Zwyczajna dziewczyna i spadająca gwiazda
Kiedyś można byłoby już o mnie powiedzieć, że jestem starą panną i że najlepsze lata mam za sobą. Skończyłam trzydziestkę, z nikim się nie spotykałam. Właściwie oprócz pracy nie miałam nic. Nawet kota, ponieważ po pierwsze, nie chciałabym męczyć zwierzaka, jakiegokolwiek, pozostawiając go na długie godziny w samotności w domu. Co jak co, ale serce mam. Po drugie, nie znoszę kotów. Moja matka wręcz przeciwnie, jakoś lgnie do nich, czego nie rozumiem. Wszędzie w domu wala się sierść, a kiedy Zdziś włazi na stół, to ja już z góry wiem, że niczego nie tknę. Ten nieznośny futrzak ma tendencję do lizania pewnych partii swego ciała, a potem wszystkiego, co znajduje się na stole.
Pracuję w restauracji. Jestem kucharką, ale robię to z zamiłowania, dlatego nie narzekam. Od dziecka lubiłam mieszać w garach.
Moją najlepszą koleżanką jest Donia. Podobnie jak ja, stara panna, i mieszka ze mną. Również ma trzydzieści lat i bzika na punkcie jedzenia. To znaczy stara się nie jeść mięsa. Mówi o sobie, że jest weganką. A w każdym razie na pewno wegetarianką. Jest przeciwko zabijaniu i zjadaniu zwierząt. Nikomu nie mówię, zresztą jej też nie przypominam, że kiedy jest kompletnie zalana, smaży kotlety i steki, zjadając ich całą masę. Potem, aczkolwiek pijana na amen, myje pospiesznie patelnie i chowa do szafki.
- Żeby Donia nie widziała - mówi za każdym razem, śmiejąc się. - Donia nie lubi, kiedy jem mięso. Jest weganką.
Ja również staram się odżywiać zdrowo, lubię wegetariańskie potrawy, wegańskie też oczywiście, ale raz na jakiś czas zjadam roladę z kluskami pływającymi w sosie z czerwoną kapustą i jest mi dobrze.
Od dziecka miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak. To znaczy, byłam zupełnie normalna, jednak przeczucie mówiło mi, że nie jestem taka jak inni ludzie. Może moja wyjątkowość polegała na dobrym gotowaniu? Ale przecież miliony ludzi na świecie potrafią przygotowywać wszelkiego rodzaju potrawy. Poza zdolnościami kulinarnymi nie miałam żadnych talentów. No może jedynie do denerwowania matki. W tym byłam najlepsza.
Brałam więc jak najwięcej godzin w pracy, by nie siedzieć bezczynnie w domu.
A kiedy przychodził wolny dzień, zwykle spędzałam go z Donią i razem oglądałyśmy filmy, romantyczne komedie oczywiście, zajadałyśmy się warzywami pokrojonymi na paluszki i upijałyśmy się tanim winem.
- Ty przestań pić! - warczała na mnie matka, kiedy dzwoniła, by zapytać, czy żyję i czy przypadkiem nie zjadły mnie szczury.
- Przecież spędzam wieczór przy filmie! To normalne, że szklanka wina - popatrzyłam na trzy puste butelki i czwartą otwartą na stole - nikomu nie zaszkodzi.
- Normalne by było, gdybyś siedziała przed telewizorem ze swoim mężem i dwójką dzieci! Czy ty wiesz, że w twoim wieku nie tylko metabolizm zwalnia, ale twoje jajniki też zaczynają mieć dosyć czekania na moment zapłodnienia?
- Mamo! Daj spokój! Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku!
- Powiedz to twojej macicy!
- Kobiety rodzą nawet po pięćdziesiątce!
- Tylko te, które mają tyle szczęścia, że dożyją! Ciebie prędzej zjedzą szczury lub psy sąsiadów, nim cię ktoś zapłodni!
Zastanawiałam się, jak to się stało, że ją ktoś zapłodnił. Była jędzowata, od kiedy pamiętam i dlatego po osiągnięciu pełnoletności od razu zwiałam z domu. Nie tylko dlatego, że byłam nieustannie kontrolowana, ale też musiałam wysłuchiwać skarg na życie i miliona słów krytyki dotyczących mojej osoby. To za gruba, to za chuda, za dużo jem, za mało, że piję, że praca nie taka, bo czemu nie doktorka lub prawniczka, jak w normalnych rodzinach i tak dalej.
Już kiedyś nawet pomyślałam, że pójdę do klasztoru. Zamknę się na wieki w grubych murach i zapomnę o matce, marudzeniu i nieustannym zrzędzeniu. Świat jednak, tak czułam, miał mi do zaoferowania coś więcej. Ale jakoś mijały lata, a ja siedziałam w Wodzisławiu i czekałam na księcia na białym koniu. Na jakiś znak, że może zdarzy się coś wspaniałego, ekscytującego, nowego. Że może wpadnę na jakiegoś faceta w sklepie. Lub może poznam kogoś, komu zasmakuje moje jedzenie i będzie chciał uścisnąć rękę kucharce, umawiając się od razu na randkę...
Jednakże pozostawałam zamknięta w kuchni, klientom smakowało, lecz nikt nie wyciągnął mnie nigdy z zaplecza i nie ścisnął ręki, mówiąc, że jeszcze nigdy w życiu nie kosztował czegoś takiego. To się chyba zdarza jedynie w książkach czy filmach.
To czekanie jednakże było tak samo naiwne, jak czekanie moich jajników na spotkanie plemnika. Życie uciekało dzień po dniu i nic się nie działo. Wakacje raz w roku i to jeszcze pod warunkiem, że zacisnęłam pasa. Przede wszystkim w piciu wina, ponieważ jedzenie i alkohol były najdroższe. Raz na jakiś czas wyjazd do Łeby, Krakowa czy Warszawy. Jakaś imprezka w domu, u znajomych. Z rodziną. I wszystko.
Kiedy Donia szła do pracy, zaczytywałam się w książkach. To była namiastka życia, które pragnęłam wieść. Traktowanie losów bohaterów książek czy filmów jak własnego, pragnienie czegoś lepszego, innego, egzotycznego. Marzenie ściętej głowy, jak to się mówiło. Patrzenie na świat przez zapiski osób, które coś przeżyły i umiały o tym opowiedzieć, jak na przykład biała Masajka. Ślinienie się na widok jakiegoś aktora. Zaczytywanie się w tygodnikach, opisujących życie gwiazd i gwiazdeczek. Plotki o pięknie ubranych celebrytach z idealnymi białymi uśmiechami na twarzach i doskonałymi partnerami, ich prędkich ślubach i jeszcze szybszych rozwodach. Życie, jakiego nigdy nie będzie mi dane poznać...
Proszę, niech stanie się coś, co odmieni moje życie, prosiłam zawzięcie. Czytałam książki, jak zmienić swój los, jak się nie poddawać, być kreatywną, jak otworzyć własną firmę, zyskać nowych przyjaciół, jak się zmotywować do działania, jak dać się polubić od pierwszego wrażenia, jak stać się piękną... Tylko że to książki, a nie prawdziwe życie. Trudno coś zmienić, kiedy prowadzi się monotonny tryb i czasami nawet człowiek nie ma ochoty wyjść z łóżka, a czym dłużej w nim leży, tym mniej mu się chce, bo się po prostu przyzwyczaja.
- Ja to umrę, zapijając się na śmierć. - Płakałam czasami, wylewając żale w ramię Doni. - Chyba jestem jakaś trędowata! Przecież nikt mnie nie chce!
- Umrzemy razem - zawyrokowała przyjaciółka zdecydowanie. Zawsze mogłam na niej polegać. - Przecież nie jest z nami tak źle. Faceci nie zawsze oznaczają wygraną w totolotka, kochana. Wielki procent dzisiejszych mężczyzn jest felernych i, niestety, często po bliższym poznaniu zaczynają się problemy. Albo piją, albo są maminsynkami, rozmawiać nie potrafią, zaprosić na randkę to już wcale nie, w łóżku bywają do niczego, a ci najfajniejsi to albo są księżmi, albo gejami.
- Moje koleżanki ze średniej już mają dzieci. Przytyły. Są brzydkie, mężowie ich zdradzają z młodszymi i ładniejszymi sąsiadkami. A ja nic!
- Przynajmniej tyle! Nie chciałabym być na ich miejscu. Gruba, rozlazła i zdradzana...
- Ale one przynajmniej coś przeżyły. Tymczasem my dwie upijamy się wieczorami i płaczemy na komediach romantycznych, zamiast płakać, bo mąż nas zdradził.
- Co ma przyjść, to przyjdzie. Zresztą zmieńmy temat, bo jakoś nieswojo się czuję. Faceci to bardzo, ale to bardzo drażliwy temat. Otwórzmy lepiej wino...
To byłam cała ja. Skarżyłam się na życie, zamiast wziąć się w garść. Tymczasem zapomniałam o jednej podstawowej sprawie: czasami los potrafi spłatać komuś figla. Tym bardziej komuś, kto naprawdę bardzo czegoś pragnie. Myśli o czymś intensywnie. Kiedyś przeczytałam, że to, o czym myślimy i jak myślimy, przyciąga daną energię w naszą stronę. Najważniejsze, aby było to myślenie pozytywne, ponieważ negatywne przyciągało zło. Chęć zmiany życia była w moim przypadku jak najbardziej pozytywna. W każdym razie tak mi się wtedy wydawało.
Czasami wychodziłam wieczorem na dach domu, w którym wynajmowałam mieszkanie. Znalazłam tam takie sekretne miejsce, tylko dla jednej osoby. Z butelką wina siadywałam i patrzyłam, podobnie jak tamtego wieczora, w odległe niebo.
Życie było dziwnie skonstruowane.
Do otwarcia własnej firmy potrzebowałam pieniędzy. Nikt mi ich przecież nie da. Żeby zdobywać nowych przyjaciół, musiałabym bywać w towarzystwie, a mnie po prostu było dobrze samej czy z Donią. Aby cokolwiek kreować, należało mieć jakieś możliwości, predyspozycje. Do wyjazdu potrzebne były nie tylko chęci, ale również kasa, a tej nie miałam, ponieważ z miesiąca na miesiąc żyłam z niewielkiej wypłaty. Praca w kuchni powinna być bardziej doceniana!
- Boże - wyszeptałam, popijając wino. - Spraw, żeby coś się w moim życiu zmieniło. Jeśli nie patrzysz na mnie, to spójrz chociaż na moją matkę. Albo chociaż na moje jajniki! Przecież musiałeś mieć jakiś cel, kiedy mnie w nie wyposażałeś.
Niebo tej nocy miało zupełnie inny odcień niż zazwyczaj. Tak mi się przynajmniej wydawało. Wieczorem zaszło na różowo, a teraz stało się granatowe, z półksiężycem siedzącym nieruchomo, zdawałoby się, w jednym miejscu, podobnie jak ja.
Wtedy coś zwróciło moją uwagę. Przyjrzałam się bliżej. Ręka z butelką czerwonego wina, którą planowałam odstawić na dach, zawisła w bezruchu. Oto nade mną spadała gwiazda! Najprawdziwsza gwiazda na niebie! Nigdy w życiu nie widziałam jeszcze tego zjawiska. Jakoś nie miałam do takich spraw szczęścia. Nawet nie udało mi się znaleźć czterolistnej koniczyny, a daję słowo, że czasami przetrząsałam godzinami trawnik opodal szkoły lub łąkę niedaleko lasu. Nie zdarzyło mi się, ot tak, po prostu, założyć koszulkę na lewą stronę, co miało przynosić szczęście. Nawet nie wdepnęłam nigdy w psią kupę! Nie narobił na mnie z góry ptak! Po prostu żadnym sposobem nic i nigdy w życiu nie dało mi znać o zbliżającym się szczęściu.
Tymczasem teraz szeroko otwartymi oczami patrzyłam na pędzącą po ciemnym firmamencie gwiazdę! Tak mnie to pochłonęło, że upuściłam butelkę. Ta z głośnym hukiem potoczyła się po dachu i po chwili usłyszałam brzdęk tłuczonego szkła. Od razu też sąsiad musiał, jak zrozumiałam, podejść do okna, bo krzyknął:
- Kiery pieron tu butelkami rzuca! Wariaci! Nie mają, co robić, to ludzi straszą po nocach!
Próbowałam powstrzymać śmiech, co nie za bardzo mi się udało. Na szczęście byłam za daleko, by to dosłyszał.
- Jak następnym razem was złapię, to za siebie nie ręczę. Pierony!
Zamknął okno, coś tam ciągle mamrocząc do siebie, a ja powróciłam do spadającej gwiazdy. Jarzyła się jeszcze na niebie. Pędziła, zdawało się, wprost na mnie.
A potem zdarzyło się coś naprawdę niesamowitego. Gwiazda przeleciała obok domu, na dachu którego siedziałam i spadła mi na głowę! Tak przynajmniej myślałam, ale kiedy dotknęłam ręką, okazało się, że mam na włosach swoją pierwszą w życiu ptasią kupę! Tak mnie to zaskoczyło i jednocześnie uradowało, że z wdzięcznością pomyślałam o ptaku, który to zrobił. Mogło to oznaczać tylko jedno. Szczęście!
Tymczasem gwiazda z cichym szumem spłynęła na ziemię.
Pospiesznie zeszłam na dół i poszukałam miejsca, gdzie spadła. Jeszcze trochę świeciła. Migała chwilę, ale wkrótce zupełnie zgasła. Pobiegłam do domu, bo obawiałam się, żeby mnie nie poparzyła i przyniosłam widelec oraz garnek, do którego ją wrzuciłam.
W pokoju popatrzyłam na jej idealne kształty, wyglądała jak zielonkawy kamień o wyszlifowanych brzegach. Niesamowite! Prawdziwa gwiazda z nieba! Czy to był znak? Moje prośby zostały wysłuchane?
Postanowiłam nikomu nie mówić o znalezisku. Schowałam ją od razu do szuflady.
Następnego dnia zaczęły się ze mną dziać dziwne rzeczy.