Czarny punkt - Wojciech Wójcik

Reflow text when sidebars are open.
Przy kiblach jak zwykle był tłok. Konrad Walczak już miał wyminąć tarasującego przejście wielkoluda, kiedy za plecami usłyszał agresywny męski głos:
- Chcesz się bić?
Gwar przycichł. Konrad odwrócił się szybko i zobaczył pięść, która przecięła powietrze. Rozległo się głośne plaśnięcie, po nim jęk. Agresor nie trafił w cel, którym była brodata gęba innego biesiadnika. Cios zatrzymał się na dębowych drzwiach do toalety męskiej.
- Panu już podziękujemy. - Facet w bluzie z napisem OCHRONA wyrósł jak spod ziemi i wykręcił obolałą rękę agresora, po czym powiódł go w kierunku wyjścia. - Spokojnie, tylko spokojnie... Uspokój się, debilu, bo oberwiesz!
Konrad odprowadził ich wzrokiem, ale bez większego zainteresowania. Wesela rządzą się swoimi prawami. A zwłaszcza wesela na wsi. Gdy chwilowe zamieszanie odeszło w niebyt, powrócił na salę - tak dużą, że mogła pomieścić kilkaset osób. Na początku imprezy była niemal pełna, teraz jednak, kilka minut przed czwartą nad ranem, chociaż z głośników wciąż leciała skoczna, taneczna muzyka, parkiet świecił pustkami.
Wrócił do swojego stolika, udekorowanego bladoróżowymi hortensjami. Spojrzał na zegarek, a potem włożył marynarkę. Pozbył się jej w trakcie oczepin, podobnie jak krawata. Wtedy rozgrzewała go zabawa, ale teraz marzł w chłodnych podmuchach klimatyzacji i marzył tylko o ciepłym łóżku. Biorąc pod uwagę, że przez całą zabawę nie wypił nawet kropli alkoholu, i tak wytrzymał bardzo długo. Rola jedynego trzeźwego wśród całej rzeszy pijanych z pewnością nie należała do łatwych.
Chwilowo był przy swoim stoliku zupełnie sam i nie miał nic przeciwko temu. Państwo młodzi zniknęli jakiś czas temu, udając się - przy akompaniamencie sprośnych żartów, rechotów i pijackich pokrzykiwań - do apartamentu dla nowożeńców. Świadek ewakuował się ze swojego miejsca przy stole wkrótce po nich, zabierając ze sobą półmisek śledzi i zmrożoną flaszkę. A Sara, która była świadkową, już od kilku minut przebywała na zapleczu, oficjalnie pilnując, by obsługa nie zapomniała o ostatnim posiłku. Do pewnego momentu trzymała się całkiem nieźle, ale w ciągu ostatniej godziny, gdy napięcie związane z obowiązkami weselnymi nieco opadło, wprowadziła się w stan frywolnego upojenia. Prawdopodobnie stała w tej chwili z jedną z koleżanek i plotkowała o facetach. Konrad czuł, że pieką go uszy.
Wesele było ogromne, ale teraz po eleganckich wnętrzach Domu Weselnego Acapulco snuły się jedynie niedobitki. Z ponad trzystu gości przy stolikach pozostało najwyżej trzydzieści osób. Mniej więcej drugie tyle przebywało przed budynkiem, na papierosie. Za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi na patio, do uszu Konrada docierały wybuchy rechotliwego śmiechu, a do nozdrzy - woń dymu tytoniowego. Reszta gości opuściła przyjęcie wkrótce po młodych, około trzeciej. Znaczna część w stanie skrajnej nietrzeźwości, za co odpowiadała po trosze lejąca się bez przerwy wódka, a po trosze niezwykła jak na połowę września temperatura. Nawet teraz, nad ranem, było ponad dwadzieścia stopni. Biesiadnicy, którzy właśnie postanowili powrócić na salę, spływali potem. Ale żaden z nich nie był tak mokry jak świadek - Norbert Ogiński, który właśnie ponownie zmaterializował się przy stole weselnym, pomyślnie się rozprawiwszy z napitkiem i rybką.
- Namyśliłeś się wreszcie, kolego? - zapytał, siadając obok Konrada, na krześle Sary.
W jednej ręce trzymał kieliszek, a w drugiej butelkę wódki. Widzieli się już wcześniej, i to kilka razy, a podczas wesela kilkakrotnie rozmawiali, ale jakoś nie udało im się zaprzyjaźnić. Tematem tych krótkich pogawędek była przede wszystkim dzisiejsza abstynencja Konrada. Ogiński nie mógł się pogodzić z tym, że przy jego stoliku siedzi ktoś trzeźwy.
- Nie, naprawdę dziękuję.
- Zaczekaj... W straży mamy takie powiedzenie: "Jeden kieliszek nie dojdzie do kiszek". Napijmy się, co?
Ogiński był komendantem miejscowej OSP, czyli Ochotniczej Straży Pożarnej. Konrad pogładził się po wąsach, skrywając uśmiech. Wciąż go to bawiło.
- Nie da rady. - Stuknął palcem w zegarek. - Za dwie godziny zaczynam pracę.
- A gdzie pracujesz?
Ogiński, nie zważając na słowa Konrada, zaczął napełniać jego kieliszek. Szło mu to powoli, bo zanosił się śmiechem. Doskonale znał odpowiedź na swoje pytanie, ale Konrad i tak postanowił mu jej udzielić. Mówiąc, rozglądał się za Sarą. Był tu obcy. W takich sytuacjach czuł się trochę niepewnie.
- W hotelu przy autostradzie. Na MOP-ie Malinniki.
- Przede wszystkim czyścisz kible.
Konrad nie zaprzeczył. Jak na każdym parkingu przy autostradzie, także w Malinnikach znajdowały się toalety, które należało sprzątać. Wciąż szukając wzrokiem Sary, zaczął się podnosić. Ogiński był jednak w nastroju towarzyskim. Złapał Walczaka za ramię i pchnął z powrotem na biały pokrowiec siedziska.
- A dokąd to? Przecież rozmawiamy - warknął. Do tej pory komunikował się głosem względnie przyjaznym, który przerodził się nagle w napastliwy bełkot. Przyszpilił Walczaka spojrzeniem, a potem opróżnił kieliszek. - Kim ty właściwie jesteś, co?
Konrad uznał, że to pytanie również zalicza się do retorycznych, ale gdy w zamglonym spojrzeniu rozmówcy pojawiły się groźne błyski, postanowił odpowiedzieć:
- Studiuję geografię. W Poznaniu.
- Studiujesz? Chyba od dawna. Siwiejesz.
Walczak miał ochotę odpowiedzieć, że osiwiał od tej głupiej rozmowy, ale to nie byłoby rozsądne.
- Mam dwadzieścia siedem lat. W mojej rodzinie wszyscy zaczęli siwieć przed trzydziestką.
Ogiński wlał do gardła zawartość drugiego kieliszka. Od początku wesela musiał wypić już z litr alkoholu i z każdą chwilą było to po nim bardziej widać.
- W rodzinie, powiadasz... - Zawiesił głos. - No to skoro o rodzinie mowa... Czego ty właściwie chcesz od Sary?
Walczak rozejrzał się po sali, ale jego dziewczyna wciąż była nieobecna. Z głośników płynęły dźwięki jakiejś starej polskiej ballady. W części tanecznej pojawiło się kilka wyraźnie zmęczonych par.
- Sara jest moją dziewczyną - odparł, ostrożnie dobierając słowa. Rozmówca sprawiał wrażenie człowieka, który szuka pretekstu do bójki. Tutejszy klimat zdawał się sprzyjać przemocy. Wcześniej, przed salą, Konrad był już świadkiem wymiany ciosów. - Niczego od niej nie chcę, po prostu się spotykamy...
Strażak bezceremonialnie wszedł mu w słowo:
- Rozejrzyj się. Widzisz? - Powiódł umięśnioną łapą po kryształowych żyrandolach, parkiecie ze szlachetnego drewna i wykończeniach z marmuru. Nazwa Acapulco może i kojarzyła się z wiejską dyskoteką, ale to miejsce z pewnością było na poziomie. Czuć było kasę wpompowaną w każdy detal. - Myślisz, że nie wiem, o co ci chodzi? To wszystko będzie kiedyś należeć do Sary. Widywałem już takich cwaniaczków jak ty. Wiesz, co się z nimi stało?
Konrad miał ochotę zatkać sobie nos. Od faceta cuchnęło wódą i śledziami.
- Nie wiem. Mam nadzieję, że na nich nie nachuchałeś.
- Mam cię powiesić za te śmieszne wąsy?
Ogiński zacisnął pięści. Konrad odsunął się na krześle, ale w tym momencie dostrzegł Sarę. Spojrzała w ich kierunku i uniosła brwi. Natychmiast się opanował.
- Ja naprawdę ją kocham - powiedział pojednawczym tonem. - Ale nie zamierzam się z nią żenić, więc jeśli chodzi o majątek jej rodziny, to możesz być spokojny. Wystarcza mi to, co zarobię w pracy.
- Wiesz, od kiedy ją znam? - Ogiński też zobaczył Sarę i nagle przestał zachowywać się konfrontacyjnie. Konrad poczuł na plecach jego spocone ramię. Strażak objął go i przyciągnął do siebie, znów owiewając alkoholowym oddechem. - Znamy się z Sarą od dziecka. Nie obraź się, przyjacielu, ale nie jesteś dla niej dość dobry. Nie szanujesz się, wiesz? Jak można czyścić kible?!
Znów napełnił dwa kieliszki. Na szczęście Sara, widząc, co się święci, zbliżyła się do ich stolika. Szła prawie prosto. Konrad zdążył już się przekonać, że ma mocną głowę.
- Co tam knujecie? - zapytała, po czym, nie czekając na odpowiedź, usiadła Konradowi na kolanach. Ogiński odsunął się, potrącając kieliszek. Wódka szybko wsiąkła w obrus. Sara zmierzyła go spojrzeniem pełnym łagodnej tolerancji, kładąc obok mokrej plamy swój wypasiony iPhone. - Mam kilka zdjęć z sesji poślubnej.
- Poślubna to może być noc - wybełkotał z uśmiechem strażak, ale go zignorowała.
- Chcecie zobaczyć?
Stuknęła tipsem w martwy ekran. Na pierwszym zdjęciu młoda para pozowała na tle zachodzącego słońca. On uśmiechał się szeroko, a ona wpatrywała się w niego z uwielbieniem, które zdawało się wręcz namacalne. Poniżej widać było prostą jak strzała autostradę.
- To z kładki? - upewnił się Konrad.
- No. Fajne, prawda? Malwina wyszła obłędnie...
- Gdyby nie kolor włosów, byłybyście cholernie podobne.
Pochlebstwo było grubymi nićmi szyte, ale Sara i tak cmoknęła go w policzek. A potem drugi raz - w usta. Pachniała owocami. Na ich stoliku, specjalnie dla niej, stała butelka brzoskwiniówki.
- Dwa lata temu, gdy pofarbowałam się na czarno, brano nas za bliźniaczki.
Zerknęła w kierunku miejsca, które zajmowała panna młoda. W karafce, która miała imitować butelkę whisky, znajdowała się pomarańczowa ciecz. Herbata owocowa o smaku mandarynek. Siostry może i były łudząco podobne, ale teraz podobieństwo się zatarło. Sara miała szczupłą, wysportowaną sylwetkę, a pod białą sukienką pulchniejszej Malwiny rysował się ciążowy brzuszek. Widać go było również na kolejnym zdjęciu, zrobionym na tej samej kładce nad autostradą.
- Malwina nie jest podobna do ciebie. Jeśli już, to do waszej mamy.
Sara spojrzała na Ogińskiego. Uwagi Konrada nie umknęło, że łagodna tolerancja ustąpiła miejsca niepokojowi.
- Ty masz już chyba dosyć, co? - stwierdziła z naciskiem w głosie.
Ogiński wcale się nie speszył. Przemawiał takim tonem, jakby zwracał się do młodszej siostry, co zirytowało ją do tego stopnia, że zesztywniała.
- Pewnie nie pamiętasz, ale ja pamiętam. - Wziął do ręki jej telefon i pogładził spoconym paluchem ekran ze zdjęciem, koncentrując się na miejscu, w którym znajdowała się twarz Malwiny. - Wasza mama miała takie same czarne włosy i to samo spojrzenie. Ile to już lat, jak nie żyje?
Sara zamrugała oczami. Nie należała do osób, które reagowałyby w sposób sentymentalny, ale teraz sprawiała wrażenie nieco rozchwianej. Widocznie tak działał na nią alkohol.
- Mama? - Przygryzła długi, starannie pomalowany paznokieć. - W lipcu była dziesiąta rocznica.
- To był straszny wypadek. Wiesz, kolego, że tam byłem? - Zwracał się do Konrada, ale wciąż patrzył na Sarę. - To były moje pierwsze miesiące w straży. Rozcinaliśmy ten samochód...
Konrad chciał mu przerwać, ale Sara była szybsza.
- Ty już więcej nie pij - burknęła, a potem wstała i ujęła Konrada za rękę. - Zatańczymy, kochanie?
Walczak skrzywił się w duchu na przaśne rytmy aktualnie granej piosenki, ale posłusznie wstał i ruszył w stronę parkietu. Sara uwiesiła się jego ramienia. Na ustach miała uśmiech, lecz jej orzechowe oczy były pełne łez. Rzadki widok. Widocznie mimo upływu lat wciąż nie umiała się pogodzić z tą śmiercią. Nigdy o tym nie rozmawiali. Wiedział jedynie, że matka jego dziewczyny zginęła w wypadku samochodowym. I to mu wystarczało. Wcale nie chciał wiedzieć więcej.
Bo i po co?
Sara nie musiała nic mówić. Wystarczyło spojrzenie. Wynajęty na wesele didżej, podobno najsłynniejszy i najlepszy na całym obszarze pomiędzy Poznaniem i Łodzią, wcisnął odpowiedni zestaw guzików i zamiast rąbanki w stylu disco polo salę wypełniły dźwięki ponadczasowej ballady Rolling Stonesów. W jednym z kątów rozległ się jęk zawodu, ale natychmiast ucichł. Zachcianki Sary traktowane były priorytetowo, a jej słowo równało się tu prawu. Nie tylko dlatego, że była świadkową na ślubie swojej starszej siostry, ale przede wszystkim dlatego, że sala weselna należała do jej rodziny. Podobnie jak okoliczne tereny i w ogóle - pół powiatu.
Tak, Konrad po części rozumiał przytyki Ogińskiego. Sara była bogata. Bardzo bogata. Pewnie w przeszłości kręciło się wokół niej wielu chłopaków i mężczyzn, którym zależało głównie na majątku, chociaż... gdy teraz tulił ją w ramionach, wcale nie był tego taki pewien. Byłaby zachwycająca również bez milionów jej przedsiębiorczego tatusia. I raczej nie obnosiła się z pieniędzmi. W Poznaniu wynajmowała zwykłe dwupokojowe mieszkanie, do spółki z koleżanką.
- O czym tak myślisz?
- O tobie. - Przyciągnął ją do siebie. W leniwym tańcu ich ciała zlewały się w jedno. Przesunęła długimi paznokciami po jego krótko ostrzyżonej głowie. - I trochę o Ogińskim. Zrobił mi gadkę umoralniającą. Chyba mnie nie lubi.
- Po takiej ilości alkoholu Norbert staje się palantem - oświadczyła wystarczająco głośno, by mógł to usłyszeć, bo tańczyli kilka kroków od niego.
Ale chyba nie usłyszał. Oparł głowę na rękach i niewiele go dzieliło od pogrążenia się w pijackiej drzemce.
- Wydaje mi się, że jest zazdrosny.
- To zróbmy tak, żeby był bardziej. - Uśmiechnęła się figlarnie, a potem odnalazła usta Konrada i namiętnie go pocałowała. Gdzieś obok rozległy się śmiechy, ktoś gwizdnął... Być może wydarzyło się coś jeszcze, ale Konrad tego nie odnotował. Chociaż był trzeźwy, na moment zakręciło mu się w głowie. - Była tu przed chwilą taka wariatka. Widziałeś ją?
Przez chwilę nie bardzo wiedział, o co go pyta. Oprzytomniał dopiero wtedy, gdy powtórzyła. Sięgnął pamięcią wstecz. Owszem, widział dziś kilka kobiet, które nie zachowywały się do końca racjonalnie, ale nie nazwałby ich wariatkami, tylko co najwyżej damami, które przeholowały z piciem.
- Chyba nie. A czemu pytasz?
- Bo mnie zdenerwowała. Szukała takiej jednej z Miasteczka. Nie wiem, czy chciała jej wlać, czy ją przytulić. Była taka... rozchwiana.
Konrad, który już od dawna pogodził się z myślą, że nie zdoła poznać wszystkich lokalnych koneksji, nie dociekał, o kogo chodzi. Podczas tego wesela był świadkiem tylu nowych dla siebie sytuacji, że obecność kolejnej rozchwianej imprezowiczki nie mogła na nim wywrzeć większego wrażenia. Przymknął oczy i bujał się w takt muzyki, usiłując nie podeptać wtulonej w niego Sary. Był niezłym tancerzem, ale bolały go nogi. Niestety niedana mu była nawet chwila odpoczynku. Następna piosenka okazała się szybsza, a znajomi jego dziewczyny, którzy nagle pojawili się na parkiecie, wyciągnęli ich na środek utworzonego w tańcu kółeczka. Sala zawirowała, a znad podłogi uniosły się kłęby pary. I nagle z tych kłębów wyłonił się pan młody.
Konrad widywał go już wcześniej, gdy odwiedzał Sarę w jej rodzinnej posiadłości. Facet zrobił na nim dobre wrażenie. W jego włosach, podobnie jak we włosach Konrada, skrzyła siwizna. Olgierd Damięcki był szczupłym czterdziestolatkiem, który dorobił się majątku w branży transportowej. Pochodził z Sądecczyzny i w chwilach, gdy miał w czubie, mówił z charakterystycznym góralskim akcentem.
- Ładnie razem wyglądacie.
- Serio? - spytała kokieteryjnie Sara, obejmując Konrada za szyję.
- Serio. Jak reklama prezerwatyw.
Tekst pochodził z filmu Młode wilki, ale Sara chyba usłyszała go po raz pierwszy, bo długo chichotała. A potem wyciągnęła ich z kółeczka tańczących i pociągnęła w kierunku stolika. Konrad zerknął na zegarek. Wpół do piątej.
- Napijesz się, szwagier?
- Nie, dzięki - westchnął.
Propozycja nie wynikała z gościnności. Pan młody naprawdę chciał się napić. Przez chwilę próbował obudzić pochrapującego już Ogińskiego, ale bezskutecznie. Wreszcie zadowolił się towarzystwem Sary i wychylił z nią kieliszek wódki brzoskwiniowej.
- Ohyda - ocenił, a potem wskazał na strażaka. - Szwagierka, masz go gdzie położyć?
Sara zrobiła taką minę, jakby było jej wszystko jedno, czy Ogiński będzie spał w łóżku, czy na krześle, ale w ostatnim momencie przypomniała sobie, że jako świadkowa powinna dbać o gości w zastępstwie panny młodej. Nie wypadało, by pokładali się na stołach.
- Tu wszystkie pokoje są zajęte. - Zerknęła w kierunku parkietu, na którym bujali się w rytm muzyki ostatni imprezowicze. Jeden z nich zdjął koszulę, prezentując wystający, owłosiony brzuch. To chyba przeważyło szalę. - Trzeba go przetransportować do hotelu przy autostradzie. Konrad...?
Do autostrady było stąd w prostej linii z pięćset metrów, i to przez zaorane pole. Na szczęście Sara nie miała na myśli transportu na plecach. Walczak wraz z Damięckim, który na tę okoliczność zdjął marynarkę od smokingu, wyprowadzili półprzytomnego strażaka przed salę i wspomagani przez życzliwych współbiesiadników doszli do parkingu. Sara czekała już na nich za kierownicą lśniącego w świetle latarni lexusa na niemieckich blachach.
- Może wymiotować - zauważył przytomnie Konrad, ale jego dziewczyna machnęła ręką.
Mogła sobie na to pozwolić. Jej przedsiębiorczy ojciec miał wśród swoich licznych interesów także myjnię samochodową, w której bez kłopotu można było zlecić wypranie tapicerki.
- Wsadźcie go do tyłu. A ty, Konrad...
Walczak wsadził rękę ponad opuszczoną do połowy szybą i wcisnął po omacku odpowiedni przycisk, wyłączając silnik.
- Ja poprowadzę - zdecydował z przyganą w głosie.
Owszem, do celu ich przejażdżki, czyli MOP-u przy autostradzie, było tylko kilkaset metrów po lokalnych drogach, ale nie umiał zrozumieć lekkości, z jaką Sara traktowała jeżdżenie po procentach. W przeszłości już dwukrotnie się o to kłócili. Tu, w rodzinnych stronach, zmieniała się w nieodpowiedzialną dzikuskę... najłagodniej mówiąc.
- Dobrze, panie odpowiedzialny - zgodziła się, a potem, z zaskakującą na porę doby zwinnością, przesiadła się ponad dźwignią zmiany biegów na miejsce pasażera. - Zaraz wracamy! - krzyknęła w kierunku Damięckiego, ale gdy tylko ruszyli, dodała: - Albo i nie.
Konrad przez chwilę dochodził do porozumienia z układem biegów, a potem - klepnąwszy się w czoło - włączył światła. We wnętrzu auta rozjarzyły się zegary. Tak było łatwiej.
- Albo i nie? - powtórzył zdziwiony, gdy mijali bramę.
- Padam z nóg - oznajmiła, zdejmując pantofle. - Chyba prześpię się u ciebie... Czy musisz tak się wlec?
Pod tym względem różnili się jak ogień i woda. Konrad był świetnym kierowcą, ale traktował samochody z szacunkiem, podczas gdy jej było wszystko jedno. Na drodze gruntowej potrafiła rozpędzić się do setki, nie przejmując się ewentualnymi uszkodzeniami. Cóż... ojciec był także właścicielem ogromnego komisu. Zawsze mogła sobie pożyczyć następne auto. I właśnie to robiła. Od kiedy tu przyjechał - trzy tygodnie temu - jeździła już mitsubishi, mercedesem, nissanem, audi... Unikała jedynie aut francuskich.
Skoro sobie tego życzyła, przyspieszył. Poruszali się drogą polną. W oddali widać było światła samochodów mknących autostradą.
- Tylko nikogo nie rozjedź. Kilka osób wybrało się na spacer.
- Tutaj, na pole?
- Chyba nie, ale wiesz, jak to z pijanymi. Nigdy nic nie wiadomo. Prawda, Norbercie?
Odwróciła się w kierunku ich pasażera, który mamrotał coś na tylnej kanapie. Wyboje gruntowej drogi nie działały chyba dobrze na jego żołądek, bo czknął. Raz, a potem drugi. Konrad wolał, by spał, czkał albo robił cokolwiek innego. Byle nie gadał takich rzeczy:
- Widzieliście kiedyś rozjechanego człowieka?
Sara odparła, że nie, a Konrad chwycił mocniej za kierownicę. Tymczasem Ogiński wyraźnie się ożywił.
- Ja kilka razy jeździłem zabezpieczać wypadki. Kiedy jadące setką auto uderza w człowieka, naprawdę jest na co popatrzeć. To znaczy... widok jest makabryczny. Jak w rzeźni. Tu leży noga, tam ręka, a w środku jelita. Jelita wyglądają jak takie srebrne parówki...
Przełknął ślinę. Własny opis, okraszony kliszami wspomnień, okazał się zbyt sugestywny.
- Wytrzymaj - mruknęła Sara. - Już niedaleko.
Konrad zatrzymał się przed bramą. W kieszeni marynarki miał portfel, a w nim - mały kluczyk. Do MOP-u można było się dostać na dwa sposoby. Z autostrady, a także przez tę niepozorną bramę. Teren parkingu ogrodzony był wysoką siatką, zwieńczoną drutem kolczastym. Konrad przechodził przez siatkę tylko jeden raz i obiecał sobie, że nigdy więcej. Niewiele brakowało, a rozdarłby sobie coś więcej niż spodnie.
Reflektory lexusa oświetlały niewielką kłódkę. Przekręcił kluczyk i przy akompaniamencie skrzypienia otworzył bramę, po czym przeprowadził auto na drugą stronę.
- Wracasz? Nie wracasz?
Gdy Sara pokręciła głową na "nie", zamknął bramę i ponownie zasiadł za kierownicą. Ogiński najwyraźniej odzyskał wigor.
- Największe wrażenie robi jednak głowa. Oderwana głowa, mówię ci, wygląda jak piłka.
Na szczęście do hotelu było już blisko. Wystarczyło przejechać przez ogromny parking dla ciężarówek, a potem ominąć kompleks toalet. Hotel - nowy i nie w pełni wykończony - wznosił się po drugiej stronie placyku, na którym lada dzień miała stanąć stacja benzynowa. Wszystko tu było jeszcze w fazie rozruchu. MOP, przy którym nie było stacji paliw, działał na pół gwizdka, a nocą przypominał miasto duchów. Na ogromnym parkingu, którego widok budził skojarzenie z asfaltową pustynią, stały zaledwie dwa czy trzy pojazdy.
- Możesz oszczędzić nam tych bajek? - warknął Walczak, mknąc przez pusty parking.
Jego tolerancja nie sięgała aż tak daleko. Ogiński może i był kimś ważnym dla Sary, ale to nie oznaczało, że nie można go utemperować.
- To nie bajki, kolego.
- Przestań już z tym kolegą. Na imię mam Konrad.
- To nie bajki, Kondziu. Wypadki śmiertelne to proza życia.
Walczak miał się potem zastanawiać, czy to był przypadek, czy też Ogiński miał zdolność jasnowidzenia. Nie zdążył nic powiedzieć. Wybrał jeden z kilkunastu pasów parkingowych dla tirów, zbliżył się do zjazdu, pokonał zakręt... a potem z całej siły nacisnął hamulec. Uszy poraził mu przeraźliwy kobiecy wrzask.
Sara wrzeszczała na takich rejestrach, że zanim wyskoczył z samochodu, kazał się jej zamknąć. Kolejne sekundy były niczym kadry filmu klasy B. Trzasnął drzwiami, dopadł do przodu auta i najpierw spojrzał na zderzak i maskę. Połyskiwały w świetle brzasku nieskazitelnie czyste. I nieuszkodzone.
Oderwał wzrok od samochodu i przeniósł go na postać rozciągniętą na asfalcie, dwa metry przed maską. Od początku nie miał wątpliwości, a teraz tylko się w tym utwierdził. To była postać ludzka. Człowiek, nieruchomy niczym trup. Walczak zaklął kilka razy, dodając sobie odwagi. A potem zbliżył się do postaci, zamierzając sprzedać jej kopniaka.
- Co to?
Ogiński jakimś cudem opuścił auto i teraz stał o własnych siłach, tylko trochę chwiejąc się na boki. Konrad, który zdążył już podnieść nogę, teraz ją opuścił.
- Pieprzony pijak - warknął, wyławiając z porannej szarości jaśniejszy kontur ubrania. - Pewnie tu przylazł z tego cholernego wesela, chociaż...
Nie, to nie była biała koszula, tylko podkoszulek.
- Zaczekaj. - Ogiński, podobnie jak kilka sekund wcześniej Konrad, obejrzał przód samochodu, dochodząc do tych samych wniosków. - Myślałem, że go walnęliśmy.
- Niewiele zabrakło - mruknął Walczak, błogosławiąc w duchu hamulce lexusa. Ojciec Sary ściągał z Niemiec auta w różnym stanie technicznym. Na szczęście lexus okazał się w pełni sprawny, przynajmniej jeśli chodzi o układ hamulcowy. - Halo, człowieku! Wstajemy!
Leżący nie zareagował. Walczak pochylił się, ale czuł jakiś wewnętrzny opór przed dotknięciem pijaka. Trochę się brzydził, a trochę... bał. Facet leżał tak nieruchomo.
- Hej, chłopie! Pobudka!
- Konrad, co tu jest grane?
Ogiński nagle przestał bełkotać. Konrad poczuł, że nie ma ochoty przyglądać się leżącemu. Przełknął ślinę, wyprostował się i zrobił krok wstecz. Z tyłu trzasnęły drzwi, a o asfalt zastukały szpilki Sary.
- O Jezu! To pan Waldek!
Sara nie raz się chwaliła, że w ciemności widzi niczym kot. Okazało się, że nie były to czcze przechwałki. Konrad przykucnął i dopiero wtedy rozpoznał w półmroku znajomy profil. To rzeczywiście był pan Waldemar, tyle że zamiast jednej ze swych charakterystycznych kraciastych koszul, zwykle uwalanych smarem, miał na sobie zwykły podkoszulek. Wyglądał, jakby spał, i to bardzo twardo. Musiał być pijany. Albo...
Konradowi nagle zrobiło się zimno.
- Trzeba zadzwonić po karetkę.
Norbert Ogiński być może był irytującym pijakiem, ale był również strażakiem przeszkolonym w udzielaniu pierwszej pomocy. Nie czekając, aż połączą się z pogotowiem, przykucnął przy leżącym panie Waldku i przez chwilę manipulował rękami przy jego twarzy. A potem podniósł dłoń w taki sposób, że padało na nią światło reflektorów. Sara znów wrzasnęła, ale tym razem prawie natychmiast się opanowała.
- Krew - wymamrotała, grzebiąc w torebce.
A Konrad jeszcze raz się upewnił, że przód auta nie nosi śladów kolizji. Facet był zmasakrowany. Być może nawet... przejechany. Ale na szczęście nie przez niego.
- Z komórki się nie dodzwonisz - rzucił. To była pięta achillesowa tego miejsca. Z jakiegoś powodu na terenie MOP-u nie było zasięgu, i to w żadnej z sieci. Kilkaset metrów dalej, w sali weselnej, zasięg był już niemal optymalny. - Pojadę.
Nie zdążył wprowadzić tej deklaracji w czyn. Ogiński zaklął, ale nie była to reakcja związana ze stanem upojenia alkoholowego, tylko z bezsilnością.
- On nie żyje. Ma dziurę w czaszce. I chyba połamane kości.
Konrad rozejrzał się dookoła. Brzask odsłaniał stopniowo elementy okolicznej infrastruktury. Widać było stanowiska postojowe dla tirów, parking dla samochodów osobowych, zarys budynku toalet - przypominający z tej perspektywy konstrukcję z klocków lego, a także plac budowy, na którym rozpoczęto wznoszenie stacji benzynowej. Za tym wszystkim rozciągała się nitka autostrady. Na wschód, w stronę Łodzi i Warszawy, jechała kolumna ciężarówek, a na zachód - w kierunku Poznania - pojedyncze auto osobowe.
- Ktoś go przejechał - stwierdził, czując, jak miękną mu nogi. Scenariusz wydał mu się oczywisty. Facet się upił, poszedł na długi spacer, położył się albo przewrócił... W tym feralnym miejscu za zakrętem. No i został przejechany. Kierowca zbiegł... - Trzeba zadzwonić na policję.
Cofnął się do samochodu. Chciał wrócić w okolice sali weselnej, ale w porę sobie przypomniał, że przecież w hotelu jest telefon stacjonarny. Zawołał Sarę, ale nawet się nie obejrzała. Z makabryczną fascynacją wpatrywała się w Ogińskiego, który obmacywał leżącego mężczyznę z takim zaangażowaniem, jakby wierzył, że jest w nim jeszcze iskierka życia. Konrad postanowił, że wezwie też karetkę pogotowia. Obrażenia czaszki nie przesądzały przecież o zgonie, a pijany strażak nie mógł uchodzić za autorytet w dziedzinie medycyny.
Ostrożnie wycofał, po czym ominął miejsce tragedii łukiem tak szerokim, że w porannej szarówce niemal stracił je z oczu. Objechał toalety i stanął na parkingu, obok swojego starego citroëna. Do wejścia było stąd już tylko kilka kroków. Zanim przycisnął klawisz dzwonka, pociągnął za poręcz drzwi. Zwykle w nocy były zamknięte, ale teraz ustąpiły. Wparował do recepcji i zatrzymał się przed ladą, za którą powinna drzemać Julka. Nie drzemała. W ogóle jej nie było. Na ladzie zostawiła karteczkę z napisem ZARAZ WRACAM.
Konrad sięgnął po słuchawkę i po krótkiej chwili oczekiwania udało mu się połączyć z dyspozytorką numeru alarmowego. Mówił nieco chaotycznie, ale w końcu przekazał to, co należało przekazać. Pomoc była w drodze. Wyszedł przed hotel i dostrzegł, że zjazdem z autostrady zbliża się ku niemu samochód. Stawiał na auto Julki. Wczoraj... a w zasadzie to już przedwczoraj wspomniała o przepalonej żarówce przedniego reflektora.
Wyszedł jej na spotkanie i zamachał rękami. Zatrzymała się z piskiem opon.
- Co się dzieje?! - Wyskoczyła z auta. Jej młodą, prawie dziecięcą twarz wykrzywił wyraz niepokoju. - Coś się stało?
- W pewnym sensie. Pan Waldemar... chyba nie żyje.
- Chyba? Co to znaczy?
Poczuł, że nie ma energii, by jej to wyjaśniać. Wskazał na samochód, a kiedy wsiedli, poprowadził ją do miejsca, w którym Ogiński i Sara pochylali się nad nieruchomym mężczyzną. W coraz silniejszym świetle poranka widać było jego zakrwawioną twarz. Konrad otworzył okno, pozostając na miejscu pasażera. Julka wysiadła z auta.
- Przejechany?
Ogiński sprawiał wrażenie człowieka, który bardzo chce wytrzeźwieć. Wstał i potrząsnął głową w taki sposób, jakby chciał odetkać zatkane ucho.
- On chyba nie został przejechany - powiedział z dziwnym wyrazem twarzy. - Widziałem wiele ofiar kolizji samochodu z pieszym. Zwykle to wygląda inaczej... - Niespodziewanie zgiął się wpół, tak jakby miał zwymiotować. Julka podeszła do niego, lekko utykając. Położyła mu rękę na ramieniu, ale gwałtownie się odsunął. - To wygląda tak, jakby ktoś długo okładał go kijem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki