Czarny ptak. Golimistrz powraca - Bohdan Waszkiewicz

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Śpiew martwicy 

Niepokojący hałas wyrwał Marfuka z płytkiego snu. Po tylu latach spędzonych w borze nabrał cech i przyzwyczajeń zwierząt, więc kiedy po zmroku zamykał oczy, jego uszy zachowywały czujność aż do wybudzenia. Skupił się, usiłując wyłowić obcy szmer spośród conocnych znanych mu doskonale dźwięków. Jeszcze mocniej wytężył słuch, który ominął cichutkie bzyczenie komara, nieco wyżej natrafił na jaszczurkę wdrapującą się po pniu leszczyny, by następnie wpaść do niewielkiej dziupli i zastać w niej sowę karmiącą larwami swoje potomstwo. Jego słuch powędrował jeszcze wyżej, aż począł szybować nad wierzchołkami drzew. I wreszcie odnalazł to, czego szukał.

Ptak.

Marfuk wyczołgał się z prowizorycznego szałasu. Skierowawszy oczy na niewielki prześwit pomiędzy gałęziami świerku, z nieukrywanym zaciekawieniem skupił wzrok na rozgwieżdżonym niebie. Chwilę potem, na tle rozjaśnionym światłem księżyca, pojawił się czarny kształt. Pustelnik rozpoznał w nim orła, a rozmiary zwierzęcia wprawiły go w zdumienie. Nigdy dotąd nie napotkał tak ogromnego ptaka. Zauważył coś w jego szponach, lecz zabrakło mu czasu na rozwikłanie tajemnicy, co właściwie padło ofiarą drapieżnika. Nocny lotnik tak jak się niespodziewanie pojawił, tak samo szybko zniknął z pola widzenia, lecąc w sobie tylko znanym kierunku. Porównanie zdobyczy do rozmiarów orła ugruntowało w pustelniku przekonanie, że mógł to być jeleń lub osioł, a w każdym razie coś równie dużego.

Wrócił do szałasu. Jednak targany złym przeczuciem nie zmrużył już oka do białego rana.

*

Przechadzał się, jak zazwyczaj, po leśnych ostępach, sprawdzając, czy wszystko było w należytym porządku. Wiedza Marfuka o borze mogła zaimponować nawet królewskiemu leśnikowi, a żaden myśliwy tym bardziej się do niego nie umywał. Znał tutaj każdą ścieżkę, drzewo, ukryte i porośnięte paprocią polany oraz większość zwierząt od lat tolerujących jego obecność. Tak naprawdę był niejako we własnym ogromnym domu. Podczas obchodu znalazł pisklę sójki, które wypadło z gniazda. Delikatnie umieściwszy ptaka za pazuchą, ze zwinnością kota wspiął się na drzewo i w ten sposób malec na powrót dołączył do rodzeństwa. 

Tego dnia wyplątał jeszcze nietoperza z krzaków jeżyn oraz pomógł jeleniowi, który zaplątał się porożem w gęste gałęzie świerku. W sumie uznał spacer za umiarkowanie spokojny, gdyż nieraz zdarzyło się, że miał znacznie więcej pracy.

Gdy przechodził obok Martwych Bagien, coś zwróciło jego uwagę. Z początku nie zdawał sobie sprawy, że otoczenie moczarów wygląda jakoś inaczej niż zwykle, aż nagle przystanął i rozejrzał się wnikliwiej.

Jak okiem sięgnąć nie kręciło się tu ani jedno zwierzę. Pustelnik wiedział, iż bagna nie cieszyły się wśród leśnej fauny szczególną popularnością, niemniej zawsze widywał tutaj bobry, piżmaki czy nawet zabłąkane sarny, które natychmiast przeganiał, chroniąc je w ten sposób przed grząskimi pułapkami. A już najbardziej zdziwił go niemal zupełny brak rechotu żab. Zdarzyło się od czasu do czasu pojedyncze kumkanie, jednak przeważnie było tutaj znacznie głośniej.

Zbliżył się do brzegu bujnie porośniętego rozlewiska, choć nie lubił tego robić. Czuł się nieswojo na podmokłym terenie, wiedząc, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą zbyt dalekie zapuszczenie się w głąb mokradeł. Powiódł wzrokiem, dokładnie, krok po kroku, przeczesując błotnisty krajobraz. Dookoła bajora, z torfiastego kożucha wyrastał tatarak w towarzystwie trzciny, a pod nimi snuła się karłowata rokicina. Czarna woda trwała w bezruchu, prawie całkowicie przykryta liśćmi wodorostów dużymi jak karczmiane miski.

Pewien szczegół przykuwał jednak uwagę.

Marfuk wprawnym okiem wyodrębnił, pośród mchu i trawy, ledwie widoczny ślad. Ciągnął się od tafli wody nieco w głąb lasu, ale niezbyt daleko. Trop przypominał odcisk czółna. Ale skąd i po co komu łódka na Martwych Bagnach? Pustelnik pokręcił z niedowierzaniem głową i podjął decyzję, że zaczai się opodal, by poczekać na rozwój wydarzeń. Chcąc rozwikłać tę niecodzienną zagadkę, znalazł kryjówkę w jednym z zagajników, z którego miał idealny widok na okolicę.

*

Zapadł zmrok. Świerszcze rozśpiewały się w najlepsze, a gwiazdy coraz liczniej pojawiały się na nieboskłonie, niczym publiczność oczekująca z niecierpliwością na koncert. Do chóru próbowały dołączyć nisko latające muchy i komary, jednakże ich bzyczenie wybrzmiewało zbyt cicho, tworząc nieśmiałe i ledwie słyszalne tło.

Pustelnik uparcie lustrował z ukrycia rozciągającą się przed nim panoramę. Po przedłużającej się wnikliwej obserwacji, jego powieki sprawiały wrażenie coraz cięższych. Zdając sobie sprawę, że za moment zaśnie jak suseł, postanowił działać. Z kieszeni niedbale uszytego futrzanego kaftana wydobył kilka ususzonych liści. Przez chwilę mielił je w zębach, po czym głośno przełknął, robiąc przy tym minę, jakby zjadł garść soli. Chwilę później targnęły nim silne dreszcze. Parsknął jak koń na widok koryta pełnego owsa, a oczy otworzył niemal dwa razy szerzej niż zwykle, nadając im prawie idealnie okrągły kształt. Serce waliło mu teraz w szaleńczym tempie, a on sam błyskawicznie zalał się potem. Najchętniej wstałby, żeby odbyć długi spacer, ale jakoś się opanował i znowu świdrował wzrokiem Martwe Bagna.

Czekał.

Nagle zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Jedyny słyszalny dźwięk był powodowany przez lekki wiosenny wiatr, kiedy flirtował namiętnie z liśćmi brzóz, delikatnie całując je i pieszcząc swym oddechem. Wydawać by się mogło, że czas stanął w miejscu.

Cichy bulgot zabrzmiał nienaturalnie głośno. Na błyszczącej tysiącem gwiazd powierzchni wody pojawiły się pojedyncze bąble.Chwilę później pęcherzy przybyło, a po bajorze zaczęły wędrować kręgi, ciągle się powiększając, by przeobrazić się w niewielkie fale i miarowo uderzać o brzeg.

Marfuk zamarł. Wstrzymał oddech i usłyszał bicie własnego serca. Domyślił się, że coś zasiedliło mokradła. Po jego głowie gnała myśl za myślą, kiedy próbował znaleźć jakiś sposób na wywabienie stworzenia z topieli. Okazało się, iż nie musiał tego robić.

Coś powolutku wynurzyło się nad taflę. Ledwie widoczna w ciemności głowa, częściowo ukryta pod długimi włosami, obracała się w lewo i prawo. Po krótkiej obserwacji otoczenia stworzenie ruszyło niespiesznie do brzegu, czy to płynąc, czy też maszerując po dnie bagna. W końcu wynurzyło się do połowy. Pustelnik ujrzał nagie ciało istoty, a duże piersi, rozcinające wodę niczym dziób szkunera, udzieliły odpowiedzi na pytanie o jej płeć. Znalazłszy się przy samym brzegu, kobieta poczęła wypełzać na suchy ląd, zdradzając tajemnicę skrywaną przez odmęty. Pokryty łuskami rybi ogon zalśnił srebrem w świetle gwiazd.

Dziad borowy przyglądał się niecodziennej sytuacji z niedowierzaniem w oczach. Wprawdzie niejednokrotnie słyszał plotki o syrenach, jednak nie dawał im tak do końca wiary, ponadto żadna z opowiadanych historii nie mówiła o jakiejkolwiek żyjącej na bagnach. Następną zagadkę, trapiącą jego umysł, stanowiło pochodzenie stworzenia. Wykluczył możliwość, że syrena mogła długo ukrywać się na mokradłach, gdyż dość regularnie przechadzając się w ich okolicy, wcześniej zauważyłby jej obecność.

Owinięta zielonymi wodorostami i umorusana szlamem podczołgała się dalej w głąb lądu. Usiadłszy na szerokim pniu, ulokowała się wygodnie, odsuwając na bok swój długi ogon, i zastygła w zupełnym bezruchu. Była smukła albo raczej długa. Na oko wyglądała na wyższą niż jakikolwiek człowiek.

Rozłożyła szeroko ręce i w tej pozie zaczęła cichutko nucić.

Przyczajony pustelnik przypomniał sobie jedną z legend i natychmiast wetknął palce do uszu. Wahał się, czy wziąć nogi za pas, jednak nie opuścił posterunku. Ciekawość zwyciężyła. Zamarł w oczekiwaniu.

Oczy syreny zapłonęły zielonym blaskiem, a śpiew niósł się razem z wiatrem po najbliższej okolicy. Nawet na moment nie przerwała koncertu, z zapałem lustrując wzrokiem okoliczne zagajniki.

Spomiędzy krzaków wyskoczył duży zając. Przystanąwszy niedaleko, strzygł długimi uszami to w lewo, to w prawo, po czym, kicając nieśpiesznie po wilgotnej trawie, nieśmiało ruszył do źródła dźwięków. Wreszcie zatrzymał się na wyciągnięcie ręki od nucącej postaci. Przez chwilę słuchał pieśni, z ciekawością przyglądając się jej wykonawczyni.

Przypuściła atak. Jej ostre szpony bez kłopotu dosięgnęły celu. Uniosła zdobycz na wysokość oczu. Zając wił się i piszczał wniebogłosy. Na twarzy syreny niespodziewanie zaszła zmiana. Wciąż śpiewające usta rozwarły się nienaturalnie, ukazując dwa szeregi długich zębisk, a miłe tony przerodziły się w dziki ryk. Zacisnęła dłonie na szaraku jeszcze mocniej, aż pociekła gęsta krew. Jednym kłapnięciem szczęk przegryzła zająca na pół i przeżuła razem z kośćmi. Kiedy zabierała się za ostatni parujący kawał mięsa, coś odwróciło jej uwagę.

Dziad borowy nie wytrzymał. Uświadomiwszy sobie, że ucichł syreni śpiew, poczuł nagły przypływ odwagi połączonej ze sporym pokładem gniewu. Nie namyślając się ani chwili dłużej, zacisnął w dłoniach solidny drąg i ruszył na bestię. Uderzał na oślep. Obijał przekrzywiony łeb, waląc weń z całej siły. Trzasnęło.

Marfuk stanął jak wryty.

Istota miażdżyła w zębach potężny drąg niczym koza łodygę trzciny. Wykorzystując jego wahanie, zamachnęła się szponiastą ręką. W ostatniej chwili uskoczył do tyłu, a i tak poczuł uderzenie w klatkę piersiową. Upadł na miękki mech. Zignorowawszy ból, zerwał się na równe nogi. Syrena połknęła naraz pozostałą część zająca i popełzła w kierunku kolejnej ofiary.

Pustelnik nie czekał. Wiedział już, że nie ma najmniejszych szans w starciu z wrogiem, więc puścił się w te pędy w głąb lasu. Miał też świadomość, że poczwara jest zbyt wolna na suchym lądzie, aby go dopaść. Gnał ile sił w nogach, na wszelki wypadek wpychając palce do uszu. I to najgłębiej, jak tylko mógł. Dokuczał mu piekący ból klatki piersiowej, ale i tak w duchu dziękował, że miał na sobie grube futro. Gdyby przywdział lżejszy strój, byłby już trupem.

Do szałasu wślizgnął się ostatkiem sił. Zanim skrajnie zmęczony legł na posłaniu, rozejrzał się wokół, by się upewnić, że zgubił pościg. Jednak strach nie pozwolił mu zasnąć.

*

Ciepłe promienie słoneczne muskały delikatnie jego zarośniętą twarz. Otworzywszy oczy, leżał przez chwilę na plecach, przypominając sobie szczegół po szczególe wydarzenia z ostatniej nocy. Usiadł i sprawdził bolącą klatkę piersiową. Poza sporym siniakiem oraz lekkim zadraśnięciem na skórze nie znalazł istotniejszych obrażeń. Zamyślił się. Targał nim szereg wątpliwości, które utwierdzały go w przekonaniu, że w pojedynkę nie pokona syreny. Wytężył umysł w poszukiwaniu podpowiedzi mogącej naprowadzić go na ścieżkę odpowiednich działań. Trwało to dość długo, aż w końcu pokiwał z zadowoleniem głową, wyszperawszy w pamięci kogoś, kto mógł go wybawić z opresji. Już wiedział, dokąd się udać po pomoc.

*

Brzytew zdmuchnął świecę. Nie miał dziś jakoś szczególnie pracowitego dnia. Więcej czasu spędził, oczekując na potencjalnych klientów, niż na ich strzyżeniu lub goleniu bądź jednym i drugim. Ułożywszy się wygodnie na boku, usiłował zasnąć. I gdy mu się to już prawie udało, wyłowił spośród dźwięków nocy ciche pukanie. Wstrzymał oddech. Znowu ktoś zastukał. Co za czart łazi o tej porze?, pomyślał, zarzucając na siebie cienki kaftan.

Zszedł po schodach, a kiedy znalazł się przy drzwiach, zapytał:

- Kto tam?

Zamiast wyjaśnienia usłyszał kolejny raz pukanie.

- Mów, do diabła, kim jesteś?

Sytuacja powtórzyła się dokładnie tak samo. Zniecierpliwiony Golimistrz namacał, niezawodny w takich okolicznościach, znajomy kształt. Trzymając w jednej dłoni otwartą brzytwę, drugą przekręcił klucz. Uchyliwszy nieznacznie drzwi, zerknął na zewnątrz. Mocniej wytężył wzrok, aż ujrzał zarys postaci.

- Coś ty za jeden? - ponowił pytanie, lecz w odpowiedzi przybysz zaczął wymachiwać rękami, wydając przy tym serię niezrozumiałych dźwięków. - Marfuk?! Czyś ty zwariował, człowieku?

Szybko zdał sobie sprawę, że próżno oczekiwać na jakikolwiek odzew ze strony gościa, więc otworzył drzwi na oścież, zapraszając go do środka. Jeszcze chwila i zarżnąłbym go jak prosiaka, skwitował w myślach Brzytew.

*

Trudności w komunikacji narastały wraz z coraz głębszym zanurzaniem się w historii opowiadanej przez dziada borowego. Ich rozmowa przypominała bardziej dziecięce zgadywanki. Cierpliwość Golimistrza została wystawiona na ciężką próbę i choć zachował zimną krew, to kilka razy musiał wstać z zydla, żeby przespacerować się po izbie, bo nerwy miał napięte jak postronki.

- Czyli, że co to jest? Duża ryba? - zadawał pytanie za pytaniem. - Może sum?

Mafruk ręką nakreślił w powietrzu niewidzialny kształt.

- Sum z dużymi cyckami?!

Pustelnik zaprzeczył ruchem głowy.

- Do diabła, ja oszaleję...

I być może tak by się stało, kiedy nagle Brzytew coś sobie przypomniał. Zbiegł po schodach do piwnicy. Odnalazłszy to, czego potrzebował, błyskawicznie wspiął się z powrotem. Poganiany ciekawością zrobił to w tak piorunującym tempie, że Marfuk aż rozdziawił gębę ze zdumienia.

Golimistrz położył na stole skrawek papieru oraz węgiel.

- Narysuj to, co widziałeś.

Dziad borowy ujął w palce czarny podłużny kawałek i nie spiesząc się, przystąpił do dzieła. Wolniutko kreślił linię za linią, a sapał przy tym jak chłop przy noszeniu worów ze zbożem. Gdy już narysował, co chciał, to podał szkic gospodarzowi.

- Mhmm... teraz rozumiem - mruknął ten, przestudiowawszy wzrokiem rysunek. - Goła baba na jeleniu?

Pustelnik wybałuszył oczy ze zdziwienia.

- Spokojnie, żartowałem tylko. - Uspokoił go ruchem ręki. - Wiem, że narysowałeś syrenę.

Brzytew zamyślił się. Niewiele wiedział o tych istotach, niemniej jednak z tego, co się orientował, na pewno nie zamieszkiwały bagien. Na szczęście znał kogoś będącego w stanie udzielić odpowiedzi na dręczące go pytania.

- Na razie nic nie rób - zwrócił się do Marfuka. - Jak tylko obmyślę jakiś plan, to zjawię się na skraju boru. O ile cię znam, wypatrzysz mnie bez kłopotu.

*

Golimistrz przekroczył bramę siedziby królewskiej. Doskonale znany wartownikom nawet nie musiał nic mówić, wystarczyło skinięcie głowy. Znalazłszy się na dziedzińcu, chciał skierować kroki ku baszcie, lecz okazało się to zbyteczne, bo zauważył opodal dworu tego, kogo szukał.

Gruby mnich wydawał polecenia jakiejś grupie ludzi. Na jego twarzy malowało się podniecenie, a szeroki uśmiech stanowił oznakę dobrego samopoczucia. Brzytew ucieszył się na ten widok, ponieważ zawsze łatwiej rozmawiało się z doradcą, kiedy temu dopisywał humor.

- Dzień dobry, Winfridzie.

- A dobry, dobry - odparł mnich nieuważnie, traktując go tak trochę po macoszemu, zaabsorbowany krzątaniną. - Co cię sprowadza na dwór?

- Sprawa prywatna - wyjaśnił pokrótce Golimistrz i dodał: - Ktoś kogo znam, widział pewne stworzenie na Martwych Bagnach. Potrzebuję twojej opinii, jeśli można.

- Dobrze. Mów, o co chodzi?

Najszybciej jak umiał, streścił nocną przygodę Marfuka. W trakcie opowiadanej historii zasłuchany Goezze nie zadał żadnego pytania, raz po raz marszcząc czoło lub drapiąc się po łysej głowie. Kiedy Brzytew zakończył opowieść, podał mnichowi papier ze szkicem bestii, mówiąc te słowa: 

- Wygląda na to, że to syrena.

- Raczej martwica - sprostował Winfrid. - I to nie do końca przemieniona. Dziwne.

Wyczytawszy pytanie z twarzy Golimistrza, wziął głęboki wdech i doprecyzował:

- Syreny żyją w słonej wodzie. Czasem na krótko zdarza się im wpływać do rzek lub jezior. Ale w zamkniętych zbiornikach, jak bagna czy stawy, żyją martwice. Chodźmy do mojej komnaty, a wyjaśnię ci wszystkie szczegóły. Muszę po prostu zajrzeć do ksiąg. Robię to niechętnie, bo jestem zajęty, jak widzisz. - Wskazał ręką ludzi uwijających się przy pracy.

- Zauważyłem. Co tu się dzieje?

- A wiesz, Brzytew, tutaj będzie niewielki ogród - odparł mnich z dumą, kierując palec w odpowiednie miejsce. - Usunęliśmy już bruk. Niedługo powstanie konstrukcja podtrzymująca szklane zadaszenie. Nawiezie się ziemi, nawodni i posieje, bo nasiona są już w drodze z mojej ojczyzny.

- Wpadłeś na ciekawy pomysł - pogratulował szczerze Golimistrz. - Mniemam, że to jakieś wyjątkowe rośliny do twoich eksperymentów?

- Nie zgadłeś - zaprzeczył. - W moim kraju dodaje się je do potraw. Uradziliśmy wspólnie z królem, że spróbujemy uprawiać je tutaj. Co prawda klimat trochę nie sprzyja, ale jeśli się je odpowiednio ochroni przed zimnem, to kto wie?

Brzytew kiwał ze zrozumieniem głową, niemniej jednak się dziwił. Tyle roboty, żeby wyrosły jakieś przyprawy? Jemu wystarczył królik gotowany na wodzie z kilkoma listkami mięty, szczyptą soli oraz garścią borowików. I po co trudzić się uprawą, skoro rosło tego od groma w Borze Niedźwiedzim albo nad rzeką? Co kraj, to obyczaj, podsumował w myślach nieco filozoficznie.

Zadumany Golimistrz nawet się nie spostrzegł, że dotarli do baszty, po czym ruszyli schodami na górę.

*

- Jak patrzę na rysunek syreny, to nijak to się ma do rysunku Marfuka - podzielił się spostrzeżeniami Brzytew, przyglądając się rycinie zamieszczonej w księdze.

- Bo to martwica, choć najwyraźniej jeszcze posiadająca cechy syreny. - Mnich przewertował kilka stron. - Zobacz tutaj.

- Rzeczywiście. To brzydactwo już bardziej pasuje. O co chodzi z tymi całymi martwicami?

Winfrid starał się w swoich wywodach wyjaśnić pochodzenie bestii z bagna. Tłumaczył, że martwica, to nikt inny jak wynaturzona syrena, która rzeką lub z powodu gwałtownego zalania gruntów przez ulewy trafiała do zamkniętego zbiornika. Zdarzało się to niezmiernie rzadko, ale historia znała takie przypadki.

- Innymi słowy to syrena, która zabłądziła i znalazła się w nieodpowiednim miejscu - tłumaczył dalej. - Sęk tkwi w tym, że syrena pożywia się głównie rybami i skorupiakami, a jak wiadomo, tych nie ma w bajorach lub jest ich bardzo mało. Więc potem zabiera się za żaby, a jak je wyżre, to żre wszystko, co jej się nawinie pod rękę. I w ten sposób następuje przemiana z syreny w drapieżną martwicę. Prawdopodobnie tak na nią wpływa krew zwierząt lądowych.

- Może być niebezpieczna dla ludzi?

- Trudno powiedzieć. - Zastanowił się chwilę. - Ale nie da się tego wykluczyć.

Zamilkli, wpatrując się w rysunek przedstawiający martwicę. Wyraz twarzy Goezzego jednoznacznie wskazywał, że jego szare komórki intensywnie mieliły każdy szczegół wymienianych informacji. I wreszcie coś mu zaświtało w głowie.

- Czekaj, muszę zerknąć do księgi. - Przysunął zwoje bliżej siebie. Przez jakiś czas wodził po nich wzrokiem, by w końcu się odezwać: - O, właśnie tego szukałem. Tu jest napisane, że jeśli uda się istotę schwytać przed całkowitą przemianą i przenieść do morskiej wody, to odzyska swój dawny blask.

- Dostęp do morza mamy tylko przez krainę Hidenów - mruknął Brzytew. - Nie dość że daleko, to i jeszcze niezbyt bezpiecznie. No i jeszcze syrenę trzeba schwytać, co wcale nie jest takie proste.

- Zawsze pozostaje inne wyjście. - Goezze zamknął z hukiem księgę i spojrzał wymownie na rozmówcę. - A jeśli do tego dojdzie, to chciałbym przeprowadzić badania w laboratorium. Dobrze zapłacę.

Golimistrz pokiwał głową na znak zrozumienia. Podziękowawszy grzecznie za udzielone informacje, skierował się do schodów. Na odchodne usłyszał: 

- Ciągle czegoś nie pojmuję. Jak ona znalazła się na Martwych Bagnach? Przecież mapy nic nie mówią o żadnym połączeniu z Bamarą. A powodzi nie było od lat.

- Też nie daje mi to spokoju - przyznał Brzytew. - Teren boru jest słabo znany. Może mapy są niedokładne?

- O nie! Trzeba by było je uaktualniać. - Na samą myśl o wyprawie dokoła bagien doradcę zalała fala zimnego potu. Spojrzał pytająco na Brzytew.

- Zobaczę, co da się zrobić - odrzekł, choć bez większego przekonania.

*

Schowali się pomiędzy gęstymi krzewami. Wnikliwie obserwowali poczynania syreny, wcześniej zatkawszy uszy korkami do wina, które Brzytew odpowiednio przygotował do takiego właśnie użytkowania.

Rozgrywająca się przed nimi scena była niemal kopią poprzedniej, z tą różnicą, że w zębach martwicy zachrzęścił tym razem lis. Głodna bestia nie pogardziła nawet puszystym ogonem, choć mięsa na nim dyndało jak na lekarstwo. Zakończywszy posiłek, siedziała jeszcze przez chwilę na pniu. A gdy wolno popełzła, by zniknąć pod wodą, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powrócił koncert świerszczy.

Odczekali jeszcze chwilę i ostrożnie opuścili kryjówkę. Rozglądając się uważnie po okolicy, udali się na rekonesans.

- Myślisz, że da się tutaj wprowadzić wóz z wołami? - zapytał szeptem Golimistrz.

Marfuk potrząsnął przecząco głową.

- Tak właśnie przypuszczałem. Muszę coś obmyślić albo ją zatłuc. Poczekaj jeszcze kilka dni. Następnym razem pozbędziemy się syreny w ten czy inny sposób.

*

Zatrzymał się na skraju boru, siedząc na wozie zaprzężonym w dużego woła. Prymitywna bryczka była niedbale zbita z kilkunastu belek, do których doczepiono dwa drewniane koła. Znajdowała się na niej ogromna beczka zabezpieczona z każdej strony linami. Obok przystanął Bezimienny, poruszający się przez całą drogę luzem. Zanim Golimistrz zdążył zeskoczyć z wozu, jak na zawołanie z lasu wyłonił się pustelnik. Czasem myślę, że jest ich kilku, stwierdził Brzytew, zaśmiawszy się w duchu.

Marfuk zaczął z oburzeniem machać rękami, jakby odganiał od siebie stado natrętnych insektów.

- Wiem, że minęły już cztery dni - uspokajał go Brzytew. - Wynająłem wóz i woła od młynarza. Policzył sobie, chytrus, niemało. A potem wyprosiłem u Goezzego największą beczkę z królewskiej piwnicy. To musiało trochę potrwać.

Każda jego wypowiedź rodziła kolejne pytania, na które Golimistrz odpowiadał dość szczegółowo. Naświetlił, że wóz zostanie ukryty w borze, a na bagna zabiorą tylko woła. Zresztą zwierzę miało przygotowany solidny powróz, żeby uwiązać je do drzewa. Brzytew wziął też ze sobą kawał grubego materiału. Miał on zabezpieczyć zwierzę przed syrenim śpiewem. Kolejne wątpliwości pustelnika znalazły również wytłumaczenie.

- Tak, chciałbym złapać ją żywą. Chociaż raz dobrze byłoby kogoś nie zabić, ale czas pokaże, jak to się zakończy. Potem postanowię, co zrobić, bo podróż przez kraj Hidenów trochę mi się nie uśmiecha.

Wóz ukryli pośród gęstych i wysokich paproci, dodatkowo przykrywając go wielkimi liśćmi omana. Stał się zupełnie niewidoczny i żeby ktoś go znalazł, musiałby zwyczajnie na niego wpaść, co w borze graniczyło niemal z cudem. Bezimienny został na skraju lasu, nieuwiązany.

- Jeśli pojawi się jakiś drapieżnik, to gnaj do grodu - szepnął mu Golimistrz na odchodne. - Zaopiekują się tobą do mojego powrotu.

Zdjął z jego grzbietu niewielką wiklinową klatkę. W jej wnętrzu siedziała tłusta kura, która przekrzywiała łebek raz w lewo, raz w prawo, jakby dziwiąc się, co robiła w lesie, będąc przedstawicielem udomowionych zwierząt. Podobnie zdziwioną minę miał Marfuk, ale zamiast spodziewanego wyjaśnienia usłyszał tylko jedno słowo: 

- Zobaczysz.

Ruszyli przez zarośla, prowadząc za sobą woła i niewiele sobie robiąc z ukąszeń komarów i much.

- Tak, wiem, że lina jest długa i gruba - odrzekł na kolejną dawkę gestów towarzysza. - Ale chcę mieć pewność, że jeśli jakimś cudem usłyszy jej śpiew, to się nie uwolni. Dlatego przewiążę postronek kilka razy dokoła drzewa.

Pustelnik cmoknął, co Golimistrz uznał za pochwałę dla swojej zapobiegliwości. Dalej szli w milczeniu, choć w wypadku dziada borowego to zupełnie nie dziwiło. Obaj byli mocno zmotywowani do zakończenia sprawy z martwicą. Tej nocy moczary miały szansę uwolnić się od niechcianego mieszkańca.

*

Świerszcze zamilkły jak na rozkaz. Dwaj kamraci dobrze zdawali sobie sprawę, co to oznaczało, więc bez ociągania wepchnęli korki do uszu. Skoncentrowali wzrok na bagnach, choć Golimistrz część uwagi skierował również na stojącą obok niego klatkę. Położył na niej dłoń, jakby się obawiał, iż kura znajdzie sposób, żeby się wydostać na wolność.

Syrena ukazała się w całej okazałości. Zajęła swoje miejsce na pniu, ale wyglądała inaczej niż ostatnio. Bardziej odrażająco. Jej twarz zupełnie zzieleniała, piersi opadły aż do pępka, a włosy znacznie się przerzedziły. A może już jest za późno?, wątpliwości targały umysłem Brzytew. Jednak nie odstąpił od planu.

Powoli wyciągnął kurę z klatki. Zanim ją wypuścił, postanowił zdradzić Marfukowi swój fortel. Uniósł jedno skrzydło ptaka, pod którym w zaciszu domowym przymocował cienką linką niewielki pakuneczek. Dokładnie taki sam umieścił pod drugim. Pustelnik wciąż nie rozumiał jego pomysłu, lecz Golimistrz uspokoił go mrugnięciem oka. I na razie taka odpowiedź musiała mu wystarczyć.

Kura spała w najlepsze, zupełnie niezainteresowana tym, co się wokół niej rozgrywało, więc dostała pstryczka w łeb na rozbudzenie. Zagdakała z niezadowoleniem, a zaraz potem niezdarnie pomaszerowała w knieję, bez przerwy potykając się o wystające korzenie oraz kępy traw.

Syrena rozłożyła ręce.

Dwaj mężczyźni wiedzieli, co się za moment miało rozpocząć. Trzymali mocno kciuki i patrzyli, co zrobi ptaszysko. Zamarli w oczekiwaniu.

Ku ich zdziwieniu nioska ułożyła się w trawie. Kilka razy się poruszyła, szukając dla siebie jak najwygodniejszej pozycji. Zamknęła oczy. Momentalnie znowu zasnęła, nie przejmując się ani na jotę syrenim śpiewem, co wskazywało na niski poziom muzykalności ptaka.

Nie dość, że ślepa, to jeszcze głucha! Głupszej kury to ze świecą szukać. Szalone ptaszysko gotowe pogrzebać cały mój plan, przemknęło przez myśl Golimistrzowi. Nie wytrzymał. Pomimo że zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, w półskłonie i jak najszybciej się dało, dopadł ptaka. I zasadził mu takiego kopa, po którym nawet niejeden człowiek uniósłby się w powietrze. A sam dał nurka w głęboką trawę, przywierając całym ciałem do ziemi. Zastygł w bezruchu.

Po niespodziewanym uderzeniu w kuper kura wydarła się rozpaczliwie i w rzeczy samej poleciała, po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Frunąc przez knieję, minęła drzewo, zaraz potem krzaki jeżyn, aż wreszcie pacnęła na podmokły grunt. Przelot nie trwał zbyt długo, jednak i tak oszołomił biedaczkę. Poderwała się na nóżki, otrzepała pióra i zamierzała gdzieś przykucnąć, by ochłonąć, ale jej uwagę przykuły migające w blasku księżyca świecidełka. Zaintrygowana podeszła bliżej. Przekrzywiła łeb raz w prawo, raz w lewo, po czym dziobnęła raz i drugi.

*

Martwica patrzyła z niedowierzaniem na ptaka drepcącego wokół. Nietrudno było się domyślić, iż oczekiwała raczej większej zdobyczy. Zdziwiona otworzyła szeroko oczy, śledząc poczynania kury. Nagle, ni z tego ni z owego, ptaszysko zaczęło dziobać jej lśniący ogon.

Twarz syreny błyskawicznie się przeobraziła. Zainteresowanie ustąpiło miejsca dzikiej furii. Ogromne zębiska błysnęły w świetle gwiazd, a szponiaste dłonie bez kłopotu pochwyciły ofiarę. Bestia połknęła ją w całości, nawet się specjalnie nie wysilając. Zostało po niej tylko kilka piór leżących w błocie i wspomnienie, jeśli ktoś w ogóle chciałby wspominać kurę.

W tym czasie Brzytew podczołgał się na wcześniej zajmowaną pozycję. Kiwnął głową do pustelnika na znak, że wszystko szło zgodnie z planem. W odpowiedzi Marfuk obojętnie wzruszył ramionami, wciąż ni w ząb nie pojmując koncepcji towarzysza.

Zieleń oczu martwicy stała się mniej inwazyjna, a źrenice zrobiły się wąskie jak szpary między końskimi zębami. Dziwnie kiwała się na pniu, jakby miała poważny kłopot z zachowaniem równowagi, aż zjechała po wilgotnej korze niczym kropla deszczu z liścia i legła jak długa zaraz obok. Popełzła ślamazarnie w kierunku bajora, ale jej mozolne czołganie nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Zatrzymała się o dwa kroki od celu, po czym złożyła głowę na przedramieniu. I najzwyczajniej w świecie zasnęła.

Golimistrz zmienił pozycję na wertykalną. Gestem zaprosił kamrata, aby uczynił to samo, ale spotkał się z brakiem zrozumienia, a może raczej zaufania. Marfuk ani myślał objawić swoje istnienie i wciąż tkwił schowany w kępie wysokiej trawy. Brzytew z rezygnacją tylko machnął ręką i powoli opuścił kryjówkę. Znalazłszy się tuż przy syrenie, uważnie obadał ją wzrokiem z każdej strony. Podrapał się po bujnej czuprynie, po czym wymierzył jej takiego klapsa w tyłek, że aż kilka łusek przykleiło mu się do dłoni.

- Wychodź, Marfuk. Śpi jak zabita.

Dopiero po tak wymownym zobrazowaniu ogólnej sytuacji dziad borowy wyłonił się nieśmiało z zagajnika. Podszedł bliżej i kilka razy dotknął martwicy futrzanym kaloszem, upewniając się co do prawdomówności Golimistrza. Spojrzał pytająco, oczekując jasnej wykładni.

- Starłem na proszek suszoną wilczą jagodę. - Zaśmiał się uradowany Brzytew. - Po takiej ilości to koń albo nawet i wół by padł. Obawiałem się jedynie, że może zdechnąć, ale wciąż dycha.

Potwierdzenie jego słów znalazło poparcie w cichym pochrapywaniu.

- Teraz trzeba nam wrzucić ją na woła.

Przyprowadzili bliżej zwierzę. Następnie Brzytew chwycił syrenę pod pachami, z kolei pustelnik ucapił ogon. O ile ten pierwszy, choć z niemałymi problemami, uniósł śpiącą nad ziemię, o tyle jego kamrat nie poradził sobie z ciężarem. Zdenerwowany zaczął w swoim stylu machać łapami, pospiesznie zgłaszając, w czym tkwił szkopuł.

- Ogon za śliski? Dobrze, zamieńmy się.

Nieznaczna modyfikacja procesu unoszenia martwicy nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Tym razem obaj mężczyźni nie podołali wyzwaniu. Dziad borowy nie miał dość krzepy, a Golimistrz powtórzył wyczyn poprzednika.

- Tam do kata... rzeczywiście śliski - narzekał.

Marfuk usiadł na pniu, kręcąc z niedowierzaniem głową. Ich założenia wzięły w łeb w najmniej spodziewanym momencie. Obaj wiedzieli, że niebawem trzeba będzie załatwić sprawę w najbardziej radykalny ze sposobów. Zmartwiony Brzytew rozglądał się wokół, aż wreszcie zatrzymał wzrok na wole. Zwierzak stał jak wryty i od czasu do czasu zarzucał wielką głową, jakby okazując swoje niezadowolenie z dyndającego na szyi postronka.

Twarz Golimistrza zmieniła wyraz. Zadumał się. Po krótkim zamyśleniu podszedł do zwierzęcia i ujął w dłonie sznur. Powędrował oczami ku górze, lustrując blisko wyrastające drzewa, aby na koniec skupić się na konarze wystającym tuż nad syreną.

Zmusił woła do zrobienia kilku kroków. Odwinąwszy zapas liny z jego karku, przerzucił ją nad gałęzią. Okazało się, że zwisający sznur miał wciąż kilka łokci luzu walającego się tuż obok martwicy. Powinno wystarczyć, ucieszył się na ten widok. Spojrzał na Marfuka, żeby przekazać dobrą nowinę, lecz już nie musiał tego robić. Dziad borowy stał tuż za nim i szczerzył czarne zęby, nie kryjąc zadowolenia.

Rozwinęli linę, na ile się tylko dało, a potem przeturlali na nią syrenę. Jak już ją porządnie obwiązali, Golimistrz wolno poprowadził woła, zachowując wzmożoną ostrożność. Co rusz sprawdzał, czy sznur wytrzyma, czy gałąź nie pęka i czy martwica wreszcie znalazła się na pożądanej wysokości. Gdy tak się stało, obaj mężczyźni odwiązali postronek z karku zwierzęcia, wzajemnie sobie pomagając, po czym przenieśli pętlę na solidny konar najbliższego drzewa. Nie przyszło im to łatwo, więc przy akompaniamencie stęków oraz przekleństw wylewali siódme poty.

Syrena zawisła kilka stóp nad ziemią tuż pod gałęzią.

- Ufff... udało się - wysapał ukontentowany Golimistrz, uśmiechając się do Marfuka. Ale ten siedział oparty o drzewo i ciężko oddychał. Nie miał sił, żeby odpowiedzieć. Nawet na migi.

Po krótkim odpoczynku przyszedł czas na ostatni etap operacji. Brzytew ustawił woła dokładnie pod martwicą, po czym wrócił i stanął w rozkroku obok konara. Dołączył do niego pustelnik.Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, zdając sobie sprawę, że znowu będą im trzeszczeć stawy. Chwycili za linę. 

Pakunek bezpiecznie wylądował na grzbiecie zwierzęcia. Golimistrz zabezpieczył go za pomocą odpowiednich węzłów.

- Idziemy - zalecił. - Do beczki spuścimy ją w ten sam sposób, tyle że już bez męczenia naszych mięśni.

Zmęczeni jak diabli, niemniej jednak zadowoleni z siebie, opuszczali Martwe Bagna. Używając drąga, Marfuk pilnował, żeby wół kierował się we właściwym kierunku, a Brzytew asekurował bardziej śliską połowę syreny w obawie przed jej ewentualnym upadkiem.

Nawet nie zauważyli, iż nadszedł świt. A kiedy dotarli na miejsce, wszystko wyglądało jak pozostawione wcześniej. Poza jednym szczegółem. W zaschniętej i częściowo już wsiąkniętej w ziemię plamie krwi leżał martwy wilk. Miał tak zmasakrowany łeb, że z czaszki wypłynęła część mózgu. Ślady jednoznacznie wskazywały, że drapieżników musiało być więcej.

- Widzę, Bezimienny, że miałeś niezapowiedzianych gości. - Golimistrz pogłaskał wierzchowca po grzywie. - Zatłukłeś przywódcę i reszta uciekła.

Pustelnik przysiadł obok pokopanego kopytami basiora i rzucił kamratowi wrogie spojrzenie.

- Rozumiem twoje rozterki, ale koń to też zwierzę. Zabił w samoobronie. A teraz chodźmy na łąkę. Mam dość tego cholernego boru.

Ostatniej sentencji Marfuk również nie przyjął najlepiej.

*

Wół szedł bardzo wolno pod bacznym okiem Golimistrza, a on w bezpiecznym dla syreny tempie opuszczał ją na linie prosto do beczki, którą w trzech czwartych wypełniała woda.

- Ciekawe, czy zimna woda ją obudzi? - Brzytew dzielił się swoimi przemyśleniami z pustelnikiem. - Bo jeśli nie, to może się utopić. Chociaż syreny chyba mogą oddychać pod wodą? - Spojrzał pytająco na jedynego słuchacza, nie licząc woła oraz konia.

W odpowiedzi otrzymał obojętne wzruszenie ramionami i minę "jakoś to będzie". Golimistrz nie mógł oprzeć się wrażeniu, że od kiedy martwica opuściła bagna, to Marfuka niespecjalnie obchodziła jej przyszłość. Wyglądało na to, że jedyne, co go jeszcze trochę interesowało, to odprowadzić wóz na skraj boru i pomachać ręką na pożegnanie. Choć z drugiej strony trudno było się dziwić takiemu stanowisku, bo przecież pustelnik dbał przede wszystkim o dobro lasu oraz dzikich zwierząt, a ludzie wzbudzali w nim niekoniecznie pozytywne emocje. Pół-ryba to jednak ciągle tylko połowa zwierzęcia, które z życiem w kniei nie miało nic wspólnego. Na domiar złego Marfuk doświadczył jedynie ciemnej strony stworzenia, więc nie dziwota, że chciał się go jak najszybciej pozbyć. I to niezależnie od sposobu na definitywne zakończenie sprawy.

Syrena wisiała centralnie nad beczką, a koniec jej ogona dotykał wody. Spała.

Brzytew poprosił towarzysza o baczenie na woła, co ten uczynił bez większego szemrania, mocno chwytając postronek. Pustelnik z ciekawością patrzył na poczynania Golimistrza, który wskoczył na wóz, po czym, z lekkością cyrkowego akrobaty, wspiął się na beczkę. Stanąwszy w rozkroku na jej brzegu, wydobył z kieszeni brzytwę. Przeciął węzeł.

Martwica runęła w dół. Z beczki wydobył się głuchy plusk oraz niewielki słup wody, który trochę zmoczył Brzytew.

- Chodź, pomożesz mi z pokrywą - rzekł i wytarł rękawem mokrą twarz. - Tfu! Dziwna jakaś ta woda.

Zeskoczył z beczki, uderzając równocześnie dwoma butami o belki wozu. Żwawo dołączył do niego dziad borowy. Chwycili i unieśli wieko. Nie było szczególnie ciężkie. Na jego środku widniała kwadratowa dziura wycięta wcześniej przez Golimistrza. Była niewielkich rozmiarów, więc nikt nie mógł się przez nią przecisnąć, a miała za zadanie dostarczać odpowiednią ilość powietrza do wnętrza beczki. Niepełna wiedza co do wytrzymałości syreny wymusiła na Brzytew dodatkowe środki dla zapewnienia jej bezpieczeństwa.

Pokrywa znalazła się na właściwej wysokości. O ile rosły Golimistrz miał szczyt beczki na wysokości nosa, o tyle jego niższy kompan był zmuszony działać nieco po omacku, słuchając naprowadzających wskazówek. Bez większych przeszkód wieko wylądowało na właściwym miejscu.

- Wejdę jeszcze raz na beczkę, żeby zacisnąć obręcz.

Przykucnął, wspierając się jednym kolanem o pokrywę, i zaczął dokręcać lekko zardzewiały nagwintowany klucz. Dawno nieużywany mechanizm niełatwo chciał ustąpić. Brzytew stękał i klął pod nosem na czym świat stoi, wkładając całą siłę w zaciśnięcie obręczy. Jego szyję pokryła siatka żył, a na czole pojawiły się krople potu. Z czasem dopiął swego. Usiadłszy na beczce, zadecydował dać sobie czas na krótki odpoczynek. Potrzebował chwili wytchnienia.

Jego słuch wyłowił cichy plusk. Pod dłońmi, które oparł na beczce, wyczuł lekkie wibracje. Coś bez wątpienia poruszyło się wewnątrz, a to mogło oznaczać tylko jedno. Martwica już nie spała.

Nie zdążył nawet nad tym pomyśleć. Jego ciało przeszył ból jak po cięciu ostrym nożem. Głośno krzyknął, tracąc równowagę, po czym runął na łeb, na szyję.

Marfuk natychmiast zareagował. Uchwyciwszy w dłoń gruby drąg, wskoczył na burtę wozu i począł okładać szponiastą rękę. Ciągle jeszcze wystawała ponad dziurę w wieku, więc walił w nią bez opamiętania. Martwica darła się w niebogłosy, a jej wrzask, przyprawiający o gęsią skórę, spłoszył stado kuropatw ukrytych w wysokiej trawie. Pustelnik ignorował jej krzyki. Twarz wykrzywił mu grymas gniewu, a on jak szaleniec okładał kijem demoniczne ramię, dopóki na powrót nie zniknęło w głębi beczki. A i potem kilka razy dla pewności huknął w pokrywę.

Dopadł do kamrata i klęknął przy nim. Przedramię golibrody obficie krwawiło. Choć rana może nie była głęboka, to wyglądała paskudnie. Poszarpane kawałki ciała sprawiły, że Marfuk pokręcił ze współczuciem głową. Nie zwlekając, sięgnął po szmatę, która wcześniej służyła jako ochrona woła przed syrenim śpiewem. Porwał materiał na paski i obwiązał ranę. Zatamowawszy z grubsza krwawienie, nakazał gestem kompanowi, by cierpliwie zaczekał, po czym zniknął w borze.

Niebawem wrócił, ściskając w dłoni jakiś pęk zielska. Ostrożnie odwinął zakrwawioną do cna szmatę. Przyłożył do rany przyniesione zioła, by po chwili założyć nowy opatrunek, używając do tego czystego kawałka tkaniny. Brzytew jęczał z bólu i zaciskał zęby, lecz pustelnik tylko kiwał ze zrozumieniem głową, jednakowoż nie przerywając pracy. Skończywszy, otarł pot z czoła.

- Dziękuję ci, Marfuk - wyartykułował Golimistrz zachrypniętym głosem. Odkaszlnął i dopowiedział: - Koniec z tym. Jak odpocznę, to się nią zajmę. Przewrócimy beczkę i spuścimy wodę. Kilka strzał załatwi sprawę, a potem z przyjemnością poderżnę jej gardło. Za trupa też dostanę trochę grosza.

Dziad borowy zaproponował krótką drzemkę. Brzytew chętnie przystał na taki pomysł, gdyż, jakby nie było, nie zmrużyli oka przez całą noc. Obaj wygodnie ułożyli się na trawie i niemal natychmiast zasnęli, stając się łatwym obiektem ataków krwiopijnych insektów. Przez zmęczenie ostatnimi wydarzeniami zupełnie ich to obeszło.

*

Poczuł szarpnięcie za ramię. Z trudem otworzył oczy i ujrzał siedzącego obok Marfuka.

Golimistrz mocno wciągnął nosem powietrze do płuc. Poczuł woń łąki, co zawsze budziło w nim pozytywne instynkty. Mieszkając w grodzie, gdzie wiodącym zapachem był smród fekaliów, potrafił docenić piękno natury.

Słońce, zawieszone w zenicie, delikatnie grzało, a piękny dzień roztaczał bezwstydnie swoje wdzięki. Łąka wręcz zmuszała do zachwytu nad swoją zielenią, jakby oczekując gromkich braw i słów podziwu. Wyglądała zachwycająco, czesana delikatnym powiewem wiatru.

Nacieszywszy oczy, Brzytew odezwał się gromko:

- Czas działać. Chodźmy na wóz. Otworzę ostrożnie wieko, a ty pomożesz mi przewrócić beczkę. Resztą sam się zajmę.

Ból już tak bardzo mu nie dokuczał, co było zapewne zasługą ziół, niemniej starał się uważać na zranienie. Z podestu wozu sięgnął klucz, natomiast Marfuk stanął na burcie, trzymając w pogotowiu drąg. Wtem z beczki doszedł ich kobiecy głos:

- Nie krzywdź mnie, proszę.

Zdębieli, patrząc na siebie jak dzieci przyłapane na podjadaniu w kuchni. Jako pierwszy z odrętwienia wyrwał się pustelnik. Niezbyt mocno, a może nawet nazbyt ostrożnie uderzył dwa razy w wieko, sprawdzając, czy usłyszane słowa nie były przypadkiem wytworem wyobraźni. Potwierdzenie, że obaj nie mieli żadnych problemów ze słuchem, nadeszło bardzo szybko.

- Wiem, że cię skrzywdziłam, ale więcej już tego nie zrobię.  Znowu jestem sobą.

Pokręciwszy stanowczo głową, Marfuk dał gestami do zrozumienia, iż nie można jej ufać. A ostatni ruch dłonią na wysokości gardła dość jasno zilustrował jego opinię. Brzytew zawahał się. Z jednej strony trudno było się nie zgodzić, jednakże krótka rozmowa nie wykluczała w żaden sposób wykonania założonego wcześniej planu.

- Słaba sztuczka - odpowiedział po krótkim namyśle.

- Dobrze wiem, że możesz powrócić do swojej postaci tylko dzięki słonej wodzie.

- Ale ta woda jest słona. Co prawda inna niż w morzu, ale słona.

- I znowu kłamstwo. Sam czerpałem wodę z zamkowej studni, żeby napełnić beczkę.

- Przysięgam ci, że jest słona, przecież inaczej bym się nie odmieniła. Sam sprawdź.

Wtedy Golimistrz coś sobie przypomniał. Smak wody. Rankiem ocierał mokrą twarz, nieopatrznie zlizując kilka kropel z warg i aż go wykręciło. W tamtej chwili niespecjalnie zwrócił na to uwagę, ponieważ miał głowę zaabsorbowaną czymś innym. Winfrid wspomniał coś o kiszonej kapuście, którą przechowywano w beczce. To mogłoby wyjaśnić słoną wodę, dumał.

- Muszę sprawdzić, czy to, co mówisz, jest prawdą - oznajmił. - Wdrapię się teraz na beczkę, ale jeśli coś wyda mi się podejrzane, to zapłacisz głową.

Ignorując machanie łapami i niewyrażone słowami groźby pustelnika, postawił stopy na pokrywie. Marfuk nie odpuścił, pomimo rozczarowania postępowaniem kompana, i w dalszym ciągu czatował z uniesionym kijem.

- Wystaw rękę przez dziurę - nakazał Brzytew bez ceregieli. - Tylko powoli.

Najpierw wyłoniły się blade palce, a po nich reszta dłoni, aż po łokieć. Nie było w niej nic demonicznego ani nieludzkiego. Ich oczom ukazało się zwyczajne kobiece ramię, zgrabne i nienagannie czyste.

- A teraz zbliż twarz.

W otworze zalśniła mokra głowa. Skromnych rozmiarów dziura nie pozwalała na wystawienie jej ponad poziom wieka, niemniej jednak fizjonomię syreny dało się zobaczyć w blasku pełnego słońca.

A było co podziwiać. Brzytew prawie gwizdnął z zachwytu, gdy patrzył na śliczną dziewczęcą twarz. Jasna skóra, pokryta kolonią piegów, złociste pofalowane włosy i do tego duże niebieskie oczy, którymi przyglądała się teraz mężczyźnie z nieukrywaną fascynacją.

- Przystojny jesteś - zagaiła, widząc, że rozmówca ma chwilowy kłopot z wyduszeniem choćby słowa.

- A ty bezpośrednia. - Pozbierał się do kupy. I chociaż miał świadomość niebezpieczeństwa, gdyż tak na dobrą sprawę jeszcze nic nie zostało wyjaśnione, to nie potrafił się powstrzymać przed poluzowaniem wcześniejszych założeń. - Masz jakieś imię?

- Dineh. A ty i twój przyjaciel, którego nie widzę i nie słyszę?

- Jestem Brzytew, a mój przyjaciel to Marfuk. Jest niemową, więc dopóki go nie zobaczysz, to z nim nie porozmawiasz - wytłumaczył pokrótce. - I jeszcze jest tutaj mój koń, który nazywa się Bezimienny.

 - Bezimienny koń? - Zaśmiała się jakoś tak ciepło, niewinnie. - Zabawny jesteś.

- A naszą wesołą kompanię dopełnia wół. Nazywamy go wołem, bo żadne imię mu lepiej nie pasuje, a to pasuje jak wół.

Teraz wszyscy już ryczeli ze śmiechu, nie wyłączając dziada borowego. Nawet Bezimienny zarżał, lecz tak do końca nie wiadomo dlaczego. Tylko wół stał jak wół.

- Dziękuję, że darowałeś mi życie. Wielu ludzi postąpiłoby inaczej.

- No cóż, tak naprawdę to jeszcze przed chwilą chciałem cię zabić.

Zamilkli. Oboje zastanawiali się, co począć dalej. Jako pierwszy ciszę przerwał Golimistrz: 

- Zastanawiałem się, jak dowieźć cię do morza. Trzeba by przejechać przez kraj Hidenów. Na szczęście nie jest to duża kraina, ale kilka dni nam by to zajęło.

- A nie ma gdzieś tutaj rzeki?

- Jest. Bamara.

- Bamara? Czy Hidenowie nazywają ją Darcynar?

- Nie wiem. - Popadł w zamyślenie, odruchowo drapiąc się po głowie. Jakaś mała idea zaświeciła w jego umyśle. - Ale zaczekaj. Może uda mi się to sprawdzić.

Podszedł do Bezimiennego i z sakwy przytroczonej do siodła wyciągnął zawiniątko. Rozłożywszy je na końskim zadzie, sprawdzał każdy detal. Mapę przygotowano starannie, uwzględniając wszystkie istotne szczegóły i nie było w tym nic nadzwyczajnego, bowiem kartografia pasjonowała Goezzego od dawna. Jeżdżąc palcem po papierze, Golimistrz odnalazł niebieski szlaczek biegnący przez kilka krain i kończący swój bieg w morzu.

- Tak. Tak się nazywa. - Cmoknął z zadowoleniem. - W jaki sposób to może ci pomóc?

- To może pomóc nam obojgu - sprostowała. - Jeśli dostanę się do Bamary, to jestem w stanie samodzielnie dotrzeć do morza.

- Doprawdy? - Wiadomość o możliwości uniknięcia podróży przez nieznany dla niego kraj sprawiła mu ulgę. - To żaden kłopot, bo Bamara jest o pół dnia drogi stąd. Tylko jak długo jesteś w stanie przebywać w słodkiej wodzie?

- Wystarczająco długo, bo są tam ryby. Jeśli jestem zmuszona zabijać lądowe zwierzęta, to wiesz, co się dzieje, prawda? - Nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: - Ale jest jedna rzecz, która może mnie zatrzymać. Most. W jego okolicy jest za dużo sieci i pułapek. Dlatego, kiedy którakolwiek z syren wpływa do Darcynar, to most tworzy granicę dla nas nieprzekraczalną.

Słysząc te słowa, Brzytew przypomniał sobie opisywane miejsce. Był w jego pobliżu raz lub dwa, żeby rzucić okiem na tę imponującą budowlę. Most znajdował się na rozstaju trzech dróg i łączył Królestwo z krainą Hidenów oraz Imperium Rega. Stanowił osobliwy punkt na mapie, gdzie spotykały się trzy kraje. Do niego po traktach kierowały się tabory kupieckie. Od czasu zawarcia rozejmu między zwaśnionymi stronami pełnił bardzo ważną rolę w realizacji umów handlowych, a sam most został wzniesiony ze środków wszystkich zainteresowanych. Zbudowano go z kamienia oraz żelaza, przez co prezentował się niczym twierdza. Jego zadaniem było połączenie krainy Hidenów z krajami usytuowanymi po drugiej stronie Bamary. Z czasem przylgnęła do niego nazwa Most Trzech Granic.

- Coś się wymyśli - skwitował Brzytew i dodał: - Zaraz wyruszymy najkrótszą drogą w stronę Bamary.

Zbliżył się do Marfuka, żeby go pożegnać. Zamiast słów otuchy i gestów wsparcia otrzymał serię bluzgów. Pustelnik ani myślał opuścić towarzysza w potrzebie. Machał łapami niczym cepem, wyjaśniając, że bez niego wóz nigdzie nie pojedzie. Jakby tego było mało, ignorując zupełnie argumentację Brzytew, zaprzągł woła, po czym usiadł na wozie, w dłoniach dzierżąc lejce. Czekał tylko na sygnał wyjazdu.

- Nie musisz jechać - tłumaczył Golimistrz. - Pomogłem ci, bo ty też mi pomagałeś. Nie masz wobec mnie żadnego długu.

W odpowiedzi otrzymał tylko wrogie spojrzenie.

Cóż było począć? Jedynie wyrazić zgodę.

Most Trzech Granic 

Przemierzali szlak, trzymając się rzadko uczęszczanej drogi. Biegła wzdłuż Boru Niedźwiedziego i prowadziła wprost na brzeg rzeki. Tempo podróży nadawał wół, więc miała charakter szybkiego spaceru, niemniej jednak bez większych przeszkód posuwali się zgodnie z wcześniejszymi założeniami. Od czasu do czasu widywali grupy chłopów orzących i obsiewających pola. Raz wpadli na patrol zamkowych strażników, lecz Golimistrz nie był anonimową postacią, więc nie zostali zatrzymani na rutynową kontrolę. Marfuka tak bardzo pochłonęła funkcja woźnicy, że nawet na chwilę nie odrywał wzroku od traktu. Siedząc na koźle, czasem cmokał na woła, jednakże jego cmokanie zupełnie nic nie wnosiło. Zwierzę miało to najwyraźniej głęboko w zadzie. Ani nie przyspieszało, ani nie zwalniało, człapiąc w jednostajnie wolnym tempie. Z kolei Brzytew regularnie pytał syrenę o samopoczucie i na razie nic nie wskazywało na jakiekolwiek pogorszenie.

- Zapomniałem cię o coś zapytać - przypomniał sobie, kiedy już dojeżdżali do Bamary. - Jak się znalazłaś na bagnach? Bo z tego, co mówiłaś, wynika, że wcześniej żyłaś w morzu.

- Bo tak było! - potwierdziła energicznie. - Sama tego nie rozumiem. Odpoczywałam na plaży podczas pełni księżyca i wtedy porwał mnie wielki czarny ptak. A potem obudziłam się w bagnie. Bolała mnie głowa i miałam ogromnego guza. Przypuszczam, że walnął mnie dziobem i tak pozbawił mnie przytomności.

- Wielki ptak? Musiał być naprawdę ogromny. - Golimistrz powątpiewał w słowa syreny, pamiętając, jak musieli się natrudzić, by umieścić ją na wole. - A dawno cię porwał?

- Trochę czasu już minęło, bo to był pierwszy tydzień miesiąca.

Wóz nagle stanął, aż beczka zakolebała się nieznacznie. O ile wół miał kłopot z przyspieszeniem, o tyle hamowanie opanował perfekcyjnie. Marfuk podbiegł do kompana i coś gorączkowo tłumaczył, wyglądając na mocno zaintrygowanego.

- Widziałeś go? Taki ogromny orzeł?! Ale przecież nie ma takich wielkich ptaków.

Golimistrzowi nie pozostało nic innego, jak tylko dać wiarę opowieści. Jeśli dwoje nieznajomych sobie istot mówiło o czymś z takim przekonaniem, to warto było się nad tym pochylić.

Z daleka słyszeli szum Bamary oraz coraz głośniejsze głosy roz-emocjonowanego ptactwa. Niebawem ujrzeli rzekę, która w promieniach zachodzącego słońca prezentowała się nad wyraz pięknie. Kolor wody zmienił barwę na złocistą, szum stał się cichszy, jakby nurt zwolnił, a i gromady skrzydlatych krzykaczy z każdą upływającą chwilą przerzedzały się, zapewne szukając schronienia w swoich gniazdach lub dziuplach.

Zatrzymali się, ukrywając wóz pośród gęstej kępy kwitnącego bzu. Marfuk wyprzągł woła, po czym zaprowadził go nad rzekę.

Bezimienny już tam był i gasił pragnienie.

- Trzeba cię nakarmić - Brzytew zwrócił się do syreny, siadając obok beczki. - Tylko zastanawiam się, jak to zrobić?

Najlepiej byłoby cię uwolnić i coś byś pewnie złapała w rzece. Ale potem będzie kłopot, żeby cię na powrót ukryć.

- Słusznie - przyznała mu rację. - Zwierząt z lądu wolałabym jednak nie jeść. Ile jeszcze zajmie nam podróż do mostu? Może jakoś wytrzymam.

- Wyruszymy jutro przez świtem i wieczorem będziemy na miejscu. Nie chodziło mi o to, czy wytrzymasz, a tylko czy jesteś w stanie zjeść rybę, siedząc zamknięta w beczce? Nie chciałbym traktować cię jak więźnia.

- Tak, oczywiście, że jestem w stanie. Nie przejmuj się mną, Brzytew. Za to, co dla mnie robisz, będę ci dozgonnie wdzięczna. Wyjaśnij tylko, dlaczego mi pomagasz?

- Tak naprawdę to pomagałem Marfukowi. - Zaśmiał się szczerze. - Jako martwica nie byłaś mile widziana w borze. A potem sprawy przybrały taki, a nie inny obrót, i jesteśmy w drodze do Mostu Trzech Granic.

Najpierw w zagajniku zjawił się wierzchowiec, a zaraz potem dołączył pustelnik. Uwiązał woła do jednego z kół i spojrzał pytająco na Golimistrza, gdy ten zeskoczył z wozu, porywając z siodła łuk oraz kołczan.

- Idę na ryby. Przyda nam się coś na ząb, a przede wszystkim jej. - Wskazał głową, kogo miał na myśli. - Mam tylko prośbę, żebyś rozsiodłał Bezimiennego.

Dziad borowy pokiwał głową. Brzytew klepnął go przyjacielsko w ramię, a potem ruszył ku stromemu zejściu nad rzekę. Wiedział o odnodze Bamary będącej wąskim i w miarę płytkim ruczajem. Zdarzało mu się wcześniej obserwować tam ryby pływające tuż pod powierzchnią.

Buty wraz ze spodniami zostawił na brzegu. Wszedł po kolana do wody i zastygł w bezruchu z naciągniętą cięciwą łuku oraz skierowaną w dół strzałą. Czekał, uważnie śledząc pływające wokół niego ryby. Szukał wzrokiem tych największych. Zauważył sporego szczupaka przyczajonego za jego nogą. Ironia losu. On czyha na zdobycz, a ja na niego, przyszło mu do głowy. Wypuścił strzałę... i trafił! Ku jego ogromnemu zdziwieniu ryba przeżyła i zaczęła rzucać się jak szalona z grotem tkwiącym w grzbiecie. Golimistrz ganiał po płyciźnie za lotką wykonującą dziwne manewry, ale szczupak ani myślał zwalniać. Zabawa w berka trwała w najlepsze.

- Przeklęta ryba - złorzeczył, kiedy po raz wtóry promień mignął mu tuż koło ręki. - A zresztą pal ją licho. Strzały szkoda!

Nagle lotka znieruchomiała. Powolutku zbliżał się do niej, przeczuwając jakiś podstęp ze strony cwanego szczupaka. Nic takiego nie nastąpiło. Drapieżnik najzwyczajniej w świecie wyzionął ducha. Brzytew, wyrzuciwszy rybę na brzeg, od razu podjął decyzję o zmianie taktyki polowania.

- Muszę celować w łeb. Bo jak za każdym razem mam tak biegać, to wolę iść spać o pustym brzuchu - wyszeptał cichutko, żeby nie spłoszyć okazałego okonia, którego wziął na cel.

*

Golimistrz, jako ogólnie znany człowiek, nie obawiał się nikogo w tej okolicy, niemniej jednak chciał uniknąć przypadkowego odkrycia tajemnicy przewożonego ładunku. Mogłoby to zatrzymać na jakiś czas wyprawę, a zależało mu, zgodnie z nakreślonymi wytycznymi, na jak najszybszym jej zakończeniu. Kolejnym kłopotem, choć to się akurat rzadko przytrafiało poza terenem boru, byłby ewentualny atak drapieżników, ale tutaj znajomość z Marfukiem redukowała potencjalne zagrożenie.

Rozpalili ognisko w bezpiecznej odległości od ukrytego wozu. Siedzieli obaj na trawie, ciesząc się widokiem ognia i słuchając w milczeniu strzelającego drewna. Na patykach skwierczały ryby, a wokół roznosił się zapach przypalonego tłuszczu. Wcześniej kilka surowych sztuk powędrowało do rąk syreny, w związku z czym Brzytew nasłuchał się od niej tylu komplementów oraz obietnic wynagrodzenia, jakby obdarował ją nie tylko dwoma szczupakami i leszczem, lecz co najmniej sakwą wypełnioną czerwonymi.

Co jakiś czas zerkali na zwierzęta. Bezimienny i wół stali w obrębie światła rzucanego przez ognisko, choć akurat o konia nie trzeba było jakoś się specjalnie martwić. Potrafił sobie doskonale radzić w sytuacjach zagrożenia, a jego szybkość pozwalała zostawiać w tyle każdego drapieżnika.

- Ciągle nie mam pomysłu, jak przejechać rozstaj dróg - wyznał Golimistrz, nie odrywając oczu od piekącego się okonia. - To znaczy mam kilka, ale każdy ma jakiś słaby punkt.

Popatrzył na ręce Marfuka, czytając treść zawartą w gestach.

- To nie jest takie proste, bo będą tam żołdacy. Szansę upatruję w tym, że jest ich teraz mniej niż kiedyś, bo podpisano rozejm.

Pustelnik zaopiniował, że najlepiej będzie najpierw tam dotrzeć, a potem rozejrzeć się i obmyślić plan działania, gdyż na razie obaj wróżyli z fusów.

- Może być łatwiej niż nam się teraz wydaje, ale może być też trudniej? - Po raz kolejny przełożył gestykulację na słowa. - Trudno kłócić się z taką filozofią.

Zaśmiali się, ale niezbyt głośno. Noc lubiła ciszę.

Wtem na ramieniu Mafruka pojawiła się wiewiórka. Brodacz przechylił głowę, a rude stworzenie przez chwilę piszczało mu coś do ucha. Zaraz potem zeskoczyła na ziemię, po czym pokicała gdzieś w ciemność. Brzytew spojrzał pytająco. Okazało się, że pustelnik używał wiewiórek jako sytemu łączności zarówno w borze, jak i poza nim. Rzecz w tym, że tych zwierzątek było od groma w każdym zagajniku czy w którymkolwiek zadrzewionym miejscu, więc przekazywały sobie informacje, jedno drugiemu, aż wreszcie ostatnie docierało do adresata.

- Dobrze pomyślane - pogratulował golibroda.

Najadłszy się do syta, ugasili dokładnie ogień i skierowali kroki do wozu, zabierając ze sobą zwierzęta. Bez obawy ułożyli się do snu, słusznie przekonani, że wierzchowiec ostrzegłby ich w porę, gdyby zaszła taka potrzeba.

*

Jechali już szmat czasu, tylko raz zatrzymując się na krótki postój, przede wszystkim żeby napoić spragnione zwierzęta. Gdyby mogli wiedzieć, co wydarzy się niebawem, zapewne by zaniechali nawet tej przerwy w podróży.

Niespodziewanie rozpętała się burza, choć może nie aż tak znowu zaskakująco, ponieważ ciemne chmury już od dłuższego czasu niepokoiły dwóch kompanów. Aczkolwiek rozmiar ulewy przekroczył wszelkie oczekiwania. Na początku nie zanosiło się na nią, bo deszcz spokojnie siąpił przy niemal bezwietrznej pogodzie. Wkrótce jednak zaczęło grzmieć i raz po raz niebo przecinały błyskawice, rozjaśniając swoim blaskiem granatowe obłoki. Bez wytchnienia trzaskały pioruny, jakby za wszelką cenę chciały zranić jakiegoś samotnego wędrowca lub złamać bądź podpalić gałąź przypadkowego drzewa. Zaraz potem swoją obecność zaznaczył porywisty wiatr. Przyginał przydrożne lipy i olszyny niczym szamocąca się ryba wędkę. Dopiero co obsypane kwiatami korony prawie dotykały ziemi. Na koniec przyjemny do tej pory deszczyk zamienił się w iście diabelską ulewę. Padał z taką mocą, że aż sprawiał fizyczny ból podróżnikom, kiedy smagał ich plecy niczym katowski bicz. Rzęsiste warkocze wody przesłoniły widok, tworząc wrażenie, jakby podróż odbywała się w gęstej mgle. Ledwo widoczny trakt w jednej chwili pokryła masa małych strumyków przelewających się z miejsca na miejsce, tworzących coraz większe i głębsze kałuże.

- Muszę zatkać dziurę w wieku! - wrzasnął na całe gardło Golimistrz, ale i tak jego głos był ledwie słyszalny w burzowym tumulcie. Zdecydował się na takie posunięcie w obawie przed deszczówką wlewającą się do beczki, nie chcąc kontynuować dalszej wyprawy z martwicą w kompanii. Ostrożnie przelazł z wierzchowca na wóz. Trzymając w dłoni kawał plandeki, bity po twarzy przez lejący deszcz, krzyknął głośno: 

- Dineh! Przykryję dziurę płachtą, ale musisz ją mocno trzymać od dołu! Bo wiatr ją zwieje! Słyszysz?!

Jego słuch wyłowił pojedyncze słowo, lecz zabrzmiało tak niewyraźnie, że nie mógł zrozumieć odpowiedzi. Na szczęście odzew znalazł w wystającej z otworu dłoni uparcie poszukającej zapowiedzianej osłony. I tak przez jakiś czas kontynuowali jazdę, zmagając się z burzą, płachtą i z coraz większym zimnem.

Na szczęście urwanie chmury tak jak nagle przyszło, niemal tak samo szybko się zakończyło. Jeszcze padał lekki deszczyk, lecz i on wkrótce znikł, ustępując miejsca ciepłym promieniom słonecznym.

- Dobrze, że znowu słońce grzeje - skomentował zadowolony Brzytew. - Jest szansa, że odziewek szybko nam obeschnie.

Z ulewy oprócz wody płynęła też dobra wiadomość. Traktem powinno się poruszać znacznie mniej kupców i zbrojnych niż zazwyczaj. A przynajmniej taką Golimistrz żywił nadzieję.

Minęli stojący na poboczu wóz kupiecki. Jego właściciel kiwnął do nich głową na przywitanie, więc odpowiedzieli mu tym samym. Z biegiem czasu napotykali, przykryte plandekami chroniącymi towary, większe i mniejsze wozy. Mijani handlarze z nieukrywanym zainteresowaniem obserwowali tę niecodzienną kompanię. Dziwiła ich nie tylko ogromna beczka, jako jedyny transportowany obiekt, ale również brodata i odziana w skóry postać. Mimo wszystko najczęściej wybałuszali gały na jeźdźca z szablą i łukiem przytroczonym do siodła, oraz w nienagannie skrojonym stroju. Co prawda kupcy często mieli broń ze sobą, ponieważ zbójcy czy inne niebezpieczeństwa czyhały na nich co rusz, chociaż nie obnosili się z tym, trzymając oręż na wozach lub w kufrach pod siedzeniem woźnicy. Najwyraźniej zdumiała ich postawa Golimistrza, lecz na szczęście nie zadawali pytań, mając zaprzątnięte głowy usuwaniem skutków burzy. Dlatego ich wozy tkwiły bez ruchu na poboczach lub ubitych piaszczystych placach, które podczas ulewy zamieniły się w błotniste enklawy. Brzytew domyślił się, że handlarze przerwali dalszą podróż, nie chcąc ryzykować jazdy po głębokich kałużach i niebezpiecznie podmokłym trakcie. Groźba uszkodzenia koła czy też ugrzęźnięcia w błocie skutecznie powstrzymywały ich zapędy co do kontynuowania wojaży. Obozowali, czekając na przynajmniej częściowe obeschnięcie drogi.

Golimistrz spojrzał na woła. Nie spieszyło mu się, a wyraz pyska miał tak tępy, że niemożliwym było cokolwiek z niego wyczytać, niemniej jednak ciągnął wóz, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że jakiś ciężar się za nim wlecze. Inną rzeczą był jednak ciężar ładunku nieporównywalnie lżejszy niż ten u mijanych taborów. Mimo wszystko czuł umiarkowane zadowolenie z postawy zwierzęcia. Prawdę rzekł sprzedawca, że silne to bydlę, podsumował w myślach.

- Szanowhny panie!

Wyrwany z zamyślenia odwrócił głowę. Jeden z kupców wyrósł obok Bezimiennego jak spod ziemi. Jego kolorowe szaty sugerowały, że był cudzoziemcem, gdyż w Królestwie ludzie nie przesadzali z barwnością strojów.

- Czy móghbyś mi powiedzieć, jak dalekho do stolicy Królestha? - zapytał, a jego akcent tylko upewnił Golimistrza w przypuszczeniach.

- A z półtora dnia zejdzie - odrzekł zgodnie z prawdą. - A co to? Bez mapy podróżujesz?

- Nie, mam maphę. - Zaśmiał się mężczyzna, a na jego twarzy pojawiły się rumieńce zażenowania. - Ale zawhsze to lepiej spytać koghoś obeznanegho w droghach, żeby się upewhnić.

Brzytew pokiwał ze zrozumieniem głową, ani na chwilę nie spowalniając konia.

- A możhna wiedzieć, co wieziehsz? - Dogonił go głos kupieckiej ciekawości.

- Może i można, tylko po co? - Golimistrz zbył pytaniem handlarza, jednak szybko zdawszy sobie sprawę, że tajemnice tylko wzmagają ludzką podejrzliwość, rzucił na odchodne: - Ryby na handel.

Zerknął za siebie, aby po raz ostatni wybadać wzrokiem zachowanie kupca. A ten stał jak wryty, drapiąc się po długowłosej głowie. Brzytew nie mógł słyszeć słów, które cicho szeptał pod nosem: 

- Rybhy? Ciekawhe, ile można na takim intehresie zarobić? Tylko kto kuphuje ryby, toż tego od ghroma pływa wszędzie. No, ale jak ktoś sphrzedaje, to i ktoś kuphować musi. - Seria rozterek targała nim jak silny sztorm żaglem statku na pełnym morzu. - Będę to musiał sprahwdzić, wszystko policzyć. Może to i dobhry pomysł.

Nie ujechali daleko od miejsca krótkiej rozmowy z upierdliwym handlarzem, kiedy ich oczy wypatrzyły zbliżających się jeźdźców. Znajdowali się jeszcze w sporej odległości, ale nie dość daleko, żeby niepostrzeżenie ukryć wóz. Skoro ja ich widzę, to oni nas tym bardziej, wydedukował Brzytew.

- Dineh, bądź czujna - ostrzegł ją, uważnie rozglądając się wokół. Rozmowa z beczką pełną ryb mogłaby nie znaleźć zrozumienia w oczach kupców. - Nadjeżdża patrol. Może nas nie zatrzymają, ale kto ich tam wie?

Zbliżywszy się do Marfuka, poinformował go w te słowa:

- To raczej królewscy, bo jesteśmy za daleko od mostu, żeby zapędzali się tutaj obcy zbrojni. O Hidenach nic nie wiem, ale na pewno gorzej by było z imperialnymi. Tak czy siak, trzeba nam uważać.

Miał rację. Kiedy zmniejszył się dystans dzielący ich od żołnierzy, nietrudno było wyłowić wzrokiem barwy Królestwa na uniformach. Pięciu, zauważył Golimistrz. Z każdym uderzeniem kopyt zbliżających się wierzchowców odczuwał rosnący niepokój. Serce waliło mu jak młot kowalski podczas formowania podkowy. Na wszelki wypadek sprawdził, czy w kieszeni miał brzytwę, dotknął szabli i zerknął na kołczan wypełniony strzałami, choć już po chwili zdał sobie sprawę, że w tej sytuacji to najgłupsza rzecz, jaką mógł zrobić. Splunął gęstą flegmą, po czym wyprostował się w siodle, oczekując na przejazd oddziału. Żywił nadzieję, że jego pewna siebie postawa odsunie jakiekolwiek podejrzenia, lecz gdyby sprawy obrały inny bieg, ostatecznie pozostała improwizacja. Wysunął się na czoło taboru, jadąc tuż przez wołem.

Jeźdźcy spowolnili konie do stępu. Poruszali się kluczem, gdzie dowódca znajdował się na przodzie, a podwładni dwójkami za nim. Jadąc spacerowym tempem, rozglądali się na boki. Nie wiadomo, czy poszukiwali czegoś lub kogoś, czy raczej było to zachowanie prewencyjne.

Znajdowali się już o rzut kamieniem od wozu i z każdą chwilą rośli w oczach. Gdy koń dowódcy zrównał się z Bezimiennym, żołdak utkwił w golibrodzie spojrzenie. Brzytew skinął grzecznie głową, lecz w zamian otrzymał tylko obojętny wyraz ogolonej na gładko twarzy.

Minęli się.

Golimistrz wypuścił powietrze z płuc na znak ulgi.

- Stać! - Rozległo się za jego plecami.

Szlag by to!, zaklął w myślach i ściągnął cugle.

Dowódca podjechał do niego, zatoczył niewielkie półkole i zatrzymał się dokładnie na wprost Bezimiennego. Reszta oddziału stała obok wozu, czekając w absolutnym milczeniu.

- Trzy pytania - rozpoczął żołnierz. Wyglądał dość młodo jak na dowódcę, co mogło być efektem ogolonej twarzy. Zazwyczaj oficerowie lubowali się w fantazyjnych wąsiskach. Jednak najbardziej uwagę przykuwały jego ogromne wyłupiaste oczy, które sprawiały wrażenie, jakby za chwilę miały wybuchnąć. - Kim jesteś, co wieziesz i dlaczego jesteś uzbrojony? Powtórzyć? - To ostatnie zadał z wyczuwalną drwiną w głosie.

- Nie trzeba. Zapamiętałem wszystkie trzy - odrzekł Brzytew najspokojniej, jak tylko potrafił w tej chwili, choć pięści go zaswędziały. - Jestem przyjacielem tego oto kupca i towarzyszę mu w drodze na targ rybny do kraju Hidenów. Wieziemy ryby, a uzbrojony jestem, bo wiadomo, że zbójów wszelakiej maści można spotkać na drodze.

- Zbójów? A co to? Królewskiej straży nie ufasz?

- Ufam. Ale przecież nie możecie być wszędzie. Mam przekonanie, że jesteście piekielnie zajęci ochroną taborów, ale każdego wozu nie da się ochronić.

Słowa Golimistrza mile połechtały ego żołnierza, jednak okazał się wcale niegłupi, gdyż nie wyglądał na do końca przekonanego. Zmarszczył brew i myślał nad czymś przez chwilę.

- Wieziesz ryby do nadmorskiego kraju, tak? Dobrze, że słonej wody tam nie masz! - Podniósł głos, żeby pozostali jeźdźcy mogli go usłyszeć.

Zareagowali śmiechem, patrząc podejrzliwie to na Brzytew, to na Marfuka. Wyraźnie czekali na rozkaz.

- Podnieś wieko! - nakazał. - Obaczę ja te twoje ryby.

- Nie ma takiej potrzeby. W wieku jest dziura, wszystko przez nią widać.

- Dobra. Sprawdzimy to. Gorin! - zwrócił się do jednego z podwładnych. - Właź no na wóz i zajrzyj do beczki.

Żołnierz sprawnie zeskoczył z konia, po czym równie zwinnie pokonał burtę furki, by w mgnieniu oka znaleźć się przy pokrywie. Nachylił się i zajrzał do środka. Najpierw wyłowił wzrokiem tylko taflę wody, ale po chwili coś się poruszyło. Zanim zdążył pomyśleć, wynurzył się ogromny rybi ogon i z całą siłą uderzył o powierzchnię, chlapiąc biednego woja, aż ten odskoczył jak poparzony. W ostatniej chwili złapał się krawędzi beczki, żeby nie runąć z hukiem na wóz.

- Na bogów! - krzyknął przerażony, ocierając mokrą twarz.

- Takich wielkich ryb to ja w życiu nie widziałem.

- Bo to sum ogromny - skłamał na poczekaniu Golimistrz. - Ciężko go złowić, bo taki silny, że sieci rwie. Złapaliśmy trzy sztuki w specjalnie wzmocnione włoki. Wieziemy je do Hidenów, bo u nich takich ryb nie ma. Przez nasyp pod mostem woda płytka, to i przepłynąć nie mogą. Jak się uda te trzy za dobrą cenę sprzedać, to się pomyśli o większych dostawach.

- Za trzy ryby to za dużo nie dostaniecie - zawyrokował dowódca, jednocześnie ruchem głowy nakazując żołnierzowi powrót na konia. Zastanawiało go, że nigdy wcześniej nie słyszał o sumie ogromnym, lecz, tak po prawdzie, to nie znał się na rybach. Nawet nie lubił ich smaku, zdecydowanie wolał zjeść kawał dobrej sarniny albo tłustego wieprza.

- Dlatego na próbę tylko trzy wieziemy. Jak się dobrze sprzedadzą, to się pomyśli o większym taborze. Na razie nie ma po co ryzykować i jechać z większą ilością naraz.

- Co prawda, to prawda. - Pokiwał głową oficer. Od jakiegoś czasu łypał podejrzliwie na Marfuka. - A ten czemu nic nie gada?

- Niemowa. Podczas wojny imperialni go schwytali i wyrwali język.

Jak na umówiony znak dziad borowy otworzył szeroko usta.

- Gównojady przeklęte. Oby im jądra zgniły i odpadły - złorzecząc, dowódca wzdrygnął się na widok nieruchomego kawałka mięsa w gębie woźnicy. - Ale cieszy mnie, że kaleka wojskowy radzi sobie w handlu.

Skinął głową i powiedział:

- Możecie jechać. Uważajcie na siebie, szczególnie przy Moście Trzech Granic. Najlepiej tam noclegu nie szukać, tylko jechać od razu do Hidenów.

- A dlaczego nie? - zainteresował się Brzytew. - Zbóje?

- Nie bardzo wiadomo. Jedni mówią, że zbóje, a inni, że demon z piekła rodem. Faktem jest, że ludzie giną bez śladu. Ich trupów nie idzie znaleźć. Nawet imperialni włączyli się do śledztwa, bo się wojaków doliczyć nie mogą. Dziwne to wszystko, choć moim zdaniem to jakieś leśne drapieżniki i tyle.

- Po twoich słowach wnoszę, że dziwne, w rzeczy samej. Dzięki za ostrzeżenie. I też uważajcie na siebie. Robotę macie niebezpieczną.

*

W oddali zamajaczył most. Już z niemałej odległości zwracał uwagę, spinając rzekę mocną klamrą i wbijając się w przeciwległe piaszczyste brzegi. Kamienną budowlę usytuowano w miejscu, gdzie Bamara stawała się nieco węższa, a dodatkową zaletą był punkt spotykania się granic trzech krain. Most był długi na ćwierć mili, a jego szerokość tak zaprojektowano, żeby bez trudu mogły się minąć dwa duże wozy. Na każdym jego krańcu sterczała wieża strażnicza, a po całej długości ciągnął się gruby obronny mur. Budowli forteczny charakter nadali nie tak dawno temu Hidenowie, usprawiedliwiając swoje działanie dbałością o bezpieczeństwo. Nie było to w smak ani Imperium, ani Królestwu, niemniej jednak handel z nadmorską krainą zajmował ważne miejsce w ich gospodarce, więc przymknięto na to oczy.

Wozów z każdą chwilą przybywało. Stały na poboczu i na niewielkiej łące, która już dawno temu straciła swój charakter, wydeptana tysiącami kopyt i wyżarta setkami pysków. Wiele furmanek tkwiło w długiej kolejce ciągnącej się poprzez trakt aż do mostu. Podobnie sytuacja prezentowała się na drodze biegnącej z Imperium, co właśnie teraz wypatrzył Golimistrz.

- Wpuszczają na przemian po jednym wozie z każdego traktu - tłumaczył Marfukowi, przyłożywszy dłoń do czoła, żeby chronić oczy przez promieniami nisko wiszącego słońca. - Dlatego tak wolno to idzie. Za to powrót od Hidenów działa dużo sprawniej.

Brodacz pokiwał głową. Nie czuł się pewnie wśród ludzi, a już takie tłumy to przyprawiały go o zawrót głowy i ciarki na plecach. Podniósł wzrok na Brzytew i rozłożył pytająco ręce.

- Teraz pojadę sam i zobaczę, co w trawie piszczy. Trzeba nam wypuścić syrenę za mostem, a to teren Imperium, psia ich mać. - Zamilkł na krótki moment i wskazał palcem miejsce na łące. - Stań tam i bądź ostrożny. Wojaków raczej interesują tylko wozy kierujące się na most, więc nie ma co się ich bać. Na wszelki wypadek zostawię ci łuk i sztylet. Trzymaj je na widoku. Broń i twój wygląd powinny wystarczyć, żeby trzymać z dala wścibskich kupców.

Wybałuszywszy oczy ze zdziwienia, Marfuk zrobił oburzoną minę i zaczął wymachiwać łapami. Golimistrz nie był w stanie zrozumieć wszystkich przekleństw oraz gróźb. Słowa, które na szybko przetłumaczył, całkowicie wystarczyły, żeby nieco zmodyfikować wcześniejszą wypowiedź.

- Dobrze, już dobrze. Przepraszam, przystojniaku.

Oddalając się wolno od wozu, poczuł na plecach uderzenie niewielkim kamykiem. Uśmiechnął się pod nosem.

Przestał zwracać uwagę na tłoczące się wozy kupieckie i samych handlarzy. Im dłużej tutaj przebywał, tym bardziej obojętniał na toczące się wokół sceny. W najbliższym czasie jego zainteresowanie miało się skupić wyłącznie na ludziach odzianych w mundury. Jechał zaraz obok traktu, co nie kolidowało z ruchem taborów, jednocześnie Bezimienny bez przeszkód kierował się w stronę mostu.

Dotarł na skrzyżowanie dwóch dróg, które wkrótce połączyły się z trzecią. Zatrzymawszy konia, stał na terenie należącym do Królestwa, lecz trakt przed nim oraz ziemia po drugiej stronie znajdowały się na terenie włości kogoś innego. I właśnie ten ktoś inny stanowił tutaj przeszkodę. Golimistrz dostrzegł, że kilku imperialnych żołdaków obłapia panny, które zarabiały na życie, oferując przyjemności cielesne. Zauważył też dzbany z winem w ich rękach. Tacy zdyscyplinowani to znowu nie są. Nie ma wojny, to i się zasady poluzowały, podsumował ich zachowanie. Doszedł do wniosku, że nie może zbyt długo stać, wpatrując się w posterunki, ponieważ prędzej czy później wzbudzi podejrzenia. Policzywszy szybko wartowników, zawrócił wierzchowca. Oddalając się, jeszcze raz spojrzał ukradkiem za siebie i odnotował, że wraz z zachodem słońca strażnicy zapalali pochodnie.

- Sygnalizują swoje pozycje ogniem - szepnął do siebie. - Prosty i skuteczny sposób.

*

Noc zapadła tak nagle, jakby ktoś jednym ruchem ręki zaciągnął kotary na niebie. Do tego było ciemno, że oko wykol, gdyż pojawiły się gęste chmury, przesłaniające blask gwiazd. Jedynie płonące w obozowiskach lub na posterunkach pochodnie i ogniska sygnalizowały obecność ludzi. Ciszę przerywały czasem dobiegające z dali śmiechy podchmielonych żołdaków, a także piski towarzyszących im kobiet lekkich obyczajów.

Dwóch kompanów siedziało na wozie blisko beczki, żeby syrena mogła słyszeć głos Golimistrza. Wspólnie próbowali opracować jakiś sensowny plan. Jeśli pustelnik miał jakiś pomysł, to już po chwili Brzytew obalał go kontrargumentami. I odwrotnie. Radzili już dłuższy czas, wciąż nie znajdując wyjścia z iście patowej sytuacji. Powoli tracili nadzieję na odwrócenie losu syreny.

- Nawet jeśli załatwimy sprawę strażników, co i tak będzie trudne - mówił Golimistrz zmartwionym głosem - to jak przewieziemy niepostrzeżenie tę przeklętą beczkę?

Marfuk tylko pokiwał ze zrozumieniem głową. Trudno było nie dostrzec, że wozu nie da się przemycić przez granicę, aby pozostać niezauważonym. W zasadzie każde ich założenie brało w łeb z tego powodu. Umilkli pogrążeni w myślach.

- A gdybym przeszła przez granicę? - Głos z beczki przerwał ich zadumę.

- Jak... przeszła? - zdziwił się Brzytew. - Chyba przepełzła?

- Podajcie mi sztylet. I żeby był ostry - zażądała tak stanowczym głosem, iż zaczęli się zastanawiać, czy to wciąż ona. - Tylko szybko i bez zbędnych pytań. Nie ma na to czasu.

Brzytew wyciągnął zza paska ostrze i spojrzał pytająco na towarzysza, ale ten w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.

Podając syrenie sztylet, wyartykułował krótkie zdanie:

- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

Nóż zniknął w dziurze wraz z zaciśniętą na nim syrenią dłonią. Przez chwilę ich uszu dobiegał głos z beczki wypowiadający jakieś słowa w nieznanym im języku. Potem beczka poruszyła się, skrzypiąc niczym stare krzesło, w końcu wszelkie odgłosy ucichły.

- Teraz niech ktoś podniesie wieko - powiedziała. - Zwracam sztylet.

Tym razem obaj wstali na równe nogi. Golimistrz odebrał ostrze leżące na wieku, po czym przystąpili do pracy. Pokrywa ustąpiła bez żadnego kłopotu. Ostrożnie odłożyli ją na bok. Z zaciekawieniem wpatrywali się w ledwie widoczny w ciemnościach wierzch beczki, nie mając zielonego pojęcia, co się za moment może wydarzyć.

Najpierw ukazały się ich oczom dwie kobiece dłonie. Wręcz jaśniały na tle nocy. Uchwyciły się krawędzi beczki i mocno na niej zacisnęły długie palce. Następnie wyłoniła się głowa, a zaraz potem do połowy ukazała się syrena wsparta na wyprostowanych rękach.

- Na co czekasz, Brzytew? - zapytała niespodziewanie. - Rozkładaj ramiona i łap mnie. Chyba nie chcesz, żebym spadła na wóz?

- Co ty robisz? - rzucił jak najbardziej zasadne w tej chwili pytanie. - Jeśli wyjdziesz, to cię nie włożymy z powrotem.

- Nie będzie takiej potrzeby. Zrób, o co proszę.

Przez myśl mu przeszło, że pewnie chce popełznąć na imperialną stronę. Plan miał nikłe szanse powodzenia, lecz już chyba nic innego nie pozostało poza tak desperackim krokiem. Bez kolejnych protestów uczynił, co chciała, rozkładając szeroko ręce i zapierając się mocno na nogach. Na wszelki wypadek wspomógł go dziad borowy, ponieważ obaj jeszcze mieli w pamięci jej ciężar. Lekko posapując, usiadła na szczycie beczki, aby już po chwili z niej zeskoczyć. Wylądowała w objęciach Golimistrza.

Ogromnie się zdziwił. Wybałuszył oczy i zachłysnął się, tak gwałtownie wciągnął w płuca zimne nocne powietrze. Syrena ważyła zdecydowanie mniej niż ostatnio, lecz jeszcze bardziej zaskoczył go inny fakt.

Dineh nie była już syreną.

Trzymał w ramionach piękną niewiastę. Drobne ciało kołysało się w jego uścisku, a na plecach czuł, przenikający nawet skórzany kaftan, dotyk ciepłych dłoni. Brzytew nie stronił od kobiet, lecz uroda tutaj obecnej niemal zwalała z nóg. Zapatrzył się w nią, podziwiając doskonały kształt piersi, a zjeżdżając wzrokiem coraz niżej, dostrzegł kwiat, który każdy mężczyzna pragnąłby zerwać. To dziwne. Zmieniła się tylko jej połowa, a widzę kogoś zupełnie innego, pomyślał.

- Puścisz mnie wreszcie? - spytała, ledwie powstrzymując śmiech. Nie wyglądała ani trochę na zażenowaną swoją nagością.

- Aaa, tak. - Zmieszany Golimistrz delikatnie postawił ją na wozie. Dopiero teraz dostrzegł strużkę krwi spływającej po jej dłoni. - Trzeba to opatrzyć. A ty opowiedz, co się właściwie stało?

Marfuk przyniósł koszulę golibrody, którą wygrzebał z sakwy przyjaciela, oczywiście nie pytając go nawet o zgodę. Oderwał kawał rękawa, używając do tego i rąk, i zębów, żeby opatrzyć ranę. Ocalałą część podał Dineh, aby ukryła pod nią nagość. Kobieta podziękowała mu uśmiechem za pomoc.

Podczas gdy pustelnik zajmował się skaleczeniem z niebywałą wręcz dbałością, niewiasta wyjaśniała, jak doszło do przemiany. Z jej ust popłynęły słowa o prastarym rytuale syren. Raz do roku, na jedną noc, każda z nich mogła zrzucić rybi ogon, aby jednak dokonać transformacji, należało wyrecytować odpowiednią inkantację oraz wypić własną krew.

- Piłaś swoją krew? - Golimistrz wzdrygnął się na samą myśl o czymś takim.

- Tak. I to nie po raz pierwszy - odrzekła z takim spokojem, jakby rozmowa dotyczyła spożywania koziego mleka. - A co? Lepiej pić czyjąś?

- Nie, nie. Tak tylko pytałem. - Chciał jak najszybciej zmienić niezręczny temat, więc zakomunikował: - Jak tylko Marfuk opatrzy twoją ranę, to odpoczniemy chwilę i zaczniemy działać.

Pomyślał, że warto też może byłoby zdobyć jakiś inny strój dla niej, lecz w sumie w tych ciemnościach i tak nikt jej nie powinien dostrzec.

- A więc mamy teraz chwilę? - Spojrzała wprost w oczy Brzytew.

- Tak. Mam już nawet zalążek planu w głowie, ale warto trochę poczekać. Niedługo będzie jeszcze ciemniej, gdy ogniska przygasną.

Niespodziewanie zeskoczyła z wozu i powiedziała:

- To chodź. Coś ci pokażę.

- Co? Nie powinniśmy nigdzie...

- No, chodź.

Pokiwał ze zniechęceniem głową. Niewiasty zawsze w najmniej odpowiednich momentach wpadały na jakiś pomysł. Pewnie chce rozprostować nogi po długim przebywaniu w beczce, a sama boi się chodzić, żeby się nie zgubić. I nie dziwota, bo siedziała tam przez tyle czasu, to i na spacer ma ochotę, przeszło mu przez myśl, kiedy jego buty dotknęły trawy.

Nawet nie wiedział, jak bardzo się pomylił w tych swoich rozmyślaniach na temat rozprostowywania nóg.

Ścisnąwszy jego dłoń, pociągnęła go za sobą w najczarniejszą część łąki. Ciemny plac sugerował, że żaden z kupców nie rozbił tam obozu. Przeszli kilkanaście kroków, kiedy nagle zatrzymała się i rozejrzała dookoła. Błysnęła białymi zębami, uśmiechając się z zadowoleniem.

- Zrzuciłam ogon nie tylko dlatego, żeby uciec - wyszeptała. - Jest jeszcze inny powód.

- Jaki?

W odpowiedzi otrzymał gorący pocałunek. Nie protestował. Ich języki spotkały się, czule muskając jeden drugiego i niemal splatając się w węzeł. 

Dotknął jej piersi. Najpierw delikatnie wodził palcami, by zacisnąć silną dłoń, jakby chciał wycisnąć sok z dorodnej cytryny. Kobieta głośno westchnęła. Zachęciło go to jeszcze bardziej. Nie przerywając pocałunków, podążył ręką niżej, do miejsca, o którym marzył, od kiedy zeskoczyła w jego ramiona. Wolniutko przejechał palcem po wilgotnym rowku. Zajęczała, dusząc się własnym głosem. Czuł, jak jego członek rósł, stając się twardy niczym dębowy drąg i prawie rozrywając spodnie. Dineh też to zauważyła, badając delikatnym dotykiem potężną wypukłość. Oderwała się na chwilę od jego ust i ugryzła go delikatnie w ucho.

- Chcę cię - wyszeptała.

Oboje legli na trawie. Zrzuciwszy ubranie, przyciągnął kobietę ku sobie. Dotknęła opatrunku na jego przedramieniu, mówiąc: - Jeśli zostanie ci blizna, to będziesz miał po mnie pamiątkę.

- Nigdy cię nie zapomnę. Tego możesz być pewna.

Wszedł w nią bez wahania. Krzyknęła.

*

Marfuk siedział oparty o koło wozu. Zniecierpliwiony czekał na powrót pary zaginionej gdzieś w ciemnościach. Gdy noc przeszył kobiecy krzyk, tylko pokręcił zniechęcony głową. Szybko domyślił się, dlaczego oboje tak nagle zniknęli. Jego teorię poparł komentarz dobiegający z sąsiedniego obozowiska:

- Ktoś tam nieźle dokazuje.

Niedługo potem dołączyli do pustelnika. Wyłonili się z ciemności przytuleni do siebie i spoceni jak konie po długiej gonitwie. Brzytew otworzył usta, żeby coś powiedzieć gwoli wyjaśnienia, lecz jego kompan natychmiast uciszył go gestem i pokazał sukienkę trzymaną w ręku. Wyglądała na dziecięcą albo uszytą na kogoś niewielkich rozmiarów.

- Skąd to masz? - zapytał wreszcie zaskoczony Golimistrz. - Zwinąłeś z jakiegoś wozu? Ręka ci niemiła?

Brodacz zamachał w powietrzu, coś długo tłumacząc.

- Kupiec śpi pijany jak bela - powtórzył Brzytew. - Mimo wszystko sporo ryzykowałeś. Ale dziękuję, to świetny pomysł. Przymierzysz? - zwrócił się tym razem do Dineh.

Z trudem, bo z trudem, niemniej jednak wcisnęła się w sukienkę.

- Trochę kusa - ocenił.

Obaj drapali się z zakłopotaniem po czuprynach. Po wdzianiu stroju kobieta wyglądała na bardziej nagą, niż kiedy była owinięta koszulą Golimistrza. Jej sutki sterczały spod materiału, jakby za moment miały go rozerwać i wydostać się na zewnątrz, a dół sukienki kończył się tuż poniżej łona i co wnikliwszy obserwator mógł wyłowić wzrokiem kępkę ciemnych włosów.

- Gdyby cię w tej sukience wpuścić do grodu, to pierwsza lepsza mieszczanka rozwaliłaby garniec na twojej głowie. - Zaśmiał się Golimistrz, w czym ochoczo zawtórował mu towarzysz. - Hmm... ale to podsunęło mi pewien pomysł. Szmata przyda mi się do czegoś innego.

Zanim przeszedł do rzeczy, na beczce wylądowało czarne ptaszysko i zakrakało donośnie. Dineh aż podskoczyła ze strachu, a twarz pustelnika wyraziła niemałe zdziwienie, jedynie Brzytew zachował stoicki spokój. Zbliżył się do kruka i wyciągnął zawiniątko z niewielkiej obręczy na jego nodze. Odwrócił się plecami do obojga ciągle zdziwionych ludzi. Mimo panującej ciemności, przy odpowiednim wytężeniu wzroku, udało mu się odczytać wiadomość, choć nie przyszło mu to łatwo. Winfrida niepokoi moja przeciągająca się nieobecność, bo król ma dla mnie jakieś zadanie, wyczytał.

- Co to za ptak? Co to znaczy? - dopytywała kobieta, a Marfuk wtórował jej gestami, również oczekując wyjaśnień.

- Nic takiego - odpowiedział wymijająco. - Po prostu wiadomość.

Przypomniał sobie, jak kończyli ludzie, którzy przypadkowo lub celowo odkrywali jego tajemnicę. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że syrena lub dziad borowy nie mogli w żaden sposób mu zaszkodzić. Wyszperał w kieszeni niewielki okruch węgla, po czym na odwrocie odebranego listu coś szybko nabazgrał. Pisał na wyczucie, gdyż warunki ku temu zdecydowanie nie sprzyjały, a sam przekaz musiał być bardzo krótki, bo nie zajęło mu to dużo czasu. Rulonik znalazł się tam, gdzie poprzednio, i już po chwili ciemny kształt wzbił się w powietrze, ginąc w czerni nocy. Tylko oddalające się pojedyncze krakania jeszcze przez jakiś czas świadczyły o tym, że w ogóle się zjawił.

- Kim ty właściwie jesteś, Brzytew? Czy na pewno tylko golibrodą?

Jej pytania zbył milczeniem i szybko zmienił temat:

- Na początek musimy spuścić wodę z beczki. Marfuk, namacaj przy spodzie jakiś sęk i wydłub sztyletem. Najlepiej kilka, to szybciej woda spłynie. Tylko rób tak, żeby leciało na ziemię, bo wóz musi być suchy. Dineh, znajdź ile się da suchego chrustu. I rozłóż na wozie.

Golimistrz ścisnął w dłoni gruby kij, który towarzyszył pustelnikowi od początku wyprawy i począł jeden z jego końców owijać płótnem. Kiedy zrobił prymitywną pochodnię, zajrzał do woreczka przymocowanego do pasa, upewniając się, że krzesiwo oraz hubka wciąż się tam znajdowały. Stojąc przez moment obok wozu, rozejrzał się wokół i zauważył, że poza światłem bijącym z nielicznych posterunków wszystkie ogniska pogasły.

- Już czas - wyszeptał do siebie.

Tymczasem woda wyciekała w najlepsze, wypływając przez kilka dziur, które zrobił pustelnik. Nie trzeba było długo czekać, by beczka opróżniła się całkowicie. Brzytew zepchnął ją z wozu bez większego wysiłku.

Brodacz cmoknął na woła i powoli ruszyli w stronę jednego z imperialnych posterunków. Zmniejszali dystans do celu najciszej, jak tylko się dało, dodatkowo dzięki nocy stając się praktycznie niewidzialnymi. Jako że wóz ciągnięty przez woła zwykle porusza się wolno, Golimistrz wraz z Dineh bez kłopotu dotrzymywali mu kroku, a w ślad za nimi spokojnie dreptał koń.

- Tutaj się zatrzymamy - polecił szeptem Brzytew. - Marfuk, zeskakuj z fury i zostań z Bezimiennym.

Niedaleko przed nimi płonęło ognisko. Dzielił ich kawałek łąki i szerokość drogi, niemniej jednak nawet z tej odległości dało się zauważyć kilku siedzących wojaków, których twarze oświetlały tańczące płomienie. Dobiegały ich również śmiechy i niewyraźny gwar rozmów, lecz nie dało się zrozumieć słów. Niczego się nie spodziewają, bo i niby czego? Że ktoś chce przekroczyć granicę, żeby wskoczyć do rzeki? Golimistrz uważnie zlustrował zachowanie żołdaków, ściskając w dłoniach krzesiwo oraz hubkę.

I wkrótce ich użył. Podpaliwszy kupkę chrustu na wozie, przyłożył do niej pochodnię, a kiedy buchnęły płomienie, szybko rozniósł ogień po całej drewnianej konstrukcji.

Czekał, uważnie obserwując zachowanie straży, ale na razie nic się nie działo.

Płomienie zachłannie pochłaniały coraz większą powierzchnię wozu. Na posterunku po drugiej stronie zrobiło się nagle ruchliwiej. Woje wstali od ogniska, pokazując sobie nawzajem bijący blask. Ich ciche rozmowy przybierały na sile, by przerodzić się w krzyki.

Brzytew już dłużej nie zwlekał. Żal cię żegnać, ale taka już dola woła, pogodził się w myślach ze stratą. Przyłożył pochodnię do zadu zwierzęcia. Zasyczało, a w powietrzu uniósł się smród palonego włosia. Do tej pory bezgłośne bydlę wydało z siebie ogłuszający ryk. Dźwięk obudził nie tylko kupców obozujących w najbliższej okolicy, ale dotarł nawet na przeciwległy brzeg rzeki.

Wół, dotychczas poruszający się z flegmatycznym spokojem, teraz pędził na złamanie karku. I ciągle ryczał niczym broniący terytorium lew. Podskakujący na kępach trawy wóz więcej czasu wisiał w powietrzu, niż kołami dotykając ziemi. Zwierzę w okamgnieniu dotarło za drogę, tratując kilku przerażonych żołnierzy. Poleciało w jego kierunku kilka strzał, ale większość chybiła celu. Te, które trafiły, jeszcze mocniej go rozsierdziły. Nie zwolnił nawet na chwilę, a ogień palących się dyszli zmuszał go do szaleńczego biegu.

- Teraz! - wrzasnął Brzytew, zaciskając mocno dłoń na ręce kobiety.

Korzystając z zamieszania, przebiegli niezauważeni przez drogę. Schowali się za krzakami blisko mostu. Oczekując na odpowiednią chwilę, obserwowali rozgrywającą się na ich oczach sytuację. Bydlę wciąż ganiało po niewielkim placu, lecz zdecydowanie wolniej, ciągnąc za sobą żarzące się pozostałości wozu. Wojskowy medyk opatrywał rannych, a pozostali zbrojni przegrupowywali się. Unieszkodliwienie wołu było tylko kwestią czasu.

Golimistrz wiedział, że czas zaczyna działać na jego niekorzyść. Ruchem głowy nakazał Dineh dalszą ucieczkę i szybko rzucił:

- Biegnij wzdłuż rzeki i trzymaj się jak najbliżej brzegu.

Objęła go na pożegnanie, wpijając się chciwie w jego usta. Chciał, aby ta chwila trwała jak najdłużej, ale rozum podpowiadał coś zgoła innego. Zdecydowanie przerwał pocałunek i potrząsnął kobietą.

- Nie czas na to. Ruszaj!

- Jeśli się kiedyś pojawisz u Hidenów, znajdź wielki głaz na plaży i bądź tam w bezgwiezdną noc - wyrzuciła jednym tchem, a zbiegając zboczem, krzyknęła na odchodne: - Wykrzycz moje imię i wtedy się spotkamy!

Odprowadził ją wzrokiem, choć nie trwało to długo, ponieważ szybko rozpłynęła się w ciemnościach. Teraz musiał na powrót przekroczyć granicę.

Skradał się nisko pochylony, chcąc uniknąć przypadkowego blasku pochodni. Co jakiś czas przystawał i obserwował przebieg zajścia. Wyłapał wzrokiem grupę wojaków stojących wokół dogorywającego woła.

Postawiwszy wszystko na jedną kartę, wybiegł z wysokiej trawy i puścił się biegiem do drogi. Jeszcze tylko kilka kroków, powtarzał w myślach, pędząc, ile sił w nogach. Ni z tego, ni z owego na jego trasie zaświeciły dwie pochodnie.

W zasięgu wzroku Golimistrza pojawiło się dwóch mężczyzn. Jeden z nich wrzasnął coś w nieznanym mu języku. W odpowiedzi otrzymał potężny cios w szczękę. Drugi nawet nie zdążył się odezwać, kiedy kopniak zmiażdżył mu jądra, a uderzenie łokciem w potylicę sprowadziło do parteru.

Brzytew mknął dalej. Co rusz słyszał świst strzał mijających go o włos. Jedna przeorała mu bark. Syknął z bólu, lecz nie przerywał biegu, wkrótce znajdując schronienie w objęciach nocy. Wciąż gnał na złamanie karku, aż wreszcie usłyszał znajome rżenie. Błyskawicznie usadowił się w siodle, podał rękę Marfukowi i wciągnął go na konia.

- A teraz pędź co sił i wywieź nas stąd w bezpieczne miejsce - powiedział, z trudem łapiąc oddech.

Bezimiennemu nie trzeba było dwa razy powtarzać.

Galopował, aby po chwili przejść w cwał. Jeźdźcy nic nie widzieli w otaczających ich ciemnościach, zdani zupełnie na instynkt wierzchowca. Nie spodziewali się pościgu, ale jednocześnie wiedzieli, że jak najszybsze oddalenie się pod osłoną nocy pomoże im uniknąć śledztwa. A bez dwóch zdań uchodziliby za głównych podejrzanych.

Umiejętnie omijając rozświetlone obozowiska, koń oddalał się od mostu na rozdrożach granic. Tętent ucichł, pozostawiwszy za sobą osłupionych kupców i jeszcze bardziej zdziwionych żołnierzy dwóch krain, a w tym kilku poturbowanych imperialnych. 

Oraz Dineh.

Ukryta przed ludzkim wzrokiem w szuwarach Darcynar, cierpliwie czekała na pierwsze promienie słońca. Chciała jak najszybciej wrócić do swoich, lecz w tym celu musiała znów przemienić się w syrenę.

*

Zbudziły go ptasie trele. Długo nie trwało, kiedy wypatrzył siedzącego obok Marfuka. Obróciwszy głowę, namierzył wzrokiem pijącego wodę wierzchowca. Znajdowali się nad rzeką, a otaczały ich wierzby. Powoli wracała mu pamięć ostatnich wydarzeń. Przypomniał sobie, że kiedy oddalili się wystarczająco, spowolnił konia, gdyż nie chciał go nadmiernie forsować. W ten sposób pokonali jeszcze kilka mil, a gdy Bezimienny zaczął zdradzać pierwsze objawy zmęczenia, postanowili znaleźć odpowiednie miejsce do odpoczynku. Zanim zasnęli, dziad borowy opatrzył jego zranione ramię.

- Ta sama ręka, tylko trochę wyżej - burknął pod nosem niezadowolony, przypatrując się prowizorycznemu opatrunkowi składającemu się z garstki liści oraz kawałka szmaty. - Niełatwo będzie o Dineh zapomnieć, widząc w lustrze dwie blizny.

Szybko zdał sobie sprawę, że trudno będzie o niej zapomnieć również z innych powodów. Nie chciał jednak popadać w nastrój melancholii i zadumy, gdyż czas ku temu był co najmniej niewłaściwy.

Wstał trochę obolały z trawy i kiwnął głową do Marfuka, mówiąc:

- Ruszamy. Zabiorę cię w okolice boru. Później wracam do siebie, bo jutro muszę pomówić z Goezzem.

Dosiedli wierzchowca i w umiarkowanym tempie podążyli dalej.

*

- Wejść! - Usłyszał przez drzwi i już w barwie głosu wyczuł pokłady gniewu. Nie wróżyło to niczego dobrego.

Westchnąwszy głośno, nacisnął klamkę. Goezze stał o trzy kroki od progu i mierzył go wzrokiem. Z jego oczu biła wściekłość. Golimistrz otworzył usta, żeby się przywitać, lecz nie zdążył wymówić nawet słowa.

- Gdzie ty byłeś, do ciężkiej cholery?! - rozdarł się doradca. - Król cię potrzebuje, a ty sobie znikasz! I co ma oznaczać to pismo?!

Rozłożył ściskany w dłoni malutki rulonik papieru.

- Spędziłem cudowne chwile z Dineh. Jutro wracam - przeczytał na głos. Oderwał się od krótkiej lektury i tym razem spokojniej zwrócił się do Brzytew: - Kim, do czarta, jest Dineh?

- Syreną.

- To ta martwica? Zabawiałeś się z taką poczwarą? Niby jak? Czy to w ogóle możliwe? - dociekał.

- To nie tak. Zanim zasypiesz mnie kolejnymi pytaniami, może usiądźmy, a ja ci wszystko opowiem.

Winfrid wyraźnie ochłonął. Wskazał ruchem głowy zydel, a sam zasiadł na bujanym fotelu. Tarabaniąc palcami o podłokietnik, mruknął do gościa: 

- Gadaj.

Golimistrz długo snuł opowieść o wyprawie nad rzekę i wydarzeniach, w których odegrał kluczową rolę. W międzyczasie odpowiadał na szczegółowe pytania, gdyż Goezze zadawał ich niemało. A kilka z nich wręcz zmusiło Brzytew do głębokiej defensywy.

- Podpalonym wozem w posterunek Imperium!? Czyś ty zdurniał do reszty? Toż to grozi przerwaniem rozejmu!

Zapewnienia, że nikt go nie widział i o braku zabitych nie do końca usatysfakcjonowały mnicha. Zdenerwowany ocierał trzęsącą się dłonią pot z łysiny, choć w baszcie panował tego dnia przenikliwy chłód.

Po zakończeniu opowieści Brzytew wypuścił głośno powietrze z płuc. Wcześniej nie przypuszczał, że mówienie o wyprawie może go zmęczyć prawie jak sam w niej udział. Zauważył też dziwne zaniepokojenie na twarzy mnicha, kiedy wspomniał o jednonocnej przemianie syreny. Co prawda Winfrid starał się nie dać nic po sobie poznać, ale Golimistrz znał go przecież doskonale.

- I winien jestem przeprosiny za beczkę - dodał na zakończenie.

- O to się nie martw. Potrącę ci z wypłaty - odpowiedział bez ceregieli. - Tym bardziej że król ma dla ciebie zlecenie.

- Czyli robotę mam wykonać za darmo? - Nie podobał mu się taki obrót sprawy, wiedział jednak, iż niewiele może zdziałać.

- Bez przesady. Beczka nie była aż taka wartościowa.

Doradca opowiadał o problemie, który pojawił się przy granicy. W ostatnim czasie zniknęło bez śladu kilku kupców oraz imperialnych i królewskich żołnierzy. Pomimo starań służb zagadka pozostała nierozwiązana.

- Pomyślałbym, że to zbóje, ale oni nie napadają na wojskowych, bo ci groszem nie śmierdzą - zauważył golibroda.

- Słuszna uwaga, też mi to nie daje spokoju. I trudno tak naprawdę powiedzieć, ilu dokładnie zaginęło handlarzy, bo jedni podróżują samotnie, a inni z parobkami, a nawet z rodzinami - kontynuował. - Na pewno trzech naszych żołnierzy spotkał taki los. Nie mamy dokładnych informacji o imperialnych, ale oni nie chcą współpracować.

- Dlaczego?

- Bo nam nie ufają! No i tutaj się pojawia zarzewie bardzo niebezpiecznego konfliktu politycznego. Uważają, że mamy z tym coś wspólnego. Dlatego bardzo ważne jest jak najszybsze zakończenie śledztwa. Jego przedłużanie tylko wzbudza niepokój i wzajemne oskarżenia. I to po obu stronach, bo nasze służby przy moście też patrzą podejrzliwie na imperialnych.

Golibroda odruchowo bawił się brzytwą ukrytą w kieszeni. Zastanawiał się nad słowami Goezzego i wiedział, że pokój był od zawsze kruchą sprawą. Tak naprawdę jeden rzucony kamyk mógł w krótkim czasie spowodować lawinę niefortunnych zdarzeń. Z wojną włącznie.

- Wygląda na to, że muszę pojechać tam, skąd wczoraj wróciłem - podsumował Golimistrz. - Dobrze. Odpocznę ze dwa dni i wyruszę.

- Wyruszymy - wtrącił mnich. - Poprosiłem króla o zgodę i jadę z tobą.

- Daj spokój, Winfrid. - Nie uśmiechało mu się tropienie w takim tandemie niedźwiedzia lub sfory wilków, tym bardziej że kiedyś współpracował czynnie z doradcą podczas jednej misji i nie wyglądało to najlepiej. - Przecież to pewnie jakieś zwierzę. Poradzę sobie. Ty nawet konno nie potrafisz jeździć tak szybko jak ja. 

- Tyle że tutaj nie o szybką jazdę, a o szybkie myślenie chodzi - skontrował go mnich, nawet nie mrugnąwszy okiem. - Będę miał glejt, który pozwoli nam przekraczać granice. I wszyscy mnie tam znają. Nawet imperialni pomogą, jeśli ich o to poproszę.

Taka argumentacja przekonała Brzytew. Jeśli okoliczności wymusiłyby podróż do Imperium Rega, obecność Goezzego mogłaby się okazać bezcenna. Milczeniem wyraził zgodę na współdziałanie. Zresztą nic innego nie mógł zrobić w takiej sytuacji. Rozkaz był rozkazem.

Pożegnał doradcę i podszedł do drzwi. Nim opuścił komnatę, do jego uszu dotarło kolejne pytanie:

- Na śmierć zapomniałem. Czy udało ci się dowiedzieć, jak martwica znalazła się na bagnach?

- Powiedziała, że z plaży porwał ją wielki czarny ptak.

- Nigdy nie słyszałem o tak wielkim ptaku - zdziwił się uczony. - A może coś jej się pomyliło?

- Może i tak.

Golimistrz postanowił nie ujawniać opinii pustelnika, tym bardziej że sprawę syreny uznawał za zamkniętą. Chciał szybko opuścić basztę, aby zaraz potem otworzyć swój zakład. Przez dwa dni nikogo nie obsłużył, więc spodziewał się dziś istnego najazdu klientów. Skinąwszy głową, zniknął za drzwiami.

Po jego wyjściu Goezze zamyślił się. Z jednej strony wypadałoby oddać Brzytew pod katowski topór, ale z drugiej szanował jego poświęcenie i upór oraz przebiegłość, a wszystko tylko po to, żeby uratować nieznaną mu istotę. Doradca doszedł do wniosku, że dotkliwe karanie człowieka za szlachetność byłoby większą zbrodnią niż płonący wóz siejący grozę w szeregach Imperium.

- Spryciarz. - Zaśmiał się w głos, wyobrażając sobie żołdaków uciekających w popłochu przed rozwścieczonym wołem. Jednak po chwili zmarkotniał, przypomniawszy sobie jeden istotny fakt w historii Golimistrza. - Nawet nie wiesz, coś najlepszego uczynił, naiwniaku. Kiedyś będę musiał ci o tym powiedzieć.

*

Światło gwiazd i błyszczący księżyc niczym miejskie latarnie odbijały się od gładkiej powierzchni wody. Dokoła panowała niemal całkowita cisza, w którą wpasowała się idealna flauta na morzu.

Długowłosa głowa wynurzyła się ponad taflę. Lustrując wzrokiem plażę i nieustannie węsząc, zbliżała się do brzegu. Wydostawszy się na piach, syrena pełzła dalej, aż znalazła właściwe miejsce tuż przy wydmach. Nie szczędząc paznokci, zaczęła kopać z ogromną werwą, jakby szukała ukrytego skarbu. Kiedy powstała dziura głęboka na dwa łokcie, schowała w niej część rybiego ogona. Jej twarz wykrzywił grymas bólu i determinacji zarazem. Zamknęła oczy. Sapiąc oraz ciężko dysząc, raz po raz zaciskała zęby i parła, a jej ciałem wstrząsały konwulsje. Wreszcie krzyknęła, po czym wyczerpana runęła głową prosto w usypaną górkę piachu. Po krótkim odpoczynku zebrała się i wypełzła z jamy. Spojrzała z zachwytem na owalny kształt. Nie mając czasu na dłuższą ekscytację, zaczęła zawalać dół.

Wielkie jajo wkrótce zniknęło całkowicie przysypane.

A zmęczona i jednocześnie szczęśliwa Dineh ruszyła w drogę powrotną, by po chwili zanurzyć się w morskiej głębi.

Kiedy zwierzyna staje się myśliwym

Towarzyszyło im dwóch zamkowych zbrojnych poruszających się nieco z tyłu. Jadąc na klaczy białej jak śnieg, Goezze zdecydowanie się wyróżniał na tle pozostałych jeźdźców dosiadających koni o znacznie ciemniejszym umaszczeniu. Podróż zajęła im więcej czasu niż powinna, co w żaden sposób nie dziwiło Brzytew, a najwyżej poważnie frustrowało. Jak ktoś nie potrafi zmusić konia nawet do kłusu, to nie dziwota, dumał niepocieszony, nie mogąc uwolnić się od myśli, że wspólna misja z doradcą to nie najlepszy pomysł.

Dojeżdżali do posterunku usytuowanego tuż przy końcu traktu. W tym punkcie straż kontrolowała przepływ taborów kupieckich podążających za granicę lub stamtąd przybywających. Posterunek nie imponował rozmiarem ani przepychem. Parterowy, zbity z sosnowych belek domek, do tego pokryty strzechą, przypominał bardziej siedzibę sołtysa niż wojskowy obiekt. Zaraz obok stała żelazna klatka służąca jako tymczasowe więzienie dla potencjalnych aresztantów. Podzielono ją za pomocą stalowych ścianek na trzy niewielkie cele. Aktualnie wszystkie z nich świeciły pustkami.

- W przyszłości może powstanie tutaj coś większego - tłumaczył Winfrid, kiedy zatrzymali się przed posterunkiem. - Na razie żołnierzom muszą wystarczyć namioty. Zresztą na zachodzie Królestwa zimy są łagodniejsze niż na wschodzie.

Golimistrz zeskoczył z wierzchowca, po czym obserwował przez moment, jak dwóch żołnierzy pomaga doradcy bezpiecznie zejść z siodła. Niby widział taki obrazek nie po raz pierwszy, ale za każdym razem jakoś tak przyjemnie bawiła go ta sytuacja. 

W drzwiach pojawił się umundurowany i nienagannie ogolony oficer. Brzytew natychmiast go rozpoznał.

- Kłaniam się dostojnemu gościowi - żołnierz zwrócił się do Goezzego. - Nie dalej jak dwa dni temu dostałem pismo o przybyciu waszej ekscelencji.

- Witaj, dowódco. Bradek Wytrzeszcz, prawda? - spytał doradca, a otrzymawszy w odpowiedzi potwierdzający ruch głowy, powrócił do konwersacji. - Długo tutaj nie zabawimy. Najpierw trzeba nam odpocząć, a potem zaczniemy działać.

- Ależ oczywiście. Zapraszam do środka. - Żołnierz wskazał ręką drzwi. - Luksusów u nas nie ma, ale coś smacznego się znajdzie. A waszą eskortą i końmi zajmą się moi ludzie.

Golimistrza nie zaskoczył przydomek dowódcy. Trudno kogoś o takiej aparycji nazwać inaczej. Z kolei Winfrid nie dawał nic po sobie poznać, lecz zapewne już zdążył połączyć oba fakty.

- A to mój pomocnik. - Doradca skierował wzrok na Golimistrza. - Będzie mi towarzyszył podczas przesłuchań.

Obaj mężczyźni wymienili grzecznościowe skinięcia głowami. Brzytew czuł na sobie przenikliwe spojrzenie i z miejsca zaczął kombinować, jak uciec od niewygodnych pytań, jeśli takowe miałyby paść. 

Budynek składał się z trzech pomieszczeń. Gospodarz wyjaśnił, że oprócz pokoju, gdzie podejmował interesantów, znajdowały się tam dwie sypialnie. Jedną zajmował on sam, a druga przypadała ewentualnym prominentnym gościom i nietrudno było się domyślić, kto miał w niej spędzić najbliższą noc.

Środek komnaty zajmowało kilka krzeseł oraz stół, a pod ścianą stała spora szafa zamknięta na kłódkę. Na blacie płonęło parę grubych świec, choć wciąż trwał jeszcze dzień. Dość prosty wystrój wnętrza dopełniał widok z jedynego okna absorbujący oczy szeregiem wozów ciągnących traktem.

Rozsiedli się na całkiem wygodnych krzesłach. Dowódca chętnie objaśniał rolę komnaty, informując, że podejmował w niej co ważniejszych kupców bądź poselstwa z zamku. Wspomniał też o kilku wizytach imperialnych i Hidenów, podczas których wspólnie omawiali zagadnienia związane z przejściem granicznym. Z zapałem opowiadał o toczącym się życiu i codziennych obowiązkach, jak również o trudnościach, z którymi był zmuszony się zmagać. Okazało się, że pełnił swoją służbę już trzeci rok, więc posiadał sporą wiedzę na temat kupiectwa oraz panującej przy moście sytuacji. Zdarzyło mu się kilkukrotnie przekraczać granicę i nieco zaznajomić ze zwyczajami panującymi w innych państwach. W jego głosie dało się wyczuć szczególne zainteresowanie krainą Hidenów.

Brzytew przyznał w duchu, że Bradek sprawiał wrażenie pierwszorzędnego gawędziarza i że całkiem przyjemnie się słuchało jego opowieści.

Wkrótce na stole wylądowała pieczona sarna oraz dzban hidenyjskiego wina. O ile sarnina była po prostu sarniną, o tyle sam trunek miło zaskoczył gości. Okazał się ucztą dla podniebienia. Rozkoszowali się nie tylko smakiem, ale też aromatem. Wino mamiło zmysły i zmuszało do poszukiwania w kielichach niezwykłych doznań.

- Dodają do win turnisz lub kren - powiedział dowódca. Domyśliwszy się, że wymienione nazwy niewiele mówią przybyszom, chętnie pociągnął dalej temat: - To takie ich przyprawy, które można znaleźć nie tylko w napojach, bo doprawiają nimi też jedzenie.

Uczony spojrzał wymownie na golibrodę, nie ukrywając swojego zaskoczenia.

- Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na mocniejsze trunki! - Brzytew rozwiał wszelkie wątpliwości. - Człowiek nie cielę, żeby pić tylko mleko.

Nie chciał w obecności kogoś dopiero co poznanego rozwijać tematu. Swego czasu przerwę w piciu alkoholu spowodowało tlące się wtedy jeszcze uczucie do Siminem. Mocne trunki przywoływały wspomnienia, które wolał zakopać głęboko w zakamarkach pamięci. Od kiedy jednak przestał o niej myśleć, sięgał niekiedy po coś mocniejszego, ale w kontrolowanych ilościach, i był to najczęściej kielich czerwonego wina przed snem.

Napełniali chętnie żołądki wybornym jadłem i trunkiem. Golimistrz nie żałował sobie wina, natomiast doradca męczył swój kielich bardzo długo, by w pewnej chwili poprosić o dzban wody.

-  Nie smakuje ekscelencji? - Wytrzeszcz wyglądał na przejętego. - Zaraz poślę po coś innego.

- Nie, nie. - Mnich zdecydowanie zaprzeczył. - Wino ma wręcz nieziemski smak. Tylko moja głowa jest zbyt słaba, jeśli chodzi o takie trunki. Jakbym wypił jeszcze jeden kielich, to spałbym ze dwa dni!

Gromki śmiech biesiadników podsumował wypowiedź Goezzego. Dowódca wyraźnie odetchnął z ulgą, co tylko potwierdzało, jak wielkie znaczenie miało dla niego zadowolenie gości z pobytu na posterunku.

- Zapewne dotarły do ekscelencji słuchy o płonącym wozie? - zapytał Bradek.

Golimistrz nie dał nic po sobie poznać, chowając twarz za wychylanym kielichem. Postanowił nie brać udziału w dyskusji, a tylko uważnie się jej przysłuchiwać.

- O tak. Miałem okazję przeczytać raport. Wydał mi się nieprecyzyjny. W zasadzie to nic w nim nie ma, poza oczywistym faktem, że wóz wjechał w imperialnych. Jak to wygląda z twojego punktu widzenia? Mów szczerze, bo jestem ciekaw, czego nie ma w papierach.

- Myślę, że jakiś kupiec zapomniał wygasić ognisko i zasnął, tym bardziej że to była późna noc. Wóz zajął się ogniem, przypalił zad wołowi i ten oszalał. A o reszcie to niewiele wiem, bo wszystko działo się po drugiej stronie. - Wskazał głową kierunek. - Słyszeliśmy później od kupców, że jakowyś wierzchowiec gnał w głąb królestwa na złamanie karku. Zakładam, że to ów nieszczęśnik uciekł w popłochu, jak dotarło do niego, co się stało.

- Interesująca teoria - pochwalił go Winfrid, co przedmówca odebrał jako nielichy komplement. - Wiadomo, jak wyglądał uciekinier?

- Ale gdzie tam - odparł Bradek z rezygnacją. - Za ciemno było. Jak przesłuchiwałem kupców, to jeden mówił, że jeździec był wysoki i bez brody, a drugi, że mały i z brodą. Zwariować szło! A miałem tu istne piekło, bo ci dwaj, co z nimi gadałem, to byli na dodatek bracia.

- A co takiego się stało? - Nie do końca było jasnym, czy doradca trochę podpuszcza żołnierza, czy też naprawdę interesowały go historyjki, którymi Wytrzeszcz sypał jak z rękawa. - Trzeba przyznać, że umiesz rozbudzać ciekawość.

- No, to było tak. Przesłuchiwałem ich. I każdy widział coś innego, rzecz jasna. Ich historie w niczym się nie zgadzały. Ledwie jeden zaczął gadać, to już drugi go przekrzykiwał. I tak w kółko. Nagle zaczęli mi się kłócić i wyzywać od różnych psubratów. Chciałem ich uspokoić, ale nawet na mnie nie spojrzeli. A potem, łup! Okładają mi się tu po mordach, skaczą po stole, walają po podłodze. Ledwo udało się potem plamy krwi doszorować. Czterech zbrojnych nie mogło ich rozdzielić, tak się za bary wzięli. Takie to koguty! Dopiero jak moi napięli łuki, to tym dwóm durniom ochota do bitki przeszła.

Golimistrz nie wytrzymał. Parsknął, prawie zadławiając się winem. Wtórował mu Winfrid, trzymając się za obwisły brzuch. Jeszcze bardziej rozbawił ich komentarz dowódcy, gdyż, jak się miało okazać, wcale nie żartował:

- Może i moje gadanie brzmi śmiesznie, ale mnie wcale do śmiechu nie było. Zamknąłem ich do klatki, to przez pół dnia ryje na siebie darli. A co krzyczeli, to aż boję się powtórzyć w obecności tak zacnych gości.

- I jak to się skończyło? - włączył się do dyskusji Brzytew, usiłując zachować powagę.

- Potrzymałem ich cały dzień, aż zachrypli od tych wrzasków. A wieczorem dałem po kopie w rzyć i pogoniłem w diabły. - Machnął z rezygnacją ręką. - Widziałem ich nazajutrz, jak pojechali wozem na most. U Hidenów siedzą pewnie teraz.

Rozmowa się urwała. Przez uchylone okno wpadało turkotanie wozów mijających posterunek oraz głosy żołnierzy i kupców. Gdzieś w oddali zaszczekał pies, prawdopodobnie zabrany do taboru jako dodatkowa ochrona, a w to wszystko wplątywały się odgłosy kopyt uderzających o trakt i rżenie koni.

- Chciałbym zapytać teraz o zniknięcia - przerwał niezręczną ciszę głos doradcy. - Co o tym wiesz?

- Tajemnicza to sprawa. - Bradek westchnął ciężko, odstawiając kielich na blat. - Za dużo nie powiem, bo mało wiem. Miesiąc temu zniknęło dwóch naszych. Myślałem na początku, że dezercja. No, a dwie niedziele temu następnego licho zabrało. Dobre to były chłopaki.

Pociągnąwszy z dzbana kilka łyków wina, otarł usta wierzchem dłoni, po czym kontynuował:

- No i jeszcze potem znaleźliśmy dwa puste wozy kupieckie. A kiedy dowódca imperialnych zaczął mieć pretensje, że się ludzi nie może doliczyć, to już miałem pewność co do moich przypuszczeń.

- Po kolei. - Goezze chciał uporządkować fakty. Oparł się łokciami o stół i spokojnym tonem polecił: - Opowiedz ze szczegółami o dwóch pierwszych wojach.

Wytrzeszcz zamyślił się, próbując odnaleźć w pamięci wszystkie istotne detale dotyczące najwcześniejszych zniknięć.

- O jakąś godzinę marszu stąd jest oberża - rozpoczął po krótkiej pauzie, zaglądając w pusty kielich. - Byłem tam ze dwa razy, bo dobre żarcie mają, a i piwo warzą mocne. Wiem, że moi ludzie w wolnym czasie tam chodzą. Po tych pierwszych ślad zaginął właśnie w drodze do oberży. Tylko że wtedy śledztwa nie było. Mało to wojów daje drapaka z armii? Prędzej czy później i tak wpadają w ręce straży i kończą na szubienicy.

- A jak było z ostatnim? - dopytywał mnich. - Też tam szedł?

Dowódca pokręcił przecząco głową. Mówił, że według jego wiedzy żołnierze na polanie rozpalili ognisko i piekli mięsiwo. Mając wolny wieczór, do jadła chętnie kosztowali pitnych miodów, więc wkrótce trochę im we łbach zaszumiało. Któryś rzucił kilka słów o braku towarzystwa kobiet, a pozostali szybko podchwycili temat. Po krótkiej dyskusji oddelegowali dwóch towarzyszy na poszukiwanie pań.

- Ten, co przeżył, opowiadał mi, że szli do mostu, bo tam największy wybór - kontynuował. - O każdej porze znajdą się chętne na zarobek, a to już przecież była ciemna noc. I tak szli, jeden za drugim, aż ten, co szedł przodem, usłyszał za sobą hałas. Jak się odwrócił, to po kompanie nie pozostał nawet ślad... - zamilkł.

- I nic nie widział? - Goezze trochę powątpiewał w realizm historii. - Przecież ludzie nie znikają ot tak.

- Mówił, że najpierw usłyszał jakby świst, a potem ciche krztuszenie się, prawdopodobnie swojego towarzysza. A kiedy się odwrócił, to zobaczył w ciemności ogromny ciemny kształt, który szybko się oddalił. I tyle. - Żołnierz na moment przestał mówić. Westchnąwszy ciężko, dodał: - Pamiętam, że przybiegł na posterunek spocony jak mysz i nie mógł słowa wydusić. Jak już wreszcie powiedział, co się zdarzyło, ruszyliśmy na poszukiwania. Przeczesywaliśmy teren do rana, a potem cały dzień. Nic nie znaleźliśmy.

- Ciemny duży kształt... niedźwiedź? - wtrącił milczący od dłuższego czasu Brzytew.

- Jeżeli niedźwiedź, to miał coś nie tak z łapami - odrzekł zagadkowo Wytrzeszcz, a widząc zdziwienie na twarzach gości, pospiesznie doprecyzował: - Ślady były dziwne. Ni to pies, ni wydra. I urywały się nagle przy trakcie.

- Mam jeszcze jedno pytanie - powiedział Golimistrz. Zerkając kątem oka na doradcę, doszedł do wniosku, że biesiada dobiega końca. - Czy wozy kupieckie zostały obrabowane?

- Może i coś zginęło, ale na pewno nie towary, bo były nietknięte.

A więc jeśli coś ukradziono, to ewentualnie monety albo kosztowności, wykoncypował Brzytew i zlecił dowódcy, patrząc mu prosto w oczy: 

- Na jutro zaznacz na mapie miejsca, gdzie zaginęli kupcy i żołnierze.

- Dobrze, tak zrobię - przytaknął trochę zdezorientowany Bradek, ponieważ spodziewał się poleceń ze strony królewskiego doradcy.

Goezze wstał od stołu, przez chwilę łapiąc równowagę. Tak się zasłuchał w wyjaśnienia dowódcy, że z przyjemnością wychylił drugi kielich wina i efekty tego były aż nadto widoczne.

- Czas nam na spoczynek - zdecydował. - Rano wyruszymy do Imperium.

Golimistrz zerknął za okno. Ani się spostrzegł, kiedy na zewnątrz zapadła noc. Kiwnął głową na znak zgody i podniósł tyłek z krzesła.

- Ależ oczywiście, wasza ekscelencjo. - Bradek począł miotać się po komnacie, jakby jego życie zależało od wygody gościa. - Wasze łóżko jest przygotowane. Chętnie też odstąpię swój pokój pomocnikowi ekscelencji.

- Nie ma takiej potrzeby - odpowiedział spokojnie Brzytew. - Spędzę noc w namiocie z żołnierzami. To mi przypomni stare czasy wojaczki. - Uśmiechnął się pod nosem, po czym wlał w siebie resztę wina zalegającego na dnie kielicha.

*

Maszerowali do właściwego namiotu, gdzie wcześniej spoczęła zamkowa obstawa. Wytrzeszcz szedł przodem i, dzierżąc w ręku pochodnię, wskazywał odpowiednią ścieżkę prowadzącą do celu.

- Byłeś żołnierzem? - spytał, nie odwracając głowy.

- Tak. Od dwóch lat w cywilu.

- Mówią, że wojem jest się przez całe życie. Że nie da się tego zostawić.

- Ja zostawiłem i mam się całkiem dobrze.

Bradek nagle odwrócił się na pięcie i powiedział spokojnie, nie podnosząc głosu nawet odrobinę:

- Pamiętam cię. Handlarz rybami, nieprawdaż?

- Tak, to ja. - Golimistrz nie próbował zaprzeczać. Jego palce spoczęły na ukrytej brzytwie. Powoli ją otworzył, delikatnie muskając opuszkami ostrze. Była ostra jak zawsze.

- Nic do ciebie nie mam, poza szacunkiem. - Jego postawa nie zdradzała ani krzty strachu. Sprawiał wrażenie gotowego na twarde negocjacje. - Wystrychnąłeś na dudka imperialnych i mnie, choć ubity wół od początku nie dawał mi spokoju. Brak beczki na wozie mnie zmylił. Nietrudno zauważyć, że jesteś kimś ważnym, a ja nie jestem aż taki głupi, żeby z tobą zadzierać. Mówię ci o tym, bo nie lubię udawać.

- Zamieniam się w słuch. Co proponujesz w związku z tym?

- Słowo oficera, że zachowam dla siebie to, co wiem.

Stali naprzeciwko siebie w milczeniu. Mierzyli się wzrokiem niczym dwa drapieżniki przed walką o przywództwo w stadzie, choć każdym z nich kierowały inne przesłanki. Patrzyli sobie prosto w oczy, chcąc w nich znaleźć choć odrobinę zwątpienia. Nie znaleźli.

- Który to namiot? - zapytał pozornie beztrosko Brzytew, nie odrywając oczu od rozmówcy.

- Ten - odpowiedział Wytrzeszcz w podobnym tonie i, ledwie dostrzegalnym ruchem głowy, wskazał właściwy kierunek.

*

Jechali tak wolno, że Golimistrz zaczął sobie pogwizdywać, żeby nie umrzeć z nudów. Doradca podskakiwał w siodle, a jego twarz mieniła się kolorami niczym kameleon dopasowujący barwę skóry do zmiennego otoczenia. Wieczór poprzedzający wyjazd pozostawił ślad na jego obliczu, a przede wszystkim uciskał żołądek oraz rozsadzał czaszkę od wewnątrz. Dość powiedzieć, że Goezze odmówił śniadania, choć brakiem apetytu nigdy nie grzeszył, a jedyne, co był w stanie przełknąć, to woda, którą łapczywie chłeptał z bukłaka. Znajdowali się zaledwie kilka kroków od drogi dzielącej ich od Imperium, gdy uczony, z trudem artykułując słowa, ni z tego, ni z owego wypalił: 

- Na moją prośbę Wytrzeszcz poleci ze stanowiska. I pewnie wyślą go daleko stąd.

- Dlaczego? - zdziwił się Golimistrz i rzucił sarkazmem: - Z powodu kaca?

- Żarty na bok! - obruszył się mnich. - On piastuje poważne stanowisko. Kupiec, który nie zgasił ogniska?! Co to za pomysł? Taki człowiek nie może dowodzić wojakami na granicy. - Prychnął z wyraźnym zniechęceniem.

- Mylisz się co do niego.

Brzytew pokrótce streścił nocną rozmowę. Powiedzieć, że doradcę zaskoczyło to, co usłyszał, to nic nie powiedzieć. Z niemałym wysiłkiem mielił w głowie wyjaśnienia Golimistrza, by wreszcie się odezwać: 

- Wierzysz mu?

- Tak. Wiem, że dotrzyma słowa. Trochę ze strachu, trochę z powodu danego słowa, ale dotrzyma.

- Skoro tak, to zapominamy o moim postanowieniu - skonkludował mnich, sięgając po raz kolejny po bukłak. - A tak w ogóle, to zaskoczył mnie twój powrót do picia mocniejszych trunków.

- Zauważyłem. Cóż, praca dla króla potrafi zszargać nerwy. Czasem życie bez miodów bywa trudne do przyjęcia - odrzekł półprawdą, postanawiając sprawę zranionych uczuć zostawić wyłącznie dla siebie.

Goezze pewnie w innym czasie by się z nim zgodził, ale w tej chwili miał odrębne zdanie w tej sprawie. Jednak kondycja nie pozwalała mu na toczenie sporu, więc w odpowiedzi tylko parsknął i podjął kolejną próbę nawilżenia potwornej suchości w gardle. Już nawet nie uwiesił na powrót bukłaka przy siodle, zaciskając na nim dłoń niczym na drogocennym skarbie.

Dotarli do przejścia granicznego. Okazawszy królewski glejt, bez kłopotu przedostali się na teren sąsiada, kierowani wskazówkami imperialnej straży.

*

Strażnica prezentowała się lepiej niż jej odpowiednik po drugiej stronie drogi. Wydawała się trochę większa. Podstawę miała kamienną, a dach pokrywały czerwone dachówki. Reszta konstrukcji zbudowana została z drewna, a w ścianach duże okna, których czyste szyby odbijały słoneczny blask.

Goezze samotnie przekroczył próg posterunku. Jako jedyny z przyjezdnych posługiwał się tutejszym językiem, więc uznał obecność Brzytew podczas rozmowy za zbyteczną.

- Jeszcze jedną rzecz muszę załatwić - wyjaśniał, zanim zniknął za drzwiami. - Trzeba wreszcie uporać się ze sprawą płonącego wozu, bo nie można tego zostawić bez jakiejkolwiek reakcji z naszej strony.

Dwaj żołnierze wraz z Golimistrzem spoczęli pod wiatą. Radując się w milczeniu spokojem i ciepłem wiosennego słońca zawieszonego na bezchmurnym niebie, bez szemrania oczekiwali na powrót mnicha. Opodal wierzchowce skubały trawę, co rusz opędzając się ogonami od rojów natarczywych insektów, a nieco dalej stało kilku wojaków Imperium z uwagą obserwujących przybyszów.

Pobyt doradcy w strażnicy przeciągał się. Nie uszło uwadze Golimistrza, że królewscy jeźdźcy milczeli jak zaklęci, potwierdzając tym samym słowa Winfrida o wyborze szczególnie zdyscyplinowanych żołnierzy jako obstawy. Nie chciał narażać ich na niezadowolenie przełożonego, toteż bez żalu odpuścił początkową chęć nawiązania rozmowy. Zastanawiał się, co o nim myśleli. Golibroda w roli pomocnika królewskiego doradcy musiał być dla nich nie lada zaskoczeniem. A może przypuszczali, że golił codziennie łepetynę mnicha? A może po prostu mieli wszystko w rzyci i zupełnie obojętnie podchodzili do jego obecności? Dał spokój tym rozważaniom. Niczym kot na dachu wygrzewał ciało w promieniach słońca. Przymknąwszy oczy, obserwował dyskretnie okolicę, nie chcąc wzbudzić podejrzeń o zbytnią ciekawość. Prawie sama piechota, koni jest mało, wydedukował. Dość szybko zdał sobie sprawę, że ludzi pod bronią stacjonowało tutaj więcej niż na posterunku Królestwa. Uznał ten fakt za świadectwo braku zaufania wobec sąsiada, a może nawet dwóch sąsiadów, ponieważ nie należało zapominać o Hidenach. Zresztą nadmorska kraina istniała tylko z powodu wojen między Królestwem i Imperium Rega, sprytnie lawirując między zwaśnionymi państwami i wykorzystując ich wrogość wobec siebie. Nikt do tej pory nie najechał Hidenów tylko i wyłącznie z obawy przed wojną totalną, której nie dałoby się uniknąć. A taki konflikt przyniósłby więcej strat niż pożytku. I w ten sposób dwie największe potęgi regionu musiały uznać niepodległość słabszego militarnie kraju.

Drzwi strażnicy zaskrzypiały, stając otworem. Przed budynkiem pojawił się Goezze w towarzystwie imperialnego oficera. Zatrzymawszy się za progiem, rozmawiali o czymś, kiwając głowami i żywo gestykulując. Wreszcie podali sobie ręce, po czym doradca ruszył w kierunku wiaty.

- Możemy wracać - zakomunikował. - Wy dwaj, pomóżcie mi wsiąść na konia.

*

Posuwali się traktem w milczeniu. Winfrid bez przerwy ocierał pot z twarzy, tylko po to, aby po chwili znowu go ocierać. Ciekło z niego niczym z wyżymanej koszuli.

- Lepiej się czujesz? - zapytał Golimistrz, tym razem bez krzty kpiny w głosie.

- Tak, przynajmniej ten piekielny ból głowy minął. Teraz marzę o kąpieli, więc jedźmy na posterunek. A potem zastanowimy się, co dalej robić.

- Kąpiel to dobry pomysł. - Brzytew przyznał mu rację. - Sam za chwilę podjadę na brzeg Bamary i wskoczę do rzeki. Pogoda dopisuje, tylko woda pewnie jeszcze zimna jak diabli.

- Popływać w rzece...? - Mnich rozdziawił usta, jakby chciał połknąć wszystkie muchy latające wokół. - Jadę z tobą. - Po krótkim namyśle zmienił wcześniejszą decyzję. - To mnie szybciej postawi na nogi niż balia.

*

Nie napływali się zbyt długo, gdyż zgodnie z przypuszczeniami woda w rzece była lodowato zimna. Kąpiel bardziej przywodziła na myśl tarzanie się w śniegu niż zwyczajną ablucję. Niemniej jednak dopięli swego, co sprawiło im niemałą satysfakcję, a w szczególności Goezzemu, choćby dlatego, że wytrzymał dłużej od kamrata. Brzytew znał wyjaśnienie takiego stanu rzeczy, lecz ugryzłszy się w język, postanowił nie psuć mnichowi humoru lub nie wpędzić go w kompleksy. Szczęśliwy doradca zezwolił na kąpiel nawet straży przybocznej, z czego obaj żołdacy skwapliwie skorzystali.

Przez dłuższy czas leżeli potem na trawie i czekając, aż słonko osuszy ich mokrą skórę, wpatrywali się w błękit nieboskłonu. Ich uszu dochodziły głosy nawołujących się ptaków oraz szum nurtu rzeki wymieszany ze śmiechami kąpiących się wojaków.

- Jak obeschniemy, to przyjrzymy się miejscom na mapie, które oznaczył Wytrzeszcz - odezwał się Winfrid. - Poprosiłem o to samo dowódcę imperialnych. Zgodził się, choć bardzo niechętnie.

- Aż tak nam nie ufają?

- Po latach wojen brak zaufania po obu stronach jest czymś normalnym. A trudno je odbudować, kiedy ktoś wołem atakuje posterunek wojskowy.

Golimistrz zasępił się. Usłyszany komentarz zbił go z tropu, tym bardziej że zdawał sobie sprawę z jego słuszności.

- Ale nie martw się, wszystko zostało załatwione - pocieszył go mnich. Nie musiał nawet patrzeć w stronę towarzysza, doskonale zdając sobie sprawę, co w tej chwili musiał czuć. - Niestety, nie tylko koszt beczki zostanie ci potrącony z wynagrodzenia. Całą robotę przy moście zrobisz za darmo. A i tak powinieneś się cieszyć, bo mogło być znacznie gorzej.

- Cieszę się diabelnie - mruknął Brzytew w odpowiedzi, w ten sposób niejako zamykając klamrą temat płonącego wozu.

Nie wnikał, w jaki sposób Goezze rozwiązał bieżący problem, zdając sobie sprawę, że ewentualnymi pytaniami tylko pogorszyłby swoją i tak aktualnie nie najlepszą sytuację. Nigdy się nie dowiedział o sakiewce pełnej złotego kruszcu złożonej na ręce dowódcy strażnicy. Doradca uszczuplił królewski skarbiec, uznając to za jedyne rozsądne wyjście. I nie pomylił się. Złoto zupełnie odmieniło podejście imperialnego do sprawy, bo po przyjęciu zadośćuczynienia znacznie chętniej podjął rozmowę o zaginięciach, dzieląc się posiadaną w tej kwestii wiedzą oraz łatwo puszczając w niepamięć żołnierzy rannych w wyniku nocnej szarży woła, jak i tych pobitych przez niezidentyfikowanego napastnika. Nie po raz pierwszy pełna sakiewka potrafiła zdziałać więcej niż dyplomatyczna gadka oficjalnej delegacji lub groźby i wymachiwanie zaciśniętą pięścią.

Na powrót wdziali ubrania. Przykucnąwszy, Winfrid rozłożył na piasku mapę i pochylił się, studiując ją wzrokiem fragment po fragmencie. Wodził palcem po wybranych punktach, na głos przedstawiając nasuwające się wnioski i raz po raz z niezadowoleniem kręcąc głową. Wiedza zdobyta podczas rozmów wciąż wydawała się zanadto skromna. Golimistrz przykucnął obok niego i w skupieniu słuchał wszystkich uwag, zerkając to na mówcę, to na plan okolicy.

- Mapa niewiele pomaga - bąknął rozczarowany doradca. - Spójrz tylko. Miejsca zniknięć nie mają ze sobą nic wspólnego. Ludzie znikali i tutaj, i tu, a potem tutaj. - Uderzał energicznie palcem w papier.

- Rzeczywiście, dość rozległy teren - przyznał mu rację Golimistrz. - Skupmy się na tym, co wiemy do tej pory. A wiemy, że jakieś zwierzę porywa nocą ludzi. Można śmiało założyć, że wcześniej ich zabija. Wiele wskazuje, że to jednak niedźwiedź, a raczej niedźwiedzica, która ma młode gdzieś w okolicy.

- Mam wątpliwości, czy to niedźwiedź - odparł mnich, prostując obolałe plecy. - Sam słyszałeś o wyglądzie śladów. Imperialny powiedział mi, że zaginął im jeden wojak, a drugi tylko cudem się uratował, bo wskoczył do jakiegoś stawu i zanurkował. Kiedy zabrakło mu powietrza, to wypłynął, a po jego kamracie nie było śladu. I właśnie to ten drugi zeznał, że zaatakowało ich kilka bestii.

- Niedźwiedzie nie polują w stadach - stwierdził natychmiast Brzytew. - Wilki to też nie były, bo żrą na miejscu.

- Jest jeszcze coś. Imperialni poszli po śladach, bo chcieli wytropić to coś. Ślady zaprowadziły ich do traktu. Z tego wynika, że to coś żyje gdzieś w Królestwie.

- Być może, ale niekoniecznie, bo jak pamiętam, nasi też doszli do traktu. Zwierzęta chadzają swoimi drogami. Przecież gdzieś dalej mogły wrócić do Imperium. Zaraz, zaraz, poczekaj. - Coś zwróciło jego uwagę. - Imperialni byli dość daleko od strażnicy. Dlaczego?

- Też to zauważyłem. - Mnich przeniósł wzrok z mapy na rozmówcę. - I długo trwało, zanim ich dowódca zdradził mi sekret, bo nikt nie może o takich sprawach mówić przedstawicielowi obcego mocarstwa. Ale jako że Imperium też jest zainteresowane rozwikłaniem zagadki, to się co nieco dowiedziałem.

- Co takiego?

Goezze opowiedział o nocnej wyprawie imperialnych żołnierzy. Już od jakiegoś czasu na drugą stronę docierały wieści o karczmie leżącej gdzieś blisko granicy, ale na terytorium Królestwa. Dwaj wojacy zmówili się, żeby pod osłoną ciemności przedostać się niepostrzeżenie przez trakt i spędzić wolny wieczór przy kuflach piwa.

- To dlatego się oddalili - tłumaczył dalej. - Gdyby nie to wszystko, to pewnie by się im upiekło. A tak, ten co ocalał, spędzi teraz kilka lat w lochu albo w kompanii karnej.

- Mimo wszystko lepsze to niż karma dla zwierzyny - spuentował Brzytew i zastanowił się przez chwilę. - Może warto przesłuchać oberżystę?

- Nie sądzę, żeby to w czymś nam pomogło. Przecież nikt z zaginionych nawet nie dotarł do karczmy. - Przyglądał się przez chwilę minie interlokutora, po czym westchnął, wzruszając ramionami. - No, dobra. Chcesz, to jedź. Ja zostanę na posterunku. Na samą myśl o winie lub piwie robi mi się niedobrze. Zjem coś i pójdę wcześnie spać, a jutro pogadam z kupcami. Może coś wiedzą.

- Ja posilę się w oberży. - Golimistrz czuł ssanie w żołądku, więc obrany kierunek przypadł mu go gustu. A na samą myśl o kuflu świeżego piwa aż głośno przełknął ślinę. - Pora ruszać, bo słońce już nisko.

Ani się spostrzegli, jak szybko im zleciał czas. Wizyta po drugiej stronie granicy, a potem kąpiel oraz rozmowy o zebranych poszlakach dosłownie pochłonęły im cały dzień. Bez zbędnego ociągania ruszyli do wierzchowców.

*

Zmrok zapadał jakoś tak nadspodziewanie i dziwnie szybko. Golimistrz niespecjalnie się spieszył, ale wreszcie wbił Bezimiennemu pięty w bok, zauważywszy, że słońce zaczynało nurkować za horyzontem, ustępując miejsca księżycowi. Wcześniej zmitrężył trochę czasu na posterunku, czekając na odpowiednie pismo od dowódcy, dzięki któremu mógł unikać rutynowych kontroli lub zatrzymań. Wystarczyło pokazać glejt, aby bez przeszkód jechać dalej, choć jak do tej pory dokument się nie przydał. Brzytew poruszał się drogą udeptaną wzdłuż traktu Imperium, wcześniej otrzymawszy z ust Wytrzeszcza informację, że to najłatwiejszy sposób na odnalezienie karczmy. Żołnierz wspomniał też o skrócie, jednocześnie odradzając podróż tamtym szlakiem z racji podmokłego terenu. I już niebawem Golimistrz zauważył w oddali nieśmiało majaczące światła. Rychło w czas, ponieważ kiszki grały mu marsza w najlepsze. No, wreszcie ta cholerna oberża. Sądziłem, że już nigdy jej nie znajdę, pomyślał, kierując Bezimiennego w stronę jaśniejącego punktu.

Dotarł na miejsce. Ogień pochodni oświetlających wnętrze oberży docierał przez okno na tonące w półmroku gumno. Rozejrzawszy się z ciekawością po obejściu, Golimistrz pokiwał z uznaniem głową, widząc równiutko poukładane drewno i świeżo zamiecione podwórze, a także niewielką szopę wybudowaną zaraz obok karczmy. W ciemnościach jej wnętrza wyłowił wzrokiem konie, a znajome dźwięki potwierdziły przekonanie o trzymanych tam również świniach. Co prawda sam budynek zajazdu prezentował się raczej skromnie w porównaniu z zamkową oberżą, biorąc jednak pod uwagę jego położenie z dala od siedlisk ludzkich, trudno było oczekiwać przepychu. Choć na pewno nieco zaskakiwał brak szyldu, co zazwyczaj stanowiło nieodłączną oraz istotną część tego interesu.

Ledwie zeskoczył z wierzchowca, a jak na zawołanie otworzyły się drzwi. W progu stanął wąsaty grubas, swoją postacią całkowicie zasłaniając światło, próbujące bezskutecznie wydostać się na zewnątrz. Jego wielką głowę porastały krótko ostrzyżone włosy, sterczące niczym igły na grzbiecie jeża, a na ogromnym brzuchu zwisał brudny fartuch. No, właśnie tak powinien wyglądać karczmarz, myślał rozbawiony tym widokiem Golimistrz.

Obok oberżysty pojawił się chłopiec. Zatrzymawszy się pod pachą grubasa, wyłupiastymi oczami obserwował przybysza tak wnikliwie, jakby chciał go przejrzeć go na wskroś. Brzytew stwierdził, że jeśli dzieciak był synem karczmarza, to zupełny brak podobieństwa do rodziciela w ogóle na to nie wskazywał.

- Witam odważnego woja i do izby zapraszam - wyrecytował oberżysta i skłonił się lekko. Prawdopodobnie nawet gdyby chciał ukłonić się niżej, jego tusza nie pozwoliłaby na to. - Jestem właścicielem tego zajazdu, a zwą mnie Daliżreć.

- Dobry wieczór, Dali... - zawahał się - żreciu. Chętnie coś wrzucę na ząb, bo w żołądku mam pustkę nie do opisania. Masz ty może jakieś dobre piwo?

- A jakże, mam! Co to za karczma by bez piwa była? - obruszył się grubas. - Sam je robię i każdy w okolicy trzech granic powie, że moje piwo najlepsze.

- Dobra, chętnie skosztuję i ocenię. A, i jeszcze koniem trzeba się zająć.

Przypomniał sobie o szabli uwieszonej przy siodle i postanowił zabrać ją ze sobą. Nie znał tutaj nikogo, a jeśli ktoś postanowiłby odjechać z jego orężem, na próżno byłoby go szukać. A za takie ostrze można dostać niemało czerwonych.

- Zaraz się go odprowadzi do szopki, jakieś miejsce się tam na pewno znajdzie - odrzekł karczmarz, po czym zwrócił się do chłopca: - Smugar, zaprowadź konia i nałóż obroku do koryta. Tylko szybko, bo w kuchni dużo roboty.

- Któż to jest ten Smugar? Twój parobek? - spytał Brzytew, wchodząc za oberżystą do przybytku.

- A jaki tam parobek? - żachnął się karczmarz. - Toż to mój syn. Ja ubogi gospodarz jestem, nie mam na zbyciu czerwonych na pomocników żadnych.

- Nie chciałem cię urazić. - Golibroda zrozumiał swój nietakt. - Dużo sierot po kraju się pałęta i roboty szuka.

- To prawda. Jeszcze niedawno wojna za wojną. Dobrze, że teraz pokój wreszcie nastał - podsumował i dodał: - Ja karczmę z żoną prowadzę, Wszebora jej na imię. A i syna pomoc czasem się przydaje.

Zamilkł na moment. Najwyraźniej dotarło do niego, że przybysza należy nakarmić czymś innym niż tylko historiami o rodzinnych koneksjach.

- Ale co ja tak gadam i gadam - skarcił siebie, lecz raczej nieszczerze i wyłącznie na pokaz. - Zapraszam do stołu i zaraz podam kufel piwa. A później jakieś smaczne jadło.

W jadalni nie przebywało wielu klientów. Tylko przy jednym ze stołów siedziało dwóch mężczyzn, a ich ubiór jednoznacznie informował o przynależności do królewskiej jazdy. Natychmiast przerwali prowadzoną dyskusję, zobaczywszy Daliżrecia w towarzystwie kolejnego gościa. Muszą być z posterunku albo z daleka, bo w okolicy nie ma innych koszar, wydedukował Golimistrz i skinął głową na przywitanie. Odpowiedzieli mu podobnymi kiwnięciami, ale trochę nieśmiało, jakoś tak nieufnie. Po krótkim namyśle zrozumiał motyw takiego, a nie innego zachowania. Nie mając na sobie żadnych dystynkcji wojskowych, mógł im wydać się podejrzany, tym bardziej że swoją atletyczną sylwetką nie przywodził na myśl kogoś zajmującego się kupiectwem, a szabla u boku dodatkowo potęgowała rezerwę. Mieli prawo sobie pomyśleć, że był najemnikiem służącym temu, kto więcej zapłaci. A takich żołnierze nie darzyli ani szacunkiem, ani zaufaniem.

Zasiadłszy samotnie przy stole, rozejrzał się wokół.

Oberża nie wyglądała jak inne obskurne i brudne miejsca oczekujące na klientelę przy traktach. Jej wnętrze prezentowało się nad wyraz korzystnie i zachęcająco. Na ścianach wisiały ozdobne kobierce, a nad wejściem ogromny niedźwiedzi łeb. Deski świeżo umytej podłogi lśniły czystością. Równie schludnie prezentował się blat, przy którym rozgościł się Golimistrz.

Drugi stół wyglądał już znacznie gorzej. Walały się na nim pozostałości po obfitym posiłku, a z mis sterczały wieprzowe kości upaćkane w kaszy. Pod spodem niejeden głodny wędrowiec mógłby napchać żołądek resztkami zrzuconego tam pożywienia. Jednak winą za taki stan rzeczy należało obarczyć raczej dwóch biesiadników niż właściciela karczmy.

Zbrojni popijali w milczeniu piwo z pokaźnych drewnianych kufli. Spoglądając co rusz ukradkiem na Brzytew, szeptali coś do siebie, ale co, tego Brzytew nie mógł zrozumieć.

- Całkiem ładnie tu u ciebie, Daliżreć - powiedział, kiedy grubas stawiał przed nim kufel. - Masz ty jaką nazwę na swoją oberżę? Jak znów kiedyś będę w okolicy, to chętnie zapytam o to miejsce.

- Nazwy nijakiej nie mam. Ale jak się zapyta o oberżę przy moście, to każdy nas wskaże - wyjaśnił, szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. - Konkurenta żadnego nie widać, póki co. I dobrze!

W głębi jadalni ulepiono gliniane palenisko. Nad nim dyndał ogromny kocioł, a ściany wokoło oblepiały półki, na których gromadziła się cała gama mniejszych garnków, mis i dzbanów w towarzystwie chochli oraz łych. Pośród tego wszystkiego stała pulchna niewiasta z twarzą ozdobioną rumieńcami oraz z zaplecionym, sięgającym prawie do kolan warkoczem. Uwijała się jak w ukropie, choć obiektywnie trzeba było przyznać, że żar bijący od paleniska jak najbardziej przywodził na myśl właśnie ukrop.

Brzytew spróbował piwa, powoli wlewając w siebie złocisty płyn. I rzeczywiście, opinie o trunku nie mijały się z prawdą, gdyż smakował ponadprzeciętnie dobrze. Parsknął z zadowoleniem i pokiwał głową, dając wyraz swojemu uznaniu.

- Oto i chrupiąca goloneczka, sławna w okolicy tak samo jak moje piwo. - Oberżysta przyniósł michę wypełnioną jadłem. - A do tego pajda świeżutkiego chleba miodowego.

Zapach potrawy prawie uniósł głodnego Brzytew w powietrze. Wciągnął nosem kuszącą woń, będąc bliskim zawrotów głowy. Przełknął ślinę tak głośno, że aż zagłuszył na chwilę nie tylko głosy żołdaków, ale nawet, brzmiący jak kaszel suchotnika, śmiech Wszebory i dobiegające gdzieś z podwórza miauczenie kotki spragnionej miłości jakiegokolwiek kocura. Dobrawszy się do michy, pochłaniał kolejne porcje ociekającej tłuszczem wieprzowiny niczym skazaniec głodzony tygodniami w kazamatach. Na przemian mlaskał ze smakiem i cmokał z podziwu, raz po raz zanurzając zęby w pieczystym. Zwolnił tempo dopiero, gdy do jego brzucha powędrowała mniej więcej połowa golonki, po czym wychylił do dna zawartość kufla. Jakoś udało mu się, choć z niemałym trudem, powstrzymać beknięcie. Wytarł ręką zatłuszczoną twarz.

- Daliżreć, jeszcze jeden kufel! - zakrzyknął z entuzjazmem.

Ani się obejrzał, gdy jego zamówienie uderzyło o blat. Zdumiony uniósł wzrok, wlepiając gały w gospodarza uśmiechającego się ciągle w ten sam nienaturalny sposób. Jak taki grubas może być tak szybki? Chyba piwo jest mocniejsze niż myślałem, bo czas jakoś inaczej płynie, zamyślił się i zaproponował, przesuwając wolny zydel: 

- Siadaj na chwilę przy stole. Muszę cię o coś zapytać.

Oberżysta spełnił prośbę brzmiącą prawie jak polecenie. Zydel praktycznie zniknął pod cielskiem, jakby chowając się w wielkim odbycie.

- A w czym mogę pomóc? - Spojrzał zaskoczony na Golimistrza. - Bo dziewkami się nie zajmuję, ale znam tego i owego.

- Nie o dziewkę mi chodzi - zaprzeczył Brzytew stanowczo. - Słyszałeś coś ciekawego o zaginięciach kupców i wojaków?

- O zaginięciach? Jakich zaginięciach? My tu na uboczu żyjemy i nie wiemy, co się w świecie wyrabia.

Brzytew na chwilę zaniemówił. Nie dał nic po sobie poznać, choć w środku aż się zagotował. Nastawił uszu, spodziewając się jakichś interesujących informacji, a otrzymał zdziwioną minę rozmówcy połączoną z nie mniej zaskakującą odpowiedzią.

- Chyba mi nie powiesz, że nikt w oberży o tym nie gadał? - zapytał opanowanym tonem. - A ty co? Nigdy zagrody nie opuszczasz?

- Goście może i coś tam gadają, ale ja nie podsłuchuję. Mam poszanowanie dla prywatnych spraw. A zagrody nie opuszczam, bo i po co? Ja tu wszystko do życia mam. Jedzenie, picie i babę do łupania. - Wyliczył na palcach, po czym wstał od stołu i rzucił na odchodnym: - Nie wiem nic o żadnych kupcach.

- No, dobra. Przynieś jeszcze jedno piwo - rzekł Brzytew, zauważywszy, że zdążył już prawie opróżnić kolejny kufel. - A i tym dwóm wojom po piwie ode mnie! - krzyknął. Tłuścioch palcem robiony z jakiegoś powodu łże jak najęty. Jutro wrócę tutaj z Goezzem i żołnierzami, to się z nim pogada. Teraz nie pora na rozróbę, koncypował, odprowadzając wzrokiem karczmarza.

- To może, kamracie, usiądziesz przy naszym stole? - zaprosił podchmielonym głosem jeden ze zbrojnych, wyrywając Golimistrza z zadumy. Bez przerwy podkręcał w palcach wąsa równie czarnego jak jego bujna czupryna i patrzył spode łba na adresata jego słów. - Jeśli fundujesz nam piwo, to warto poznać się bliżej.

Brzytew przez chwilę klął w myślach swój niewyparzony jęzor, który zawsze dawał o sobie znać przy popijaniu czegoś mocniejszego. Trzeba było zamówić dzban mleka, pomyślał niepocieszony takim obrotem sprawy. Mając w planach spędzenie wieczoru zupełnie anonimowo, nie pragnął zawierać nowych znajomości. Początkowo chciał odmówić, ale szybko zdał sobie sprawę, że mogłoby to zostać odebrane jako spory afront. A okazanie braku szacunku podchmielonym żołdakom to proszenie się o awanturę.

- Chętnie do was dołączę. - Przystawszy na propozycję, chwycił w ręce kufel oraz miskę z niedojedzoną golonką. Nie spieszył się, bo w drodze kombinował, jak szybko zakończyć posiedzenie z wojakami, żeby móc udać się w drogę powrotną do strażnicy.

- Siadaj, kamracie, na miejscu Kespera. - Drugi z wojaków, ryży niczym lis i o aparycji podobnej do wspomnianego kurojada, wskazał mu dłonią jedyny wolny zydel. - Gamoń poszedł za potrzebą. Chyba go to tutejsze licho porwało, bo tak długo nie wraca.

- Eeee tam, licho porwało - mruknął jego towarzysz. - Sraczkę ma i tyle. Nie widziałeś, jaki się zrobił zielony na gębie, zanim wyszedł?

- O tak. Gnał do drzwi, jakby go jaki upiór gonił. - Ten pierwszy zaśmiał się złośliwie i spojrzał na Brzytew. - Jak cię zwą, dobrodzieju?

Miał zawsze przygotowanych kilka imion oraz przydomków na takie okazje. Wystarczyło tylko wybrać jedno z nich i kłopot miałby z głowy. Otworzył usta, żeby się przedstawić, gdy nagle usłyszał za sobą głos: 

- Ja jordolę. Nigdy więcej zadnych susonych ryb. Chyba cały zołądek zostawiłem w wychodku.

- Niemożliwe - szepnął Golimistrz i natychmiast spojrzał za siebie. - Kesper! Kesper Gnot!

- Bzytew!

Ruszyli ku sobie, po czym wyściskali się serdecznie na środku pomieszczenia ku ogromnemu zaskoczeniu żołnierzy i znacznie mniejszemu karczmarza oraz jego żony, którzy nawet nie zwrócili uwagi na radosne przywitanie, coś po cichu radząc na boku.

- Co za spotkanie! - cieszył się Kesper. - A widzę, ze już poznałeś moich towazysy. - Wskazał palcem o kogo mu chodziło.

- Dopiero co się dosiadłem, nawet nie zdążyłem się przedstawić.

- To ja was sobie psedstawię. To jest mój psyjaciel Bzytew, a to jest Kręciwąs i Mordaj. Razem słuzymy w konnej.

Golimistrz przydźwigał zydel od sąsiedniego stołu i ponownie przyłączył się do biesiadników, tym razem już znając ich imiona. Zastanawiał się przez chwilę, czy po takiej prezentacji będą w stanie poprawnie wymówić jego przydomek. Czas pokazał, że podobnie jak on, nie najgorzej radzili sobie z seplenieniem Gnota.

- A skąd to się znacie? - spytał żywo zainteresowany Mordaj.

- Razem na granicy wojowaliśmy - wyjaśnił Kesper.

- Czyli też wojak?

- Już nie. Jestem teraz zamkowym golibrodą. - Mając w pamięci swoje nieroztropne zachowanie sprzed chwili, wolno cedził słowo po słowie. Nawałnica pytań była mu nie na rękę, więc po namyśle dopowiedział: - Odprowadziłem znajomego kupca do granicy, a głód przywiódł mnie tutaj.

Nie czekając ani nie pytając nikogo o zdanie, Gnot wbił się w rozmowę niczym strzała w kark sarny i począł gadać jak najęty. Opowiadając wybrane zdarzenia, przeskakiwał z historyjek o wspólnej służbie z Golimistrzem na czasy obecne, a potem znowu wracał do przeszłości. I tak w kółko. Dość powiedzieć, że mniej więcej po kuflu piwa na głowę i połowie następnego biesiadnicy poczuli niemałe znużenie gawędzeniem kamrata. Wszyscy niby kiwali ze zrozumieniem głowami, ale tak naprawdę każdy zaczął się gubić w chaotycznie prowadzonej narracji. Nie inaczej rzecz miała się z Brzytew, choć zaciekawił go fragment traktujący o porzuceniu piechoty na rzecz królewskiej jazdy. Wyczytawszy pytanie w jego twarzy, Kesper wyłuszczył w swoim stylu, że miał dość biegania na własnych nogach, więc postanowił używać do tego końskich. I tak pewnie mówiłby o wszystkim i niczym bez końca, gdyby w porę nie nadeszła interwencja Golimistrza.

- Słyszeliście o zniknięciach kupców? - rzucił pytanie, wykorzystując chwilowe zasapanie się przedmówcy. - Dowiedziałem się o tym dziś przy granicy. Dziwne, bo w zamku o tym cisza.

- A pewnie, że słyszeliśmy. - Kręciwąs wyraźnie się ożywił. - Mówią, że niedaleko stąd znaleziono ślady bestii jakowejś. Strach padł na kupców. Teraz jak jadą, to każdy szablę na podorędziu trzyma.

- A wiedzieć ci trzeba, że to bardzo ważne miejsce - włączył się rudowłosy. - Nie tylko kupców tu można spotkać, ale i sporo kaznodziejów różnej maści tędy podróżuje. No to porozstawiano posterunki ze zbrojnymi, żeby w razie czego niewinnych ludzi bronić. Bo nic innego nie pozostało. - Rozłożył bezradnie ręce. - Siedzimy i zagrożenia wypatrujemy.

Brzytew zachował kamienną twarz, choć miał określoną opinię na temat wypatrywania niebezpieczeństwa w oberży z piwem w ręku. Gówno wiedzą. Tak samo jak ja, podsumował w myślach prostymi słowami, choć nie czuł jakiegoś wielkiego rozczarowania. Po prostu spełnił niejako swój obowiązek, podrzucając frapujący go temat. Z doświadczenia wiedział, że z pozoru nieistotny szczegół czasem okazywał się kamieniem milowym w dochodzeniu prawdy.

- W zasadzie to nie wiadomo, na kogo uważać trzeba. - Mordaj ściszył głos i przymrużył oczy, jakby chcąc dać coś ważnego do zrozumienia.

- Co masz na myśli? - zapytał Golimistrz, nic nie pojąwszy z miny interlokutora.

- Początkowo sądzono, że to stado wilków albo niedźwiedź. Ale tu nic do siebie nie pasuje.

Brzytew spojrzał pytająco i nie musiał długo czekać na wyjaśnienie. I choć się tego nie spodziewał, coraz bardziej wciągały go opowiastki Mordaja.

- Zaginięcia zaczęły się pod koniec zimy. A wtedy, jak powszechnie wiadomo, niedźwiedzie śpią jak susły - naświetlił szybko sprawę. - To nie mógł być żaden niedźwiedź!

- Nie mógł - wsparł go Kesper.

- A z wilkami jest dokładnie odwrotnie - kontynuował Mordaj. - Bestie atakują ludzi zimą, kiedy pożywienia w lasach zaczyna brakować. A przecież za dwa miesiące przyjdzie lato. Powiedz mi, Brzytew, czy słyszałeś kiedykolwiek, żeby wilki wiosną lub latem ludzi napadały? - W pytaniu zawarł odpowiedź. - Przecież one nawet zwierząt w zagrodach nie atakują.

- Ludzie powiadają, że to gryf lata od Hidenów - podjął temat Kręciwąs.

- A idź mi, durny. O widzisz go, gryf! - ofuknął go Mordaj. - Przecie te stworzenia są przyjazne ludziom.

- O tych cudakach niewiele wiadomo - ciągnął dalej Kręciwąs niezrażony krytyką, choć uwagi kamrata wyraźnie mu się nie spodobały. - A może tak jak ptaki mają młode wiosną? Trzeba je karmić, nie?

- Przecież gryfy tylko ryby żrą! - oponował coraz mocniej kędzierzawy. - Nie mówiąc już o tym, że jakby taki gryf postanowił sobie polatać, to ktoś by go chyba zobaczył, nie!?

Rozmowa stawała się coraz głośniejsza, a ilość wypitego piwa powodowała nagły przypływ agresji u obu żołdaków.

Brzytew postanowił wkroczyć, aby przerwać kłótnię. Tym bardziej, że głód oraz pragnienie zdołał już zaspokoić i to ze sporym naddatkiem. Zaraz mi się tu walić po łbach zaczną, zauważył. Wzniósł kufel, po czym ryknął głośno, przekrzykując kłócących się zawadiaków:

- Wobec tego proponuję wznieść toast za schwytanie tego czarta! Niezależnie od tego, czy to zwierzę, czy potwór.

- Na pohybel psubratowi! - zawołał Kesper.

Wszyscy bez wyjątku przyssali się do naczyń. Po opróżnieniu kufli do ostatniej kropli odstawili je z hukiem, niemal równocześnie uderzając o blat. Każdy z osobna wydał przy tym pomruk oznaczający zadowolenie z serwowanego w karczmie trunku, a Mordaj beknął tak donośnie, że aż zgasła jedna ze świec na stole.

- Dawaj no jesce ctery piwa. - Gnot pokazał dla pewności cztery palce, składając zamówienie.

Gdy nikt na nie nie odpowiedział, zaczęli rozglądać się po izbie, ale nie potrafili wzrokiem odnaleźć karczmarza, a raczej trudno byłoby go przeoczyć. Zajęci dyskusją nawet nie zauważyli, że grubas wraz z synem jakiś czas temu wyszli z oberży. Łypiąc oczami na lewo i prawo w poszukiwaniu Daliżrecia, nie zwracali uwagi na Wszeborę, która wydawała się nieco odmieniona.

Nagle rozległ się okropny ryk, prawie przyprawiając ich o głuchotę. Wybrzmiał po chwili, a ostatni akord stanowił kobiecy pisk. Aż zadrżały deski pod ich stopami i przygasły światła ściennych pochodni.

Jak jeden mąż spojrzeli w kierunku, skąd dochodziła mrożąca krew w żyłach kakofonia. Otępiwszy swoje umysły piwem, długo dostrajali ostrość wzroku, nie wierząc własnym oczom.

Przy palenisku stało coś przypominającego wilka, lecz znacznie większego. Swym ogromem dorównywało niedźwiedziowi. We łbie stwora świeciły szkarłatem oczy, a z jego paszczy wyrastały kły długie jak sztylety. Kiedy potrząsał łbem, spod uniesionych czarnych warg kapała gęsta ślina, która wpadając do ognia, syczała niczym jakiś pełzający po kątach izby wąż. Gęsta sierść pokrywała całe ciało istoty, poza dłońmi i dyndającymi piersiami, jakby przemiana jeszcze się ostatecznie nie dokonała.

Dźwięki z piekła rodem ponownie się rozległy. I już nikt nie miał najmniejszych wątpliwości z czyjego wydobywają się gardła.

- A jednak to nie był niedźwiedź - szepnął Golimistrz, spoconą ręką powoli wyciągając szablę z pochwy. Zerknąwszy na kompanów, zorientował się, że stoją bez ruchu niczym snopki po żniwach. Zmrożeni strachem ani drgnęli.

- A wy na co czekacie? - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Szable w dłoń, ale już!

Jego słowa wybudziły ich ze specyficznego paraliżu. Dobyli oręża. Trzymając szable skierowane na wroga, przybrali bojowe postawy. Szkopuł tkwił w tym, że bez odpowiednich rozkazów nie bardzo wiedzieli, co dalej robić. A przeciwnik też nie był byle rzezimieszkiem czy nawet zwykłym żołnierzem. Brzytew wiedział o tym doskonale i wyklinał w myślach siebie od najgorszych. Gdybym miał trochę czasu, to może coś bym wymyślił. A tak przyjdzie zdechnąć, bo mi się piwa zachciało, nie mógł sobie darować takiej nieroztropności. Miał już za to pewność, że w obecnej sytuacji jedyne co mogą zrobić, to walczyć, jak na wojów przystało. I ta wiedza przyprawiała go o gęsią skórkę i głośne bicie serca. Bo wojenna młócka była ostatnią rzeczą, na jaką kiedykolwiek by się pisał.

Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. I ruszyli do ataku z bojowym wrzaskiem na ustach. Jedni podczas bitew wykrzykiwali imię czczonego boga, inni ukochanej, a niektórzy nawet swoje. Taka kakofonia budziła w żołnierzach bojowego ducha, podjudzała, aby ruszać do przodu bez względu na wszystko. Finalnie i tak nie miało to większego znaczenia, ponieważ przeżywał ten, kto miał przeżyć, a umierał ten, kto miał umrzeć.

Bestia ani myślała czekać na ofensywę desperatów. Pobiegła ku nim z nierealną wręcz szybkością. Ogromne cielsko ze zwinnością kota lawirowało między stołami i zydlami, skutecznie unikając cięć. Każde śmignięcie szabli okazywało się nieznacznie spóźnione. Niespodziewanie stwór cofnął się o kilka kroków. Sprawiał wrażenie przyczajonego, lecz żaden z wojów nie miał pojęcia, co też się mogło roić w kudłatym łbie. Nastawili szable, stając mocno na nogach. Nagle ruszył z impetem na nich. Tuż przed ostrzami, niemal ocierając się o nie, wyskoczył do góry. Wylądowawszy za plecami żołnierzy, wykonał szybki zwrot. Zanim zdążyli się odwrócić, jeden z nich tkwił już w śmiertelnych objęciach potwora. Z rozszarpanego gardła Kręciwąsa bryzgała krew. Stwór darł pazurami tułów nieszczęśnika, błyskawicznie rozrywając go na strzępy, by w okamgnieniu dotrzeć do serca. Po woju pozostała tylko krwawa miazga.

- Ukatrupić zawszańca! - rozdarł się Mordaj.

Dotarło do niego, że właśnie zginął jego najlepszy przyjaciel. Pomimo wielu kłótni i sporów zawsze udawało im się porozumieć, a kilka lat wspólnej służby tylko umocniło wzajemną więź. Z grymasem szaleństwa na twarzy natarł na bestię. Furia popychała go do walki. Nie bacząc na przewagę wroga, zamachnął się szablą.I ku swojemu oraz innych zdziwieniu trafił kreaturę idealnie w łeb. Silny cios zamroczył stwora, a po pysku popłynął strumień krwi. Rozochocony woj nie czekał, tylko ponownie uderzył, lecz tym razem w grzbiet. Bestia wydała z siebie skowyt.

- Gardło - szepnął Brzytew i uniósł oburącz oręż.

Końcem ostrza dokładnie wymierzył. Zacisnąwszy zęby, napiął mięśnie do granic wytrzymałości i, z uniesioną bronią, popędził do ataku. Siłą rozpędu wbił oręż w bok karku stwora. Szabla utkwiła głęboko w cielsku. Bestia rozpoczęła swój ostatni taniec, obficie brocząc krwią i kiwając się na boki, jak amator mocnych trunków po dzbanie wina. Demolowała swoją masą wnętrze karczmy, łamiąc stoły, tłukąc naczynia, malując szkarłatem ściany i podłogę.

Na moment wszystko zamarło. Dwaj wojacy stali jak zaczarowani, patrząc z przerażeniem na rozszarpane zwłoki, z kolei Golimistrz nie spuszczał z oka groteskowej kreatury walczącej ze śmiercią. Wciąż nie miał pewności, czy pchnięcie odniosło oczekiwany skutek. W przypadku człowieka nie miałby najmniejszych wątpliwości, ale z taką bestią starł się po raz pierwszy.

Włochate cielsko wreszcie runęło pod ścianą. Z mordy wysunął się długi jęzor, a wokół szybko zaczęła się tworzyć kałuża krwi. Brzytew powolutku podkradł się do stwora i ostrożnie dotknął go końcem buta. Powtórzył czynność kilkukrotnie, za każdym razem wkładając nieco więcej siły, aż wreszcie zdzielił mocnym kopniakiem. Nie poruszył się. Wyglądało na to, że był martwy.

Golimistrz rozejrzał się dokoła i wyłowił wzrokiem tasak na blacie przy palenisku.

- Kesper, przynieś mi tamten tasak. - Wskazał palcem właściwe miejsce.

Wyrwany z odrętwienia Gnot dał szybkiego susa i już po chwili stanął obok kompana. Przyglądając się z zainteresowaniem jego poczynaniom, rzeźnickie narzędzie dzierżył w dłoni mocno niczym największy skarb. Czekał w milczeniu na rozwój sytuacji.

Brzytew podparł się stopą o kark martwej bestii, po czym jednym ruchem wydobył szablę. Wysoko siknął strumień posoki, lecz już po chwili zmalał, by wkrótce zamienić się w wąską i coraz wolniej płynącą strużkę.

- Podaj tasak - polecił Golimistrz, a kiedy zauważył wątpliwości na obliczu towarzysza, jednym zdaniem wytłumaczył w czym rzecz: - Na wszelki wypadek odetnę mu łeb.

- Bzytew, co to za stwór?

- Nie wiem. Jestem prostym golibrodą, a nie uczonym demonologiem.

Tasak okazał się ostry niemal jak własna brzytwa Golimistrza. Zaledwie kilka uderzeń wystarczyło, żeby oddzielić łeb od reszty ścierwa. Brzytew, podniósłszy piekielny czerep, skierował kroki do paleniska. Gdy kudłata głowa znalazła się w ogniu, z miejsca zaczęły ją pochłaniać gorące płomienie. Zanim do reszty spłonęła, ryj zwierzęcy przeistoczył się w kobiecą twarz.

- Na bogów. To ta baba - zauważył drżącym głosem Mordaj.

- Tak. To żona karczmarza - doprecyzował Golimistrz.

- Na szczęście już martwa.

Jeszcze nie zdążyli przetrawić widoku płonącej głowy, a już przeżyli niemniejszy wstrząs, kiedy na ich oczach tak samo przeobraziła się reszta cielska. Stali z rozdziawionymi ustami nad bezgłowym i zupełnie nagim ciałem kobiety.

Jednak nie było im dane podziwiać wątpliwych walorów martwej niewiasty ani tym bardziej opłakiwać śmierci Kręciwąsa. Gdzieś z podwórza dobiegł przeciągły skowyt. Brzmiał podobnie do wycia wilków, lecz mocniej, o dwie oktawy niżej i tak przerażająco, że aż włosy stanęły im dęba.

- To posiłki jemu... jej psysły? - zapytał Kesper trzęsący się jak osika. - Ilu ich jesce jest?

- Oby niewielu - odpowiedział niemal szeptem Brzytew.

- I chyba nawet znam kolejnego.

- Jak to... znas?

Zabrakło czasu na wyjaśnienia. Bestia wskoczyła oknem, łamiąc przy tym dębowe szprosy i słupki ościeżnicy. Stanąwszy na tylnych łapach, zaryczała przeraźliwie głośno. Nie czekając, skoczyła na zbrojnych. Mocnym ciosem łapy zdzieliła w głowę Mordaja, który przeleciał kilka kroków w powietrzu, po czym huknął z niesamowita mocą o ścianę. Zjechał po niej, by usiąść z nienaturalnie przekrzywionym tułowiem oraz martwymi oczami wpatrzonymi w sufit.

- Do dzwi! - wrzasnął Kesper i pobiegł sprintem, nie oglądając się za siebie.

- Co robisz?! Wracaj! Do diabła! - zaklął głośno Golimistrz.

Gdy tylko uciekinier przekroczył próg, uszu Brzytew dobiegły odgłosy walki. Niedługo to trwało i naraz wszystko ucichło. Przecież to była pułapka, pomyślał.

Ukrył szablę w pochwie. Chwycił najbliżej stojący zydel i cisnął nim w kreaturę. Trafił prosto w nos, co na moment zdezorientowało stwora. Zapiszczał niczym małe szczenię, zarzucając kilka razy łbem, ale dość szybko pozbierał się do kupy.

Golimistrz, korzystając z okazji, opuścił rygiel, blokując tym samym drzwi. Powtórnie dobył szabli. Szybki rzut okiem wystarczył, żeby zauważyć na ciele przeciwnika strzępy fartucha. To karczmarz. A za drzwiami czai się pewnie jego syn. Jeśli stary powiedział synalkowi, żeby pilnował wyjścia, to mam szansę. Z jednym mogę się bić, ale dwóch rozszarpałoby mnie, zanim bym pierdnął, przytomnie ocenił sytuację.

Bestia utkwiła w nim spojrzenie przekrwionych oczu. Zbliżała się. Zachowując czujność, powoli przestępowała z nogi na nogę. Nawet na chwilę nie spuściła go z oka.

Brzytew stał w miejscu. Przybrawszy pozycję obronną, uniósł szablę na wysokość ramienia, a ostrze skierował w potwora. Drugą ręką gmerał w kieszeni.

Skoczyła ku niemu.

Był przygotowany na taki przebieg walki. Robiąc szybki unik, machnął brzytwą i przekoziołkował obok stwora. Bestia musiał boleśnie odczuć spotkanie z ostrzem, gdyż zapiszczała tak głośno, że aż poczuł ból w uszach. Nie zważając na to, wstał na równe nogi i ciął piekielnika szablą w bok. Zanurzył połowę ostrza w mięsistym ciele, przekręcając je wewnątrz, aby powiększyć ranę. Rozległ się głośny ryk stwora. Brzytew kopnął bestię, dzięki czemu wyciągnął oręż i zwielokrotnił krwotok. Nie namyślając się długo, jednym uderzeniem odciął mu tylną łapę. Stwór runął jak długi na deski. Po raz wtóry budynek zadrżał w posadach od potwornego wycia.

I wtedy Golimistrz zadał decydujący cios. Zanurzył szablę w podgardlu, przecinając sieć żył oraz tętnic. Tym razem nie czekał i natychmiast wyszarpnął ostrze. Strumień krwi chlustał z bestii niczym wino z dziurawej beczki. Stwór niby to warknął, niby zacharczał, łapami niezdarnie próbując tamować krwotok. Szkarłat jego oczu pociemniał, a już po chwili zupełnie zgasł.

Brzytew nie zasypiał gruszek w popiele i podbiegł do okna, przez które wcześniej potwór dostał się do środka. Ze sporym wysiłkiem przestawił kredens, który w całości zasłonił otwór. Dorzucił jeszcze stół oraz krzesła. Dla pewności kolejną barykadę wzniósł przy drzwiach, na wypadek gdyby rygiel nie wytrzymał.

- Teraz trzeba doczekać świtu - mruknął, ocierając pot z czoła. - Goezze się domyśli, że coś jest nie tak. Pomoc powinna nadejść prędzej czy później.

Odszukał tasak i zbliżył się do martwego stwora.

- Prawie byłbym zapomniał. - Wyciągnął brzytwę z przeciętego na pół nosa, po czym ukrył ją w kieszeni.

Uniósł tasak.

*

Kilkukrotnie podczas nocy coś na zewnątrz starało się sforsować drzwi karczmy. Przy każdej takiej próbie Golimistrz stawał czujnie przy zbudowanej przez siebie zaporze, zaciskając dłonie na szabli. Często słyszał napastnika okrążającego szybkim biegiem budynek. Trwało to wszystko niewiarygodnie długo i wycieńczyło Brzytew prawie do cna. Aż wreszcie hałasy ustały.

Wkrótce zaczęły dobiegać coraz głośniejsze ptasie trele i bzyczenie owadów. Zrobiło się również cieplej, co mogło oznaczać nastanie dnia. Mimo to Golimistrz wciąż uparcie czekał, spodziewając się lada moment nadejścia odsieczy ze strażnicy.

Czas mijał i nic się nie działo. Mając dość bezczynności, ostrożnie przesunął kredens. Zerknął przez niewielką szparę za okno.

- Jeśli się nie czai gdzieś za oborą, to raczej nic mi nie grozi - wykoncypował.

Odczekał jeszcze trochę. Zdegustowany machnął ręką i przystąpił do usuwania barykady. Rozrzuciwszy na boki meble, uniósł rygiel i powoli otworzył drzwi. Ostrożnie wydostał się na zewnątrz, dzierżąc w dłoni zakrwawioną szablę. Na podwórzu nie dostrzegł niczego wzbudzającego podejrzenia. Niespiesznie obszedł zabudowania, sprawdzając każdy kąt i zaglądając do potencjalnych kryjówek. Oberża oraz jej otoczenie wyglądały na bezpieczne. Nie napotkał nikogo ani niczego zagrażającego jego życiu.

Za obórką znalazł potwornie zmasakrowane zwłoki. Flaki ciągnęły się na kilka kroków, trupowi brakowało też jednej ręki, a oblicze przypominało rozdeptaną dynię. W zasadzie twarzy nie było w ogóle, ponieważ sterczały tylko kości żuchwy oraz częściowo oskalpowana czaszka. Czując, że jedzenie zmieszane z piwem podchodzi mu do gardła, wziął kilka głębokich oddechów. Udało mu się powstrzymać wymioty. I choć niejedno zobaczył i wiele doświadczył, ten widok przyprawił go o zawroty głowy. Tym bardziej że bez większego kłopotu się domyślił, na czyje spoglądał ciało. Trudno mu było pogodzić się z prawdą, lecz, prędzej czy później, musiał zaakceptować ten bolesny fakt.

Obrócił się na pięcie, kierując kroki do obórki. Szedł, z niedowierzaniem kręcąc głową i ocierając łzy. Kiedy tylko pojawił się w stajence, Bezimienny zarżał radośnie. Brzytew pogłaskał go czule po karku. Rozejrzawszy się, zauważył jeszcze trzy konie oddzielone niedbale zbitym płotkiem od kilku świń.

- Królewska jazda - bąknął smutno pod nosem, domyślając się, do kogo należały wcześniej.

Wyprowadził zwierzęta na gościniec, po czym wrócił do karczmy.

Odszukał w pamięci słowa oberżysty, który wspomniał, że lokal cieszył się dobrą marką. W takiej sytuacji łatwo można było sobie wyobrazić ukryte gdzieś oszczędności. Przeszukał poddasze, spiżarnię oraz jadalnię. Nic nie znalazł. Ani złamanego czerwonego, a to już wydawało się mocno podejrzane. Zszedłszy schodkami do piwniczki, rozejrzał się wnikliwie. Nie wyłowił wzrokiem niczego wartościowego. Pod sufitem wisiało trochę wędzonek, suszonych grzybów i korzeni, a na półce stało kilka dzbanów miodu. Zniechęcony wzruszył ramionami i westchnął znacząco. Po raz ostatni zlustrował uważnie pomieszczenie. Zastanowił go ułożony w rogu stos drewna. Kloce poukładane w równiutki stożek zdecydowanie tutaj nie pasowały. Gdy pogoda na to pozwalała, opał trzymano na zewnątrz, żeby wysechł. Czasami składowano go też w stajni lub w chlewie, ale nigdy w piwnicy z powodu wszechobecnej wilgoci.

Zaczął przerzucać pieńki. Nie trwało to długo, kiedy jego oczom ukazała się drewniana szkatuła. Była ciężka, więc z niemałym trudem, osłabiony wydarzeniami ostatniej nocy, wyciągnął skrzynię na środek piwnicy. Otworzył ją. W środku zalśniły kosztowności i trochę czerwonych oraz inne monety, których nigdy wcześniej nie widział. Roześmiał się na głos, przynajmniej na chwilę zapominając o koszmarze ostatniej nocy.

- Pewnie myślałeś, tłuściochu, że nikt tego nie znajdzie? - rzucił pytaniem w pustkę piwnicy. - Taki byłeś sprytny, a teraz leżysz martwy i nawet łba nie masz.

*

Zawartość szkatuły ukrył w jukach na grzbiecie Bezimiennego. Pozostałe konie połączył sznurem, żeby szły za nim gęsiego. Po krótkim namyśle postanowił całkowicie opróżnić obórkę, wypuszczając na wolność świnie.

- A niech sobie pożyją. - Wzruszył obojętnie ramionami. - I tak je zaraz albo leśny drapieżca, albo człowiek zeżre. Ale zawsze to lepiej dwa dni być wolnym niż całe życie spędzić w zamknięciu.

Zanim odjechał, przeniósł ciało Kespera do karczmy. Potem przyłożył do paleniska pochodnię, a gdy zajęła się ogniem, podpalił za jej pomocą stos mebli wcześniej służących za barykadę. Wydostawszy się na zewnątrz, cisnął nią na kryty strzechą dach. Niemal natychmiast buchnęły płomienie. Odczekał chwilę, obserwując, czy aby ogień nie przygasa, po czym dosiadł Bezimiennego. Gdy budynek na dobre opanowała pożoga, cmoknął na konia i ruszył w drogę. Odjechawszy kawałek, jeszcze raz się obejrzał, kierując wzrok na coraz wyższy słup ognia. Zbliżył do ust kufel i wypił kilka łyków piwa.

- Żegnajcie, waleczni żołnierze - rzekł po chwili, wznosząc toast za towarzyszy. - Bywaj, Kesper, mój przyjacielu. Piję za wasze zdrowie. Obyśmy się kiedyś spotkali w lepszym świecie. O ile taki istnieje. W co wątpię.

Przyssał się do naczynia i opróżnił je duszkiem do ostatniej kropli. Puste rzucił w pobliskie krzaki.

- A miało wystarczyć na całą drogę. Mogłem wziąć tego więcej, psia mać - warknął niepocieszony. - Trzeba przyznać, że grubas robił pierwszorzędne piwo.

Cmoknął, zapraszając wierzchowca do stępu. Pozostałe konie posłusznie szły zaraz za nimi. Był potwornie zmęczony. Marzył o kąpieli oraz wygodnym łożu i to niekoniecznie w tej kolejności.

Całe zdarzenie zza pobliskich drzew obserwował nagi chłopiec. Jego dziecięce ciało pokrywała gruba warstwa błota oraz zakrzepła krew. Poczekał, aż kawalkada koni zniknęła za zakrętem i ostrożnie wyszedł z kniei.

- Znajdę cię - syknął przez zaciśnięte zęby. - Wytropię cię, kimkolwiek jesteś.

*

Kiwał się w siodle już dość długo, kiedy wypatrzył zbliżających się jeźdźców. Jechali niespiesznie, trzymając równy szyk. Bez kłopotu domyślił się, że ma przed sobą królewską jazdę.

- Odsiecz nadciąga - prychnął zdegustowany.

Wkrótce rozpoznał pośród nich Goezzego oraz Wytrzeszcza, którym towarzyszyło czterech żołnierzy. Wkrótce zatrzymali się naprzeciw siebie. Milczeli. Doradca zmierzył Golimistrza kilka razy wzrokiem od stóp do głów i wreszcie wypalił: 

- Brzytew, jak ty wyglądasz? Co się z tobą działo?

Istotnie, golibroda nie prezentował się zbyt korzystnie. Kaftan aż kleił się od krwi, a twarz mężczyzny trudno było rozpoznać pod warstwą potu i brudu.

- Trochę się biłem - odpowiedział cicho zmęczonym głosem. - To długa historia.

- A ta smuga dymu za tobą to skąd?

- To nic takiego. Karczma płonie.

- Co?! - Goezze aż podskoczył w siodle. W ostatniej chwili opanował swoje podrygi, zdając sobie sprawę, że koń może je opacznie pojąć. - Coś ty znowu nawyrabiał?! Jest coś, czego jeszcze nie podpaliłeś?

Golimistrz wbił wściekły wzrok w Winfrida. Gdzieś w środku poczuł przypływ nagłego gniewu i nie potrafił już dłużej trzymać go na wodzy.

- I co, znowu mi z wypłaty potrącisz?! - rycząc wściekle, zbliżył się o koński krok do rozmówcy i kontynuował dziwaczną wyliczankę: - Podniesiesz podatki od strzyżenia? A może chcesz kopa w rzyć?!

Zbrojni chwycili szable, wyciągając je do połowy z pochew. Czekali na wyraźny sygnał dowódcy, który nie spuszczał Brzytew z oka. Brakowało tylko jednego gwałtownego ruchu ze strony Golimistrza i sprawy przybrałyby kiepski obrót.

Goezze pobladł. Oczy mu niemal wyszły z orbit, a głos na chwilę odmówił posłuszeństwa. Przełknąwszy głośno ślinę, zebrał się w sobie i postanowił szybko działać, chcąc zapobiec ewentualnej eskalacji przemocy.

- Schowajcie broń! Nie chcę tu żadnego przelewu krwi! - nakazał ostro, po czym zwrócił się bezpośrednio do Wytrzeszcza, ale już w łagodniejszym tonie: - Brzytew pojedzie z nami do strażnicy. Tam się porządnie wyśpi w twoim łóżku. Potem z nim porozmawiam, bo teraz jest do cna wykończony. I pewnie dlatego narwany taki.

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak usprawiedliwienie niespodziewanego zachowania Golimistrza. Mnich dobrze go znał i zaczął się domyślać, że w karczmie musiało stać się coś niewyobrażalnie złego, skoro pozwolił sobie na takie agresywne zachowanie wobec królewskiego dostojnika. A także poniekąd druha, z którym łączyło go przecież tak wiele.

Podróżowali w całkowitej ciszy przerywanej czasem rżeniem wierzchowców lub skrzypieniem mijanych wozów. Goezze od czasu do czasu zerkał ukradkiem na Brzytew, który z trudem trzymał się w siodle, wytrwale walcząc z ogarniającą go sennością. Tylko raz, podczas jazdy, Bradek zbliżył się do doradcy i cicho powiedział: 

- Znam te konie. Są z naszego posterunku.

*

Podniósł się z posłania i rozejrzał dokoła. Szybko uzmysłowił sobie, że wyleguje się w sypialni Wytrzeszcza. Nie wiedział, jak wiele czasu spędził w łóżku i czuł się przez to nieco zdezorientowany. Poukładawszy sobie w głowie wszystkie fakty, a przynajmniej większość z nich, wstał na równe nogi, po czym zupełnie nagi skierował się do wyjścia z izby. W pokoju nie było śladu po jego ubraniach.

Ostrożnie uchylił drzwi i wyjrzał, nie chcąc natknąć się przypadkowo na jakąś białogłowę i wprowadzić jej w zakłopotanie swoją golizną.

- Dzień dobry, Brzytew. Dobrze, że się obudziłeś, zaraz powiadomię o tym jego ekscelencję. - Bradek wypatrzył go jako pierwszy. - Twoje ubranie już pewnie wyschło, bo wisiało całą noc nad kominkiem. Zaraz ci je przyniosę. Ale może najpierw wolałbyś balię z wodą?

Golimistrz przytaknął głową i zatrzasnął drzwi.

*

- Jestem ci winien przeprosiny - powiedział Goezze, patrząc rozmówcy prosto w oczy. - Wiesz, chyba straciłem do ciebie zaufanie po zdarzeniu z wołem.

Wcześniej wysłuchał z uwagą Brzytew, który w szczegółach zrelacjonował wydarzenia w oberży. Co chwilę łapał się za głowę, rozumiejąc, z jaką siłą walczył golibroda poprzedniej nocy. Po zakończeniu raportu poprosił o kielich wina, co doradcy zdarzało się od wielkiego dzwonu, a może nawet jeszcze rzadziej.

Siedząc w największej komnacie, wolno sączyli hidenyjski trunek.

- Ja też przepraszam - powiedział po krótkim namyśle Golimistrz. - Po ostatnich przejściach po prostu nie wytrzymałem.

- Zdaję sobie z tego sprawę, więc nie ma o czym mówić. Ale jest inny kłopot. Z tego, co zrozumiałem, to ten dzieciak wciąż żyje. Koniecznie musimy doprowadzić tę sprawę do końca. Po to tu jesteśmy.

- Coś mi mówi, że niedługo o nim usłyszymy. Nie wierzę, że nagle zacznie żreć zające. Zresztą przypuszczam, że szczerze mnie nienawidzi. I w związku z tym mam pewien pomysł.

Wyłożył mnichowi ze szczegółami koncept, który wpadł mu do głowy podczas porannej kąpieli. Gestykulując i rysując palcem na blacie niewidzialne szkice, objaśniał punkt po punkcie, co należałoby zrobić. Doradca na początku nie chciał się dać przekonać do proponowanego planu, niemniej jednak, po dłuższej konsultacji oraz dodatkowych wyjaśnieniach, wreszcie uległ. Wciąż targały nim wątpliwości i zgodził się tylko z braku alternatywy.

*

Spędzili cały ranek na podmokłym terenie niedaleko mostu. Pomimo słonecznej pogody grunt wciąż był nasiąknięty wodą, co dawało szansę powodzenia przedsięwzięciu. Jak okiem sięgnąć, w pobliżu, poza kilkuosobową delegacją z posterunku, nie przebywał żaden człowiek. Za to wszelkiego ptactwa rezydowało tam w bród. Samych bocianów nie dało się zliczyć, a latające jak szalone rybitwy i mewy oraz stada innego drobiazgu nie pozwalały obojętnie minąć tej wrzeszczącej zgrai. Przyciągnęła je tutaj ogromna kolonia żab, w popłochu szukających teraz bezpiecznych schowków, aby ukryć się przed masowymi atakami skrzydlatych myśliwych. Paradoksalnie ratunek mógł nadejść z powietrza, gdzie wysoko ponad ptasią ferajną kołowało kilka jastrzębi. Było tylko kwestią czasu, kiedy obniżą pułap i przypuszczą natarcie, wprowadzając dla odmiany panikę wśród ucztującego ptactwa. Krąg życia, pomyślał Golimistrz, obchodząc mokradła wolnym krokiem. Wnikliwie sprawdzał każdy większy zalew, mierząc głębokość długim drągiem i wytyczał wzrokiem potencjalną trasę. Towarzyszący mu Goezze uważnie wsłuchiwał się w jego wywody oraz wszelkie wskazówki, czasem wtrącając swoje trzy grosze, a momentami nawet wchodząc w dłuższe polemiki lub ostrzejsze wymiany zdań.

- No, nie wiem, Brzytew. - Winfrid od początku okazywał sceptycyzm wobec całego przedsięwzięcia. - Stwór jest bardzo szybki.

- Nie znam szybszego wierzchowca od Bezimiennego - ripostował golibroda. - Dam radę.

- Oby, oby. - Mnich wykrzywił twarz w grymasie pełnym wątpliwości. - Czyli pogłębiamy tutaj?

Ich wybór padł na pokaźną kałużę, z której wypłoszyli rodzinę bocianów ku uciesze pływających w niej żab. Zalana wodą dziura mieściła się pośród wysokich kęp trawy i przecinała ledwie widoczną ścieżkę. Nad ich głowami latały mewy, wyrażając swoją dezaprobatę dla obecności ludzi nie tylko niesłabnącym wrzaskiem, lecz także co rusz spadającymi odchodami. Pojedyncze zrzuty trafiały celu, niemniej obaj byli zbyt zajęci dyskusją, aby zwracać uwagę na mało znaczące niedogodności.

- Tak, to chyba najlepsze miejsce - zgodził się po krótkim namyśle Brzytew, po czym odmierzył odległość czterema dużymi krokami. - Taka ma być długa, a głęboka na ile się da. Niech kopią do utraty sił. Z tej strony usypiemy niewysoki nabieg, no i trzeba jeszcze utwardzić ścieżkę, bo kopyta nie mogą zapadać się w błocie.

- Tłuczone muszle i małe kamyki załatwią sprawę. Jak wrócimy na posterunek, to wyślę nad Bamarę jakiś wóz - zaproponował doradca i posumował po raz kolejny, nie gryząc się w język: - Tak czy inaczej to szalony plan.

- Tutaj rozsypiemy mąkę. Będzie widoczna w świetle księżyca - ignorując uwagę, wskazał właściwy punkt otwartą dłonią. - I pociągniemy do tamtego krzaka, bo mocno się wyróżnia. Pokieruję na niego konia.

- Owszem, mocno się wyróżnia. Pewnie dlatego, że to jedyny krzak na łące - odpowiedział z przekąsem mnich, rozglądając się po okolicy. - Tylko nie odjeżdżaj za daleko.

- Będę się trzymał planu, bez obaw. Aż taki głupi nie jestem.

Zakończywszy ustalanie detali, podeszli do grupki żołdaków oczekujących na ich polecenia, a w zasadzie na rozkazy Goezzego. Szczędząc szczegółów, mnich przekazał im niezbędne instrukcje i wkrótce ruszyli z łopatami w rękach, by wykonać powierzone im zadanie. Według przewidywań roboty miały się zakończyć następnego dnia, a Golimistrz chciał zacząć działać niedługo po tym, kiedy wszystko będzie gotowe.

- Czyli pojutrze? - upewniał się Goezze.

- Pojutrze. Jutro przed zachodem słońca chcę kilka razy przejechać ścieżkę. Niech Bezimienny się z nią zapozna.

*

Ptaki odfrunęły do gniazd, ustąpiwszy na niebie miejsca gwiazdom, a więc żaby mogły odetchnąć z ulgą, bez przerwy rechocząc, jakby opowiadały sobie dowcip za dowcipem. I były to w zasadzie jedyne dźwięki zakłócające milczący nocny świat, poza krótkim momentem, kiedy gdzieś w górze rozległ się odgłos podobny do krzyku wydawanego przez orły. Golimistrz nawet nie próbował wyłowić wzrokiem autora dziwnego wrzasku. Miał na głowie ważniejszą misję do wykonania. Jego koń szedł powoli, strzygąc co rusz uszami i stawiając cichutko kopyta na miękkiej trawie. Swoim postępowaniem przypominał bardziej skradającego się drapieżnika niż wierzchowca. Brzytew również nie próżnował, choć jego słuch nie był w stanie dorównać zwierzęcemu, a do tego brakowało mu tak silnego instynktu, to jego oczy zdążyły się już przyzwyczaić do ciemności. Sojusznikiem okazał się też księżyc - jego blask wyraźnie odbijał się od luster kałuż rozsianych po łące, toteż najbliższa okolica nie ukryła się całkowicie pod płaszczem nocy. Bezimienny poruszał się w prostej linii po niezbyt długim odcinku, by po chwili zawrócić i pójść stępa w przeciwnym kierunku. Powtarzał tę czynność bez przerwy, co jakiś czas zatrzymując się na krótki postój. Golimistrz ani na chwilę nie stracił z oczu wysokiego krzaka, świerzbiły go jednak ręce, żeby uderzyć mocniej wodzami i odjechać trochę dalej, bo jak na razie koncept spalił na panewce. - Deliberował, czy całe przedsięwzięcie zostało odpowiednio dopracowane, czy być może pominął coś istotnego i dlatego sytuacja nie rozwijała się po jego myśli.

Wierzchowiec zastrzygł uszami, a po chwili zarżał. Świetnie znając jego zwyczaje, Brzytew z miejsca wyostrzył wzrok i począł nasłuchiwać, mimowolnie napinając mięśnie w gotowości do ewentualnego działania. Zastygł bez ruchu. Oczekiwał. Nic się nie działo. Już miał zbesztać Bezimiennego za niewytłumaczalnie głupie zachowanie, gdy zauważył w ciemności dwa czerwone punkty. A kiedy poruszyły się, wiedział, co powinien zrobić.

Przybrawszy pozycję do cwału, trzasnął wodzami o kark konia, równocześnie ściskając boki Bezimiennego łydkami. Ruszyli ostro z kopyta. A zaraz potem pędzili, jakby chcieli doścignąć miniony dzień. Golimistrz tylko raz obejrzał się za siebie. Wyłowiwszy wzrokiem przybliżający się ciemny kształt, nabrał pewności co do słuszności nagłego zrywu. Minęli krzak, który rozhuśtali podmuchem wywołanym pędem Bezimiennego. Oczom Brzytew ukazał się biały szlak. Jeszcze trochę, dodawał sobie otuchy w myślach. Słyszał coraz wyraźniejszy hałas gdzieś z tyłu. Zdawał sobie sprawę z przybliżającej się pogoni, nie potrafiąc oprzeć się wrażeniu, że za moment poczuje uderzenie pazurów na plecach. Dotarli do zaznaczonego punktu, gdzie koń doskonale wiedział, co ma zrobić. Wyskoczyli wysoko w górę.

- Teraz! - wrzasnął, jednocześnie obserwując kątem oka ledwie widoczną taflę wody przesuwającą się pod brzuchem wierzchowca. Ten krótki ułamek czasu wydał mu się wiecznością.

Do jego uszu dotarło pełne cierpienia rżenie Bezimiennego. Kiedy kopyta uderzyły o ziemię, świat zawirował, a Golimistrz zobaczył rozgwieżdżone niebo i księżyc, a po chwili kępę trawy, która, ni z tego, ni z owego, wyrosła tuż przed jego twarzą. Zanim ból pozbawił go przytomności, w ciszę nocy wkradł się ryk z piekła rodem poprzedzający świst gradu strzał. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał, były głośne wrzaski oraz chlupot wody powodowany butami biegnących wojaków.

A przestworza przeszył ponownie krzyk orła.

*

- Brzytew, słyszysz mnie? Brzytew?

Z trudem otworzył oko. Drugie z jakiegoś powodu nie chciało się poddać jego woli i pozostało zamknięte. Nad sobą ujrzał pochylonego Goezzego, a dalsze oględziny utwierdziły go w przekonaniu, iż leżał na posłaniu w sypialni dowódcy. Nieśmiały uśmiech towarzyszył myśli, że korzystał z tego łóżka wyłącznie po traumatycznych przejściach.

- Nareszcie! - Mnich nie posiadał się z radości. - Przez ostatnie godziny byłeś w malignie. Majaczyłeś coś o jakimś orle. Ale wiedziałem, że to dobry znak i czekałem przy łóżku. No i się obudziłeś!

- Ale mi we łbie trzeszczy... - syknął z bólu i lekko się uniósł, żeby usiąść, opierając plecy o poduszkę. - I jeszcze chyba coś jest nie tak z nogą.

- Napij się, jesteś odwodniony. - Mnich podał mu dzban z wodą, jednocześnie wyjaśniając spokojnym tonem: - Walnąłeś z niezłym impetem o ziemię. Masz spuchniętą połowę twarzy i spory siniec na całym boku i udzie. W każdym razie miałeś furę szczęścia, bo gdyby Bezimienny upadł na ciebie...

- Bezimienny! - przerwał mu zaniepokojony Brzytew, w roztargnieniu oblewając brodę i koszulę wodą. - Co z nim?!

Doradca posmutniał. Uciekł wzrokiem od oblicza Golimistrza i patrząc gdzieś w ścianę, cicho oraz z niemałym zakłopotaniem w głosie powiedział: 

- Stwór zranił go poważnie w zad.

- Winfrid, mów jaśniej, co się stało z moim koniem? - naciskał. - Czy on...?

- Nie - wszedł mu w słowo. - Wciąż żyje, ale jego stan się nie poprawia. Rana się nie goi. Jeśli nie zdechnie do jutra, to być może wyjdzie z tego, bo lada chwila nadejdą odpowiednie zioła z zamku. Bez lekarstw niewiele mogę.

- Czyli jest szansa? Zrób wszystko, co w twojej mocy, o to cię tylko proszę.

- Możesz na mnie liczyć - zapewnił go mnich, choć nawet po tylu latach życia w Królestwie, wciąż nie do końca potrafił zrozumieć tutejszego przywiązania do koni. Jemu kojarzyły się wyłącznie ze środkiem transportu i to niekoniecznie ulubionym. Zgadzał się, że były mądrymi zwierzętami, lecz mimo wszystko wciąż tylko zwierzętami. - Na razie leży w stajni i nie podnosi się. Jest też bardzo osłabiony, bo przez wysoką gorączkę nic nie jadł od dwóch dni.

- Od dwóch dni? - zdziwił się Golimistrz.

- Tak. - Pokiwał głową Goezze. - Byłeś nieprzytomny przez dwa dni.

- Do stu piorunów... dwa dni - mruknął cicho, chowając twarz w dłoniach. Przetrawiwszy w głowie usłyszaną wiadomość, zwrócił się do interlokutora: - Opowiedz, co się stało po moim upadku.

- Może lepiej odpocznij. Potem ci wszystko powiem.

- Nie jestem zmęczony. Trudno być po dwóch dniach spania.

Taka argumentacja przekonała Goezzego. Wzdychając znacząco, zasiadł na krześle obok łóżka. Odchrząknął i powrócił myślami do nocnych zdarzeń, po czym zaczął przedstawiać fakty zgodnie ze swoim punktem widzenia.

- Od razu powiem, że miałeś rację. Wrzucenie gęstej gliny, żeby zamulić nieco wodę, dało rezultaty. A teraz do rzeczy. Widziałem cię, jak gnałeś do nas. Wytrzeszcz kazał żołnierzom ukryć łby w trawie i czekać na twoją komendę. Sam schowałem się w najwyższej kępie i patrzyłem. W najwyższej, no bo wiesz... - Wskazał ręką swój brzuch.

*

Krzyk Golimistrza przeszył na wskroś podmokłą łąkę. Zaraz potem wierzchowiec wręcz przefrunął nad wykopem niczym jakaś mityczna istota z dawnych legend. Kiedy już wydawało się, że bezpiecznie uderzy kopytami o grunt, z jego gardła wydobyło się pełne bólu kwiczenie. Dźwięk poruszył serca nawet najbardziej zaprawionych w bojach żołnierzy, a z kilku ust spłynęły soczyste przekleństwa.

- Szyć! - wrzasnął Bradek, szybko powstawszy z pozycji horyzontalnej. - Tylko celnie, psia wasza mać!

Bestia, zanurzona niemal po szyję w bajorze, ryczała donośnie, jak byk piętnowany żegadłem. Machała kosmatymi kończynami, usiłując bez skutku wydostać się z pułapki i wydając z siebie dźwięki brzmiące niczym tysiące głosów z samego dna piekieł. Zdawało się, że chmara strzał kaleczących jej ciało nie robiła na niej większego wrażenia, dopóki jeden z grotów nie trafił w czerwone ślepie. Wtedy gehenna w połączeniu z gniewem wprowadziła stwora w stan szaleństwa wykraczającego poza wszelką skalę. Rzucał się na boki, jakby chciał w ten sposób opróżnić zalany dół i wył jeszcze głośniej niż poprzednio, siejąc strach w okolicy. Im dłużej tkwił w dziurze, tym bardziej rosła jego nienawiść do dręczących go ludzi. Stało się jasnym, że jeśli uda mu się opuścić dół, to rozszarpie wszystkich dokoła, od trzęsącego się starca po płaczące niemowlę.

- Teraz piki! Żwawo! - ponaglał ich dowódca. - Atakować!

Pierwsza pika zaledwie musnęła ramię potwora, bo wojak zadający cios zamknął ze strachu oczy. Następna uderzyła perfekcyjnie w sam środek gardła, a żołnierz, który to uczynił, pewnie będzie nawet swoim prawnukom opowiadał, jak to zgładził demona. Nadbiegali kolejni zbrojni, wbijając piki w słabnącą kreaturę. Dziabali bez opamiętania. Bestia bezskutecznie próbowała się bronić przed atakami i zajadle walczyła, łamiąc kilka z nich, jakby były łodygami suchej trzciny. Z czasem stawała się coraz słabsza i wolniejsza. Aż w końcu padła bez życia. Gdy zgasła czerwień w jej oku, Goezze opuścił kryjówkę, nakazując wyciągnąć trupa na trawę. Zarzuciwszy liny, kilkoma szarpnięciami wydobyli ścierwo z wody. Nie zajęło to dużo czasu i wprowadziło niemałą konsternację w szeregach wojów, kiedy u swoich stóp ujrzeli podziurawionego jak sito małego chłopca.

W tym samym czasie doradca szukał pulsu na szyi Golimistrza. Odetchnął z ulgą, kiedy wyczuł bicie serca, po czym podniósł larum, że trzeba mu natychmiast pomóc, jednocześnie z żalu i bezsilności waląc po głowie oraz kopiąc w tyłek przerażonego żołdaka, który akurat nawinął mu się pod rękę.

*

- Tak trafiłeś tutaj. - Winfrid wzruszył ramionami. - I nie zapomniałem o Bezimiennym, bo wiem, ile dla ciebie znaczy. Za pomocą lin umieściliśmy go na wozie. W ten sposób przewieźliśmy go do stajni.

- Dziękuję za wszystko. Co z tym żołnierzem?

- Jakim żołnierzem? - zdziwił się. - Znowu majaczysz?

- Tym, którego sponiewierałeś, wzywając pomoc dla mnie.

- Aaa... tym. Przeprosiłem go. - Widząc minę Brzytew, wypalił z nieukrywaną irytacją: - Do kroćset! Przecież nawet nie pamiętam jego gęby. Było ciemno.

Golimistrz wybuchnął śmiechem, ignorując ból. Szczerzył zęby, na przemian klnąc na dolegliwości, a z jego niepodbitego oka spłynęło kilka łez radości. Uspokoiwszy się, odkaszlnął kilka razy, po czym usiadł na krawędzi łóżka, wkładając w ten ruch do licha i trochę wysiłku.

- Muszę się ubrać i wyjść na świeże powietrze. - Stanowczym gestem wybił Winfridowi z głowy ewentualne protesty. - Wiesz przecież, że to zrobię. Z twoją pomocą lub bez.

- Tak, wiem - potwierdził Goezze bez entuzjazmu. - Jest coś, o czym ci jeszcze nie powiedziałem.

Nieoczekiwana pauza zapowiadała złą wiadomość. Patrząc pustym wzrokiem w podłogę, uczony powoli wypowiadał słowa.

Jakby w obawie, że mógłby pominąć ważny szczegół lub po prostu chciał dać Brzytew odpowiednio dużo czasu na pojęcie ich znaczenia.

- Chłopak zniknął.

- Jak to... zniknął? - Nie dowierzał. - Smugar dał drapaka?

- Nie. Jego trupa trzymałem w tej klatce na zewnątrz. - Pokazał niedbałym gestem kierunek. - Rano obudził mnie Wytrzeszcz i powiadomił, że w celi nikogo nie ma. Nic. Ani śladu. Jakby zapadł się pod ziemię. Ale to nie wszystko. Dokoła pełzały rzesze ślimaków. I to ile! Mówię ci, Golimistrzu, łaziły wszędzie. Trzeba było okna pozamykać, bo oblazły całą strażnicę.

- I co? Jeszcze łażą?

- A gdzie tam! Nazlatywało się ptaków i zżarły wszystkie. Tylko potem załamany Wytrzeszcz musiał żołdaków ściągać do mycia ścian, bo ptactwo potwornie osrało strażnicę. - Z trudem powstrzymał śmiech, niemal dusząc się na samo wspomnienie. - No, dobra. Pomogę ci wstać i chodźmy.

Słońce oślepiło go żółtym blaskiem, kiedy wyszli przed posterunek. Golimistrz wsparł się na ramieniu mnicha, który zaskoczył go swoją krzepą pomimo niewielkiego wzrostu. Przeszli powolutku kilka kroków wzdłuż traktu, aż wreszcie Brzytew oznajmił, że musi spróbować poruszać się o własnych siłach. I radził sobie nie najgorzej, ignorując rwący ból i ogólne osłabienie. Mijali areszt, gdy Goezze coś sobie przypomniał.

- Jak miał na imię ten chłopiec? Zdaje się, że wcześniej mówiłeś.

- Syn karczmarza? - dopytał, a kiedy Winfrid potwierdził skinięciem głowy, udzielił odpowiedzi: - Smugar.

- Smugar... Smugar - wymówił kilkukrotnie pod nosem usłyszane słowo niczym mantrę. - Brzmi znajomo, ale nie mam pojęcia, gdzie się z tym imieniem spotkałem. Ale na pewno gdzieś je już słyszałem.

Obok nich śmignął jeździec, po chwili zatrzymując konia przed strażnicą. Zeskoczył z siodła i skierował kroki w ich stronę, niosąc przed sobą niewielki pakunek. Brzytew rozpoznał w nim jednego z przybocznej straży Goezzego, a wiedząc, co oznaczało jego przybycie, uśmiechnął się szeroko.

Gdy tylko doradca ścisnął w dłoniach przesyłkę, obaj bez zwłoki udali się do koszarowej stajni.

*

W oddali majaczył gród, nad którym górowała wieża katedry oraz nieco ukryty z tyłu zamek. Wyglądał jakoś tak nieziemsko pięknie, dodatkowo przyozdobiony nisko wiszącą czerwoną tarczą słońca, prezentując się niczym krajobraz żywcem wyjęty z obrazu namalowanego przez utalentowanego artystę.

Golimistrza ucieszył ten widok, bo powoli miał dość przeciągającej się podróży. Jechali dość długo, w dodatku bez żadnych postojów. Nigdy wcześniej nie przypuszczał, że można w ogóle tęsknić za ulicznym gwarem i smrodem miasta. Siedząc na koźle wozu, odruchowo pogonił woła, lecz nie przyniosło to żadnego rezultatu. Zaśmiał się w duchu na myśl, że tylko ogień byłby w stanie zmusić to zwierzę do przyspieszenia chodu. W tym wypadku spokój czworonoga ucieszył go ze względu na niecodziennego pasażera na wozie. Brzytew co jakiś czas oglądał się, sprawdzając, jak wierzchowiec znosił trudy podróży - póki co radził sobie całkiem nieźle. Mnich opatrzył ranę na jego zadzie, prawdopodobnie ratując mu w ten sposób życie.

Jadący do tej pory przodem Goezze zatrzymał konia, tym samym odłączając się od straży przybocznej. Zrównawszy się z wozem, podjął rozmowę:

- Jak się czujesz? Bo widzę, że opuchlizna z oka szybko schodzi.

- Coraz lepiej. Tym bardziej że już widać gród na horyzoncie. - Zawahał się na chwilę. - Wiesz, jedna rzecz nie daje mi spokoju.

- Co takiego?

- Do tej pory działałem w ukryciu. Ten wyjazd jednak trochę to zmienił. A co, jak żołnierze zaczną gadać?

- Nie mają o czym gadać. Karczma spłonęła, bo karczmarz zaprószył ogień, a przy Smugarze robiłeś za przynętę, bo taki ci wydałem rozkaz. - Winfrid przerwał na chwilę, po czym dokończył myśl: - A rozkaz był karą, bo mnie zaciąłeś przy goleniu. W ich głowach jesteś po prostu golibrodą.

- Nie domyślą się, że to oczywista bzdura?

- Brzytew, daj spokój. To tylko żołnierze. Oni nie są od tego, żeby myśleć, tylko żeby wykonywać rozkazy. I naprawdę niewiele wiedzą o naszej misji. Może poza Bradkiem, ale za niego sam poręczyłeś.

Winfrid popędził delikatnie zwierzę i dołączył do obstawy, pozostawiając golibrodę sam na sam ze swoimi przemyśleniami. Brzytew uspokoił się po udzielonych mu wyjaśnieniach i doszedł do wniosku, że tacy ludzie jak doradca mogą kreować prawdę w wygodny dla siebie sposób. Fascynujące i przerażające, pomyślał.

- Nie martw się, Bezimienny - zwrócił się do konia, po raz kolejny kierując na niego swój wzrok. - Znowu nam się upiecze. A ty dodatkowo będziesz miał niemałą bliznę na dupie i wypada się z tego tylko cieszyć. Niewiasty uwielbiają blizny, więc klacze pewnie też. 

Odpowiedziało mu rżenie.

Ale tylko wierzchowiec wiedział, co właściwie oznaczało.

Topor

Uznając, iż Bezimienny potrzebował trochę ruchu, Golimistrz postanowił udać się na krótką przejażdżkę poza gród. Pogoda wydawała się wręcz wymarzona, bo choć po niebie przemykały chmury, to i tak było nadspodziewanie ciepło. Prawie letni gorąc wyciągnął z wszelkich kokonów czy podziemnych oraz drzewnych kryjówek niezliczone roje owadów, których chmary unosiły się w powietrzu. Cała okolica bzyczała w najlepsze. Z jednej strony taki stan rzeczy cieszył Golimistrza, ale druga strona medalu już nie wyglądała tak różowo, gdy musiał co rusz opędzać się od wygłodniałych komarów i natrętnych much, podobnie zresztą jak jego wierzchowiec. Ale taki szczegół tylko w niewielkim stopniu zakłócił im jazdę. Brzytew nie przemęczał Bezimiennego, zdając sobie sprawę, że rana na zadzie dopiero co się zabliźniła. Nie zmuszał go do szybkiej jazdy, a tylko do żwawszego marszu, żeby rozruszać zastałe końskie stawy.

W międzyczasie rozmyślał o codzienności, bo o ile jego usługi fryzjerskie miały się całkiem dobrze i tutaj nie miał powodów do narzekań, o tyle skryta profesja przeżywała poważny regres.

Zleceń miał co kot napłakał i nie było w tym nic dziwnego, skoro Boer Wesoły panował mądrze, nie wzniecając niepotrzebnych wojen, a życie poddanych w Królestwie pod jego berłem uległo znacznej poprawie w porównaniu do czasów jego poprzedników. Z tego powodu nie miał zbyt wielu wrogów, choć niezliczona liczba przyjęć i biesiad na dworze, odbywająca się za pieniądze podatników, powoli zaczynała kłuć w oczy niektórych możnych. Krążyły też słuchy o kilku wysokich rangą wojskowych nie zawsze przychylnie patrzących na Wesołego, gdyż obcokrajowiec na tronie był drzazgą w rzyci, a obcokrajowiec tnący wydatki na rzecz armii tym bardziej. Lecz stanowili oni niewielki odsetek niezadowolonych, którzy na razie nie mieli żadnej siły przebicia. Na razie prowadzona przez Boera polityka sprawdzała się, więc jego pozycja była niezagrożona.

Brzytew tylko dwa razy spotkał się osobiście z władcą. System współpracy się zmienił, w wyniku czego Goezze został mianowany swoistym łącznikiem, przekazującym królewskie polecenia golibrodzie. Taki model kooperacji odpowiadał każdej ze stron, ponieważ na samą myśl o wizytach w zamku, które zmuszony był odbywać podczas panowania poprzednich królów, Golimistrz kręcił z niezadowoleniem głową. Roboty dostawał co prawda znacznie mniej, ale nie spędzało mu to snu z powiek, bowiem pieniądze zarobione w zakładzie wystarczały na życie, a kosztowności znalezione w oberży przy moście w miarę zabezpieczały przyszłość. Przynajmniej dłużej pożyję, wywnioskował na poczekaniu.

Wierzchowiec pokonywał kolejne połacie łąki, udeptując dziewiczy szlak kopytami. Dokoła rozciągało się niczym niezmącone morze zieleni. Nagle oczy Golimistrza poraził ostry błysk. Przymrużywszy je, uformował dłoń w daszek, próbując zidentyfikować źródło tajemniczego światła. W oddali zdecydowanie coś lśniło w promieniach słońca.

- Ciekawe, co to może być? - zastanawiał się na głos. - Podjadę bliżej - zdecydował po krótkim namyśle.

Dotarłszy na miejsce, ujrzał dziwną poświatę okalającą niczym ogromny bąbel niewielki obszar łąki. Idealnie okrągła przypominała wyglądem przezroczystą pokrywkę lub odwróconą do góry dnem michę. Ostrożnie, opuszkami, musnął jej powierzchnię i odnotował, że nic nie wyczuł pod palcami, jakby dotykał mgły albo dymu. Zaskoczony mruknął coś niewyraźnie pod nosem. Winfrid opowiadał mu kilka razy o różnych dziwach tego świata stworzonych przez naturę, niemniej jednak nie przypominał sobie, by mówił o czymś takim. Krótkie zastanowienie wystarczyło, żeby odważniej pchnąć dłoń do przodu. Nic wielkiego się nie wydarzyło. Wzruszając ramionami, cmoknął na Bezimiennego i wkroczyli do dziwacznego półmiska. Koń nie zareagował w żaden sposób na decyzję Brzytew, a niejednokrotnie w przeszłości instynktownie informował go o zbliżającym się niebezpieczeństwie. W zasadzie wierzchowiec wparował do bąbla, jakby zupełnie go nie dostrzegał. Jego obojętność upewniła jeźdźca o słuszności podjętych kroków.

Niemal dokładnie pośrodku leżała kłoda. Po prostu zwykły kloc drewna pełen sęków, krótko uciętych gałęzi, oraz pokryty grubą korą. Tkwił w nim oburęczny topór z bogato zdobionym uchwytem i lśniącym ostrzem.

- Piękna robota. - Cmoknął z podziwem Brzytew. - Pierwszorzędna stal. Tylko skąd się to cacko tutaj wzięło?

Rozejrzał się uważnie kilka razy wkoło, ale jego oczy nie zarejestrowały niczego, co mogłoby wskazywać na zastawioną pułapkę. Zeskoczywszy z siodła, zbliżył się do kłody, po czym obszedł ją, wnikliwie badając wzrokiem każdy szczegół. I znowu nie wychwycił nic podejrzanego.

- Dobra nasza. - Ucieszył się. - Nie wiem, czy mi się taka siekierka do czegokolwiek przyda, ale trochę czerwonych za nią wpadnie.

Chwycił za rękojeść i spróbował wyrwać topór. Ani drgnął. Spojrzał zdziwiony w dół i jego zaskoczenie wzrosło, bo ostrze nie wyglądało na wbite w belkę jakoś szczególnie głęboko. Ponowił próbę. Znowu bez efektu. Wreszcie zaparł się nogami o kloc i ciągnął z całych sił, zaciskając mocno zęby, aż jego czoło pokryła pajęczyna żył, a tętnice prawie rozerwały szyję. Topór nawet się nie poruszył. Golimistrz zdębiał i patrzył oniemiały to na belkę, to na ostrze, analizując niewytłumaczalnie dziwaczną sytuację.

- Co to za sztuczki? - pytał, drapiąc się po głowie. - Jak to cholerstwo wyciągnąć?

Ni z tego, ni z owego pod kopułę wtargnął jakiś wojownik. Szczelnie okryty srebrzystą zbroją dzierżył w dłoni miecz. Ubiór znacznie ograniczał jego zdolność do poruszania, ponieważ z trudem zbliżył się do Golimistrza, raz prawie upadając, potknąwszy się o kępę trawy.

- Stawaj do walki, złoczyńco! - Ledwie dało się zrozumieć bełkot wydostający się spod hełmu. - Wara ci od topora władzy!

Brzytew dosłownie zbaraniał. Patrzył przed siebie z rozdziawioną gębą, nie potrafiąc wymówić nawet słowa.

- Odejdź, człowieku - wydukał wreszcie. - Nic do ciebie nie mam. Nawet cię nie znam.

- Boisz się, tchórzu, co? Walcz, jak na woja przystało! Zmuszę cię do tego.

Napastnik zamachnął się orężem, lecz Golimistrz bez trudu uniknął uderzenia. Kiedy miecz ponownie śmignął mu nad głową, szybko zrobił dwa kroki i znalazł się za wojownikiem. Złapawszy go oburącz za głowę, jednym ruchem skręcił mu kark. Niczym wypchaną kukłą machnął trupem, który wylądował na trawie.

- Mówiłem, żebyś dał mi spokój - burknął zdegustowany.

Znowu siłował się z toporem, próbując na wszystkie możliwe sposoby stać się wreszcie jego właścicielem. Stękał, kwękał, klął na czym świat stoi, lecz uparte ostrze miało to wszystko za nic. Na domiar złego usłyszał za sobą:

- Stawaj do pojedynku, złodzieju!

Brzytew odskoczył od kołka jak rażony piorunem. A kiedy zwrócił oblicze do wypowiadającego groźbę, ujrzał tego samego agresora co wcześniej. Stał o dwa kroki od niego z uniesionym mieczem.

Jak on mógł przeżyć? Pewnie przez tę cholerną zbroję źle go chwyciłem, kombinował, ale czasu na znalezienie wytłumaczenia nie miał zbyt wiele, bo przybysz zaatakował, wywijając mieczem ze zręcznością baby wojującej chochlą. Brzytew kopnął go w pancerz chroniący brzuch. Zbrojny zamachał rękami, jakby chciał się wznieść w powietrze, po czym runął jak długi na plecy. Golimistrz błyskawicznie do niego doskoczył, trzymając w dłoni otwartą brzytwę. Jednym szybkim cięciem przejechał mu po gardle. Krew obficie bryznęła, jak z szyi kury zarżniętej na rosół, i spłynęła po zbroi na trawę, by na końcu swojej krótkiej drogi wsiąkać w ziemię.

- Ciekawe, kim jest ten gamoń?

Postać mężczyzny w zbroi wydała mu się nie mniej intrygująca niż niezłomny topór. Zamierzał uchylić rąbka tajemnicy. Przyklęknął, żeby zdjąć hełm skrywający tożsamość dziwaka. I po raz kolejny otarł się o szaleństwo. Trup zniknął. Dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Jedyne, co po nim zostało, to ledwie widoczny odcisk na trawie oraz skonfundowany świadek, który zastygł teraz w bezruchu z miną człowieka oszołomionego uderzeniem łopatą w łeb.

- Chwytaj za oręż i walcz, hultaju! - Rozległ się znajomy głos.

*

Wierzchowce wiozły ich na swoich grzbietach, krocząc niespiesznie w linii obok siebie. Tym razem Golimistrz nie złościł się na powolne tempo doradcy, ale tylko i wyłącznie z powodu obawy o własnego konia. Sunęli po trawiastym dywanie, płosząc zające oraz ulatujące sprzed kopyt ptaki i klnąc pod nosem na owady obsiadające ich całymi gromadami.

Wcześniej golibroda wparował do baszty, nieomal wchodząc razem z drzwiami. Zdezorientowany nagłą wizytą Goezze nie zdążył wypowiedzieć nawet słowa, za to nieoczekiwany gość gadał jak najęty o zbrojnym zabitym dziesięć razy i to na różne sposoby, który bez przerwy powracał do świata żywych. Zainteresował Winfrida swoją żywiołowo opowiadaną historią do tego stopnia, że ten zgodził się na wspólną wyprawę, by przyjrzeć się całemu zjawisku. Jego uwagę najbardziej zwrócił fragment poświęcony toporowi władzy.

- Tak go nazwał? Naprawdę? - dopytywał. - Jeśli to niedaleko, to ruszajmy.

I tak też zrobili. Bez większego ociągania opuścili zamek, najpierw jadąc wąską drogą, by potem za radą Golimistrza skierować się na łąkę.

- Mówiłeś, że wiesz coś o tym całym toporze władzy - nagabywał Brzytew. - Co to jest, do licha?

- To tylko legenda - odpowiedział mnich, patrząc przed siebie. - A w zasadzie przekaz ludowy nacji zamieszkujących tereny dzisiejszego Imperium. Zawsze myślałem, że to zwykła bajka i tyle.

- I co z tą bajką? - Nie poddawał się Golimistrz. - Widziałem twoją minę, kiedy o tym wspomniałem. Podejrzewam, że to nie byle jaka siekierka.

- No, nie byle jaka. Podobno, jak ktoś ją wyciągnie z belki, to zostanie wojownikiem, którego nikt nie będzie w stanie pokonać.

- Próbowałem kilka razy i nic. Choć gdyby nie ten cymbał w zbroi, to pewnie wreszcie bym ją wyciągnął.

- Jest jeden warunek. - Wetchnął głośno uczony. - Żeby wyciągnąć topór, trzeba mieć ręce niesplamione krwią niewinnych ludzi.

Brzytew wzruszył ramionami i zagwizdał sobie pod nosem jakąś melodię, robiąc minę niewiniątka. Ostatnie zdanie zdawało się tłumaczyć nieudane próby zdobycia oręża, niemniej miał jednak trochę wątpliwości co do jego podstaw. Czy ja wiem? Kto tam niby był niewinny?, pomyślał i zapytał, zmieniając temat: 

- A ten, co wygląda, jakby przyjechał na turniej rycerski?

- Z tego, co pamiętam, broni topora. Podobno jest waleczny i niełatwo go zwyciężyć.

Golimistrz powstrzymywał się, jak tylko mógł, żeby nie ryknąć śmiechem, aż zaczęło brakować mu powietrza, a w oczach zatańczyły łzy. Z trudem zapanował nad niepożądaną wesołością, lecz sarkazmu nie zdołał pohamować.

- Waleczny to może i jest, ale nawet nasza karczmarka spuściłaby mu manto - spuentował postawę woja. - Jak machał mieczem, to myślałem, że sam sobie łeb utnie.

- Niby prawda. Ale niewiele ci to dało, prawda? - Goezze spojrzał pytająco na towarzysza. - Może właśnie o to chodziło w legendzie.

- Patrząc na to w ten sposób, to rzeczywiście prawda - przytaknął, rozglądając się na boki ze skupieniem na twarzy. - Jestem pewien, że to było gdzieś tutaj. O jest! Widzę pień.

Wkrótce zatrzymali się obok kłody. Przez dłuższy moment gapili się tępo w kawał drewna, nie wiedząc, jak ocenić taki stan rzeczy. Doradca jako pierwszy zdecydował się wreszcie coś z siebie wydusić, choć w tej sytuacji niełatwo było o mądry komentarz.

- Tak. Ciekawy pień. Chyba buk, ale nie jestem pewien.

- Tam do kata! - obruszył się Brzytew. - Gdzie jest topór?

- Może jego obrońca go skradł i uciekł ze zdobyczą? - dowcipkował Goezze. - A może za dużo jesz grzybków z Marfukiem i ci się już od tego we łbie miesza?

- Winfrid, daruj sobie! - skarcił mnicha, po czym zeskoczył z konia.

Kucnąwszy przy pniu, dotykał i obmacywał go dokładnie kawałek po kawałeczku, kręcąc z niedowierzaniem głową oraz mamrocząc coś pod nosem. Przez jakiś czas uważnie lustrował każdy fragment drewna, lecz jego mina wyraźnie wskazywała, że luźne domysły zmierzały donikąd. Nie potrafił ogarnąć rozumem, jak oręż zniknął z kloca. Wyraźnie zakłopotany powstał na równe nogi, zwracając się do uczonego: 

- Nic z tego nie rozumiem. Nie ma nawet śladu po ostrzu. - Rozłożył bezradnie ręce. - A przecież był tutaj.

- Może to nie ten pień?

- Ten - potwierdził, drapiąc się po karku. - Na pewno ten. Zapamiętałem dokładnie to miejsce. Zresztą, sam zobacz. Dokoła nie ma nic poza trawą. Co ciekawe, bąbel też zniknął.

Wiercąc się w siodle, doradca rozejrzał się na wszystkie strony i jak okiem sięgnąć wokół falowały tylko kępy traw przyozdobione czasem kwiatem bądź samotnie rosnącym krzakiem. Po ich powierzchni przepływały cienie chmur, sunąc w pośpiechu jedna za drugą niczym puchate owce ganiające się na pastwisku. W pobliżu nie znajdowało się nic przyciągającego jakąś szczególną uwagę. Poza pniem. I to dało do myślenia Goezzemu.

- Nie wiem, co o tym sądzić - mruknął mnich, rytmicznie stukając palcami w siodło. - Dziwi mnie ta kłoda. Skąd się tutaj wzięła? Nie widzę żadnego drzewa w okolicy. Wiesz co? Uwiążmy ją do mojego wierzchowca. Jak ją zaciągnę do zamku, to dokładnie przebadam. Może wtedy się czegoś dowiemy.

- Zgoda, mam jakiś sznur przy siodle.

Golimistrz wielokrotnie próbował unieść pień, żeby przewiązać go liną, lecz jego próby spełzły na niczym. Widząc jego zakłopotanie, Winfrid postanowił pomóc siłą swoich mięśni. Niespiesznie zsiadł z konia przy zachowaniu wszystkich możliwych środków ostrożności i dołączył do kompana. Na niewiele się to zdało. Wbrew ich założeniom pniak nie przesunął się nawet o pół paznokcia.

- Identycznie było z toporem - zauważył Brzytew. - Tylko patrzeć, jak ten baran z mieczem zaraz wyskoczy nie wiadomo skąd.

Jednak wojownik się tym razem nie pojawił, co nie zmieniało faktu, że obaj grodzianie nie potrafili sobie w żaden sposób poradzić z problemem.

- Może po prostu przewiązać linę wzdłuż? - zaproponował uczony. - Wtedy przynajmniej go poruszymy i może będzie łatwiej go podnieść.

- Zgoda. Choć kloc nie jest aż taki duży, żebyśmy we dwóch nie dali rady go unieść. Coś tu jest nie tak.

Usiadł okrakiem na pniu i zajął się przygotowywaniem odpowiedniego węzła, wcześniej zacisnąwszy linę na krańcach kłody. Wydawało mu się, iż poczuł pod tyłkiem jakby lekki ruch.

Coś syknęło.

- Brzytew, wstawaj! - krzyknął Goezze, a barwa jego głosu nie brzmiała ani trochę żartobliwie.

Golimistrz odskoczył jednym susem od kloca i znalazł się w trymiga przy mnichu. Obaj wlepili gały w pień. Z ich twarzy biła ciekawość zmieszana ze strachem, lecz z widoczną przewagą tego drugiego.

Spod pnia wypełzła żmija. Wydawała się nieskończenie długa, kiedy oplatała kloc swoim ciałem, a jej czarna, pokryta białymi plamami skóra lśniła jak tafla jeziora letnią porą. Uniosła pionowo łeb, wpatrując się hipnotycznym wzrokiem w dwóch mężczyzn oraz ukazując rozdwojony język, który na przemian wyskakiwał spośród ostrych kłów, by po chwili schować się za nimi. Jej syk wdzierał się do uszu, niby cichy, ale doskonale słyszalny i po krótkim czasie zdawał się im niemal wrzaskiem usiłującym od środka rozerwać ich czaszki.

- Winfrid, czy legenda mówiła o czymś takim? - spytał szeptem Brzytew, bojąc się nadmiernym hałasem sprowokować węża do ataku.

- Nie. Pewnie dlatego, że śmiałkowie pożądali topora, a nie kawałka drewna.

- Dziwne, że się na nas nie rzuca - zauważył golibroda po dłuższej obserwacji. - Przy takim zasięgu szyi dopadłaby nas z łatwością.

- Bo chyba tylko broni pnia.

- W dupie mam pień. Wsiadamy powoli na konie i bez pośpiechu odjeżdżamy.

- Pomożesz mi wsiąść? 

- Tak. - Brzytew zacisnął zęby, nie chcąc obsypać doradcy masą niecenzuralnych słów. - Podejdźmy do twojego wierzchowca, tylko bez gwałtownych ruchów.

Z pomocą Golimistrza mnich wgramolił się na siodło i czekał, nie spuszczając gada z oka, lecz zwierzę nie zmieniło swojej pozycji, zastygając w bezruchu niczym odlane z brązu. Mrugnęli do siebie porozumiewawczo, gdy Brzytew znalazł się na grzbiecie konia, i bez pośpiechu opuszczali niegościnną okolicę, co jakiś czas na zmianę się oglądając. Pozostawiwszy pień w bezpiecznej odległości, golibroda zaproponował: 

- Zatrzymajmy się tutaj. Stąd jeszcze coś widać. Może warto poczekać i zobaczyć, co się stanie?

- Dobra myśl.

Zmusili konie do ułożenia się na ziemi, a sami schowali się za ich korpusami. Zwierzęta, ukryte w głębokiej trawie, były ledwie dostrzegalne, więc istniała szansa, że żmija ich nie wypatrzy, tym bardziej że gady słyną ze słabego wzroku. Przyglądając się z niesłabnącym zainteresowaniem, czekali na jakiekolwiek działania ze strony gadziny. Przez jakiś czas nic wielkiego się nie wydarzyło. Żmija trwała w tej samej pozie, w jakiej ją pozostawili, jakby ogóle nie miała zamiaru w najbliższej przyszłości cokolwiek robić, oprócz gapienia się przed siebie.

Wreszcie się poruszyła. Poluzowała uścisk i wolno zaczęła odwijać się z pnia niczym nić z kłębka. Opuściwszy zajmowane miejsce, rozwarła nierealnie szeroko paszczę. A potem jeszcze mocniej, by po chwili przeistoczyć zębatą szczękę w wielką i ziejącą czernią dziurę przypominającą głęboką studnię. Gad nakrył nią belkę, po czym zaczął dziwnie drżeć na całym ciele, jakby w przedśmiertnych konwulsjach.

Zdumieni świadkowie rozgrywającej się sceny głośno przełknęli ślinę.

- Zżarła pień - wydukał z trudem Brzytew.

- Połknęła go w całości - doprecyzował jego kompan.

Żmija zmieniała się coraz bardziej. Już wcale nie przypominała długiej gadziny. Jasne plamy na skórze ustąpiły miejsca czerni, przez co stała się jednolita, a podłużny kształt szybko się przeobrażał. Niebawem po pierwotnej postaci zostało tylko wspomnienie. Teraz była to wielka kula mięsa, a jej ogromna paszcza kompletnie zanikła. Cała się trzęsła jak wieprzowa galareta, choć na pewno nie z zimna, bo pogoda zdecydowanie dopisywała. Początkowe lekkie drgania przeobraziły się w szybkie wibracje, które powodowały cichy wizg, niczym świst bata, z tym że przeciągający się w nieskończoność. Stworzenie najwyraźniej się rozpadało. Czarne cielsko malało z każdą chwilą, a z jego masy tworzyły się mniejsze żyjątka, które ulatywały w powietrze, pierzchały w trawę lub zagrzebywały się w ziemi. I było ich tysiące, poczynając od dżdżownic oraz wszelkiej maści żuków, a kończąc na muchach, osach czy pięknych różnokolorowych motylach. Zdawać się mogło, iż istota zmieniła się w każdego znanego owada na tej ziemi, tworząc tym samym wiele nowych żyć, choć bardzo nietrwałych i krótkich.

Grodzianie powstali na równe nogi i patrzyli jeszcze długo, nie mogąc wymówić ani słowa. Konie poszły w ich ślady, także podnosząc się z zielonego kobierca, ale one akurat obserwacją nie były jakoś szczególnie zainteresowane.

- Co to było? - spytał Golimistrz.

- Nie mam pojęcia. Muszę pogrzebać w księgach, tylko nie wiem, czy cokolwiek znajdę.

*

Brzytew przygotował swój zakład do przyjęcia pierwszych klientów. Wysprzątawszy na błysk każdy kąt, półki oraz meble, wyszedł na zewnątrz popatrzeć na powoli zapełniającą się ulicę. Jego głowę zaprzątały myśli krążące ciągle wokół zdarzeń sprzed kilku dni, które pozostawiły wiele wątpliwości i zrodziły mnóstwo pytań. Obawiał się, że nigdy nie uzyska satysfakcjonujących odpowiedzi.

Zza budynku na końcu drogi wyłoniło się trzech jeźdźców. Tętent kopyt odbijał się echem od ścian kamienic, zwracając uwagę co bardziej ciekawskich mieszczan. W kilku domach otworzyły się szeroko okiennice i ukazały twarze śledzące z zainteresowaniem przejazd kawalkady.

Golimistrz uśmiechnął się na ten widok.

- Kogo moje oczy widzą? - rzucił, gdy przybysze zatrzymali konie przed jego salonem. - W czym ubogi mieszczanin może pomóc waszej ekscelencji?

- Daj spokój, Brzytew. - Zaśmiał się Goezze i po chwili żartobliwie dodał: - Choć z drugiej strony możesz mnie tak tytułować. Brzmi całkiem, całkiem.

Po moim trupie, pomyślał Golimistrz.

- A tak na poważnie, to trzeba zgolić moją szczecinę - wyjaśnił doradca, dając gestem znać żołnierzom, aby pomogli mu zsiąść z konia.

Niedługo potem zniknęli za drzwiami, zostawiając za sobą wzmagający się uliczny gwar oraz straż pilnującą, by nikt im nie przeszkadzał.

Usadowiwszy się na krześle, uczony powiedział:

- Nie wiem, dlaczego przyjechałem konno. Przecież z zamku blisko, mogłem po prostu przyjść.

- Też mnie to zdziwiło - zgodził się golibroda. - Ostatnio sporo jeździsz, pewnie weszło ci to w krew. Zaczynam mieć podobnie.

- Chyba masz rację. Coś w tym jest. Ale wciąż mam kłopot ze wsiadaniem i zsiadaniem.

Brzytew zaswędział język, postanowił jednak nie komentować ostatniej kwestii. Chwyciwszy przybory, zbliżył się do klienta, by przystąpić niezwłocznie do pracy. Doradca powstrzymał go ruchem dłoni.

- Zanim zaczniesz, chcę poruszyć kilka spraw. Bo z brzytwą przy twarzy raczej ciężko mówić.

- Słucham.

- Cóż, przez ostatnie dni przewertowałem mnóstwo papierów i ksiąg, żeby znaleźć wyjaśnienie tego, co widzieliśmy.

Goezze w kilku słowach wyłuszczył, że odszukał jakieś zapiski nieznanego autorstwa utrwalone w prastarym i od dawna nieużywanym języku. Tekstu było niewiele, dlatego tłumaczenie nie zajęło mu dużo czasu. Na tej podstawie wywnioskował, że żmija była ucieleśnieniem podróżującej materii, która potrafiła przybrać dowolną postać i pochłaniała magię, aby zmieniać ją w zupełnie przyziemne rzeczy.

- Notatki mówią o niej jako o "zjadaczu magii", ale nie jestem pewien, czy właściwie to przetłumaczyłem. - Zauważywszy wątpiący wyraz twarzy Golimistrza, dodał: - Wiem, jak to wygląda, ale to wszystko, co znalazłem.

- Tyle że to chyba topór był magiczny, a nie pień?

- A może jedno i drugie? - zastanawiał się na głos Winfrid. - Trudno powiedzieć.

- Czyli że topór został pożarty przez żmiję wcześniej? A co z zakutym łbem w zbroi?

- Nie wiem, Brzytew. - Goezze zdawał się być zmęczony nawałem pytań. - Może połknęła wszystko? Pojęcia nie mam. Dziwi mnie inna rzecz. Bo owo stworzenie podobno pojawiało się kiedyś dość często z racji masy potworów i innych dziwactw. Ale teraz? I to na ziemi zamieszkałej wyłącznie przez ludzi? Ile tutaj jest niby tej magii?

Golimistrz tylko wzruszył ramionami i nałożył śnieżnobiałą pianą na oblicze mnicha. Zamilkli, nie wracając już do tematu, a ciszę zakłócało jedynie szuranie towarzyszące pocieraniu ostrzem brzytwy o skórę golonego. Bez pośpiechu i sprawnymi ruchami ręki wykonał usługę.

Powstawszy z krzesła, Goezze położył na stole zapłatę powiększoną o napiwek.

- Czas już na mnie. Przyjdź jutro do baszty, bo król ma dla ciebie robotę.

*

Przypatrywał się ostrzu z wielkim zainteresowaniem. Od kiedy przytaszczył je do boru, używał go kilkukrotnie do ciosania palików i raz porąbał nim drewno na ognisko. Topór doskonale się sprawował w takich robotach, więc mężczyzna nie posiadał się z radości ze znaleziska. Dzięki narzędziu mógł sprawniej wykonywać niezbędne prace, nie męcząc się już dłużej mocno wysłużonym kozikiem. Do łez bawił go też wyryty na obuchu napis: "Unieś topór i wykrzycz po trzykroć imię swoje, a nikt nie pokona cię w walce".

A niby jak biedny Marfuk miałby to zrobić?

Dzika jabłoń 

Coś złego dzieje się w Grdyce - rozpoczął Goezze. - Sołtys oszalał i zagryzł swoją babę. Potem to samo zrobił z dwójką najmłodszych dzieci. Na szczęście pozostałe uciekły i schowały się u sąsiadów.

- Wali Koza? To ten staruch ma w ogóle jeszcze zęby? - nie dowierzał Brzytew. - Dziwne, że mi zlecasz tę sprawę. Żołnierzy wam brakuje?

- Wysłałem trzech, to tylko jeden przeżył! - ryknął mnich w odpowiedzi. - Mówił mi, że na jego oczach Koza zagryzł jednego woja, a drugiemu bez wysiłku ukręcił łeb. A ten, jak tylko to zobaczył, to przybiegł do zamku. Po drodze wyrzucił tarczę i hełm, bo go spowalniały. Bałwan! A był taki wystraszony, że trząsł się jak osika. Powiedziałem mu, że jak nie znajdzie hełmu i tarczy, to zawiśnie nad bramą. Znalazł, więc dostał tylko kilka batów i rozkaz wymarszu nad granicę.

Zamyślony Golimistrz omiótł wzrokiem komnatę. Przed oczami śmignęły mu półki uginające się od ksiąg i pergaminów, zawieszony na ścianie portret doradcy oraz umieszczona nad drzwiami szabla przyozdobiona wieloma szlachetnymi kamieniami. I to właśnie na niej zatrzymał spojrzenie bez żadnego wyraźnego powodu, ciągle mieląc w głowie usłyszane słowa.

- Znasz więcej szczegółów? - zapytał wreszcie.

- Zupełnie nic. Wysłani żołdacy nikogo nie przesłuchali, a Wali Kozę dopadli poza wsią. Nie wiadomo, co nim kierowało i nie wiadomo, gdzie teraz jest. Musisz go znaleźć i postarać się wyjaśnić, co się właściwie stało.

- No, dobra. - Brzytew wstał z krzesła. - Czas zacząć działać.

*

Siedząc w piwnicy swojego mieszkania, skrupulatnie sklejał żywicą pukle włosów. Poprzednia próba zakończyła się fiaskiem, lecz nie poddawszy się, kontynuował mozolną pracę. Nie miał aż tak dużych kłopotów z wykonaniem peruki, choć roboty było co niemiara i ślęczał nad tym w każdej wolnej chwili, dopóki nie skończył. Nie po raz pierwszy okazało się, że małe rzeczy potrafią napsuć więcej zdrowia oraz bardziej wyprowadzić z równowagi niż te pozornie trudniejsze do wykonania.

Na pomysł wpadł już jakiś czas temu, gdy doszedł do wniosku, że prędzej czy później zacznie być kojarzony ze zleceniami z zamku. A za wszelką cenę chciał zachować anonimowość.

- Cholerne wąsy. Tyle męczarni z nimi - mruknął pod nosem, nie przerywając zajęcia. - Dobrze, że odwiedza mnie tyle brunetek - dodał z uśmiechem.

Ukończywszy projekt, stanął przed lustrem. Założył posklejane włosy na głowę i przyglądał się przez moment swojemu odbiciu, sprawiając wrażenie nie do końca zadowolonego rezultatem.

- Nierówne - zreflektował się, ale po chwili lekceważąco machnął ręką, mówiąc: - Chłopi mają gorsze fryzury, więc nie ma się co martwić. Zresztą, nakryje się czepkiem i niewiele będzie widać.

Między ustami a nosem dokładnie rozsmarował kleistą breję. Dokładając wszelkich starań, powolutku przykleił czarne wąsiska. Gęste oraz podkręcone do góry prezentowały się nad wyraz godnie i niejako dodawały powagi.

- Teraz wiem, dlaczego nigdy nie zapuściłem wąsów. - Zaśmiał się na głos. - Wyglądam jak każdy żołdak od kaprala w górę.

W szafie znalazł jakieś ubrania, które nosił bardzo rzadko lub od dłuższego czasu nie wdziewał w ogóle. Potrzebował stroju do pewnego eksperymentu, więc po szybkiej selekcji wybrał ten, który jego zdaniem najlepiej się nadawał, po czym założył na siebie. Spodnie leżały na nim nie najgorzej, lecz kaftan wyglądał na nieco za luźny.

- Musiałem mieć wtedy niezłe brzuszysko - zauważył niepocieszony, nakrywając głowę trochę już wysłużonym czepkiem. - Pas załatwi sprawę. Gorzej, że w czerep będzie trochę gorąco.

Przez dłuższą chwilę spoglądał w zwierciadło. Lustrzane odbicie wyraźnie sprostało jego oczekiwaniom. Kiwając z zadowoleniem głową i uśmiechając się na widok własnego oblicza, doszedł do wniosku, że jego plan powinien się powieść. Sam bym siebie nie poznał. Czas wyjść na ulicę, zadecydował.

Opuścił budynek tylnym wyjściem. Zbliżywszy się do Bezimiennego, chciał poklepać go na przywitanie, lecz koń cofnął się, rżąc ostrzegawczo. Dopiero kiedy znajomo brzmiący głos go uspokoił, pozwolił się dotknąć. Wąsaty Brzytew parsknął śmiechem na myśl, że nawet jego własny wierzchowiec wziął go za kogoś innego.

Ostrożnie uchylił furtkę i łypnął okiem na boki. Wypatrzył sąsiada z naprzeciwka, który wylewał z wiadra resztki na drogę, a trochę dalej dzieci rzucały kamieniami w narysowaną na płocie tarczę. Ich obecność nie komplikowała jakoś szczególnie jego założeń, bo były zbyt skoncentrowane na zabawie, postanowił jednak poczekać, aż mężczyzna po drugiej strony ulicy zniknie w zaciszu domostwa. Wkrótce tak się stało, więc błyskawicznie wyskoczył z ogrodu, oddalając się szybkim krokiem w stronę centralnej części miasta.

Maszerował dziarsko, często mijając znajomych ludzi, a jako że był raczej znaną osobą, to powinien zostać rozpoznany bez większych kłopotów. Tak się jednak nie stało. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, choć przechodził obok każdego najbliżej, jak tylko się dało. A już sytuacja koło domu uciech, kiedy nagabywała go doskonale mu znana pani zatrudniona w owym przybytku, rozbawiła go niemal do łez. Pokręciwszy głową, odmówił zaproszeniu i ruszył dalej, dochodząc do wniosku, że przebranie zdało egzamin celująco.

Zbudowany takim obrotem sprawy postanowił nazajutrz rano wyruszyć do Grdyki.

*

Gdy tylko opuścił mury grodu, wyciągnął z torby strój i założył na siebie, korzystając z kryjówki w przydrożnych krzakach oraz używając małego lusterka zabranego z salonu. A zaraz potem znowu wskoczył na siodło, po czym zmusił konia do biegu.

Zatrzymał się pośrodku wsi, gdzie otaczały go z każdej strony wyglądające niemal identycznie chłopskie domy. Rozejrzał się wokoło z ciekawością, sprawdzając, czy coś się zmieniło od jego ostatniej wizyty. Odniósł wrażenie, że przybyły dwie nowe chaty, lecz nie dałby sobie ręki uciąć, czy miał w tym wypadku rację. Uwiązawszy wierzchowca przy płocie, stał przez moment, rozmyślając, kogo warto by przesłuchać na początek. Nic nie przychodziło mu do głowy i wnet zdał sobie sprawę, że to chyba jedno z niewielu śledztw, w którym trudno znaleźć jakiś punkt zaczepienia. W dalszym ciągu uważał, że tą robotą powinna zająć się straż, niemniej królewskie zlecenia jednocześnie były tak naprawdę rozkazem i nie miał prawa odmówić.

- Dzieci - mruknął, bo nic innego w tej sytuacji nie potrafił wykoncypować. - Tylko jak przesłuchać dzieci? - Wzruszył z rezygnacją ramionami.

Zapytał pierwszego napotkanego mieszkańca wsi o właściwy dom. Zdziwiony chłop odpowiedział, że właśnie przy nim stoją, i pokazał palcem zabudowania za plecami Golimistrza. Brzytew podziękował za informację skinieniem głowy, po czym skierował kroki do drzwi. Zakołatał pięścią. Trochę to potrwało, aż wreszcie uchyliły się, ukazując odzianą w żółtą tunikę sięgającą łydek postać ciemnowłosej kobiety.

- Jestem z zamku - oznajmił wprost, nie siląc się na powitania. - Chciałbym porozmawiać z dziećmi sołtysa.

Niewiasta przyglądała mu się przez chwilę, a jej twarz wyrażała niezdecydowanie zmieszane z obawą. Nie chcąc tracić czasu na zbędne tłumaczenia, postanowił ułatwić sobie wejście do środka: 

- Posłuchaj, jeśli mnie nie wpuścisz, to wrócę tutaj z żołnierzami. Chcesz, żeby chałupa poszła z dymem?

Argument z królewskimi wojami był oczywistym blefem, ponieważ sam potrafiłby utorować sobie drogę do chłopskiego domu i nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby dla takiej błahostki wzywać posiłki z zamku. Wybieg okazał się jednak skuteczny, bo już po chwili kobieta otworzyła drzwi na oścież.

- Wszystkie są w chałupie? - spytał, wchodząc do izby.

- Tak, panie - odrzekła. - Zjadły co nieco i zaraz miały iść pomóc mężowi w polu. Bo on od świtu już robi.

- Zbierz je wszystkie w kuchni. Byle prędko - nakazał, rozsiadając się na zapiecku.

Szybko zlustrował wzrokiem kuchnię, bowiem nieczęsto bywał w chłopskich domostwach. Spostrzegł, że na pozór nie różniła się od innych tego typu izb, natomiast pewną odmianę stanowiła panująca tutaj czystość. Ani okruszka na podłodze, czyste szyby w oknach, a do tego brak pajęczyn na suficie i w kątach.

Starał się nie okazywać  zaskoczenia, kiedy dzieciaki zaczęły gromadzić się w pomieszczeniu, choć nie przyszło mu to łatwo. Ciesząc się w myślach z niemałych rozmiarów kuchni, cierpliwie czekał, aż wszystkie się pojawią.

- Nikogo nie brakuje? - upewniał się, pytając gospodynię. - Jesteś pewna?

- Tak, panie. To jest Arelka, to jest Cerka, to jest Dimur, to...

- Dobrze, dobrze - uciszył ją i tym samym przerwał wyliczankę. - Przecież i tak nie zapamiętam.

Wali Koza nie próżnował. Raczej powinien nazywać się Wali Królik, przemknęło mu przez głowę, gdy doliczył się siedmiorga dzieci.

Przyjrzał się uważnie milczącej i równo stojącej w szeregu grupie dziewcząt oraz chłopców. Wszyscy mieli na sobie sięgające ich bosych stóp jasne długie tuniki. Najmłodsze wyglądało na jakieś trzy, może cztery latka, a najstarsza była już w zasadzie kobietą i sądząc po urodzie, pewnie niejeden chłop walczył o jej względy. I to właśnie do niej się zwrócił: 

- Opowiedz mi, co się stało. Spokojnie, nie jestem tutaj po to, żeby was skrzywdzić. Wysłał mnie sam król.

Ostatnie słowo wywołało niemałą konsternację pośród dzieci. Patrzyły z ciekawością na Golimistrza, jakby zobaczyły w nim posłannika bogów. W ich wyobrażeniu władca stanowił kogoś więcej niż człowieka, wręcz mityczną istotę, która mogła robić wszystko, na co tylko miała ochotę, nie licząc się z żadnymi konsekwencjami czy jakimkolwiek ograniczeniem. Był dla nich żywym absolutem, legendą, ale też i postacią straszną, człowiekiem bez skrupułów, mogącym za byle przewinienie pozbawić życia lub okaleczyć. Tak naprawę żadne z nich nie miało pojęcia o Wesołym, Niepamiętnym czy innymi rządzącymi w przeszłości. Przydomki nic im nie mówiły, brzmiały jak wszystkie inne, lecz król był więcej niż tylko określeniem. W nich mniemaniu to słowo posiadało ogromną moc.

- Ano siedziała ja z innymi w izbie, kiedy ktoś w kuchni zawył tak strasznie jakoś - rozpoczęła drżącym głosem. - Wybiegła ja, co by obaczyć, co się dzieje. I zobaczyła matulę na podłodze. Cała była we krwi, a nad nią stał tatko też cały we krwi. Tylko że to już jakby nie był tatko.

- O co chodzi z tym, że to nie był tatko? - dopytał, bo ten szczegół wzbudził jego zainteresowanie. - Wyglądał inaczej?

- Wyglądał niby tak samo. - Potrząsnęła głową i dodała: - Tylko te oczy. Takie złe jakieś, wściekłe. I twarz też zła. Tatko nigdy tak nie patrzył.

- Rozumiem. I co było dalej?

- Wbiegła ja na powrót do izby i zastawiła drzwi kredensem. Dimur mi pomógł. - Wskazała palcem stojącego obok niej młodzieńca. Nie wyglądał na dużo młodszego od niej. - A kiedy tatko przerąbywał się toporem, zabrała ja całe rodzeństwo ze sobą i uciekli my przez okno. To znaczy prawie całe, bom ze strachu zapomniała o kołysce.

Rozpłakała się na dobre, a wkrótce dołączyły do niej najmłodsze dzieci, wtórując głośnym zawodzeniem i wylewając potoki łez. Trwałoby to pewnie bardzo długo, ale Golimistrz nie miał aż tyle czasu i wprawdzie szczerze współczuł sierotom, to jednak musiał działać.

- Zabierz stąd dzieci do drugiej izby - polecił gospodyni. - A potem przyjdź do mnie. Mam kilka pytań.

Kobieta czule przytuliła każde dziecko, po czym wyprowadziła z kuchni. Traktowała je jak własne, co bardzo zaimponowało Golimistrzowi. Przyszło mu na myśl, że musiała znać wszystkie doskonale, bo przecież mieszkała przez płot z domem, w którym rozegrały się makabryczne sceny.

- Odpowiedz, dlaczego tak dbasz o te dzieciaki? - zapytał wprost, gdy stanęła przed nim. - Zatrzymasz je?

- Nie mamy swoich, a te znam od ich narodzin. Dobrze nam się wiedzie, to im pomożemy. A i sąsiedzi też chcą pomóc w razie czego. Tylko ciasno, panie. Chętnie by my wydzierżawili ziemię i ich dom, bo to tylko przez płot. Tylko czy król pozwoli?

- Porozmawiam z nim. Może coś się uda załatwić.

Niewiasta ukłoniła się nisko, dotykając długimi włosami podłogi. Z jej ust wysypała się masa podziękowań oraz błogosławieństw dla przybysza.

- Daj już spokój - napomniał ją delikatnie. - Powiedz lepiej, co wiesz o tym, co się tutaj stało.

- Niedużo, panie. Jak przestraszone pacholęta przybiegły do nas, to mój stary poszedł obaczyć, co się dzieje u sołtysa. Przez okno widział go całego we krwi. Zaraz potem wsiadł na wóz i do zamku za pomocą ruszył.

- Nie lepiej było zwołać innych chłopów i na widły wziąć Wali Kozę?

- A jakże to tak, panie? Sołtysa? To nie wypada, żeby na urzędnika z widłami.

- A jaki tam z niego urzędnik! - Pokręcił głową poirytowany babskim gadaniem, lecz widząc świecące w jej oczach łzy, uśmiechnął się i prędko dodał: - W sumie masz rację. Nie wypada. Od tego są zamkowi.

*

Opuścił chatę wielce niepocieszony. Przesłuchanie nie posunęło śledztwa ani o krok, bo o wszystkim, co tutaj usłyszał, wiedział już wcześniej. Klepiąc Bezimiennego po karku, zastanawiał się, co robić dalej. Jego uszu dobiegło skrzypienie drzwi. Obejrzawszy się, ujrzał idącą ku niemu najstarszą córkę sołtysa.

- Tak? Coś sobie przypomniałaś?

- Bo, panie, to chyba przez tę jabłoń tam na łące. - Wskazała ręką kierunek. - Ta jabłoń wyrosła ot tak! Jeszcze niedzielę temu jej nie było.

- Jak to nie było? - Zmierzył dziewczynę podejrzliwym wzrokiem. - W tydzień wyrosła?

- A gdzie tam! Wieczorem jej nie było, a rano już stała. A tatko tamtędy chodził na pole, to nam powiedział. I wiem, że tatko próbował te jabłka, bo nam mówił, że smaczne są. Mówił, że nigdy nie jadł takich dobrych jabłek i że powinniśmy wszyscy spróbować. A za niedługo potem... - zamilkła.

Jej słowa zmusiły go do przemyśleń. W dalszym ciągu nie zdobył jakichś istotnych informacji, ale jednak to, co powiedziała, stanowiło malusieńki punkt zaczepienia. Dodatkowo zrobiło mu się jeszcze bardziej żal dziewczyny, podobnie jak i całego rodzeństwa. Włożył w niewieścią dłoń dwa czerwone, a kiedy próbowała rzucić mu się do nóg, zabronił jej, wymownie grożąc palcem.

Umieściwszy stopę w strzemieniu, spytał:

- To gdzie dokładnie jest ta jabłoń?

*

Jadąc, dostrzegł kątem oka jakiś ruch w przydrożnych krzakach. Postanowił to zignorować, bo uznał, że ma na głowie ważniejsze sprawy.

Nie zajęło mu dużo czasu odnalezienie drzewa. Pokierował konia zgodnie ze wskazówkami dziewczyny i już po chwili dojechał na właściwe miejsce. Miał stąd świetny widok na Grdykę, ale tylko zerknął na szereg identycznych domów i przeniósł wzrok na samotnie rosnącą jabłoń.

Zeskoczywszy z wierzchowca, zbliżył się do pnia. Dotknął kory, po czym przesunął palcami po jej powierzchni. Na pozór wszystko wydawało się być w idealnym porządku, po prostu najzwyklejsze drzewo. Nawet nie jakieś szczególnie wysokie. Coś mu jednak nie dawało spokoju. Oddalił się kilka kroków od jabłoni i przyjrzał się jej z większej odległości. Nie miał wielkiej wiedzy na temat owocowych drzew, jednakże widywał je dość często i to przed nim wyglądało trochę inaczej. Przede wszystkim jego liście miały tak czysto zielony kolor, że raziły w oczy. Jakby ktoś je umył jeden po drugim, a nawet wypolerował niczym buty oficerskie przed paradą. Wtedy spostrzegł jeszcze jedną istotną różnicę, a w zasadzie wychwycił ją słuchem. Gdy odszedł od jabłoni, powróciło głośne owadzie bzyczenie, a bliżej pnia nie słyszał zupełnie nic poza wręcz martwą ciszą. Zrobił kilka kroków do przodu i znowu poczuł się tak, jakby mu kto korki w uszy wetknął, a gdy cofnął się w pobliże konia, wszystkie dźwięki otaczającej natury wróciły w trymiga.

- Niezwykłe - wyszeptał.

Gdy znalazł się ponownie w cieniu drzewa, wbił wzrok w jego gałęzie, uważnie je penetrując. Po wnikliwej obserwacji nabrał pewności, że z nieznanych przyczyn wszelkie insekty omijają jabłoń szerokim łukiem. Ani jednego robala, nawet gąsienicy nie widać, zauważył.

Jego uwagę przykuły również wyglądające identycznie owoce. Jednolicie czerwone i dokładnie takiej samej wielkości prezentowały się dziwnie nienaturalnie. Zerwał jeden i przyjrzał mu się badawczo. Zauważył, że na jego skórce brakuje jakiejkolwiek skazy, jakby został odlany ze złota lub innego szlachetnego metalu. Podrzucając jabłko w dłoni, doszedł do wniosku, iż jest podejrzanie ciężkie, choć tutaj opierał się wyłącznie na intuicji, nie potrafiąc doszukać się w pamięci rzeczywistej wagi owocu podobnych rozmiarów.

Wpadł mu do głowy pewien pomysł.

Zbliżył się do konia i podsunął mu jabłko pod pysk, tak jak zawsze to robił, gdy karmił go smakołykami. Bezimienny przez chwilę niuchał owoc. Aż w końcu zarżał i odskoczył do tyłu, prychając z przerażeniem, jakby wciągnął w nozdrza ostrożeń lub przelatującą obok osę.

- Już dobrze, mój przyjacielu. - Podrapał go za uchem, a koń powoli się uspokoił. - Musiałem tak postąpić. I tak nie pozwoliłbym ci tego zjeść, bez obaw.

Wyciągnąwszy brzytwę, sprawnym ruchem przeciął owoc na pół. Intensywnie wpatrywał się w jabłko, na przemian przerzucając wzrok z jednego kawałka na drugi. Zbliżył jeszcze bardziej jedną połówkę do swojej twarzy. Skupił się, przymrużając oczy. 

Miąższ się ruszał.

Golimistrz wyłowił wzrokiem malusieńkie larwy całkowicie wypełniające wnętrze owocu. Jakby było mało krzątaniny ledwie widocznych białych robaków, coś nieoczekiwanego stało się z pestką. Albo raczej z czymś, co wyglądało jak pestka. Ciemny kształt nagle rozwinął się niczym wybudzony z letargu. Wyglądał jak pijawka i ciągle rósł, coraz bardziej wystając poza jabłko.

Jego konsternacja była jeszcze większa, gdy owoc zapłonął żywym ogniem. Cisnął nim o ziemię i patrzył z niesłabnącą ciekawością na rozwój wydarzeń. Wkrótce jego uszu dobiegło cichutkie syczenie. Wszystko trwało zaledwie krótką chwilę, a po jabłku pozostała tylko górka popiołu. Dopóki siedzą w środku, to są bezpieczne, bo nie dociera do nich światło, doszedł do wniosku. Na wszelki wypadek zadeptał czarny ślad na trawie, po czym gapił się na jabłoń.

- Jak mam zerwać każde i po kolei je kroić, to mi życia nie starczy. A poza tym nie uśmiecha mi się wspinaczka po tym drzewie. Czart jeden wie, jakie niespodzianki szykuje - mruknął pod nosem, szukając w głowie pomysłu na rozwiązanie kłopotu. - Trzeba ściąć i tyle. - Wydumał na szybko.

Niebawem ponownie jechał przez wieś, przeszukując wzrokiem otoczone płotami podwórza. Wreszcie wypatrzył wbitą w pieniek siekierę i nie zastanawiał się długo. Nawet nie szukał furtki, tylko przeskoczył nad sztachetami, po czym zabrał toporek. Usadowiwszy się z powrotem w siodle, cmoknął na konia i ruszyli wolno, by po chwili przejść w galop.

- Wiem, że głupio tak brać bez pytania - mówił do wierzchowca. - Jak nie zapomnę, to zwrócę.

Mógłby przysiąc, że zobaczył jakąś postać obserwującą go zza wysokiej kępy byliny. Jednak gnał zbyt szybko, by dokładniej się przyjrzeć.

*

Zakasał rękawy, ścisnął w dłoniach trzonek i zamachnął się. Nawet nie zdążył ostrzem dotknąć kory, kiedy nagle otrzymał mocne uderzenie w czoło. Upadając na plecy, wypuścił z rąk siekierę. Narzędzie upadło zaraz obok niego i z impetem wbiło się w ziemię. Wstał lekko oszołomiony, czując ciepły płyn spływający mu po twarzy i zalewający czerwienią oczy. Otarłszy krew wierzchem dłoni, przyjrzał się drzewu. Przez myśl mu przeszło, że jedna z gałęzi zmieniła położenie. Czy to możliwe, czy rozum mi płata figle?, zastanawiał się. Wydobył z kieszeni u siodła kawał szmaty i przerwał ją na pół.

- Muszę ściągnąć ten cholerny czepek. Jak założę opatrunek, to już w ogóle spocę się jak świnia z tymi włosami na łbie.

Jednym ze skrawków przewiązał sobie głowę, tamując w ten sposób niewielkie krwawienie. Namacał, czy peruka jest na swoim miejscu. Wyglądało na to, że tak.

Mocno ujął oburącz siekierę i powoli zbliżał się do pnia, uważnie lustrując każdy fragment jabłoni. Uniósł ostrze, po czym odskoczył do tyłu. Jeden z konarów przeleciał przed nim i o długość łokcia minął jego twarz.

- A więc jednak to nie wytwór wyobraźni. Broni się przede mną - szepnął. - Powalczmy trochę.

Przy następnej próbie uchylił się przed ciosem, waląc mocno w ruchomą gałąź. Nie trafił zbyt dobrze. Siekiera zaledwie prześlizgnęła się po korze, odcinając tylko kilka małych gałązek. Opuściwszy oręż, przyjrzał się uważnie. Patrzył na ciecz, przypominającą zsiadłe mleko, białą i gęstą, która wyciekała na trawę z odrąbanych patyków.

- Wszystko co krwawi, jest do zabicia. Ale toporem niewiele zdziałam.

Już od jakiegoś czasu nabierał pewności, że jest śledzony. Kilkukrotnie jego wprawne oko wyłapało nieopodal, w głębokiej trawie, ukrytą postać. Bez wątpienia ktoś gapił się z bezpiecznej odległości na jego poczynania. Doszedł do wniosku, że to musi być ten sam człowiek, którego dostrzegł wcześniej podczas jazdy. Nie chcąc dać nic po sobie poznać, niespiesznym krokiem podszedł do wierzchowca i zaczął niby poprawiać siodło.

Nagle ruszył ile sił w nogach. Zacisnąwszy zęby, biegł w kierunku tajemniczego obserwatora. Przebierał kończynami najszybciej, jak potrafił. Zobaczył, że jakiś mężczyzna w popłochu wstaje i rzuca się do ucieczki. Jednak dystans pomiędzy nimi malał z każdym kolejnym oddechem. Golimistrz gnał już tuż za nim. Widział rozwiane długie włosy i typowe dla niżej urodzonych niedbale uszyte ubranie. Znajdując się o dwa kroki za chłopem, zanurkował szczupakiem i złapał go za kostki. Uciekinier runął nosem w trawę. Próbował się podnieść, lecz Brzytew był o wiele szybszy. Najpierw pięścią palnął mężczyznę w tył głowy, a potem usiadł mu na plecach, trzymając jego szyję w silnym uścisku.

- Dlaczego mnie śledzisz!? - ryknął. - Gadaj albo skręcę ci kark, łachudro!

- Oszczędź mnie, panie... wszystko powiem - wydukał pojmany, z trudem łapiąc powietrze.

Golimistrz poluźnił chwyt, żeby umożliwić obezwładnionemu w miarę swobodną możliwość wypowiedzenia się, choć wciąż siedział na nim okrakiem i miał baczenie na każdy jego ruch.

- Bo to, panie, ja posadził to drzewo - mówił chłop, płacząc jak bóbr. - Ale ja nic nie wiedział, że coś złego może się stać. Przysięgam na wszystkich bogów, panie!

- Łżesz, chamie! To nie jest zwykła jabłoń.

- Żebym tak skonał, prawdę rzekłem. To ten wielki ptak mnie oszukał.

- Wielki ptak? - Brzytew błyskawicznie przypomniał sobie kilka zdarzeń z ostatnich tygodni. - Mów dalej i niczego nie próbuj ukryć. Bo kat w zamku wszystko z ciebie wyciągnie.

- O nie, panie! Tylko nie to! Błagam! - Gały chłopa niemal wyskoczyły z oczodołów na samą myśl o sali tortur. - Powiem wszystko.

Mówił, przerywając od czasu do czasu chlipaniem, płaczem lub wciąganiem gila ciągle wypływającego z nosa. Ze strachu drżał na całym ciele niczym szczenię wyrzucone zimą na mróz. Rozpoczął od tego, że ponad tydzień temu obudził go jakiś hałas w środku nocy.

*

Żona spała obok jak zabita, podobnie dzieci, a jakiś dziwaczny szmer dochodzący z zewnątrz nie pozwalał mu na powrót zamknąć oczu. Wyszedł z chałupy, choć tak naprawdę nie chciał tego robić. W jego czaszce dudnił nieludzki głos i choć nie rozumiał ani słowa, wiedział, że musi iść na podwórze. Wyłowiwszy wzrokiem duży ciemny kształt na dachu chlewika, zbliżał się powoli z duszą na ramieniu. Nie zważając na ogarniające go przerażenie, parł do przodu, nie potrafiąc oprzeć się przyzywającej go sile. 

Czarny ptak tkwił na krawędzi daszku. Zaciskając wielkie szpony na kalenicy, łypał pozbawionymi emocji oczami na mężczyznę. Pierzasty stwór swoim ogromem dorównywał wymiarom chlewika i mógł dziwić fakt, że dach nie zapadł się pod jego ciężarem. Kryty strzechą i nieraz przeciekający podczas ulewy, nawet się nie uginał, jakby ptak ważył bardzo mało lub był tylko cieniem albo wytworem wyobraźni. Chłop nie umiał tego wytłumaczyć, lecz wbrew czerni nocy, bez żadnego trudu, był w stanie rozróżnić każdy szczegół wyglądu stworzenia. Wydawało się, iż na ptaka padało jakieś światło, choć to nie mogło mieć miejsca, gdyż chmury szczelnie zakrywały niebo, nie przepuszczając ani lśniących gwiazd, ani nawet blasku księżyca.

Orzeł przemówił. Nie poruszał dziobem, a jednak chłop słyszał wyraźnie wszystkie zalecenia i wskazówki. Rozbrzmiewały w jego głowie ze szczególną stanowczością, a każde słowo wręcz wwiercało się w mózg niczym robak w ciało gnijącego trupa. Ptak wyłożył w kilku zdaniach, że obdaruje mężczyznę jednym nasieniem. Nakazał mu, aby następnego dnia zakopał je na terenie wsi, a kiedy pojawią się pierwsze owoce, musi zaprosić mieszkańców Grdyki na poczęstunek. Jednocześnie przestrzegł go, że jeśli nie wykona powierzonego mu zadania, to umrze wraz z całą rodziną.

Potem nagle umilkł. Machnąwszy skrzydłami, wzniósł się w powietrze, wywołując ten sam nieokreślony szmer, który wyciągnął chłopa z łóżka. Jego wzlot wyzwolił tak silny podmuch wiatru, że mężczyzna z trudem utrzymał równowagę, a pozostawione w obejściu wiadro turlało się po ziemi, dopóki orzeł nie zniknął w przestworzach.

Chłop powłóczył nogami, by wkrótce ukryć się pod pierzyną. I bez większych kłopotów szybko zasnął, tak jakby nigdy nic się nie stało. Jakby po prostu nocna wizyta nie miała miejsca.

*

- I co było dalej? - dopytywał Golimistrz, kiedy chłop niespodziewanie zamilkł. - Gadaj zaraz.

- A już, panie. Tylko w ustach mi zaschło - wyjaśnił, przełykając głośno ślinę i kontynuował: - Jak ja rano się zbudził, tom myślał, że to był tylko sen. Jak ja się wtedy ucieszył! I naraz wstał z łóżka, popatrzył, a na ziemi leży zawiniątko jakoweś. Otwieram, a tam nasiono. Zwykłe maleńkie nasiono, panie.

- Ale zasiałeś, psubracie!

- Bom bał się o rodzinę. - Na jego twarzy pojawił się grymas smutku. - Ale chciał ja demona troszku oszukać, tom wkopał nasiono na łące. Niby we wsi, ale nie tak we samej wsi.

- Zginęło dwoje dzieci i kobieta. Twój podstęp chyba się nie udał.

- Ja nie wiedział, że to diabelstwo tak szybko urośnie - bronił się. - Nazajutrz ja poszedł na łąkę i patrzę, a tam stoi jabłonka. W noc wyrosła, panie! No, a pod nią sołtys i żre jabłko.

- Dlaczego go nie ostrzegłeś?

- Ja się bał, że zamkowych po mnie zawezwie - odpowiedział. - Potem go widział co dzień, jak on te jabłka żarł i nic się nie działo. Tom se pomyślał, że będzie dobrze. Ale niedzielę później stracił rozum... - zaniemówił, patrząc nisko w trawę, jakby szukał pomocy u ciężko pracujących mrówek, które przemykały tuż przed jego nosem, trzymając równy szereg.

Brzytew zamyślił się po wysłuchaniu opowieści. Miał kłopot z podjęciem odpowiedniej decyzji, powinien na chłopa donieść do zamku lub po prostu skrócić jego żywot. Z miejsca odrzucił drugą ewentualność. Po chwili podniósł się, jednocześnie uwalniając mężczyznę spod swojego ciężaru.

- Możesz wstać. Potrzebna mi twoja pomoc - oznajmił zimnym tonem. - Jak cię zwą?

- Bram, panie - odrzekł, masując obolały kark.

- Słuchaj mnie, Bram. Masz mi tu zaraz zwieźć suchego siana i baryłkę smalcu. Rozumiesz?

- Siano to u mnie jest. Gorzej ze smal...

- A chcesz zaraz zeżreć końskie łajno?! - Pokazał ręką leżący na trawie wprost pod ogonem Bezimiennego parujący placek.

- Jeszcze świeżutkie, dopiero co wysrane.

- Nie, nie! Wybacz, panie - przeprosił chłop drżącym głosem, po czym ukłonił się nisko i dodał: - Popyta ja sąsiadów, ostatnią koszulę odda jak trzeba. Na pewno coś się znajdzie.

*

Czekał już dość długo. Siedząc obok wierzchowca, miażdżył w zębach kolejne źdźbło trawy. Zaczął się niepokoić, ponieważ oczekiwał szybszego powrotu Brama, choć obserwacja nieba uspokoiła go trochę, bo do zachodu słońca zostało jeszcze sporo czasu. A musiał przecież wytropić sołtysa. Wszystko wskazywało na to, że skrył się w Borze Niedźwiedzim, więc poszukiwania mogłyby trwać długo. Chyba że nie wlazł daleko w głąb, koncypował Brzytew, nie spuszczając jabłoni z oka. Wcześniej parokrotnie rzucił w nią kamieniem i raz wystrzelił z łuku, trafiając idealnie w pień. Gałęzie ani drgnęły, co dało mu materiał do przemyśleń. Wysnuł wniosek, że drzewo prawdopodobnie broni się tylko przed ostrzem topora lub miecza, wyczuwając w nich oczywiste zagrożenie.

Jakiś dźwięk wyrwał go z zadumy. Poderwał się na nogi i zobaczył niewielki wóz ciągnięty przez woła. Na koźle siedział Bram, a zza jego pleców sterczały snopki siana przypominające kloce drewna stosowane przy budowie mostów.

- Trochę ci to czasu zajęło - warknął na chłopa, kiedy ten podjechał bliżej.

- A bom smalcu szukał po sąsiadach. - Chłop uniósł drewniane wiadro. - Prawie pełne, panie. Brał ja, skąd się dało. Wszystkie domy żem oblazł.

- Dobra. Teraz weź to. - Podał mu kawał szmaty, którą wcześniej podarł. - I wysmaruj smalcem. Mocno, nie żałuj.

Bram wykonywał wszystkie polecenia bez szemrania, uwijając się jak w ukropie. Kiedy pokrył materiał grubą warstwą tłuszczu, usłyszał następne wytyczne:

- Przywiąż szmatę do pnia. Najwyżej, jak sięgniesz.

- Do... pnia? - Przestraszył się nie na żarty.

- Wiem, co sobie myślisz, bo mnie obserwowałeś, szujo! Ale nic ci nie grozi. Spokojnie.

Blade oblicze chłopa zdradzało brak wiary w zapewnienia Golimistrza. Tylko pokiwał głową i ruszył do drzewa z miną skazańca prowadzonego na szafot. Znalazłszy się w zasięgu gałęzi, zwolnił kroku, po czym zaczął się skradać niczym łasica do kurnika. Gdy wreszcie dotarł do celu, trzęsącymi się rękami obwiązał pień. A potem, gnając na złamanie karku, przybiegł z powrotem. Nie zdążył się jednak nacieszyć wykonaniem powierzonego zadania.

- Teraz nałożysz na pień smalec z wiadra, tylko zostaw trochę na dnie, bo będzie mi potrzebny. A pień ma być cały wysmarowany.

Bram rozdziawił gębę, wyglądając jak człowiek, któremu właśnie nakazano wychędożyć wiewiórkę, lecz napotkawszy wzrok golibrody, w milczeniu przystąpił do działania.

Zajęło mu to trochę więcej czasu niż poprzednia praca, poradził sobie jednak bez większych trudności. Drzewo w żaden sposób nie zareagowało na tłuszcz. Pień świecił teraz w promieniach słońca, niemal oślepiając dwóch wpatrujących się weń mężczyzn.

- Teraz przeniesiemy snopki i oprzemy o jabłoń - powiedział Golimistrz.

Ku uciesze Brama liczba mnoga w wypowiedzi grodzianina nie była na wyrost. Czuł się o wiele pewniej, gdy przebywał w pobliżu drzewa w towarzystwie. Tak żwawo przystąpili do roboty, że zanim się obejrzeli, siano zostało przeniesione pod drzewo, okalając je z każdej strony.

Brzytew ściągnął z siodła uczepiony do niego łuk. Z kołczana wydobył kilka strzał, a potem obwiązał ich groty kawałkami materiału. Następnie każdą z nich wysmarował resztką smalcu rozmazaną na dnie wiadra. Z pozostałości siana walającego się na wozie utworzył niewielką kupkę. Wyjął z kieszeni hubkę oraz krzesiwo.

Kiedy podpalił kupkę, wkładał do niej obwiązany gałganem grot każdej kolejnej strzały, po czym posyłał ją ze świstem w jabłoń. Pierwsza trafiła w szmatę, która wkrótce zapłonęła, a dwie kolejne dotarły do belek siana z takim samym finalnym efektem.

Słup ognia stawał się coraz wyższy i rósł w okamgnieniu, wkrótce docierając do szczytu jabłoni. Wydawało się, że bardzo szybko pochłonie drzewo, kiedy zgorzała już kora, a płomienie z każdą chwilą przenikały coraz głębiej do wnętrza pnia. I wtedy roślina rozpoczęła próbę walki o przetrwanie. Gałęzie majtały się na boki, usiłując zrzucić z siebie śmiercionośny ogień, a pod wpływem ich gwałtownych ruchów coraz więcej owoców spadało na ziemię. Część z nich lądowała w żarze wciąż tlącego się siana, wydając zaraz potem nieprzyjemne dla ucha syczenie, a z każdym kolejnym jabłkiem dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Inne spadały nieco dalej, wyrzucone impetem konarów, ratując się w ten sposób przed płomieniami.

- Trzeba je rozgnieść! - wrzasnął Golimistrz, żeby przekrzyczeć wzmagające się syczenie, po czym bez namysłu zmiażdżył butem jeden z owoców.

Jabłko rozpękło się na kilka części, a zaraz potem migiem strawił je ogień. Z następnymi wydarzyło się dokładnie to samo, choć czasem jedno uderzenie podeszwą nie wystarczało i trzeba było czynność powtarzać.

Zdziwiony Brzytew zauważył, że chłop ani myśli pójść w jego ślady. Stojąc niczym figurka z brązu, przypatrywał się działaniom golibrody i, póki co, nie zdradzał najmniejszej ochoty do współpracy.

- Co jest, szelmo!? - warknął poirytowany Golimistrz. - Czemu nic nie robisz?

- A bo, panie... ja na boso.

- Do kroćset! Zapomniałem. - Zdał sobie sprawę, że bieganie bosą stopą po tych piekielnych robakach mogłoby się źle skończyć dla Brama. - Bierz wiadro i wal je denkiem!

Biegali po łące, od jabłka do jabłka, jak dwaj niespełna rozumu szaleńcy. Rozbijanie owoców pochłonęło ich bez reszty, przez to nawet nie zauważyli, że już całe drzewo zajęło się płomieniami, a ponadto nieopodal zebrała się przyciągnięta słupem dymu liczna grupa wiejskich gapiów.

Jabłoń zatrzeszczała. Już wcześniej zaprzestała walki, jakby jej gałęzie całkowicie obumarły, gdy ogień coraz łapczywiej wżerał się w pień. Drzewo lekko się przekrzywiło, znowu wydając donośny trzask.

Brzytew nie zignorował dźwięku:

- Odsuń się, Bram. Zaraz runie.

Cofnęli się o kilka kroków, dołączając do Bezimiennego i woła beztrosko mielących w zębach kolejne porcje soczystej trawy. Długo nie musieli czekać. Częściowo zwęglona jabłoń uderzyła z hukiem o ziemię, wyrzucając wysoko iskry z żarzącego się pnia. Dwaj mężczyźni obserwowali bez słowa całe zdarzenie, aż wreszcie golibroda oznajmił: - Niech się wypali do końca. A my musimy znaleźć i zniszczyć resztę jabłek. Na szczęście nie powinno być ich zbyt wiele.

*

Golimistrz, siedząc w siodle, po raz ostatni ogarnął wzrokiem niewielkie pogorzelisko. Nie spostrzegłszy niczego podejrzanego, wysnuł wniosek, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane i jabłoń nie powinna się odrodzić.

- Nie wiem, czy ci dziękować, czy ci skrócić życie - zwrócił się do chłopa.

- Ale, panie... obiecałeś przecież, że...

- Obiecałem, że unikniesz tortur i słowa dotrzymam.

- Stokrotne dzięki, panie. - Bram padł na kolana przed Brzytew.

- Teraz powinieneś się martwić, jak sąsiadom wytłumaczysz to wszystko. - Wskazał głową przyglądającą się im grupę ludzi.

Chwycił lejce i ruszył bez słowa pożegnania. Postanowił na razie nie zaprzątać sobie głowy Bramem, mając w perspektywie kolejne zadanie do wykonania.

*

Koń poruszał się powoli, co jakiś czas zatrzymywany, gdy tylko coś zwróciło uwagę jeźdźca. Pokonali kawał drogi, jadąc tuż przy zaroślach, za którymi rozciągał się bór. Golimistrz bez przerwy szukał wzrokiem jakiegoś śladu, czegoś, co pomogłoby w odnalezieniu Wali Kozy.

- Spokojnie, Bezimienny. Mnie też to już zaczyna działać na nerwy. Jeszcze trochę podjedziemy, a jak nic się nie znajdzie, to wracamy do zamku. Najwyżej jutro wró...

Nie dokończył myśli, zauważywszy coś leżącego w trawie. Biały punkt dość mocno kontrastował z zielenią. Wprawdzie nie znajdował się w najbliższym sąsiedztwie lasu, niemniej jednak Brzytew postanowił to sprawdzić, kierując wierzchowca we właściwą stronę.

- Zagryziony królik - bąknął pod nosem, kiedy dotarł na miejsce.

Zwierzę miało rozszarpany kark, co sugerowało, iż ktoś musiał je ścigać. Osobliwa była jednak inna rzecz i dość łatwo wychwycił to golibroda. Futrzak nie został nawet trochę nadżarty. Zwierzęta nie zabijają dla przyjemności. Ale może coś spłoszyło drapieżnika?, zastanawiał się chwilę.

Opuścił koński grzbiet z postanowieniem dokładniejszego zapoznania się z truchłem. Kołujący nad ścierwem rój insektów nie wróżył niczego dobrego. Okazało się, że martwy zwierzak przyciągnął setki wszelkiego rodzaju małych padlinożerców. Królik wręcz cały drgał od wijących się larw, biegających po nim chrząszczy i innej maści robaków.

Golimistrz pokręcił z niezadowoleniem głową. Masa żyjątek skutecznie utrudniała zbadanie truchła. Westchnąwszy, przykucnął nad futrzakiem i począł odgarniać robale. Nigdy wcześniej nawet nie pomyślał, że rękawice jeździeckie przydadzą mu się do takiej roboty. Gdy z grubsza pozbył się wreszcie ruchliwej czeredy, uważnie przyjrzał się ranie.

Nadal nie wiedział, czy w końcu złapał trop.

- To ślady zębów - stwierdził po krótkiej analizie - ale grom wie czyich.

Czuł jednak, że intuicja zaprowadziła go na właściwe miejsce. Począł krążyć wokół królika ze spojrzeniem wbitym w ziemię. Gęsta trawa nie pomagała w obserwacji, a mimo to na pobliskim krecim kopcu odnalazł odcisk stopy. Jej palce były skierowane w stronę Boru Niedźwiedziego.

Prowadząc za uzdę wierzchowca, ruszył obranym szlakiem, wkrótce odnajdując kolejne ślady. I w ten sposób dotarł na skraj lasu.

Tędy wlazł, domyślił się, kiedy jego oczy wyłowiły zerwany mech przy drzewie oraz złamane gałązki na krzaku.

- Poczekasz tutaj - polecił Bezimiennemu, zabierając szablę oraz łuk i kołczan, które przewiesił przez ramię.

Wkroczył do lasu. Po kilku krokach odwrócił się, zwracając uwagę na położenie słońca i patrząc przez dłuższy moment na tę część boru, gdzie zostawił konia. Utrwaliwszy w pamięci charakterystyczne punkty tegoż miejsca, ruszył dalej, wypatrując odcisków stóp. Posuwał się tropem w głąb boru niemal w prostej linii, co mu uświadomiło, że uciekinier szedł bez wyraźnego planu i najwyraźniej maszerował przed siebie, nie dbając o konsekwencje. Brzytew przyspieszył kroku, uważnie przeczesując wzrokiem każdy krzak i zarośla. Miał świadomość, że im bardziej oddalał się od otwartej przestrzeni, tym więcej czyhało na niego niebezpieczeństw. Nagle się zatrzymał. Ślady gwałtownie skręcały, co trochę go zaskoczyło. Nie namyślając się długo, ruszył dalej szlakiem naznaczonym bosymi stopami, zaciekawiony, co też wpłynęło na zmianę decyzji sołtysa. Wkrótce dostrzegł odciski zwierzęcych łap, na które nakładał się trop ściganego chłopa.

Kilka kroków dalej znalazł lisa. Leżał z rozszarpanym gardłem, ułożony nienaturalnie na grzbiecie, a w jego rudym futrze pojawiły się robaki, choć wydawało się ich być mniej niż w przypadku królika na łące. Tym razem Golimistrz ani myślał grzebać w ranie. To, co widział, wystarczyło mu do wysnucia szybkiej konkluzji.

To samo co poprzednio. Jaki on musi być szybki, jeśli jest w stanie dogonić i królika, i lisa? Nie dziw, że zamkowi nie dali mu rady, podsumował.

Ostatnia myśl przyprawiła go o ciarki na plecach. Odruchowo namacał szablę, choć już po chwili zmienił zdanie, bo doszedł do wniosku, że łuk byłby chyba skuteczniejszą bronią przeciw takiemu przeciwnikowi.

- Tylko jak trafić w cel, który biega szybciej od lisa? - szepnął. - I do tego w borze.

Przedzierając się przez kolejne połacie lasu, nie potrafił pozbyć się złych przeczuć. W głowie miał mętlik zderzających się ze sobą myśli oraz koncepcji, a wniosek z każdej z nich był podobny: zmykaj stąd, chłopie, i przygotuj konkretny plan działania. Tylko jaki plan? Golimistrzowi zupełnie nic nie przychodziło do głowy, lecz jednocześnie wiedział, że depcze uciekinierowi po piętach, przez co zdawał sobie sprawę, iż dopóki był widoczny trop, dopóty istniała duża szansa schwytania sołtysa.

Wbijał się coraz głębiej i głębiej w Bór Niedźwiedzi, gdzie drzewa rosły tuż obok siebie, nie dopuszczając poniżej gałęzi światła słonecznego, przez co dokoła panował niemal półmrok. Słyszał od czasu do czasu jakiś szelest, pisk lub inny dziwny hałas dochodzący z krzaków albo spośród wysokich paproci. Zdarzało mu się też kilkukrotnie wychwycić wzrokiem bliżej nieokreślony ruch w zaroślach, ale nawet nie próbował dociekać, jakie to zwierzę w nich buszowało. Jeśli mieszkańcy lasu trzymali od niego bezpieczny dystans, odwdzięczał się im dokładnie tym samym.

Zwolnił, a zaraz potem przystanął. Coś przykuło jego uwagę. Przed nim, nad korzeniem jednego z drzew, wystawała ręka. Najwyraźniej za pniem leżał człowiek i można było założyć z dużym prawdopodobieństwem, iż był nim ścigany. Śpi, pomyślał Golimistrz. Postanowił szerokim łukiem obejść sosnę i obejrzeć to miejsce z innej perspektywy. Sądził, że dzięki temu mógłby opracować w miarę sensowny sposób dobrania się sołtysowi do skóry, bo już dawno przestał liczyć na schwytanie uciekiniera żywcem. Skradając się po cichu, w półskłonie, ostrożnie stawiał nogę za nogą, bacząc na każdy ruch. Wreszcie przykucnął nieco dalej, schowawszy się za gęstymi krzakami. Delikatnie rozsunął ich drobne gałązki, po czym spojrzał na postać przed nim.

Wstrzymał oddech.

Rzeczywiście to Wali Koza tkwił przy drzewie, lecz bynajmniej nie spał. Wszystko wskazywało na to, że był zimnym trupem, co raczej nie dziwiło, skoro jego ciało zostało rozerwane na pół. Część od pasa w dół leżała na wyciągnięcie ręki od Brzytew, a pozostały fragment, z którego na kilka kroków ciągnęły się flaki, spoczywał przy pniu.

Golimistrz dumał przez moment, co się właściwie tutaj wydarzyło.

W jego głowie powstało kilka teorii, lecz, żeby je udowodnić, musiał porzucić kryjówkę. Nie znajdując powodów, dla których miałby się dłużej obawiać sołtysa, opuścił zarośla i podszedł do dwóch kawałów ludzkiego mięsa, stając między nimi. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na wielkie odciski łap pozostawione na mchach.

- Ten dureń zaatakował czarnego niedźwiedzia - mruknął z niedowierzaniem. - Sądząc po rozmiarach śladów, to był ogromny zwierz.

Gdzieś za plecami usłyszał cichy dźwięk. Nastawił uszu i znowu dotarło do niego jakby niegłośne pomrukiwanie lub warczenie. Spodziewając się niedźwiedzia, powoli odwrócił głowę, żeby, zbyt gwałtownym ruchem, nie wywołać u niego agresji. Zamarł. Stojąc niczym drewniana figura, patrzył przed siebie. Wolałby, żeby jego wzrok płatał mu teraz figla, co czasem się zdarzało po marfukowych grzybach, ale widok bez wątpienia był autentyczny. Cichy hałas nie wydobywał się z gardła niedźwiedzia. Jego autorem nie był też wilk ani żaden inny drapieżnik.

Sołtys żył. O ile słowo żył miało jakikolwiek sens w tej sytuacji. Spoglądał na Brzytew przekrwionymi oczami, przekrzywiając groteskowo łeb, to w lewo, to w prawo, i wydając co rusz dziwaczne odgłosy. Zdawać się mogło, że mówił coś w niezrozumiałym języku lub raczej gaworzył jak niemowlę.

Golimistrz zacisnął dłoń na szabli. Zrobił krok do przodu. 

To, co się stało później, przerosło nawet jego wyobraźnię. Połowa sołtysa przypuściła atak. Tułów wraz z głową błyskawicznie przemieszczał się w stronę golibrody. Kłapał przy tym zębami, wydając dźwięki podobne do drewnianej kołatki walącej o drzwi podczas wichury. Wsparłszy się na rękach, przebierał nimi w tempie biegnącej kuropatwy.

Brzytew machnął szablą i trafił Wali Kozę w bark. Ostrze wbiło się głęboko, lecz tylko na moment zatrzymało napastnika. Pod wpływem uderzenia przewrócił się na plecy, by po chwili pozbierać się do kupy i znowu ruszyć do ataku. Tkwiący w ciele oręż spowolnił trochę tempo sołtysa, hacząc o krzaki i korzenie, ale nie był w stanie go zatrzymać.Niespodziewanie zamienili się rolami i to Brzytew zajął teraz miejsce ściganego. Pozbawiony broni pomknął biegiem, okrążając drzewo, po czym wyskoczył i zawisł na gałęzi, sprawnie wspinając się wyżej. Usiadłszy na konarze, spoglądał w dół, wzrokiem przeczesując teren w poszukiwaniu żywego trupa. Ale ten zniknął mu z pola widzenia. Nieprzetłumaczalne dźwięki, wydobywające się z jego gardła, też ucichły. Może wreszcie zdechł?, pocieszał się w myślach. Odpowiedź nadeszła jak na zawołanie.

Połowa sołtysa wczepiła szpony w korę i wspięła się imponująco szybko na pień. Skoczywszy w stronę Golimistrza, uczepiła się jedną rękę za jego stopę, dyndając teraz jak wahadło w zegarze. Bezskutecznie próbowała podciągnąć się wyżej, w czym przeszkadzało sprytne zachowanie Brzytew, który machał nogą na boki, usiłując zrzucić natręta. Zapanował dziwny impas. Przez jakiś czas grodzianin przybrał funkcję huśtawki, z której korzystało rozczłonkowane ciało, bez przerwy bełkocząc przy akompaniamencie szurających po zaroślach flaków. Niedługo potem wnętrzności zahaczyły się na dobre o krzaki, po czym wypadły z rozdartego brzucha. Jednak na sołtysie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, więc zabawa trwała w najlepsze. Obu nie w smak był taki stan rzeczy. Muszę się go wreszcie pozbyć, zdecydował Golimistrz, sięgając ręką do kieszeni. Nachylił się najniżej, jak tylko dał radę i podciągnął w miarę możliwości obciążoną nogę. Na szczęście balast nie był zbyt ciężki, co nie mogło dziwić. Ostrożnie, żeby nie skaleczyć stopy, kilkoma ruchami przeciął rzemienie.

Połowa sołtysa, z butem w ręce, spadła na krzaki. Wydając z siebie pomruki rozczarowania, tkwiła w zaroślach, nie potrafiąc uwolnić się spośród czepliwych gałązek.

Brzytew ścisnął w dłoni łuk. Trzymał go mocno, wiedząc, że jeśli upuściłby przez nieuwagę broń, to zostałby praktycznie z niczym. Oparłszy strzałę o cięciwę, naciągnął i wycelował. Świst przeszył powietrze i już mrugnięcie okiem później grot utkwił w szyi sołtysa. Z rany nie wypłynęła ani kropla krwi, jakby celem była słomiana kukła. Żywy trup zerkał zezem na lotkę, ciągle zaciskając palce na nieszczęsnym bucie jak na bezcennym trofeum.

- Do diabła - zaklął Brzytew. - Jak zatłuc trupa?

Wpadł na pomysł, który był prawdopodobnie jedną z ostatnich szans. Zaczął wołać, gwizdać i machać do sołtysa, chcąc zwrócić jego uwagę. Wreszcie ten zareagował na zaczepki, odrywając wzrok od strzały i kierując go ku mężczyźnie na gałęzi.

- O właśnie tak, przystojniaku. Patrz na mnie i się nie ruszaj. Jakbyś pozował do portretu.

Wstrzymawszy oddech, skoncentrował się, wyciszając w głowie wszystkie otaczające go dźwięki. Kiedy usłyszał bicie własnego serca, wypuścił strzałę.

*

- Niebywałe jest to, co mi powiedziałeś - przyznał Goezze. - Szkoda tylko, że wcześniej nie wziąłem na poważnie historii o czarnym ptaku. Ogromny orzeł, tak?

- Tak niby wynika z opisu. - W głosie Golimistrza wybrzmiała nutka wątpliwości. Siedząc na krześle, marzył o kąpieli oraz długim śnie. - Ale czy to na pewno orzeł, to nie wiadomo.

Winfrid stał przy stole, przyglądając się głowie sołtysa z tkwiącą w oczodole strzałą. Delikatnie przeciągnął palcem po promieniu. Wyraźnie kusiło go, żeby wyciągnąć grot z wnętrza czaszki.

- Poniechałbym tego. - Brzytew bezbłędnie odczytał intencje uczonego. - Co prawda sama głowa raczej nic wielkiego nie zrobi, ale może choćby boleśnie cię dziabnąć.

- Może to i racja. Ale kiedyś będę ją musiał wyciągnąć.

- Byle nie teraz. Dosyć się psubrata naoglądałem.

- Dobrze, dobrze. Szanuję twoje zdanie po takich przeżyciach. - Doradca uśmiechnął się. - Wiesz, coraz bardziej zastanawia mnie ten czarny orzeł. Za dużo go ostatnio wszędzie dookoła. Trudno uwierzyć w przypadek.

- Zgadzam się. I mam nadzieję, że coś znajdziesz w księgach.

- Na pewno, jeżeli coś tam jest. To wygląda na poważną sprawę - podsumował, by zaraz potem dodać: - Najpierw martwica, potem Smugar i Wali Koza. Za dużo tego w tak krótkim czasie.

- Nie zapominałbym też o tym cholernym toporze - dopowiedział golibroda. - Dlaczego Smugar? Nie rozumiem.

- Pamiętasz, jak ci mówiłem, że już słyszałem to imię?

Brzytew potwierdził skinieniem głowy, wpatrując się z ciekawością w rozmówcę.

- Nie myliłem się. Sprawdziłem kilka ksiąg i znalazłem gagatka. Smugar to demon, zresztą bardzo interesujący i tak samo bardzo niebezpieczny. Objawia się w postaci chłopca, po czym znajduje bezdzietną parę i zmusza ich wypicia własnej krwi. Odmienieni rodzice traktują go jak własnego syna, a jednocześnie, podczas pełni księżyca, przemieniają się w bestie i zabijają ludzi. Ale są pod pełną kontrolą demona. Jak mu się znudzą lub zostaną zdemaskowani i zgładzeni, to Smugar znajduje sobie nową rodzinę. I tak bez końca, dopóki ktoś go nie zatłucze. Wtedy jego duch wraca do piekła.

- Teraz rozumiem, dlaczego z gęby nie był podobny do karczmarza.

- Najciekawsze jest to - kontynuował, ignorując uwagę Brzytew - że człowiek nie jest w stanie go przywołać do świata ludzi. Tylko inny potwór może to zrobić.

- Rzeczywiście ciekawe - zgodził się ze słowami Goezzego. - Myślisz, że to robota orła?

- Nic nie myślę. Muszę wszystko dokładnie sprawdzić - wyłuszczył, siadając w bujanym fotelu. - Wyglądasz na zmęczonego. Jeśli chcesz odpocząć, to cię nie zatrzymuję.

Golimistrz chętnie podniósł tyłek z zydla, wyobrażając sobie miękkie posłanie. Na samą myśl zrobiło mu się cieplej w duszy. Zanim opuścił komnatę, zwrócił się do mnicha z prośbą dotyczącą Brama: 

- Wiem, jakie jest prawo, ale obiecałem, że ominą go tortury. Rozważ to, proszę. Było nie było, sporo mi pomógł.

- Było nie było, przez niego cała ta zawierucha - odparł przewrotnie Winfrid. - Dobrze, nie będzie tortur. Tylko dałbyś już spokój z tymi obietnicami.

Brzytew podziękował dorady za to zapewnienie i ruszył do drzwi.

Opuściwszy basztę, zdał sobie sprawę, że zapomniał pochwalić się swoim przebraniem. Machnął tylko z rezygnacją ręką i niezrażony podszedł do wierzchowca. Wiedząc, że jeszcze nieraz nadarzy się okazja do rozmowy na ten temat, wskoczył na siodło. Zanim odjechał, z okna baszty dobiegł go znajomy głos: 

- Jasny grom by to zapalił! Jak teraz uciszyć to diabelstwo?!

Wiedziałem, że ciekawość go pokona i wyciągnie strzałę, pomyślał.

Śmiejąc się i snując domysły co do sposobu, w jaki Goezze upora się z kłopotem, zmusił konia do wymarszu poza mury zamku.

*

Doradca ślęczał nad stosem papierów i ksiąg, kiedy od drzwi dobiegło pukanie. Nie wydawał się zaskoczony, oczekując meldunku żołdaków wysłanych do Grdyki. Ich zadaniem było schwytanie Brama, by w drodze powrotnej do zamku zabić go podczas upozorowanej próby ucieczki. W ten sposób zapłaciłby za swój występek, jednocześnie unikając spotkania z narzędziami tortur.

Uchyliwszy drzwi, ujrzał spodziewanego gościa.

- Załatwione? - zapytał wtajemniczonego w plan woja.

- Niestety, wasza ekscelencjo. Wygląda na to, że chłopi nas wyręczyli.

- Jak to?! Mów.

- Kiedy weszliśmy do chaty, zastaliśmy całą rodzinę bez życia. Bram miał widły w plecach, a jego babie i synowi poderżnięto gardła. Napadnięto ich podczas snu, bo ciągle leżeli w łożach. Trupy mamy na wozie. Czy ekscelencja chce je zobaczyć?

- Nie, nie ma takiej potrzeby - odmówił po krótkich rozważaniach, potrząsając przy tym głową. - Wywieźcie poza mury i spalcie, a kości zakopcie.

Pożegnawszy zbrojnego, stanął przy oknie, gapiąc się bezemocjonalnie w przepływające po niebie chmury. Zastanawiał się, cczy właśnie o to chodziło czarnemu ptaszysku, kiedy mówił Bramowi o ewentualnej zemście. Jeśli tak, to sprawiał wrażenie sprytniejszego przeciwnika, niż można było przypuszczać. Przeszło mu przez myśl, że może warto by przesłuchać chłopów, lecz już po chwili zaniechał tego pomysłu.

- Trzeba by było torturować pewnie z pół wsi, zanim coś powiedzą. Po co to komu? - rozważał na głos. - Z punktu widzenia państwa lepiej, żeby zajęli się robotą. Królestwo nie może głodować. Ostatecznie i tak sprawiedliwości stało się zadość. Choć syna i żonę mogli oszczędzić, ale pewnie bali się świadków.

Szczypta szaleństwa 

Usiadł nagi na brzegu łóżka i schował twarz w dłoniach. Obok leżała naga kobieta. Westchnąwszy, podniosła się z posłania i przytuliła do niego, pieszczotliwie gładząc po plecach, całując w ramię.

- Nie przejmuj się, Brzytew. Każdemu się zdarza - oznajmiła wyrozumiałym tonem. - A jeśli nie jestem dość dobra, to możesz zamówić inną.

- Nie, to nie twoja wina - uspokoił ją. - Pójdę już.

Pospiesznie wdział ubranie, nie patrząc w jej stronę, po czym położył na stole kilka monet jako napiwek. Kobieta wstała, żeby podejść do niego, ale powstrzymał ją ruchem dłoni.

- Nie trzeba. Dziś obejdę się bez ognistych pożegnań.

Nacisnął klamkę.

Opuścił dom uciech i skierował kroki w stronę swojego mieszkania. Idąc po pustej ulicy, z której noc przegnała wszystkich mieszczan, rozmyślał o niej. Inne kobiety nie interesowały go tak jak dawniej. Coraz częściej łapał się na tym, że tęsknił za jej dotykiem, spojrzeniem i niewybrednymi żartami, a w głowie rozbrzmiewało mu tylko jedno imię.

Dineh.

*

Pozostawiwszy Bezimiennego, przemierzał samotnie kolejne połacie łąki, wodząc wzrokiem po bujnej roślinności. Nietrudno było zauważyć, że zaledwie w kilka tygodni otoczenie znacznie się zmieniło. Źdźbła traw wyrosły już tak bardzo, że leżały na ziemi, będąc bez szans w starciu z grawitacją, a zieleń usunęła się niejako w cień, pokonana przez wielobarwne kwiaty i latające chaotycznie motyle, które zachwycały kolorytem oraz niepowtarzalnością wzorów, wymalowanych przez naturę na ich skrzydłach niczym przez natchnionego artystę.

Golimistrz w żaden sposób nie potrafił się zachwycić otaczającym go urokiem. Klął pod nosem, zgrzytał zębami, a najchętniej wyciągnąłby szablę i skrócił trawę o połowę. Poszukiwania miejsca, gdzie jeszcze nie tak dawno temu leżał pień, spełzły na niczym. W końcu zatrzymał się zupełnie bezradny. Stojąc, zewsząd otoczony roślinnością, splótł dłonie na karku i mruknął:

- To na pewno było gdzieś tutaj. No, ale przez tę przeklętą trawę nie mam szans, żeby znaleźć jakieś ślady.

Wyciągnął zza pazuchy mapę, po czym węglem nakreślił niewielkie koło. Machnąwszy ręką na znak rezygnacji, zawrócił i udał się w kierunku wierzchowca.

*

Martwe Bagna również wyglądały inaczej, jednak tutaj od jego ostatniej wizyty upłynęło więcej czasu. Drzewa otaczające rozlewisko skryły się pod zasłoną liści, a powierzchnię wody pokryła rzęsa tak gęsta, że byłaby prawdopodobnie w stanie utrzymać rzucony kamień. Żaby przesiadywały dosłownie wszędzie, doprowadzając swoimi rozmowami do szału, a na dodatek komary cięły bez umiaru, za nic mając złorzeczenia i bezradne opędzanie się rękami.

Brzytew wytłukł pewnie ze dwie setki uporczywych krwiopijców, lecz wciąż nadciągały nowe chmary, desperacko wbijając swoje kłujki w skórę pechowego dawcy. A że miał odsłoniętą tylko głowę oraz dłonie, dość łatwo można było się domyślić, w które miejsce notorycznie się okładał.

Jak to zwykle miał w zwyczaju, ni z tego, ni z owego, pojawił się Marfuk. Widząc nierówną walkę Golimistrza z insektami, podał mu zawiniątko i wytłumaczył kilkoma gestami, co z tym zrobić. I zadziałało. Zaraz potem, jak Brzytew wtarł nieznany mu proszek w skórę, komary przestały go atakować, trzymając się z dala od nieprzyjemnego zapachu. Bo specyfik śmierdział tak bardzo, że nawet jego beneficjent wykrzywiał twarz w grymasie obrzydzenia, woląc nie pytać pustelnika o użyte składniki.

- Co tutaj robię? - Odczytał pytanie w spojrzeniu Marfuka.

- Sam nie wiem. - Westchnął ciężko. - Staram się znaleźć jakieś ślady. Nie mogę ci powiedzieć wszystkiego, przyjacielu, ale ty za to możesz mi pomóc.

Wydobył mapę, po czym rozwinął ją i pokazał pustelnikowi.

- Możesz mi pokazać to miejsce? Wiem, że to gdzieś tutaj. - Palcem wskazał na planie punkt. - Ale nie wiem gdzie dokładnie.

*

Siedzieli przy stole, w skupieniu studiując mapę. Na przemian, raz jeden, raz drugi, przekazywali swoje uwagi oraz przemyślenia, kreśląc palcami na planie niewidzialne linie. Goezze wysnuł nawet teorię o zorganizowanej inwazji, tłumacząc swoje słowa serią niewytłumaczalnych zdarzeń, które w krótkim czasie miały miejsce na terenie Królestwa. Ujął w dłoń węgiel i stanowczo rzekł: 

- Mimo wszystko zaznaczmy karczmę.

- To niedorzeczne - nie zgadzał się Brzytew. - Przecież Smugar przywędrował tam zupełnie przypadkowo. Sam mówiłeś, że tak działał od wieków. A nam mogłaby tylko pomóc wiedza, skąd się tam wziął.

- Musimy próbować wszystkiego - tłumaczył mnich na przekór uwagom rozmówcy. - Dodatkowy znak na mapie w niczym nie przeszkodzi.

Podnieśli się z krzeseł i wlepili oczy w plan, zmuszając szare komórki do cięższej pracy, żeby wychwycić łączące ze sobą wszystkie miejsca ewentualne spoiwo. Wreszcie, z nieukrywanym rozczarowaniem na twarzach, opadli z powrotem na siedzenia.

- Ciągle wielkie nic - westchnął Winfrid.

Jego towarzysz znał dosadniejsze słowo określające brak spodziewanych efektów, ale postanowił ugryźć się w język i wzruszyć ramionami. Milczeli dość długo, nawet nie patrząc na siebie, zawiedzeni oraz zmęczeni przeciągającym się studiowaniem mapy, które, na domiar złego, zaprowadziło ich donikąd.

- Może Marfuk źle wskazał mi miejsce, gdzie orzeł zrzucił Dineh? - zastanawiał się na głos Golimistrz. - Tylko że to mało prawdopodobne, bo on dobrze zna bór.

- Zaczekaj... zrzucił? No tak! Zapomniałem o tym! - Goezze aż podskoczył z wrażenia. - A wiesz, skąd ją porwał?

- Napomknęła coś o plaży. I później o głazie - wypowiedziawszy te słowa, uprzytomnił sobie, że wzmianka o tym ostatnim dotyczyła czegoś zupełnie innego, niemniej jednak, widząc zapał w oczach doradcy, postanowił zachować w tajemnicy ten szczegół. Skądinąd zaciekawiła go reakcja uczonego i chciał poznać powód całego zamieszania.

Mnich, popychany falą entuzjazmu, jednym susem przedostał się do półki z księgami. Jego podniecenie emanowało z niesamowitą siłą. Widać było gołym okiem, że ponownie odżyła w nim nadzieja na znalezienie śladów prowadzących do odgadnięcia zagadki, a przynajmniej poszlak, co w całej sytuacji mogło się okazać bardzo pomocne.

Chwilę później zakurzona księga wylądowała na blacie. Winfrid napomknął coś o tym, że od dawna nie była używana i już po chwili wilgotną szmatką przecierał skórzaną okładkę. Pokiwawszy z uznaniem głową po ukończonym czyszczeniu, otworzył wolumin i począł wertować stronice. Zajęło mu to trochę czasu, więc znudzony golibroda obserwował widok za oknem, zresztą też niespecjalnie ciekawy, bo wartownicy zawsze wyglądali tak samo. Spostrzegł też, że mury zamczyska rzucały coraz dłuższy cień, zapowiadając nadchodzący zachód słońca.

- Mam! - zakrzyknął triumfalnie doradca. - Znalazłem ten cholerny głaz. Na szczęście dla nas Hidenowie lubują się w szczegółowych mapach. No, tak. I nawet jest tutaj wzmianka o syrenach odwiedzających to miejsce.

Nachylił się nad mapą Królestwa i przyłożył do niej kawałek niezapisanego papieru, w ten sposób zwiększając jej powierzchnię. Zerkając to na plan, to na księgę, naniósł odpowiedni punkt na białym skrawku, bo połączyć je kreskami od plaży w kraju Hidenów aż po Grdykę. Przyglądał się bez słowa swojemu pomysłowi, aż w końcu oznajmił: 

- Nie wiem, sam nie wiem. Może to tylko moja nadinterpretacja, ale to wygląda jak sensowny wzór.

Golimistrz natychmiast poderwał się z krzesła i stanął obok mnicha. Ogarnąwszy wzrokiem szkic, cmoknął z podziwem, chociaż w jego głowie wciąż mnożyły się wątpliwości.

- Wygląda jak regularny zygzak. Ale wciąż to tylko zygzak - zaopiniował. - W czym to nam może pomóc?

- Pnie się trochę jak wąż ku górze, jeśli spojrzymy od początku całej drogi - wyjaśnił Goezze. - Gdyby zaryzykować następny punkt, to byłby gdzieś... tutaj!

Szybko postawił węglem czarny krzyżyk u góry planu i połączył go kreską z ostatnim. Teraz obaj wpatrywali się w punkt na mapie, a ich umysły intensywnie pracowały nad powstałym szkicem.

- Przecież tam nic nie ma - zauważył Brzytew. - Pustkowie i trawa dookoła. Jeżdżę tam czasem, bo to dobry teren, żeby Bezimienny mógł się wybiegać do woli.

- To nie rzutuje. Z toporem było podobnie. Zaraz, zaraz. - Uczony się zamyślił, by chwilę potem rzec: - Tak sobie teraz pomyślałem, że może ptaszydło wie, że tam bywasz i szykuje jakiś podstęp?

- Pułapka? Na mnie? - powątpiewał golibroda. - Nie wydaje mi się. Nigdy wcześniej nawet nie słyszałem o takim ptaku.

Golimistrz kręcił z niedowierzaniem głową. I choć nie miał w ogóle przekonania co do całej teorii, to jednakowoż zaciekawiło go rozumowanie mnicha. Ponadto nie mieli nic innego, na czym mogliby oprzeć swoje rozumowanie, więc gra była warta świeczki.

- Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale Dineh została porwana w nocy. Podczas pełni księżyca. - Przypomniał sobie, jednocześnie puszczając w niepamięć sugestię o rzekomym podstępie. - I był to pierwszy tydzień miesiąca. Tak samo było z czarnym ptakiem na podwórzu u chłopa. Mówię ci o tym, bo przecież nie możemy tam czatować w nieskończoność, a to może pomóc - doprecyzował.

- Oczywiście, że tak. - Winfrida wyraźnie ucieszyła ostatnia informacja. - To znaczy, że mamy jeszcze miesiąc. Tylko sprawdzę dokładnie, kiedy ma być pełnia.

- Jesteś w stanie to przewidzieć?

- Nie przewidzieć, tylko sprawdzić. Mam księgę dotyczącą astronomii.

Oblicze Brzytew przybrało zaskoczony wyraz. Nigdy wcześniej przez myśl mu nie przeszło, że księgi mogą pomóc w określeniu nadchodzących zdarzeń ściśle związanych z naturą. Do tej pory sądził, że pełnia księżyca przychodzi niczym przelatujący ptak lub wyskakująca nad taflę wody ryba, czyli wtedy, kiedy ma na to ochotę.

Opuszczając komnatę, usłyszał na odchodne opinię Goezzego:

- Nie chciałem wcześniej nic mówić. Ale śmierdzisz jak łajno.

- Dobrze, że nie przyszedłem do ciebie przed kąpielą.

Zostawiwszy doradcę z rozdziawionymi ustami, skierował się schodami w dół, po drodze rozmyślając, czy walka z komarami była warta aż takiego poświęcenia. Skonkludował, że jeśli kolejne zanurzenie w balii usunie nieprzyjemny zapach, to pomoc Marfuka godna była podziękowań, ale jeżeli smród nie ustąpi, to byłoby lepiej pozwolić insektom żreć do woli.

Wyszedł na dziedziniec i zatrzymał się. Czując zmęczenie, ziewnął przeciągle, wędrując beznamiętnym wzrokiem po ogrodzonym wysokim murem pustym placu. Kilka pochodni w niewielkim tylko stopniu oświetlało najbliższe otoczenie, a ze wszystkich kątów ziała ciemność, jakby na ściany ktoś wylał płynną smołę.

Niespodziewanie otworzyły się drzwi siedziby króla, by uwolnić z wnętrza budynku ciche odgłosy rozmowy przerywane salwami śmiechu. Na tle blasku padającego ze środka dostrzegł dwie osoby, które najwyraźniej wyszły, żeby pooddychać świeżym powietrzem i nacieszyć oczy migocącymi na niebie gwiazdami. Niczym nieskrępowane rozbawienie oraz trzymane w dłoniach kielichy dość obrazowo mówiły o nastroju królewskich gości.

Brzytew błyskawicznie odskoczył, skrywając się za najbliższym narożnikiem. Przypuszczał, że u Wesołego odbywa się właśnie jedna z jego licznych biesiad, lecz po chwili zmienił zdanie, kiedy jego słuch nie wyłapał nic poza szeptami przebywających na dziedzińcu ludzi. Nastawił uszu i wstrzymał oddech, próbując z niegłośnej rozmowy wyłowić słowa. Sprzyjała temu cisza nocy, podczas której nawet przelot ćmy brzmiał prawie jak walenie w bęben.

- Mój kochany, tak się cieszę, że cię widzę. Całe moje serce i ciało pragnęło tego.

- Wiem, ja też tęskniłem. Ale musimy być ostrożni.

Rozmowa na chwilę umilkła. Golimistrz wychylił nieznacznie głowę i obserwował rozgrywającą się opodal scenę. Tajemniczy kochankowie połączyli usta w namiętnym pocałunku i trwali tak, jednocześnie masując sobie wzajemnie krocza. Niedługo potem niemal wtoczyli się na powrót do środka i nie przerywając miłosnych igraszek, z hukiem zatrzasnęli za sobą drzwi.

Mając pewność, że nikt go nie widzi, Brzytew wyszedł z ukrycia, po czym szybkim krokiem ruszył do bramy. Wkrótce opuścił zamek i przemierzał ulice grodu, nieprzerwanie rozmyślając o sytuacji, której nie tak dawno został przypadkowym świadkiem. Targany mieszanymi uczuciami doszedł do jednego wniosku.

Taką wiedzę można przypłacić gardłem.

*

Przygotował zakład do przyjęcia pierwszych klientów. Wywiesiwszy tabliczkę informującą o działalności interesu, w skupieniu rozejrzał się po komnacie, aby mieć stuprocentową pewność, czy przypadkiem o czymś nie zapomniał. Zatarł z radości ręce, kiedy uznał, że wszystko ma dopięte na ostatni guzik. Czasem sam siebie zaskakiwał, gdyż nawet po tylu latach wciąż czuł satysfakcję z wykonywanej pracy, a nawet starał się ciągle doskonalić warsztat.

Zamarł na dochodzący z ogrodu dźwięk. Sygnał był mu doskonale znany i nie powinien jakoś szczególnie niepokoić, lecz dostarczenie listu nastąpiło zdecydowanie nie w porę. Nie ukrywając podenerwowania takim stanem rzeczy, odwrócił gwałtownym ruchem tabliczkę na drzwiach, po czym ruszył na tył domu z marsową miną. Zanim znalazł się w ogrodzie, oczami wyobraźni ujrzał siebie, jak wyrywa krukowi wszystkie pióra, a potem piecze go na wolnym ogniu.

Jednak przed zapoznaniem się z treścią wiadomości zdążył już ochłonąć. Dla odmiany po krótkiej lekturze zalał go strumień zimnego potu, a gardło wyschło na wiór, więc głośno przełknął ślinę, żeby je zwilżyć. List zasiał w nim ziarno niepokoju, choć na dojrzały owoc musiał jeszcze zaczekać. Stał teraz w ogrodzie, odprowadzając wzrokiem lecący ponad dachami czarny punkt. Wieczorem mam się stawić przed obliczem króla, pełen złych przeczuć streścił w myślach otrzymaną wiadomość.

Przez moment zastanawiał się, co począć. Jednak zebrawszy się do kupy, zdecydował, że zakład tego dnia będzie działał jak zawsze.

*

Siedząc na wysokim krześle, przymknęła lekko oczy, wyraźnie zrelaksowana dotykiem i generalnie całą pracą wykonywaną przez golibrodę. Jej krucze włosy były niczym czerń głębokiej studni lub najgęściej porośnięta część boru podczas bezgwiezdnej nocy. Zielona suknia z dużym dekoltem przesłoniętym koronką wyróżniała kobietę spośród innych mieszkanek grodu. Jej ciało, niby szczelnie zakryte, kusiło jednak kołyszącym się biustem. Interes prowadzony przez Agnes Klus pozwalał na takie ekstrawagancje, co niejednokrotnie spotkało się z werbalną krytyką innych grodzianek, z której niewiele sobie robiła.

- Wiesz co, Brzytew? Czasem myślę o zabarwieniu włosów na inny kolor - odezwała się po raz pierwszy od przywitania. - Jakiś jaśniejszy.

- Nie robiłbym tego. Masz tak naturalnie piękne włosy, że zmiana nie miałaby większego sensu.

- Ty to potrafisz wprawić kobietę w samozadowolenie. - Uśmiechnęła się, ciągnąc dalej wypowiedź: - I trochę szkoda, że odwiedzasz mój lokal coraz rzadziej. Dawno cię u nas nie było. Dziewczyny tęsknią.

Zbył jej uwagę milczeniem, bo dziś nie miał za bardzo ochoty na tego typu rozmowy, chcąc jedynie wykonać robotę oraz pożegnać klientkę z należytym szacunkiem. I w duchu życzył sobie, aby tak wyglądało każde jego zlecenie, aż do zamknięcia zakładu.

- Krążą wśród dziewczyn dziwne opinie. - Nie dawała za wygraną. - Podobno się zakochałeś. Tylko zastanawiam się w kim?

- A widzisz tutaj kogoś? - odpowiedział pytaniem, uznawszy, że dalsze ignorowanie Agnes powoli traciło sens.

Trzeba było przyznać, iż jego reakcja zbiła kobietę z tropu. Przez dłuższą chwilę nie wydusiła z siebie ani słowa, a rysujące się na jej twarzy zakłopotanie tylko potwierdzało słuszność sposobu prowadzenia konwersacji.

- Czasem sobie myślę o naszym królu, wiesz? - zmieniła temat. - Niby dobrze rządzi, ale chyba nie do końca pasuje do naszych obyczajów.

- A to niby dlaczego? - zainteresował się. Zdawał sobie sprawę, że w domu uciech można usłyszeć dużo ciekawych informacji albo nawet poznać sekrety ludzi ważnych dla kraju. - Wygadał się o czymś jednej z twoich pracownic?

- Nie. - Zaśmiała się w głos. - I to mnie właśnie dziwi. Nawet kiedy robi na zamku swoje huczne biesiady, to trzyma się z dala od dziewczyn. Uważnie obserwuje, czasem o coś zapyta, ale żadnej do łoża nie zaciągnął. Poprzedni królowie brali nawet po kilka do łożnicy i rżnęli na wszystkie sposoby. I nie przejmowali się, że za ścianą śpi żona. A ten jest jakiś inny. Przecież nie ma żony, więc tym bardziej powinien korzystać.

- Eee tam. - Brzytew starał się zbagatelizować jej opinię. - Drażni cię, bo nie ma nowych ploteczek. I tyle. Chyba płaci ci za usługi?

- Można tak powiedzieć. Płaci mi z podatków, które ja płacę jemu. A te jego przyjęcia? Robi je z takim przepychem, że aż trudno wyobrazić sobie, ile czerwonych na to idzie. I wiem, że wielu to kłuje w oczy.

Golimistrz nie zdecydował się, aby zapytać, kto dokładnie był niezadowolony z rozrzutności Boera. Znał dość dobrze Anges Klus i wiedział, że potrafiła sprytnie lawirować, używając istotnych informacji jako wartościowego towaru, kiedy tylko zaszła taka potrzeba. Jeśli do tej pory nic mu nie wyjawiła, to znaczyło, że nie znalazła w tym żadnego pożytku dla siebie. W takim przypadku nie miał szans na wydobycie z niej czegoś więcej. Co by nie mówić, był golibrodą, czyli dla niej kimś mało znaczącym.

*

Zauważył, że sala tronowa znacznie zmieniła swój wygląd od jego ostatniej wizyty, która miała miejsce niedługo po koronacji obecnego króla. Ściany pokryły kolorowe freski, a na suficie zagościł malunek słońca oraz rozmieszczonych równomiernie kręgów wokół niego. Ze stropu zwisał ogromny żyrandol z wieloma świecami, przez co w pomieszczeniu było znacznie jaśniej niż dawniej. Nim Golimistrz usłyszał pierwsze słowa po przekroczeniu progu, jego uwadze nie umknął również fakt, że portrety poprzednich władców wisiały na swoich miejscach. Co by o nim nie mówić, nie stara się zmieniać tradycji, przemknęło mu przez głowę, gdy ukłonił się przed obliczem Wesołego.

Boer siedział na tronie z rękami ułożonymi równiutko na udach. Tkwił w ten sposób zupełnie nieruchomo niczym rzeźba, a obok niego stał Goezze również przypominający figurę.

- Wiem, że się w duchu zastanawiasz, dlaczego cię wezwałem - odezwał się król, co zdziwiło przybyłego, bo spodziewał się raczej przemowy doradcy. - Rzadko to robię, ale dziś mam ważny powód.

Podczas ostatniego spotkania władca miał spore kłopoty z werbalnym wyrażeniem swoich myśli, więc tak dobre posługiwanie się językiem Królestwa stanowiło dla Brzytew niemałe zaskoczenie. Jednakże treść wypowiedzi zabrzmiała jednoznacznie. Golimistrz zacisnął pięści, spodziewając się najgorszego. Wprawdzie dziwił go brak straży w sali, lecz przecież zbrojni mogli równie dobrze czekać na odpowiednią komendę za drzwiami. Zastanawiał się, kiedy do komnaty wkroczy oddział, po czym zakutego w dyby wrzuci do jednej z cel w lochu.

Nic takiego się nie działo.

- Do usług Waszej Wysokości - wydusił wreszcie z dużym trudem.

- Dobrze się czujesz, Brzytew? - spytał szczerze zaniepokojony doradca. - Jesteś blady jak zdechły dorsz. Żebyś tu jakiegoś choróbska nie przywlókł.

- Nie - odparł Golimistrz, jako tako pozbierawszy się w sobie. - Rzadko staję przed królewskim majestatem i chyba mnie to trochę przerosło.

Obaj dostojnicy wbili wzrok w golibrodę, chyba do końca nie wiedząc, jak odnieść się do tak niespodziewanego wyznania. W końcu zamiast odpowiedzi rozległ się ich gromki śmiech odbijający się echem od ścian, a gdy wreszcie pokonali atak wesołości, Boer przemówił, wciąż z trudem łapiąc powietrze: 

- Ty, Golimistrzu? Ty straciłeś rezon z powodu mojej obecności? A ja mam dla ciebie zadanie. Ale teraz to nie wiem, czy podołasz.

Goezze tylko kiwał głową, a jego twarz aż nabrzmiała z wysiłku podczas prób stłumienia kolejnej fali śmiechu. Wziął kilka głębokich oddechów i na wyraźne polecenia króla wreszcie zapanował nad sobą.

- Wygląda na to, że mamy kłopot z wysokim rangą oficerem - oznajmił doradca. - I to spory kłopot.

Brzytew poczuł tak ogromną ulgę, jakby ktoś zdjął mu z pleców wór wypełniony kamieniami. Wypuściwszy powietrze z płuc, nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że w tej jednej chwili zrzucił sporo wagi, a lekkością dorównywał kilkuletniemu chłopcu. Teraz on z kolei robił, co mógł, aby nie wybuchnąć śmiechem, szydząc w myślach ze swojej głupoty i przewrażliwienia.

- Nasz szpieg doniósł o jego wrogim nastawieniu do obecnie panującego. W zasadzie pachnie to spiskiem, więc chcemy zdusić wszystko w zarodku - kontynuował uczony. - Trzeba byłoby spowodować jakiś wypadek.

- Śmiertelny? - upewniał się Golimistrz.

- Niekoniecznie, ale śmierć też będzie dobrym rozwiązaniem - włączył się do rozmowy Wesoły. - To już zostawię twojej kreatywności. Musi zostać unieszkodliwiony, bo wygląda na to, że ma posłuch wśród żołnierzy. A to budzi nasze obawy.

Ośmielony przebiegiem spotkania, golibroda przyjrzał się dokładniej królowi, lecz zrobił to z odpowiednim wyczuciem, nie zdradzając w żaden sposób swojego zainteresowania.

To, że Boer wyróżniał się trochę ciemniejszą karnacją od swoich poddanych, nikogo nie dziwiło, bo podobnie sytuacja przedstawiała się w przypadku Goezzego. Zresztą i tak było mu daleko do Hidenów z ich ciemnobrązową skórą. Dokładnie ogolona twarz Wesołego lśniła wręcz dziecięcą gładkością, a czarne włosy, sięgające niewiele poniżej uszu, miały gęstość zwierzęcego futra. Do tego wydawał się prawdopodobnie najchudszym władcą w historii krainy, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę wszystkich rządzących w ostatnich kilkudziesięciu latach, czyli czasy, kiedy zaczęto prowadzić dokładną kronikę państwa. Golimistrz przebiegł wzrokiem po opasłych gębach widniejących na portretach, prędko znajdując dowody na poparcie swoich przypuszczeń.

- Naszym celem jest dowódca z północnych krańców. - Goezze tłumaczył dalej. - Nazywa się Ereon Blizny.

- Ten Blizny? - Brzytew zmarszczył brwi ze zdziwienia.

W odpowiedzi mnich przytaknął ruchem głowy.

Jeszcze służąc na pograniczu, Golimistrz słyszał wspomniany przydomek. Blizny już wtedy cieszył się sławą świetnego stratega i dowódcy, a słynął również z odwagi oraz waleczności, o czym świadczyła jego fizyczna obecność podczas każdej z decydujących potyczek, w których jego szabla przyniosła śmierć wielu nieprzyjaciołom. Mówiono o nim, że bił się do utraty sił, dopóki starczało tchu w płucach. Swój przydomek zawdzięczał niezliczonej ilości blizn pokrywających jego ciało niczym ozdobne freski. Dzięki tak bohaterskiej postawie cieszył się posłuchem oraz oddaniem rzeszy wojaków, gotowych pójść za nim choćby i w ogień, jeśli tylko zaszłaby taka potrzeba. Nie dziwota, że się go boją, wydedukował Brzytew, słuchając wywodów doradcy.

- Mamy niezbite dowody, że Ereon chce dokonać zamachu stanu - ciągnął uczony. - Co prawda można by go najechać, lecz wolelibyśmy tego nie robić. - Wyczytawszy zaskoczenie na twarzy golibrody, wyjaśnił: - Mogłaby się z tego rozpętać duża bitwa, a może nawet bratnia wojna. Dopiero wsiąkła w ziemię krew wojen z Imperium, na co komu kolejne stosy trupów?

Golimistrz mrugnął oczami na znak zrozumienia, wciąż mając w pamięci obrazy umierających na służbie towarzyszy. W duchu przyznał, że pomysł króla jest najlepszym wyjściem w tej sytuacji, jednocześnie czując lekki żal, gdyż celem był jeden z najbardziej szanowanych dowódców w państwie.

- Po wykonaniu zadania otrzymasz podwójną stawkę - dopowiedział Wesoły. - Bo zdaję sobie sprawę z problemów, jakie napotkasz.

Tymi słowy pożegnał Brzytew.

Opuszczając mury warowni, golibroda doszedł do wniosku, iż nawet ta wyższa stawka zaproponowana przez władcę nie rzucała na kolana, biorąc pod uwagę skalę trudności. Lecz czy wypadało targować się z królem?

*

- O, jesteś, Marfuk - rzekł Brzytew z wysokości grzbietu wierzchowca, gdy pustelnik wyłonił się zza strzelistej sosny. Zanim przybył na skraj Boru Niedźwiedziego, odwiedził po drodze Goezzego i odebrał niewielki pakunek, który wylądował w worku zawieszonym przy siodle. - Potrzebuję twojej pomocy.

Brodacz wysłuchał ze skupieniem słów przybysza, i o ile prośba o zajęcie się Bezimiennym przez jeden dzień nie wywołała w nim żadnych emocji, o tyle dalsza część wypowiedzi wprawiła go w niemałe zdumienie. Mimo to nie zadawał pytań, jakby nie chciał poznać przyczyn nietypowego życzenia albo uznał, że golibroda musiał mieć ważny powód, decydując się na tak ekstremalne rozwiązanie swojego kłopotu. Kilkoma gestami Marfuk nakazał Golimistrzowi poczekać i momentalnie zniknął w zaroślach.

Brzytew powoli zsiadł z siodła, po czym zdjął uczepiony worek oraz szablę. Ułożywszy się wygodnie na trawie, pozwolił odpocząć czterem literom po jeździe, wpatrując się w błękit nieba nieznacznie zamglony rozproszonymi obłokami. W głowie powtarzał sobie ułożony wcześniej plan, choć nie miał za grosz pewności, czy w miarę rozwoju sytuacji jakieś szczegóły nie ulegną lekkiej modyfikacji.

Upłynęło sporo czasu od momentu, kiedy pustelnik zniknął, co sugerowało, że spełnienie prośby Golimistrza nie było wcale łatwym zadaniem. Brzytew wysnuł teorię, iż brodacz pewnie został zmuszony udać się w głąb puszczy, aby zrealizować zamówienie, więc chociaż miał pewność co do jego zdolności w tej materii, dalej cierpliwie czekał.

I wkrótce Marfuk powrócił, dzierżąc w dłoni malutkie zawiniątko. Przekazawszy Brzytew skórzany mieszek, zamachał energicznie łapami, patrząc mu prosto w oczy z oczekiwaniem na potwierdzenie, że zrozumiał instrukcję.

- Tak. Zrobię, jak mówisz - odparł Golimistrz po chwili namysłu, chowając mieszek za pazuchą. - A teraz czas na mnie. Czeka mnie długi spacer.

W odpowiedzi dziad tylko pokręcił ze zrezygnowaniem głową i puknął się palcem w czoło, dość obrazowo wyrażając w ten sposób opinię na temat inteligencji kamrata.

Golimistrz uśmiechnął się pod nosem, lecz grymas wyglądał na wymuszony, nie do końca szczery i w żaden sposób nie oznaczał wesołości. Przewiesiwszy worek przez ramię, podniósł z ziemi szablę i wyruszył truchtem wzdłuż linii boru, pozostawiając za sobą odprowadzającego go wzrokiem dziada borowego oraz rżącego na pożegnanie konia.

Po przebiegnięciu znacznej odległości zdecydował, że nadszedł odpowiedni czas na charakteryzację, a przy okazji mógł wykorzystać postój na krótki odpoczynek. Najpierw założył włosy, a zaraz potem przykleił wąsy. Rozpakowawszy tobołek otrzymany od mnicha, wyciągnął zeń mundur królewskiej piechoty. Wprawnie go wdział, nie ukrywając podziwu:

- Winfrid ma dobre oko. Pasuje jak ulał.

Wiedząc, że zostało mu do przebycia jeszcze kawał drogi, nie zwlekał, tylko natychmiast pobiegł dalej. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, ale było mu to na rękę. Od początku zamierzał przeprowadzić akcję po zapadnięciu zmroku.

*

Przyczajony w krzakach opodal strażnicy lustrował ruchy wartowników. W nieśmiałym świetle pochodni i ognisk dostrzegł stojące postacie, które jawiły się niczym cienie ledwie widoczne pośród czerni nocy. Palisada otaczająca obóz imponowała wysokością, toteż sforsowanie jej wydawało się w zasadzie niemożliwe. Poruszając się ostrożnie wkoło ostrokołu, zatrzymał się przy niewielkim wyłomie, strzeżonym przez jednego żołnierza. Od razu wysnuł wniosek, że przez tak małe wejście trudno byłoby wtargnąć większej liczbie ewentualnych wrogów, stąd tak skromna ochrona. Dodatkowy argument stanowił brak działań wojennych, a więc nieliczna warta nie miała prawa nikogo dziwić ani budzić zastrzeżeń. Zdając sobie z tego sprawę, uruchomił szare komórki w poszukiwaniu właściwego fortelu lub jakiegokolwiek konceptu, który pomógłby wyprowadzić wartownika w pole.

Pomysł sam wszedł albo raczej wpełzł mu do ręki. Rozglądając się po najbliższej okolicy, szukał wsparcia w ledwie widocznych mchach i trawie, krzakach oraz paprociach, aż wreszcie jego wzrok powędrował nieco wyżej. Przymrużywszy oczy, zauważył coś, co nie bardzo pasowało do reszty drzewa, choć kiedy tkwiło w bezruchu, pozornie wyglądało jak gałąź pozbawiona liści. Krótka obserwacja wystarczyła mu na podjęcie decyzji. Niewielki dusiciel. Niejadowity, ale wartownik może o tym nie wiedzieć, pomyślał, zbliżając się do gada.

Szybkim ruchem zacisnął dłoń na jego gardle, po czym niespiesznie odczepił resztę długiego ciała z gałęzi, odkręcając je niby linę z kołowrota opuszczającego wiadro do studni. Potem ostrożnie zakradł się bliżej wejścia i zanurkował w wysokie paprocie. Czekał na właściwy moment. Świetnie znając warunki i obyczaje panujące w strażnicach, domniemywał, iż prędzej czy później znużony wojak zechce odpocząć.

Niedługo potem jego przewidywania stały się faktem. Kiedy wartownikowi od długiego stania nogi zaczęły wrastać w rzyć, rozejrzał się kilka razy niespokojnie, aż wreszcie przysiadł na niewielkim kamieniu bokiem do Golimistrza.

Brzytew przyklęknął na jedno kolano. I zamaszystym ruchem rzucił gada.

Zwierzę wylądowało idealnie na głowie żołnierza. Gdy nieszczęśnik uprzytomnił sobie, że to nie szyszka ani ptasie odchody spadły mu na czerep, zerwał się, ze strachu upuszczając płonącą pochodnię.

- Żmija! - krzyknął, skacząc w jakimś przedziwnym tańcu. - Żmija, na bogów!

Golibroda wyskoczył z kryjówki. W trymiga znalazł się obok przerażonego żołnierza. Zrobił to tak szybko, że wojak się nie zorientował, skąd wyłonił się jego wybawca.

- Schowaj się za mnie! - poradził wartownikowi, który w przypływie desperacji począł ciskać w węża kamieniami. - Bo jak cię użre, to już po tobie.

Chłopinie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zniknął za plecami Brzytew, który podniósł z ziemi płonącą pochodnię, po czym dobył szabli. Nie spiesząc się, ostrożnie podchodził do gada.

- Boję się jak diabli - powiedział do trzęsącego się żołnierza. - To Czerwona Śmierć, najbardziej jadowita żmija w borze.

W myślach począł robić sobie wyrzuty, gdyż wąż miał raczej zielonkawy kolor w czarne plamy, a i głupszej nazwy też chyba nie mógł wymyślić. Na jego szczęście w tej chwili wojak najprawdopodobniej uwierzyłby, że zwierzę było smokiem lub nawet zaczarowaną księżniczką.

Sprawnym cięciem pozbawił węża łba. A potem przez jakiś czas maltretował szablą martwe ścierwo, wykrzykując coś o niebezpiecznych gazach oraz o umiejętności ponownego scalania się gada.

- Dobrze, że cię, kamracie, usłyszałem - mówił, kiedy ze zwierzęcia zrobił krwawą miazgę. - Akurat wylazłem z namiotu, a tu słyszę, że ktoś wrzeszczy. Gdybyś nie krzyknął, to już pewnie... ech, szkoda gadać.

- Stokrotne dzięki. - Wartownik otarł pot z wąsatego oblicza. - Kim jesteś? Nie kojarzę twojej twarzy.

- Zwą mnie Dynyc. Jestem tu od wczoraj. Jeszcze nie wszystkich poznałem.

- Aaa, rozumiem. Świeże mięso. - Zaśmiał się. - Tu z pięć setek chłopa służy. Trochę to potrwa, zanim wszystkich poznasz. Jam jest Onuty. Jak się spotkamy w kantynie, to masz u mnie tyle miodu, ile tylko zdołasz wypić.

- Nie gadaj tak. Mam mocną głowę.

- Tym lepiej!

Obaj tryskali wesołością, lecz Golimistrz niekoniecznie szczerą, co rusz zerkając na wejście w palisadzie. A że czas płynął nieubłaganie, pożegnał żołnierza i wkroczył na ogrodzony teren, by po chwili schować się za jednym z namiotów. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, wyciągnął zza pazuchy niewielki skrawek papieru i prześledził wzrokiem zawarte tam informacje. Mapa jednoznacznie wskazywała, iż właściwy budynek znajdował się w centralnej części obozu.

Przemykając ze sprytem lisa pomiędzy namiotami oraz drewnianymi szopami, Brzytew podążał w obranym kierunku, z każdym krokiem zbliżając się do celu. Co jakiś czas przystawał, nasłuchiwał i wytężał wzrok, by uniknąć spotkania oko w oko ze stacjonującymi w obozie. Czuł się niby zając pośród sfory wilków, który oczekuje na właściwy moment, żeby dać drapaka, z tym że Golimistrz nie zamierzał nigdzie uciekać. Przynajmniej na razie.

- A ty, szeregowy, dokąd? - Usłyszał za sobą pytanie, kiedy mijał kolejny z namiotów.

Obróciwszy się na pięcie, natychmiast zasalutował, widząc przed sobą oficera.

- Melduję, że muszę do szaletu!

- Przypiliło cię, psubracie, co? - Brunet podkręcił wąsa. Miał na sobie rozchełstany mundur, a spod kaftana wystawał mu opasły brzuch. Bijący od niego odór alkoholu skutecznie odganiał wygłodniałe komary. - Tyle się miodu opił, że szczać po ciemku lata?

Dyscyplina tu mniejsza niż w burdelu. Oto co brak wojny robi z żołnierza, pomyślał golibroda i bez ociągania odrzekł, trzymając w pogotowiu dłoń na brzytwie: 

- Melduję, że nie! Melduję, że chce mi się srać!

Oficer roześmiał się rubasznie, mając za nic leżących w namiotach wojaków. Chociaż mrok zapadł niedawno, to wielu z nich już spało, chcąc wypocząć przed trudami następnego dnia. Pewnie niejednego obudził swoim rykiem, lecz niespecjalnie się tym przejął.

- Przynajmniej szczery. A to cenię - przyznał, głaszcząc się po brzuchu. - No, dobra. Idź się wysrać, bo spanie z gównem w dupie nikomu nie służy. Zresztą niedługo skończy się ta laba i przyjdzie czas na walkę.

- Tak jest! - Brzytew zasalutował i szybkim krokiem oddalił się od rozmówcy, a kiedy zniknął za namiotem, zatrzymał się, po czym wypuścił z ulgą powietrze z płuc. - Miałem szczęście, że był pijany. Tylko dlatego mi się udało.

Przez chwilę dumał nad ostatnimi słowami oficera. Gdyby nie wcześniejsza audiencja u króla, to z pewnością ta wypowiedź nie zwróciłaby jego uwagi, ale teraz dość mocno zagnieździła się w jego umyśle. Jednak szybko odpuścił wszelkie rozważania, gdyż czas nieustannie poganiał, więc ruszył, odtwarzając w pamięci przestudiowaną niedawno mapę. Musiał koniecznie zdążyć przed kolacją. Jako były żołnierz dobrze znał obyczaje oficerskie i wiedział, że po wielu latach służby mundurowi wykonują z przyzwyczajenia pewne czynności zawsze o tych samych porach.

To tutaj. I chyba jestem na czas, uznał, gdy dotarł w pobliże zbitego z desek niewielkiego domku. Tylko najwyżsi rangą wojskowi mieli do dyspozycji tego typu budynki, a w całym obozie znajdowało się ich zaledwie kilka, niemniej jednak na mapie to właśnie ten był oznaczony czerwonym krzyżykiem. Przez okno na tyłach budynku dało się dostrzec światła świec, a przed drzwiami umieszczono w chwytakach dwie pochodnie, które odpowiednio rozjaśniały front siedziby oraz fragment biegnącej doń ścieżki.

Brzytew przyczaił się za drzewem, do którego nie docierał blask pochodni. Wybrane miejsce oferowało całkiem niezły punkt obserwacyjny. Pozostało tylko czekać na stosowny moment, a przeczucie mu podpowiadało, że nie będzie zmuszony ukrywać się zbyt długo.

Ktoś nadchodził niespiesznym krokiem po wydeptanej dróżce. Mężczyzna trzymał przed sobą zakrytą michę, z której ulatniała się para. Pagony informowały o stopniu kaprala, a wzorowa postawa sugerowała poważne podejście do wykonywanych obowiązków.

I to już Golimistrz potraktował jako ostrzeżenie, choć mimo wszystko postanowił realizować pierwotny plan, nie chcąc zostawiać za sobą żadnych śladów. Na wszelki wypadek była przecież brzytwa zadekowana na dnie kieszeni. Wybiegł z kryjówki, udając, że goni podoficera.

- Panie kapralu! - krzyknął, a kiedy zatrzymał się przed obliczem wyższego rangą, zasalutował zgodnie z obowiązującym regulaminem.

- Słucham? - odrzekł żołnierz, nie kryjąc zdziwienia. - Co jest, szeregowy? Obyś miał dobry powód, żeby drzeć tak mordę.

- Melduję, że w kantynie zdrowo popili i wzięli się za łby.

Kapral, nie spiesząc się, postawił michę obok ścieżki. Jego opanowanie oraz opieszałość wyglądały na celowe, jakby mielił w głowie usłyszaną wiadomość, jednocześnie nie do końca dając jej wiarę. Zmierzył golibrodę wzrokiem od stóp go głów i powiedział: 

- Mam dobrą pamięć do twarzy, ale ciebie nie pamiętam. Ktoś ty? 

Nawet się nie zająknąwszy, Brzytew wyrecytował słowo w słowo tę samą regułkę, którą wyklepał chwilę wcześniej.

- To bardzo dziwne, bo nie słyszałem, żeby wczoraj przybyli do nas nowi żołnierze - podsumował kapral, zaciskając dłoń na rękojeści szabli. - A to, co mówisz, jest tym dziwniejsze, że dziś kantyna zamknięta.

Golimistrz skoczył ku niemu. Wojak wydobył oręż z pochwy zaledwie do połowy, a z jego gardła już lała się krew. Wciąż charczał rozpaczliwie, kiedy Brzytew taszczył go w najbliższe krzaki, i dopiero w ukryciu wyzionął ducha. Zabójca wytarł zakrwawione ręce o mundur trupa i, żeby nie marnotrawić czasu, ujął michę, po czym wsypał do niej specyfik od Marfuka.

Podchodząc do drzwi, wziął głęboki wdech. Zapukał.

- Wejdź, kapralu! - Rozległo się z wnętrza domu.

Nacisnął klamkę, a kiedy wszedł do środka, jego oczom ukazał się stojący przy oknie niewysoki mężczyzna. Jego oblicze przecinała widoczna blizna, która biegła od ust, a kończyła się na wysokości ucha. Siwizna pokrywała sumiaste wąsiska, jak i mocno przerzedzone włosy, co świadczyło o podeszłym wieku oficera.

- A kim ty, u diabła, jesteś? - zapytał zaskoczony Ereon. - Gdzie Sybit?

Golibroda domyślił się bez większego kłopotu, że chodziło o zarżniętego kaprala. Nie zdążył jeszcze nic odrzec, kiedy nagle zamarł w bezruchu, słysząc groźne warczenie. Spod stołu wyszedł ogromny pies i łypiąc na przybysza, wyszczerzył kły.

- Melduję, że jestem szeregowy Dynyc - odparł wreszcie, przełykając głośno ślinę i zerkając kątem oka na owczarka. - Pana kaprala dopadła sraczka i mnie tutaj wysłał. Powiedział, że zanim tutaj dojdzie, to się zesra w spodnie. - Wyłuszczył wymyślony na poczekaniu koncept, uznając, że skoro mowa o defekacji już raz uratowała mu skórę, to może ponownie się udać.

Wyraźnie zbity z tropu oficer gapił się na Golimistrza, aż wreszcie machnął ręką i skrzywił usta w uśmiechu.

- Cóż, sraczka po żołnierskim żarciu to rzecz normalna. To dlatego jadam inne rzeczy - podsumował i zasiadł do stołu, wydając krótkie polecenia: - A teraz dawaj michę! I nalej mi wina do kielicha.

Brzytew zrobił tylko jeden krok, gdy pies niemal rzucił się na niego. Szczekał wściekły, a sierść zjeżyła mu się przy tym na grzbiecie, stercząc niczym grzywa jakiegoś drapieżnika. Bardziej przypominał teraz osaczonego wilka niż domowe zwierzę.

- Spokój, ty durny kundlu! - wrzasnął Blizny. - Co cię opętało?

Golimistrz zacisnął zęby i postawił michę na stole, ignorując ryzyko bycia pokąsanym. Zresztą, kiedy napełniał kielich, dowódca mocnym kopniakiem posłał psa w kąt izby, niejako zamykając sprawę. A Brzytew, korzystając z zamieszania, schował za pazuchę sztylet z inicjałami Ereona, wyjąwszy go z pochwy dyndającej na ścianie. Stanął na baczność i oczekiwał dalszych rozkazów, ale usłyszał tylko jeden:

- Zabieraj się, szeregowy. Idź spać. Bo kto wie, co przyniesie jutro?

Wzorowo zasalutował, po czym opuścił izbę. Zatrzaskując drzwi, usłyszał ciche wycie, a zaraz potem głos oficera:

- Co cię napadło, cholerny psie? Nawet nie można zjeść w spokoju.

*

Wydostanie się z obozu okazało się dużo łatwiejsze niż wejście do środka, ale prawdę mówiąc, golibroda liczył na taki obrót spraw. Długo czekał na właściwą okazję, ostrożnie przekradając się wewnątrz strażnicy i szukając najlepszego miejsca. Znalazł takie niedaleko rozłożystego dębu, którego gałęzie niemal dotykały palisady. Wspiąwszy się na drzewo, ostrożnie oraz najciszej, jak potrafił, dotarł po konarach na skraj strażnicy i naraz wybił się z obu nóg, by zawisnąć oburącz na palisadzie. Kumulując wszystkie siły, podciągnął się do góry i zeskoczył po drugiej stronie.

Za dobrą wiadomość należało uznać udaną ucieczkę, natomiast mniej szczęśliwe było samo lądowanie, ponieważ Brzytew upadł na krzaki dzikiej jeżyny, co mocno odczuł. Oddalając się w głąb boru, syczał z bólu i bez przerwy klął pod nosem, lecz najchętniej wrzasnąłby na całe gardło, żeby sobie ulżyć. A tego, jak na złość, nie mógł zrobić.

Po jakimś czasie zadrapania i ukłucia stały się mniej dokuczliwe, więc mógł się skupić już tylko i wyłącznie na drodze powrotnej. Chciał jak najszybciej wyjść z boru, aby później podążyć jego skrajem. Zbyt długie przebywanie w dziczy nawet za dnia nie było bezpieczne, a w nocy tylko głupiec albo szaleniec chciałby przedzierać się poprzez knieję. Pokonał już spory kawał ostępów i coraz częściej w jego głowie dzwonił alarm, że prawdopodobnie zgubił szlak, bo z jego wyliczeń wynikało, że już jakiś czas temu gęsty drzewostan powinien się skończyć. Stopniowo dopadała go panika, a serce głośno waliło, wręcz dudniąc mu w uszach. Przystanął na moment, żeby dokładniej rozejrzeć się dokoła. Wzrokiem nie wyłowił w ciemnościach zupełnie nic, a że liście szczelnie zasłoniły niebo, brak gwiazd i księżyca uniemożliwiał określenie położenia. Każdy dźwięk w pobliżu, cichy lub trochę bardziej donośny, rodził w nim coraz większą niepewność, której towarzyszyły strugi potu zalewające jego twarz. A to coś zaskrzeczało gdzieś nad nim, a to coś burknęło niedaleko. Dość powiedzieć, że jeż buszujący w krzakach prawie przyprawił go o utratę przytomności. Las w mrokach nocy jawił się niczym ogromna pułapka, gdzie na każdym kroku czyhało potencjalne zagrożenie.

Znowu coś usłyszał. Gdzieś z kniei dobiegł go szmer szybkich kroków i pojedyncze powarkiwania. Zatrzymał się. Szybko zauważył, że niepojący hałas dochodził w zasadzie z każdej strony. A kolejny wniosek zjeżył mu włosy na głowie. Grupa ukrytych w ciemnościach stworzeń najwyraźniej okrążała go, zaciskając wokół swoisty potrzask. Kiedy zaświeciło kilka par oczu, dłużej już nie zwlekał.

Wyskoczył i zawisł na gałęzi, a zaraz potem zarzucił na nią jedną nogę. Ale z drugą kończyną nieznacznie się spóźnił.

Wilk kilkoma susami pokonał dystans i wybił się w górę. Zagłębiwszy ostre zębiska w bucie, przedarł się aż do stopy. Stał teraz na tylnych łapach, jednocześnie trzymając w pysku nogę Brzytew. W trymiga dołączyła reszta stada, niespokojnie się wiercąc oraz groźnie warcząc, ukazując przy tym świecące w czerni kły.

Golimistrz wrzasnął, kiedy jego stopę przeszył dotkliwy ból. Zacisnął zęby i próbował uwolnić się z morderczych szczęk, lecz jego próby spełzły na niczym. Czuł, że ciepła krew zalewa mu wnętrze buta. Drapieżnik ani myślał wypuścić zdobycz, co chwilę szarpiąc nieszczęsną nogę i przyprawiając tym samym ofiarę o piekielne cierpienie. Brzytew zmusił się, by przestać myśleć o bólu, a zaczął się zastanawiać, czy istniała jakakolwiek szansa, że wilka zmęczy ten impas i odpuści. Jak na razie nic na to nie wskazywało. Nie miał innego wyjścia. Musiał zacząć działać. Otoczył ramieniem gałąź, sprawdzając, czy będzie w stanie utrzymać się na drzewie, przytrzymując się tylko jedną ręką. Wydawało się, że tak, a przynajmniej na krótko. Zachowując optymalną ostrożność, sięgnął po szablę i powoli, kawałek po kawałeczku, wydobywał ją z pochwy.

Zwierzę chyba zwietrzyło podstęp, bo zaczęło mocniej szarpać kończynę i warczeć z większą werwą niż wcześniej. Pozostałe wilki skakały jeden za drugim, by wspomóc towarzysza, lecz nie mogły w żaden sposób dosięgnąć celu. Basior znacznie je przerastał.

Wreszcie Brzytew wyciągnął oręż. Zawinął wolną nogę wokół konara, wzmocnił chwyt ramienia i zaczął machać szablą, kierując ostrze w dół. Dźgał, dopóki nie usłyszał skowytu, a zaraz potem nacisk szczęk zelżał. Nie czekając, wykorzystał moment i szarpnął zranioną nogę, po czym wspiął się wyżej ostatkiem sił. Usiadłszy na gałęzi, oparł plecy o pień, głośno dysząc i ocierając pot z twarzy.

- Chyba jeszcze pożyję - wysapał z trudem.

Jedno wiedział na pewno. Musiał wytrwać przynajmniej do wschodu słońca. I z góry założył, że pulsujące w żyłach emocje nie pozwolą mu zmrużyć oka, co w tej sytuacji było wyjątkowo korzystne. Nie patrzył w dół. Nie było takiej potrzeby, gdyż wilki robiły nie lada hałas, wyjąc, biegając wkoło i powarkując groźnie. W ciszy nocy brzmiało to wszystko niewyobrażalnie głośno i coraz głębiej wdzierało się w mózg.

Brzytew zatkał palcami uszy. Zacisnąwszy powieki, wyobrażał sobie, że przeniósł się daleko stąd. Leżąc w pełnym słońcu na piaszczystej plaży, poczuł na sobie dotyk delikatnych dłoni.

- Dineh - wyszeptał czule.

*

Skąpe promienie słoneczne przedzierały się poprzez gęstwinę liści, muskając swoim ciepłem jego twarz. Przed chwilą odważył się zejść z drzewa, kiedy nabrał pewności, że wilki odeszły. Zdał sobie sprawę z ich nieobecności już znacznie wcześniej, ponieważ przed świtem ucichł cały tumult. Jednak w obawie przed podstępem postanowił zaczekać, aż zrobi się jaśniej i wtedy kilka razy dokładnie zlustrował wzrokiem okolicę, tym bardziej że widok z drzewa miał dość dobry.

Stał oparty o szablę, ciężko oddychając i krzywiąc z bólu twarz. Stopa rwała niemiłosiernie, choć domyślał się, że krwawienie ustało, gdyż nie czuł wilgoci w bucie. Próbował go nawet ściągnąć, lecz opuchlizna do pary z bólem nie pozwoliły mu tego uczynić. Zacisnąwszy zęby, pokuśtykał w kierunku nieśmiało przebijającego się słońca, pamiętając, iż powinien odnaleźć skraj boru na wschodzie.

Szedł już tak długo, że począł mu doskwierać głód, a pragnienie przyprawiać o szaleństwo. Wszystko to zepchnęło na dalszy plan nawet pogryzienie. Ale nie poddawał się, wędrując właściwie bez żadnych dłuższych przerw. Kiedy wreszcie wyszedł na otwarty teren, światło wręcz go oślepiło, i to tak bardzo, że przez moment widok mienił mu się niczym przesłaniające cały świat ogromne lustro. Z czasem wszystko wróciło do normy, więc brnął dalej, tonąc po kolana w trawie. Coraz częściej potykał się o kępy roślin, czasem nawet o własne nogi, a wtedy stale powracał ból. Ale pomimo przeszkód stawiał krok za krokiem, choć coraz wolniej, coraz wyraźniej opadając z sił. Za którymś z kolei razem, zawadziwszy butem o niewielki kamień, nie utrzymał równowagi. Runął z impetem, znikając w zieleni, jakby pochłonięty przez łąkę. Już się nie podniósł.

*

Zakłopotany Marfuk siedział przed szałasem. Trapiła go przedłużająca się nieobecność golibrody, a teraz z kolei nie potrafił zrozumieć zachowania Bezimiennego. Koń rżał dość często i jakoś tak niepokojąco, że pustelnika aż przeszywały dreszcze. Do tego zwierzak wiercił się niespokojnie, a na wodę w strumieniu oraz soczyste gałęzie leszczyny nie chciał nawet spojrzeć, choć przecież jeszcze wczoraj obgryzał je, radośnie przy tym parskając. Dziad znał dobrze zachowania stworzeń żyjących na wolności, lecz udomowiony wierzchowiec stanowił dla niego nie lada zagadkę.

A Bezimienny z każdą chwilą wydawał się coraz bardziej rozdrażniony.

Pustelnik po namyśle postanowił działać. Dedukując, że wierzchowiec chce mu coś przekazać, odwiązał go od drzewa, wcześniej czule pogładziwszy koński pysk. Poprowadził zwierzę w górę jaru, kierując się na wschód.

Gdy już znaleźli się na skraju boru, zmienił się przewodnik wyprawy i Marfuk posłusznie podreptał za wierzchowcem. Zastanawiał się nawet, czy go nie dosiąść, ale obawa przez zrzuceniem ostudziła te zapędy.

Bezimienny wciągał głośno powietrze w nozdrza, węsząc niczym pies myśliwski. Nie uszli wcale daleko, gdy nagle koń parsknął, po czym ruszył cwałem, pozostawiając w tyle pustelnika goniącego za nim co sił w nogach. Na moment wierzchowiec zniknął mu z pola widzenia i dziad począł przeklinać w myślach swój pomysł, lecz wkrótce dostrzegł rumaka stojącego w wysokiej trawie.

Zbliżywszy się, zauważył leżącego pośród zieleni żołnierza. Mundurowy wciąż żył, choć klatka piersiowa ledwo się unosiła. Marfuk już miał zbesztać na migi zwierzę za jego głupotę, choć taka reprymenda raczej nie zrobiłaby na nim większego wrażenia, kiedy nagle Bezimienny polizał twarz zbrojnego. I tak długo zwilżał jęzorem oblicze, dopóki mu w zębiskach nie zatrzeszczały wąsy, które wypluł, machając na boki łbem i dając tym samym do zrozumienia, iż zarost nie należał do końskich przysmaków.

A pustelnik złapał się za głowę, gdy znowu spojrzał na wojaka.

*

- Dziękuję ci, kamracie - powiedział Brzytew, kiedy dziad wprawnie opatrzył mu ranę. Zerknął na pocięty w kawałki but, lecz nie martwił go powrót z jedną bosą stopą, wiedział, że inaczej nie dało się dotrzeć do ugryzienia. - Tak. I tobie też dużo zawdzięczam - dodał, patrząc na konia.

Odpowiedziało mu rżenie, a zaraz potem kilka niecierpliwych uderzeń kopytami o ziemię. Golimistrz był prawie pewien, że wierzchowiec ma już dość przebywania w leśnych ostępach i ciągnie do domu. I on odczuwał taką potrzebę, mając po dziurki w nosie boru, wilków, a nawet wiecznie wilgotnego mchu, na którym w tej chwili siedział. Czas lec we własnej komnacie, pomyślał, kuśtykając do konia.

*

Goezze ze skupieniem studiował księgi, tym bardziej iż kilka tygodni temu z kraju jego narodzin przybyła spora dostawa kolejnych woluminów. Każda następna lektura dawała mu niemało do myślenia, ponieważ nie przypuszczał, że ciągle jeszcze może wzbogacać swoją wiedzę, będąc już teraz nieprzeciętnie oczytanym człowiekiem. Uważał się za światłą osobę, lecz za każdym razem księgi udowadniały mu, że w dalszym ciągu mógł z nich czerpać wiedzę garściami i utrwalać w głowie nowe zagadnienia.

Zaczytany bez pamięci ledwie usłyszał pukanie. Niechętnie podszedł do drzwi, a kiedy je uchylił, wielce się zdumiał.

- Wasza wysokość? W baszcie? - dopytywał, mając przy tym minę chłopca, który właśnie dowiedział się, że to nie bociany przynoszą dzieci.

- Daj spokój, Winfridzie. - Wesoły roześmiał się na takie przywitanie. - Jestem królem, ale chyba mogę czasem wyjść z mojej części zamku, prawda? Chciałem zobaczyć, jak mój nieoceniony doradca mieszka. Wpuścisz mnie, czy zrzucisz ze schodów?

- Ależ, tak! Oczywiście, proszę do środka. - Mnich ukłonił się, choć jakby trochę za późno. - Trochę u mnie bałagan, bo właśnie studiowałem księ...

- Nie szkodzi - przerwał mu władca, a wkroczywszy do komnaty, począł się z ciekawością rozglądać. - Właśnie tak to sobie wyobrażałem. Mnóstwo ksiąg i dziwacznych eksponatów.

Goezze natychmiast podsunął gościowi zydel, po czym gestem zaprosił, żeby na nim spoczął. A sam stanął obok, jak zazwyczaj czynił w sali tronowej.

- Czyś ty na głowę upadł? - obruszył się Boer. - Usiądź na swoim krześle i się bujaj. Przyszedłem, żeby zobaczyć normalnego Goezzego, a nie mojego doradcę. W przeciwnym razie przecież bym cię wezwał.

Bez szemrania spełnił jego prośbę, choć bardziej odebrał ją jak rozkaz, i szybko usadowił się we wspomnianym miejscu. Jednak nie wprawił w ruch fotela, uważając, iż byłaby to gruba przesada, czy wręcz nietakt wobec majestatu.

- Czy komnata w baszcie ci wystarcza? Bo jeśli nie, to mogę ci udostępnić jakieś inne miejsce. Jest sporo nieużywanych komnat w zamku.

- Dziękuję, miłościwy panie. Czuję się zaszczycony propozycją. I powiem, że świetnie mi się tu mieszka, choćby ze względu na wspaniały widok z okna. Ale... - zająknął się lekko.

- Mów śmiało. Nie krępuj się.

- Przydałby się jakiś kąt, a może więcej niż kąt na moje księgi.

- Żaden kłopot. Jest kilka odpowiednich miejsc w zamku. Wybierzesz sobie jakieś.

Goezze promieniał ze szczęścia, co nie uszło uwadze władcy, który skwitował minę rozmówcy głośnym śmiechem, po raz kolejny potwierdzając słuszność swojego przydomku. Po dłuższej chwili opanował wesołość i wyłożył: 

- Dostałem meldunek. Zapewnienia Brzytew nie były czczą gadaniną. Blizny już nam nie zagraża.

- Tak? To w istocie dobra wiadomość! - Mnich pokiwał głową. - Trochę się obawiałem, bo od jego powrotu minęły dwa dni, a tu nic się nie działo.

- Według raportu Blizny po prostu oszalał. Zatłukł w okrutny sposób swojego psa, a potem rzucił się na żołnierzy. Niektórych poważnie zranił, ale w końcu go obezwładniono. Obok jego kwatery znaleziono zwłoki jakiegoś kaprala z nożem w brzuchu i poderżniętym gardłem. No, a nóż należał do Blizny, rzecz jasna. - Ryknął śmiechem po raz kolejny. - Nie wiem, jak to Brzytew zrobił, ale masz rację co do niego. Już widzę, że mi się przyda.

- Za to ręczę. - Zgodził się Goezze. - Co zrobisz z buntownikiem?

- Tak jak radziłeś, nie zabiję go. Dożywocie w ciemnym lochu za zabicie podwładnego będzie odpowiednią karą.

- I słusznie. Egzekucje buntowników dają powód do kolejnych rebelii. Tym bardziej że wciąż nie możemy się dowiedzieć, kim jest drugi przywódca.

- To prawda. Wydaje się wręcz nieuchwytny.

Mnich zafrasował się. Wreszcie wziął głęboki wdech i zdobył się na odwagę, by wypowiedzieć następujące słowa:

- Wasza Wysokość, przepraszam za śmiałość. Może warto by było zaprzestać, przynajmniej na jakiś czas, hucznych biesiad? Możnych drażnią te wystawne obiady i kolacje, bo idą na nie pieniądze z ich podatków.

- Chyba żartujesz? - spytał władca, by po raz kolejny zanieść się śmiechem. - Jestem królem i mogę się bawić choćby i codziennie. Wyciągnąłem tę przeklętą krainę z wojny, dzięki czemu ludziom lepiej się żyje i nie mogę się zabawić? Obaj wiemy, że zazdroszczą, bo ich nie goszczę. A po co mi na balach tutejsi obwiesie? Żeby po pijaku łby sobie rozwalali?

Doradca przytaknął, chociaż zrobił to wbrew sobie. Wiedział też, że brak zaproszeń dla ważnych osobistości Królestwa wynikał nie tylko z barbarzyńskich zwyczajów, ale bardziej z powodu konserwatywnych poglądów. O tym Wesołemu nie śmiał wspomnieć, spodziewając się gniewu. Obyczaje w ich rdzennej ojczyźnie znacznie odbiegały od tych tutaj, a przynajmniej niektóre z nich.

Czarny ptak 

Poruszali się w miarę szybko, choć co jakiś czas musieli ściągać lejce, żeby Goezze mógł w spokoju zerknąć na mapę. Niby trasa była nieskomplikowana, po prostu gnać przed siebie, niemniej jednak istotę stanowiło miejsce, w którym należało przywarować, aż do spodziewanego pojawienia się ptaka.

- Już blisko - oznajmił doradca, chowając plan do sakwy przy siodle. - Na pewno zdążymy przed zmrokiem. Nie musimy się spieszyć.

Wstrzymali konie, aż te przeszły w stępa.

Brzytew, uśmiechając się ukradkiem, zerkał, jak jego towarzysz w skupieniu podskakuje na grzbiecie wierzchowca. I choć trudno go było nazwać wytrawnym jeźdźcem, to musiał przyznać, iż mnich wykonał niemały postęp. Golimistrz dumał też nad szczegółami ich misji i miał do niej sceptyczne nastawienie. Nie do końca wierzył w przybycie orła, lecz nie mieli innego pomysłu, więc jedyne, co im pozostało, to realizacja planu uczonego.

- Co ty tam targasz? - Goezze wskazał głową wór uczepiony do siodła Bezimiennego.

- Kuszę. Trochę ją przerobiłem na dużego zwierza. Może się przydać.

- Wolałbym, żebyś nie zabijał ptaka. Warto się czegoś o nim dowiedzieć. A może nawet od niego, kto wie?

- Też bym wolał - odrzekł zdawkowo Brzytew.

W jego umyśle wykiełkowała idea poruszenia delikatnego tematu. Zbierał się na tę rozmowę od dłuższego czasu, ale brakowało po trosze odwagi, a po trosze sprzyjających okoliczności. Uznawszy, że moment jest odpowiedni, zwrócił się do mnicha w te słowa: 

- Muszę ci o czymś powiedzieć.

Konie wyrównały marsz, niemal się stykając tułowiami, a Golimistrz opowiedział o tym, co leżało mu na wątrobie. Nie opuścił najmniejszego szczegółu i zrelacjonował zaobserwowane zdarzenie oraz usłyszaną krótką rozmowę.

Reakcja doradcy po zakończeniu historii była co najmniej niespodziewana. Brzytew oczekiwał raczej zaskoczenia lub przynajmniej zdziwienia, a Goezze przyjął wszystko z kamienną twarzą. Podejrzenia golibrody przerodziły się w pewność, że Winfrid o wszystkim wiedział, stąd wiadomość spłynęła po nim jak woda po kaczce.

- Nie wyglądasz na przejętego - zauważył po krótkiej pauzie.

- Bo nie jestem - odpowiedział bez emocji mnich, po czym rozwinął myśl: - Widzisz, Brzytew, dowiedziałeś się przypadkowo o czymś, co ludziom wychowanym w Królestwie trudno jest pojąć.

- W Królestwie? - Sądził, że się przesłyszał. - Chyba wszędzie jest to raczej dziwne.

- Bynajmniej. Postaram ci się to wyjaśnić.

Westchnąwszy głośno, rozpoczął zwięźle klarować poruszoną kwestię. Bez większych ceregieli wyłożył, że w jego kraju już od dawna miłość między ludźmi tej samej płci traktowana jest jako coś naturalnego. Nikt nie widzi w niej niczego dziwnego, przeciwnie - wszyscy traktują ją ze zrozumieniem i akceptują. Na koniec dodał, iż w jego subiektywnej opinii każdy ma prawo kochać na swój sposób i nikomu nic do tego.

Golimistrz milczał, trawiąc w myślach przekaz mnicha, który nieźle namieszał mu w głowie, a nawet lekko zaszokował. Słyszał już wcześniej o podobnych sytuacjach, ale zdarzały się one w Królestwie nieczęsto i były odbierane jako dewiacje. Kochanków najczęściej karano chłostą lub skazywano na ciężkie roboty, a podobno dawniej stosowano wobec nich nawet dużo surowsze kary.

- Osobiście nie dbam o to - powiedział po krótkim milczeniu. - Ale jeśli to się wyda, to raczej nie spotka się ze zrozumieniem. Nikt w Królestwie tego nie zaakceptuje.

- Wiem o tym. I to mnie martwi, bo Boer jest dobrym władcą - przyznał ze smutkiem Winfrid. - Dlatego musimy utrzymać to w tajemnicy.

- Będę milczał jak grób, możesz spać spokojnie. Ale to się i tak wyda. - Zagryzł wargi i zaraz potem doprecyzował: - Przecież król powinien mieć żonę, no i potomka. Musi dbać o utrzymanie dynastii. Bez tego podejrzenia nie ustaną.

- I będzie miał - zapewnił go mnich. - Muszę z nim o tym porozmawiać. Słuszna uwaga, Brzytew. I nie patrz na mnie takim zdziwionym wzrokiem. To, że ktoś sypia z mężczyzną, nie oznacza, że nie może robić tego samego z kobietą. - Zaśmiał się cicho, widząc minę rozmówcy. - A teraz przyspieszmy jazdę. Straciliśmy trochę czasu przez tę rozmowę.

Zatrzymali się w miejscu zaznaczonym na mapie. Obszar nie był jakoś szczególnie wielki, ale zdawali sobie sprawę, że zapadnięcie zmroku w istotnym stopniu ograniczy widoczność. Jednakowoż pokładali nadzieję w pełni księżyca, mogącej okazać się nieocenionym sprzymierzeńcem w tej sytuacji. Mieli jeszcze sporo czasu, więc spokojnie rozmawiali o wszystkim i niczym lub milczeli, jeśli chwilowo nie było o czym gadać. A w międzyczasie Brzytew zajmował się kuszą. Na pierwszy rzut oka prezentowała się zupełnie zwyczajnie, niemniej jednak kilka detali różniło ją od innych tego typu broni. Przede wszystkim golibroda poszerzył zagłębienie, w którym umieszcza się strzałę, a pośrodku cięciwy umocował skórzany pasek. Nie wykonał zmian w konstrukcji bez powodu, albowiem zamiast strzały wyciągnął z wora zakończony lśniącym ostrzem, cienki metalowy pręt.

- Strzała może nie wystarczyć na takie bydlę - wyjaśnił, zauważywszy pytającą minę doradcy, po czym dokręcił korbę, napinając cięciwę do granic wytrzymałości.

W odpowiedzi Goezze pokiwał ze zrozumieniem głową.

Niedługo potem obaj zjedli po słusznej porcji suszonej wieprzowiny, popijając ją wodą z bukłaków. Otoczenie powoli szarzało, aż w końcu zapadł zmrok. Wtedy obaj ukryli się pośród traw, zmuszając konie do tego samego. Obserwowali niebo, czekając na księżyc, który według Goezzego powinien ukazać się w pełni.

*

W srebrnej tarczy nie brakowało nawet rogalika. Rozświetlała całą okolicę, wspomagana przez migocące gwiazdy, niczym ogromna lampa podczepiona do nieboskłonu. Jasny blask padał na położone trawy, tworząc obraz zastygłych w bezruchu morskich fal, a rosnące z rzadka drzewa przypominały ciemne sylwetki olbrzymów, którzy mieli baczenie na całą łąkę i gdyby tylko mogli, to zgnietliby swoją potęgą każdego potencjalnego wroga.

Gdzieś z góry dobiegł szmer. Brzytew łokciem szturchnął towarzysza i obaj natychmiast unieśli głowy. Po chwili zaniechali dalszej obserwacji, zdając sobie sprawę, co wydawało ten dźwięk.

- Sowa - szepnął Goezze.

Tkwili w tym położeniu dość długo, gapiąc się na zmianę lub równocześnie w niebo. Nic, zupełna pustka, nie licząc sowy oraz kilku nietoperzy. Golimistrz przestał wierzyć w powodzenie misji, więc z nudów bawił się kuszą, przy okazji sprawdzając, czy nie pominął jakiegoś istotnego szczegółu w konstrukcji, lecz tak naprawdę trudno byłoby o czymś zapomnieć, bo dokonał tylko niewielkich zmian w mechanizmie. Nagle poczuł lekkie dotknięcie. Szybko spojrzał na mnicha, po czym skierował wzrok na punkt wskazany przez niego palcem.

Coś szybowało na tle księżyca. Rosło w oczach, z każdym uderzeniem skrzydeł zbliżając się coraz bardziej. Towarzyszył temu dźwięk podobny do flag łopoczących na wietrze. Pióra lśniły w mroku, odbijając światło księżyca i gwiazd, przez co ptak wydawał się wręcz nierealny, jakby namalowany ręką artysty. Prezentował się złowieszczo i demonicznie, niczym uosobienie zagłady, wojny i wszelkich cierpień ludzkich. Takimi maszkarami matki straszą niegrzeczne dzieci, a wędrowni gawędziarze bajdurzą o nich przy wieczornym ognisku.

Dwaj mężczyźni przylgnęli ciałami do ziemi, trzymając dłonie zaciśnięte na końskich pyskach. Ostatnie, czego potrzebowali, to rżenie wierzchowców. Nasłuchiwali. Gdzieś nad nimi powietrze przeszył niepokojący świst, który z czasem począł cichnąć, aż wreszcie umilkł całkowicie.

Ptak wylądował.

Golimistrz jako pierwszy odważył się zerknąć. Wyłowiwszy wzrokiem orła, skrobnął doradcę w łysinę, zachęcając go tym samym do oderwania twarzy od ziemi. Winfrid z przerażeniem, ale i fascynacją wymalowaną na obliczu, wpatrywał się w pierzastą istotę. Znalazła się od nich trochę dalej, niż to sobie pierwotnie założyli, przez co z trudem byli w stanie wyłowić ją wzrokiem z mroku. Trzymając w dziobie parciany wór, przez moment udeptywała trawę. Wreszcie ptak uznał, że podłoże jest odpowiednio przygotowane i ostrożnie ułożył pakunek.

- Za daleko, żeby stąd go dosięgnąć - wyszeptał golibroda. - Muszę zaryzykować.

Jego towarzysz wybałuszył oczy, bo choć nie miał zielonego pojęcia, o czym mowa, to podejrzewał, iż za moment nastąpi coś spektakularnego. Groźba zdradzenia ich kryjówki napawała go nieopisanym lękiem, a znając Brzytew niemal jak własną kieszeń, właśnie czegoś takiego się spodziewał. I pewnie dlatego na jego łysej głowie zalśniły kropelki potu.

Twarz Golimistrza stężała. Zacisnąwszy dłonie na kuszy, wstał na równe nogi i ruszył na wroga niczym waleczny piechur podczas bitwy. Jedyną różnicę stanowił fakt, że nie wydawał z siebie okrzyków wojennych, tylko zwyczajnie biegł co sił w nogach, stawiając długie susy. 

Czarny ptak dość szybko zorientował się, że nadciąga niebezpieczeństwo. Rozłożył szeroko skrzydła, ale nie odleciał. Czekał, łypiąc gałami, ciemnymi jak dwie studnie, które otaczała dziwna czerwona poświata. Wydał z siebie dziki wrzask, ale nie był to orli krzyk. Bardziej ludzki, kobiecy.

Kiedy golibroda dotarł bliżej celu, nie zwlekając, wyciągnął przed siebie kuszę.

- Przeklęty Brzytew! - wysyczało ptaszysko. - Zaraz dokonasz żywota!

Groźby zrobiły na golibrodzie piorunujące wrażenie. Oblicze tak mu zbielało, że przyćmiło bladość księżyca. Ale nie tylko znaczenie wykrzyczanych wściekle słów postawiło mu włosy dęba. Ten głos. Słyszał go już gdzieś wcześniej.

Nacisnął spust.

Bełt śmignął w ciemność. Droga, którą miał do pokonania, mogła trwać co najwyżej trzy mrugnięcia okiem, a wydawała się wiecznością.

Golimistrz zdążył zauważyć, że oczy ptaka zaświeciły szkarłatem i że próbował uniknąć spotkania z pociskiem. W ostatniej chwili uskoczył na bok, przez co grot minął jego tułów i poleciał dalej, szarpiąc po drodze skrzydło. Ogłuszający wrzask rozdarł powietrze. Ptaszysko najwyraźniej mocno odczuło zadany cios. Tracąc równowagę, zamachało skrzydłami, ratując się w ten sposób przed upadkiem.

Stali oko w oko.

Brzytew dobył szabli. Natarł z orężem uniesionym nad głową. Orzeł wzbił się w powietrze, by po chwili wylądować nieopodal.

Wyraźnie stronił od bezpośredniego starcia albo miał opracowaną jakąś zaskakującą strategię walki.

- Zabiję cię, cholerny golibrodo! A potem zjem!

Przy kolejnej próbie ataku ptaszysko wykonało dokładnie ten sam manewr i znowu oddaliło od siebie niebezpieczeństwo, śląc przy okazji kolejną porcję wyzwisk i obelg oraz gróźb.

Wtedy stało się coś, co wprawiło Brzytew w osłupienie.

Obok orła, jak spod ziemi, wyrósł Goezze. Uczony wyskoczył z zarośli i z bojowym krzykiem na ustach szarżował na wroga. Może nie uchodził za świetnego szermierza, ale swoją zawziętością i odwagą wprowadził ptaka w stan paniki. Stwór uciekał przed goniącym go mnichem, co jakiś czas wzlatując odrobinę i zaraz potem opadając na ziemię. Ale Winfrid nie odpuszczał. Zagryzając wargi do krwi, pędził za wrogiem. Wymachiwał szablą, jakby chciał wyrżnąć całą armię, chociaż żadnej nie było w pobliżu.

Brzytew zrozumiał, że szalona pogoń przyjaciela może znaleźć smutny finał. I to niekoniecznie smutny dla orła. Bez wahania puścił się biegiem, niosąc wsparcie walecznemu doradcy.

Ptaszysko tym razem nie odleciało. Zaparło się, wbijając mocno pazury w grunt. Przygotowywało się na potyczkę z Goezzem, wyraźnie mając dość ciągłej ucieczki. Wtem jego uwagę przykuła inna postać.

Z drugiej strony nadciągał golibroda, który zdawał się być znacznie bardziej wymagającym przeciwnikiem od otyłego mnicha. Orzeł wahał się. W jego poczynania, potęgowany rosnącym strachem, wkradł się brak zdecydowania. To ustawiał się do pojedynku z Brzytew, to stawał przodem do uczonego, aż w końcu już sam nie wiedział, co począć, rozpaczliwie przerzucając wzrok z jednego na drugiego.

Byli już blisko. Za moment ostrza ich szabel mogły zanurzyć się w pierzastym cielsku. Jeszcze mocniej zacisnęli dłonie na rękojeściach, aż cicho strzeliły niektóre kości palców.

Orzeł wzbił się w przestworza. Wkrótce wylądował, ale dalej od nacierających nań ludzi. Znowu wzleciał i ponownie po niedługim czasie przysiadł na ziemi. Powtarzał co rusz nieco groteskową czynność, jednocześnie oddalając się od obserwujących go ludzi.

- Jest ranny - ocenił Golimistrz. - Ale i tak wystarczająco szybki. Nie dojdziemy go.

- Może konno? - zaproponował, ciężko dysząc Goezze.

- Konno mogłoby się udać. Ale może się ukryć w ciemnościach i zaatakować znienacka. Zbyt duże ryzyko. Za dnia być może pogoń miałaby sens, a tak... straciliśmy element zaskoczenia.

Winfrid musiał się zgodzić z taką logiką. Buzująca wcześniej adrenalina odpuszczała, więc i jego zapał do walki osłabł, ustępując miejsca zmęczeniu.

- Zobaczmy lepiej, co zostawił na łące - zaproponował uczony. - Tylko ostrożnie.

Skradając się niczym rabusie nocą do kupieckiego wozu, podeszli na wyciągniecie ręki do pozostawionego wora. Nikt lub nic ze środka nie wyskoczyło. Sam worek również nie zamienił się w potwora ani nagle nie ożył. Leżał nieruchomo, dokładnie tak, jak położył go czarny orzeł. Mimo iż nic nie wskazywało na pułapkę, obaj kamraci się wahali. Każdy z nich chciał zajrzeć do wora, lecz strach skutecznie hamował te zapędy.

Golimistrz postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wstrzymał mnicha ruchem dłoni, po czym otworzył wór. Ostrożnie zajrzał do środka. Zrobiwszy zdziwioną minę, począł macać zawartość, aż wreszcie wyciągnął ukryty przedmiot. Ustawił zdobycz delikatnie na trawie, w pionie, i oparł o swoją pierś.

- To... lustro - wydukał Goezze, nie kryjąc zaskoczenia.

- Tak, to lustro - zgodził się Brzytew, bo i trudno było się nie zgodzić. - O co tutaj chodzi, Winfrid? Chyba nie zostawił go tutaj w trosce o naszą urodę? - zapytał z nutką sarkazmu w głosie.

- Wiem tyle co i ty. Zawieźmy je do baszty. Obejrzę je za dnia, bo teraz to i tak niewiele widać.

Golimistrz przytaknął ruchem głowy i schował lustro na powrót do worka.

Poszli dziarskim krokiem w stronę koni, a kiedy do nich dotarli, umocowali pakunek przy siodle doradcy. Brzytew poradził, żeby mnich nie wierzgał za bardzo nogami podczas jazdy, a poza tym jednogłośnie się zgodzili, że nie będą forsować tempa.

- Jak dotrzemy do zamku, pomogę ci wtaszczyć to na górę - zaoferował się golibroda.

- Dziękuję, ale nie ma takiej potrzeby. Mam od tego żołnierzy.

- A to może nawet i lepiej. - Ucieszył się Brzytew. - Pójdę wcześniej spać. Rano mam zamiar tutaj wrócić.

- Tak właśnie myślałem, że będziesz go ścigać - powiedział Goezze, kręcąc z dezaprobatą głową. - Według mnie podejmujesz niepotrzebne ryzyko.

- Może i tak, ale wiem jedno. Orzeł jest teraz ranny i słaby. A przez te ciągłe lądowania i wzloty na pewno pozostawił jakieś ślady. Lepszej okazji już nie będzie, żeby go znaleźć.

Po tej krótkiej wymianie zdań dosiedli wierzchowców. Ruszyli niespiesznie, obierając kierunek na gród. Ujechali zaledwie kawałek, kiedy Winfrid coś sobie przypomniał: 

- Skąd ptak znał twoje imię?

- Nie wiem, ale wydaje mi się, że słyszałem ten głos już wcześniej. Tyle że to nie ma sensu.

- Wcześniej? Gdzie? - dociekał uczony szczerze zainteresowany tematem.

- Pamiętasz Żałobę? - zapytał, a widząc konsternację na obliczu uczonego, postanowił go wspomóc podpowiedzią: - To ten stwór, którego kiedyś napotkałem w górach. Wynik twoich nieudanych eksperymentów.

- Aaa, tak! - Zmieszał się Goezze nieco. - I co?

- Głos orła był dokładnie taki sam! Klnę się na życie. Może wszystkie gadające potwory tak mają?

Oblicze doradcy poczerwieniało. W żaden jednak sposób nie wyrażało wściekłości, a raczej zwykły wstyd czy też zakłopotanie. Drapał się bez przerwy po łysej głowie i cmokał dla niepoznaki, jednocześnie zerkając ukradkiem na golibrodę.

- Co jest? - spytał Brzytew. Znali się wystarczająco długo, by potrafił rozpoznać zachowania kamrata. A obecny stan wskazywał na jedno. - O czymś mi nie wspomniałeś, co?

- Bo byłem pewny, że to koniec przeistoczeń. - Goezze westchnął tak mocno, że aż zapiszczało mu w płucach. - Jak mi powiedziałeś, że przypominała wyglądem kobietę, to pomyślałem, że to ostatnia postać.

- Możesz jaśniej? - Golibroda całkowicie się pogubił w tłumaczeniach towarzysza.

- Kokon. Żałoba cyklicznie się zmienia. Tak jak motyl, tylko że najwyraźniej robiła to więcej niż jeden raz. Oczekiwałem, że się zmieni i dlatego trzymałem ją pod kluczem. Kiedy mi powiedziałeś, że jej nie zabiłeś, to się zmartwiłem. Bo to bardzo niebezpieczne stworzenie.

- To ile razy jeszcze może się zmienić?

- Nie wiem. Myślałem, że tylko raz.

Zerwał się lekki wiaterek, przyjemnie chłodząc ich policzki. Długo nic nie mówili i tylko patrzyli przed siebie, bujając się rytmicznie w siodłach. Wkrótce na horyzoncie ukazał się cień wieży, a trochę później zarys murów grodu. Miasto o tej porze prezentowało się zupełnie inaczej niż za dnia, a brak zwykłych codziennych hałasów sugerował, że zostało porzucone przez mieszkańców na pastwę losu.

- Nareszcie wiem, dlaczego nie mogłem znaleźć w księgach nic o ptaku. Chciałem nawet uzupełnić wpis o brakującym demonie. Wyszedłbym na durnia. - Głos Winfrida rozbrzmiał z lekką chrypą, co oznaczało, że prawdopodobnie zaschło mu w gardle. Odchrząknął kilka razy i dodał: - Golimistrzu, zabij to tym razem. I spal na popiół.

Z paleniem ostatnio idzie mi świetnie, podsumował w myślach Brzytew i uśmiechnął się, ale nie twarzą czy ustami, tylko gdzieś w środku, nie chcąc urazić mnicha nieodpowiednią reakcją na poruszoną kwestię.

*

Wyruszył wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Nie poganiał Bezimiennego, zdając sobie sprawę, że koń nie miał zbyt wiele czasu na odpoczynek. On sam również nie spał dostatecznie długo, więc nie zdążył zebrać sił, jednak zmielony pyłek marfukowego pomysłu szybko postawił go na nogi. Zastanawiał się nawet, czy aby nie za dużo wsypał go do dzbana z wodą, gdyż po wypiciu serce galopowało jak szalone, a pot lał się niczym deszczówka z dachu podczas burzy. Na szczęście niebawem wszystko wróciło do normy, poza zmęczeniem, które opuściło go na dobre.

Dotarłszy na miejsce nocnego wypadu, dość szybko odnalazł ślady. Wyłowił wzrokiem nawet wystrzelony pręt, który zabrał ze sobą, choć nie miał pewności, czy kiedykolwiek jeszcze może się do czegoś przydać. Zauważył także ledwie widoczne pozostałości zakrzepłej krwi oraz kilka czarnych piór i odciski dużych szponów. Innymi tropami nie zawracał sobie głowy, bo były to odciski końskich kopyt i ludzkich stóp. Nie musiał specjalnie wytężać umysłu, żeby odgadnąć, do kogo należały. Przez chwilę odtwarzał w pamięci wciąż jeszcze świeże zdarzenia ostatniej nocy, a przede wszystkim kierunek, w którym niezdarnie odleciał orzeł.

Cmoknął na wierzchowca. Osłaniając oczy przed blaskiem słońca, ruszył na poszukiwanie kolejnej wskazówki. Nie dawał sobie dużych szans na spotkanie z czarnym ptakiem, niemniej jednak taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Zauważał co jakiś czas pióra lub ptasie ślady na swojej drodze, ale nie zawsze był to właściwy trop. Raz nawet zawędrował w pobliże gniazda kruków, a inna pomyłka, w postaci bażanta, uciekła spod kopyt wierzchowca. Brzytew, niezrażony tym wszystkim, coraz częściej zerkał na szczyty Gór Łysych i docierało do niego, że najprawdopodobniej tam odnajdzie cel swojego polowania. O ile w ogóle się na niego natknie.

Kiedy tak jechał, z uwagą rozglądając się dokoła, gdzieś daleko przed nim zamajaczył ledwie widoczny barwny kształt. Golimistrz wytężył wzrok i szybko zidentyfikował wyróżniające się pośród zieleni źródło jaskrawego koloru.

- Lis. Jest wcześnie, więc jeszcze poluje - dedukował na głos, jakby chciał podzielić się opinią z Bezimiennym. - Ale to i tak dziwne, że nie kryje się po krzakach. A może wywęszył łatwą zdobycz?

Golibroda zmyślił się głęboko. Widok zwierzaka nie dawał mu spokoju i po krótkiej zadumie postanowił nie spuszczać go z oka. Trzymając odpowiedni dystans, poruszał się w ślad za lisem, przystając raz za razem, kiedy śledzony z jakiegoś powodu wstrzymywał bieg. Jechał za nim już jakiś czas, kiedy nagle zniknął mu z pola widzenia, dając susa za duży głaz leżący u podnóża jednego ze szczytów. Golimistrz, niezrażony takim obrotem sprawy, pokierował wierzchowca w tę stronę i miał nadzieję, że gdzieś za kamieniem wkrótce znowu ujrzy zwierzę.

Nagle koń stanął i zarżał ostrzegawczo. Brzytew usiłował zmusić go do marszu, lecz mimo kilku prób wierzchowiec stał, jakby natrafił na jakąś niewidzialną przeszkodę, której nie był w stanie pokonać. Jeździec dał za wygraną, wiedząc, że ogier musiał mieć ważny powód, żeby zachować się w taki sposób. Zsunął się z siodła, po czym zabrał ze sobą kuszę.

Przed nim rozciągały się Góry Łyse. Tworzył je łańcuch pięciu nienazwanych szczytów, niemal idealnie równych, przez co z dalszej perspektywy prezentowały się niczym ogromna budowla. Cechą charakterystyczną masywu była wyjątkowo uboga roślinność, bo poza sterczącymi z rzadka krzakami stok tworzyła lita skała. Góry owijała serpentyna jedynej drogi, na której obecnie nieczęsto pojawiali się jeźdźcy lub wozy. Wąski trakt utwardzono podczas wojny z Imperium, budując w ten sposób skrót do jednej ze strażnic i jeszcze jakiś czas temu można było tu spotkać znacznie więcej ludzi. Jednakowoż same wzniesienia raczej omijano szerokim łukiem. Obawiano się jaskiń oraz ukrytych dziur, których tam nie brakowało. Tworzyły niebezpieczne pułapki, w dodatku nierzadko zamieszkałe przez wszelkiej maści drapieżniki.

- Boisz się, a ja chyba wiem czego. - Poklepał konia po karku. - Musi być gdzieś blisko. Dalej pójdę sam.

Wypowiedziawszy te słowa, pobiegł do skał, kierując się w miejsce, gdzie po raz ostatni widział lisa. W miarę zbliżania się do wzniesienia, czuł coraz większy strach, bo gdzieś w głowie powracało wspomnienie spotkania z Żałobą. Odegnał je wręcz fizycznie, machając ręką, jakby przepędzał natrętną osę.

*

Poszukiwanie lisich śladów skomplikowało się. Brak deszczu w ciągu ostatnich dni oraz grzejące słońce wysuszyły wszystko na wiór, a wiatr przegonił i piasek, i drobiny roślin. Na tak twardym podłożu nawet drepczący wół nie zostawiłby widocznych tropów. Mimo to Golimistrzowi dopisało trochę szczęścia, gdyż zwierzak najwyraźniej liniał, zostawiając za sobą kłaki sierści. Niewiele i bardzo rzadko, a ich rudawe pęczki co kilka kroków zdobiły skalny krajobraz.

Gdzieś wyżej rozległ się hałas. Nie trwał długo i zakończył się krótkim piskiem. Brzytew stał przez moment, wstrzymując oddech i wytężając słuch. Dźwięki ucichły bezpowrotnie, ale przynajmniej pozwoliły mu na zlokalizowanie miejsca, skąd dochodziły. Miał

pewność, że dobiegły zza podłużnego głazu, który tkwił na stoku częściowo zagłębiony w litej skale. Golibroda skradał się, zerkając z uwagą pod nogi i omijając masę luźnych kamieni. Nie chciał zdradzić swojej obecności choćby najmniejszym szmerem. Ukrywszy się za blokiem skalnym, ostrożnie wyjrzał, chcąc obadać sytuację.

Pierwszym wypatrzonym szczegółem były ślady krwi. I to świeżej, ponieważ posoka wąskimi strużkami wolno spływała po skale, by niknąć za jej krawędzią. Niedługo potem jego wzrok napotkał rozprutego lisa, po którym zostało w zasadzie tylko rude futro, jakby coś wycisnęło z niego wnętrzności niczym miąższ ze śliwki. Flaki walały się dosłownie wszędzie, groteskowo urozmaicając kamienny krajobraz.

Brzytew już wcześniej naciągnął cięciwę, pozostało tylko umieszczenie pręta. Zrobił to, najciszej jak się dało, po czym nastawił uszu.

Po drugiej stronie głazu coś niezbyt głośno zaszurało, a po krótkiej chwili jakiś głos zanucił melodię. I choć tajemniczy wykonawca nie wyśpiewywał słów, z tonów wybrzmiewał wyraźny, niemal namacalny smutek. Intonujący sprawnie radził sobie z wysokimi dźwiękami, lawirując między nimi z wirtuozerską sprawnością, by z wyczuciem zakończyć niecodzienny koncert, nucąc coraz ciszej i ciszej, aż wreszcie zupełnie zamilkł. Niedługo potem rozległo się westchnięcie, a po nim szmer sugerujący ruch.

- Wiem, że tam jesteś, Brzytew. - Padło zza kamienia. - Nie musisz się chować. Zaufaj mi, walka skończona.

Golimistrz zaklął w myślach, gdyż element zaskoczenia diabli wzięli. Zastanawiał się, czy to nie blef. Znając postępowanie Żałoby, mógł śmiało wysnuć wniosek, że stworzenie było w stanie uknuć coś nikczemnego. I tkwił teraz w swoistej matni, atakowany mnogością przemyśleń, nie potrafiąc podjąć żadnej decyzji. Odniósł wrażenie, że trwało to całą wieczność, a czas niejako zwolnił w znany tylko sobie magiczny sposób. Uciec? Wdrapać się wyżej? A może rzucać kamieniami do utraty sił, bo przecież sporo z nich trafiłoby w cel. Pokręcił głową zniechęcony. Miał starego wroga na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie, z każdą kolejną wątpliwością, oddalał się od niego. Zacisnął zęby. Policzył do trzech i wyskoczył zza głazu.

Dzierżąc przed sobą gotową do strzału kuszę, patrzył na czarnego orła. Leżał oparty o skałę, wytarzany w kurzu, a jego pióra kleiły się od zakrzepłej krwi i brudu. Po mocno poharatanej nodze spływała strużka posoki, znacząc grunt plamami w kształcie szpona. Ptak mrugał bez przerwy wielkimi oczami, lecz nawet nie spojrzał na przybysza, kierując wzrok gdzieś ku niebu.

- Cholerny lis - przemówił łamiącym się głosem. - Gdyby nie on, może jeszcze kiedyś bym się wzbiła w powietrze. Ale teraz masz mnie, Brzytew. Ani latać, ani już nawet chodzić nie mogę. Twoja zemsta się dopełni, choć zemsta nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Uwierz mi. Teraz to wiem, kiedy leżę tutaj i zdycham.

Nie odpowiadał, trzymając kuszę w pełnej gotowości. Wystarczył tylko jeden ruch, trochę więcej niż dotknięcie palcem spustu, żeby zakończyć żywot dogorywającego ptaszyska. Powstrzymał się, choć korciło go bardzo. Nawet nie z litości, ponieważ w tej chwili przejawem miłosierdzia byłoby dobicie stworzenia, ale bardziej z chęci poznania faktów. Zrozumiał, iż pozostało niewiele czasu na rozmowę, dzięki której mógłby się dowiedzieć czegoś więcej o regularnie przytrafiających się w Królestwie wypadkach. Chciał też wiedzieć, jaką rolę odgrywał on sam w całej historii. Zastanawiającym była również zmiana w elokwencji Żałoby, bo kiedy słuchał jej krótkiego monologu, poza barwą głosu, wszystko inne wydawało się obce, jakby wypowiedziało je zupełnie nieznane mu stworzenie. A przecież miał przed sobą tę samą jaźń, tylko w zmienionej skórze.

- Milczysz? Może to i lepiej. Dokończ wreszcie swoje dzieło.

- Zrobię to, jak przyjdzie na to czas. Ale chciałbym się dowiedzieć, po co to wszystko? Te magiczne przedmioty i piekielne stwory?

- Tak samo ciekawski Golimistrz, jak i wtedy. Zemsta. To mną kierowało.

- Przecież mogłaś mnie po prostu ukatrupić.

- Ciebie? Ty miałeś być tylko przystawką. Chodziło mi o Goezzego. Chciałam, żeby patrzył, jak jego eksperyment niszczy Królestwo. I żeby wiedział, że sam przyłożył do tego rękę.

Brzytew przyglądał się, jak ptak porusza dziobem w trakcie artykułowania poszczególnych dźwięków i szybko uznał, że wygląda to zupełnie nierealnie, wręcz zabawnie. Od razu w jego pamięci zwizualizował się obraz przedstawień kukiełkowych, które odbywały się na targowisku, kiedy czasem zawitała do grodu jakaś trupa. Dzieciaki miały wtedy niezłą zabawę, jak i również niektórzy dorośli, którzy lubili obejrzeć taki występ. Golibroda zaliczał się do nich. I właśnie sposób mówienia orła przywiódł mu na myśl bohaterów ulicznych teatrzyków.

- Kiedy wyszłam z kokonu pod postacią orła, od razu wiedziałam, że umiejętność latania pomoże mi w moim planie - kontynuował stwór. - Potem okazało się, że nie jestem zwykłym ptakiem, bo potrafiłam wyszukiwać potwory lub magię. Dostrzegałam je z góry, po prostu przyciągały mój wzrok.

- Trudno Dineh nazwać potworem.

- Jaki znowu Dineh? Kto to?

- Syrena.

- Tak miała na imię? No, proszę. To ciekawe, że mam w głowie informacje, jaki można zrobić użytek z różnych stworzeń, a nawet nie znam ich imion. - Ptak zaskrzeczał, okazując w ten sposób rozbawienie, ale na krótko, gdyż zaraz się zakrztusił, a po chwili z jego dziobu poczęła kapać krew. - I nie pytaj, jak to możliwe, bo nie wiem. Domyślam się tylko, że Goezze może wiedzieć więcej na ten temat. Ale nie mogłam czasem oprzeć się wrażeniu, że coś mnie śledzi... - zakończył niemal szeptem.

- Wprowadziłaś niemały zamęt. Ale plan był jednak trochę przekombinowany, poniosła cię fantazja. I chyba wiem, co cię śledzi. - Chciał opisać zdarzenie sprzed kilku tygodni, lecz zaniepokoił go wygląd orła. - Żałoba?

Czarny ptak nie odpowiadał. Jego dziób zastygł w nienaturalnej pozycji i wyglądał jak otwarte szczypce kowalskie, a oczy pozostały wpatrzone z tęsknotą w niebo. Lśniły, mokre od łez, odbijając promienie słońca.

Brzytew wycelował w łeb. Z takiej odległości nie mógł chybić.

Uwiesiwszy kuszę na plecach, przypomniał sobie obietnicę złożoną uczonemu. Zresztą on także uważał, że spalenie zwłok orła byłoby dobrym posunięciem, ale niespodziewanie pojawił się kłopot. W okolicy nie było ani kawałka drewna, a świński pęcherz, wypełniony oliwą, został przy siodle. Rad nierad postanowił wypełnić misję do końca, choć sama myśl o spacerze do konia i z powrotem wywołała u niego mieszane uczucia. Ruszył truchtem, chcąc jak najszybciej zakończyć sprawę.

Zbiegał po zboczu, kiedy nagle poczuł lekkie mrowienie pod stopami. Przystanął zdziwiony, po czym rozejrzał się wokół. Wibracje stawały się coraz silniejsze, aż w końcu wprawiły w drgania część wzgórza i to do tego stopnia, że co mniejsze kamyki wręcz podskakiwały na skale, często spadając poza jej krawędź. Chwilę potem grunt wybrzuszył się, a dziwaczny garb sunął wyraźnie w stronę martwego orła. Golimistrz obserwował całe zdarzenie, lecz ani drgnął. A że nie zdążył za bardzo się oddalić, wszystko dość dobrze widział.

Garb biegł dalej, jakby niewidzialna gigantyczna dżdżownica postanowiła zmiękczyć twarde podłoże, a kiedy dotarł w okolicę głazu, część stoku otworzyła się, wypluwając z dziury kupę ziemi. Naraz fragment wzgórza przysłoniła chmura pyłu i przez dłuższą chwilę nic nie dało się dostrzec. A gdy wreszcie opadła, oczom Brzytew ukazał się osobliwy stwór.

Pierwsze wrażenie nasuwało na myśl przerośniętego kreta, ponieważ rozmiarami dorównywał wielkiemu psu lub wilkowi. Jego czarne futro częściowo pokrywał piasek oraz małe kamyczki wkręcone w kosmyki włosów, a z pyska sterczały sztywne wąsiska, które nieznacznie zmieniały pozycję w ślad za ruchami węszącego nosa. Stworzenie najwyraźniej było ślepe, nie mając niczego podobnego do oczu, i poruszało się nieporadnie na dwóch parach kończyn, z czego przednie wyglądały bardziej jak łopaty niż pazury czy też łapy. Zbliżywszy się do truchła, obwąchało je dokładnie. Stanęło jak wryte. Po krótkiej chwili kret zaczął groteskowo podskakiwać w miejscu, najpierw ledwie zauważalnie, by wkrótce wybijać się coraz wyżej i wyżej. Z każdym skokiem jego paszcza rosła, aż stała się nieprawdopodobnie duża, przewyższając wielkością właściciela. Wtedy stwór wzbił się wysoko, po czym okręcił w powietrzu i zanurkował, machając jednocześnie nibyłopatami, kierując otwarte szczęki na orła. Gdy kret wylądował, natychmiast wciągnął truchło ptaka do gęby, a łapami błyskawicznie zaczął usuwać grunt. Chwilę później począł znikać pod ziemią, wyrzucając w przestrzeń piasek, który znowu ograniczył widzialność przy głazie.

Brzytew stał opodal, ani o krok nie zmniejszając dystansu do miejsca rozgrywającej się sceny. Domyślał się, że miał do czynienia z tym samym stworzeniem, które spotkał podczas nieudanych poszukiwań topora. I chociaż nie miał w sobie ani krzty magii, to czuł respekt, bo zdawał sobie sprawę, że z takim przeciwnikiem lepiej nie zadzierać. Imponował golibrodzie fakt, że stwór występował w różnych postaciach i nawet zaczął snuć domysły, czy wybierał je sobie, czy może tworzył na poczekaniu? Ale przecież mogło być też tak, iż nie miał na to żadnego wpływu i wszystko działo się poza jego wolą. Brzytew niewiele o nim wiedział, gdyż nawet doradca nie miał za dużo do powiedzenia na ten temat, ale co do jednego miał pewność. To było najdziwniejsze i najbardziej fascynujące stworzenie, jakie napotkał do tej pory.

Pył opadł. Po ptaku nie pozostał ślad. Poza wielką dziurą w miejscu, w którym dokonał żywota.

Golimistrz odczekał jeszcze moment i ruszył wolnym krokiem, by zbadać okolice głazu. Bez przerwy się rozglądał, łypiąc to na lewo, to na prawo. Wizja wielkiej paszczy, połykającej człowieka niczym robaka, przyprawiała go o dreszcze. Jednak bez przeszkód znalazł się przy krawędzi dziury. Zajrzał w głąb, lecz nie spostrzegł niczego godnego uwagi, poza dziwnie niepokojącą czernią ziejącą ze środka. Wzruszywszy ramionami, obrócił się na pięcie i już miał odejść, kiedy wyłowił cichy dźwięk. Z dziury dobiegał szum. Najpierw ledwie słyszalny, stawał się coraz głośniejszy i wyraźnie przybierał na sile. Brzytew znowu nachylił się nad jamą. Szybko dotarło do niego, że to fatalny pomysł. Padł jak długi na ziemię, ramionami chroniąc głowę. Zrobił to rychło w czas.

Z głębi wyfrunęły setki małych ptaków. Trudno było w tak zbitej masie rozpoznać ich rodzaj, niemniej jednak różnokolorowe plamy wirujące w roju świadczyły o dużym urozmaiceniu. Chmara wylatywała z tak ogromną prędkością, że golibroda czuł, jak jego czupryną targa silny powiew. Nie podnosił się w obawie, że nie zdołałby się utrzymać na nogach.

Raptem wszystko ucichło, zaraz po tym, jak ostatnia ptaszyna opuściła dziurę. Brzytew ostrożnie zerknął w górę, a wtedy jego oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Gapił się z nieukrywanym zachwytem, niczym młodzian odkrywający uroki kobiecej nagości.

Nad szczytami latały niezliczone wróble, pleszki, szpaki, sójki i wiele innych, których golibroda nawet nie potrafił zidentyfikować. Krążyło ich tak wiele, że przesłoniły niebo, przez co zapanował półmrok, jakby księżyc znalazł się w jednej linii ze słońcem. Głośne świergolenie niosło się echem po całych Górach Łysych i dalej, wykraczając poza ich granice i docierając do uszu ludzi przebywających w okolicy. Pokaz nie trwał długo, ponieważ wkrótce ptaki zaczęły się rozpraszać i odlatywać do sobie tylko znanych miejsc. Niebawem harmider zupełnie ucichł, a błękit nieba znowu był nieskazitelny, goszcząc na swoim bezmiarze jedynie pomarańczową tarczę słońca.

Otrzepawszy jako tako pył z ubrań, Brzytew rozpoczął marsz w dół. Chciał jak najszybciej spotkać się z Goezzem i opowiedzieć mu ze szczegółami, co tutaj zaszło. Uśmiechał się od ucha do ucha ciągle zauroczony niedawnym zjawiskiem. I nawet fakt, że brodził po kostki w ptasich odchodach, nie był w stanie pomniejszyć jego zadowolenia.

Odbicie 

To dobrze, że orła mamy z głowy. - Ucieszył się mnich i poklepał golibrodę po ramieniu. - I dobrze, że przyszedłeś, bo zauważyłem coś dziwnego w lustrze. Zaraz ci pokażę.

- Nie wątpię. Nie zdążyłem nic wycisnąć z Żałoby o lustrze, ale na pewno coś z nim musi być nie tak.

- I jest - odpowiedział zagadkowo Goezze, prowadząc gościa schodami w dół.

- Dokąd idziemy?

- Do lochów. To jedyne miejsce w zamku, gdzie to coś połykające magię nie będzie w stanie się dostać.

Brzytew skrzywił się powątpiewająco, gdyż po tym, co widział wcześniej, nie miał przekonania co do zapewnień uczonego. Jednakowoż, żywo zainteresowany znaleziskiem, podążał za nim krok w krok. Trochę później, przemyślawszy punkt widzenia Goezzego, nieśmiało się z nim zgodził, zdając sobie sprawę, że mury piwnic są zbudowane z kamienia. I żaden wąż czy kret ani nawet coś znacznie większego nie byłoby w stanie ich sforsować.

Winfrid zdjął z trzymaka pochodnię i ruszyli w jej blasku do lochów. Nie musieli iść daleko. Uczony uchylił drzwi, po czym zatrzymali się w wilgotnej komnacie. Lustro tkwiło w kącie, oparte o ścianę, a przed nim znajdował się stół, na którym leżało kilka ksiąg oraz świece. Mnich odpalił jedną po drugiej i za pomocą nadtopionego wosku przykleił do blatu, natomiast pochodnia znalazła się w obręczy umocowanej na ścianie. Po tych wszystkich zabiegach w pomieszczeniu zrobiło się jasno jak w dzień.

- Będzie lepiej widać - wyklarował uczony, lecz nie musiał tego robić, bo jego towarzysz bez trudu domyślił się celu takich działań. - A teraz spójrz w lustro. I co widzisz?

- A co mam widzieć? Ciebie, mnie i stół.

- Hmm, no tak. To spójrz na stół, a potem porównaj z odbiciem.

- Tam do kata! - Brzytew z wrażenia musiał oprzeć się o blat. Ze zdumieniem kilka razy porównywał widok w lustrze z rzeczywistością. - Jak to możliwe, do stu diabłów?

- To nie jest możliwe. To znaczy nie powinno być - wyjaśniał chaotycznie doradca. - Jeszcze dokładnie nie zbadałem w czym rzecz, bo nie było czasu. Może dojdę do jakichś sensownych wniosków po dłuższych testach.

Golimistrz znowu przerzucił dla pewności wzrok ze zwierciadła na stół i z powrotem. Pokręcił z niedowierzaniem głową, upewniwszy się, że rozum nie płatał mu figli.

W odbiciu brakowało kilku książek, a świece miały nietknięte ogniem knoty. Zorientował się też, że pomieszczenie w lustrze było trochę ciemniejsze. Potem przyglądał się własnemu odbiciu, uważnie lustrując każdy szczegół. Odetchnął z ulgą, gdy wszystko wydało się w porządku. I wtedy coś przykuło jego uwagę.

- Spójrz, Winfrid. - Błyskawicznie pobladł niczym trup.

- My... oni nie mrugają oczami.

Zaintrygowany uczony zbliżył twarz do powierzchni lustra i zamrugał. Potem zamachał ręką, uniósł nogę, a nawet chwycił się za ucho. Jego odbicie zachowało się dokładnie tak samo, jednak ponad wszelką wątpliwość powieki nawet nie drgnęły, jakby ktoś je usztywnił jakimś klejem. I, jak gdyby nigdy nic, ciągle tak trwały.

- Dziw nad dziwy - szepnął mnich.

Golimistrz powtórzył wygibasy poprzednika, dorzucając do tego szybki obrót na piętach oraz groźną minę. Nie wydarzyło się niż nieoczekiwanego. Na koniec wyszczerzył zęby. I aż odskoczył do tyłu z krzykiem przerażenia na ustach.

- Widziałeś to?! - ryknął.

- Co?

- Moje zęby, do czarta! - wrzasnął z irytacją w głosie i nieco ciszej doprecyzował, wskazując palcem odbicie. - Jego zęby.

Robiąc małe kroczki, jakby się bał, że za szybko dotrze do lustra, Goezze postanowił zweryfikować słowa towarzysza. I już po chwili wzdrygnął się na sam widok. Po namyśle znowu uniósł wargi, lecz tym razem użył palców, żeby jak najwięcej odsłonić.

Mnich w zwierciadle miał czarne zęby. Ale nie wyglądały na chore lub brudne, gdyż kuriozalna barwa prezentowała się dziwnie naturalnie i błyszczała w półmroku niczym wypolerowane berło królewskie.

Doradca zadumał się. Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego.

Spoza szkła wysunęły się ręce i wciągnęły Goezzego do środka zwierciadła. Rozpoczęła się bójka. Na oczach golibrody dwaj mnisi tarzali się na podłodze, tocząc ze sobą zapasy pozbawione jakichkolwiek reguł. Obok stał czarnozębny Brzytew, który zupełnie nie zwracał na ich uwagi i tylko gapił się bez przerwy na Golimistrza.

A ten nie czekał. Szybko otrząsnął się z zaskoczenia, lecz już po chwili spotkało go kolejne. Bo kiedy dotknął powierzchni lustra, wyczuł pod palcami zwyczajne szkło. Kilka prób rozwikłania tajemnicy nie przyniosło rezultatu. Ani odwracanie lustra, ani potrząsanie, ani nawet odchylanie ramy niczego nie wniosło. Zaczął miotać zmyślne przekleństwa, by dać ujście wściekłości, na szczęście resztki zdrowego rozsądku powstrzymały go przed roztrzaskaniem zwierciadła na drobne kawałki. Zdał sobie sprawę, że wtedy już nigdy więcej nie ujrzałby Goezzego.

Bezradnie spoglądał na okładających się po mordach mężczyzn, którzy walczyli niezgrabnie niczym dwaj mali chłopcy, nieznający się w ogóle na prawdziwej bijatyce. Nawet nie potrafił za żadnego z nich trzymać kciuków, gdyż nie miał zielonego pojęcia, kto był kim.

Wtem coś capnęło go za czuprynę. Zanim zdążył znowu zakląć, znalazł się po drugiej stronie lustra. Przelatując przez nie, poczuł tylko delikatny dotyk zimna na twarzy, jakby zmarzniętych kobiecych dłoni, a zaraz potem otrzymał solidnego kopa w tyłek.

Szybko pozbierał się do kupy i stanął twarzą w twarz z przeciwnikiem. Zawahał się na moment, ponieważ uważał za co najmniej dziwne walczyć ze swoją podobizną, ale kolejne uderzenie, tym razem w brzuch, pozbawiło go wszelkich złudzeń. Sparował następny cios, zadany pięścią, po czym wyprowadził prawy sierp na podbródek czarnozębnego. Ten stracił na moment równowagę, z niemałym trudem utrzymując się na nogach. Wykrzywiwszy twarz w dzikim grymasie, wypluł kilka zębów. Brzytew chciał to wykorzystać i zaatakować, ale najwyraźniej po ubytkach w szczęce walka wręcz przestała odpowiadać oponentowi, który bez większych ceregieli dobył szabli. Nie zwlekając ani chwili, golibroda zrobił to samo.

- Więc chcesz na poważnie, co? - rzucił Golimistrz. - Też uważam, że dwóch takich jak ja to o jednego za dużo.

W odpowiedzi został zasypany serią uderzeń i pchnięć. Poradził sobie z nimi bez większego kłopotu, po czym przystąpił do kontrataku. Spotkało go spore zaskoczenie, kiedy czarnozębny z łatwością odparł jego szturm. I teraz to on przystąpił do ofensywy, lecz z mizernym skutkiem, a zaraz potem w ten sam sposób zakończył się kolejny atak Golimistrza.

Walczyli tak już jakiś czas, lecz żaden nie potrafił przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Nie inaczej sprawa miała się z mnichami, którzy wciąż tłukli się w parterze bez ładu i składu. Coś tu jest nie tak. On zna wszystkie moje sztuczki, podobnie jak ja jego, wywnioskował Brzytew. W związku z tym przyszedł mu do głowy pewien fortel. Tocząc potyczkę z udawanym zaangażowaniem, zatopił dłoń w kieszeni. Czekał na właściwy moment. A gdy wreszcie nadarzyła się okazja, mocno naparł barkiem na czarnozębnego, odrzucając go nieco od siebie.

Tym razem obyło się bez świstu. Zamach brzytwą był krótki. I celny. Ostrze zagłębiło się głęboko w gardle i przecięło niemal połowę szyi. Trafiony próbował coś powiedzieć przed zakończeniem żywota, ale zdołał tylko poruszyć bezgłośnie ustami, po czym runął na twarz.

Mając pewność, że zadał śmiertelny cios, golibroda szybko zapomniał o czarnozębnym i pospieszył z pomocą bijącemu się doradcy. Zamachnął się szablą, lecz w porę zdał sobie sprawę z potencjalnego rezultatu tak pochopnej decyzji. Przecież nie potrafił odróżnić walczących i ewentualną pomyłkę uczony mógłby przypłacić gardłem. Spróbował więc przyjaciela wybawić z opresji w inny sposób.

- Winfrid! Musisz zrobić coś, czego on się nie spodziewa. Coś, czego ty byś się nie spodziewał.

Para Goezzów kotłowała się bez zmian i nic nie zapowiadało końca bijatyki. Brzytew pomyślał, analizując okoliczności z rosnącym zniecierpliwieniem, żeby kopami rozdzielić dwa koguty i może wtedy udałoby się któremuś zajrzeć do gęby. Co prawda nie uśmiechało mu się obijanie królewskiego doradcy, lecz nie widział w tej sytuacji innego wyjścia. I kiedy zastanawiał się, którego jako pierwszego wziąć na buta, stało się coś nieoczekiwanego. Jeden z nich rzucił się do gardła przeciwnika i zanurzył w nim swoje zęby. Wyrwawszy kawał mięsa, wypluł je na podłogę, by na koniec zdzielić konającego kułakiem w czoło.

Zdyszany, zataczając się, z trudem przybrał pionową pozycję i spojrzał spode łba na Golimistrza. Widząc ostrze szabli skierowane na siebie, wydarł się, nie kryjąc złości:

- Zgłupiałeś?! Zamiast mnie bronić, to ty jeszcze nastajesz na moje życie! Tobie się do reszty we łbie poprzestawiało!

- Gadasz jak Winfrid, to prawda - mówił Brzytew spokojnym tonem, lecz nie opuścił ostrza. - Ale i tak nie wiem, czy naprawdę nim jesteś. Winfrid nigdy by nie zagryzł nawet kury, a co dopiero człowieka. Pokaż mi zęby.

- Co?! Przecież sam darłeś mordę, żebym zrobił coś nieoczekiwanego! Brzytew, do jasnej cholery, co...

- Pokazuj zęby, bo flaki wypruję. No, już! - nalegał Golimistrz tonem dalekim od żartów lub przekomarzań. Kiedy w końcu jego życzenie zostało spełnione, wsunął oręż do pochwy. - To jednak ty.

Wówczas runął na niego stek wyzwisk, obelg i niewybrednych przekleństw. Brzytew nawet nie przypuszczał, że aż tyle ich istnieje.

Sporo z nich padło w obcym języku, więc nie uczyniły golibrodzie większej krzywdy. Goezze ostatecznie wyczerpał swój bogaty repertuar i zamilkł, opierając się o ścianę. Rozejrzawszy się po lochu, zwrócił wzrok ku dwóm trupom.

- A to co? - wyszeptał, po czym przykucnął przy swoim sobowtórze.

Zamiast czerwonej posoki z rozerwanego gardła płynęła bezbarwna ciecz. Podobnie rzecz miała się w przypadku drugich zwłok. Uczony ostrożnie dotknął płynu palcem, a potem powąchał go, by na koniec nałożyć kropelkę na język. Zrobił zdziwioną minę, po czym powtórzył zabieg.

- Obyś wiedział, co robisz - mruknął Brzytew przypatrujący się działaniom mnicha. - Jak ci sczernieją od tego zęby, to... - Nie chciał wypowiedzieć myśli do końca, a tylko pokręcił głową.

- To woda. To zwykła woda - oznajmił Goezze z nutą lekkiego rozbawienia w głosie.

- Mają wodę zamiast krwi? - Golimistrz zmarszczył brew.

- Dziwolągi.

- No wiesz. Gdybyśmy zamienili się z nimi miejscami, to pewnie powiedzieliby o nas to samo.

Wkrótce na horyzoncie pojawił się kolejny spór. Goezze chciał opuścić loch, żeby zbadać świat na zewnątrz, tłumacząc swój punkt widzenia dobrem nauki. Ze wszystkich sił namawiał golibrodę na wspólny rekonesans, lecz spotkał się z mocnym oporem wobec tego pomysłu. Brzytew odrzucał wszelkie argumenty, zajmując twarde stanowisko w sprawie, a odmowę tłumaczył czyhającymi na każdym kroku niebezpieczeństwami.

- Przecież my nawet nie wiemy, gdzie jesteśmy - podkreślił, wycierając brzytwę o kaftan czarnozębnego. - Wszystko dokoła może nas zabić.

- Sądzisz, że o tym nie wiem? Jeśli pojawi się jakieś zagrożenie, to natychmiast wracamy.

- Nie. Wracamy teraz. Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle przejdziemy przez lustro.

Mnich cmoknął ze zrozumieniem i podszedł do zwierciadła. Powoli wyciągnął przed siebie rękę, po czym zbliżył do szklanej tafli.

Jego dłoń bez problemu zanurzyła się w głębi lustra, powodując na powierzchni coś na kształt równych kręgów. Widok nasuwał na myśl zachowanie wody po wrzuceniu kamienia.

- Zimne i jakoś tak miło łaskocze.

- Czułem to samo - zgodził się Golimistrz. - Widzę, że wszystko działa, jak należy. Nic tu po nas... a ty dokąd?

Winfrid, mając za nic słowa golibrody, ruszył do wyjścia.

- Muszę chociaż zerknąć, jak tam jest - odrzekł i uchylił lekko skrzypiące drzwi. - Tamte u nas chyba tak nie piszczały - zauważył, kierując się ku schodom.

Nie zdążył nawet pokonać pierwszego stopnia, gdy Brzytew chwycił go za ramię i ryknął do ucha:

- Gdzie ty leziesz?!

- Nie krzycz tak, bo jeszcze ktoś nas usłyszy. Nie chcę cię zmuszać, żebyś poszedł ze mną, ale ty też mi już odpuść, dobrze? Dla nauki zrobię wszystko. Idę zbadać, ile się da i potem wrócę. A ty wracaj teraz, jeśli chcesz. Droga wolna.

Wyszarpnąwszy się z uścisku, poszedł schodami w górę. Ani razu się nie obejrzał, a gdyby to zrobił, wyczytałby w obliczu towarzysza ogromne zmieszanie. Golimistrz bił się z myślami, aż wreszcie zacisnął pięści i ruszył w ślad za doradcą.

- Przecież sam nie przeżyje nawet chwili - warknął pod nosem. - Cholerny grubas, zawsze to samo.

Kiedy spotkali się przy wyjściu z podziemi, Goezze nie krył radości z decyzji przyjaciela, choć ten mu od razu oznajmił chłodnym tonem:

- Jeśli coś pójdzie nie tak, to dajemy drapaka. I lepiej, żebyś biegł szybko jak ja, bo nie będę czekał. Zapamiętaj to sobie.

- Mam plan. Jak wyjdziemy, to musimy mieć zamknięte usta, no bo wiesz...

- Wiem. Zęby. Pamiętaj też, żeby nie mrugać. I gęba na kłódkę.

Wydostali się na plac zamkowy i od razu zdziwił ich istotny fakt. Mrok. A przecież doskonale pamiętali, że opuścili swój świat za dnia. Kiedy przyzwyczaili oczy do ciemności, rozejrzeli się wokół.

Nie zauważyli żywej duszy, co ich nie zdziwiło, ponieważ podobnie działo się w nocy po właściwej stronie szkła. Zresztą warownia wyglądała prawie jak kopia siedziby Wesołego, a różnice okazały się kosmetyczne, jak beczka stojąca w innym kącie czy końskie koryta zamocowane na przeciwległym murze. Ale generalnie całość prezentowała się identycznie. Spostrzegli wartownika przy głównej bramie, co również nie było niczym nadzwyczajnym, choć akurat w tym wypadku różnica w postaci braku ochrony mogłaby sporo pomóc.

Po krótkiej wymianie spojrzeń i gestów pomaszerowali równym krokiem w jego kierunku. Z zaciśniętymi zębami oraz wybałuszonymi oczami wyglądali trochę komicznie, niemniej jednak nie mogli o tym wiedzieć. Wstrzymali oddechy, mijając strażnika i nawet nie spojrzeli w jego stronę, ale w prawdziwym zamku postępowali podobnie, często traktując żołnierzy niczym stały element krajobrazu. Oddaliwszy się kawałek od bramy, przystanęli i niemal równocześnie wypuścili powietrze z płuc.

Poczuli ogromną ulgę, w której celował uśmiechnięty od ucha do ucha Goezze.

- Udało się - wyszeptał zadowolony. - Nie taki diabeł straszny.

- Nie mów hop. - Brzytew włączył się w wymianę przysłów. - Pamiętaj, robimy krótki spacer główną ulicą i wracamy. Dobrze, że jest noc, nie powinniśmy spotkać wielu ludzi. O ile to w ogóle są ludzie.

Szli dalej, uważnie zerkając to w lewo, to w prawo, i porównując widoki z zapamiętanymi szczegółami ich miasta. Na pozór wszystko wyglądało dokładnie tak samo, ale trochę wnikliwsza obserwacja pozwoliła na wychwycenie kilku różnic. Brzytew zauważył, że klamki w drzwiach znajdowały się po innej stronie, a poza tym do tej pory nie widzieli ani jednego szwendającego się kota, podczas gdy u nich, zwłaszcza nocą, biegały całe stada. Wydawało mu się, że jest tutaj zdecydowanie ciszej niż w grodzie po zmroku. Jego słuch nie wyłowił do tej pory zupełnie nic, nawet najmniejszego szmeru lub innego hałasu. Z kolei Goezze od jakiegoś czasu głośno węszył, co rusz krzywiąc twarz z grymasem niezadowolenia.

- Tak. Też to czuję - powiedział cichutko Golimistrz.

- Śmierdzi bardziej niż u nas.

- Mógłbym przysiąc, że ta droga w Królestwie biegnie lekko pod górkę. - Mnich podzielił się spostrzeżeniem. - A tutaj jest odwrotnie.

Brzytew przeoczył ten fakt, lecz rzeczywiście tak było. Odświeżył w pamięci tę część grodu i musiał się zgodzić z przedmówcą. Nagle mnich stanął jak wryty, wlepiając wzrok w rozgwieżdżone niebo. Nakreślił dłonią niewidzialny krąg, po czym skierował palec na świecące punkciki.

- Tu się nic nie zgadza - wyłuszczył przejętym tonem. - Gwiazda polarna jest na południu, a gwiazdozbiory wyglądają zupełnie inaczej. Jakby ktoś je poprzestawiał.

Golibroda niezbyt dużo wiedział o astronomii, ale bezwarunkowo pokiwał ze zrozumieniem głową. Już dawno uświadomił sobie, jak bogatą, a zarazem różnorodną wiedzą dysponuje uczony. Wprawdzie czasem działał mu na nerwy i Brzytew w myślach niejednokrotnie kopał jego tłuste dupsko, to, co by nie mówić, był wielkim mędrcem.

Usłyszeli głosy. W panice zaczęli rozglądać się w poszukiwaniu kryjówki. Brzytew wskazał głową kilka beczek poustawianych jedna na drugiej. Szybko schowali się za nimi i nastawili uszu. Odgłos kroków oraz towarzysząca im rozmowa stawały się coraz głośniejsze.

Wkrótce zza rogu wyłoniła się para. Młodzieniec oraz jego wybranka trzymali się za ręce, dyskutując i co rusz chichocząc jak głupi do sera. Zatrzymali się przy jednej z kamienic i przez chwilę prowadzili dialog w języku zupełnie nieznanym Golimistrzowi, który kątem oka zerkał na kamrata z nadzieją, że jego oczytanie pomoże w tłumaczeniu padających słów. Jednak mina doradcy zdecydowanie temu przeczyła. Mnich, zasłuchany w konwersację, sprawiał wrażenie wielce zdumionego, bez przerwy stawiając oczy w słup.

Ni z tego, ni z owego mężczyzna zdzielił kobietę otwartą dłonią w twarz i oddalił się szybkim krokiem, a ona, jakby nigdy nic, zniknęła w drzwiach domu. Ulica na powrót opustoszała.

Wyszli zza beczek, a Brzytew natychmiast zapytał:

- Znasz ten język?

- Nie, bo taki język nie istnieje.

- Jak to? - zdziwił się. - Przecież gadali ze sobą, dopóki jej nie palnął.

- Zrozumiałem albo raczej przetłumaczyłem sobie tylko kilka krótkich słów. Ostatnie to było na pewno dobranoc. - Goezze zamilkł na chwilę, przygryzając wargę. - Po tym, co tu zobaczyłem, wpadłem na pomysł, żeby niektóre słowa literować od tyłu.

- Mówili od tyłu? - Golimistrz popatrzył na doradcę jak na kogoś niespełna rozumu. - Powiedział dobranoc i strzelił ją w pysk?

- Ja też nie pojmuję, co się tutaj dzieje, Brzytew. Według mnie mówili w języku Królestwa, tyle że od tyłu. Krótkie słowa udało mi się przeliterować, ale dłuższych już nie. I nie rób takiej miny. Jeszcze nie zwariowałem. - Spojrzał wymownie na golibrodę.

- Wybacz. To wszystko nie mieści mi się w głowie. - Pokajał się i pacnął lekko uczonego w ramię na znak przeprosin. - Uważam, że czas wracać. Na samą myśl o dłuższym pobycie tutaj dostaję gęsiej skórki.

Mnich zgodził się bez słowa sprzeciwu. Już po chwili kroczyli pogrążoną w ciemnościach ulicą, ściszonymi głosami rozprawiając o rzeczywistości po drugiej stronie szkła, a przynajmniej o tym, co udało im się zaobserwować podczas krótkiego pobytu. Nie potrafili pojąć reguł tego świata i coś im podpowiadało, że ich obecność w nim mogłaby być niekoniecznie dobrze odebrana przez miejscowych, a świadczyło o tym chociażby spotkanie z własnymi odbiciami. Goezze wysnuł teorię, że wiele rzeczy po tej stronie stanowiło dokładne przeciwieństwo ich świata i że o ewentualne porozumienie z tutejszymi byłoby niezmiernie trudno.

- U nas ludzie dogadują się, nawet jeśli nie znają mowy rozmówcy, bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami - tłumaczył swoje przemyślenia. - Niezależnie od okoliczności mamy podobne pragnienia, radości, smutki. A teraz spróbuj się porozumieć z kimś, dla kogo miłość to synonim nienawiści, a dobro jest złem. Bardzo możliwe, że tutaj tak to wszystko funkcjonuje.

- Czyli że gdybym się do kogoś uśmiechnął, to bym dostał w ryj?

- Niewykluczone.

Brzytew zaczął domyślać się powodu braku kotów na ulicach. Ponadto dotarło do niego, że nie usłyszał ani jednego szczeknięcia psa, co w jego sąsiedztwie jednak się zdarzało. Niełatwo mu było powstrzymać obrzydzenie, lecz jakoś to wszystko przetrawił, nie dzieląc się swoimi spostrzeżeniami z towarzyszem, tylko podświadomie podkręcił tempo marszu. Dłuższy pobyt w tym świecie kojarzył mu się teraz ze spacerem po niebezpiecznym urwisku. A nie chciał osunąć się w przepaść.

Szli ramię w ramię, a w miarę upływu czasu jeszcze bardziej przyspieszali. Echo kroków odbijało się od ścian, wręcz dudniąc coraz głośniej i wystukując rytm do prowadzonego dialogu. Im bliżej było do zamku, tym bardziej rosła ich pewność siebie, a zarazem słabła czujność.

Mijali kolejną z kamienic, gdy nagle otworzyły się drzwi. Z domu wyłoniła się rosła postać, majacząc w ciemnościach tuż przed nimi. Mężczyzna stał bez ruchu i wyraźnie się im przyglądał.

Zdębieli. Nie mieli czasu na ucieczkę, a wokół jak okiem sięgnąć nie było żadnego miejsca, żeby się schować. Brzytew trącił mnicha łokciem i pokazał wymownym spojrzeniem drugą stronę ulicy. Natychmiast zmienili kierunek marszu. Idąc, wyraźnie czuli na sobie skupiony wzrok tubylca, lecz strach nie pozwalał im nawet na niego zerknąć. Wtem usłyszeli niski głos. Domyśliwszy się, że byli adresatami niezrozumiałej dla nich wypowiedzi, nie bardzo wiedzieli, co zrobić. Mimowolnie zignorowali mężczyznę i nie zwolnili kroku. Jednak miejscowy nie tylko nie przestał gadać, ale nawet ruszył w ich stronę. Szybki rzut oka wystarczył Golimistrzowi, aby rozpoznać zbliżającą się kalkę miejskiego kowala. Chcąc jakoś zażegnać rosnące niebezpieczeństwo, pomachał mu przyjaźnie dłonią.

Popełnił błąd.

Jakkolwiek początkowo zdawać by się mogło, że gest zadziałał, tak dalsze zachowanie mężczyzny zmieniło się diametralnie. Po krótkim zawahaniu ryknął wściekle i ruszył na nich biegiem, wykrzykując coś na całe gardło. Brzytew zdawał sobie sprawę, że musiał działać szybko. Walka nie mogła trwać zbyt długo, bo z każdą chwilą ich położenie stawałoby się coraz gorsze. Czymś innym było starcie z jednym potworem lub człowiekiem, czymś innym walka z całym grodem, a wrzaski tutejszego kowala nie mogły przejść bez echa.

Napastnik ułatwił mu sprawę, atakując ich bezładnie. Nie zdążył nawet nikogo dosięgnąć wielką jak bochen pięścią, kiedy w jego brzuchu zagłębiło się ostrze szabli. Gorzej, że silny kowal nie skonał natychmiast, tylko stał jak słup soli i mamrotał coś pod nosem. Jednak golibroda nie zamierzał słuchać jego wynurzeń, raz, że nic nie rozumiał, a dwa, że czas ku temu nie sprzyjał. Mocnym kopnięciem obalił przeciwnika na plecy, po czym wyrwał oręż z dogorywającego ciała.

Zaraz po tym zdarzeniu w okolicznych kamienicach poczęły otwierać się drzwi. Nietrudno było odgadnąć, że krzyki kowala zaalarmowały mieszkańców, wyciągając ich z łóżek.

- Teraz biegiem - nakazał Brzytew uczonemu. - Nasz plan pozostania niezauważonymi diabli wzięli.

Zanim zdążył wsunąć szablę do pochwy, Goezze już przebierał nogami, pozostawiwszy go w tyle. Wkrótce Golimistrz popędził w ślad za nim bez specjalnego przejęcia, gdyż znał swoje możliwości i wiedział, że dogonienie mnicha nie powinno zająć mu dużo czasu. A gdy go doszedł, wyrównał tempo. Biegli razem ramię w ramię. Na nic nie zwracali uwagi. Nie dbali o wyszukiwanie różnic między dwoma światami, nie przeczesywali wzrokiem kątów w poszukiwaniu ciekawych znalezisk i nie porównywali ich do znanych odpowiedników. Po prostu gnali niczym daniele ścigane przez sforę wilków. Zbliżając się z każdym kolejnym biciem serca do zamku, słyszeli gdzieś za sobą wzmagający się hałas pościgu.

Tubylcy ich doganiali. 

Golimistrz robił, co mógł, żeby trochę popędzić uczonego. A to wsparł go słowem, a to chwycił pod ramię, lecz to wszystko pomagało tylko w niewielkim stopniu. Mnich wyraźnie opadał z sił. Biegł coraz wolniej, zlany potem jak ulewnym deszczem, co i raz potykał się o nierówności na drodze.

- Biegnij... Brzytew - wysapał z trudem. - Lepiej jeden niż żaden.

- Ani mi się śni. Damy radę. Brama jest tuż. Jak dobiegniemy, to zajmę się wartownikiem, a ty pędź do lochu. I nie czekaj na mnie.

Goezze nic nie odrzekł. Brakło mu tchu na odpowiedź.

Pojawiwszy się przy bramie, już nawet nie próbowali wybałuszać oczu i skrywać zębów pod wargami. Wartownik w mig zorientował się, że przybysze tylko pozornie przypominają ludzi z tej strony szkła i dobył szabli. Brzytew nie czekał, bez namysłu przyjmując zaproszenie do pojedynku. Ich ostrza zderzały się raz po raz, a zdecydowanie większą agresję w atakach okazywał żołnierz. Wydając niezrozumiałe okrzyki, nacierał z werwą na golibrodę, który umiejętnie się bronił i jednocześnie, cofając się, wyciągał czarnozębnego szermierza z posterunku.

Przyczajony do tej pory Goezze ominął żołdaka, po czym zniknął w głębi dziedzińca. Golimistrz zauważył to kątem oka i od razu zmienił defensywny sposób prowadzenia walki, zasypując oponenta serią uderzeń. Wartownik okazał się nie w ciemię bitym szermierzem i skutecznie poradził sobie z nawałnicą ciosów. Brzytew miał duży kłopot z wyczytaniem jego zamiarów, gdyż oblicze przeciwnika wysyłało mylące sygnały. Jeśli spojrzał w prawo, to uderzał w lewo, jak skierował wzrok na głowę, to szabla zmierzała w okolice brzucha, a gdy zdawało się, że wykona pchnięcie, to odskakiwał. I o ile przez dłuższy czas golibroda czuł się zupełnie zagubiony w tak dziwacznej walce, o tyle powoli zaczynał się jej uczyć oraz łapać odpowiedni rytm. Kłopot tkwił w tym, że potyczka niebezpiecznie się przeciągała, a tumult nadciagającego tłumu wzmagał się z każdą chwilą.

Wtedy Brzytew postawił wszystko na jedną kartę. Skrzyżował szablę z ostrzem czarnozębnego i ruszył z całą siłą, taranując go oraz rycząc wściekle. Przyparłszy żołdaka do muru, zdzielił go głową w oko, a potem jeszcze poprawił, trafiając tym razem w nos. Kiedy ten ledwie stał na nogach, Golimistrz odskoczył do tyłu i zakręcił szablą, po czym ciął od dołu w najwrażliwszy punkt męskiego ciała.

A potem już biegł jak szalony, niemal czując oddech pościgu na plecach.

Dosłownie stoczył się po nierównych stopniach kamiennych schodów. Dla niego to nawet lepiej, że się tak złożyło, ponieważ w ten sposób szybciej dotarł na dół. Zacisnąwszy zęby, powstał do pionu. Ignorując ból w kostce, gnał dalej przez korytarze i chociaż nie oglądał się za siebie, hałas podpowiadał mu, iż pogoń dotarła już do lochów. Poruszał się po omacku, lecz w pewnym momencie zauważył blask i wnet odgadł, kto stał za tym pomysłem.

W oznaczonej światłem celi, tuż przy zwierciadle, czekał Goezze.

- Przełaź przez lustro! Nadchodzą! - wydarł się golibroda, wbiegając do pomieszczenia.

Doradca błyskawicznie wykonał polecenie, a zaraz po nim w szkle zanurzył się jego towarzysz. Gdy przekroczyli ramę i znaleźli się w swoim świecie, Brzytew podniósł z blatu najmasywniejszą z książek. Przybrawszy postawę do rzutu, cierpliwie czekał, nie spuszczając oka z lustra. Pierwszą rzeczą, która go uderzyła, był brak jego odbicia. Podobnie sprawa miała się z mnichem. Jednak bardziej niepokoił fakt, że w bliźniaczej komnacie zbierał się coraz większy tłum, a kolejni czarnozębni pokazywali sobie palcami zwierciadło.

Gdy jeden z nich namacał taflę lustra, po czym zrobił krok naprzód, Golimistrz wiedział, co czynić. Zamachnął się. Szkło rozsypało się w niezliczoną ilość kawałków.

Leżały, porozrzucane po podłodze, a pośród nich tkwiła ręka oraz kawałek nogi, z których ciekła woda.

- Szkoda - mruknął smutno Goezze. - Dla dobra...

- Tylko mi tu z dobrem nauki nie wyjeżdżaj! - Brzytew przerwał mu krzykiem. - Chyba wiesz, co by się działo, jakby odbicia przelazły na drugą stronę? Raczej miodu by się z nami nie napili.

Mnich nie odpowiedział, bo i trudno było spierać się z takimi argumentami, a tylko głośno westchnął. Plany zbadania drugiego świata wzięły w łeb. Doradca zrobiłby wszystko, nawet narażając własną skórę, żeby zdobyć więcej informacji o czarnozębnych. Ale teraz to już nie miało znaczenia. Jedyna droga łącząca obie rzeczywistości zamieniła się w kupkę szkła.

- Chociaż to wezmę. Warto przebadać. - Nachylił się i podniósł kawałek lustra. - Do diabła... zupełnie sczerniało.

- Pokaż. - Brzytew pochylił się i dokonał szybkich oględzin. Potem zwrócił wzrok na kilka innych odłamków porozrzucanych na podłodze. - Wszystkie takie są.

- Trochę tak jak z rośliną - zauważył uczony. - Jak się ją potnie, to płowieje, tracąc wszystkie kolory.

- W sumie, jakby się zastanowić, to chyba z każdym tak jest. I ze świnią, i z człowiekiem też.

- Słusznie. Kto wie? Może lustro było żywe? Ale teraz to już się tego nie dowiemy.

- Winfrid, co ty masz na szyi? - zmienił temat Golimistrz, a w jego głosie pojawiła się spora dawka niepokoju.

Poniżej podbródka mnicha widniała czerwona plama, a na skórze pojawiło się sporo ciemnych krost. Całość prezentowała się raczej mało zachęcająco, wyglądając jak poważna infekcja. Ale zrobiło się jeszcze dziwniej, kiedy Goezze wbił wzrok w kamrata i drżącym głosem odrzekł: 

- Przypuszczam, że to samo co ty.

Po chwili naukowiec dokonał oględzin wysypki na szyi golibrody.

- Nie wygląda na nic groźnego - zdiagnozował. - Mam chyba odpowiednią maść na górze. Powinna pomóc.

- Zdaje się, że wiem, skąd to się wzięło.

- Ja też. - Pokiwał głową mnich. - To od ran naszych odbić.

- Właśnie.

*

Mnicha zaskoczyło pukanie do drzwi o tej porze. Jeszcze bardziej się zdziwił, gdy ujrzał w nich jakiegoś młokosa w mundurze. Minę miał nie lada zakłopotaną i unikał wzrokiem uczonego, jak tylko się dało.

- W czym mogę pomóc, młodzieńcze?

- Bo... coś mi wyskoczyło.

- Gdzie ci coś wyskoczyło? - Zmarszczył brew. - Musisz mi pokazać, bo inaczej ci nie pomogę.

- Ale to tam. - Wskazał palcem w dół.

- No to ściągaj spodnie. I nie wstydź się, nie ma czego. Poszalałeś z jakąś pierwszą lepszą chłopką, to masz za swoje.

- Ale, nie! Panie... znaczy ekscelencjo! Przysięgam na bogów! Miałem wartę i coś mnie zaczęło swędzieć. A jak potem kładłem się spać, to zobaczyłem to cholerstwo.

Goezze rozdziawił usta, drapiąc łysą głowę. Powoli zaczynał rozumieć, dlaczego u przybysza pojawiła się nagle taka dolegliwość. Uśmiechnął się szeroko na widok osobliwej wysypki.

- Głowa do góry. Mam na to dobrą maść. Była sprawdzana i działa bez zarzutu. Ręczę za jej skuteczność.

Uradowany młokos rzucił się do stóp dobrodziejowi, ale ten szybko nakazał mu powstać z podłogi, po czym przekazał instrukcje, jak stosować lek. Gdy żołnierz opuścił basztę, Winfrid zamyślił się. W efekcie krótkiej zadumy postanowił wybrać się do kowala. Koniecznie musiał zabrać ze sobą trochę maści.

Rebelia 

Wiesz, Golimistrzu, spotkała mnie przedwczoraj dziwna rzecz - mówił kowal niepewnym tonem, jakby za bardzo nie wiedział, jak opisać, co go gnębi.

- Jaka? - zapytał Brzytew, nie przerywając pracy. Ściskając w dłoni nożyce, skracał klientowi włosy. Zadanie nie należało do trudnych, toteż chciał szybko uwinąć się z robotą. - Mów śmiało, przecież jesteśmy sami.

- Był u mnie ten gruby cudzoziemiec z zamku. Wiesz który?

- Tak. Golę go czasami. - Początek historii wzbudził w nim szczere zainteresowanie. - Nazywa się chyba Goezze, czy jakoś tak...

- Ten sam! - Kowal wyraźnie się ucieszył, że wiadomo, o kim mowa. - No, więc wtarabanił się do kuźni i tak łazi, i łazi w kółko. To go pytam, w czym pomóc? A on na to, że kilka osób w grodzie dostało zaraźliwej wysypki i że on ma dobrą maść na tę okoliczność. I się na mnie gapi jak cielę na malowane wrota.

- I co było dalej? - Brzytew z trudem powstrzymał wybuch śmiechu.

- A dalej to było jeszcze dziwniej. Mówię mu, że to dobrze, ale co ja mam z tym wspólnego? A on, że podejrzewa, że ja mam taką wysypkę. Rozumiesz? Że mnie podejrzewa!

Brzytew skinął głową. Nie potrafił wypowiedzieć ani słowa, po raz kolejny tłumiąc w sobie przypływ wesołości.

- To ja mówię, że nie mam żadnej wysypki. A ten się na mnie rzuca, bo ja wtedy siedziałem na kowadle, i sru! Zaczyna mi ściągać koszulę! Ja powtarzam, że nie mam wysypki, a ten drze mordę, że mam i już! A co ty... płaczesz?

- Nie, nie! Włos mi wpadł do oka. Muszę przemyć.

Brzytew dał susa ku misce i już po chwili chłodził twarz lodowatą wodą. Jednakże powodem tej wymuszonej czynności nie był bynajmniej włos w oku. Głośno odetchnął z ulgą, po czym spytał: 

- I co się stało?

- A to, że zdarł ze mnie koszulę i się gapi na mój brzuch. Maca, maca i nie dowierza. Aż w końcu mnie puścił i polazł bez słowa w cholerę. A jaki był naburmuszony! Jak ten kat, co mu zabroniono ludzi żywym ogniem traktować.

- Jak to? - zdziwił się Golimistrz. - To nie miałeś wysypki?

- Co wy wszyscy z tą cholerną wysypką!? Aż tak to widać? Przecież nie ma po niej ani śladu. Posmarowałem gęsim sadłem i na drugi dzień znikła, jakby jej nigdy nie było. Tylko skąd w ogóle wiadomo, że miałem wysypkę? Przecież nikomu nic nie mówiłem!

- Nie. Źle mnie zrozumiałeś. - Zaczął pojmować, co się wydarzyło i musiał jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji. - Tylko słyszałem, że ten Goezze to medyk nad medyki. Podobno spojrzy w oczy i już wie, że jesteś chory.

- Ach, taaak? To dlatego tak we mnie te ślepia wlepiał. - Kowal zamilkł, a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech. - To mnie uradowałeś teraz. Bo ja myślałem, że on to może czarownik jakiś albo coś. Już zaczynałem wierzyć, że lata na miotle i ludziom do okien zagląda, hultaj! A to tylko dobry medyk. - Machnął ręką i dodał: - Ale jaką on zrobił głupią gębę, jak tej wysypki nie znalazł. O, żebyś ty to widział!

Wybuchnęli obaj tak głośnym śmiechem, że ktoś przechodzący obok zakładu miałby prawo pomyśleć, iż w środku odbywa się jakaś huczna zabawa. Ryczeli jeszcze dość długo, dopóki nie zabrakło im tchu. Choć tak na dobrą sprawę, to nie do końca wiadomo, czy ich rozbawienie wynikało dokładnie z tych samych powodów.

*

Golimistrz postanowił oddać się gimnastyce. Rzadko zdarzało mu się ćwiczyć po zmroku, jednak miniony dzień nie należał w jego przypadku do pracowitych, a gdy nie czuł choć odrobiny zmęczenia, często miewał kłopoty z zaśnięciem. Już nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio zdarzyło mu się wzmacniać mięśnie przy blasku świecy.

Podciągając się na belce zawieszonej przy piwnicznym sklepieniu po raz trzydziesty pierwszy, usłyszał jakiś hałas. Zawisł na chwilę i wstrzymał oddech. Nie były to typowe dźwięki nocy, żadne pohukiwanie sowy lub walczące o terytorium koty. Jego słuch wyłowił odgłos przedzierania się przez krzaki w ogrodzie.

Zeskoczył na podłogę, niemal bezgłośnie lądując na bosych stopach. Nie namyślając się, zdmuchnął świecę. Po wtórym wytężeniu słuchu nabrał pewności, że na tyłach domu przebywał nieproszony gość. Hałasy nie były nawet jakoś szczególnie ciche, ktoś po prostu łaził mu pod oknami. Brzytew wyczekał, aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności, po czym ruszył schodami w górę. Znalazłszy się przy tylnym wyjściu, uprzytomnił sobie, że nie ma żadnej broni na podorędziu. Szabla oraz kusza spoczywały w sypialni, a jedyny oręż stanowiła brzytwa ukryta na dnie kieszeni. Przyłożył oko do szpary w drzwiach, po czym zlustrował sytuację na zewnątrz. Mniej więcej pośrodku ogrodu, oświetlony blaskiem księżyca, stał brodaty mężczyzna. W dłoni dzierżył drewnianą pałkę i dreptał w miejscu, jakby oczekując właściciela domu. Albo odważny zbój, albo głupi złodziej. Tak czy inaczej, brzytwa powinna wystarczyć, pomyślał Golimistrz.

Przestąpiwszy próg, zmierzył intruza uważnym spojrzeniem. Brodacz był o dobre pół głowy wyższy od niego i wyglądał na zaprawionego w bitkach osiłka. Dziwiła jego prymitywna broń, bo przecież w mieście nie brakowało szabel na sprzedaż. Chyba że napastnik nie śmierdział groszem, co mogło wyjaśniać jego obecność w nocy na terenie cudzej posiadłości.

- Możesz mi zdradzić, co tutaj robisz? - zapytał Brzytew, sięgając po oparte o drzewo grabie. - Radzę, zaniechaj tego, co ci się roi we łbie i odejdź.

Jeśli pomruk, który usłyszał, miał posłużyć za odpowiedź, to włamywacz raczej nie imponował elokwencją. Zaraz potem nieznajomy zaburczał jeszcze raz, ugiął nogi w kolanach i przybrał pozę jednoznacznie sugerującą, że rozmowę uważał za skończoną.

Przypuścił atak. Zamachnął się pałą, jednak golibroda, odskakując do tyłu, o włos uniknął ciosu. Poczuł na twarzy zimny powiew i wnet zrozumiał, jaką siłą dysponował olbrzym. Dotarło do niego, że musi trzymać się z dala od napastnika, wyczekując na swoją szansę. Uchylał się raz za razem, uciekał przed uderzeniami, skakał po ogrodzie niczym zając w kapuście, a brodacz machał ciężką pałą, jakby trzymał w dłoni leciutki kijek. Ta dziwaczna bieganina trwała już jakiś czas, przypominając raczej występ podróżnych kuglarzy niż prawdziwą walkę. Włamywacz chciał zrobić krzywdę, lecz nie potrafił, a Brzytew marzył o skutecznym kontrataku, ale śmigający bez przerwy drąg skutecznie go powstrzymywał przed podjęciem takiego ryzyka.

W końcu nie wytrzymał. Gdy po raz kolejny ustrzegł się opadającej pałki, rąbnął grabiami, ile tylko miał pary w rękach. Choć celem był brodaty łeb, trafił przeciwnika w ramię. Trzonek grabi pękł tuż przy samej belce najeżonej zębami, co świadczyło o mocy uderzenia, ale wielkolud nawet nie mrugnął. Otrzepał wierzchem dłoni resztki drewna z ubrania, po czym skrzywił twarz w szyderczym uśmiechu.

Brzytew dzierżył oburącz trzonek. I choć po złamaniu kij stracił trochę na długości, to jednocześnie zyskał dość ostry koniec.

Golimistrz nie spuszczał wzroku z włamywacza, który teraz nabrał jeszcze większej pewności siebie. Przerzucał swoją broń z ręki do ręki i suszył zęby, grając golibrodzie na nerwach.

Wszystko trwało nie dłużej niż mrugnięcie. Brzytew skoczył i precyzyjnie, z odpowiednią mocą, pchnął drzewce. Trzonek ugrzązł w oczodole przeciwnika. Wielkolud zachwiał się i upuścił pałę. Chwyciwszy oburącz trzonek, złamał go u nasady. Po jego twarzy spływały strużki krwi, a kawał drewna sterczący z twarzy wyglądał niczym róg dzikiego zwierzęcia. Ryknął, co jeszcze bardziej upodobniło go do leśnych bestii. Nie zważając na niedogodności, rzucił się z gołymi rękami na golibrodę. Ale jego masywność oraz tylko jedno sprawne oko zdecydowanie nie pomagały w atakach. Wymachiwał pięściami lub próbował złapać Brzytew w potencjalnie śmiertelny uścisk, ale ten wykorzystywał swój spryt i za każdym razem uciekał od zwarcia.

Po jakimś czasie obaj byli już mocno zmęczeni. Ciężko dyszeli i poruszali się coraz wolniej. Gdy Golimistrz po raz kolejny uchylił się przed uderzeniem, zanurkował pod pachą brodacza, po czym przekoziołkował, jednocześnie chwytając za porzuconą pałę. Szybko powstawszy na równe nogi, zacisnął na niej dłonie. Włamywacz obrócił się. I wtedy Brzytew, z krzykiem na ustach, własną bronią wielkoluda rąbnął go prosto w krocze. Olbrzym dziwacznie zadygotał, a jego zdrowe oko powiększyło się dwukrotnie. Wydając z siebie cichy pisk, upadł na kolana.

Chwyciwszy przeciwnika za czuprynę, golibroda zatopił ostrze brzytwy w jego gardle. Nie spieszył się. Powoli przesuwał narzędzie po szyi, rysując czerwoną linię i ciesząc wzrok cierpieniem pokonanego. Celebrował w ten sposób zwycięstwo. Zastanawiał się, czy brodaczowi w tej chwili sprawia większy ból podcinane gardło, czy może opuchnięte jądra. Gdy dokończył dzieła, martwe ciało przechyliło się na bok, następnie runęło na ziemię i zwinęło się w pozycji embrionalnej.

Brzytew spojrzał w niebo, wzdychając głośno. Od dawna nie stoczył pojedynku z tak wymagającym agresorem.

Chciał powiadomić zamek o skutecznej obronie przed złodziejem, ale postanowił odłożyć to wszystko do rana. Wreszcie był na tyle zmęczony, żeby zasnąć jak dziecko.

Chciał pochylić się nad trupem, by lepiej przyjrzeć się jego twarzy, lecz zjadliwy ból przeszył mu kark. Namacał coś ręką i wyszarpnął z szyi. Trzymał w dłoni niewielką strzałę. Nigdy wcześniej takiej nie widział. Obróciwszy się, wypatrzył postać częściowo skrywającą oblicze pod czarną chustą. Człowiek stał w drzwiach jego mieszkania, trzymając przy ustach dziwaczną rurkę. Golimistrz chciał wrzasnąć, ale nie mógł wydusić ani słowa. Raptem coś świsnęło. Poczuł ukłucie, a kiedy opuścił wzrok, zobaczył następną strzałę, tym razem tkwiącą w jego piersi. Jeszcze raz spojrzał na napastnika, wbijając mętny wzrok w jego ciemną twarz z niewielką blizną na policzku.

Brzytew upadał tak długo, że zdążył policzyć wszystkie gwiazdy na niebie oraz dotknąć palcem księżyca. Wydał mu się taki miękki, jak puch w poduszce lub dojrzała purchawka. Nawet grunt, na którym wreszcie wylądował plecami, przypominał bardziej wygodne łoże niż udeptaną ziemię. Zamknął oczy. Tak bardzo chciało mu się spać.

*

Przenikliwe zimno wstrząsnęło jego ciałem. Ocknął się, brutalnie wyrwany ze snu, czując lodowatą wodę spływającą po torsie. Szarpnął się, lecz więzy ciasno krępowały kończyny. Mógł swobodnie poruszać tylko głową, którą potrząsnął kilka razy, żeby chociaż trochę osuszyć włosy. Powoli wracała ostrość widzenia, choć obraz wciąż wydawał się nieco zamazany.

- Miło mi powitać sławnego Golimistrza.

Już w pełni odzyskawszy wzrok, spojrzał w kierunku, skąd dochodził niski głos. Przy kamiennym palenisku siedział siwowłosy mężczyzna. Głaszcząc kilkudniowy zarost, wpatrywał się z poważną miną w Brzytew, a jego kosztowny strój oraz pierścienie zdobiące dłonie sugerowały szlacheckie pochodzenie. Obok niego krzątał się, odziany w skórzany fartuch, osobnik o zwisającym brzuchu i fizjonomii upośledzonego człowieka. Oczy miał głęboko osadzone w czaszce, głowę porastało pięć włosów na krzyż, a zajęcza warga sięgała niemal podbródka. Trzymał w ręku wiadro i łatwo szło się domyślić, iż zawartość naczynia właśnie spływała po golibrodzie.

Szybkie rozeznanie upewniło Brzytew o porwaniu. Siedział na żelaznym krześle i był przywiązany do niego konopnym sznurem, a ponadto rozebrano go zupełnie do naga. Przebywał w piwnicy, gdzie znajdowały się narzędzia tortur. Panował tutaj półmrok nieznacznie rozjaśniony blaskiem paleniska oraz umocowanej na ścianie pochodni. Wzrok golibrody zatrzymał się na krótkiej strzale, którą bawił się w tej chwili szlachcic, podrzucając ją i łapiąc na przemian.

- To? - spytał, wychwyciwszy zainteresowanie Golimistrza. - Od początku przypuszczałem, że Rolim może mieć kłopot, żeby cię schwytać, a chciałem cię żywego. Więc wysłałem za nim hidenyjskiego najemnika. Jego usługa słono mnie kosztowała, ale, jak widać, podołał zadaniu. - Zamilkł na moment, by spytać: - Zapewne wiesz, kim jestem?

- Nie mam pojęcia. Tak samo jak nie wiem, gdzie jestem i dlaczego mnie więzisz - wykrztusił, ujawniając tylko część prawdy. Rozpoznał w porywaczu Lucjana Krnąbrnego, a zapamiętał go z kilku wizyt w zamku podczas rządów poprzednich władców. - Jeśli chcesz się ogolić, panie, to mogłeś przyjść do mojego zakładu.

- Dowcip niskich lotów - podsumował szlachcic bez krzty rozbawienia. - Jesteś w moich lochach, żeby dostarczyć rozrywki Mordce. - Wskazał ruchem głowy milczącego tłuściocha. - Ale zanim to nastąpi, utniemy sobie pogawędkę.

- Nie wiem, panie, co tutaj robię. To jakaś pomyłka. Jestem tylko zamkowym golibrodą. Ani nic nie ukradłem, ani nikogo nie skrzywdziłem.

- O kradzieżach nic nie słyszałem, ale co do krzywdzenia... - Zawiesił głos i pstryknął kilka razy palcami, czyniąc w ten sposób aluzję do wypowiedzi więźnia. - Widzisz, ja kocham konie. Podobnie jak Krótkowzroczny, z którym się przyjaźniłem przez wiele lat. I sporo się od niego dowiedziałem.

Brzytew zamarł gdzieś w środku, nie dał jednak nic po sobie poznać. Było powszechnie wiadomo, że każdy lubił się komuś zwierzyć, ale królowie dzielili tajemnice tylko z kochankami lub z przyjaciółmi, o których nikt nie wiedział. I ukrywali zarówno jednych, jak i drugich przed wścibskim okiem ludzkim. Nawet nadworni kronikarze spisywali niekoniecznie zgodne z prawdą opowieści, często wynosząc na piedestał władców, którzy poprzez swoje działania w żaden sposób na to nie zasługiwali. Bo tak naprawdę to niekoniecznie czyny, a nader wszystko pióra tworzyły historię.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - zaprzeczał Brzytew, jednakowoż zdając sobie sprawę, że znalazł się w swoistej matni. Mógł jedynie grać na czas, choć zgromadzone w lochu narzędzia tortur napawały go wielkim strachem. - To jakaś pomyłka. Jestem...

- Tak, tak. Wiem. Powtarzasz się - przerwał mu szlachcic poirytowanym tonem, po czym nagle zmienił temat: - Bardzo mnie zadziwiło nagłe szaleństwo Ereona. Znamy się tyle lat, bo przecież razem kiedyś walczyliśmy ramię w ramię. Tak wielce opanowany i mądry dowódca zwariował? Niebywałe. Wiesz coś o tym?

- Nawet nie znam żadnego Ereona.

- Może i nie znasz osobiście, ale jako były żołnierz powinieneś słyszeć o Bliznym. Faktem jest, że nie udało się tego nijak połączyć z tobą. Zresztą, jeśli miałeś cokolwiek z tym wspólnego, to wyśpiewasz. Prawda, Mordka?

Kat wyszczerzył krzywe zęby i zarechotał nieludzko. Ujął w bułowatą dłoń stalowe szczypce, po czym umieścił część zaciskową w palenisku. Trzymał narzędzie tak długo, dopóki nie rozgrzało się do czerwoności.

Zbliżył się do więźnia wolnym i nieporadnym krokiem, wyraźnie kulejąc na jedną nogę. I bez większych ceregieli wbił rozgrzane szczypce w udo Brzytew. Zaciskał szczęki bardzo powoli, a jego mina pozostawała tak samo obojętna.

Wrzask golibrody przeszył pomieszczenie.

- Już krzyczysz? Nie jesteś aż taki twardy, jak sądziłem - zadrwił Krnąbrny. - Uprzedzę cię, że bardziej boli przy wyciąganiu. Umrzesz dziś, Golimistrzu, i będziesz zdychał powoli. Szkoda, że tego nie zobaczę, ale wzywają mnie sprawy Królestwa.

Skinął głową na Mordkę i udali się do zakratowanych drzwi. Zanim wyszli z lochów, szlachcic obrócił się i rzucił na wychodne:

- Żaden pederasta ani inny zboczeniec nie będzie rządził moim krajem. A tym bardziej pederasta z zagranicy.

*

Został sam w piwnicy z kleszczami w udzie. Rozpaczliwie szukając w głowie pomysłu na ocalenie, rozglądał się dookoła. Narzędzi do przecięcia krępujących go węzłów nie brakowało, ale szkopuł tkwił w tym, że nie mógł się ruszyć nawet pół kroku. Ciężar krzesła wszystko skutecznie utrudniał. Brzytew, lustrując uważnie loch, zauważył niewielkie okienko, przez które wpadało skąpe światło. Na zewnątrz najwyraźniej świtało. Już po chwili dostrzegł trawę, lekko kołysaną wiatrem, oraz ganiające po niej wiewiórki.

Coś sobie przypomniał. Trudno było określić szanse powodzenia rodzącego się w jego umyśle konceptu, lecz nie miał wielkiego wyboru. Aż zaśmiał się w duchu z tak pozornie niemądrego planu, jednocześnie postanawiając spróbować, skoro i tak nic nie miał do stracenia.

- Wiewiórko! Hej, wiewiórko! Kici, kici, taś taś - przywoływał zwierzątko na wszystkie możliwe sposoby.

Stworzenia zaprzestały zabawy, słysząc ludzki głos. Strzygły uszami i stały na baczność niczym wypchane przez miejskiego rzemieślnika. Wreszcie dały dyla, każde w inną stronę, ale jedna wiewiórka - albo najgłupsza, albo najmądrzejsza - nie uciekła. Zbliżyła się do okienka i wbiła małe oczka w człowieka.

A Golimistrz, wolno i wyraźnie jak do małego dziecka, tłumaczył jej swoje położenie. Nie wiadomo, czy wiewiórka cokolwiek zrozumiała, czy raczej coś ją spłoszyło, jednak kiedy skończył swoją opowieść, pognała niczym wicher w sobie tylko znanym kierunku.

- Co ja robię? Co ja robię? - wyszeptał z niedowierzaniem. - Gadam do wiewiórki, jak jakiś niespełna rozumu szaleniec. Diabli nadali to cholerne krzesło! - Podniósł na koniec głos, rozpaczliwie próbując uwolnić się z więzów.

Jeszcze nieraz podejmował podobne działania, wił się na krześle i szarpał, lecz bez żadnego rezultatu. Gdyby nie sznury, dociskające jego korpus do oparcia, miałby szansę dosięgnąć zębami pęt blokujących ręce. W żaden sposób nie potrafił uporać się z tą przeszkodą. Napierał do przodu z całych sił, zaciskał zęby, gryzł wargi do krwi, ale wszystkie starania spełzły na niczym. Po jego ciele spływały strumienie potu, a on coraz gorzej łapał oddech, ciężko dysząc.

Spuścił głowę. Poddał się. Bezradność odebrała mu resztki nadziei oraz wolę walki.

Siedział tak już dość długo, gdy usłyszał kroki na schodach. Przerażenie ścisnęło go za gardło, potęgując jeszcze bardziej dokuczające już od jakiegoś czasu pragnienie. Domyślał się, kto zmierzał do lochu, i miał pewność, że jego prośba o łyk wody raczej nie zostanie rozpatrzona pozytywnie. Szybko wydedukował, w jaki sposób zwilżyć spękane usta. Zamknął oczy. Czekał.

Przekroczywszy próg piwnicy, Mordka spojrzał z dezaprobatą na więźnia. Wyciągnął wiadro z kamiennej studni, a kiedy zbliżył się do Golimistrza, burknął z nieukrywanym rozczarowaniem w głosie:

- Tylko jedna mała tortura i już nieprzytomny? Słabiak. Nie będzie z niego dużo radości.

Lodowata woda uderzyła Brzytew prosto w twarz. Dość udanie odegrał rolę wybudzonego z zamroczenia, skrycie łykając spływającą po nim ciecz. Od razu poczuł się lepiej. 

Nie na długo. Kat zacisnął dłoń na kleszczach. Spojrzał wyzywająco na golibrodę i wyszarpnął kawał mięsa z jego uda.

Lochy przeszył wrzask pełen cierpienia. Donośność sprawiła, że wszystkie szczury pochowały się w kryjówkach. Tak jak nagle krzyk wydobył się z gardła torturowanego, tak równie szybko się urwał.

- Znowu zasłabł? - Mordka pokręcił z niedowierzaniem głową. - Licha zabawa. Lepiej by było żabę męczyć.

*

Po raz kolejny wybudziła go fala zimna. Otworzywszy oczy, ujrzał szmatę przewiązaną przez jego udo w miejscu potwornej rany. Trochę się zdziwił troską oprawcy, ale wkrótce usłyszał wyjaśnienie takiego zachowania i wszystko nabrało większego sensu.

- Ma ten opatrunek, bo jeszcze mi się tutaj wykrwawi - oznajmił przejęty. - A to by za szybko było. Pan mi nakazał, że ma zdychać powoli. A jak pan się dowie, że poszło za szybko, to batem plecy mi porachuje. - Mimo słabej składni przekaz był dość oczywisty.

Tłuścioch zastanawiał się nad czymś, dłubiąc przy tym w nosie i raz po raz wypstrykując czarną kulkę gdzieś w przestrzeń. Nachyliwszy się nad Golimistrzem, przerzucał wzrok z góry na dół, a jego oblicze wyrażało, że ma jakiś poważny dylemat do rozwiązania.

- Przypalić mu bok? - pytał, lecz chyba bardziej siebie niż więźnia. Zbliżył twarz, prawie dotykając nosem golibrody. - A może wyłupić oko?

Brzytew napiął wszystkie mięśnie. Odchylił głowę do tyłu, po czym szybko wyprowadził cios. Rąbnął czołem tak mocno, że aż coś chrupnęło. Mordka wrzasnął, a z jego nosa buchnęła jucha. Próbując dłonią zatamować krwotok, cofnął się o krok i wdepnął w wiadro. Zamachał w powietrzu rękami, usiłując odzyskać równowagę, by wreszcie runąć z impetem na podłogę. Upadłszy na plecy, przydzwonił solidnie potylicą w posadzkę. I leżał jak trup, nie wydając żadnego dźwięku.

Golimistrz ucieszył się. Co prawda, wciąż pozostał do rozwikłania problem uwolnienia się z pęt, ale martwy lub nieprzytomny Mordka w znacznym stopniu pomagał w odzyskaniu wolności. Jednak radość Brzytew okazała się przedwczesna. Po chwili dręczyciel jęknął, a potem mruknął coś niezrozumiale. Długo masował obolały łeb, aż wreszcie z niemałym trudem powstał na chwiejne nogi. Z jego oczu popłynęły łzy.

- Czemu on mnie bije!? - wykrzyczał, plując spływającą po twarzy krwią i chlipiąc niczym przerażone dziecko. - Ja robię tylko swoją robotę!

W przypływie rozpaczy chwycił wiadro i począł nim okładać golibrodę. Tłukł, gdzie popadło, a najczęściej w głowę, której torturowany nie mógł nijak ochronić. W końcu przestał, zauważywszy krwawe plamy na włosach Brzytew, jakby bojąc się, że więzień za szybko wyzionie ducha, lub po prostu zdał sobie sprawę, że miał w zanadrzu znacznie ciekawsze sposoby zadawania bólu niż walenie kubłem. 

Oddalił się, rycząc jak bóbr i użalając się nad swoim losem. Napełnił wiadro i zabrał się do przemywania rozkwaszonego nosa oraz ogromnego guza.

- Jak przestanie boleć, to się zabiorę za niego - oznajmił groźnym tonem. - Teraz to on poczuje, co to prawdziwe tortury.

Golimistrzem wstrząsnął dreszcz. Nawet nie chciał snuć domysłów, co go czekało. Zdarzyło mu się w przeszłości otrzeć o śmierć i nie czuł przed nią strachu. Za to bał się powolnego umierania oraz cierpień z tym związanych, czego zapewne mógł się wkrótce spodziewać. Pozostało tylko czekać, kiedy kat swoje chore pomysły wprowadzi w życie.

Coś dotknęło jego pleców. Gdyby był w stanie, to odruchowo zrzuciłby zaskakujący balast, ponieważ dotyk nie sprawiał wrażenia przyjemnego. Zaraz potem usłyszał cichutkie chrobotanie. Zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy poczuł coś podobnego na ręce. Tutaj sprawa okazała się znacznie prostsza, gdyż bez przeszkód mógł zbadać wzrokiem zjawisko.

Na jego dłoni siedziała popielica. I ostrymi ząbkami wgryzała się w sznury, przecinając szybciutko jeden po drugim.

Początkowo Brzytew otworzył gębę na oścież, i tak trwał przez moment, nie rozumiejąc, co się właściwie dzieje. Jednak kiedy zmusił mózg do intensywniejszych działań, począł się domyślać, kto maczał w tym palce. Na jego twarzy zagościł uśmiech i w myślach wspomagał leśne gryzonie w ich pracy. Cieszył się, tym bardziej że wyczuł kolejny ruch w okolicach stóp. Bez przerwy z niepokojem zerkał na oprawcę. Ale ten, zajęty opatrywaniem nosa, nie zwracał uwagi na więźnia, co nie powinno dziwić, bo chyba tylko człowiek zaznajomiony z magią potrafiłby się uwolnić z tak mocnych więzów. Niemniej jednak taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. Golimistrz był już w stanie swobodnie poruszać tułowiem, a poza tym została również uwolniona jego ręka oraz noga. Brakowało tak niewiele do pełni szczęścia.

Mordka, jakby od niechcenia, spojrzał przez ramię. Naraz postawił oczy w słup, upuszczając z wrażenia mokrą szmatę. Bez namysłu, chwyciwszy w dłoń pierwszy lepszy nóż, ruszył w stronę więźnia. Nos ciągle lekko krwawił. Ostrze było spore, ale zębate i rozcapierzone na końcu nadawało się bardziej do zadawania mąk niż do walki. W pośpiechu kat najwyraźniej nie wziął tego pod uwagę albo wciąż tliła się w nim żądza powolnego uśmiercenia golibrody, chociaż biorąc pod uwagę okoliczności, nie byłoby to łatwym zadaniem.

- Piekielne szczury! - wydarł się, nieporadnie biegnąc z nożem trzymanym nad głową, a jego animusz teraz już zdecydowanie wskazywał na chęć szybkiego zakończenia sprawy, nawet kosztem kary od Krnąbrnego. - On chce uciec? Gardłem zapłaci!

Zwierzęta natychmiast rozpierzchły się na wszystkie strony, powodując u kata istny oczopląs, by po chwili, jedno po drugim, zanurkować w okienku. Mordka odprowadzał wzrokiem gryzonie, jednocześnie atakując więźnia. Przez skakanie wzrokiem to na czmychające popielice, to na golibrodę, nie skupił się wystarczająco na uderzeniu. Brzytew mocno gruchnął przedramieniem w opadającą rękę i wytrącił z niej ostrze. Zaraz potem jego pięta wylądowała na niezaleczonym nosie kata. Po tak mocnym kopnięciu Mordka okręcił się dokoła własnej osi, by na koniec zaryć gębą w ścianę. Wolno osunął się po niej na podłogę, zostawiając czerwony szlaczek na kamiennym murze.

Nie zwlekając, choć zagrożenie ze strony oprawcy wydatnie zmalało, Golimistrz uwolnił z więzów pozostałe dwie kończyny. Zaraz potem zbliżył się do Mordki i kilkoma uderzeniami otwartą dłonią sprawdził stopień jego nieprzytomności. Tłuścioch nawet nie drgnął. Nieco spokojniejszy Brzytew pokulał ku swoim ubraniom porozrzucanym obok paleniska. Mimo rwącego bólu w udzie mógł się poruszać.

Jeszcze nawet nie zdążył wdziać koszuli, kiedy gdzieś za plecami usłyszał hałas. Skierowawszy tam swój wzrok, poczuł ogromną radość.

- Marfuk!

W okienku dostrzegł brodate oblicze. Pustelnik kiwał głową, pokazując coś więźniowi.

- Racja - zgodził się i bez ociągania zdjął ze ściany brzeszczot z drobnymi ząbkami.

Łatwo szło się domyślić, że narzędzie służyło raczej do przecinania ścięgien lub kości i tylko kat wiedział czego jeszcze, niemniej jednak w tej sytuacji mogło znaleźć inne zastosowanie.

Wkrótce Marfuk piłował stalowy pręt dzielący okienko na pół. Praca posuwała się bardzo wolnymi kroczkami i stało się jasne, że usunięcie przeszkody trochę potrwa. W międzyczasie Golimistrz wdział ubranie. Znalazł nawet swoją brzytwę, co go bardzo ucieszyło. A potem, wylewając siódme poty, zataszczył nieprzytomnego Mordkę na stalowe krzesło. Kiedy to zrobił, począł krzątać się po lochu i zaglądać w każdy kąt oraz badać wzrokiem narzędzia tortur. Jego zainteresowanie wzbudził łańcuch zakończony metalowym zatrzaskiem, za pomocą którego można było łączyć poszczególne ogniwa. Pokiwał ukontentowany głową, znalazłszy to, czego szukał.

Przełożył łańcuch pod opasłym brzuchem kata i mocno dociągnął, aby na koniec stworzyć ciasną pętlę zamkniętą zaciskiem. Gdy się z tym uporał, przeniósł całe drewno zgromadzone obok pieca, po czym umiejętnie obłożył nim krzesło, budując w ten sposób niewielki stos. Na koniec umieścił w ustach Mordki dużą kość wołową, z której zwisały dwa rzemienie, i połączył je silnym węzłem za jego zakrwawionym łbem. Wprawdzie w podziemiach znajdowało się kilka innych przedmiotów służących do kneblowania, lecz to właśnie ten najprymitywniejszy szczególnie przypadł Brzytew do gustu.

Pustelnik przepiłował dolną część pręta. Otarłszy pot z czoła, przyłożył zębate ostrze do odcinka powyżej, ale podszedł do niego golibroda i zaproponował: 

- Wiesz, on nie jest jakoś szczególnie gruby. Ciągnij go, a ja będę pchać. Może się go wygnie?

Pracowali, głośno stękając i klnąc pod nosem, chociaż w tym drugim brał udział tylko Golimistrz. Powoli, stawiając zacięty opór, pręt ustępował. Wreszcie wygięli go niemal w pałąk.

- Jeśli przejdzie mój czerep, to się przecisnę - oznajmił Brzytew, włożywszy głowę w okienko i dodał z uśmiechem, łypiąc oczami po wysokiej trawie: - Daj mi jeszcze chwilę. Muszę coś zrobić.

Resztką wody zalegającej na dnie wiadra chlusnął w twarz kata. Ten powoli otworzył gały i chwilę potrwało, zanim zrozumiał, co się właściwie wydarzyło. Zaczął rzucać się, próbował nawet wierzgać i machać łapami, ale łańcuch ani myślał ustąpić. Mordka chciał krzyczeć, lecz wydawał tylko niezrozumiałe dźwięki tłumione przez kość.

- Zrobimy tak - rozpoczął Brzytew, ujmując w dłoń płonącą pochodnię. - Podpalę to drewno pod tobą. Jeśli przegryziesz gnata, to będziesz mógł krzyczeć. Może ktoś na górze cię usłyszy i przybiegnie z pomocą. I zapamiętaj, że im szybciej to zrobisz, tym lepiej dla ciebie.

*

Zanim pozostawili warownię Krnąbrnego daleko za sobą, Golimistrzowi wydawało się, że jego słuch wyłapał ledwie słyszalny dźwięk, jakby zduszony wrzask. Zastanawiało go to przez chwilę, lecz szybko odgonił od siebie niepokojącą myśl. Kładąc wszystko na karb płatającej figle wyobraźni oraz przewrażliwienia, szybko się zreflektował, odświeżywszy sobie w pamięci rozmiar kości, że nikt nie byłby w stanie jej przegryźć.

Na razie nie zauważyli pogoni, tym bardziej że unikali jakichkolwiek dróg i zabudowań, co przy przewodnictwie Marfuka nie było jakąś szczególnie trudną sztuką. Szli dość długo, gdyż rana Golimistrza spowalniała marsz, ale i tak radził sobie całkiem nieźle, zaciskał zęby, tocząc nieustającą walkę z bólem. Wcześniej wyjaśnił brodaczowi, że koniecznie musi wrócić do zamku, aby wyjawić Goezzemu zamiary szlachcica. Co prawda nie znał żadnych szczegółów, ale jego wiedza, nawet skromna, mogła wydatnie pomóc w zażegnaniu potencjalnego buntu, a za torturowanie królewskiego najemnika Krnąbrny na pewno zostałby przykładnie ukarany.

Zatrzymawszy się w gęstych krzakach, legli na trawie. Potrzebowali chwili wytchnienia, choć golibroda zdecydowanie bardziej. Regeneracja sił nie zajęła im dużo czasu, a i podświadomy impuls, by iść jak najdalej stąd, dopingował do naychmiastowego wyruszenia. Zanim to się jednak stało, pustelnik nazrywał zieleniny porastającej zagajnik, po czym opatrzył ranę towarzysza, wyjaśniając, że dostępne tutaj zioła nie zdziałają cudów. Mogły zmniejszyć obrzęk oraz opóźnić infekcję, lecz nie były w stanie przyspieszyć gojenia. Brzytew przyjął ze zrozumieniem tę wiadomość, jednocześnie zastanawiając się, czy miał do dezynfekcji i jakąś maść. Jednak najpierw trzeba było dotrzeć do domu, a to na razie wydawało się równie trudne jak skręcenie karku niedźwiedziowi gołymi rękami.

Dotarli w miejsce, gdzie Marfuk nakazał, żeby się zatrzymać. Nadszedł czas rozstania. Przez moment wyjaśniał, jak dotrzeć do grodu, co nie było konieczne, ponieważ golibroda znał tę okolicę. Zostało mu jeszcze niemało wędrówki i dość szybko ocenił, że dotrze do celu długo po zmroku.

- Jak przyłożyłeś mi to zielsko, to trochę lepiej się idzie - powiedział, kładąc rękę na ramieniu brodacza. - Ale i tak mogę mieć kłopot z pokonaniem wciąż jednak długiej drogi.

Dziad mrugnął porozumiewawczo i wydobył zza pazuchy małe zawiniątko. Włożywszy podarunek w dłoń kamrata, zamknął ją w pięść. Zaraz potem serdecznie się wyściskali i każdy ruszył w swoją stronę.

Do leszczynowego szałasu oraz ceglanej kamienicy.

*

Jego sylwetka rozmywała się w otaczających ciemnościach, które przypadkowo stały się wartościowym sprzymierzeńcem. Szedł w miarę szybkim krokiem, puszczając w niepamięć ból, ale mimo wszystko jednak trochę utykał. Niemniej świadomość zbliżania się do grodu oraz marfukowy specyfik pchały go do przodu bez względu na przeciwności. Wkrótce zaczął słyszeć coraz głośniejsze hałasy, wzmagające się w miarę postępu marszu. Z każdą chwilą rósł jego niepokój, bo o tej porze w mieście powinno być cicho jak makiem zasiał, a nikt nie wspominał o żadnym kiermaszu lub innym wydarzeniu. Najwyraźniej coś tutaj się nie zgadzało, wpędzając moc czarnych myśli do głowy Golimistrza.

Stanął na niewielkim wzniesieniu, skąd świetnie było widać stolicę. Zaparło mu dech z wrażenia.

Nad miastem unosiła się łuna. Płonęło kilka domów, a ogień buchał wysoko w powietrze, rzucając blask na sąsiednie budynki i ulice, przez co w niektórych zakątkach grodu zrobiło się jasno jak w dzień. Co prawda bezwietrzna pogoda spowalniała rozprzestrzenianie się pożaru, lecz tylko poświęcenie połączone z ciężką pracą mieszkańców mogło zatrzymać niebezpieczeństwo totalnej pożogi. Tak też się działo, bo golibroda wyłowił wzrokiem grupy mieszczan biegające z wiadrami do studni i z powrotem. Docierały do jego uszu wrzaski oraz metaliczne dźwięki oręża, ponadto zauważył chmary przelatujących nad murem zamku płonących strzał, a także oddziały żołnierzy biegnących w karnych formacjach do twierdzy.

Brzytew domyślił się, co to wszystko oznaczało.

Król Wesoły został zaatakowany przez rebeliantów.

Golimistrz nie miał żadnych złudzeń co do tego, kto stał za atakiem. Skradając się pod osłoną nocy, w duchu błagał los, żeby obrońcy odparli siły dowodzone przez szlachcica, który przecież jeszcze nie tak dawno temu go więził. Poza tym zdawał sobie sprawę, że jeśli zamek padnie, to on nie przeżyje następnego dnia, a w miejskich lochach nie brakowało narzędzi tortur i to znacznie wymyślniejszych niż te będące w posiadaniu Krnąbrnego. Kłopot mogło stanowić tylko znalezienie kata, bo przegryzienie grubej kości było co najmniej wątpliwe, lecz pewnie prędzej czy później pojawiłby się jakiś chętny na tę fuchę. Nigdzie nie brakowało ludzi o sadystycznych zapędach, a za odpowiednią opłatą od kandydatów nie można by się było opędzić.

Przemykając przez wąskie uliczki, starał się unikać mieszkańców. Zresztą większość prawdopodobnie zabarykadowała się w domach, nie chcąc paść przypadkową ofiarą buntowników. Jedynie w okolicy płonących budynków biegało kilkanaście osób, próbując ugasić żarłoczny ogień albo przynajmniej uratować najwartościowsze rzeczy. Nie bez powodu podczas walk w grodach zawsze ginęło więcej cywili niż żołnierzy. W żadnej armii wysokość żołdu nie powalała na kolana, a możliwość łupienia lub gwałtów budziły wśród żołdaków najdziksze instynkty. Nawet podczas bratobójczych wojen. Chociaż podczas wojen domowych, wśród swoich, dopuszczali się grabieży znacznie rzadziej, z obawy by nie zostać rozpoznanym przez świadków i nie zawisnąć na szubienicy. Jednak noc miała tutaj niebagatelne znaczenie, bo znacznie łatwiej było ukryć tożsamość pod jej płaszczem. Brzytew przystawał co i rusz, chowając się, za czym tylko się dało: a to za węgłem budynku, a to za beczką lub stertą drewna, raz nawet za uwiązanym do płotu wierzchowcem. Gdy tylko uznawał, że jest w miarę bezpieczny, natychmiast dawał susa do następnej kryjówki i w ten sposób z każdą kolejną chwilą zmniejszał dystans dzielący go od celu. Ostatecznie dotarł pod właściwy adres i zamknął się w środku. Jeszcze przez jakiś czas lustrował przez okno ulicę. Nic niepokojącego się nie działo, więc niezwłocznie przystąpił do pakowania najpotrzebniejszych rzeczy. Uwijając się jak w ukropie, planował ucieczkę. Na razie musiał wydostać się z grodu, a potem... Sam nie wiedział, co potem. Może rejterada do Boru Niedźwiedziego? Przy wsparciu Marfuka mógłby tam egzystować dostatecznie długo. Tylko czy to byłoby życie, o jakim marzył i o jakie zabiegał? Miał co do tego sporo wątpliwości.

*

Wyskoczył na Bezimiennym zza kamienicy i z prędkością wiatru pognał ulicą ku wyjazdowi z miasta. Trzymając w dłoni załadowana kuszę, rzucał spłoszone spojrzenia mijanym ludziom. Palec drżał na spuście w pełnej gotowości. Daleko nie ujechał, kiedy obok głowy śmignęła mu strzała. Strzelec stał w blasku płonącego domu, mocując w cięciwie kolejny bełt. Brzytew wycelował. Trafił żołdaka w ramię, a znając siłę swojej broni, spodziewał się, że grot przebił ciało na wylot. Donośny wrzask niejako potwierdził jego przypuszczenia. Uwiesił już bezużyteczną kuszę przy kulbace i galopował dalej. Długo nie czekał, kiedy z prawej flanki wypadł wojak z uniesioną szablą. Golimistrz ciął na odlew, a głośny charkot upewniał go w skuteczności ciosu. Zanim zdążył przełożyć oręż do drugiej dłoni, niebezpiecznie blisko zaatakował żołnierz uzbrojony w długą lancę. Bezimienny niespodziewanie zmienił kierunek, po czym stratował napastnika, zostawiając za sobą człowieka z miazgą zamiast twarzy.

- Dzięki, przyjacielu  - wyszeptał Brzytew do końskiego ucha.

Gdzieś za sobą słyszał krzyki oraz świst strzał. Jednak z każdą chwilą hałas słabł, a wkrótce do jego uszu docierał tylko szum wiatru i tętent kopyt. Wydostał się z grodu.

Zjechał z drogi na łąkę, kierując ogiera w stronę rzeki. Doskonale znał teren, więc potrafił bez większych problemów poruszać się w ciemnościach. Czuł ogromne zmęczenie, a oczy niemal mu się zamykały. Proszek od pustelnika przestał działać i potwornie wycieńczony golibroda potrzebował snu, a znając pewne ustronne miejsce nad Bamarą, postanowił tam się udać.

Wkrótce jego słuch wyłapał głośniejszy szum rzeki.

*

Zbudziły go pierwsze ptasie trele. Otworzywszy oczy, ujrzał zanikający blask gwiazd. Słońce jeszcze nie wynurzyło się nad horyzont, chociaż poczyniło już pewne przymiarki przed całkowitym wschodem. Podniósł głowę i rozejrzał się. Bezimienny stał zupełnie nieruchomo obok drzewa, miał luźno opadnięte uszy, a tylną nogę lekko zgiętą. Wciąż spał.

Brzytew postanowił na razie go nie budzić. Usiadł, podpierając się na rękach i zapatrzył się pustym wzrokiem w ledwie widoczny nurt rzeki. Rozmyślał nad znalezieniem jakiegoś miejsca do ukrycia się na dłuższy czas, być może nawet na kilka tygodni, lecz nic poza puszczą nie przychodziło mu do głowy. Tylko tam miał jakiekolwiek szanse nie zostać odnalezionym przez oddziały rebeliantów. Zdawał sobie sprawę, że Krnąbrny nigdy nie odpuści, tym bardziej jeśli odkrył zwęglone zwłoki kata, choć na to wydawało się jeszcze za wcześnie. Golimistrz nawet nie wiedział, czy zamek padł, czy wciąż się bronił, czy może Wesoły przypuścił kontrofensywę i rozbił bunt w pył. To wszystko pozostawało na razie zagadką, której wolał nie rozwiązywać. W tej sytuacji pozostawało tylko zaszyć się gdzieś głęboko w borze i czekać na wieści. Powrót do miasta był wykluczony.

- Będę żył jak dziad borowy - powiedział cicho. - Może to będzie ciekawe doświadczenie. Kto wie? - pytanie zabrzmiało jak próba pocieszenia samego siebie.

Postanowił dla orzeźwienia wskoczyć do rzeki. Chciał też dokładnie przemyć ranę przed nałożeniem maści otrzymanej od doradcy po wyprawie do wnętrza lustra. Goezze wspominał, że lekarstwo skutecznie kurowało wszelkie rany, wypryski i podrażnienia. Golimistrzowi przed oczami stanęła otyła postać z masą zwojów pod pachą. Obyś przeżył, druhu, pomyślał ze smutkiem, ale również i nadzieją, zrzucając odzienie.

Po wyschnięciu i późniejszym opatrzeniu rany zjadł kawałek chleba, choć bardziej z obowiązku, żeby coś wrzucić do burczącego żołądka, gdyż apetyt mu nie dopisywał. Co chwilę zerkał na konia, który po przebudzeniu niespokojnie przebierał nogami, aż rwąc się do podróży. Brzytew nie podzielał jego entuzjazmu. Żal mu ściskał serce na myśl o pozostawionym domu, a oczami wyobraźni widział żołdaków plądrujących każde pomieszczenie. Na szczęście niewiele mogli znaleźć. Wszystkie kosztowności dyndały w worze przy siodle Bezimiennego. Tylko po co komu pieniądze w lesie? Przez myśl mu przeszło, żeby zakopać je gdzieś tutaj, w odpowiednio oznaczonym miejscu. Jednak zmienił zdanie, dochodząc do wniosku, że kosztowności bezpieczniejsze będą w głębi boru pod okiem Marfuka.

Przełknął jeszcze kęs, zapił wodą, a resztę pieczywa ukrył w sakwie, po czym skoczył na grzbiet wierzchowca. A ten aż zarżał radośnie.

- Nie ciesz się tak - mruknął. - Tam, gdzie zamieszkamy, nie będziesz już tak zdrowo sypiał. Jak wilk zawyje albo niedźwiedź ryknie, to nie będzie ci do śmiechu.

Wyjechali niespiesznie z niegłębokiego jaru ukrytego pośród drzew. Ledwie końskie kopyta dotknęły otwartej przestrzeni, golibroda usłyszał znajomy dźwięk. Zatrzymawszy ogiera, skierował oczy ku niebu, wypatrując czarnego punktu. Wreszcie, na tle białej chmury, zauważył go. A kiedy ptak obniżył lot i wyraźnie począł szybować do nich, Brzytew zyskał pewność co do swoich przypuszczeń.

Serce zabiło mu szybciej, chociaż nigdy nie sądził, że widok kraczącego ptaszyska byłby go w stanie ucieszyć. Wcześniej marzył o celnym rzucie kaloszem prosto w dziób albo zakneblowaniu kruka na dobre. Tym razem było zupełnie inaczej, a irytujące do tej pory hałasy teraz wybrzmiewały w jego uszach niczym przepiękna muzyka.

- Witaj, ptaszku - przywitał posłańca, gdy ten wylądował na głowie wierzchowca, nic sobie nie robiąc z jego ostrzegawczego parsknięcia. - Może jesteś głodny? Mam trochę chleba, chcesz? - Nachylił się po obiecany smakołyk.

- Kra? - Kruk przechylił kilka razy łeb, jakby nie dowierzając golibrodzie. Nigdy wcześniej jego ptasi móżdżek nie zarejestrował tak miłej barwy głosu ze strony tego człowieka. Węszył jakąś pułapkę lub głupi żart, lecz w zamian otrzymał kawałek smacznego pieczywa, które pochłonął łapczywie.

- No, dobra. Pokaż, co tam masz.

Szybko przebiegł wzrokiem po wiadomości, a dla pewności zrobił to jeszcze dwa razy. Zmarszczywszy brew, w końcu oderwał się od lektury i milczał jak zaklęty, mieląc coś w głowie. Potem przeszukiwał sakwy u siodła i inne szpargały z coraz większym zdenerwowaniem malującym się na obliczu.

- A żeby mnie piorun grzmotnął w ten pusty łeb! Nie zabrałem!

Rozejrzawszy się uważnie po okolicy, cmoknął na wierzchowca.

Podjechali kawałek, aby po chwili zatrzymać się pod rozłożystą jarzębiną. Golimistrz zerwał kilka owoców, po czym je poprzegryzał, by za pomocą ich soku napisać odpowiedź. Zmarkotniał, bo owoce były zupełnie suche. Westchnął ze zrezygnowaniem i odruchowo podrapał się po czole. Poczuł wilgoć na opuszkach palców. Przez krótką chwilę przyglądał się śladom krwi. Rozdrapany strup podsunął mu pomysł. Kiedy skończył, przyjrzał się listowi z miną wyrażającą ukontentowanie.

- No, widać - bąknął. Ulokował zawiniątko na nodze kruka i życząc mu spokojnego lotu, uniósł go nad głową. Ptak wzbił się w powietrze, kracząc przy tym bez opamiętania, jak to miał w zwyczaju. Gdy znalazł się ponad drzewami, poleciał w kierunku Bamary.

Brzytew odprowadził go wzrokiem, a kiedy ten zniknął z pola widzenia, oznajmił, patrząc pustym wzrokiem przed siebie:

- Zmiana celu podróży, Bezimienny. Ruszamy do Hidenów. Ale najpierw muszę popracować nad swoim wyglądem.

Dokładnie ukrył kosztowności i czerwone, utykając je po kieszeniach kaftana, gdzie się tylko dało w siodle, a nawet w butach. Następnie zakopał szablę oraz kuszę pod przysadzistą wierzbą, która zdecydowanie wyróżniała się swoim wyglądem w okolicy. Zrobił to z wielkim żalem. Rozstanie z broniami nie przyszło mu łatwo, lecz nie był w stanie ich wziąć ze sobą. Zbytnio rzucały się w oczy.

*

Tłok na granicy tego dnia był przeogromny. Kontrole wyglądały na bardziej szczegółowe niż dotychczas i to zarówno ze strony Królestwa, jak również państw ościennych. Sznur wozów kupieckich, pojedynczych jeźdźców oraz pieszych pielgrzymów ciągnął się w nieskończoność. Wiadomość o rebelii gruchnęła jak grom z jasnego nieba, a strach przed anarchią oraz niepewność jutra pokrzyżowały plany wielu handlarzom i innym ludziom znajdującym się w krainie ogarniętej wojną domową. Zresztą pogłoska o buncie zdążyła już wydostać się nawet poza granice krainy. Ludzie pragnący przekroczyć most lub dotrzeć na terytorium Imperium bezustannie zerkali nerwowo na boki, szczególnie kiedy obok przejeżdżały patrole, z kolei inni klęli na czym świat stoi lub przekrzykiwali się nawzajem, nie szczędząc sobie zniewag i obelg.

Golimistrz, co chwilę sprawdzając dotykiem, czy wąsy znajdują się na właściwym miejscu, tkwił jako jeden z wielu w kolejce. Jednak cierpliwie czekał, milcząc i nie wdając się z żadne rozmowy lub przepychanki słowne, bo zwrócenie na siebie uwagi akurat w jego wypadku mogłoby skutkować spotkaniem z katowskim toporem. Trzymał ogiera za uzdę i tak szli obaj, powoli stawiając krok za krokiem, na tyle, na ile pozwalały panujące warunki. Wkrótce zauważył, że wielu ludzi zostało zawróconych z posterunków. Przesiew był znacznie łagodniejszy na przejściu do kraju Hidenów, natomiast drugi z sąsiadów odsyłał większość taborów czy nawet samotnie podróżujących. Może obawiają się szpiegów, myślał Brzytew, zerkając ukradkiem na zawróconych z granicy i obserwując ich pełne rozgoryczenia twarze.

Pojawił się przy moście wczesnym rankiem i już od razu wyliczył, że w takich okolicznościach doczłapie się do strażnicy około wieczora. Jednak żywił nadzieję, że uda mu się przekroczyć most jeszcze przed zmrokiem. Na szczęście miał ze sobą trochę jedzenia, a z kolei Bezimienny w pełni wykorzystywał ślimacze tempo, aby skubać raz po raz liście z rosnących wzdłuż traktu drzew. Głód im zatem nie groził.

*

Zgodnie z poleceniem podoficera uwiązał konia do słupa obok posterunku. Nie musiał się niczego obawiać, gdyż podczas załatwiania spraw związanych z opuszczeniem Królestwa dobytku podróżujących zawsze pilnowało kilku żołnierzy. Podobnie sprawy wyglądały i w jego przypadku, więc ze spokojem udał się w ślad za mundurowym.

Zasiedli po przeciwnych stronach stołu. Golimistrz znał to miejsce i krótkie spojrzenie wystarczyło, żeby zauważyć, iż wszystko wyglądało tak samo, jak podczas jego ostatniej wizyty. Poza jednym. Zamiast Wytrzeszcza miał przed sobą wojskowego niższego stopniem. Nawet się nie przedstawił, bo i pewnie nie musiał. Był raczej mizernej postury, a jego podpuchnięte oczy mogły być efektem nocy z ostrą kochanką lub suto zakrapianego wieczoru.

- Jak się nazywasz i po co jedziesz do Hidenów? - spytał bez ogródek, wwiercając wzrok w oblicze golibrody.

- Zwą mnie Marceli Trzpiot, panie oficerze. A jadę za jaką robotą. I świata żem też ciekaw.

- Świata ciekaw? - Zmarszczył czoło, a jego mina wyrażała brak wiary w usłyszane słowa. - A jakiej roboty szukasz? Co umiesz robić?

- A, panie oficerze, każdej roboty się chwytam. I kowalowi kiedyś pomagałem, i za parobka w polu byłem.

- Za parobka? I jakiś chłop ci tyle zapłacił, że kupiłeś sobie takiego wierzchowca? Masz mnie za durnia?!

Dłoń Brzytew mimowolnie powędrowała do kieszeni. Gdyby okoliczności pozwalały, to żołdak pewnie już by leżał z podciętym gardłem, ale golibroda musiał się powstrzymać, wiedząc, że w tej sytuacji zarżnięcie podoficera byłoby najgłupszym ruchem z możliwych.

- Konia kupiłem od kowala - odpowiedział spokojnie, nie zdradzając mimiką nawet najmniejszego zakłopotania. - Ciężko u niego tyrałem od rana do nocy, a że mnie lubił, to spuścił mocno z ceny. A poza tym, panie oficerze, jaki to dobry wierzchowiec? Stary już, zęby się mu ścierają.

- To się zaraz sprawdzi, czy taki stary, jak gadasz. Badosz!!!

Wrzasnął tak głośno, że Golimistrz aż podskoczył na krześle.

Po chwili drzwi stanęły otworem i do pomieszczenia wszedł wysoki żołnierz.

- Sprawdź zęby temu ogierowi przy strażnicy - rozkazał podoficer. - Trzeba ocenić jego wiek.

- Ale ja melduję... - Szeregowy prawie zadławił się własną śliną, a pobladł tak bardzo, że równie dobrze mógłby leżeć teraz w trumnie. - Ja się na tym nie znam.

- Co?! Jak się nie znasz?! Przecież byłeś kiedyś stajennym!

- Melduję, że to nie ja. Melduję, że to Badosz był stajennym.

- To po cholerę mi tu włazisz, łachudro!? - Podoficer poczerwieniał ze złości, zaciskając pięści. - Przecież wołałem Badosza!

- Melduję, że ja też jestem Badosz.

- Co?! Szlag mnie zaraz trafi! Wołaj tego drugiego!

- Melduję, że nie mogę. - Po twarzy młodego wojaka spływały strużki potu, a on sam wyglądał, jakby chciał zapaść się pod ziemię. - Melduję, że Badosz odszedł ze służby tydzień temu.

- Wynocha!!!

Brzytew starał się sprawiać wrażenie człowieka, którego zupełnie nie obeszła zabawna konwersacja. Zachował kamienną minę, choć z niemałym trudem powstrzymał wesołość. Na moment zapomniał o dręczących go kłopotach i o tym, że wciąż siedział w strażnicy, gdzie ważyły się jego dalsze losy. Dość szybko został sprowadzony na ziemię.

- Sam to potem sprawdzę - burknął mundurowy.

Drzwi ponownie się otworzyły, podoficer natychmiast stanął na baczność i zasalutował.

- Czego tak drzesz mordę? - zapytał przybysz. - Słychać cię nawet w wychodku. Wysrać się w spokoju nie można.

Golimistrz znał ten głos. Odruchowo dotknął wąsów. Były na swoim miejscu i od razu zrozumiał swoją niemądrość, bo gdyby odpadły, to krzykliwy podoficer na pewno w odpowiednio głośny sposób zareagowałby na ten fakt. Mimo to unikał wzroku przybyłego, na wszelki wypadek nie zwracając oblicza w jego kierunku.

- A bo mam tutaj jednego takiego... - Podoficer wskazał golibrodę. - Chce wjechać do Hidenów. Ale nie jest kupcem i mówi, że roboty szuka.

- Dobra, zajmę się nim. A ty jedź szybko do przejścia z Imperium. Podobno ich żołnierze nieźle sprali paru naszych kupców. Tylko nie prowokuj ich! Spokojnie porozmawiaj, a potem zawróć kupców. Jak nie będą chcieli, to wbij im to kijami do łbów. Nie trzeba nam zatargów z imperialnymi.

- Tak jest!

Podoficer zatrzasnął za sobą drzwi, a dowódca zasiadł na jego miejscu. Twarz oficera zdradzała zdenerwowanie i było widać jak na dłoni, że sytuacja przy granicy przyprawia go o niemały ból głowy. Rzucił krótkie spojrzenie na golibrodę i powiedział coś w obcym języku. A kiedy nie doczekał się żadnej odpowiedzi, oznajmił bez ceregieli: 

- Chcesz znaleźć robotę, a nie mówisz po hideńsku? Dziwne to trochę.

Brzytew popadł w spore zakłopotanie. Zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu sprawy i musiał przyznać, że Wytrzeszcz podszedł go po mistrzowsku. Intensywnie szukał pomysłu na wybrnięcie z pułapki, lecz szło mu nad wyraz opornie, a niezręczna cisza przeciągała się w nieskończoność.

Zauważył to również dowódca.

- Powiesz coś wreszcie, czy mam wezwać swoich ludzi, żeby coś z ciebie wydusić?

- Dobrze. - Golimistrz postanowił zagrać w otwarte karty, nie mając w tej chwili nic do stracenia. - Chcę opuścić Królestwo, bo po prostu już mi się tutaj nie podoba. A roboty będę musiał poszukać, tak czy inaczej.

Bradek przyglądał mu się uważnie, przekrzywiając na boki głowę. Zmarszczywszy czoło, spytał niepewnym głosem:

- Golimistrz Brzytew? To ty?

- Tak. To ja - odparł z głośnym westchnieniem, bo właśnie dotarło do niego, że cały plan runął w gruzy.

- No, nareszcie! Miałem obawy, że już nigdy się nie pojawisz. Te wąsy i te włosy! Gdybyś się nie odezwał, to w życiu bym się nie poznał. Jesteś głodny? A może kubek wina?

Golibroda zdębiał. Spodziewał się natychmiastowego wezwania posiłków i osadzenia w jednej z klatek, a potem odeskortowania do grodu. Coś mu tutaj nie grało. Węszył podstęp. Wysnuł podejrzenie, że dowódca, przymilając się, chciał wyciągnąć od niego zeznania.

- Dziękuję. Nie jestem głodny. A po winie za dużo gadam.

- Rozumiem, że mi nie ufasz. - Zaśmiał się Bradek i mrugnął porozumiewawczo. - Ale to powinno pomóc.

Niezrażony zachowaniem rozmówcy podszedł do jednej z szafek. Otworzywszy ją, namacał coś na samym spodzie pod stertą papierów. Gdy ponownie usadowił się na krześle, położył na blacie kopertę, po czym przesunął ją bliżej golibrody.

- Ktoś to wczoraj tutaj zostawił - oznajmił ze spokojem. - Powinieneś się z tym zapoznać.

Od razu uderzyła Brzytew po oczach widniejąca na kopercie królewska pieczęć. Sprawdził, czy aby nie została uszkodzona, co mogło oznaczać, że ktoś niepożądany zapoznał się z treścią. Wyglądała na nienaruszoną. Złamał w palcach zabezpieczenie i już po chwili jego umysł chłonął wiadomość zapisaną w liście.

- Sporo ryzykowałeś, pomagając im - zwrócił się do Wytrzeszcza po przeczytaniu listu, który złożył na pół i schował za pazuchą.

- Póki co Boer Wesoły jest wciąż moim królem, a jego ekscelencja to chyba najmądrzejszy człowiek, jakiego poznałem. Byłbym niezłym sukinsynem, gdybym ich zatrzymał.

Golimistrz nerwowo zatarabanił palcami o stół. Zawiesił wzrok gdzieś w próżni, czekając na ruch ze strony dowódcy. I nie przeliczył się.

- Wiem, o czym myślisz i możesz być spokojny. Obaj wiemy, że czas ma tutaj niebagatelne znaczenie. Zaraz wypiszę odpowiednią przepustkę, panie Marceli Trzpiot. - Uśmiechnął się pod nosem. - Zapiszę ci też imię człowieka w Barhan. To stolica Hidenów. Jak powołasz się na mnie, to on ci pomoże.

- Dzięki, Bradek. Doceniam twoją pomoc.

- Nie mnie dziękuj, tylko Goezzemu i przede wszystkim królowi. Ich przymusowa ucieczka to ogromna strata dla naszej krainy. Nie wiem, co się będzie teraz tutaj działo, ale mam złe przeczucia. - Zasępił się, dodając: - Mieliśmy tak dobrego władcę, a teraz mamy tylko wielki burdel.

*

Zostawił za sobą całe swoje dotychczasowe życie. Serce biło tak mocno, iż zaczął się obawiać, czy w końcu nie rozerwie mu piersi. Znalazłszy się po drugiej stronie mostu, wstrzymał wierzchowca i spojrzał po raz ostatni na Królestwo. Z tej perspektywy brzegi jego ulubionej Bamary wyglądały jeszcze piękniej, a czerwony zachód słońca dodawał uroku lśniącej wodzie oraz pochylonym ku nurtowi drzewom.

Niby przekroczył tylko most, a czuł się, jakby odjechał od ojczyzny już bardzo daleko. 

Uderzył łydkami w boki Bezimiennego i ruszył z kopyta. Podążając do Barhan, musiał przemierzyć wszerz kraj Hidenów, i chociaż nie było to ogromne terytorium, to jednak miał przed sobą prawie dwa dni jazdy. Wytrzeszcz obdarował go mapą, którą Brzytew wstępnie zdążył już przestudiować, więc w pamięci odtwarzał sobie na szybko nakreśloną trasę. Nie miał najmniejszej ochoty podróżować po ciemku, dlatego postanowił zapytać w jakimś zajeździe o wolne łóżko, jeśli napotkałby taki w najbliższym czasie. W przeciwnym wypadku czekała go kolejna noc pod gołym niebem.

Pod zupełnie mu obcym niebem.

Obczyzna w jaskrawych kolorach

Zanim dotarł do największego miasta w kraju, będącego jednocześnie portem, zauważał coraz większe zmiany w krajobrazie. Wspominał mu o tym wcześniej Wytrzeszcz, ale usłyszeć o czymś to jedno, a ujrzeć na własne oczy to zupełnie inna sprawa. Jako że nie udało mu się znaleźć żadnego miejsca na nocleg, to zadekował się w przydrożnych zaroślach. I teraz dziękował losowi za te kilka krzaków, które w połączeniu z czernią nocy okazały się niezłą kryjówką, bo im dłużej jechał, tym bardziej ubywało dokoła roślinności. Drzew było w okolicy tyle co kot napłakał, w dodatku nie grzeszyły listowiem i wyglądały skromnie, wręcz karłowato, a trawa przypominała włosy na głowie łysiejącego starca, rosnąc w przerzedzonych i mocno od siebie oddalonych kępkach. Widoku dopełniały suche chaszcze z piekielnie splątanymi gałązkami, jakby utkane przez setki chaotycznie biegających pająków. Brzytew wzdrygnął się na samą myśl, jak nieprzyjemny musiałby być upadek w taki gąszcz. Na domiar złego, od dłuższego już czasu, cięły go bezlitośnie niewielkie muchy. Miały rozmiar igielnego uszka, ale ich ukąszenia były naprawdę bolesne. I do tego latały, nie wydając żadnego dźwięku, przez co namierzenie ich słuchem graniczyło z cudem. Dopiero dokuczliwe ukąszenie zdradzało obecność insekta, lecz wtedy jego zatłuczenie, poza wątpliwą satysfakcją, niewiele dawało. Miary nieszczęść dopełniał morderczy upał, na szczęście kojony przez nader częste powiewy wiatru.

W miarę zbliżania się do celu podróży coraz mniej uwagi zwracał na muchy. Albo się przyzwyczaił do ich ugryzień, albo widok ludzi, coraz liczniej pojawiających się na drodze, tak go pochłonął, że dokuczliwe kąsanie zeszło na dalszy plan. Starając się nie gapić na mijanych tubylców, żeby nie wyjść na zbyt ciekawskiego, rzucał tylko ukradkiem krótkie spojrzenia. Jednakowoż różnice między nimi a jego krajanami były aż nadto widoczne. Oprócz ciemniejszego koloru skóry, która wręcz lśniła w słońcu niczym posmarowana gęsim sadłem, to przede wszystkim ich barwne stroje, często w jaskrawych kolorach rażących oczy, stały w zdecydowanej opozycji do szarych tunik w Królestwie. Zaskoczył go również sposób podróżowania Hidenów, bo w zdecydowanej większości poruszali się pieszo i jak do tej pory napotkał tylko jednego konnego. Golimistrza jednak najbardziej zdumiał widok ludzi podróżujących wierzchem na osłach. W jego stronach to zwierzę służyło wyłącznie jako juczne, nikt nawet nie próbował go dosiadać, gdyż znane ze swojej upartej natury dość szybko doprowadziłoby potencjalnego jeźdźca do furii. Wysnuł nieśmiały wniosek, że mogło się to wiązać z ciężarem tubylców, ponieważ na razie nie spotkał nikogo, kto dorównywałby mu wzrostem, a co za tym idzie i wagą. W Królestwie miewał do czynienia z większymi od siebie, a i nie brakowało tam też grubasów, czego jeszcze nie uświadczył po drugiej stronie rzeki.

I tak, po dwóch dniach podróży, wreszcie przekroczył bramę Barhan.

Już na pierwszy rzut oka miasto prezentowało się zgoła inaczej niż gród w Królestwie. Otaczający je mur nie był tak wysoki i solidny jak w stolicy jego ojczyzny, a wszystkie domy miały piaskowy kolor, będąc niejako przedłużeniem pustynnego krajobrazu. I pomimo że różniły się między sobą wysokością lub gabarytami, to jednak łączyły je identycznie kanciaste kształty oraz niezbyt duże okna. Dachy budynków nie były spadziste, co w kraju Golimistrza uchodziło za normę, ale prawie płaskie, a ich niewielkie nachylenie z trudem wyłapywał ludzki wzrok. Z zadziwieniem kręcił głową, gdy zauważył, że o ile główna droga, którą się poruszał, jest względnie szeroka, o tyle boczne uliczki bardziej przypominają polne ścieżki. Zdawało się, iż przemykający nimi tubylcy tylko cudem nie ocierali ramion o ściany pobudowanych blisko siebie domów i gdyby nie ich wielobarwne stroje, niełatwo dałoby się ich dojrzeć w tak ciasnych korytarzach.

Golibroda, siedząc na ogierze, górował nad rzeką przepływających głów, mając w ten sposób dość dobry widok na mrowie ludzi. Zawsze sądził, że ulice stolicy Królestwa są zbyt tłumne, ale po tym, czego doświadczał w tej chwili, musiał zrewidować swój pogląd. Ścisk na drodze jawił się jako solidna przeszkoda, niemniej jednak Bezimienny powoli, lecz nieustannie parł naprzód, a tubylcy bez szemrania, najwyraźniej nauczeni doświadczeniem, rozstępowali się przed nim, robiąc mu jako taki przejazd. Podobnie rzecz miała się w przypadku innych jeźdźców, czy też wozów ciągniętych przez woły.

Brzytew przestał zaprzątać sobie głowę urokami Barhan i zaczął szukać wzrokiem odpowiedniego miejsca, aby na chwilę się zatrzymać. Wypatrzywszy w miarę luźną przestrzeń przed jednym z domów, skierował tam wierzchowca. Kiedy dojechał na wybrane miejsce, zeskoczył z siodła i uważnie się rozejrzał. Budynek, przed którym się zatrzymał, zdobił barwny szyld, lecz nie potrafił go rozszyfrować, choć wizerunek kolorowego bażanta sugerował zajazd z pieczystym; natychmiast poczuł głód. Na domiar złego, w pobliżu nic nie nadawało się do uwiązania konia.

- Zostawiam cię luzem, ale nie na długo. Jakby się coś działo, to rżyj, ile masz sił - powiedział do Bezimiennego, patrząc mu w oczy. A gdy przekraczał próg domu, odwrócił się i uderzył w mocny ton: - Nawet kop i gryź, jak zajdzie taka potrzeba.

Szybko przekonał się, że źle odcyfrował rysunek. Lokal mieścił mnóstwo wypchanych zwierząt. Tylko przebiegł po nich wzrokiem, ponieważ nie miał czasu na dłuższe oględziny, a poza tym nigdy nie rozumiał intencji kupujących tego typu towary. Według niego martwy ptak czy lis albo łby lub rogi na ścianach raczej obrzydzały niż upiększały komnaty. Niemniej jednak moda na zwierzęce ozdoby trwała w najlepsze, a poglądy golibrody znalazły się obecnie w zdecydowanej mniejszości. Mimo to kilka okazów zwróciło jego szczególną uwagę, ale nie dlatego, że chciałby powiesić sobie coś takiego nad drzwiami, a tylko i wyłącznie dlatego, iż nigdy wcześniej nie spotkał podobnego stworzenia. W końcu, pomiędzy dzikiem a czaplą, dostrzegł bez wątpienia kogoś żywego. Lekko posiwiały niski człowiek, którego twarz miała kolor oliwy, wpatrywał się z ciekawością parą czarnych oczu w intruza. Brzytew wywnioskował, że pewnie był obserwowany już od momentu wejścia do sklepu. Nie zwlekając, wydobył z kieszeni notatki, po czym zbliżył się do tubylca.

- Szukam tego człowieka - wycedził wolno słowo po słowie, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc, pokazując palcem zapisane imię. Już po chwili zdał sobie sprawę, że Hidenowie używają innych liter, więc wypowiedział na głos: - Rikod. Nazywa się Rikod. Riiikood. - Na koniec wyartykułował słowo w tak wolnym tempie, że aż poczuł się trochę głupio.

Człowiek tylko wzruszył ramionami i coś powiedział, lecz doczekał się jedynie rozłożenia ramion przez Golimistrza. Teraz już obaj wiedzieli, że ich komunikacja wyglądała gorzej niż źle. Tubylec coś krzyknął i chwilę później gdzieś z głębi pomieszczenia odpowiedział mu wysoki głos. Wkrótce zjawił się jego właściciel, chudziutki chłopiec. Starszy tłumaczył mu coś, machając rękami i co rusz wskazując na Brzytew, a ten z potoku słów kilka razy wyłowił znane mu imię.

- Rikod? - spytał podrostek przybysza.

- Tak, tak. - Golimistrz pokiwał głową, nie ukrywając podekscytowania faktem, że rozmowa wreszcie zaczęła biec w dobrym kierunku. - Rikod.

Młodzik odpowiedział mu dokładnie takim samym gestem, jednocześnie wskazując palcem swoją otwartą dłoń. Ruch był wymowny i znany chyba tak samo dobrze w każdym zakątku świata.

- Ty spryciarzu - burknął pod nosem Brzytew. - Niech ci będzie.

Wyciągnąwszy zza pazuchy sakiewkę, odliczył trzy czerwone.

Zdawał sobie sprawę, że za krótkie przewodnictwo to aż nadto, jednakowoż nie mając żadnej innej opcji, postanowił nie żałować grosza. Położył monety na dłoni chłopca i mrugnął porozumiewawczo.

Hidenowie uważnie oglądali zapłatę, podając ją sobie z rąk do rąk oraz wymieniając jakieś uwagi, by wreszcie starszy, ze zniechęceniem wymalowanym na obliczu, oddał pieniądze Brzytew.

- Co!? - ryknął poirytowany. - Za mało? Za rzeką to byśmy inaczej pogadali!

Ale to nie było Królestwo, o czym na moment zapomniał. W Barhan jego wszystkie przywileje, prawa czy groźne miny znaczyły tyle co końskie łajno. Zupełnie nic. Wrzeszczał dalej, lecz krzyki spływały po tubylcach niczym deszcz z dachów i nie robiły na nich najmniejszego wrażenia. Czekali, doskonale wiedząc, że obcy na ich ziemi prędzej czy później musi przystać na zaproponowane warunki.

Golimistrz zamilkł. Zmęczył się darciem ryja, a słuchacze, mimo jego usilnych starań, nawet nie mrugnęli powiekami.

- To ile chcecie, do diabła? - wysapał.

Starszy ze stoickim spokojem skierował wskazujący palec na obiekt pożądania.

- Mój kaftan? - Nie dowierzając, stanowczo odmówił gestem. - Nigdy go nie dostaniesz!

Mężczyzna wraz z chłopcem oddalili się kilka kroków, po czym, jakby nigdy nic, zajęli się przecieraniem kurzu, który osiadł na wypchanych zwierzętach. Czynność wyglądała na mierną inscenizację i raczej miała na celu okazanie braku zainteresowania podenerwowanym cudzoziemcem.

Na reakcję Golimistrza nie trzeba było długo czekać.

- A żeby was wół podeptał! Jest tak gorąco, że mogę iść nawet bez spodni. - Szybkimi ruchami pozbył się odzienia, wcześniej opróżniwszy kieszenie. Został w samej tylko koszuli, co biorąc pod uwagę pustynny skwar, okazało się niezłym rozwiązaniem. - Teraz Rikod! - syknął przez zęby.

Ale starszemu spodobał się jasny materiał, który wyłonił się spod kubraka i zażądał dodatkowej zapłaty.

*

Krótka podróż wierzchem sprawiła chłopcu niemałą radość. Siedział przed Golimistrzem, a z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech. Co chwilę pozdrawiał gestem lub słowem mijanych ludzi, prawdopodobnie swoich znajomych, jednocześnie wskazując kierunek, gdzie musieli się udać albo ulicę, jeżeli występowała potrzeba zjechania na inną. Natomiast golibroda zdecydowanie wyróżniał się swoim nagim torsem, lecz nie ze względu na brak okrycia, gdyż to nie było niczym nadzwyczajnym w mieście, ale jasną skórą i ponadprzeciętnie umięśnioną sylwetką, która wzbudzała zainteresowanie przechodniów. Doszedł do wniosku, że prawdopodobnie pierwszy raz widzieli cudzoziemca z Królestwa paradującego przez Barhan bez koszuli na grzbiecie.

Wkrótce dotarli przed właściwy dom, co młody Hiden oznajmił głośnym krzykiem i energicznym dźganiem palca w kierunku domostwa. Brzytew zeskoczył z siodła, nakazując podrostkowi stanowczym gestem, aby pozostał na swoim miejscu. Zmusiła go do tego obawa przed wystrychnięciem na dudka, a wiedział, że jeśli przewodnik zwieje, to utrata kaftana i koszuli zda się na nic. Zapukał do drzwi, nie spuszczając młokosa z oka. Usłyszawszy kroki, wyprężył się i czekał.

W progu ukazała się śliczna Hidenka, otulona suknią z deseniem w różnobarwne kwiaty. Spojrzała pytająco na przybysza, po czym powiedziała coś w miejscowym języku. Golimistrza zaskoczyła jej obecność, więc zdołał wydusić z siebie tylko jedno słowo: 

- Rikod?

Kobieta pokręciła głową i roześmiała się uroczo. Jej nieskazitelnie białe zęby lśniły w słońcu, perfekcyjnie kontrastując z ciemną karnacją i dużymi brązowymi oczami.

- Ja nie Rikod, jestem jego żona - odrzekła rozbawiona. - Ty nie mówisz po naszemu, co?

- Nie. Ani słowa. - Zarumienił się, ponieważ teraz jego golizna zdawała mu się bardzo nie na miejscu. - Mógłbym porozmawiać z twoim mężem?

- Już wołam go. Czeka tutaj, czy wejdzie?

- Poczekam. Przyjechałem konno. - Odwrócił się i wskazał Bezimiennego. Uśmiechnął się, gdy spostrzegł, że po chłopcu nie został nawet ślad. Zaimponował mu zwinnością, bo przecież nie usłyszał nawet szmeru, a dla takiego smyka zejście z końskiego grzbietu stanowiło nie lada trudność. Mały kocur, podsumował w myślach.

Może wyszperałby w pamięci jeszcze kilka innych określeń dla wyczynu młodziaka, lecz w drzwiach pojawił się szczupły mężczyzna. Lekka siwizna na długich włosach sugerowała, iż był sporo starszy od swojej małżonki, a kolor skóry pochodzenie spoza kraju Hidenów, choć barwna koszula tworzyła nieco mylące wrażenie. Brzytew aż zaniemówił, wbijając na krótko wzrok w mocno wyłupiaste oczy gospodarza.

- A co to, jakaś nowa moda panuje w Królestwie? - rzucił pytaniem na dzień dobry Rikod. - Na golasa teraz po ulicach chadzacie?

- Nie, to nie tak. - Brzytew się zmieszał. - Musiałem zapłacić przewodnikowi.

- Rozumiem. - Mężczyzna parsknął, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu. - W czym mogę pomóc rodakowi?

- W sumie to sam nie wiem. Choć pomocy na pewno potrzebuję. - Wzruszył ramionami. - Przysyła mnie Bradek. Powiedział mi...

- To czemuś od razu tak nie gadał?! - Rikod przerwał mu, po czym rozejrzał się uważnie po ulicy. - Bierz konia i chodź ze mną za dom. Tam będzie bezpieczny. A potem usiądziemy przy stole i opowiesz, co i jak. No i trzeba ci jakąś koszulę znaleźć.

*

Nigdy wcześniej, poza sklepem z wypchanymi zwierzętami, nie miał okazji przebywać we wnętrzu hidenyjskiego domu, więc z ciekawością rozglądał się wokół. Musiał przyznać, że w środku mieszkanie prezentowało się znacznie mniej skromnie niż wskazywał na to widok z ulicy. Ściany były pomalowane w różne barwy, ale zamiłowanie tubylców do kolorów Golimistrz już zdążył sobie przyswoić. Bardziej zaintrygowały go freski na suficie, które przedstawiały zwierzęta, jednakowoż z nadanymi im typowo ludzkimi cechami i w typowo ludzkich zachowaniach. Przerzucał wzrok z rysunku na rysunek i wypatrzył niedźwiedzia podnoszącego ciężary, a zaraz potem wilka z mieczem w łapie czy sowę czytającą księgę. Malunków było sporo, a ich kunsztowne wykonanie wskazywało na utalentowanego artystę. Gdzieś mignął mu jeszcze kształt, którego nie potrafił zidentyfikować i przypominał bardziej stwora z innego świata, lecz nie chcąc urazić gospodarza gapieniem się bez przerwy w sufit, zaniechał dalszych obserwacji.

Siedząc na wygodnych wiklinowych krzesłach, popijali napar przygotowany przez wybrankę Rikoda. Aromat napoju przyjemnie dogadzał zmysłom i pierwszorzędnie smakował, co golibroda chętnie skomentował, nie szczędząc komplementów oraz pochwał. Nawet żółta koszula z czerwonymi wzorkami przestała mu już wadzić, choć na początku czuł się w niej raczej nieswojo.

- Hidenowie parzą ten napój od wieków. Robią to na wiele sposobów i uzyskują różne smaki, ale osobiście ten uważam za najlepszy - wyjaśnił Rikod.

Już od początku zawarcia znajomości z gospodarzem Brzytew z trudem opierał się przed zadaniem istotnego pytania. Szukając w głowie odpowiednio delikatnych słów, żeby nie wyjść na zbyt wścibskiego, wreszcie zebrał się na odwagę.

- Czy jesteś spokrewniony z Bradkiem? - zapytał nieśmiało.

- Tak! - Zaśmiał się gospodarz. - Wiem, że jesteśmy do siebie podobni, choć mam trochę więcej wiosen na karku. Bradek to mój kuzyn. Znam go praktycznie od jego narodzin. I ufam mu, bo prawdopodobnie dzięki niemu wciąż jeszcze żyję. Skoro przysłał cię do mnie, to musisz być w niezłych opałach. Czas na twoją historię. Jak cię zwą?

- Marceli Trzpiot.

- Posłuchaj, jeśli mam ci pomóc, to musisz być ze mną szczery. Taki z ciebie trzpiot jak i ze mnie. No więc, jak się naprawdę nazywasz?

Brzytew bił się z myślami. Rachował w pośpiechu wszystkie za i przeciw, a po każdym obliczeniu wynik prezentował się identycznie. Ponad wszystko potrzebował pomocnej dłoni.

- Mówią na mnie Golimistrz Brzytew - wydusił wreszcie. - Jestem golibrodą. A może bardziej byłem zamkowym golibrodą.

- Sądząc po twoim przydomku, musiałeś być świetny w tym zawodzie.

- Być może, choć tak naprawdę nawet nie miałem żadnej poważnej konkurencji. Zajmowałem się włosami i brodami wielu mieszczan, a nawet królów.

- A że ostatni król przestał się podobać, to ty też masz przesrane, jak rozumiem? - zapytawszy, szybko dodał, nie czekając na oczywistą odpowiedź: - Nic w tym nadzwyczajnego. Byłem kiedyś świadkiem, jak Niepamiętny zatłukł kijem dwa ogary na zamkowym dziedzińcu. Przywiązał je do palika i okładał tak długo, dopóki nie przestały się ruszać. Dookoła zebrał całą służbę swojego ojca, kiedy po jego śmierci odziedziczył tron. Żeby stali i patrzyli, jak katuje psy. A wiesz dlaczego?

Zaprzeczył ruchem głowy.

- Bo chciał pokazać, co myśli o wiernej służbie dla poprzedniego władcy. Im bliżej byłeś upadłego króla, tym gorzej masz u następnego. Taka jest zazwyczaj kolej rzeczy. Było to tym okrutniejsze, że Niepamiętny uwielbiał psy. Mimo to zabił je bez mrugnięcia okiem, tylko dlatego, że wcześniej należały do jego ojca.

Milczeli przez chwilę, a ciszę przerywało jedynie siorbanie gorącego napoju oraz krzyki dzieci harcujących gdzieś za oknem. Brzytew uświadomił sobie, że w komnacie nie było jakoś szczególnie gorąco, choć na zewnątrz panował iście piekielny ukrop. Do jego nozdrzy wdzierał się też przyjemny zapach, którego nie potrafił zidentyfikować, lecz przywodził mu na myśl kwiaty lub jakieś ziele. Natomiast niepokoił fakt, że coraz bardziej piekła go skóra na twarzy, lecz starał się zignorować ból, odkładając jakiekolwiek działania na potem.

- A jak ty tutaj zawędrowałeś? - zapytał, gdy opróżnił naczynie, odstawiając je ostrożnie na blat niewielkiego stolika.

- Może kiedyś ci opowiem, ale jeszcze nie teraz. Zauważyłem, że kulejesz. Coś poważnego?

- Zagoi się. Mam odpowiednią maść, tylko muszę przemyć ranę po podróży.

- To chodź ze mną. Przygotuję ci kąpiel. I przy okazji dam ci kubek zsiadłego mleka. Musisz smarować nim twarz, bo inaczej skóra ci zlezie płatami.

- Aż tak źle to wygląda? Teraz piecze jak diabli, ale dziwne, że wcześniej nic nie czułem.

- Wiatr. Jak jesteś poza murami, to smaga cię po gębie i wydaje się, że jest miło. Nic bardziej mylnego. Skóra nie jest w stanie wytrzymać podstępów tego piekielnika. Dlatego Hidenowie osłaniają twarze, kiedy upuszczają miasto. Tobie też to radzę na przyszłość.

*

Relaksując się w balii, słuchał z niesłabnącą ciekawością gospodarza, który siedział obok na niewielkim zydlu i opowiadał o zwyczajach panujących wśród tubylców. Dowiedział się, że Hidenowie modlili się tylko do jednego boga, którego imię pozostawało tajemnicą, a jeśli w przyszłości jakiś śmiertelnik potrafiłby je odkryć, to zyskałby nieśmiertelność oraz bezgraniczną władzę nad światem ludzi. Rikod radził, żeby unikać rozmów o religii, gdyż w tym temacie miejscowi przejawiali wyjątkową nadwrażliwość i potrafili zajść za skórę innowiercom.

- Ja nie modlę się do żadnego boga - wyznał golibroda.

- A to nawet gorzej - skwitował gospodarz. - Czasem myślę podobnie do ciebie, ale po tylu latach tutaj modlę się razem z żoną. Robię to bardziej dla niej i naszego synka, żeby sąsiedzi nie wzięli nas na języki. Zresztą, jak to mówią, nie wiadomo, czy bóg istnieje, ale bezpieczniej jest w niego wierzyć.

- Mam trochę oszczędności. - Brzytew zmienił temat.

- Może mógłbyś mi pomóc coś wynająć? Nie znam języka, bez twojej pomocy nie podołam.

- Myślałem o tym. Na razie możesz się zatrzymać u mnie. Mam szopę za domem. Może to niezbyt wygodna kwatera, ale jakoś doprowadzimy ją wspólnie do użytku. Twój wierzchowiec będzie zaraz obok, więc nie musisz się o niego martwić.

- Jestem twoim dłużnikiem. Postaram ci się jakoś odwdzięczyć.

- Nie ma o czym mówić. Robię to ze względu na Bradka. Może uda się też wykorzystać twój fach, bo tutaj nikt nie świadczy podobnych usług. Tradycją jest, że kobiety strzygą wszystkich i siebie wzajemnie. Kto wie, może pomysł chwyci?

- Jak uda się coś wynająć, to postaram się wrócić do zajęcia. Jeśli pomysł szlag trafi, to poszukam innej roboty.

- Musimy jak najszybciej odwiedzić Alraya. On już na pewno wie o twojej obecności od swoich szpiegów.

- Alraya?

- Tak. Alray jest namiestnikiem państwa Hidenów. - Widząc brak zrozumienia na obliczu gościa, doprecyzował: - To coś jak król, ale tutaj nikt tego nie dziedziczy. Namiestnika wybiera rada najbardziej szanowanych Hidenów. Jestem z nim w bardzo dobrych relacjach, bo uczę go naszego języka. Zresztą uczę całą jego rodzinę, bo Alray ma pięć żon i dwanaścioro dzieci.

- Co? - zdziwił się Brzytew.

- Nie przesłyszałeś się. - Rikoda rozbawiła mina rozmówcy. - Tutaj masz tyle żon, na ile cię stać. Im większy majątek, tym większa rodzina. Ale spokojnie, ja mam tylko Eridan, choć stać mnie na tyle! - Pokazał dwa palce i ryknął śmiechem.

*

Wybrali się do namiestnika już po dwóch dniach. Pośpiech był rezultatem próśb Golimistrza, chcącego jak najszybciej porozmawiać na temat otwarcia salonu, a Rikod w żaden sposób nie oponował, podchodząc do wszystkiego z daleko idącą wyrozumiałością. Spacerowym krokiem przemierzali najruchliwszą część miasta, bez przerwy tocząc rozmowę, podczas której Brzytew słuchał o stolicy Hidenów i od czasu do czasu zadawał bardziej szczegółowe pytania. Dowiedział się, że miasto miało status ważnego portu, łączącego tę część świata z zamorskimi krainami, do którego przypływały statki, mnóstwo statków, załadowanych wszelkim dobrem. Potem towary na kupieckich wozach podróżowały w głąb lądu, docierając do Królestwa lub na ziemie tworzące Imperium Rega. Dlatego Barhan rozwijało się w imponującym tempie i budowało sukcesywnie swoją handlową potęgę. Ludziom tutaj żyło się w miarę dostatnio, stąd coraz więcej Hidenów przybywało z innych części kraju, żeby się osiedlić w mieście.

- Ale tak to już jest, że każdy kij ma dwa końce - tłumaczył dalej Rikod. - Obok uczciwych ludzi pojawiają się tutaj też i rabusie albo oszuści. Musisz na nich uważać, bo następnym razem stracisz coś więcej niż kaftan.

- Miałem cię już wcześniej o to zapytać. - Brzytew coś sobie przypomniał. - Jak to się dzieje, że pomimo upału masz w domu dość chłodno?

- Hmm, jesteś spostrzegawczy. Domy budujemy z cegieł, które są zrobione z piasku i roślin, które rosną tutaj w zasadzie wszędzie. Nazywają się gunui i mają dość ciekawą cechę, bo pochłaniają ciepło słońca.

- Interesujące - podsumował z uznaniem, by po chwili zawiesić wzrok na okazałej budowli. - To ten pałac, o którym mówiłeś?

- Tak. To pałac namiestnika.

Siedziba Alraya nie biła po oczach ogromem, jak zamek w grodzie, niemniej jednak górowała nad całą okolicą. Front gmachu zdobiły duże dwuczęściowe drzwi, obok których nieruchomo stała para uzbrojonych wartowników. Nad wejściem umieszczono kilka okien, znacznie większych niż standardowe w mieście, natomiast ściany miały typowy dla innych budynków piaskowy kolor. Tyle że dodatkowo pokrywały je ozdobne rysunki oraz malunki. Przedstawiały głównie ptactwo oraz fragmenty drzew, co doskonale współgrało z otoczeniem, bowiem teren okalający pałac porastała wręcz bajeczna roślinność, pośród której pięły się ku niebu drzewa, i już jeden rzut oka wystarczał, żeby zauważyć ich różnorodność, od wysokości poczynając, a na gęstości gałęzi oraz kształtach liści kończąc. Na rozległym trawniku rosły smukłe brzozy i gruba wierzba, pochylona, jakby oddawała hołd namiestnikowi, a oprócz tego kilka leszczyn z gałęziami oblepionymi gronami niedojrzałych orzechów. Pomiędzy nimi Brzytew wypatrzył inne drzewa, zupełnie mu nieznane, ale równie piękne i budzące fascynację swoimi długimi pniami zwieńczonymi liśćmi, które przypominały gigantyczne orle skrzydła. Niżej kwitły kolonie kwiatów oraz krzewów, prezentując paletę wszystkich możliwych kolorów, a i tam golibroda nie potrafił rozpoznać większości roślin, poza krzaczastymi różami i rosnącymi nieco dalej tulipanami. Niesamowity widok uzupełniało różnobarwne i hałaśliwe ptactwo, uganiające się zarówno w gąszczu liści i gałęzi, jak i po równo przyciętej trawie.

- Cudowne - wyszeptał.

- To jedyne takie miejsce w kraju Hidenów - potwierdził Rikod, zerkając z satysfakcją na urzeczonego towarzysza. - Nigdzie indziej nie ma tak bujnej roślinności, a wszystko, co tutaj widzisz, zostało sprowadzone z innych krain. I jest prezentem Alraya dla jego pierwszej żony. To ona, z pomocą pozostałych wybranek i służby, dba o wszystko.

Brzytew, po chwilowym oczarowaniu, niespodziewanie spochmurniał. W jego wspomnieniach ożyły ulubione miejsca w ojczyźnie, przejażdżki na Bezimiennym, spacery nad Bamarą, a nawet, zdecydowanie mniej przez niego lubiane, wyprawy w głąb Boru Niedźwiedziego. Nigdy wcześniej nie przypuszczał, że można aż tak bardzo tęsknić za krajem swoich narodzin. Przeżył w Królestwie szmat czasu, ale nie sądził, że obdarzył je takim przywiązaniem. Przez myśl mu nie przeszło, że emigracja tak mu dopiecze, choć przecież za granicą przebywał dopiero od kilku dni. Poczuł, że łzy nabiegają mu do oczu, lecz szybko się opanował. Jeszcze tylko brakowało, żebym się poryczał, pomyślał, podążając za Rikodem do pałacu.

Wartownicy mieli na sobie lekkie tuniki, sięgające zaledwie do kolan, a ich głowy chroniły niewielkie metalowe hełmy. Wszyscy dzierżyli w rękach długie piki i byli wyposażeni w wygięte szable, których nagie ostrza tkwiły za szerokimi pasami. Otworzyli przed przybyszami drzwi, nie zadawszy nawet jednego pytania, więc Golimistrz z miejsca się domyślił, iż ich wizyta nie stanowiła żadnej niespodzianki. Gdy przekroczyli próg pałacu, Rikod rzucił krótko: 

- Rób to samo co ja. Etykieta tutaj to istotna rzecz.

Wspięli się po szerokich, lśniących nienaganną bielą, ale i niezbyt wysokich schodach. Na ich szczycie napotkali kolejne drzwi, przy których skinięciami głów przywitała ich para służących. Bez słowa zostali wprowadzeni do dużej komnaty, gdzie już czekał na nich namiestnik, siedzący na skromnym ratanowym krześle. Na jego widok Brzytew osłupiał, spodziewał się bowiem raczej starca na zdobionym tronie i z koroną na głowie. Tymczasem widział mężczyznę o dość młodej twarzy i czarnych lokach kończących się na wysokości ramion, a jedyny wyróżnik mogący wskazywać na piastowanie wysokiego urzędu stanowiła okrywająca jego szczupłą sylwetkę pozłacana tkanina.

Rikod ukłonił się nisko, więc golibroda bez ociągania uczynił to samo. Po chwili, zerkając ukradkiem na poczynania towarzysza, usiadł na niewielkim dywaniku rozłożonym na podłodze, zginając nogi w kolanach dokładnie w ten sam sposób, jak uczynił to jego przewodnik.

- Witajcie, Rikod i nieznajomy. - Niski głos Alraya rozbrzmiał donośnie. - Czego dotyczy wasza wizyta?

- Czcigodny namiestniku, przybył do mnie przyjaciel mojego kuzyna. I chciałby prosić cię o przysługę.

- A więc pozwólmy mu mówić. - Alray podrapał się po krótkiej i czarnej jak smoła bródce, nie odrywając wzroku od Golimistrza. Przyglądał mu się już od progu. - Przedstaw się i powiedz, jak mogę ci pomóc.

- Nazywam się Marceli Trzpiot - odrzekł, nie mogąc wyjść z podziwu dla znajomości jego ojczystego języka, którą imponował namiestnik. Przeszło mu przez myśl, że Rikod musiał być znakomitym nauczycielem. - W Królestwie byłem golibrodą. Chciałbym otworzyć tutaj podobny salon, za pozwoleniem czcigodnego namiestnika.

- Rozumiem - skwitował lakonicznie Alray i zamyślił się. Po krótkiej pauzie wypalił: - Rikod, wracaj do domu. Ja tutaj sobie porozmawiam z twoim gościem. - Widząc ogromne zaskoczenie na obliczu adresata wypowiedzi, spokojnie dodał: - Niczego się nie obawiaj. Wkrótce dołączy do ciebie cały i zdrowy.

Nauczyciel ukłonił się nisko, po czym skierował kroki do wyjścia. Kiedy opuścił komnatę, namiestnik uśmiechnął się nieznacznie i ponownie zabrał głos:

 - Zacznijmy jeszcze raz. Witam cię w Barhan, Golimistrzu Brzytew.

Gardło golibrody w okamgnieniu wyschło na wiór. Z trudem przełknął ślinę, a gdy zapanował nad chwilową niedyspozycją, postanowił za wszelką cenę trzymać się wcześniej ustalonego scenariusza. Nie miał zamiaru zdradzać swojej tożsamości, choć zdawał sobie sprawę, że może skończyć na torturach. Zaczął się zastanawiać, kto go zdradził? Rikod? Otworzywszy usta, chciał zręcznie wybrnąć z sytuacji, ale Alray uprzedził go.

- Spokojnie, nic ci nie grozi. Przez dwa dni bawił u mnie król Wesoły. Jego doradca, skądinąd bardzo zacny człowiek, wspomniał, że możesz się wkrótce pojawić. I jak widać miał rację.

- Byli tutaj? - Brzytew błyskawicznie zapomniał o grożącym mu niebezpieczeństwie. - Król i Goezze?

- Tak. Odpłynęli do swojego kraju dwa dni temu. Nie mogli dłużej czekać, bo statek na południe wypływa raz na tydzień, a istniało ryzyko, że Krnąbrny zażąda ich wydania. Obiecałem im, że nie pozwolę na to, ale nie chcieli mnie narażać.

- Nawet nie wiesz, czcigodny Alrayu, jak mnie ucieszyłeś tą wiadomością. - Nastrój golibrody w trymiga zmienił się nie do poznania. Gdyby nie okoliczności, to z ochotą wyściskałby dostojnika. - Wiedziałem, że udali się do Hidenów, ale nie miałem pojęcia, co się z nimi potem stało.

- Za trzy dni dotrą do portu, nie masz się już czym zamartwiać. - Namiestnik pstryknął palcami i po chwili w komnacie pojawił się sługa, przynosząc dwa dzbany. - Napij się nektaru z limonek, Brzytew. Nie ma nic lepszego na pragnienie - zaproponował, a gość chętnie skorzystał z rekomendacji. - I opowiedz mi, jak udało ci się przeżyć rzeź stolicy. Wiem, po rozmowie z Goezzem, że buntownicy nie oszczędzili nikogo, kto miał dobre stosunki z zamkiem. A ty przecież nieraz tam bywałeś, bo zajmowałeś się zarostem króla. Aż dziw bierze, że wciąż dychasz.

- Ależ to dobre! - Brzytew zapomniał o dobrych manierach, gdyż smak napoju przyjemnie go zaskoczył. Widząc rozbawienie w oczach Alraya, wyjaśnił naprędce: - Wybacz, namiestniku, ale nigdy czegoś takiego nie piłem. A co do twojego pytania, to chętnie opowiem. Przeżyłem dziwnym zrządzeniem losu. Zostałem porwany.

*

Skończył opowiadać. Celowo pominął postać Marfuka, nie chcąc go mieszać w sprawę. Nie napomknął również o popielicach i wyjaśnił niezgodnie z prawdą, że więzów sam się pozbył, gdy przepalił je pozostawionym na palenisku rozgrzanym pogrzebaczem. Trochę ugryzł się w język, kiedy zdradził imię Wytrzeszcza i jego pokrewieństwo z Rikodem, lecz nijak nie potrafił przemilczeć jego roli podczas swojej ucieczki z Królestwa.

Dostojnik ani razu mu nie przerwał, cierpliwie i ze skupieniem słuchając opowieści aż do końca. Tylko czasem marszczył czoło, jakby usilnie analizował pewne fragmenty historii lub nieznacznie kiwał głową ze zrozumieniem.

- Wykazałeś się niemałą odwagą - powiedział z uznaniem. - Odwagą godną wojownika.

- Służyłem kiedyś w wojsku. Tego się nie zapomina.

- To prawda, a przynajmniej tak mówią. W twojej opowieści zainteresowała mnie postać hidenyjskiego najemnika. Zapamiętałeś może, jak wyglądał?

- Nie. Szybko straciłem przytomność. Ale zaraz... chyba miał bliznę na twarzy - odrzekł zdziwiony Golimistrz, gdy wyszukał w pamięci obraz napastnika. - A dlaczego pytasz, czcigodny Alrayu?

- Zaraz się dowiesz.

Klasnął w dłonie. Otworzyły się drzwi, przez które wmaszerował hidenyjski gwardzista. Nie zabawił długo i po wysłuchaniu poleceń przełożonego obrócił się na pięcie, po czym równie szybko zniknął, jak się wcześniej pojawił.

- Chciałbym wrócić do twojej prośby w sprawie otwarcia salonu w Barhan. Naturalnie masz moje zezwolenie, które podpiszę, jak tylko uzgodnimy warunki wynajmu.

- Dziękuję, czcigodny Alrayu. Będę twoim dłużnikiem.

- Oby nie. - Zaśmiał się w głos. - Lepiej, żebyś płacił za wynajem w terminie, bo dłużnicy w moim kraju kończą na targu niewolników. Zresztą jestem ciekaw, jak ci pójdzie. Po tym, co mówił mi Goezze o twoich umiejętnościach, może zdobędziesz klientów. Tego ci życzę.

- Mam ze sobą trochę oszczędności. Powinno wystarczyć, żeby rozwinąć interes.

- To brzmi jak niezły plan - pochwalił znowu koncept Alray i pociągnął temat dalej: - Możesz liczyć na moje wsparcie. Trafiłeś w nie najlepszy moment, bo wczoraj zmarł długoletni doradca namiestników. Służył w pałacu od wielu lat i wiedział tutaj o wszystkim. Niełatwo będzie go zastąpić i to mnie trapi. No i mam głowę zaprzątniętą przygotowaniami do uroczystego pogrzebu.

W komnacie rozbrzmiały kroki. Do Brzytew zbliżył się gwardzista, trzymając w dłoniach sporą misę. Spojrzał na Alraya, a otrzymawszy ciche przyzwolenie, postawił naczynie tuż przed gościem.

- A teraz powiedz, czy blizna była podobna do tej? - spytał namiestnik.

Na dnie misy leżała ludzka głowa. Musiała zostać odcięta przed chwilą, ponieważ z żył i tętnic wciąż kapała krew, przez co krótko ostrzyżony czerep prezentował się potwornie na szkarłatnym tle. Martwa twarz wyglądała tak, jakby zamordowany mężczyzna chciał coś powiedzieć, co sugerowały lekko otwarte usta, a z kolei jego załzawione oczy przedstawiały się nad wyraz smutno. Golimistrz uważnie obejrzał głowę..

- Tak. To ten człowiek - przyznał. - Poznaję tę bliznę.

- To by się zgadzało. - Alray skinął na zbrojnego, który natychmiast zabrał misę i skierował się do wyjścia. - Schwytaliśmy go w dzień rozpoczęcia szturmu na gród. Przepłynął czółnem Darcynar i wpadł w naszą zasadzkę. Czterech ludzi położył trupem, zanim go obezwładnili. Osobiście ponoszę za to winę, bo chciałem go mieć żywego. Ale to od początku było bezcelowe.

- Dlaczego?

- Widzisz, Golimistrzu, ten człowiek to jeden z ludzi Kasty Węża. Jest to po prostu banda rzezimieszków, która za nic ma prawo i rabuje lub zabija, żeby się wzbogacić. Uważają, że żaden władca nie ma prawa wydawać im rozkazów. Ukrywają się wszędzie. Na pustyni, na wybrzeżu, a nawet w miastach i wioskach. I to cwane rozproszenie powoduje, że tak trudno ich ująć.

- Rozumiem, że chciałeś go złapać, żeby zdradził innych?

- Właśnie tak. Tylko że pomimo wielu tortur nawet nie pisnął. Powinienem się tego spodziewać, bo z poprzednim było tak samo - dokończył wywód, a po jego obliczu przebiegł grymas niezadowolenia. Machnął ręką, jakby chciał odgonić czarne myśli i oznajmił: - Musimy kończyć nasze spotkanie. Popędzają mnie inne obowiązki. Dam ci do przejrzenia umowę. Jest napisana w naszym języku, więc nieodzowna będzie pomoc Rikoda. A jeśli się zdecydujesz i podpiszesz, to przyjdź znowu do pałacu.

- Stokrotne dzięki, czcigodny Alrayu. - Golimistrz ukłonił się nisko. - Jeszcze tylko jedna rzecz. Wspomniałeś, że potrzebujesz doradcy, prawda?

*

Wszystko wydawało się być gotowe na przyjęcie pierwszego klienta. Brzytew jeszcze raz rozejrzał się wokół, żeby zyskać pewność, czy niczego nie pominął. Odetchnął z ulgą, bo wreszcie, po kilku dniach pracy od świtu do nocy, udało mu się doprowadzić miejsce do używalności. Tym bardziej że kąt wynajęty od Alraya nie był jakoś szczególnie duży i należało wszystko rozplanować z głową. Składał się z trzech pomieszczeń. W największym urządził salon, a w dwóch kolejnych odpowiednio sypialnię oraz skromną kuchnię. Wszystko znajdowało się w parterowym domku, w którym brakowało zarówno piwnicy, jak i poddasza, nad czym Golimistrz ubolewał, lecz cena, biorąc pod uwagę lokalizację niedaleko ruchliwego targowiska, wydawała się niewygórowana. Cieszył go też malutki ogród na tyłach. I choć zupełnie nic w nim nie rosło, nadawał się dla Bezimiennego. Brzytew wybudował tam niewielką wiatę, na którą składał się kawał dachu podparty czterema balami, a pod nim umieścił koryta na wodę i obrok lub siano. Uznawszy, że w tak ciepłym kraju powinno to wystarczyć, zrezygnował z budowy szopy albo czegoś na wzór stajenki. Generalnie miejsce na pewno nadawało się do prowadzenia zakładu, mieszkanie jednak nie było już tak wspaniałe. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, podsumował w myślach, mimo wszystko zadowolony, że sprawy przybierały właściwy obrót.

Klamka poruszyła się, a zaraz potem do środka wszedł Rikod. Rozłożył szeroko ręce i zakrzyknął, nie ukrywając entuzjazmu:

- Ależ odmieniłeś tę ruderę. Nie do poznania! Tylko się strzyc i golić. Będę twoim pierwszym klientem.

- No, to siadaj. Zapraszam. - Wskazał drewniane krzesełko, które kupił na targu. Pojawienie się Rikoda w progach jego skromnego przybytku sprawiło mu niemałą radość, którą zaznaczył ukłonem. - Co ci przystrzyc?

- Wedle uznania. A może mógłbyś mnie trochę odmłodzić? - zapytał nieśmiało. - To będzie miła niespodzianka dla Eridan.

- Już się robi.

Przystąpił do pracy. Ręce mu trochę drżały, bardziej z podniecenia niż z obawy, że nie sprosta wyzwaniu. W duchu cieszył się jak dziecko z powrotu do fachu i choć zdawał sobie doskonale sprawę, iż na razie nie powinien się spodziewać tłumu klientów, to i tak robota przyniosła mu niesamowitą radość. Dźwięk cykających rytmicznie nożyc rozbrzmiewał w jego uszach niczym muzyka, a każdy odcięty pukiel włosów przypominał mu ojczyznę, a konkretnie liście opadające jesienią. Przerwał na chwilę zajęcie, po czym zrobił krok do tyłu, aby z właściwej perspektywy przyjrzeć się postępom w strzyżeniu. Wtedy zauważył grupę gapiów przyklejonych nosami do szyby, którzy z ciekawością przypatrywali się jego poczynaniom. Uśmiechnąwszy się do nich, pomachał przyjaźnie ręką, czym zresztą kilka osób spłoszył, lecz inni pozostali na swoim stanowisku obserwacyjnym. Dzięki temu miał kolejny powód do zadowolenia, bowiem nic tak dobrze nie działało na rozwój interesu, jak rozchodzące się pośród mieszczan wiadomości. Po cichu liczył na rozgłos w Barhan, a to mogło mu pomóc w znalezieniu potencjalnej klienteli. Z tak budującą myślą zabrał się do golenia kilkudniowego zarostu pokrywającego twarz nauczyciela.

Zakończył robotę. Podał Rikodowi niewielkie zwierciadło, ponieważ jeszcze nie zaopatrzył się w większe, do powieszenia na ścianie. Na razie takie małe musiało wystarczyć.

- To naprawdę ja? - Rikod oglądał swoje odbicie z każdej możliwej strony oraz pod różnymi kątami, nie odrywając nawet na chwilę wzroku od lusterka. - Sam bym się w sobie zakochał. Eridan oszaleje, jak mnie zobaczy.

Brzytew milczał. Wiedział, że dołożył wszelkich starań, aby zadowolić pierwszego klienta, i spodziewał się podobnej reakcji, niemniej pochlebstwa sprawiły mu niemałą przyjemność.

- Ile teremów się należy? - Rikon sięgnął po sakiewkę.

- Ciągle mam kłopot, żeby zapamiętać, jak nazywają się tutejsze monety. - Zaśmiał się Golimistrz. - Nic się nie należy. Od ciebie nie wziąłbym ani grosza. I nawet nie próbuj protestować! Ale chciałbym, żebyś uczył mnie hideńskiego, bo mam problem, żeby kupić choćby mleko czy chleb.

- Nauczę cię. W mowie to jest dość łatwy język, bo składa się z niewielu słów. Gorzej z pismem, ale jak się przyłożysz, to i z tym damy sobie radę - zapewnił go i dodał: - Spodziewałem się, że nie przyjmiesz zapłaty, więc mam coś dla ciebie. Czeka przed domem.

Wyszli na zewnątrz. Słońce znajdowało się w zenicie i golibroda od razu poczuł jego żar na swojej skórze. O ile w Królestwie uwielbiał letnie spacery, tak tutaj nie mógł się doczekać wieczorów, które przynosiły ulgę oraz miły chłodek.

Rikod wskazał jakiś płaski i dość spory przedmiot. Zawinięty w kawał materiału zaciśniętego cienkim sznurkiem stał oparty o ścianę. Nauczyciel usunął wszelkie zabezpieczenia, po czym uniósł deskę, tłumacząc: 

- To dzieło mojej Eridan. Lubi malować i postanowiła zrobić ci prezent.

Golimistrz patrzył z nieukrywanym zachwytem na barwny malunek. Chciał w najbliższej przyszłości postarać się o szyld, jednak na razie inne sprawy zaprzątały mu głowę. Podarek miał nie tylko wszelkie cechy przyciągające ludzki wzrok, bowiem swoją kolorystyką aż bił po oczach, ale jednocześnie był bardzo istotnym elementem każdego lokalu prowadzącego usługi czy też zajmującego się sprzedażą lub rzemiosłem. Wzruszony Brzytew zdołał wykrztusić zaledwie kilka słów: 

- Dziękuję wam bardzo. Zupełnie się tego nie spodziewałem.

- Oj, Golimistrzu. Daj spokój. - Rikod zauważył emocje na obliczu rodaka. - Moja żona będzie dumna, jeśli docenisz jej pracę i powiesisz szyld nad drzwiami. To wynagrodzi jej trud z nawiązką.

- Znajdzie się tam za chwilę. Byłbym głupcem, gdybym postąpił inaczej. Mam tylko jedno pytanie... - zawahał się. - Co oznacza ten napis?

- Ależ ze mnie gapa! Przecież od tego powinienem zacząć. - Nauczyciel ryknął głośnym śmiechem, a kiedy wreszcie opanował przypływ wesołości, natychmiast przetłumaczył treść: - Najlepszy golibroda w kraju, Marceli Trzpiot.

- Podoba mi się!

- I dobrze. Choć nie będę ukrywać, że hasło wymyśliliśmy wspólnie i sprawiło nam trochę kłopotów. To jednak zupełnie nowa sprawa w tych stronach. Pozwól, że pomogę ci zawiesić szyld. Jest dość ciężki, to robota dla dwóch.

*

Wpatrywali się przez moment w dopiero co zamocowany napis. Obaj przyznali, że wyeksponowany na budynku prezentował się jeszcze lepiej. Jego wielkość, a przede wszystkim bogata gama kolorów zdecydowanie wpadały w oko i to już z większej odległości. W zasadzie jak się patrzyło w tym kierunku, to najpierw zwracał uwagę szyld, a dopiero potem dom. Brzytew uznał ten fakt za świetny prognostyk dla rozwoju zakładu.

Pokiwali do siebie z uznaniem głowami i podali sobie dłonie.

- Muszę już wracać - oznajmił Rikod. - Gdybyś czegoś potrzebował, to wiesz, gdzie mnie szukać.

- Mam jedno pytanie. Szukam pewnego miejsca na wybrzeżu. Leży tam taki wielki głaz.

- Cóż, jedyne, co mi przychodzi do głowy, to plaża syren.

- Właśnie tego szukam. Wiesz, gdzie to jest?

Nauczyciel tłumaczył przez jakiś czas, jak dotrzeć we wspomniane miejsce. Okazało się, że plaża znajduje się o pół dnia drogi konno od Barhan. Podczas udzielania wskazówek Rikod wydawał się nieco zaniepokojony pytaniem golibrody, badając go uważnym spojrzeniem, jakby chciał przejrzeć rozmówcę na wskroś.

- Ludzie się tam raczej nie zapuszczają - uderzył w ostrzegawczy ton. - A już na pewno nie po zmroku.

- Z powodu syren? - zainteresował się Brzytew.

- Nie, chociaż one też podobno potrafią być niebezpieczne. Słyszałem opowieści, że różne potworności wypełzają z wody nocą. Nigdy tam nie byłem, więc wiem o tym tylko ze słyszenia. Ale jak wspomniałem, Hidenowie trzymają się od tej skały z daleka, a znają te ziemie lepiej od nas. Dobrze to przemyśl, zanim tam wyruszysz.

- Przemyślę. Dzięki za ostrzeżenie.

Pożegnali się. Golimistrz odprowadzał nauczyciela wzrokiem, dopóki ten nie zniknął wśród tłumu. Powróciwszy do salonu, zadumał się nad słowami Rikoda. Czy podjęcie tak dużego ryzyka w kraju, którego prawie nie znał, było słuszne? I czy warto narażać życie dla kobiety niewidzianej od tak dawna? Pozornie zastanawiał się dość długo, lecz tak naprawdę decyzję podjął już jakiś czas temu. Jeszcze zanim zjawił się w kraju za rzeką.

Morskie tajemnice 

Padało już od dłuższego czasu, jakby wszystkie deszczowe chmury świata skupiły się nad krajem Hidenów. Wierzchowiec sprawnie omijał karłowate drzewa oraz gęsto rosnące krzaki, rozbryzgując daleko na boki ciemne kałuże i rżąc przy tym radośnie, jakby postawił sobie za cel wdepnięcie w każdą z nich.

- Widzę, że cieszy cię wypad za miasto - powiedział opatulony w skórzaną płachtę Brzytew. - Mnie też. A najdziwniejsze jest to, że już dawno nie czułem zadowolenia z lejącego się na mój łeb deszczu.

Wcześniej, zanim wyruszył, odbył krótką rozmowę z Rikodem. Dowiedziawszy się, że przynajmniej do jutra pogoda nie powinna ulec zmianie, szybko osiodłał Bezimiennego. I pognał w te pędy, z nadzieją w sercu, ponieważ ciemne obłoki szczelnie przykrywały nieboskłon, spełniając warunek konieczny w jego planie. Dzisiejszej nocy żadna gwiazda nie miała prawa przedrzeć się przez zaporę obłoków na firmamencie.

Na wybrzeże dotarł jeszcze przed zmrokiem, więc znalazł chwilę, żeby przyjrzeć się szerokiej plaży. Zrobił to tym chętniej, że pojawił się niezupełnie w tym miejscu, w którym chciał osiągnąć, niemniej jednak głaz był widoczny z każdego punktu na brzegu, stercząc z piasku wysoko ponad wydmami. Gdy podjechał do skały, jeszcze raz uważnie zbadał ją wzrokiem.

- To musi być tutaj - skwitował, dodając po chwili: - Niebo coraz ciemniejsze, więc niedługo nadejdzie zmrok.

Zsiadając z konia, głęboko w środku czuł coraz większe podniecenie, ale jednocześnie i obawę. Wkrótce jego marzenia mogły się spełnić, ale nie miał pewności, czy był gotowy na tę rozmowę, chociaż wielokrotnie układał sobie w głowie jej ewentualny przebieg.

Wcześniej o morzu tylko słyszał, więc widok aż zaparł mu dech w piersiach. Spodziewał się, że ujrzy dużo wody, lecz panorama przerosła jego wszelkie wyobrażenia. Jak okiem sięgnąć ogromne rozlewisko zdawało się nie mieć końca i zatrważało niepokojąco ciemnym kolorem, jakby okazując tym samym niezadowolenie z przybycia jeźdźca. Fale uderzały bez wytchnienia o brzeg i tworzyły swoiste mury białej jak śnieg piany, która zaraz znikała, by po chwili odrodzić się na nowo. Głośny szum morza wręcz zagłuszał jego myśli, sprytnie to cichnąc, to uderzając znienacka z całą mocą, jakby chciał wyprowadzić Golimistrza w pole takim działaniem.

Wreszcie Brzytew się ocknął. I chociaż jego zachwyt nie minął, postanowił skierować swoje przemyślenia na inne tory.

- Trzeba zacząć działać. Po to tu przyjechałem - bąknął pod nosem.

Czekał cierpliwie, zgodnie ze wskazówkami, aż zapadnie noc. Wymówił jej imię, lecz jakoś tak niemrawo i cicho, więc szybko postanowił zrobić to krzynę lepiej i wrzasnął tak głośno, że aż przestraszył samego siebie, a śpiące gdzieś mewy w panice zerwały się do lotu. Stał bez ruchu, jakby zmieniony w kamień, wpatrując się w słabo zarysowaną i coraz bardziej rozmywającą się w gęstniejących ciemnościach linię wody. Nawet nie wiedział, w którą stronę patrzeć, więc jego rozbiegane oczy wszędzie szukały jakiegokolwiek śladu. Zastanawiał się też, czy nie powinien krzyknąć ponownie. Może raz to za mało? Wciągnął głęboko powietrze do płuc i szykował się, by znowu zawołać, gdy wtem zauważył jakiś cień. W miejscu, gdzie woda spotykała się ze stałym lądem, ktoś siedział i wbijał w niego świecące oczy.

W pierwszej chwili przeraził się i odruchowo zacisnął palce na brzytwie. Zaraz potem usłyszał cichy płacz dziecka, przez który przedarł się znajomy głos: 

- Brzytew? To ty?

Odetchnął z ulgą, a serce mocniej mu zabiło. Ruszył dziarskim krokiem, szybko zbliżając się do upragnionej kobiety. Szedł niemal po omacku, gdyż zrobiło się jeszcze ciemniej, lecz prowadzony jej głosem jak po sznurku, wiedział, że nie ma prawa zbłądzić. Dotarłszy do niej na wyciągnięcie ręki, zdębiał. Z bliska dostrzegł znacznie więcej, co wprawiło go w niemałe zakłopotanie, więc stanął jak wryty, przypominając poniewieranego przez dmący wiatr stracha na wróble. Zupełnie zapomniał, iż Dineh była syreną, bo w jego wspomnieniach pojawiała się jako zwyczajna kobieta. Teraz jej długi ogon, uderzający rytmicznie o wodę, wydał mu się czymś obcym, trudnym do zrozumienia i akceptacji. Lecz nie tylko ten istotny szczegół zbił go z tropu.

Dineh tuliła malutkie dziecko. Zupełnie nagie, miało oczy identyczne jak matki i wpatrywało się w golibrodę. Tak zaciekawiła je postać przybysza, że z miejsca przestało płakać.

- Co tutaj robisz? - spytała syrena. - Przyjechałeś do mnie?

- Tak przy okazji - odrzekł wyrwany z letargu. Myśli kotłowały się jak szalone, a on nie potrafił wyłowić nic sensownego w tym bałaganie, choć przecież tak długo przygotowywał się do tej rozmowy. - Sprawy w Królestwie przybrały zły obrót i na razie siedzę w Barhan - wyjaśnił pokrótce.

- Ach, rozumiem - odparła z nutą rozczarowania w głosie. - Długo tutaj zabawisz?

- Nie wiem, trudno powiedzieć. Czyje to dziecko? - Zadał pytanie i dotarł do niego jego bezsens - odpowiedź widział przecież w błękicie oczu maleństwa.

- Moje. Pewnie dziwi cię brak ogona? Zaczyna rosnąć dopiero po pierwszych urodzinach.

- A ojciec? - Ledwo udało mu się wydusić z siebie słowa poruszające tak delikatne zagadnienie.

- Ojciec? Gdzieś tam sobie jest. Raczej nie mógłby żyć pod wodą - skwitowała z nieukrywanym sarkazmem w głosie. - Bycie syreną to wyłącznie domena kobiet.

Oboje czuli, że ich rozmowa od początku kleiła się niczym pogawędka kury z żabą. Minęło zaledwie kilka miesięcy, a już nie potrafili znaleźć wspólnego języka. Golimistrz coś tam dukał bez ładu i składu, natomiast Dineh odpowiadała w taki sposób, jakby chciała jak najszybciej zakończyć spotkanie. Poza tym bez przerwy rozglądała się na boki, prawie nie patrząc na niedawnego kochanka, czym wzbudzała w nim coraz większą irytację, zachował jednak kamienną twarz i nie pozwolił wyprowadzić się z równowagi.

Nagle jej oczy rozszerzył strach.

- Brzytew, czuję, że zbliża się jakiś tnue. Muszę wracać do morza. Ty też wskakuj na Bezimiennego i szybko uciekaj. - Ściszyła głos tak, że ledwo ją słyszał. - Bywaj.

Nie zdążył się dowiedzieć, co im groziło. Nie zdążył nawet się pożegnać. Po Dineh pozostał tylko ślad na mokrym piachu, ale i on wkrótce zniknął zalewany morską wodą.

Powoli, ze zwieszoną głową i w minorowym nastroju, człapał z powrotem. Nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie, ale los znowu z niego okrutnie zakpił. Jedyne, na co miał teraz ochotę, to schlać się na umór, chociaż od czasów rzezi w karczmie twardo trzymał się życia w trzeźwości. Z pewnością użalałby się jeszcze dłużej nad swoją dolą, gdyby coś nie zwróciło jego uwagi.

Chlupot.

Mimo że fale uderzały ciągle o brzeg, to ten dźwięk wybrzmiewał jakoś nienaturalnie i obco, wyraźnie odstając od reszty wodnych hałasów. Golibroda nie znał za dobrze zachowania morza, nie wiedział też, czy przypadkiem rozum nie płatał mu figli, jednakże poczuł jakiś dziwny niepokój. Tym bardziej że odgłos tajemniczego chlupotania przybierał na sile. Chciał zatrzymać się i przyjrzeć zjawisku, lecz do jego uszu dotarło poważne ostrzeżenie.

Bezimienny.

Rżenie konia zabrzmiało niczym dzwony na trwogę. Brzytew, znając na wylot obyczaje zwierzęcia, puścił się biegiem. Gdzieś przed sobą słyszał tętent i wiedział, że ogier biegnie mu na spotkanie. Bez wątpienia była to dobra wiadomość, gdyż strach zaczął mu podnosić włosy na karku. Wywołał go i potęgował nieokreślony dźwięk za jego plecami. Przypominał ni to klekotanie, ni to stukot, jakby ktoś nieregularnie uderzał kijem w płot. Co gorsza nie cichł, przeciwnie - z każdą chwilą wydawał się coraz głośniejszy.

Coś ścigało golibrodę. Coś, co wyszło z morza.

Wskoczył w biegu na siodło, natychmiast zmuszając konia do galopu. Zresztą chyba nawet nie musiał tego robić, biorąc pod uwagę okoliczności, bo wierzchowiec zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa w nie mniejszym stopniu niż jeździec. Golimistrz spojrzał za siebie. Płaszcz nocy zdecydowanie nie ułatwiał zadania, więc niewiele udało mu się zobaczyć. Namierzył wzrokiem obły kształt. Przeraził się jeszcze bardziej, kiedy dotarło do niego, że stworzenie jest ogromne. Wydawało mu się też, że ma wielgachne szczypce, lecz w panującej ciemności trudno było cokolwiek wypatrzeć. Kiedy wypadli poza obszar plaży, obejrzał się jeszcze raz. Odetchnąwszy z ulgą, spowolnił jazdę. Stwór zaniechał pościgu.

- Co to było? - zastanawiał się na głos. - Nie mam pojęcia, ale jedno jest pewne. W Królestwie tego nie mamy.

Strach powoli ustępował miejsca smutkowi, gdy przypomniał sobie krótką rozmowę z Dineh. A raczej te wszystkie niewypowiedziane słowa, które nie przeszły mu przez gardło.

*

Brzytew zerknął na stojącego obok namiestnika. Teraz zrozumiał, dlaczego Alray miał na sobie futrzany kaftan, podczas gdy jego ciałem co rusz wstrząsały dreszcze, a ręce oraz stopy kostniały z powodu panującego chłodu. Nie po raz pierwszy zupełnie nie trafił z właściwym ubiorem, gdyż pogoda w kraju Hidenów wciąż stanowiła dla niego zagadkę. Przeklął w myślach swoją ignorancję, po czym znów skierował wzrok na zatokę.

Nad wodą unosiła się mgła, wisząc niczym gęsty dym, choć rzedła ledwo zauważalnie, od czasu do czasu przeganiana lekkimi podmuchami wiatru. Morze emanowało niesamowitym spokojem oraz łagodnością, kiedy jego powierzchnia tworzyła delikatne zmarszczki, które cichutko pluskały po spotkaniu z lądem. Szum fal zagłuszało kilka mew, wrzeszczących bez żadnego powodu, chyba tylko po to, żeby sobie powrzeszczeć. Słońce idealnie stykało się z widnokręgiem, wydając się znacznie większe niż zazwyczaj, lecz pomimo swojego ogromu jak na razie skąpiło ciepła.

Port usytuowany był przy ujściu rzeki, która tuż przed wpłynięciem do słonego basenu dziwacznie zakręcała, biegnąc kilkanaście kroków wzdłuż plaży, by wreszcie rozdwoić się na kształt wielkiej procy i skierować obydwa odpływy do morza. Część drewnianych bali, unoszących równo ułożone deski, była wbita w przybrzeżny piasek, pozostałe tkwiły w wodzie i stopniowo zanurzały się jedna po drugiej. Na przystani nie krzątało się zbyt wielu ludzi, a przycumowane łodzie można było policzyć na palcach jednej ręki. Rybacy już zdążyli wypłynąć na połowy, więc poza Alrayem i Golimistrzem oraz towarzyszącymi im gwardzistami kręciło się zaledwie kilka osób.

- Widzisz ciemną plamę tam na morzu? - spytał namiestnik.

Brzytew przymrużył oczy. Minęło trochę czasu, zanim dostroił wzrok, by spostrzec czarny punkt i wnet zrozumiał, że był nim oczekiwany przez nich statek, który znajdował się jeszcze dość daleko, jednakowoż powoli rósł w oczach, z każdą chwilą przybliżając się do portu. W miarę jak zmniejszał dystans dzielący go od brzegu, coraz więcej ludzi przybywało na pomost, lecz trzymali się w pewnej odległości od Alraya i jego świty. Znając tutejsze obyczaje, wiedzieli, że gwardia zbytnią bliskość mogłaby zinterpretować jako potencjalne zagrożenie. Golibroda rozejrzał się po zwartej grupie, po czym przeleciał wzrokiem po kilku kobiecych oraz męskich twarzach. Ale kiedy przypatrzył się uważniej, wyłowił wprawnym okiem znajomą postać.

- Omijaj Kałuża? - szepnął zaskoczony. 

- Co ty tam mruczysz pod nosem? - dopytywał namiestnik. - Rozpoznałeś kogoś w tłumie?

- Tak. Spotkałem go kiedyś w Królestwie. To ten mały. - Wskazał palcem konkretną osobę.

- Znasz tego szaleńca?! - Alray wyraźnie się ożywił, a jego oblicze przeciął cień irytacji.

- Znam to za dużo powiedziane - odrzekł Brzytew mocno zdumiony zachowaniem towarzysza. - Rozmawiałem z nim tylko raz i wydawał się miłym człowiekiem.

- Miłym człowiekiem! Ha! Dobre sobie. Ten wariat wyzwał na pojedynki połowę moich najlepszych wojowników. I co gorsza wszystkich sprał bez większego wysiłku. - Niepocieszony dostojnik pokręcił głową. - Wtrąciłbym go do lochu, ale tak się nie godzi. Bądź co bądź walczył honorowo.

- Ciekawe, co tutaj robi? - zastanawiał się Golimistrz z pozornie poważną miną, bo w środku, ubawiony historią namiestnika, chichotał jak dziecko.

- Odpływa na południe. Wmówiłem mu, że w południowych krainach żyje wielu znamienitych wojów i aż się palą do walki - wyjaśnił Alray. - I niech płynie! Może go morskie diabły po drodze zeżrą? A jak nie, to niech się władcy na południu martwią. Mnie już dość krwi napsuł.

Przez moment golibroda chciał wywołać skośnookiego i zamienić z nim kilka słów, lecz zaniechał pomysłu, uznawszy, że zetknięcie z Omijajem mogło być ponad siły namiestnika. Na prośbę Alraya opowiedział ze szczegółami o spotkaniu z egzotycznym szermierzem. I tak im upłynęło oczekiwanie na statek, który w tym czasie już tak znacząco przybliżył się do portu, że co lepszy obserwator mógł nawet dostrzec pracujących na pokładzie i zwijających w pośpiechu żagle pojedynczych członków załogi.

Statek przycumował do pomostu, robiąc na Golimistrzu ogromne wrażenie. Nigdy dotąd nie widział tak wielkiej jednostki i teraz, z niemałym trudem, starał się ogarnąć wzrokiem cudo ludzkiej kreatywności. Burty znajdowały się powyżej jego głowy, przez co nie mógł nawet zajrzeć na pokład. Skupił więc uwagę na wygiętym w idealny łuk i kunsztownie zdobionym dziobie, gdzie pyszniła się rzeźba wojownika. Postać trzymała w dłoniach tarczę oraz miecz, a jej głowę okrywał hełm najeżony rzędem ptasich piór. Brzytew cmoknął z podziwem, zauważywszy szczegółowość wykonanej figury, gdyż zbrojny wyglądał niemal jak żywy, którego otwarte usta symbolizowały okrzyk bojowy, a wpatrzone przed siebie oczy budziły rzeczywisty strach pośród gapiów. Golibroda skierował wzrok trochę wyżej i podziwiał przez chwilę trzy strzeliste maszty. Sterczały dumnie, a na umocowanych do nich poprzecznych belkach widać było zwinięte do połowy żagle. Szybko obsiadły je stada mew, łypiąc małymi oczkami na zgromadzonych wokół ludzi. Łączyła to wszystko niezliczona ilość lin, które dla laika wyglądały na jakąś chaotyczną plątaninę i Brzytew w duchu przyznał z nieukrywanym uznaniem, iż żeglarze musieli mieć głowy na karku, aby rozeznać się w tym całym mętliku.

Załoga opuściła na powrozach część burty, dotykając jej końcem pomostu, po czym zjechały po niej krótkie schodki, a niedługo potem na stopniach pojawili się pierwsi podróżni. Rozglądali się na boki, szukając rodzin lub znajomych. U wielu schodzących ze statku widać było na twarzach niemałą ulgę i sądząc po bladości lic, zapewne część rejsu spędzili z głowami za burtą, karmiąc morskie stworzenia niestrawionym jedzeniem.

Wśród nich maszerował dziarsko pewien łysy mnich. Od razu dało się zauważyć, że kołysanie statku nie było dla niego pierwszyzną i wyglądał, jakby na morzu spędził chwilę, a nie kilka dni. Prawdziwy wilk morski, pomyślał Brzytew, czując w piersiach nieopisaną radość.

Zapominając o manierach względem namiestnika, padli sobie w ramiona.

- Coś ty sobie myślał?! - wypalił Goezze. - Dostałem od ciebie wiadomość, a tam ledwie widoczne "żyję" i w dodatku nabazgrane krwią?

- Nie miałem przy sobie nic do pisania - tłumaczył, śmiejąc się od ucha do ucha. - Dlatego taka oszczędna wiadomość.

- To już nieważnie. Dobrze cię widzieć, Brzytew. Myślałem, że... ech, szkoda gadać. - Machnął ręką i posmutniał.

Ich rozmowę przerwało dość wymowne chrząknięcie Alraya. Dostojnik miał prawo poczuć się urażony takim przebiegiem powitania, lecz na przeprosiny ze strony dwóch przyjaciół tylko się uśmiechnął.

- Rozumiem wasze zachowanie i puszczam je w niepamięć. Przynajmniej ten jeden raz. Ale teraz musicie się na razie pożegnać, bo mam z Goezzem sporo do omówienia. Potem nadrobicie stracony czas. Masz jakieś rzeczy na statku?

- Tak, czcigodny Alrayu. Zabrałem kilka niezbędnych ksiąg i eksponatów do badań.

- Dobrze. Moi ludzie je zabiorą.

Wkrótce gwardziści znieśli z żaglowca trzy duże kufry oraz jeden trochę mniejszy. Alray zażartował, że powinien odwołać wartę z pałacu i sformować dwa razy większy odział albo zabrać ze sobą wóz ciągnięty przez woła, ponieważ wszyscy podróżnicy razem wzięci mieli mniej bambetli niż uczony.

- To niezbędne w mojej pracy - bronił się zawstydzony mnich, bezradnie rozkładając ręce.

Zadowolony Brzytew dosiadł swojego wierzchowca. Przybycie Winfrida wlało w niego sporą dawkę optymizmu, więc czekał z niecierpliwością na możliwość dłuższej rozmowy, wiedząc, że taka nastąpi już niedługo. Usadowiwszy się w siodle, spojrzał na port oraz okolicę z dalszej perspektywy i zdał sobie sprawę, że jeśli powróci do ojczyzny, to na pewno będzie mu brakowało jednej rzeczy.

Morza.

*

Chroniąc się w cieniu rzucanym przez sąsiedni budynek, siedzieli na krzesłach, które wcześniej golibroda wytaszczył z mieszkania. Późne popołudnie sprzyjało spotkaniom na świeżym powietrzu. Słońce powoli zaczynało chować się za dachami domów i robiło się nieco chłodniej. Zrelaksowany Goezze sączył z dzbana orzeźwiający nektar, rozglądając się z zainteresowaniem po wciąż ruchliwej ulicy i co rusz coś komentował: 

- Słońce tu grzeje tak samo jak w mojej ojczyźnie. Ale tam jest jednak jakoś mniej sucho i wieje przyjemny wiaterek.

- Ja do południa to z domu nie wychodzę - sapnął Brzytew, nalewając sobie soku do kubka. - Trudno się do tego skwaru przyzwyczaić.

- Dla kogoś z Królestwa na pewno. A jak interes?

- Słabo. Zaglądają głównie kupcy albo inni przyjezdni. Miejscowi bardzo rzadko. Gdyby nie oszczędności, to nie miałbym nawet na wynajem. Z jadłem nie jest źle, bo poluję na takie dziwne zwierzaki, co kryją się w norach na pustyni. Miejscowi ich nie jedzą, bo nie potrafią złowić. Strasznie cwane stworzenia, ale wymyśliłem pułapki, w które czasem jakieś wpadnie.

- Rozumiem. - Mnich pokiwał głową. - Doszedłem do porozumienia z Alrayem i będę mu doradzał, tylko muszę najpierw sam się poduczyć o sprawach tego kraju. Dał mi do dyspozycji skromny domek w ogrodzie. Trochę tam ciasno, ale nie jest najgorzej. Może z czasem i twoje umiejętności się przydadzą. - Mrugnął wymownie, dodając: - Na razie musisz sobie jakoś radzić

- Tak. Jakoś sobie poradzę. - Brzytew nagle zmarkotniał.

- Coś cię trapi? Wyglądasz na przygnębionego. Wiem, że dużo wycierpiałeś, ale nie trać wiary. Jakoś nie wierzę w udane rządy Krnąbrnego, a Boer Wesoły wciąż ma w Królestwie sporo zwolenników. Jeszcze dużo się może zmienić.

Brzytew nie wiedział, jak odpowiedzieć uczonemu na pytanie. Kilka razy westchnął ciężko, po czym spuścił wzrok i powiedział grobowym głosem:

- Nie o to chodzi. Widziałem się z Dineh. Spotkanie nie poszło po mojej myśli, delikatnie mówiąc. W dodatku ma dziecko, co mnie tak zbiło z tropu, że gadałem jakieś głupoty.

- A kto jest ojcem?

- Nie wiem. - Wzruszył ramionami, udając obojętność. - Zresztą, jakie to ma znaczenie?

- Khm. - Goezze odkaszlnął, a na jego oblicze wkradło się dziwne zakłopotanie. Zaniemówił na chwilę, intensywnie nad czymś myśląc, by wreszcie nieśmiało wydukać: - Chyba muszę ci coś wyjaśnić.

*

Przez całą drogę nie wydusił ani słowa do Bezimiennego, co mu się nieczęsto zdarzało. Gdzieś w głębi czaszki ciągle tłukły mu się słowa mnicha.

Najpierw omal nie rozszarpał uczonego na strzępy, potem darł się na niego tak głośno, że pewnie połowa Barhan słyszała krzyki oraz przekleństwa, choć na szczęście chyba nikt ich nie rozumiał. Wreszcie uspokoiwszy się, z zaciśniętymi pięściami wysłuchał spoconego ze strachu Goezzego. Mnich wytłumaczył zwłokę śledztwem prowadzonym w sprawie czarnego ptaka, a z kolei późniejszy atak Krnąbrnego wszystko przekreślił i nie dało się nijak podjąć tematu. A wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba i poraziła Brzytew swoim przekazem.

Miał córkę. Zupełnie niespodziewanie dla samego siebie został ojcem.

Na szczęście Winfrid wyjawił sposób, który mógł sprawić, by syrena stała się kobietą. I chociaż tak naprawdę zdarzało się to niezwykle rzadko, a poza tym wszystko zależało od Dineh, niemniej golibroda, nie zwlekając ani chwili, zdecydował się stawić czoła wyzwaniu. Nie wybaczyłby sobie, gdyby przynajmniej nie podjął próby, skoro istniała szansa odzyskania ukochanej kobiety. Po raz wtóry przepowiadał sobie w głowie plan działania, żeby przypadkiem czegoś nie pokręcić. Wszystko wydawało się na pozór proste, lecz czasem nawet najłatwiejsze rzeczy mogły w okamgnieniu stać się karkołomnymi.

Z zamyślenia wyrwało go rżenie ogiera. Dotarł do celu.

Nawoływania nie przyniosły żadnego rezultatu. Przeklął wszystkie gwiazdy razem i każdą z osobna, dostało się też księżycowi, bo niebo tej nocy wyglądało niczym suknia wyszywana klejnotami. Wrócił do wierzchowca, którego w obawie przed morskimi potworami tym razem zostawił z dala od plaży, po czym ułożył się do snu.

- Będę tu tkwił, dopóki chmury nie zasłonią tego cholernego nieba - burknął i zamknął oczy.

Na wybrzeżu spędził dwa dni i dwie noce, ponieważ następna też okazała się pogodną. W pośpiechu nie zabrał ze sobą odpowiednich zapasów, więc trzeciego dnia łapał kraby i piekł je nad ogniskiem. Były całkiem smaczne, ale mięsa miały tyle, co kot napłakał. Z kolei Bezimienny ogołocił chyba całą okolicę z jakiejkolwiek i tak skromnie tutaj rosnącej zieleniny. Dużym problemem okazał się brak wody pitnej, lecz przy jego rozwiązaniu świetnie spisał się koń, który, wiedziony instynktem, odnalazł niewielkie źródełko. Jednak największym wyzwaniem był piekielny upał i wtedy z pomocą pospieszyło im morze, a raczej chłód jego fal. Zarówno Brzytew, jak i jego wierzchowiec spędzali niemal całe popołudnia, bycząc się w morskiej topieli. W ten sposób obaj jakoś przetrwali.

Trzeciego wieczoru firmament szczelnie zakryły ciemne chmury. Wkrótce lało jak z cebra, a przemoknięty do suchej nitki Golimistrz wytrwale oczekiwał na przyjście mroku nocy, uznawszy, że nawet najgorsza ulewa w tym kraju jest błogosławieństwem.

*

Nie czekał długo, po tym jak wykrzyczał jej imię. Pojawiła się niemal w tym samym miejscu, co poprzednio. Zgodnie z przewidywaniami mnicha tym razem przypłynęła sama, pozostawiając dziewczynkę gdzieś w głębinach. Goezze twierdził, że syrena może tak zrobić w obawie przed porwaniem dziecka, co już nieraz miało miejsce w odległej przeszłości, kiedy zdesperowani ojcowie posuwali się do tak radykalnych kroków. Brzytew nigdy nie postąpiłby w ten sposób, lecz miała prawo mu nie ufać, jeśli przeczuwała, że jakimś cudem dowiedział się prawdy o dziecku.

- Co cię znowu tutaj sprowadza? - spytała podejrzliwym tonem.

- Witaj, Dineh. - Krótką chwilę zastanawiał się, jak sformułować wypowiedź. Wreszcie, bez ogródek, wyłożył kawę na ławę: - Wiem, że to moje dziecko.

- Nie mam pojęcia, jak na to wpadłeś, ale tak, to nasza córka. - Ku jego zaskoczeniu nawet nie próbowała zaprzeczać. - Jednak pozostanie ze mną. Możesz ją, rzecz jasna, widywać.

W odpowiedzi padł przed nią na kolana. Jak nakazywała tradycja, wyciągnął przed siebie dłoń, w której trzymał pierścień. Pochyliwszy nisko głowę, przemówił mocnym tonem, nie pozwalając się zagłuszyć uderzającym o brzeg falom.

- Dineh, kocham cię nad życie. Chciałbym, abyś przyjęła ten pierścień i została moją żoną. Niech świadkiem naszych zaślubin będzie morze i wszystko, co w nim żyje.

Nie podniósł wzroku. Czekał. Jego rola w tym momencie dobiegła końca, następny ruch należał do niej.

- Zanim ci odpowiem - odezwała się syrena po krótkiej pauzie - to muszę cię o coś zapytać. Jeśli się zgodzę zostać twoją żoną, czy zamieszkasz ze mną w morzu?

W głowie Golimistrza rozgorzała bitwa. Myśli ścierały się ze sobą, używając jako oręża argumentów, gdzie jedne doradzały pozostanie na bezpiecznym lądzie, a inne poświęcenie w imię miłości. Brzytew zamknął oczy. Słyszał coraz głośniejsze bicie swojego serca. Postanowił pójść za jego głosem.

- Tak - odrzekł. - Zamieszkam z tobą nawet na dnie samego piekła.

Oczekiwanie przeciągało się, lecz nie tracił nadziei. Klęczał, dopóki nie poczuł jej pocałunku na swoich ustach. Dineh powoli wsunęła obrączkę na palec, mówiąc: 

- To mi wystarczy. Do piekła się nie wybieram. Zostanę twoją żoną, Golimistrzu Brzytew. Tutaj, w obecności morza i wszystkiego, co w nim żyje.

Niebo przeszywała błyskawica za błyskawicą, aż stało się jasno jak w dzień. Na morzu poczęły się tworzyć monstrualne bałwany, wyglądające niczym jakieś mroczne istoty, które tak jak nagle się pojawiały, tak samo szybko z ogłuszającym szumem zapadały w kipiel, znikając bez śladu. Grzywacze chaotycznie pulsowały i zderzały się ze sobą z dala od brzegu, woda bryzgała wysoko w powietrze, jakby chciała dosięgnąć chmur.

Raptem, jak na zawołanie, wszystko ucichło. Morze uspokoiło się. Wiatr przegonił chmury, oddając niebo gwiazdom oraz księżycowi, a po gigantycznej burzy pozostało jedynie wspomnienie.

Na jednej z fal, ułożone w czymś w rodzaju gniazda, przypłynęło do brzegu dziecko.

- Oto nasza córka, Rubin - rzekła Dineh, podając latorośl ojcu.

- Rubin? Piękne imię dla pięknej dziewczynki. - Przypatrywał się maleństwu, nie kryjąc zachwytu i delikatnie tuląc je do piersi. - Ma nos podobny do mojego - dodał z dumą.

- Oby nie. - Kobieta roześmiała się w głos. - Mogłaby się czuć przez to nieszczęśliwa.

- Dineh, ty... nie masz ogona - zreflektował się, puszczając mimo uszu jej uwagę o nosie.

- No, nie mam. A chciałbyś mieć rybę za żonę, głuptasie?

W przestrzeni rozległo się klekotanie. Wzmagało się z każdą chwilą, co oznaczało zbliżające się kłopoty.

- Tnue... - szepnęła przerażona Dineh.

- W nogi! - wrzasnął Brzytew, chwytając wybrankę za rękę, a drugą przyciskając córkę. - Bezimienny czeka.

Stwór znajdował się zbyt daleko, by ich dopaść, niemniej napędził im niemało strachu. Biegnąc, przez cały czas słyszeli klekotanie, które jednak nie wzmagało się i wyglądało na to, że tnue nie wpadł na ich trop. Gdy tylko dotarli do wierzchowca, golibroda usadził kobietę na grzbiecie zwierzęcia, po czym podał jej dziecko, na koniec sam wskoczył na siodło. Natychmiast ruszyli. Nie forsując tempa, kierowali się całkiem dobrze widoczną w świetle księżyca drogą do Barhan. Nowożeńcy, podczas jazdy, nie żałowali sobie pocałunków, przerywając je czasami na dłuższe rozmowy.

- Brzytew, powiedz mi, czy mówiłeś prawdę? Rzeczywiście byłbyś w stanie poświęcić się i zamieszkać z nami w głębinach?

- Jeśli to by było możliwe, to na pewno tak. Dla miłości życia warto się poświęcić, jak i dla dziecka - odpowiedział po krótkim namyśle, sięgając po futro uwieszone przy siodle. - Dineh, załóż to. Jesteś zupełnie naga, a noce tutaj są zimne.

Kiedy się ubierała, zaczął ją wypytywać o tnue, gdyż już od pierwszego spotkania ze stworem roił mu się w głowie pewien plan, ale do jego wykonania potrzebował informacji. Sprawy tak się potoczyły, że nie znalazł czasu, aby zagadnąć Goezzego, więc chętnie wysłuchał Dineh, która poruszyła kilka istotnych kwestii dających mu do myślenia.

Tnue żyły przy morskim dnie i, zakopane w piasku, były praktycznie niewidoczne dla innych słonowodnych stworzeń. Atakowały z ukrycia, lecz ponieważ nie potrafiły pływać, mogły jedynie polować na skorupiaki lub inne powolne zwierzęta. W głębinach syreny nie obawiały się tnue, ponieważ stwory nie miały najmniejszych szans, by je doścignąć. Uciekały przed nimi bez większego trudu, a czasem nawet celowo je drażniły, zmuszając do zabawy w berka. Inaczej sprawa wyglądała na lądzie, gdzie tnue, których nie spowalniał opór wody, potrafiły bardzo szybko biegać, a dla odmiany syreny stawały się zupełnie bezbronne. Dlatego stwory, ukryte pod osłoną nocy, penetrowały plaże w poszukiwaniu łatwej zdobyczy. Ich ofiarami najczęściej padały foki lub zabłąkane zwierzęta lądowe oraz, choć znacznie rzadziej, syreny i ludzie. Dineh wspomniała też, że ich jedynym słabym punktem jest brzuch.

- Całą resztę chroni gruby pancerz. Nie rozbijesz go, choćbyś walił toporem. Do tego mają bardzo silne szczypce. To ich klekotanie miałeś okazję usłyszeć.

- Dużo ich jest? - dopytywał się Brzytew.

- Nie wiem, trudno powiedzieć, bo chowają się w piachu na dnie. - Zamilkła na chwilę, intensywnie nad czymś myśląc, by po chwili dodać: - Coś właśnie sobie przypomniałam. Tnue żyją samotnie, nie przepadają nawet za towarzystwem swojego gatunku, oczywiście oprócz okresu godowego. Wydaje mi się, że dzielą się brzegiem między sobą.

- Czyli gdyby zatłuc tego za nami, to syreny miałyby spokój?

- Być może. Przynajmniej dopóki nie pojawiłby się inny tnue. A co? 

- A nic.

Obróciła głowę i przez moment przyglądała mu się podejrzliwie. Jednakże zaniechała jakiegokolwiek komentarza, a tylko uśmiechnęła się wymownie. Przytulił ją jeszcze mocniej i zerknął na dziecko. Spało jak suseł, ukryte pod kożuchem i wtulone w kobiece piersi, kołysząc się w rytm końskiego stępa.

*

Pierwsze promienie słońca wpadały przez okna, dzięki czemu widać było znacznie więcej niż jeszcze przed chwilą, kiedy wreszcie dotarli do celu. Dineh rozejrzała się po mieszkaniu, nie kryjąc ciekawości, gdy tymczasem Brzytew mościł w kącie futrzany kojec dla dziecka.

- Miejsca tutaj trochę mniej niż w głębinach - skomentowała dowcipnie, ale bez krzty ironii w głosie, i ułożyła Rubin na posłaniu.

- Dopiero zaczynam. Z czasem znajdzie się coś większego - wyjaśnił trochę zmieszany. - Chodźmy spać, Dineh. Jestem wycieńczony i ty pewnie też. 

- Spać?

Podeszła do niego i wtuliła się w barczyste ramiona. Delikatnymi dłońmi czule muskała szyję, jednocześnie ocierając się piersiami o jego tors. Golimistrz poczuł ogromny przypływ pożądania, które w trymiga przegoniło wcześniejsze zmęczenie.

- Były zaślubiny, potem podróż poślubna, to teraz czas na noc poślubną - szepnęła mu do ucha.

Bez trudu uniósł wybrankę, po czym złączeni w namiętnym pocałunku wylądowali na łóżku. Objął ją mocno, nawet przez kaftan, który na siebie zarzuciła, czując, że jest gorąca niczym żar ogniska, wręcz emanowała niewiarygodnym ciepłem. Przesuwał dłonie po całym jej ciele, pieścił piersi mocno, lecz z wyczuciem, bez zbędnej siły, i bez przerwy spijał słodycz z wilgotnych ust. Odpowiadała jękami pełnymi rozkoszy, wodząc dłońmi po jego plecach, błądząc palcami w jego włosach. Na moment zastygli w bezruchu, ich usta rozłączyły się, a oni wpatrywali się w siebie, by gdzieś w głębi oczu poszukać blasku, jakiejś iskry lub powoli rodzącego się ognia.

Znaleźli tam buchające płomienie.

Szybko pozbyli ubrań, rozrzucając je po całej izbie.

- Przybyło ci kilka nowych blizn - zauważyła, całując delikatnie jedną z nich.

- Byłem nieostrożny w pracy. Powinienem bardziej uważać przy goleniu klientów.

*

Golimistrz prowadził na postronku koziołka, zręcznie manewrując między tłoczącymi się na targu ludźmi. Kilku kupców już zdążył poznać, zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych, więc chętnie pozdrawiał ich skinięciem głowy. Nagle poczuł czyjąś rękę na ramieniu.

- Co z tobą, Brzytew? - zapytał rozbawiony Goezze. - Aż taki zakochany jesteś, że ludzi nie poznajesz?

- No, tak. Ciebie to akurat trudno przeoczyć. - Zaśmiał się, jednocześnie chowając za sobą kozła. - Przyniosłeś mi to?

- Tak. To najlepsza tutejsza szabla. Ale na razie nie paraduj z nią. Powiedz, na co ci ona? - spytał mnich, wyjął spod zwoju materiału hidenyjski oręż i wręczył golibrodzie. Wtem zauważył wystające zza pleców rozmówcy rogi. - A co ty tam masz? O! Widzę, że dziś kozina będzie na obiad.

- Nie, nie będzie. Potrzebuję go do czegoś innego. Zresztą Dineh zdecydowanie woli ryby. Dzięki za szablę.

- Ach... tak? - Doradca przyjrzał się mu uważniej. Znali się nie od dziś, więc potrafił co nieco wyczytać z oblicza kamrata, nawet jeśli ten usiłował zachować to w sekrecie. - Coś szykujesz, co? I pewnie dlatego chciałeś szablę? Jeśli potrzebujesz towarzysza, to...

- Nic z tego - przerwał mu Brzytew. - A teraz bywaj, Winfrid. Spieszę się.

Mnich stał pośrodku targu z rozdziawioną gębą i odprowadzał wzrokiem oddalającą się postać, dopóki zupełnie nie zniknęła mu z oczu.

- A tego co napadło? - dziwił się. - Przecież zawsze tworzyliśmy tak dobry zespół... - Wzruszył ramionami i dodał: - A pal go licho. I tak się potem dowiem, o co chodziło.

*

Wykopanie w piachu zagłębienia nie zajęło Golimistrzowi dużo czasu. Ułożył się w nim, dzierżąc w dłoni szablę, i sprawdził, czy głębokość była odpowiednia. Wyszedłszy z dziury, przez chwilę lustrował ją wzrokiem, po czym ukontentowany kiwnął głową i usiadł na plaży.

Słońce jeszcze nawet nie dotknęło tarczą wody, miał więc trochę czasu do zachodu, by wykorzystać te chwile na odpoczynek i przemyślenia. Co rusz zerkał na uwiązanego przy wydmach koziołka, który mielił w zębach źdźbła trawy.

Gdy odpoczął, a i rozważać już nie było za bardzo czego, wstał na równe nogi i skierował się ku zwierzęciu.

- Chodź, rogaty - powiedział, chwytając za powróz. - Niedaleko jest źródło. Ty ugasisz pragnienie, a ja napełnię mój bukłak.

*

Mocno poszarzało, zbliżała się noc. Brzytew, leżąc w dole, przywiązał sobie powróz do ręki. Trzymał koziołka blisko siebie, a jednocześnie okrywał się zwojem lekkiego materiału, który zabrał żonie Rikoda. Tkanina miała kolor piasku. Kiedy przysypał na wierzch cienką warstwę prawdziwych ziarenek, kryjówka była gotowa, a ponad jej brzeg wystawała mu tylko głowa oraz dłoń zaciśnięta na rękojeści szabli. Cierpliwie czekał, łypiąc oczami na boki w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu. Niebawem pociemniało jeszcze bardziej, ale wsparty blaskiem spływającym ze sklepienia niebieskiego, miał wcale nie najgorszą widoczność.

Od czasu do czasu jakieś ruchy lub cienie na wodzie wzmagały jego czujność. Jak na razie były to fale przybierające czasem dziwne kształty, silnie działając na wyobraźnię i przyprawiając o szybsze bicie serca. W pewnej chwili koziołek zaczął wyraźnie się niepokoić i szarpać powróz. Jednak Brzytew ani myślał przeciąć sznur. Dziwiło go tylko, że pomimo narastającej paniki zwierzęcia nie zauważył niczego podejrzanego.

Zatrzymał wzrok na wystającym z wody zaokrąglonym dysku. Jeszcze przed chwilą sądził, że to cień rzucany przez fale, jednak coś się tutaj nie zgadzało. Ciemny zarys był zbyt regularny. Trwał bez ruchu, zaledwie kilka kroków od brzegu, i ani na jotę nie zmieniał położenia. Przypominał małą wysepkę wyrastającą minimalnie ponad lustrem wody. Ledwo zauważalnie uniósł się i bardzo wolno począł zbliżać się do plaży.

Kozioł dosłownie oszalał. Zaczął przeraźliwie beczeć, a wierzgał przy tym z taką siłą, że omal nie wyrwał golibrodzie ręki ze stawu.

Nagle coś wyskoczyło z wody. Z niewiarygodną prędkością ruszyło do zwierzęcia. Niezliczona ilość krótkich nóżek, ledwie widoczna pod pancerzem, przebierała w nieprawdopodobnym tempie. Para ogromnych szczypców na przemian otwierała się i zamykała, wydając hałas, który Golimistrz słyszał już wcześniej.

Jednym machnięciem szabli przeciął postronek. Kozioł natychmiast wystartował do biegu o własne życie. Źle zaczął, bo najpierw potknął się o głowę golibrody, ale jakoś się pozbierał i ruszył dalej. Jednak tnue sprawiał wrażenie szybszego. Było niemal pewne, że za moment dopadnie zdobycz. Przebiegł nad kryjówką Golimistrza, nad jego głową i ustawioną pionowo szablą... Brzytew poczuł potężne szarpnięcie.

Raptem rozległ się głośny pisk. Stwór zarył pancerzem w wydmę i się zatrzymał. Leżał częściowo przysypany piachem. Klekotanie ustało. A kozioł zniknął gdzieś za wydmami, bez przerwy becząc jak opętany.

Brzytew wygramolił się z dołu. Po jego włosach i twarzy spływała gęsta posoka. Ostrożnie, przyczajony niczym lis, podchodził do tnue, na wszelki wypadek trzymając w gotowości zakrwawioną szablę.

Zanim dotarł do stworzenia, w oczy rzucił mu się szlak znaczony wnętrznościami i ciemną juchą, która wsiąkała w piasek. Golimistrz, zapobiegawczo, kilkukrotnie wbił oręż poniżej linii pancerza, choć było już pewne, że tnue został zabity. Obszedł stwora dookoła i z uznaniem ocenił jego wielkość. Porównałby go do dorosłego niedźwiedzia. Na koniec, mocnym cięciem szabli, odrąbał jedno ramię szczypców.

- Zabiorę. Może Goezze kupi? - mruknął pod nosem. Zwracając lepkie od krwi oblicze ku księżycowi, dodał szeptem: - Do kata. Czasem lubię tę robotę.

Przed odjazdem przymocował liną ścierwo do siodła, po czym wciągnął je z powrotem do wody, zmuszając Bezimiennego do sporego wysiłku. Koń, z trudem bo z trudem, jakoś sobie poradził i po chwili martwe cielsko znalazło się wśród fal. I dobrze. Niech się ryby nażrą, a i na plaży nie będzie śmierdzieć trupem, pomyślał, wydostając się poza wydmy.

Galopując do Barhan, odczuwał niemałą satysfakcję, ale bezustannie zastanawiała go jedna rzecz. Gdzie się podział ten cholerny kozioł?