Rome - dwie godziny wcześniej
Podpułkownik Dawne Deskins jechała raniutko do pracy na dwunastogodzinną służbę. Wiedziała, że i dzisiaj też się nie będzie nudziła, bo dzień zapowiadał się intensywnie i zapewne będzie dziś miała ręce pełne roboty. To już czwarty dzień z rzędu specjalnych ćwiczeń tygodniowych pod kryptonimem "Vigilant Guardian". Były one zaplanowane tak, żeby można było przetestować system radarowy w całym kraju pod kątem specjalnie stworzonych zagrożeń o charakterze kryzysowym.
Rome - cicha i pogodna we wrześniu mieścina, leżąca prawie że w środku stanu Nowy Jork, nie była wcale kopią tysięcy podobnych osiedli w rejonie północno-wschodnim. Trafiła na mapę jeszcze za czasów rewolucji. Tutaj właśnie po raz pierwszy zawisła w Fort Stanwix amerykańska flaga narodowa w czasie słynnej bitwy z "królewskimi". Do dziś jej kopie powiewają w tym samym miejscu otoczonym czcią narodową, tablicami, krzewami roślinności, a w Dniu Weterana - w miejscu kompletnie opatulonym dziesiątkami wieńców. Dzisiaj Fort Stanwix leży w samym centrum mieściny Rome.
Ale podpułkownik Deskins nie jechała do Fortu, by jeszcze raz obejrzeć sobie flagę. Jechała na dwunastogodzinną służbę do pracy. Całkiem niedaleko Fortu zostało zbudowane przed wieloma laty Operations Command Center: "Huntres Control"
. To Centrum ulokowane w Rome wchodziło w skład North American Aerospace Defence Command, zwanego NORAD
.
Były to czasy Kennedy'ego i Johnsona, Chruszczowa i Breżniewa. Dwa przyczajone tygrysy, rozdzielone Atlantykiem, gotowe skoczyć sobie do gardła w każdej chwili i przy pierwszej okazji, która by się wymknęła spod kontroli Moskwy i Waszyngtonu. Sowieckie podwodne łodzie atomowe zapuszczały się aż na obrzeża zachodniego Atlantyku, zaś Amerykanie latali z baz wojskowych w Hiszpanii, z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu swoimi strategicznymi B-52 uzbrojonymi w broń atomową i wodorową, które dolatywały do "turning point" - zwrotnego punktu - i wracały do bazy. Ale w każdej chwili, uruchomione specjalnym kodem, dostępnym tylko prezydentowi USA, były zdolne przekroczyć terytorium sowieckie, by zdetonować swój nuklearny ładunek. Po obu stronach Atlantyku i Grenlandii drzemały w silosach międzykontynentalne rakiety, które - raz odpalone - nie mają szansy powrotu lub zatrzymania. Jakoś tak podobnie, jak dzisiaj Shuttle - prom wahadłowy - raz odpalony musi wejść na orbitę, bo jest nie do zatrzymania przez żadną siłę grawitacyjną.
Starsi mieszkańcy pamiętają jeszcze, co wydarzyło się w Rome przed kilkoma dziesiątkami lat.
Był podobny dzień, zwieńczony pogodnym wieczorem i w Operations Command Center wszystko przebiegało rutynowo. Było już po zmierzchu, kiedy dyżurny oficer śledzący radar północno-wschodniego obszaru Ameryki, sięgający swoim systemem aż po centralną Grenlandię, spostrzegł, że coś jest nie tak... Nie tak, jak powinno i zawsze, z dnia na dzień i z godziny na godzinę, bywało. Nie spodobał mu się odczyt w górnym prawym kwadracie wielkiego szklistego ekranu. Cały ów ekran był i zawsze jest pokryty setkami punkcików przemieszczających się - zdawałoby się - bez żadnego ładu i składu, zaś każdy z nich opatrzony jest drobniutkimi zapisami, które tylko kontroler radarowy i jego przełożeni mogli byli zrozumieć i sprawnie odczytywać. Te jaśniejące punkciki sygnalizowały pozycję każdego z setek, setek samolotów nad obszarem północno-wschodnim Ameryki. A musiało być tego sporo, bo to najbardziej zatłoczona przestrzeń powietrzna na świecie: wszystkie loty krajowe korytarza atlantyckiego pomiędzy Waszyngtonem a Nową Fundlandią, wszystkie przeloty atlantyckie między zachodnią Europą a wschodnimi Stanami, dziesiątki, jeśli nie setki krnąbrnych i często wręcz niesfornych samolocików sportowych i wreszcie cała machina lotnicza Pentagonu. Było co śledzić na ekranie i trzeba było nie lada fachowca, żeby to wszystko sprawnie i bacznie obserwować, ze świadomością, że "sprawy w powietrzu mają się normalnie".
Oficer uniósł się z fotela, by lepiej przyjrzeć się ekranowi w miejscu, które pokazywało ruch nad obszarami Grenlandii i Zatoki Baffina. Dostrzegł coś, co nie oznaczało pozycji samolotu, ani jakiegoś zjawiska przyrody. Wiedział, że trzeba chłodno i ostrożnie traktować takie niespodzianki w strefach, gdzie zalega nie tylko tyle ozonu, ale występuje też wiele przeróżnych napięć magnetycznych, zjawisk jonizacyjnych, które zmieniają się nieoczekiwanie i niezwykle, jak choćby zorza polarna. Postanowił więc chwilę zaczekać, aż mu się ten dosyć niezrozumiały odczyt ułoży w coś sensownego, co będzie mógł umieścić w raporcie przy zdawaniu służby następnemu oficerowi. Ku swojemu zaskoczeniu na ekranie zobaczył, jak tych zagadkowych znaków zaczyna przybywać. Co to jest? Zakłócenia radarowe? Chciał zadzwonić do inżyniera, by zdać mu sprawę z tego, co się dzieje na szklanej tafli monitora. Ale przyjrzał się jeszcze uważniej kombinacjom liczb, które z chaosu niezrozumiałych sygnałów przekształcały się w coś dobrze mu znanego. Znanego z ćwiczeń szkoleniowych, których zawsze bywało aż nadto. Cała szkółka samolotów? Eskadra samolotów nad Grenlandią? Tutaj, w Rome, nie dostali zawiadomienia o manewrach ćwiczebnych...? Po dłuższej chwili oficer uświadamia sobie, że to nie samoloty. Odczyt nie ma charakterystyki radiofali odbitej od sylwetki, która przypominałaby swoją masą duży samolot. Ale prędkość...? To, co się pojawiło na ekranie, było szybkie.
I nagle zrozumiał. Zobaczył coś, czego nigdy nie powinien ujrzeć i czego w głębi duszy cały świat się obawiał. Dla takiej właśnie sytuacji, która nie powinna się zdarzyć w rzeczywistości, powstało Command Center w Rome, zbudowano cały system NORAD. Wszystko to miało służyć sytuacji, która nie zaistnieje ani w rzeczywistości, ani planach Moskwy i Waszyngtonu.
Oficer dzwoni do komendanta kontroli:
- Panie pułkowniku, proszę szybko o konsultację. Mam coś na ekranie, co może być ławicą rakiet. Widzę to nad horyzontem Grenlandii, jak nadlatuje od Atlantyku prawie przez północny biegun. To chyba nie są omamy. Zgłaszam niezidentyfikowane obiekty na naszym obszarze i proszę o konsultację.
Pułkownik w parę sekund znalazł się przed monitorem. Oficer wskazał mu niezidentyfikowane obiekty. Obaj szybko starali się odnaleźć sens malutkich cyferek skaczących po tafli monitora znad granicy zasięgu aparatury.
- Wygląda to na rakiety - powiedział pułkownik. Wrócił do tablicy dowodzenia i przesłał do NORAD alarmowy meldunek: "Niezidentyfikowane obiekty nad centralną Grenlandią skierowane w stronę północno-wschodnich Stanów. Prawdopodobnie ławica rakiet balistycznych".
NORAD nie czekał na dalsze potwierdzenia czy interpretacje odczytów. Rozległy się alarmowe sygnały w silosach, gdzie stacjonowały rakiety balistyczne z głowicami nuklearnymi. Każda z nich miała zakodowaną trajektorię i docelowy punkt, nad którym miała eksplodować. Ten sam alarm poderwał załogi dyżurnych dywizjonów lotnictwa ochrony wybrzeży. Alarm w jednostkach lotnictwa strategicznego. Alarm w Naczelnym Sztabie Pentagonu. Alarm u oficera dyżurnego Białego Domu. We wszystkich jednostkach - od silosów po Biały Dom - wyświetlał się czerwony, migotliwy rozbłysk ostrego światła. This is not a drill - to nie są ćwiczenia!
W kilka minut później dyżurny komendant NORAD informuje naczelnego dowódcę o sytuacji nad Grenlandią. Ten potwierdza słuszność wszczęcia powszechnego alarmu bojowego.
Pierwszy rzut obrony obszaru powietrznego w Vermont, w Kanadyjskim Labradorze, w Wirginii i Północnej Karolinie, który zwyczajowo czy regulaminowo koncentruje się na obrzeżach płyty startowej już po uruchomieniu silników i uzbrojeniu rakiet. Pierwsze samoloty rwą w powietrze na dopalaczach. Załogi przygotowują bombowce strategicznego zasięgu do startu. Oficerowie dyżurni "silosów" otrzymują drugą część meldunku alarmowego: "zaktywizować detonatory głowic".
Informację o niezidentyfikowanych obiektach na ekranie w Rome otrzymuje dyżurny inżynier NORAD. Natychmiast uruchamia rezerwowy telefon do Centralnego Biura Meteorologicznego - linią zastrzeżoną dla placówek Pentagonu.
Oficer dyżurny grupy bezpieczeństwa w Białym Domu otrzymuje kod informujący o sytuacji w Rome i wszczęciu powszechnego alarmu bojowego. Prezydent był już z rodziną w swoich apartamentach prywatnych. Oficer, z aparatem telefonicznym w jednej dłoni i czarną teczką z kodami dla głowic nuklearnych w drugiej, ruszył spiesznie do prywatnej kwatery prezydenta. Nim zjawił się u drzwi, szef załogi Białego Domu połączył się z prezydentem i zaczął referować sytuację, ale prezydent bardzo szybko mu przerwał.
Prezydent: Czy są jakieś meldunki z Moskwy od CIA?
Szef Białego Domu: Sprawdzamy.
Prezydent: Szybko. Czy coś się stało w Moskwie? Jakiś pucz partyjny, prowokacja wojskowa...?
Szef Białego Domu: Nic takiego nie przyszło...
Prezydent: Manewry wojskowe w akwenie północnym, z głowicami, z łodziami podwodnymi...?
Szef Białego Domu: Pan prezydent myśli, że to odpalenie omyłkowe? W sowieckiej armii to nie jest sytuacja wykluczona. Nigdy nie wierzyłem w ich technologie...
Prezydent: Włączaj "hot line" i dawaj mi natychmiast Breżniewa.
Szef Białego Domu: Tak jest, panie prezydencie. Jeszcze jedno, zgodnie z regulaminem zarządzam natychmiastową ewakuację Białego Domu i proszę pana prezydenta, by zechciał pospiesznie wraz z rodziną przenieść się do schronu przeciwnuklearnego. Tam są już moi asystenci, którzy przygotowują stanowiska dowodzenia. Roger. - Potwierdza zakończenie rozmowy.
W chwilę później:
Meldunek oficera dyżurnego CIAz ambasady moskiewskiej do szefa Białego Domu: "Moskwa śpi, pucz wykluczony, o manewrach na skalę całej armii ze środkami strategicznego ataku nie mieliśmy żadnych informacji. Możliwe omyłkowe odpalenie, ale wtedy wchodziłby w rachubę jeden silos i jedna rakieta. Nasz nasłuch nie odebrał jakiejkolwiek aktywizacji depesz między Dowódcą Sił Zbrojnych a Kremlem". Koniec noty.
Szef Białego Domu natychmiast przekazał meldunek z Moskwy prezydentowi, który już był w drodze z prywatnej kwatery do bunkra przeciwnuklearnego. Asystował mu oficer dyżurny, pod którego opieką znajdowała się czarna teczka z kodami.
W kwaterze NORAD dyżurny inżynier odebrał żądane odczyty z centralnego biura meteorologii i pospiesznie wziął się za obliczanie przy użyciu całego sprzętu, jaki miał w pogotowiu.
W Rome oficer dyżurny, monitorujący ekran radarowy, zauważa zmiany w nasileniu odczytów. Część z nich jakby przybladła, jak gdyby niektóre rakiety straciły kontakt z namiarami radaru. Melduje o tym pułkownikowi, prosząc o konsultację.
W tej samej chwili dyżurny inżynier łączy się z dowództwem Command Center w Rome. Zapytuje, czy są jakieś zmiany w odczytach z ekranu. Pułkownik opowiada, że właśnie dyżurny spostrzegł na monitorze blednięcie części sygnałów i prosi o konsultację. Inżynier zaleca, by się nie rozłączali i żeby pułkownik natychmiast przekazywał wiadomości o ewentualnych zmianach. W międzyczasie pułkownik przeszedł z górnej sali dowodzenia do konsoli, gdzie stacjonował ekran radarowy. Dyżurny zawołał w podnieceniu:
- Mamy zanik kilku odczytów! Radar traci kontakt z rakietami, no, z tymi, które się jako pierwsze pojawiły... Co to jest?! Wracają...? To fizycznie niemożliwe...
- Może były odpalone omyłkowo i teraz są likwidowane - zastanawia się pułkownik.
- Samozniszczenie...? - pyta dyżurny.
- A czy ja wiem...? - odpowiada pytaniem pułkownik i szybko referuje, co zobaczyli na monitorze, inżynierowi z NORAD.
Inżynier mówi:
- Według mnie czas i kierunek rakiet zapisanych na monitorze odpowiada kierunkowi i sekundom wschodu księżyca nad horyzontem Grenlandii. To mogą być sygnały odbite od tarczy księżyca, zapisane przez radar. To nie jest niemożliwe. Księżyc teraz jest w pozycji ponad horyzontem i jeśli odczyty wam nie zgasną w ciągu krótkiej chwili, no to mamy sowieckie rakiety u wrót naszych, Jezu Chryste...
W ciągu następnej minuty wszystkie odczyty rozmazują się, bledną i z wolna zanikają. Rome zawiadamia NORAD o sytuacji na ekranie. Komendant NORAD odsłuchuje rozmowę inżyniera dyżurnego z dowódcą Command w Rome. Zawiadamia szefa sztabu w Pentagonie, który był w drodze do swego bunkra przeciwnuklearnego ze stanowiskami dowodzenia. Szef sztabu wydaje rozkaz odwołania powszechnego alarmu bojowego i zawiadamia o tym osobiście prezydenta, który wraca do swej prywatnej kwatery na górze Białego Domu, odwołując żądaną rozmowę z Breżniewem.
To najważniejsze wydarzenie, jakie zaszło przed kilkudziesięcioma laty w NORAD.
Toteż podpułkownik Dawne Deskins, jadąc do Command na swój dwunastogodzinny dyżur, wiedziała, że dzień zapowiada się pracowicie. W czwartym dniu ćwiczeń NORAD na pewno przygotował listę pełną niespodzianek.