Rozdział trzeci. Dom
Wschodnie Rubieże, zwane też Kresami, rozciągały się wzdłuż wschodniej granicy królestw Szydoru i Pochuncji, na tyle na uboczu, że nie brały udziału w większości potyczek i wojen toczących się w pobliżu. Jednocześnie handel mizrinowym drzewem, o jasnym chropowatym pniu, doskonałym do budowy statków, pałaców i katedr, zapewniał Kresom pewną niezależność od większych suwerenów. Z dzieciństwa Czarny Płaszcz zapamiętał cierpko-słodki zapach drobnych, białych kwiatów wczesną wiosną i świeżą, korzenną woń ściętych pni jesienią. Tylko najwytrwalsze wiewiórki mogły przegryźć skorupki małych, twardych mizrinowych orzechów, które – jeśli już udało się je rozłupać – stanowiły pożywną strawę. W parne sierpniowe południa widać było przemykające wśród gałęzi rude kity, zrzucające łupiny na niczego niespodziewających się wędrowców.
W bujnych zagajnikach krzewiły się maliny, ciężkie od słodkich, pełnych owoców. Wśród wysokich traw porastających wzgórza pasły się spokojnie krępe konie i czarne owce. Gdzieniegdzie dało się zauważyć kędzierzawą czuprynę leżącego pasterza o ospałych oczach, z nieodłączną fletnią na piersiach.
W południowych księstwach mawiano z przekąsem, że kresowianie mieszkali zbyt blisko granicy z elfami, żeby wyszło im to na dobre – co nów kąpali się w krwi cielęcej w świetle księżyca i chadzali boso po szczytach ostańców, zrzucając kamienie na niepożądanych gości. Niemniej nie przeszkadzało to Południowcom sprowadzać stąd drewna do letnich rezydencji, a kto miał tartak i pozwolenie na ścinkę drzew – ten żył dostatniej niźli niektórzy utytułowani hrabiowie z bardziej cywilizowanych zakątków świata.
Wiewiórczy Dwór, zwany przez kresowian Wiewiórczynem, należał do takich posiadłości – z dwoma tartakami, dwoma młynami na rwącej Bystrzynie oraz stajnią pełną pełnokrwistych kresowych koni i zagajnikami mizru o wysokich pniach i mięsistych owalnych liściach zwisających jak łzy z gałęzi.
Czarny zerwał kilka liści i roztarł je między palcami. Tak mu brakowało tego cierpkiego, korzennego zapachu! Orzech pacnął na ziemię przed kopytami Tardymbasa, a winowajczyni umknęła, powiewając rudą kitą. Południowa spiekota ustąpiła łagodnym podmuchom ciepłego wiatru. Półelf zrezygnował z szerokiej, ubitej drogi, skręcając w krótszą, leśną ścieżkę. Otarł dłonie o czarną koszulę, starając się uspokoić. Las zaczął się przerzedzać i słychać było wesołe, szczebiotliwe głosy dziewcząt, bez uwodzicielskiego tembru, jako że mężczyźni o tej porze pracowali przy drewnie, na polu lub przy zwierzętach.
Ile minęło czasu? Dziewczęta, które teraz przekomarzają się wesoło, musiały być dziećmi, gdy wyjeżdżał w glorii i chwale, z nową czarną peleryną, trzosem pełnym monet i głową nabitą głupstwami.
Tardymbas dostojnie zwolnił kroku, potrząsając grzywą zaplecioną w drobne warkoczyki. Na polanie siedziały i półleżały kobiety, wszystkie ze swobodnie rozpuszczonymi włosami, w cienkich, bawełnianych sukniach podkreślających ich kształty. Nie spodziewały się nikogo – jedne przebierały zioła w koszach, inne haftowały powoli barwne wzory na białych koszulach, jeszcze inne wylegiwały się, obracając twarze ku ciepłym promieniom słońca. Zastukotały kopyta – kobiety obróciły się z ciekawością, któż to wrócił szybciej.
– Svartalfy! – wrzasnęła jedna, zrywając się na nogi. Zioła wysypały się z przewróconego koszyka.
– Ajjj! Na pomoc! Ratunku! Elfy! Elfy! – zawołała z przerażeniem inna, cofając się pod mury.
Niektóre zaczęły uciekać, inne siedziały pobladłe.
– Spokojnie! Nie zrobię wam krzywdy! – Czarny Płaszcz uniósł dłonie w górę. Tego się nie spodziewał.
Skrzypnęły duże, dębowe drzwi. Czarnowłosa kobieta o twarzy przykrytej ciemną woalką stanęła na progu. Przypominała posąg o alabastrowej, gładkiej skórze, tak innej od słonecznej opalenizny dziewcząt. Zrobiła kilka drobnych, sztywnych kroków, wyciągając dłonie przed siebie.
– Wyjedź z cienia, elfie.
Szafiry na jej piersiach błyszczały ponurym granatem.
– Nie poznajesz mnie? – Czarny zeskoczył z konia, podchodząc lękliwie z płochym uśmiechem na twarzy. – Pamiętasz mnie?
Kobieta milczała. Gdy znalazł się bliżej, położyła mu dłonie na ramionach, wpatrując się nieruchomym wzrokiem w jego twarz, jakby szukała w niej rozwiązania tajemnicy. Wstrzymał oddech. Chwila przedłużała się nieznośnie. Kierując się odruchem, objął ją wpół, a ona stała jak posąg, prosta jak strzała i obojętna.
– To ja, mamo. Wróciłem. Poznajesz mnie?
Cofnął się, jeszcze raz się jej przyglądając. Gęste, ciężkie włosy opadały na ramiona, choć jako zamężna powinna nosić je splecione na karku. Zamrugała, dotykając jego policzka.
– Czarny – powiedziała cicho i odwróciła się, zmierzając z powrotem do domu. – To mój syn, głupie – powiedziała zimno do dziewek.
Czarny Płaszcz został na polanie. Dziewczęta rozproszyły się, z opuszczonym wzrokiem sprzątając bałagan. Niektóre strzelały oczami spod powiek na obcego o intrygującej twarzy, która była bielsza niźli ich najlepsze koszule.
***
Dwaj chłopcy wjechali na dziedziniec. Obaj mieli złociste, długie włosy opadające grzywą na szczupłe ramiona. Starszy – na oko trzynasto-czternastoletni – starał się podążać przed młodszym, wyraźnie nadąsany. Za to młodszy stroił miny, pusząc się na siodle i zadzierając nos.
– Wielki wojownik Pawie Pióro! – krzyczał za nim. – Kurze oko! Tchórzofretka!
Starszy odwrócił się ze złością.
– Nie będę się z tobą bawił, dzieciaku! Niebawem będę wojownikiem, a ty ledwo co odrosłeś od cycka mamki!
– Nieprawda! – wydarł się młodszy bojowo. – Jeszcze ci pokażę, jakim jestem wojownikiem!
Znienacka w jego ręku znalazło się niedojrzałe jabłko. Wytknął czubek języka, zmrużył oczy i wycelował w plecy starszego brata.
– Dobry wojownik nigdy nie daje się zaskoczyć – powiedział donośnie niski głos.
Chłopcy zatrzymali konie, rozglądając się w popłochu.
– Kim jesteś? Gdzie się chowasz? – powiedział groźnie starszy, kładąc dłoń na mieczu.
– Jestem cieniem pośród gałęzi, jestem szelestem w wietrze. Jestem podobny do ciebie i niepodobny zarazem.
Starszy obrócił się zaniepokojony, usiłując dojrzeć intruza. Młodszy tymczasem skulił się pod rozłożystą, starą jabłonią. Podwórze było opustoszałe o tej porze, ale dlaczego nikt się nie zjawił na ich widok? Pobielałe ściany dworku wyglądały jak bezpieczna przystań – jednak ktoś na nich czyhał gdzieś wśród bujnych zarośli wokół domu. Kto? Starszy chłopiec przebiegł wzrokiem po stajni i jej uchylonych wrotach, po mizrinowym zagajniku, rabatach pełnych słoneczników, starym sadzie pełnym zdziczałych jabłoni i gruszy, gdzie skrył się młodszy brat.
Chwila! Gniada Sikorka skubała trawę – bez jeźdźca na siodle!
– Niedźwiadek! – krzyknął młodzieniec, ściskając miecz. – Niedźwiadek!!!
Cisza.
– Myślałem, że jesteś trochę lepszy w rozwiązywaniu zagadek – powiedział przeciągle aksamitny głos.
– Oddawaj mojego brata! Wyłaź z ukrycia, tchórzu! – krzyknął bojowo starszy, obnażając zęby. – Zaraz cię wypatroszę! Połamię kości!
Intruz wybuchnął szaleńczym śmiechem, do którego po chwili dołączył zduszony chichot dziecka.
– Co u licha…
Spomiędzy gałęzi jabłoni wyjrzała twarz Niedźwiadka. Chłopiec zszedł na ziemię, strącając kilka jabłek, radosny i umorusany.
– Czekam na wyjaśnienia – powiedział ponuro starszy brat.
– A ja na powitanie – odparł lekko niski głos. – To, że nie masz swojego imienia, nie znaczy, że powinieneś tracić resztki wychowania, mój złoty braciszku!
Chłopiec podszedł pod jabłoń. Na najgrubszej gałęzi rozpierał się z gracją odziany na czarno młody mężczyzna, o kruczych włosach związanych opaską na elfią modłę i znajomych rysach.
– Żeby była jasność: wcale się nie ukrywałem! – roześmiał się Czarny Płaszcz, przeciągając i zeskakując z drzewa. – Tak byliście zajęci sobą, że świata nie widzieliście!
Niedźwiadek wtulił się mocno w elfiego półbrata, opierając brodą o jego brzuch i patrząc z uwielbieniem w oczach. – A przywiozłeś nam coś?
– Przyjechałeś na moje postrzyżyny – powiedział cicho starszy chłopiec. – Nie odpowiedziałeś na mój list. Myślałem…
– Wolałem po prostu przyjechać – odpowiedział Czarny Płaszcz, dając prztyczka w nos Niedźwiadkowi. – Nawet sprawy wielkiego świata muszą zaczekać.
– Nie skończyłeś Akademii, ojciec powiedział, że uciekłeś…
– Znalazłem… lepsze zajęcie – uśmiechnął się krzywo półelf. – Na dworze magnata, na południu. Ale dla mojego brata zawsze znajdę czas. Kiedy uroczystość? Sądząc po twoich długich kudłach, nie spóźniłem się za bardzo?
Wspólnie weszli do dworku, przekomarzając się i rozmawiając z ożywieniem. Czarny Płaszcz zatrzymał się w progu. Jego bracia odwrócili się ze zdziwieniem. Uniósł brew, rozkładając ręce.
– Ach… Wejdź w nasz dom, bądź naszym gościem – powiedział starszy z zakłopotaniem.
Czarny Płaszcz pokłonił się jemu przesadnie nisko, paradnie przestępując próg. Niedźwiadek zaczął tańczyć dookoła niego, wrzeszcząc z radości, jak jakiś barbarzyńca z dalekich krain. Chwycił go za rękę, ciągnąc do swojego nowego pokoju – starszy brat bowiem, tracąc imię miesiąc przed uroczystością, spał poza domem, jako że nie należał już do świata dzieci, ani jeszcze do świata dorosłych. Starszy brat – nie można było wymawiać jego dziecięcego imienia, przynosiło to pecha – wywrócił oczami.
– Barbard wraca dzisiaj? – szepnął Czarny Płaszcz do brata, gdy Niedźwiadek oddalił się na chwilę, przeskakując po trzy stopnie.
– Nie, ojciec wyjechał do miasta rozmówić się z ostatnimi kupcami mizrinu, wróci najszybciej pojutrze.
Czarny Płaszcz kiwnął głową. Dobre i to, choć jak dla niego mógłby nie wracać.
Niedźwiadek stanął dumnie w surowym pokoju z własnym kominkiem, rzeźbionym w klucze i mizrinowe liście, napawając się zdobionym łożem i sekretarzykiem, a także – oczywiście – łukiem wiszącym na ścianie, zbyt jeszcze dużym na jego drobne ramiona.
Czarny Płaszcz zdjął łuk, napiął cięciwę i udał, że mierzy do przechodzącej przez podwórze opasłej kucharki.
– Czy nadal jest taką jędzą, jaką była kilka lat temu? – zapytał, mrużąc oczy.
– Większą! – odparł ze smutkiem Niedźwiadek, pierwszorzędny łasuch.
– Dajcie strzały – mruknął Czarny Płaszcz, przysiadając na parapecie.
Obserwował, jak idzie do kuchni kolebiącym krokiem, bujając obfitymi biodrami w lewo, w prawo, w lewo, w prawo – od patrzenia można było dostać choroby morskiej – niosąc przed sobą kosz wypełniony po brzegi jajami. Posapując, uniosła stopę, by postawić ją na schodku – pach! Strzała wbiła się między jaja, roztrzaskując kilka na wszystkie strony. Kucharka wrzasnęła, straciła równowagę – i spadła na ziemię, a reszta jajek potłukła się, spływając po jej twarzy i białym fartuchu.
– Poszło lepiej, niż myślałem – powiedział z zadumą Czarny Płaszcz.
Kucharka zadarła głowę, dostrzegając chowającą się za murem sylwetkę.
– Ty…! – wrzasnęła, rozpoznając go. – Ty dzikusie, ty huncwocie, ty obwiesiu!
Chłopcy zwijali się ze śmiechu na podłodze. Czarny tymczasem usiadł przy otwartym sekretarzyku i przejechał dłonią po wygładzonym, inkrustowanym blacie. Chwila…
– To sekretarzyk matki? – zapytał cicho.
Niedźwiadek chichotał niepowstrzymanie, ale starszy brat spoważniał. Podszedł do biurka, opuszczając wzrok.
– Nie wiesz, co się z nią teraz dzieje… jaka jest. Kiedyś prawie spaliła dom, rozniecając pożar z jakiś starych listów. Ojciec kazał go postawić tutaj, to droga rzecz.
– To droga rzecz d l a n i e j – wycedził Czarny Płaszcz, dotykając szufladek, w których kiedyś trzymała pamiątki z dawnego życia, z życia przed Wiewiórczym Dworem. Nic dziwnego, że Barbard kazał go usunąć z jej pokoju, tak jak odsunął od niej pierwszego syna. Tak. Gdy o tym myślał, sam nie mógł zrozumieć swojego zdziwienia. Barbard był przewidywalnym człowieczkiem.
– Czarny – starszy brat przyjął błagalny ton. – Matka… ona oszalała. Naprawdę. Są lepsze i gorsze dni, a mówię ci, nie chcesz zobaczyć tych gorszych. Jest groźna dla siebie, dla innych.
Czarny Płaszcz milczał chwilę.
– Dziś ma lepszy dzień? – zapytał sucho.
– Tak, wypuszczamy ją wtedy na świeże powietrze, żeby pochodziła trochę, służki ją pilnują.
Czarny wstał gwałtownie i podszedł do okna.
– Ja jej trochę śpiewam i opowiadam, co zbroiłem, i tańczymy razem, i jemy słodkości – powiedział Niedźwiadek lekko. – Powiem jej, co dziś zrobiłeś! To było absolutnie królewskie!
– Królewskie? Tak teraz mówią młodzi? – zapytał Czarny, patrząc na rozciągające się pola, łąki i gdzieniegdzie wyłaniające się wapienne zęby ostańców. Słońce nieprzyjemnie paliło jego wysokie, jasne policzki. Wiedział, że powrót taki będzie, czuł to pod skórą. A przecież kiedyś tak kochał to miejsce.
– Dobrze, chłopcy – powiedział po chwili, mrużąc oczy. – Pójdę się odświeżyć do sali łaziebnej, nie pamiętam, kiedy ostatnio brałem kąpiel.
Niedźwiadek patrzył na niego z bezgranicznym podziwem. Ktoś, kto nie musiał się kąpać częściej niż raz na dwa dni, budził jego respekt. Sam musiał kąpać się co dzień przed uroczystą kolacją, uważał to za stratę czasu. I skóry ścieranej przez służki. Czarny pstryknął go w ucho z uśmiechem.
– Odprowadzicie mnie? – spytał.
Drewniany sekretarzyk przyciągnął jego spojrzenie. Matka ze śpiewem wyciągająca stare nuty – złoty medalion z pocałunkiem cesarza – skrobanie po papierze, gdy nieporadnie uczył się pisać – zasuszone kwiaty – welon, który drapowały jej pokojowe, a ona ściskała wargi do białości…
– Boję się – powiedział cicho starszy z braci.
Szli pustym korytarzem do wschodniego skrzydła. Kamienne posadzki dźwięczały od ich kroków: szybkich, krótkich tup-tup Niedźwiadka, ledwo słyszalnych, miękkich szu-szu Czarnego i powłóczystych, niepewnych stuk-stuk jeździeckich butów starszego brata.
– Dasz radę. – Czarny ścisnął jego ramię. – Zawsze byłeś zwinny, błyskotliwy. Wywalczysz sobie nowe, męskie imię i poważanie.
Jasne oczy spojrzały w górę z nadzieją. Nadal był wyższy od niego, chociaż – kto wie – może za parę lat wróci tu na ślub i okaże się, że braciszek przerasta go o głowę.
– Ojciec nie zna się na formach i szermierce. Kiedyś pamiętał je wszystkie, ale nie mam się kogo poradzić, odkąd mistrz Dago zmarł na wiosnę… A starszych innych rodów nie wypada pytać, nie nam…
Czarny zatrzymał się w miejscu. Chłopcy stanęli, spoglądając po sobie. Widział, że trudno im odczytać jego twarz, zapomnieli, że u niego najdrobniejsza zmarszczka znaczyła gniew, a pogłębiony dołek w policzkach – uśmiech. A może kiedyś taki nie był?
Kiwnął dłonią. Niech zaczekają chwilę.
Gdy pojawił się z tobołkami, mieli nadal niepewne miny.
– Proszę – wręczył każdemu pakunek.
Niedźwiadek z okrzykiem dzikiej radości wyciągnął łuk – mały, ale giętki, dobry dla takiego szkraba. Oko i rękę trzeba ćwiczyć od dziecka.
– To nie jest zabawka, Niedźwiadku. – Wziął go pod brodę. – To prawdziwa broń.
Niedźwiadek pokiwał głową i odtańczył taniec radości, wymachując łukiem na boki.
Za to starszy brat w milczeniu ważył w ręku ostry, piękny miecz z najczystszej krasnoludzkiej stali.
– To miał być prezent… cóż, po tym, jak zdobędziesz nowe imię. Ale chyba przyda ci się już teraz, co? Idź ćwiczyć, jak się odświeżę i coś przekąszę, przyjdę do ciebie, poszlifujemy formy.
– Jest piękny – powiedział chłopiec cicho, wymachując nim na próbę.
– Teraz musisz wymyślić dwa imiona – rzucił Czarny przez ramię, wchodząc do przedsionka łaźni.
***
Leżał zanurzony w gorącej wodzie, opierając plecy o szorstki kamienny gzyms. Po raz kolejny doszedł do wniosku, że był stworzony do wystawnego życia i dobrobytu. Szkoda, że dobrobyt najwyraźniej nie był stworzony dla niego. Zanurzył głowę. Ciepło rozlało się rozkosznie po całym jego ciele. Zamknął oczy. Została tylko upajająca, gorąca nieważkość. Żadnych kłopotów, żadnych zmartwień. Wynurzył się, parskając i prychając. Krew pulsowała w jego żyłach, rumieniąc blade policzki. Gdyby ktoś go teraz obserwował, dostrzegłby srebrzystą sieć naczyń znaczącą jego białe ciało; pamiętał, jak Yngri wpatrywała się w niego wielkimi oczami, jakby zobaczyła smoka, a przecież miał domieszkę krwi elfów.
Demony i złe moce!
Nie, nie będzie o tym myślał.
Wyszedł z kąpieli ociekający wodą i ponury. Owinął się ręcznikami i zaczął osuszać długie, ciemne włosy, tak podobne do włosów matki. Kroki. Służąca o pełnej twarzy i perkatym nosku, chyba nawet jedna z tych, które wcześniej panicznie uciekały na jego widok, przyszła zabrać jego ubranie. Na stołku leżało nowe, zielono-rude, w barwach Wiewiórczyna. Będzie w nim wyglądał jak błazen. Cóż, na wschodzie czarne ubrania źle się kojarzyły.
– Przynieście posiłek na powietrze – powiedział oschle.
Nie spojrzała na niego, kiwnęła lekko głową i zniknęła pospiesznie w przedsionku. Jakby mogła się od niego tą elfią krwią zarazić. Albo jakby się bała. Nie wiedział, co bardziej go irytowało.