Do biura firmy Henryk Kroll i Synowie - Pomniki
i Nagrobki wpadają promienie słońca. Jest kwiecień 1923 roku, interesy
idą świetnie. Wiosna nas nie zawiodła, sprzedajemy dużo i wskutek
tego biedniejemy coraz bardziej, ale cóż możemy poradzić - śmierć
jest nieubłagana i nie da się jej uniknąć, ludzki żal zaś domaga
się stale monumentów w piaskowcu, marmurze lub, jeśli poczucie winy
albo spadek są znaczne, nawet w kosztownym, czarnym szwedzkim granicie,
polerowanym ze wszystkich stron. Jesień i wiosna są najlepszymi porami
roku dla handlarzy utensyliami żałoby, wtedy bowiem umiera więcej
ludzi niż w lecie i w zimie, jesienią - bo soki zanikają, na wiosnę
- bo się budzą i zżerają osłabione ciała, jak zbyt gruby knot
zżera zbyt cienką świecę. Tak przynajmniej twierdzi nasz najbardziej
ruchliwy agent, grabarz Liebermann z cmentarza miejskiego, a on musi
się na tym znać. Ma osiemdziesiąt lat, pochował ponad dziesięć
tysięcy nieboszczyków, ze swojej prowizji od nagrobków kupił nad
rzeką dom z ogrodem i hodowlą pstrągów, a z racji swego zawodu
stał się zaprzysiężonym alkoholikiem. Nienawidzi tylko jednej rzeczy,
krematorium miejskiego. Uważa je za brudną konkurencję. My również
nie cierpimy tej instytucji. Na urnach nic nie można zarobić.
Spoglądam na
zegarek. Dochodzi dwunasta, a ponieważ jest dziś sobota, kończę
już pracę. Nakładam blaszaną pokrywę na maszynę do pisania,
wynoszę za zasłonę powielacz Presto, sprzątam próbki kamienia
i wyjmuję z utrwalacza fotografie pomników poległych i artystycznych
ozdób na groby. Spełniam funkcje nie tylko szefa reklamy, rysownika
i buchaltera firmy; od roku jestem również jej jedynym pracownikiem
biurowym, i to nawet niewykwalifikowanym.
Z rozkoszą wyciągam cygaro
z szuflady. Jest to czarne brazylijskie. Agent Wirtemberskiej Fabryki
Wyrobów Metalowych podarował mi je rano, aby mi potem wkręcić
transport wieńców z brązu; cygaro jest więc dobre. Szukam zapałek,
ale jak zwykle gdzieś się zawieruszyły. Na szczęście w piecu
pali się mały ogieniek. Zwijam banknot dziesięciomarkowy, wkładam
go w żar i zapalam w ten sposób cygaro. Ogień w piecu pod koniec
kwietnia jest właściwie zbędny; to tylko pomysł mojego pracodawcy
Georga Krolla. Uważa on, że ludzie w żałobie, którzy muszą
wydawać pieniądze, czynią to chętniej w ciepłym pokoju niż
w miejscu, gdzie jest im zimno. W żałobie marznie dusza, a jeśli do
tego jeszcze marzną nogi, trudno wyciągnąć dobrą cenę. Ciepło
rozmiękcza - również portfele z pieniędzmi. Z tego powodu nasze
biuro jest przegrzane, a naszym przedstawicielom wbija się do głowy jako
podstawową zasadę, żeby nigdy przy chłodnej albo deszczowej pogodzie
nie próbowali zawierać porozumienia na cmentarzu - zawsze tylko
w ciepłym pomieszczeniu, a jeśli to możliwe, po posiłku. Żałoba,
zimno i głód są kiepskimi partnerami do interesów.
Wrzucam resztę dziesięciomarkówki
do pieca i prostuję grzbiet. W tej samej chwili słyszę, jak w domu
naprzeciwko otwiera się okno. Nie muszę patrzeć, żeby wiedzieć,
co się dzieje. Ostrożnie nachylam się nad stołem, jakbym chciał
jeszcze coś poprawić przy maszynie do pisania. Zezuję przy tym
ukradkiem w małe lusterko, które ustawiłem tak, żeby obserwować
okno. Jak zwykle jest tam Liza, żona Watzeka, rzeźnika z końskiej
rzeźni. Stoi nago, ziewa i przeciąga się. Dopiero teraz wstała
z łóżka. Ulica jest stara i wąska, Liza może nas widzieć, a my
ją, i ona o tym wie; dlatego tam stoi. Nagle krzywi swoje duże usta,
odsłania w uśmiechu wszystkie zęby i wskazuje na lusterko. Odkryła
je swymi jastrzębimi oczami. Zły jestem, że zostałem przyłapany na
gorącym uczynku, zachowuję się jednak, jakbym nic nie zauważył,
i spowity chmurą dymu odchodzę w głąb pokoju. Po chwili wracam. Liza
uśmiecha się szyderczo. Wyglądam z okna, ale nie patrzę na nią,
tylko udaję, że kiwam ręką komuś na ulicy. W dodatku posyłam
w przestrzeń całusa. Liza daje się nabrać. Jest ciekawa i wychyla się,
żeby zobaczyć, kto tam jest. Nie ma nikogo. Teraz ja uśmiecham się
ironicznie. Ona stuka się gniewnie palcem w czoło i znika.
Właściwie nie wiem, dlaczego gram
tę komedię. Liza jest, jak to się mówi, wspaniałą kobietą
i znam mnóstwo ludzi, którzy chętnie zapłaciliby parę milionów,
żeby co rano rozkoszować się jej widokiem. Ja również się nim
rozkoszuję, ale mimo to denerwuje mnie on, ponieważ ta leniwa krowa,
która do południa wyleguje się w łóżku, jest tak bezwstydnie pewna
efektu. Nawet jej nie przyjdzie do głowy, że nie każdy pali się do
tego, aby się z nią przespać. Przy tym jest jej to w gruncie rzeczy
dość obojętne. Stoi przy oknie ze swoją czarną grzywą i zadartym
nosem i trzęsie parą piersi z pierwszorzędnego kararyjskiego marmuru,
jak ciocia grzechotką przed nosem niemowlęcia. Gdyby miała parę
baloników, też by je chętnie wystawiała. To, że jest naga i że to
są jej piersi, jest jej najzupełniej obojętne. Po prostu cieszy się,
że żyje i że wszyscy mężczyźni muszą za nią wariować, a później
zapomina o tym i żarłocznie rzuca się na śniadanie. Rzeźnik Watzek
uśmierca tymczasem stare zmęczone szkapy dorożkarskie.
Liza zjawia się znowu. Przylepiła
sobie teraz wąsy i wychodzi wprost z siebie, ciesząc się z tak
genialnego pomysłu. Salutuje po wojskowemu, a ja już myślę, że
drażni się tak bezwstydnie ze starym emerytowanym feldfeblem Knopfem,
który mieszka obok. Później jednak przypominam sobie, że jedyne okno
sypialni Knopfa wychodzi na podwórko. A Liza jest przebiegła i wie,
że nie można jej obserwować z paru sąsiednich domów.
Nagle, jakby pękły gdzieś tamy dźwięku,
zaczynają bić dzwony kościoła Najświętszej Marii Panny. Kościół
stoi przy końcu uliczki i uderzenia grzmią, jakby wpadały do pokoju
prosto z nieba. Jednocześnie widzę, jak przed drugim oknem biurowym,
które wychodzi na podwórko, prześlizguje się niby upiorny melon
łysa czaszka mego pracodawcy. Liza robi ordynarny gest i zamyka
okno. Zakończyło się codzienne kuszenie świętego Antoniego.
Georg Kroll ma zaledwie czterdzieści lat, ale
jego głowa błyszczy już jak kręgielnia w restauracji Bolla. Błyszczy,
odkąd go znam, a będzie to już z pięć lat. Błyszczy tak, że
w okopach, kiedy służyliśmy w tym samym pułku, wydano specjalny rozkaz,
żeby Georg nawet przy największej ciszy na froncie nie zdejmował
hełmu z głowy - tak bardzo jego łysina kusiła najspokojniejszych
nieprzyjaciół do sprawdzenia za pomocą karabinu, czy jest to ogromna
kula bilardowa czy coś innego.
Wyciągam się jak struna i melduję:
- Kwatera główna firmy Kroll
i Synowie! Sztab przy obserwacji nieprzyjaciela. Podejrzane ruchy wojsk
w rejonie jatki końskiej Watzeka.
- Aha! - mówi Georg. - Liza przy
gimnastyce porannej. Spocznij, gefrajter Bodmer! Dlaczego nie nosisz
przed południem końskich klapek na oczach i nie chronisz w ten sposób
swojej cnoty? Nie znasz trzech najcenniejszych rzeczy w życiu?
- Jak mam je znać, panie prokuratorze
generalny, kiedy wciąż jeszcze szukam samego życia?
- Cnota, prostota i młodość -
dekretuje Georg. - Raz stracone, nigdy nie wrócą! A cóż jest
bardziej beznadziejne niż doświadczenie, starość i wyłysiała
inteligencja?
- Bieda, choroba i samotność -
odpowiadam i staję w pozycji spocznij.
- To są tylko inne określenia na
doświadczenie, starość i źle kierowaną inteligencję.
Georg wyjmuje mi cygaro z ust, ogląda je
krótko i klasyfikuje jak kolekcjoner złowionego motyla:
- Łup z Fabryki Wyrobów
Metalowych.
Wyciąga z kieszeni pięknie opaloną,
złotobrązową cygarniczkę z morskiej piany, wkłada w nią cygaro
i pali je dalej.
- Nie mam nic przeciwko konfiskacie
cygara - mówię. - To jest zwykły gwałt, a ty, były podoficer,
oczywiście nic innego w życiu nie widziałeś. Ale po co ta
cygarniczka? Nie jestem syfilitykiem.
- A ja nie jestem homoseksualistą.
- Georg - mówię - podczas wojny
jadłeś moją łyżką grochówkę, kiedy ją ukradłem z kuchni.
A łyżkę trzymałem w brudnym bucie i nigdy jej nie myłem.
Georg obserwuje popiół cygara. Popiół
jest śnieżnobiały.
- Od końca wojny
minęło już cztery i pół roku - oświadcza. - Wtedy dzięki
bezgranicznemu cierpieniu staliśmy się ludźmi. Dziś bezwstydna
pogoń za majątkiem uczyniła nas na nowo rabusiami. Aby to ukryć,
potrzebujemy pokostu pewnych manier. Ergo! Nie masz przypadkiem drugiego
brazylijskiego? Fabryka Wyrobów Metalowych nigdy nie próbuje przekupić
urzędników jednym cygarem.
Wyjmuję drugie cygaro z szuflady i daję
mu je.
- Inteligencja, doświadczenie i starość
jednak na coś się przydają - powiadam.
Uśmiecha się i wręcza mi za to pudełko
zapałek, w którym brakuje sześciu sztuk.
- No i co poza tym słychać?
- Nic. Nie było klientów. Ale muszę
cię usilnie prosić o podwyżkę poborów.
- Znowu? Przecież dostałeś ją
wczoraj!
- Nie wczoraj. Dziś
rano o dziewiątej. Nędzne osiem tysięcy marek. Jednakowoż dziś
o dziewiątej to jeszcze coś znaczyło. Od tego czasu ogłoszono nowy
kurs dolara i zamiast krawata mogę sobie kupić najwyżej flaszkę
taniego wina. A potrzebuję krawata.
- Jak teraz stoi dolar?
- Dziś w południe trzydzieści sześć
tysięcy marek. Dziś rano był jeszcze na trzydzieści tysięcy.
Georg Kroll ogląda swoje cygaro.
- Trzydzieści
sześć tysięcy! Istna komedia! Jak to się skończy?
- Powszechną plajtą, panie
feldmarszałku - odpowiadam. - Do tego czasu musimy jednak
żyć. Przyniosłeś pieniądze?
- Tylko małą
walizkę banknotów na dziś i jutro. Tysiące, dziesięciotysiącówki,
a nawet kilka paczek starych poczciwych setek. Prawie pięć funtów
papierków. Inflacja postępuje tak szybko, że Bank Rzeszy nie może
nadążyć z drukowaniem. Banknoty po sto tysięcy marek ukazały się
dopiero dwa tygodnie temu, a już wkrótce trzeba będzie drukować
miliony. Kiedy dojdziemy do miliardów?
- Jak tak dalej pójdzie, to za parę
miesięcy.
- Mój Boże! - wzdycha Georg. -
Gdzie są piękne, spokojne czasy z tysiąc dziewięćset dwudziestego
drugiego? Wtedy dolar skoczył w ciągu dwunastu miesięcy z dwustu
pięćdziesięciu marek na dziesięć tysięcy, nie mówiąc już o roku
tysiąc dziewięćset dwudziestym pierwszym - wtedy zwyżka wynosiła
tylko głupie trzysta procent.
Spoglądam w okno wychodzące na
ulicę. Liza stoi naprzeciwko, ma na sobie szlafrok z wzorem
w papugi. Powiesiła lusterko na klamce od drzwi i szczotkuje swoją
grzywę.
- Spójrz na to stworzenie - mówię
gorzko. - Nie sieje, nie orze, a Ojciec Niebieski je żywi. Tego
szlafroka wczoraj jeszcze nie miała. Kilka metrów jedwabiu! A ja nie
mogę uzbierać sobie forsy na krawat.
Georg uśmiecha się.
- Ty jesteś właśnie skromną ofiarą
czasu. Liza natomiast płynie z rozwiniętymi żaglami po falach
niemieckiej inflacji. Jest Piękną Heleną paskarzy. Na nagrobkach nie
wzbogacimy się, mój synu. Dlaczego nie przerzucisz się na śledzie
albo na handel akcjami, jak twój przyjaciel Willy?
- Ponieważ jestem sentymentalnym
filozofem i dochowuję wierności nagrobkom. Ale jak będzie
z podwyżką? Nawet filozofom potrzeba trochę garderoby.
- Nie możesz kupić krawata jutro?
- Jutro jest niedziela. A potrzebuję
go dziś.
Georg przynosi z podwórka walizkę
z pieniędzmi. Sięga do wnętrza i rzuca mi dwie paczki.
- Starczy?
Widzę, że są to przeważnie setki.
- Dodaj mi jeszcze z pół kilo tej
tapety - mówię. - Tutaj jest najwyżej pięć tysięcy. Katoliccy
paskarze rzucają więcej na tacę w kościele i wstydzą się, że
są tacy skąpi.
Georg drapie się po łysej czaszce -
atawistyczny gest, w tym wypadku pozbawiony sensu. Potem wręcza mi
trzecią paczkę.
- Bogu dzięki, że jutro niedziela
- mówi. - Nie będzie nowych kursów dolara. Przez jeden dzień
w tygodniu inflacja stoi w miejscu. Bóg pewnie o tym nie myślał,
gdy stworzył niedzielę.
- A jak my właściwie wyglądamy? -
pytam. - Splajtowaliśmy czy też powodzi się nam dobrze?
Georg zaciąga się głęboko przez swą
cygarniczkę.
- Sądzę, że tego nie wie nikt
w całych Niemczech. Nawet boski Stinnes. Ciułacze naturalnie
splajtowali. Robotnicy i pracownicy żyjący z pensji -
również. Także większość drobnych przedsiębiorców, chociaż
jeszcze o tym nie wiedzą. Naprawdę świetnie powodzi się tylko ludziom,
którzy mają akcje, dewizy, duże nieruchomości i zapasy towaru.
A więc nie nam. Wystarczą ci te informacje?
- Zapasy towaru! - Spoglądam na ogród,
w którym znajduje się nasz skład. - Rzeczywiście nie mamy ich zbyt
wiele. Przeważnie piaskowiec i odlewy. Ale niewiele marmuru i granitu.
A tę troszkę, co mamy, twój brat sprzedaje ze stratą. Najlepiej byłoby,
gdybyśmy w ogóle nic nie sprzedawali, co?
Georg nie musi odpowiadać. Na
dziedzińcu rozlega się dzwonek roweru. Na starych stopniach schodów
słychać kroki. Ktoś kaszle władczo. To wieczne utrapienie naszego
przedsiębiorstwa: Henryk Kroll junior, drugi współwłaściciel
firmy.
Jest to mały, korpulentny mężczyzna ze
słomianym wąsem i w zakurzonych sztuczkowych spodniach, spiętych
u dołu spinaczami do roweru. Jego wzrok muska Georga i mnie z lekką
dezaprobatą. Dla niego jesteśmy urzędnikami bumelującymi przez
cały dzień, podczas gdy on jest człowiekiem czynu i pełni służbę
terenową. Jest niezniszczalny. O świcie wyrusza na dworzec, a potem
jedzie rowerem do najbardziej zapadłych wsi, skąd nasi agenci, grabarze
albo nauczyciele, zameldowali nieboszczyka. Nie można mu odmówić
pewnego sprytu. Jego tusza wzbudza zaufanie; dlatego podtrzymuje ją na
właściwym poziomie za pomocą porannego i wieczornego kufla. Chłopi
wolą przysadzistych grubasów niż chudzielców wyglądających na
głodomorów. Do tego dochodzi jego garnitur. Nie nosi, jak konkurencja
od Steinmayera, czarnego surduta ani też, jak komiwojażerowie Hollmanna
i Klotza, niebieskich garniturów spacerowych - pierwszy jest zbyt
ostentacyjny, drugie zbyt jaskrawo świadczą o obojętności. Henryk
Kroll ma na sobie garnitur wizytowy, sztuczkowe spodnie, kurtkę marengo,
a do tego staromodny sztywny kołnierzyk z zagiętymi rogami i stonowany
krawat z przewagą czerni. Przed dwoma laty wahał się przez chwilę,
gdy zamawiał ten garnitur; zastanawiał się, czy żakiet nie byłby
stosowniejszy, zdecydował jednak na jego niekorzyść, ze względu na
swój zbyt niski wzrost. Była to szczęśliwa rezygnacja; Napoleon też
wyglądałby śmiesznie w jaskółczym ogonie. Tak więc w obecnym stroju
Henryk Kroll wygląda jak zastępca szefa protokołu dyplomatycznego
Pana Boga - i tak właśnie powinno być. Spinacze rowerowe dodają
całości pewnego swojskiego, ale wyrafinowanego charakteru - odnosi
się wrażenie, że od ludzi, którzy je noszą, można kupować taniej
w epoce samochodu.
Henryk odkłada kapelusz i wyciera czoło
chusteczką. Na dworze jest dość chłodno i wcale nie jest spocony;
robi to tylko po to, żeby pokazać, jak ciężko pracuje w porównaniu
z takimi pluskwami biurowymi jak my.
- Sprzedałem krzyż - mówi z udaną
skromnością, pod którą milcząco ryczy potężny triumf.
- Który? Ten
mały z marmuru? - pytam z odrobiną nadziei.
- Duży - odpowiada Henryk jeszcze
skromniej i wytrzeszcza na mnie oczy.
- Co? Ten ze szwedzkiego granitu
z podwójnym cokołem i łańcuchami z brązu?
- Ten! A może mamy jeszcze inny na
składzie?
Henryk wyraźnie rozkoszuje się
swoim kretyńskim pytaniem, uważając je za szczyt sarkastycznego
humoru.
- Nie - mówię. - Nie mamy już
innego. To okropne! Ten był ostatni. Skała Gibraltaru.
- Za ileś sprzedał? - pyta teraz
Georg Kroll.
Henryk nadyma się.
- Za trzy czwarte miliona, bez napisu,
bez transportu i bez ustawienia. To się policzy dodatkowo.
- Wielki Boże! - wykrzykujemy
jednocześnie z Georgiem.
Henryk rzuca nam spojrzenie pełne
arogancji; zdechłe dorsze mają niekiedy taki wyraz w oczach.
- Musiałem stoczyć ciężką
walkę - tłumaczy i z niewiadomego powodu wkłada znowu na głowę
kapelusz.
- Wolałbym, żeby ją pan przegrał
- mówię.
- Co?
- Żeby pan przegrał! Walkę!
- Co? - powtarza Henryk
rozdrażniony. Irytuję go nieco.
- On wolałby, żebyś tego krzyża nie
sprzedał - mówi Georg Kroll.
- Co? Co to znowu znaczy? Do pioruna,
człowiek tyra od rana do wieczora i robi świetne interesy, a w nagrodę
za to przyjmują go w tej budzie zarzutami! Przejdźcie się sami po
wsiach i spróbujcie...
- Henryku - przerywa mu Georg
łagodnie - wiemy, że się zamęczasz. Jednak żyjemy w takich
czasach, w których człowiek, sprzedając, biednieje. Od kilku lat
mamy inflację. Od zakończenia wojny, Henryku. Ale w tym roku inflacja
dostała galopujących suchot. Dlatego liczby nie mają znaczenia.
- Sam o tym wiem. Nie jestem
idiotą.
Żaden z nas nie odpowiada. Tylko idioci
wygłaszają tego rodzaju twierdzenia. A przeczenie idiotom jest
bezcelowe. Wiem o tym z moich niedziel spędzanych w zakładzie dla
wariatów. Henryk wyciąga notes.
- Ten krzyż kupiliśmy za pięćdziesiąt
tysięcy. Wydaje mi się, że trzy czwarte miliona to całkiem ładny
zysk!
Znowu pławi się w sarkazmie. Uważa,
że musi się do mnie zwracać w ten sposób, ponieważ byłem
nauczycielem. Byłem nim przez dziewięć miesięcy krótko po wojnie,
w zapadłej wioszczynie, gdzie zimowa samotność doskwierała mi jak
wyjący pies.
- Byłby jeszcze większy zysk, gdyby pan
zamiast wspaniałego krzyża sprzedał ten przeklęty obelisk, który
stoi pod oknem - mówię. - Pański świętej pamięci ojciec,
zakładając firmę przed pięćdziesięciu laty, kupił go jeszcze
taniej - za pięćdziesiąt marek czy coś takiego.
- Obelisk? A co ma obelisk wspólnego
z tą transakcją? Obelisk jest artykułem niechodliwym. Każde dziecko
o tym wie.
- Właśnie dlatego
- mówię. - Jego nie byłoby szkoda. A krzyża szkoda. Będziemy
go musieli odkupywać za ciężkie pieniądze.
Henryk Kroll parska. Ma polipy w swoim
grubym nosie i nadyma się lekko.
- Chce mi pan wmówić, że sami
musielibyśmy zapłacić za ten krzyż trzy czwarte miliona?
- O tym
się wkrótce dowiemy - mówi Georg Kroll. - Jutro przyjeżdża
Riesenfeld. Musimy zrobić nowy obstalunek w Odenwaldzkich Zakładach
Obróbki Granitu. Nie mamy już dużo towaru.
- Mamy jeszcze obelisk - podsuwam
złośliwie.
- Dlaczego sam go pan nie sprzeda? -
odcina się Henryk. - Więc jutro przyjeżdża Riesenfeld? W takim
razie zostanę tutaj i sam z nim pogadam. Wtedy zobaczymy, jakie są
ceny!
Wymieniamy spojrzenie z Georgiem. Wiemy,
że od Riesenfelda musimy trzymać Henryka z daleka, nawet gdyby trzeba
go było spoić do nieprzytomności albo wlać mu rano rycyny do kufla
z piwem. Ten uczciwy, staromodny kupiec zanudziłby Riesenfelda na śmierć
wspomnieniami wojennymi i historiami z dawnych dobrych czasów, kiedy
marka była fundamentem życia gospodarczego, a uczciwość fundamentem
honoru, jak to trafnie wyraził nasz kochany feldmarszałek. Henryk
znajduje wielką przyjemność w takich banałach - Riesenfeld
nie. Riesenfeld uważa, że uczciwość jest czymś, czego się wymaga
od innych, jeśli mają na tym stracić - i od siebie samego, jeśli
się ma z tego korzyści.
- Ceny zmieniają się z dnia na dzień
- mówi Georg. - Nie ma tu co omawiać.
- Tak? Uważasz może, że za tanio
sprzedałem?
- To zależy. Przywiozłeś ze sobą
pieniądze?
Henryk wytrzeszcza oczy na Georga.
- Ze sobą? Jak mogę brać pieniądze,
kiedy nie dostarczyliśmy jeszcze towaru? To niemożliwe!
- To nie jest niemożliwe -
odpowiadam. - Przeciwnie, teraz bardzo często załatwia się transakcje
w ten sposób. Nazywa się to zapłatą z góry.
- Zapłata z góry! - Gruby nos Henryka
drga pogardliwie. - Co pan o tym wie, panie nauczycielu? Jak można
w naszej branży żądać zapłaty z góry? Od pogrążonej w żałobie
rodziny, gdy wieńce na grobie jeszcze nie zwiędły, chce pan żądać
pieniędzy za coś, co jeszcze nie zostało dostarczone?
- Naturalnie. Dlaczego by nie? Wtedy
właśnie ludzie są słabi i łatwiej ustępują.
- Słabi? Też coś! Są twardsi niż
stal! Po wszystkich wydatkach na lekarza, trumnę, księdza, grób
i stypę - nie dostanie pan ani dziesięciu tysięcy z góry, młody
człowieku! Ludzie muszą najpierw trochę ochłonąć. I zanim zapłacą,
muszą najpierw zobaczyć to, co zamówili, na cmentarzu, a nie tylko
w katalogu. Nawet jeśli jest narysowane przez pana chińskim tuszem
i prawdziwym złotem, z paroma krewnymi w żałobie na dodatek.
Znowu jedna z osobistych wycieczek
Henryka! Nie zwracam na nią uwagi. To prawda, że pomniki w naszym
katalogu nie tylko rysowałem i powielałem na aparacie Presto, ale
także, by wzmocnić ich efekt, malowałem farbami i dorabiałem im
nastrój za pomocą płaczących wierzb, grządek bratków, cyprysów
i podlewających kwiaty wdów w żałobie. Konkurencja konała
z zazdrości, gdy wyszliśmy z tymi nowościami; nie miała nic poza
zwykłymi fotografiami składu, i nawet Henryk uważał wtedy ten pomysł
za świetny, szczególnie zastosowanie złota w płatkach. Aby bowiem
wywołać całkowicie naturalne wrażenie, zaopatrywałem narysowane
i pomalowane nagrobki napisami wykonanymi rozpuszczonym w pokoście
złotem. Przeżywałem wtedy rozkoszne chwile. Uśmiercałem wszystkich,
których nie mogłem ścierpieć, i malowałem im nagrobki - na
przykład mojemu kapralowi z rekruckich czasów, który do dziś świetnie
sobie żyje, wypisałem: "Tu spoczywa po długich i niezmiernie
bolesnych cierpieniach, po stracie wszystkich swoich najbliższych,
policjant Karol Flümer". Miało to swoje uzasadnienie - ten facet
strasznie mnie opieprzał, a na froncie dwa razy wysłał na patrole,
z których wróciłem tylko przypadkowo. Więc mogłem mu chyba życzyć
różnych rzeczy!
- Panie Kroll - mówię. - Pan
pozwoli, że jeszcze raz wytłumaczymy panu obecne czasy. Zasady,
w których pana wychowano, są szlachetne, ale teraz prowadzą do
bankructwa. Pieniądze zarabiać może dziś każdy, ale nikt nie potrafi
zachować ich wartości. Najważniejsze jest nie to, żeby sprzedawać,
tylko żeby kupować i jak najszybciej ściągać należności. Żyjemy
w czasach wartości realnych. Pieniądze są iluzją. Każdy o tym wie,
ale wielu mimo wszystko w to nie wierzy. Póki tak jest, inflacja
postępuje naprzód, aż osiągnie absolutne nic. Człowiek żyje
w siedemdziesięciu pięciu procentach ze swojej fantazji, a tylko
w dwudziestu pięciu procentach z faktów - to jest jego siłą
i jego słabością, i dlatego w tym magicznym tańcu liczb są jeszcze
tacy, co zyskują, i tacy, co tracą. Wiadomo, że nie możemy zyskać
w sensie absolutnym. Ale nie chcielibyśmy zaliczać się do bankrutów. Te
trzy czwarte miliona, za które pan dzisiaj sprzedał, jeśli zostaną
wypłacone za dwa miesiące, nie będą więcej warte niż dziś
pięćdziesiąt tysięcy. Dlatego...
Henryk robi się purpurowy. Przerywa
mi.
- Nie jestem idiotą - wyjaśnia
po raz drugi. - Nie musi mi pan wygłaszać takich kretyńskich
wykładów. Wiem o praktycznym życiu więcej niż pan i wolę
honorowe bankructwo niż chwytanie się wątpliwych paskarskich metod,
żeby egzystować. Dopóki jestem kierownikiem handlowym firmy, będę
prowadził interesy w dawnym, przyzwoitym sensie tego słowa i basta! To
wstrętne tak psuć człowiekowi zadowolenie z udanej transakcji! Dlaczego
nie pozostał pan belfrem?
Chwyta za kapelusz i zatrzaskuje za sobą
drzwi. Widzimy, jak kroczy na swoich grubych, iksowatych nogach przez
podwórko, niemal po wojskowemu, ze swoimi spinaczami rowerowymi
u spodni. Odmaszerowuje na obiad do gospody Blumego.
- Chce odczuwać zadowolenie z transakcji,
ten burżuazyjny sadysta - mówię gniewnie. - Jeszcze tego mu do
szczęścia potrzeba! Jak można prowadzić nasz interes, jeśli nie
z nabożnym cynizmem, gdy człowiek pragnie uchronić swoją duszę?
A ten obłudnik chce odczuwać zadowolenie z szacherek na nieboszczykach
i uważa to jeszcze za swoje prawo przyrodzone!
Georg się śmieje.
- Bierz pieniądze i chodźmy! Przecież
chciałeś sobie kupić krawat? Szybciej! Dziś już nie będzie
podwyżki!
Bierze walizkę z pieniędzmi i stawia ją
niedbale w pokoju koło biura, gdzie sypia. Ja wkładam swoje paczki do
torebki z napisem: "Cukiernia Kellera - najlepsze ciastka, dostawa
do domu".
- Czy Riesenfeld rzeczywiście
przyjeżdża? - pytam.
- Tak, telegrafował.
- Czego chce? Pieniędzy? Czy coś nam
sprzedać?
- To się okaże - mówi Georg
i zamyka biuro.
Ciąg dalszy w wersji pełnej