Czarny ptasior - Joanna Siedlecka

-
Proszę czekać

 

 

 

Nie pojechałam do Ameryki. Nie chciałam pisać o zawrotnej niewątpliwie karierze Jerzego Kosińskiego ani o opisanych już zresztą jego skandalach, sukcesach; zaszczytach, które go spotkały.

Interesowało mnie wyłącznie jego wojenne dzieciństwo. Podróż do miejsc, gdzie jako kilkuletni żydowski chłopiec przetrwał okupację. Jego traumatyczne przeżycia z tych lat, a nie Ameryka, były bowiem, moim zdaniem, kluczem i tropem do jego istoty. "Holocaustowej", skomplikowanej, tajemniczej osobowości. Obsesji, fobii, urazów i lęków. Masek oraz mistyfikacji. Szokującej prozy nasyconej obsesją zła. A wreszcie - zaskakującej, samobójczej śmierci; wśród jej nie do końca jasnych motywów dopatrywano się także "mrocznego dzieciństwa", które się o niego upomniało, upiorów przeszłości, od których nie potrafił się uwolnić.

"Był wielkim mistyfikatorem - pisał o nim Janusz Głowacki - ale demony, których obecność stale wyczuwał za plecami, były prawdziwe. Pewnej nocy otoczyły go w mieszkaniu przy 57. Ulicy ciasnym kręgiem"1.

"(...) Myślę, że na decyzję o samobójstwie miały też wpływ lata dzieciństwa opisane w "Malowanym ptaku". Nawet jeśli nie było tak okrutne, jak opisane w powieści", twierdziła Ewa Hoffman, pisarka kanadyjska polskiego pochodzenia, autorka książki o adaptacji polskich emigrantów w USA2.

"Mroczne dzieciństwo" było też kluczem do "Malowanego ptaka", uznanego za arcydzieło literatury Zagłady, jej literacki dokument.

Kosiński podkreślał wprawdzie uniwersalny charakter powieści, ale mimo to - podobnie jak większość jego utworów, które nazywał "autofikcją" - prowokowała ona pytania o autentyzm. Zastanawiano się: czy autor opowiada własną historię? Był przecież żydowskim dzieckiem, które przetrwało "Epokę pieców".

Tym bardziej że w swoich oficjalnych "życiorysach", publikowanych w amerykańskich encyklopediach literackich, podawał fakty zbieżne z historią Chłopca z "Malowanego ptaka". I tak na przykład według "Current Biography" zostaje - jak i bohater powieści - "wysłany podczas wojny na wieś", "odseparowany od osoby, której został powierzony". "Wędruje od wsi do wsi", jest napiętnowany ze względu na swoje śniade oblicze, "magnetyczne włosy"; "prześladowany przez jasnoskórych i jasnowłosych wieśniaków, przeżywa wiele fizycznych i psychicznych horrorów, na skutek których traci mowę na okres pięciu lat". Zgodnie z "Contemporary Authors" - "opuszczony, głodny, włóczy się po Europie Wschodniej, narażony na brutalność wieśniaków". Według "Dictionary of Literaly Biography" - "w wieku sześciu lat zostaje odseparowany od rodziców", "łączy się z nimi po sześciu latach tułaczki", "wędruje podejrzewany nieustannie, że jest żydowskim lub cygańskim dzieckiem".

Historia Chłopca z "Malowanego ptaka" uchodziła więc za jego własną, za "zbeletryzowane podsumowanie Odysei jego dzieciństwa w Europie Wschodniej"3, co też Kosiński niejednokrotnie publicznie i prywatnie podkreślał, twierdząc, że doświadczył wszystkich horrorów, które były udziałem Chłopca. "Every incident is true", przyznawał w "Current Biography".

Elie Wiesel, który całe życie poświęcił Zagładzie, napisał artykuł o "Malowanym ptaku" dla "New York Timesa". "Myślałem, że to fikcja - opowiada - ale kiedy powiedział mi, że autobiografia, podarłem swój artykuł i napisałem tysiąc razy lepszy"4.

"Recenzja Wiesela uświęciła tę książkę jako ważne i przekonywające świadectwo Holocaustu - pisał późniejszy biograf Kosińskiego, James Parc Sloan - jeszcze straszniejsze, jeszcze bardziej demaskatorskie - w pewnym sensie prawdziwsze niż literatura obozowa". Z opinią tą zgodzili się inni pisarze i krytycy. Harry Overstreet napisał, że "Malowanego ptaka" można by umieścić obok niezapomnianego "Pamiętnika" Anny Frank jako "do głębi przejmujący człowieczy dokument", podczas gdy Peter Prescott, również porównując powieść do wspomnień Frank, nazwał ją "świadectwem nie tylko okrucieństwa wojny, ale również słabości ludzkiej natury". Powieściopisarz Leo Herlihy oddał jej cześć jako "wspaniałemu świadectwu siły przetrwania, która została dana ludzkości".

"Relacja", "spowiedź", "testament", "dokument", "świadectwo" - oto najważniejsze słowa dotyczące odbioru książki przez krytykę. "(...) Kosiński był Anną Frank, która przeżyła i żyła wśród nas. (...) "Malowany ptak" stał się pozycją w spisie lektur na zajęciach uniwersyteckich na temat Holocaustu, na których był często traktowany jako dokument historyczny i w rezultacie jest dla młodego pokolenia źródłem wiedzy, z którego wielu ludzi "dowiaduje się" o Polsce pod okupacją niemiecką. Kosiński natomiast zawsze był kimś, kto przeszedł niewyobrażalne okropności, który był w Piekle i wrócił, żeby o nim opowiedzieć".

"(...) Mówić, że nigdy nie twierdził, jakoby wydarzenia przedstawione w "Malowanym ptaku" są prawdziwe, to tak jakby mówić, że Jezus nigdy nie był synem Boga (...). Wiesel i inni krytycy nie byli osamotnieni w przekonaniu, że książka była rzeczywiście autobiografią. Przyjaciele, którzy pamiętają Kosińskiego z jego pierwszych lat pobytu w USA, przypominają sobie, jak opowiadał historie przedstawione w "Malowanym ptaku" jako prawdę o swych doświadczeniach z czasu wojny. W ostatnich dziesięciu latach swego życia, w artykułach opublikowanych w 1981 i 1985, powtarzał podstawowe fragmenty swojej historii z okresu wojennego: że został wysłany przez rodziców pod opieką pewnego człowieka, który miał go przekazać jakiejś rodzinie, ale zamiast tego porzucił go, sześcioletniego, we wsi znajdującej się wśród poleskich błot Prypeci"5.

*

Album "Jerzy Kosiński. Twarz i maski" - jedyne właściwie polskie źródło biograficzne - również ten "życiorys" powtarza. "W 1939 (...) rodzice, bojąc się o los syna, wysłali go do znajomej na Wschód, a sami zostali ukryci przez Polaków w Łodzi. Po wojnie odnaleźli syna w sierocińcu. Był niemową na skutek jakiegoś urazu z okresu wojny. Mowę odzyskał w wieku piętnastu lat (...)"6.

Spróbowałam więc odtworzyć jego wojenną historię, choć oczywiście nie po to, żeby go "demaskować", a dowiedzieć się, jak rzeczywiście wyglądała i co go tak na całe życie naznaczyło.

*

W pierwszych wydaniach zachodnich: angielskim, niemieckim, francuskim, Kosiński umieszczał akcję "Malowanego ptaka" w "Central Poland", "Mitel Polen", "La Pologne". W wydaniach późniejszych jednak - m.in. pod wpływem krytyk środowisk polonijnych - zmienił Polskę na "zacofane tereny Europy Wschodniej". I choć dzieło literackie powinno tłumaczyć się samo, do wydania polskiego napisał specjalny wstęp, podkreślając uniwersalny charakter powieści. Nigdzie jednak - ani w prywatnych rozmowach z najbliższymi nawet przyjaciółmi, ani w żadnym z tekstów - nie napisał konkretnie, gdzie i u kogo spędził lata wojny. Przeciwnie: gmatwał, kamuflował.

Wydawało się więc, że jestem bez szans - bo gdzie mam jechać? Z kim rozmawiać?

Według "Dictionary of Literaly Biography" - "wędrował przez Polskę i Rosję", według "Current Biography" - "przez wschodnią Europę, od wsi do wsi", a wedle "Contemporary Literaly Criticism" - "spędził wojnę na polskiej wsi".

Nasi krytycy natomiast, w recenzjach, życiorysach na obwolutach wydawanych u nas książek Kosińskiego, umiejscawiali jego "wojenną tułaczkę" na: "kresach przedwojennej Rzeczypospolitej", "pograniczach polsko-litewsko-białoruskich", "wschodnich pograniczach", "Ukrainie", "Podlasiu", "Polesiu", "pińskich błotach", "Wileńszczyźnie"...

*

Nieoczekiwanie jednak odtworzenie jego wojennych losów okazało się, wbrew pozorom, możliwe. Czytałam po prostu wszystko, co o nim dotychczas napisano, łącznie oczywiście z atakami na jego osobę, i w kieleckim "Słowie Ludu" (nr 161/1968) odnalazłam tekst bardziej niż krytyczny, mimo to operujący autentycznymi, jak się okazało, nazwiskami i adresami osób, u których mieszkali Kosińscy w pierwszych latach okupacji. Dzięki nim właśnie spróbowałam odtworzyć pierwszy, sandomierski etap ich wojennych losów.

Etap następny zrekonstruowałam dzięki "Polityce", która w nr. 224/1982 i 10/1983 wydrukowała listy panów Andrzeja Migdałka i Adama Latawca, opisujące dalsze lata okupacji spędzone z rodziną Kosińskich we wsi Dąbrowa Rzeczycka, gmina Radomyśl nad Sanem, województwo tarnobrzeskie.

Pojechałam tam z panem Migdałkiem i od razu wiedziałam, że to ta wieś. Przed jedną z chat, obwieszoną klatkami pełnymi ptaków, witał nas ptasznik Lech - tutejszy pomyleniec, który maluje farbą ptaki i obserwuje, jak dziobie je potem własne stado...

*

W 1982 autorzy amerykańskiego tygodnika "The Village Voice" Geoffrey Stokes i Eliot Fremont-Smith w tekście "Nieczyste słowa Jerzego Kosińskiego", przedstawiając świadków i dowody, oskarżyli go o to, że nie pisze własnych książek, a korzysta z pomocy animowanych, opłacanych współpracowników, "murzynów literackich"; że "Malowanego ptaka" "napisał" najpierw po polsku, a na angielski przełożyły go osoby trzecie; "Wystarczy być" to plagiat "Kariery Nikodema Dyzmy" Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, a CIA finansowała publikację dwóch jego pierwszych socjologicznych książek wydanych pod pseudonimem Józef Nowak, itd. Choć "The Village Voice" niszczyło jego pozycję i reputację, a w rezultacie przyczyniło się do samobójstwa, wbrew amerykańskim zwyczajom Kosiński nie pozwał pisma do sądu. I nie bez kozery. Wydana już po śmierci jego biografia pióra Jamesa Parca Sloana potwierdza bowiem część zarzutów, a zwłaszcza te, że nie pisał sam swoich książek. Przytacza długą listę jego współpracowników i tłumaczy, dla bezpieczeństwa ciągle zmienianych, rewidowanych przy wyjściu itd.

"Czarny ptasior" nie jest więc pierwszą skazą na wizerunku Kosińskiego. Pokazuje po prostu jeszcze jedną mistyfikację Znanego Mistyfikatora. Z tym że chyba najważniejszą, najbardziej problematyczną moralnie. Pokazującą bowiem, że kłamał także i w dziedzinie Holocaustu. Że wymyślił także i swój wojenny życiorys, z którego uczynił wizytówkę, fundament, na którym oparł swój literacki image.

Nie było bowiem wcale "samotnej tułaczki przez Europę Wschodnią", "aktów fizycznego bestialstwa i sadyzmu".

"Teraz wszyscy muszą przyznać, że są zaszokowani - zaszokowani, że zawodowiec w profesji kłamcy, człowiek, który przeżył wojnę, żyjąc kłamstwem, kłamał" - pisał James Parc Sloan7.

Mimo to jego własna historia, historia rodziny Lewinkopfów-Kosińskich, którzy przetrwali okupację dzięki ludziom polskiej prowincji, jest - przynajmniej moim zdaniem - o wiele bardziej ciekawa. Głębsza i wieloznaczna. Wyjątkowa i wręcz nieprawdopodobna.

"Jego prawdziwa historia - przyznawał też Parc Sloan - mogłaby być pod każdym względem tak zniewalająca na swój sposób jak "Malowany ptak", ale czy świat zająłby się tak gorliwie relacją o mniej drastycznych formach nękania?".

Jego własna historia opowiada też nie tylko o nim, ale i o tych, którym zawdzięcza ocalenie. Ich dramacie, również wartym rejestracji.

"Miejscowi chłopi żyjący w kulturze przepełnionej antysemityzmem nie byli niewątpliwie wolni od jego wpływu, ale to właśnie oni uczynili coś odważnego i dobrego dla rodziny Kosińskich w czasie wojny. "Malowany ptak" to fikcja literacka. Kosiński zapożyczył okropności z innych opisów lub je wymyślił"8.

"Czarny ptasior" dotyka też, być może, jednego z motywów jego śmierci. Może rzeczywiście był gotów poświęcić życie dla ratowania swego mitu? Mitu tego, który przeszedł najwięcej?

I tym razem ŻYCIE okazało się, jak zwykle zresztą, ciekawsze od fikcji. Sztucznej, wysilonej, epatującej głównie sadyzmem i okrucieństwem.

1 "Jerzy Kosiński. Twarz i maski", Muzeum Sztuki, Łódź, Re-Print, Warszawa 1992

2 "Gazeta Pomorska", nr 125, 31 V 1991

3 "Newsweek", 13 V 1991

4 Tamże

5 James Parc Sloan, "Wojna Kosińskiego", "The New Yorker", 10/1994

6 "Jerzy Kosiński. Twarz i maski", op. cit.

7 James Parc Sloan, op. cit.

8 Tamże

 

 

ZAMKOWA 8

Nie żyje już pani Maria Lipińska z ulicy Zamkowej 8 w centrum Sandomierza, u której Kosińscy (to znaczy wówczas jeszcze Lewinkopfowie) zamieszkali zaraz po wybuchu wojny, kiedy uciekli z rodzinnej Łodzi. Ale pamiętają ich dobrze jej dzieci: Maria Wiktorowska (ur. 1917), emerytowana nauczycielka z Sandomierza, Jan Lipiński (ur. 1922), rolnik z pobliskiej Małej Wsi, oraz Tadeusz Lipiński (ur. 1920), zamieszkały obecnie we Wrocławiu.

Pamiętają Mojżesza Lewinkopfa - starego, jak im się wówczas wydawało, choć był najwyżej dobrze po czterdziestce, ale już łysiejący, z brzuszkiem. Typ raczej semicki, choć nierzucający się w oczy, mógł w zasadzie uchodzić za Polaka. Zamożny kupiec czy fabrykant, w każdym razie człowiek interesu, co często w rozmowach podkreślał. Inteligentny, wykształcony, władający kilkoma językami.

Elżbieta Lewinkopf, jego żona, na pewno od niego młodsza, ale także już pod czterdziestkę. Elegancka, bardzo ładna - szczupła, wysoka, wyższa od męża, o wybitnie semickiej urodzie: orli nos, śniada cera, czarne oczy i włosy - bujne, kręcone.

Jerzy Lewinkopf miał wtedy jakieś sześć lat i był miniaturą matki, choć jeszcze bardziej od niej żydowski. Wydatniejszy nos, smoliste wręcz oczy, burza kruczoczarnych włosów. Bardzo zadbany - czyściutki, pięknie ubrany, wspaniale mówiący po polsku. Ubóstwiany przez rodziców, wpatrzonych w swego jedynaka.

Zjawili się u państwa Lipińskich z kilkoma tylko walizkami w pierwszych miesiącach wojny. Zdaniem rodzeństwa Lipińskich - już w październiku czy listopadzie choć - według dokumentów - zameldowali się dopiero od 8 stycznia 1940. Przyjechali z Łodzi, którą wcielono do Rzeszy; ich piękne, wielkie mieszkanie zostało zajęte przez Niemców. W Sandomierzu, czyli w Generalnej Guberni, wydawało się im bezpieczniej.

Trafili na Zamkową przez żydowskich pośredników mieszkaniowych z rynku, którzy polecili im żydowską właściwie kamienicę, choć jej właścicielami byli Polacy.

Państwo Lipińscy kupili ją bowiem w 1928 od Żyda Wernera, razem z lokatorami Żydami, i tak już zostało. Oni również wynajmowali przede wszystkim Żydom, z którymi - w odróżnieniu od Polaków - nie mieli żadnych problemów. Płacili w terminie, często nawet z góry, nie pili, nie urządzali awantur, zawsze się jakoś z gospodarzami dogadywali. A poza tym na Zamkowej, czyli w centrum i blisko rynku, mieszkali niemal sami Żydzi.

Na parterze mieściła się nawet żydowska, koszerna knajpa, założona jeszcze przez Wernerów, przesycająca całe podwórko zapachem gęsiny, ryb, smażonej cebuli - pan Jan Lipiński pamięta ten zapach do dziś.

W ogóle Zamkowa 8 była chyba symbolem żydowskiej kamienicy. Werner budował ją dla siebie i swojej rodziny, z jego dawnego mieszkania wychodziło się więc do "kuczki" - wspartej na pięknych, rzeźbionych kolumnach oszklonej werandy z podwójnym dachem. Zewnętrzny, blaszany, można było odsunąć, zostawał wówczas drugi - pleciony, z trzciny. W "kuczce" właśnie obchodzili Wernerowie Święto Szałasów, reszta lokatorów natomiast budowała namioty na podwórku. "Kuczka" świadczyła o zamożności żydowskiego domu, zdobiła jeszcze tylko jedną sandomierską kamienicę, tuż obok synagogi.

Państwo Lipińscy nie mieli akurat wolnego mieszkania, ale nie chcieli rezygnować z zarobku, podnajęli wobec tego Lewinkopfom jeden ze swoich trzech pokoi - wyglądali solidnie, kulturalnie, dobrze zapłacili: z góry i dolarami. Dali im więc pokój największy, umeblowany, z widokiem na nadwiślańską skarpę, wąwozy. Pozwolili oczywiście korzystać z kuchni, gdzie jedli, myli się w miseczce - wodę nosiło się aż z rynku, ubikacja była na podwórku.

Wojna się dopiero zaczęła - pani Lipińska zameldowała ich więc tak jak wszystkich swoich lokatorów, prowadziła przecież książkę meldunkową, którą przechowywała jeszcze przez wiele lat po zakończeniu okupacji. Przepadła ona dopiero po przeprowadzce z Zamkowej.

Przebywali zresztą w Sandomierzu zupełnie legalnie. Ich nazwiska i podpisy (za małoletniego Jerzego podpisywał się ojciec) widnieją na wielu dokumentach, sporządzonych przez gminę żydowską dla potrzeb niemieckich, które znajdują się obecnie w sandomierskim archiwum państwowym. Są wśród nich między innymi karty meldunkowe dla osób przebywających na pobyt czasowy, wyszczególniające, kiedy i do kogo się wprowadziły, a od kogo wyprowadziły, kto je zameldował itd. Nazwisko Kosiński pojawia się również w wielu spisach ludności żydowskiej, chociażby na liście Żydów przybyłych do Sandomierza, osiadłych w tym mieście w 1940, 1941 i 1942.

Według nich Mojżesz Lewinkopf, syn Nusyna i Basi, kupiec z Łodzi (ul. Gdańska 74) urodził się 18 X 1891 w Zamościu.

Elżbieta Lewinkopf (przy mężu) - córka Meyera i Sury - 6 I 1899 w Łodzi.

Jerzy Nikodem natomiast - 14 VI 1933, również w Łodzi.

*

Prawdę powiedziawszy, zupełnie do Zamkowej 8 nie pasowali. Byli wprawdzie, jak wszyscy lokatorzy, Żydami, wyraźnie jednak "lepszymi", zasymilowanymi. Rozmawiali wyłącznie po polsku, nie świętowali w szabas i już na pierwszy rzut oka różnili się od reszty używającej tylko jidysz, kaleczącej polski, w chałatach, jarmułkach, z pejsami, a w święta - opasanej tałesami. Było wprawdzie kilka rodzin zamożniejszych, Rajnbergowie na przykład, którzy mieli sklep, przeważali jednak drobni handlarze. Bermanowie chociażby, właściciele straganu z owocami i rybami. W suterenie natomiast mieszkała autentyczna żydowska biedota - między innymi tragarz Mały Gusen z dwanaściorgiem dzieci.

Ale nawet zamożniejsi żyli skromnie - "wypuszczali" na przykład na wynajem swoje mieszkania i gnieździli się u pani Lipińskiej, bo taniej. Sypiali w najzwyklejszych żelaznych łóżkach, ich dzieci uczyły się w chederze tylko kilka lat i pomagały rodzicom w interesie, a potem same zaczynały handlować, podczas okupacji przede wszystkim papierosami.

Lewinkopfowie natomiast mieli, widać, nie tylko pieniądze, ale i układy - przez prawie półtora roku, które spędzili na Zamkowej, nigdzie nie pracowali, choć niemal od początku wprowadzono dla Żydów surowo egzekwowany obowiązek pracy. Przede wszystkim w tutejszej hucie szkła oraz przy robotach publicznych - remontach dróg, pracach polowych, na które pędzono ich grupami.

Oni tymczasem wstawali dość późno, po śniadaniu podanym przez panią Lipińską czytali gazety, czekali na pocztę z Łodzi. A potem - eleganccy, szykowni, on wygolony, ona zawsze wyperfumowana - brali Jerzyka za rękę i wychodzili. Wracali dopiero pod wieczór, rozmawiając z synem niczym z dorosłym.

*

Pan Jan Lipiński nazywany był przez polskich kolegów "żydowskim wujkiem". I faktycznie - jak mówili - "szprechał po żydowsku"; wychował się przecież wśród Żydów, spędził wśród nich dzieciństwo, wczesną młodość. Bardzo ich lubił - sprawiedliwi, solidni, "zarobni", co bardzo mu imponowało. Więc chociaż jego brat Tadeusz kończył wyższe studia, on sam nie chciał się uczyć, wolał handlować z kolegami z podwórka czym się dało - papierosami, gęstymi grzebieniami na wszy, króliczymi skórkami sprowadzanymi ze wsi.

Zawsze był zatem zorientowany, co się na podwórku dzieje, i dobrze pamięta, jak młodsi cieszyli się, że przybył jeszcze jeden chłopak - Jurek Lewinkopf. Nieraz go do różnych zabaw namawiali, zagadywali, zawsze jednak zdecydowanie, z wyższością odmawiał, odganiał się od nich z pogardą. Mówił, że nie bawi się z Żydami, jest bowiem Polakiem - Jurkiem Kosińskim!

Śmiali się oczywiście i nie wierzyli - nazywał się przecież Lewinkopf, mieszkał na Zamkowej, wystarczyło zresztą na niego spojrzeć, nie mówiąc już o jego matce! Mimo to powtarzał nieustannie, że jest Polakiem - Kosińskim! Żeby to udowodnić, pokazywał wiszący na szyi medalik, recytował poprawną polszczyzną cały pacierz. Nie tylko "Ojcze nasz", ale i "Zdrowaś Mario", i "Wierzę w Boga"!

Zupełnie ich tym zatykał, patrzyli na niego ze wściekłością i z podziwem. Większość z nich mówiła po polsku bardzo źle - niegramatycznie, z akcentem. I z wyjątkiem oczywiście Jasia Lipińskiego, jedynego na podwórku Polaka, nie umiała pacierza, bo i skąd?

Zaczepili go kiedyś na podwórku, zachęcali do zabawy, gdy szedł akurat z matką, która wcale go od nich nie odciągała, niczego nie zabraniała, powiedziała tylko łagodnie: "Jerzyku, pamiętaj o akcencie!". Przypominała mu więc, że bawiąc się z nimi, może się go nabawić... Nie musiała zresztą przekonywać - nie miał wcale zamiaru się do nich przyłączać.

Jesienią i zimą podwórkowe życie przenosiło się na korytarz, codziennie przez panią Lipińską sprzątany, pucowany, tak jak i cała kamienica. Pękał wprost w szwach od dzieciarni, która szalała, zjeżdżała po poręczy schodów. Byli wszyscy, z wyjątkiem Jurka Lewinkopfa, który nigdy nawet do nich nie wyjrzał, choć słyszał przecież przez drzwi ich wrzaski. Trzeba przyznać, miał charakterek - był przecież dzieckiem, ciągnęło go na pewno do zabaw, rówieśników, nigdy jednak się do nich nie przyłączył, nie urwał rodzicom, choć prawdę powiedziawszy, chłopcy z "lepszych" rodzin rzadko kiedy bawili się z podwórkową hałastrą.

Żeby mu dokuczyć, zrobić na złość, przezywali go więc "Joskiem".

"Josek, chodź do nas" - wołali, co oczywiście jeszcze bardziej go rozwścieczało, doprowadzało do szału. Powtarzał, że jest Jurkiem, Jurkiem Kosińskim, ale nie wierzyli. Na Zamkowej 8 nie było Żydów o polskich imionach. Był Abram, Lejzor, Chaim, Fajwełe, ale Jurek? Myśleli po prostu, że może się "przechrzcił", "przepisał", jak mówiono, co się przecież wśród Żydów zdarzało, i to właśnie tych wykształconych, bogatszych. Niby więc przechrztą oraz maminsynkiem pogardzali, przezywali "Joskiem", ale w sumie trochę mu zazdrościli - był jednak kimś lepszym.

Nie próbował nawet któremuś z nich podskoczyć, dokuczał natomiast młodszym. Przyłożył kilka razy, oczywiście za "Joska", małemu Bermanowi, a także swojej rówieśnicy i najbliższej sąsiadce - Rebece Blusztajn. A gdy - mimo to - wyciągnęła go kiedyś na korytarz, kopnął ją, opluł, nawymyślał od Żydowic, tak że dała mu w końcu spokój.

Państwo Lipińscy - jak pamiętają ich dzieci - komentowali, rzecz jasna, między sobą jego zachowanie. Uważali, że się "wyrodził" - rodzice przecież tacy kulturalni, sympatyczni! Winili za to ich wiek: Kosińska miała już srebrne nitki we włosach, Kosiński - łysinę, brzuszek. Jak na tamte czasy byli zbyt starzy, by mieć kilkuletniego zaledwie syna.

Choć mieszkało się z nimi bez problemów. Uprzedzająco grzeczni, czarujący, szczególnie on - spokojny, dobroduszny. Interesował się bardzo polityką i wieczorem zagadywał zawsze pana Lipińskiego, który prowadził zakład stolarski, co słychać w mieście, co mówią ludzie... Był bardzo uczynny - gdy pani Lipińska nie mogła dostać mydła, zaproponował, że sam je wyprodukuje z tłuszczu - świetnie się na tym znał, miał przed wojną fabrykę chemiczną. Ale pani Lipińska jakoś jeszcze mydło kupiła, kłopoty z zaopatrzeniem dopiero się zaczynały.

Najstarsza z córek państwa Lipińskich, Zofia Rogowska, wówczas już zamężna, mieszkała w pobliskim Międzygórzu, gdzie jej mąż był administratorem majątku. Przyjeżdżała z nim czasem do Sandomierza, do rodziców, poznała nawet Lewinkopfów, którzy pytali potem gospodarzy, czy nie dałoby się u ich córki zamieszkać - idą dla Żydów ciężkie czasy, chcieliby przenieść się na prowincję, z dala od ludzi, bo Zamkowa to centrum, za bardzo na widoku. Naprawdę dobrze i z góry zapłacą, nie zrobią kłopotu.

Ale szwagier Rogowski - wspomina Tadeusz Lipiński - zbyt mało ich znał. Nie mógł też decydować, nie był przecież właścicielem, tylko administratorem, i bał się stracić posadę, tym bardziej że miał małe dzieci. Co więcej, nie było to wcale zaciszne miejsce, a wręcz przeciwnie - wyjątkowo dużo ludzi: pracowników, mieszkańców.

Myślano po prostu, że szukają sobie kolejnego, spokojniejszego adresu, nie mogą siedzieć wiecznie kątem u Lipińskich. Nie przypuszczano, że myślą już może o ucieczce, kryjówce. Okupacja dopiero się zaczęła i nikt - przynajmniej wśród mieszkańców Zamkowej 8 - nie przeczuwał zbliżającego się Holocaustu, nie zdawał sobie sprawy z tego, co się stało. A niektórzy z nich mówili nawet Polakom z satysfakcją: "Wasze minęło!".

Pan Tadeusz Lipiński pamięta, gdy zatrzymano go kiedyś za przekroczenie godziny policyjnej. Na Gestapo tłumaczami byli Żydzi - członkowie Judenratu.

Cóż zresztą mówić o mieszkańcach Zamkowej, którzy żyli nadal jakby nigdy nic, skoro wydawałoby się, kuci na cztery nogi pośrednicy mieszkaniowi z rynku, "faktory", jak się tu na nich mówiło, dosłownie kilka miesięcy przed utworzeniem getta chcieli jeszcze kupować od państwa Lipińskich dom, dawali grube pieniądze, ci jednak nawet nie słuchali, choć wkrótce musieli go opuścić, tułać się po ludziach. Na Zamkowej i ulicach sąsiednich - Żydowskiej, Joselewicza - rzeczywiście już tworzono getto.

*

Pod koniec marca 1941 Lewinkopfowie spakowali swoje walizy, pożegnali się serdecznie z gospodarzami. Nie mówili, dokąd idą i do kogo, a państwo Lipińscy nie pytali, bo już się przecież zaczęło. Gwiazdy Dawida, nakazy, zakazy, łapanki do obozów, wkrótce i getto - zorganizowane wiosną 1942, zamknięte latem, wysiedlone pod koniec października.

Znaleźli się w nim wszyscy lokatorzy Zamkowej 8, którzy zginęli razem z sandomierskimi Żydami w komorach gazowych Bełżca. Być może ocalał jeden z dwunastki tragarza Nusena - komunista, który jeszcze przed wojną wyjechał do Związku Radzieckiego - ale tego też przecież nie wiadomo. Mały Nusen miał szczęście - na krótko przed gettem, przejechał go na ulicy samochód. "Bóg się nad nim ulitował - mówiono - nie pozwolił mu oglądać śmierci jego jedenastki".

*

Dopiero w 1968 od dziennikarza "Słowa Ludu", który jakoś do nich dotarł, państwo Lipińscy dowiedzieli się, że przeżyli również Lewinkopfowie, a "mały" napisał podobno jakąś "antypolską" książkę! Pani Maria Lipińska udzielała nawet o nim wywiadu, źle go wspominała.

"(...) Miał wtedy z siedem czy osiem lat" - mówiła. - "Drobny był i Lewinkopfowie mieli z nim dużo kłopotów. Podły był. Najbardziej nienawidził Żydów. Pamiętam, jak dokuczał staremu Blusztajnowi. Nie cierpiał małej - była chyba jego rówieśnicą - Rebeki Blusztajn. Odnosił się z szacunkiem do Polaków, nie znosił Żydów"9.

Jej dzieci miały potem do niej żal, bo choć mówiła prawdę, to jednak niecałą. Ta zresztą dziennikarza nie interesowała.

A przecież - mówił pan Tadeusz Lipiński - nie sposób nie dodać, że ocaleli właśnie dzięki ucieczce od swego żydostwa, zdecydowanemu odcięciu się. Moim zdaniem, Mojżesz Lewinkopf - widzę to dopiero dziś - już wtedy przeczuwał chyba Zagładę.

Bo choć był dopiero początek okupacji i większość jego rodaków żyła nadal jakby nigdy nic, on jeden wydawał się coś rozumieć. Chociażby to, że Zamkowa 8 nie jest dla jego rodziny miejscem bezpiecznym. Już wtedy próbował przecież zamieszkać w Międzygórzu, czyli na prowincji. Zmienić nazwisko na polskie - mały Jurek już wtedy twierdził, że nazywa się Kosiński!

On też pewnie uświadomił mu, że bycie Żydem to śmiertelne niebezpieczeństwo. I ciekawe tylko, co musiał mu powiedzieć, skoro ten wówczas siedmiolatek tak bardzo wziął to sobie do serca. Tak się przestraszył, że omijał z daleka swoich małych współrodaków. Bił ich i kopał. I chciał być tylko Jurkiem Kosińskim, a nie Joskiem Lewinkopfem.

GOŁĘBICKA 3

Z dokumentów meldunkowych, znajdujących się w sandomierskim archiwum wynika, że 31 marca 1941 "Lewinkopfowie przybyli na pobyt czasowy" do nieżyjącego już dziś Wacława Skobla - furmana, malarza pokojowego. Do jego nowego, okazałego wtedy drewniaka z gankiem, który stoi zresztą do dziś, tylko bardzo już zniszczony. Na ulicę Gołębicką 3, obecnie Żeromskiego, zamieszkaną niemal wyłącznie przez Polaków. Wynajęli połowę domu, którą Skobel przeznaczył dla lokatorów, drugą pozostawiając sobie i swojej rodzinie.

Z tego okresu właśnie pamięta ich rodzeństwo Justyńskich. Mieszkający nadal w Sandomierzu - Maria Mędrzak (ur. 1932) i Henryk Justyński (ur. 1934) - oraz Bogumiła Staroń (ur. 1931), dziś mieszkanka Łodzi.

Pamiętają dobrze Jerzyka Lewinkopfa, który przychodził niemal codziennie z rodzicami do ich kolegi i sąsiada, Stefka Salamonowicza. Salamonowiczowie byli bowiem - tak jak i Lewinkopfowie - łódzkimi Żydami, znali się chyba od dawna, w każdym razie wyglądali na zaprzyjaźnionych. Oni również, zaraz po wybuchu wojny, znaleźli się w Sandomierzu - rodzinnym mieście Salamonowiczowej. Jej rodzice, starzy Spirowie, byli jednymi z bogatszych sandomierskich Żydów, właścicielami chyba połowy ulicy Opatowskiej. Co najmniej pięciu kamienic i sklepu bławatnego. Mieli służące i nianię dla Stefana, która chodziła za nim krok w krok.

Mieszkali, jak to Żydzi, oczywiście na rynku, w swojej kamienicy na Opatowskiej 4. Justyńscy natomiast - w sąsiedniej, również żydowskiej, jako jedni z nielicznych tutaj Polaków. I w szabas zarabiali zawsze na cukierki, rozpalając sąsiadom ogień, zapalając świece w lichtarzach. Wychowywali się więc wyłącznie wśród Żydów, a ich rodzice całkowicie to akceptowali: "Nic nie szkodzi, że ktoś z Żydów pochodzi", powtarzali zawsze.

Spirowie, a tym samym i Salamonowiczowie, należeli do sandomierskiej śmietanki, bo nie tylko zamożni, ale i kulturalni, zasymilowani. Chyba tylko żyjąca jeszcze wtedy babcia Hanki Spiro-Salamonowicz była ortodoksyjną Żydówką w peruce, rozmawiającą po żydowsku. Ale już ojciec Hanki, stary Spiro, mówił wyłącznie po polsku i w ogóle - światowy, elegancki. A ona sama - prawie że "artystka". Piękna, szykowna, inteligentna, po maturze. Jej mąż, Jerzy Salamonowicz - bogaty fabrykant, inżynier chemik z wykształcenia.

Bywali u Spirów i Salamonowiczów chyba wszyscy, którzy się w Sandomierzu liczyli, między innymi właśnie Lewinkopfowie - również bardzo kulturalni i zamożni. Mieli na przykład dwie służące, które przychodziły do nich codziennie na Gołębicką. Jedna tylko do sprzątania, druga do gotowania. Ta ostatnia nazywała się Julianna Bajacz. Trafiła do Lewinkopfów właśnie przez Justyńskich - była wychowanicą ich babki, sierotą z przytułku. Justyńska - poleciła ją Lewinkopfom, którzy - przez Spirów - akurat kogoś na gwałt szukali, bo pani Lewinkopf zupełnie sobie nie radziła, zawsze miała służące. Juliannie Bajacz dobrze się u niej pracowało - zupełnie się nie wtrącała, była hojna, oddawała stare rzeczy, podarowała złoty pierścionek.

Mieszkali u Skoblów tylko jesienią i zimą, gdzieś tak od maja do września przenosili się na letnisko na Rokitku, który dziś jest dzielnicą Sandomierza, a wtedy był jeszcze poza miastem. Chodziło się tam piechotą - z Ucha Igielnego schodami w dół i dalej już wąwozem i polami. Pani Zofia Staroń często tam bywała i do dziś pamięta to cudowne miejsce.

Chałupa wprawdzie bardzo zwyczajna, chyba nawet słomą kryta, ale przepięknie położona. W dużym ogrodzie, pełnym drzew owocowych, krzewów i kwiatków. W kotlinie z pięknym widokiem na Wisłę, wzgórza, wąwozy i doliny.

Naokoło żadnych sąsiadów, odludzie zupełne. Tylko właścicielka domku, Marianna Pasiowa, ciotka Justyńskich, która przenosiła się na lato do kuchni, pokój odnajmując Lewinkopfom. Wpadał też czasem jej syn, który mieszkał na Podwalu, u matki jednak piekł "po cichu" chleb - pracował w piekarni, gdzie kombinował zawsze trochę mąki, tak że nie brakowało tam nigdy świeżutkiego, gorącego chleba, po który stało się przecież w Sandomierzu godzinami.

*

Mali Justyńscy natomiast reprezentowali zupełnie inny świat. Było ich w sumie pięcioro, matka pracowała w mleczarni, ojciec szył buty, i to w domu - wynajem warsztatu sporo kosztował. Hodował w piwnicy świnie, oczywiście nielegalnie, pod groźbą kary śmierci. Dzierżawił też ogrody, młodzi więc musieli mu pomagać przy zbiorach, układaniu owoców w piwnicy, potem w sprzedaży. Mimo biedy byli czyści, zadbani, chodzili do szkół, ale czyż mogli równać się z Lewinkopfami i Salamonowiczami?

Jednakże zarówno jedni, jak i drudzy rodzice patrzyli łaskawym okiem na ich przyjaźń. Ciągle zapraszali, pytali, czy jutro też przyjdą. Lewinkopfowie i Salamonowiczowie byli wyraźnie zadowoleni, że ich synowie bawią się z Polakami, a nie z Żydami, których przecież na rynku nie brakowało, i to najbogatszych.

Bawili się wobec tego niemal codziennie, najczęściej u Stefana, choć czasem u Justyńskich, gdzie jedli - z jednej miski - egzotyczne dla Stefana oraz Jurka potrawy. Zalewajkę, zacierki na mleku, jajecznicę z mąką. Pałaszowali, aż im się uszy trzęsły, mimo że za Stefanem i za Jurkiem biegały ciągle ich służące, które nieustannie ich podkarmiały, podtykały zagraniczne frykasy, choć była przecież okupacja, bieda coraz większa.

Oczywiście wychodziło nieraz, że są z dwóch różnych światów. Pan Henryk Justyński pamięta na przykład, jak bawili się kiedyś w konie i tak się akurat złożyło, że Stefan z Jurkiem byli końmi, on natomiast razem z młodszym bratem Adamem - woźnicami poganiającymi ich batem z patyka! Zobaczył to stary Spiro, który wyszedł akurat na podwórko, i zdziwił się głośno, dlaczego to JEGO wnuk oraz Jurek Lewinkopf są końmi, Justyńscy zaś woźnicami. Powinno być odwrotnie! Powiedział to tak, że natychmiast odwrócili role. Mały Henio Justyński czuł się oczywiście urażony, czy mógł jednak dyskutować ze starym Spiro?

Pani Zofia Staroń pamięta natomiast, że i pani Lewinkopf dawała im czasem do zrozumienia, kim są, gdzie ich miejsce. Zdarzało się jej wobec innych przybierać nieprzyjemny ton, formułować nakazy, zakazy - tam nie wchodźcie, tego nie dotykajcie! Salamonowiczowa była o wiele serdeczniejsza, bardziej życzliwa - zawsze to jednak sąsiadka, a także szkolna koleżanka matki (kończyły razem szkołę powszechną). Mówiła więc do Justyńskiej po imieniu, ta jednak odpowiadała jej "proszę pani", bo to przecież córka starego Spiro, żona inżyniera Salamonowicza! Choć przyjeżdżał on do Sandomierza tylko do teściów - bardzo się tu liczył. Podczas okupacji został chyba nawet członkiem sandomierskiego Judenratu.

Bawili się z Lewinkopfem tylko dlatego, że przyjaźnił się ze Stefanem. Prawdę powiedziawszy, niezbyt go lubili - był inny niż wszystkie dzieci. Dojrzalszy, poważniejszy, zamyślony. Zawsze też raczej z boku, bardziej widz niż uczestnik. Stroniący od zabaw ruchowych - gonitwy, bójek, szaleństwa. Grzebania w piachu i w ogóle wszystkiego, gdzie mógł się pobrudzić - bowiem zaraz się otrzepywał. Pamiętają do dziś ten jego gest, który tak ich śmieszył. Był bardzo czyściutki, "odprasowany", pięknie ubrany - robione na drutach sweterki, krótkie spodenki, eleganckie półbuciki, choć coraz więcej żydowskich dzieci biegało w szmatach i na bosaka. Co najważniejsze jednak - bardzo inteligentny, ale złośliwy, dominujący, "wywyższający się", stawiający zawsze na swoim.

Bawili się na przykład kiedyś w dzierżawionym przez Justyńskich sadzie i Jurek ze Stefanem - najprawdopodobniej z głupoty oraz braku wyobraźni - wsadzili małą Marysię w dziecinny wózek i z całej siły zepchnęli go z góry. Poleciał w dół jak strzała, na szczęście zahamował o drzewo i nic się jej nie stało, choć mogło się to źle skończyć. Bardzo się tylko popłakała, wystraszyła. Stefan zresztą też, wyraźnie żałował, Jurek natomiast śmiał się - wszystko mu było wolno! Zakochani w nim rodzice, a już szczególnie matka, nigdy swego Jerzyka nie karcili, nie zwracali mu uwagi.

Gdy wychodzili wieczorem do Salamonowiczów na karty, nie chcieli, żeby był sam, to znaczy tylko z gospodarzami - w Sandomierzu ze Skoblami, na Rokitku z Pasiową. Prosili więc Zosię Justyńską, żeby dotrzymywała mu towarzystwa - była wprawdzie tylko o dwa lata starsza, ale poważna, rozsądna, i chętnie się na to zgadzała - zostawiali jej zawsze słodycze, owoce. Zosia skończyła już przed wojną pierwszą klasę, umiała czytać i pisać, a ponieważ lubiła bawić się w szkołę, próbowała również z Jurkiem, co jednak zupełnie nie wychodziło. Choć młodszy od niej, też już czytał i pisał, może nawet lepiej?

W ogóle zresztą wszystko wiedział, wszędzie był. Wściekał się więc i złościł, skakał niemal do bicia, gdy zwracała mu uwagę, poprawiała, pouczała. Tak samo gdy grali w "Piotrusia" - musiał zawsze wygrywać, nie znosił najmniejszej porażki, nawet w kartach!

*

Pamiętają głównie zabawy - byli tylko dziećmi, nie zwracali uwagi na to, co się działo dookoła. I choć na przykład zakazano już Żydom wstępu do parku, nic sobie z tego nie robili. Ile razy, gdy nikt ich akurat nie pilnował, brali Stefana i Jurka za ręce, wbiegali szybko za bramę, ganiali się, krzyczeli! I mimo że Jurek miał urodę wybitnie semicką, żandarmi nie zwracali jakoś na nich uwagi - na prowincji terror był na pewno lżejszy.

Tym bardziej że ani Jurek, ani Stefan, podobnie jak ich rodzice, nie nosili Gwiazd Dawida. Co do Lewinkopfów, to jeszcze zrozumiałe - nietutejsi, mało komu znani - ale Salamonowiczowie? Szczególnie oni, z jednej spośród bardziej znanych tu żydowskich rodzin? W każdym razie na pewno nie nosili, co komentowali zresztą między sobą rodzice małych Justyńskich.

Bawili się nadal jakby nigdy nic, gdy na początku 1942 w centrum Sandomierza - między innymi na Żydowskiej, Zamkowej, Joselewicza - zaczęto tworzyć getto, zganiać Żydów z okolicy: Ćmielowa, Połańca, Klimontowa, Ożarowa. Dość długo było otwarte, zamknięto je, jak się zdaje, pod koniec sierpnia, zlikwidowano pod koniec października tego samego roku, jako jedno z ostatnich - sandomierski Judenrat niemal do końca przekupywał Niemców, odraczał wyrok.

Zdaniem rodzeństwa Justyńskich Lewinkopfowie nie poszli do getta. Trudno to już dziś dokładnie ustalić, w każdym razie na długo przed jego zamknięciem nagle po prostu zniknęli. Justyńscy nie mieli o nich żadnych wiadomości.

Nie ma także ich nazwisk na znajdujących się w sandomierskim archiwum listach Żydów tamtejszego getta (nie są one jednak kompletne).

Zniknął również Stefek Salamonowicz oraz jego niania, Polka, Zofia Kaczorowska, która - jak się dopiero potem dowiedzieli - udając jego matkę, przetrwała z nim okupację w Otwocku pod Warszawą. Zniknął stary Spiro, który też się ukrywał i ocalał w stolicy.

Jerzego Salamonowicza aresztowano - zdaje się podczas ulicznej łapanki - i jeszcze przed gettem wywieziono do obozów, które przeżył. Hanka Spiro-Salamonowicz ukrywała się, ale wpadła, siedziała w areszcie na rynku, mali Justyńscy nosili jej jedzenie i wodę, podawane ukradkiem przez dozorcę Stefa - znajomego ich rodziców. Podczas transportu do obozu udało się jej wyskoczyć z pociągu, dotrzeć do Warszawy, gdzie wynajęła mieszkanie, a w niedzielę odwiedzała w Otwocku Stefana, który mówił do niej "ciociu".

Mieli szczęście, a ludzie - jak to ludzie - mówili, że "to pieniądz sprawił", ocalała przecież cała rodzina. Oprócz nich przeżyło dosłownie kilku sandomierskich Żydów. Nusek Fiszman z żoną - również bardzo bogaci. Chilek Las, który poszedł do partyzantki, oraz Róża Mała, dziś Rosa Mala, mieszkająca w Stanach, przechowana przez jej narzeczonego - Polaka, pana Bażanta, żyjącego w Sandomierzu do dzisiaj. Nie ożenił się z nią jednak, była bowiem - jak mówi - "swojej wiary", on swojej, a nie wróżyło to dobrego małżeństwa. Bo jak to tak - dwie wiary na jednej poduszce?

*

Pani Zofia Grajpel, z domu Skobel, zamieszkała w Końskich, rodem z Sandomierza, gdzie spędziła okupację, wpadała często do swego stryja, Wacława Skobla. I u niego właśnie poznała Kosińskich, jego lokatorów, którzy wynajmowali pokój, płacili jak wszyscy.

Pamięta Jerzyka, inteligentnego, ale psotnego, kłamiącego i fantazjującego z iście diabelską złośliwością, tak że tamtejsze naiwne dzieciaki niezbyt za nim przepadały.

Pamięta na przykład, że zawsze gdy pytała go, czy rodzice są w domu, odpowiadał, że nie. Oni natomiast pojawiali się za chwilę jakby nigdy nic.

Pamięta, jak bawił się kiedyś z jej bratem. Wyrwał mu jakąś zabawkę i krzyczał, że zniszczy, zepsuje, a winę zwali na niego! I faktycznie, rozwalił ją o mur, a naskarżył na jej brata zupełnie tym wstrząśniętego.

Pamięta też jego rodziców. Kosińskiego, zatopionego w gazetach, pismach, książkach. Serdecznego i życzliwego. W odróżnieniu od wyniosłej i chłodnej Kosińskiej, która zabijała sobie czas czytaniem książek oraz robotą na drutach. Jej dziełem były noszone m.in. przez Jurka piękne bluzki i swetry o ciekawych, wyszukanych wzorach.

- Ja również to lubiłam - wspomina pani Grajpel - a ponieważ jeden z jej wzorów bardzo mi się podobał, poprosiłam, żeby mi go pokazała. Wykręcała się jednak, jak mogła - to jutro, to pojutrze, to boli ją głowa. W końcu więc urażona przestałam ją prosić. Ale żaden ścieg, choćby i najtrudniejszy, to w sumie żadna filozofia. Podejrzałam więc kiedyś dokładnie, jak łapie oczka, i sama do wszystkiego doszłam, zrobiłam sweterek w "jej" wzory. Natychmiast go założyłam, poleciałam do niej pochwalić się, ale nie powiedziała nic, kwaśno jakoś tylko na mnie spojrzała i to wszystko.

Julianna Bajacz, ich gosposia, mówiła później, że Kosińska namawiała ją bardzo, żeby jechała z nimi na wieś, gdzie zamierzali uciec. Julianna - choć samotna i uboga - jednak nie chciała. I to nie tylko ze względu na niebezpieczeństwo, ale przede wszystkim, jak mówiła - humory Kosińskiej, których miała dość.

Choć z drugiej strony trudno się jej dziwić. Bardzo źle znosiła ich sytuację. Tę biedną przecież dla niej, choć nową, chałupę stryja Skobla, tych prowincjonalnych przecież ludzi, których nie potrafiła zaakceptować, choć się starała.

Pani Grajpel wiedziała, że Kosińscy uciekli gdzieś na wieś. Stryj Wacław mówił jej ojcu, że miał o nich wiadomości. M.in. właśnie o Kosińskiej, która narażała i siebie, i wieś, nie potrafiła bowiem wtopić się w tło i przestać się malować, ubierać, czym ściągała na siebie uwagę.

ZA BRAMKĄ 4

Według dokumentów meldunkowych z sandomierskiego archiwum 16 sierpnia 1942 zameldowali się Lewinkopfowie przy ulicy Za Bramą 4. Jako prowadzący książkę meldunkową podpisał się - niezbyt czytelnie - najprawdopodobniej Szapsze Morgen.

Ulica Za Bramką, potem już właściwie zaułek, istnieje nadal, równolegle do Zamkowej, skąd trzeba zejść - jak to w Sandomierzu - schodami w dół wąwozów. Stoi tu dziś jeszcze tylko drewniana chałupa bez numeru. Jej dwie mieszkanki - staruszki - nie chcą wpuścić mnie do środka, boją się obcych. A poza tym i tak nic nie powiedzą. Jedna obłożnie chora, druga, z trudem już chodząca, przygłucha. Nie rozumieją zupełnie, o co mi chodzi. Kogo właściwie szukam?

Zdaniem wszystkich moich sandomierskich rozmówców Lewinkopfowie najprawdopodobniej Za Bramką nie mieszkali. W każdym razie zupełnie ich z tym adresem nie kojarzą. Do końca pobytu w Sandomierzu byli u Skoblów, stamtąd też zniknęli.

Dziwi również późna data meldunku - 16 sierpnia 1942, czyli dwa tygodnie przed zamknięciem getta. Czy mogli się jeszcze wtedy meldować poza jego obrębem? W sandomierskim archiwum dowiedziałam się, że nie, najwyżej na ulicach wchodzących w skład getta, ale oddalona od centrum ulica Za Bramką do nich nie należała.

Co więcej, karta meldunkowa wypełniona jest - w porównaniu z poprzednimi, z Zamkowej i Gołębickiej - wyjątkowo niestarannie, w pośpiechu, z błędami i skreśleniami. Brak przede wszystkim wymeldowania od Skoblów, choć jest od państwa Lipińskich. Pieczątka z datą zameldowania zupełnie nieczytelna, podobnie jak podpis "prowadzącego dział ewidencji ruchu ludności".

W rubryce "u kogo się zatrzymali" zamiast dokładnego nazwiska, imienia oraz adresu nowego gospodarza napisano: "w mieszkaniu własnym", co na pewno nie było prawdą. W rubryce "miejsce stałego zamieszkania", gdzie w kartach uprzednich widniał dokładny adres łódzki, napisano "Sandomierz - Za Bramką", ale skreślono, poprawiono, przerobiono na Łódź, z tym że bez nazwy ulicy. W poprzednich miejscach zamieszkania oddzielną kartę meldunkową miał też każdy członek rodziny, tutaj natomiast - tylko Mojżesz Lewinkopf.

Pan Henryk Justyński uważa, że zameldowali się tam wyłącznie "na papierze" i "dla zmyłki". Planowali przecież na pewno ucieczkę, mylili więc tropy. Dawno już ich w Sandomierzu nie było, oficjalnie jednak mieszkali Za Bramką. Odciążali może w ten sposób Skobla, bo od niego uciekli i mógłby jeszcze za to odpowiadać.

Albo też cudem się jeszcze jakoś zameldowali, próbowali żyć, ale już się nie dało, musieli iść do getta. Zdecydowali się więc na ucieczkę?

Bo wybrali miejsce idealne - z dala od centrum, w wąwozie, wśród łąk, pól i krów, porozrzucanych od siebie chałup. Znaleźć tam jakiś numer to wielka sztuka, tym bardziej że trudno było zgadnąć, czy to jeszcze Za Bramką, czy już niedalekie Podwale?

WORY MĄKI

Pamięta ich też pani Maria Czechowa (ur. 1901) oraz jej młodsza siostra, Zofia Iżykowska, zamieszkała obecnie w Łodzi, która spędziła okupację w rodzinnym Sandomierzu. Pomagała siostrze i szwagrowi, Aleksemu Czechowi, prowadzić piekarnię na rynku, gdzie przychodzili dosłownie wszyscy, i to nie tylko po chleb, ale również po plotki, informacje.

Wpadał też Mojżesz Lewinkopf, z którym nawiązali szybko bliższe stosunki, pochodził on bowiem - tak jak państwo Iżykowscy - z Łodzi, a ziomkowie zawsze jakoś znajdą wspólny język. Aleksy Czech lubił z nimi rozmawiać o polityce, którą obaj się interesowali. W ogóle lubił Żydów, z którymi pracował - niemal wszystkie sklepy na rynku były żydowskie. Mąż pani Iżykowskiej, Roman, siedział natomiast po uszy w konspiracyjnej AK i nie miał z Lewinkopfem kontaktów, raz chyba tylko: prosił go - wykształconego, znającego języki - o pomoc w kupnie maszyny do pisania. Ten obiecał pomóc, ale koledzy z konspiracji sami sobie jakoś w końcu poradzili.

Odkładali mu zawsze świeże pieczywo, którego ciągle brakowało - mogli piec ściśle określoną ilość. Albo też zabierali ze sobą do domu, na ul. Długosza, gdzie czasem wpadał. Mieszkał bardzo niedaleko, bo u Skobla, który przywoził im do piekarni mąkę.

Przychodził zawsze sam, raz chyba tylko z żoną oraz synem. I trudno się dziwić - byli uosobieniem żydowskiej urody, choć Lewinkopfowa próbowała jakoś to ukrywać - miała na przykład wtedy na głowie wielką ludową chustę w kwiaty, niepasującą zupełnie do jej miejskiego stroju oraz wyglądu, uwydatniającą jeszcze bardziej duży, orli nos.

Mojżesz Lewinkopf natomiast mógł uchodzić za Polaka, bardzo mu więc współczuli - miał szansę na przetrwanie, gdyby nie żona i syn, czyli - jak komentowano w piekarni - "dwa wory mąki, które musiał taszczyć na plecach".

*

Ale jakoś je chyba udźwignął, bo zniknęli nagle całą trójką i nikt nie słyszał, żeby poszli do getta, nikt ich tam nie widział. A do końca było ono właściwie półotwarte i wielu Żydów wymykało się do piekarni po chleb, nigdy jednak Lewinkopf, który przyszedłby przecież, gdyby tam był.

Pytali oczywiście Skobla, co z jego lokatorami. Twierdził jednak, że nic nie wie. Przepadli nagle, jak kamień w wodę!

I chyba dopiero pod koniec wojny, gdy nic mu już nie groziło, powiedział im kiedyś, że wywiózł ich z Sandomierza, załadował na swoją furmankę, zawiózł nocą do Radomyśla nad Sanem. Do katolickiego księdza, który miał im znaleźć kryjówkę. Dowiózł, chwała Bogu, szczęśliwie, ale nie wiedział nawet, czy potem przeżyli.

*

Nie śmieli pytać, dlaczego to zrobił. Chciał im po prostu pomóc? Czy też dla pieniędzy, bo przecież ryzykował strasznie. Był człowiekiem prostym, porządnym, zacnym. Zaradnym i pracowitym - dbał o rodzinę i swój nowy dom, chwytał się wszystkiego, żeby zarobić.

W znanej książce Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny "Ten jest z ojczyzny mojej - Polacy z pomocą Żydom 1939 - 1945" (Kraków, Znak, 1969, str. 535) Anna Demelowa z Izraela, rodem z Sandomierza, opisująca ludzi z tego miasta, którzy pomagali tamtejszym Żydom, wspomina m.in. o rodzinie Skoblów, pisze też o Kosińskich:

"(...) Bardzo czynnym w pomaganiu był Guz Bogdan, rodzina Skoblów. Oni to w najtragiczniejszych chwilach przechowywali ludzi, pieniądze i fałszywe papiery. Skoblowie (i wielu innych) najbardziej przyczynili się do uratowania wysiedlonej rodziny żydowskiej z Łodzi. Ich syna, Jureczka, uczyłam pierwszych słów polskich, przygarnęłam w getcie. Po wojnie mój dom był także ich domem. Przechodząc bowiem z rąk do rąk Polaków, przeżyli szczęśliwie ze swoim przybranym synem, po to, aby Jurek Kosiński napisał "Malowanego ptaka", ohydę, kłamstwo, potwarz, hańbę dla tych, co dla nich tyle poświęcili".

Przytaczam jej słowa bez komentarza, choć chciałam zaznaczyć tylko, że wszyscy moi rozmówcy byli wyjątkowo zgodni co do tego, że Kosińscy - łącznie z Jurkiem - świetnie znali polski i tylko nim się posługiwali. Nikt nie potwierdził też, że byli w getcie, choć nie ma co do tego stuprocentowej pewności. Być może na krótko tam trafili i stamtąd właśnie uciekli do Dąbrowy? Jak już wspominałam, getto sandomierskie nie było zamknięte.

*

Dopiero po wojnie Wacław Skobel dowiedział się, że Lewinkopfowie przeżyli, ocaleli. Powiedział mu o tym właśnie Aleksy Czech, którego szwagier, Roman Iżykowski, spotkał ich w 1945 w Łodzi. Od Czecha też, ale oczywiście dużo później, usłyszał, że mały Jerzyk Lewinkopf został pisarzem i "opisał" podobno Polaków!

"Ten mały, śliczny chłopczyk, który bawił się w moim ogródku?", dziwił się Skobel. "Którego wywiozłem na wieś? Uratowałem przed zagettowaniem? To chyba niemożliwe?".

*

Wacław już nie żyje, jego żona, mieszkająca nadal w ich domu na Żeromskiego 33, przeszła niedawno wylew i źle się czuje. A Skobel junior urodził się po wojnie i nic o Lewinkopfach nie wie, tyle tylko, że u nich mieszkali.

Ojciec wprawdzie często o nich wspominał, on jednak, jak to chłopak, zupełnie go nie słuchał, wolał podwórko, piłkę.

Pamięta tylko, że opowiadał najczęściej, jak ocalił ich przed gettem, wywiózł z Sandomierza swoją furmanką. Gdy jechali, wydawało mu się, że poumierali ze strachu - przez całą drogę nawet się nie ruszyli, nie powiedzieli ani słowa. Bał się zresztą jeszcze bardziej niż oni, szczególnie na moście przez Wisłę - był przekonany, że w razie wpadki natychmiast ich potopią! Tak że cały czas modlił się tylko gorąco i poganiał konika. Nie żałował bata, żeby szybciej, prędzej! Ale widać, Bóg kierował i strzegł, bo dowiózł ich szczęśliwie.

*

Państwo Justyńscy natomiast chyba dopiero w latach pięćdziesiątych dowiedzieli się, że Lewinkopfowie przeżyli. Adam Justyński studiował w Łodzi i odwiedzał czasem Salamonowiczów, którzy wrócili do swego rodzinnego miasta i znów zaprzyjaźnili się z Lewinkopfami, wtedy już Kosińskimi.

U Salamonowiczów właśnie spotkał kiedyś Jerzyka Kosińskiego, ale tylko raz, więcej nie miał ochoty. Niewiele się bowiem zmienił. Podczas gry w karty doprowadził szybko do spięcia - chciał cały czas wygrywać, decydować, dominować. Być - jak kiedyś - wyłącznie woźnicą. Adam Justyński nie musiał już jednak tego znosić.

Dlatego też nie miał zamiaru się z nim zobaczyć, gdy Kosiński po latach, już w glorii, przyjechał do Polski. Mimo że reszta rodzeństwa bardzo go namawiała, wybierała się do Warszawy - był dla nich ciągle Jerzykiem Lewinkopfem, kolegą z dzieciństwa. Czytali naturalnie "Malowanego ptaka", sądzili jednak, że to na podstawie dalszych, nie najlepszych, widać, doświadczeń.

W Sandomierzu przecież nie miał jeszcze najgorzej. Mimo zbliżającej się coraz bardziej grozy był nadal - przynajmniej dla nich - eleganckim, małym lordem, obsługiwanym, karmionym przez służące, wyjeżdżającym latem na letnisko. Wychuchanym, żyjącym w dostatku jedynakiem, którego mądrzy, kochający rodzice ocalili w porę przed gettem, losem ich rodaków.

Byli rozczarowani, zdziwieni, że w wywiadach, których tak często udzielał, mówił o Kazimierzu nad Wisłą, Krakowie, Tatrach, nigdy natomiast o Sandomierzu, gdzie przeżył szczęśliwie - a to przecież najważniejsze - prawie dwa i pół roku okupacji!

Nigdy Kosiński Adama Justyńskiego nie odwiedził, choć zjeżdżają tu Żydzi z całego świata. Odwiedzają kirkut, synagogę, dawny dom żydowskiej gminy. Fotografują, szukają śladów, płaczą, boleją nad zniszczeniami, zaniedbaniem miasta.

On tymczasem - choć mówił tyle o pamięci, swoich żydowskich korzeniach, wzruszeniu, które go nieustannie w Polsce ogarnia - nawet słowa czy gestu. Nic, zupełnie nic.

9 T. Wiącek, "Słowo Ludu", nr 1/61, 9 V 1968