7. Narzeczona Chuderlaczki
7
Narzeczona Chuderlaczki
Około południa siedziałem samotnie w tawernie Pod Jeleniem i Cichym
Bębnem, szanowanym lokalu o pochyłych kamiennych ścianach podpartych
prostymi słupami z białej sosny. Podobało mi się, że chociaż właściciel
starał się, by jego przybytek dobrze wyglądał z zewnątrz, poddasze było
pełne nieużywanych gratów, pośród których urządziłem sobie posłanie po
rozstaniu ze Spanthianką.
Jako że pokoje okazały się nieco zbyt wyszukane, nie ze względu na ich
jakość, ale na zawartość mojej sakiewki, zakradłem się do środka przez
jedno z wysoko położonych okien i znalazłem drabinę prowadzącą na
stryszek. Bawiło mnie niezmiernie, że wykradam się z ich poddasza, a następnie wracam, by płacić za piwo. Byłem już nieźle wstawiony i jak
zwykle w takich chwilach tak mocno zatopiłem się w myślach, że straciłem
ostrość widzenia i wyglądałem na półgłówka. Czasami nawet oddychałem
ustami. Kiedy zachowuję się tak na ulicy, ludzie dają mi jałmużnę.
Próbowali mnie tego oduczyć w Niskiej Szkole, ale w końcu dali za
wygraną. Jeden z mistrzów przekonywał, że to oznaka inteligencji,
podczas gdy inny twierdził, że raczej objaw idiotyzmu. Ten pierwszy,
jeden z Magów Przełożonych, uwielbiał mnie za mój talent do języków, a drugi, Skrytobójca od Sznura, potępiał moją bezpośredniość oraz swobodę,
przez którą miałem "szybko pożegnać się z życiem".
Nie da się zadowolić wszystkich.
A zatem siedziałem, wpatrując się w dal i niemal tocząc ślinę z ust,
podczas gdy ściany Bębna trzęsły się od galtyjskiej przyśpiewki
napisanej w dawnej holtyjskiej mowie. Była to absurdalna piosenka o zaczarowanym kocie Byczku, a ja nie miałem ochoty tłumaczyć, że tam,
skąd pochodzę, śpiewa się ją galtyjskim dzieciom, aby uczyć je języka
holtyjskiego, którym mają obowiązek się posługiwać.
Ale tutaj, w samym sercu Holtu, wszystkie kerki z piwem cieknącym po
brodzie łączą siły w chóralnym śpiewie za każdym razem, gdy słyszą tę
melodię, wykrzykując wszystkie zapamiętane zwrotki piosenki, której w Galtii nie śpiewa nikt, kto wyrósł z krótkich spodenek. Chociaż trzeba
przyznać, że ta rymowanka idealnie sprawdza się jako pijacka
przyśpiewka.
Rozmyślałem o olbrzymach.
Jak już wspomniałem, pochodzę z Galtii, najdalej wysuniętego na wschód
spośród trzech królestw tworzących Holt.
A mówiąc konkretnie, z Platha Glurris, co oznacza "Lśniącą Rzekę" w języku Galtów, pierwszego ludu, który władał Holtem, chociaż prawdziwa
rzeka znajduje się pod ziemią i jest zbudowana ze srebra.
Mój tata wydobywał srebro, podobnie jak ojciec mojego najlepszego
przyjaciela, dopóki nie zginął z rąk goblinów podczas jednej z bitew
Wojny Córek w 1222 roku, gdy miałem dwanaście lat. Mój tata wrócił z tej
samej bitwy i od tamtej pory rzadko odzywał się więcej niż jednym
zdaniem, a i to nie zdarzało się często. Oczywiście patrzyłem na jego
cierpienie zaledwie przez rok z kawałkiem, ponieważ w wieku czternastu
lat wstąpiłem do Niskiej Szkoły, a on zapewne nawet nie zauważył mojego
odejścia. Nigdy nie pracowałem w kopalni i, jeśli bogowie pozwolą, nigdy
nie będę tego robił. Górnicy harowali jak muły w ciemności pod ślicznymi
wzgórzami przez osiem z dziewięciu dni tworzących tydzień, ale
ostatniego dnia, w dzień kompanów, wybierali się do kościoła i śpiewali
pieśni. Potem pili ciemne chmielowe piwo, aż oni i ich żony byli zbyt
zamroczeni, by na czas się powstrzymać, i w ten sposób zwiększali
liczebność ludzkiej rasy.
Do jakiego boga śpiewał mój ojciec? Nie do galtyjskich reliktów,
jeleniogłowego Harosa albo Fothannona o lisim pysku. Nie do Mithrenora,
dawnego holtyjskiego boga morza. Nic z tych rzeczy, mój ojciec czcił
Wszechboga, reprezentowanego przez dysk z brązu wpisany w drewniany
kwadrat albo, w przypadku ludzi bardzo zamożnych, przez złoty dysk
wpisany w kwadrat z żelaza bądź ołowiu.
Wszechbóg, zwany także Sathem albo Ojcem Słońce, był oficjalnym bóstwem
Holtu i jego królestw. Moim zdaniem Wszechbóg to bóstwo kompromisu i miernoty, cenione przez szlachtę za pochwałę pracy, posłuszeństwa i zarabiania tylko tyle, by przeżyć do następnej wypłaty.
Prostak, który wymyślił takiego boga, wykazał się szokującym brakiem
wyobraźni. Wyszedł z domu i postanowić oddawać cześć pierwszemu
obiektowi, który zmusił go do zmrużenia oczu. To bóstwo bardzo odmienne
od rozczochranych, rozmiłowanych w kazirodztwie bogów Galtów.
Przeciwieństwo Zakazanego Boga, zwanego także Odwróconym Bogiem, o którym w Ludzkich Krainach nie wolno mówić publicznie, jeśli nie chce
się skończyć z rozpłatanym językiem. Powiada się, że stary dobry
Odwrócony jest prawdziwym bogiem Gildii Poborców, ale znają tę tajemnicę
tylko członkowie wewnętrznych kręgów władzy.
Niewykluczone, że ten bóg istnieje, skoro drażni tak wielu ludzi, ale
Wszechbóg to na pewno bzdura. Do takiego bóstwa ludzie modlą się o to,
by woda była mokra, a ogień gorący, albo żeby olbrzymy nie pojawiły się
na terenach, na których nikt nie widział ich od tysiąca lat. Jest
specjalistą od rzeczy łatwych. Nigdy nie widziałem żywego olbrzyma w Holcie, tylko wypchanego, którego Bloth kuternoga ciągnął na dwóch
związanych wozach w swojej Karawanie Ponurych Cudów i pokazywał gapiom w zamian za miedzianą strużynę.
***
Śpiewacy w tawernie ryczeli na całe gardło. Zauważyliście, jaką frajdę
daje ludziom przeciąganie ostatniej samogłoski? Jakby to były zawody na
pojemność płuc. Holtyjscy kretyni z Cadoth zapamiętale wydawali kocie
odgłosy, wtórując dorównującym im intelektem pięciolatkom z Platha
Glurris.
Idzie kocur do miasteczka
Mrau mrau Byczek mrau
Szuka kotki, a nie mleczka
Mrau mrau Byczek mrauuuuuuuuuuuu
Ale kimże jestem, żeby kwestionować czyjąkolwiek inteligencję? Za chwilę
ruszę w stronę zaatakowanych przez olbrzymy Rubieży, z których popłyną
strumienie uchodźców.
Jakaś potężna postać stanęła obok mnie.
- Barmanka? - rzuciła przez ramię i wskazała mnie palcem.
Barmanka pokręciła głową.
To była moja Spanthianka. Powiedziałem jej, gdzie nocuję.
- Jesteś pijany - stwierdziła.
- Wcale nie - odparłem, co jest drugim najczęściej słyszanym kłamstwem w tawernach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Las Sierot
1
Las Sierot
Za chwilę miałem umrzeć.
Co gorsza, miałem umrzeć pośród drani.
Nie, żebym bał się śmierci, ale być może to, z kim umieramy, ma
znaczenie. W końcu to ważne, w czyim towarzystwie przychodzimy na świat.
Jeśli wszyscy są ubrani w czystą bieliznę oraz jedwabie i z uwagą
patrzą, jak wijecie się w kołysce, zapewne czeka was zupełnie inne życie
niż wtedy, gdy pierwszą rzeczą, którą zobaczycie po otwarciu oczu, jest
kozioł. Popatrzyłem na Pagrana i stwierdziłem, że niepokojąco przypomina
capa, gdyż miał pociągłą twarz, długą brodę i uroczy zwyczaj żucia,
nawet gdy nie miał jedzenia w ustach. Pagran kiedyś pracował na roli.
Frella, która stała u jego boku w zardzewiałej kolczudze, kiedyś była
jego żoną.
Teraz oboje byli złodziejami, choć nie tak subtelnymi jak ja. Mnie
szkolono w operowaniu wytrychem, wspinaniu się po ścianach, łagodzeniu
upadków, snuciu kłamstw, brzuchomówstwie, sporządzaniu i odnajdywaniu
pułapek. Byłem także niezgorszym łucznikiem, skrzypkiem i nożownikiem.
Do tego znałem kilkadziesiąt czarodziejskich sztuczek - drobnych, lecz
użytecznych. Niestety, byłem winny Gildii Poborców tak dużo pieniędzy za
swoje szkolenie, że musiałem koczować w Lesie Sierot razem z tymi
durniami, licząc na to, że uda mi się kogoś obrabować w staroświecki
sposób. No wiecie, grożąc mu śmiercią.
Bycie rozbójnikiem jest zaskakująco opłacalne. Dołączyłem do tej grupy
ledwie miesiąc temu, a już udało nam się obrabować kilka zbyt słabo
strzeżonych wozów, porwać kilku maruderów ze zbyt licznych grup, a nawet
sprzedać syna jednego z kupców grupce nieuczciwych żołnierzy, którzy
mieli nas ścigać. Zabijanie nigdy nie przychodziło mi z łatwością, lecz
byłem gotów posłać kilka strzał, byle tylko wygrzebać się z gówna. Tak
działa świat. Zebrałem ponad połowę raty, którą miałem zapłacić Gildii w Dożynki, by powstrzymać ich przed przerobieniem mojego tatuażu, który
wyglądał już wystarczająco źle.
A zatem kucałem w zasadzce i obserwowałem samotną kobietę, która szła w naszą stronę Białą Drogą. Miałem złe przeczucia względem tej
potencjalnej ofiary, nie tylko dlatego, że kroczyła, jakby nikt nie mógł
jej skrzywdzić, podczas gdy w koronach drzew wrzeszczały kruki. Liznąłem
nieco magii, więc widziałem, że podróżna nią włada. Nie byłem pewien,
jakiego rodzaju są to czary, ale wyczuwałem w powietrzu coś jakby chłód
albo napięcie przed burzą, które wywołuje gęsią skórkę. Poza tym cóż
takiego mogła mieć przy sobie jedna kobieta, co byłoby cokolwiek warte
po podzieleniu między siedem osób? A nie zapominajmy, że nasz przywódca
zgarniał podwójną dolę, w praktyce zaś niemal połowę łupu.
Popatrzyłem na Pagrana i lekko pokręciłem głową. Odwzajemnił spojrzenie.
Białka jego oczu były wyraźnie widoczne, ponieważ pokrył błotem całe
swoje ciało, nie licząc dłoni, których potrzebował do komunikowania się
gestami. Pagran używał żołnierskiego języka gestów, którego nauczył się
podczas Goblińskich Wojen, o połowę uboższego niż złodziejski język,
który poznałem w Niskiej Szkole. Brak dwóch palców nie ułatwiał mu
sprawy. Kiedy pokręciłem głową, wykonał w moją stronę jakiś gest.
Sądziłem, że każe mi naprawić sakiewkę, więc sprawdziłem, czy pieniądze
z niej wypadają, ale po chwili uzmysłowiłem sobie, że pyta, czy wciąż
mam jaja. No tak, dodawał mi odwagi.
Wskazałem na nieznajomą i wykonałem gest oznaczający magiczkę, choć nie
byłem pewien, czy Pagran go zna. Odpowiedział, że magiczka stoi za moimi
plecami, a przynajmniej tak mi się wydawało w pierwszej chwili, ale tak
naprawdę polecił, żebym wsadził ją sobie w dupę. Przeniosłem wzrok z drania, z którym za chwilę miałem umrzeć, na kobietę, która miała nas
zabić.
Przynajmniej takie miałem przeczucie.
***
Żeby wędrować samotnie Białą Drogą przez Las Sierot nawet w przyjemnie
ciepły dzień późnego lata w miesiącu Popiołów, trzeba być magikiem.
Ewentualnie pijakiem, cudzoziemcem, samobójcą lub każdym z nich po
trosze. Ta kobieta wyglądała na cudzoziemkę. Miała oliwkową karnację i czarną potarganą czuprynę typową dla Spanthian. Do tego
charakterystyczne dla nich silnie zaznaczone kości policzkowe, prezent
od starego imperium, które utrudniały oszacowanie jej wieku. Dość młoda.
Koło trzydziestki? Drobna, ale krzepka. Te zaspane oczy mogły należeć do
zabójczyni, a poza tym była ubrana do walki. Na plecach niosła okrągłą
tarczę, ryngraf chronił jej gardło przed poderżnięciem i o ile się nie
myliłem, pod koszulą nosiła lekką kolczugę.
Ostrze przy jej pasie było krótsze od większości spotykanych broni.
Zapewne był to spadín, pogromca byków, co oznaczało, że musiała być
Spanthianką. Tamtejsi rycerze kiedyś byli najlepszymi jeźdźcami na
świecie, gdy jeszcze mieli konie. Teraz polegali na sztuce walki mieczem
i tarczą pochodzącej ze Starego Keshu, zwanej Calar Bajat, której uczyli
się od ósmego roku życia. Spanthianie nie lubią, gdy się im grozi,
dlatego byłem pewien, że jeśli zaatakujemy, będziemy zmuszeni do walki
na śmierć i życie. Czy Pagran uważał, że gra jest warta świeczki? Przy
pasie nieznajomej wisiały sakiewki z pieniędzmi, ale czy zamierzał dać
sygnał do natarcia wyłącznie z tego powodu?
Nie.
Patrzył na tarczę.
Kiedy Spanthianka się zbliżyła, dostrzegłem różany blask na drewnianej
krawędzi wystającej zza jej pleców, co świadczyło o tym, że tarcza jest
wykonana z wiosennego drzewa. Wycinaliśmy je tak szybko podczas
Goblińskich Wojen, że dziś były niemal wymarłe - ostatnie zagajniki
znajdowały się w Ispanthii, gdzie czuwał nad nimi król, a każdy intruz
kończył z pętlą na szyi, chyba że miał ze sobą piłę - wtedy gotowano go
żywcem. Wiosenne drzewo ma to do siebie, że jeśli właściwie się o nie
dba, może dalej żyć nawet po ścięciu i samo się uzdrowić. A dopóki żyje,
trudno je spalić.
Pagran chciał zdobyć tę tarczę. Wciąż łudziłem się, że opuści miseczkę
dłoni, jakby gasił świecę, ale wiedziałem, że za chwilę wyprostuje
kciuk, dając sygnał do ataku. U jego boku stała trójka naznaczonych
bliznami zawadiaków, a niedaleko mnie pośród liści poruszyła się para
łuczników - przesądny gówniarz Naerfas, przezywany Nerwusem, który
całował zawieszony na szyi brudny wisiorek przedstawiający lisa
wyrzeźbionego z jeleniej kości, oraz jego blada siostra o wytrzeszczonych oczach. Nigdy mi się nie podobało, że czcimy tego samego
boga, ale w końcu byli Galtami tak jak ja i urodzili się z czarnymi
językami, które nas wyróżniają, a galtyjscy złodzieje służą panu lisów.
Nie możemy się powstrzymać.
Wyjąłem z kołczanu strzałę z dziurawiącym grotem, idealną do przebijania
kolczug, i założyłem ją na cięciwę.
Obserwowaliśmy swojego kapitana.
Obserwowaliśmy kobietę.
Kruki wrzeszczały.
Pagran wyprostował kciuk.
Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko.
***
Pierwszy zwolniłem strzałę, czując przyjemne rozluźnienie palców i uderzenie cięciwy o przedramię. Miałem to miłe uczucie, które pojawia
się, gdy wiecie, że oddaliście celny strzał - jeśli nigdy nie
strzelaliście z łuku, nie potrafię wam go opisać. Usłyszałem syk strzał
moich kompanów, które podążyły za moją. Ale cel już był w ruchu -
kobieta przykucnęła i obróciła się tak szybko, że niemal zniknęła za
tarczą. Nie dość, że tarcza była duża, ona zdołała się za nią skulić.
Dwie strzały odbiły się od wiosennego drewna, a moja zniknęła mi z oczu.
Wtedy zaatakowali Pagran i jego trójka zabijaków. Pagran wznosił nad
głowę swoją potężną glewię, która wyglądała jak przerośnięty kuchenny
nóż na kiju. Frella trzymała za plecami swój miecz gotowy do ciosu, a pozostała dwójka, którą nazwiemy po prostu Włócznią i Toporem, biegła za
nimi. Spanthianka musiała się zatrzymać, żeby stawić im czoło, a wtedy
zamierzałem przeszyć jej kolano.
Nagle wszystko się skomplikowało.
Dostrzegłem jakiś ruch między drzewami po drugiej stronie drogi.
W mojej głowie jednocześnie pojawiły się trzy myśli:
Jeden z kruków zrywa się do lotu.
Kruki umilkły.
Ten kruk jest za duży.
Kruk rozmiarów jelenia wypadł na drogę.
Z mojej krtani nieświadomie wyrwał się cichy dźwięk.
Nie da się zapomnieć pierwszego spotkania z bojowym krukiem.
Zwłaszcza jeśli nie jest po waszej stronie.
Ptak podciął Włócznię i wywrócił ją na twarz, a następnie zaczął siekać
jej plecy twardym dziobem. Otrząsnąłem się z otępienia i pomyślałem, że
powinienem nałożyć na cięciwę kolejną strzałę, ale kruk już atakował
Topora, który tak naprawdę miał na imię Jarril. Wspominam o tym nie
dlatego, że będziecie mieli okazję lepiej go poznać. Po prostu to, co go
spotkało, było tak paskudne, że jest mi głupio nazywać go Toporem.
Jarril wyczuł, że ptak zbliża się do niego od boku, przestał biec i odwrócił się w stronę wroga. Zdążył tylko unieść topór, zanim kruk wbił
dziób w miejsce, którego przebicia wolałby uniknąć każdy mężczyzna.
Gruba kolczuga sięgała Jarrilowi aż do kolan, ale te ptaki potrafią
dziurawić czaszki, więc lepiej nie myśleć o tym, co pozostało z części
ciała znajdującej się pod spodem. Mężczyzna padł na ziemię, zbyt mocno
zraniony, by krzyczeć. Za to rozwrzeszczała się Frella. Zerknąłem w lewo
i zobaczyłem pochylonego Pagrana, całego we krwi, choć myślę, że nie
własnej, ponieważ Frella krwawiła za nich oboje, obryzgując ziemię
czerwonym strumieniem tryskającym z głębokiej rany pod pachą, biegnącej
od łokcia aż do cycka.
Kiedy Spanthianka zmieniła kierunek, dostrzegłem jej obnażony miecz,
który bez wątpienia był spadínem. Wystarczająco ostrym, by dźgać,
wystarczająco ciężkim, by siec. To dobre ostrze, być może najlepszy
krótki miecz, jaki kiedykolwiek wykuto. A ona potrafiła się nim
posługiwać. Poruszyła się błyskawicznie, minęła Frellę i odkopnęła jej
miecz na bok.
Włócznia, która miała rozszarpane plecy, właśnie dźwigała się na
czworaki, jak niemowlę próbujące chodzić. Obok mnie Nerwus krzyknął:
"Awain Baith", co po galtyjsku znaczy "ptak śmierci", po czym upuścił
łuk i rzucił się do ucieczki, a jego starsza siostra pobiegła za nim,
pozostawiając mnie jako jedynego łucznika między drzewami. Nie mogłem
stąd trafić Spanthianki, która zasłaniała się tarczą, jednocześnie
odrąbując Włóczni dłoń. Zabawne, na czym skupia się nasz umysł -
przyjrzałem się tarczy z bliska i zauważyłem, że jej stalowy szczyt
wykuto w kształt dmuchającego obłoku z ludzką twarzą, podobnego do
rysunków na skrajach map.
Pagran podniósł upuszczoną glewię i próbował opędzać się przed krążącym
wokół niego ptakiem. Kruk dwukrotnie uderzył dziobem w ostrze broni, z łatwością unikając pchnięcia Pagrana i ignorując mój chybiony strzał -
te istoty poruszają się w nieprzewidywalny sposób, a strzała wypuszczona
z dwudziestu kroków nie trafia w cel w chwili zwolnienia cięciwy. Bojowy
kruk chwycił ostrze glewii dziobem i wykręcił je w bok, tak że Pagran
musiał obrócić się razem z nim, by nie stracić oręża. W tej samej chwili
Spanthianka skoczyła naprzód, zwinnie jak pantera, i cięła go tuż ponad
piętą. Nasz przywódca upadł i zwinął się w jęczący kłębek. Walka na
drodze dobiegła końca.
Kurwa.
Wypuściłem kolejną strzałę w stronę Spanthianki, a wtedy ptak przeniósł
na mnie wzrok.
Zrozumiałem, że łuk nie wystarczy. Z przodu pasa nosiłem doskonały nóż;
podczas bójki w tawernie mógłbym wypatroszyć przeciwnika, ale ostrze
byłoby bezużyteczne wobec kolczugi. Na plecach trzymałem paskudny
sztylet tarczkowy, idealny do przebijania kolczug, ale w starciu z mieczem w dłoni kobiety, nie wspominając o tym jebanym ptaku, byłby
równie użyteczny jak patyk.
Zbliżyli się.
Mogłem uciec Spanthiance, ale nie krukowi.
Przyznaję bez wstydu, że lekko popuściłem w spodnie.
- Łuczniku - odezwała się kobieta z charakterystycznym ispanthiańskim
akcentem. - Wyjdź i pomóż swoim przyjaciołom.
***
Fakt, że tak naprawdę nie byli moimi przyjaciółmi, nie wystarczył, by
zostawić ich okaleczonych i poobijanych na Białej Drodze, nawet jeśli na
to zasługiwali. Spanthianka wyciągnęła strzałę z zakrwawionej koszuli
pod swoją pachą i porównała pierzysko ze strzałami, które wciąż tkwiły w moim przybocznym kołczanie.
- Dobry strzał.
Zwróciła mi strzałę. Dała mi także łyk wina z bukłaka - dobrego, gęstego
i czarnego wina, które zapewne również pochodziło z Ispanthii. Pagran,
który z grymasem bólu wstał i oparł się o drzewo, niczego nie dostał.
Frella, która straciła tyle krwi, że była na skraju omdlenia, także
obeszła się smakiem, mimo że z nadzieją patrzyła na Spanthiankę, gdy
opatrywałem jej rękę za pomocą pończochy i kija. Wino było przeznaczone
tylko dla mnie, ponieważ oddałem celny strzał. Tacy są Spanthianie.
Najpewniejszym sposobem na zjednanie sobie ich łask jest zrobienie im
krzywdy.
Jeśli chodzi o rannych, Jarril wciąż był nieprzytomny, z czego należało
się cieszyć - niech śpi, żaden ogier nie chce się obudzić wałachem, tym
bardziej jeśli jest na tyle młody, że dopiero dowiedział się, do czego
służy to, co stracił. Włócznia podniosła odciętą dłoń i wbiegła do lasu,
jakby znała jakiegoś przyszywacza kończyn, który niedługo zamykał
zakład. Nie wiem, dokąd poleciał ptak, a przynajmniej wtedy tego nie
wiedziałem. Wyglądało na to, że rozpłynął się w powietrzu. Co zaś się
tyczy Spanthianki, to ruszyła w dalszą drogę, jakby nic się nie stało,
nie licząc zadrapania i zakrwawionej koszuli. A jednak coś się stało.
Spotkanie z ispanthiańską ptaszniczką odmieniło mój los.
2. Pod Pszczołą i Monetą
2
Pod Pszczołą i Monetą
Doprowadzenie Frelli i Pagrana z powrotem do naszego obozu nie było
łatwe. Oddałem Pagranowi jego glewię, żeby mógł się nią podpierać, a Frelli musiałem pozwolić wpierać się na moim ramieniu przez ponad milę
wędrówki po nierównym terenie. Na szczęście była chuda - w sam raz na
palisady, jak mawiają żołnierze - więc nie dawała mi się za bardzo we
znaki. Moi mistrzowie w Niskiej Szkole skarciliby mnie za pomoc tej
dwójce. Uznaliby lanie na Białej Drodze za koniec naszej niezbyt wesołej
kompanii, a ucieczkę rodzeństwa łuczników za dowód na to, że byli
lojalni wyłącznie wobec siebie nawzajem i zapewne już ruszyli w poszukiwaniu nowych przygód, wcześniej ogołociwszy nasze obozowisko.
Zostawiłem tam swoje skrzypce, solidny hełm, który miałem nadzieję
sprzedać, oraz dzbanek galtyjskiej whiskey. Na hełmie niespecjalnie mi
zależało, a na świecie nie brakowało ognistej wody, w której mogłem
zanurzyć usta, ale te skrzypce coś dla mnie znaczyły. Chciałbym wam
powiedzieć, że należały do mojego staruszka albo coś w tym rodzaju, ale
mój ojciec był ponurym górnikiem i nie potrafił nawet zagrać fanfar
dupskiem po zjedzeniu kwarty fasoli z kapustą. Ukradłem te skrzypce.
Oddaliłem się z nimi, kiedy pewien gość spierał się z młodym muzykiem o to, czy śpiewał czysto w tawernie. Tak między nami, fałszował, za to
skrzypce były pierwsza klasa, więc po całej akcji zapłaciłem gościowi
połowę ich wartości, zamiast je sprzedawać. A teraz wyglądało na to, że
zostaną sprzedane za bezcen, a dwójka gnojków, którzy je zabrali,
zapewne była już tak daleko, że nie miałem szansy ich dogonić.
***
Cadoth było pierwszym miastem na zachód od Lasu Sierot i ostatnim w Holcie, za którym rozciągały się jeszcze bardziej posępne lasy i rozległe wyżyny Norholtu. Można zorientować się, jak duże jest miasto,
po tym, ilu bogów ma w nim świątynie i jakich są one rozmiarów. Na
przykład, w wiosce z jedną błotnistą drogą, jedną tawerną, która tak
naprawdę jest zapleczem domu jakiegoś tłuściocha, oraz jednym
zdychającym wołem, którego wszyscy pożyczają sobie do orki, zapewne
znajdziemy kościół Wszechboga. Bez dachu, z belkami do siedzenia,
łojowymi świecami na ołtarzu i wnęką, w której ustawia się posągi
rozmaitych bogów, zależnie od święta. Posągi będą wyrzeźbione z jesionu
albo orzesznika, boginie będą miały obfite biusty, a bogowie niewielkie
przyrodzenia, nie licząc Harosa, który ma postać jelenia i odpowiednio
okazałego fiuta, ponieważ wszyscy wiedzą, że każdego wieczora tak mocno
rżnie księżyc, że ten musi schować się za wzgórza i odpocząć.
W nieco większym miasteczku, gdzie mieszka pełnoetatowa dziwka, która
nie zajmuje się na boku warzeniem piwa ani cerowaniem koszul, znajdziemy
kościół Wszechboga kryty strzechą i ozdobiony dyskiem z brązu wpisanym w kwadrat z ołowiu albo żelaza, a także porządną świątynię poświęconą
jakiemuś miejscowemu bóstwu, które według ludzi jest najmniej skłonne
nasrać im na pokornie pochylone głowy.
Cadoth było największym miasteczkiem, jakiego jeszcze nie można nazwać
miastem. Jako punkt handlowy z prawdziwego zdarzenia, ulokowany na
rozdrożach, miało kościół Wszechboga ukoronowany słońcem z brązu,
potężną wieżę poświęconą Harosowi, zwieńczoną porożem jelenia oraz
mniejsze świątynie, w których czczono tuzin innych bóstw. Brakowało
wśród nich świątyni poświęconej Mithrenorowi, bogu morza, o którym mało
kto myśli w głębi lądu, jak również Zakazanemu Bogu, z oczywistych
względów.
W każdym miasteczku tej wielkości nie może zabraknąć porządnego Domu
Wisielca, jak nazywa się siedzibę Gildii Poborców, a ja musiałem się tam
udać, by porozmawiać o swoim długu. Moja współpraca z Pagranem i jego
bandą rębajłów tego lata była całkiem udana, dopóki Spanthianka i jej
morderczy ptak nie skopali nam tyłków. Ale teraz Nerwus i Śnieżka,
rodzeństwo łuczników, które uciekło, gdy kruk dołączył do potyczki,
całkowicie mnie ogołociło. Potrzebowałem pieniędzy - i to szybko - a rozegranie kilku partyjek Wież wydawało się dobrym początkiem.
Wiedziałem, że gra z pewnością toczy się Pod Pszczołą i Monetą, ponieważ
Pszczoła i Moneta to dwie z kart w talii Wież, obok samych Wież, Królów
i Królowych, Żołnierzy, Łopat, Łuczników, Śmierci i Zdrajcy, a także,
oczywiście, Złodziei, których w talii zazwyczaj oznacza się rysunkiem
chwytającej dłoni.
Nie wszyscy w tawernie byli graczami. Stoliki na obrzeżach zajmowali
pasterze owiec i hodowcy korzeni, wierni bogom skwaszonych min.
Rozmawiali przyciszonymi głosami o deszczach i chrząszczach, a ich nigdy
nieprana wełniana odzież po dziesięcioleciach wycierania w nią rąk była
pokryta warstwą zwierzęcego tłuszczu. Dwaj młodzi najemni zabijacy
siedzący bliżej baru mieli przy pasach niewielkie miedziane kubeczki,
których w grze w Wieże używano do zbierania monet. Mimo że byli
uzbrojeni w miecze, wyglądało na to, że z dużą ostrożnością zerkają na
trzy surowe starsze kobiety, które rżnęły w Wieże przy zniszczonym przez
korniki stole.
Ja też byłem ostrożny, ale chciałem zagrać.
- Potrzebujecie czwartego do gry? - odezwałem się do łysej zabójczyni
tasującej karty.
Popatrzyła na mój tatuaż. Miała prawo dać mi po gębie z jego powodu, ale
najwyraźniej nie miała na to ochoty. Pozostała dwójka bardziej niż piwa
pragnęła szybkiego powrotu do gry, więc także nie skorzystała z okazji.
Łysa wskazała głową puste krzesło, więc usadziłem na nim tyłek.
- Talia Lamnur czy Mouray? - spytałem.
- A jak, kurwa, myślisz?
- Jasne. Lamnur.
Szlachcice i tym podobni używali talii Mouray. Miała ładniejsze wzory.
Ale ludzie o permanentnie brudnych kołnierzach grywali talią Lamnur o prostszych rysunkach, z dwiema Królowymi zamiast trzech i bez karty
Lekarza, który mógł was uratować w przypadku wyciągnięcia Śmierci.
Osobiście wolałem talię Mouray, ale tak już mam, że lubię drugie szanse.
- Najpierw zapłać - odezwała się kobieta.
Wygrzebałem z sakiewki wystarczającą liczbę monet, żeby dorzucić się do
puli.
Brzęk-brzęk!
Łysa rozdała karty.
Wygrałem dwie z trzech rund Turnieju i spasowałem w trzeciej, żeby nie
pomyślały, że oszukuję, ale pula w rundzie Wojny była zbyt duża, żebym
przepuścił okazję. Blada blondynka z blizną jak haczyk do łowienia ryb
ostro licytowała, najwyraźniej przekonana, że ostatni Król w talii
zapewnia jej nietykalność, ale zagrałem Zdrajcą, a potem Łucznikiem
pozbyłem się Królowej, która mogła złapać Zdrajcę, zgarnąłem Króla i wygrałem. Ponownie. Nielichą sumkę.
- Jak to, kurwa, robisz, cwaniaczku? - rzuciła łysa z akcentem typowym
dla holtyjskich ulicznych rzezimieszków.
"Cwaniaczek" to niezbyt miłe określenie, ale w końcu właśnie wyczyściłem
ją z kasy.
- Szczęście mi sprzyja - odparłem, co nie było kłamstwem.
O szczęściu opowiem później.
Zastanawiała się, czy mnie dźgnąć, czy raczej dać mi po gębie, aż w końcu zdecydowała się na wygnanie.
- Wypierdalaj od stolika - warknęła, więc zebrałem wygraną w koszulę,
schowałem monety do sakiewki na pasie i odszedłem z uśmiechem, ścigany
przez kilka komentarzy dotyczących mojego ojca.
Miałem nadzieję, że żaden z nich nie był prawdą. Każda z kobiet miała
ochotę mnie pobić, ale były zbyt pochłonięte grą. Zapewne pozostaną przy
stoliku, aż dwie z nich będą spłukane, a wtedy rzucą się na siebie
nawzajem. Nic dziwnego, że kapłani tak wielu bogów pomstują na tę grę -
zginęło przez nią więcej ludzi niż przez Morderczy Alfabet. Chciałem
powiedzieć, że zabiła więcej ludzi niż gobliny, ale to byłaby zbyt duża
przesada, nawet dla mnie.
Podszedłem do baru, a tam, tuż za potężnym jegomościem, który mógłby
zaćmić słońce, o szorstki drewniany blat opierała się Spanthianka, którą
spotkaliśmy na drodze. Niezręcznie skinęliśmy do siebie głowami. Miejsce
obok niej, w którym zamierzałem stanąć, nagle zajęła jakaś męska dziwka
o zbyt mocno umalowanych oczach. Oczy z uznaniem zlustrowały
ptaszniczkę. Na swój sposób była ona bardzo urodziwą kobietą, o czarnych
włosach i morskich oczach, ale jeszcze nie zdecydowałem, czy wyglądałaby
lepiej, gdyby nie sprawiała wrażenia zaspanej, czy może opuszczone
powieki dodawały jej swoistego uroku. Mężczyźni uwielbiają kobiety,
które wyglądają na obojętne, jeżeli tylko nie brakuje im urody.
Uwielbiamy także wesołe kobiety, jeśli są piękne, jak również smutne
ślicznotki i gniewne dziewczęta o ładnych buziach. Rozumiecie, jak to
działa. A więc owszem, Spanthianka była urodziwa. Ale gdyby musiała się
uśmiechnąć, by ugasić pożar, spłonęłoby pół miasta. Najwyraźniej nie
zauważyła siedzącego obok niej kogucika, tylko skupiała się na swoim
winie i wpatrywała się w dal. Smutna dziewczyna o silnych kościach.
Chłopcy za tym przepadają.
Znalazłem inne miejsce przy barze.
Utalentowana galtyjska harfiarka śpiewała popularną piosenkę Rozdarte
Morze. Miała niezły głos, więc nikt jeszcze nie cisnął w nią butelką.
Nad Rozdartego Morza brzeg
Wybrałam się, gdzie pośród fal,
Jak rycerz z dumą prężąc pierś,
Mąż wielce urodziwy stał.
Wnet ruszył ku dziewczynie tej,
Chłostanej przez nadmorski wiatr.
Powinnam odejść, dobrze wiem,
Lecz popłynęłam za nim w ślad.
Nie znałam świata grzesznych żądz
Przez prosty żywot i młody wiek,
Nie uwierzycie jednak w to,
Co kryło się na morza dnie.
Ujrzałam ogon i płetwy dwie
Zamiast splątanych czterech nóg.
Spytałam: "Co z ciebie za człek?",
"Szlachetny", odrzekł młody bóg.
"Dlatego odejść dam ci stąd,
Bo choć pozory człeka mam,
Nie da ci szczęścia morska toń,
Nie znajdziesz również męża tam".
Łagodny był syreny głos,
Choć ucząc dziewczę, marszczył brew,
"Bez zwłoki powróćże na ląd
I chłopca znajdź, co nie ma płetw".
Zatem wróciłam na piasek plaż
Mądrzejsza od dostojnych dam.
A co pojęłam tamtego dnia,
Dziś chętnie przekazuję wam.
Zebrała kilka monet do kapelusza i zbyt skąpe oklaski, nawet wliczając
mój aplauz, więc zabrała harfę i ruszyła do kolejnej tawerny, gdzie być
może czekała na nią wdzięczniejsza publika.
Zobaczyłem, że w kącie izby sprzedawczyni zaklęć z Gildii Magików - z twarzą upudrowaną na biało i dwoma pierwszymi palcami oraz kciukiem
lewej dłoni złączonymi w znak Gildii - zapaliła woskową święcę oplecioną
kosmykiem swoich włosów, co oznaczało, że przyjmuje zamówienia. Po
chwili jakaś młoda kobieta w grubo plecionym wełnianym ubraniu wręczyła
wiedźmie monetę i zaczęła szeptać jej do ucha swoje pragnienia.
Ledwie zdążyłem skosztować niezłego czerwonego wina, które podawano Pod
Pszczołą i Monetą, gdy podszedł do mnie jakiś paskudnie wyglądający
drobny jegomość w nawoskowanym, zaplamionym skórzanym stroju i wbił
wzrok w mój tatuaż. Przedstawiał on otwartą dłoń naznaczoną runami i znajdował się na prawym policzku. Dało się go zobaczyć tylko w blasku
ognia, a nawet wtedy miał czerwonawo-brązowy odcień, trochę jak stara
henna, więc nie rzucał się w oczy. Można było nie zwrócić na niego
uwagi. Niestety, ten człowiek to zrobił.
- To Dłoń Dłużnika, ta?
Powiedział "ta" na modłę mieszkańców północnego Holtu. Wyglądało na to,
że w tawernie są sami goście z północy. Nic dziwnego - w końcu
znajdowaliśmy się niedaleko granicy prowincji.
Miałem obowiązek przyznać się do posiadania tatuażu, ale nie musiałem
być przy tym miły.
- Taa - odpowiedziałem, tylko trochę przeciągając słowo, aby nie
wiedział, czy z niego kpię, czy też jestem ćwokiem.
- Widzisz, barmanko?
- Widzę - odpowiedziała, nie oglądając się. Właśnie wspięła się na
stołek i sięgała po ispanthiańskie wino z najwyższej półki.
- Ktoś już zgłosił prawo do daru Gildii? - dopytywał ćwok.
- Nie - odparła barmanka, kolejna mieszkanka Norholtu. - Nie dzisiaj.
Gość w skórach zmierzył mnie wzrokiem. Odchyliłem się do tyłu, by mógł
się dobrze przyjrzeć ostrzu przy moim pasie, idealnemu do dźgania i cięcia. To był poważny nóż. Nóż nożownika. Nazwałem go Palthra, co po
galtyjsku oznacza "płatek" - sztylet tarczkowy z tyłu pasa nazywał się
Angna, czyli "gwóźdź" - a jego skórzaną pochwę ozdobiłem dwiema
inkrustowanymi różyczkami. Oczywiście gość mógł zobaczyć tylko pochwę i rękojeść. Zostałbym pozbawiony kciuka, gdybym dobył ostrza przeciwko
komuś, kto spoliczkował mnie w imię Poborców, a gdybym tego kogoś
zranił, Gildia zadałaby mi taką samą ranę.
Ale czy ten kerk to wiedział?
- W takim razie zgłaszam swoje prawo do daru Gildii. W imieniu Poborców
musisz na to przystać.
Owszem, wiedział.
Obejrzał się na ładniejszą z dwóch dzierlatek, z którymi się migdalił, a potem, nie odrywając od niej wzroku, wymierzył mi szybki policzek.
Oczywiście zabolało, zwłaszcza że nosił sygnet, który rozbił mi wargę o ząb, ale ciosy w twarz bolą mniej od świadomości, że byle kretyn może
okładać mnie po gębie, a ja nie mam prawa się sprzeciwić, a nawet
odezwać do niego niepytany.
Barmanka nalała gościowi małe piwo, na koszt Gildii, z ogromną czapą
piany, by domyślił się, co sądziła o ludziach, przez których mieszkańcy
Norholtu wychodzą na tchórzy atakujących bezbronnych. Ćwok się napił, a następnie otarł rękawem pianę z pozbawionej zarostu górnej wargi.
- Mężczyzna powinien spłacać długi - oznajmił z przekonaniem typowym dla
dwudziestolatka, bardziej do siebie niż do innych gości, ale to mi
wystarczyło. Nie wolno mu było odzywać się do mnie po fakcie. Teraz
mogłem mu odpowiedzieć.
- Mężczyzna powinien także mieć odciski na dłoniach. Twoje wyglądają jak
pożyczone od dziecka.
Sprawiał wrażenie zaskoczonego, że się odezwałem, ale starał się to
ukryć i uniósł w moją stronę kufel, jakby chciał dać do zrozumienia, że
już dostał to, czego chciał, i nie dba o moje słowa. Ale wiedziałem, że
jest inaczej. Ktoś zachichotał po moim komentarzu, a to go ubodło,
zwłaszcza w obecności jego panienek. Znałem takich ludzi. Rodzina miała
trochę grosza, ale on był takim dupkiem, że zostawił rodzinną karczmę
czy sklepik prowadzone przez jego umęczoną matkę, ponieważ nie mógł
znieść, że ktoś mówi mu, co ma robić. Być może trafił na słomianą farmę
Gildii, gdzie nauczył się bezużytecznych sztuczek, chcąc uchodzić za
złodzieja, ale nawet z tym sobie nie poradził i został wyrzucony, zanim
narobił sobie długów. Odszedł na tyle dawno, że jego ciuchy śmierdziały,
ale wciąż nie sprzedał ostatniego cennego sygnetu. Dzielił go jeden
ciężki tydzień od stania się męską dziwką albo najemnikiem, ale nie był
wystarczająco słodki na to pierwsze ani wystarczająco silny na to
drugie.
Zaczynałem drania żałować, ale twarz wciąż mnie piekła po zetknięciu z jego dłonią.
- Możesz mnie jeszcze raz spoliczkować, Gildia nie będzie miała nic
przeciwko. Byłoby szkoda zmarnować pierwszą próbę na tak słabe
uderzenie, ty żałosny kerku.
Jeśli nigdy nie byliście w Galtii ani Norholcie, śpieszę donieść, że
"kerk" to mokre pierdnięcie. Myślicie, że będzie całkiem zwyczajne, a jednak okazuje się czymś innym, przynosząc wam wstyd i smutek. Właśnie
dlatego Galtowie mówią: "Zamknij whisky", a nie "zakorkuj". "Kerk"
wymawiamy niemal tak samo, a większość z nas nie ma nic przeciwko
whiskey i nie chcielibyśmy jej zakerkować.
Kilkoro gości zareagowało na moje słowa, głównie kobiety z farm i pasterze, którzy nie wybaczają słabości. Młody nie mógł pozwolić, żeby
to było ostatnie słowo w naszej rozmowie, w przeciwnym razie ktoś
zapewne by się do niego przyczepił po kilku głębszych. Każdy bystry
dzieciak czym prędzej zabrałby dziewczęta i udał się do stodoły, w której zamierzali wymienić wszy łonowe. Ale nie miałem do czynienia z bystrzakiem.
- Nie próbowałem cię skrzywdzić, tylko miałem ochotę na piwo. Ale jeśli
chcesz, to zrobię ci krzywdę, ty galtyjski knapie z gównem na ozorze.
Spanthianka otworzyła wino zębami i nalała sobie porcję, z rozbawieniem
i zaciekawieniem unosząc brew. Zapewne nie wiedziała, że "knap" to cyc,
jak również nie zdawała sobie sprawy, że słowo, którego zamierzałem
użyć, oznacza wyjątkowo uroczą kępkę włosów łonowych.
- Wątpię, kłaku - odrzekłem. - Czułem gorszy ból przy sikaniu, niż ty
byłbyś w stanie mi zadać. Ale jeśli chcesz spróbować, moja twarz jest
otwarta na twoje pięści. Może spróbujesz jeszcze raz, zanim twoje
siostrzyczki uznają, że siedzą przy niewłaściwym stoliku.
Dotknąłem czarnym językiem czubka nosa i puściłem oko.
To wystarczyło.
Rzucił się przez salę i zamachnął na moją szczękę. Uniosłem jedno ramię
i odchyliłem się, blokując jego cios. Nie będę was zanudzał szczegółową
relacją, powiem tylko, że młócił łapami jak kociak, a po chwili
wylądowaliśmy na posadzce, gdzie chwyciłem go za głowę, potem za rękę i znów za głowę. Cuchnął tygodniowym potem, a jego skórzany strój
najwyraźniej kiedyś pokrył się pleśnią, której nigdy nie udało się do
końca usunąć. Barmanka wołała: "Spokojnie, spokojnie!" oraz: "Dosyć,
dosyć!", aż w końcu rozdzieliła nas końcówką cepa, który wisiał nad
miedzianym lustrem, zapewne tego samego, którym rozwalała łby goblinom
podczas Wojny Córek.
Wstałem, trzymając się za rozkrwawioną wargę, najwidoczniej bardziej
poturbowany niż śmierdziel, który odrzucił do tyłu długie włosy ruchem,
jakiego nie powstydziłby się kogucik. Jako że to on zadał pierwszy cios,
a poza tym był wyjątkowym fiutem, barmanka pchnęła go w stronę drzwi. Po
drodze zabrał swoje panienki.
- Pozdrowienia dla Gildii - rzucił tak paskudnym tonem, że nabrałem
pewności, iż Poborcy kiedyś go przeżuli i wypluli.
- Przykro mi, że nie dopiłeś piwa - rzuciłem w stronę jego oddalających
się pleców.
Podniosłem wzrok na miejsce, w którym wcześniej stała Spanthianka, ale
ona wymknęła się podczas zamieszania. Kobieta, która miała cel. Kobieta,
która nie chciała zostać rozpoznana. Intrygujące. Zobaczyłem, że
elegancik o umalowanych oczach patrzy na mnie obojętnie, jakbym był
psem, który zabłąkał się do tawerny. Puściłem do niego oko. Uśmiechnął
się kpiąco i odwrócił wzrok, na co liczyłem, ponieważ musiałem przełożyć
coś ze swoich ust do sakiewki.
To był sygnet śmierdziela.
Goblińskie srebro.
Pewnie najcenniejsza rzecz, jaką posiadał.
Warto było w kontrolowany sposób przyjąć kilka nieudolnych ciosów.
Zdejmując sygnet, mocno ścisnąłem młodego za palec, więc zapewne wciąż
wydawało mu się, że biżuteria jest na miejscu. Jeśli będę miał
szczęście, zauważy brak sygnetu dopiero, kiedy będzie się kładł.
A ja zazwyczaj miałem szczęście.
Mnóstwo szczęścia.
***
Pod wieloma względami jestem całkiem zwyczajny. Nieco niższy od
większości mężczyzn, ale to typowe u Galtów. Chudy jak bezdomny pies.
Praktycznie bez tyłka, więc muszę nosić pasek, żeby utrzymać spodnie na
północ od Wielkiego Rowu. Nieźle gram na skrzypcach, jak już
wspominałem, a gdybym zaśpiewał, nie próbowalibyście mnie udusić,
chociaż raczej nie wynajęlibyście mnie na wesele. Kilku rzeczy nie
potrafię. Na przykład powstrzymać się od śmiechu, gdy coś mnie rozbawi.
Albo dodawać w myślach. Uprawiać roli. Podnosić dużych ciężarów. Ale
kradzież? Do tego mam talent. A częścią tego talentu jest wrodzone
szczęście i jego świadomość. Szczęście to pierwszy z moich dwóch
największych przyrodzonych darów - o drugim opowiem później.
Szczęście naprawdę istnieje, a każdy, kto twierdzi inaczej, chce sobie
przypisać pełnię zasług. Szczęście jest rzeką. Potrafię wyczuć, kiedy w niej jestem, a kiedy wychodzę na brzeg. Zastanówcie się nad tym przez
chwilę. Większość osób podejmuje trudne wyzwania, nie wiedząc, czy im
się uda. Ale nie ja. Kiedy czuję w piersi ciepło szczęścia, jestem
pewien, że uda mi się zabrać tej kobiecie torebkę, a w środku kryje się
brylant albo trzy złote lwy. Wiem, że zdołam przeskoczyć na sąsiedni
dach, a moja stopa ominie obluzowane dachówki. A kiedy siadam do gry w Wieże, wiem, że przeciwnika zasypią Pszczoły i Łopaty oraz odwiedzi go
stara przyjaciółka Śmierć.
Granie w gry losowe wzbudza we mnie szczęście, które wkrótce wymyka się
spod kontroli. Nie da się bez końca wygrywać w karty albo w kości,
ponieważ w pewnym momencie pozostali są gotowi poderżnąć wam gardło.
Poza tym jeśli zużyję swoje szczęście przy stole, zabraknie mi go wtedy,
gdy najbardziej będę go potrzebował. Kiedy czuję pustkę i chłód
wyczerpanego szczęścia, wiem, że po wejściu na oblodzoną ścieżkę złamię
sobie kość ogonową. Chodzę z pochyloną głową, ponieważ mam duże szanse
na spotkanie z mężczyzną, którego oszukałem przed rokiem, albo z dziewczyną, z którą rozstałem się w nieprzyjemnych okolicznościach.
To dzięki szczęściu przeniosłem się ze słomianej farmy do prawdziwej
szkoły, gdy dołączyłem do Gildii Poborców. Zazwyczaj zapisują wszystkich
kandydatów do Niskiej Szkoły, ale tylko trzy z dziewięciu placówek są
prawdziwe. Na farmach naucza się podstaw operowania wytrychem,
wspinaczki i walki na noże, ale niczego bardziej zaawansowanego. Żadnych
zaklęć. Żadnego odnajdywania pułapek ani mowy zwierząt, sztuki podstępów
ani odwracania uwagi. Samo warunkowanie. Kiedy kończycie słomianą farmę,
jesteście silni, szybcy, twardzi, nieco wyszkoleni i toniecie po uszy w długach. Jeśli jakimś cudem jesteście w stanie spłacić ten dług, tym
lepiej dla was. Ale w przeciwnym razie podpisujecie kontrakt. To
oznacza, że Gildia ma na swoje zawołanie tysiące osiłków, prostytutek i robotników. Może zwołać motłoch, który sterroryzuje miasteczko, a następnie rozproszy się, zanim pojawią się włócznicy barona.
Ja uczęszczałem do Prawdziwej Szkoły.
A przynajmniej tak sądzę.
Tak czy inaczej, jestem bardzo zadłużony, ponieważ właśnie na tym im
zależy.
Zresztą sami przeczytajcie.
Do Wielce Szanownego Kincha Na Shannacka!
Trzeci rok nauk fizycznych,
Pierwszy rok nauk magicznych,
Dłużnika
Z wielkim smutkiem i niemniejszym rozczarowaniem, jako kwestorzy
Akademii Rzadkich Sztuk w Pigdenay, podległej Gildii Poborców,
informujemy, iż rozmiar Pańskiego długu wykracza poza Pańską zdolność do
pracy i wkrótce może Pana przytłoczyć.
Jako że średnia wysokość ostatnich czterech płatności na naszą rzecz
wyniosła ledwie dwie truncje, w tak leniwym tempie nie będzie Pan zdolny
spłacić długu wynoszącego osiemdziesiąt pięć truncji złota, jedną złotą
królówkę, jednego srebrnego rycerza i trzy srebrne walety (plus odsetki)
przez najbliższe szesnaście lat. Nie musimy pytać aktuariuszy, by
wiedzieć, że to więcej, niż wynosi Pańska oczekiwana długość życia, jak
również okres przydatności w branży. Tylko dzięki argumentacji jednego z Pańskich byłych mistrzów uznaliśmy, że cały i zdrowy jest Pan dla nas
wart więcej niż okaleczony bądź martwy.
Z tego powodu nakazujemy Panu, pod groźbą pozbawienia kciuków, zgłosić
się do najbliższej zarejestrowanej siedziby Gildii, gdzie zostanie Pan
zbadany i przesłuchany, co zapewne zaowocuje zawarciem surowszego
kontraktu. Według naszych wywiadowców podróżuje Pan Białą Drogą, zatem
sugerowana najbliższa siedziba Gildii znajduje się w Cadoth. Oczywiście
uiszczenie wstępnej opłaty w sumie dwóch złotych lwów i pięciu srebrnych
sówek bądź jednej truncji złota, dwóch złotych królówek i jednego
srebrnego szylinga uczyni naszą rozmowę znacznie serdeczniejszą i przekona nas o Pańskich zamiarach dotrzymania zobowiązań. Nie musimy
przypominać, iż zdolności, jakie przekazujemy za naszymi murami,
umożliwiają większości uczniów swobodną spłatę długu w ciągu siedmiu, a nawet trzech lat, przy odrobinie wysiłku i szczęścia. Nałożone na Pana
łagodne piętno otwartej dłoni nie wystarczy, jeżeli wkrótce nie wzmoże
Pan wysiłków.
Z wyrazami życzliwości (na razie),
Pokorni Kwestorzy
Mistrzów Rzadkich i Pożądanych Sztuk
Sygnowane
pierwszego dnia księżyca w miesiącu Popiołów
roku 1233
Obecnie był dzień osiemnasty, dokładnie w połowie Popiołów. Zbliżały się
Dożynki, a wraz z nimi termin kolejnej raty płatności na rzecz Gildii.
Sygnet Śmierdziela stanowił dobry początek, ale musiałem dokonać kilku
kradzieży w Cadoth.
Poza tym potrzebowałem kupca.
3. Zasraniec
3
Zasraniec
- Goblińskie srebro, co? - spytała starsza kobieta.
Przypatrywała się sygnetowi przez lupę, chociaż nie trzeba było lupy, by
dostrzec, że wyszedł spod goblińskiego młotka; goblińskie srebro lśni na
zielono, a niektórzy uważają, że jego dziwaczne piękno zawstydza złoto.
Niektórzy, czyli ja.
W blasku świec wyraźnie było widać także mój tatuaż z otwartą dłonią.
- Naraziłeś się Poborcom. Szukasz pracy?
Tak naprawdę nie zamierzała mnie zatrudnić. Chciała się dowiedzieć, jak
bardzo jestem głodny. Nie dorobiła się swojego sklepu pełnego drogich
kradzionych przedmiotów, zatrudniając nieznajomych.
- Mam już pracę, ale dziękuję.
- Nie ma za co.
Rzeczywiście nie było.
- Więc dla kogo pracujesz? Dla Cobba?
- Dziesięć szylingów - odrzekłem. - Będę wdzięczny za jakiekolwiek
sówki.
Roześmiała się, ukazując brązowe guzki, które uchodziły za jej zęby.
- Mam sówki, ale nie dostaniesz dziesięciu. Raczej sześć.
- Oboje wiemy, że sygnet jest dla ciebie wart piętnaście i sprzedasz go
za królówkę i złotą dziwkę. Mam zamiar podnosić cenę o jednego szylinga
za każdym razem, gdy zaproponujesz mniej, niż chcę. Teraz cena wynosi
jedenaście. Jeśli wolisz zapłacić dwanaście, zaproponuj siedem.
- Ty mały zasrańcu - rzuciła.
- Nie podniosę ceny za wyzwiska, bo je lubię. Ale jeśli chcesz zdobyć
ten piękny kawałek zielonego srebra, będziesz musiała zapłacić
jedenaście, najlepiej w...
- Tak, wiem, w sówkach, ty mały...
- Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie zasrańcem, cena wzrośnie do dwunastu.
Lenistwo cenię tylko u siebie.
Zamknęła gębę i popatrzyła na mnie zmrużonymi oczami.
Przez drewniany sufit dotarło do nas chrapanie.
Przestała mrużyć oczy.
- Tak, wiem, na twoją prośbę miał za mną wyjść i obdarzyć mnie kilkoma
mocnymi uściskami w bocznej uliczce. Rzuciłem drobne zaklęcie
usypiające, kiedy gapiłaś się na mój sygnet. Magiczna sztuczka.
Pomniejsza magia. Złodziejskie czary. Nie podziałałyby na kogoś o silnym
umyśle, ale sądząc po odgłosach, ten osobnik za bardzo lubi piwo i ledwie się mieści w koszuli. Tłuściochy chrapią w charakterystyczny
sposób.
Jakby na zawołanie chrapanie urwało się, a następnie rozległo z jeszcze
większą mocą.
- Zapłacę ci dziewięć, żebyś jak najszybciej się stąd zabrał ze swoją
wschodnią gadką, ty galtyjski zasrańcu.
- Zapłacisz mi trzynaście, ponieważ zaniżyłaś cenę, a potem się
powtórzyłaś.
Poruszyła się, jakby chciała się na mnie rzucić, ale po chwili się
uspokoiła.
- Dziesięć, chociaż to rabunek w biały dzień.
- Czternaście. A jeśli znów się zawahasz, mogę zacząć się zastanawiać,
czy na sygnet nie chcieliby rzucić okiem w sklepie przy Łuczniczej, tym
pod dzwonnicą. Nad wejściem widziałem symbol pająka - to sklep Cobba,
prawda? Twojego rywala? Kiedyś byliście kochankami, kiedy jeszcze oboje
mogliście zobaczyć, czym sikacie? Usłyszałem w twoim głosie odrobinę
cierpkiego ciepła, kiedy wcześniej o nim wspomniałaś. To, że jeszcze
mnie nie wyrzuciłaś, dowodzi, że chętnie zapłacisz mi piętnaście
szylingów, ale jeśli będziesz szybka i cwana, wezmę czternaście,
ponieważ jestem sentymentalny, a ty przypominasz mi pewną śmierdzącą
staruszkę, z którą straciłem dziewictwo.
Zacisnęła usta samą siłą woli, odliczyła czternaście szylingów, bez
żadnych sówek, po czym pchnęła je w moją stronę i wsunęła sygnet do
kieszeni. Schowałem pieniądze, zastanawiając się, czy wypuści mnie bez
ostatniej riposty.
Nie wypuściła.
Wysyczała te słowa jak wąż z Urrimadu:
- Widzę, że uważasz się za spryciarza, i być może masz rację, ale w moich oczach jesteś tylko brudnym złodziejskim czarnym językiem i nigdy
nie będziesz niczym więcej.
Uśmiechnąłem się przymilnie, skłoniłem głowę i wyszedłem tyłem ze
sklepu, omijając strużkę śliny, która skapywała z otworu w suficie.
Kiedy zamknąłem drzwi, usłyszałem, jak coś się o nie rozbija.
Kocham emocje związane z handlem.
Ruszyłem do siedziby Gildii Poborców, żeby sprawdzić, w jakim stopniu
jestem w stanie wkupić się w ich skąpo rozdawane łaski.
4. Dom Wisielca
4
Dom Wisielca
- Jak twarz?
Siedziałem przy stole w Domu Wisielca. Budynek stał na widoku niedaleko
frontowej bramy. Zapewniał oficjalny sposób na skontaktowanie się z Gildią. Oczywiście Gildia znajduje się w najmniej oczekiwanych
miejscach, ale można ich spotkać także tam, gdzie afiszują się ze swoją
obecnością, dzięki czemu nie muszą się obawiać baronów ani książąt, a kiedyś otwarcie drwili nawet z króla. Żadna korona nie trzyma się na
głowie tak mocno, by nie mógł jej zrzucić cios noża w ciemności.
Zauważyłem kwadratowy drewniany szyld z wisielcem trzymającym własną
pętlę. To był dobry znak, inkrustowany różnobarwnym drewnem i ozdobiony
obwódką ze złotych liści. Do wolnej ręki wisielca przybito złotą monetę,
ponieważ nikt nie ośmieliłby się jej zabrać. Zauważyłem, że to
gallardiański lew. Wspominałem już, że je uwielbiam?
Kobieta siedząca naprzeciwko, która czytała mój rejestr zapisany na
arkuszu z owczej skóry, była niepokojąco śliczna. Wyglądała na około
dziewiętnaście lat, ale włoski stojące dęba na moim karku podpowiadały
mi, że została zaczarowana, więc mogła być starsza nawet od tej skąpej
wiedźmy, od której przed chwilą wyszedłem.
- Jak dotąd nikt doszczętnie mi jej nie obił, więc nie narzekam.
Wydawało mi się, że dziewczyna uśmiechnęła się nieco szerzej, ale mogłem
się mylić. Za jej plecami zawodowa skrytobójczyni, tak szczupła, że dało
się policzyć wszystkie mięśnie kryjące się pod jej obcisłym i skromnym
strojem z wełny i jedwabiu, leniwie opierała się o bar, jakby nie była
wcieleniem niebezpieczeństwa. Trudno było na nią nie patrzeć. Po jej
zaczernionych policzkach, szyi i przedramionach widać było, że niemal od
stóp do głów pokrywają ją glify pozwalające jej znikać, pić truciznę
oraz nią pluć. Kiedyś widziałem, jak jeden z mistrzów Niskiej Szkoły
latał. Naprawdę latał. Na świecie była ich najwyżej setka. A może tylko
dwudziestka. Ten, kto znał dokładną liczbę, nie zamierzał jej zdradzić.
Przestałem czytać glify na skórze skrytobójczyni, zanim ktokolwiek mnie
na tym przyłapał. Zastanawiałem się, do czego służy tatuaż w kształcie
zegara na jej piersi.
Fałszywa dziewczyna porównała pieczęć na moim dokumencie z wzorem w leżącej przed nią ogromnej księdze, a potem na obu kartkach napisała 1T
1K 14s. Przesunęła monetą świadka, którą nosiła na nadgarstku, nad jedną
truncją, jedną królówką i czternastoma szylingami leżącymi na stole, a następnie schowała je do skórzanej sakwy, którą rzuciła skrytobójczyni,
ta zaś zaniosła ją za bar, gdzie najwyraźniej zeszła po schodach,
chociaż równie dobrze mogła się po nich wspiąć.
- Zostaniesz na noc, Kpiarzu? - odezwała się być może młoda kobieta i wyraźnie szerzej się uśmiechnęła.
Kpiarz to najniższa ranga w złodziejskim fachu, ale już prawdziwy
złodziej, w odróżnieniu od Stracha na Wróble, a to już coś. Zostałem
mianowany Kpiarzem w Niskiej Szkole w Pigdenay. Jeżeli spłacę dług,
ukończę kolejny rok edukacji lub dopuszczę się kilku zuchwałych
przekrętów, zostanę awansowany na Posłańca. Potem, jeśli dalej będę się
wyróżniał w niewłaściwym towarzystwie, mogę zasłużyć na tytuł Fauna.
Faun w mitologii ma nogi jelenia i niełatwo go złapać. Brzmi nieźle,
prawda? Jedną z silnych stron Gildii jest jej poetyckość - człowiek ma
poczucie, że jest częścią czegoś nie tylko niepowstrzymanie silnego, ale
także przebiegłego i cwanego.
Większości z nas wystarcza tytuł Fauna, ponieważ ostatni poziom jest
zarezerwowany dla ascetów i ludzi na wpół obłąkanych.
Przedstawiciele ostatniej złodziejskiej kasty, zwanej Głodującymi,
składają śluby głodu i obiecują za nic nie płacić. Kiedy nie mogą kraść,
pozostali ich utrzymują, ale nawet najstarsi i najpowolniejsi utrzymują
się za pomocą rozmaitych intryg, planowania akcji dla sprawniejszych
kompanów oraz nauczania. Miałem okazję pobierać nauki od kilku
Głodujących.
Przesłuchująca jeszcze nie zamknęła księgi.
- Napisano tutaj, że wolisz wysokie dziewczęta. Czy to prawda? - Kiedy
mówiła te słowa, jej nogi się wydłużyły i nagle patrzyła na mnie z góry.
Ogarnęło mnie przyjemne, ale zawstydzające uczucie, które zmusiło mnie
do skrzyżowania nóg. - Dziś mamy noc nowego księżyca. Najbardziej
sprzyjającą dla kochanków. Jedna złota królówka i będę twoja do północy.
- Gdybyś wiedziała, co musiałem zrobić, żeby zdobyć te pieniądze.
- Gdybyś wiedział, co mogę zrobić, żebyś o tym zapomniał.
- Kto przypilnuje interesu, kiedy będę kalał twoje łono i kradł twoje
serce?
- Usunęłam jedno i drugie. A pilnowaniem zajmie się ona - dodała,
wskazując głową starszą, ale wciąż uroczą kobietę, która pojawiła się za
barem.
Kolejne spojrzenie pozwoliło mi się upewnić, że to ta sama dziewczyna,
która siedziała naprzeciwko mnie, tylko dwadzieścia lat starsza.
"Dziewczyna" zapewne nie była zwykłą sekretarką ani dziwką, lecz Troską
(stróżem prawa), a rozkazy bezpośrednio wydawał jej Problem (ktoś w rodzaju burmistrza). Poczerwieniałem od paskudnej, kipiącej zazdrości.
Wiedziałem, że niezależnie od tego, w jaki sposób się powieliła: za
pomocą przeszczepu, echa czy zakrzywienia czasu, nigdy nie będę władał
tak silną magią. Nigdy.
- Nigdy - odezwałem się.
- Co nigdy? - spytała, przyciskając język do kącika ust, a następnie go
chowając.
- Nigdy nie pozbędę się tego tatuażu, jeśli nie... - Urwałem, wpatrując
się w miejsce, w którym zniknął język, rozkoszując się erotycznym
zaklęciem, które wokół mnie snuła.
- ...spłacisz długu? - dokończyła.
- Tak.
- A gdybym powiedziała, że mam dla ciebie pracę?
- Kazałbym ci mówić dalej i nie mógłbym oderwać wzroku od twoich ust.
- Mam dla ciebie pracę.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przycisnęła do mojej głowy monetę świadka i za pomocą magii przekazała obrazy do mojego umysłu.
Zobaczyłem.
Zobaczyłem.
***
Biegłem w zimnie o zachodzie słońca.
Byłem kobietą, młodą dziewczyną przyciskającą monetę świadka do swojej
głowy i oglądającą się przez ramię.
Ktoś wrzeszczał do mnie w mowie Rubieży, w języku gunnickim, którym na
co dzień się nie posługuję, i kazał mi nie patrzeć.
Zobaczyłem dwukolorową wieżę w ruinach, jej rozsypane kamienie.
Zobaczyłem potężny posąg przewrócony na twarz. Straż królewska ustawiła
się w szyku, kierując włócznie o rozwidlonych grotach w stronę cienia
wyłaniającego się z pyłu. Maszerowali do tyłu w bardzo zdyscyplinowany
sposób, pomimo odczuwanej grozy. Huczały olbrzymie bębny, wyły dziwaczne
rogi, a wszyscy krzyczeli. Kamienie oraz strzały przeszywały powietrze.
Barani róg żałośnie wzywał do odwrotu.
Za ruinami strażnicy widać było kolejne mroczne sylwetki, każda
dwukrotnie wyższa od człowieka i masywna jak beczka. Istoty dzierżyły
topory o ostrzach z brązu, wielkich jak dziecięce trumny, a także proce,
które mogły wyrzucać kamienie, jakie człowiek mógł podnieść tylko
oburącz. Niektóre stwory niosły pnie drzew przeznaczone do miotania.
Jeden z nich cisnął pniem, który obrócił się w powietrzu i trafił w halabardzistów, zabijając ich i kalecząc. Reszta strażników uciekła.
Czyjaś dłoń chwyciła mnie i obróciła. Zionąca winem kobieta z wielkim
szmaragdem na złotej obróżce nakazała mi uciekać, po prostu uciekać, a gdzieś w oddali krzyknęło dziecko. Wszystko pociemniało i nagle
znalazłem się na skalistym wzgórzu, skąd obserwowałem strumień małych
postaci, które w ostatnich promieniach słońca opuszczały zrujnowane
miasto, oraz strumień większych sylwetek wlewający się za mury. W niebo
wznosiły się czarne słupy skłębionego dymu, a płomienie pożarów odbijały
się od powierzchni dużego, spokojnego jeziora albo zatoki. Wrony i mewy
krążyły nad polem bitwy tuż za wyrwą w zachodnim murze. Było mi zimno.
Potem byłem jasnowłosą dziewczyną, która w drżącym blasku świecy
patrzyła w lustro z monetą przyciśniętą do głowy, a krew z zadrapania na
czole lśniła na mojej skórze. Miałem na szyi szmaragdową obróżkę.
Zdawałem sobie sprawę ze sztyletu przy swoim lewym boku, sztyletu,
którym potrafiłem doskonale się posługiwać. Wypowiedziałem swoje imię,
które nie należało do mnie, a moje włosy stały się brązowe.
Powiedziałem, po gunnicku, że spłaciłem swój dług. Popatrzyłem na różę
wytatuowaną na moim policzku, ledwie widoczną w blasku świecy. "Usuńcie
ją", powtórzyłem, patrząc obojętnymi oczami, po czym zadrżałem. Wtedy
wszystko pochłonęła ciemność.
***
Moneta świadka to potężna magia i, o ile mi wiadomo, zawsze pokazuje
prawdziwe obrazy. Właśnie ujrzałem coś, o czym w Ludzkich Krainach nie
słyszano od co najmniej siedmiuset lat. To była armia olbrzymów. Nawet
pojedynczy olbrzym jest groźnym przeciwnikiem, ale powiadano, że
olbrzymy mieszkają w niewielkich klanach za Górami Niewolniczymi, gdzie
doją swoje ogromne górskie woły i biorą do niewoli ludzi, którzy są na
tyle głupi, by zapuszczać się za daleko na zachód. Raczej nie widuje się
grup złożonych z więcej niż pięciu czy dziesięciu osobników. Fakt, że
zebrały się razem i przekroczyły te zdradzieckie góry w liczbie
wystarczającej, by zburzyć mury miasta, zmiażdżyć obrońców i przegnać
mieszkańców na pogórze, stanowił zatrważającą nowość dla współczesnych
pokoleń.
Czyżbyśmy przetrwali trzydzieści lat zmagań z kąsaczami tylko po to, by
zdeptały nas wielkoludy? Oczywiście to nie oznaczało, że Holt i wschodnie królestwa wkrótce znajdą się w ich cieniu - Hrava, stolica
Rubieży, była oddalona od Holtu o osiem tygodni ciężkiej podróży wozem
zaprzężonym w osły albo woły bądź miesiąc trudnej żeglugi szlakami
morskimi. Dzieliło nas sześć królestw. Ale jak liczna była ta armia?
Czego chciała? Czy królestwa były w stanie ją powstrzymać, gdyby
postanowiła ruszyć na wschód aż do Morza Mithreńskiego?
***
Wyrwała mnie z zamyślenia, odebrała mi monetę świadka i uszczypnęła mnie
nie bez sympatii.
- Uważamy, że pewna Spanthianka, którą spotkałeś na drodze, wybiera się
na Rubieże, zapewne do Hravy. Dołączysz do niej. Jeśli ci się uda,
zdobądź jej zaufanie, a jeśli nie, podążaj za nią niezauważenie i czekaj
na dalsze instrukcje - rzekła kobieta. - Atak olbrzymów na tamto
królestwo wprawił w ruch potężne koła, a Gildia jest zainteresowana tym,
w jaki sposób będą się obracały. Lepiej, abyś na razie nie znał
szczegółów swojej misji. Jeśli będziesz zmuszony powiedzieć innym, jaki
jest cel twojej podróży, wyjaśnij, że zamierzasz odzyskać magiczne
przedmioty znajdujące się w relikwiarzu króla Rubieży, między innymi
keshycką różdżkę-strzałę, pierścień Kociego Upadku oraz naszyjnik
Twardego Kamienia.
- Do czego służy ten ostatni? - spytałem. - Sprawia, że wiekowi mężowie
sztywnieją jak młodzieńcy?
- Nie. Ale podoba mi się twój tok myślenia.
Sposób, w jaki musnęła językiem zęby, wypowiadając te słowa, sprawił, że
znów nie mogłem oderwać wzroku od jej ust.
- Czas nie jest twoim sprzymierzeńcem, Kinchu - dodała. - Spanthianka
nie będzie zwlekać, ale staraj się nakłaniać ją do pośpiechu, a sam nie
opóźniaj podróży, w przeciwnym razie zapłacisz cenę wyższą niż
pieniądze. Dzisiaj jest dziewiętnasty dzień Popiołów, a księżyc pokazuje
ciemne oblicze, które my, istoty nocy, tak bardzo kochamy. Postaraj się
dotrzeć do Hravy przed pierwszym dniem Winnic, czyli za dwa jasne
księżyce, chociaż tylko bogowie wiedzą, co do tego czasu stanie się z miastem, które teraz upadło.
- Ta cała gadka o księżycach rozpaliła we mnie krew - odrzekłem. - Pół
królówki? Za pół nocy?
Uśmiechnęła się, ukazując zgniłe zęby, gorsze niż u właścicielki
lombardu.
- Dostaniesz to, za co zapłacisz - stwierdziła.
Praktycznie wybiegłem z budynku.
5. Lisi kompan
5
Lisi kompan
- Wybierasz się na Rubieże? - spytałem Spanthiankę.
Działo się to w starej tawernie Pod Dereszem, w której ją namierzyłem,
pięknym drewnianym budynku, uwielbianym przez podróżnych, którzy nie
lubili za dużo wydawać i nie bali się śmierci w płomieniach.
Wypowiedziałem te słowa, kiedy siedziałem na krześle obok jej łóżka, a pytanie nie było zbyt uczciwe, ponieważ spała.
Szybko jak letnia błyskawica chwyciła mnie za piętę i wywiesiła za okno,
które wcześniej otworzyłem. Nie wiedziała, że odezwałem się dopiero, gdy
byłem gotowy ją obudzić - wcześniej rozejrzałem się po pokoju i przetrząsnąłem jej skromny dobytek. Nie znalazłem wanny, tylko miskę z mętną wodą, w której się umyła. Teraz moczyły się w niej zakrwawione
lniane bandaże, a na ręce, którą skaleczyła moja strzała, znajdował się
świeży opatrunek. Tarcza stała oparta o ścianę. Obok Spanthianki na
łóżku leżał śliczny spadín z obnażonym ostrzem - bardzo podobny do
gunnickiego saksa, ale bardziej elegancki. Kanciasty miecz o ostrzu
długim na niecałe dwie stopy i szerszym przy końcu klingi, z wytrzymałą
krawędzią, zbroczem i ostrym czubkiem, który kojarzył się z odłamanym
kawałkiem szkła. Jak szybko zdołałaby wbić to ostrze w moje serce,
gdybym pochylając się nad nią, wypuścił z ust choćby jeden niewłaściwy
oddech!
Ale właśnie dlatego mój fach zapewnia tyle emocji.
Nietrudno było zajrzeć do jej sakiewek. Miała mniej pieniędzy, niż
należałoby ze sobą zabrać w daleką podróż, przynajmniej przy pasie.
Niczego nie wziąłem. Miała zbyt mało pieniędzy, by tego nie zauważyła, a ja chciałem mieć ją po swojej stronie. Niestety, trudno jest mi
zostawiać pełną sakwę. Jestem chorobliwie zainteresowany pieniędzmi i czuję do nich miłość, która ma niewiele wspólnego z handlem. Po prostu
uwielbiam ich wygląd, dotyk i zapach. Mam nadzieję, że pewnego dnia
zgromadzę ich tyle, że będę mógł stale mieć je w rękach i nie będę
musiał ich wydawać.
Miała ispanthiańskie srebro - trzy lotusy i dwie królewskie głowy
ozdobione wizerunkiem długowłosego i wąsatego króla Kalitha w swoim
najbardziej wąsatym wydaniu, ale także holtyjskie szylingi, kilka
miedzianych strużyn, a nawet jednego gallardiańskiego lwa, wartego tyle,
co cała reszta razem wzięta. Powąchałem go, przesunąłem kciukiem po jego
krawędziach, a nawet włożyłem go do ust, żeby rozkoszować się jego
smakiem. Czyste złoto. Bez obaw, zanim wrzuciłem monetę do sakiewki,
wytarłem ją koszulą, ale najpierw jeszcze raz się jej przyjrzałem.
Uwielbiam to, że lew wygląda, jakby się uśmiechał. Uwielbiam trzy
pionowe miecze i ukośny sztylet na rewersie.
Gallardianie znają się na pieniądzach i są najlepszymi grawerami i rzeźbiarzami na wschodzie, równie dobrymi jak ci w Starym Keshu przed
Stuknięciem. Moją ulubioną monetą jest gallardiańska sówka, która nawet
nie jest złota. To zwykłe srebro. Ale ktokolwiek stworzył zdobiący ją
wzór, musiał kochać sowy, ponieważ ma się wrażenie, że ptaszysko zaraz
zacznie hukać. Staram się nie wydawać sówek, gdy je zdobędę, ale
ostatecznie muszę, ponieważ zawsze kończą mi się pieniądze. Cokolwiek
znajdowało się w torbie kurierskiej, musiało pozostać tajemnicą,
ponieważ kobieta na niej spała.
Torba tylko lekko obciążała łóżko, więc nie było w niej zbyt wielu
monet, jeśli to były monety. Zapewne kwity z banku, klejnoty albo inna
lekka waluta, ale nigdy nie wiadomo, co ludzie kryją w swoich najpilniej
strzeżonych bagażach. Czasami zamiast pieniędzy znajdowałem kosmyki z końskiej grzywy, torbę piasku albo dziecięce zęby. Najdziwniejszym, na
co natrafiłem, było wysuszone serce, niemal na pewno ludzkie. Cieszę
się, że tamten skurwiel mnie nie przyłapał.
Ale w końcu jeszcze nikomu nie dałem się złapać.
O czym to ja mówiłem? No tak, wisiałem głową w dół. Nie wyobrażajcie
sobie, że Spanthianka trzymała mnie jedną ręką za kostkę jak jakiś
ćwierćolbrzym z Gór Niewolniczych. Nie, złapała mnie oburącz i opierała
łokcie o parapet. Nie broniłem się, tylko skrzyżowałem ręce na piersi.
Prawdę mówiąc, czułem się całkiem dobrze, gdyż cała krew napłynęła mi do
głowy.
- Wybierasz się na Rubieże? - powtórzyłem. - No i gdzie się podział
tamten ptak?
- Nie wspominaj o ptaku.
- Dobrze. Jak masz na imię?
- Nie dowiesz się.
- W porządku. Ale czy wybierasz się na Rubieże?
- Jesteś złodziejem z Gildii. Jesteś wyszkolony i znasz magię. Jeśli cię
upuszczę, nic ci się nie stanie, prawda?
- Czy jeśli potwierdzę, znajdziesz inny sposób na zrobienie mi krzywdy?
- Być może.
- W takim razie upadek wyrządzi mi straszliwą krzywdę. Proszę, dzielna
wojowniczko, nie upuszczaj mnie na łeb.
Upuściła mnie, ale nie mam jej tego za złe.
Byliśmy tylko na trzecim piętrze.
Wykorzystując ścianę do spowolnienia upadku, wylądowałem na nogach i przetoczyłem się po ziemi. Potem szybko wspiąłem się z powrotem do okna.
Trzymała miecz w gotowości, ale nie kierowała go w stronę mojej twarzy.
Wiedziała, że mogłem ją zabić we śnie. Oczywiście nie była nieostrożna i szczelnie zamknęła okna, ale mnie trudno jest powstrzymać. A jeszcze
trudniej zabić. Jeśli mówicie po galtyjsku i znacie moje imię, zapewne
już się o tym przekonaliście.
W naszym czarnym, słonawym języku kinch to pętla na linie albo
stryczek. Może także oznaczać supeł lub niespodziewany problem, a ja z pewnością byłem nim dla mojej matki, skoro przyszedłem na świat zaledwie
trzy miesiące po ślubie rodziców. Myślę, że "niespodziewany kłopot" to
znakomity opis większości Galtów, o czym przekonali się nasi najeźdźcy z Holtu. Potrzebowali pięćdziesięciu lat, by podporządkować sobie nasze
ziemie, a potem żałowali tego przez kolejne trzy stulecia. Czarne języki
nie lubią, gdy się im rozkazuje. Nigdy nikogo nie podbijemy, ale
jesteśmy piekielnie niebezpieczni na własnej ziemi. Galtowie to urodzeni
łucznicy i celnie rzucają wszystkim: od kamieni, przez włócznie po
zgniłe kabaczki. Jesteśmy także dobrymi muzykami i doskonale radziliśmy
sobie w siodle, gdy nasze konie jeszcze biegały po równinach.
Tak było, zanim przyszły gobliny.
Powiadają, że Galtowie wywodzą się od elfów, gdyż mamy delikatnie
spiczaste uszy i drobne kości. Moje włosy mają miedziany kolor, prawie
czerwony w świetle słońca, a broda, jeśli można tak nazwać mój skromny
zarost, jest ruda. Kwestia pokrewieństwa z elfami nie została
potwierdzona - większość uniwersyteckich dupków mówi, że to nieprawda,
niektórzy twierdzą, że to niewykluczone, ale w każdej wiosce położonej
niedaleko torfowisk opowiada się legendy o jakimś starym hodowcy bulw,
który wyłowił z bagna niewielką, przypominającą człowieka istotę o poczerniałej skórze i zaostrzonych uszach, przystrojoną najcudowniejszą
biżuterią, jaką widziały oczy. Oczywiście nikt osobiście nie zna tego
szczęściarza, a biżuteria już dawno została skradziona bądź sprzedana.
Ale co ja mogę wiedzieć?
Znam tylko swoje imię.
- Jestem Kinch albo Kinch Na Shannack, albo jebany Kinch, jeśli wolisz.
Nieraz tak się do mnie zwracano - oznajmiłem.
Stęknęła.
Usiadłem ze skrzyżowanymi nogami na parapecie, spoglądając na
Spanthiankę swoimi dużymi, oszałamiająco uwodzicielskimi zielonymi
oczami. Mówiono mi, że są jasne jak zachodni jadeit.
- Ruszymy razem na zachód?
Przez chwilę mi się przyglądała.
- Co możesz dla mnie zrobić?
- Raczej co możemy zrobić dla siebie nawzajem.
- Słucham.
- Będę trzymał wartę, kiedy zaśniesz. Będę cię okłamywał w nieistotnych,
ale także ważnych sprawach. Jeśli pozwolisz, bym mówił w twoim imieniu,
zadbam o to, żebyś nie trafiała na palantów ze świądem pyty i zawsze
dostawała najlepsze wino z kupieckiej beczki. Już nigdy nie napotkasz
drzwi, których nie będziesz mogła otworzyć, ani ściany, za którą nie
będziesz mogła zajrzeć. Potrzebuję twoich rąk, ale ty potrzebujesz
mojego nosa. Jeżeli weźmiesz na siebie większość walki, postaram się dać
ci znać, skąd nadchodzą wrogowie, i pozbędę się najsłabszych z nich. Nie
będę twoim psem, ale jeśli jesteś choć w połowie taką wilczycą, za jaką
cię mam, to właśnie znalazłaś lisiego kompana.
- Spytaj mnie ponownie jutro - odparła, po czym zasnęła, odwrócona do
mnie plecami.
6. Podrzucona śliwka
6
Podrzucona śliwka
Następnego dnia do Cadoth przybyli odziani w żółte koszule nastoletni
posłańcy Gildii Gońców, a kiedy baron złamał pieczęcie na ich listach,
miejscy heroldzi wspięli się na skrzynki, by odczytać pośpiesznie
przygotowane odezwy. Pierwszym heroldem, którego zobaczyłem, była
pulchna dziewczyna o głębokich płucach. Kiedy zaczerpnęła powietrza,
miałem wrażenie, że słyszę smoka szykującego się do zionięcia ogniem.
- Słuchajcie wszyscy! Słuchajcie wszyscy! Do wielce szlachetnego i łagodnego barona Anselma z Cadoth i Jego Wysokości króla Conmarra z Holtu dotarły wieści, że kraina zwana Rubieżami! Została podstępnie
napadnięta! Przez wojska przybyłe zza Gór Niewolniczych!
Dziewczyna była głośna, jej krzyki odbijały się od szyb i kamiennych
murów, a usta otwierały się tak szeroko, że widziałem jej wszystkie
zęby.
- Stolica, Hrava, upadła! A król być może nie żyje! Jeden z kupców z Molrovy, mężczyzna dobrze znany baronowi, wczoraj wieczorem przysłał
posłańca! Zapewnia nas, że na mury jego królestwa, Wołowe Mury, położone
nieco na wschód od Rubieży, wciąż nie padł cień! I że nie da się ich
sforsować!
- Czy to były gobliny? - zawołała jakaś kobieta. Mówiła z silnym
akcentem z Untheru i miała na sobie przypominający suknię tradycyjny
płaszcz, spod którego wyzierał równie tradycyjny dla mieszkańców Untheru
bebech.
Lecz status cudzoziemki nie czynił jej wyjętą spod prawa barona, więc
heroldka wskazała ją pałką, a wtedy dwaj strażnicy, których dotychczas
nikt nie zauważył, podbiegli do kobiety i zaczęli nią potrząsać, dopóki
nie wyjęła z sakiewki srebrnej monety. W Cadoth nie wolno zakłócać
obwieszczeń.
Wszyscy wiedzieli, że Góry Niewolnicze stanowią granicę Ludzkich Krain,
więc każdy, kto przybywa zza nich na wschód, nie jest człowiekiem. Ale
gobliny nie mieszkały na zachodzie, prawie nie spotykano ich także na
północy. Gobliny nie lubią śniegu, przynajmniej tak słyszałem. Mieszkają
na Ziemiach Hordy na południu, na olbrzymiej wyspie znanej także jako
Stary Kesh, za Morzem Gorącym.
Tam je przepędziliśmy.
Na jakiś czas.
Ci ludzie nie widzieli trudnej prawdy, którą objawiła mi moneta świadka.
Jeszcze nie wiedzieli, że olbrzymy ruszyły na wschód. Ale niektórzy
zaczynali się tego domyślać, a reszta wkrótce miała pójść w ich ślady.
- Baron stoi u boku króla Conmarra i wie, że wy także go wspieracie:
każdy mężczyzna, kobieta i dziecko. Nikt nie dorównuje wiernością
mieszkańcom Cadoth! Ani dzielnością! Za sokoła Cadoth! Harrala!
Tłum "zaharralował". Heroldka zeszła na ziemię i pośpiesznie udała się
na kolejny plac, niosąc w ręku skrzynkę, a strażnicy potruchtali za nią.
Poturbowana cudzoziemka z Untheru oparła się o dawno nieużywany kamień
do przywiązywania koni i ostrożnie czknęła, sprawdzając, czy z jej ust
nie wypłynie coś bardziej materialnego.
Tłum pogrążył się w rozmowach.
Słyszałem ich urywki.
- Jak dla mnie to początek wiecie czego.
- Mobilizacji? Naprawdę sądzisz, że ogłoszą mobilizację?
- ...ćwiczyłam strzelanie z łuku od dziecka. Niby po co, jeśli nie na
taką okazję?
- Wciąż jesteś dzieckiem, dziewczyno, a mądry człowiek nie miele tak
ozorem. Nie musiałabyś ćwiczyć strzelania z łuku, gdyby dwadzieścia lat
temu nie posłali wszystkich młodzieńców na śmierć przeciwko goblinom.
Szli setkami tysięcy z pól i sklepów, próbując stłamsić kąsaczy samą
swoją liczbą. A potem padali martwi na polach kukurydzy, trawach i piaskach. Padali na błocie i kamieniu, chorowali w obozach, a później
przywlekali do domu chłostnicę albo jeszcze gorsze choróbska.
- Ale potem pozwolono kobietom walczyć w Wojnie Córek, a kobiety są
lepsze.
- Ani lepsze, ani gorsze. W Wojnie Córek miałyście do dyspozycji ptaki.
No i byłyście wyszkolone. Poza tym mężczyźni walczyli u waszego boku.
- Jestem wyszkolona. Potrafię przeszyć sztyletem podrzuconą śliwkę.
- To tylko pokazuje, jaka jesteś miękka, skoro chcesz zabijać śliwki.
Stary miał rację. Podczas Wojny Młocarzy zabrakło rąk do zbierania
plonów i większość mieszkańców Ludzkich Krain cierpiała głód. W Galtii
mieliśmy więcej szczęścia dzięki lasom pełnym zwierzyny i rybom w rzekach.
- Zabiję goblina - przechwalała się dziewczyna.
- Wszyscy tak mówili i skończyli w kryptach z robakami.
- To nie gobliny - odezwał się inny staruszek.
- Właśnie, to coś gorszego.
- Nie ma niczego gorszego.
- Owszem, jest.
- Jak to? - zdziwiła się dziewczyna.
- Na gobliny możesz patrzeć z góry... ale to, co mieszka za Górami
Niewolniczymi, zawsze góruje nad tobą.
Te ostatnie słowa wypowiedział jednonogi dziadek z podwiniętą nogawką
spodni. Podpierał się kulą, zaciskając na niej dłoń, której brakowało
kilku palców. A więc zabójca goblinów. To był ślad po goblinich zębach.
Tylko że ja nie zmierzałem w stronę goblinów, co wzbudzało we mnie
dziwną ulgę.
Chociaż nigdy nie widziałem na oczy żywych goblinów, wiedziałem, że
kiedyś upichciły zarazy, które wpędziły nas w choroby i zabiły nasze
konie. Wiedziałem, że druga wojna, zwana Wojną Młocarzy, potoczyła się
tak źle, że dziś trudno było znaleźć żywych mężczyzn między trzydziestym
a sześćdziesiątym rokiem życia, a Wojna Córek zmusiła do wojaczki tak
wiele kobiet, że na świecie niemal nie było dzieci w wieku od ośmiu do
piętnastu lat.
Olbrzymy, które widziałem dzięki monecie świadka, niewątpliwie były
straszne, ale ludzie i gobliny zostali stworzeni do tego, by zabijać się
nawzajem.