Czarny ogród - Małgorzata Szejnert

Kup ebooka

76.99 zł
69.29 zł (59,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przypisy

1 Tak opisał jeźdźca Rembrandta Maurycy hrabia Dzieduszycki w dziele: Krótki rys dziejów i spraw Lisowczyków, Lwów 1844. Płótno znajdowało się wtedy jeszcze w Polsce, w zbiorach rodu Tarnowskich w Dzikowie. Właściciele pozwolili autorowi obejrzeć obraz, a także reprodukować go w książce w czarno-białej odbitce cynkograficznej. Hrabia Dzieduszycki uzupełnił kolory słowami.

2 Wojna trzydziestoletnia (1618-1648) była wojną cesarzy habsburskich z lokalnymi książętami, wojną religijną katolików z protestantami, wojną wielu państw i władców Europy o władzę na kontynencie.

Stanęli przeciw sobie z jednej strony: cesarze z rodu Habsburgów i katoliccy książęta Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego wspierani przez Hiszpanię i południowe Niderlandy, z drugiej strony: związek książąt i miast protestanckich Rzeszy i jego sprzymierzeńcy Francja, Szwecja, Holandia i Sabaudia. Bezpośrednią przyczyną wojny, która objęła całą Europę, było powstanie przeciw władzy Habsburgów w Czechach. Jej koszty ponosiły miasta i osady, w których stacjonowali żołnierze. Wojska - czy to cesarskie, czy to protestanckie - wybierały chętnie zasobny Śląsk, zwłaszcza na leża zimowe.

3 Sugeruje to między innymi Tomasz Kostro, autor popularyzatorskich szkiców historycznych, w książce: Na początku był cynk, Sosnowiec 2004.

4 Lekka kawaleria zorganizowana na początku XVII wieku przez sławnego zagończyka pułkownika Aleksandra Lisowskiego (stąd lisowczycy) gromadziła ludzi z różnych stanów i ziem, Lit­winów, Polaków, Niemców, Kozaków, Czechów, Ślązaków. Była równie odważna, ruchliwa i sprawna w boju, jak bezwzględna i okrutna. Za gwałty na Rusi w 1623 roku sejm pozbawił ją czci rycerskiej. Służyła Zygmuntowi III Wazie, Dymitrowi Samozwańcowi, cesarzom Habsburgom. Rzadko dostawała żołd, stąd "u Lisowczyków miasto sumienia - kieszenia", jak ocenił kasztelan sandomierski Mikołaj Ligęza.

Hrabia Dzieduszycki w wymienionej książce przytacza opowieści współczesnych o oblę­żeniu w Moskwie (ich horror wydaje się literacki): "Gdy już traw, korzonków, myszy, psów, kotów, ścierwa więźniów, trupów wykopanych z ziemi do jedzenia im nie stało, piechota sama się między sobą, jak Samojedź ludzie łapiąc jadła. Truskowski porucznik piechoty dwu synów swych i Hajduk jeden syna swojego pojedli, drugi też matkę, towarzysz jeden sługę swego ziadł, owa zgoła syn oycu, ociec synowi nie przepuścił".

Lisowczycy mieli także apologetów, takich jak ksiądz Wojciech Dembołęcki z Konojad, który widział w nich obrońców wiary katolickiej i towarzyszył im na polu walki:

"Przedziwne ich męstwa po świecie się toczą;

Bo gdziekolwiek jeno przeciwnika zoczą

Bieżą dniem nocą

Położywszy wrogów jako grad konopie,

Wołgę pomąciwszy, bieżą o swej kopie

Przez Niestr, Ren i Dunaj po całej Europie.

Nikt się nie osiedział w największym okopie,

Padli jak snopie".

Ksiądz pisze dalej wierszem, że na Śląsk i Czechy padła okrutna mania, w strachu Frankonia, pot ogrojcowy pościła Hassya, padła na wznak Alzacya, na pół omdlało Wirtemberskie państwo, Spir i Wormacja oddają poddaństwo, a Lotaryngia patrzy, co to będzie. Wszyscy pytają:

"Co za lud, że się go nigdy nie widało

Zkąd przyszedł?

Że mu się świat burzyć dostało

Ach co się stało".

Ksiądz Wojciech Dembołęcki: Pamiętniki o Lisowczykach czyli przewagi Elearów Polskich, Kraków 1859, nakładem Wydawnictwa Biblioteki Polskiej.

5 Geschichte der Bergwerkgesellschaft Georg von Giesche's Erben 1704-1904, Breslau 1904.

I. Die Allgemeine Geschichte der Gesellschaft bis zum Jahre 1851 von Dr Konrad Wutke, Kgl. Archivar.

II. Die Entwicklung des Besitzes der Gesellschaft vom Jahre 1851 ab von Bergrat Fr. Bern­hardi, General-Direktor zu Zalenze.

III. Verfassungs - und Verwaltungsgeschichte der Gesellschaft von Dr Heinrich Wendt, Bibliothekar an der Stadtbibliothek Breslau.

IV. Mitglieder = Verzeichnis und Stammtafeln.

6 Taki sens tego napisu sugeruje profesor Juliusz Domański, filozof i filolog klasyczny, któremu dziękuję za tę pomoc.

7 Opis wesela podaję za książką Clary Schulte Das Haus am Ring (Dom w Rynku), Berlin 1941. Clara była żoną Eduarda Schultego, dyrektora generalnego koncernu Giesche od 1926 roku do końca drugiej wojny światowej. Do jego niezwykle interesującej postaci i roli wrócę jeszcze w głównym tekście i w przypisach.

8 Przodkowie kupca londyńskiego Georga Giesego oraz biskupa chełmińskiego i warmińskiego Tiedemanna Giesego (tak współczesni historycy piszą to nazwisko) pojawili się w Gdańsku w pierwszej ćwierci XV wieku i szybko wzbogacili. Byli spowinowaceni z potężnym rodem Ferberów. Na początku XVI wieku gdańscy Giese mieli już własne faktorie w Lubece, Królewcu, Rewalu, Wilnie, Kownie, Lublinie, Krakowie, docierali do Poznania i na Śląsk. Geor­ga Giesego także wykształcono na kupca i wysłano do Londynu do hanzeatyckiego kantoru Stahlhof. Widocznie mu się powiodło, skoro zamówił portret u Holbeina. W XVI wieku rodzina Giese wydała sześciu rajców miasta Gdańska, w XVII tylko trzech, ale należał już do niej cały Wrzeszcz.

Tiedemann, w odróżnieniu od Georga i jeszcze czterech braci, którzy zrobili karierę kupiecką, wybrał studia prawnicze i stan duchowny. Jesienią 1507 roku przybył do Fromborka, gdzie objął godność kanonika warmińskiego. On i Mikołaj Kopernik pełnili na przemian najważniejsze funkcje w warmińskiej kapitule - administratora i kanclerza. Rozumieli się i współpracowali ze sobą przy zadaniach publicznych. Troszczyli się między innymi o zagospodarowanie ziem warmińskich obróconych w nieużytki podczas utarczek z zakonem krzyżackim.

Tiedemann Giese był doskonałym zarządcą, miał żyłkę do interesów. Obaj kanonicy dzielili umiar w poglądach na spory między katolikami i luteranami, mieli podobne znajomości i kontakty (Erazm z Rotterdamu, Stanisław Hozjusz, Marcin Kromer). Tiedemann był wzruszająco wierny Kopernikowi. Nie mógł czuwać przy umierającym, bo zaproszono go do Krakowa na ślub Zygmunta Augusta z Elżbietą Austriaczką, ale gdy wrócił do domu, już po śmierci astronoma, i zastał świeży egzemplarz De revolutionibus..., ocenzurowany, z kłamliwym komentarzem, wniósł natychmiast skargę na wydawcę do Rady Miejskiej w Norymberdze.

Syn kupca londyńskiego, także Tiedemann, który zawiózł do Strasburga portret Kopernika, poszedł w ślady zarówno ojca, jak i stryja. Został doktorem praw, sekretarzem do spraw pruskich Zygmunta Augusta i Stefana Batorego. Był doskonałym znawcą łaciny, co potwierdzają nie tylko jego prywatne listy, ale również redagowana przez niego korespondencja hetmana Jana Zamoyskiego, i miał zdolności kupieckie - zaopatrywał polską armię pod Pskowem w żywność, działa, proch, wozy, żelazo, a zwłaszcza pieniądze, które umiał zawsze wykołatać. Zamoyski zamawiał przez niego flamandzkie tkaniny na ściany pałacu w Zamościu, według rysunków wykonanych w Wilnie.

Na podstawie prac: Słownik biograficzny Pomorza Nadwiślańskiego pod redakcją Z. Nowaka, tom 2, Gdańsk 1998; Teresa Borawska: Tiedemann Giese (1480-1550) w życiu wewnętrznym Warmii i Prus Królewskich, Olsztyn 1984.

9 Słowacki wiedział o tym, że polscy pisarze romantyczni korzystają z usług księgarskich i wydawniczych firmy Korn mającej powiązania handlowe z polskimi księgarzami w kraju. Wysłał więc do niej jeden egzemplarz Poezji wydanych w Paryżu w 1832 roku. Wydawca zamówił sto egzemplarzy. Poezje jednak nie miały zbytu i Johann Gottlieb (Jan Bogumił) Korn nie pośpieszył z pieniędzmi. Poeta dał więc upust swojej goryczy i znalazł na to szczególne miejsce - Pieśń V poematu Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu, powstałą prawdopodobnie na przełomie lat 1836 i 1837. Pochodzą z niej dwie cytowane w tekście zwrotki.

Te zjadliwości nie dotarły do Korna, który zmarł w 1837 roku. Sprawę opisał Bogdan Zakrzewski w eseju Polemika Słowackiego z Janem Bogumiłem Kornem, wydanym w bibliofilskim druku przez Towarzystwo Przyjaciół Książki i Towarzystwo Miłośników Wrocławia, Wrocław 1981.

10 Generalne tabele statystyczne Śląska z 1787 roku. Wydał i wstępem krytycznym opatrzył Tadeusz Ładogórski, Wrocław 1954.

11 Z poematu kuźnika Walentego Roździeńskiego wiemy, jak wyglądał autor. "Wszytko jego ciało sczyrniało - jak pisze - od dymu i ognia. Piecze się ustawicznie ogniem z każdej strony. Skóra mu przywiędła do kości. Chodzi jako głownia ogorzała. Od huku młotów ledwie już co słyszy. - "Podobno, żem to czarny by sadzelnik jaki. Jestem właśnie jakoby murzyn uczerniony".

Upalone serce zalewa piwem. Uważa Bachusa za swego przyjaciela i powinowatego, bo bóg ten był bratem Wulkana.

Ten wizerunek słowny jest bardziej wyrazisty niż drzeworytniczy, zamieszczony w pierwszym wydaniu poematu - w 1612 roku. Roździeński, brodaty, wąsaty i podgolony, jedną ręką trzyma kilof, drugą wznosi dzban. Ma na sobie fartuch, jest bosy. Ale wiemy z jego utworu, że zna mitologię, dzieje kopalnictwa kruszców w Europie, technikę kunsztów wodnych i żelaz­nych, położenie złóż żelaza i kuźnic w Polsce. Zna także stosunki między kuźnikami i węglarzami a duchami podziemnymi, które podzielił na kategorie - dobre, złośliwe i ubogie.

Z duchami można się porozumieć, ale w lasach koło kuźnic pokazują się nocami wietrunki, latające ognie, które wiercą się w powietrzu jak diabeł.

Jako kuźnik uważa się za następcę mitycznych mocarzy Cyklopów.

"Bo jeszcze od Cyklopów począwszy - w niewoli

U żadnego tyrana nigdyśmy nie byli.

Wszędzie przyszcie i wyszcie zawżdy wolne mamy.

W jednym miejscu rok bywszy - w insze iść możemy

Tak się tylko zwyczajem cyklopskim rządzimy".

Od 1546 roku kuźnikami w Roździeniu byli kolejno: Sych (Zych) Bogucki, ojciec Walentego Jakub Brusek, który prawdopodobnie wżenił się w kuźnicę, poślubiając córkę Zycha, sam Walenty, Zygmunt i Marcin z Niwki, Szymon Dymasz, Mikołaj Kowal, Staś Kowal, Sebastian Kosytarz, Błyk Kurzak i Bosak Kurzak.

Wieś Katowice powstała pod koniec XVI wieku na potrzeby kuźnicy boguckiej. Założył ją brat kuźnika Zycha Boguckiego Antoni, stryjeczny dziadek poety.

Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku doktor Emanuel Wilczok postanowił odszukać miejsce, gdzie pracował warsztat Roździeńskiego. Okazało się to bardzo trudne. W poemacie były tylko dwie wskazówki - rzeka Roździenka, dzisiaj Rawa, i staw. Okolica została przez ostatnie dwa wieki przenicowana. Zbudowano tam huty żelaza, cynku i ołowiu. Góry odpadów hutniczych wymusiły zmianę koryta Rawy. Potem zasypano staw i zbudowano w jego niecce prażalnie blendy i wytwórnię kwasu siarkowego. W 1896 roku woda z zatopionej kopalni Szczęście Luizy runęła do niższej kopalni Jerzy, Rawa wystąpiła z brzegów, ogromna połać gruntu opadła o cztery metry. Doktor Wilczok znalazł w końcu stare szkice miernicze i wywnioskował, że kuźnica stała czterdzieści metrów na północny zachód od mostu nad Rawą, przy obecnej ulicy Obrońców Westerplatte.

Jeśli przyłożymy miarkę do mapy Katowic, będzie to w prostej linii półtora kilometra do głównego szybu kopalni Giesche, dzisiaj Wieczorek.

Walenty Roździeński: Officina ferraria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego, Katowice-Wrocław 1948.

Jerzy Piaskowski: Walenty Roździeński i jego poemat hutniczy z 1612 r., Katowice 1985.

Emanuel Wilczok: Topografia Kuźnicy Roździeńskiej, Katowice 1989.

12 Scenę z czytaniem Klopstocka podsunęła mi wspomniana książka Clary Schulte. Tłumaczenie pierwszych wersów poematu Mesjasz Klopstocka podaję za pracą: Messyada, Fryderyka Bogu­miła Klopsztoka. Przekład z niemieckiego, wierszem miarowym przez Józefa Harolda Jaślikowskiego, Warszawa 1846. Jaślikowski pisze: "trudno opisać, jak wielkie wrażenie uczyniła na umysłach ta poezyja nowa, tak pod względem przedmiotu, jaki ośmieliła się wziąć w swe ramy, jak dla niezwyczajnéj harmonii sześciomiar (hexametrów), co taką swobodę nadają wyobraźni. Owionęła ona niby szałem całe Niemcy".

13 Scena z Fryderykiem Wielkim w bibliotece pałacu w Poczdamie - także za wyobraźnią Clary Schulte.

Adam

Nie wiemy, jak wędruje, piechotą czy konno, z giermkiem czy samopas. Wiemy, że ma trochę pieniędzy. Musi ich strzec, bo na drogach nie brak maruderów. Uciułał niewiele jak na rycerza, ale dosyć, by osiąść.

Idzie albo jedzie pod Presslaw. Tak nazywa się Wrocław, stolica Śląska, w cesarstwie Habsburgów. Mija rok 1651, Adam Giesche jest już na progu starości, ma trzydzieści sześć lat, kawaler, bez rodziny, bez dzieci.

Nie mamy pojęcia, jak wygląda. Ma na sobie zbroję czy łachmany? A może:

w czapce lisiej z czerwonym wierzchem, w kożuszku brudno-zielonym, czerwonych spodniach, żółtych butach, ma łuk brudno-żółtawy, sajdak ciemno-popielaty z żółtą na nim leliwą, w nim blado żółtawe strzały1.

To lisowczyk według Rembrandta.

Dlaczego Adam zmierza pod Wrocław, a nie pod Sandomierz, skoro pochodzi z Sandomierszczyzny, a jego protektorem jest Fürst Lubomirski aus dem Palatinat Sendomiriensi (książę Lubomirski z palatynatu sandomierskiego)? Nie wiemy. Ale wiemy, że ta droga przez Śląsk jest straszna. Adam jedzie, lub idzie, przez kraj zrabowany, wymarły, spalony. Wojna trzydziestoletnia zmniejszyła ludność Śląska o sześćset tysięcy osób - do jednego miliona. Zniszczyła go rabunkami, kontrybucjami, konfiskatami. W ruinie legło trzydzieści sześć śląskich miast, tysiąc dziewięćdziesiąt pięć wsi, sto trzynaście zamków2. Ludzie boją się głodu, zarazy, gwałtu i szatana. W roku, w którym Adam rozstaje się z wojskiem, w Nysie trwa proces czterdziestu dwóch kobiet oskarżonych o czary, w księstwie nyskim dwieście osób idzie na stos. Być może Adam jest świadkiem tych kaźni.

Sterał się w osiemnastoletniej służbie wojennej dla dwóch cesarzy Habsburgów - Ferdynanda II i Ferdynanda III. Nie wiemy, jakie obszary przemierzył, bo cała Europa była areną tej wojny. Czy zaciągnął się do lisowczyków, jak sugerują mgliste informacje popularyzatorów historii3?

Jeśli tak, był towarzyszem broni Pawła Czarnieckiego, a może i jego brata Stefana, który wszedł do polskiego hymnu narodowego. Ale kiedy Adam mógł przystać do lisowczyków, największe rajdy, moskiewskie, mieli już za sobą, wykrwawili się pod Cecorą, zszargali sobie opinię okrucieństwami i grabieżami, popadli w rozsypkę w oczekiwaniu na jakiś kolejny werbunek4.

Wojna się skończyła. Adam chce założyć rodzinę, gospodarzyć. Jeszcze nie jest za późno, by rozpocząć nowe życie pod Wrocławiem. Starzy panowie śląscy zginęli w walkach lub uciekli przed represjami religijnymi. Ich miejsca zajmuje nowa, energiczna szlachta, głównie niemiecka i katolicka, zaufani żołnierze Habsburgów. Dostają nadania i prawa taniego wykupu opuszczonych dóbr. Jest to więc pora Adama Gieschego, którego narodowość i język są wprawdzie nieokreślone, wyznanie pewnie rzymskokatolickie, chociaż i za to trudno dać głowę, ale służba wojenna dla cesarzy długa i wierna.

Adam wybiera miejsce na południe od Wrocławia, zwane Schmortsch lub Schmartsch. Gospodarstwo, które upatrzył, kosztuje sześćdziesiąt marek. Pewnie niemało, skoro te marki określono w dokumentach jako "ciężkie" i zapisano, że Adam spłacał swe powinności w ratach po cztery marki. Dodano także, że kupił majątek za żołd. Może więc w ogóle nie był w lisowczykach, którzy raczej żołdu nie dostawali, albo był z nimi krótko.

Miejsce, które sobie wybrał, niełatwo dzisiaj odnaleźć. Ani Schmortsch, ani Schmartsch nie występują w wykazach tłumaczących nazwy niemieckie na polskie, i odwrotnie. Jest Schmardt (Smardy), Schmarse (Smardzów), Swoitsch (Swojec), Schmolz (Smolec). Historycy i językoznawcy twierdzą jednak, że z dawnymi nazwami jest jak z nazwiskami - decyduje brzmienie. Najbardziej pasowałby więc Smolec, chociaż nie leży na południe, lecz na południowy zachód od Wrocławia. Pasuje także z innych powodów - pierwsze wzmianki o nim pochodzą już z XIV wieku, a w XVI wieku kupowali tam dobra wrocławscy mieszczanie.

W Smolcu mieszka historyk z wykształcenia i zamiłowania Grzegorz Stasik, młody absolwent wrocławskiego uniwersytetu.

Poszukałem w paru miejscach - pisze - poprzeglądałem mapy, których skany Pani przesyłam, i jestem w 99 proc. pewny, że chodzi o miejscowość Smardzów koło Świętej Katarzyny. To jest dokładnie na południe od Wrocławia. Na tej starej mapie z 1889 roku istnieje nazwa Schmartsch. Pojedyncze litery mogły się zmienić ("o" na "a"), lecz ogólnie nazwa jest ta sama.

Rzeczywiście. Smardzów leży na dzisiejszej mapie dokładnie w tym samym miejscu co Schmartsch na dziewiętnastowiecznej. A więc stara nazwa Schmartsch przeobraziła się z latami w Schmarse i tak zanotował ją w 1948 roku profesor Stanisław Rospond w Skorowidzu ustalonych nazw miejscowości na Ziemiach Odzys­kanych według uchwał Komisji Ustalania Nazw Miejscowości przy Ministerstwie Administracji Publicznej.

Przyjmijmy więc, że miejscem osiedlenia Adama w 1651 roku był dzisiejszy Smardzów. Odległy od Smardzowa o trzy kilometry kościół Świętej Katarzyny, do którego mógł chodzić, był już wtedy bardzo stary, trwał na swoim miejscu od trzystu lat. Ale czy Adam do niego chodził, a raczej kiedy do niego chodził? W roku osiedlenia Adama w Schmartschu kościół, biedny, bo spalony niedawno przez Szwedów, był protestancki. W trzy lata później odebrali go katolicy, właśnie wtedy gdy przyszła pora na chrzest Georga, jedynego syna Adama.

Wszystko, co wiemy o Adamie Gieschem, pochodzi z dzieła wydanego we Wrocławiu w 1904 roku przez przedsiębiorstwo górniczo-hutnicze spadkobierców jego syna Georga von Gieschego. Dzieło składa się z czterech ksiąg, wytwornie oprawionych, drukowanych szwabachą na sztywnych kremowych kartach, ilustrowanych zdjęciami przekładanymi bibułą5. Przedsiębiorstwo uświetnia nimi dwusetlecie powstania. Upamiętnia losy i zasługi trzystu siedemdziesięciu pięciu osób i przedstawia dziesiątki zakładów przemysłowych, które powstały lub osiągnęły rozkwit dzięki energii i zdolnościom rodu.

Czwarty tom zawiera główną tablicę genealogiczną i kilka tablic pobocznych. Na szczycie potężnego drzewa jest Adam (1615-1680), samotny, nie wiemy nawet, z kim się ożenił. Poniżej - jego późny syn, jedynak Georg (1653-1729). Adam daje początek rodowi, Georg - przedsiębiorstwu.

Georg

Georg szybko opuszcza Schmartsch. Woli być kupcem niż gospodarzem. Żeni się z siedemnastoletnią córką wrocławskiego kramarza Anną Marią Schmied, która wnosi mu w posagu kram z towarami łokciowymi na rynku. Interesy idą doskonale, małżeństwo kupuje kolejne kramy, kamienicę przy Ringu numer 20 i ławy dla rodziny w ewangelickim kościele Świętej Elżbiety.

Dom przy Ringu ma piękne proporcje - trzy piętra po pięć okien w głównym korpusie i jesz­cze dwa pięterka w węższej nadbudówce, obrzeżonej z obu stron kamiennym zawijasem. Te dwa zawijasy, spływy wolutowe, wymykają się jak dwa loki spod kapelusza - trójkątnego zwieńczenia budynku.

Szerokość frontonu wynosi 12,3 metra. Wchodzi się pod szerokim rzeźbionym portalem z datą 1542 i łacińską sentencją:

CUR ITA LANGUIDEO DURATURA

CUR ITA STRENUUE PERITURA

Być może kamieniarz, który ją wykuł, pomylił się o jedną literę. Wygląda na to, że zamiast ita powinno być vita. Napis zadaje bowiem pytanie o życie. Jeśli przetłumaczyć go luźno, z pewnym ryzykiem, brzmi:

Dlaczego trwa tak leniwie

Dlaczego tak chyżo przemija6.

Ring (dzisiaj Rynek) to pierścień domów na obwodzie placu targowego. Z kamienicy numer 20 jest kilkanaście metrów do Ratusza i niewiele dalej do kramów, które za czasów Georga Gieschego noszą nazwy Zielone Winne Grono, Pod Woźnicą, Król Prus, Biały Orzeł, Czarny Orzeł. Ewolucja nazw mówi o tym, że największe wzięcie ma złoto. Czarny Słoń zamienia się w Złotego Słonia, Diamentowy Wieniec w Złotego Barana, Czarna Róża w Złoty Krzyż, Zielony Jeleń w Złotego Jelenia. Ale też następuje inna zmiana: kram Pod Polakami na Żelazny Krzyż.

Na początku XVIII wieku Georg Giesche gwałtownie zmienia swe życie. Budzi się w nim żyłka pioniera i poszukiwacza. Handel łokciowy pozostawia żonie i faktorowi. Wpływa na to niewątpliwie wrocławskie spotkanie z Kasparem von Pelchrzimem (według różnych polskich źródeł, Kacprem Pielgrzymowskim), który przedstawia się jako syn właściciela majątku Bobrek koło Beuthen (Bytomia). Pelchrzim ma obiecujące złoża galmanu. Giesche - pieniądze na eksploatację. Zaczynają wspólnie wydobywać galman.

Pod kamienicą przy Ringu staje coraz częściej ciężka podróżna kareta, w której Georg wyrusza na Górny Śląsk, nie bojąc się ani bezdroży, ani zbójców po lasach. Nie boi się także schodzić z kopaczami do płytkich szybów z galmanem. Ten surowiec go intryguje. Nie wierzy w to, co mówią różni marzyciele i alchemicy, że można go przetopić na złoto, wierzy jednak, że można zamienić go w fortunę.

Galman, węglan cynku, występuje bogato w górnośląskiej niecce węglowej. Zaczęto go kopać już w XVI wieku we wsiach Radzionkau (Radzionków), Bobrownik (Bobrowniki), Alt Repten (Repty), Ptakowitz (Ptakowice), koło Tarnowitz (Tarnowskich Gór) i w Beuthen (Bytomiu), ściśle - w bytomskim lesie miejskim. Początkowo nie wiedziano, jaką ma istotę. Jest minerałem czy może rośliną, która się odradza? Grzybem? Bo rósł jak grzyb, białawy albo żółtawy, w starych wyrobiskach rud. Wiadomo było (na przykład od Paracelsusa), że zawiera pożądany cynk, sprowadzany do Europy z Indii i z Chin. Nie umiano go jednak z galmanu wytapiać.

Wykorzystywano za to galman do produkcji mosiądzu. Mieszankę prażonego galmanu i węgla drzewnego ogrzewano w zamkniętych tyglach, do których wrzucano kawałki miedzi. Czasem wzbogacano ten zestaw innymi kruszcami. Osiągano w ten sposób cenne kombinacje stopów.

Z mosiądzu wyrabiano płyty nagrobne, figury, kolumny, chrzcielnice. Ale także blachy okrętowe, urządzenia pokładowe, śruby. Była to epoka odkryć geograficznych i podbojów morskich. Ze spiżu odlewano dzwony i lufy dział.

Początkowo wybierano galman z hałd i starych wyrobisk, potem zaczęto kopać prymitywne wąskie szyby, zwane duklami, od których prowadziły krótkie chodniki. Duklę drążono do głębokości kilkunastu metrów i czasami wzmacniano drewnianym szkieletem. Kiedy ją opróżniono, kopano nową; nie opłacało się przedłużać chodnika.

Wyprażony w śląskich mielerzach galman spławiano Wisłą do Gdańska na tratwach, szkutach, komięgach i bykach, a dalej morzem do Szwecji.

Jednym z miejsc najbogatszych w galman jest Scharley koło Bytomia.

Szarlej, duch podziemny powszechniej nazywany Skarbnikiem, należy do tych towarzyszy trudu górniczego, którzy miewają humory i z którymi trzeba postępować ostrożnie. Według śląskiego kuźnika Walentego Roździeńskiego, który poświęcił im dużo uwagi w swoim poemacie Officina ferraria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego (napisanym po polsku i wydanym w 1612 roku w Krakowie, a potem dopiero w 1933 roku w Poznaniu), Szarlej zadomowił się w kopalniach pirytu i srebra, tak bogatych, że bytomscy mieszczanie stawiali sobie srebrne stopnie do łożnic. Było tak, dopóki ludzie trzymali z Szarlejem. Kiedy uprzykrzyli sobie jego towarzystwo i zaczęli go nękać, wypisując mu w korytarzach nieprzyjazne znaki, zatopił kopalnię (przedtem ostrzegł o tym górników).

Roździeński pociesza jednak czytelników, że boski porządek wymaga, by to, co skryte, zostało odkryte. Tak więc bogactwa ziemi

W jednych miejscach ustają, w drugich następują,

Tu giną, tu się znowu insze okazują.

W 1704 roku Georg Giesche, coraz bardziej opętany galmanem, pisze w swoim domu przy Ringu prośbę do cesarza Leopolda I Habsburga o przywilej wyłączności wydobywania i sprzedaży tego surowca i otrzymuje go na dwadzieścia lat. Zawdzięcza to własnej solidności kupieckiej i zasługom ojca Adama, który przez prawie tyle lat walczył dla Habsburgów.

Georg ma teraz glejt na podbój górnośląskiego kopalnictwa galmanowego i europejskich rynków zbytu galmanu. Fortuna mu sprzyja.

Wkrótce w domu przy Ringu 20 odbywa się wesele, Gieschowie wydają najstarszą córkę Zuzannę za hrabiego Johanna Siebelegga, inżyniera i porucznika garnizonu miejskiego. Pod kamienicą tłoczą się gapie, z karoc z hajdukami wysiadają panowie i damy w pudrowanych perukach, tańczy się dworskiego menueta, a pani domu, niedawno jeszcze kramarka towarów łokciowych, przeżywa męki niepewności - czy włoski cukiernik Vittorini z ulicy Altbüsser-Ohle (dziś Białoskórniczej) da sobie radę z przygotowaniem wyrafinowanego cudzoziemskiego deseru - lodów. I czy delektowanie się tym słodkim mrozem, gdy ciepło na dworze, nie jest przypadkiem bluźnierstwem. Cukiernik nie zawiódł, dwaj lokaje wnoszą na uniesionych w górę paterach drogocenne wyroby - na jednej górze lodów cukrową Fortunę z rogiem obfitości, na drugiej Wenus z Kupidynem. Goście podziwiają tę sztukę, figury powoli zapadają się w topniejące podłoże, ale jest jeszcze tradycyjny deser - marcepany sprowadzone z Lubeki7.

Kupiecka rodzina żeni się więc z herbem (to dopiero początek, dwie następne córki też pójdą za grafów), ale Georgowi Gieschemu to nie wystarcza. Chce mieć herb własny.

Może na to liczyć, umiał okazywać wdzięczność cesarzowi. W rok po otrzymaniu przywileju galmanowego wysłał osiemnastoletniego syna Gottlieba Ferdynanda do armii księcia von Nassau, na wojenną wyprawę hiszpańską. I nim służba syna się kończy, otrzymuje z rąk Karola VI Habsburga upragnione szlachectwo dla siebie i wszystkich legalnych potomków. Ten cesarz, tak jak poprzedni, wyjaśnia przyczyny łaskawości dworu, które częściowo się powtarzają. Zadecydowały cnoty kupieckie i hojność suplikanta (wyposażał cesarskie regimenty) oraz status jego ojca Adama. Przypominając cnoty i zasługi pierwszego Gieschego, Karol VI zwraca uwagę, że protektor Adama książę Lubomirski zawsze uważał go za szlachcica. A co ważniejsze, rodzina nie ustaje w służbie, wysyłając potomka do Brabancji i Katalonii.

Herb rodziny Giesche jest bujny, w duchu baroku. Rumak staje dęba na skrzydlatej koronie wieńczącej przyłbicę, z której wyrasta gęstwina liści akantu, obejmująca tarczę z lwem, gwiazdami i proporcami.

Radość ta spotyka Georga Gieschego w kwietniu 1712 roku. W listopadzie jego syn Gottlieb pieczętuje rycerski klejnot, ginąc w Katalonii pod Terragoną.

Kupiec Holbeina

Adam i Georg nie pozostawili swoich wizerunków.

Powszechną sławą cieszy się za to obraz pędzla Hansa Holbeina Młodszego, znany jako portret Kupca londyńskiego Georga Giszego. Jego oryginał wisi w Nowej Galerii Malarstwa w Berlinie, niedaleko placu Poczdamskiego, a kopia - w rektoracie liceum w Berlinie Schönebergu. Liceum zajmuje piękny zameczek przy Hohenstaufenstrasse 47 i 48 i od października 1956 roku nosi imię Georga von Gieschego, twórcy śląskiego imperium górniczego.

Jaki związek ma patron szkoły Georg, syn Adama, z Georgiem Giszem, którego portret ozdabia rektorat? Czy to rzeczywisty związek, czy tylko przypadek? Kim był model Holbeina?

Kupiec, do którego na wieki przyrósł przydomek "Londyński", był przede wszystkim kupcem gdańskim, chociaż spotkał się prawdopodobnie z malarzem w kantorze hanzeatyckim Stahlhof nad Tamizą, w którym prowadził swoje interesy. Zamierzał się żenić i chciał wysłać portret wybrance. Obraz miał jej opowiedzieć, jak wygląda, z kim przestaje, jak mu się wiedzie, a przede wszystkim zapewnić o żywości i szlachetności jego uczuć. Sam nie mógł przemówić z portretu, ale poprosił Holbeina, by namalował kwiaty, które to zrobią za niego. Malarz ustawił w kantorze kryształowy wazon wenecki i wetknął do niego hizop, rozmaryn i goździki symbolizujące wierność, czystość, miłość.

Kupiec ma wyrazistą twarz, spokojne spojrzenie, stoi w swoim kantorze jak w centrum świata. Ręce w malinowych rękawach opiera na stole przykry­tym wschodnią tkaniną. W ich zasięgu Holbein namalował księgę rachunkową, cynowe przybory do pisania, sygnet, wosk, tłoki pieczętne, listy od różnych nadawców, wagę na złoto i mnóstwo innych przedmiotów, nie mniej wymownych niż kwiaty i zioła.

Na jednym z listów, najważniejszym, bo kupiec trzyma go w dłoni, można przeczytać: "Szanownemu Georgowi Giszemu w Londynie, w Anglii, mojemu bratu do rąk".

Skąd przyszedł ten list? Katalog muzealny nic o tym nie mówi. Tych informacji trzeba szukać poza muzeum, w opracowaniach dotyczących kapituły warmińskiej, patrycjatu gdańskiego i toruńskiego.

Okazuje się, że list w dłoni kupca pochodzi od jego starszego brata Tiedemanna Giesego (takiej formy tego nazwiska używają dziś polscy historycy). Nie wiemy, co Tiedemann pisze do Georga, ale nie można wykluczyć, że chodzi o gnomon i spiżową sferę armilarną, które trudno zamówić na Pomorzu, ale dałoby się sprowadzić z Londynu.

Gnomon to zegar słoneczny. Sfera armilarna pozwala obserwować zrównanie dnia z nocą.

Bracia Tiedemann i Georg mają jeszcze jedenaścioro rodzeństwa, ale w tej gromadzie są sobie najbliżsi, chociaż w dniach gdy powstaje obraz Holbeina, rozdzieleni morzami. Jest więc zupełnie naturalne, że Tiedemann zwraca się do brata, gdy zależy mu na czymś, co trudno znaleźć na kontynencie. Otóż Tiedemann, wtedy kanonik, a potem biskup chełmiński i warmiński, chciałby mieć gnomon i sferę, bo interesuje się nową teorią heliocentryczną i przyjaźni z Kopernikiem. Ta przyjaźń zawiązała się nie tylko podczas nocnych obserwacji nieba, ale i wspólnych prac administracyjnych i rozmaitych kłopotów. Tiedemann wspiera autora De revolutionibus..., wydając dziełu, jako dostojnik kościelny, świadectwo moralności. Wydaje je także samemu Kopernikowi, kiedy wrogowie astronoma zarzucają mu romans z gospodynią Anną Schilling. Kopernik zaś wyciąga Tiedemanna z zimnicy, gdy już inni cyrulicy nie pomagają, i doradza mu, jak łagodzić ataki podagry.

Właśnie wtedy kiedy Kopernik jedzie do Lubawy leczyć Tiedemanna i pozostaje tam przez kilka tygodni, korzysta prawdopodobnie z narzędzi astronomicznych swego przyjaciela.

Tiedemann przed śmiercią przekazuje bratu Georgowi drogą pamiątkę, wizerunek Kopernika z konwalią w dłoni, uważany powszechnie za autoportret. Syn Georga, który na cześć stryja nosi imię Tiedemann, wiezie obraz do Strasburga, gdzie powstaje właśnie słynny zegar słoneczny na wieży katedry. Malarz Tobiasz Stimmer uświetnia ten zegar kopią portretu.

Kim jest wybranka kupca Giszego? To spowinowacona z Kopernikiem Krystyna Krüger, torunianka. Żywy Georg musiał się jej spodobać nie mniej niż jego piękny wizerunek, małżeństwo było długie i szczęśliwe.

Georg i Krystyna królują wśród patrycjatu Gdańska. Wychowują dziesięcioro dzieci. Kupiec londyński zostaje rajcą w Gdańsku i burgrabią królewskim, reprezentuje miasto na zjazdach Hanzy i na sejmikach generalnych Prus Królewskich8.

Wiadomo, że Georg von Giesche opętany galmanem urodził się w 1653 roku, a więc sto dwadzieścia jeden lat po tym jak Holbein namalował swojego kupca. Czy Georg z Gdańska i Georg ze Śląska byli spokrewnieni? Czyżby szkoła imienia Georga Gieschego miała na ten temat jakieś wiadomości? Ich nazwiska wprawdzie pisze się inaczej, nie ma to jednak żadnego znaczenia. Ważne jest brzmienie, nie litery. Gdańscy Giszowie używali także formy Ghize, Ghyese, Ghysen, Ghysonis, Gryze, Giise, Gisen, Giso, Gyeze, Gyse, G?sze, G?se, Gysen, Gyser, Gysi, Gyze i tym podobnych. Sam biskup Tiedemann podpisywał się na pięć różnych sposobów.

Odpowiedzi rektora szkoły Bernda Scholkmanna rozczarowują.

To, że w rektoracie wisi kopia obrazu Holbeina, nie oznacza, że szkoła uważa kupca londyńskiego za swego patrona czy choćby jego przodka. Nauczyciele świadomi są tego, że Georga von Gieschego nie było jeszcze na świecie, gdy Holbein Młodszy malował swojego Georga. Szkoła po prostu dostała obraz podczas obchodów nadania imienia; przedtem nosiła jedynie numer.

Imię zostało nadane przez urząd okręgowy w Schönebergu, ze względu na jego związki z Ziomkostwem Ślązaków. Szkoła się o to nie ubiegała. Nikt z nauczycieli nie słyszał o jej jakichkolwiek kontaktach z potomkami Geor­ga von Gieschego. Szkoła nie przewiduje żadnych lekcji dotyczących roli firmy w śląskim przemyśle. Nazwy Gieschewald i Nickischschacht nic jej nie mówią.

Tyle pisze rektor. Można się jednak zastanawiać, czy Adam na pewno nie miał nic wspólnego z ruchliwymi gdańskimi Giese (Gisze i tak dalej), którzy docierali przecież w głąb lądu. W 1569 roku Gdańsk wysłał trzech burmistrzów, wśród nich Albrechta Giesego, na słynny Sejm Lubelski, ten sam, który uchwalił unię Polski z Wielkim Księstwem Litewskim. Mieli wyjednać dla siebie rozmowę z Zygmuntem Augustem i zażegnać jego spór z miastem. Król postanowił jednak dać nauczkę Gdańskowi, który przesadzał w nieposłuszeństwie i samowoli, delegację pozwano przed sąd i internowano. Albrecht Giese więziony był w Sandomierzu aż przez dwa lata. Może ten epizod miał jakieś skutki osobiste - nie całkiem ujawnione, ale za to wyraźnie widoczne - w impecie życiowym Adama z palatynatu sandomierskiego i talentach jego potomków?

Z Gdańska w głąb Polski nie było znowu tak strasznie daleko. Do Warszawy jechało się cztery dni, poczta szła dwa dni. O tym, co potrafi koń z dobrym jeźdźcem, zaświadczają już wycieczki lisowczyków.

Jeśli między gdańskimi Gisze lub Giese a śląskimi Giesche nie było związków osobistych, na pewno były handlowe. Galman wysyłany do Gdańska musiał przechodzić przez ręce ruchliwych potomków kupca z portretu Holbeina.

Fryderyk

Pięciu synów Georga Gieschego, wnuków Adama, umiera w dzieciństwie lub młodości. Nie udaje się nawet przeniesienie na któregoś z nich imienia Georg. Georg Ernst umiera, mając pięć miesiecy, Georg Christian - mając dwadzieścia osiem lat. Na następnego Georga jest już za późno. Żaden syn nie ma potomstwa.

Ojcowskie przedsiębiorstwo rozwija szósty syn Fryderyk Wilhelm. Ma odpowiednie imię na nowe, energiczne czasy (w 1742 roku Śląsk przechodzi pod panowanie króla pruskiego Fryderyka II), ale nie odziedziczył impetu Georga, jest samotnikiem, starym kawalerem. Stara się jednak dbać o rodzinną firmę. Bywa na dworze pruskim i uzyskuje przedłużenie przywileju monopolu na galman. Beczki z rudą cynku są teraz pieczętowane orłem pruskim, nie habsburskim, a Wrocław nazywa się Bresslau. Galman zresztą już od dawna nie płynie Wisłą do Gdańska, lecz Odrą do Frankfurtu, a potem różnymi drogami do innych pruskich miast.

Rodzina ma się nieźle pod nowymi rządami. Król Fryderyk II dba o przychylność bogatego patrycjatu - wkrótce przyciśnie go podatkami. Po wkroczeniu do Wrocławia urządza wielki bal dla mieszczan i szlachty. Nie wiemy, czy Fryderyk Giesche na nim tańczy. Skończył dopiero czterdzieści pięć lat, ale najlepiej się czuje w kamienicy przy Ringu, w której ma od niedawna lokatora i przyjaciela.

Za głównym korpusem domu ciągną się rozległe oficyny sięgające do następnej ulicy. Giesche wynajmuje parter księgarzowi i wydawcy Johannowi Jacobowi Kornowi, który przybył z Berlina i chwali sobie Wrocław, cieplejszy, pogodniejszy i barwny. Fryderyk, zajęty dotąd zawsze w swoim kantorze, odkrywa książki inne niż rachunkowe. Obaj mężczyźni spędzają dużo czasu na rozmowach, chociaż różnią ich poglądy i temperament - przybysz z Berlina jest wielbicielem nowej gwiazdy na firmamencie Europy, czarującego króla pruskiego. Jeśli staromodny Fryderyk Giesche ma poza Wrocławiem jakąś ojczyznę duchową, jest nią raczej Wiedeń niż Berlin.

Rodzinna firma Kornów szybko staje się największą śląską oficyną. Zakładają gazetę "Schlesische Zeitung", wydają podręczniki, modlitewniki, kalendarze, elementarze, rozmówki handlowe. Co najmniej połowa tej produkcji jest drukowana po polsku lub w dwóch językach. We wrocławskich gimnazjach przy kościołach Świętej Elżbiety i Świętej Magdaleny polski należy do przedmiotów obowiązko­wych, decydują o tym względy praktyczne - kontakty handlowe, sąsiedzkie, administracyjne. Kornowie zawiadamiają polskich czytelników o zarządzeniach lokalnych, publikują na przykład Edykt, że owi, którzy się złośliwie ośmielają wierzbom albo lipom sadzonym szkodzić, ucięciem ręki karani będą, albo Patent dla złego zażywania poprzęgów. Ale wydają także książki dla czytelników wybrednych i wykształconych, albumy sztuki, kompendia medyczne i zielarskie, rozprawy teologiczne, literaturę piękną, dzieła polskich pisarzy i poetów.

Syn Johanna Wilhelm Gottlieb praktykuje w Polsce, ma tam doradców wydawniczych. I on, i jego syn Johann Gottlieb, nazywany w rodzinie Jeanem, bo przyszła moda na francuszczyznę, dodają polskie przedmowy i podpisują się pod nimi jako Bogumił Korn. Tenże Bogumił pisze we wstępie do Pana Podstolego Ignacego Krasickiego, że wybiera tę powieść "jako przyjaciel polskiey literatury, którey od wielu lat z stałem usiłowaniem i poświęceniem się służy". Krasicki bowiem nie tylko chciał w tym dziele "określić żywy obraz obyczajów dawnych Polaków, miłą prostotą, poczciwością i gościnnością znamienujących się, ale (...) usiłował poprawić szkodliwe w gospodarstwie ziemiańskim zaniedbania, nierząd i liczne nałogi...".

Johann/Bogumił naraża się jednak Juliuszowi Słowackiemu, nie wysyłając mu pieniędzy za poema. Słowacki mści się okrutnie - wierszem:

O moja głupia muzo, zapominasz

Uszanowania winnego księgarzom!

Ja nie znam Korna... mówią, że luminarz...

A zaś skład jego podobny cmentarzom,

Gdzie sobie cicho autorowie leżą,

Co lato ziemią przysypani świeżą...

A czasem zajrzy Bogumił na cmentarz,

Patrząc, czy kiedy nie zjadł się w letargu

Jaki kalendarz albo elementarz;

A kogo kocha - tego na świat targu

Drukiem prowadzi... i stawia za kratą,

Wieńcząc go świeżą laurową erratą9.

Ale to się dzieje długo po śmierci obu przyjaciół - Fryderyka Wilhelma Gieschego i pierwszego Korna, który przylgnął do Wrocławia.

W 1754 roku Fryderyk zapada na bóle piersiowe i gorączkę. Choruje przez siedem miesięcy. Nie ma siły spisać testamentu. Tuż przed śmiercią, wczesnym rankiem, wzywa do domu przy Ringu wysokiego urzędnika miejskiego i aplikanta. Ogłasza ostatnią wolę i umiera, jak podaje księga jubileuszowa, w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, dziewięciu miesięcy i trzynastu dni. Zostaje pochowany obok ojca i matki, w krypcie ewangelickiego kościoła Świętej Elżbiety.

Na pogrzeb przybywa miejscowe kupiectwo i wielcy panowie śląscy wżenieni w rodzinę. Słuchają kantaty sławiącej zmarłego. Johann Korn zdążył wydać ją drukiem, każdy uczestnik żałobnej ceremonii może trzymać arkusz przed sobą, by nadążać za treścią. Jest równie ozdobna i wymyślna jak ów herb z rumakiem na skrzydlatej koronie. Rodzina wetuje sobie tymi luksusami twarde obowiązki stanu kupieckiego i pożegnanie z nazwiskiem Giesche.

Hotel robotniczy

W XVIII wieku Śląsk zaczyna importować wykwalifikowanych górników.

Już Georg Giesche sprowadził do swoich wyrobisk galmanu doświadczonych gwarków (ponad dwadzieścia rodzin) z podupadłego właśnie Olkusza, gdzie z dawna kwitło kopalnictwo kruszców. Musiał im, naturalnie, zapewnić mieszkanie.

Nie mamy informacji o tym, jakie stworzył im warunki, ale wiemy, jak w tym samym wieku XVIII traktował sprowadzonych fachowców książę Sanguszko w swoich dobrach pod Szczawnicą. Wybudował mianowicie górnikom z Saksonii hotel robotniczy o przestronnych izbach, z dużymi oknami, piecami i podłogami z heblowanych desek. Jego właśni chłopogórnicy gnieździli się nadal w kurnych chatach, na glinianej polepie.

Nic dziwnego, że miejscowa ludność nie lubi przybyszy i daje im to do zrozumienia. Silna grupa stu górników sprowadzona z głębi Prus do kopalni srebra i ołowiu w Tarnowitz (Tarnowskich Górach) topnieje szybko do trzydziestu ludzi. Dwudziestodwuosobowa grupa sprowadzona do Rudy-Piekar (Rudnych Piekar) zostaje szybko przegoniona przez piekarnian.

W Zagłębiu podobnie. Kilkanaście rodzin fachowców z Saksonii, które przyjechały w pierwszej połowie XVIII wieku do kopalni Reden w Dąbrowie Górniczej, pakuje się nocą i daje drapaka, mimo że dostały w nowej kolonii najlepsze mieszkania, a może dlatego.

Pracownikom z terenów lepiej rozwiniętych przemysłowo, którzy nie są mile widziani przez śląską ludność, nie podobają się trudne warunki życia i pracy na Śląsku. Ale jednocześnie na Śląsk wędrują rodziny górnicze z Królestwa Polskiego, które mają dużo mniejsze wymagania.

Generalne tabele statystyczne Śląska z 1787 roku podają, że na Górnym Śląsku pracuje dwadzieścia pięć kopalń, a w nich siedemdziesięciu dziewięciu górników. Najwięcej kopalń (jedenaście) i górników (trzydziestu ośmiu) jest w powiecie bytomskim10.

Zdaniem badaczy kultury górniczej, liczby są tak niskie, bo chodzi o górników profesjonalistów, z tradycją, ludzi wolnych, zajmujących poważną pozycję społeczną. Poza nimi w kopalniach pracują chłoporobotnicy - chłopi pańszczyźniani. Wszystkich jest prawdopodobnie około siedmiuset.

Węgla się jeszcze prawie nie kopie. Walenty Roździeński pisze wprawdzie w Officinie..., że o świetne i cudne szaty, o pyszne budowanie ani o rozkoszne leganie nie dba, węgiel to jego ściany i pościel, w tej pościeli nie lęgną się pchły ani muchy.

Ale to nie węgiel kamienny, lecz drzewny, paliwo i reduktor dla dymarek i pieców kowalskich. Węgielnicy, zwani także kurzaczami, wypalający ten węgiel w mielerzach, stosach, do których prawie nie wpuszczano powietrza, zajmują w poemacie tylko sto czterdzieści dziewięć wierszy, gdy o bogu Wulkanie jest dwieście osiemdziesiąt osiem, o kuźnikach pięćset czterdzieści dziewięć, o demonach i duchach dziewięćdziesiąt dwa11.

Erben

Testament Fryderyka von Gieschego wydaje się ryzykowny. Ogromny majątek przypada trzem kobietom - jedynej żyjącej siostrze i dwóm siostrzenicom.

Największe prawa uzyskuje siostrzenica Amalie von Walther-Croneck.

Podejrzewa, że na jej udział w spadku wpłynęła ostatnia wizyta u wuja. Przyszła do niego z książką wierszy Klopstocka pożyczoną od Korna. Miała oczy pełne łez. Nigdy nie czytała jeszcze podobnych słów. Poprosiła wuja, by posłuchał tych heksametrów:

Śpiewaj bezśmiertna duszo, grzesznych ludzi zbawienie,

Co go w Swém człowieczeństwie na ziemi dokonał Zbawiciel,

Co niém ród Adamowy Bożej wrócił miłości

Wuj kazał przynieść z piwnicy butelkę najlepszego tokaju. Czytali razem, przejęci, wybaczyli nawet poecie jego śmieszne nazwisko12.

Wykonawcą testamentu jest Johann Jacob Korn.

Niejedna fortuna podzielona pomiędzy trzy linie rodu (von Pogrell, von Teichmann i von Walther-Croneck) szybko by stopniała. Spadkobiercy wiedzą jednak, że utrzymanie przywilejów rodzinnych i pomnażanie pieniędzy zależą od zgody i skutecznych sposobów zarządzania firmą. Jedności spółki ma służyć imię Geor­ga von Gieschego zawsze już obecne w jej nazwie, chociaż znikło z młodszych gałęzi drzewa genealogicznego. Każda z trzech rodzin wybiera swego przedstawiciela do zarządu. Wysiłki tych trzech reprezentantów są opłacane z wpływów przedsiębiorstwa - każdy otrzymuje dwieście talarów rocznie, a zyski dzieli się pomiędzy członków rodziny według starannych ułamkowych przeliczeń. Potem wybiera się jeszcze reprezentanta całej firmy. W latach 1786-1819 będzie nim syn Amalie Sigismund von Walther-Croneck.

Uosabia dworski szyk pruski: frak z szamerowaniem, peruka o loczkach zakręconych wysoko nad uszami, na pewno harcap, chociaż go nie widać. Szyja sztywna, oczy lekko wytrzeszczone. Dandys i żołnierz w jednym. Okazuje się, że przede wszystkim menedżer.

Jeszcze zanim zostanie reprezentantem, pisze rodzinny memoriał do starego już króla pruskiego w sprawie odnowienia przywileju monopolu na galman. Surowiec nęci wielu przedsiębiorczych ludzi, którzy coraz chętniej rozglądają się po Śląsku, zwłaszcza Górnym. Spadkobiercy Georga von Gieschego muszą prowadzić ostrą walkę konkurencyjną z innymi rodami budującymi tutaj swoją potęgę.

W 1781 roku dwudziestu ośmiu krewniaków zbiera się w oficynie domu przy Ringu, by odczytać wspólnie projekt memoriału. Mowa w nim o stratach, jakie rodzina poniosła podczas różnych działań wojennych, o zastępach oficerów, jakich dała królewskiej armii, o ich zasługach i ofiarach, o potrzebach sierot i wdów. Do tego dokumentu dołączono krótką historię firmy. Zaczyna się ona od słów: "Na początku tego wieku mieszkał we Wrocławiu mężczyzna o nazwisku Georg von Giesche, dla części z nas dziadek, dla części pradziadek ze strony matki...".

Memoriał dociera do rąk króla w Poczdamie. Fryderyk Wielki czyta go wieczorem w bibliotece Sanssouci, jest zmęczony i senny, ale kto zdobył kraje, musi nimi rządzić. Śląskie kopalnictwo wymaga zastrzyku energii, a rodziny spadkobierców Gieschego są niewątpliwie zasłużone dla Prus. Na małym zegarze Boule'a dochodzi już pierwsza, król sięga po pióro i podpisuje. "Pozwala się nadal spadkobiercom Georga von Gieschego..."13.

Spadkobiercy potrzebują teraz wielkich magazynów na galman. Powinny stać przy szlaku komunikacyjnym. Takim magazynem może być wyspa. Spółka Giesche kupuje więc ostrów odrzański od kupca Pfüllera i buduje śluzy, które pozwolą wyprowadzić ładunek na szerokie wody. Interesy jednak nie idą dobrze, coraz bardziej wtrąca się do nich śląski urząd górniczy, żądając modernizacji kopalń, podwyższania zarobków, a nawet dokarmiania załóg na przednówku. Na dodatek ceny galmanu idą ostro w dół, lane żelazo jest tańsze niż mosiądz i znajduje coraz szersze zastosowanie. Część rodziny chętnie sprzedałaby wszystkie udziały i podzieliła zyski. Sigismund von Walther-Croneck jest jednak uparty, jak przystało na pruskiego oficera, o sprzedaży nie ma mowy.

Zwłaszcza że słyszał o tym, co od jakiegoś czasu dzieje się w nowoczesnych hutach w Anglii. Posiadły umiejętność wytapiania cynku. Robią to z galmanu. Trzeba się tego nauczyć, wtedy galman składowany na wyspie odrzańskiej znowu będzie skarbem.

Magazyn na wyspie przestaje być z czasem rodzinie potrzebny. Surowiec idzie prosto do jej hut.

Wyspa Pfüllera, przy zbiegu Odry północnej i południowej, na Przedmieściu Odrzańskim, już nie istnieje. Po regulacji Odry w XIX wieku stała się zachodnią częścią Kępy Strzeleckiej z parkiem i strzelnicą mieszczańską. Dziś stoi tam kompleks elektrociepłowni zbudowany za PRL.

Szarlej

Jeszcze w 1861 roku Encyklopedyja powszechna Orgelbranda mówi o cynku jako o kruszcu, "którego poznanie nie jest dawne, rozpowszechnienie świeże, a jednakże dziś pomiędzy najużyteczniejszemi się mieści". Daje się on walcować na blachę (między innymi do wykładania naw okrętowych) i przeciągać na druty. Używany bywa do powlekania powierzchni blach lub naczyń z blachy żelaznej, aby nie rdzewiały, i do stosów galwanicznych, które w ostatnich czasach są stosowane w przyrządach telegraficznych. Warto także wspomnieć o używaniu blach cynkowych do cynkografii, co znajduje zastosowanie zwłaszcza w Berlinie do odbijania rozkazów dziennych urzędowych, cywilnych i wojskowych, a także w reprodukcjach artystycznych - takich jak Lisowczyk Rembrandta.

Kiedy Orgelbrand przedstawia cynk jako nowość, kopalnia galmanu Scharley, własność spadkobierców Georga von Gieschego, zatrudnia prawie tysiąc robotników i wydobywa rocznie ponad pięćdziesiąt tysięcy ton tego surowca. Od 1834 roku spadkobiercy Gieschego mają już Hutę Cynku "Wilhelmina" na wschód od Katowic.

Szarlej zabrał srebro, ale - zgodnie z proroctwem poety Roździeńskiego - zwrócił to hojnie czym innym. W kopalni Scharley ruda galmanu leży warstwowo, dość płytko, na dużym obszarze, dlatego kopie się ją odkrywkowo. Ilustracja z 1855 roku pokazuje rozległe tarasy schodzące koliście w głąb ziemi, rzekę płynącą dołem kanionu i mostek nad nią, na pierwszym planie ludzi z taczkami; większość to robotnice w długich fartuchach. Jest i kobieta z dzieckiem na ręku. Na wszystkich tarasach gęsto od górników, a na wysokiej krawędzi krateru unosi ramię mężczyzna w niemieckim fraczku, w pończochach, z laseczką, pewnie nadzorca, a może turysta. Na horyzoncie stoją murowane budynki ze skarpami, przypominające młyny albo spichlerze, ale przy każdym kopci potężny komin.

Autor ilustracji nie mówi jednak o tym, co tu się dzieje naprawdę. To pole nowoczesnej eksploatacji. Kiedy górnicy dokopali się do wód gruntowych, sprowadzono cztery maszyny parowe, które obniżyły poziom wody o czterdzieści cztery metry. Najbogatsze pokłady galmanu leżały jednak jeszcze o czterdzieści metrów głębiej. Aby do nich dotrzeć, trzeba było zapanować nad nurtem Brinitze (Brynicy), uporządkować koryto rzeki i podziemnymi kanałami skierować do niego wody z całej niecki bytomskiej.

Dalsza część w wersji pełnej