Czarny Język - Christopher Buehlman

Kup ebooka

41.00 zł
34.85 zł (32,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7. Narze­czona Chu­der­laczki

7

Narze­czona Chu­der­laczki

Około połu­dnia sie­dzia­łem samot­nie w tawer­nie Pod Jele­niem i Cichym Bęb­nem, sza­no­wa­nym lokalu o pochy­łych kamien­nych ścia­nach pod­par­tych pro­stymi słu­pami z bia­łej sosny. Podo­bało mi się, że cho­ciaż wła­ści­ciel sta­rał się, by jego przy­by­tek dobrze wyglą­dał z zewnątrz, pod­da­sze było pełne nie­uży­wa­nych gra­tów, pośród któ­rych urzą­dzi­łem sobie posła­nie po roz­sta­niu ze Span­thianką.

Jako że pokoje oka­zały się nieco zbyt wyszu­kane, nie ze względu na ich jakość, ale na zawar­tość mojej sakiewki, zakra­dłem się do środka przez jedno z wysoko poło­żo­nych okien i zna­la­złem dra­binę pro­wa­dzącą na stry­szek. Bawiło mnie nie­zmier­nie, że wykra­dam się z ich pod­da­sza, a następ­nie wra­cam, by pła­cić za piwo. Byłem już nie­źle wsta­wiony i jak zwy­kle w takich chwi­lach tak mocno zato­pi­łem się w myślach, że stra­ci­łem ostrość widze­nia i wyglą­da­łem na pół­główka. Cza­sami nawet oddy­cha­łem ustami. Kiedy zacho­wuję się tak na ulicy, ludzie dają mi jał­mużnę. Pró­bo­wali mnie tego oduczyć w Niskiej Szkole, ale w końcu dali za wygraną. Jeden z mistrzów prze­ko­ny­wał, że to oznaka inte­li­gen­cji, pod­czas gdy inny twier­dził, że raczej objaw idio­ty­zmu. Ten pierw­szy, jeden z Magów Prze­ło­żo­nych, uwiel­biał mnie za mój talent do języ­ków, a drugi, Skry­to­bójca od Sznura, potę­piał moją bez­po­śred­niość oraz swo­bodę, przez którą mia­łem "szybko poże­gnać się z życiem".

Nie da się zado­wo­lić wszyst­kich.

A zatem sie­dzia­łem, wpa­tru­jąc się w dal i nie­mal tocząc ślinę z ust, pod­czas gdy ściany Bębna trzę­sły się od gal­tyj­skiej przy­śpiewki napi­sa­nej w daw­nej hol­tyj­skiej mowie. Była to absur­dalna pio­senka o zacza­ro­wa­nym kocie Byczku, a ja nie mia­łem ochoty tłu­ma­czyć, że tam, skąd pocho­dzę, śpiewa się ją gal­tyj­skim dzie­ciom, aby uczyć je języka hol­tyj­skiego, któ­rym mają obo­wią­zek się posłu­gi­wać.

Ale tutaj, w samym sercu Holtu, wszyst­kie kerki z piwem ciek­ną­cym po bro­dzie łączą siły w chó­ral­nym śpie­wie za każ­dym razem, gdy sły­szą tę melo­dię, wykrzy­ku­jąc wszyst­kie zapa­mię­tane zwrotki pio­senki, któ­rej w Gal­tii nie śpiewa nikt, kto wyrósł z krót­kich spode­nek. Cho­ciaż trzeba przy­znać, że ta rymo­wanka ide­al­nie spraw­dza się jako pijacka przy­śpiewka.

Roz­my­śla­łem o olbrzy­mach.

Jak już wspo­mnia­łem, pocho­dzę z Gal­tii, naj­da­lej wysu­nię­tego na wschód spo­śród trzech kró­lestw two­rzą­cych Holt.

A mówiąc kon­kret­nie, z Pla­tha Glur­ris, co ozna­cza "Lśniącą Rzekę" w języku Gal­tów, pierw­szego ludu, który wła­dał Hol­tem, cho­ciaż praw­dziwa rzeka znaj­duje się pod zie­mią i jest zbu­do­wana ze sre­bra.

Mój tata wydo­by­wał sre­bro, podob­nie jak ojciec mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela, dopóki nie zgi­nął z rąk gobli­nów pod­czas jed­nej z bitew Wojny Córek w 1222 roku, gdy mia­łem dwa­na­ście lat. Mój tata wró­cił z tej samej bitwy i od tam­tej pory rzadko odzy­wał się wię­cej niż jed­nym zda­niem, a i to nie zda­rzało się czę­sto. Oczy­wi­ście patrzy­łem na jego cier­pie­nie zale­d­wie przez rok z kawał­kiem, ponie­waż w wieku czter­na­stu lat wstą­pi­łem do Niskiej Szkoły, a on zapewne nawet nie zauwa­żył mojego odej­ścia. Ni­gdy nie pra­co­wa­łem w kopalni i, jeśli bogo­wie pozwolą, ni­gdy nie będę tego robił. Gór­nicy haro­wali jak muły w ciem­no­ści pod ślicz­nymi wzgó­rzami przez osiem z dzie­wię­ciu dni two­rzą­cych tydzień, ale ostat­niego dnia, w dzień kom­pa­nów, wybie­rali się do kościoła i śpie­wali pie­śni. Potem pili ciemne chmie­lowe piwo, aż oni i ich żony byli zbyt zamro­czeni, by na czas się powstrzy­mać, i w ten spo­sób zwięk­szali liczeb­ność ludz­kiej rasy.

Do jakiego boga śpie­wał mój ojciec? Nie do gal­tyj­skich relik­tów, jele­nio­gło­wego Harosa albo Fothan­nona o lisim pysku. Nie do Mith­re­nora, daw­nego hol­tyj­skiego boga morza. Nic z tych rze­czy, mój ojciec czcił Wszech­boga, repre­zen­to­wa­nego przez dysk z brązu wpi­sany w drew­niany kwa­drat albo, w przy­padku ludzi bar­dzo zamoż­nych, przez złoty dysk wpi­sany w kwa­drat z żelaza bądź oło­wiu.

Wszech­bóg, zwany także Sathem albo Ojcem Słońce, był ofi­cjal­nym bóstwem Holtu i jego kró­lestw. Moim zda­niem Wszech­bóg to bóstwo kom­pro­misu i mier­noty, cenione przez szlachtę za pochwałę pracy, posłu­szeń­stwa i zara­bia­nia tylko tyle, by prze­żyć do następ­nej wypłaty.

Pro­stak, który wymy­ślił takiego boga, wyka­zał się szo­ku­ją­cym bra­kiem wyobraźni. Wyszedł z domu i posta­no­wić odda­wać cześć pierw­szemu obiek­towi, który zmu­sił go do zmru­że­nia oczu. To bóstwo bar­dzo odmienne od roz­czo­chra­nych, roz­mi­ło­wa­nych w kazi­rodz­twie bogów Gal­tów. Prze­ci­wień­stwo Zaka­za­nego Boga, zwa­nego także Odwró­co­nym Bogiem, o któ­rym w Ludz­kich Kra­inach nie wolno mówić publicz­nie, jeśli nie chce się skoń­czyć z roz­pła­ta­nym języ­kiem. Powiada się, że stary dobry Odwró­cony jest praw­dzi­wym bogiem Gil­dii Pobor­ców, ale znają tę tajem­nicę tylko człon­ko­wie wewnętrz­nych krę­gów wła­dzy.

Nie­wy­klu­czone, że ten bóg ist­nieje, skoro drażni tak wielu ludzi, ale Wszech­bóg to na pewno bzdura. Do takiego bóstwa ludzie modlą się o to, by woda była mokra, a ogień gorący, albo żeby olbrzymy nie poja­wiły się na tere­nach, na któ­rych nikt nie widział ich od tysiąca lat. Jest spe­cja­li­stą od rze­czy łatwych. Ni­gdy nie widzia­łem żywego olbrzyma w Hol­cie, tylko wypcha­nego, któ­rego Bloth kuter­noga cią­gnął na dwóch zwią­za­nych wozach w swo­jej Kara­wa­nie Ponu­rych Cudów i poka­zy­wał gapiom w zamian za mie­dzianą stru­żynę.

***

Śpie­wacy w tawer­nie ryczeli na całe gar­dło. Zauwa­ży­li­ście, jaką frajdę daje ludziom prze­cią­ga­nie ostat­niej samo­gło­ski? Jakby to były zawody na pojem­ność płuc. Hol­tyj­scy kre­tyni z Cadoth zapa­mię­tale wyda­wali kocie odgłosy, wtó­ru­jąc dorów­nu­ją­cym im inte­lek­tem pię­cio­lat­kom z Pla­tha Glur­ris.

Idzie kocur do mia­steczka

Mrau mrau Byczek mrau

Szuka kotki, a nie mleczka

Mrau mrau Byczek mrau­uuuuuuuuuuu

Ale kimże jestem, żeby kwe­stio­no­wać czy­ją­kol­wiek inte­li­gen­cję? Za chwilę ruszę w stronę zaata­ko­wa­nych przez olbrzymy Rubieży, z któ­rych popłyną stru­mie­nie uchodź­ców.

Jakaś potężna postać sta­nęła obok mnie.

- Bar­manka? - rzu­ciła przez ramię i wska­zała mnie pal­cem.

Bar­manka pokrę­ciła głową.

To była moja Span­thianka. Powie­dzia­łem jej, gdzie nocuję.

- Jesteś pijany - stwier­dziła.

- Wcale nie - odpar­łem, co jest dru­gim naj­czę­ściej sły­sza­nym kłam­stwem w tawer­nach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Las Sie­rot

1

Las Sie­rot

Za chwilę mia­łem umrzeć.

Co gor­sza, mia­łem umrzeć pośród drani.

Nie, żebym bał się śmierci, ale być może to, z kim umie­ramy, ma zna­cze­nie. W końcu to ważne, w czyim towa­rzy­stwie przy­cho­dzimy na świat. Jeśli wszy­scy są ubrani w czy­stą bie­li­znę oraz jedwa­bie i z uwagą patrzą, jak wije­cie się w koły­sce, zapewne czeka was zupeł­nie inne życie niż wtedy, gdy pierw­szą rze­czą, którą zoba­czy­cie po otwar­ciu oczu, jest kozioł. Popa­trzy­łem na Pagrana i stwier­dzi­łem, że nie­po­ko­jąco przy­po­mina capa, gdyż miał pocią­głą twarz, długą brodę i uro­czy zwy­czaj żucia, nawet gdy nie miał jedze­nia w ustach. Pagran kie­dyś pra­co­wał na roli. Frella, która stała u jego boku w zardze­wia­łej kol­czu­dze, kie­dyś była jego żoną.

Teraz oboje byli zło­dzie­jami, choć nie tak sub­tel­nymi jak ja. Mnie szko­lono w ope­ro­wa­niu wytry­chem, wspi­na­niu się po ścia­nach, łago­dze­niu upad­ków, snu­ciu kłamstw, brzu­cho­mów­stwie, spo­rzą­dza­niu i odnaj­dy­wa­niu puła­pek. Byłem także nie­zgor­szym łucz­ni­kiem, skrzyp­kiem i nożow­ni­kiem. Do tego zna­łem kil­ka­dzie­siąt cza­ro­dziej­skich sztu­czek - drob­nych, lecz uży­tecz­nych. Nie­stety, byłem winny Gil­dii Pobor­ców tak dużo pie­nię­dzy za swoje szko­le­nie, że musia­łem koczo­wać w Lesie Sie­rot razem z tymi dur­niami, licząc na to, że uda mi się kogoś obra­bo­wać w sta­ro­świecki spo­sób. No wie­cie, gro­żąc mu śmier­cią.

Bycie roz­bój­ni­kiem jest zaska­ku­jąco opła­calne. Dołą­czy­łem do tej grupy led­wie mie­siąc temu, a już udało nam się obra­bo­wać kilka zbyt słabo strze­żo­nych wozów, porwać kilku maru­de­rów ze zbyt licz­nych grup, a nawet sprze­dać syna jed­nego z kup­ców grupce nie­uczci­wych żoł­nie­rzy, któ­rzy mieli nas ści­gać. Zabi­ja­nie ni­gdy nie przy­cho­dziło mi z łatwo­ścią, lecz byłem gotów posłać kilka strzał, byle tylko wygrze­bać się z gówna. Tak działa świat. Zebra­łem ponad połowę raty, którą mia­łem zapła­cić Gil­dii w Dożynki, by powstrzy­mać ich przed prze­ro­bie­niem mojego tatu­ażu, który wyglą­dał już wystar­cza­jąco źle.

A zatem kuca­łem w zasadzce i obser­wo­wa­łem samotną kobietę, która szła w naszą stronę Białą Drogą. Mia­łem złe prze­czu­cia wzglę­dem tej poten­cjal­nej ofiary, nie tylko dla­tego, że kro­czyła, jakby nikt nie mógł jej skrzyw­dzić, pod­czas gdy w koro­nach drzew wrzesz­czały kruki. Lizną­łem nieco magii, więc widzia­łem, że podróżna nią włada. Nie byłem pewien, jakiego rodzaju są to czary, ale wyczu­wa­łem w powie­trzu coś jakby chłód albo napię­cie przed burzą, które wywo­łuje gęsią skórkę. Poza tym cóż takiego mogła mieć przy sobie jedna kobieta, co byłoby cokol­wiek warte po podzie­le­niu mię­dzy sie­dem osób? A nie zapo­mi­najmy, że nasz przy­wódca zgar­niał podwójną dolę, w prak­tyce zaś nie­mal połowę łupu.

Popa­trzy­łem na Pagrana i lekko pokrę­ci­łem głową. Odwza­jem­nił spoj­rze­nie. Białka jego oczu były wyraź­nie widoczne, ponie­waż pokrył bło­tem całe swoje ciało, nie licząc dłoni, któ­rych potrze­bo­wał do komu­ni­ko­wa­nia się gestami. Pagran uży­wał żoł­nier­skiego języka gestów, któ­rego nauczył się pod­czas Gobliń­skich Wojen, o połowę uboż­szego niż zło­dziej­ski język, który pozna­łem w Niskiej Szkole. Brak dwóch pal­ców nie uła­twiał mu sprawy. Kiedy pokrę­ci­łem głową, wyko­nał w moją stronę jakiś gest. Sądzi­łem, że każe mi napra­wić sakiewkę, więc spraw­dzi­łem, czy pie­nią­dze z niej wypa­dają, ale po chwili uzmy­sło­wi­łem sobie, że pyta, czy wciąż mam jaja. No tak, doda­wał mi odwagi.

Wska­za­łem na nie­zna­jomą i wyko­na­łem gest ozna­cza­jący magiczkę, choć nie byłem pewien, czy Pagran go zna. Odpo­wie­dział, że magiczka stoi za moimi ple­cami, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało w pierw­szej chwili, ale tak naprawdę pole­cił, żebym wsa­dził ją sobie w dupę. Prze­nio­słem wzrok z dra­nia, z któ­rym za chwilę mia­łem umrzeć, na kobietę, która miała nas zabić.

Przy­naj­mniej takie mia­łem prze­czu­cie.

***

Żeby wędro­wać samot­nie Białą Drogą przez Las Sie­rot nawet w przy­jem­nie cie­pły dzień póź­nego lata w mie­siącu Popio­łów, trzeba być magi­kiem. Ewen­tu­al­nie pija­kiem, cudzo­ziem­cem, samo­bójcą lub każ­dym z nich po tro­sze. Ta kobieta wyglą­dała na cudzo­ziemkę. Miała oliw­kową kar­na­cję i czarną potar­ganą czu­prynę typową dla Span­thian. Do tego cha­rak­te­ry­styczne dla nich sil­nie zazna­czone kości policz­kowe, pre­zent od sta­rego impe­rium, które utrud­niały osza­co­wa­nie jej wieku. Dość młoda. Koło trzy­dziestki? Drobna, ale krzepka. Te zaspane oczy mogły nale­żeć do zabój­czyni, a poza tym była ubrana do walki. Na ple­cach nio­sła okrą­głą tar­czę, ryn­graf chro­nił jej gar­dło przed pode­rżnię­ciem i o ile się nie myli­łem, pod koszulą nosiła lekką kol­czugę.

Ostrze przy jej pasie było krót­sze od więk­szo­ści spo­ty­ka­nych broni. Zapewne był to spadín, pogromca byków, co ozna­czało, że musiała być Span­thianką. Tam­tejsi ryce­rze kie­dyś byli naj­lep­szymi jeźdź­cami na świe­cie, gdy jesz­cze mieli konie. Teraz pole­gali na sztuce walki mie­czem i tar­czą pocho­dzą­cej ze Sta­rego Keshu, zwa­nej Calar Bajat, któ­rej uczyli się od ósmego roku życia. Span­thia­nie nie lubią, gdy się im grozi, dla­tego byłem pewien, że jeśli zaata­ku­jemy, będziemy zmu­szeni do walki na śmierć i życie. Czy Pagran uwa­żał, że gra jest warta świeczki? Przy pasie nie­zna­jo­mej wisiały sakiewki z pie­niędzmi, ale czy zamie­rzał dać sygnał do natar­cia wyłącz­nie z tego powodu?

Nie.

Patrzył na tar­czę.

Kiedy Span­thianka się zbli­żyła, dostrze­głem różany blask na drew­nia­nej kra­wę­dzi wysta­ją­cej zza jej ple­ców, co świad­czyło o tym, że tar­cza jest wyko­nana z wio­sen­nego drzewa. Wyci­na­li­śmy je tak szybko pod­czas Gobliń­skich Wojen, że dziś były nie­mal wymarłe - ostat­nie zagaj­niki znaj­do­wały się w Ispan­thii, gdzie czu­wał nad nimi król, a każdy intruz koń­czył z pętlą na szyi, chyba że miał ze sobą piłę - wtedy goto­wano go żyw­cem. Wio­senne drzewo ma to do sie­bie, że jeśli wła­ści­wie się o nie dba, może dalej żyć nawet po ścię­ciu i samo się uzdro­wić. A dopóki żyje, trudno je spa­lić.

Pagran chciał zdo­być tę tar­czę. Wciąż łudzi­łem się, że opu­ści miseczkę dłoni, jakby gasił świecę, ale wie­dzia­łem, że za chwilę wypro­stuje kciuk, dając sygnał do ataku. U jego boku stała trójka nazna­czo­nych bli­znami zawa­dia­ków, a nie­da­leko mnie pośród liści poru­szyła się para łucz­ni­ków - prze­sądny gów­niarz Naer­fas, prze­zy­wany Ner­wu­sem, który cało­wał zawie­szony na szyi brudny wisio­rek przed­sta­wia­jący lisa wyrzeź­bio­nego z jele­niej kości, oraz jego blada sio­stra o wytrzesz­czo­nych oczach. Ni­gdy mi się nie podo­bało, że czcimy tego samego boga, ale w końcu byli Gal­tami tak jak ja i uro­dzili się z czar­nymi języ­kami, które nas wyróż­niają, a gal­tyj­scy zło­dzieje służą panu lisów. Nie możemy się powstrzy­mać.

Wyją­łem z koł­czanu strzałę z dziu­ra­wią­cym gro­tem, ide­alną do prze­bi­ja­nia kol­czug, i zało­ży­łem ją na cię­ciwę.

Obser­wo­wa­li­śmy swo­jego kapi­tana.

Obser­wo­wa­li­śmy kobietę.

Kruki wrzesz­czały.

Pagran wypro­sto­wał kciuk.

Potem wyda­rze­nia poto­czyły się bar­dzo szybko.

***

Pierw­szy zwol­ni­łem strzałę, czu­jąc przy­jemne roz­luź­nie­nie pal­ców i ude­rze­nie cię­ciwy o przed­ra­mię. Mia­łem to miłe uczu­cie, które poja­wia się, gdy wie­cie, że odda­li­ście celny strzał - jeśli ni­gdy nie strze­la­li­ście z łuku, nie potra­fię wam go opi­sać. Usły­sza­łem syk strzał moich kom­pa­nów, które podą­żyły za moją. Ale cel już był w ruchu - kobieta przy­kuc­nęła i obró­ciła się tak szybko, że nie­mal znik­nęła za tar­czą. Nie dość, że tar­cza była duża, ona zdo­łała się za nią sku­lić.

Dwie strzały odbiły się od wio­sen­nego drewna, a moja znik­nęła mi z oczu. Wtedy zaata­ko­wali Pagran i jego trójka zabi­ja­ków. Pagran wzno­sił nad głowę swoją potężną gle­wię, która wyglą­dała jak prze­ro­śnięty kuchenny nóż na kiju. Frella trzy­mała za ple­cami swój miecz gotowy do ciosu, a pozo­stała dwójka, którą nazwiemy po pro­stu Włócz­nią i Topo­rem, bie­gła za nimi. Span­thianka musiała się zatrzy­mać, żeby sta­wić im czoło, a wtedy zamie­rza­łem prze­szyć jej kolano.

Nagle wszystko się skom­pli­ko­wało.

Dostrze­głem jakiś ruch mię­dzy drze­wami po dru­giej stro­nie drogi.

W mojej gło­wie jed­no­cze­śnie poja­wiły się trzy myśli:

Jeden z kru­ków zrywa się do lotu.

Kruki umil­kły.

Ten kruk jest za duży.

Kruk roz­mia­rów jele­nia wypadł na drogę.

Z mojej krtani nie­świa­do­mie wyrwał się cichy dźwięk.

Nie da się zapo­mnieć pierw­szego spo­tka­nia z bojo­wym kru­kiem.

Zwłasz­cza jeśli nie jest po waszej stro­nie.

Ptak pod­ciął Włócz­nię i wywró­cił ją na twarz, a następ­nie zaczął sie­kać jej plecy twar­dym dzio­bem. Otrzą­sną­łem się z otę­pie­nia i pomy­śla­łem, że powi­nie­nem nało­żyć na cię­ciwę kolejną strzałę, ale kruk już ata­ko­wał Topora, który tak naprawdę miał na imię Jar­ril. Wspo­mi­nam o tym nie dla­tego, że będzie­cie mieli oka­zję lepiej go poznać. Po pro­stu to, co go spo­tkało, było tak paskudne, że jest mi głu­pio nazy­wać go Topo­rem.

Jar­ril wyczuł, że ptak zbliża się do niego od boku, prze­stał biec i odwró­cił się w stronę wroga. Zdą­żył tylko unieść topór, zanim kruk wbił dziób w miej­sce, któ­rego prze­bi­cia wolałby unik­nąć każdy męż­czy­zna. Gruba kol­czuga się­gała Jar­rilowi aż do kolan, ale te ptaki potra­fią dziu­ra­wić czaszki, więc lepiej nie myśleć o tym, co pozo­stało z czę­ści ciała znaj­du­ją­cej się pod spodem. Męż­czy­zna padł na zie­mię, zbyt mocno zra­niony, by krzy­czeć. Za to roz­wrzesz­czała się Frella. Zer­k­ną­łem w lewo i zoba­czy­łem pochy­lo­nego Pagrana, całego we krwi, choć myślę, że nie wła­snej, ponie­waż Frella krwa­wiła za nich oboje, obry­zgu­jąc zie­mię czer­wo­nym stru­mie­niem try­ska­ją­cym z głę­bo­kiej rany pod pachą, bie­gną­cej od łok­cia aż do cycka.

Kiedy Span­thianka zmie­niła kie­ru­nek, dostrze­głem jej obna­żony miecz, który bez wąt­pie­nia był spadínem. Wystar­cza­jąco ostrym, by dźgać, wystar­cza­jąco cięż­kim, by siec. To dobre ostrze, być może naj­lep­szy krótki miecz, jaki kie­dy­kol­wiek wykuto. A ona potra­fiła się nim posłu­gi­wać. Poru­szyła się bły­ska­wicz­nie, minęła Frellę i odkop­nęła jej miecz na bok.

Włócz­nia, która miała roz­szar­pane plecy, wła­śnie dźwi­gała się na czwo­raki, jak nie­mowlę pró­bu­jące cho­dzić. Obok mnie Ner­wus krzyk­nął: "Awain Baith", co po gal­tyj­sku zna­czy "ptak śmierci", po czym upu­ścił łuk i rzu­cił się do ucieczki, a jego star­sza sio­stra pobie­gła za nim, pozo­sta­wia­jąc mnie jako jedy­nego łucz­nika mię­dzy drze­wami. Nie mogłem stąd tra­fić Span­thianki, która zasła­niała się tar­czą, jed­no­cze­śnie odrą­bu­jąc Włóczni dłoń. Zabawne, na czym sku­pia się nasz umysł - przyj­rza­łem się tar­czy z bli­ska i zauwa­ży­łem, że jej sta­lowy szczyt wykuto w kształt dmu­cha­ją­cego obłoku z ludzką twa­rzą, podob­nego do rysun­ków na skra­jach map.

Pagran pod­niósł upusz­czoną gle­wię i pró­bo­wał opę­dzać się przed krą­żą­cym wokół niego pta­kiem. Kruk dwu­krot­nie ude­rzył dzio­bem w ostrze broni, z łatwo­ścią uni­ka­jąc pchnię­cia Pagrana i igno­ru­jąc mój chy­biony strzał - te istoty poru­szają się w nie­prze­wi­dy­walny spo­sób, a strzała wypusz­czona z dwu­dzie­stu kro­ków nie tra­fia w cel w chwili zwol­nie­nia cię­ciwy. Bojowy kruk chwy­cił ostrze gle­wii dzio­bem i wykrę­cił je w bok, tak że Pagran musiał obró­cić się razem z nim, by nie stra­cić oręża. W tej samej chwili Span­thianka sko­czyła naprzód, zwin­nie jak pan­tera, i cięła go tuż ponad piętą. Nasz przy­wódca upadł i zwi­nął się w jęczący kłę­bek. Walka na dro­dze dobie­gła końca.

Kurwa.

Wypu­ści­łem kolejną strzałę w stronę Span­thianki, a wtedy ptak prze­niósł na mnie wzrok.

Zro­zu­mia­łem, że łuk nie wystar­czy. Z przodu pasa nosi­łem dosko­nały nóż; pod­czas bójki w tawer­nie mógł­bym wypa­tro­szyć prze­ciw­nika, ale ostrze byłoby bez­u­ży­teczne wobec kol­czugi. Na ple­cach trzy­ma­łem paskudny szty­let tarcz­kowy, ide­alny do prze­bi­ja­nia kol­czug, ale w star­ciu z mie­czem w dłoni kobiety, nie wspo­mi­na­jąc o tym jeba­nym ptaku, byłby rów­nie uży­teczny jak patyk.

Zbli­żyli się.

Mogłem uciec Span­thiance, ale nie kru­kowi.

Przy­znaję bez wstydu, że lekko popu­ści­łem w spodnie.

- Łucz­niku - ode­zwała się kobieta z cha­rak­te­ry­stycz­nym ispan­thiań­skim akcen­tem. - Wyjdź i pomóż swoim przy­ja­cio­łom.

***

Fakt, że tak naprawdę nie byli moimi przy­ja­ciółmi, nie wystar­czył, by zosta­wić ich oka­le­czo­nych i poobi­ja­nych na Bia­łej Dro­dze, nawet jeśli na to zasłu­gi­wali. Span­thianka wycią­gnęła strzałę z zakrwa­wio­nej koszuli pod swoją pachą i porów­nała pie­rzy­sko ze strza­łami, które wciąż tkwiły w moim przy­bocz­nym koł­cza­nie.

- Dobry strzał.

Zwró­ciła mi strzałę. Dała mi także łyk wina z bukłaka - dobrego, gęstego i czar­nego wina, które zapewne rów­nież pocho­dziło z Ispan­thii. Pagran, który z gry­ma­sem bólu wstał i oparł się o drzewo, niczego nie dostał. Frella, która stra­ciła tyle krwi, że była na skraju omdle­nia, także obe­szła się sma­kiem, mimo że z nadzieją patrzyła na Span­thiankę, gdy opa­try­wa­łem jej rękę za pomocą poń­czo­chy i kija. Wino było prze­zna­czone tylko dla mnie, ponie­waż odda­łem celny strzał. Tacy są Span­thia­nie. Naj­pew­niej­szym spo­so­bem na zjed­na­nie sobie ich łask jest zro­bie­nie im krzywdy.

Jeśli cho­dzi o ran­nych, Jar­ril wciąż był nie­przy­tomny, z czego nale­żało się cie­szyć - niech śpi, żaden ogier nie chce się obu­dzić wała­chem, tym bar­dziej jeśli jest na tyle młody, że dopiero dowie­dział się, do czego służy to, co stra­cił. Włócz­nia pod­nio­sła odciętą dłoń i wbie­gła do lasu, jakby znała jakie­goś przy­szy­wa­cza koń­czyn, który nie­długo zamy­kał zakład. Nie wiem, dokąd pole­ciał ptak, a przy­naj­mniej wtedy tego nie wie­dzia­łem. Wyglą­dało na to, że roz­pły­nął się w powie­trzu. Co zaś się tyczy Span­thianki, to ruszyła w dal­szą drogę, jakby nic się nie stało, nie licząc zadra­pa­nia i zakrwa­wio­nej koszuli. A jed­nak coś się stało.

Spo­tka­nie z ispan­thiań­ską ptasz­niczką odmie­niło mój los.

2. Pod Psz­czołą i Monetą

2

Pod Psz­czołą i Monetą

Dopro­wa­dze­nie Frelli i Pagrana z powro­tem do naszego obozu nie było łatwe. Odda­łem Pagra­nowi jego gle­wię, żeby mógł się nią pod­pie­rać, a Frelli musia­łem pozwo­lić wpie­rać się na moim ramie­niu przez ponad milę wędrówki po nie­rów­nym tere­nie. Na szczę­ście była chuda - w sam raz na pali­sady, jak mawiają żoł­nie­rze - więc nie dawała mi się za bar­dzo we znaki. Moi mistrzo­wie w Niskiej Szkole skar­ci­liby mnie za pomoc tej dwójce. Uzna­liby lanie na Bia­łej Dro­dze za koniec naszej nie­zbyt weso­łej kom­pa­nii, a ucieczkę rodzeń­stwa łucz­ni­ków za dowód na to, że byli lojalni wyłącz­nie wobec sie­bie nawza­jem i zapewne już ruszyli w poszu­ki­wa­niu nowych przy­gód, wcze­śniej ogo­ło­ciw­szy nasze obo­zo­wi­sko.

Zosta­wi­łem tam swoje skrzypce, solidny hełm, który mia­łem nadzieję sprze­dać, oraz dzba­nek gal­tyj­skiej whi­skey. Na heł­mie nie­spe­cjal­nie mi zale­żało, a na świe­cie nie bra­ko­wało ogni­stej wody, w któ­rej mogłem zanu­rzyć usta, ale te skrzypce coś dla mnie zna­czyły. Chciał­bym wam powie­dzieć, że nale­żały do mojego sta­ruszka albo coś w tym rodzaju, ale mój ojciec był ponu­rym gór­ni­kiem i nie potra­fił nawet zagrać fan­far dup­skiem po zje­dze­niu kwarty fasoli z kapu­stą. Ukra­dłem te skrzypce. Odda­li­łem się z nimi, kiedy pewien gość spie­rał się z mło­dym muzy­kiem o to, czy śpie­wał czy­sto w tawer­nie. Tak mię­dzy nami, fał­szo­wał, za to skrzypce były pierw­sza klasa, więc po całej akcji zapła­ci­łem gościowi połowę ich war­to­ści, zamiast je sprze­da­wać. A teraz wyglą­dało na to, że zostaną sprze­dane za bez­cen, a dwójka gnoj­ków, któ­rzy je zabrali, zapewne była już tak daleko, że nie mia­łem szansy ich dogo­nić.

***

Cadoth było pierw­szym mia­stem na zachód od Lasu Sie­rot i ostat­nim w Hol­cie, za któ­rym roz­cią­gały się jesz­cze bar­dziej posępne lasy i roz­le­głe wyżyny Nor­holtu. Można zorien­to­wać się, jak duże jest mia­sto, po tym, ilu bogów ma w nim świą­ty­nie i jakich są one roz­mia­rów. Na przy­kład, w wio­sce z jedną błot­ni­stą drogą, jedną tawerną, która tak naprawdę jest zaple­czem domu jakie­goś tłu­ścio­cha, oraz jed­nym zdy­cha­ją­cym wołem, któ­rego wszy­scy poży­czają sobie do orki, zapewne znaj­dziemy kościół Wszech­boga. Bez dachu, z bel­kami do sie­dze­nia, łojo­wymi świe­cami na ołta­rzu i wnęką, w któ­rej usta­wia się posągi roz­ma­itych bogów, zależ­nie od święta. Posągi będą wyrzeź­bione z jesionu albo orzesz­nika, bogi­nie będą miały obfite biu­sty, a bogo­wie nie­wiel­kie przy­ro­dze­nia, nie licząc Harosa, który ma postać jele­nia i odpo­wied­nio oka­za­łego fiuta, ponie­waż wszy­scy wie­dzą, że każ­dego wie­czora tak mocno rżnie księ­życ, że ten musi scho­wać się za wzgó­rza i odpo­cząć.

W nieco więk­szym mia­steczku, gdzie mieszka peł­no­eta­towa dziwka, która nie zaj­muje się na boku warze­niem piwa ani cero­wa­niem koszul, znaj­dziemy kościół Wszech­boga kryty strze­chą i ozdo­biony dys­kiem z brązu wpi­sa­nym w kwa­drat z oło­wiu albo żelaza, a także porządną świą­ty­nię poświę­coną jakie­muś miej­sco­wemu bóstwu, które według ludzi jest naj­mniej skłonne nasrać im na pokor­nie pochy­lone głowy.

Cadoth było naj­więk­szym mia­stecz­kiem, jakiego jesz­cze nie można nazwać mia­stem. Jako punkt han­dlowy z praw­dzi­wego zda­rze­nia, ulo­ko­wany na roz­dro­żach, miało kościół Wszech­boga uko­ro­no­wany słoń­cem z brązu, potężną wieżę poświę­coną Haro­sowi, zwień­czoną poro­żem jele­nia oraz mniej­sze świą­ty­nie, w któ­rych czczono tuzin innych bóstw. Bra­ko­wało wśród nich świą­tyni poświę­co­nej Mith­re­no­rowi, bogu morza, o któ­rym mało kto myśli w głębi lądu, jak rów­nież Zaka­za­nemu Bogu, z oczy­wi­stych wzglę­dów.

W każ­dym mia­steczku tej wiel­ko­ści nie może zabrak­nąć porząd­nego Domu Wisielca, jak nazywa się sie­dzibę Gil­dii Pobor­ców, a ja musia­łem się tam udać, by poroz­ma­wiać o swoim długu. Moja współ­praca z Pagra­nem i jego bandą rębaj­łów tego lata była cał­kiem udana, dopóki Span­thianka i jej mor­der­czy ptak nie sko­pali nam tył­ków. Ale teraz Ner­wus i Śnieżka, rodzeń­stwo łucz­ni­ków, które ucie­kło, gdy kruk dołą­czył do potyczki, cał­ko­wi­cie mnie ogo­ło­ciło. Potrze­bo­wa­łem pie­nię­dzy - i to szybko - a roze­gra­nie kilku par­ty­jek Wież wyda­wało się dobrym począt­kiem.

Wie­dzia­łem, że gra z pew­no­ścią toczy się Pod Psz­czołą i Monetą, ponie­waż Psz­czoła i Moneta to dwie z kart w talii Wież, obok samych Wież, Kró­lów i Kró­lo­wych, Żoł­nie­rzy, Łopat, Łucz­ni­ków, Śmierci i Zdrajcy, a także, oczy­wi­ście, Zło­dziei, któ­rych w talii zazwy­czaj ozna­cza się rysun­kiem chwy­ta­ją­cej dłoni.

Nie wszy­scy w tawer­nie byli gra­czami. Sto­liki na obrze­żach zaj­mo­wali paste­rze owiec i hodowcy korzeni, wierni bogom skwa­szo­nych min. Roz­ma­wiali przy­ci­szo­nymi gło­sami o desz­czach i chrząsz­czach, a ich ni­gdy nie­prana weł­niana odzież po dzie­się­cio­le­ciach wycie­ra­nia w nią rąk była pokryta war­stwą zwie­rzę­cego tłusz­czu. Dwaj mło­dzi najemni zabi­jacy sie­dzący bli­żej baru mieli przy pasach nie­wiel­kie mie­dziane kubeczki, któ­rych w grze w Wieże uży­wano do zbie­ra­nia monet. Mimo że byli uzbro­jeni w mie­cze, wyglą­dało na to, że z dużą ostroż­no­ścią zer­kają na trzy surowe star­sze kobiety, które rżnęły w Wieże przy znisz­czo­nym przez kor­niki stole.

Ja też byłem ostrożny, ale chcia­łem zagrać.

- Potrze­bu­je­cie czwar­tego do gry? - ode­zwa­łem się do łysej zabój­czyni tasu­ją­cej karty.

Popa­trzyła na mój tatuaż. Miała prawo dać mi po gębie z jego powodu, ale naj­wy­raź­niej nie miała na to ochoty. Pozo­stała dwójka bar­dziej niż piwa pra­gnęła szyb­kiego powrotu do gry, więc także nie sko­rzy­stała z oka­zji.

Łysa wska­zała głową puste krze­sło, więc usa­dzi­łem na nim tyłek.

- Talia Lam­nur czy Mouray? - spy­ta­łem.

- A jak, kurwa, myślisz?

- Jasne. Lam­nur.

Szlach­cice i tym podobni uży­wali talii Mouray. Miała ład­niej­sze wzory. Ale ludzie o per­ma­nent­nie brud­nych koł­nier­zach gry­wali talią Lam­nur o prost­szych rysun­kach, z dwiema Kró­lo­wymi zamiast trzech i bez karty Leka­rza, który mógł was ura­to­wać w przy­padku wycią­gnię­cia Śmierci. Oso­bi­ście wola­łem talię Mouray, ale tak już mam, że lubię dru­gie szanse.

- Naj­pierw zapłać - ode­zwała się kobieta.

Wygrze­ba­łem z sakiewki wystar­cza­jącą liczbę monet, żeby dorzu­cić się do puli.

Brzęk-brzęk!

Łysa roz­dała karty.

Wygra­łem dwie z trzech rund Tur­nieju i spa­so­wa­łem w trze­ciej, żeby nie pomy­ślały, że oszu­kuję, ale pula w run­dzie Wojny była zbyt duża, żebym prze­pu­ścił oka­zję. Blada blon­dynka z bli­zną jak haczyk do łowie­nia ryb ostro licy­to­wała, naj­wy­raź­niej prze­ko­nana, że ostatni Król w talii zapew­nia jej nie­ty­kal­ność, ale zagra­łem Zdrajcą, a potem Łucz­ni­kiem pozby­łem się Kró­lo­wej, która mogła zła­pać Zdrajcę, zgar­ną­łem Króla i wygra­łem. Ponow­nie. Nie­li­chą sumkę.

- Jak to, kurwa, robisz, cwa­niaczku? - rzu­ciła łysa z akcen­tem typo­wym dla hol­tyj­skich ulicz­nych rze­zi­miesz­ków.

"Cwa­nia­czek" to nie­zbyt miłe okre­śle­nie, ale w końcu wła­śnie wyczy­ści­łem ją z kasy.

- Szczę­ście mi sprzyja - odpar­łem, co nie było kłam­stwem.

O szczę­ściu opo­wiem póź­niej.

Zasta­na­wiała się, czy mnie dźgnąć, czy raczej dać mi po gębie, aż w końcu zde­cy­do­wała się na wygna­nie.

- Wypier­da­laj od sto­lika - wark­nęła, więc zebra­łem wygraną w koszulę, scho­wa­łem monety do sakiewki na pasie i odsze­dłem z uśmie­chem, ści­gany przez kilka komen­ta­rzy doty­czą­cych mojego ojca.

Mia­łem nadzieję, że żaden z nich nie był prawdą. Każda z kobiet miała ochotę mnie pobić, ale były zbyt pochło­nięte grą. Zapewne pozo­staną przy sto­liku, aż dwie z nich będą spłu­kane, a wtedy rzucą się na sie­bie nawza­jem. Nic dziw­nego, że kapłani tak wielu bogów pomstują na tę grę - zgi­nęło przez nią wię­cej ludzi niż przez Mor­der­czy Alfa­bet. Chcia­łem powie­dzieć, że zabiła wię­cej ludzi niż gobliny, ale to byłaby zbyt duża prze­sada, nawet dla mnie.

Pod­sze­dłem do baru, a tam, tuż za potęż­nym jego­mo­ściem, który mógłby zaćmić słońce, o szorstki drew­niany blat opie­rała się Span­thianka, którą spo­tka­li­śmy na dro­dze. Nie­zręcz­nie ski­nę­li­śmy do sie­bie gło­wami. Miej­sce obok niej, w któ­rym zamie­rza­łem sta­nąć, nagle zajęła jakaś męska dziwka o zbyt mocno uma­lo­wa­nych oczach. Oczy z uzna­niem zlu­stro­wały ptasz­niczkę. Na swój spo­sób była ona bar­dzo uro­dziwą kobietą, o czar­nych wło­sach i mor­skich oczach, ale jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, czy wyglą­da­łaby lepiej, gdyby nie spra­wiała wra­że­nia zaspa­nej, czy może opusz­czone powieki doda­wały jej swo­istego uroku. Męż­czyźni uwiel­biają kobiety, które wyglą­dają na obo­jętne, jeżeli tylko nie bra­kuje im urody. Uwiel­biamy także wesołe kobiety, jeśli są piękne, jak rów­nież smutne ślicz­notki i gniewne dziew­częta o ład­nych buziach. Rozu­mie­cie, jak to działa. A więc ow­szem, Span­thianka była uro­dziwa. Ale gdyby musiała się uśmiech­nąć, by uga­sić pożar, spło­nę­łoby pół mia­sta. Naj­wy­raź­niej nie zauwa­żyła sie­dzą­cego obok niej kogu­cika, tylko sku­piała się na swoim winie i wpa­try­wała się w dal. Smutna dziew­czyna o sil­nych kościach. Chłopcy za tym prze­pa­dają.

Zna­la­złem inne miej­sce przy barze.

Uta­len­to­wana gal­tyj­ska har­fiarka śpie­wała popu­larną pio­senkę Roz­darte Morze. Miała nie­zły głos, więc nikt jesz­cze nie cisnął w nią butelką.

Nad Roz­dar­tego Morza brzeg

Wybra­łam się, gdzie pośród fal,

Jak rycerz z dumą prę­żąc pierś,

Mąż wielce uro­dziwy stał.

Wnet ruszył ku dziew­czy­nie tej,

Chło­sta­nej przez nad­mor­ski wiatr.

Powin­nam odejść, dobrze wiem,

Lecz popły­nę­łam za nim w ślad.

Nie zna­łam świata grzesz­nych żądz

Przez pro­sty żywot i młody wiek,

Nie uwie­rzy­cie jed­nak w to,

Co kryło się na morza dnie.

Ujrza­łam ogon i płe­twy dwie

Zamiast splą­ta­nych czte­rech nóg.

Spy­ta­łam: "Co z cie­bie za człek?",

"Szla­chetny", odrzekł młody bóg.

"Dla­tego odejść dam ci stąd,

Bo choć pozory człeka mam,

Nie da ci szczę­ścia mor­ska toń,

Nie znaj­dziesz rów­nież męża tam".

Łagodny był syreny głos,

Choć ucząc dziew­czę, marsz­czył brew,

"Bez zwłoki powróćże na ląd

I chłopca znajdź, co nie ma płetw".

Zatem wró­ci­łam na pia­sek plaż

Mądrzej­sza od dostoj­nych dam.

A co poję­łam tam­tego dnia,

Dziś chęt­nie prze­ka­zuję wam.

Zebrała kilka monet do kape­lu­sza i zbyt skąpe okla­ski, nawet wli­cza­jąc mój aplauz, więc zabrała harfę i ruszyła do kolej­nej tawerny, gdzie być może cze­kała na nią wdzięcz­niej­sza publika.

Zoba­czy­łem, że w kącie izby sprze­daw­czyni zaklęć z Gil­dii Magi­ków - z twa­rzą upu­dro­waną na biało i dwoma pierw­szymi pal­cami oraz kciu­kiem lewej dłoni złą­czo­nymi w znak Gil­dii - zapa­liła woskową święcę ople­cioną kosmy­kiem swo­ich wło­sów, co ozna­czało, że przyj­muje zamó­wie­nia. Po chwili jakaś młoda kobieta w grubo ple­cio­nym weł­nia­nym ubra­niu wrę­czyła wiedź­mie monetę i zaczęła szep­tać jej do ucha swoje pra­gnie­nia.

Led­wie zdą­ży­łem skosz­to­wać nie­złego czer­wo­nego wina, które poda­wano Pod Psz­czołą i Monetą, gdy pod­szedł do mnie jakiś paskud­nie wyglą­da­jący drobny jego­mość w nawo­sko­wa­nym, zapla­mio­nym skó­rza­nym stroju i wbił wzrok w mój tatuaż. Przed­sta­wiał on otwartą dłoń nazna­czoną runami i znaj­do­wał się na pra­wym policzku. Dało się go zoba­czyć tylko w bla­sku ognia, a nawet wtedy miał czer­wo­nawo-brą­zowy odcień, tro­chę jak stara henna, więc nie rzu­cał się w oczy. Można było nie zwró­cić na niego uwagi. Nie­stety, ten czło­wiek to zro­bił.

- To Dłoń Dłuż­nika, ta?

Powie­dział "ta" na modłę miesz­kań­ców pół­noc­nego Holtu. Wyglą­dało na to, że w tawer­nie są sami goście z pół­nocy. Nic dziw­nego - w końcu znaj­do­wa­li­śmy się nie­da­leko gra­nicy pro­win­cji.

Mia­łem obo­wią­zek przy­znać się do posia­da­nia tatu­ażu, ale nie musia­łem być przy tym miły.

- Taa - odpo­wie­dzia­łem, tylko tro­chę prze­cią­ga­jąc słowo, aby nie wie­dział, czy z niego kpię, czy też jestem ćwo­kiem.

- Widzisz, bar­manko?

- Widzę - odpo­wie­działa, nie oglą­da­jąc się. Wła­śnie wspięła się na sto­łek i się­gała po ispan­thiań­skie wino z naj­wyż­szej półki.

- Ktoś już zgło­sił prawo do daru Gil­dii? - dopy­ty­wał ćwok.

- Nie - odparła bar­manka, kolejna miesz­kanka Nor­holtu. - Nie dzi­siaj.

Gość w skó­rach zmie­rzył mnie wzro­kiem. Odchy­li­łem się do tyłu, by mógł się dobrze przyj­rzeć ostrzu przy moim pasie, ide­al­nemu do dźga­nia i cię­cia. To był poważny nóż. Nóż nożow­nika. Nazwa­łem go Pal­thra, co po gal­tyj­sku ozna­cza "pła­tek" - szty­let tarcz­kowy z tyłu pasa nazy­wał się Angna, czyli "gwóźdź" - a jego skó­rzaną pochwę ozdo­bi­łem dwiema inkru­sto­wa­nymi różycz­kami. Oczy­wi­ście gość mógł zoba­czyć tylko pochwę i ręko­jeść. Został­bym pozba­wiony kciuka, gdy­bym dobył ostrza prze­ciwko komuś, kto spo­licz­ko­wał mnie w imię Pobor­ców, a gdy­bym tego kogoś zra­nił, Gil­dia zada­łaby mi taką samą ranę.

Ale czy ten kerk to wie­dział?

- W takim razie zgła­szam swoje prawo do daru Gil­dii. W imie­niu Pobor­ców musisz na to przy­stać.

Ow­szem, wie­dział.

Obej­rzał się na ład­niej­szą z dwóch dzier­la­tek, z któ­rymi się mig­da­lił, a potem, nie odry­wa­jąc od niej wzroku, wymie­rzył mi szybki poli­czek. Oczy­wi­ście zabo­lało, zwłasz­cza że nosił sygnet, który roz­bił mi wargę o ząb, ale ciosy w twarz bolą mniej od świa­do­mo­ści, że byle kre­tyn może okła­dać mnie po gębie, a ja nie mam prawa się sprze­ci­wić, a nawet ode­zwać do niego nie­py­tany.

Bar­manka nalała gościowi małe piwo, na koszt Gil­dii, z ogromną czapą piany, by domy­ślił się, co sądziła o ludziach, przez któ­rych miesz­kańcy Nor­holtu wycho­dzą na tchó­rzy ata­ku­ją­cych bez­bron­nych. Ćwok się napił, a następ­nie otarł ręka­wem pianę z pozba­wio­nej zaro­stu gór­nej wargi.

- Męż­czy­zna powi­nien spła­cać długi - oznaj­mił z prze­ko­na­niem typo­wym dla dwu­dzie­sto­latka, bar­dziej do sie­bie niż do innych gości, ale to mi wystar­czyło. Nie wolno mu było odzy­wać się do mnie po fak­cie. Teraz mogłem mu odpo­wie­dzieć.

- Męż­czy­zna powi­nien także mieć odci­ski na dło­niach. Twoje wyglą­dają jak poży­czone od dziecka.

Spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego, że się ode­zwa­łem, ale sta­rał się to ukryć i uniósł w moją stronę kufel, jakby chciał dać do zro­zu­mie­nia, że już dostał to, czego chciał, i nie dba o moje słowa. Ale wie­dzia­łem, że jest ina­czej. Ktoś zachi­cho­tał po moim komen­ta­rzu, a to go ubo­dło, zwłasz­cza w obec­no­ści jego panie­nek. Zna­łem takich ludzi. Rodzina miała tro­chę gro­sza, ale on był takim dup­kiem, że zosta­wił rodzinną karczmę czy skle­pik pro­wa­dzone przez jego umę­czoną matkę, ponie­waż nie mógł znieść, że ktoś mówi mu, co ma robić. Być może tra­fił na sło­mianą farmę Gil­dii, gdzie nauczył się bez­u­ży­tecz­nych sztu­czek, chcąc ucho­dzić za zło­dzieja, ale nawet z tym sobie nie pora­dził i został wyrzu­cony, zanim naro­bił sobie dłu­gów. Odszedł na tyle dawno, że jego ciu­chy śmier­działy, ale wciąż nie sprze­dał ostat­niego cen­nego sygnetu. Dzie­lił go jeden ciężki tydzień od sta­nia się męską dziwką albo najem­ni­kiem, ale nie był wystar­cza­jąco słodki na to pierw­sze ani wystar­cza­jąco silny na to dru­gie.

Zaczy­na­łem dra­nia żało­wać, ale twarz wciąż mnie pie­kła po zetknię­ciu z jego dło­nią.

- Możesz mnie jesz­cze raz spo­licz­ko­wać, Gil­dia nie będzie miała nic prze­ciwko. Byłoby szkoda zmar­no­wać pierw­szą próbę na tak słabe ude­rze­nie, ty żało­sny kerku.

Jeśli ni­gdy nie byli­ście w Gal­tii ani Nor­hol­cie, śpie­szę donieść, że "kerk" to mokre pierd­nię­cie. Myśli­cie, że będzie cał­kiem zwy­czajne, a jed­nak oka­zuje się czymś innym, przy­no­sząc wam wstyd i smu­tek. Wła­śnie dla­tego Gal­to­wie mówią: "Zamknij whi­sky", a nie "zakor­kuj". "Kerk" wyma­wiamy nie­mal tak samo, a więk­szość z nas nie ma nic prze­ciwko whi­skey i nie chcie­li­by­śmy jej zaker­ko­wać.

Kil­koro gości zare­ago­wało na moje słowa, głów­nie kobiety z farm i paste­rze, któ­rzy nie wyba­czają sła­bo­ści. Młody nie mógł pozwo­lić, żeby to było ostat­nie słowo w naszej roz­mo­wie, w prze­ciw­nym razie ktoś zapewne by się do niego przy­cze­pił po kilku głęb­szych. Każdy bystry dzie­ciak czym prę­dzej zabrałby dziew­częta i udał się do sto­doły, w któ­rej zamie­rzali wymie­nić wszy łonowe. Ale nie mia­łem do czy­nie­nia z bystrza­kiem.

- Nie pró­bo­wa­łem cię skrzyw­dzić, tylko mia­łem ochotę na piwo. Ale jeśli chcesz, to zro­bię ci krzywdę, ty gal­tyj­ski kna­pie z gów­nem na ozo­rze.

Span­thianka otwo­rzyła wino zębami i nalała sobie por­cję, z roz­ba­wie­niem i zacie­ka­wie­niem uno­sząc brew. Zapewne nie wie­działa, że "knap" to cyc, jak rów­nież nie zda­wała sobie sprawy, że słowo, któ­rego zamie­rza­łem użyć, ozna­cza wyjąt­kowo uro­czą kępkę wło­sów łono­wych.

- Wąt­pię, kłaku - odrze­kłem. - Czu­łem gor­szy ból przy sika­niu, niż ty był­byś w sta­nie mi zadać. Ale jeśli chcesz spró­bo­wać, moja twarz jest otwarta na twoje pię­ści. Może spró­bu­jesz jesz­cze raz, zanim twoje sio­strzyczki uznają, że sie­dzą przy nie­wła­ści­wym sto­liku.

Dotkną­łem czar­nym języ­kiem czubka nosa i puści­łem oko.

To wystar­czyło.

Rzu­cił się przez salę i zamach­nął na moją szczękę. Unio­słem jedno ramię i odchy­li­łem się, blo­ku­jąc jego cios. Nie będę was zanu­dzał szcze­gó­łową rela­cją, powiem tylko, że młó­cił łapami jak kociak, a po chwili wylą­do­wa­li­śmy na posadzce, gdzie chwy­ci­łem go za głowę, potem za rękę i znów za głowę. Cuch­nął tygo­dnio­wym potem, a jego skó­rzany strój naj­wy­raź­niej kie­dyś pokrył się ple­śnią, któ­rej ni­gdy nie udało się do końca usu­nąć. Bar­manka wołała: "Spo­koj­nie, spo­koj­nie!" oraz: "Dosyć, dosyć!", aż w końcu roz­dzie­liła nas koń­cówką cepa, który wisiał nad mie­dzia­nym lustrem, zapewne tego samego, któ­rym roz­wa­lała łby gobli­nom pod­czas Wojny Córek.

Wsta­łem, trzy­ma­jąc się za roz­kr­wa­wioną wargę, naj­wi­docz­niej bar­dziej potur­bo­wany niż śmier­dziel, który odrzu­cił do tyłu dłu­gie włosy ruchem, jakiego nie powsty­dziłby się kogu­cik. Jako że to on zadał pierw­szy cios, a poza tym był wyjąt­ko­wym fiu­tem, bar­manka pchnęła go w stronę drzwi. Po dro­dze zabrał swoje panienki.

- Pozdro­wie­nia dla Gil­dii - rzu­cił tak paskud­nym tonem, że nabra­łem pew­no­ści, iż Poborcy kie­dyś go prze­żuli i wypluli.

- Przy­kro mi, że nie dopi­łeś piwa - rzu­ci­łem w stronę jego odda­la­ją­cych się ple­ców.

Pod­nio­słem wzrok na miej­sce, w któ­rym wcze­śniej stała Span­thianka, ale ona wymknęła się pod­czas zamie­sza­nia. Kobieta, która miała cel. Kobieta, która nie chciała zostać roz­po­znana. Intry­gu­jące. Zoba­czy­łem, że ele­gan­cik o uma­lo­wa­nych oczach patrzy na mnie obo­jęt­nie, jak­bym był psem, który zabłą­kał się do tawerny. Puści­łem do niego oko. Uśmiech­nął się kpiąco i odwró­cił wzrok, na co liczy­łem, ponie­waż musia­łem prze­ło­żyć coś ze swo­ich ust do sakiewki.

To był sygnet śmier­dziela.

Gobliń­skie sre­bro.

Pew­nie naj­cen­niej­sza rzecz, jaką posia­dał.

Warto było w kon­tro­lo­wany spo­sób przy­jąć kilka nie­udol­nych cio­sów. Zdej­mu­jąc sygnet, mocno ści­sną­łem mło­dego za palec, więc zapewne wciąż wyda­wało mu się, że biżu­te­ria jest na miej­scu. Jeśli będę miał szczę­ście, zauważy brak sygnetu dopiero, kiedy będzie się kładł.

A ja zazwy­czaj mia­łem szczę­ście.

Mnó­stwo szczę­ścia.

***

Pod wie­loma wzglę­dami jestem cał­kiem zwy­czajny. Nieco niż­szy od więk­szo­ści męż­czyzn, ale to typowe u Gal­tów. Chudy jak bez­domny pies. Prak­tycz­nie bez tyłka, więc muszę nosić pasek, żeby utrzy­mać spodnie na pół­noc od Wiel­kiego Rowu. Nie­źle gram na skrzyp­cach, jak już wspo­mi­na­łem, a gdy­bym zaśpie­wał, nie pró­bo­wa­li­by­ście mnie udu­sić, cho­ciaż raczej nie wyna­ję­li­by­ście mnie na wesele. Kilku rze­czy nie potra­fię. Na przy­kład powstrzy­mać się od śmie­chu, gdy coś mnie roz­bawi. Albo doda­wać w myślach. Upra­wiać roli. Pod­no­sić dużych cię­ża­rów. Ale kra­dzież? Do tego mam talent. A czę­ścią tego talentu jest wro­dzone szczę­ście i jego świa­do­mość. Szczę­ście to pierw­szy z moich dwóch naj­więk­szych przy­ro­dzo­nych darów - o dru­gim opo­wiem póź­niej.

Szczę­ście naprawdę ist­nieje, a każdy, kto twier­dzi ina­czej, chce sobie przy­pi­sać peł­nię zasług. Szczę­ście jest rzeką. Potra­fię wyczuć, kiedy w niej jestem, a kiedy wycho­dzę na brzeg. Zasta­nów­cie się nad tym przez chwilę. Więk­szość osób podej­muje trudne wyzwa­nia, nie wie­dząc, czy im się uda. Ale nie ja. Kiedy czuję w piersi cie­pło szczę­ścia, jestem pewien, że uda mi się zabrać tej kobie­cie torebkę, a w środku kryje się bry­lant albo trzy złote lwy. Wiem, że zdo­łam prze­sko­czyć na sąsiedni dach, a moja stopa omi­nie oblu­zo­wane dachówki. A kiedy sia­dam do gry w Wieże, wiem, że prze­ciw­nika zasy­pią Psz­czoły i Łopaty oraz odwie­dzi go stara przy­ja­ciółka Śmierć.

Gra­nie w gry losowe wzbu­dza we mnie szczę­ście, które wkrótce wymyka się spod kon­troli. Nie da się bez końca wygry­wać w karty albo w kości, ponie­waż w pew­nym momen­cie pozo­stali są gotowi pode­rżnąć wam gar­dło. Poza tym jeśli zużyję swoje szczę­ście przy stole, zabrak­nie mi go wtedy, gdy naj­bar­dziej będę go potrze­bo­wał. Kiedy czuję pustkę i chłód wyczer­pa­nego szczę­ścia, wiem, że po wej­ściu na oblo­dzoną ścieżkę zła­mię sobie kość ogo­nową. Cho­dzę z pochy­loną głową, ponie­waż mam duże szanse na spo­tka­nie z męż­czy­zną, któ­rego oszu­ka­łem przed rokiem, albo z dziew­czyną, z którą roz­sta­łem się w nie­przy­jem­nych oko­licz­no­ściach.

To dzięki szczę­ściu prze­nio­słem się ze sło­mia­nej farmy do praw­dzi­wej szkoły, gdy dołą­czy­łem do Gil­dii Pobor­ców. Zazwy­czaj zapi­sują wszyst­kich kan­dy­da­tów do Niskiej Szkoły, ale tylko trzy z dzie­wię­ciu pla­có­wek są praw­dziwe. Na far­mach naucza się pod­staw ope­ro­wa­nia wytry­chem, wspi­naczki i walki na noże, ale niczego bar­dziej zaawan­so­wa­nego. Żad­nych zaklęć. Żad­nego odnaj­dy­wa­nia puła­pek ani mowy zwie­rząt, sztuki pod­stę­pów ani odwra­ca­nia uwagi. Samo warun­ko­wa­nie. Kiedy koń­czy­cie sło­mianą farmę, jeste­ście silni, szybcy, twar­dzi, nieco wyszko­leni i tonie­cie po uszy w dłu­gach. Jeśli jakimś cudem jeste­ście w sta­nie spła­cić ten dług, tym lepiej dla was. Ale w prze­ciw­nym razie pod­pi­su­je­cie kon­trakt. To ozna­cza, że Gil­dia ma na swoje zawo­ła­nie tysiące osił­ków, pro­sty­tu­tek i robot­ni­ków. Może zwo­łać motłoch, który ster­ro­ry­zuje mia­steczko, a następ­nie roz­pro­szy się, zanim poja­wią się włócz­nicy barona.

Ja uczęsz­cza­łem do Praw­dzi­wej Szkoły.

A przy­naj­mniej tak sądzę.

Tak czy ina­czej, jestem bar­dzo zadłu­żony, ponie­waż wła­śnie na tym im zależy.

Zresztą sami prze­czy­taj­cie.

Do Wielce Sza­now­nego Kin­cha Na Shan­nacka!

Trzeci rok nauk fizycz­nych,

Pierw­szy rok nauk magicz­nych,

Dłuż­nika

Z wiel­kim smut­kiem i nie­mniej­szym roz­cza­ro­wa­niem, jako kwe­sto­rzy Aka­de­mii Rzad­kich Sztuk w Pig­de­nay, pod­le­głej Gil­dii Pobor­ców, infor­mu­jemy, iż roz­miar Pań­skiego długu wykra­cza poza Pań­ską zdol­ność do pracy i wkrótce może Pana przy­tło­czyć.

Jako że śred­nia wyso­kość ostat­nich czte­rech płat­no­ści na naszą rzecz wynio­sła led­wie dwie trun­cje, w tak leni­wym tem­pie nie będzie Pan zdolny spła­cić długu wyno­szą­cego osiem­dzie­siąt pięć trun­cji złota, jedną złotą kró­lówkę, jed­nego srebr­nego ryce­rza i trzy srebrne walety (plus odsetki) przez naj­bliż­sze szes­na­ście lat. Nie musimy pytać aktu­ariu­szy, by wie­dzieć, że to wię­cej, niż wynosi Pań­ska ocze­ki­wana dłu­gość życia, jak rów­nież okres przy­dat­no­ści w branży. Tylko dzięki argu­men­ta­cji jed­nego z Pań­skich byłych mistrzów uzna­li­śmy, że cały i zdrowy jest Pan dla nas wart wię­cej niż oka­le­czony bądź mar­twy.

Z tego powodu naka­zu­jemy Panu, pod groźbą pozba­wie­nia kciu­ków, zgło­sić się do naj­bliż­szej zare­je­stro­wa­nej sie­dziby Gil­dii, gdzie zosta­nie Pan zba­dany i prze­słu­chany, co zapewne zaowo­cuje zawar­ciem surow­szego kon­traktu. Według naszych wywia­dow­ców podró­żuje Pan Białą Drogą, zatem suge­ro­wana naj­bliż­sza sie­dziba Gil­dii znaj­duje się w Cadoth. Oczy­wi­ście uisz­cze­nie wstęp­nej opłaty w sumie dwóch zło­tych lwów i pię­ciu srebr­nych sówek bądź jed­nej trun­cji złota, dwóch zło­tych kró­ló­wek i jed­nego srebr­nego szy­linga uczyni naszą roz­mowę znacz­nie ser­decz­niej­szą i prze­kona nas o Pań­skich zamia­rach dotrzy­ma­nia zobo­wią­zań. Nie musimy przy­po­mi­nać, iż zdol­no­ści, jakie prze­ka­zu­jemy za naszymi murami, umoż­li­wiają więk­szo­ści uczniów swo­bodną spłatę długu w ciągu sied­miu, a nawet trzech lat, przy odro­bi­nie wysiłku i szczę­ścia. Nało­żone na Pana łagodne piętno otwar­tej dłoni nie wystar­czy, jeżeli wkrótce nie wzmoże Pan wysił­ków.

Z wyra­zami życz­li­wo­ści (na razie),

Pokorni Kwe­sto­rzy

Mistrzów Rzad­kich i Pożą­da­nych Sztuk

Sygno­wane

pierw­szego dnia księ­życa w mie­siącu Popio­łów

roku 1233

Obec­nie był dzień osiem­na­sty, dokład­nie w poło­wie Popio­łów. Zbli­żały się Dożynki, a wraz z nimi ter­min kolej­nej raty płat­no­ści na rzecz Gil­dii.

Sygnet Śmier­dziela sta­no­wił dobry począ­tek, ale musia­łem doko­nać kilku kra­dzieży w Cadoth.

Poza tym potrze­bo­wa­łem kupca.

3. Zasra­niec

3

Zasra­niec

- Gobliń­skie sre­bro, co? - spy­tała star­sza kobieta.

Przy­pa­try­wała się sygne­towi przez lupę, cho­ciaż nie trzeba było lupy, by dostrzec, że wyszedł spod gobliń­skiego młotka; gobliń­skie sre­bro lśni na zie­lono, a nie­któ­rzy uwa­żają, że jego dzi­waczne piękno zawsty­dza złoto.

Nie­któ­rzy, czyli ja.

W bla­sku świec wyraź­nie było widać także mój tatuaż z otwartą dło­nią.

- Nara­zi­łeś się Pobor­com. Szu­kasz pracy?

Tak naprawdę nie zamie­rzała mnie zatrud­nić. Chciała się dowie­dzieć, jak bar­dzo jestem głodny. Nie doro­biła się swo­jego sklepu peł­nego dro­gich kra­dzio­nych przed­mio­tów, zatrud­nia­jąc nie­zna­jo­mych.

- Mam już pracę, ale dzię­kuję.

- Nie ma za co.

Rze­czy­wi­ście nie było.

- Więc dla kogo pra­cu­jesz? Dla Cobba?

- Dzie­sięć szy­lin­gów - odrze­kłem. - Będę wdzięczny za jakie­kol­wiek sówki.

Roze­śmiała się, uka­zu­jąc brą­zowe guzki, które ucho­dziły za jej zęby.

- Mam sówki, ale nie dosta­niesz dzie­się­ciu. Raczej sześć.

- Oboje wiemy, że sygnet jest dla cie­bie wart pięt­na­ście i sprze­dasz go za kró­lówkę i złotą dziwkę. Mam zamiar pod­no­sić cenę o jed­nego szy­linga za każ­dym razem, gdy zapro­po­nu­jesz mniej, niż chcę. Teraz cena wynosi jede­na­ście. Jeśli wolisz zapła­cić dwa­na­ście, zapro­po­nuj sie­dem.

- Ty mały zasrańcu - rzu­ciła.

- Nie pod­niosę ceny za wyzwi­ska, bo je lubię. Ale jeśli chcesz zdo­być ten piękny kawa­łek zie­lo­nego sre­bra, będziesz musiała zapła­cić jede­na­ście, naj­le­piej w...

- Tak, wiem, w sów­kach, ty mały...

- Jeśli jesz­cze raz nazwiesz mnie zasrań­cem, cena wzro­śnie do dwu­na­stu. Leni­stwo cenię tylko u sie­bie.

Zamknęła gębę i popa­trzyła na mnie zmru­żo­nymi oczami.

Przez drew­niany sufit dotarło do nas chra­pa­nie.

Prze­stała mru­żyć oczy.

- Tak, wiem, na twoją prośbę miał za mną wyjść i obda­rzyć mnie kil­koma moc­nymi uści­skami w bocz­nej uliczce. Rzu­ci­łem drobne zaklę­cie usy­pia­jące, kiedy gapi­łaś się na mój sygnet. Magiczna sztuczka. Pomniej­sza magia. Zło­dziej­skie czary. Nie podzia­ła­łyby na kogoś o sil­nym umy­śle, ale sądząc po odgło­sach, ten osob­nik za bar­dzo lubi piwo i led­wie się mie­ści w koszuli. Tłu­ścio­chy chra­pią w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób.

Jakby na zawo­ła­nie chra­pa­nie urwało się, a następ­nie roz­le­gło z jesz­cze więk­szą mocą.

- Zapłacę ci dzie­więć, żebyś jak naj­szyb­ciej się stąd zabrał ze swoją wschod­nią gadką, ty gal­tyj­ski zasrańcu.

- Zapła­cisz mi trzy­na­ście, ponie­waż zani­ży­łaś cenę, a potem się powtó­rzy­łaś.

Poru­szyła się, jakby chciała się na mnie rzu­cić, ale po chwili się uspo­ko­iła.

- Dzie­sięć, cho­ciaż to rabu­nek w biały dzień.

- Czter­na­ście. A jeśli znów się zawa­hasz, mogę zacząć się zasta­na­wiać, czy na sygnet nie chcie­liby rzu­cić okiem w skle­pie przy Łucz­ni­czej, tym pod dzwon­nicą. Nad wej­ściem widzia­łem sym­bol pająka - to sklep Cobba, prawda? Two­jego rywala? Kie­dyś byli­ście kochan­kami, kiedy jesz­cze oboje mogli­ście zoba­czyć, czym sika­cie? Usły­sza­łem w twoim gło­sie odro­binę cierp­kiego cie­pła, kiedy wcze­śniej o nim wspo­mnia­łaś. To, że jesz­cze mnie nie wyrzu­ci­łaś, dowo­dzi, że chęt­nie zapła­cisz mi pięt­na­ście szy­lin­gów, ale jeśli będziesz szybka i cwana, wezmę czter­na­ście, ponie­waż jestem sen­ty­men­talny, a ty przy­po­mi­nasz mi pewną śmier­dzącą sta­ruszkę, z którą stra­ci­łem dzie­wic­two.

Zaci­snęła usta samą siłą woli, odli­czyła czter­na­ście szy­lin­gów, bez żad­nych sówek, po czym pchnęła je w moją stronę i wsu­nęła sygnet do kie­szeni. Scho­wa­łem pie­nią­dze, zasta­na­wia­jąc się, czy wypu­ści mnie bez ostat­niej ripo­sty.

Nie wypu­ściła.

Wysy­czała te słowa jak wąż z Urri­madu:

- Widzę, że uwa­żasz się za spry­cia­rza, i być może masz rację, ale w moich oczach jesteś tylko brud­nym zło­dziej­skim czar­nym języ­kiem i ni­gdy nie będziesz niczym wię­cej.

Uśmiech­ną­łem się przy­mil­nie, skło­ni­łem głowę i wysze­dłem tyłem ze sklepu, omi­ja­jąc strużkę śliny, która ska­py­wała z otworu w sufi­cie.

Kiedy zamkną­łem drzwi, usły­sza­łem, jak coś się o nie roz­bija.

Kocham emo­cje zwią­zane z han­dlem.

Ruszy­łem do sie­dziby Gil­dii Pobor­ców, żeby spraw­dzić, w jakim stop­niu jestem w sta­nie wku­pić się w ich skąpo roz­da­wane łaski.

4. Dom Wisielca

4

Dom Wisielca

- Jak twarz?

Sie­dzia­łem przy stole w Domu Wisielca. Budy­nek stał na widoku nie­da­leko fron­to­wej bramy. Zapew­niał ofi­cjalny spo­sób na skon­tak­to­wa­nie się z Gil­dią. Oczy­wi­ście Gil­dia znaj­duje się w naj­mniej ocze­ki­wa­nych miej­scach, ale można ich spo­tkać także tam, gdzie afi­szują się ze swoją obec­no­ścią, dzięki czemu nie muszą się oba­wiać baro­nów ani ksią­żąt, a kie­dyś otwar­cie drwili nawet z króla. Żadna korona nie trzyma się na gło­wie tak mocno, by nie mógł jej zrzu­cić cios noża w ciem­no­ści.

Zauwa­ży­łem kwa­dra­towy drew­niany szyld z wisiel­cem trzy­ma­ją­cym wła­sną pętlę. To był dobry znak, inkru­sto­wany róż­no­barw­nym drew­nem i ozdo­biony obwódką ze zło­tych liści. Do wol­nej ręki wisielca przy­bito złotą monetę, ponie­waż nikt nie ośmie­liłby się jej zabrać. Zauwa­ży­łem, że to gal­lar­diań­ski lew. Wspo­mi­na­łem już, że je uwiel­biam?

Kobieta sie­dząca naprze­ciwko, która czy­tała mój rejestr zapi­sany na arku­szu z owczej skóry, była nie­po­ko­jąco śliczna. Wyglą­dała na około dzie­więt­na­ście lat, ale wło­ski sto­jące dęba na moim karku pod­po­wia­dały mi, że została zacza­ro­wana, więc mogła być star­sza nawet od tej ską­pej wiedźmy, od któ­rej przed chwilą wysze­dłem.

- Jak dotąd nikt doszczęt­nie mi jej nie obił, więc nie narze­kam.

Wyda­wało mi się, że dziew­czyna uśmiech­nęła się nieco sze­rzej, ale mogłem się mylić. Za jej ple­cami zawo­dowa skry­to­bój­czyni, tak szczu­pła, że dało się poli­czyć wszyst­kie mię­śnie kry­jące się pod jej obci­słym i skrom­nym stro­jem z wełny i jedwa­biu, leni­wie opie­rała się o bar, jakby nie była wcie­le­niem nie­bez­pie­czeń­stwa. Trudno było na nią nie patrzeć. Po jej zaczer­nio­nych policz­kach, szyi i przed­ra­mio­nach widać było, że nie­mal od stóp do głów pokry­wają ją glify pozwa­la­jące jej zni­kać, pić tru­ci­znę oraz nią pluć. Kie­dyś widzia­łem, jak jeden z mistrzów Niskiej Szkoły latał. Naprawdę latał. Na świe­cie była ich naj­wy­żej setka. A może tylko dwu­dziestka. Ten, kto znał dokładną liczbę, nie zamie­rzał jej zdra­dzić. Prze­sta­łem czy­tać glify na skó­rze skry­to­bój­czyni, zanim kto­kol­wiek mnie na tym przy­ła­pał. Zasta­na­wia­łem się, do czego służy tatuaż w kształ­cie zegara na jej piersi.

Fał­szywa dziew­czyna porów­nała pie­częć na moim doku­men­cie z wzo­rem w leżą­cej przed nią ogrom­nej księ­dze, a potem na obu kart­kach napi­sała 1T 1K 14s. Prze­su­nęła monetą świadka, którą nosiła na nad­garstku, nad jedną trun­cją, jedną kró­lówką i czter­na­stoma szy­lin­gami leżą­cymi na stole, a następ­nie scho­wała je do skó­rza­nej sakwy, którą rzu­ciła skry­to­bój­czyni, ta zaś zanio­sła ją za bar, gdzie naj­wy­raź­niej zeszła po scho­dach, cho­ciaż rów­nie dobrze mogła się po nich wspiąć.

- Zosta­niesz na noc, Kpia­rzu? - ode­zwała się być może młoda kobieta i wyraź­nie sze­rzej się uśmiech­nęła.

Kpiarz to naj­niż­sza ranga w zło­dziej­skim fachu, ale już praw­dziwy zło­dziej, w odróż­nie­niu od Stra­cha na Wró­ble, a to już coś. Zosta­łem mia­no­wany Kpia­rzem w Niskiej Szkole w Pig­de­nay. Jeżeli spłacę dług, ukoń­czę kolejny rok edu­ka­cji lub dopusz­czę się kilku zuchwa­łych prze­krę­tów, zostanę awan­so­wany na Posłańca. Potem, jeśli dalej będę się wyróż­niał w nie­wła­ści­wym towa­rzy­stwie, mogę zasłu­żyć na tytuł Fauna. Faun w mito­lo­gii ma nogi jele­nia i nie­ła­two go zła­pać. Brzmi nie­źle, prawda? Jedną z sil­nych stron Gil­dii jest jej poetyc­kość - czło­wiek ma poczu­cie, że jest czę­ścią cze­goś nie tylko nie­po­wstrzy­ma­nie sil­nego, ale także prze­bie­głego i cwa­nego.

Więk­szo­ści z nas wystar­cza tytuł Fauna, ponie­waż ostatni poziom jest zare­zer­wo­wany dla asce­tów i ludzi na wpół obłą­ka­nych.

Przed­sta­wi­ciele ostat­niej zło­dziej­skiej kasty, zwa­nej Gło­du­ją­cymi, skła­dają śluby głodu i obie­cują za nic nie pła­cić. Kiedy nie mogą kraść, pozo­stali ich utrzy­mują, ale nawet naj­starsi i naj­po­wol­niejsi utrzy­mują się za pomocą roz­ma­itych intryg, pla­no­wa­nia akcji dla spraw­niej­szych kom­pa­nów oraz naucza­nia. Mia­łem oka­zję pobie­rać nauki od kilku Gło­du­ją­cych.

Prze­słu­chu­jąca jesz­cze nie zamknęła księgi.

- Napi­sano tutaj, że wolisz wyso­kie dziew­częta. Czy to prawda? - Kiedy mówiła te słowa, jej nogi się wydłu­żyły i nagle patrzyła na mnie z góry. Ogar­nęło mnie przy­jemne, ale zawsty­dza­jące uczu­cie, które zmu­siło mnie do skrzy­żo­wa­nia nóg. - Dziś mamy noc nowego księ­życa. Naj­bar­dziej sprzy­ja­jącą dla kochan­ków. Jedna złota kró­lówka i będę twoja do pół­nocy.

- Gdy­byś wie­działa, co musia­łem zro­bić, żeby zdo­być te pie­nią­dze.

- Gdy­byś wie­dział, co mogę zro­bić, żebyś o tym zapo­mniał.

- Kto przy­pil­nuje inte­resu, kiedy będę kalał twoje łono i kradł twoje serce?

- Usu­nę­łam jedno i dru­gie. A pil­no­wa­niem zaj­mie się ona - dodała, wska­zu­jąc głową star­szą, ale wciąż uro­czą kobietę, która poja­wiła się za barem.

Kolejne spoj­rze­nie pozwo­liło mi się upew­nić, że to ta sama dziew­czyna, która sie­działa naprze­ciwko mnie, tylko dwa­dzie­ścia lat star­sza. "Dziew­czyna" zapewne nie była zwy­kłą sekre­tarką ani dziwką, lecz Tro­ską (stró­żem prawa), a roz­kazy bez­po­śred­nio wyda­wał jej Pro­blem (ktoś w rodzaju bur­mi­strza). Poczer­wie­nia­łem od paskud­nej, kipią­cej zazdro­ści. Wie­dzia­łem, że nie­za­leż­nie od tego, w jaki spo­sób się powie­liła: za pomocą prze­szczepu, echa czy zakrzy­wie­nia czasu, ni­gdy nie będę wła­dał tak silną magią. Ni­gdy.

- Ni­gdy - ode­zwa­łem się.

- Co ni­gdy? - spy­tała, przy­ci­ska­jąc język do kącika ust, a następ­nie go cho­wa­jąc.

- Ni­gdy nie pozbędę się tego tatu­ażu, jeśli nie... - Urwa­łem, wpa­tru­jąc się w miej­sce, w któ­rym znik­nął język, roz­ko­szu­jąc się ero­tycz­nym zaklę­ciem, które wokół mnie snuła.

- ...spła­cisz długu? - dokoń­czyła.

- Tak.

- A gdy­bym powie­działa, że mam dla cie­bie pracę?

- Kazał­bym ci mówić dalej i nie mógł­bym ode­rwać wzroku od two­ich ust.

- Mam dla cie­bie pracę.

Zanim zdą­ży­łem odpo­wie­dzieć, przy­ci­snęła do mojej głowy monetę świadka i za pomocą magii prze­ka­zała obrazy do mojego umy­słu.

Zoba­czy­łem.

Zoba­czy­łem.

***

Bie­głem w zim­nie o zacho­dzie słońca.

Byłem kobietą, młodą dziew­czyną przy­ci­ska­jącą monetę świadka do swo­jej głowy i oglą­da­jącą się przez ramię.

Ktoś wrzesz­czał do mnie w mowie Rubieży, w języku gun­nic­kim, któ­rym na co dzień się nie posłu­guję, i kazał mi nie patrzeć.

Zoba­czy­łem dwu­ko­lo­rową wieżę w ruinach, jej roz­sy­pane kamie­nie. Zoba­czy­łem potężny posąg prze­wró­cony na twarz. Straż kró­lew­ska usta­wiła się w szyku, kie­ru­jąc włócz­nie o roz­wi­dlo­nych gro­tach w stronę cie­nia wyła­nia­ją­cego się z pyłu. Masze­ro­wali do tyłu w bar­dzo zdy­scy­pli­no­wany spo­sób, pomimo odczu­wa­nej grozy. Huczały olbrzy­mie bębny, wyły dzi­waczne rogi, a wszy­scy krzy­czeli. Kamie­nie oraz strzały prze­szy­wały powie­trze. Barani róg żało­śnie wzy­wał do odwrotu.

Za ruinami straż­nicy widać było kolejne mroczne syl­wetki, każda dwu­krot­nie wyż­sza od czło­wieka i masywna jak beczka. Istoty dzier­żyły topory o ostrzach z brązu, wiel­kich jak dzie­cięce trumny, a także proce, które mogły wyrzu­cać kamie­nie, jakie czło­wiek mógł pod­nieść tylko obu­rącz. Nie­które stwory nio­sły pnie drzew prze­zna­czone do mio­ta­nia. Jeden z nich cisnął pniem, który obró­cił się w powie­trzu i tra­fił w hala­bar­dzi­stów, zabi­ja­jąc ich i kale­cząc. Reszta straż­ni­ków ucie­kła.

Czy­jaś dłoń chwy­ciła mnie i obró­ciła. Zio­nąca winem kobieta z wiel­kim szma­rag­dem na zło­tej obróżce naka­zała mi ucie­kać, po pro­stu ucie­kać, a gdzieś w oddali krzyk­nęło dziecko. Wszystko pociem­niało i nagle zna­la­złem się na ska­li­stym wzgó­rzu, skąd obser­wo­wa­łem stru­mień małych postaci, które w ostat­nich pro­mie­niach słońca opusz­czały zruj­no­wane mia­sto, oraz stru­mień więk­szych syl­we­tek wle­wa­jący się za mury. W niebo wzno­siły się czarne słupy skłę­bio­nego dymu, a pło­mie­nie poża­rów odbi­jały się od powierzchni dużego, spo­koj­nego jeziora albo zatoki. Wrony i mewy krą­żyły nad polem bitwy tuż za wyrwą w zachod­nim murze. Było mi zimno.

Potem byłem jasno­włosą dziew­czyną, która w drżą­cym bla­sku świecy patrzyła w lustro z monetą przy­ci­śniętą do głowy, a krew z zadra­pa­nia na czole lśniła na mojej skó­rze. Mia­łem na szyi szma­rag­dową obróżkę. Zda­wa­łem sobie sprawę ze szty­letu przy swoim lewym boku, szty­letu, któ­rym potra­fi­łem dosko­nale się posłu­gi­wać. Wypo­wie­dzia­łem swoje imię, które nie nale­żało do mnie, a moje włosy stały się brą­zowe. Powie­dzia­łem, po gun­nicku, że spła­ci­łem swój dług. Popa­trzy­łem na różę wyta­tu­owaną na moim policzku, led­wie widoczną w bla­sku świecy. "Usuń­cie ją", powtó­rzy­łem, patrząc obo­jęt­nymi oczami, po czym zadrża­łem. Wtedy wszystko pochło­nęła ciem­ność.

***

Moneta świadka to potężna magia i, o ile mi wia­domo, zawsze poka­zuje praw­dziwe obrazy. Wła­śnie ujrza­łem coś, o czym w Ludz­kich Kra­inach nie sły­szano od co naj­mniej sied­miu­set lat. To była armia olbrzy­mów. Nawet poje­dyn­czy olbrzym jest groź­nym prze­ciw­ni­kiem, ale powia­dano, że olbrzymy miesz­kają w nie­wiel­kich kla­nach za Górami Nie­wol­ni­czymi, gdzie doją swoje ogromne gór­skie woły i biorą do nie­woli ludzi, któ­rzy są na tyle głupi, by zapusz­czać się za daleko na zachód. Raczej nie widuje się grup zło­żo­nych z wię­cej niż pię­ciu czy dzie­się­ciu osob­ni­ków. Fakt, że zebrały się razem i prze­kro­czyły te zdra­dziec­kie góry w licz­bie wystar­cza­ją­cej, by zbu­rzyć mury mia­sta, zmiaż­dżyć obroń­ców i prze­gnać miesz­kań­ców na pogó­rze, sta­no­wił zatrwa­ża­jącą nowość dla współ­cze­snych poko­leń.

Czyż­by­śmy prze­trwali trzy­dzie­ści lat zma­gań z kąsa­czami tylko po to, by zdep­tały nas wiel­ko­ludy? Oczy­wi­ście to nie ozna­czało, że Holt i wschod­nie kró­le­stwa wkrótce znajdą się w ich cie­niu - Hrava, sto­lica Rubieży, była odda­lona od Holtu o osiem tygo­dni cięż­kiej podróży wozem zaprzę­żo­nym w osły albo woły bądź mie­siąc trud­nej żeglugi szla­kami mor­skimi. Dzie­liło nas sześć kró­lestw. Ale jak liczna była ta armia? Czego chciała? Czy kró­le­stwa były w sta­nie ją powstrzy­mać, gdyby posta­no­wiła ruszyć na wschód aż do Morza Mith­reń­skiego?

***

Wyrwała mnie z zamy­śle­nia, ode­brała mi monetę świadka i uszczyp­nęła mnie nie bez sym­pa­tii.

- Uwa­żamy, że pewna Span­thianka, którą spo­tka­łeś na dro­dze, wybiera się na Rubieże, zapewne do Hravy. Dołą­czysz do niej. Jeśli ci się uda, zdo­bądź jej zaufa­nie, a jeśli nie, podą­żaj za nią nie­zau­wa­że­nie i cze­kaj na dal­sze instruk­cje - rze­kła kobieta. - Atak olbrzy­mów na tamto kró­le­stwo wpra­wił w ruch potężne koła, a Gil­dia jest zain­te­re­so­wana tym, w jaki spo­sób będą się obra­cały. Lepiej, abyś na razie nie znał szcze­gó­łów swo­jej misji. Jeśli będziesz zmu­szony powie­dzieć innym, jaki jest cel two­jej podróży, wyja­śnij, że zamie­rzasz odzy­skać magiczne przed­mioty znaj­du­jące się w reli­kwia­rzu króla Rubieży, mię­dzy innymi keshycką różdżkę-strzałę, pier­ścień Kociego Upadku oraz naszyj­nik Twar­dego Kamie­nia.

- Do czego służy ten ostatni? - spy­ta­łem. - Spra­wia, że wie­kowi mężo­wie sztyw­nieją jak mło­dzieńcy?

- Nie. Ale podoba mi się twój tok myśle­nia.

Spo­sób, w jaki musnęła języ­kiem zęby, wypo­wia­da­jąc te słowa, spra­wił, że znów nie mogłem ode­rwać wzroku od jej ust.

- Czas nie jest twoim sprzy­mie­rzeń­cem, Kin­chu - dodała. - Span­thianka nie będzie zwle­kać, ale sta­raj się nakła­niać ją do pośpie­chu, a sam nie opóź­niaj podróży, w prze­ciw­nym razie zapła­cisz cenę wyż­szą niż pie­nią­dze. Dzi­siaj jest dzie­więt­na­sty dzień Popio­łów, a księ­życ poka­zuje ciemne obli­cze, które my, istoty nocy, tak bar­dzo kochamy. Posta­raj się dotrzeć do Hravy przed pierw­szym dniem Win­nic, czyli za dwa jasne księ­życe, cho­ciaż tylko bogo­wie wie­dzą, co do tego czasu sta­nie się z mia­stem, które teraz upa­dło.

- Ta cała gadka o księ­ży­cach roz­pa­liła we mnie krew - odrze­kłem. - Pół kró­lówki? Za pół nocy?

Uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc zgniłe zęby, gor­sze niż u wła­ści­cielki lom­bardu.

- Dosta­niesz to, za co zapła­cisz - stwier­dziła.

Prak­tycz­nie wybie­głem z budynku.

5. Lisi kom­pan

5

Lisi kom­pan

- Wybie­rasz się na Rubieże? - spy­ta­łem Span­thiankę.

Działo się to w sta­rej tawer­nie Pod Dere­szem, w któ­rej ją namie­rzy­łem, pięk­nym drew­nia­nym budynku, uwiel­bia­nym przez podróż­nych, któ­rzy nie lubili za dużo wyda­wać i nie bali się śmierci w pło­mie­niach. Wypo­wie­dzia­łem te słowa, kiedy sie­dzia­łem na krze­śle obok jej łóżka, a pyta­nie nie było zbyt uczciwe, ponie­waż spała.

Szybko jak let­nia bły­ska­wica chwy­ciła mnie za piętę i wywie­siła za okno, które wcze­śniej otwo­rzy­łem. Nie wie­działa, że ode­zwa­łem się dopiero, gdy byłem gotowy ją obu­dzić - wcze­śniej rozej­rza­łem się po pokoju i prze­trzą­sną­łem jej skromny doby­tek. Nie zna­la­złem wanny, tylko miskę z mętną wodą, w któ­rej się umyła. Teraz moczyły się w niej zakrwa­wione lniane ban­daże, a na ręce, którą ska­le­czyła moja strzała, znaj­do­wał się świeży opa­tru­nek. Tar­cza stała oparta o ścianę. Obok Span­thianki na łóżku leżał śliczny spadín z obna­żo­nym ostrzem - bar­dzo podobny do gun­nic­kiego saksa, ale bar­dziej ele­gancki. Kan­cia­sty miecz o ostrzu dłu­gim na nie­całe dwie stopy i szer­szym przy końcu klingi, z wytrzy­małą kra­wę­dzią, zbro­czem i ostrym czub­kiem, który koja­rzył się z odła­ma­nym kawał­kiem szkła. Jak szybko zdo­ła­łaby wbić to ostrze w moje serce, gdy­bym pochy­la­jąc się nad nią, wypu­ścił z ust choćby jeden nie­wła­ściwy oddech!

Ale wła­śnie dla­tego mój fach zapew­nia tyle emo­cji.

Nie­trudno było zaj­rzeć do jej sakie­wek. Miała mniej pie­nię­dzy, niż nale­ża­łoby ze sobą zabrać w daleką podróż, przy­naj­mniej przy pasie. Niczego nie wzią­łem. Miała zbyt mało pie­nię­dzy, by tego nie zauwa­żyła, a ja chcia­łem mieć ją po swo­jej stro­nie. Nie­stety, trudno jest mi zosta­wiać pełną sakwę. Jestem cho­ro­bli­wie zain­te­re­so­wany pie­niędzmi i czuję do nich miłość, która ma nie­wiele wspól­nego z han­dlem. Po pro­stu uwiel­biam ich wygląd, dotyk i zapach. Mam nadzieję, że pew­nego dnia zgro­ma­dzę ich tyle, że będę mógł stale mieć je w rękach i nie będę musiał ich wyda­wać.

Miała ispan­thiań­skie sre­bro - trzy lotusy i dwie kró­lew­skie głowy ozdo­bione wize­run­kiem dłu­go­wło­sego i wąsa­tego króla Kali­tha w swoim naj­bar­dziej wąsa­tym wyda­niu, ale także hol­tyj­skie szy­lingi, kilka mie­dzia­nych stru­żyn, a nawet jed­nego gal­lar­diań­skiego lwa, war­tego tyle, co cała reszta razem wzięta. Pową­cha­łem go, prze­su­ną­łem kciu­kiem po jego kra­wę­dziach, a nawet wło­ży­łem go do ust, żeby roz­ko­szo­wać się jego sma­kiem. Czy­ste złoto. Bez obaw, zanim wrzu­ci­łem monetę do sakiewki, wytar­łem ją koszulą, ale naj­pierw jesz­cze raz się jej przyj­rza­łem. Uwiel­biam to, że lew wygląda, jakby się uśmie­chał. Uwiel­biam trzy pio­nowe mie­cze i uko­śny szty­let na rewer­sie.

Gal­lar­dia­nie znają się na pie­nią­dzach i są naj­lep­szymi gra­we­rami i rzeź­bia­rzami na wscho­dzie, rów­nie dobrymi jak ci w Sta­rym Keshu przed Stuk­nię­ciem. Moją ulu­bioną monetą jest gal­lar­diań­ska sówka, która nawet nie jest złota. To zwy­kłe sre­bro. Ale kto­kol­wiek stwo­rzył zdo­biący ją wzór, musiał kochać sowy, ponie­waż ma się wra­że­nie, że pta­szy­sko zaraz zacznie hukać. Sta­ram się nie wyda­wać sówek, gdy je zdo­będę, ale osta­tecz­nie muszę, ponie­waż zawsze koń­czą mi się pie­nią­dze. Cokol­wiek znaj­do­wało się w tor­bie kurier­skiej, musiało pozo­stać tajem­nicą, ponie­waż kobieta na niej spała.

Torba tylko lekko obcią­żała łóżko, więc nie było w niej zbyt wielu monet, jeśli to były monety. Zapewne kwity z banku, klej­noty albo inna lekka waluta, ale ni­gdy nie wia­domo, co ludzie kryją w swo­ich naj­pil­niej strze­żo­nych baga­żach. Cza­sami zamiast pie­nię­dzy znaj­do­wa­łem kosmyki z koń­skiej grzywy, torbę pia­sku albo dzie­cięce zęby. Naj­dziw­niej­szym, na co natra­fi­łem, było wysu­szone serce, nie­mal na pewno ludz­kie. Cie­szę się, że tam­ten skur­wiel mnie nie przy­ła­pał.

Ale w końcu jesz­cze nikomu nie dałem się zła­pać.

O czym to ja mówi­łem? No tak, wisia­łem głową w dół. Nie wyobra­żaj­cie sobie, że Span­thianka trzy­mała mnie jedną ręką za kostkę jak jakiś ćwierć­ol­brzym z Gór Nie­wol­ni­czych. Nie, zła­pała mnie obu­rącz i opie­rała łok­cie o para­pet. Nie bro­ni­łem się, tylko skrzy­żo­wa­łem ręce na piersi. Prawdę mówiąc, czu­łem się cał­kiem dobrze, gdyż cała krew napły­nęła mi do głowy.

- Wybie­rasz się na Rubieże? - powtó­rzy­łem. - No i gdzie się podział tam­ten ptak?

- Nie wspo­mi­naj o ptaku.

- Dobrze. Jak masz na imię?

- Nie dowiesz się.

- W porządku. Ale czy wybie­rasz się na Rubieże?

- Jesteś zło­dzie­jem z Gil­dii. Jesteś wyszko­lony i znasz magię. Jeśli cię upusz­czę, nic ci się nie sta­nie, prawda?

- Czy jeśli potwier­dzę, znaj­dziesz inny spo­sób na zro­bie­nie mi krzywdy?

- Być może.

- W takim razie upa­dek wyrzą­dzi mi strasz­liwą krzywdę. Pro­szę, dzielna wojow­niczko, nie upusz­czaj mnie na łeb.

Upu­ściła mnie, ale nie mam jej tego za złe.

Byli­śmy tylko na trze­cim pię­trze.

Wyko­rzy­stu­jąc ścianę do spo­wol­nie­nia upadku, wylą­do­wa­łem na nogach i prze­to­czy­łem się po ziemi. Potem szybko wspią­łem się z powro­tem do okna. Trzy­mała miecz w goto­wo­ści, ale nie kie­ro­wała go w stronę mojej twa­rzy. Wie­działa, że mogłem ją zabić we śnie. Oczy­wi­ście nie była nie­ostrożna i szczel­nie zamknęła okna, ale mnie trudno jest powstrzy­mać. A jesz­cze trud­niej zabić. Jeśli mówi­cie po gal­tyj­sku i zna­cie moje imię, zapewne już się o tym prze­ko­na­li­ście.

W naszym czar­nym, sło­na­wym języku kinch to pętla na linie albo stry­czek. Może także ozna­czać supeł lub nie­spo­dzie­wany pro­blem, a ja z pew­no­ścią byłem nim dla mojej matki, skoro przy­sze­dłem na świat zale­d­wie trzy mie­siące po ślu­bie rodzi­ców. Myślę, że "nie­spo­dzie­wany kło­pot" to zna­ko­mity opis więk­szo­ści Gal­tów, o czym prze­ko­nali się nasi najeźdźcy z Holtu. Potrze­bo­wali pięć­dzie­się­ciu lat, by pod­po­rząd­ko­wać sobie nasze zie­mie, a potem żało­wali tego przez kolejne trzy stu­le­cia. Czarne języki nie lubią, gdy się im roz­ka­zuje. Ni­gdy nikogo nie pod­bi­jemy, ale jeste­śmy pie­kiel­nie nie­bez­pieczni na wła­snej ziemi. Gal­to­wie to uro­dzeni łucz­nicy i cel­nie rzu­cają wszyst­kim: od kamieni, przez włócz­nie po zgniłe kabaczki. Jeste­śmy także dobrymi muzy­kami i dosko­nale radzi­li­śmy sobie w sio­dle, gdy nasze konie jesz­cze bie­gały po rów­ni­nach.

Tak było, zanim przy­szły gobliny.

Powia­dają, że Gal­to­wie wywo­dzą się od elfów, gdyż mamy deli­kat­nie spi­cza­ste uszy i drobne kości. Moje włosy mają mie­dziany kolor, pra­wie czer­wony w świe­tle słońca, a broda, jeśli można tak nazwać mój skromny zarost, jest ruda. Kwe­stia pokre­wień­stwa z elfami nie została potwier­dzona - więk­szość uni­wer­sy­tec­kich dup­ków mówi, że to nie­prawda, nie­któ­rzy twier­dzą, że to nie­wy­klu­czone, ale w każ­dej wio­sce poło­żo­nej nie­da­leko tor­fo­wisk opo­wiada się legendy o jakimś sta­rym hodowcy bulw, który wyło­wił z bagna nie­wielką, przy­po­mi­na­jącą czło­wieka istotę o poczer­nia­łej skó­rze i zaostrzo­nych uszach, przy­stro­joną naj­cu­dow­niej­szą biżu­te­rią, jaką widziały oczy. Oczy­wi­ście nikt oso­bi­ście nie zna tego szczę­ścia­rza, a biżu­te­ria już dawno została skra­dziona bądź sprze­dana. Ale co ja mogę wie­dzieć?

Znam tylko swoje imię.

- Jestem Kinch albo Kinch Na Shan­nack, albo jebany Kinch, jeśli wolisz. Nie­raz tak się do mnie zwra­cano - oznaj­mi­łem.

Stęk­nęła.

Usia­dłem ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na para­pe­cie, spo­glą­da­jąc na Span­thiankę swo­imi dużymi, osza­ła­mia­jąco uwo­dzi­ciel­skimi zie­lo­nymi oczami. Mówiono mi, że są jasne jak zachodni jadeit.

- Ruszymy razem na zachód?

Przez chwilę mi się przy­glą­dała.

- Co możesz dla mnie zro­bić?

- Raczej co możemy zro­bić dla sie­bie nawza­jem.

- Słu­cham.

- Będę trzy­mał wartę, kiedy zaśniesz. Będę cię okła­my­wał w nie­istot­nych, ale także waż­nych spra­wach. Jeśli pozwo­lisz, bym mówił w twoim imie­niu, zadbam o to, żebyś nie tra­fiała na palan­tów ze świą­dem pyty i zawsze dosta­wała naj­lep­sze wino z kupiec­kiej beczki. Już ni­gdy nie napo­tkasz drzwi, któ­rych nie będziesz mogła otwo­rzyć, ani ściany, za którą nie będziesz mogła zaj­rzeć. Potrze­buję two­ich rąk, ale ty potrze­bu­jesz mojego nosa. Jeżeli weź­miesz na sie­bie więk­szość walki, posta­ram się dać ci znać, skąd nad­cho­dzą wro­go­wie, i pozbędę się naj­słab­szych z nich. Nie będę twoim psem, ale jeśli jesteś choć w poło­wie taką wil­czycą, za jaką cię mam, to wła­śnie zna­la­złaś lisiego kom­pana.

- Spy­taj mnie ponow­nie jutro - odparła, po czym zasnęła, odwró­cona do mnie ple­cami.

6. Pod­rzu­cona śliwka

6

Pod­rzu­cona śliwka

Następ­nego dnia do Cadoth przy­byli odziani w żółte koszule nasto­letni posłańcy Gil­dii Goń­ców, a kiedy baron zła­mał pie­czę­cie na ich listach, miej­scy herol­dzi wspięli się na skrzynki, by odczy­tać pośpiesz­nie przy­go­to­wane ode­zwy. Pierw­szym herol­dem, któ­rego zoba­czy­łem, była pulchna dziew­czyna o głę­bo­kich płu­cach. Kiedy zaczerp­nęła powie­trza, mia­łem wra­że­nie, że sły­szę smoka szy­ku­ją­cego się do zio­nię­cia ogniem.

- Słu­chaj­cie wszy­scy! Słu­chaj­cie wszy­scy! Do wielce szla­chet­nego i łagod­nego barona Anselma z Cadoth i Jego Wyso­ko­ści króla Con­marra z Holtu dotarły wie­ści, że kra­ina zwana Rubie­żami! Została pod­stęp­nie napad­nięta! Przez woj­ska przy­byłe zza Gór Nie­wol­ni­czych!

Dziew­czyna była gło­śna, jej krzyki odbi­jały się od szyb i kamien­nych murów, a usta otwie­rały się tak sze­roko, że widzia­łem jej wszyst­kie zęby.

- Sto­lica, Hrava, upa­dła! A król być może nie żyje! Jeden z kup­ców z Mol­rovy, męż­czy­zna dobrze znany baro­nowi, wczo­raj wie­czo­rem przy­słał posłańca! Zapew­nia nas, że na mury jego kró­le­stwa, Wołowe Mury, poło­żone nieco na wschód od Rubieży, wciąż nie padł cień! I że nie da się ich sfor­so­wać!

- Czy to były gobliny? - zawo­łała jakaś kobieta. Mówiła z sil­nym akcen­tem z Untheru i miała na sobie przy­po­mi­na­jący suk­nię tra­dy­cyjny płaszcz, spod któ­rego wyzie­rał rów­nie tra­dy­cyjny dla miesz­kań­ców Untheru bebech.

Lecz sta­tus cudzo­ziemki nie czy­nił jej wyjętą spod prawa barona, więc heroldka wska­zała ją pałką, a wtedy dwaj straż­nicy, któ­rych dotych­czas nikt nie zauwa­żył, pod­bie­gli do kobiety i zaczęli nią potrzą­sać, dopóki nie wyjęła z sakiewki srebr­nej monety. W Cadoth nie wolno zakłó­cać obwiesz­czeń.

Wszy­scy wie­dzieli, że Góry Nie­wol­ni­cze sta­no­wią gra­nicę Ludz­kich Krain, więc każdy, kto przy­bywa zza nich na wschód, nie jest czło­wie­kiem. Ale gobliny nie miesz­kały na zacho­dzie, pra­wie nie spo­ty­kano ich także na pół­nocy. Gobliny nie lubią śniegu, przy­naj­mniej tak sły­sza­łem. Miesz­kają na Zie­miach Hordy na połu­dniu, na olbrzy­miej wyspie zna­nej także jako Stary Kesh, za Morzem Gorą­cym.

Tam je prze­pę­dzi­li­śmy.

Na jakiś czas.

Ci ludzie nie widzieli trud­nej prawdy, którą obja­wiła mi moneta świadka. Jesz­cze nie wie­dzieli, że olbrzymy ruszyły na wschód. Ale nie­któ­rzy zaczy­nali się tego domy­ślać, a reszta wkrótce miała pójść w ich ślady.

- Baron stoi u boku króla Con­marra i wie, że wy także go wspie­ra­cie: każdy męż­czy­zna, kobieta i dziecko. Nikt nie dorów­nuje wier­no­ścią miesz­kań­com Cadoth! Ani dziel­no­ścią! Za sokoła Cadoth! Har­rala!

Tłum "zahar­ra­lo­wał". Heroldka zeszła na zie­mię i pośpiesz­nie udała się na kolejny plac, nio­sąc w ręku skrzynkę, a straż­nicy potruch­tali za nią. Potur­bo­wana cudzo­ziemka z Untheru oparła się o dawno nie­uży­wany kamień do przy­wią­zy­wa­nia koni i ostroż­nie czknęła, spraw­dza­jąc, czy z jej ust nie wypły­nie coś bar­dziej mate­rial­nego.

Tłum pogrą­żył się w roz­mo­wach.

Sły­sza­łem ich urywki.

- Jak dla mnie to począ­tek wie­cie czego.

- Mobi­li­za­cji? Naprawdę sądzisz, że ogło­szą mobi­li­za­cję?

- ...ćwi­czy­łam strze­la­nie z łuku od dziecka. Niby po co, jeśli nie na taką oka­zję?

- Wciąż jesteś dziec­kiem, dziew­czyno, a mądry czło­wiek nie miele tak ozo­rem. Nie musia­ła­byś ćwi­czyć strze­la­nia z łuku, gdyby dwa­dzie­ścia lat temu nie posłali wszyst­kich mło­dzień­ców na śmierć prze­ciwko gobli­nom. Szli set­kami tysięcy z pól i skle­pów, pró­bu­jąc stłam­sić kąsa­czy samą swoją liczbą. A potem padali mar­twi na polach kuku­ry­dzy, tra­wach i pia­skach. Padali na bło­cie i kamie­niu, cho­ro­wali w obo­zach, a póź­niej przy­wle­kali do domu chłost­nicę albo jesz­cze gor­sze cho­rób­ska.

- Ale potem pozwo­lono kobie­tom wal­czyć w Woj­nie Córek, a kobiety są lep­sze.

- Ani lep­sze, ani gor­sze. W Woj­nie Córek mia­ły­ście do dys­po­zy­cji ptaki. No i były­ście wyszko­lone. Poza tym męż­czyźni wal­czyli u waszego boku.

- Jestem wyszko­lona. Potra­fię prze­szyć szty­le­tem pod­rzu­coną śliwkę.

- To tylko poka­zuje, jaka jesteś miękka, skoro chcesz zabi­jać śliwki.

Stary miał rację. Pod­czas Wojny Mło­ca­rzy zabra­kło rąk do zbie­ra­nia plo­nów i więk­szość miesz­kań­ców Ludz­kich Krain cier­piała głód. W Gal­tii mie­li­śmy wię­cej szczę­ścia dzięki lasom peł­nym zwie­rzyny i rybom w rze­kach.

- Zabiję goblina - prze­chwa­lała się dziew­czyna.

- Wszy­scy tak mówili i skoń­czyli w kryp­tach z roba­kami.

- To nie gobliny - ode­zwał się inny sta­ru­szek.

- Wła­śnie, to coś gor­szego.

- Nie ma niczego gor­szego.

- Ow­szem, jest.

- Jak to? - zdzi­wiła się dziew­czyna.

- Na gobliny możesz patrzeć z góry... ale to, co mieszka za Górami Nie­wol­ni­czymi, zawsze góruje nad tobą.

Te ostat­nie słowa wypo­wie­dział jed­no­nogi dzia­dek z pod­wi­niętą nogawką spodni. Pod­pie­rał się kulą, zaci­ska­jąc na niej dłoń, któ­rej bra­ko­wało kilku pal­ców. A więc zabójca gobli­nów. To był ślad po gobli­nich zębach.

Tylko że ja nie zmie­rza­łem w stronę gobli­nów, co wzbu­dzało we mnie dziwną ulgę.

Cho­ciaż ni­gdy nie widzia­łem na oczy żywych gobli­nów, wie­dzia­łem, że kie­dyś upich­ciły zarazy, które wpę­dziły nas w cho­roby i zabiły nasze konie. Wie­dzia­łem, że druga wojna, zwana Wojną Mło­ca­rzy, poto­czyła się tak źle, że dziś trudno było zna­leźć żywych męż­czyzn mię­dzy trzy­dzie­stym a sześć­dzie­sią­tym rokiem życia, a Wojna Córek zmu­siła do wojaczki tak wiele kobiet, że na świe­cie nie­mal nie było dzieci w wieku od ośmiu do pięt­na­stu lat.

Olbrzymy, które widzia­łem dzięki mone­cie świadka, nie­wąt­pli­wie były straszne, ale ludzie i gobliny zostali stwo­rzeni do tego, by zabi­jać się nawza­jem.