Czarodziejka ze Świata Czarownic - Andre Norton

-
Proszę czekać
Rozdział II

Początkowo droga nie wydawała się gorsza od znanych mi górskich szlaków, lecz po wschodzie słońca dotarliśmy do miejsca, gdzie - wedle słów Vranga - mieliśmy się rozstać z Renthanami i iść dalej pieszo. Stroma i niewygodna ścieżka ustąpiła miejsca czemuś w rodzaju nierównych schodów, które można było pokonać tylko na dwóch nogach, a nie na czterech.

Mężczyźni spakowali nasze skromne zapasy i wyciągnęli z podróżnych sakw liny oraz kołki o stalowych ostrzach, którymi tylko Valmund umiał się dobrze posługiwać. On to właśnie objął prowadzenie. Rozpoczęliśmy wędrówkę, mającą stać się prawdziwym testem naszej wytrzymałości fizycznej.

Wydawało mi się, że naprawdę idziemy po schodach, nieukształtowanych przez wiatr ani niepogodę, lecz zbudowanych przez jakąś istotę myślącą. Budowniczy lub budowniczowie z pewnością nie byli ludźmi takimi jak my. Stopnie okazały się za strome i zbyt płytkie. Zazwyczaj mogliśmy postawić na nich tylko czubek buta, a bardzo rzadko całą stopę.

Nic innego nie wskazywało na to, że idziemy zniszczoną przez upływ czasu górską drogą. Od wspinaczki bolały nas nogi i krzyże. Na szczęście wiatr zwiał śnieg ze skraju schodów. Stąpaliśmy więc po nagiej skale i nie musieliśmy się dodatkowo narażać na poślizgnięcie.

Schody zdawały się nie mieć końca. Początkowo prowadziły prosto w górę zbocza, wkrótce jednak skręciły w lewo i biegły wzdłuż skalnej ściany. Umocniło mnie to w przekonaniu, że są dziełem nieznanych istot. Wreszcie wywiodły nas na skraj płaskowyżu.

Słońce, które oświetlało nas swymi promieniami przez całą drogę, teraz zniknęło za ołowianymi chmurami. Valmund stanął twarzą do wiatru, rozdymając nozdrza, jakby węszył coś złego w podmuchach. Zaczął rozwijać linę, którą był przepasany, i układać ją w pierścienie. Widzieliśmy błysk haków umieszczonych w regularnych odstępach.

- Zwiążemy się liną - oświadczył. - Na wypadek gdyby zaskoczyła nas burza... - Odwrócił się i spojrzał przed siebie, szukając wzrokiem, jak przypuszczałam, schronienia przed nadciągającą nawałnicą.

Wstrząsnął mną dreszcz. Wiatr, mimo ciepłej odzieży, ograniczającej swobodę ruchów, wpił się we mnie lodowatymi szponami.

Pośpiesznie spełniliśmy polecenie Valmunda, zaczepiając haki na przodzie pasów, które wszyscy nosiliśmy. Valmund stanął na czele, za nim Kyllan, później Kemoc, ja i na końcu Raknar. Okazałam się najmniej zręczna ze wszystkich. Podczas wojny moi bracia i Raknar pełnili służbę w górach Estcarpu i choć nie mieli takiego doświadczenia jak Valmund, poznali wspinaczkę na tyle, żeby poruszać się swobodnie.

Valmund wyruszył pierwszy, z okutym kijem w dłoni. Szliśmy za nim w równych odstępach, pilnując, by łącząca nas lina zwisała dość luźno. Chmury gromadziły się na niebie i chociaż jeszcze nie padał śnieg, z trudem dostrzegaliśmy przeciwległy kraniec płaskowyżu. A Vrang wciąż nie wracał i nie mieliśmy pojęcia, co jest przed nami.

Zielony Mąż zaczął ostukiwać kijem drogę przed sobą, jak gdyby obawiał się, że pod niewinnie wyglądającą powierzchnią może się kryć pułapka. Przy potężniejącym mroźnym wietrze nie robił tego tak szybko, jak bym pragnęła.

Podobnie jak wcześniej wspinaczka po skalnych schodach zdawała się nie mieć końca, tak teraz nasza obecna wędrówka stała się mozolnym marszem ku celowi odległemu o wiele godzin lub dni podróży. Czas stracił wszelkie znaczenie. Jeżeli nie padał śnieg, to wiatr rwał zaspy, odgradzając nas od świata wielkimi białymi zasłonami. Valmund stał się niewidomym przewodnikiem ślepców i cała ta wędrówka mogła równie dobrze zakończyć się upadkiem w przepaść, jak znalezieniem bezpiecznej drogi.

Wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie nawis skalny osłonił nas przed wiatrem i śniegiem. Tam moi towarzysze podróży postanowili się naradzić, czy powinniśmy iść dalej, czy też spróbować przeczekać burzę, której tak obawiał się Valmund. Zimne powietrze parzyło mi krtań i płuca, jak gdybym wdychała ogień. Drżałam na całym ciele ze zmęczenia i obawiałam się, że jeśli przewodnik da nam znak do dalszej drogi, nie zdołam zrobić nawet kroku.

Tak bardzo zaabsorbowała mnie utrata sił, że dowiedziałam się o powrocie Vranga dopiero wtedy, kiedy dobiegło mnie jego głośne krakanie. Skrzydlaty zwiadowca z trudem wcisnął się pod nawis skalny: z dala od swego żywiołu - dużych wysokości - stawał się bardzo niezdarny. Otrząsnął się energicznie, rozrzucając na wszystkie strony wilgotny śnieg, po czym przykucnął przed Valmundem, jakby zamierzał pozostać w tej pozycji przez dłuższy czas. Zrozumiałam, że dzisiaj już dalej nie pójdziemy, i z ulgą usiadłam, opierając się plecami o skałę, obok której przedtem stałam.

Nie rozpaliliśmy ogniska, gdyż nie mieliśmy drew. Pomyślałam, że możemy zamarznąć na mroźnym wietrze, który smagał nas od czasu do czasu. Valmund i na to znalazł radę. Wyjął z sakwy kwadratowy kawałek tkaniny, który wydawał się nie większy od dłoni, tymczasem w miarę rozkładania zaczął rosnąć w oczach, aż zamienił się w duży puszysty koc. Okryliśmy się nim i przytuliliśmy do siebie. Emanowało z niego ciepło i wreszcie przestałam drżeć z zimna, podobnie jak moi towarzysze podróży. Nawet Vrang wsunął się pod skraj koca.

Dziwny koc, muskający moje policzki, przypominał w dotyku zbite pierze, lecz był sprężysty jak mech. Kiedy zapytałam o to Valmunda, wyjaśnił, że istotnie koc ten powstał z mchu przetworzonego przez czerwie. Snuły one nici, z których budowały sobie miękkie domki. Leśni ludzie już dawno udomowili te robaki, zapewniając im schronienie i pożywienie, a z utkanych przez nie niewielkich skrawków materii wytwarzali podróżne pledy. Do wyrobu jednego koca potrzebowali setek maleńkich tkaczy, którzy pracowali przez wiele lat, zanim dzieło zostało ukończone. Dlatego takich tkanin istniało niewiele i zaliczano je do skarbów Zielonej Doliny.

Słyszałam rozmowę, którą prowadzili moi towarzysze podróży, lecz niebawem ich głosy zamieniły się w monotonne brzęczenie. Zdrzemnęłam się, nawet nie próbując walczyć ze snem. Wszystkie strachy gdzieś zniknęły. Nie byłam już Kaththeą, która w każdej chwili mogła paść ofiarą sił Ciemności, tylko obolałym ciałem potrzebującym wypoczynku za wszelką cenę.

Śniłam, ale nie dręczył mnie żaden z koszmarów, które sprawiały, że budziłam się z krzykiem. Przyśnił mi się dziwny sen, równie wyraźny jak owe majaki. Wydawało mi się, że leżę bezpiecznie pod kocem, otoczona zewsząd przez obrońców, i leniwie obserwuję szalejącą na zewnątrz nawałnicę.

Ze śnieżnego kłębowiska wysunął się srebrzysty sznur, który zawisł tuż nad nami. We śnie wiedziałam, iż jest to wysłannik innego umysłu władającego mocą. Nie wydał mi się zły, lecz jedynie odmienny od tych, które znałam. Koniec tego srebrzystego promienia lub sznura kołysał się w przód i w tył, aż wreszcie dotarł do mnie i zawisł nieruchomo na jakiś czas. Dopiero wtedy ogarnął mnie niepokój. Kiedy jednak uruchomiłam te wątłe zabezpieczenia, jakimi jeszcze dysponowałam, sznur znikł. Zamrugałam, zdając sobie sprawę, że właśnie się obudziłam, chociaż - tak jak w moim śnie - wszyscy leżeliśmy pod kocem, a wokół nas szalała śnieżna zawierucha.

Nie powiedziałam nic braciom, lecz w głębi ducha postanowiłam nakłonić ich do jeszcze większego wysiłku, żebyśmy przebyli góry jak najszybciej. Zdecydowałam też, że jeśli podczas wspinaczki poczuję dotknięcie prawdziwego zła, raczej odczepię się od liny i w ten sposób rozwiążę wszystkie swoje problemy, niż pociągnę moich towarzyszy za sobą - w Ciemność.

Resztę dnia i noc spędziliśmy w zacisznej kryjówce. Następnego ranka niebo było bezchmurne. Vrang uniósł się w powietrze i po jakimś czasie wrócił z wieścią, że burza ucichła. Posililiśmy się więc i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Nie napotkaliśmy już skalnych schodów. Wspinaliśmy się po stromych ścianach lub pełzaliśmy wzdłuż krawędzi. Przez cały czas Valmund badał wzrokiem skały nad nami tak uważnie, że jego niepokój udzielił się nawet mnie, chociaż nie wiedziałam, czego się obawiał oprócz lawin.

W południe zatrzymaliśmy się na półce skalnej, szerszej od tych, którymi dotąd szliśmy, i przykucnęliśmy, by się napić i posilić. Valmund poinformował nas, że znajdujemy się w niewielkiej odległości od przełęczy. Oświadczył też, że za jakieś dwie godziny pokonamy najtrudniejszy odcinek podróży, kiedy zejdziemy w dół zbocza, by jeszcze raz podążyć na wschód. Nieco odprężeni zjedliśmy podróżne suchary i napiliśmy się orzeźwiającego wina z Zielonej Doliny.

Przebyliśmy przełęcz w wyznaczonym przez Valmunda czasie i już schodziliśmy ścieżką znacznie wygodniejszą niż poprzednie, kiedy przewodnik kazał nam się zatrzymać. Zbadał węzły na łączącej nas linie i dał znak, że musi je na nowo zawiązać. Czekaliśmy w spokoju. Valmund zdjął podróżną sakwę i właśnie wtedy nadeszło niebezpieczeństwo, które przewidział.

Usłyszałam tylko huk. Instynktownie cofnęłam się, chcąc uciec - ale nie wiedziałam przed czym. A później zostałam porwana, pogrzebana i straciłam przytomność.

Było bardzo ciemno, zimno i przygniatał mnie jakiś ciężar. Nie mogłam poruszyć ani rękami, ani nogami, kiedy półprzytomna próbowałam zrzucić z siebie to, co na mnie spadło. Tylko głowę, szyję i kawałek ramienia miałam wolne; leżałam na plecach. Wokół mnie panowały ciemności. Co się stało? W jednej chwili staliśmy na zboczu nieco poniżej przełęczy, a w następnej - zostałam uwięziona w tym miejscu. Spróbowałam poruszyć palcami ręki, którą tylko częściowo przygniatał jakiś ciężar, i udało mi się to zrobić, choć z wielkim trudem. Później chronioną przez rękawiczkę dłonią obmacałam przestrzeń wokół głowy. Boleśnie uderzyłam zdrętwiałą ręką w coś twardego, co uznałam za skałę. Nic nie widziałam w gęstym mroku, mogłam liczyć jedynie na zmysł dotyku, a ten powiedział mi bardzo niewiele - że leżę przygnieciona śniegiem, ręka zaś, ramię i głowa znajdują się w skalnej szczelinie. To ona mnie uratowała przed zmiażdżeniem przez ciężar przygniatający resztę mojego ciała. Nie mogłam się z tym pogodzić i w przerażeniu zaczęłam gwałtownie odgarniać śnieg wolną ręką, zasypując nim twarz. Zaraz jednak zrozumiałam, że postępując tak, sprowadzę na siebie nieszczęście.

Zaczęłam więc powoli odgarniać śnieg w dół ciała, lecz moje wysiłki okazały się daremne, przygniatający mnie ciężar nie zelżał.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział I

Oddech Lodowego Smoka mroził Wzgórza. Zima rozgościła się już na dobre i dobiegał końca rok, który nie był łaskawy ani dla mnie, ani dla moich bliskich. To za rządów Lodowego Smoka zaczęłam poważnie zastanawiać się nad przyszłością. Wiedziałam, co muszę zrobić - choć sprawiało mi to ból - by uchronić droższych mi nad życie braci przed Ciemnością, która mogła ich dosięgnąć za moim pośrednictwem. Jestem - a raczej byłam - Kaththeą z domu Tregartha. Otrzymałam wykształcenie właściwe czarownicy, jakkolwiek nigdy nie złożyłam przysięgi Strażniczki ani nie nosiłam Klejnotu, który ciężkim brzemieniem spoczywa na piersiach Mądrych Kobiet. Nauczyłam się wszystkiego, co one umieją, lecz stało się to wbrew mojej woli.

Jest nas troje, lecz w razie potrzeby stajemy się jednością: Kyllan - wojownik, Kemoc - czarownik i jasnowidz oraz ja, Kaththea - czarownica. Gdy przyszliśmy na świat, nasza matka zdecydowała, kim będziemy, i stało się zgodnie z jej wolą. Była niegdyś Strażniczką, ale siostry wyrzekły się jej, kiedy poślubiła Simona Tregartha, który przybył do Estcarpu przez jedną z Bram między światami. Nasz ojciec był niezwykłym człowiekiem. Nie tylko dobrze znał wojenne rzemiosło (i bardzo przysłużył się Estcarpowi, gdyż ta prastara kraina toczyła bój na śmierć i życie z drapieżnymi sąsiadami, Karstenem i Alizonem), lecz także władał jakąś cząstką czarodziejskiej mocy. Tego zaś Mądre Kobiety nie mogły znieść u mężczyzny.

Kiedy nasza matka, Jaelithe, poślubiła Simona i weszła do jego łoża, okazało się, że wcale nie utraciła czarodziejskich zdolności, jak się spodziewano, ale znalazła inną drogę prowadzącą do tego samego celu. Wzbudziło to gniew Strażniczek, które nigdy nie przyznały, że Jaelithe złamała tradycję. Potrzebowały jednak jej pomocy, musiały z niej korzystać.

Nasi rodzice wyruszyli na wyprawę, by walczyć z resztkami sił Kolderu, demonami z innego świata, które od dawna zagrażały Estcarpowi. Odnaleźli źródło zła i je zniszczyli. Kolderczycy bowiem, podobnie jak nasz ojciec, nie pochodzili z naszego czasu i przestrzeni. Stworzyli własną Bramę, żeby sączyć przez nią truciznę do Estcarpu.

W obliczu tych wspaniałych dokonań rodziców Mądre Kobiety nie odważyły się otwarcie wystąpić przeciw domowi Tregartha, chowały jednak urazę do naszej matki. Ich gniewu nie wzbudziło to, że wyszła za mąż. Z tego powodu czuły tylko pogardę do towarzyszki, która pozwoliła, by uczucie wyrwało ją z ich grona. Nie mogły jej natomiast darować, że mimo wszystko pozostała czarownicą.

Jak już powiedziałam, urodziliśmy się w tym samym czasie. Ja przyszłam na świat ostatnia. Później nasza matka poważnie zaniemogła. Wtedy oddano nas pod opiekę Anghart, ciężko doświadczonej przez los kobiety z ludu Sokolników. Ona obdarzyła nas miłością, której nie mogła nam dać matka. Ojciec natomiast był tak przejęty chorobą żony, że przez długie miesiące zupełnie go nie obchodziło nasze istnienie. Wydaje mi się, że w głębi duszy nigdy nie wybaczył nam cierpień, jakich przysporzyliśmy matce.

Kiedy byliśmy dziećmi, bardzo rzadko widywaliśmy rodziców, ponieważ obowiązki trzymały ich w Południowej Stanicy. Simona mianowano Strażnikiem Granic i strzegł on bezpieczeństwa Estcarpu, a Jaelithe mu pomagała - jako polowa czarownica i jego prawa ręka. My zaś mieszkaliśmy w ustronnym dworze, gdzie pani Loyse, dawna towarzyszka broni naszych rodziców, stworzyła nam ognisko domowe.

Bardzo wcześnie zauważyliśmy, że różnimy się od innych ludzi: w razie potrzeby potrafiliśmy połączyć nasze umysły tak, że stawaliśmy się jedną istotą. I chociaż używaliśmy naszej mocy jedynie w drobnych sprawach, nieświadomie rozwijaliśmy ją i umacnialiśmy. Instynktownie czuliśmy też, że musimy wszystko to zachować w tajemnicy.

Nie poddano mnie, jak inne dziewczynki, testom mającym na celu wybranie kandydatek na czarownice, gdyż matka zerwała wszelkie więzi z Radą Strażniczek. I zarówno ona, jak i ojciec - czy to dlatego, że wiedzieli o naszych zdolnościach, czy też z innego powodu - chronili nas, jak mogli, abyśmy nie żyli tak, jak się żyje w Estcarpie.

Później nasz ojciec zaginął. Kiedy zawarto jeden z tych niepewnych rozejmów podczas trwającej od dłuższego czasu wojny, wsiadł na sulkarski statek. Zamierzał zbadać pewne wyspy, na których zauważono jakąś podejrzaną działalność. I odtąd już nigdy go nie widziano ani o nim nie słyszano.

Wkrótce potem Jaelithe przyjechała do naszego schronienia i po raz pierwszy wezwała Kyllana, Kemoca oraz mnie na prawdziwy test mocy. Połączywszy swoją siłę z naszą, rozpoczęła poszukiwania Simona. I udało się jej go zobaczyć. Dysponując niezwykle wątłymi wskazówkami dotyczącymi miejsca jego pobytu, wyruszyła, by go odnaleźć, my zaś pozostaliśmy w Estfordzie.

Kiedy Kyllan i Kemoc wstąpili do Straży Granicznej i pozostawili mnie samą, Mądre Kobiety zrobiły to, co od dawna planowały. Wysłały jedną z czarownic do naszego dworu i zabrały mnie do Przybytku Mądrości. Przez kilka następnych lat byłam całkowicie odcięta od dawnego życia i braci. Jednak w zamian pokazano mi inne światy, a w sercach ludzi obdarzonych zdolnościami podobnymi do moich często rodzi się tak wielka żądza wiedzy, że z czasem przesłania wszystko inne. Przez długie lata walczyłam ze sobą, żeby nie ulec pokusie i nie zacząć zaspokajać tego głodu. Pozwoliło mi to zachować nieco swobody. Dzięki temu udało mi się nawiązać kontakt z Kemokiem. Zanim czarownice zmusiły mnie do złożenia ostatecznej przysięgi, moi bracia przybyli, by mnie uwolnić.

Nie udałoby się nam zerwać nałożonych przez Radę więzów, gdyby nie to, że Mądre Kobiety gromadziły wówczas moc w taki sposób, jakby zgarniały do ręki wszystkie nici osnowy. Zamierzały zadać druzgoczący cios Karstenowi i skończyć z tym najgroźniejszym przeciwnikiem Estcarpu. Połączone siły woli skierowały na góry dzielące oba kraje: zmiażdżyły szczyty, wydźwignęły doliny, odwróciły bieg rzek.

Nie miały już siły, by się nam przeciwstawić. Pojechaliśmy na wschód, w nieznane. Kemoc odkrył bowiem pewną tajemnicę: bardzo dawno temu w umysłach ludzi ze Starej Rasy pojawiła się zapora, która sprawiła, że wschód przestał dla nich istnieć. Było to wówczas, gdy opuścili tamte tereny i przybyli do Estcarpu.

Po przedarciu się przez wschodnie góry znaleźliśmy się w Escore. Aby nas ocalić i zdobyć potrzebne wiadomości, rzuciłam czary i omal nie zgubiłam drogi do naszej dawnej ojczyzny. W odległej przeszłości adepci ze Starej Rasy spustoszyli bowiem Escore, walcząc o władzę, i w tej walce uwolnili ogromne siły i moce. Późniejsi twórcy i założyciele Estcarpu uciekli na zachód i zamienili pozostawione za sobą graniczne góry w barierę nie do przebycia.

Rzucając czary, wprawdzie nikłe w porównaniu z dokonaniami naszych przodków, obudziłam uśpione siły i sprawiłam, że w Escore na nowo rozgorzał bój pomiędzy Dobrem a Złem.

Sprzymierzyliśmy się z mieszkańcami Zielonej Doliny, pradawnym ludem, w którego żyłach płynęła również krew Starej Rasy. Ci nigdy nie stanęli po stronie Zła. Połączywszy nasze siły, rozesłaliśmy posłańców z mieczami wojny, aby wezwać wszystkie istoty dobrej woli do walki ze sługami Ciemności.

Pojawił się wówczas człowiek, którego Lud Zielonych Przestrzeni przyjął jak swego. Ten wielmoża ze Wzgórz należał do Starej Rasy. W tajniki magii wprowadził go ostatni pozostały w Escore adept, który zachował neutralność. Dinzil był ambitny i miał naturę badacza. Kiedy na własną rękę zaczął pogłębiać swoją wiedzę, jeszcze nie pragnął władzy. Mieszkańcy Zielonej Doliny znali go od dawna i powitali z honorami. Dinzil podobał się kobietom, o czym sama mogę zaświadczyć.

Ja, która dotychczas znałam tylko braci i przysyłanych przez naszego ojca gwardzistów, doświadczyłam innego rodzaju przyjaźni, gdy poznałam wielmożę ze Wzgórz. Serce zabiło mi mocniej, kiedy po raz pierwszy spojrzałam na jego ogorzałą twarz. Dinzil zaczął się do mnie zalecać, a robił to bardzo umiejętnie.

Kyllan znalazł już sobie towarzyszkę życia, Dahaun, Panią Zielonych Przestrzeni, Kemoc zaś jeszcze nie poznał smaku miłości. Kyllan nie oparł dłoni na rękojeści miecza, gdy uśmiechnęłam się do Dinzila. A niechęć Kemoca, oby mi to wybaczył, wzięłam za zazdrość, gdyż sądziłam, że obawia się osłabienia łączącej nas więzi.

Później Kemoc zaginął w górach bez wieści. Nie podejrzewając nic złego, uwierzyłam Dinzilowi, kiedy obiecywał, że pomoże mi odnaleźć brata, i wyruszyliśmy oboje do Ciemnej Wieży.

Obecnie, choćbym nie wiem jak się starała, nie jestem w stanie sobie przypomnieć tego, co się tam wydarzyło. Czuję się tak, jakby ktoś mokrą gąbką starł z mej pamięci dni, kiedy pomagałam Dinzilowi w czarach. I chociaż wciąż usiłuję przywołać tamte wspomnienia, tylko coraz większy ból ściska mi serce.

Kemoc odnalazł mnie z pomocą Kroganki imieniem Orsya, o czym opowiada w swojej części tej kroniki. Wykazał się nadludzką siłą i wytrzymałością, żeby wydostać mnie z siedziby sług Ciemności. Wówczas jednak znajdowałam się pod wpływem zła - do końca stałam u boku Dinzila i pragnęłam skrzywdzić najbliższe memu sercu osoby. Kemoc wolałby raczej widzieć mnie martwą, niż do tego dopuścić. Choć niewprawnie, to jednak poraził mnie za pomocą czarów.

Od tamtej pory przypominałam nowo narodzone niemowlę, utraciwszy całkowicie zdobytą w życiu wiedzę. Początkowo nawet zachowywałam się jak małe dziecko i robiłam, co mi kazano, nie kierując się własną wolą czy pragnieniami. Taki stan rzeczy zadowalał mnie przez jakiś czas.

Później zaczęły mnie dręczyć koszmarne sny. Nie pamiętałam ich po przebudzeniu - i całe szczęście, umysł normalnego człowieka bowiem nie byłby w stanie ich znieść. Nawet niejasne wspomnienia tych majaków budziły we mnie mdłości i przejmowały mnie dreszczem; męczyłam się nocami na moim posłaniu we dworze Dahaun, bojąc się zasnąć. Zapomniałam o wszelkich zabezpieczeniach chroniących przed Złem, utraciłam umiejętności zdobyte w szkole czarownic; stałam się bezbronna wobec sił Ciemności. Wydawało mi się, że stoję na śniegu nago, chłostana mroźnym wiatrem, ale zmagałam się z czymś znacznie gorszym: ze złymi mocami.

Dahaun robiła co w jej mocy, lecz potrafiła leczyć tylko umysł i ciało, a ja miałam chorą duszę. Kyllan i Kemoc siedzieli przy mnie, starając się odegnać Ciemność. Korzystano z całej wiedzy zgromadzonej przez Lud Zielonych Przestrzeni, żeby mnie ocalić. Kiedy odzyskiwałam przytomność, byłam świadoma grożącego nam niebezpieczeństwa. A przecież mieszkańcy Doliny potrzebowali wszystkich zabezpieczeń, nie tylko oręża, lecz także tarczy umysłów i ducha. Walka o mnie osłabiała ich psychiczne fortyfikacje.

Z czasem przestałam być beztroskim dzieckiem. Pojęłam, że te koszmarne sny to tylko zapowiedź tego, co mogło grozić zarówno mnie, jak i innym za moim pośrednictwem. Odebrano mi bowiem całą wiedzę o życiu i coś obcego próbowało wypełnić powstałą lukę.

Dlatego właśnie, choć już nie myślałam w narzucony mi przez Dinzila sposób, pozostałam wrogiem moich braci. Potencjalną Bramą, przez którą dosięgłoby ich Zło.

Poczekałam na odpowiednią chwilę. Nadeszła, kiedy Kyllan i Kemoc udali się na naradę wojenną. Wtedy wysłałam wiadomość do Dahaun i Orsyi. Rozmawiałam z nimi otwarcie. Powiedziałam im, co należy zrobić dla dobra nie tylko ich wszystkich, lecz także mnie samej.

- Nie zaznam tu spokoju - stwierdziłam, to bowiem było dla mnie jasne. Wyczytałam z ich oczu, że się ze mną zgadzają, i dodałam: - Bardzo szybko mogłaby przeze mnie dostać się tu Ciemność, która tylko czeka na dogodną okazję. Stwarzam większe zagrożenie niż jakikolwiek potwór krążący wokół waszych umocnień. Dahaun, jako Pani Zielonych Przestrzeni władasz wielką mocą, słuchają cię wszystkie rośliny, zwierzęta i ptaki. Orsyo, ty także znasz się na magii, której nie sposób lekceważyć. Ale przysięgam, że to, co teraz usiłuje we mnie wejść, jest silniejsze od waszych połączonych mocy. Stałam się pustym naczyniem i w każdej chwili mogą mną zawładnąć siły, o których wolałybyśmy nie myśleć.

Dahaun skinęła głową. Poczułam ostry ból w sercu. Dobrze wiedziałam, że mówię prawdę. Jednak jakaś nikła cząstka mojej istoty rozpaczliwie czepiała się nadziei, że się mylę i że Pani Zielonych Przestrzeni powie mi o tym. Ona zaś się ze mną zgodziła.

- Co chcesz zrobić? - zapytała Orsya. Przyszła do mnie prosto z kąpieli w strumieniu. Jej włosy schły, tworząc srebrzysty obłok; krople wody błyszczały na perłowej skórze, lecz dziewczyna nie ścierała ich, gdyż dla Kroganów woda jest źródłem życia.

- Muszę stąd odejść...

Dahaun pokręciła przecząco głową.

- Tam, gdzie nie sięgają nasze zabezpieczenia, bardzo szybko nastąpi to, czego się obawiasz. Zresztą Kyllan i Kemoc nie pozwolą ci odejść.

- To prawda - odparłam. - Ale jest jeszcze inne wyjście. Mogę powrócić do Estcarpu i tam poszukać pomocy. Słyszałyście, że wojna z Karstenem doprowadziła do obalenia Rady Strażniczek. Wiele z nich umarło na skutek zbyt długiego przetrzymywania w sobie energii potrzebnej do ataku. Rządy Mądrych Kobiet w Estcarpie się skończyły. Teraz o wszystkim decyduje nasz dobry przyjaciel Koris. Jeżeli żyją jeszcze wielkie czarownice, zdołają mnie uleczyć, a Koris na pewno każe im to zrobić jak najszybciej. Pozwólcie mi wrócić do Estcarpu. Jestem przekonana, że wyzdrowieję, a potem stanę u waszego boku.

Dahaun nie odpowiedziała od razu. Za sprawą swojej magii nigdy nie wyglądała tak samo, cały czas się zmieniała. Raz jej ciemne włosy i jasna cera świadczyły o przynależności do Starej Rasy, kiedy indziej płomiennorude pukle okalały ogorzałą twarz. Nie wiem, czy przeobrażała się mocą swojej woli, czy też robiła to bezwiednie. Teraz wyglądała jak kobieta z mojej rasy. Z roztargnieniem odgarnęła z czoła pasmo włosów i przygryzła wargi.

Wreszcie skinęła głową na znak potwierdzenia.

- Mogę rzucić czar - oświadczyła - który umożliwi ci bezpieczną podróż aż do granicznych gór. Jeśli będziesz poruszała się szybko, nie spotka cię nic złego. Powinnaś jednak wesprzeć mój czar całą siłą woli.

- Tak zrobię - oświadczyłam. - Niemniej teraz musicie pomóc mi w innej sprawie. Poprzyjcie mnie, kiedy powiadomię o swoich zamiarach Kyllana i Kemoca. Moi bracia wiedzą, że nic mi nie będzie groziło, jak już dotrę do Korisa... Nowi przybysze z Estcarpu mówili, że Koris nas szuka. Lecz Kyllan i Kemoc mimo to mogą próbować mnie zatrzymać. Dlatego powinnyśmy stanowczo zażądać ich zgody, a nawet obiecać, że wrócę, gdy tylko otrzymam nową psychiczną tarczę.

- Ale czy na pewno tak się stanie? - zapytała Orsya. Nie wiem, czy choć trochę mi współczuła. Znajdując się pod wpływem Dinzila, nie tylko wystąpiłam przeciw niej, lecz także nastawałam na jej życie. Nie miała więc powodu, żeby mi dobrze życzyć. Jeśli jednak, jak przypuszczałam, łączyło ją coś z Kemokiem, mogła wyświadczyć mi tę przysługę przez wzgląd na niego.

- Nie. Nawet jeśli zostanę oczyszczona, nie odważę się tutaj wrócić - odpowiedziałam otwarcie.

- A czy sądzisz, że zdołasz odbyć tę podróż?

- Muszę.

- Dobrze, opowiem się po twojej stronie.

- I ja też - obiecała Dahaun. - Lecz oni pewnie nie będą chcieli puścić cię samej.

- Użyjcie czarów. Niech odprowadzą mnie do granicy, a później zmuście ich do powrotu. Nic już nie łączy ich z Estcarpem. Wiecie, że bez reszty oddali serca temu krajowi.

- Myślę, że możemy to zrobić - stwierdziła Dahaun. - Kiedy chcesz wyruszyć?

- Jak najszybciej. Jeśli ta walka okaże się zbyt wyczerpująca, stracicie mnie, zanim opuszczę Escore.

- Mamy teraz miesiąc Lodowego Smoka. Podróż przez góry będzie bardzo niebezpieczna. - Dahaun nie nakłaniała mnie do poniechania zamiaru, lecz szukała sposobu pokonania trudności. Mówiła dalej: - Valmund wiele razy przemierzył te szlaki, a wszelkie zagrożenia wypatrzą bystre oczy Vorlonga i jego Vrangów. Czeka cię trudna droga, siostro. Nie bądź zbyt pewna siebie.

- Nie jestem - zapewniłam ją. - Powinnam jednak jak najszybciej opuścić Escore, aby nasi bliscy stali się bezpieczni!

I tak to między sobą uzgodniłyśmy. A ponieważ obstawałyśmy przy podjętej decyzji, Kyllanowi i Kemokowi nie udało się nam przeciwstawić. Nie chcieli się zgodzić, wysuwali najróżniejsze argumenty, ale wykazałyśmy im niezbicie, że racja jest po naszej stronie, i wreszcie, wbrew sobie, musieli się zgodzić. Niejeden raz im przysięgałam, że gdy tylko odzyskam zdrowie, wrócę z jedną z grup mieszkańców Estcarpu, którzy co jakiś czas do nas dołączali. Zawsze byliśmy uprzedzani o ich przybyciu przez strzegących przełęczy wartowników z Zielonego Ludu. Wartę pełnili zwiadowcy z Doliny, dawni Strażnicy Graniczni, służący teraz pod rozkazami moich braci, a także Flannany, zielone ptaki Dahaun, których raporty tylko ona mogła zrozumieć, i - dość rzadko - jakiś waleczny Vrang, szerokoskrzydły łowca z wysokich szczytów.

To właśnie jeden z Vrangów obrócił wniwecz nasz pierwotny plan, kiedy zameldował, że droga do przełęczy, przez którą przybyliśmy z Estcarpu, została zamknięta. Jakiś wysłannik lub wasal Ciemności rzucił na nią czar, którego lepiej nie przełamywać; należało go raczej unikać. Myślę, że usłyszawszy to, Kyllan i Kemoc się ucieszyli, sądzili bowiem, że w tej sytuacji zarzucimy plan podróży do Estcarpu.

Jednak ja coraz częściej oblewałam się zimnym potem i krzyczałam przeraźliwie pod wpływem koszmarnych snów. Moi bracia zapewne wiedzieli, że nie zdołam długo stawiać oporu sile, która chciała mną zawładnąć. Zmusiłam ich, by przyrzekli mi śmierć, jeśli moce Ciemności nade mną zapanują.

Do Zielonej Doliny przywołano samego Vorlonga Długoskrzydłego. Usadowił się na skale, nieźle już porysowanej pazurami jego i całego plemienia. Czerwony jaszczurczy łeb kontrastował z niebieskozielonymi piórami. Vorlong kręcił osadzoną na długiej szyi głową, zatrzymując spojrzenie na każdym z nas po kolei, podczas gdy Dahaun rozmawiała z nim w myślach.

Początkowo wydawało się, że nie ma dla mnie nadziei, aż wreszcie, po długim naleganiu, Dahaun dowiedziała się, którędy można ominąć znaną nam przełęcz i dotrzeć do wyżej położonego i trudniejszego przejścia. Obiecał przysłać skrzydlatego zwiadowcę. Ponadto z Zielonego Ludu zgłosił się na przewodnika najlepszy znawca gór, Valmund.

Lodowy Smok nie miał dostępu do Zielonej Doliny. Było tam nie chłodniej niż późną jesienią w Estcarpie. Zima zaatakowała nas jednak, gdy minęliśmy symbole mocy, chroniące ten niewielki zakątek Escore.

Wyruszyliśmy w piątkę na Renthanach, czworonożnych istotach, które nie były zwierzętami, ale naszymi towarzyszami broni. Dorównywały nam inteligencją, a odwagą i zaradnością nas pewnie przewyższały. Kyllan prowadził, Kemoc jechał na prawo ode mnie, Valmund przez jakiś czas trzymał się z lewej strony. Z tyłu podążał Raknar z Estcarpu. Zgodził się towarzyszyć mi do końca podróży, gdyż zamierzał odszukać swoich wasali i przyprowadzić ich do Escore. Był znacznie od nas starszy i jeden z moich braci darzył go bezgranicznym zaufaniem.

Poza umocnieniami Zielonej Doliny, kiedy Renthany wyrzucały śnieg spod kopyt, zauważyliśmy na niebie jakiś ciemny kształt. Gdy zbliżył się do nas, rozpoznaliśmy jednego z Vrangów. Był to przewodnik obiecany nam przez Vorlonga.

Podróżowaliśmy za dnia, ponieważ słudzy Ciemności lepiej czują się w nocy. Może siarczyste mrozy zatrzymały ich w legowiskach, choć bowiem usłyszeliśmy raz wycie zgrai polujących wilkołaków, nie zobaczyliśmy ani ich, ani żadnych innych sług Zła. Nasza droga wiła się jak wąż, gdyż omijaliśmy miejsca uznane przez Valmunda i zwiadowcę Vranga za niebezpieczne. Trzymaliśmy się z dala nawet od zagajników czy kręgów menhirów. Tylko raz zobaczyliśmy posępny budynek, który sprawiał wrażenie nietkniętego przez czas. Nie miał okien i wyglądał jak wielki klocek, położony na ziemi przez gigantyczną dłoń. Nie otaczał go śnieg, chociaż gdzie indziej tworzył wysokie zaspy, połyskujące niczym diamenty w promieniach zimowego słońca. Wydawało się, że teren wokół tego kamiennego gmaszyska był ciepły, a ono samo tkwiło pośrodku kwadratu parującej ziemi.

Na noc schroniliśmy się w kręgu niebieskich menhirów, jednej z licznych enklaw bezpieczeństwa w Escore. Kiedy się ściemniło, wielkie głazy rozjarzyły się niebieskawą poświatą, która promieniała na zewnątrz, a nie do wnętrza kręgu, jak gdyby jej zadanie polegało na oślepianiu polujących w nocy drapieżników i osłanianiu nas przed ich wzrokiem.

Starałam się nie spać i czuwać, żeby koszmarne sny nie sprowadziły na nas nieszczęścia. Byłam jednak zbyt zmęczona podróżą i zasnęłam. Przypuszczam, że w niebieskich menhirach kryje się lecznicza moc silniejsza niż medykamenty Dahaun. Nic mi się nie śniło tej nocy i obudziłam się wypoczęta, co nie zdarzyło się od dawna. Zjadłam z apetytem śniadanie i doszłam do wniosku, że postąpiłam właściwie. Zyskałam nadzieję, że w podróży nie spotka nas żadna zła przygoda.

Następnego wieczoru nie zdołaliśmy znaleźć bezpiecznego miejsca na obóz. Gdybym nadal władała mocą, otoczyłabym nas ochronnym czarem. Teraz jednak byłam bezbronna jak dziecko. Wprawdzie Valmund i jego pobratymiec doprowadzili nas do podnóża granicznych gór, nadal jednak podążaliśmy na północny wschód, znacznie dalej, niż to było konieczne.

Odpoczywaliśmy w miejscu, gdzie koślawe drzewa tworzyły gęsty baldachim, choć już dawno zrzuciły tegoroczne liście. Renthany uklękły, dając nam oparcie, kiedy spożywaliśmy podróżne suchary, skąpo zapijając je winem z Zielonej Doliny, wymieszanym z wodą źródlaną.

Vrang pofrunął na wybraną przez siebie skałę, a mężczyźni uzgodnili godziny warty. Znów walczyłam ze snem, wiedząc, że bez wewnętrznych zabezpieczeń nie zdołam się oprzeć Ciemności.

Nie myślałam o podróży przez góry i o przybyciu do Estcarpu. Zbyt dobrze widziałam bowiem oczami wyobraźni to, co się mogło jeszcze do tego czasu wydarzyć... Zakutany w zieloną opończę Valmund siedział na lewo ode mnie. W mroku - nie odważyliśmy się bowiem rozpalić ogniska - zauważyłam, że zwrócił głowę w stronę gór, chociaż zasłaniała mu je zapora z drzew i krzewów. W jego postawie dostrzegłam coś niepokojącego, zapytałam więc półgłosem:

- Czy coś nam grozi?

Valmund spojrzał na mnie i rzekł:

- O tej porze w górach zawsze czyha jakieś niebezpieczeństwo.

- Myśliwi? - Na nizinach roiło się od przerażających niespodzianek. Jakie potwory mogły nas szukać w górach?

- Nie, to sama ziemia - odparł. Ucieszyłam się, że nie próbuje ukryć przede mną swych obaw. Niebezpieczeństwa, o których mówił, nie wydawały mi się tak groźne jak dręczące mnie po nocach koszmary. Valmund ciągnął: - O tej porze spada wiele lawin śnieżnych, nie należy ich lekceważyć.

Lawiny śnieżne - wcześniej nie brałam ich pod uwagę.

- Czy ta droga jest bardziej niebezpieczna od tej, którą przybyliśmy z Estcarpu? - zapytałam.

- Nie wiem - odrzekł. - Nie znam tych stron. Ale musimy bardzo uważać.

Zdrzemnęłam się tej nocy i znów moje obawy okazały się płonne. Nic mi się nie przyśniło, choć spałam w niechronionym miejscu.

Rankiem, kiedy już zrobiło się na tyle jasno, że mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę, podszedł do nas Vrang. Od świtu przeprowadzał zwiad nad szczytami i miał dla nas złe wieści. Znalazł przełęcz prowadzącą na zachód, ale musieliśmy udać się do niej pieszo, a to wymagało odpowiedniej zaprawy.

Wielkim zakrzywionym szponem nakreślił mapę na śniegu, zaznaczając wszystkie niebezpieczne miejsca. Później znów poszybował w górę, żeby zbadać przestrzeń większą od tej, którą zdołamy przebyć w ciągu dnia. I tak oto rozpoczęliśmy przeprawę przez góry.