Czarodziej ze Świata Czarownic - Andre Norton

-
Proszę czekać
Rozdział II

Na naradzie postanowiono, że Lud Zielonych Przestrzeni i my, przybysze z Estcarpu, przekażemy miecz wojny tym sprzymierzeńcom, których uda nam się pozyskać na nizinie. Dahaun miała pojechać z Kyllanem do Thasów, plemienia mieszkającego pod ziemią, którego żadne z nas jeszcze nie widziało na oczy. Ich żywiołem był mrok nocy, choć dotychczas - wedle posiadanych przez nas wiadomości - Thasowie nie przyłączyli się do sił Ciemności. Ethuturowi i mnie polecono wybrać się do Kroganów, ludu, do którego należały jeziora, rzeki i wszystkie drogi wodne w Escore. Uznano, że widok przybyszów z Estcarpu może dodać całemu przedsięwzięciu powagi.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, podczas gdy Kyllan i Dahaun musieli czekać aż do nocy, by umieścić na pustkowiu płonące pochodnie wojny. Patrzyli, jak odjeżdżamy. Brakowało nam koni; ja siedziałem na jednym ze współplemieńców Shapurna, Shilu, Ethutur zaś jechał na samym wodzu Renthanów. Nasze wierzchowce były duże, o dłoń szersze od rumaków zza gór, dereszowate, o kremowej skórze i połyskliwym czerwonym włosiu. Pierzaste ogony kremowej barwy mocno tuliły do zadów. Równie puszysta grzywa rosła na łbie, tuż za długim, czerwonym rogiem, wyginającym się wdzięcznym łukiem.

Jechaliśmy bez siodeł i wodzy. Rumaki nie były naszymi sługami, lecz współambasadorami, na tyle łaskawymi, że zgodziły się, abyśmy na nich podróżowali. A ponieważ miały niezwykle wrażliwe zmysły, stały się zarazem naszymi zwiadowcami, błyskawicznie wyczuwającymi każde niebezpieczeństwo.

Ethutur nosił zielony strój swego ludu i za pasem miał najpotężniejszą broń: energetyczny bicz. Ja z kolei włożyłem skórzany estcarpiański mundur i kolczugę. Przygniatała mi ramiona ciężkim brzemieniem, którego od dawna nie czułem. Misiurkę trzymałem w ręku i lekki poranny wiatr rozwiewał mi włosy.

Kiedy opuszczaliśmy Estcarp, jesień miała się tam ku końcowi i zbliżały się pierwsze przymrozki, natomiast w Escore zdawało się trwać jeszcze lato. Wprawdzie widziałem splamione żółcią i czerwienią liście mijanych krzewów, lecz wiatr był cieplejszy, a poranny chłód szybko przeminął.

- Nie daj się zwieść - odezwał się Ethutur.

Choć uczucia bardzo rzadko malowały się na jego urodziwej twarzy, teraz w oczach dostrzegłem ostrzegawczy błysk. Tak jak u wszystkich mężczyzn tej rasy, długie rogi o barwie kości słoniowej sterczały wśród opadających mu na czoło kędziorów. Choć nie dorównywał Dahaun, też potrafił się zmieniać. Teraz, w szarym świetle poranka, jego włosy wydawały się ciemne, a twarz blada, lecz gdy dotknęły go pierwsze promienie słońca, ujrzałem rude kędziory i ogorzałą cerę.

- Nie daj się zwieść - powtórzył. - W Escore roi się od pułapek, a przynęty bywają niekiedy bardzo piękne.

- Tak, widziałem to już - zapewniłem go.

Shapurn wysunął się nieco do przodu, opuszczając drogę wiodącą do Zielonej Doliny. Mój wierzchowiec poszedł w ślady swego przywódcy, chociaż nie zauważyłem, żeby ten wydał mu jakiś rozkaz. Początkowo miałem wrażenie, że wracamy do Wzgórz, ale po krótkiej wspinaczce pokonaliśmy niewielką przełęcz i ponownie znaleźliśmy się na zboczu. Chociaż przejście było wąskie, dostrzegłem ślady świadczące o tym, że niegdyś biegła tu droga. Skalne bloki wystawały z ziemi, tworząc coś w rodzaju szerokich stopni, i nasi czworonożni towarzysze stąpali po nich bardzo ostrożnie.

Dotarliśmy do drugiej doliny, niemal w całości porośniętej karłowatymi drzewami lub wysokimi ciemnozielonymi krzewami. Górowały nad nimi kamienne bryły. Choć zburzone i popękane, nadal przypominały ściany.

Ethutur wskazał je ruchem głowy.

- HaHarc...

- To znaczy? - ponagliłem go, gdy nie powiedział nic więcej.

- Kiedyś było to bezpieczne miejsce.

- Czy zdobyły je siły Ciemności?

- Nie. Wzgórza zatańczyły i HaHarc padło. Ale tamtej nocy tańczyły przy wtórze dziwnej muzyki. Miejmy nadzieję, że nasi obecni przeciwnicy nie zgłębili jej sekretu.

- A czy ktoś go poznał? - zapytałem, choć zdawałem sobie sprawę, że możemy tylko snuć przypuszczenia.

- Większość Wielkich Adeptów zginęła w niekończących się walkach, jakie ze sobą toczyli. Inni odeszli przez otworzone przez siebie bramy, żeby gdzie indziej spróbować sił i zwyciężyć... lub ponieść klęskę. Liczymy na to, że naszymi obecnymi wrogami nie zostali tamci Adepci, lecz ich pomniejsi słudzy, których dawno porzucili. Ale nie zapominaj, że i oni są bardzo groźni.

Nie miałem takiego zamiaru, gdyż widziałem niektórych z nich.

Starożytna, ledwie widoczna droga zaprowadziła nas na skraj ruin. Pokrywała je gruba warstwa ziemi, a drzewa zapuściły korzenie wśród kamieni. Upłynęło niewątpliwie wiele czasu, odkąd HaHarc zatrzęsło się i przestało istnieć.

Potem Shapurn skręcił w lewo i znów biegł starą drogą. Wyjechaliśmy z niesamowitej doliny na równinę porośniętą wysoką trawą. Stojące już wysoko na niebie słońce mocno przypiekało. Ethutur odrzucił do tyłu płaszcz. Na kolanach trzymał miecz wojny - nie wykuty ze stali, lecz wyrzeźbiony z białego drewna. Zawiłe runy pokrywały całą długość szerokiego, tępego brzeszczotu, a rękojeść i jelce oplatały czerwone i zielone sznury powiązane w skomplikowane węzły.

Przebyliśmy spory kawałek równiny, kiedy Shapurn podniósł łeb i się zatrzymał. Mój wierzchowiec poszedł jego śladem. Przywódca Renthanów rozdął chrapy i zaczął kręcić powoli łbem, węsząc obcą woń. Usłyszeliśmy go w naszych myślach.

- Wilkołaki.

Spojrzałem na trawę falującą w podmuchach wiatru. Była dość wysoka, żeby ukryć skradającego się człowieka. Od czasu, kiedy wraz z Kaththeą uciekałem przed zgrają różnorodnych potworów, nauczyłem się nie dowierzać choćby najniewinniej wyglądającemu krajobrazowi.

- Co robią? - Pytanie Ethutura świadczyło o tym, że rozumował w podobny sposób.

- Krążą, szukają...

- Nas?

- Nie. - Shapurn wciągnął w nozdrza wiatr. - Są głodne. Polują, żeby napełnić brzuchy. Ach... spłoszyły zdobycz. Teraz wyją, bo znowu złapały trop.

Dopiero w tej chwili niewyraźnie usłyszałem odległy skowyt. Zrobiło mi się żal ofiary, gdyż i na mnie kiedyś tak polowały wilkołaki. Ethutur lekko ściągnął brwi, jego zwykle beznamiętna twarz nie wydawała się już tak spokojna.

- Za blisko - powiedział. - Powinniśmy częściej patrolować granice. - Oparł dłoń na rękojeści zatkniętego za pas bicza, jednak go nie wyciągnął; dopóki niósł miecz wojny, nie mógł brać udziału w walce.

Shapurn ruszył kłusem, a mój wierzchowiec z łatwością dotrzymywał mu kroku. Przebyliśmy resztę drogi przez równinę z prędkością, której nie osiągnęłyby słynne torgiańskie rumaki z Estcarpu. Później znaleźliśmy się w wąwozie o zboczach porośniętych gęsto krzakami. Wąski strumyk wił się leniwie na jego piaszczystym dnie niby wąż, duch potoku, który płynął tędy bystro w innych porach roku. Dostrzegłem jakiś błysk wśród szarych kamieni, świetlny refleks, na który nie mogłem pozostać obojętny. Bez zastanowienia zeskoczyłem z Renthana i wyłowiłem z brunatnego gniazda niebieskozielony kamyk, jeden z tych, które tak wysoko cenili mieszkańcy Zielonej Doliny. Podobne klejnoty zdobiły bransolety i pas Ethutura. Ten znaleziony przeze mnie był chropawy i nieoszlifowany, a jednak odbił promień słońca i zabłysł mi w ręku niczym morski ognik.

Ethutur odwrócił się niecierpliwie, ale kiedy zobaczył moją zdobycz, wydał okrzyk pełen zaskoczenia i radości.

- Los uśmiechnął się do nas, Kemocu! To znaczy, że siły Zła nie zapuszczają się w te strony. Te kamienie tracą blask, gdy dotknie je Mrok. To dar dla ciebie od tej ziemi, oby przydał ci się w przyszłości. - Zdjął prawą rękę z miecza wojny i wykonał nią gest, który potrafiłem odczytać dzięki zdobytej w Lormcie wiedzy. Oznaczał on, że Ethutur dobrze mi życzy.

Wydawało się, że znalezienie niebieskozielonego kamienia dodało otuchy mojemu towarzyszowi, gdyż zaczął mówić. Słuchałem z uwagą, wszystko bowiem, co miał do powiedzenia o Escore i jego mieszkańcach, było bardzo ważne.

Kroganowie, do których zdążaliśmy, to jeszcze jedna rasa powstała w wyniku wczesnych eksperymentów Wielkich Adeptów. Przodkami ich byli ludzie, ochotnicy, których poddano mutacji i tak przekształcono, że stali się istotami wodnymi, choć przez krótki czas mogli też przebywać na lądzie. Podczas wojen pustoszących Escore Koganowie, szukając bezpiecznego miejsca, wycofali się w głębiny i teraz rzadko widywano ich na brzegu. Niekiedy zamieszkiwali wyspy na jeziorach i od czasu do czasu pojawiali się poza swymi wodnymi siedzibami w pobliżu strumieni.

Nigdy nie byli wrogo nastawieni do Ludu Zielonych Przestrzeni. W istocie nieraz sprzymierzali się z nim w przeszłości. Ethutur wspomniał o przypadku, kiedy to Kroganowie wywołali powódź, żeby zniszczyć siedlisko wyjątkowo szkodliwych złych mocy, które wyryły norę tam, gdzie nie potrafili ich dosięgnąć jeźdźcy z Zielonej Doliny. Ethutur miał nadzieję, że teraz też zdoła ich nakłonić, aby oficjalnie przyłączyli się do nas. Z pewnością okazaliby się doskonałymi zwiadowcami, ponieważ woda dociera wszędzie, a tam, dokąd płynie, z łatwością dostaną się Kroganowie albo inni mieszkańcy wód, którzy im służą.

Tymczasem wyjechaliśmy z wąwozu na szeroką bagnistą przestrzeń. Teren ten wyglądał na spustoszony przez suszę. Trzciny i pozostała błotna roślinność uschły i zbrązowiały. Nieco dalej dostrzegłem zielone pagórki pośród niewielkich sadzawek, a poza nimi moczary ciągnące się aż do brzegu jeziora.

Chociaż słońce stało wysoko na niebie, gęsta mgła wisiała nad wodami jeziora. Wydało mi się, że zamajaczyły w niej wyspy, lecz obraz falował, powodując dezorientację umysłu, co bardzo mnie zaniepokoiło. Przypomniałem sobie moczary Torańczyków, dziwnej rasy, która przetrzymywała w niewoli mojego ojca podczas wojny z Kolderem. Te mokradła okazały się równie tajemnicze i nikt się tu nie zapuszczał bez zgody ich mieszkańców... a rzadko ją uzyskiwano.

Renthany zawiozły nas na skraj bagna. Ethutur zsunął się z grzbietu Shapurna, ja również zsiadłem z wierzchowca. Wódz Zielonego Ludu oparł miecz wojny o lewe ramię i podniósł prawą rękę do ust. Zwinąwszy dłoń w trąbkę, wydał przeciągły zew, który poniósł się echem i ucichł, a po chwili znów rozbrzmiał, przy czym wyraźnie słychać było w nim pytającą nutę. Czekaliśmy. Nie widziałem nic poza dużymi owadami wodnymi, które to unosiły się ponad wierzchołkami trzcin, to biegały po powierzchni sadzawek, jak gdyby woda pod ich odnóżami zmieniła się w twardą ziemię. Nie dostrzegłem ani jednego ptaka, ani jednego zwierzęcego tropu w wyschłym błocie, które rozsypywało się pod naszymi stopami w żółtawy pył.

Ethutur trzykrotnie przywoływał Kroganów i za każdym razem czekaliśmy na odpowiedź. Nie nadeszła. Najpierw twarz mego towarzysza lekko spochmurniała, później dostrzegłem na niej zniecierpliwienie. Jeśli nawet ta zwłoka go gniewała, nie dał nic po sobie poznać.

Nie opuścił też skraju moczarów. Zacząłem się zastanawiać, jak długo przyjdzie nam czekać. Wszystko zależało od istot zamieszkujących te strony.

Cisza. Naraz zauważyłem jakieś zawirowanie, lekki ruch powietrza zasygnalizował mi, że ktoś się zbliża. Przebywając z naszą matką i z Kaththeą, nauczyłem się rozpoznawać tego rodzaju sygnały. Miałem wrażenie, że zdąża ku nam jakaś bardzo pewna siebie istota. Spojrzałem na Ethutura, rad, że mogę wziąć z niego przykład. Wyczułem zbliżającą się moc.

Mój towarzysz podniósł miecz wojny i zwrócił go w stronę jeziora oraz bagien, które go strzegły. W promieniach słońca czerwone i zielone sznury oślepiająco błyszczały, jakby spleciono je z rozżarzonych klejnotów. Nie odezwał się więcej, lecz stał nieruchomo, trzymając miecz w górze, na znak pełnionej przez siebie funkcji.

W oddali, tam gdzie żywe jeszcze trzciny osłaniały brzeg jeziora, dostrzegłem ruch, którego nie wywołał podmuch wiatru. Dwie postacie wyłoniły się z wody i stanęły zanurzone w niej po kolana.

Kiedy ruszyły ku nam, łatwo i szybko pokonując błoto, sadzawki oraz pasma trzcin, zauważyłem, że z wyglądu przypominają ludzi. Nogi miały zakończone klinowatymi stopami o połączonych błoną palcach, a ramiona i ręce, choć przypominały moje, okrywała blada skóra, połyskująca w promieniach słońca.

Ich twarze również wyglądały na ludzkie, a krótkie włosy, tylko o jeden lub dwa odcienie ciemniejsze od skóry, przylegały gładko do głowy. Po obu stronach szyi widniały dwie okrągłe plamy zamkniętych teraz na powietrzu skrzeli.

Nosili krótkie spódniczki z łuskowatego materiału mieniącego się wszystkimi barwami tęczy. Do przytrzymujących owo odzienie pasów przymocowano duże muszle, które zdawały się pełnić funkcję sakiewek. W połączonych błoną palcach trzymali laski, w górnej części zielone i bogato rzeźbione, w dolnej zaś czarne i ostro zakończone, na skutek czego sprawiały wrażenie śmiercionośnej broni. Kroganowie trzymali je ostrym końcem do dołu, by zapewnić nas o swych przyjaznych zamiarach.

Kiedy wreszcie stanęli przed nami, spostrzegłem, że ich oczy, mierzące nas nieruchomym spojrzeniem, choć z oddali wydawały się ludzkie, nie miały białek; głęboka zieleń wypełniała przestrzeń między powiekami - jak u śnieżnego kota.

- Ethutur. - Stojący bliżej Krogan zamiast powitania wymówił jedynie imię mojego towarzysza.

- Orias? - odpowiedział pytaniem Ethutur, po czym poruszył lekko mieczem wojny i oplatające rękojeść barwne sznury znów zabłysły ogniem.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział I

O naszych narodzinach krążyło wiele opowieści. Nasza matka, pani Jaelithe, wyrzekła się Klejnotu Czarownicy, by poślubić wojownika z innego świata, Simona Tregartha. Wydała nas na świat po długim i ciężkim porodzie i powiadano, że wyprosiła dla nas niezwykłe dary u mocy, której służyła. Mój brat miał zostać wojownikiem, siostra - czarownicą (albo tą, która ma władzę nad mocami), a dla mnie matka poprosiła o mądrość. Jak się później okazało, cała moja mądrość ograniczyła się do tego, że wiem, iż nic nie wiem. Zdołałem jednak zakosztować wiedzy i napić się z czary prawdziwej mądrości. Prawdopodobnie samo poznanie granic własnych możliwości jest już nie lada osiągnięciem.

Na początku, w dzieciństwie, nie brakowało mi towarzystwa, gdyż całą naszą trójkę, urodzoną w jednym czasie (rzecz dotąd nieznana w Estcarpie), łączył jeden duch. Przeznaczeniem Kyllana były czyny, Kaththei - uczucia, moim zaś - myśl. Działaliśmy zgodnie, zjednoczeni silną więzią. Potem nadszedł ów ponury dzień, kiedy rządzące Estcarpem Mądre Kobiety zabrały nam Kaththeę. Wtedy utraciliśmy ją na jakiś czas.

Podczas wojny łatwo zapomnieć o dręczących człowieka troskach lub zastąpić jedne lęki drugimi, żyjąc z dnia na dzień. Los zmusił nas do tego. Kyllan i ja służyliśmy w oddziałach Straży Granicznej, która broniła Estcarpu przed wciąż groźnym Karstenem.

Później zaś opuściło mnie szczęście. Jeden, jedyny cios krótkiego miecza sprawił, że z żołnierza przemieniłem się w nieużyteczną, kaleką istotę. Ale z radością powitałem tę chwilę wytchnienia, chociaż ból targał moim ciałem, dzięki temu mogliśmy bowiem ruszyć na ratunek naszej siostrze.

Miałem okaleczoną prawą dłoń i rozumiałem, że życie wojownika jest dla mnie skończone. Poczekałem, aż rana się zagoi, i wyruszyłem do Lormtu. Postąpiłem tak, gdyż podczas walk w górach dowiedziałem się ciekawych rzeczy. Mieszkańcy Estcarpu zdawali sobie sprawę, że na południu leży Karsten, na północy Alizon, na zachodzie zaś morze, a sprzymierzeni z nimi od wieków Sulkarczycy odwiedzali też wybrzeża należące do naszego świata. Nigdy jednak nie wspominano o wschodzie. Wydawało się, że Estcarpu nie interesuje, co kryje się za łańcuchem gór, które majaczą na horyzoncie w pogodne dni. Z czasem upewniłem się, że w umysłach naszych towarzyszy broni tkwi jakaś blokada dotycząca tej strony świata i że dla nich wschód nie istnieje.

Lormt jest bardzo stary, nawet w porównaniu z Estcarpem, którego historia ginie w otchłani czasu, więc do jego początków nie zdołali dotrzeć żadni współcześni badacze. Może kiedyś Lormt był miastem, chociaż nie potrafiłem odgadnąć, dlaczego miałoby ono zostać wzniesione w tak ponurej okolicy. Do dzisiaj przetrwało tylko kilka niszczejących budowli, otoczonych ruinami. Znajdują się w nich dawno zapomniane kroniki Starej Rasy. Są tacy, którzy kopiują i przepisują to, co uważają za godne uwagi, wybór należy tylko do nich. W ten sposób pozwalają popaść w zapomnienie cenniejszym rzeczom.

Szukałem tam wyjaśnienia owej zagadkowej nieświadomości dotyczącej wschodu. Kyllan i ja nie porzuciliśmy nadziei na uwolnienie Kaththei i ponowne połączenie naszej trójki, choć osobom postronnym mogło się tak wydawać. Lecz by uciec przed gniewem Rady Strażniczek, potrzebowaliśmy schronienia - i liczyliśmy, że znajdziemy je na tajemniczym wschodzie.

W Lormcie czekały mnie dwa zadania, których wykonanie zajęło wiele miesięcy. Szukałem starych manuskryptów i usiłowałem znów stać się wojownikiem, nawet nauczyłem się władać mieczem lewą ręką. W naszym świecie żaden człowiek nie powinien bowiem podróżować bez broni, kiedy słońce Estcarpu zachodzi krwawo, na poły zanurzone w gęstniejącym mroku.

Odkryłem tajemnicę na tyle, by uwierzyć, że właśnie na wschodzie znajdziemy ocalenie - a przynajmniej szansę ucieczki przed gniewem czarownic. Drugi cel też osiągnąłem: ponownie stałem się wojownikiem.

Ostateczny cios, jaki Rada postanowiła zadać Karstenowi, stał się dla nas najlepszą okazją do uwolnienia Kaththei. Podczas gdy czarownice gromadziły moc, żeby ruszyć z posad południowe góry, Kyllan i ja spotkaliśmy się w Estfordzie, który niegdyś był naszym domem. I w tę straszną noc, kiedy trzęsła się ziemia, wyruszyliśmy w drogę, aby uwolnić naszą siostrę z więzienia.

Już we troje pojechaliśmy na wschód i dotarliśmy do Escore, zniszczonej przez odwieczną wojnę krainy, z której przed wiekami przybyła do Estcarpu Stara Rasa, krainy opanowanej przez dobre i złe moce przybierające dziwne postacie. Walczyliśmy z nimi, razem i osobno. Wtedy to Kyllan użył swych umiejętności dla naszego dobra i otworzył drogę jednej z owych sił. Choć omal nie stracił życia i wiele wycierpiał, zaprowadził nas jednak do Ludu Zielonych Przestrzeni.

Mieszkańcy Zielonej Doliny nie należeli w pełni do Starej Rasy. W naszych żyłach też płynęła obca krew, krew Simona Tregartha, który przybył do Estcarpu z innego świata i innego czasu. Zielony Lud, pochodzący od wcześniejszych mieszkańców Escore, był mocniej niż Stara Rasa związany z ojczystą ziemią. W Escore spotkaliśmy wiele istot znanych nam jedynie z legend zasłyszanych w dzieciństwie.

Później nieznana moc rzuciła czar na Kyllana. Pod jego wpływem mój brat powrócił do Estcarpu, zaszczepiając napotkanym po drodze ludziom pragnienie wędrówki na wschód. Znalazło ono podatny grunt w umysłach niektórych przedstawicieli Starej Rasy, wygnanych z Karstenu podczas wojny z Kolderem. Kiedy Kyllan wrócił do nas, bezdomni, niespokojni tułacze ruszyli jego śladem.

Do Escore przybyli wojownicy ze swymi kobietami i dziećmi oraz całym dobytkiem potrzebnym do rozpoczęcia życia w nowej ojczyźnie. Mężczyźni z Ludu Zielonych Przestrzeni pod wodzą swej pani - Dahaun - tej, która przyszła z pomocą Kyllanowi, kiedy groziło mu wielkie niebezpieczeństwo - i Ethutura, swego dowódcy, pomogli wygnańcom przebyć góry i zaprowadzili ich do Zielonej Doliny.

Tyle napisałem w tej kronice i być może powtarzam dobrze znaną opowieść, ale polecono mi uzupełnić zapiski Kyllana. Jest to moja część historii naszej trójki, rozgrywająca się nieco na uboczu Wielkiej Wojny. Słusznie znalazła się w kronikach, gdyż bez nas nie doszłoby do zwycięstwa.

Prawdę mówiąc, moja przygoda zaczyna się właśnie w Zielonej Dolinie, miejscu radującym ludzkie serca. Przez wieki mieszkańcy otaczali ją takimi symbolami ochronnymi, że pozostała wolna od zła. Znałem owe zabezpieczenia z badań w Lormcie i uważałem je za wyśmienite.

W Zielonej Dolinie panował spokój, nie mogliśmy sobie jednak pozwolić na odpoczynek, gdyż w całym Escore wrzało. Dawno temu tą starożytną krainą raz po raz wstrząsały wojny równie wielkie jak te, które teraz pustoszyły na zachodzie naszą ojczyznę - Estcarp. Mężczyźni i kobiety w Escore poszukiwali wiedzy i w pewnym momencie poniechali wszelkich zabezpieczeń, jakie ostrożność nakładała na podobne badania. Pojawili się pośród nich tacy, którzy szukali mocy dla własnych korzyści, a z tego zawsze rodzi się zło większe niźli jakikolwiek nocny mrok. Wśród Starej Rasy nastąpił rozłam i niektórzy jej przedstawiciele wycofali się za góry zachodnie, do Estcarpu, niszcząc za sobą drogi i wymazując z umysłów ludzkich pamięć o przeszłości.

Ci, którzy pozostali w Escore, walczyli ze sobą; tytaniczne, straszliwe moce przeciw siłom niszczącym i siejącym spustoszenie. Inni, jak Lud Zielonych Przestrzeni, przestrzegający dawnych praw, schronili się na pustkowiu. Dołączyła do nich garstka ludzi dobrej woli oraz istoty powstałe w wyniku eksperymentów przeprowadzanych przez pierwszych badaczy, nieskażone Złem ani nigdy nieoddane na służbę Złu.

Lecz stronników Dobra było za mało i okazali się zbyt słabi, żeby rzucić wyzwanie Wielkim Adeptom, upojonym władzą nad przekraczającą nasze wyobrażenie energią. Siedzieli więc w ukryciu i czekali, aż ucichną i przeminą zrodzone z czarów nawałnice. Niektórzy Adepci Ciemności wyniszczyli się wzajemnie w tych przerażających zmaganiach, inni zaś odeszli przez odkryte przez siebie Bramy, wiodące do obcych epok i światów - przez podobne wejście nasz ojciec przybył do Estcarpu. Pozostały po nich enklawy starożytnego zła i słudzy, których uwolnili lub porzucili. Nikt nie wiedział, czy pewnego dnia nie zechcą powrócić, jeśli coś lub ktoś ich przywoła.

Kiedy dotarliśmy do Escore, Kaththea posłużyła się wyuczoną w Przybytku Mądrości wiedzą, żeby nas ocalić i dopomóc nam w walce. Naruszyła przez to panujący tutaj od wieków pozorny spokój. W całym Escore zawrzało, moce Ciemności się przebudziły i zaczęły gromadzić. Lud Zielonych Przestrzeni uznał, że zanosi się na nową wojnę. Ale teraz musieliśmy podjąć wyzwanie, gdyż w przeciwnym razie zostalibyśmy starci na proch.

Zwołano zatem zgromadzenie wszystkich stronników Światła, by ułożyć plan walki ze Złem. To Ethutur zwołał tę radę, na której spotkali się przedstawiciele różnych ludów, a raczej - żywych istot. Niektórzy bowiem spośród nas wcale nie należeli do rodzaju ludzkiego, choć nie zaliczali się też do zwierząt.

Ethutur przemawiał w imieniu Ludu Zielonych Przestrzeni. Po prawej stronie miał jednego z Renthanów, którzy od czasu do czasu wozili ludzi na swych grzbietach i posługiwali się głosem, kiedy zaistniała taka potrzeba. Był to Shapurn, dowódca przebiegłych wojów. Opodal na sporym głazie siedziała jaszczurka o błyszczącej jak klejnoty łusce. Jedną łapką dotykała trzymanego w szponach drugiej sznura z nieregularnie nanizanymi srebrnymi paciorkami; zdawały się przypominać jej o sprawach, które należało poruszyć w dyskusji.

Dalej zajmował miejsce mężczyzna w hełmie - wiele razy widywałem jemu podobnych. Był to pan Hervon, który przybył z włości odkrytej przez Kyllana, po prawicy miał swą małżonkę, panią Chriswithę, z lewej strony Godgara, dowódcę swej drużyny. Za nimi siedzieli Kyllan, Kaththea i władczyni Zielonego Ludu, Dahaun. Na wysokim głazie nieopodal przycupnął - stając się w ten sposób bardziej widoczny w otoczeniu, które górowało nad nim wzrostem - Flannan o imieniu Farfar, stwór o upierzonym człekokształtnym ciele, ptasich skrzydłach i uzbrojonych w pazury stopach. Zaproszono go jedynie z grzeczności, gdyż jego pobratymcy nie potrafili skoncentrować myśli w stopniu niezbędnym do walki. Flannany cieszyły się natomiast opinią znakomitych posłańców.

Po drugiej stronie kręgu znajdowali się nowo przybyli. Była wśród nich jeszcze jedna latająca istota z głową jaszczurki, wąską, uzębioną, pokrytą połyskującymi w słońcu, czerwonymi łuskami, które kontrastowały z niebieskozielonym upierzeniem reszty ciała. Co jakiś czas rozpościerała niespokojnie skrzydła i kręcąc głową, mierzyła zgromadzonych ostrym spojrzeniem. Był to Vrang ze Wzgórz i Dahaun przywitała go uroczyście, nazywając Vorlongiem Długoskrzydłym.

Nieco dalej ulokowała się bardziej już podobna do ludzi grupa, składająca się z czterech osób. Byli to, jak nam powiedziano, potomkowie Starej Rasy, którzy dawno temu uciekli w góry i zdołali się tam utrzymać, a nawet wywalczyli sobie niewielkie, lecz bezpieczne siedziby. Przewodził im wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, którego rysy świadczyły o braku jakiejkolwiek domieszki obcej krwi. Wyglądał na młodzieńca, ale wrażenie to mogło być mylące, gdyż u przedstawicieli Starej Rasy oznaki starości występują dopiero na kilka tygodni przed śmiercią - o ile któryś dożyje sędziwego wieku, co w ostatnich czasach rzadko się zdarza. Mężczyzna ów odznaczał się nieprzeciętną urodą i dystyngowanymi manierami.

A ja nienawidziłem go z całej duszy.

W przeszłości naszą trójkę łączyły mocne więzy, dlatego nigdy nie szukaliśmy towarzystwa innych ludzi. Po porwaniu Kaththei Kyllan i ja nie utraciliśmy duchowej jedności. Mieliśmy wielu towarzyszy broni, których lubiliśmy, a tylko nieliczni budzili naszą niechęć. Ale nigdy dotąd nie owładnęło mną tak gwałtowne uczucie - no, może w walce z karsteńskim najeźdźcą doświadczyłem potężniejszego. Jednak nawet wówczas bardziej mierziło mnie to, co reprezentował sobą przeciwnik, niż on sam. Natomiast Dinzila ze Wzgórz nienawidziłem zapamiętale, chociaż nie miałem ku temu powodu. Tak bardzo zaskoczyło mnie uczucie, które owładnęło mną w chwili, kiedy Dahaun przedstawiła nas sobie, że zawahałem się, nim wymówiłem słowa powitania.

Wydało mi się wtedy, że nowo poznany mężczyzna zna moje uczucia i bawią go one - niczym jakiś dziecinny wybryk. Ale ja nie byłem dzieckiem, o czym Dinzil miał się przekonać w swoim czasie.

W swoim czasie... Zdałem sobie sprawę, że gdy spoglądam na tę spokojną, urodziwą twarz, odczuwam nie tylko nienawiść, lecz także obawę... Jak gdybym spodziewał się, że w każdej chwili nieznany przybysz ze Wzgórz może się przeistoczyć w kogoś zagrażającego nam wszystkim. Wszelako rozsądek mi podpowiadał, że Lud Zielonych Przestrzeni powitał Dinzila przyjaźnie i uznał jego przybycie za pomyślne wydarzenie. Skoro wiedzieli, na jakie niebezpieczeństwa jest narażone Escore, na pewno z własnej woli nie otworzyliby bram swego domu komuś, kto nosiłby w sobie zarodki Zła. Kiedy po raz pierwszy przemierzaliśmy pola i lasy tej krainy, Kaththea stwierdziła, że za pomocą węchu potrafi odnaleźć miejsca, w których ukrywa się pradawna, ponura magia, gdyż bucha od nich okropny smród. Mój nos nie uznał Dinzila za nikogo groźnego. A przecież miałem się na baczności za każdym razem, kiedy na niego spoglądałem.

Podczas narady przemawiał dobrze, okazując zdrowy rozsądek i znajomość wojennego rzemiosła. Przybyli z nim wielmoże od czasu do czasu dorzucali jakiś komentarz, jasno świadczący o tym, że Dinzil jest dla nich opoką.

Ethutur wydobył mapy przemyślnie uformowane z suchych liści. Przechodziły z rąk do rąk. Mieszkańcy lasu i przybysze ze Wzgórz, podobnie jak inni uczestnicy narady, nienależący do rasy ludzi, opatrywali je stosownymi komentarzami. Vorlong z naciskiem ostrzegał przed pewnym pasmem wzgórz, na którym, jak wykrakał w ledwo zrozumiałym języku, znajdowały się trzy kręgi ułożone ze stojących głazów. Miały one zawierać coś tak śmiercionośnego, że nawet przelot nad nimi groził utratą życia. Zaznaczyliśmy te niebezpieczne miejsca tak, by zdołali je rozpoznać wszyscy obecni.

Właśnie wygładzałem jedną z map, kiedy poczułem dziwne przyciąganie. Moja okaleczona ręka - rzadko zwracałem na nią uwagę, odkąd przestała mnie boleć i częściowo odzyskałem w niej władzę dzięki ćwiczeniom - odciągnęła mój wzrok od szarobrązowej powierzchni mapy. Zaintrygowany przyjrzałem się swej dłoni, a potem podniosłem głowę.

Dinzil wpatrywał się w moją rękę. Uśmiechał się lekko, lecz wyraz jego twarzy sprawił, że zaczerwieniłem się po uszy. Chciałem rzucić mapę i schować dłoń za plecami. Dlaczego? Została okaleczona w uczciwej bitwie, a nie w wyniku haniebnego postępku. A przecież zacząłem się wstydzić wielkiej blizny tylko dlatego, że Dinzil patrzył na nią w taki sposób, jak gdyby wszystko, co psuło symetrię czyjegoś ciała, było szpetotą, którą powinno się ukrywać przed światem.

Później podniósł wzrok, by spojrzeć mi w oczy, i ponownie wydało mi się, że wyczytałem w jego spojrzeniu rozbawienie, takie samo, jakie niektórzy ludzie odczuwają na widok kalek. Wiedział, że znam jego uczucia - lecz to tylko powiększało jego rozbawienie.

"Muszę ich ostrzec - pomyślałem gorączkowo. - Kylana i Kaththeę. Na pewno podzielą moje obawy i niejasne podejrzenia, jakie żywię względem tego człowieka. Spotkajmy się tylko, a otworzę przed nimi umysł, tak by mieli się na baczności". Ale przed czym? I dlaczego? Na te pytania nie znałem odpowiedzi.

Spojrzałem na mapę. I teraz celowo użyłem przeciętej blizną ręki o dwóch sztywnych palcach do jej wygładzenia. Wzbierał we mnie zimny gniew.

- A więc postanowiliśmy, że wysyłamy wezwanie do Kroganów i Thasów - podsumował po chwili milczenia Ethutur.

- Nie licz na nich zbytnio, panie - przemówił Dinzil. - Oni nadal są neutralni i równie dobrze mogą pragnąć, żeby tak pozostało.

- Jeżeli sądzą, że nie będą musieli opowiedzieć się po żadnej ze stron, kiedy rozpocznie się bój, to się mylą! - wykrzyknęła ze zniecierpliwieniem Dahaun.

- A jeśli tak nam się jedynie wydaje? - odpowiedział Dinzil. - Widzimy tylko jedną stronę medalu. Oni też mogą jeszcze nie dostrzegać drugiej, lecz nie chcą dokonać wyboru na czyjś rozkaz. Znamy nieco Kroganów, gdyż my, mieszkańcy Wzgórz, w przeszłości mieliśmy z nimi do czynienia, i zdajemy sobie sprawę z tego, że kiedy się na nich naciska, potrafią się odgryźć. Skoro wiec musimy się z nimi skontaktować, nie wywierajmy na nich presji. Dajmy im dość czasu na naradzenie się, a przede wszystkim nie reagujmy gniewem, jeżeli odpowiedzą odmownie. Wojna nie będzie krótka, tych zaś, którzy zachowują neutralność na początku, można z biegiem czasu przeciągnąć na swoją stronę. Skoro chcemy, żeby walczyli pod naszymi sztandarami, pozwólmy im dokonać wyboru wtedy, kiedy zechcą.

Ethutur skinął głową na znak zgody, podobnie jak pozostali. Nie mogłem zgłosić sprzeciwu, gdyż to była ich ziemia i znali ją dobrze. Pomyślałem sobie jednak, że nierozsądnie jest prowadzić wojnę w kraju, w którym nie wszyscy opowiedzieli się po którejś ze stron. Taki neutralny sąsiad może w każdej chwili stać się wrogiem, znaleźć niebronioną flankę i zaatakować.

- Więc posyłamy miecz wojny do Kroganów, Thasów i Mchowych Niewiast? - zakończył pytającym tonem Ethutur.

- Do Mchowych Niewiast? - Dahaun się roześmiała. - Chętnie, jeśli ktoś je znajdzie. Ale one zawsze chadzają własnymi drogami. Powinniśmy liczyć jedynie na tych, którzy się tutaj zgromadzili - czy to nam chciałeś powiedzieć, panie Dinzilu?

- A kimże ja jestem, żeby wyliczać tych, którzy żyją z dala od moich ludzi, pani? - Wzruszył ramionami. - Zwykła ostrożność nakazuje obudzić lub wezwać tylko tych, z którymi mieliśmy do czynienia w przeszłości. W Escore zaszły głębokie przemiany i rzeczy dotychczas dobrze znane stały się zupełnie obce. Bez wątpienia dzisiaj nie należy ufać nawet starym przyjaciołom. Powiedziałbym, że armia, na którą możemy liczyć, obozuje teraz w waszej bezpiecznej Dolinie - ale stanie się godna zaufania dopiero wtedy, kiedy ustawimy w szyku wszystkie nasze oddziały. W górach rogi wezwą do boju, a na nizinie sami musicie zwołać waszych sprzymierzeńców.

Jak na razie niewiele wiedzieliśmy o mocach, jakimi władali otaczający nas ludzie i rozumne istoty. Nie śmiałem więc porozumiewać się z bratem i siostrą za pomocą telepatii podczas tego zgromadzenia i niecierpliwie czekałem na jego zakończenie. Dlatego dopiero później spróbowałem porozmawiać z nimi na osobności. Najpierw udało mi się nawiązać kontakt z Kyllanem, który pojechał z Hervonem szukać miejsca na obozowisko dla przybyszy zza gór. Niestety, zaraz zbliżył się do mnie Godgar i rozpoczął rozmowę o wojnie z Karstenem. Okazało się, że niegdyś służyliśmy na tym samym odcinku ostrych jak noże granicznych turni, lecz nie w tym samym czasie.

Dobrze znam ten typ ludzi. Rodzą się do wojaczki. Niekiedy wykazują zdolności przywódcze, znacznie częściej jednak zadowalają się służbą pod rozkazami człowieka, którego szanują. Są twardym jak żelazo rdzeniem każdej dobrej armii i cierpią w czasach pokoju, czując podświadomie, że sens ich życia rozpływa się niczym we mgle, gdy miecz zbyt długo spoczywa w pochwie. Godgar jechał obok mnie, wietrząc w powietrzu niebezpieczeństwo. Niczym zwiadowca na wojnie, rozglądał się po okolicy i notował w pamięci charakterystyczne cechy terenu.

Hervon znalazł wreszcie miejsce odpowiednie na obozowisko i zajął się rozbijaniem namiotów, chociaż w Zielonej Dolinie było tak ciepło, że spokojnie można by spać pod gołym niebem. Nareszcie zostałem sam i mogłem spokojnie porozmawiać z Kyllanem. Nie skorzystałem z myślowego przekazu, lecz po prostu opowiedziałem mu o Dinzilu.

Mówiłem przez jakiś czas, zanim zdałem sobie sprawę, że mój brat spochmurniał. Urwałem, gniewnie spojrzałem na niego i użyłem łączności myślowej.

Zaskoczony i zbity z tropu, odkryłem w jego umyśle coś, czego w pierwszej chwili nie potrafiłem zidentyfikować, potem zaś zaakceptować: niedowierzanie! Byłem wstrząśnięty, gdyż Kyllan sądził, że to ja w blasku słońca szukałem cieni i siałem niepokój...

- Nie, nie o to chodzi! - zaprotestował szybko, odczytawszy moją myśl. - Ale co masz przeciwko temu człowiekowi? Tylko przeczucie? Gdyby życzył nam źle, jakże zdołałby pokonać zabezpieczenia chroniące Zieloną Dolinę? Nie sądzę, by udało się dotrzeć tu komuś, kogo okrywa Wielki Mrok.

Mylił się, lecz wówczas nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy.

Co mogło poświadczyć o tym, że mam rację? Spojrzenie Dinzila? Płonąca we mnie nienawiść? Ale takie uczucie nie spodobałoby się mieszkańcom Doliny.

Kyllan przestał się dziwić i skinął głową. Lecz ja już zamknąłem przed nim mój umysł. Zachowałem się jak dziecko, które ufnie wzięło do ręki rozżarzony węgielek, oczarowane jego blaskiem, nie przewidziawszy grożącego niebezpieczeństwa. Dopiero gdy się sparzyło, zaczęło podejrzliwie spoglądać na świat.

- Zapamiętam sobie twoje ostrzeżenie - zapewnił mnie Kyllan. Wyczułem jednak, że nie przywiązuje większej wagi do moich słów.

Owej nocy w Zielonej Dolinie wydano wspaniałą ucztę. Nastrój nie był wesoły, gdyż biesiadników sprowadziła tutaj groźba wojny. Mimo to ściśle przestrzegano dworskiego ceremoniału, prawdopodobnie dlatego, że postępowanie zgodnie z tradycją stwarzało pozory bezpieczeństwa. Nie porozmawiałem z Kaththeą, tak jak zamierzałem; wstrząśnięty wymianą myśli z Kyllanem, czekałem za długo. Nie zdążyłem jej ostrzec i teraz ciążyło mi to na sercu jak kamień, zwłaszcza że Dinzil zbyt często uśmiechał się do mojej siostry, która siedziała obok niego. A Kaththea też się uśmiechała lub wręcz śmiała, gdy się odzywał.

- Czy zawsze jesteś taki milczący, wojowniku o surowej twarzy?

Odwróciłem się, usłyszawszy głos Dahaun. Pani Zielonych Przestrzeni potrafiła, jeśli naszła ją taka ochota, przeistoczyć się w piękność, do której mógłby wzdychać każdy mężczyzna. Teraz miała kruczoczarne włosy, a na jej smagłe policzki wystąpił lekki rumieniec, lecz kilka godzin temu, o zachodzie słońca, jej warkocze lśniły złotem i miedzią, a skóra była jasna.

Zastanowiłem się, co czuje ktoś, kto potrafi przybrać wiele różnych postaci.

- Czy śnisz, mądry Kemocu? - rzuciła lekko i ocknąłem się z zamyślenia.

- Jeśli tak, to nie są to dobre sny, pani.

Figlarne błyski zgasły w jej oczach i Dahaun opuściła wzrok na trzymaną oburącz czarę. Poruszyła nią lekko i purpurowy płyn zafalował.

- Kemocu, tej nocy nie zaglądaj w żadne czarodziejskie zwierciadło. Moim zdaniem, ciąży ci nie tylko wspomnienie złego snu.

- To prawda.

Dlaczego to powiedziałem? Zawsze radziłem się tylko siebie samego lub swego rodzeństwa, gdyż my, troje-którzy-byliśmy-jednością, dzieliliśmy się myślami. Ale czy było tak nadal? Znów spojrzałem na siostrę, która śmiała się razem z Dinzilem, i na Kyllana, żywo rozprawiającego z Ethuturem i Hervanem, jak gdyby był spajającym ich ogniwem.

- Gałąź nie powinna zatrzymywać liści - powiedziała cicho Dahaun. - Nadchodzi czas, kiedy muszą ulecieć na wietrze. Ale na ich miejscu wyrosną nowe.

Zrozumiałem aluzję i zaczerwieniłem się. Od tygodni wiedziałem, że ją i Kyllana łączy silne uczucie. Nie bolało mnie to. Pogodziłem się też z myślą, że nadejdzie dzień, kiedy Kaththea wejdzie na drogę, którą podąży z kimś innym. Nie gniewało mnie, że siostra śmiała się wesoło tej nocy i wyglądała jak zwykła dziewczyna, a nie czarownica. Ale nie mogłem znieść, że tak dobrze bawiła się w towarzystwie właśnie tego mężczyzny!

- Kemocu...

Spojrzałem znów na Dahaun i stwierdziłem, że bacznie wpatruje się we mnie.

- Kemocu, o co chodzi?

- Pani... - Spojrzałem jej prosto w oczy, ale nie spróbowałem dosięgnąć jej umysłu. - Strzeż pilnie murów. Boję się.

- Dinzila? Boisz się, że zabierze ci tę, którą kochasz?

- Dinzila... Nie, boję się tego, kim może się okazać.

Upiła mały łyk, nadal przyglądając mi się uważnie znad krawędzi czary.

- A więc będę strzegła murów, wojowniku. Źle o tobie myślałam, źle się wyraziłam i źle się z tobą obeszłam. Nie przemawia przez ciebie zazdrość o bliską osobę. Nie lubisz Dinzila dla niego samego. Czemu?

- Nie wiem... czuję tylko.

- Uczucia mogą wyrażać prawdę bardziej niż słowa. Wierz mi, będę go obserwowała, i to na wiele sposobów. - Dahaun odstawiła czarę.

- Dzięki ci za to, pani - powiedziałem cicho.

- Jedź więc z lżejszym sercem, Kemocu - odrzekła. - I niech szczęście ci towarzyszy z prawej i z lewej strony oraz z tyłu.

- A z przodu nie? - Uniosłem w pozdrowieniu swoją czarę.

- Przecież z przodu nosisz miecz, wojowniku.

W taki oto sposób pani Zielonych Przestrzeni dowiedziała się, co leży mi na sercu, i dała wiarę moim słowom. A mimo to chłód mnie ogarnął na myśl o nadchodzącym poranku. Bowiem to ja miałem wezwać Kroganów na wojnę, tymczasem Dinzil nie okazywał najmniejszej chęci opuszczenia Zielonej Doliny.