.
- Coś się stało? - zapytałam go.
- Nie. Choć właściwie tak. Muszę ci coś powiedzieć. Na osobności.
Zdziwiłam się, zgadzając się jednocześnie, jak zwykle.
- To chodźmy. Wieczorem przyślę Dilera! - zawołałam do Jadzi.
Jadzia tylko pomachała ręką i zniknęła szybko w domu. Po jakimś czasie się odwróciłam i zobaczyłam, że chowa się za firanką, która lekko się poruszała.
O co jej chodziło?
- Wiesz, wydaje mi się, że ona jest jakaś dziwna ostatnimi czasy - zwróciłam się zamyślona do Merlina niosącego oba ciężkie kartony, jakby nic nie ważyły.
- To znaczy? - zapytał.
- Nie wiem. Nie tylko często wypytuje o ciebie, ale też jak cię widzi, dziwnie się zachowuje.
- To chyba nic niezwykłego, nie? Zakochani ludzie zachowują się dziwnie.
- Merlin! - wykrzyknęłam.
- Co? - Zatrzymał się i spojrzał na mnie.
- Zakochana? A więc ty wiesz, że ona jest w tobie zakochana?! - Poczułam wlewającą się we mnie zazdrość, która otoczyła mnie jak wąż.
- No coś ty. Skąd mam wiedzieć? - Roześmiał się. - Sama mówiłaś, że się dziwnie zachowuje, jak mnie widzi i że o mnie wypytuje. Wywnioskowałem, że się zakochała. Zresztą co? Uważasz, że nikt się we mnie nie może zakochać?
- Tego nie powiedziałam. To znaczy, może, bo ja sama... zresztą zostawmy ten temat, bo się denerwuję.
Kiedy zniknęły nam z oczu domy, Merlin położył kartony na łące i spojrzał na mnie.
- Co się tak patrzysz? Jestem brudna? - Zaczęłam ocierać twarz, na wszelki wypadek, gdyby jednak coś tam było.
- Nie - powiedział cicho z lekkim uśmiechem.
- To czemu się uśmiechasz?
- Bo ładnie wyglądasz, kiedy jesteś zazdrosna.
- Zazdrosna? Ja? Chyba się pomyliłeś, ja nie jestem...
Merlin przyciągnął mnie do siebie i zamknął mi usta pocałunkiem. Od razu zapomniałam o całym świecie.
Boże, jak on potrafił całować! Ile kobiet całował, że stał się w tym taki dobry? Na samą myśl zalało mnie gorąco i napłynęła kolejna fala zazdrości. Lepiej nie myśleć, bo rzeczywiście mogłam wpaść w jakieś dziwaczne i histeryczne podejrzenia. Miał swoją przeszłość, jak ja i każdy inny człowiek na świecie. Co było za nami, to było. Koniec. Teraz jest teraz. I teraz to mnie całuje i trzyma w objęciach.
Westchnęłam, kiedy pozwolił mi przez chwilę odetchnąć. Nadal patrzył na mnie, jak potrafił to robić tylko on.
- Co... co mi chciałeś powiedzieć... na osobności? - wyszeptałam, wpatrując się w jego niebieskie oczy i zapominając oddychać.
- To, jak bardzo się cieszę, że cię poznałem. Tyle lat byłem taki samotny - powiedział cicho. - Musiałem ci to powiedzieć. Zmieniłaś moje życie. Jesteś tą, na którą czekałem setki lat. Nie chciałbym, żeby ci się coś stało. Nie przeżyłbym tego.
Stałam jak wmurowana. Właściwie wszystkiego się spodziewałam, ale wyznania miłości w biały dzień na łące, z pewnością nie. Co nie znaczy, że mi się nie spodobało. Podobało tak bardzo, że zaczęły uginać się pode mną nogi. Takie wyznanie w ustach silnego, wspaniałego mężczyzny było dla mnie najpiękniejszą rzeczą na świecie.
- Musiałeś spotkać wiele kobiet w swoim życiu - powiedziałam, choć sama nie wiem, dlaczego nie mogłam mu tylko podziękować i odpłacić się tym samym. - Ja jestem zwykłą dziewczyną, o ile jeszcze dziewczyną można mnie nazwać w tym wieku, i nawet Donia jest ode mnie ładniejsza...
- Nie ma ładniejszej od ciebie! - przerwał mi. - Nie ma. Ty jesteś ponad wszystkimi. Morgana mi kiedyś o tobie opowiadała, choć wspominała wtedy, że minie wiele czasu, zanim cię znajdę. Nie spodziewałem się, że aż tyle lat.
- Morgana? Ta Morgana? - wyjąkałam, bo choć wiedziałam, kim jest, nigdy nie mówił o sobie za wiele.
Uśmiechnął się i znowu mnie pocałował.
- Tak. Właśnie ona. Mówiła o czarodziejce, która pojawi się na mojej drodze pod postacią zwykłej dziewczyny, a jej siła będzie tak wielka, że dokona rzeczy niemożliwej.
- Rzeczy niemożliwej? Co miała na myśli?
- Nie wiem. Czas pokaże, co widziała w swoich wizjach. Więc, jak widzisz, nie jesteś zwykłą dziewczyną.
- Może lepiej jednak, gdybym była? - wyszeptałam. Wtulona w jego pierś, wciągałam nosem zapach. Pachniał przyjemnie lasem, solą i kadzidłem, poczułam się bezpiecznie. Po prostu.
Wiatr lekko rozwiewał mi włosy, na szyi czułam jego gorące pocałunki, od których przechodziły mnie cudowne dreszcze.
- Wtedy pewnie byśmy się nie spotkali - odpowiedział.
Wiedziałam, że miał rację. Tylko to, kim oboje jesteśmy, sprawiło, że stanęliśmy na swojej drodze. On, człowiek i czarodziej liczący sobie setki lat, ja niby zwykła dziewczyna, a może kiedyś również czarownica.
- Jesteśmy sobie przeznaczeni - wyszeptał.
- Chciałabym w to wierzyć. - Przycisnęłam się do niego.
- Wierz, bo taka jest prawda - powiedział i przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej. Poczułam jego twarde mięśnie i zamknęłam oczy. Gdyby tak czas się teraz zatrzymał...
Wiedziałam jednak, że moje marzenia o zatrzymaniu czasu są jednak tylko marzeniami, ponieważ już następnego dnia miałam się sama przekonać, że niebezpieczeństwo rośnie w siłę, a zło czające się wokół nas, robi się coraz bardziej poważne.