Ziarenko 1
Zapadł wieczór. Zmęczony Sedif ruszył w kierunku domu, marząc o ciepłym posiłku przygotowanym przez matkę, gdy na drodze przed sobą zobaczył znajomą sylwetkę. Był to jego przyjaciel Natas.
- Nie uwierzysz, kto zawitał do naszego miasta! Czarodaj! - wykrzyknął podekscytowany, nawet się nie witając.
- Czarodaj? A kto to taki? - Seidif wzruszył ramionami.
Wracał z pracy, która nie była zajęciem jego marzeń. Wręcz przeciwnie - nienawidził tego, co robi, a jeszcze bardziej swojego pracodawcy - chciwego i bezwzględnego kupca i lichwiarza w jednej osobie - nie mógł jednak niczego zmienić. Jego rodzinna wyspa Recrac nie oferowała zbyt wielu możliwości zarabiania na chleb, a on musiał utrzymać nie tylko siebie, ale i starą matkę.
- Jak to, nie słyszałeś o Czarodaju? To jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy stwórca Czarosnu!
- Czaro czego? - nie zrozumiał Sedif.
- Zaskakujesz mnie. Przeczytałeś w życiu dziesiątki, a może setki tysięcy stronic tych różnych powieści, a nic nie wiesz o otaczającym cię świecie. Czarosen to takie ziarenka, które połyka się wieczorem, no chyba że ktoś sypia w dzień, no i te ziarenka wywołują śnienie, a konkretnie Czarośnienie.
- Czyli to taki, eee... środek nasenny? - Sedif pokręcił głową z dezaprobatą. - Wiesz, akurat na to nie mogę narzekać. Po robocie o niczym innym nie marzę, jak tylko o tym, żeby się najeść i walnąć do wyrka.
- Czarośnienie to nie to samo co spanie. To coś prawdziwie niesamowitego. Możesz w nim spełnić najgłębiej skrywane marzenia, ukoić nerwy, zabawić się. To tak, jakbyś zapewnił sobie pełny odpoczynek i jednocześnie najlepszą rozrywkę, jaką tylko mógłbyś sobie wyobrazić. - Przyjaciel starał się tłumaczyć najprościej, jak potrafił, ale na twarzy Sedifa wciąż nie dostrzegał zrozumienia, a już na pewno nie było na niej zachwytu.
Rzeczywiście Sedif był trochę zaskoczony i miał mieszane odczucia, bo z jednej strony to, co mówił Natas, brzmiało zachwycająco, z drugiej zaś nieco się tego wszystkiego obawiał.
- Oczywiście, to brzmi ciekawie, przyznaję, ale nigdy czegoś takiego nie próbowałem. Czy to aby bezpieczne? - zapytał z niepokojem, choć gdzieś w duszy pojawił się już płomyk ciekawości.
- Naturalnie, że bezpieczne! Czego właściwie się obawiasz? Że w trakcie śnienia zrobisz coś głupiego? To niemożliwe, bo ty, to znaczy twoje ciało, będzie w tym czasie tak naprawdę spokojnie leżeć w łóżku.
- I to rzeczywiście jest aż takie dobre?
- Niesamowite! Zapominasz o wszystkich problemach, odpoczywasz, a do tego masz niezły ubaw. No, mówię ci, to jest coś naprawdę wspaniałego, a tobie by się przydało, bo jesteś nieustannie spięty.
- A ty... już tego próbowałeś? - zapytał Sedif.
- Kilka razy. - Chłopak pokiwał głową.
- Wiesz, jakoś nie przypominam sobie, żebyś o tym wspominał?
- A o czym tu mówić, jak nie było sposobu, by zdobyć ziarenka. Kiedy Czarodaj opuszcza okolicę, można je co najwyżej odkupić od kogoś. Wtedy w grę wchodzą tylko niewielkie ilości za nieproporcjonalnie wysoką cenę. A zapasy szybko się wyczerpują. Wiesz, jak rzadko na tym odludziu dzieje się coś ciekawego? Wiele osób chce się rozerwać, przeżyć coś emocjonującego choćby we śnie. Dlatego skończmy już gadać i lepiej do niego chodźmy. Jest wystarczająco późno.
- Przyjmie nas o tej porze? - zapytał zdziwiony Sedif.
- Oczywiście. On przyjmuje o każdej porze dnia i nocy. Mówią, że nigdy nie śpi. To w sumie dość niecodzienna postać. - Natas podrapał się po brodzie. - Chodź.
Sedifa paliła ciekawość, ale zachował również zdrowy rozsądek. To nie były książki, które mógł czytać bezpiecznie w domu lub u swojego przyjaciela, introligatora. Ten sędziwy starzec prowadził pracownię, którą Sedif mijał codziennie w drodze do pracy. Zajmował się zbieraniem ksiąg oraz ich renowacją i odsprzedażą. Zajęcie, które wielu mogło się wydawać nudne, dla Sedifa było jedną z najwspanialszych czynności, jakie można robić w życiu. Kiedy był mały, często przychodził popatrzeć, jak mistrz pracuje i w miarę skromnych możliwości pomagać. Introligator był człowiekiem niezwykle mądrym, wydawało się, że wchłonął wiedzę z tych wszystkich ksiąg, które otaczał troskliwą opieką. A że był samotny, to polubił towarzystwo spokojnego chłopca. Sedif zdobył jego zaufanie, pokazując, jak bardzo kocha i dba o jego księgozbiór. W odniesieniu do rewelacji Natasa wolał zachować ostrożność. Matka zawsze przestrzegała go przed magicznymi specyfikami. Magowie produkowali ich wiele w swoich pracowniach. Niektóre były doskonale znane, pomagały wielu ludziom, inne... Cóż, inne były tajemnicze, a ich wytwórcy nie zawsze i nie każdemu zdradzali, do czego służą. Te ziarenka na pewno by się jej nie spodobały. Aby zagłuszyć sumienie, stwierdził, że przecież nie musi niczego kupować, po prostu pójdzie na spacer z przyjacielem. Po całym dniu pracy przyda mu się taka odmiana. Ruszyli więc najpierw przez miasto, a następnie skierowali się w głąb lasu, gdzie ich nozdrza wypełnił silny żywiczny zapach. Było już ciemno i zaczynało się robić chłodno, mimo to nie przerwali marszu i po niedługim czasie dotarli na miejsce. Na sporej polanie stał obszerny fioletowy namiot - przez tkaninę ścian przesączało się mdłe światło świec.
- No, to jesteśmy - powiedział Natas z zadowoleniem.
- Eee, wygląda ciekawie, ale szczerze mówiąc, nie jestem do końca przekonany, czy chcę tego próbować - powiedział Sedif nieśmiało.
- Oj, nie marudź! Zrobimy tak: kupię dziś dwa ziarenka Czarosnu, bo przecież po to tu przyszliśmy. Jedno będzie dla ciebie, a drugie dla mnie, ja stawiam. I nie musisz go wcale zażywać, po prostu je weź, a potem się na spokojnie zastanowisz. Tylko go nie wyrzucaj! W razie czego mi oddaj, bo żal zmarnować. - Pogroził palcem.
Sedif stwierdził, że taki układ go zadowala. Ostatecznie, z jednej strony nie chciał przecież sprawić koledze przykrości, a z drugiej nic nie ryzykował, mógł wszystko dokładnie przemyśleć. Sedif nie lubił konfliktów. Był łagodny, nieco melancholijny, łatwo ustępował. Często marzył o zamorskich podróżach, chciał zostać żeglarzem, ale nie wiedział, jak się zabrać za realizację takiego planu, godził się więc z tym, że do końca życia będzie pracował dla znienawidzonego kupca. Teraz też bez dalszych protestów zgodził się na pomysł Natasa.
Kiedy weszli do namiotu, ich oczom ukazał się on, Czarodaj, stojący za niewielką ladą. Mężczyzna ubrany był w aksamitną, szkarłatną szatę opływającą jego ciało od szerokiej szyi przysłoniętej długą platynową brodą aż po widoczne pod meblem stopy w butach o zadartych nosach. Oczy równie dziwne, co tajemnicze, skrył za wielkimi, okrągłymi okularami w purpurowych oprawkach. Spiczasty kapelusz w kolorze szaty miał chyba dodawać Czarodajowi wzrostu, by wydawał się bardziej postawny. Mężczyzna wpatrywał się w nich bez jednego bodaj mrugnięcia. Przywitali się grzecznie, a Natas poprosił o dwa ziarnka Czarosnu, sięgnął do sakiewki i zapłacił dwa czaringi.
- Czarosnu nie odmawiam nigdy nikomu. Jest dostępny dla każdego bez wyjątku. Przypominam jednak, że niektórzy w Czarośnieniu się zatracają - przestrzegł Czarodaj.
- Tak, tak, wiemy, wiemy - odparł Natas. - My jesteśmy rozsądni - dodał.
- Wybór jest wasz, nie mój.
Czarodaj wyciągnął rękę, na której zmaterializowały się dwa ziarenka Czarosnu. Natas bez zwłoki zgarnął je pewnym ruchem dłoni. Pożegnali się i chwilę później maszerowali już w stronę swoich domów. Natas podekscytowany i w doskonałym humorze, Sedif nieco zaniepokojony, ale też z narastającą ciekawością.
Kiedy w końcu dotarł do domu, zjadł z matką kolację, wykąpał się szybko i uciekł do swojej małej izby. Usiadł na łóżku, sięgnął po ziarnko Czarosnu. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w czerwoną kuleczkę na rozpostartej dłoni, zastanawiając nad możliwymi konsekwencjami jej zażycia, tymi negatywnymi, ale także i pozytywnymi. W końcu szybkim ruchem wrzucił ją do ust, co zakończyło rozważania. I... czekał. Niebo było bezchmurne, ciemne, ale piękne, rozświetlone gwiazdami. Bardzo lubił wpatrywać się w firmament, zastanawiał się wtedy, co też może się tam kryć. Tak naprawdę nikt nie wiedział, chociaż teorii było sporo. Ale to wszystko były tylko domysły, wierzenia. Matka powtarzała mu, że w niebie jest raj, do którego po śmierci trafia każdy dobry człowiek. Sedif chciał w to wierzyć. Jego ojciec zmarł, gdy chłopak miał dziesięć lat, nie pamiętał go więc zbyt dobrze, ale i tak za nim tęsknił. Miał zatem nadzieję, że kiedyś spotka go tam ponownie. Wreszcie go pozna, przekona się, jaki jest, dowie się o nim wszystkiego. Też mi się zebrało na przemyślenia. Kiedy ten Czarosen zacznie właściwie działać? Czy to aby w ogóle zadziała, może zwykła próba naciągnięcia klientów, może to normalne ziarnko pszenicy zabarwione na czerwono? Nie zdziwiłbym się, gdyby ten cały Czarodaj wciskał ludziom łgarstwa za grube pieniądze, a jedyny efekt działania to własne sny. Na mnie, jak widać, nie działa to w ogóle. Szkoda zachodu! Chociaż to uczucie w żołądku...
Sedif poczuł się dziwnie, po ciele rozlało się przyjemne ciepło, ale przestraszyło go pieczenie w brzuchu i zrobiło mu się trochę niedobrze.
Co to... Lepiej się położę, zanim zwymiotuję.
Po krótkiej chwili pojawiła się senność. Narastająca, mozolna senność... Ciężka, mocna i głęboka, jakby bezmyślna, podążająca za głosem pierwotnych instynktów bestia wsysała mu umysł niczym szpik z kości. Miał wrażenie, że ktoś uderzył go obuchem w głowę. Senność...
***
Obudził się na pięknym, wygodnym łożu, które oceniłby jako iście królewskie. Pięknie zdobiona bordowa pościel, wygodne puchate poduszki. Poczuł zapach świeżych kwiatów. No tak, na szafce nocnej stał śliczny, wiosenny bukiet. Wyciągnął rękę, by dotknąć płatków margerytki i wtedy zauważył, że ma na sobie bardzo elegancki nocny strój. Wstał z łóżka i rozejrzał się po pokoju, a właściwie ogromnej, iście pałacowej, komnacie. Urządzona została z wielkim przepychem. Piękny duży dywan, fantastyczne meble, miękko wyściełane fotele, bogato dekorowane ściany, na jednej z nich obraz jeźdźca na białym koniu na tle zielonego krajobrazu. Światło wpadało do wnętrza przez ogromne okna, za którymi rozciągał się wspaniały pejzaż. Czuł się dobrze, ciepło i bezpiecznie. Zanim nacieszył się tym wszystkim, rozległo się ciche pukanie i do środka wsunęła się najpiękniejsza dziewczyna, jaką widział w życiu. Miała kruczoczarne włosy, śniadą cerę i prześliczny uśmiech.
- Witaj, Sedifie, miło cię poznać - powiedziała głosem łagodnym jak szmer strumyka.
- Dzień dobry - przywitał się Sedif i chyba lekko zarumienił.
Wpatrywał się teraz w jej śliczne lico i choć wiedział, że tak nie wypada, nie potrafił przestać. Była cudowna, absolutnie idealna.
- Czy coś nie tak? - zapytała nieśmiało, widząc, że zastygł, wwiercając w nią wzrok.
Sedif nie do końca rozumiał to, co się dzieje - z jednej strony wszystko jest chyba tylko zwykłym snem, a z drugiej, jaki sen może być aż tak realny, tak prawdziwy?
- Wprost przeciwnie, wszystko w absolutnym porządku. - Uśmiechnął się. - Jestem tutaj po raz pierwszy i czuję się trochę zaskoczony. Wszystko jest tu takie piękne.
- Och, to prawda, że jest tu wspaniale. - Podeszła do niego i wskazała zapierający dech w piersiach widok za oknem. Pachniała zniewalająco. Rzeczywiście to, co widział, było niesamowite, to...
Obudził się. Tym razem naprawdę. Zrobiło mu się niedobrze, skronie pulsowały, a świat wirował. Czuł, że zaraz zwymiotuje. Ułożył się na wznak i starał głęboko i równomiernie oddychać. Po kilku minutach znowu zapadł w sen, lecz ten był już całkowicie zwyczajny.
Poranek powitał go bólem głowy, jakby ktoś wbił mu w czaszkę wielki gwóźdź. Do tego miał nudności. Czuł się zupełnie tak, jakby w nocy zażył jakąś truciznę. Powinien zaraz wstać do pracy, a był kompletnie wykończony, sen, ten zwykły, wcale nie przyniósł odpoczynku. Suveas, koszmarny człowiek, u którego pracował, nie dawał dni wolnych, więc nie pozostawało nic innego, jak tylko zebrać się do kupy. Był wściekły na Natasa, że nie uprzedził go o możliwych konsekwencjach zażycia Czarosnu. A teraz czekał go dzień jeszcze gorszy niż zwykle. Kiedy Suveas zobaczy go w takim stanie, da mu niezły wycisk. Swoją drogą, co to w ogóle jest ten Czarosen, że tak na niego zareagował? Wziął zaledwie jedno ziarenko i tak źle się po nim czuł? Strach pomyśleć, co było, gdyby zażył więcej. Nie miał jednak czasu na dalsze rozważania, przebrał się i, rezygnując ze śniadania, ruszył do pracy. Kiedy wyszedł na świeże powietrze, poczuł się trochę lepiej, co napełniło go nadzieją, że może wkrótce całkiem mu przejdzie. Raźniej ruszył przed siebie, niestety, wcześniejsze złe samopoczucie sprawiło, że spóźnił się chwilę, na co otyły kupiec zareagował, jak się można było spodziewać, wściekłością.
- Co ty sobie wyobrażasz, darmozjadzie, że płacę ci za czas, w którym cię nie ma? Wiesz, ilu jest chętnych na twoje miejsce?! - ryczał cały czerwony.
Wielki brzuch napinał jego beżową szatę do granic możliwości, a bordowe nakrycie głowy, zwane chaperonem, ledwo trzymało się na przetłuszczonych włosach grubasa. Suveas był, zdaniem Sedifa, strasznym człowiekiem, dla którego liczył się tylko on sam i jego pieniądze. Zajmował się przede wszystkim handlem, ale pożyczał też pieniądze na duży procent i nie miał żadnych skrupułów, by w razie konieczności odebrać dłużnikowi wszystko, co ten posiadał, nawet gdyby miało to doprowadzić do jego śmierci głodowej. Dzięki koneksjom mógł sobie pozwolić na więcej niż przeciętny mieszkaniec Euqidnu.
Tak jak pieniądz rządził światem, tak też rządził i w Recrac. Sedif naprawdę nie znosił pracy dla tego paskudnego człowieka, ale obiektywnie rzecz biorąc, sam fakt, że ją w ogóle miał, był wielkim szczęściem. Ojciec, jako się rzekło, nie żył od dawna, matka jakiś czas temu straciła zajęcie, a biorąc pod uwagę jej wiek, nie miała żadnych szans na znalezienie czegoś nowego. Sedif robił zatem dobrą minę do złej gry i starał się z godnością wypełniać obowiązki. Żył nie tym, co czekało go w ciągu dnia, a tym, co działo się później. Uśmiechem matki, którą niezmiennie, każdego dnia cieszył jego widok, pyszną kolacją, którą przyrządzała. I tymi chwilami wieczorami, kiedy nie przestawał marzyć. O życiu, w którym mógł bez końca podróżować po świecie, o ojcu, że jest przy nich, po prostu jest. Marzył, że jeszcze wszystko przed nim i że nic go tak naprawdę nie może ograniczyć.
- Czy ty się zamierzasz w ogóle dzisiaj wziąć do roboty, pasożycie? - warknął Suveas, sprowadzając go brutalnie na ziemię. - Mam dla ciebie zadanie i wystarczająco długo się już dziś naczekałem! Albo bierzesz się za nie natychmiast, albo się stąd wynoś i zatrudniam kogoś innego na twoje miejsce. Od dawna zastanawiam się, na co mi taki życiowy nieudacznik jak ty?
- Przepraszam, panie. - Sedif ukłonił się nisko. - Jestem gotów do pracy.
- Wiesz, gdzie mieszka wdowa po starym szewcu?
- Nie, panie.
- No tak, w sumie, skąd miałbyś wiedzieć, nie jesteś zbyt bystry. - Suveas wzruszył ramionami. - W domu naprzeciwko kowala. Jej głupawy synalek zapożyczył się u mnie na sporą sumkę, którą, jak niosą wieści z wiarygodnych źródeł, przegrał w kości. Z odsetkami to będzie już sto dwadzieścia czaringów i czas w końcu to zacząć spłacać! - Zacisnął rękę w pięść.
- Tak, panie.
- Jeśli to stare próchno nie zapłaci, będę musiał uciec się do środków, których z dobroci serca wolałbym uniknąć. - Lichwiarz westchnął obłudnie, wzruszając ramionami. - No i na co się gapisz? Idź już, bo czas to pieniądz, a trochę go już dzisiaj zmarnowałeś! Powiedz jej, że ten jej durny pomiot ma się wziąć do roboty i czym prędzej oddać pieniądze albo oboje wylądują na bruku!
- Idę, panie, obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy.
- Zatem marna to obietnica.
Sedif ruszył w drogę. Dzień prawdopodobnie będzie jednym z bardziej nieznośnych. Naprawdę nie cierpiał pracy dla Suveasa. Ten typ nie tylko psuł mu humor na każdym kroku, ale też wiecznie się na nim wyżywał. Jak zresztą i na innych ludziach, którzy nie mieli wystarczająco dużych wpływów bądź odpowiednio ciężkiej sakiewki. Było mu niedobrze i nadal nieco kręciło się w głowie, ale te nieprzyjemne objawy zaczynały powoli ustępować. Czego nie można było powiedzieć o zmęczeniu.
Kiedy dotarł na miejsce, zastał to, czego się spodziewał, to jest starą wdowę płaczącą rzewnymi łzami i proszącą o przedłużenie terminu spłaty. Jak można się było domyślić, nie mogła liczyć na syna, a pieniędzy nie miała. Sedif, mimo że czuł się już lepiej, nie miał pomysłu, jak wybrnąć z tej sytuacji. Choć brzydził się tym, co robi, wiedział, że musi działać. Postraszył więc wdowę konsekwencjami, w tym utratą dachu nad głową, a ta, łkając, wysupłała ostatnie pieniądze, prosząc o jeszcze trochę czasu. Sedif nie mógł oczywiście liczyć, że to usatysfakcjonuje pracodawcę, ale przynajmniej nie wróci do niego z pustymi rękami, a to było najważniejsze. Przez resztę dnia pomagał porządkować magazyn i obsługiwał klientów, a kiedy skończył, postanowił rozmówić się z Natasem.
Zastał go w jego mieszkaniu. Przyjaciel wyglądał na zadowolonego z siebie.
- Widzę, że jesteś w dobrym nastroju - zagadał Sedif, czując, że w jego duszy żarzy się węgielek gniewu, który w zależności od tego, co usłyszy, mógł wybuchnąć żywym ogniem bądź też powoli przygasać.
- Sedif. - Przeciągnął się Natas. - Ale miałem Czarośnienie tej nocy! Było boskie.
- Ach tak. Bo widzisz, ja też śniłem tej nocy, co samo w sobie nie było złe, ale nie przypominam sobie, żebyś mnie uprzedził o konsekwencjach zażywania Czarosnu. Było mi tak niedobrze, że mało się nie porzygałem, nie spałem pół nocy, a dziś rano czułem się koszmarnie. Możesz mi to, do jasnej cholery, wyjaśnić? - Węgielek zasyczał i czekał na rozwój wydarzeń.
- No tak, nie pomyślałem o tym. - Chłopak pokiwał ze zrozumieniem głową. - Rzeczywiście, większość ludzi tak ma za pierwszym razem, organizm musi się po prostu przyzwyczaić. - Poklepał go po ramieniu.
- Aha, to doprawdy wspaniale, że o tym wiedziałeś i mnie nie uprzedziłeś, wiesz? - Węgielek zasyczał z werwą gotów do eksplozji.
- Przepraszam cię, byłem tak podekscytowany, że po prostu o tym nie pomyślałem. Ja to pierwszy raz brałem już jakiś czas temu i zwyczajnie zapomniałem. No, ale samo Czarośnienie ci się podobało?
- No, samo w sobie było przyjemne... Tylko nie trwało zbyt długo, a biorąc pod uwagę, jak mi potem dało popalić, to gra niewarta świeczki, niestety.
- Jestem z ciemnie dumny, że się odważyłeś! - Natas ponownie poklepał go po ramieniu. - Słuchaj, do tego naprawdę trzeba po prostu przyzwyczaić organizm, to raz. Dwa, śnienia trzeba się nauczyć, a to wymaga trochę czasu i cierpliwości, zanim dobrze je zrozumiesz i nauczysz się nad nim panować. Ale uwierz, przy odrobinie samozaparcia to naprawdę dostarcza niesamowitych wrażeń, a każdy raz staje się po prostu coraz lepszy. Czarosen to moim skromnym zdaniem najlepszy środek na rozładowanie napięć, a tych ci chyba nie brakuje? No i w Czarośnieniu twój umysł nie ma żadnych ograniczeń, możesz robić, co tylko zechcesz! Nie zrażaj się więc od razu, tylko dlatego że coś nie zagrało. Zapewniam cię, że już przy drugim ziarenku będzie znacznie lepiej. Negatywne efekty po obudzeniu będą coraz słabsze, aż w końcu znikną zupełnie. Daj sobie szansę, bo naprawdę warto!
- Wiesz co? To chyba po prostu nie dla mnie, nie mam ochoty więcej się tak męczyć. - Sedif pokręcił głową, a węgielek stwierdził, że nie ma siły ani ochoty na wybuch.
- Spokojnie, nic na siłę. Daj sobie trochę czasu, ale moim zdaniem powinieneś spróbować jeszcze choć jeden raz. Pewnie się niepotrzebnie zdenerwowałeś i to zwielokrotniło te nieprzyjemne doznania. Jak będziesz miał ochotę na kolejną próbę, to wiesz, gdzie mnie szukać.
Tak, Sedif wiedział, ale jakoś trudno było mu uwierzyć, że ten Czarosen może być czymś dobrym. Chociaż musiał przyznać sam przed sobą, że przez ten moment, kiedy znajdował się w Czarośnieniu, czuł się naprawdę wspaniale. No i ta dziewczyna... Może warto by...
No nic, zobaczy się, a dzisiaj czas do domu, odpocząć.
Ziarenko 2
Następnego dnia Sedif obudził się wypoczęty i zadowolony. Jak co ranek zasiadł do śniadania z matką, którą bardzo kochał. Nie mogło być inaczej, przecież mieli tylko siebie, a ona zawsze była dla niego dobra, czuła i wyrozumiała. Zerknął spod oka na jej posiwiałe włosy i z drżeniem serca pomyślał, że jego matczysko starzeje się coraz szybciej i wkrótce może nadejść dzień, kiedy jej zabraknie, a on zostanie całkiem sam. Czasem żałował, że nie mogą spędzać ze sobą więcej czasu, ale, z drugiej strony, może to właśnie dzięki temu cieszył się każdą spędzoną z nią chwilą w dwójnasób. Spożywając skromny posiłek, porozmawiali o zwykłych, codziennych sprawach, a potem chłopak ucałował matkę i ruszył do pracy.
Kiedy tylko wszedł do kantoru, z komnatki na zapleczu wyskoczył
Suveas.
- Słuchaj no, masz dziś do załatwienia bardzo ważną sprawę w porcie, rozumiesz? - warknął, a Sedif tylko skinął głową. - O zmierzchu odbierzesz pewną przesyłkę. Bardzo cenną, wręcz bezcenną. - Nie wolno ci jej zgubić ani, tym bardziej, dać sobie ukraść. Rozumiesz?
- Tak, panie.
- Gdybyś nawalił - kupiec zawiesił głos - nie, nie chcesz wiedzieć, co cię czeka, gdybyś nawalił. Kiedy się ściemni, pójdziesz na molo i poczekasz na mężczyznę z wytatuowanym na policzku pająkiem. Podasz mu hasło "pajęczyna" i odbierzesz puzderko, które przyniesiesz tu i schowasz w małym sejfie, tu masz do niego klucz. Zrozumiałeś?
- Tak, panie, poradzę sobie.
- Znakomicie, a teraz idź obsługiwać klientów. Pamiętaj, że puzderko ma tu dotrzeć jeszcze dzisiaj, a ponieważ będziesz pracował do nocy, jutro możesz przyjść do pracy nieco później. Tylko bez przesady, powiedziałem nieco później. - Pogroził palcem.
Sedif bez słowa ruszył do pomieszczenia, do którego przychodzili klienci. Jego praca polegała głównie na prezentowaniu wskazanych towarów, przedstawianiu ich zalet (o wadach nie miał prawa nawet się zająknąć), przyjmowaniu zamówień na to, czego akurat brakowało w ich magazynach i inkasowaniu należności. Czasem ktoś, przyciśnięty życiową koniecznością, przynosił coś do sprzedania - zadaniem chłopaka było kupowanie po jak najniższej cenie, żeby potem pracodawca mógł to odsprzedać z dużym zyskiem. Pomnażanie majątku, którego i tak miał pod dostatkiem, było głównym zajęciem Suveasa. W związku z tym zlecał czasem Sedifowi jakiegoś podejrzane zadania, chłopak jednak wykonywał wszystko bez szemrania, wiedział bowiem, że odmowa przyniesie mu jedynie utratę pracy. A na to nie mógł sobie pozwolić.
W kantorze Suavesa można było kupić w zasadzie wszystko. Kupiec gwarantował zdobycie każdego produktu, który klient zamówi. Niekiedy tylko zastrzegał, że na realizację zlecenia potrzebuje trochę więcej czasu, bo choć większość towarów było dostępnych na miejscu lub sprowadzano je z sąsiednich wysp, po niektóre należało udać się aż na kontynent, a żegluga trwała długo. Wśród zgromadzonych w magazynie towarów mieli nawet różne egzotyczne zwierzęta zamknięte w klatkach. Sedif często rozmyślał nad ich losem: Czym ja się od nich różnię? Cierpią, bo chciałyby być wolne, a służą ludziom jako atrakcja i zabawka. Pozornie niczego im nie brakuje, mają czyste klatki, dostają wodę i pożywienie, nie muszą się o nic troszczyć. A jednak cierpią. Ich wolność ograniczają pręty, tak jak moją bieda i znienawidzona praca.
Jednej tylko rzeczy Suveas zdobyć nie mógł, choć miał na to chrapkę od wielu lat - niebieskiego proszku zwanego Ativ. Był to niezwykłej jakości nawóz, dzięki któremu plony stawały się obfitsze, a warzywa i owoce większe i smaczniejsze. Oczywiście na kupno tej "przyprawy ziemi" stać było tylko najzamożniejszych rolników, a jej ilość była ograniczona - wydobywano ją z jednej tylko jaskini, w której osadzała się na ściankach w postaci błękitnego nalotu. Nikt nie znał przyczyny tego zjawiska i nigdzie indziej nie udało się go odtworzyć, chociaż zabierali się do tego najlepsi magowie. Jaskinia zaś należała do konkurenta Suveasa - Sulegny.
Na wyspie Recrac było trzech liczących się kupców - Suveas, Silamron oraz właśnie Sulegna. Gdyby Sedif mógł wybierać, najbardziej chciałby pracować dla tego ostatniego, był to bowiem człowiek obrotny, ale przy tym dobry i z zasadami. Suveas oczywiście nie znosił konkurencji, bo też i jego chciwość była niepohamowana, a każdy działający na ich wyspie kupiec oznaczał stratę w potencjalnych zyskach. On zaś widział siebie jako jedynego pana handlu w tym rejonie. Na razie jednak musiał podzielić się rynkiem z pozostałymi. Nie przestawał jednak snuć planów dotyczących zdobycia Ativu. a właściwie całej, dobrze strzeżonej, jaskini.
Kiedy nadszedł wieczór, Sedif był już porządnie zmęczony. Cały dzień dreptał po sklepie, pokazując klientom towar, a teraz musiał jeszcze powędrować do portu. Po zachodzie słońca zrobiło się nieprzyjemnie chłodno. Chłopak zaczął się rozglądać za czymś, co mógłby na siebie narzucić, ale w końcu machnął ręką. Przecież odbiór paczki nie potrwa długo, a potem pobiegnie do domu.
W praktyce okazało się, że zadania wcale szybko nie wykonał. Na tajemniczego mężczyznę, który miał mu wręczyć puzderko, czekał aż trzy godziny. Zjawił się dopiero chwilę po północy. Sedif wzdrygnął się na widok tego typa - chociaż nie odezwał się on ani słowem, wyglądał na groźnego i podstępnego, a wytatuowany na jego policzku pająk sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał ukąsić i zabić każdego, kto się do mężczyzny zbliży. Chłopak odetchnął z ulgą dopiero, gdy zamknął puzderko w sejfie i pomknął do domu.
Matka czekała na niego mocno zaniepokojona.
- Synku! Co tak późno? Martwiłam się.
- Wybacz, proszę, ale dopiero wracam z pracy. Suveas dał mi dziś dodatkowe zlecenie.
- Skończony drań, za nic ma ludzkie zmęczenie! - wykrzyknęła zdenerwowana. - I kiedy ty odpoczniesz? Za kilka godzin znów musisz być na nogach.
- Spokojnie, mamo. Suveas w swojej łaskawości pozwolił mi przyjść jutro nieco później - Sedif wykrzywił się ironicznie. - Zdążę odespać.
- Całe szczęście... A cóż to to było za szczególne zadanie, jeśli można spytać? - spytała, krzątając się w kuchni.
W końcu przyniosła odgrzany posiłek i usiedli do stołu.
- Trochę dziwna sprawa. Suveas kazał mi odebrać jakieś puzderko od podejrzanego typa w porcie i jeszcze dziś zamknąć pod kluczem w magazynie. Ciekawe, co jest w tym pudełeczku...
- Nie zajrzałeś do środka? - zdziwiła się.
- Było zamknięte na kłódkę. Może to i lepiej, czasem nie warto wiedzieć.
Tej nocy Sedif zasnął bardzo szybko. Tak szybko, że nie miał czasu na żadne przemyślenia. No, może poza jednym - zastanawiał się przez chwilę nad Czarosnem. Teraz, kiedy przeszło mu złe samopoczucie, uświadomił sobie, że Czarośnienie niosło zaskakujące, to prawda, ale całkiem przyjemne doznania. Wszystko w nim było całkowicie realne, czuł każdy zapach, słyszał każdy dźwięk i widział wszystko tak, jakby to się działo naprawdę. Pomyślał, że to jednak jest na swój sposób fascynujące.
***
Kolejny dzień przyniósł Sedifowi wielkie zaskoczenie. Zjawił się w pracy na dwie godziny przed południem - zdążył się porządnie wyspać i spokojnie zjeść z matką śniadanie - a Suveas nie rzucił w jego stronę żadnego nieprzyjemnego komentarza. Wręcz przeciwnie, cały w skowronkach pochwalił młodego człowieka za wykonanie powierzonego mu zadania. Takie zachowanie ordynarnego i złośliwego kupca było prawdziwą rzadkością, Sedif zrozumiał więc, że w puzderku musiało się kryć coś naprawdę bardzo cennego. Nie wnikał jednak, co to było. Przepracował kilka godzin w spokoju i ruszył w stronę domu. Po drodze postanowił jeszcze odwiedzić Natasa, nie zastał go jednak w chacie. Wzruszył ramionami i wrócił do matki.
Tej nocy wydarzyło się coś dziwnego. Kiedy szedł już położyć się spać z okna swojego znajdującego się na piętrze pokoju dostrzegł małą dziewczynkę. Padał deszcz, a ona stała na ulicy ubrana w czarny płaszczyk, który sprawiał, że była ledwo widoczna, i wpatrywała się w niego. W lewej ręce trzymała małą latarenkę. Sedif odniósł jednak zadziwiające wrażenie, że nie dawała ona światła, a wręcz je pochłaniała. Przeszył go lodowaty strach. Zamknął na moment oczy, kiedy zaś je otworzył, dziewczynka zniknęła. Wyjrzał przez okno, lecz ulica była pusta.
Położył się więc do łóżka, zamiast jednak zamknąć oczy, rozciągnął się wygodnie na plecach i zaczął rozmyślać o Czarośnie. Z niewiadomych powodów ziarenka nie dawały mu spokoju. Natas przekonywał go, że nieprzyjemne doznania występują tylko po pierwszym zażyciu i że każdy kolejny sen jest coraz lepszy. Sedif nie miał do tej pory wielu pokus, a przy tym był ciekawy świata i pojawiających się nowych wynalazków, zaczynał się więc zastanawiać, czy rezygnując z Czarosnu, czegoś nie traci. W końcu zmorzył go sen.
To, co mu się przyśniło, uznał później za osobliwe. Pojawił się w nieznanym lesie. Gęstym, brunatno-zielonym, pachnącym żywicą. Promienie słońca z trudem przebijały się przez parasol utworzony z koron drzew, było jednak jasno i ciepło. Biegł przed siebie wąską ścieżką. Miał przeczucie, graniczące z pewnością, że jest tu całkowicie sam, że w promieniu wielu kilometrów nie ma żywej duszy. Było to niecodzienne wrażenie, którego nie zaliczyłby do przyjemnych. Biegł. Spokojnie, równym krokiem, nieprzerwanie do przodu. Chciał się zatrzymać, ale nie mógł, to było silniejsze od niego. Przemieszczał się w stronę nieznanego, tak jakby gdzieś na końcu tej ścieżki czekało na niego przeznaczenie. Nie wiedział jednak czego się spodziewać i to napawało go niepokojem. W końcu sen się urwał...
***
Następnego dnia Sedif dowiedział się od jednego z klientów, że dobry kupiec Sulegna poważnie zachorował. Był na tyle majętny, że nie musiał udać się do infirmerii, przebywał wciąż w swoim domu, gdzie już kilka razy odwiedził go dobrze opłacany lekarz. Medyk przyjeżdżał charakterystycznym, czarno-niebieskim powozem ciągniętym przez białe konie. Powóz ten, jak i kilkadziesiąt innych należały do pewnego obrotnego przedsiębiorcy, wynajmującego je potrzebującym. Miał ich kilkadziesiąt, a dzięki solidności i uczciwości właściciela oraz jego starannie dobieranych pracowników zawsze przybywały na czas. Oczywiście na korzystanie z jego usług stać było jedynie najzamożniejszych mieszkańców Euqidnu. Ludność uboższa skazana była na korzystanie z usług innych dostarczycieli mniej wykwintnych środków transportu, na przykład wózków zaprzężonych w muły lub osły, albo na własne nogi.
Po mieście bardzo szybko rozeszła się wieść, że nie wiadomo, co jest przyczyną nagłej i gwałtownej choroby Sulegny, z którą nawet doświadczony lekarz nie mógł sobie poradzić. Suveas natomiast wprost tryskał szczęściem i choć nie zdradził, co wprawia go w tak dobry nastrój, Sedif podejrzewał, że przyczyniło się do tego właśnie pogorszenie stanu zdrowia konkurenta. Uznał to za obrzydliwe, ale też całkowicie pasujące do jego odrażającego pracodawcy. Interesu dobrego kupca pilnowali lojalni pracownicy, było jednak oczywiste, że takiego rodzaju okręt potrzebuje kapitana, w przeciwnym razie szybko wpadnie na skały. Suveas musiał o tym wiedzieć.
Po zakończonej pracy Sedif udał się do Natasa i tym razem zastał przyjaciela w domu. Wytłumaczył mu, że choć ma mieszane uczucia, chciałby jednak jeszcze raz spróbować Czarosnu, żeby wyrobić sobie o nim obiektywne zdanie, a nie zrezygnować pochopnie z czegoś, co może mu dać przyjemną rozrywkę. Natas ucieszył się bardzo i chętnie wyruszył wraz z Sedifem do Czarojdaja. Ten ponownie skwitował ich swoim wybór jest wasz, nie mój, po czym wręczył kilka czerwonych ziarenek, jedno dla Sedifa. Kiedy wracali w stronę miasta, Natas zapytał:
- Sedifie, słyszałeś oczywiście, że Sulegna dogorywa?
- Wiem, że zachorował, ale nie znam szczegółów. Nie powiem, zdziwiło mnie to trochę, bo Sulegna sprawiał wrażenie zdrowego i silnego. Co mogło go tak nagle rozłożyć?
- Ciężko powiedzieć, bo jego służba lojalnie milczy. Podobno jednak jest źle i bardzo cierpi.
- Za to mój szanowny szef zachowuje się, jakby wygrał na loterii - Sedif wzruszył ramionami.
- No, to mnie akurat nie dziwi! I również nie zdziwiłbym się, gdyby to on miał z tym coś wspólnego!
- Ale jakim cudem? Przecież Sulegna ma wiernych pracowników, w tym osobistą służbę, która go także chroni. Nie wyobrażam sobie jak ktoś z zewnątrz mógłby mu zaszkodzić. I w ogóle skąd ci to przyszło do głowy? Wiesz coś więcej?
- Ależ skąd, nie mam pojęcia. Po prostu pasowałoby mi to do tego typa, wszyscy wiedzą, że chciałby mieć na wyspie monopol na handel i że marzy mu się sprzedaż Ativu. Pewnie gdyby położył na nim swoje tłuste jak serdelki łapska, zaraz podniósłby ceny i jeszcze bardziej się wzbogacił.
Dalszą drogę pokonali w milczeniu. Sedifowi zupełnie nie spodobało się to, co usłyszał i choć wydawało mu się całkowicie niemożliwe, by Suveas mógł w jakikolwiek sposób zaszkodzić dobremu kupcowi, to jednak w serce wkradł mu się niepokój. Wiedział przecież, że ten człowiek jest kanalią zdolną do wszystkiego. W końcu wrócił do siebie.
Dom, w którym Sedif mieszkał z matką, a który dawno temu nabyli ciężko pracujący rodzice, był skromnie urządzony. zawsze jednak czysty i schludny, o co dbała Erama. Nieduży - na dole mieściła się kuchnia i niewielki pokój, służący im za jadalnię i bawialnię, na piętrze miał dwa sypialne pokoje - stał dość daleko od centrum miasta, jednak nie na samym jego skraju. Euqidnu nie było wcale złym miejscem do życia - ot zwykłe skupisko domów i ludzi, jakich wiele na świecie. Tym, co wyróżniało cały archipelag Ogalepichra, częściowo autonomiczne państwo, wchodzące w skład wyspiarskiego mocarstwa Arret, a zlokalizowane dwa tygodnie żeglugi morskiej od kontynentu, była jego architektura. Na wszystkich wyspach zabudowa wyglądała podobnie. Przy prostopadle poprowadzonych ulicach mieściły się wykonane z wypalanych z gliny cegieł domy i domki o symetrycznych białych ścianach i ciemnogranatowych dachach. Im bliżej centrum, tym fasady domostw były bogaciej i barwniej zdobione w rozmaite ornamenty, arabeski i inne motywy roślinne. Im od niego dalej, tym domostwa stawały się mniejsze, mniej barwne i wyraźnie podniszczone. Zupełnie jakby jakiś malarz zaczął tworzyć swoje dzieło od środka, a kiedy wykańczał jego ramy, brakło mu już farby.
Zasiedli z matką do kolacji. Uwielbiał te ich wspólne posiłki. Jadał właściwie dwa razy dziennie, nie licząc drobnej przekąski w ciągu dnia, i naprawdę o tej porze odczuwał już silny głód, a matka świetnie gotowała. Przede wszystkim jednak był to czas na odpoczynek bycie razem, porozmawianie. Na stole znalazł się jak zwykle chleb i kozie mleko oraz, tym razem, garnek z czymś pięknie pachnącym, a składającym się z warzyw i mięsa. Mięso było drogie i nieczęsto mogli sobie na nie pozwolić, Erama umiała jednak nawet z niewielkiego, nie najwyższej jakości kawałka wyczarować smakowite, pożywne danie.
- Jak myślisz - zapytał, delektując się gorącą strawą - czy Suveas mógł w jakiś sposób przyczynić się do pogorszenia stanu zdrowia Sulegny? Czy to nie dziwne, że zdrowy człowiek tak nagle, bez żadnej widocznej przyczyny, zachorował?
- A jak to jest z chorobami, synku, czyż nie pojawiają się z reguły właśnie niespodziewanie? Nikt nie chce chorować, ale każdy prędzej czy później będzie, takie jest życie. - Wzruszyła ramionami. - Nie sądzę, by Suveas mógł się do tego jakoś przyczynić. Chyba, że przez przysparzanie dobremu Sulegnie szkodzących zdrowiu zmartwień. Bardzo mi przykro z powodu jego choroby, bo to naprawdę wspaniały człowiek, który pomagał wielu ludziom w potrzebie... Mnie także - zakończyła cicho.
- Tobie także? - zdziwił się Sedif.
- Tak. To było zaraz po śmierci twojego ojca i jestem mu wdzięczna, ale nie wracajmy do tego, proszę. Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia. Zmieniając temat, czy mógłbyś nam znaleźć jakiś ładny, nowy obrus? Sam zobacz, ten już do niczego się nie nadaje.
- Dobrze, mamo, coś wybiorę. Wiesz jednak, że nie mogę liczyć na znaczącą zniżkę u Suveasa, nawet jako jego pracownik.
- Jako jeden z jego ważniejszych pracowników - dodała. - Tak, wiem - westchnęła.
W końcu Sedif pożegnał matkę i udał się do swojego pokoju. Wskoczył do łóżka i połknął ziarenko. Był bardzo podekscytowany, ale z obawą czekał na początkowe niemiłe doznania. Na szczęście tym razem uczucie pieczenia w żołądku było niewielkie i wręcz niby przyjemne, a nudności nieznaczne. Poczuł za to jakby ktoś ściągnął z niego wielki ciężar. Po całym ciele rozlał mu się błogi spokój i szybko przyszło Czarośnienie...
- No i proszę, jestem w moim pałacu - powiedział i klasnął w dłonie z radości. Stał pośrodku zapierającego dech w piersiach ogrodu, a zielona, delikatna trawa, przyjemnie muskała jego gołe stopy. Ciekawe, czy jest gdzieś tutaj ta piękna dziewczyna?, pomyślał.
- Witaj ponownie. - Usłyszał za plecami delikatny kobiecy głos.
- Dzień dobry, miło mi cię widzieć - powiedział grzecznie. - Powiedz mi, proszę, jak masz na imię?
- Oisulli - odpowiedziała z rumieńcem na ślicznych, idealnie zaokrąglonych policzkach.
- Co tu można porobić ciekawego?
- Co tylko zechcesz - uśmiechnęła się radośnie.
- Nie wiem od czego zacząć. Może pospacerujemy po tym pięknym ogrodzie?
- Bardzo chętnie! - Podeszła do niego i złapała za rękę.
Jej dotyk sprawił, że zrobiło mu się gorąco. Ruszyli spokojnym krokiem, a on delektował się wszystkim, co go otaczało.
- Czy możesz mi opowiedzieć coś więcej o tym miejscu?
- To Pałac Śnienia, miejsce jedyne w swoim rodzaju. Wyjątkowe. Myślę, że najlepiej będzie, jak po prostu cię po nim oprowadzę i sam się o tym przekonasz.
Wspaniały biały pałac znajdował się na wyspie otoczonej lazurową wodą. Wszystko wydawało się tu cudowne, idealne. Jak ten ogród, w którym znajdowały się chyba wszystkie kwiaty świata, mieniące się tysiącem barw i odcieni, a zdobiły go dodatkowo rzeźby wycięte z małych i dużych krzaków bukszpanu. Te zielone figurki i figury, uformowane z niebywałą precyzją, sprawiały wrażenie dobranych nieprzypadkowo.
- Oisulii, co symbolizują te rzeźby?
- Przedstawiają pouczającą historię pewnego człowieka. Chętnie ci ją opowiem. Chodź za mną, zaczniemy od pierwszej rzeźby.
Pociągnęła go delikatnie za rękę i poprowadziła do rośliny uformowanej w kształt kilkuletniego dziecka. Kiedy stanęli przed nią, Oisulii zaczęła snuć opowieść:
- Dawno temu i daleko stąd żył chłopiec, który chciał osiągnąć w życiu coś wielkiego, coś, czego nie dokonał jeszcze nikt przed nim. Długo się zastanawiał, co by to mogło być, aż w końcu postanowił odkryć sekret nieśmiertelności. Spakował więc swój plecak i ruszył w drogę. Najpierw przemierzał lasy, rozglądając się czujnie i wypytując spotkane zwierzęta o jakieś wskazówki. Ale ani lis, ani jeż, ani sowa nie rozumiały, czym jest nieśmiertelność, toteż mimo szczerych chęci nie były w stanie nic doradzić. - Przechadzali się po ogrodzie, a Oisulii pokazywała kolejne rzeźby ilustrujące jej słowa. - Ruszył zatem przez góry, gdzie rozglądał się bystro na wszystkie strony i ponownie prosił o pomoc napotkane istoty. Ale ani niedźwiedź, ani kozica, ani świstak nie wiedziały, czym jest nieśmiertelność. Czas upływał i z chłopca zrobił się już młody mężczyzna, niczym jednak niezrażony szukał nadal. Dotarł na pustynię, gdzie jeszcze mocniej wyostrzył zmysły i prosił napotkane stworzenia o poradę, ale ani fenek, ani wielbłąd, ani oryks nie miały pojęcia, o co mu chodzi. Zmartwiony już, bo mijały kolejne dni i lata, a on nie zrobił żadnych postępów, udał się na ziemie skute lodem i pokryte śniegiem. Chociaż był już bardzo zmęczony, a jego włosy stały się całkiem siwe, nie tracił nadziei. Wytężał uwagę z całych sił, starając się wypatrzeć bodaj najmniejszy znak tajemnicy nieśmiertelności. Niestety, chociaż prosił o pomoc każde spotkane zwierzę, to ani wilk, ani foka, ani mors nic o niej nie wiedziały. W końcu ten niegdyś młody chłopiec, a teraz już starzec, padł na kolana i zapłakał gorzko, bo zrozumiał, że poświęcił całe życie na poszukiwanie czegoś, czego po prostu nie ma.
Wtedy zbliżył się do niego pingwin i zapytał:
- Kim jesteś i dlaczego płaczesz?
- Och, jestem człowiekiem. Człowiekiem, który wyznaczył sobie życiowy cel. Postanowiłem, że dokonam czegoś, czego przede mną jeszcze nikt nie dokonał. Chciałem poznać sekret nieśmiertelności. Przemierzyłem w tym celu lasy, góry, pustynie i oceany, rozmawiając ze wszystkimi napotkanymi po drodze istotami, wytężałem wszystkie zmysły i starałem się z całych sił, ale nigdzie nie znalazłem wyjaśnienia, nikt nie potrafił mi udzielić odpowiedzi lub chociaż wskazać kierunek, gdzie jej szukać. Zmarnowałem całe życie, próbując dokonać niemożliwego - płakał coraz gwałtowniej.
- Zaraz... Mówisz więc, że miałeś możliwość zobaczyć na własne oczy cały świat, wszystkie jego zakątki, poczuć wszystkie zapachy, usłyszeć wszystkie dźwięki i nazywasz to czasem straconym? Spójrz na mnie, jestem pingwinem. Chociaż z całego serca chciałbym móc doświadczyć tego, co było dane tobie, nie stanie się to nigdy. Zawsze będę po prostu pingwinem i nigdzie się stąd nie ruszę. Natomiast jesteś pierwszym człowiekiem, którego w życiu spotkałem, a z tego co wiem, nie przydarzyło się to jeszcze żadnemu z moich pobratymców. Ty poznałeś cały świat, a ja poznałem ciebie. Obaj dokonaliśmy czegoś niezwykłego.
Kiedy starzec usłyszał te słowa, przestał płakać i zaczął się radośnie śmiać. Śmiał się długo i szczerze, bo wiedział, że pingwin miał rację. Serdecznie mu podziękował, a potem ruszył spokojnie odpocząć w jakimś cieplejszym miejscu i do końca swych dni być z siebie dumnym.
- To wspaniała historia, dziękuję ci za nią - powiedział Sedif. - Ten ogród jest najpiękniejszym miejscem, jakie w życiu widziałem, wiesz?
Uśmiechnęła się radośnie, a Sedif się obudził. Znowu było mu niedobrze, chociaż nieco mniej, ale tym razem zdecydowanie nie żałował.