Czarny Wygon. Tom II - Stefan Darda

Reflow text when sidebars are open.
Redakcja
Anna Seweryn-Sakiewicz
Projekt okładki
Marek J. Piwko {mjp}
Ilustracja na okładce oraz na stronach działowych
Dariusz Kocurek
Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej
Grzegorz Bociek
Korekta
Urszula Bańcerek
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.
Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2014
Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA
41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c
tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35
fax 32-348-31-25
office@videograf.pl
www.videograf.pl
Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.
01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21
tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12
dystrybucja@dictum.pl
www.dictum.pl
? Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014
? Copyright by Stefan Darda
ISBN 978-83-7835-366-9
Ten strach był dla niej jak zaciskająca się coraz mocniej na szyi pętla.
Przed chwilą, gdy siedziała przy łóżku Mateusza i patrzyła w rozpalone gorączką jasnoniebieskie oczy, usiłowała nie dać po sobie poznać, że jej oddech również staje się coraz płytszy, a panika lodowatymi palcami uciska tłukące się w piersiach serce. Chłopiec szukał na twarzy matki spokoju, wypatrywał choć śladu nadziei, więc nie mogła go zawieść.
Kiedy wreszcie zasnął, bezszelestnie wymknęła się z pokoju, zostawiając zapaloną nocną lampkę i lekko uchylone drzwi. Zbliżała się już północ, a ona dopiero teraz przypomniała sobie o wypranej pościeli rozwieszonej rano na sznurach obok domu. Zarzuciła więc na plecy wełnianą chustę i wyszła na podwórze. Zmierzając w kierunku odbijających światło księżyca, poruszanych wzmagającym się wiatrem prześcieradeł i poszew, wierzchem dłoni otarła wilgoć z policzków. Obraz stał się ostrzejszy.
Noc była jasna, choć przepływające po atramentowym niebie chmury od czasu do czasu kradły trochę księżycowego blasku. Teresa podniosła głowę i spojrzawszy w niebo, uświadomiła sobie, że jest już po pełni. W ostatnich tygodniach czas miał dla niej tylko jeden wymiar, określony trudną do precyzyjnego oznaczenia, choć przerażająco nieuchronną datą. Jeszcze rok temu, w Wielki Piątek dwa tysiące szóstego roku, przygotowywałaby się na nadejście Wielkanocy, czuwając przy Bożym Grobie w miejscowym kościele. Teraz było jej wszystko jedno. Jeszcze kilka dni temu, przed wizytą w lubelskim szpitalu, błagała na kolanach o cud, ale teraz było jasne, że ten się jednak nie zdarzy.
Przystanęła, gdy do jej uszu od strony drogi prowadzącej z Adamowa dobiegły jakieś odgłosy, przeciskające się przez chłodną ciszę kwietniowej nocy. Otuliła się mocniej chustą i stanęła nieruchomo. Po chwili rozpoznała charakterystyczne skrzypienie nienasmarowanych łożysk znajomej dwukółki.
"Co on, do diabła, robi tu o tej porze, i to w taką noc? - zapytała samą siebie w myślach. - Chyba już mu się całkiem pomieszało w tej starej, siwej głowie".
Wzruszyła ramionami i zaczęła zdejmować pościel. Odgłosy były coraz wyraźniejsze, a do zgrzytów i popiskiwania wydawanego przez koła starego wózka dołączyło miarowe szuranie podeszew o nawiewany na asfalt piach.
Pamiętała tego człowieka jeszcze z czasów, gdy był postawnym, wysokim mężczyzną z bujną, czarną brodą. Sprowadził się do Adamowa mniej więcej w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ojciec Teresy wspominał, że Bobowicz początkowo budził wśród miejscowych nieufność, ale ponieważ na koniach znał się jak mało kto, a do pomocy zawsze był pierwszy, prędko zaskarbił sobie uznanie okolicznych gospodarzy. Niektórzy mówili, że to brat słynnego w swoim czasie na Zamojszczyźnie cygańskiego wójta - Romana Bobowicza z Grabowca. Ile w tym było prawdy, a ile zwykłego ludzkiego gadania, trudno powiedzieć, ale przybycie Czarnego, jak wszyscy nazywali go w okolicy, zgadzałoby się w czasie z przymusowym osiedlaniem Romów w grabowieckim pałacu.
Od kiedy konie ostatecznie zastąpione zostały przez maszyny, Czarny zaczął najmować się do pracy w lesie, a gdy z powodu artretyzmu i podeszłego wieku musiał zrezygnować i z tego zajęcia, zajął się zbieraniem złomu po wioskach w okolicy Adamowa. Lekko przygarbiona sylwetka, ciągnąca za sobą skrzypiącą dwukółkę, stała się nieodłącznym elementem lokalnego krajobrazu.
Był już na wysokości domu Teresy, kiedy skończyła zbierać pranie. Widok na drogę zasłaniał wysoki parkan, ale dochodzące zza ogrodzenia dźwięki nie pozostawiały wątpliwości co do miejsca, w którym znajduje się Bobowicz. Kobieta wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę domu. Co ją obchodzi jakiś stary wariat?
"Jak ma ochotę, to może sobie tak łazić nawet do Niedzieli Wielkanocnej albo i dłużej" - pomyślała.
Kiedy zamykała za sobą drzwi, skrzypienie wózka i kroki starego ustały; miała wrażenie, że dokładnie na wysokości jej furtki. Być może Czarny usłyszał ją i chciał zapytać o jakieś niepotrzebne metalowe sprzęty.
Po chwili jednak uświadomiła sobie, że coś jest nie tak. Przyzwyczaiła się do wizyt Czarnego w Bliżowie, ale ta dzisiejsza wyglądała jakoś... inaczej. Teresa stała przez chwilę na środku kuchni z naręczem pachnącej świeżością pościeli, po czym położyła ją na krześle i znów wyszła na zewnątrz.
Nic się nie zmieniło. Było całkowicie cicho, nie licząc szumu wiatru, który wciąż się wzmagał.
Wreszcie zrozumiała.
Za każdym razem, gdy Czarny zbliżał się do Bliżowa, dźwiękom wydawanym przez jego wózek towarzyszyło zawzięte ujadanie. Być może skrzypienie kół tak rozwścieczało miejscowe kundle, a może w nieznajomym człowieku wyczuwały one jakieś zagrożenie. W każdym razie przybycie Bobowicza do tej pory zawsze było przez nie sygnalizowane, zanim jeszcze mieszkańcy zauważyli go na opadającej ku wsi drodze.
Tym razem nie zaszczekał ani jeden pies.
Mateusz w ciągu ostatnich dni przespał najwyżej kilkanaście godzin. Choroba wyniszczała go od środka, a bólu nie były w stanie zagłuszyć nawet silne medykamenty, więc tym bardziej każda kolejna godzina snu była dla chłopca na wagę złota. Stojąc przed drzwiami, Teresa z niepokojem oczekiwała pierwszego hałaśliwego szczeknięcia, które sprawi, że cała wieś zabrzmi kakofonią psiego ujadania. Już nie było jej wszystko jedno.
Ruszyła w stronę furtki.
Gdy ją uchyliła, zobaczyła Czarnego, który stał nieruchomo i patrzył w stronę kobiety. Czekał.
Kolor włosów i brody, od którego wzięło się jego przezwisko, dawno już zastąpiła siwizna. Oczy, płonące niegdyś ciemnym blaskiem, z czasem zostały zasnute bielmem, ale Bobowicz nie wyglądał na niedołężnego starca. Choć przygarbiony pod jarzmem upływającego czasu, i tak górował nad Teresą prawie o dwie głowy. Po plecach kobiety przebiegł dreszcz, mimo tego podeszła bliżej i odważnie spojrzała Czarnemu prosto w twarz.
- Panie Bobowicz, po co pan się tu kręci po nocy? - zapytała. - Przecież o tej porze i tak nie uda się panu niczego znaleźć, a tylko...
Zgubiła wątek. Jego osadzone w śniadej twarzy oczy niemal fosforyzowały bielą. Poruszane wiatrem siwe, długie włosy, w których tańczyło światło księżyca, sprawiały, że wyglądał wręcz upiornie. Teresa cofnęła się o krok.
- Zaraz pobudzi pan tym swoim wózkiem wszystkie psy we wsi, a mój syn bardzo potrzebuje snu.
Przyszło jej na myśl, że mógłby zostawić dwukółkę i wrócić jutro, ale zanim zdążyła to zaproponować, usłyszała:
- Tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, moja droga. To zdecydowanie zbyt późno wykryty mięsak Ewinga, nieprawdaż?
Zanim dotarła do niej treść pytania, zwróciła uwagę na to, że Bobowicz inaczej niż zwykle artykułuje słowa. Rozmawiała z nim wielokrotnie, gdy przychodził po stare rupiecie, lecz tym razem jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Łagodnie, dźwięcznie, z trudnym do wychwycenia, ale słyszalnym obcym akcentem.
- Skąd pan wie? - zapytała po chwili.
Uśmiechnął się, odsłaniając dwa rzędy równych i zaskakująco białych zębów. Pierwszy raz widziała, jak Czarny się uśmiecha.
- Och, Teresko... Ja wiem więcej, niż mogłoby ci się zdawać.
- Ludzie gadają, prawda? Czasem mam wrażenie, że cieszą się z nieszczęścia, które nas...
- Ludzie przeważnie rozmawiają na serio o rzeczach zupełnie nieistotnych - przerwał jej - a po sprawach naprawdę ważnych prześlizgują się ledwie pobieżnie. Nie od nich wiem o twoim problemie i nie pytaj skąd, bo to akurat nie ma najmniejszego znaczenia.
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Zasnutymi bielmem oczyma uważnie przypatrywał się kobiecie. Wreszcie znów się odezwał:
- Jestem tu, aby ci pomóc, moja droga. Wiem, czego potrzeba tobie i twojemu synkowi.
Teresa pokręciła głową.
- Lekarze nie dają żadnych szans, więc...
- Są inni lekarze. Są nowe metody leczenia, które mogą znacznie przedłużyć życie Mateuszowi. Oczywiście wymagają one dalekich wyjazdów, nawet za granicę, są kosztowne, ale dają nadzieję.
- Wiem, ale nie mam takich pieniędzy - powiedziała, spuszczając wzrok. - Brakuje mi nawet na lekarstwa, a co dopiero...
- Nie wyglądam na krezusa, ale pamiętaj, że pozory mogą mylić. - Podszedł do kobiety i położył dłonie na jej ramionach. - To jak, Teresko? Jeśli miałbym taką kwotę, przyjęłabyś ją ode mnie?
Ponownie na niego spojrzała, a zaraz potem skinęła głową.
- Zrobiłabym wszystko, by dać Mateuszowi szansę.
Mężczyzna znów się szeroko uśmiechnął.
- To właśnie chciałem usłyszeć - rzekł, a zaraz potem dodał: - Oczywiście, nie zrobię tego za darmo. Mam nadzieję, że to rozumiesz, moja droga?
Jeszcze raz skinęła głową.
- Będę cię wkrótce potrzebował. - Przez wełnianą chustę poczuł, jak kobieta zaczyna drżeć i dodał:
- Nie bój się, to nie jest to, o czym myślisz. Zresztą, jestem już na to za stary. - Nieprzyjemny śmiech, który przerwał jego słowa, zupełnie nie pasował do wcześniejszego, łagodnego tonu głosu.
Odsunęła się o kilka kroków.
- Więc co mam zrobić? - zapytała. - I jaką mam pewność, że mówi pan prawdę o tych..., o tym, że dostanę te pieniądze?
- Nie masz żadnej pewności - odparł, szczerząc zęby w fałszywym uśmiechu. - Masz za to moje słowo i ono na razie musi ci wystarczyć.
Rozpiął płaszcz i z jego wewnętrznej kieszeni wyjął białą, lekko pomiętą kopertę.
- Trzymaj. Na razie jest pusta, ale gdy zrobisz to, czego od ciebie oczekuję, znajdziesz w niej wystarczającą ilość pieniędzy. Wiedz jednak, że nie będzie to łatwe zadanie. Dlatego dam ci do namysłu dobę. Jutro o tej porze znów przyjdę i jeśli tutaj, pomiędzy deskami furtki, nie znajdę koperty, będzie to znaczyło, że nie zmieniłaś zdania.
Nie czekając na odpowiedź, chwycił za metalową rączkę dwukółki i ruszył w powrotną drogę. Wózek zaskrzypiał przeraźliwie, a Bobowicz odwrócił się i rzucił jeszcze przez ramię:
- Nie bój się, psy nie będą dziś szczekać. Możesz być o to spokojna, moja droga. Możesz być spokojna, bo Czarny zawsze dotrzymuje słowa.
Wiatr ustał zupełnie, zanim jeszcze zdążyła dojść do domu.
Od strony drogi jeszcze przez długi czas dochodziły dźwięki hałasującego wózka Bobowicza, ale Teresa nie słyszała nic poza nimi. Gdy wreszcie i one ucichły, zamknęła za sobą drzwi na skobel, a potem zajrzała do Mateusza. Spał spokojnie, lekko się uśmiechając.
Przeszła do swojego pokoju, gdzie przylgnęła plecami do nagrzanego kaflowego pieca. Była zziębnięta, zmęczona, a do tego wytrącona z równowagi. Próbując zebrać myśli, obracała w dłoniach białą, pustą kopertę.
Nigdy by nie przypuszczała, że Czarny zna imię jej syna, a była niemal na sto procent przekonana, że podczas rozmowy to właśnie Bobowicz przywołał je po raz pierwszy. O ile jednak to akurat można wytłumaczyć jego zażyłością z niektórymi mieszkańcami Bliżowa, o tyle zupełnie nie mogła pojąć, skąd miał takie dokładne informacje o chorobie, na jaką cierpiał Mateusz. Tak naprawdę jej nazwę znała chyba tylko Teresa i lekarze zajmujący się chłopcem. We wsi mówiło się, że "mały Bielak ma raka" i "podobno już są przerzuty, nie wiadomo nawet, czy chłopak doczeka do lata". Tyle wystarczało. Nikomu nie były potrzebne fachowe określenia. Nawet Bożena pewnie zdziwiłaby się, gdyby nagle usłyszała o mięsaku Ewinga, mimo że przecież to właśnie ona, jako chrzestna Mateusza i mieszkająca po sąsiedzku rodzona siostra Teresy, o jego chorobie wiedziała naprawdę sporo.
Wątpliwości po nocnej rozmowie było o wiele więcej. Czarny nie tylko brzmiał inaczej niż podczas wcześniejszych spotkań, ale mówił też w zupełnie innym niż kiedyś, kwiecistym stylu. Skąd ta nagła odmiana? Czy rzeczywiście mógł wspomóc Teresę tak dużą kwotą, że mogłaby dać ona jej synowi szansę na leczenie? Czy w ogóle istniały pieniądze dające nadzieję na przedłużenie życia albo przynajmniej ulżenie Mateuszowi w cierpieniu?
Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiała, tym większy miała mętlik w głowie, jednak w końcu schowała kopertę do szuflady stołu i zatrzasnęła ją zdecydowanym ruchem.
"Zrobię wszystko, czego zażąda ode mnie Czarny. Każda matka na moim miejscu zachowałaby się dokładnie w ten sam sposób - pomyślała. - Nawet jeśli szansa jest tylko jedna na milion, nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że nie spróbowałam".
Gdy niedługo potem leżała na tapczanie w pokoju Mateusza i wsłuchiwała się w jego nieregularny, płytki oddech, wiedziała, że podjęła dobrą decyzję.
- Zrobię wszystko - szepnęła i natychmiast zapadła w sen.
W Wielką Sobotę już od jedenastej wieczorem stała przed domem i niecierpliwie nasłuchiwała znajomego skrzypienia wózka. To, czego dowiedziała się w ciągu dnia od Bożeny, rzuciło na całą sprawę nowe światło, chciała więc jeszcze raz porozmawiać z nocnym przybyszem.
Jej serce zamierało za każdym razem, gdy od strony drogi dobiegał jakiś dźwięk. Wsłuchiwała się w odgłosy wiosennej nocy, przerywane od czasu do czasu leniwym ujadaniem psów. Trzy, może cztery razy w ciągu godziny mrok rozświetliły reflektory przejeżdżającego szosą samochodu, pozostawiając po sobie na jakiś czas jeszcze bardziej nieprzeniknioną ciemność. Księżyc tym razem skrywał się za szczelną kotarą chmur.
Co jakiś czas sięgała ręką do kieszeni kurtki, w której spoczywała biała, coraz bardziej pognieciona koperta. Była ona jedynym dowodem na to, że odbyta poprzedniej nocy rozmowa naprawdę miała miejsce. Ciągłe dotykanie papieru było dla Teresy ważne również z innego powodu. Pomagało jej trwać w przeświadczeniu, że nie postradała zmysłów.
W ostatnim czasie niemal nie wychodziła z domu, a jej kontakt z otoczeniem ograniczał się głównie do rozmów z siostrą. Stojąc w mroku, przypominała sobie ich ostatnie spotkanie, kilka godzin wcześniej. Bożena przyniosła święconkę i garść mało interesujących plotek. Już wychodząc, zapytała:
- Pamiętasz tego starego Bobowicza? Wiesz, tego Czarnego, co to chodził po wsiach z wózkiem i zbierał złom?
- Pamiętam - odparła Teresa. - Rozmawiałam z nim nawet ostatnio...
- Słuchaj, nie uwierzysz! Na jego pogrzebie były chyba ze dwie setki osób. Z całej okolicy się ludzie zjechali... Niby taki trochę włóczęga, a jednak szanowany był. Czekaj, czekaj... Mówisz, że z nim niedawno rozmawiałaś?
- Tak... może z tydzień temu - skłamała Teresa, siląc się na obojętność.
- No popatrz. U mnie też jakoś wtedy był. Albo trochę wcześniej... To na pewno było tydzień temu?
- Nie pamiętam dokładnie. A co mu się stało?
- No tak, ty przecież nic nie wiesz! Znaleźli go przedwczoraj powieszonego w stodole. Chowany był zaraz następnego dnia, żeby przez święta nie leżał. I dobrze, bo by jeszcze kogoś po niedzieli ze sobą zabrał... Mszy nie było, bo w Wielki Piątek liturgia słowa może być tylko odprawiana, ale gmina się postarała i chowali go jak sołtysa jakiego. Mój Władek był i opowiadał... Tereska, a co z tobą? Jakoś tak pobladłaś nagle...
- Nie, nic mi nie jest. Tylko... - Głos ugrzązł jej w gardle. Odchrząknęła. - Tylko wiesz, człowiek tak się trochę przyzwyczaił... A wiadomo coś o tym, dlaczego Czar... to znaczy świętej pamięci Bobowicz to zrobił?
- Nic nie wiadomo. Wszyscy się dziwią, bo twardy zawsze był, ciężko miał w życiu, a nie poddawał się łatwo losowi. Może na starość mu się coś w głowie pomieszało?
Po wyjściu siostry Teresa natychmiast poszła do pokoju i zajrzała do szuflady. Sama już nie wiedziała, czy chce znaleźć tam białą kopertę, ta jednak była na swoim miejscu i kobieta od tego momentu nie rozstawała się z nią nawet na moment.
Było wpół do pierwszej, gdy usłyszała chrzęst kroków na drodze. Po ubiegłej nocy nie pomyliłaby ich z innymi. To był ostatni moment na to, aby jeszcze zmienić zdanie. Mogła podbiec do furtki i zostawić w niej otrzymaną od Czarnego kopertę, jednak podjęta wczoraj decyzja wciąż wydawała się jedyną właściwą, więc, drżąc z emocji, stała bez ruchu, rejestrując dźwięki dobiegające zza bramy. Nocny wędrowiec zatrzymał się po drugiej stronie. Tym razem nie ciągnął za sobą hałaśliwej dwukółki.
Teresa w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Nie chciała go już o nic pytać, rozmowa nie była potrzebna, bo przecież wszystko było jasne. Najwyraźniej dla Czarnego również. Postał jeszcze na wysokości bramy może przez minutę, po czym zaczął się oddalać.
Nie pozostało jej nic innego, jak ukryć się w domu i czekać na dyspozycje. Włożyła wciąż jeszcze pustą kopertę do szuflady, po czym niemal odruchowo zajrzała do Mateusza. Był bardzo blady, ale najważniejsze było to, że spał. Poprawiła jego kołdrę i pocałowała chłopca w lekko zroszone chłodnym potem czoło.
"Jeszcze troszkę, synku, a może będę mogła ci pomóc" - pomyślała, po czym przeszła do kuchni i usiadła przy stole.
Wielkanoc wśliznęła się do Bliżowa bezszelestnie jak złodziej i czekała, aż jej przybycie oznajmi poranne, radosne bicie dzwonów.
Siedzącej przy stole kobiecie było to całkowicie obojętne.
Obudził ją słaby głos Mateusza. Chłopiec wołał matkę, najwyraźniej zaniepokojony jej nieobecnością. Dopiero wtedy zrozumiała, że spędziła noc w kuchni. Natychmiast się podniosła, nalała do szklanki kompot i zaniosła do pokoju syna.
Podczas gdy malec pił łapczywie, Teresa przyglądała mu się z czułością. Gdy skończył, spojrzała na zegarek i powiedziała:
- Nie będzie mnie przez jakiś czas. Wrócę po południu. Ciocia Bożenka będzie do ciebie zaglądać, dobrze?
Sama była nie mniej zaskoczona tymi słowami niż Mateusz.
- Nie chcę, żebyś gdzieś szła, mamo - powiedział cicho. - Są święta, prawda? Nie chcę być sam w święta.
- Nie będziesz sam - odparła i pogładziła go po jasnych włosach. - Gdy wrócę, cały czas będę z tobą. Jesteś głodny?
Pokręcił przecząco głową.
- Spróbuj jeszcze pospać, to czas szybciej minie - dodała.
Zobaczyła w jego oczach łzy, ale musiała być silna, więc odebrała z jego wątłych dłoni pustą szklankę i wyszła z pokoju.
Miała w sobie mnóstwo energii i czuła się silna, jak nigdy dotąd.
Było wpół do jedenastej. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że musi się pospieszyć.
Założyła wygodne dżinsy, flanelową koszulę w kratę i nieprzemakalną wiatrówkę. Chociaż nie wyglądała jeszcze przez okno, wiedziała, że pada drobny deszcz. Zeszła do piwnicy i z dna jednego z pudeł, spod niezliczonej masy rupieci wyjęła solidny, myśliwski nóż należący do jej nieżyjącego męża. Kiedyś był jej już potrzebny i spędziła wtedy kilka dni na bezowocnych poszukiwaniach. Teraz dokładnie wiedziała, gdzie leży. Wysunęła go ze skórzanej pochwy, sprawdziła palcem stalowe ostrze i skrzywiła się z niezadowoleniem.
Na doprowadzenie go do odpowiedniego stanu poświęciła kilkanaście cennych minut. Gdy skończyła, osełka była gorąca od tarcia, a nóż ostry jak brzytwa. Schowała go do pochwy i przytroczyła do pasa. Przed lustrem upewniła się, że wiatrówka dobrze maskuje białą broń.
Raz jeszcze zajrzała do Mateusza i ucieszyła się, bo mały znów zasnął.
Niedługo potem zapukała do drzwi położonego po sąsiedzku domostwa. Bożena była zaskoczona jej widokiem.
- Nie będzie mnie kilka godzin. Zajmiesz się przez ten czas moim synem.
Zabrzmiało to nie jak prośba, tylko nieznoszące sprzeciwu polecenie.
- To ważne - dodała. - Potem ci wyjaśnię. Może.
- Nie wejdziesz? Jemy akurat świąteczne śniadanie...
- Nie mam czasu. - Mówiąc to, wcisnęła Bożenie do ręki klucz. - Teraz śpi, ale jak się obudzi, może być głodny. Daj mu coś do jedzenia.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i zaraz potem była na drodze. Czuła, że jej siostra wciąż patrzy na nią zdziwiona, ale zupełnie jej to nie obchodziło.
W tej chwili najważniejsze było szybkie dotarcie do Guciowa.
*
Chciała przejść najkrótszą drogą - najpierw obok krzyża z rzeźbionym w drewnie Chrystusem, a potem obok kościoła, jednak ten banalnie prosty plan okazał się niewykonalny. Krzyż musiała obejść, nie podchodząc do niego bliżej niż na jakieś dziesięć metrów, a świątynię ominąć jeszcze szerszym łukiem, więc poszła piaszczystą drogą, biegnącą równolegle do asfaltu.
Na końcu wsi, tuż przed liczącym kilka zabudowań przysiółkiem Bisy, chroniony ramionami rozłożystej lipy stał jeszcze jeden, tym razem metalowy krzyż przydrożny. Do niego nawet już nie próbowała się zbliżać.
Z ostatniego podwórza wypadł Ares - średniej wielkości podpalany kundel, którego często podkarmiała. Zdarzało się, że czasem nawet nocował na jej podwórzu. Pies sadził do niej w podskokach, radośnie popiskując. Teresa przykucnęła, by go przez chwilę pogłaskać, jednak Ares stanął jak wryty w bezpiecznej odległości. Najpierw przez jakiś czas uważnie jej się przypatrywał, a potem zaczął się cofać. Na jego grzbiecie zjeżyła się sierść, wyszczerzył kły i głucho warczał.
Teresa podniosła się i sięgnęła do boku, chwytając za rękojeść noża. Precyzyjnym rzutem mogła w jednej chwili przerwać nienawistne warczenie. Wiedziała, że trafiłaby idealnie w szyję psa i naprawdę miała ochotę to zrobić. Ostatecznie jednak postanowiła zostawić sobie tę przyjemność na potem. Na razie miała ważniejsze sprawy na głowie. Piaszczysta droga w tym miejscu zmieniała się w asfaltową i wiodła do bardziej uczęszczanej szosy na trasie Zwierzyniec-Krasnobród. Szybkim krokiem ruszyła nią przez las w kierunku sąsiedniej wioski.
Czuła się jak wadera, która właśnie trafiła na świeży trop rannej zwierzyny.
Za kwadrans dwunasta dotarła na parking położony naprzeciw gospodarstwa agroturystycznego w Guciowie. Stał na nim tylko fiat punto. Właśnie jego szukała.
Podeszła bliżej, rozglądając się czujnie. Nie mogła w takiej chwili pozwolić sobie na nieostrożność. Gdy nikogo nie dostrzegła, czterema mocnymi cięciami zniszczyła opony samochodu, a następnie spokojnym krokiem przeszła przez ulicę i ruszyła w stronę widocznego przed nią wzniesienia.
Była już blisko.
Wzgórze było dość strome, ale nawet po kilku minutach forsownego marszu pod górę Teresa nie miała najmniejszej zadyszki. Deszcz padał teraz już mocno, lecz nie przeszkadzało jej to w pokonywaniu kolejnych metrów. Na błotnistej ścieżce widziała ślady ciężkich butów. Ktoś bardzo niedawno musiał tędy iść.
Nagle z oddali usłyszała huk wystrzału. Ruszyła biegiem.
Kiedy dotarła na szczyt wzniesienia, zobaczyła przed sobą Słoneczną Dolinę, a na jej tle sylwetkę mężczyzny, zmierzającego w jej stronę chwiejnym krokiem. Trudno było stwierdzić, czy jest pijany, zmęczony, czy też po prostu ma problem ze sprawnym poruszaniem się. Wydawało się, że zza jego pleców dobiegają milknące dźwięki kościelnych dzwonów, ale to musiało być złudzenie. Znała to miejsce i była pewna, że w dolinie nie ma żadnego kościoła.
To jednak było w tym momencie najmniej ważne.
Interesował ją zbliżający się z trudem na oko pięćdziesięcioletni facet. Miał na sobie brudne, zabłocone ubranie.
"A więc to wszystko przez niego? - pomyślała ze zdziwieniem. - Przecież to bułka z masłem".
Dzieliło ich może dziesięć metrów, może mniej, a on wciąż jej nie dostrzegł. Szedł, patrząc pod nogi, coś do siebie mamrocząc i raz po raz kręcąc głową. Uznała, że wystarczy jeden szybki ruch, cios w wychudzoną klatkę piersiową i będzie po sprawie. Dotknęła noża. Nie mogła się już doczekać.
Mężczyzna wreszcie ją zauważył, ale wzruszył tylko ramionami i wciąż zmierzał przed siebie, najwyraźniej licząc, że Teresa usunie mu się z drogi. Kiedy to nie nastąpiło, stanął przed nią i zmęczonym, trochę błędnym wzrokiem spojrzał jej w oczy.
To był ten moment. Właśnie teraz powinna uderzyć.
Zrobiłaby to bez najmniejszego wahania, gdyby nie fakt, że w twarzy nieznajomego dostrzegła coś, co poruszyło ją do szpiku kości. Na obliczu sporo starszego od niej mężczyzny malowało się coś, co od momentu zdiagnozowania nowotworu u Mateusza sama codziennie widziała w lustrze. Ból, poczucie straty, beznadzieja istnienia. U Teresy wszystko było świeże, zaś u niego zatarte przez mijający czas, ale dla niej wciąż doskonale widoczne...
- Pszpraszm - mruknął i głośno czknął.
Usunęła się ze ścieżki. Patrzyła, jak ją mija i wiedziała, że nie może go puścić wolno. Nadal trzymała dłoń na rękojeści noża i wciąż pamiętała o swoim synu, dla którego się tutaj pojawiła.
Nie potrafiła jednak zadać ciosu.
Obcy przeszedł kilka kroków, a potem się zatrzymał. Mruczał coś do siebie przez chwilę, gestykulował, aż wreszcie zawrócił i znów się zaczął zbliżać.
"Drwi ze mnie - pomyślała. - Muszę to zrobić!".
Mimo to, kiedy znów był obok Teresy, ona nie potrafiła wywiązać się ze swojego zadania.
- Mam nieźle w czubie - oznajmił, popukał się w głowę, a następnie, zataczając się, ruszył w stronę Słonecznej Doliny. Po kilku krokach potknął się, upadł do przodu, a potem ułożył się wygodniej i znieruchomiał.
Teresa wyjęła nóż z pochwy i podeszła bliżej. Postała przez moment, po czym odrzuciła niedoszłe narzędzie zbrodni jak najdalej od siebie.
Dotarcie do Bliżowa zajęło trzykrotnie więcej czasu niż droga, którą przebyła w przeciwną stronę. Wszystko ją bolało, była przemoczona i zmarznięta na kość. Nie mogła się już doczekać, aż dojdzie do domu, weźmie ciepłą kąpiel i położy do łóżka.
Z ulgą dojrzała pierwsze zabudowania. Po raz drugi tego dnia spotkała Aresa, który najpierw przyjrzał się jej nieufnie, a potem podbiegł, łasząc się i prosząc o pieszczotę. Później towarzyszył jej już do samego domu. Tym razem nie musiała też ani razu nadkładać drogi.
Weszła do środka i stanęła w progu pokoju Mateusza. Łóżko było puste.
- Tysiąc razy jej mówiłam, że może zarazić się od jej dzieci - mruknęła, ale nie miała siły, aby teraz iść do Bożeny i robić jej awanturę.
Musiała się położyć, chociaż na chwilę.
*
Obudził ją hałas dobiegający z kuchni.
- Bożena?
Siostra weszła do pokoju z uśmiechem.
- Jak samopoczucie? - zapytała.
- Gdzie Mateusz? Prosiłam cię przecież, żebyś go nie zabierała do siebie - powiedziała z wyrzutem Teresa.
- Daj spokój. Przecież grzecznie bawi się z dziewczynkami. Przy śniadaniu chyba obie przesadziłyśmy z winem. Mnie też głowa pęka. Chodź, napijemy się kawy, zjemy trochę ciasta. Czekam na ciebie w kuchni.
Teresa natychmiast się ubrała. Nie znalazła nigdzie mokrych ubrań, uznała więc, że siostra tymczasem pozbierała je z podłogi i zabrała do łazienki.
Usiadła naprzeciw Bożeny. Na zewnątrz się wypogodziło, przez okno wpadało do środka ciepłe, słoneczne światło. Nagle usłyszała tupot na schodach, a zaraz potem do pomieszczenia wpadł jej syn. Był zasapany, zgrzany i cały w skowronkach.
- Cześć, mamo! Pić mi się chce.
Jej serce wykonało gwałtownego koziołka. Poderwała się i złapała syna za rękę.
- Czyś ty oszalał? Przecież tak nie można! Jesteś chory, nie wolno ci biegać!
Spojrzał na nią zdziwiony.
- Przecież wczoraj mówiłaś, że całkiem już wyzdrowiałem. Prawda, ciociu? - zwrócił się do Bożeny.
- No pewnie. Tereska, daj spokój. Przecież po grypie musi nabrać trochę odporności i nałykać się świeżego powietrza. Chodź - powiedziała do chłopca - dam ci kompotu i wracaj do dziewczynek.
Swoim zwyczajem wypił łapczywie i już go nie było. Po chwili z dworu dobiegły odgłosy beztroskiej zabawy.
- Nic z tego nie rozumiem. - Teresa kręciła głową, szeroko otwartymi oczami patrząc na siostrę. - To na pewno piękny sen, ale nie chcę się z niego obudzić.
Wstała i wyszła na zewnątrz.
Dzieciaki bawiły się w łapanego. Wiosna powoli budziła się wokół do życia.
Gdy kobieta spojrzała na pobliskie wzgórze, na jego szczycie dostrzegła sylwetki dwóch mężczyzn. Jednym z nich był nieznajomy zakapturzony mężczyzna, odziany w zakonny habit. Drugiego znała aż nazbyt dobrze. Jego długie, tańczące w rytm podmuchów wiatru siwe włosy, brodę i śniadą twarz poznałaby na końcu świata.
Czarny wraz z nieznajomym mnichem, który z tej odległości zdawał się pozbawionym prawego ramienia kaleką, przypatrywali się jej przez dłuższy czas, a potem odwrócili się i niespiesznie zniknęli za wierzchołkiem wzniesienia.
"Czarny nie powiedział, co będzie, jeśli nie spełnię jego żądania - pomyślała Teresa. - I dobrze, bo jeśli byłaby to jakaś groźba, to z pewnością dotrzymałby słowa".
Nie uspokoiło jej to całkowicie, ale gdy spojrzała na biegnącego co sił i śmiejącego się syna, nic już nie miało znaczenia.
- Boże, byleby to tylko nie był sen - powiedziała cicho i ruszyła w stronę domu. Nie chciała, aby Mateusz zauważył, że płacze.
Skoro twój przyjaciel odszedł na zawsze,zapłacz nad jego mogiłą i trwaj w żałobie, bracie.A potem wstań i żyj tak, żeby był z ciebie dumny,filując stamtąd, z góry, na twoje poczynania.
Jerzy Szewczyk
Kiedy piszę te słowa, mijają cztery lata od momentu, gdy na Targach Książki w Krakowie trzymałem po raz pierwszy w życiu książkę swojego autorstwa.
Dokładnie cztery lata, co do dnia.
Przez ten czas w moim życiu wiele się zmieniło.
Gdy zaczynałem pracę nad "Domem na wyrębach", we wrześniu dwa tysiące szóstego roku, nie miałem pojęcia, jak moja przygoda z pisaniem się zakończy. Tekst, który początkowo szacowałem na około trzydzieści stron, zaczął się dość mocno rozrastać i w pewnym momencie zrozumiałem, że aby historia Marka Leśniewskiego była przedstawiona w satysfakcjonujący mnie sposób, muszę porwać się na przedsięwzięcie o wiele trudniejsze niż stworzenie średniej wielkości opowiadania.
Pamiętam, że zastanawiałem się wtedy, czy jestem na tyle zdeterminowany, by udźwignąć tego typu zadanie. Miałem co do tego wątpliwości, niemniej jednak postanowiłem spróbować.
Praca nad tekstem, z krótszymi lub dłuższymi przerwami, trwała niemal dokładnie rok. Świetnie się przy tym bawiłem, ale kwestia ewentualnego druku pozostawała sprawą otwartą. Powiedzmy sobie szczerze - szanse były niewielkie, zwłaszcza że wcześniej nie publikowałem na papierze, ale rzeczywistość okazała się dla mnie łaskawa i marzenie o własnej książce stało się rzeczywistością.
Jedną z chwil podczas powstawania "Domu na wyrębach" pamiętam wyjątkowo dobrze. Były to Święta Wielkanocne w dwa tysiące siódmym roku, które spędzałem w moim rodzinnym domu w Lubyczy Królewskiej. Opisywałem wtedy podglądany przez Leśniewskiego i Jaszczuka sejmik żurawi, na który po lekturze zwracało uwagę wielu Czytelników. Robiłem to późnym wieczorem, właściwie już nocą, gdy wszyscy w domu już spali i nikt z moich Bliskich nie domyślał się, co wyprawiam. Nikt z nich nie wiedział, że postanowiłem napisać powieść.
Główna oś fabularna książki, którą właśnie, drogi Czytelniku, trzymasz w rękach, rozgrywa się kilkadziesiąt kilometrów od Lubyczy Królewskiej, a akcja pierwszego rozdziału rozpoczyna się właśnie w Wielkanoc dwa tysiące siódmego roku.
Uświadomiłem to sobie całkiem niedawno. Ot, przyjemny, nieplanowany zbieg okoliczności.
Wiele przyjemnych zbiegów okoliczności wydarzyło się po premierze mojej debiutanckiej książki, ale większość z nich by mnie pewnie nie spotkała, gdyby nie to, że postanowiłem nie poprzestać na niej jednej. Uznałem bowiem, że pisanie sprawia mi tak wiele satysfakcji, że postaram się zająć nim na poważnie.
Nie miałem nigdy chwili zwątpienia, że obrałem słuszną drogę, chociaż czasami bywało ciężko. Rozterki na szczęście nie wiązały się z pytaniem, czy wybrałem dobry szlak, ale z kwestią, w jaki sposób mam nim dalej podążać.
Ostatnie dwa tomy "Czarnego Wygonu" postanowiłem zadedykować moim Siostrzeńcom - Tomaszowi i Jędrzejowi, którzy właśnie stoją przed wieloma dylematami dotyczącymi dorosłego życia, i którzy może coś z tych moich doświadczeń zechcą wykorzystać.
Drogi Tomku, Drogi Jędrku!
Wiedzcie, że trzymam za Was mocno kciuki. Życzę samych dobrych wyborów, teraz i w przyszłości, które sprawią, że będziecie po prostu szczęśliwi. To nie jest łatwe - podobnie, jak i trudne bywa czasem samo życie (o czym przecież wszyscy przekonaliśmy się w dwa tysiące czwartym roku), ale przecież możliwe.
Wiedzcie też, że jestem z Was dumny i cieszę się, że jesteście.
Dziękuję wszystkim tym, którzy namawiali mnie do kontynuacji "Czarnego Wygonu". Stawiając ostatnią kropkę drugiego tomu i będąc w pełni świadomym, że wiele furtek zostawiam niedomkniętymi, sądziłem, że to koniec tego właśnie cyklu powieściowego. Chciałem, żeby każdy, kto się z nim zapoznał, sam dopowiedział sobie ciąg dalszy. Później zatęskniłem trochę za roztoczańskimi klimatami, niemniej jednak, gdybym był jedynym tęskniącym, "Bisy" na pewno by nie powstały. Dziś bardzo się cieszę, że są i że Czytelnicy będą mogli przekonać się, czy dobrze domyślali się dalszych losów bohaterów.
Jestem wdzięczny tym osobom, które motywowały mnie do pracy nad "Bisami", chociaż zdaję sobie sprawę, że trwała ona dość długo. Niemniej jednak uważam, że lepiej, jeśli książka pojawia się o rok za późno niż o dzień za wcześnie. Mam nadzieję, że powieść, którą trzymacie Państwo w rękach, ukazuje się we właściwym czasie.
Dziękuję osobom, które pomogły mi w poznaniu realiów Roztocza - zwłaszcza Aldonie, Monice i Panu Andrzejowi. Dzięki Wam ta książka jest pełniejsza i bardziej wiarygodna, co właśnie w przypadku literatury fantastycznej jest niezmiernie istotne, a także tym wszystkim Czytelnikom, którzy spotykali się ze mną podczas licznych spotkań autorskich, ponieważ to właśnie one są dla mnie nieocenionym dowodem na to, że to, co robię, ma sens.
Nie mogę też zapomnieć o Tobie, Drogi Czytelniku, który po raz kolejny sięgnąłeś po powieść mojego autorstwa. Tak naprawdę to właśnie Ty jesteś najważniejszym jej twórcą i za to Ci bardzo dziękuję. Literatura bez Ciebie jest tylko pustym, nikomu niepotrzebnym zlepkiem tysięcy wyrazów.
To właśnie Ty nadajesz jej wartość.
Mojemu Siostrzeńcowi - Tomaszowi
Adamowicz z niechęcią wpatrywał się w miedziane wahadło przedwojennego zegara, otrzymanego od ojca w prezencie ślubnym.
"Kiedy to było?" - zapytał sam siebie w myślach, zmarszczył krzaczaste brwi i wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia. Miał w głowie zupełną pustkę.
Po kolejnej nieprzespanej nocy powinien się położyć, ale wiedział, że sen nie przyjdzie, jeśli nie zostanie przywołany garścią tabletek uspokajających.
- Dwadzieścia lat chyba już będzie... - oznajmił niepewnie wahadłu, które odpowiedziało głośnym, powolnym "tak... tak... tak...". - Nie, chyba ze dwadzieścia pięć... - poprawił się po chwili, skubiąc w zamyśleniu mocno posiwiałe, przybrudzone papierosowym dymem wąsy, których głównym zadaniem było maskowanie blizny pozostałej po operacji zajęczej wargi.
- Tak... tak...
- Nie otumanisz mnie - rzekł, wodząc wzrokiem od lewa do prawa i z powrotem. - Czekaj, zaraz sobie przypomnę... Piotrka trzymałem do chrztu dokładnie dziesięć lat po ślubie z Janką. On teraz będzie miał... - Twarz Adamowicza stężała. Po chwili odezwał się dużo ciszej:
- W czerwcu kończyłby dziewiętnaście, to razem wychodzi...
- Bom... bom... - odezwał się zegar.
Bogdan podniósł wzrok wyżej i stwierdził, że właśnie mija dziewiąta.
- ...to razem prawie trzydzieści. Prawie trzydzieści lat tu stoisz i żadnego z ciebie pożytku, przeklęty rupieciu. Dawno bym cię porąbał na wióry, gdyby nie Piotrek. Jemu się podobałeś, lubił cię słuchać, patrzeć na ciebie i trzymałem cię tylko dla niego. Byłby z ciebie dobry prezent weselny od chrzestnego, a teraz? - Wzruszył ramionami i westchnął już do siebie:
- Teraz zaczynasz rozum tracić, stary głąbie, bo gadasz z durnym zegarem. Weź się jakoś w garść.
Wstał i pomacał się po lewej kieszeni na piersi. Ostatniego papierosa z paczki wypalił przed chwilą, ruszył więc do kuchni po następną. Zaraz potem przystanął i stwierdził, że jednak lepiej będzie, jeśli zdecyduje się na tabletki. Musiał przecież trochę się zdrzemnąć przed kolejną nieprzespaną nocą.
W tym momencie od strony drogi dobiegł jakiś hałas, więc skierował się w stronę okna i stanął przy nim dokładnie w momencie, gdy rozklekotany granatowy volkswagen golf wtoczył się na podwórze przez otwartą na oścież bramę. Dopiero teraz Adamowicz przypomniał sobie o Bisach - z którymi umawiał się, że będą zaczynać robotę najpóźniej o ósmej.
- Jasna cholera! A to mendy francowate! - sapnął. - Trzej zafajdani muszkieterowie z Bliżowa...
Z rosnącą irytacją przyglądał się, jak niespiesznie przygotowują narzędzia, zakładają robocze ciuchy i coś tam grzebią przy silniku auta. Gdy wreszcie Mirek, najmłodszy z nich, wyjął z bagażnika trzy butelki piwa i foliowe torebki z drożdżówkami, tego było już za wiele.
- Czy ja wam, do jasnej cholery, płacę za kręcenie się po podwórzu i chlanie, czy za robotę?!
Siedzieli na deskach plecami do domu, a że wyszedł na zewnątrz cicho jak kot, uświadomili sobie jego obecność dopiero, gdy się odezwał.
- Wpół do dziesiątej dochodzi, a jeszcze nawet żeście palcem nie kiwnęli - Bogdan zaczynał wściekać się nie na żarty. - W takim tempie, to kwiecień was zastanie! Myślałem, że skończycie najpóźniej do Niedzieli Palmowej, a tu już Wielki Tydzień się kończy...
- Niech się szef nie denerwuje tak, bo jeszcze jaka żyłka szefowi się uszkodzi - przerwał mu beznamiętnie Maciek, kończąc przeżuwać kęs drożdżówki. - Nasza granatowa strzała nawaliła po drodze i trza było trochę ją podrychtować. Normalnie to żeśmy zawsze byli zgodnie z umową. Słowo harcerza! - mówiąc to, zadowolony z żartu mrugnął do Adamowicza i pociągnął z butelki. - No nie, chłopaki?
Mirek przytaknął leniwie i również przyłożył butelkę do ust.
Gospodarza zatkało. Poczerwieniał ze złości i warknął przez zęby:
- Zabierać mi się stąd, ale już! Cholerne, bezczelne pętaki... - Groteskowo zmieniony poprzez wadę wymowy głos wywołał u Maćka niezbyt starannie skrywany, drwiący uśmiech. - Wynocha! - Adamowicz zaczynał tracić panowanie nad sobą. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu kawałka solidnego drąga.
Jedynym, który wydawał się zmieszany całą sytuacją, był najstarszy z Bisów. Poderwał się, odstawił piwo i zaczął zakładać robocze rękawice. Adamowicz zauważył wcześniej, że nawet odruchowo próbował ukryć butelkę za plecami. Michał Bis miał już około czterdziestki. Od Maćka był starszy o sześć lat, od Mirka - o dziesięć, ale to właśnie on zachowywał się jak uczniak przyłapany na paleniu za rogiem szkoły.
- Przepraszamy, panie Adamowicz. Niech nam pan pozwoli skończyć robotę... To się więcej nie powtórzy. Wie pan, jaką mamy sytuację, każdy grosz dla nas się liczy...
Bogdan zaprzestał poszukiwań podręcznej broni i teraz tylko bez słowa przypatrywał się kolejno każdemu z trzech swoich pomocników od siedmiu boleści.
- Już się bierzemy do pracy. - Głos Bisa brzmiał niemal płaczliwie. - Trochę dziś później, ale nadgonimy. Na pewno. Słowo honoru!
- Z nimi to ci się chyba nie uda, Michał. - Gospodarz spojrzał mu w oczy, wskazując równocześnie głową na pozostałych. - Do niedzieli pewnie nawet nie zdążycie...
- Zdążymy! Obiecuję, może pan być spokojny! - zapewnił tamten żarliwie. - Do soboty może nawet...
Adamowicz machnął ręką z rezygnacją i podążył w stronę domu. Tuż przed drzwiami usłyszał głos Michała:
- A jak tam w nocy, proszę pana? Znów nic?
W odpowiedzi pokręcił przecząco głową i odparł, nawet się nie odwracając:
- Nic. Chyba nigdy go nie złapiemy.
- Pojebało cię, Michałku? - zapytał Maciek, gdy gospodarz zamknął za sobą drzwi. - Możemy od zawodnika wydusić jeszcze przynajmniej ze cztery dniówki, a ty...
- Zamknij się i do roboty - usłyszał w odpowiedzi. - Ty też, ale już! - zwrócił się do najmłodszego. - Ale żeśmy się, kurwa, dali podejść. Jak dzieci...
Nie chodziło mu o wstyd przed Adamowiczem. Miał gdzieś starego i jego złość, ale ostatnio coraz rzadziej mogli załapać jakąś fuchę; wiedział, że jak rozejdzie się po okolicy, że Bisom już całkiem nie chce się robić, to będzie kłopot. Od kiedy zostali nakryci na podprowadzeniu kantówek z budowanego przez nich letniskowego domku w Bondyrzu i tak rzadko kiedy ktoś brał ich do ciesielki, na której przecież można było zarobić o wiele lepiej, niż przy pracy w tartaku albo, jak tutaj, przy deskach. Był najstarszy i nie mógł pozwolić na całkowitą utratę dość mocno już nadszarpniętej reputacji. Musieli się przecież jakoś utrzymywać.
Wydawało się, że dwóm pozostałym jest zupełnie wszystko jedno, ale mimo tego z ociąganiem posłuchali brata.
- Musimy skończyć przed sobotą - dodał jeszcze, gdy zaczynali pracę. - Następnym razem, jak nas weźmie jeszcze kiedy, to będziemy ostrożniejsi i sobie odbijemy z nawiązką.
Maciek popatrzył na niego zimnym wzrokiem, a potem splunął w kierunku domu i syknął:
- Ale jak jeszcze raz ten stary, sepleniący pokurcz nazwie mnie pętakiem, to mu, kurwa, nie daruję. Jak Boga szczerze kocham.
Mirek uśmiechnął się pod nosem, ale znów nie odezwał się ani słowem. Przeszła mu przez myśl uwaga odnośnie do religijności starszego o cztery lata Maćka, ale zachował ją dla siebie. Od małego nie lubił strzępić jęzora po próżnicy, a nazwanie go małomównym i tak byłoby lekką przesadą.
Tabletki powoli się kończyły. Bogdan przeliczył je pobieżnie i uznał, że mogą mu nie wystarczyć do poświątecznego wtorku. Zaraz potem przypomniał sobie, że w sobotę będzie jechał do zamojskiego szpitala po Jankę, więc uspokojony wziął o jedno relanium więcej niż zwykle.
"Bylebym tylko nie zapomniał wstąpić do apteki i dokupić" - pomyślał i popił lekarstwo świeżym, jeszcze ciepłym mlekiem. Pamiętał, że w szufladzie leży niewykorzystana jeszcze po ostatniej wizycie u lekarza recepta.
"Przynajmniej o to nie muszę się już martwić".
Rozebrał się, przykrył grubą pierzyną i zamknął oczy, a ostatnia myśl ciągle kołatała mu się w głowie. Chciałby mieć tylko takie zmartwienia, jak brak głupiego świstka od doktora.
Życie nigdy go nie rozpieszczało, do wszystkiego, co zdobył, musiał dojść sam, z niewielką, jak na miejscowe zwyczaje, pomocą żony. Gospodarstwo odziedziczył po ojcu zaraz po ślubie i z podupadającej zwykłej zagrody, jak dziesiątki innych, przez lata ciężkiej, chwilami wymagającej ponadludzkich sił pracy doszedł do majątku, któremu nie było równych w Guciowie; mało tego - ciężko byłoby znaleźć podobny w całej okolicy. Adamowicz nigdy nie nastawiał się nadmiernie na hodowlę, miał tylko tyle żywego inwentarza, aby wspólnie z Janką mogli bez większego wysiłku go oporządzić. Nie wypadało przecież kupować od innych kur na niedzielny rosół, czy wieprzka na święta, a i nabiał świeży zawsze się przydawał. Parę krów, kilka świń, trochę drobiu i to w zupełności wystarczało, a uwagę można było skierować na inne obszary gospodarowania.
W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym trafiła się okazja, by w okolicach Józefowa kupić niedrogo kilka hektarów ziemi, więc Adamowicz pojechał na miejsce, obejrzał i nie zastanawiał się długo. Choć od Guciowa był to kawałek drogi, uznał, że taka okazja może się więcej nie trafić. Zapożyczył się, gdzie tylko mógł, i kupił wszystko, co tylko było oferowane do sprzedania. W następnym roku obsadził prawie połowę areału tytoniem, a resztę obsiał pszenicą. Rok siedemdziesiąty dziewiąty był tak urodzajny, że inwestycja, pomimo sporych nakładów na wynajętych do pracy ludzi, prawie się zwróciła.
Kolejne lata nie były już wprawdzie tak dobre, ale udawało się nie tylko wyjść na swoje, ale też trochę odkładać. Gdy ogłoszono stan wojenny, Adamowicz uznał, że pieniądze mogą prędko stracić na wartości i trzeba byłoby rozejrzeć się za pewniejszą lokatą kapitału. Los sprawił, że akurat jego brat postanowił odsprzedać swoją część ojcowizny. W ten właśnie sposób w skład majątku Bogdana wszedł ponaddwuhektarowy sosnowy las, położony pomiędzy Guciowem a usytuowaną nieopodal niewielką wioską Bliżów.
Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wcześniejsze inwestycje w zakup lasów okazały się strzałem w dziesiątkę. Kiedy szalała hiperinflacja, Adamowicz był właścicielem prawie dwudziestu hektarów leśnych ostępów różnej klasy na Roztoczu, w przydomowym tartaku zajmował się przerabianiem drewna na rozchwytywany materiał budowlany, pola w okolicach Józefowa rodziły całkiem przyzwoicie, a budynki lśniły bogactwem. Zadowolenie gospodarza przyćmiewała jedynie myśl, że nie będzie miał komu tego całego majątku zostawić.
Wieloletnie starania o dziecko nie przyniosły rezultatu, lekarze jednoznacznie orzekli, że nie ma żadnych szans na potomka. Nie pomogły ani msze w intencji szczęśliwego poczęcia, ani wizyty u różnych znachorów. Bezpłodność Janki, spowodowana powikłanym i niewłaściwie leczonym zapaleniem jajowodów we wczesnej młodości, przekreśliła marzenia Adamowiczów o własnych dzieciach. W pewnym momencie rozważali nawet adopcję, ale ostatecznie Bogdan uznał, że nie mogą przeciwstawiać się zrządzeniu niebios. Później wielokrotnie tego żałował. Aż do momentu, gdy w rodzinie jego młodszego brata pojawił się Piotrek.
Znajdujący się już na pograniczu snu i jawy gospodarz nagle usiadł, po czym opuścił nogi poza krawędź łóżka.
Podczas porannego obrządku nie zajrzał przecież do Szatana - ulubionego cielaka swojego bratanka. Wstał, by szybko naprawić to przeoczenie, ale po chwili ukrył twarz w dłoniach, kręcąc z niedowierzaniem głową.
"Jak mogłem znów zapomnieć?" - pomyślał.
Pod przymkniętymi powiekami widział Piotrka, który stoi przy nowo narodzonym, słaniającym się jeszcze na słabych nogach byczku i, śmiejąc się, mówi:
- Stryju, zobacz! Czarny jak diabeł, co nie? Może nazwiesz go Szatan? Fajne imię, prawda?
Zgodził się bez wahania. Niewiele było takich rzeczy, których odmówiłby bratankowi. Ale może nie powinien był wtedy ulec? Janka przez kilka dni suszyła Bogdanowi głowę, że nie uchodzi tak nazywać zwierząt, bo to może i nieszczęście jakie sprowadzić. Śmiał się z niej wtedy i pukał w czoło.
- Teraz też byś się śmiał, stary durniu? - spytał sam siebie stłumionym szeptem. - Teraz też byś się śmiał, śmieszku...?
Zegar zaczął wybijać dziesiątą. Wyrwany z zamyślenia gospodarz podszedł do niego, poczekał, aż odezwie się ostatnie uderzenie, a potem otworzył przeszklone drzwi i zatrzymał wahadło.
- Wyspać się chciałem, jasna cholera, dlatego nie będziesz mi tu tykał i bimbał.
Patrzył przez dłuższą chwilę na starą, patynowaną upływającym czasem tarczę, po czym sięgnął do niej dłonią. Położył opuszek palca obok dłuższej wskazówki i pchnął ją w lewą stronę. Tryby zaprotestowały cichym zgrzytem, ale wskazówka przesunęła się o kilka centymetrów.
- Za pięć dziesiąta? Może zrobimy, że stanie się wczoraj, stary druhu? - zapytał, a potem, coraz to szybciej, kolistym ruchem zaczął pchać wskazówkę w stronę, w którą nikt nigdy nie kazał jej podążać. - Najpierw zrobimy wczoraj, a potem pójdziemy do jedenastego. Albo nie! Pójdziemy nawet dalej, do dziesiątego, to i Szatana w ten sposób uda nam się uratować...
Adamowicz z zapamiętaniem kręcił wskazówką coraz szybciej, bezwiednie przygryzając wysunięty język. Jego oddech był coraz płytszy, oczy lśniły obłędem, a na czoło wystąpiły kropelki zimnego potu.
- Już dwudziesty! - krzyknął z satysfakcją. - Jeszcze trochę, jeszcze tylko dwieście czterdzieści okrążeń i będziemy w domu, bracie! Wreszcie się na coś przydasz! Cieszysz się?!
Z jakiegoś innego, bardzo odległego wymiaru do uszu Bogdana zaczął docierać nieprzyjemny, wysoki dźwięk. Adamowicz ocknął się z letargu i odsunął od zegara. Patrzył na niego jeszcze przez moment, a potem cicho, jakby wstydząc się tego, co przed chwilą miało miejsce, zamknął drzwiczki.
Westchnął ciężko, po czym wierzchem dłoni wytarł pot z czoła i podszedł do okna. Najstarszy z Bisów pracował gorliwie, sprawnymi ruchami tnąc sosnowe opoły piłą spalinową, a dwóch pozostałych braci krzątało się obok niego żwawo, składając prawie białe jeszcze deski w zgrabny sztapel.
"Jak wiele brakuje mi jeszcze do zupełnego obłędu?" - zapytał w myślach gospodarz. Chciał, aby jakiś wewnętrzny głos odpowiedział, że nie jest tak źle, że to wszystko jest wynikiem wielodniowego zmęczenia i niewyspania, jednak nawet gdyby tak się stało, Bogdan i tak by nie uwierzył.
Gdy po raz kolejny kładł się do łóżka, nieruchome wskazówki przedwojennego zegara nadal wskazywały kwadrans po czwartej i nie cofnęły się samoistnie nawet o pół minuty. Adamowicz przez chwilę przypatrywał się im z nadzieją, że może jednak zmienią zdanie, a potem odwrócił się twarzą do ściany i zasnął, tłumiąc w sobie pokusę, by obrócić głowę i spojrzeć na wielki cyferblat przynajmniej jeszcze jeden raz.
Gdy nazajutrz o świcie wracał z nocnego dyżuru, przypomniał sobie zakończenie rozmowy odbytej poprzedniego dnia z najstarszym z Bisów. Na zadane przez Michała z wyraźną intencją załagodzenia napiętej atmosfery pytanie o rezultaty nocnych poszukiwań, Adamowicz odpowiedział z rezygnacją, która jego rozmówcę z pewnością mogła zmylić. Odpowiedział w tonie, w jakim od kilku dni przebąkiwała większość mężczyzn biorących udział w nocnych czatach.
- Skoro przez ponad dziesięć dni nie stało się nic złego, ba - poszukiwany nie był nawet widziany w okolicy, to może przeniósł się gdzieś w inne rejony? - Mówiąc takie mniej więcej słowa, każdy z nich podświadomie starał się zakląć rzeczywistość; w tubalnych męskich głosach brzmiała nadzieja, że im więcej razy coś się powtórzy, tym większa jest szansa, aby słowa stały się ciałem. Prawda była taka, że nikt z nich, pomimo że większość była uzbrojona w myśliwską broń palną, nie miał ochoty na nocne spotkanie z olbrzymem, który przez te ostatnie dni w opowieściach przekazywanych z ust do ust, zdążył już urosnąć do rozmiarów dwuipółmetrowego monstrum.
Mierzący niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu Bogdan, jeden z najstarszych wśród czatujących nocami w ukryciu, też miał nadzieję. Nadzieję, że wszystkie te zaklęcia są niewarte funta kłaków.
Oddałby wszystko za spotkanie z olbrzymem, nawet jeśli miałoby się okazać, że plotki odnośnie do potężnej postury oprawcy nie są przesadzone. Przez całe życie dość twardo stąpał po ziemi i, w przeciwieństwie do innych, niespecjalnie wierzył w istnienie "guciowskiego upiora", o którym z upodobaniem godnym lepszej sprawy rozpisywały się lokalne gazety. Wierzył natomiast w istnienie ludzi, których należy jak najszybciej unieszkodliwić, by nie wyrządzili już więcej zła. W swoim przekonaniu był tym bardziej zdeterminowany, że bezsensowne, niczym nieusprawiedliwione okrucieństwo, dotknęło w sposób bezpośredni właśnie jego rodzinę.
Kiedy więc Adamowicz głośno wyrażał przekonanie: "nigdy go nie złapiemy", to miał nadzieję, że los, który ostatnio tak bardzo go doświadczył, właśnie czujnie nadstawia uszu i zaciera swoje oślizgłe macki, z nikczemną satysfakcją na złośliwym pysku, szykując gospodarzowi kolejną przykrą niespodziankę.
Było jeszcze szaro, gdy Adamowicz wjechał na podwórze, ale już wystarczająco jasno, by mógł dostrzec, jak wiele Bisowie zrobili od minionego wieczora.
- Co, do diabła i jasnej cholery? - mruknął, wysiadając z auta.
Kręcąc z niedowierzaniem głową, obszedł podwórze, na którym piętrzyły się stosy okorowanej tarcicy. Większość materiału spoczywała na starannie ułożonych stosach, przeznaczone na drewno opałowe odpadki leżały jako wielka zgrabna pryzma, a sosnowa kora była starannie zgrabiona w jedno miejsce, tworząc cienką, przygotowaną do suszenia w słoneczne dni warstwę.
Adamowicz do tej pory prawie zawsze dyżurował w okolicy zagrody agroturystycznej Stanisławskiego i, ponieważ Bisowie w drodze powrotnej do Bliżowa przejeżdżali obok jego stanowiska, dokładnie wiedział, o której każdego dnia kończyli robotę. Ze względu na zbliżającą się Wielkanoc ostatniej nocy chętnych do patrolowania było nieco mniej i tym razem w udziale przypadła mu warta na przeciwległym końcu wioski, już prawie na granicy z Bondyrzem. Mógł się więc teraz co najwyżej domyślać, o której jego pomocnicy zakończyli pracę, ale założyłby się o spore pieniądze, że nie opuścili podwórza wcześniej niż o drugiej nad ranem.
"Do tej pory ani razu nie musieli jej świecić" - pomyślał i zwrócił wzrok w stronę silnej lampy sodowej zamocowanej na ścianie stodoły.
Podczas wykonywanego machinalnie obrządku Bogdan zastanawiał się, czy przypadkiem poprzedniego dnia nie nacisnął Bisów zbyt mocno. Faktem jest, że do tej pory bezczelnie się lenili, ale może nie powinien był na nich wrzeszczeć. Może wystarczyłoby powiedzieć kilka ostrzejszych słów i efekt byłby ten sam. Ze względu na to, że Janka pochodziła z Bliżowa i bywał tam po swoim ślubie dość często, znał przecież każdego z tych chłopaków od małego i - przynajmniej tak mu się wydawało - cieszył się u nich jako takim szacunkiem.
Przeszłości nie da się zmienić - wiedział to teraz aż nadto dobrze, więc postanowił, że jakoś Bisom wynagrodzi zarówno ich pracę, jak i swoje nerwy. Byle tylko skończyli przed niedzielą, bo przecież w Wielkanoc na podwórzu musi być bezwarunkowo porządek.
O ósmej Adamowicz był już gotowy do spania. Zastanawiał się, ile czasu jego pracownicy będą potrzebować na to, aby wypocząć. Nie miał raczej nadziei, że pojawią się punktualnie; tak naprawdę to cieszyłby się, gdyby robota ruszyła koło dziesiątej. Postanowił jednak spróbować swojej sztuczki.
- Na pewno teraz nie przyjadą - powiedział, uważnie wypatrując przez szybę. - Nie dadzą rady, przecież skończyli nad ranem, napracowali się i muszą trochę odpo...
W tym momencie granatowy golf pojawił się w bramie. Gospodarz uśmiechnął się z satysfakcją i położył do łóżka.
Leżąc na plecach, z dłońmi splecionymi pod głową mówił głośno:
- Nie uda mi się go dorwać. Na pewno nie będzie na tyle głupi, żeby się teraz kręcić w okolicy. Na pewno jest bardzo sprytny.
Powtórzył to kilkakrotnie i gdy już był pewien, że wiadomość dotarła do kogo trzeba, odetchnął z ulgą.
Tym razem zasypiał bez tabletek. Wystarczająco uspokajała go myśl, że noc z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę będzie z całą pewnością przełomowa. Był zadowolony ze swojego sprytu, a własne dziwaczne zachowanie zupełnie go nie martwiło.
Postanowił zająć stanowisko jeszcze za dnia, aby nie minęło go to, co niewątpliwie nadchodzi. Minął gospodarstwo Stanisławskiego i jak zwykle wjechał autem w odchodzącą od asfaltu wąską dróżkę. Samochód zawsze stawiał na tyle daleko od swojej czatowni, by przypadkiem nie spłoszyć tego, na kogo polował.
Wyjął z bagażnika foliowy worek wypełniony sianem, a następnie przewiesił przez ramię płócienną torbę z kanapkami i kawą w termosie. Zanim włożył pod pachę myśliwską, dwulufową strzelbę, uważnie sprawdził, czy jest naładowana. Po kilku minutach z ciężkim westchnieniem usiadł na worku wśród gęstych, przydrożnych krzewów.
Ogarnął wzrokiem otoczenie, przez chwilę przypatrując się baczniej parkingowi położonemu naprzeciw zagrody agroturystycznej, na którym stało kilka samochodów. W gasnącym świetle dnia i z dość znacznej odległości nie mógł dostrzec tablic rejestracyjnych, ale najpewniej pojazdy należały do przyjezdnych, goszczących się w karczmie Stanisławskiego. Nie podobało mu się, że są ludzie, którzy w Wielki Piątek odwiedzają restauracje, ale zdawał sobie sprawę z tego, że czasy się zmieniają i nic się na to nie da poradzić.
Niedługo po tym, jak zapaliły się przydrożne latarnie, przed drewnianą bramą gospodarstwa zatrzymał się biały opel kadett, z którego po kilku sekundach wygramolił się pasażer. Początkowo Adamowicz sądził, że kłopot z wysiadaniem wiąże się z podeszłym wiekiem mężczyzny, jednak gdy ten zrobił kilka kroków, okazało się, że chyba raczej chodzi o jakieś problemy z unieruchomioną w kolanie nogą.
Gdy kuśtykająca postać zniknęła za bramą, z auta wysiadł również kierowca, wyjął z wnętrza opla niewielką torbę i postawił ją na ziemi. Bogdan ze zdziwieniem obserwował, jak mężczyzna czyni znak krzyża, pochyla głowę i składa dłonie do modlitwy. Nie trwała ona dłużej niż kilka minut, niemniej jednak takiego widoku nie spotyka się często i trudno domyślić się, dlaczego ktoś na poboczu drogi, obok samochodu uznaje nagle, że właśnie teraz powinien porozmawiać z Bogiem.
"Pewno zmawia pacierz przed jakąś daleką drogą" - pomyślał Adamowicz. Poniekąd miał sporo racji.
Modlitwę przerwał powrót utykającego pasażera. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i zamienili kilka słów, po czym opel odjechał, pozostawiając kuternogę na poboczu drogi.
Stał tam bez ruchu przez dobrych kilkanaście minut, więc Bogdan miał okazję uważnie mu się przyjrzeć. Choć odległość była dość duża, a światła latarni niezbyt mocne, czający się w ciemności gospodarz miał wrażenie, że gdzieś już widział tego człowieka. Przeświadczenie rosło z każdą minutą, ale olśnienie przyszło dopiero jakiś czas później.
Najstarszy z braci postanowił, że nie będzie zmieniał lepiących się od żywicy i upstrzonych trocinami ubrań na czyste. Był bardzo zmęczony po dwóch dniach wyczerpującej pracy, a w dodatku zrobiło się nadspodziewanie chłodno, więc pomysł, by po prostu przykryć siedzenie kierowcy jakąś w miarę czystą szmatą znalezioną w bagażniku, wydał się Michałowi o wiele atrakcyjniejszy, niż pospieszna zmiana przepoconych ciuchów.
Od kilkunastu minut siedział za kierownicą volkswagena i przypatrywał się, jak młodsi bracia doprowadzają podwórze Adamowicza do porządku. Przez dwa dni prośbą, groźbą i stekami przekleństw mobilizował ich, by zrealizować obietnicę daną gospodarzowi. Koniec końców dopiął swego, jednak teraz miał już wszystkiego serdecznie dosyć. Miał wrażenie, że jest zlepkiem nadwerężonych mięśni przyczepionych do nienaoliwionego, przeciążonego kręgosłupa. To już nie te lata, gdy mógł przez cały tydzień niemal do nieprzytomności pracować z ojcem, a po zakończeniu roboty brał tylko szybki prysznic, by zaraz potem ruszyć rowerem na sobotnią potańcówkę do Adamowa, bawić się prawie do rana, a później jeszcze pofiglować na sianie z jakąś kobitką. Dziś nie zaciągnęliby go na zabawę nawet wołami; marzył jedynie o ciepłym łóżku i długim, regenerującym śnie.
Pomimo że młodsi bracia sarkali na jego połajanki, okazało się, że to on miał rację. Adamowicz nie dość, że zapłacił za pracę zgodnie z wcześniejszą umową, to jeszcze dorzucił każdemu stówkę ekstra. Oprócz tego przed wyjazdem na nocny dyżur przyniósł z domu dwie litrowe wódki i pęto świątecznej kiełbasy na zakąskę. Wszystkim uścisnął serdecznie dłonie i podziękował tak, jakby już zapomniał o wcześniejszych - co by nie mówić - słusznych pretensjach.
Michał spojrzał na zegarek - dochodziła dwudziesta druga trzydzieści. Właśnie zaczął zastanawiać się, czy przed północą zdąży się położyć, gdy w jasnym świetle lampy zauważył zbliżającego się do auta Maćka.
- Skończyliście? - zapytał, otwierając drzwi.
- Jedną robotę skończyliśmy, ale teraz przydałoby się zacząć jeszcze tę drugą - odparł brat. - Zimno się robi i coś na rozgrzewkę by się zdało...
- W domu się napijecie. Zmęczony jestem i...
- W domu też nie zaszkodzi, ale jakiś symboliczny wianek, to trzeba na miejscu urządzić. Przynajmniej po setce. No, może co najwyżej po dwie.
- A nie pomyślałeś, że ja też może bym się napił i coś zjadł?
- A kto ci broni? - Maciek otworzył klapę bagażnika i wyjął z niej reklamówkę, którą wcześniej wręczył im gospodarz. - Zapierdalaliżeśmy dwa dni jak durnie, to i coś nam się teraz od życia należy.
Mirek w tym czasie siedział przy stodole, na świeżo złożonych kantówkach, paląc papierosa. Wyglądało na to, że młodsi uzgodnili sprawę między sobą i ciężko będzie ich przekonać. Ciepłe łóżko zaczęło się niebezpiecznie oddalać.
- Jak to, kto mi, kurwa, broni? - Michał próbował jeszcze raz zaprotestować. - Kto niby będzie prowadził, jak się z wami napiję, cepie jeden? Siądziemy w domu na spokojnie, w cieple...
- Nie świruj, bracie. Kto nas zatrzyma w Wielki Piątek? Psiarnia ma inne rzeczy dzisiaj na głowie i nawet jak się tu pojawi, to wiesz, że nie pijanych kierowców będzie szukać, a tego, co Piotrusiowi dodatkowy uśmiech na szyi nożem wydziergał.
- Aleś ty durny.
- Po starszym bracie to mam. - Maciek stanął przy uchylonych drzwiach. - Gówno mnie ten młody obchodzi. Trzeba mu było w domu siedzieć, a nie nocami łazić i gzić się z tą jego lafiryndą po krzakach. Idziesz czy siedzisz w samochodzie jak debil?
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę jarzącego się w oddali ognika papierosa.
- Jak się tak srasz, to ja pojadę - rzucił jeszcze, nie odwracając się.
- Licz się ze słowami, gówniarzu, bo ktoś ci może wpierdol spuścić!
- Na przykład starszy brejdak?
- Na przykład.
- Chciałbym to zobaczyć - odparł Maciek i roześmiał się drwiąco.
Michał patrzył na oddalającą się barczystą sylwetkę młodszego o sześć lat, wyższego prawie o głowę brata. Wiedział dobrze, że w bójce z nim nie miałby najmniejszych szans, a czasy, kiedy pięściami mógł wyegzekwować swoje polecenia, już dawno odeszły do przeszłości.
Wysiadł z auta. Ssało go w żołądku i nie zamierzał patrzeć, jak tamci będą w najlepsze wpierdzielać swojską kiełbasę.
"Ale pił nie będę, bo mam już wyżej uszu przygód z sądami i policją" - pomyślał.
Noc była nadzwyczaj spokojna. Od momentu, gdy gospodarstwo Stanisławskiego opuścili ostatni goście, Adamowicz mógłby na palcach jednej ręki zliczyć przejeżdżające drogą samochody, a i przechodniów było jak na lekarstwo. Wielki Piątek w Guciowie rządził się swoimi prawami, zbliżająca się Wielkanoc nie sprzyjała dalszym podróżom, poza tym wciąż obecne w umysłach miejscowych poczucie realnego zagrożenia ze strony tajemniczego napastnika sprawiało, że nikt bez wyraźnej potrzeby nie ruszał się z domu.
Bogdan już przyzwyczaił się do nocnego czatowania. Mało tego - zaczynał je nawet lubić. Mógł bez przeszkód zatopić się w rozmyślaniach i przynajmniej próbować układać sobie w głowie to, co tak bardzo go dręczyło. Samotnie spędzany czas był dobrym lekarstwem, pozwalał na nabranie dystansu do tragicznych zdarzeń sprzed kilkunastu dni, dzięki czemu momentami jawiły się one koszmarnym snem, z którego być może uda się kiedyś obudzić.
Dziś w ten pozorny spokój klinem wbiły się myśli krążące wokół nieznajomego. Mimo że do północy zostały już niecałe trzy kwadranse, Adamowicz wciąż zastanawiał się, kim jest ten człowiek i czy dobrze zrobił, pozwalając mu bez przeszkód przejść obok swojego stanowiska.
Ponad dwie godziny minęły od chwili, gdy mężczyzna zniknął w ciemnościach, kuśtykając niezdarnie asfaltem w stronę Zwierzyńca. Bogdan nie zaczepił go tylko przez wzgląd na strzelbę, którą kuternoga niósł na ramieniu; uznał, że obcy jest sprzymierzeńcem miejscowych, z jakichś powodów biorącym udział w obławie. Niemniej jednak twarz, tak dobrze przez moment widoczna w świetle latarni, zdawała się znajoma i nieodparcie kojarzyła się ze śmiercią Piotrka. Po dłuższym zastanowieniu myśli wróciły do białego opla i wreszcie Adamowicz wszystko sobie przypomniał.
Miał od zawsze dobrą pamięć do twarzy, jednak tym razem nie dziwił się, że aż tyle czasu zajęło mu skojarzenie nieznajomego. Po raz pierwszy widział go przecież w sobotę dwunastego marca, a cały tamten dzień wciąż tkwił we wspomnieniach Adamowicza jako zbiór nieokreślonych wrażeń, mieszaniny wściekłości i rozpaczy, białych plam i rozmytych obrazów. Ludzie przychodzili wtedy tłumnie na miejsce zbrodni, niektórzy płakali, składając kwiaty i znicze, niektórzy głośno wyrażali żądzę odwetu, a jeszcze inni kręcili się przy drodze, kierowani zwykłą ludzką ciekawością.
Bogdan Adamowicz od momentu, gdy przyjechał na miejsce, po prostu stał bez ruchu. Wpatrywał się w połączone kałuże krwi, które wypłynęły z rozciętych krtani Piotrka i jego dziewczyny, nie mogąc pojąć tego, co stało się w nocy. Jego najdroższy chrześniak, ukochany bratanek, którego traktował jak syna, i z którym wiązał nadzieję na dalsze funkcjonowanie wypracowanego przez tyle lat majątku, został zamordowany? Dlaczego?! Cóż takiego zrobił, że trzeba go było skrzywdzić w tak bestialski sposób? Czy to w ogóle możliwe, że nigdy więcej nie wjedzie na podwórze rowerem, by wywołać uśmiech na twarzy stryja...? Z katatonicznego bezruchu pogrążony w pozostających bez odpowiedzi pytaniach Bogdan został wyrwany wtedy zaledwie kilka razy, między innymi w związku z zamieszaniem spowodowanym zatrzymaniem przez policję białego opla. Zdołał zarejestrować jedynie, że wysiadł z niego nieznajomy mężczyzna. Bogdan zapamiętał to, ponieważ zgromadzeni obok sąsiedzi głośno wyrażali niechęć wobec obcego, ktoś nawet stwierdził, że może to być morderca, bo "morderca przecież zawsze wraca na miejsce zbrodni", ale tego, co się stało później Adamowicz już nie kojarzył. Zaczął dochodzić do siebie dopiero, gdy tuż przed zapadnięciem zmroku przyszła Janka i łagodnym, lecz zdecydowanym ruchem pociągnęła go w stronę domu.
Drogą przejechał powoli policyjny radiowóz. Bogdan wstał, ale zaraz potem znów zajął wcześniejszą pozycję. Uznał, że na razie nie powinien robić nic nieprzemyślanego. Przecież nie zastanowił się jeszcze dokładnie, czy w tej sytuacji warto zgłosić mundurowym, że przed chwilą widział mężczyznę, kręcącego się tamtego dnia po okolicy. Skoro go wtedy sprawdzali, to raczej nie miał z tym wszystkim nic wspólnego...
- A jeśli miał, to ja dowiem się o tym jako pierwszy - przerwał rozmyślania cichym szeptem, a zaraz potem dodał: - Poczekam tu sobie i jak będzie wracał, to się tak łatwo nie wywinie. Już moja w tym głowa.
Radiowóz zatrzymał się jakieś sto metrów dalej. Jeden z policjantów wysiadł i czerwoną latarką zatrzymał nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Adamowicz pokiwał głową.
- Tak, tak, wy robicie swoje, a ja będę robił to, co do mnie należy - mruknął z zadowoleniem i wyszczerzył zęby.
W jego oczach przez ułamek sekundy coś zalśniło, ale nawet baczny obserwator nie zdołałby ocenić, czy było to szaleństwo, czy też może odbity blask księżyca, świecącego tej nocy wyjątkowo jasno.
Michał leżał na świeżo ułożonym sztaplu sosnowych calówek ze splecionymi za głową dłońmi i wpatrywał się w niebo. Czuł, że jest dość chłodno, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało, ponieważ skupiał się na wiszącej nad nim srebrzystej tarczy, spoglądając na nią to jednym, to drugim okiem; gdy patrzył oboma równocześnie, widział nad sobą dwa księżyce. Pamiętał, że opierał się braciom przez pierwsze dwie kolejki, ale zaraz potem odrobił stratę ze sporą nawiązką. W ciągu niecałej godziny pękła pierwsza flaszka. Zaraz potem zabrali się za kolejną, ale jej już nie dali rady.
- Chtórahozina? - spytał.
Ponieważ nie uzyskał odpowiedzi, podniósł rękę, przysunął nadgarstek do nosa i starał się odczytać czas na zegarku. Przez dłuższą chwilę marszczył w groteskowym skupieniu brwi, jednak ostatecznie poddał się, usiadł z wysiłkiem i ponowił pytanie.
- Twoja ostatnia. A co ja, zegarynka? - Siedzący obok Mirek mętnym wzrokiem obserwował poczynania starszego brata. Nie był aż tak pijany jak on, ale też porządnie kręciło mu się w głowie.
- Lisz się ze sowami szszeniaku... - Michał wstał i lekko się zatoczył, a potem rozejrzał wokół. - Dzie drugi szszeniak?
Odpowiedziało mu tylko obojętne wzruszenie ramion.
- Wstawaj młody, do domu jeziemy. - Kiwając się w przód i w tył wskazał samochód, a następnie podążył zygzakiem w jego kierunku.
Najmłodszy z Bisów także ruszył w stronę auta. Był na tyle przytomny, by wyjąć kluczyki ze stacyjki. Zanim to zrobił, sprawdził godzinę na desce rozdzielczej. Cyfrowy wyświetlacz pokazywał kwadrans po północy.
- O, w mordę... - Mirek był wyraźnie zaskoczony. Dałby głowę, że jest nie dalej niż wpół do dwunastej. - Faktycznie, późno się zrobiło. Idę poszukać Maćka i zaraz jedziemy.
Śpiącemu już na tylnym siedzeniu bratu było to najwyraźniej całkowicie obojętne.
O wpół do pierwszej swoim zwyczajem Adamowicz po raz drugi podczas nocnego czuwania nalał do kubka kawę z termosu. Pierwszy raz pił ją około dziesiątej, jeszcze w Wielki Piątek, więc była niesłodzona, przez co teraz, po kilku pierwszych łykach skrzywił się z niesmakiem. Żałował, że nie zabrał ze sobą kilku kostek cukru.
Policjanci wciąż monitorowali teren. Zmieniali wprawdzie co jakiś czas miejsce postoju, ale właśnie przed momentem radiowóz po raz kolejny pojawił się w pobliżu. Wjechał na położony naprzeciw zagrody Stanisławskiego parking, zawrócił na nim i zatrzymał się na wąskiej, prostopadłej do jezdni dróżce.
Ze względów oszczędnościowych latarnie we wsi zwykle wyłączano około dwudziestej trzeciej, jednak od nocy, podczas której zamordowano dwójkę młodych, paliły się one bezustannie od zmierzchu do świtu. Mimo tego, ponieważ wjazd na parking położony był prawie dokładnie pomiędzy dwiema z nich, granatowy policyjny opel astra stał się niemal zupełnie niewidoczny.
"Spryciarze - pomyślał Bogdan i z uznaniem pokiwał głową, uśmiechając się pod nosem. - Bisy mogą się zdziwić, jak będą wracać do Bliżowa".
Zastanawiało go, dlaczego praca zajmowała im tyle czasu. Był przekonany, że jego pracownicy uporają się z robotą o wiele szybciej. Dokładnie w momencie, gdy doszedł do wniosku, że zapewne tym razem pojechali okrężną drogą przez Adamów, w oddali zobaczył zbliżające się od strony Bondyrza światła samochodu.
Bogdanowi doskwierało niemało związanych z wiekiem dolegliwości, ale wzrok miał jeszcze wyjątkowo dobry, więc już z odległości jakichś dwustu metrów rozpoznał markę. Stary pięciodrzwiowy volkswagen golf pędził przez Guciów ze zdecydowanie zbyt dużą prędkością; niewiele brakowało, a przemknąłby obok skrytego w półmroku radiowozu, jednak policjant w ostatniej chwili zdążył wybiec na skraj drogi i dać sygnał do zatrzymania pojazdu. Zaraz potem przeszywający pisk hamujących opon poniósł się echem po okolicy.
- Co tam chowasz?
Maciek drgnął i rozejrzał się mętnymi od wypitego alkoholu oczyma; jego prawa, ubrana w roboczą rękawicę dłoń wysunęła się zza pazuchy. Wreszcie zauważył najmłodszego z braci, który siedział na małej ławeczce usytuowanej parę metrów dalej pod ścianą budynku.
- Nic - mruknął w odpowiedzi. Był mniej pijany od Michała, ale, podobnie jak tamten przed chwilą, również chwiał się lekko na nogach.
- Widziałem przecież. - Mirek wstał leniwie, zrobił kilka kroków i stanął na szczycie schodków. Pomimo że we trzech wypili mniej więcej po tyle samo, on akurat wyglądał na co najwyżej lekko wstawionego. - Nie strugaj wariata. Mnie nie oszukasz.
Znajdowali się przy wejściu do piwnicy domu Adamowicza. Niewielkie drzwi, prowadzące do wnętrza wciąż były uchylone. Mirek zszedł na dół i stanął obok Maćka.
- Wyłamałeś je czy były otwarte? - spytał.
- Gówno cię to obcho... - Stłumiony stalowym uściskiem głos uwiązł mu w gardle. Nim zdążył się zorientować, Mirek sięgnął mu do wewnętrznej kieszeni bluzy, by po chwili wyciągnąć z niej plik banknotów.
- A, ty... złodziejaszku - uśmiechnął się, odczekał kilkanaście sekund i dopiero wtedy zwolnił chwyt. - Ładnie to tak gospodarzowi pieniądze podbierać? I to chyba na dodatek przeznaczone na uzdrawianie jego żony... Coś chyba wspominał, że leczenie sporo kosztuje i przed południem jeździł do banku w Adamowie, żeby mu nie zabrakło na konowałów i leki. Też to słyszałeś, co? - Popatrzył na rozmasowującego szyję, ciężko oddychającego Maćka, którego twarz w księżycowej poświacie wydawała się trupioblada. - Pytam się, otwarte były?
Odpowiedział skinieniem głowy, lecz na wszelki wypadek Mirek podszedł do drzwi i obejrzał je na tyle, na ile było to możliwe w tych warunkach, a następnie znów spojrzał na brata.
- Paluchy zostawiłeś w środku?
Tym razem Maciek pokręcił głową, a na potwierdzenie przeczącego gestu uniósł do góry obie ręce w rękawicach.
- Fachowcy nie zostawiają śladów na miejscu zbrodni - oświadczył poważnie.
- W takim razie spieprzaj do auta, fachowcu.
- Mirek, kurwa, pieniądze dawaj moje...
- Do samochodu, powiedziałem!
Średni z braci spuścił głowę i z rezygnacją zaczął wdrapywać się po schodach.
- Tylko za kółkiem nie siadaj, bo ja będę prowadził. Słyszysz?
- Mhm. - Maciek był już na górze i rozpoczynał mozolny marsz w kierunku palącej się w oddali lampy sodowej oraz widocznego w jej świetle volkswagena. Po kilku krokach zatrzymał się.
- A co ty tu jeszcze będziesz...
Gdy odwrócił głowę, okazało się, że w pobliżu ziejącego pustką wejścia do piwnicy nie ma już nikogo.
- Nie ma szans, na pewno nic z tego nie będzie...
Serce Bogdana skoczyło w piersi, gdy usłyszał czyjś głos. Gwałtownie podniósł głowę, równocześnie sięgając po opartą o drzewo strzelbę. Odbezpieczył broń i wstał na równe nogi.
- Kto tu?! - Wytężając wzrok, starał się wypatrzyć tego, kto niepostrzeżenie podkradł się tak blisko.
Noc była jasna i dość spokojna, ale coś zdawało się wisieć w powietrzu. Kiedy żyje się w zgodzie z przyrodą od kilkudziesięciu lat, zmysłem, którego nie mają miastowi, można wyczuć, że las się boi. Spróchniałe gałęzie bardziej niespokojnie ocierają się o pnie wiekowych drzew, jakby szukając w ich pobliżu schronienia, a ptaki, niezależnie od gatunku, alarmującymi głosami ostrzegają się wzajemnie przed nadchodzącym zagrożeniem. Tak zachowuje się las przed nadejściem wietrznej nawałnicy lub obfitych, mokrych śniegów, które swoim ciężarem są w stanie zrujnować nawet najpotężniejsze korony dębów. Niektórzy mówią nawet, że jeśli ktoś wybierze się nocą w leśne ostępy, w których planowane jest w najbliższym czasie karczowanie większej ilości drzew, może wyczuć pod stopami lekkie drżenie. Tak samo jak zwierzę stojące przed bramą ubojni czuje, co je czeka i za nic w świecie nie daje się wprowadzić do środka, tak samo las, sobie tylko znanym sposobem, odgaduje swoją przyszłość.
Stojąc z wycelowaną przed siebie strzelbą, Adamowicz miał nadzieję, że tym razem las ostrzega przed innym niebezpieczeństwem. Był nawet skłonny uwierzyć, że usłyszane przed chwilą słowa wypowiedziało coś, czego nie można dotknąć ani zobaczyć, coś, co sprzyja ludziom żyjącym w tym miejscu niemal od urodzenia, coś, co rozumie, że czasem trzeba przecież wyciąć trochę drzew, aby na ich miejscu posadzić nowe.
Duszną od napięcia ciszę znów przerwał ten sam głos:
- Nigdy go nie zła...
Opuścił broń i przez dłuższy czas stał nieruchomo. Gdy zrozumiał, co się właśnie wydarzyło, tak naprawdę powinien się uspokoić, ale jednak miał wrażenie, że dopiero teraz jego serce zaczęło walić jak opętane. Sięgnął do kieszeni po papierosa i drżącymi dłońmi próbował go zapalić. Kiedy wreszcie mu się udało, zaciągnął się głęboko kilka razy.
Zanim usłyszał ten głos, jego myśli błądziły mniej więcej dwadzieścia kilometrów stąd, gdzieś w okolicy oddziału kardiologii zamojskiego szpitala. Jego żona dzień po pogrzebie Piotrka przeszła zawał serca, niemniej jednak lekarze wciąż nie potrafili jeszcze jednoznacznie określić stopnia zaawansowania choroby. Potrzebne były kolejne badania, nie wykluczano nawet konieczności wszczepienia by-passów.
Janka była dość skrytą osobą, niechętnie uzewnętrzniającą swoje emocje. Kilka lat temu zaczęły się u niej problemy z nadciśnieniem i nadwagą, jednak Bogdan nigdy by się nie spodziewał, że jej stan jest aż tak zły. Miała przecież tylko czterdzieści osiem lat, była więc młodsza od niego o czternaście i biorąc ją za żonę, Adamowicz miał nadzieję, że to ona będzie się nim opiekowała na starość, a nie odwrotnie. Kto wie, może teraz potrzebowała go jak nigdy dotąd, ale on uznał, że najlepsze, co może dla niej zrobić, to zająć się znalezieniem zabójcy Piotrka. Przecież ona też kochała go jak jedynego syna.
Zdarzało się jednak w czasie długich nocy, że Bogdan zaczynał mieć wątpliwości, czy przypadkiem to jego całe dyżurowanie nie jest wygodną wymówką. Były momenty, gdy sam sobie tłumaczył, że Piotrkowi już przecież nikt i nic życia nie zwróci, że ważniejsze jest to, co wciąż trwa i wtedy zaczynał się zwyczajnie bać. Nigdy w życiu się nikim tak naprawdę nie opiekował, a jak myślał, że teraz być może będzie się musiał tego nauczyć, to wpadał w panikę. Zdarzały się też chwile, gdy w jego głowie rodziła się obrzydliwa, również dla niego samego, nadzieja. Nadzieja, że może jednak nie będzie musiał...
W takich właśnie momentach postanawiał, że nie będzie się liczył z kosztami, że odda wszystkie pieniądze, by Janka jednak wróciła do zdrowia. Nie czuł się dzięki temu lepiej, ale te materialne rozważania pozwalały mu być spokojniejszym. Uspokajało go myślenie o tym, komu za co i ile zapłaci, w jaki sposób będzie starał się o sanatorium, zastanawiał się, kto z sąsiadów może pomóc w ewentualnej rehabilitacji żony...
Tak było też przed chwilą.
Tyle tylko, że przed chwilą zrozumiał też coś co innego - naprawdę zaczynał wariować. Przecież tylko szaleńcy mamroczą coś do siebie, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.
Gdy ponownie siadał na swoim miejscu, znów miał ochotę to powiedzieć. Tym razem jednak ugryzł się w język.
Policyjny radiowóz stał ciągle w tym samym miejscu i wyglądało na to, że pozostanie tam do rana.
"Przynajmniej się wyśpią chłopaki" - pomyślał.
Na drzemkę podczas służby jednak miała przyjść jeszcze pora. Na horyzoncie pojawił się kolejny zmierzający od strony Bondyrza samochód.
Gdy Adamowicz wytężył wzrok, okazało się, że tym razem powoli nadjeżdżają dwa auta. Błysnęła policyjna latarka i jasne audi zaczęło zwalniać. Kierowca jadącego z tyłu samochodu przekonał się, że policjant zainteresowany jest zatrzymaniem tylko jednego z nich, wrzucił więc lewy kierunkowskaz i łagodnym manewrem wyprzedził.
"Tym razem to na pewno oni" - stwierdził w myślach Bogdan i zgasił niedopałek papierosa, wciskając go głęboko w wilgotną ściółkę.
- Widzisz, ośle, co by było, gdybym cię posłuchał? - Mirek co chwila nerwowo spoglądał w tylne lusterko. - Mógłbym się z prawkiem pożegnać. Może by mnie nawet wsadzili...
- Ale co? - Maciek popatrzył na niego zdziwiony.
- Co? Ty ślepy jesteś, czy jaki? Pały zahaltowały tę audiczkę, co to mi ją kazałeś od kilometra wyprzedzać.
- Jakie, kurwa, pały? - Średni z braci odwrócił się gwałtownie. - O kuuurwa, ja pierdolę. Gazu!
- Zamknij się.
- Ale żeśmy mieli szczęście, Mirosław - wypowiadane słowa potwierdziło głośne westchnienia ulgi. - Nie jadą za nami czasem? Przecież ty ze dwa promile to lekko masz... Albo i ze trzy.
Kiedy Mirek uznał, że odjechali już na bezpieczną odległość, postanowił przyspieszyć. Leciwy golf niemrawo reagował na wciśnięty do oporu pedał, ale wreszcie silnik wszedł na wyższe obroty i licznik wskazał ponad dziewięćdziesiąt na godzinę. Kierowca starał się koncentrować na drodze, lecz pokusa ciągłego spoglądania we wsteczne lusterko była silniejsza. Zrobił to po raz kolejny, gdy z siedzenia obok dobiegł krzyk:
- Uważaj!!!
Natychmiast skierował wzrok na jezdnię i zobaczył ciemny, podłużny kształt, leżący w poprzek niej. Na hamowanie było już za późno, więc tylko odruchowo odbił kierownicą w lewo, omijając przeszkodę o centymetry.
- Co to było, do cholery?!
Maciek oglądał się, ale za tylną szybą widział tylko nieprzeniknioną ciemność.
- Kurwa, nie jestem pewien, ale tam chyba ktoś leżał...
Samochód zjechał na pobocze.
- Co robisz, dlaczego się zatrzymujemy?
- A jak myślisz? - Mirek zgasił silnik. - Trzeba to sprawdzić.
- Zdurniałeś? Chcesz skończyć jak młody Adamowicz? Pierdolę, ja nie wysiadam! To może być jakaś zasadzka...
- Ktoś musiałby być głupi, żeby w ciemnych łachach kłaść się nocą na drodze. Chodź, we dwóch będzie bezpieczniej.
Maciek pokręcił głową.
- Jak go ktoś zaraz przejedzie, to będzie na nas - dodał Mirek, otwierając drzwi. - Masz ochotę na przepytywankę prowadzoną przez smutnych panów w granatowych czapkach?
Wydawało się, że ten argument zaczyna powoli docierać do adresata; średni z braci zaczął niespokojnie kręcić się w fotelu.
- Może chociaż zbudzimy Michała? We trzech byłoby... no wiesz, tego... jakoś...
- Jak zarzuciło autem w bok, przeleciał na tylnym siedzeniu jak worek kartofli, przypieprzył w prawe drzwi i nawet jednego oka nie podniósł. Chcesz go budzić? Proszę bardzo, ale wtedy może nas tutaj ranek zastać.
- No dooobra - Maciek zgodził się wreszcie, nie kryjąc jednak braku entuzjazmu. - Ale przynajmniej cofnij trochę, żebyśmy mieli bliżej.
Minutę później stali nad oświetlonym skąpo przez tylne światła golfa i księżycową poświatę mężczyzną, mniej więcej koło czterdziestki, który nie dawał znaku życia. Mirek przykucnął obok niego, nachylił się, zamarł na chwilę i stwierdził:
- Oddycha chyba.
- Czyli żyje, pijaczyna, co nie?
Najmłodszemu z Bisów nie chciało się nawet komentować słów brata, który pomimo swych trzydziestu czterech lat zachowywał się czasem jak dziecko. Zamiast tego zakomenderował:
- Do rowu z nim i spieprzamy.
Sam czuł się niepewnie w tej sytuacji. Zasłyszane ostatnio opowieści miejscowych wywoływały teraz nieprzyjemne przeczucie, że za chwilę z ciemności wyłoni się olbrzymia sylwetka tajemniczego napastnika. Drzewa szeleściły złowrogo, potęgując tylko wrażenie niepokoju.
Zatrzymali się dokładnie naprzeciw drogi prowadzącej do Słonecznej Doliny i Mirek co chwila spoglądał w stronę piaszczystego traktu, jakby podskórnie przeczuwając, że niebezpieczeństwo może przyjść właśnie stamtąd. Przebiegł go dreszcz, gdy delikatny wiatr przyniósł tuman wilgotnej mgły; w jej oparach czuć było wyraźnie duszny fetor rozkładu zmieszany z ledwo wyczuwalną wonią spalenizny.
- Zaraz, zaraz... Nie tak szybko... - Maćka natomiast strach zdążył już najwyraźniej opuścić. - Zanim "do rowu z nim", to przydałoby się skroić frajera. Nie wygląda mi na biedaka, popatrz no tylko na te miastowe ubranka...
Przykucnął i zaczął przetrząsać kieszenie mężczyzny, po chwili jednak cmoknął z rozczarowania.
- Goły i wesoły, psiakrew!
Mirek przestał lustrować teren i spojrzał na brata.
- Nic nie ma? Portfel, jakaś kasa, zegarek...?
- Zegarek gówniany, szkoda nawet brać, a poza tym - czyściutki. Do rowu dziada - mówiąc to, starszy z braci złapał nieznajomego za nadgarstki. - Życie żeśmy mu uratowali, a on nie ma nawet czym zapłacić, łajza jedna. Dla biedaka nocleg w trawie pod chmurką będzie odpowiedni. Bierz go, Miruś, z drugiej strony, pakujemy go w krzaki i jedziem, bo zimno.
Mirek pochylił się, ale zaraz potem znów wyprostował.
- Czekaj... Coś ty powiedział?
- Ale że niby co?
- Że uratowaliśmy mu życie?
- No bo przecież...
- Maciek, jesteś wielki! Poczekaj tu, a ja pójdę do auta i zrobię trochę miejsca na tylnym siedzeniu, koło głowy naszego szlachetnego rodu.
- Ale...
- Żadne ale. Zobaczysz, jeszcze będziesz mi dziękował. - Uśmiechnął się zadowolony z pomysłu, który wpadł mu właśnie do głowy. - Zresztą nie tylko ty...
Przesuwając Michała na tylnym siedzeniu, ciągle szczerzył zęby. Nie potrafił zachować powagi, wyobrażając sobie minę najstarszego z braci, gdy rano we własnym wyrku zobaczy śpiącego nieznajomego faceta.
Świdrujący dźwięk z siłą karabinowego pocisku bezlitośnie przeszywał mózg na wskroś, a świadomość wracała z bardzo dalekiej podróży. Próbowałem podnieść głowę, ale udało mi się to dopiero za którymś z kolei razem i - jak się okazało - nie był to wcale najlepszy pomysł. W zwężone podczas snu źrenice wdarł się strumień światła, który tylko wzmógł pulsujący ból głowy. O wiele lepiej było mi z zamkniętymi oczyma.
"Strzeliłem sobie w łeb i mimo tego ciągle żyję".
Chciałem to zdanie wypowiedzieć na głos, lecz zdrętwiały język stanowczo odmówił współpracy i z gardła wydobył się jedynie charkot przypominający skrzypienie nienaoliwionych zawiasów. Gdy spróbowałem się podnieść, do repertuaru wydawanych przeze mnie odgłosów dołączyłem jeszcze rozpaczliwe, acz efektowne jęknięcie. W tym samym momencie przenikliwy pisk, który mnie obudził, nagle ustał.
Z wysiłkiem przetoczyłem się na wznak i wreszcie, po dłuższej chwili zapasów z własnym tułowiem zwieńczonym ołowianą kulą, udało mi się usiąść. Świat zawirował, ale nie na tyle, by zniweczyć moje dotychczasowe zmagania. Podparłem się na jednej ręce, a drugą natychmiast zacząłem ostrożnie dotykać głowy. Zaskoczyło mnie, że jednak jest cała.
Kiedy oddech wrócił nieco do normy, a źrenice przywykły do otaczającej jasności, nie wykonując przesadnie gwałtownych ruchów, zlustrowałem otoczenie.
Wszystko wskazywało na to, że jestem w miejscu, w którym świeci słońce.
Siedziałem na niewielkim wzniesieniu, obok ledwo widocznej, najpewniej mało uczęszczanej ścieżki. W oddali roztaczał się widok na położone w szerokiej dolinie zabudowania oraz usytuowane na horyzoncie wzgórza, które nieśmiało fosforyzowały świeżą zielenią. Powyżej leniwie przesuwały się puchate obłoki, kontrastujące z czystym, lazurowym niebem. Od strony wsi dobiegło szczekanie psa, a po chwili dołączył do niego znajomy piskliwy odgłos, który okazał się świergotem ukrytego w pobliskich krzewach ptaka. Te zwyczajne dźwięki brzmiały w moich uszach jak wspomnienie prawie już całkowicie zapomnianego, lepszego świata.
Najpierw ostrożnie, a później najgłębiej jak tylko potrafiłem, zacząłem wdychać podmuchy wiosennego, życiodajnego wiatru, jakże odmiennego od zatrutego, zgniłego i martwego powietrza, którym otoczony byłem przez ostatnie dwa lata. Najwyraźniej niedawno musiało tutaj padać, ponieważ miałem całkowicie przemoknięte ubranie. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Ciepłe, złociste promienie ogrzewały moje plecy, a ja chciałem, aby ta chwila trwała jak najdłużej.
- Wróciłem do świata żywych - wyszeptałem wreszcie, starając się zdusić wzruszenie, które ściskało mi przełyk. - Wróciłem do świata żywych i wszystko jedno, jakim cudem zdołałem tego dokonać...
Spojrzałem na zegarek. Szkiełko było trochę zaparowane, ale udało mi się odczytać godzinę. Było kilka minut po trzeciej.
Po chwili namysłu wiedziałem już, skąd ten ból głowy i podłe samopoczucie tuż po przebudzeniu - wypity na pusty żołądek alkohol jeszcze w Starzyźnie zrobił swoje. Na samą myśl o tym przeklętym miejscu zrobiło mi się słabo, jednak potrzeba poznania odpowiedzi na jedno, jedyne pytanie brała górę nad obawami. Nie potrafiłbym tak po prostu wstać i pójść w kierunku Guciowa, który miałem przed sobą.
Tylko jeden, ostatni rzut oka, tak dla pewności, a potem - wyjechać stąd i nie powrócić nigdy więcej.
Przytępiona pomrocznością jasną pamięć sięgała tylko do momentu, gdy usłyszałem bicie dzwonów, dochodząc do czereśni, przy której pochowana była kiedyś Paulina Podolak. Wyglądało więc na to, że z życiorysu wypadły mi ponad trzy godziny. Zapewne urwał mi się film, jakiś czas też udało mi się spędzić w objęciach Morfeusza. Godziłem się z faktem, że pewnie nie dowiem się nigdy, w jaki sposób zdołałem się STAMTĄD wydostać, jednak nie było to istotne. Chciałem tylko popatrzeć i na własne oczy przekonać się, że Starzyzna zniknęła na zawsze z mojego świata. Z mojego prawdziwego świata.
Wstałem. Do bólu i zawrotów głowy dołączyło nieprzyjemne pulsowanie uszkodzonego przed laty kolana. Szczyt wzniesienia, który jeszcze przed momentem miałem za plecami, skutecznie zasłaniał Słoneczną Dolinę, więc bym mógł mieć ostateczną pewność, konieczne okazało się przejście kilkudziesięciu metrów. Pierwsze kroki były najtrudniejsze nie tylko ze względu na dolegliwości, ale także z uwagi na obawę, czy rzeczywiście widok za wzgórzem będzie zgodny z moimi nadziejami.
*
Kiedy później w czasie bezsennych nocy wspominałem te kilkanaście minut po ocknięciu się w nowym-starym świecie i starałem się porównać je do czegokolwiek, najczęściej przychodził mi do głowy skok na bungee. Ta ekstremalna zabawa nigdy nie skusiła mnie na tyle, bym chociażby rozważył jej spróbowanie (parałem się za to z powodzeniem kilkoma porównywalnie ryzykownymi igraszkami, jak chociażby zataczanie się po pijaku pod koła rozpędzonego auta), niemniej jednak chyba każdy przynajmniej po części potrafi sobie wyobrazić emocje, które towarzyszą skaczącemu.
Nie znalazłem się na zawieszonej wysoko nad ziemią platformie z własnej woli, nie pamiętałem też początku spadania - czułem się raczej, jakby ktoś mnie popchnął, jednak kiedy szedłem do załomu wzniesienia, miałem przeświadczenie, że za chwilę okaże się, czy lina jest na tyle mocna, by mnie utrzymać. Znajomy kształt czereśni powiększał się, a każdy krok przybliżał mnie do poznania prawdy.
Wreszcie stanąłem na szczycie. To miało być tylko jedno spojrzenie, lecz ja przez dobrych kilka minut wpatrywałem się w tonącą w słonecznym blasku przestrzeń.
Jedyną budowlą, jaką udało mi się dostrzec, była myśliwska ambona usytuowana niedaleko wylotu doliny. Żadnych domów, budynków gospodarczych, cmentarza i - przede wszystkim - żadnego przeklętego kościoła wypełnionego cuchnącymi spalenizną truchłami byłych parafian. Zamiast tego, aż nazbyt dobrze znanego, widoku poniżej rozciągała się budząca się do życia po zimowym śnie Słoneczna Dolina. Wyglądała prawie dokładnie tak jak w piątek, jedenastego marca dwa tysiące piątego roku, kiedy trafiłem do niej po raz pierwszy, z tym że teraz było o wiele bardziej zielono. W tym roku Niedziela Wielkanocna wypadała później o prawie miesiąc. Wszystko wskazywało na to, że niebezpieczeństwo minęło, więc chociaż oddech wciąż był nierówny, to serce łomotało euforycznie, a od środka rozpierała mnie trudna do wysłowienia radość z tego, że wszystko ostatecznie dobrze się skończyło. Lina skoczka bungee spisała się na medal i teraz pozostało już tylko czekać chwili, gdy wrócę szczęśliwie do domu, a poczucie zagrożenia pozostanie co najwyżej przebrzmiałą, pełną zgrzytliwej kakofonii melodią przeszłości.
Może tak właśnie by się to wszystko zakończyło, gdybym wtedy obrócił się na pięcie i pokuśtykał jak najszybciej w stronę Guciowa. Mój wzrok spoczął jednak na białych kartkach rozrzuconych w nieładzie tuż obok pnia czereśni, w miejscu, w którym kilka godzin wcześniej miałem zamiar dokonać żywota, strzelając sobie w podniebienie z karabinu należącego do Józka Kowalika. Domyślałem się, że są to moje zapiski dokumentujące ostatnie chwile w Starzyźnie i postanowiłem zabrać je na pamiątkę. Nie miałem pojęcia, że w tej właśnie chwili nadwerężona lina zaczyna niebezpiecznie trzeszczeć.
Sporządzone w pijackim widzie ostatnie fragmenty notatek były trudne do rozszyfrowania, nie tylko ze względu na chwiejne pismo, ale też przez padający wcześniej deszcz, który rozmył spore fragmenty rękopisu. Najmniej czytelne były dwie ostatnie kartki, rozpoczynające się trójką i pewnie nikomu poza mną nie udałoby się ich odczytać. Usiadłem obok drzewa, by zaraz potem pochylić się nad przemoczonymi kawałkami papieru.
Ze składanych mozolnie liter zaczął wyłaniać się coraz jaśniejszy obraz tego, co się stało. Najważniejszy dla mnie był fragment, który można byłoby nazwać trzecim i ostatnim podrozdziałem, ponieważ z opisanych w nim faktów pamiętałem wyłącznie bicie dzwonów. W innych okolicznościach zapewne dziwiłbym się, że tak sromotnie przegrałem zmagania z butelką wódki, ale przymusowa, trwająca dwa lata jarska dieta zrobiła swoje. Schudłem przez ten czas dość sporo, ubrania wisiały na mnie, jakbym pożyczył je od starszego brata, więc alkohol zadziałał o wiele mocniej, niż stałoby się to przed przymusowym turnusem wczasowym w Starzyźnie?-Zdroju.
Z ciekawością małego dziecka przeczytałem, że to właśnie drzewo czereśni stało na granicy dwóch przestrzeni i o tym, jak głos jakiegoś krukowatego ptaka odwlekł moment pociągnięcia za spust. Ukrywające się zapewne gdzieś w pobliskich zaroślach ptaszysko z pewnością nie miało pojęcia, że przez przypadek uratowało jedno, może nie najbardziej efektowne i udane, ale - było nie było - życie.
Uśmiechnąłem się, kończąc lekturę.
- Pora się zbierać... - ostatnie słowa postanowiłem odczytać na głos. - Święta racja, panie Witku, pora się zbierać - dodałem z myślą o tym, że na szczęście obecnie planuję wycieczkę w zupełnie inne rejony. - A to się Janek Stanisławski zdziwi na mój widok.
Dobry nastrój przez chwilę zmąciła troska o to, co stało się z Rafałem, lecz zaraz potem założyłem optymistycznie, że pobyt w Starzyźnie zahartował go na tyle, że jedno uderzenie, nawet kogoś o posturze Marcina Kowalika, nie powinno było wyrządzić mu jakiejś większej krzywdy.
Najbardziej jednak nie mogłem się doczekać spotkania z Adamem.
"Ten to dopiero zrobi oczy" - pomyślałem, a następnie, znów się uśmiechając, złożyłem kartki we czworo i wsunąłem je do wewnętrznej kieszeni kurtki.
*
Pierwsze, jeszcze niezbyt mocne pęknięcie liny odczułem w momencie, gdy przygotowywałem się do podźwignięcia na nogi.
Spojrzałem na niewidzialną już teraz granicę, by upewnić się, czy tam, gdzie razem z Jaśkiem i pozostałymi szukaliśmy zwłok Pauliny, po naszym kopaniu faktycznie nie został żaden ślad. Nie było widać żadnej różnicy - trawa po tej i po tamtej stronie wyglądała dokładnie tak samo. W pewnej chwili zaczęło kiełkować we mnie pytanie, co stałoby się, gdybym trzy godziny temu z hakiem usiadł o kilka kroków wcześniej, albo gdybym wrócił TAM ze względu na mżący nieprzyjemnie deszcz. Wolałem sobie nie odpowiadać. W końcu - jakie to teraz miało znaczenie?
Mniej więcej trzy metry na lewo od pnia drzewa zobaczyłem niewielki kamień i kiedy próbowałem zabić niespokojne myśli wątpliwościami, czy widziałem go także podczas pracy ze szpadlem w ręce, przed oczyma stanął mi zdecydowanie zbyt wyraźny obraz - coś pomiędzy déja vu a sennym wspomnieniem tuż po przebudzeniu. Przymknąłem oczy i najpierw się uśmiechnąłem, rozpoznając niewielką sylwetkę, lecz gdy udało mi się wniknąć nieco głębiej w pokłady mojej świadomości, wstałem na tyle gwałtownie, na ile pozwoliło moje kalectwo.
- Karabin! - prawie krzyknąłem. - Gdzie jest karabin?! Przecież musi tu gdzieś być... - Tak naprawdę, mówiłem głośno tylko po to, by skierować myśli na inne tory.
Kilkuminutowe poszukiwania nie dały rezultatu, więc wypadało uznać, że po prostu odrzuciłem broń przed siebie i w tym świecie nigdy już nie uda mi się jej znaleźć. To najprostsze wytłumaczenie nie uspokoiło mnie jednak na tyle, bym mógł tak po prostu odejść. Wciąż majaczący pod powiekami obraz sugerował, że wydarzyło się tutaj coś, o czym tak naprawdę wolałbym nie wiedzieć, jednak ponieważ w ostatnim czasie nauczyłem się już, że niepewność czasem bywa gorsza od najokrutniejszej nawet prawdy, nie potrafiłem tak tego zostawić.
Podczas dwóch lat mojego pobytu w Starzyźnie Krzyś śnił mi się często i za każdym razem podnosiło mnie to na duchu, pomagało przetrwać nawet najtrudniejsze chwile. Wielokrotnie powtarzał, że jest ze mnie dumny, często ostrzegał przed niebezpieczeństwami.
Ostatni sen był całkowicie inny.
Mój synek siedział na położonym nieopodal kamieniu i, obejmując rączkami złączone kolana, wpatrywał się we mnie rozszerzonymi z przerażenia oczyma. Drżące z emocji usta miał wykrzywione w podkówkę, a po policzkach spływały mu łzy wielkie jak grochy. Tym razem nie odezwał się ani słowem. W pewnej chwili wstał, odwrócił się do mnie plecami i powoli ruszył w kierunku majaczącej w oddali kościelnej wieży. Gdy zawołałem jego imię, wyciągając do niego ramiona, przystanął i znów na mnie popatrzył. Malujący się dotąd w jego spojrzeniu strach został zastąpiony mieszaniną pogardy, wyrzutu i żalu. Chciałem podążyć za nim, jednak byłem zbyt pijany, by się podnieść, on zaś, pozostając całkowicie obojętnym na moje wołania, powoli zaczął niknąć w gęstniejącej mgle.
Tylko czy to na pewno był sen?
Przekonywałem samego siebie, że z całą pewnością tak, że to niemożliwe, aby tym razem Krzyś w sobie tylko znany sposób wniknął w realny świat, argumentowałem, że przecież do tej pory nic takiego się nie zdarzyło, jednak... obraz był teraz tak wyraźny, jak nigdy dotąd.
Cudowny powrót do świata żywych przestawał mnie cieszyć. Jakby coś jeszcze nie do końca pozwalającego się ogarnąć zaległo cieniem na całej sytuacji, a ja, wciąż uparcie krążąc w poszukiwaniu karabinu, co rusz uświadamiałem sobie, że prawdopodobnie nigdy nie poznam ostatecznego wyjaśnienia. Zacząłem nawet zastanawiać się, czy nie ma przypadkiem jakiejś możliwości powrotu.
- Oszalałeś - stwierdziłem wreszcie, przystając w miejscu. - Naprawdę chciałbyś tam wrócić z powodu jednego niepokojącego sennego majaka?
Był ósmy kwietnia, słońce znajdowało się wciąż wysoko, więc do zapadnięcia zmroku miałem jeszcze dobrych parę godzin. Nie chciałem spędzić reszty dnia na poszukiwaniu bezużytecznej już dla mnie broni, ale miejsce przy czereśni oddziaływało jak magnes. Kręciłem się w pobliżu drzewa w oczekiwaniu, że wreszcie wydarzy się coś, co pozwoli na zrozumienie czarnych przeczuć, coś, co pomoże zrozumieć kiełkujące gdzieś wewnątrz wyrzuty sumienia związane z czynem, którego wtedy absolutnie nie byłem w stanie sobie przypomnieć.
I tak się właśnie stało, tyle że nieco później.
Wtedy byłem jeszcze cieszącym się z powrotu, trochę zaniepokojonym nagłym wspomnieniem zbyt realnego snu i szukającym nie wiadomo czego mężczyzną po pięćdziesiątce i po przejściach.
Taki właśnie byłem, dopóki lina nie strzeliła z hukiem, dając sygnał do rozpoczęcia przeze mnie niekontrolowanego lotu głową w dół.
*
Kilka minut po siedemnastej udało mi się wreszcie przekonać samego siebie, że poszukiwania kompletnie mijają się z celem. Wszystko było oczywiste - karabin został po TAMTEJ stronie, nie uda mi się już niczego nowego przypomnieć, a świat żywych czeka. Świat żywych, w którym z pewnością można znaleźć coś chłodnego do picia... Raz jeszcze spojrzałem w stronę Słonecznej Doliny, dotknąłem na pożegnanie pnia czereśni, będąc przekonanym, że nie zobaczę go już nigdy więcej i, nie tracąc więcej czasu, podążyłem w stronę wijącej się nieopodal ścieżki.
Mój wygląd pozostawiał wiele do życzenia i nie chodziło tylko o skacowaną, zapewne bladą jak papier twarz oraz podkrążone, czerwone od przepicia oczy. Mocno sfatygowane przez dwa lata noszenia ubranie, nie dość, że było poprzecierane w wielu miejscach, to jeszcze oblepione na kolanach, łokciach i siedzeniu błotem. Podejrzewałem, że będę dość mocno kontrastował z wystrojonymi odświętnie na Wielką Niedzielę mieszkańcami Guciowa, jednak w moim położeniu trudno było o mniej istotny powód do zmartwień. Poza tym, mój wygląd kloszarda miał lada moment zniknąć - pamiętałem o pozostawionych w zagrodzie agroturystycznej u Stanisławskiego ubraniach na zmianę, mając nadzieję, że przez ten czas nie wymienił zamków; klucz do drzwi zewnętrznych i pokoju wciąż tkwił w zapinanej na suwak małej kieszonce kurtki. Wtedy nie przyszło mi do głowy, że moja torba podróżna na pewno zostałaby przeniesiona w międzyczasie w inne miejsce. Nie zastanawiałem się też nad ewentualną reakcją Janka, gdy mnie znów zobaczy w Guciowie. Nawet dziecko mogłoby domyślić się, że Stanisławski nie przywita mnie z otwartymi ramionami, zwłaszcza ze względu na pożyczoną mi strzelbę, którą miałem zwrócić ponad dwa lata wcześniej. Cóż, jeśli ktoś by pokusił się o stwierdzenie, że mój umysł tamtego popołudnia pracował na najwyższych obrotach, to minąłby się z rzeczywistością przynajmniej o dobrych kilka lat świetlnych.
Niestety, pomimo poważnych problemów z logicznym myśleniem, przytrafił mi się jeden przebłysk świadomości. Stałem już na ścieżce prowadzącej do Guciowa, gdy pojawiła się wątpliwość, która znów powiodła mnie w pobliże dotychczasowych poszukiwań. Prowadziłem je do tej pory tylko po tej stronie drzewa, zapominając, że przecież karabin może znajdować się po przeciwnej, o ile odrzuciłbym go już po zniknięciu TAMTEJ, starzyźnianej przestrzeni.
Znalazłem go niemal natychmiast. Leżał jakieś trzy metry od miejsca, gdzie czytałem swoje notatki. Był niewidoczny na pierwszy rzut oka, ponieważ idealnie wpasował się w obniżenie za przecinającą poprzecznie wzgórze miedzą. Pochyliłem się i chwyciłem broń, uważając, by przez przypadek nie trącić cyngla; zakładałem, że w moim stanie sprzed kilku godzin nie byłbym na tyle rozsądny, by przed odrzuceniem karabinu zabezpieczyć go przed niekontrolowanym wystrzałem.
Należało gdzieś schować broń. Ruszyłem ścieżką w stronę Guciowa, bacząc, czy ktoś nie idzie z naprzeciwka, a jednocześnie rozglądając się za bezpieczną kryjówką. Po przebyciu kilkudziesięciu metrów, mniej więcej w miejscu, w którym się ocknąłem, na lewo od ścieżki zauważyłem kępę gęstych krzaków. Wydała się idealna do realizacji planu, więc zagłębiłem się w zarośla i zaraz potem zdołałem wypatrzeć niewielki kopczyk opadłych w zeszłym roku liści.
Miałem właśnie wsunąć w niego karabin, gdy coś błysnęło tuż obok. Pochyliłem się i ujrzałem odbijające słoneczne światło ostrze. Zaraz potem obracałem w dłoni masywny myśliwski nóż.
- Masz, chłopie, dzisiaj szczęście jak cholera - mruknąłem, wsuwając go ostrożnie za pas. Był tak ostry, że nieostrożny ruch mógłby nie tylko z łatwością rozciąć spodnie, ale też głęboko i niebezpiecznie mnie skaleczyć. Ostrze połyskiwało srebrzyście, a na jego powierzchni nie było nawet najmniejszego śladu rdzy. Zdawało się, że nóż nie przeleżał tu całej zimy, a został przez kogoś pozostawiony całkiem niedawno.
- Dziwna sprawa - orzekłem, po czym zabrałem się za wykonanie swojego zadania.
Przyszło mi jeszcze na myśl, że wcześniej dla bezpieczeństwa warto wyjąć nabój z Józkowego karabinu.
*
Czasami jeden na pozór błahy szczegół, jeden moment, przebłysk świadomości przywołuje w umyśle cały ciąg zdarzeń; coś, co do tej pory skrywało się za szczelną kotarą niepamięci, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powraca, jawiąc się z niezwykłą wyrazistością, ukazując minione zdarzenia z mocą, której jeszcze przed sekundą w żadnej mierze nie można się było spodziewać. Być może właśnie w ten sposób działa gwałtowna retrospekcja zapomnianych dawno sytuacji i miejsc u osób na chwilę przed śmiercią, być może właśnie zagrożenie życia, świadomość tego, co nieuchronne, wyzwala w umyśle ponadprzeciętne, niepoznane dotąd zdolności...
W momencie, gdy okazało się, że komora nabojowa karabinu jest pusta, nie czułem obaw o własne życie, poczułem natomiast gwałtowne szarpnięcie w trzewiach, a później coś w rodzaju potężnego ciosu w splot słoneczny, który na długą chwilę pozbawił mnie oddechu. Wtedy to właśnie nastąpiło ostateczne zerwanie się liny. Skoczek bungee, Witold Uchmann uświadomił sobie, że euforyczna radość po przebudzeniu w wymarzonym świecie była niczym innym, jak okrutną igraszką bezwzględnego losu.
Powoli i metodycznie zasypałem broń na wpół zgniłymi liśćmi, po czym zabrałem się za łamanie zieleniejących pędów jakichś otaczających mnie kolczastych krzewów. Rzucałem je na kopczyk, rejestrując obojętnie, że coraz bardziej poranione dłonie zaczynają intensywnie krwawić. Zupełnie nie czułem wtedy bólu; najwyraźniej jakaś zapadka w układzie nerwowym odcięła dopływ bodźców zewnętrznych.
Kiedy prowizoryczna kryjówka sięgała mi już powyżej kolan, uznałem, że wystarczy. Wtedy też przyszło mi na myśl, że łatwiej byłoby, gdybym użył znalezionego noża. Dotarło też do mnie jak przez mgłę, że taka sterta szybciej zwróciłaby czyjąś uwagę niż niewielka, ledwie widoczna brunatna kupka liści, ale w tamtej chwili jakość skrytki nie była już dla mnie ważna.
Bardziej zajmowało mnie wspomnienie przybliżającej się od strony starzyźnianych zabudowań postaci mężczyzny.
Przeczuwając, że i tak nikogo nie znajdę, wróciłem raz jeszcze do czereśni i uważnie zlustrowałem miejsce, w którym - jak mi się zdawało - upadł. Absolutnie nic. Żadnych śladów krwi, żadnej wygniecionej trawy. Teraz było już jasne, że wystrzelony przeze mnie pocisk przed osiągnięciem celu przeszył niewidzialną barierę oddzielającą dwa równoległe światy.
Trudno mi było określić, czy kiedy naciskałem cyngiel, mój umysł dziwnym trafem pracował zadziwiająco logicznie, czy też był kompletnie zamroczony alkoholem. Chciałem wierzyć, że to pierwsze, lecz niewyraźne, tlące się z tyłu głowy, nieznośne jak uporczywy ból zęba przeczucie podpowiadało zupełnie coś innego.
Patrząc w miarę trzeźwo na całą sytuację, mógłbym próbować się usprawiedliwić, bo kogóż jak nie Dobrowolskiego mógłbym się wtedy spodziewać? Kto, jeśli nie przeklęty jednoręki ksiądz, od którego zaczęły się wszystkie nieszczęścia zesłane na żyjących wcześniej spokojnie ludzi, mógł wtedy zmierzać do mnie od strony Starzyzny? Cóż z tego, że przybrał inną postać? To mogła być jedna z tych jego dobrze znanych, mocno zgranych sztuczek. W inny sposób przecież nie zdołałby się do mnie zbliżyć...
- Miałeś pecha, że byłem zalany - szepnąłem do niewidzialnego Dobrowolskiego. - Na trzeźwo na pewno nie strzeliłbym do przyjaciela, nawet gdybym był przekonany, że to właśnie ty ukryłeś się w jego sylwetce. Ryzyko przecież zawsze istnieje...
A co, jeśli Adam rzeczywiście trafił do Starzyzny? Może w nocy z piątku na sobotę zdecydował się ruszyć w stronę bijących o północy dzwonów, w jakiś niewytłumaczalny sposób rozminął się z pięcioma podążającymi w przeciwnym kierunku osobami i wniknął w przeklęty wymiar objętej klątwą wioski?
- Spotkałbym go - przekonywałem samego siebie. - Długo szukałem Dobrowolskiego, a do Starzyzny nie jest przecież trudno trafić...
Ale jeśli mój przyjaciel, mieszczuch z krwi i kości, znalazł się nocą w przepastnym lesie, to w takiej sytuacji mógł zgubić się w jednej chwili i błądzić przez kilkadziesiąt godzin. Może właśnie tuż przed południem odnalazł zabudowania, zobaczył mnie, jak zmierzam w stronę czereśni i podążył za mną?
- Wołałby...
Mógłbym go przecież nie usłyszeć. Najpierw był daleko, a później jego głos zagłuszyły bijące dzwony...
Huśtawka emocjonalna nie pozwalała mi złapać głębszego oddechu. Optymistyczne scenariusze to brały górę nad czarnymi myślami, to znowu zatapiały się w odmętach paraliżującego strachu; strachu, że ten niewyobrażalny i trudny do ogarnięcia dramat wydarzył się naprawdę.
Jednak niepewność była w tym wypadku i tak lepsza, niż pierwsze obrazy, które przywołała powracająca nagle pamięć. Poza tym, chwila rozterek pomogła mi w jednym - przypomniałem sobie, co wtedy krzyknąłem, a z pewnością moje słowa byłyby zupełnie inne, gdybym choć w małym stopniu dopuścił do swej pijanej mózgownicy myśl, że naprawdę mam do czynienia z przyjacielem, a nie ze znienawidzonym potworem w ludzkiej skórze.
Zobaczyłem go wtedy, gdy szybkim krokiem zmierzał w moim kierunku. Właściwie prawie biegł. Mój zmętniały wzrok był na tyle jeszcze sprawny, bym poznał go w jednej chwili i - pomimo że dzieliło nas jakieś dziesięć metrów - bym mógł dość wyraźnie widzieć wyraz jego twarzy. Najpierw się uśmiechał, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć lub krzyknąć, ale wszystko się zmieniło, gdy wycelowałem w niego lufę karabinu. Uśmiech zamarł w ułamku sekundy, a w oczach zagościło bezbrzeżne zdziwienie, które niemal natychmiast zastąpione zostało strachem.
Wciąż chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, a jeśli nawet, to nic nie dotarło do moich uszu.
- Gnij w piekle, skurwysynu! - krzyknąłem, naciskając cyngiel.
Strzał był niedbały, oddany jakby od niechcenia. Pamiętam, że gdy broń szarpnęła nadgarstkiem na wysokości biodra, poczułem się jak John Wayne. Dobrowolski skryty pod postacią Adama Nawrota zachwiał się nieznacznie, ale nie upadł, co, biorąc pod uwagę moje umiejętności, wcale mnie nie zdziwiło. Postąpił za to dwa kroki do przodu z wyrazem bezgranicznego zdumienia na wykrzywionej bólem twarzy. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak jego jasne dżinsy na lewym udzie gwałtownie zabarwiają się krwią wypływającą spod dolnej krawędzi sportowej, przeciwdeszczowej kurtki.
Byłem przekonany, że tylko go drasnąłem, próbowałem się podnieść, by stanąć do walki, a ponieważ nic z tego nie wyszło, chwyciłem karabin oburącz, by bronić się za jego pomocą. Przeklinałem się właśnie w duchu za to, że wziąłem ze sobą tylko jeden nabój, gdy Dobrowolski osunął się na kolana, a potem legł na boku, wciąż wpatrując się we mnie nic nierozumiejącym wzrokiem. Postanowiłem zaczekać aż znieruchomieje po serii przedśmiertnych konwulsji, które zaczęły wstrząsać jego ciałem.
W tym momencie zobaczyłem małą sylwetkę, siedzącą na kamieniu nieopodal...
- A więc naprawdę tu byłeś, synku...? - szepnąłem.
Na wspomnienie wyrazu twarzy Krzysia, a także tego, w jaki sposób zaraz potem odszedł, dreszcz przebiegł po moich plecach i znów zaczęło mi brakować tchu.
Wtedy właśnie ostatecznie przyznałem przed samym sobą, że są jednak momenty, w których niepewność, choćby tylko lekko skropiona nadzieją, bywa lepsza od świadomości dokonanego, niedającego się już odwrócić zła.
Po raz ostatni tamtego dnia opuściłem okolice czereśni i z podchodzącym ze strachu do gardła sercem podążyłem w stronę wciąż rozświetlonego słonecznym blaskiem Guciowa.
Tylko w świecie żywych mogłem znaleźć odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę stało się kilka godzin temu.
Przez całą drogę usiłowałem przypomnieć sobie jeszcze jakieś szczegóły, łudząc się, że będzie to coś, co zdoła mnie przynajmniej trochę uspokoić, jednak, od momentu, gdy Krzyś zniknął w gęstniejącej mgle, do przebudzenia około trzeciej nie pamiętałem już kompletnie nic. Sposób, w jaki znalazłem się obok prowadzącej do Guciowa ścieżki, miał najprawdopodobniej już na zawsze pozostać dla mnie kolejną nierozwiązaną zagadką.
Kuśtykanie po wąskiej i błotnistej ścieżce przysparzało mi sporo problemów, jednak rosnące sylwetki zabudowań dodawały sił. Desperacko parłem do przodu, by jak najszybciej znaleźć się w normalnym świecie, gdzie nikt nie będzie podszywał się pod mojego przyjaciela, gdzie otaczać mnie będą wyłącznie żywi ludzie, gdzie nie będzie miejsca na dziwne sny, które będą trudne do odróżnienia od rzeczywistości...
Jak chociażby ten świeży, jeszcze majak z twarzą nieznajomej kobiety w roli głównej.
Musiała mi się przyśnić niedługo przed powrotem świadomości, gdyż bez trudu przywoływałem w pamięci wpatrujące się we mnie ciemnozielone oczy osadzone w bladym, napiętym od emocji obliczu. Było w nich coś niezwykle bliskiego, coś dobrze znanego, jednak nie potrafiłem dokładnie określić, skąd wzięło się takie właśnie wrażenie. Twarz kobiety nie przypominała nikogo z dalszych, a tym bardziej bliskich znajomych, ale też tkwiło we mnie przekonanie, że to nie o zwyczajne fizyczne podobieństwo chodzi...
"Przyśniła ci się siostra, której nigdy nie miałeś".
Stanąłem jak wryty.
Zupełnie nie wiem, skąd taka pozornie niedorzeczna myśl przyszła mi do głowy, jednak właśnie takie określenie było najbliższe odczuciom, które we mnie utkwiły, a których jeszcze przed sekundą nie potrafiłem w żaden sposób sprecyzować.
Od przecinającej Guciów asfaltowej drogi dzieliło mnie co najwyżej dwieście metrów. Na zdrowy rozum wydawałoby się, że powinienem biec do niej jak na skrzydłach, ja jednak wolałem stać nieruchomo i roztrząsać sprawę mało istotnej wizji sennej. To, za czym tak bardzo tęskniłem przez minione dwa lata, było na wyciągnięcie ręki, lecz paraliżujący strach pętał moje ruchy.
"Wkrótce się wszystko okaże" - pomyślałem, ciężko wzdychając.
Nim ruszyłem dalej, zmówiłem cichą modlitwę. Nie podniosła mnie ona zbytnio na duchu, ale przynajmniej skierowała myśli na inne tory. Na jej zakończenie poprosiłem Boga o to, bym chociaż nie musiał długo czekać na poznanie prawdy.
Szosą przejechał biały opel, bardzo podobny do tego, który wciąż stał gdzieś tam w innym wymiarze z rozbitą maską. Nie miałem pojęcia, czy to dobry znak, ale nie zwlekając już dłużej, ruszyłem w drogę.
*
Stając na asfalcie, spojrzałem w obie strony. Na długiej prostej nie dostrzegłem nikogo, co sprzyjało planowi, by niepostrzeżenie dotrzeć do zagrody Stanisławskiego i tam nieco doprowadzić się do ładu. Przy odrobinie szczęścia mogło się udać.
Zbliżałem się do celu tak szybko, jak tylko było to możliwe, oglądając się co chwila za siebie, a odległość do znajomej drewnianej bramy malała w zadowalającym tempie. W pewnej chwili byłem już na tyle blisko, że nawet jeśli na horyzoncie, obojętnie czy z przodu, czy z tyłu, pojawiłby się samochód, to i tak zdążyłbym ukryć się na podwórzu zagrody, zanim dotarłby on dostatecznie blisko, by kierowca miał szansę w moim wyglądzie wypatrzeć coś dziwnego lub podejrzanego.
Przy dębowych wrotach postanowiłem poczekać jeszcze chwilę, na wypadek, gdyby ktoś z mieszkańców Guciowa przed momentem dostrzegł mnie przez okno wychodzące na drogę. Wolałbym być przygotowany na taką ewentualność, zanim zacznę sprawdzać, czy Janek przez ostatnie dwa lata nie wpadł na pomysł wymiany zamków.
Okolice widocznego dość dobrze wjazdu na posesję Stanisławskiego zabarwiły się kolorowym tłumkiem. Wiosenna aura sprzyjała świątecznym, poobiednim spacerom, więc kilka osób postanowiło to wykorzystać. Wśród nich rozpoznałem korpulentną sylwetkę Janka, a moje początkowe obawy, że zostałem przez niego dostrzeżony, okazały się niesłuszne, gdyż grupka ruszyła w przeciwną stronę.
Miałem właśnie zamiar przekroczyć wrota bramy, kiedy mój wzrok padł na czerwony kształt umiejscowiony na parkingu po drugiej stronie jezdni. Trudno mi było pojąć, jak mogłem go nie zauważyć wcześniej.
- Spokojnie - szepnąłem. - Przecież takich czerwonych fiatów są w Polsce tysiące...
Nie zważając na to, że staję się widoczny jak na dłoni, przeszedłem przez ulicę. Miałem wrażenie, że przebycie tych kilkunastu metrów to zadanie ponad moje siły, ale wreszcie przystanąłem wystarczająco blisko, by odczytać numer rejestracyjny auta.
Swojego fiata punto Adam kupił pod koniec maja dwutysięcznego roku, czyli zaraz po tym, jak w Polsce pojawiły się nowe, białe tablice rejestracyjne. Gdy widziałem to auto po raz pierwszy, zdziwił mnie fakt, że warszawskie Bielany, na których mieszkał Nawrot, otrzymały niezbyt adekwatne dla nich oznaczenie literowe (dopiero później wyczytałem gdzieś, że "WB" zostało zarezerwowane dla Bemowa). Dodatkowo mojemu przyjacielowi trafił się bardzo charakterystyczny numer, przywołujący skojarzenia zarówno z mocami nieczystymi, jak też ze zdecydowanie bardziej przyziemnymi, ludzkimi sprawami.
WD 69666. Te blachy rozpoznałbym na końcu świata.
Przez kilka ostatnich minut moje myśli zaprzątnięte były głównie zastanawianiem się, czy uda mi się wreszcie wziąć ciepły prysznic, teraz znów na pierwszy plan wróciło nieznośnie niepokojące pytanie o to, co tak naprawdę stało się w południe.
Kiedy podszedłem bliżej do samochodu, okazało się, że w jego oponach nie ma powietrza. Pochyliłem się przy pierwszej z nich. Poprzeczne cięcie nie pozostawiało wątpliwości co do tego, że ktoś celowo ją zniszczył. Nie zdążyłem już zastanowić się nad tym faktem, ponieważ dokładnie w tym momencie usłyszałem dobiegający zza pleców krzyk.
- Nie ruszaj się, mendo francowata!
Z kępy przydrożnych krzewów wynurzyła się niewielka postać i biegiem zmierzała w moim kierunku. Prawie całkiem łysy mężczyzna z długą, siwą brodą pędził przed siebie, nie zważając na jadące auto, który wyminęło go z największym trudem. Ciszę spokojnego świątecznego popołudnia rozdarł przeciągły dźwięk klaksonu.
- Stój, bandyto! Czekałem tu na ciebie tyle czasu i nie pozwolę... - przerwał na moment, jednym susem pokonując przydrożny rów po mojej stronie drogi - ...nie pozwolę, żebyś znów mi się wymknął!
W prawej ręce trzymał wielki, gruby kij, który, gdy mu się dokładniej przyjrzałem, okazał się myśliwską strzelbą. Dziwny osobnik wymachiwał nią z zapamiętaniem i zaskakującą łatwością. Miałem wrażenie, że broń ma mniej więcej tyle centymetrów długości, co dobiegający do mnie, chudy jak szczapa mikrus. Byłem tak zaskoczony tym dziwnym zjawiskiem, że nawet nie drgnąłem. Kiedy zbliżył się na odległość kilku kroków, mogłem mniej więcej oszacować jego wiek. Z niejaką ulgą oceniłem, że może mieć koło siedemdziesiątki, więc zakładałem, że nie zdoła zrobić mi większej krzywdy, a ja za chwilę spróbuję wyjaśnić całe nieporozumienie.
Nie zdążyłem.
Drewniana kolba uderzyła mnie w lewą skroń tak błyskawicznie, że nie udało mi się nawet osłonić głowy ramieniem. Zatoczyłem się na maskę fiata, a potem głucho grzmotnąłem plecami o ziemię.
Dziwoląg stanął nade mną w rozkroku, chwycił strzelbę oburącz i uniósł ją nad sobą.
- Gadaj! - rozkazał.
Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Próbowałem odczołgać się do tyłu, ale on stanął butem na mojej klatce piersiowej i przygniótł mnie do ziemi tak mocno, że z trudem łapałem oddech.
- Gadaj, pókim dobry! Dlaczego to zrobiłeś?
- Nie wiem, o czym pan mówi.
- Nie pierdol mi tu, do jasnej cholery!!! - wrzasnął. - Przecież wiem, że to ty! Widzę nawet, że ciągle masz na rękach jego krew!
Odruchowo przysunąłem dłoń do twarzy i zobaczyłem zakrzepłe brunatnoczerwone ślady, pozostałe po łamaniu kolczastych gałązek na wzgórzu.
- To moja krew, poraniłem sobie ręce, jak...
- Masz mnie za głupca?! - pochylił się lekko, a na mojej twarzy wylądowały kropelki śliny. - Jak śmiesz twierdzić, że nie rozpoznałbym swojej własnej krwi?! - wydzierał się na całe gardło, a ja pomyślałem, że wróciłem ze Starzyzny tylko po to, by zginąć z ręki szaleńca.
Przymknąłem powieki i przestałem go słuchać. Nieustające wrzaski dobiegały z bardzo daleka, lecz mnie było już wszystko jedno.
"Jeśli mam umrzeć z nadzieją, że Adam wciąż żyje, to nie będzie to najgorsze, co mnie może spotkać. - pomyślałem. - Poza tym, zawsze to lepsze, niż pozostanie w tamtym przeklętym miejscu w towarzystwie Dobrowolskiego...".
Chyba się podświadomie uśmiechnąłem, bo poczułem kopnięcie w bok i usłyszałem osiągający już najwyższe natężenie wrzask wściekłości przemieszanej z histerią:
- Śmieszy cię to, przeklęty draniu?! No to zaraz ci przestanie być wesoło!
Miałem wrażenie, że z oddali dobiega jeszcze czyjś głos. Otworzyłem oczy, ale tylko po to, by zobaczyć, jak w stronę mojej głowy zbliża się drewniana kolba.
W tej sekundzie wszystkie znane mi dotąd światy skryła nieprzenikniona ciemność.
- Wcale mi nie jest wesoło... - oznajmiłem.
Dźwięki docierające, nie wiadomo skąd, do mojej głowy nagle ucichły. Zamierzałem jeszcze coś dodać, ale zmieniłem zdanie ze względu na ból, który wywołało poruszenie szczęką.
- Trzeba zadzwonić po karetkę - powiedział ktoś.
- Żadnych karetek. Chcę do domu. - Znowu zabolało, ale chłodny, wilgotny okład na czole podziałał kojąco.
Postanowiłem otworzyć oczy, ale udało mi się to zaledwie w połowie ze względu na rozległą opuchliznę w okolicach lewego łuku brwiowego.
Znajdowałem się w słabo oświetlonym pomieszczeniu, które okazało się salą jadalną karczmy Stanisławskiego. Pochylało się nade mną dwóch mężczyzn, z których rozpoznałem jednego - właściciela gospodarstwa.
- Janek, przepraszam za wtedy. Nie mogłem ci oddać...
- Daj spokój, nie ma problemu - przerwał mi. - Najważniejsze, że wróciłeś.
Patrząc w szczerą, zatroskaną twarz od razu poczułem się znacznie lepiej. Przeniosłem wzrok na nieznajomego i wtedy udało mi się dostrzec jeszcze jedną osobę. Mój oprawca siedział na krześle pod ścianą, a słabe światło sączące się z okna odbijało się w jego łysinie. Miałem wrażenie, że szykuje się do skoku.
- Co to za brodaty bałwan? - zapytałem, nie spuszczając go z oka. - Czemu mnie zaatakował?
- Ożeż ty, w mordę...! - krzyknął tamten i zerwał się gwałtownie z miejsca. Na moje szczęście nieznajomy natychmiast zagrodził mu drogę.
- Uspokój się, Bogdan! - rzucił ostro Stanisławski. - Ten pan nie ma nic wspólnego ze śmiercią twojego bratanka. Ile razy mam ci to jeszcze tłumaczyć?
- A skąd możesz wiedzieć?! No, chyba że to ty, jasna cholera, maczałeś w tym palce!
- Chcesz iść pierdzieć do paki za pobicie? - odezwał się Janek zmęczonym głosem. - Jeśli tak, to proszę bardzo. Zaraz dzwonimy po niebieskich aniołów i pojedziesz na dołek, może tam wreszcie się trochę ogarniesz.
Zapadła cisza, którą dopiero po jakimś czasie przerwał głos brodatego mikrusa.
- No ale... kto by... kto wtedy by was pilnował przed...
- No właśnie, kto by nas pilnował? Dlatego siadaj na dupie i siedź cicho.
Niejaki Bogdan wykonał polecenie bez szemrania, a Stanisławski spojrzał na mnie znacząco i dyskretnie, tak by tamten nie zauważył, zakręcił palcem koło ucha.
- Na pewno nie potrzebujesz lekarza? - zapytał. - Oko wprawdzie wygląda paskudnie, ale łuk brwiowy na szczęście masz cały.
- Nie, żadnych lekarzy. Ale tabletką przeciwbólową i czymś do picia to na pewno bym nie pogardził.
*
Gdy kilkanaście minut później siedziałem w dobrze mi znanym pokoju gościnnym, rozświetlonym nocną lampką, trudno mi było uwierzyć, że od ostatniego pobytu w tym pomieszczeniu minęło aż tyle czasu. Wydarzenia sprzed dwóch lat jawiły mi się w pamięci wyjątkowo wyraziście.
Zadawałem sobie pytanie, co by było, gdybym wtedy, w Wielki Piątek dwa tysiące piątego roku postąpił dokładnie tak, jak zapowiedziałem Rafałowi. Kto wie, może Marcin Kowalik tylko ogłuszyłby Gielmudę, by później spokojnie wrócić do Starzyzny? Niewykluczone jednak, że na tym by nie poprzestał; zresztą - przecież i tak nie miałem pewności, czy olbrzym nie wyrządził Rafałowi przy samochodzie jakiejś poważniejszej krzywdy. Coś podpowiadało mi, że jeśli zdecyduję się zostać w Guciowie jeszcze przez jakiś czas, to z tego typu wątpliwościami, które być może nigdy nie zostaną rozwiane, będę musiał w najbliższym czasie mierzyć się na każdym kroku... Ten sam wewnętrzny głos podszeptywał, że jeśli zostanę tu jeszcze choćby przez jeden dzień, to mogę stać się kolejnym, obok faceta z brodą, dziwolągiem, o którym ludzie będą opowiadać, rysując jednocześnie kółko na czole.
Nie miałem pewności, że tak będzie, ale prawdopodobieństwo było duże, dlatego trzeba było podjąć jedyną słuszną decyzję i pożegnać się z Guciowem na zawsze. Rozpaczliwie potrzebowałem powrotu do normalności, nie chciałem dłużej tkwić w tym przeklętym bagnie. Warszawa, telewizor, poranna gazeta i spokojne życie - tego pragnąłem o wiele bardziej od wiecznego poszukiwania prawdy, która może okazać się trudna do zniesienia. Wyjechać i zapomnieć - taki był mój jedyny cel i z takim postanowieniem sięgnąłem po leżącą obok mnie torbę podróżną, którą Janek przechował przez cały ten przeklęty czas.
Przeglądając się w łazienkowym lustrze, stwierdziłem, że Stanisławski, mówiąc o moim oku, wyraził się w sposób dość oględny. Opuchlizna oczodołu, olbrzymi guz w okolicy łuku brwiowego, a także efektowna, sinoczerwona kolorystyka przywoływały na myśl cherlawego boksera, który w wyniku pomyłki sędziego trafił na ring z rywalem cięższym o kilka kategorii wagowych, a potem, dla uciechy zgromadzonej gawiedzi, był niemiłosiernie masakrowany przez bitych (nomen omen) dwanaście rund.
- Tak naprawdę, to coś takiego cię właśnie spotkało - mruknąłem, mając raczej na myśli całą sytuację, która rozpoczęła się od pewnego tajemniczego mejla, wysłanego niegdyś na mój redakcyjny adres. Było jasne, że po prostu wziąłem się za coś, co przekracza moje, nad wyraz skromne siły, musiałem więc ponieść konsekwencje swojej pychy. Goliat pokazał Dawidowi, gdzie jego miejsce i nie było w tym niczego nadzwyczajnego.
Zanim wszedłem pod prysznic, przykryłem jeszcze dłonią lewą część twarzy. Pomimo że widoczna teraz połowa nie była uszkodzona przez narwanego napastnika, to i tak miałem spore problemy z jej rozpoznaniem. Zdawało mi się, że gdy jeszcze w domu Grelów widziałem swoje odbicie, nie wyglądałem aż tak staro, a siwych włosów miałem zdecydowanie mniej. Utrata wagi także zrobiła swoje. Być może to przez nią zmarszczki wryły się w skórę głębokimi bruzdami, a może... Zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem powrót ze Starzyzny dla mnie także nie spowodował szybszego starzenia, ale uciąłem te myśli stanowczo, przypominając wcześniejszą decyzję wypowiedzianymi na głos słowami:
- Żadnych pytań. Zaraz wracasz do normalności i niech się dzieje, co chce.
A po chwili dodałem:
- Jeśli czas przyspieszył, to decyzja o spędzeniu ostatnich dni w wygodnym warszawskim mieszkaniu jest tym bardziej słuszna. Zobacz, jak ty wyglądasz - mówiąc to, odjąłem dłoń od policzka. - Zbawca świata i mąż opatrznościowy od siedmiu boleści się znalazł...
Patrzyłem jeszcze przez moment. Włosy wyglądały wyjątkowo odrażająco. Rozczochrane, pozlepiane w długie, tłuste strąki przywodziły na myśl widzianych przeze mnie wieki temu niedomytych żuli, materializujących się znienacka w okolicach dworców większych miast ze swoją nieodłączną żebraczą mantrą. W Starzyźnie Katarzyna od czasu do czasu strzygła mnie, pamiętającymi chyba jeszcze Piłsudskiego, nożycami krawieckimi, ale ostatnie zdarzenia w przeklętej dolinie nie pozwalały myśleć o tak przyziemnych czynnościach, jak dbanie o wygląd, więc mój opłakany image nikomu nie przeszkadzał.
Zanim wszedłem pod prysznic, obiecałem sobie wizytę u fryzjera i z uznaniem pomyślałem o pamięci wzrokowej szurniętego Bogdana, który zdołał mnie skutecznie zidentyfikować pomimo zajścia tak znaczących zmian w mojej powierzchowności.
Gorąca kąpiel sprawiła mi trudną do opisania rozkosz. Już zapomniałem, jakie to uczucie znaleźć się pod bieżącą, ciepłą wodą w przytulnym, ogrzewanym pomieszczeniu. Nie mogłem nacieszyć się pachnącym mydłem w płynie i dokładne rozprowadzanie go po całym ciele traktowałem z takim namaszczeniem, jakbym robił to po raz ostatni w życiu. Włosy musiałem umyć szamponem trzy razy, by osiągnąć zadowalający efekt, a później po prostu stałem pod silnym strumieniem, który z lekkim szmerem uwalniał mnie od wszystkich starzyźnianych brudów.
Miałem też nadzieję, że spłucze ze mnie złe wspomnienia i niepokojące myśli, ale to już się nie udało.
"Nie wszystko naraz - pomyślałem. - To przecież przyjdzie z czasem...".
Chciałem, aby tak było, ale wspomnieniem Katarzyny przywołałem obraz całej piątki uciekinierów ze Starzyzny, z którymi widziałem się nie dalej niż dwa dni wcześniej. Czy mogłem tak po prostu odjechać, nie próbując się nawet dowiedzieć o ich dalszych losach?
Mogłem i zamierzałem tak właśnie postąpić bez względu na cokolwiek.
W tym momencie znów pomyślałem o porannych zdarzeniach i nawet szemrząca uspokajająco woda zaczęła mnie irytować. Zakręciłem kurki, wyszedłem z kabiny, a następnie sięgnąłem po świeży ręcznik.
Byłem bardzo dokładnie umyty, wyszorowany wręcz i wyparzony niemal wrzącą wodą, ale mimo to nie czułem się wystarczająco czysto.
*
Wróciłem do pokoju, by się spakować.
Wcześniej Janek znalazł dla mnie jakąś reklamówkę, bym miał do czego włożyć brudne i mocno zalatujące starzyzną ciuchy. Gdy to zrobiłem, przejrzałem swoje rzeczy w poszukiwaniu portfela. Tkwił tak, jak go zostawiłem, w tylnej kieszeni zapasowych spodni. W środku znalazłem niecałe pięćset złotych. Miałem nadzieję, że Stanisławski nie policzy mi za trwające ponad dwa lata przechowanie torby.
Kiedy opuszczałem salę jadalną, nie było jeszcze całkiem ciemno, natomiast teraz wieczór za oknem zapadł na dobre. W łazience straciłem poczucie czasu, więc nie zdziwiło mnie zbytnio, że zegarek wskazuje już za kwadrans dwudziestą pierwszą.
"Jak teraz stąd wyjechać? - zamyśliłem się. - Nawet w powszedni dzień o dziewiątej wieczorem coś takiego graniczyłoby z cudem, a w Niedzielę Wielkanocną? Wolne żarty!".
Wątpliwości nie skłoniły mnie do tego, bym zaprzestał pakowania, przeciwnie - starałem się uwinąć jak najszybciej. To nie było w porządku, że zniknę, nie starając się dociec, jaki los spotkał moich znajomych i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, niemniej jednak tym razem postanowiłem być bezdusznym egoistą. Dotarło do mnie, że Adama tu nie znajdę. Nie ma na to szans. Czerwony fiat punto stojący na parkingu przekonał mnie ostatecznie, że to nie do Dobrowolskiego rano strzeliłem, a do najlepszego przyjaciela. Było mi z tym cholernie źle, ale cóż mogłem zrobić? Stać przy tej przeklętej czereśni całymi dniami z nadzieją, że dzwony się znów odezwą? A nawet jeśli tak by się stało, to wtedy podejść do jego ciała, sprawdzić puls, który od dawna nie jest już wyczuwalny, i spróbować wrócić, póki dzwony nie przestaną bić? A jeśliby mi się nie udało?
Nie! Gdybym został w Guciowie, to pewnie tak właśnie by się to skończyło - szurnięty Bogdan czatowałby u podnóża wzniesienia przy drodze, a postrzelony Witek - kilkaset metrów wyżej.
- Dość tego - mruknąłem, chowając kosmetyczkę do torby. - Wystarczy tego szaleństwa.
Wtedy dopiero od strony drzwi usłyszałem kroki. Zajęty własnymi myślami, nie zorientowałem się, że ktoś oprócz mnie jest w budynku, a teraz, o ile mnie słuch nie mylił, był już u szczytu skrzypiących schodów.
To było jak powrót do sennego koszmaru. Moment, gdy widziałem sylwetkę Kowalika na korytarzu, wrócił z niezwykłą wyrazistością. Wiedziałem, co się teraz stanie. Kroki zbliżające się do drzwi, później on naciśnie klamkę... Tyle że tym razem wreszcie mnie dopadnie.
Odgłos ciężkich butów się przybliżał, aż do momentu, kiedy ktoś zatrzymał się po drugiej stronie drzwi. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się sprawnym okiem w klamkę, czekając na jej naciśnięcie. Nie potrafiłem się poruszyć, ale wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach, sprawiając, że drzwi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stały się przezroczyste. Tym razem nie widziałem zmasakrowanej głowy Kowalika; jego potężna sylwetka u góry kończyła się na ramionach, pomiędzy którymi czerwieniła się przecięta saperką szyja. Początkowo chciał nacisnąć klamkę, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Podniósł do góry ogromną pięść i wziął zamach.
Hałas sprawił, że mimowolnie krzyknąłem.
Zaraz potem drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich przestraszona twarz Janka.
- Stało się coś? - zapytał.
Musiałem wyglądać nietęgo, bo natychmiast podszedł bliżej, uważnie mi się przypatrując.
- Witek, to ja. Dobrze się czujesz?
Sił wystarczyło mi tylko na tyle, by bezgłośnie skinąć głową. Po upływie dłuższej chwili wyszeptałem:
- Nic mi nie jest, coś mi się tylko przywidziało, przepraszam...
- Za co przepraszasz? To ja przepraszam, że mnie tyle nie było.
- A miałeś przyjść? Przecież się pożegnaliśmy... na razie do jutra...
- Nie mogliśmy cię z Krzysiem zostawić tu samego, przynajmniej jeszcze...
- Z Krzysiem? - Wpatrywałem się w niego okrągłym jak spodek okiem. - Aha, czyli to mi się śni?
- ...przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Jak to się śni? Nie... - Zastanowił się. - Chyba nie. Poza tym moja żona pomyślała, że pewnie jesteś głodny i nie dałaby mi spokoju, gdybym cię czymś nie poczęstował... Zejdziesz do sali jadalnej?
- Zejdę - odparłem. - Zaraz będę. Już idę. Skończę tylko pakowanie i już jestem. Nie zniknijcie mi!
- A musisz się pakować właśnie teraz?
- Muszę, muszę. Nie zniknijcie mi. Idź, powiedz mu, że już idę. Muszę mieć torbę. Nigdzie już nie będę się bez niej ruszał... - wyrzucałem z siebie kolejne zdania, kończąc pakowanie.
Janek już się nie odezwał, ale przez moment dostrzegłem kątem oka, że przygląda mi się z niepokojem. W ogóle mnie to nie obchodziło.
Gdy zniknął za drzwiami, marzyłem, aby ten sen się nie skończył zbyt szybko. Jeśli tylko Krzyś miał mi znów coś do przekazania, to nie mogłem przecież zaprzepaścić takiej okazji.
Jakieś pięć minut później siedziałem na drewnianym krześle, które odsunąłem od stołu na tyle, by na moich kolanach mogła spocząć spakowana torba. Lekko się garbiąc, opierałem na niej łokcie i, patrząc na wprost, poruszałem tułowiem w przód i w tył jak małe dziecko dotknięte chorobą sierocą.
Tuż po przekroczeniu progu pomieszczenia zlustrowałem je całe, mając nadzieję, że zobaczę syna, lecz zaraz potem Janek przedstawił mi mężczyznę, którego widziałem już wcześniej.
- To jest Krzysztof, mój przyjaciel z Zamościa - powiedział. - Przyjechał do nas ze świąteczną wizytą. Bywa tu bardzo często, bo Guciów sprzyja artystycznym duszom.
W milczeniu uścisnąłem dłoń nowego znajomego i zająłem miejsce.
Zaczynało mi odbijać i nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości.
Najpierw to graniczące z pewnością przekonanie, że za chwilę spotkam Kowalika, a zaraz potem niecierpliwe oczekiwanie na spotkanie z nieżyjącym od lat synem. Co teraz? Może wstanę i zacznę mordować? Jedną bliską mi osobę już dzisiaj załatwiłem, więc dlaczego by nie poprawić trochę tego rezultatu? Dobrowolskiemu nie dałem rady, to może przynajmniej odbiję sobie na Bogu ducha winnych, niepodejrzewających mnie o złe zamiary ludziach, którzy się mną zaopiekowali?
Obaj przyglądali mi się z niepokojem, wreszcie Stanisławski zaczął wiercić się niecierpliwie.
- Witek, może coś zjesz? - zaproponował. - Wszystko jest jeszcze gorące, szkoda, żeby wystygło...
Pokręciłem zdecydowanie głową. Od piątku niczego poza wódką nie miałem w ustach, ale myśl o jedzeniu sprawiła, że mój żołądek fiknął kozła.
Znów zapadła cisza, przerywana jedynie miarowym poskrzypywaniem krzesła, na którym siedziałem.
- To może się chociaż napijesz? - Janek sięgnął po stojącą na stole butelkę. - Pamiętasz Świeżość Poranka? Zdaje się, że dwa lata temu ci całkiem podeszła.
- Pamiętam - odparłem. - Od tamtej pory wiele się zmieniło, a od dziś zmieniło się to, że nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust. Ale jeśli wy macie ochotę, to się nie krępujcie. Ja muszę trochę dojść do siebie. Sporo ostatnio przeszedłem.
Gospodarz wstał i ruszył do baru, najprawdopodobniej po jakieś miarki na alkohol, a ja pozostałem przy stole tylko z Krzysztofem.
Był mniej więcej w moim wieku, szczupły, lekko szpakowaty i... nie wiem, jak to określić, ale chyba najbardziej adekwatnym sformułowaniem byłoby "charyzmatyczny".
Czułem na sobie jego przenikliwy wzrok, więc nie wytrzymałem i spojrzałem na jego twarz. Była skupiona, powiedziałbym, że lekko zatroskana, a szare oczy przenikały mnie na wskroś.
- Widać, że dużo pan przeszedł - rzekł cicho. Jego dźwięczny, głęboki i nienachalny głos bardzo pasował do aparycji.
- Mam na imię Witek.
- Janek mi o tobie opowiadał - gładko przeszedł na "ty". - Czasem bywa szorstki, ale to złoty człowiek i bardzo się martwił twoim nagłym zniknięciem.
- Ja też się martwiłem swoim nagłym zniknięciem. Przez dwa lata. - Nie było to z mojej strony zbyt grzeczne, ale nie potrafiłem się opanować.
W oczach Krzysztofa zatańczyły wesołe ogniki.
- Domyślam się.
- Uważaj, Witek, co przy nim mówisz - wtrącił się wracający do stołu Stanisławski. - Krzysiu jest znanym poetą, więc później możesz swoje słowa znaleźć na łamach prasy.
Spojrzałem na Janka. Lekko się uśmiechał pod nosem, więc nie miałem pojęcia, czy mówi serio.
- Wiesz, gdyby nie on - ciągnął - to kto wie, jak by się ta historia z Bogdanem skończyła. Jeśli mam być szczery, to chyba uratował ci dzisiaj życie. Jako pierwszy zorientował się, że dzieje się coś złego i dobiegł do was zanim Adamowicz na dobre wprawił w ruch swoją wirującą dwururkę.
- Daj spokój. Jak patrzę na Witka, to mam wrażenie, że i tak spóźniłem się o całe wieki.
Trudno mi było w to uwierzyć, ale się lekko uśmiechnąłem, a potem delikatnie dotknąłem palcami wielkiej opuchlizny okalającej lewe oko.
- Ale czy wy w ogóle wiecie, o co mu chodziło? Coś mu zrobiłem, czy jak?
Jak na komendę poruszyli głowami, z tym że Krzysztof pokręcił nią przecząco, a Stanisławski przytaknął.
- Nic mu nie zrobiłeś - rzekł pierwszy z nich. - Ale zanim się ocknąłeś, powiedział nam, dlaczego się tak zachował przy samochodzie.
- Właśnie. Pamiętasz dwa lata temu, jak spotkaliśmy się na drodze? - zapytał Janek. - Wróciłem wtedy z przesłuchania w Zamościu. Chodziło o morderstwo dwójki dzieciaków...
- Tak, pamiętam. Mam wrażenie, że to wydarzyło się w moim dzieciństwie.
- Zginął wtedy bratanek Adamowicza, Piotrek. Okolicę ogarnęła psychoza strachu, mieszkańcy skrzyknęli samozwańcze nocne patrole, ale to chyba wiesz, prawda? Bogdan oddał się poszukiwaniom zabójcy bez reszty. Pytałem go dzisiaj, mówił, że widział cię wtedy na miejscu morderstwa, a później drugi raz, jak pożyczyłeś ode mnie broń i, ponieważ byłeś obcym, stałeś się jego głównym podejrzanym. Tym bardziej że nie spotkał cię już nigdy więcej.
- Aż do dzisiaj - uzupełnił trzeźwo Krzysztof.
- No właśnie, aż do dzisiaj. Zresztą chłop przez tamte wydarzenia po prostu do reszty sfiksował. Wcześniej był gospodarzem na schwał, a po stracie swojego ukochanego chrześniaka, któremu planował zapisać cały majątek, zaniedbał wszystko do reszty. Więcej czasu spędza w swoim szałasie w krzakach z nadzieją, że dopadnie wreszcie zabójcę, niż w domu przy poważnie chorej na serce żonie.
Janek polał do dwóch kieliszków, trzeci pozostawiając pusty. Przyglądałem się jego ruchom, ale myślami krążyłem zupełnie gdzie indziej.
Wypili za moje zdrowie, a później Stanisławski znów się odezwał, wyrywając mnie z zadumy.
- Podejrzewam, że rozumiesz, dlaczego nie wezwaliśmy policji. Postanowiliśmy poczekać na twoją decyzję. W każdej chwili możesz oskarżyć Adamowicza o pobicie, a my zeznamy na twoją korzyść. No ale... - zawiesił głos, spojrzał na mnie, rozłożył dłonie w geście bezradności i wzruszył niepewnie ramionami.
- W każdym razie podejrzany na pewno nie oddalił się z miejsca zdarzenia i znamy miejsce jego pobytu, jakby co - mówiąc to, Krzysztof bacznie mi się przyglądał.
- Szałas w pobliskich krzakach? - zapytałem retorycznie, nie oczekując nawet odpowiedzi. - Nie, no pewnie, że to nie ma sensu. Z różnych względów, a chyba głównie dlatego, że to po prostu biedny i skrzywdzony przez los człowiek, prawda?
Nie zaobserwowałem żadnej reakcji, ale obaj w głębi ducha odetchnęli z ulgą.
Byłem tego pewien.
*
Rozmowa sprawiła, że poczułem się lepiej na tyle, by zdecydować się na skosztowanie przyniesionych specjalnie dla mnie smakołyków.
Po kilku pierwszych ruchach widelcem mój żołądek zaczął pracować normalnie i wreszcie potężny głód dał znać o sobie. Pochłaniałem pożywienie zdecydowanie zbyt łapczywie, ale za bardzo cieszyłem się smakiem przepysznych, po mistrzowsku doprawionych gołąbków nadziewanych mięsem i ryżem, polanych aromatycznym grzybowym sosem, by się w jakikolwiek sposób hamować. O ile akurat z sosu mógłbym bez większego problemu zrezygnować (grzybów miałem w ostatnim czasie pod dostatkiem), o tyle smak pozostałych składników potrawy przeniósł mnie do siódmego nieba.
Później prawie bez gryzienia połknąłem jeszcze niemal cały półmisek wędlin i kilka kawałków niesamowitego, polanego czekoladą sernika z bakaliami domowej roboty. W pewnym momencie, gdy talerze zaczęły się już robić pustawe, Janek zapytał, czy nie przynieść jeszcze czegoś z domu. Uspokoiłem go stwierdzeniem, że nie trzeba, bo przez dwa lata zdążył mi się skurczyć żołądek. Krzysztof w tym momencie parsknął śmiechem.
Wydawało mi się, że smak lavazzy z ekspresu, którą na zakończenie posiłku przyrządził gospodarz, pamiętałem dość dobrze, ale nic z tych rzeczy. To była najlepsza kawa, jaką piłem w życiu.
Gdy delektowałem się ostatnimi łykami drugiej, słodkiej jak syrop filiżanki, Krzysztof powiedział do mnie:
- Wiesz, Janek kiedyś mi opowiedział całą historię Starzyzny, którą mu przekazałeś, kiedy pożyczałeś od niego broń. Uwierzyłem w nią chyba bardziej niż on, ale jeśli miałbym w tej chwili jakiekolwiek wątpliwości, czy mówiłeś wtedy prawdę, to patrząc, jak jesz, właśnie bym się ich wyzbył. - Kiedy to mówił, delikatny uśmiech rozświetlał jego pogodną twarz.
Nagle jego oczy spoważniały i zapytał:
- Byłeś tam, prawda? Przez ten cały czas byłeś w Starzyźnie?
Przez dłuższą chwilę nie odpowiadałem, ale opuściłem głowę i w końcu odparłem:
- Tak, ale nie chcę o tym mówić. Na pewno nie teraz... - zawahałem się - ...a może nawet już nigdy...
Znów nieświadomie zacząłem się kiwać w przód i w tył. Pogodny nastrój wyparował w mgnieniu oka, zostawiając po sobie tylko pełną napięcia ciszę.
- Wiesz, kto ich zabił, prawda? - znów usłyszałem jego głos.
Przytaknąłem bez słowa.
- Czy on może tu wrócić?
Powiew chłodnego powietrza liznął mój kark akurat w chwili, gdy przypomniałem sobie potężny korpus z odciętą głową.
- Nie - odpowiedziałem szeptem, by po chwili dodać, już odrobinę głośniej: - To znaczy... przynajmniej tak mi się wydaje. Zabiłem go. To znaczy, odciąłem mu głowę saperką, więc chyba go zabiłem, ale... tak naprawdę, to tam nigdy nic nie wiadomo na pewno.
- Powiesz Bogdanowi, że ten, kto zamordował jego bratanka, nie żyje? - Janek również mówił prawie szeptem, jakby to piskliwe dźwięki wydawane przez krzesło były w tym momencie najważniejsze, a on nie chciałby ich zagłuszać.
- Powinienem? Myślisz, że to coś zmieni albo przyniesie mu ulgę?
- Nie wiem. Może tak. Chyba nie zaszkodziłoby spróbować.
Stanisławski napełnił po raz kolejny dwa kieliszki.
- Zastanów się - powiedział. - A my w tym czasie wypijemy. Tym razem za zdrowie Bogdana.
Myślałem nad jego słowami. Ile miałbym powiedzieć ukrywającemu się gdzieś tam w ciemnościach, zniszczonemu obsesją nieszczęśnikowi? Czy w ogóle uwierzyłby chociaż w jedno moje słowo?
- Janek? - Podniosłem nagle głowę. Wspomnienie dwa tysiące piątego roku nasunęło mi oczywiste pytanie i - który to już raz tego dnia zdziwiłem się, że z takim opóźnieniem na coś wpadam. - Pamiętasz wieczór, gdy widzieliśmy się ostatnio, prawda? Czy tamtej nocy, albo następnego dnia, spotkałeś może tego mojego kolegę, który jeździł białym oplem?
Znieruchomiał z kieliszkiem w ręku, zadumał się, a po chwili upewnił się:
- Chodzi ci o Rafała, z którym byliśmy nocą w lesie?
- Tak, właśnie o niego.
- Nie, nie widziałem. A co z nim?
- No właśnie nie mam pojęcia. Ostatni raz widziałem go w tamten Wielki Piątek. Przywiózł mnie tu z Krasnobrodu, a później... Zresztą nieważne. A może coś słyszałeś na temat tego, że znaleziono wtedy kogoś rannego, albo... - z trudem przełknąłem ślinę - ...albo może zwłoki mężczyzny? Na pewno coś byś o tym...
- Nie. Na pewno nie.
- To dobrze. Tak mi się przynajmniej wydaje. Został zraniony przez... nieważne przez kogo, ale mam nadzieję, że nie na tyle, by stało mu się coś poważnego. Twoje słowa tylko to potwierdzają.
Gdy przechylali kieliszki, wstałem z krzesła, by zaraz potem oznajmić:
- Czas już na mnie. I tak wystarczająco długo zabawiłem w tej okolicy.
Fotel pasażera w niewielkim fordzie fiesta był całkiem wygodny, zwłaszcza w porównaniu z drewnianym, nietapicerowanym krzesłem, na którym jeszcze niedawno spędziłem trochę czasu.
Kołysanie amortyzatorów w połączeniu z tym, co mnie tego dnia spotkało, narastającym z każdą chwilą zmęczeniem oraz głową ciążącą po zażytych przed wyjazdem środkach przeciwbólowych - to wszystko sprawiało, że powinienem zasnąć w ciągu minuty. Tym razem jednak było to niemożliwe. W pakiecie "Podwiezienie do Zamościa" otrzymałem jeszcze irytujące "jak jasna cholera" poświstywanie siedzącego obok mężczyzny, jego nerwowe bębnienie palcami o kierownicę, a dodatkowo - niepokój, czy przypadkiem znów nie grozi mi jakieś niebezpieczeństwo.
*
Po tym, jak w sali jadalnej poinformowałem o zamiarze opuszczenia Guciowa jeszcze tego samego wieczoru, moje słowa początkowo nie zostały wzięte serio. Gdy jednak przez dłuższy czas upierałem się, zapewniając bezustannie, że ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę, są żarty, Janek stwierdził:
- Chyba oszalałeś. Mówię ci, zostaniesz do jutra i któryś z nas podrzuci cię do Zamościa. Dziś żaden z nas ci nie pomoże, bo jesteśmy lekko wstawieni, wypiliśmy trochę do obiadu, doprawiliśmy się przed chwilą. Zresztą, nawet jakbyś się tam dostał, to i tak przecież już nic nie jeździ o tej porze, w taki dzień...
- Prześpię w hotelu, a jutro z samego rana wracam do domu. Nie chcę tu już być. Za nic w świecie, rozumiesz? Jeśli nie ma innej możliwości, to pójdę na piechotę. Ile kilometrów jest stąd do Zamościa?
Skierowałem pytanie do Krzysztofa i odczekałem parę sekund, lecz nie uzyskałem odpowiedzi. Nowy znajomy przypatrywał się tylko z uwagą mojej twarzy. Znów miałem wrażenie, że jego ciemnoszare oczy prześwietlają mnie na wylot.
- Dwadzieścia kilometrów? - ciągnąłem dalej. - Trzydzieści? Do rana dojdę, a może mi się poszczęści i złapię po drodze jakąś okazję...
- Jasne - przerwał moje wywody Stanisławski. - Być może pekaes do Warszawy akurat będzie przejeżdżał przez Bondyrz.
- Ile ci jestem winien? - zapytałem i wyjąłem z torby portfel.
- Niby za co?
- Nie wiem, za wszystko. Za przechowanie moich rzeczy, za pokój, za jedzenie...
- Weź mnie, człowieku, nie wkurwiaj. Nic mi nie jesteś winien. Jak gardzisz gościną, to idź swoją drogą i nie zawracaj głowy!
- Janek, przestań. - Krzysztof podniósł się i stanął obok mnie. - Nie wiesz, co Witek przeszedł, więc się nie unoś. Zastanów się lepiej, jak możemy mu pomóc.
Po krótkiej naradzie uznali, że jest chyba jednak jakieś wyjście.
Chwilę potem szliśmy we trzech szosą, a do naszych uszu od strony kępy krzewów zaczęło dobiegać coraz głośniejsze mamrotanie.
Adamowicz zaczął się wahać dopiero wtedy, gdy Janek postraszył go policją, zaznaczając jednocześnie, że jeśli mi pomoże, mogę ostatecznie odstąpić od zgłoszenia pobicia. Argumentem, który wreszcie przekonał Bogdana, okazała się jednak dopiero obietnica, że dopóki nie obróci do Zamościa i z powrotem, Stanisławski z Krzysztofem zajmą jego miejsce na czatach.
Nie za bardzo uśmiechała mi się nocna podróż z narwanym świrem, ale wolałem to od nocy spędzonej w Guciowie.
*
Początkowo planowałem nie spuszczać z niego wzroku, ale ponieważ sprawne miałem jedynie prawe oko, szyja zaczęła mi cierpnąć, jeszcze zanim Bogdan zdążył wrzucić czwórkę. Ostatecznie postanowiłem więc zdać się na łaskę opatrzności i postarać się nie zasnąć, co - jak się okazało - nie było wcale aż tak trudne.
Droga była pusta, więc Adamowicz mógł jechać dość szybko. Minęliśmy Bondyrz, a potem skręciliśmy w lewo i wjechaliśmy na lepszą drogę, prowadzącą w stronę Zamościa. Światła mijania wyłuskiwały z ciemności zielone tablice, sygnalizujące kolejne miejscowości. Najpierw Jacnia, później położony na wzgórzu Adamów. Jechałem tędy pierwszy raz w życiu.
- Daleko jeszcze?
- Daleko - odparł nosowym głosem, sugerującym problemy z rozszczepioną wargą.
Tyle było naszej rozmowy, bo w aucie znów rozległy się jakieś świszczące oberki.
Moje myśli znów zaczęły krążyć wokół Adama. Wspomnienie tego, co stało się na wzgórzu, próbowałem zagłuszyć kwestiami bardziej przyziemnymi, takimi, na które mogłem mieć jakikolwiek wpływ, i wtedy właśnie pożałowałem, że w Guciowie umknęła mi kwestia jego fiata punto. Mogłem przecież poprosić Janka, żeby go przynajmniej ściągnął jakoś na własne podwórze, bo takie auto z rozciętą oponą mogło niepotrzebnie przyciągać uwagę ewentualnych amatorów cudzej własności. A jeśli uszkodzona była nie tylko jedna?
- Panie Adamowicz...?
Dającą się zauważyć (a właściwie usłyszeć) reakcją na moje słowa było nagłe przerwanie jakiegoś folklorystycznego hitu. Palce nadal bębniły o kierownicę.
- Pamięta pan może przypadkiem ten samochód na parkingu w Guciowie? Taki fiat punto. Czerwony.
- Może i nie pamiętam, a bo co?
- A bo to auto mojego dobrego znajomego. Jakby pan jednak pamiętał, to może by pan wiedział, co się stało z jego oponą?
- Z którą?
- Z lewą przednią.
- Nie wiedziałbym - odparł natychmiast i znów zaczął poświstywać.
Wykręciłem szyję, żeby łypnąć na niego sprawnym okiem.
- A z tylną?
- Ale z lewą czy z prawą? - Jego palce zacisnęły się kurczowo na obręczy kierownicy. Obfite wąsy i broda zakrywały pół jego twarzy, mimo to miałem wrażenie, że znów próbuje gwizdać, ale mu nie wychodzi.
- Z prawą. - Mój wybór nie miał żadnego znaczenia, bo i tak spodziewałem się odpowiedzi, która padła zanim jeszcze moje "ą" zdążyło do końca wybrzmieć.
- Też bym nie wiedział.
Ułożyłem plecy na oparciu, chwytając dłońmi pas bezpieczeństwa, spojrzałem przed siebie (kolejna tablica, tym razem z napisem "Lipsko") i powiedziałem, niby pod nosem, ale wystarczająco głośno, by Adamowicz zdołał zrozumieć moje słowa:
- To co z ciebie za strażnik Teksasu, jak głupiego auta nie umiesz upilnować?
Spodziewałem się pisku opon i gwałtownego szarpnięcia do przodu, lecz pomimo że Bogdan nacisnął natychmiast pedał do oporu, podnosząc się na wyprostowanych nogach, fiesta z cichym szmerem sunęła w najlepsze jeszcze przez jakieś trzydzieści metrów.
- Gumki kiepskie - orzekłem, gdy się zatrzymaliśmy. - Chyba dawno niezmieniane i się starły odrobinkę?
- Wysiadaj pan, do jasnej cholery! - Adamowicz sapał ze wściekłości. - Nie będziesz mnie pan obrażał! Nikt lepiej nie pilnuje Guciowa! Nikt!!! Rozumiesz pan, panie?!
Przed wyjazdem dopilnowałem, by strzelba, która parę godzin wcześniej została użyta do dość poważnego przemodelowania mojej twarzy, została pozostawiona pod opieką Stanisławskiego, więc teraz mogłem trochę pozgrywać bohatera.
- Słuchaj, człowieku - powiedziałem spokojnie. - Ślepy by zobaczył, co się stało z samochodem, który stoi po drugiej stronie drogi. Jakbyś był czujny, to wiedziałbyś, kto go uszkodził.
- Ja nie jestem jakiś parkingowy! Co mnie to obchodzi? Wysiadaj pan, powiedziałem!
- Kogoś, kto szuka zabójcy swojego bratanka, wszystko powinno obchodzić, bo każdy, nawet z pozoru nieważny fakt może mieć znaczenie w tej sprawie. Gdyby pan mógł mi powiedzieć, co się stało z fiatem, to może ja mógłbym pomóc w sprawie mordercy. No ale skoro tak... - otworzyłem drzwi. - To niech pan sobie dalej szuka wiatru w polu.
Szamotałem się ze swoją sztywną nogą, usiłując wyekspediować ją na zewnątrz, gdy poczułem dłoń na lewym przedramieniu.
- Czekaj pan. Coś pan powiedział?
- To, coś pan słyszał. Żegnam, dalej pójdę pieszo.
*
Nie poszedłem dalej pieszo.
Przez dłuższy czas się przekomarzaliśmy, próbując przechytrzyć jeden drugiego i uzyskać potrzebne każdemu z nas informacje. W końcu sprawa stanęła w martwym punkcie - ja oświadczyłem, że nic nie powiem, jeśli Adamowicz nie poinformuje mnie, kto i dlaczego poprzecinał opony w samochodzie Nawrota, a on z kolei uparł się, że najpierw on musi usłyszeć to, co go interesuje.
Nie mogłem mieć pewności, czy w ogóle coś widział, czy tylko blefuje, ale musiałem przynajmniej spróbować.
W końcu, zmęczony do granic możliwości i zniecierpliwiony całą sytuacją, zaproponowałem, abyśmy odłożyli tę sprawę do następnego dnia, żeby zawiózł mnie wreszcie do Zamościa, do jakiegoś hotelu, a następnego dnia przyjechał, byśmy mogli zakończyć targi, jednak on za nic w świecie nie chciał na takie rozwiązanie przystać. Czuł, że rodzi się dla niego jakaś szansa i nie zamierzał jej wypuścić z rąk.
Ostatecznie stanęło na tym, że jeśli pokażę mu jakiś dowód związany z tym, co stało się w Wielki Piątek dwa tysiące piątego roku, Bogdan opowie mi historię wydarzeń na parkingu, a wtedy z kolei ja zdradzę, kim był morderca. Myślałem o broni pożyczonej od Stanisławskiego, która została przy drodze prowadzącej do Słonecznej Doliny. Nie miałem bladego pojęcia, czy to wystarczy, no ale przecież do ciała Kowalika z odrąbaną saperką głową nikt z tego świata nie miał już dostępu. A szkoda, bo akurat ten widok mógłby być całkiem przekonujący...
Guciów znów otwierał przede mną ramiona, ponieważ ustaliliśmy na koniec, że spędzę tę noc w domu Adamowicza, bo "on ma ważniejsze sprawy na głowie, niż wożenie się w kółko do Zamościa i z powrotem".
Dwadzieścia minut przed północą telepałem się zatem ponownie w okolicę Słonecznej Doliny, wierząc, że to już ostatni raz. Jedynym plusem całej sytuacji - poza nadzieją na dowiedzenie się czegoś więcej o tym, co zdarzyło się Adamowi - był fakt, że mój szofer zatopił się w głębokich rozmyślaniach i już nie pogwizdywał, ani nie próbował zepsuć kierownicy.
Początkowo sądziłem, że przez roztargnienie pomylił drogę, bo w Lipsku nie zawróciliśmy, tylko auto podążyło w lewo, ale mój niepokój został rozwiany stwierdzeniem, że wrócimy inną trasą, bo - jak to określił Bogdan - "musi mieć więcej czasu na poważną analizę sytuacji".
Długa prosta kołysała mnie do snu i wydawało się, że wreszcie nie ma przeszkód, bym zamknął oboje oczu. Działające, może nawet zbyt efektywnie, ogrzewanie rozleniwiało i chyba nawet lekko przysnąłem, ale nie na długo. Obok siebie, tuż przed kolejnym skrętem w lewo o dziewięćdziesiąt stopni, usłyszałem ciche mormorando:
- Teraz, to już na pewno go nigdy nie złapię. Przez tyle czasu go nie dorwałem, więc wszystko już przepadło i nic tego nie zmieni.
Domyślałem się, kogo dotyczą te słowa, choć nie bardzo rozumiałem ich genezę i sens, niemniej jednak akurat z tymi tezami Adamowicza zgadzałem się w stu procentach.
Droga wbiła się w gęsty las. Mały ford z trudem wspinał się pod zakola niewielkiego wzniesienia, ja znów zamknąłem oczy, kiedy nagle poczułem gwałtowne szarpnięcie w prawo. Popatrzyłem przed siebie, z trudem tłumiąc krzyk strachu.
- Co to było? - wykrztusiłem, czując, że serce podchodzi mi do gardła. - Kto to szedł? Jezus Maria!
Adamowicz spokojnie prowadził i nawet nie wiem, czy usłyszał w moim głosie choć odrobinę strachu.
- Gdzie szedł? - Jednak nie puścił moich wrzasków mimo uszu. - Nikogo nie widziałem. Trochę szarpnęło, bo trzeba było ominąć dziurę w drodze. Dobrze, że w ostatniej chwili ją zobaczyłem, bo moglibyśmy tu utknąć na stałe. A co, śniło się coś panu, panie?
- Tak, śniło się.
Miałem dosyć tych moich chorych omamów spowodowanych zmęczeniem. Wcześniej Kowalik, marzenie o spotkaniu Krzysia, a teraz to... Zbyt dużo czasu spędziłem w Starzyźnie, zbyt wielką część mojego umysłu zaanektował obłąkany szaleństwem i nienawiścią wcielony diabeł w sutannie, jakim niewątpliwie był Dobrowolski. Teraz nie miał już do mnie dostępu, mogłem czuć się bezpiecznie i nie zamierzałem wierzyć nawet w najbardziej realistyczne przywidzenia.
Na przykład takie, że kątem oka na prawym skraju szosy widziałem zmierzającą w przeciwnym kierunku, zakapturzoną postać w habicie...
*
Wjechaliśmy do kolejnej miejscowości. Tym razem tablica głosiła, że znajdujemy się w Szewni Dolnej.
Starałem się za wszelką cenę skupić uwagę na mijanych zabudowaniach, ale wyobraźnia wciąż podsuwała obraz zjawy, której ktoś raczej mało delikatnie amputował prawą rękę nieco poniżej barku.
Adamowicz coś tam mruczał do siebie, ale wolałem już rozmowę z wariatem od roztrząsania genezy własnych zwidów. Żeby tylko wynaleźć jakiś w miarę neutralny temat...
- A co tam w polityce nowego, panie Bogdanie? - zapytałem, brutalnie urywając mantrę. - Ostatnio przez dłuższy czas nie czytałem gazet.
Po chwili zastanowienia odparł:
- Ja tam się tym, panie, za bardzo nie interesuję, bo mam ważniejsze sprawy na głowie niż polityka. Ale chyba ostatnio nic się nie zmieniło. Ciągle prezydentem jest Kaczyński, premierem drugi Kaczyński, znaczy Kaczyński Jarosław, wicepremierami są Lepper i Giertych, i co tam jeszcze...
Nie było sensu słuchać tego dalej. Też sobie wybrałem temat do rozmowy z człowiekiem, który mieszka w przydrożnym szałasie i od dwóch lat poluje, sam nie wiedząc na kogo... Zaraz z pewnością oznajmiłby mi, że w Rosji wybory wygrała cudownie ożywiona mumia Włodzimierza Iljicza, a w amerykańskim Białym Domu urzęduje Miś Jogi.
Spojrzałem na zegarek. Sekundnik za chwilę miał zrównać się z pozostałymi wskazówkami, obwieszczając nadejście Poniedziałku Wielkanocnego.