Czarny dzień białych gwiazd. nr 127 - Wacław Malten

Reflow text when sidebars are open.
Oślepiające sierpniowe słońce tysiącami refleksów załamywało się w szybach kabin nawigatorów i wieżyczkach strzelców pokładowych, z których, jak czarne żądła, sterczały lufy najcięższych karabinów maszynowych, zwanych potocznie "półcalówkami". Poprzez te refleksy można było jednak zauważyć siedzących wewnątrz ludzi, którzy otuleni w skórzane, podbite kożuchem kurty, z maskami tlenowymi dopiętymi do hełmofonów, od których biegły grube rury instalacji tlenowej i cienkie przewody telefoniczne, wyglądali zupełnie jak pozaziemskie zjawy. Choć na ziemi panował blisko trzydziestostopniowy upał, tu, na wysokości 7500 metrów, klimat był prawie arktyczny.
Formacja czterosilnikowych samolotów bombowych z białymi gwiazdami na skrzydłach i kadłubach majestatycznie kołysała się w luźnym szyku bojowym. Były to słynne już Latające Fortece, czyli ciężkie samoloty bombowe typu B-17E.
Bombowce uszykowane były w dwa ugrupowania po sześć samolotów, każde ugrupowanie składało się z dwóch szyków trójkowych przesuniętych po przekątnej w taki sposób, że prowadzący samolot drugiej trójki znajdował się na linii przechodzącej pomiędzy samolotem prowadzącym pierwszą trójkę a jego prawym towarzyszem.
Drugie ugrupowanie leciało nieco powyżej, z prawej strony ugrupowania prowadzącego, również w analogicznym szyku trójkowym.
Były to dwa dywizjony 97 Grupy Bombowej 1 Skrzydła Bojowego 8 Zgrupowania Bombowego 8 Armii Powietrznej Stanów Zjednoczonych stacjonującej na terenie Wielkiej Brytanii.
Pierwsze ugrupowanie tworzył 340 Ciężki Dywizjon Bombowy, na czele którego leciał samolot pilotowany przez dowódcę 97 Grupy Bombowej pułkownika Franka Armstronga. Samolot miał po obu bokach kadłuba namalowaną postać słynnej w tym okresie gwiazdy z rewii Ziegfelda, w kolorowym kostiumie kąpielowym, pod którą widniał podpis "Peggy D". Pozostałe Latające Fortece zdobiły równie fantazyjne rysunki i nazwy. "Peggy D" leciała więc w towarzystwie "Baby Doll", "Berlin Sleeper", "Johnny Reb", "Big Stuff" oraz "Avenger".
W ślad za pierwszym ugrupowaniem leciał 341 Ciężki Dywizjon Bombowy. Prowadził go osobiście dowódca 8 Zgrupowania Bombowego 8 Armii Powietrznej generał brygady Ira Eaker, pilotując samolot o historycznej nazwie "Yankee Doodle". W pierwszej trójce leciały bombowce nazwane "Butcher Shop" i "Birmingham Blitzkrieg", a w drugiej -?"Donald Duck", "Bloody Jim" oraz "Mae West".
Prawie o tysiąc metrów wyżej nad szykiem bojowych Latających Fortec przewalała się ze skrzydła na skrzydło osłona myśliwska, zwijając się w ciasnych esach. Osłonę tę tworzyły cztery dywizjony myśliwskie RAF wydzielone ze składu II Grupy Myśliwskiej.
-?Nieprzyjacielski brzeg przed nami -?zabrzmiały w słuchawkach telefonu słowa meldunku nawigatora prowadzącego całą formację.
-?Zacieśnić formację! Uwaga, strzelcy pokładowi! Pilnie wypatrywać i przestrzelać "sikawki"! Uwaga, bombardierzy! Za dziesięć minut IP! - wydał rozkaz pułkownik Armstrong.
Za chwilę pod skrzydłami samolotów przesunęły się wąskie pasy nadbrzeżnych plaż. Formacja weszła nad terytorium okupowanej Francji. Słońce nadal tysiącami refleksów odbijało się w szybach kabin, oślepiając, mimo ciemnych okularów, pilotów i nawigatorów.
-?Jak skręcimy na kurs bojowy, to słońce będziemy mieli za plecami - mruknął zniecierpliwiony ciągłym poprawianiem okularów generał Eaker do kapitana Michelsona, dowódcy samolotu "Yankee Doodle".
-?Yes, sir! -?odparł krótko Michelson, który wciąż jeszcze nie mógł przyjść do siebie z wrażenia, że oto obok niego, za sterami "Yankee Doodle", siedzi sam dowódca 8 Bomber Command, "Big Ira", jak go potocznie nazywano.
Tymczasem formacja bombowców nadleciała nad miejscowość Yvetot. Po kilku minutach w dole zaczęły srebrzyć się zakola Sekwany.
-?IP1 przed nami! Skręt w lewo! Kurs bojowy dziewięćdziesiąt pięć stopni! Uważajcie! -?zabrzmiał w słuchawkach głos głównego nawigatora wyprawy podpułkownika Havelocka.
Samoloty pochyliły się na lewe skrzydło w łagodnym skręcie. Piloci pilnie wpatrywali się we wskaźniki busol, które wolno, jakby niechętnie i z oporami, rozpoczęły swój ruch kołowy.
Przy stu dziesięciu stopniach samoloty zaczęły się stopniowo prostować, a gdy formacja znów leciała po prostej, na wskaźnikach busol leciutko drgała wskazówka przy dziewięćdziesięciu pięciu stopniach. Kurs bojowy został osiągnięty.
Od tej chwili prowadzenie samolotów przejęli bombardierzy, którzy z oczyma wlepionymi w szkła celowników optycznych wydawali pilotom komendy mające na celu jak najbardziej precyzyjne naprowadzenie samolotów na rubież zrzutu bomb.
-?Cel przed nami! Odległość osiem mil -?to był głos pułkownika Armstronga.
W dali, w promieniach słońca świecącego teraz z prawej tylko strony, widać już było fabryczne dymy miasta, które miało stać się celem pierwszej dziennej wyprawy bombowej 8 Armii Powietrznej USA na kontynencie europejskim. Było to Rouen, a właściwie jego przedmieście Sotteville, na którym znajdowała się największa w północnej Francji stacja rozrządowa, parowozownia oraz olbrzymie warsztaty naprawcze węzła kolejowego w Rouen. Stanowiły one zaplecze portu morskiego w Le Havre, dlatego też zniszczenie tych instalacji oraz węzła kolejowego miałoby poważne znaczenie militarne, gdyż mogłoby sparaliżować lub co najmniej poważnie zahamować wszelki ruch pociągów.
Zdjęcia rozpoznawcze wykonane jeszcze w godzinach rannych tego dnia wykazały dodatkowo zgromadzenie ponad 2000 ciężkich samochodów ciężarowych, przygotowanych prawdopodobnie do załadowania.
W miarę zbliżania się do celu coraz wyraźniej rysował się charakterystyczny owal, jaki tworzyło kilkadziesiąt torów stacji rozrządowej w Sotteville.
-?Otworzyć drzwi bombowe!
-?Drzwi bombowe otwarte -?meldowali kolejno nawigatorzy.
-?W prawo... jeszcze bardziej w prawo... Tak trzymaj! -?rozbrzmiewały głosy bombardierów.
Na siatkę celowników powoli nachodziły hale warsztatów, budynki stacyjne oraz wielki owal plątaniny torów stacji zapchanej setkami wagonów kolejowych i zestawionymi już składami pociągów towarowych wypełnionych po brzegi różnego rodzaju sprzętem.
Gdy poszczególne cele wchodziły w środek krzyża na siatce celownika, bombardierzy naciskali przyciski zrzutu bomb. Z otwartych brzuchów fortec zaczęły wypadać pękate kształty bomb burzących. W wizjerach celowników widać było, jak zakołysawszy się wskutek nagłego uderzenia strumieniem powietrza, stabilizowały się w miarę nabierania prędkości, by zniknąć wreszcie na tle rozciągającego się o 7500 metrów poniżej miasta.
-?Bomby poszły -?meldowali kolejno bombardierzy.
Meldunek ten był jednak czystą formalnością, bowiem pozbawione nagle trzytonowego ciężaru samoloty dosłownie podskoczyły o kilkadziesiąt metrów do góry.
-?Spokojnie, spokojnie! Trzymaj na kursie! Robię zdjęcia!
Za chwilę w miejscu, gdzie poprzednio były budynki i hale, pojawiło się mnóstwo czarnych wybuchów. W ciągu trzech sekund pokryły prawie cały obszar węzła w Sotteville.
-?Zdjęcia zrobione! Zamykać drzwi bombowe!
Załogi samolotów tak były pochłonięte dokładnym naprowadzaniem, że dopiero teraz, gdy bomby tkwiły w celu i na dole zaczęło szaleć morze ognia, zauważono szare obłoki wybuchów pojawiające się wokół formacji.
-?Uwaga! Flak! -?rozległo się w słuchawkach czyjeś ostrzeżenie.
Przyszło ono jednak trochę za późno, bo właśnie w tej chwili seria bliskich wybuchów wstrząsnęła trójką samolotów lecących w pierwszej szóstce.
-?Dostaliśmy w prawe skrzydło! Uszkodzona końcówka i prawa lotka! - meldował dowódca samolotu "Johnny Reb".
-?Sierżant Carlson ranny! -?włączył się dowódca "Big Stuff".
-?Mam uszkodzony lewy zewnętrzny silnik. Ciśnienie oleju spada. Muszę go wyłączyć -?odezwał się "Avenger".
-?Spokojnie! Wchodzimy na kurs powrotny.
Formacja znów pochyliła się w lewym zakręcie i po chwili Rouen zostało daleko w tyle.
-?Szkoda, że nie mogliśmy sobie postrzelać. Żaden myśliwski Hun się nie pokazał -?rzekł z żalem do kolegi sierżant Cosloe, lewy strzelec boczny samolotu "Mae West", który zamykał całą formację.
-?Może i szkoda -?zgodził się prawy strzelec -?ale spójrz w górę! Przecież tam chyba z pięćdziesiąt naszych "little friends"! Żaden Niemiec nie odważy się pokazać nawet swego nosa.
Obaj sierżanci mylili się jednak. Niemieccy myśliwcy nie tylko że nie bali się pokazać swych nosów, ale nawet trójka Me-109 usiłowała zaatakować Latające Fortece. Na szczęście jednak zastosowali schematyczną formę ataku: z góry, z tyłu i od strony słońca. A na to właśnie brytyjska osłona myśliwska była przygotowana i w ślad za każdym atakującym Me-109 pomknęło w dół co najmniej po trzy samoloty z górnej grupy. Pilotów brytyjskich poniosły jednak nerwy i otworzyli ogień ze zbyt dużej odległości, wskutek czego Niemcy gwałtownymi wywrotami przez skrzydło wyszli spod ostrzału, przerwali atak i ratując własną skórę rzucili swoje Messerschmitty w pionowe nurkowanie.
Nikt też z załogi "Mae West" nie przypuszczał wówczas, że pozycja, jaką ich samolot zajmował na końcu formacji, uzyska już niebawem miano "coffin end", czyli "trupiego końca", bowiem właśnie od samolotów zamykających formację bombową niemieccy myśliwcy rozpoczynali swoje krwawe żniwo.
Tym razem jednak fortece wracały bez strat, a postawione zadanie bojowe zostało w zasadzie wykonane. Na węzeł kolejowy i stację rozrządową w Sotteville zrzucono sto osiem dwustupięćdziesięciokilogramowych oraz dwadzieścia cztery pięćsetkilogramowe bomby burzące, a więc łącznie 39 000 kilogramów bomb. Jak wykazała późniejsza analiza wykonanych w czasie ataku zdjęć fotograficznych i doniesienia wywiadu brytyjskiego, ponad połowa bomb trafiła w rejon celu głównego, układając się jednak w promieniu około 500 metrów od punktu centralnego. Był to wynik bombardowania 340 Dywizjonu. Trzysta czterdziesty pierwszy dywizjon natomiast miał rezultaty znacznie gorsze, gdyż jego bomby spadły w odległości około 700 metrów na południe od właściwego punktu celowania. Na szczęście zakłady naprawcze oraz instalacje do nich przyległe rozciągały się na tak dużym terenie, że nawet mimo tej niedokładności w celowaniu wszystkie bomby znalazły się w obrębie celu.
Straty spowodowane przez bombardowanie nie były jednak aż tak wielkie, jak początkowo zakładano. Tylko jedna pięćsetkilogramowa bomba trafiła bezpośrednio w parowozownię, niszcząc cztery i poważnie uszkadzając kilka innych lokomotyw. Pozostałe 23 bomby tego samego kalibru spadły obok; choć wyrządziły dużo szkód ogółem, to jednak nie spełniły swego podstawowego zadania. Również i pozostałe bomby spowodowały wiele szkód cząstkowych, jednakże nie można było mówić o całkowitym zniszczeniu jakiegokolwiek obiektu na atakowanym terenie.
Generałowi Eakerowi wyniki pierwszej misji nasunęły mnóstwo materiału do przemyśleń.
Po pierwsze: było zbyt mało samolotów, by spowodować całkowite zniszczenie tak dużego obiektu. Na to bowiem potrzeba było nie dziesiątek, lecz setek Latających Fortec.
Po drugie: mała dokładność bombardowania, co wynikało w ogóle z niedostatecznego stopnia wyszkolenia pilotów; załogi, aczkolwiek pełne entuzjazmu i rwące się do wykonywania zadań bojowych, przejawiały jednak zbyt wiele nieuzasadnionej pewności siebie. Można to było wyraźnie odczuć podczas lotu na wysokości 7500 metrów, gdy okazało się na przykład, że ponad połowa załóg nie potrafiła we właściwy sposób posługiwać się aparaturą tlenową. Również i sama dyscyplina w powietrzu pozostawiała sporo do życzenia. Samoloty nie utrzymywały swoich miejsc w szyku bojowym, był on ponadto zbyt rozciągnięty, co osłabiało wzajemną osłonę ogniową przed ewentualnym atakiem nieprzyjacielskich samolotów myśliwskich.
Problemów było wiele. Generał Eaker zdawał sobie sprawę, że bombardowanie nie zawsze będzie się odbywać w tak dobrych warunkach meteorologicznych. A zatem należało przewidzieć szkolenie nawigatorów w dokładnym prowadzeniu formacji po trasie przy ograniczonej widoczności, a bombardierów -?w bardziej precyzyjnym naprowadzaniu na sam cel. Również spotkanie nad kanałem La Manche z brytyjską osłoną myśliwską nie było zadowalające. Spitfire'y z 11 Grupy Myśliwskiej zjawiły się w miejscu spotkania z czterominutowym opóźnieniem, choć dopuszczalna tolerancja czasowa wynosiła tu tylko 15 sekund.
To były sprawy, które należało wziąć pod uwagę w przyszłości. Tymczasem zaś formacja minęła Romford i weszła nad teren wschodniej Anglii, na którym znajdowała się baza 97 Grupy Bombowej w Grafton Underwood.
-?Zadanie górnej osłony zakończone. Do widzenia, "wielcy przyjaciele" - rozległ się w słuchawkach głos dowodzącego osłoną myśliwską.
-?Dziękujemy, "mali przyjaciele". Wykonaliście zadanie dobrze! Do widzenia i wiele szczęścia! -?podziękował osobiście myśliwcom generał Eaker.
Wkrótce w blaskach chylącego się już ku zachodowi słońca ukazały się pasy startowe lotniska Grafton Underwood.
-?Rozwiązać szyk bojowy! W krąg lotniskowy włączyć się poszczególnymi kluczami. Kolejność lądowania według ustaleń wieży kontrolnej -?rzucał w mikrofon polecenia pułkownik Armstrong.
Punktualnie o godzinie dziewiętnastej "Peggy D" z piskiem dotknęła kołami betonowego pasa. O dziewiętnastej siedem lądowała ostatnia Latająca Forteca -?"Mae West". Samoloty dotaczały się do miejsca postoju.
Z wnętrz zaczęły wysypywać się roześmiane załogi. I tu czekała je niespodzianka. W grupie oczekujących na powrót formacji poznali natychmiast postać generała Spaatza, dowódcy 8 Armii Powietrznej, który w otoczeniu wyższych amerykańskich i brytyjskich oficerów osobiście przybył do bazy, aby powitać wracających. Towarzyszyło mu ponad trzydziestu dziennikarzy reprezentujących wszystkie ważniejsze agencje prasowe i radiowe, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach Zjednoczonych. Teraz szedł na spotkanie uśmiechnięty, ściskał im ręce i poklepywał po plecach, a wokół biegali podekscytowani fotoreporterzy i operatorzy filmowi, trzaskały flesze i w powietrzu krzyżowały się dziesiątki głosów dziennikarzy usiłujących nagrać "na gorąco" wywiady z poszczególnymi lotnikami.
Od dowódcy lotnictwa bombowego RAF marszałka Arthura Harrisa przyszła następująca depesza: "Gratulacje od wszystkich żołnierzy lotnictwa bombowego RAF w związku z wypełnieniem z sukcesem pierwszej czysto amerykańskiej wyprawy bombowej przeciwko okupowanemu przez Niemców terytorium Europy. "Yankee Doodle" naprawdę poszedł do miasta i może przypiąć do czapki jeszcze jedno w pełni zasłużone pióro!"
Gratulacje przyszły również i od innych osobistości, a także od szeregu instytucji i osób prywatnych w Stanach Zjednoczonych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki