SŁOWO WSTĘPNE
Tom niniejszy powstał w wyniku apelu Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu w Polsce oraz redakcji "Polityki" nawołującego wiosną 1993 roku - w przededniu Pięćdziesiątej Rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim - do nadsyłania wspomnień związanych z Zagładą. Hasło wywoławcze, nadane przez redaktorów "Polityki" brzmiało: "Scena, której nie mogę zapomnieć..." Apel, parokrotnie powtarzany (ogłoszony także w kilku innych poczytnych gazetach), przyniósł niezwykły plon. Obok owych krótkich, głęboko zapadłych w pamięć scen, nadesłano wiele obszernych relacji, kilka pamiętników, wiersze, rysunki, ogółem dwieście kilkadziesiąt rękopisów i maszynopisów. Poczta dostarczyła rękopisy i maszynopisy ze wszystkich stron świata, z Danii, Holandii i Szwecji, Francji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych, z Wielkiej Brytanii i Izraela... Są to opowieści o ocaleniu, o sztuce samoobrony, mimikry, pomniki stawiane pomordowanym braciom, relacje o polskich ratownikach i o tych, których musieli się wszyscy razem wystrzegać.
Najwięcej wspomnień pochodzi oczywiście z Polski. Nie tylko z wielkich miast, lecz również z małych osiedli, wiosek i miasteczek. Ich autorzy byli w czasie wojny dziećmi albo bardzo młodymi ludźmi. Ktoś śledził do końca losy krawca-sąsiada, ktoś inny towarzyszył ostatniej drodze swego przyjaciela. W jednych miejscowościach oprawcy prowadzący kolumny Żydów na stracenie zabraniali Polakom podchodzić do okien, nie chcieli mieć ś w i a d k ó w. Ale świadkowie byli wszędzie. Gdzie indziej - zwłaszcza na Kresach Rzeczpospolitej - mordowano przy "otwartej kurtynie", wyraźnie stawiając sobie jako cel wtórny zastraszenie całego podbitego społeczeństwa. Toteż chłopi na Wołyniu mawiali: "Rozczynili Żydami, a miesić będą Polakami"; w Stanisławowskiem zaś to samo streszczano słowami: "Skończą z Żydami, przyjdzie nasza kolej". Tymczasem wszelako na ich oczach dokonywano totalnej zagłady Żydów "tutejszych" i zwożonych z całej Europy. O tych ostatnich - poza kolejarzami - mało kto wiedział.
Do oceny nadsyłanego materiału powołane zostało początkowo wspólne jury, jednakże w praktyce prace uległy podziałowi: członkowie redakcji "Polityki" (Marek Groński i Marian Turski) decydowali o doborze tekstów, jakie ogłosili dwukrotnie na łamach swego tygodnika.[1] Katarzyna Meloch i Wiktoria Śliwowska ze Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu w Polsce przystąpiły do selekcjonowania materiału do publikacji, co nie było bynajmniej rzeczą prostą.
Oczywiście nie nastręczało trudności odłożenie na bok tekstów już drukowanych, zwłaszcza w łatwo dostępnych edycjach, jak na przykład fragmentu wspomnień Henryka Makowera, które w całości ukazały się w 1987 roku nakładem Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, a także tych wszystkich, które w istocie powtarzały w nieco rozszerzonej formie swoje niedawno ogłoszone zapisy. Z żalem musiałyśmy usunąć już przepisane do akceptacji autorskiej teksty Aliny Margolis-Edelman, gdyż właśnie ukazała się jej Ala z elementarza (Londyn 1994, "Aneks"), w której to książeczce wszystkie one się znalazły, włącznie z opublikowaną na łamach "Polityki" pt. Morfina relacją Być pediatrą w getcie. Moja mama. Zrezygnowałyśmy z publikowania wierszy (przeważnie nie najwyższej próby) i wspomnień ujętych w formie opowiadań, gdzie niełatwo było odróżnić, co jest fikcją literacką, a co przeżyciem, któremu nadano kształt literacki. Trudno było zamieszczać nadsyłane na nasz adres pytania, jak na przykład, Janusza Przybysza, który pragnąłby wiedzieć, co się stało z Deborą Halter odebraną jego rodzicom w 1945 roku. Nie mogłyśmy też skorzystać z propozycji Aleksandry Klukas-Siebiody ofiarowania "dość znacznej sumy" w zamian za uczczenie pamięci jej męża Jurka Szwarckopa, który pracując w firmie transportowej na Mokotowie, przewoził żywność do getta i wyprowadził stamtąd rodzinę Dudelzaków, choć sama historia z pewnością zasługuje na sprawdzenie, jeśli to tylko jest wykonalne... Przekraczało - rzecz jasna - nasze możliwości włączanie do tomu nadto obszernych wspomnień nadających się raczej do oddzielnych edycji książkowych, choć z niejednymi rozstawałyśmy się z żalem. Należy do nich przede wszystkim stustronicowy pamiętnik łodzianina Romana Tuchschneidera, dziś lekarza stomatologa w Tel Awiwie, który w godzinie próby stanął obok skazanego na śmierć ojca. Jego oświęcimska opowieść wykracza poza zapis martyrologicznych przeżyć, przynosi pogłębioną refleksję nad stratami moralnymi, jakie niósł ze sobą Holocaust; autor, jak rzadko kto, jest ich świadom; choć los oszczędził jego i jego ojca, wie, że należy do pokolenia, które wyszło z obozu "z okaleczona duszą".
Jeżeli trzeba było - ze względu na ograniczoną objętość książki - dokonać wyboru między dwoma równorzędnymi tekstami, z których jeden miał być publikowany anonimowo (autor zastrzegał nazwisko i adres tylko do wiadomości edytorów), a drugi podpisany imieniem i nazwiskiem, wybierałyśmy z reguły do druku ten ostatni. Trudno byłoby chyba czymkolwiek uzasadnić, czemu opowieść o śmierci Daniłka Naftula ze wsi Swojczów w powiecie włodzimierzowskim, zamordowanego w 1941 roku, miałaby się ukazać anonimowo? Albo historia wyrabiania potajemnie fałszywych dokumentów w Warszawie (tekst pt. Kto się pomodli?) czy relacja o tym, jak żandarm Fuks rozstrzeliwał w 1942 roku żydowskie dzieci?
Albo opowieść, jak latem 1942 roku w Wilnie w "czarnej kolumnie" autorka dojrzała znajomą twarzyczkę idącej z ojcem Musi (Musiu, gdzie jesteś?). Czemu ukrywa się pod pseudonimem łódzki doktor, wspominając z rozrzewnieniem uroczą Rutkę, towarzyszkę podwórkowych zabaw "przy trzepaku", której już nigdy - mimo usiłowań - nie udało mu się zobaczyć, bowiem pochłonęło ją łódzkie getto, czy też autor tekstu zatytułowanego Hawa - o próbie ratowania od zagłady żydowskiej dziewczynki? Albo piszący o pacyfikacji w maju 1942 roku wsi Ochoża w gminie Staw tamtejszy sołtys? Itd., itp. Tylko ze względu na zastrzeżenie nazwiska wyłącznie "do wiadomości" wydawców nie ukaże się arcyinteresujące Ujawnienie - historia łączniczki z getta warszawskiego, o której wszyscy są przekonani, iż zginęła... Cóż to bowiem za "ujawnienie" przy zachowaniu nadal anonimowości, a zatem pozbawienie czytelnika jakiejkolwiek szansy dokonania weryfikacji publikowanego tekstu? Zrezygnowałyśmy z tegoż powodu ze Zmęczenia, którego autor występuje pod kryptonimem FAZ. [Wspomnienia o Daniłku, Musi i Rutce w niniejszym, drugim wydaniu, są jednak publikowane z uwagi na ich wartości emocjonalne - przyp. Red.].
Relacje (poza dwiema, które poczta zwróciła z adnotacją "Nie mieszka") były autoryzowane; na druk wszystkich wspomnień autorzy wyrazili zgodę, zrzekając się - podobnie jak niżej podpisane - honorariów, w zamian za egzemplarze autorskie. Jest zatem ta książka jakąś skromną formą spłaty długu wobec tych wszystkich, którzy odeszli na naszych oczach w mękach i poniżeniu, o których nie potrafimy i nie chcemy zapomnieć. Tylko w jednym wypadku spotkałyśmy się z odmową: autorka dziwnej opowieści rodzinnej o matce-Żydówce, żonie oficera polskiego, którą wraz z córką zadenuncjował i skazał na poniewierkę, najpierw w getcie, a potem wśród obcych na Rzeszowszczyźnie, rodzony dziadek... zabroniła "pod karą sądową" (!) publikacji przysłanego wcześniej przez nią samą tekstu.
Właśnie ze względu na przyjętą przez nas zasadę, iż publikujemy tylko relacje, na których druk autorzy wyrazili zgodę i zaaprobowali dokonane skróty oraz drobne poprawki (w nadesłane teksty starałyśmy się ingerować w sposób minimalny, ujednolicając jedynie pisownię, usuwając powtórzenia itp.), musiałyśmy zrezygnować z paru ciekawych, naszym zdaniem, świadectw: nie zdołałyśmy wydobyć adresów autorów...
Zdecydowałyśmy się włączyć do tomu kilka świadectw z materiałów nadesłanych na konkurs "Kresy pod okupacjami 1939-1945". Dotyczą one terenów, o których najmniej do niedawna pisano. Ponadto kierowała nami chęć porównania, w jakiej mierze teksty pisane na zadany temat ("Scena...") odbiegają w nastroju od tych, które powstawały z myślą o innych problemach. Czytelnicy mogą sami się o tym teraz przekonać. Podobnie niezwykłość losu Stanisława W. Aronsona ("Ryśka"), który trafił do warszawskiego Kedywu AK i następnie walczył w Powstaniu Warszawskim, kazała nam zwrócić się doń z prośbą o zgodę na włączenie jego niepublikowanych fragmentów wspomnień do niniejszego tomu. Z kolei ogłoszonego w niskonakładowym "Arkuszu" Emila Michała Głowińskiego zamieściłyśmy ze względu na wyjątkowe walory poznawczo-literackie tej prozy. Tak niewiele wiemy wszak o szkolnictwie w getcie[2] (pisze o tym króciutko także gettowa nauczycielka Maria Goldman z Paryża). Tak jak i autor Emila często jesteśmy jedynymi - i ostatnimi - pamiętającymi strzępy imion, kontury twarzy, brzmienie głosu i uczniów, i nauczycieli, którzy zapełnili wkrótce wagony podstawiane na Umschlagplatzu, by Judenzugiem pojechać w ostatnią drogę...
Ów motyw, "by pamięć o nich nie zaginęła", "aby o tych Ludziach coś zostało", powtarza się w wielu nadesłanych relacjach. Świadomość, że może jest się tym jedynym, kto pamięta o swej przyjaciółce z dzieciństwa, o towarzyszu podwórkowych zabaw, o strasznych scenach, których "lepiej by było nie widzieć", kazała niejednemu - mimo oporów - siąść i pisać. Piszą często ci, którzy nie mogą uporać się ze wspomnieniami, bowiem wciąż majaczą im przed oczami sceny mordowania, katowania. "Dlaczego i po co dane mi było widzieć ten koszmar?" Pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Niekiedy motywem kierującym ręką z długopisem jest chęć przeciwstawienia się obciążaniu Polaków odpowiedzialnością za Holocaust (piszą często osoby, których rodziny narażały się), czasami żal wywołany niewdzięcznością tych, których się ratowało. Starałyśmy się oddać głos różnym autorom, wychodząc z założenia, że nawet męczeństwo i zagłada nie uprawniają do wybielania ofiar, eliminowania głosów krytycznych. Jest ich w książce sporo i są one najczęściej uzasadnione.
Prace dzieci Holocaustu i polskich dzieci wojny nienaznaczonych gwiazdą Dawida mają dla nas specjalną wartość. To głosy tych, na oczach których rozsypał się ich bezpieczny i zrozumiały świat. Dziecięcymi oczami patrzyli na upadek wszystkiego, co do tej pory wydawało się dane raz na zawsze. A dziecinne oczy umiały patrzeć; mali pamiętnikarze spisujący zaraz po wojnie albo wiele lat później swe wspomnienia z Zagłady utrwalili na zawsze doświadczenie naszego pokolenia. Niejedna z żydowskich dziewczynek, walczących o życie na przekór nazistowskim wyrokom, zasługuje na miano polskiej Anny Frank. Najmłodsi, urodzeni w gettach lub po "aryjskiej" stronie, napisali o poszukiwaniu tożsamości. Kilkadziesiąt lat po wojnie szukają swych sióstr i braci, chcą poznać imiona swoich rodziców, odkryć prawdziwą datę swego urodzenia. Polskie dzieci wspominają utraconych na zawsze kolegów ze wspólnej klatki schodowej, z piaskownicy, skazanych na "ostateczne rozwiązanie".
Nie zdecydowaliśmy się na publikację trzech wypowiedzi zdecydowanie niechętnych - łagodnie mówiąc - wobec ofiar Holocaustu (dwóch anonimowych), z których wyróżnia się niejaki "Chawer Jacuś", rzekomo znany pod tym pseudonimem w warszawskim getcie, utrzymujący, iż "zagłada Żydów dokonana została przez samych Żydów i zawsze między bajki wkładano opowiadania, że dokonali tego Niemcy. Zresztą i Niemcy rozpoczęli proces wyjaśniania prawdy". Ogłoszenie jednej, podpisanej nazwiskiem, uniemożliwiał brak adresu, a zatem otrzymanie zgody na druk. Zarazem zetknęłyśmy się w toku pracy z pewnym rodzajem świadectw, które mogą wzbudzić innego typu opory przy publikacji. Są to świadectwa "gapiów", ludzi, którzy pędzą na miejsce każdej katastrofy: samochodowej, kolejowej, pożaru. Biegną, stają w bezpiecznej odległości, by móc potem w domu czy na podwórku opowiadać z przejęciem o tym, czego byli naocznymi świadkami. Początkowa selekcja automatycznie, podświadomie niejako eliminowała tego rodzaju irytujące "obrazki". Potem jednak przyszła refleksja, że każde świadectwo - również tego rodzaju - ma swoją wagę. Często "gapie" widzą i zapamiętują więcej od świadków emocjonalnie zaangażowanych, patrzących na to, co się dzieje, przez łzy i zamglone rozpaczą oczy. Odwrotnością owych "gapiów" są świadkowie "dziejopisarze", ci, którzy chcą świadomie, za wszelką cenę przechować wiedzę o tym, co się w ich kraju stało, co spotkało sąsiadów, kolegów i zupełnie obcych, nieznanych współobywateli. Innych. Obrzucanych błotem i będących obiektem niewybrednej propagandy. Zdumiewa, jak po wielokroć powtarza się w nadesłanych rękopisach tak samo opisana scena: ojciec prowadzi dziecko do sąsiedniego domu, skąd dojrzeć można miejsce kaźni, albo na strych, z którego przez szpary widać rzeczy nie dla dziecięcych oczu przeznaczone i - zazwyczaj wbrew oponującym matkom - każe im patrzeć i "zapamiętać". Dla potomnych.
Z prac nadesłanych i niepublikowanych w naszej książce można by z pewnością złożyć drugi tom. Każdy tekst wnosi swą cząstkę do naszej wiedzy o epoce Holocaustu, jeżeli nie wzbogaca tej wiedzy, każe wsłuchać się w refleksję zanotowaną pięćdziesiąt lat później.
Na apel - jak się tego spodziewaliśmy - odezwali się przede wszystkim Polacy. Ci, którzy ratowali Żydów - zarówno przyjaciół, jak i "spotkanych na drodze" - ci, którzy bezradnie i z bólem w sercu patrzyli na to, co dzieje się wokół, a także i ci, którzy wpuścili żydowskie dziecko na noc, na godzinę, nakarmili, przyodziali, by potem odeszło ku swemu przeznaczeniu. Odezwały się wojenne polskie dzieci, które w grze o życie tamtych zza muru także miały swój udział. Dzieci te przenikały za mur, przenosiły jedzenie i przyprowadzały swych wynędzniałych towarzyszy zabaw do domu, patrząc, jak zareagują na to dorośli... I była to ich pierwsza niedziecinna sprawa.
A także ci, którym do dziś nie daje spokoju grzech "zaniechania" (po raz pierwszy sformułowany przez Jana Błońskiego w "Tygodniku Powszechnym" i będący następnie przedmiotem tak zażartych polemik). W polskim stosunku do zagłady Żydów zaczyna od tego czasu pobrzmiewać nowy ton: obok uzasadnionego usprawiedliwienia, iż uratowanie wszystkich było niemożliwe, pojawia się żal, iż nie potrafiło się przyjść z pomocą temu jednemu, spotkanemu na drodze... Andrzej Wajda, przygotowując film na podstawie Wielkiego Tygodnia Jerzego Andrzejewskiego, przytoczył w rozmowie z Adamem Michnikiem i Tadeuszem Sobolewskim "zdarzenie prawdziwe z czasów okupacji", które opowiedział mu Jan Błoński: "Szedł ulicą. Po drugiej stronie, z przeciwka, zbliżał się żydowski chłopiec. Widać było, że potrzebuje pomocy, że się ukrywa. On wiedział, że ja mu nie pomogę, a ja wiedziałem, że muszę przejść obok..."[3] Po pięćdziesięciu latach nikt już z ludzi tamtego czasu nie pozostał młody. Z perspektywy schyłku życia, z odległości kilku dziesięcioleci wracają owe "sceny, których nie można zapomnieć..." i pojawia się osąd moralny ówczesnej postawy. Czasem aż nadto surowy. Uczucia najlepszych Polaków - świadków niemieckich okrucieństw - wyraziła kobieta stojąca nieopodal kanału, do którego wepchnięto żydowskiego chłopca: "Wszyscy jesteśmy upodleni - mówiła - wszyscy... Tylko przez to, że patrzyliśmy na to, nie mogąc nic uczynić..." Tak samo wujek jednego z autorów "niechętnie wracał do tych wspomnień, stwierdzając, że lepiej by było w ogóle tego nie oglądać, bo uświadomiona bezsilność i niemożność udzielenia maltretowanemu człowiekowi pomocy zatruwa tylko później życie temu, kto na to patrzył".
Spośród wielu nieprawdopodobnych sytuacji, makabrycznych scen przesyconych napięciem strachu do granic niemożliwości, okrucieństwem trudno wyobrażalnym ("Mam przed oczami tyle okropności, że dziś nie rozumiem, jak mogłem to znieść" - pisze jeden z autorów, Jerzy Maryański) do wyobraźni przemawia bodajże najsilniej jedna króciutka migawka opisana przez Jadwigę Domagałę w czasie "wysiedlania" Żydów z Radomia do domu przy ulicy Witolda. Mąż przyniósł małą dziewczynkę; żona podniosła krzyk: "Żydowskie dziecko przyniosłeś! Niemcy nas zabiją!". Mężczyzna w milczeniu zawinął dziecko w chustę i poszedł "w świat". I więcej nie wrócił...
Oddając tom składający się ze wspomnień wydobytych z zakamarków pamięci po pół wieku, mamy pełną świadomość wszystkich jego mankamentów: człowiek skłonny jest przypisywać ogółowi własne przeżycia i doznania, wyciągać wnioski na podstawie jednostkowych zdarzeń, mieszać to, co widział na własne oczy, z lekturami i zasłyszanymi opowieściami itd., itp. Wszystkie pamiętniki zresztą są źródłem wymagającym szczególnie uważnej weryfikacji, co jest truizmem. Dla dziejopisów Holocaustu ten zbiór świadectw ostatnich już uczestników i widzów - tak jak utrwalił się w ich świadomości - jest cennym materiałem uzupełniającym dotychczasową wiedzę, bowiem zapamiętaną z miejsc i punktów obserwacyjnych rzadko dotąd branych pod uwagę. Nieścisłości łatwo będzie skorygować, naiwności (między innymi, że to się już nigdy nie powtórzy...) - zrozumieć. "To nie były jakieś wielkie czyny, tylko codzienny trud, dziura w słomie, krupnik, kromka razowego chleba, stary kożuch czy ubranie, pokazanie drogi, przeprowadzenie do lasu czy do sąsiedniej wsi" - czytamy w przejmującym Strachu.
Potworność epoki dawała o sobie znać nie tylko w najbardziej wymyślnych formach mordowania, lecz w postawieniu ludzi w takiej sytuacji, kiedy zwyczajny gest - ot, choćby przeprowadzenie Żyda z jednego miejsca do drugiego - wymagał nie lada odwagi. Podkreślają to po wielokroć piszący swoje "sceny". Zamieszkały dziś w Stanach Zjednoczonych autor opisuje jako przejaw postawy niezwykłej, godnej upamiętnienia fakt, iż potwierdził przynależność skórzanej walizki do znajomej Żydówki, Eugenii Jeruzalimskiej, a odzyskanie przez nią swej własności (jak się można domyśleć, zapewne nie na długo...) było, jak sądzi, "ostatnią radością zwycięstwa dobra nad złem" (cytat z relacji niewłączonej do tomu). Czy ten drobny epizod nie jest wystarczająco wymownym świadectwem społecznej degradacji, spowodowanej przez okupację hitlerowską w ogóle, zaś przez Holocaust w szczególności, kiedy to odruchy, w innych warunkach najzupełniej oczywiste, stawały się powodem do chluby, a powszechnie dotąd uznawane za niedopuszczalne - przestawały oburzać, powodowały zobojętnienie, stawały się wręcz czymś normalnym?
Tom składa się z nader nierównych tekstów - od (...) rewelacyjnego Lisiego schronu, poprzez budzących niejedną refleksję natury ogólnej Spotkanych na drodze bądź Czarny rok, czarne lata, poruszające do głębi Majn szejfele - moja owieczko (wszystkich wymienić nie sposób), po króciutkie scenki, których autorzy sami skromnie zaliczają siebie do "mało ważnych świadków historii". Czasem wspomnienie razem z refleksją przychodzi dopiero po latach: "Nie pamiętam, by mnie to podówczas szczególnie obeszło, choć dzisiaj myślę o tym ze ściśniętym gardłem" - kończy swoją krótką relację jeden z autorów. "Wówczas nie uroniłem ani jednej łzy, a teraz pisząc płaczę" - wyznaje inny kronikarz Zagłady.
Ale nie są to łzawe wspomnienia. Przeważa w nich konkret, kronikarski zapis, a powtarzające się obrazy nie nużą monotonią. Mimo istniejącego na temat Holocaustu nieprzebranego bogactwa literatury pamiętnikarskiej we wszystkich językach, mamy głębokie przekonanie, iż trud włożony w przygotowanie tego tomu nie został podjęty nadaremnie, że zebrane w nim materiały wniosą do wiedzy o tej okrutnej epoce garść informacji i refleksji trudną do znalezienia gdzie indziej.
Warszawa, maj 1995 r.
Wiktoria Śliwowska
Katarzyna Meloch