Czarny Apostoł - Tomasz Piec

Kup ebooka

14.90 zł
10.99 zł (10,54 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Powolinadchodził zmierzch. Świat tracił swoje soczyste barwy, robiło sięszaro. Zachodzące słońce zaczęło barwić krwawymi refleksami nieboi powierzchnię pobliskiego jeziora. Rybak na płaskodennej łodzi,przez cały dzień harujący przy sieciach i hakach, spojrzałw niebo i pomyślał, że pora kończyć. Na spokojnej tonijeziora widoczna była tylko jego łódź, inni odbywali swoje połowybardziej na południe, na znanych i względnie spokojnychłowiskach. Północna część jeziora Lednica uważana była zaniebezpieczną. Starzy ludzie z Gradca opowiadali przerażającehistorie o utopcach wciągających nieostrożnych pod wodę,rusałkach mamiących mężczyzn, złośliwych płanetnikach sprowadzającychnagłe a groźne zmiany pogody, wywracających łodzie lubplączących sieci, o mamunach wiodących ludzi na manowce,o innych zagrożeniach już nie wspominając. Rybak podjął jednakryzyko, ponieważ wiedział, że wielkość połowu wynagrodzi muz nawiązką przeżyty strach. Na rynku w Gradcu weźmie zapołów naprawdę dobrą cenę. Może nawet w bursztynach lub srebrze.Już prawie połowa łodzi była wypełniona rybami. Wielkie okonie,płocie, dwa szczupaki i prawie czterostopowy sum - całkiemniezły wynik jak na jeden dzień pracy. Porównywalna wielkość połowubyła nieosiągalna na południowych wodach. Rybak uśmiechnął się podnosem, czując ciężar wyciąganej sieci. To będzie przedostatni raz,jeszcze tylko jeden i koniec na dziś. Oczyma wyobraźni widziałswoją żonę i trójkę małych dzieci, jak cieszą się z wielkościzdobyczy. Wiedział, że dzięki temu będą mogli sobie pozwolić na kupnowielu dodatkowych rzeczy. Zarzucając sieć, przeliczał szybko, ilebyłby w stanie złowić i zarobić, jeżeli przypłynie tujeszcze raz. Albo dwa razy, albo nawet pięć?

Jednaz linek z hakami naprężyła się mocno i zatrzeszczała.Rybak rzucił się w kierunku mocowania na burcie, chwycił linkęi... aż stęknął z wysiłku. To, co znajdowało się na drugimkońcu, na pewno było o wiele cięższe od złowionego suma. Sznurznów się napiął - tak mocno, że łódź niebezpiecznie sięprzechyliła. Mężczyzna puścił linkę i sięgnął za pas po paręskórzanych rękawic z jednym palcem. To musiała być olbrzymiasztuka. W pewnej chwili łódź drgnęła i zaczęła płynąć.Rybak czuwał i kiedy tylko zmieniał się kierunek, szybkowybierał luz. Zajęty polowaniem, stracił rachubę czasu, a tymczasemszybko zapadał zmierzch. Mgły podniosły się ponad wody, żabyrozpoczęły wieczorny koncert. Rybak, ogarnięty gorączką połowu, niezwracał na to uwagi. Bacznie obserwował niknący w wodzie sznur;w międzyczasie przygotował oszczep, ponieważ wiedział, że takiejwielkiej ryby nie da rady wciągnąć po prostu na łódź. Linka znówzłapała trochę luzu, więc szybko wybrał go i zabezpieczył.Zdobycz zatrzymała się, łódź zwolniła, a rybak chwycił zaoszczep. Nagle zrobiło się bardzo cicho; mężczyzna rozejrzał siędookoła. Okazało się, że zdobycz zaciągnęła łódź jeszcze dalej napółnoc, w pobliże trzęsawisk, które uważano za nawiedzone.

W dawnychczasach, jeszcze za panowania kniazia Chwostka, stał tam gród tegookrutnego pana. Za swoje zbrodnie został surowo ukarany przezokolicznych możnych. Ich zbrojne drużyny zdobyły twierdzę, wyrżnęływszystkich lojalnych wojowników władcy; natomiast nieliczni, którzyuniknęli śmierci, w tym sam kniaź i jego żona, schronilisię w kamiennej wieży. Nie było sposobu, aby wziąć ją szturmemczy podpalić, więc atakujący rozłożyli się pod wieżą i próbowalizagłodzić obrońców. Legenda mówi, że kniaź ze swoimi ludźmi trzymalisię bardzo długo, tak długo, że zniecierpliwieni oblegający wezwalina pomoc czarną magię. Guślarze i szamani obłożyli wieżęklątwami. Straszliwe zaklęcia wypaczyły całą okolicę. Wieść niosła,że kiedy ucichły już wszystkie odgłosy w wieży i oblegającymudało się wyłamać wrota, zastali w środku przerażający widok.Wszędzie, na każdym z pięter, leżały objedzone do czystaszkielety obrońców. Pomiędzy kościotrupami przemykały ogromne, tłusteszczury. Ich czerwone ślepia błyszczały złośliwą inteligencją, alegryzonie nawet nie próbowały atakować wchodzących wojów. Wrotazamknięto, a całe miejsce uznano za przeklęte. Teraz nie zostałotam nic oprócz ruin przeklętej wieży nawiedzanej przez upioryobrońców - tak przynajmniej utrzymywali ci, którzy rzekomotam byli.

Rybakaprzeszedł dreszcz strachu, kiedy przypomniał sobie te opowieści. Zdałsobie sprawę, że zysk nie zawsze wynagradza podjęte ryzyko. Linkazatrzeszczała ponownie, przypominając mężczyźnie o zdobyczy.Rybak przeciął ją szybkim ruchem, chwycił za wiosła i ruszył napołudnie w kierunku Ostrowia Lednickiego i Gradca. Łódźoddalała się prędko, pchana potężnymi pociągnięciami mocarnychramion.

Chwilępóźniej woda w pobliżu trzęsawiska wzburzyła się gwałtowniei wyłonił się z niej wielki, mroczny kształt. Stwór opiętyzielonkawą, kostropatą skórą wyszedł na brzeg i spojrzałw kierunku, w którym odpłynęła łódź. Ryknął donośnie,uciszając na moment koncert żab, po czym zabrał się za wyciąganierybackiego haka, który utkwił mu w zębatej paszczy.

***

Gradec,oprócz Gniezna i Santoka, był największym i najważniejszymgrodem Polan. To tutaj prowadził główny szlak handlowy wschód-zachód,dzięki czemu osada się rozwijała i zyskiwała coraz większeznaczenie. Otoczony ostrokołem gródek był miejscem spotkań całejrzeszy kupców i rzemieślników. Tylko tutaj można było nabyćnajlepszą, wykonaną z kruszcu, nie z kamieni i kości,broń i takież narzędzia. Kupcy i rzemieślnicy z zachoducoraz częściej zagłębiali się we wschodnie puszcze, aby zdobyczeswojej cywilizacji wymieniać na jantar i srebro. Miejscowi zaśszybko zauważyli, że broń i narzędzia, wykonane z kruszcuzwanego przez zachodnich kupców żelazem, są lepsze i trwalszeniż te, których używali dotychczas. Prowadzono przede wszystkimhandel wymienny, jednak do obrotu wchodziły już powoli srebrnei złote monety, których używali podróżni z zachodu. Nieminęło wiele czasu a sam Lestek, najwyższy kniaź, przeniósłswoją siedzibę do Gradca. Osada skorzystała na tym; widać to było jużpo upływie kilku miesięcy. Ostrokół został wzbogacony o dwiedodatkowe sekcje, w regularnych odstępach pojawiły się na nimstrażnice obsadzone łucznikami. Wzmocniono i poszerzono mostyoraz drogi prowadzące do osady, aby nawet największe i najcięższewozy kupieckie nie miały problemów z dojazdem. Najbliższąokolicę patrolowały dziesiątki doskonale wyszkolonych i uzbrojonychwojów kniazia, którzy szybko poradzili sobie z kilkoma bandamigrasantów nękających kupców. Znaczniejszym problemem były regularnenajazdy Pomorców, którzy palili i grabili okoliczne wsiei gospodarstwa. Jednak po długiej i krwawej bitwie pod wsiąCieszynki horda Pomorców została pobita przez wojów Lestka, a wódznajeźdźców wzięty do niewoli i stracony. Jego odcięta głowatkwiła na palu obok największego budynku w osadzie,przypominając wszystkim, jaki los czeka każdego wroga kniazia. Odtamtej pory panował względny spokój.

Dzieńzaczął się w grodzie jak każdy inny. Pianie kogutów mieszało sięz pokrzykiwaniem straży na ostrokole. Kupcy rozpalali niewielkieogniska przy swoich wozach i przygotowywali poranny posiłek.Coraz więcej ludzi wychodziło z chat, by zająć się codziennymiobowiązkami. Od strony warsztatów rzemieślniczych dochodziły hukmłotów i posykiwanie pił. Rolnicy, rybacy, przekupnie rozłożyliswoje kramy i krzykiem zachęcali pierwszych przechodniów dokupna towarów.

- Domnie ludziska! Do mnie wszyscy! - darł się jedenz kramarzy; jego akcent zdradzał, że pochodzi z zachodu.Oferował ozdoby z kruszcu: bransolety i zausznice.

- Miecze,topory i lemiesze!

- Misiury!Karwasze!

Nieminęło wiele czasu, a wokół handlarzy zaroiło się odzainteresowanych. Bramy grodu zostały otwarte i do środkapopłynęła ludzka rzeka...

Zbliżałsię już wieczór, kiedy okoliczni rybacy zaczęli powracać z połowów.Wyciągali swoje łodzie na brzeg i handlowali - jedniprosto z łodzi, inni stawiali kosze z rybami na swoichstoiskach.

- Ryby!

- Najlepszeryby z Lednicy!

Obokstraganu jednego z rybaków zebrał się spory tłum. Ludziepodziwiali wielkość wystawionych na sprzedaż okazów. Głośno chwalilirybaka. Cały połów został sprzedany w mniej niż godzinę. Kiedynastał wieczór, bramy zamknięto, a straże zaczęły się nawoływaćw zapadającej szybko ciemności. Szczęśliwcy, którym udało siękupić wyjątkowe ryby z Lednicy, zasiedli z rodzinami doposiłku.

***

- Panie!Panie! - Krzyk jednego ze sług obudził Lestka z pijackiegosnu.

Kniaźmiał wrażenie, że coś nieczystego zdechło w jego ustach zeszłejnocy. Nawet nie przypuszczał, że miejscowy miód trójniak jest takmocny. Ale powinien wiedzieć, że ciężko mu będzie pokonać w piciusetników. W głowie mu huczało, jakby miał pod czaszką ze stouli.

- Czegotam znowu... - burknął, patrząc spode łba na sługę.

Przebywaniew osadzie było nudne i męczące, jednak należało doobowiązków kniazia, który powinien doglądać jednego z najważniejszychszlaków handlowych. Co nie zmienia faktu, że wolałby teraz byćw Gnieźnie, brać udział w ucztach i polowaniach.

- No,mów szybko, o co chodzi - ponaglił sługę.

- Zbysławczeka, panie. Prosił o posłuchanie. Mówiłem, że pewnie jeszcześpicie, ale żądał...

- Dobra,dobra... - Znękany Lestek pomyślał, iż niedawno schwytanyi stracony wódz Pomorców mści się z zaświatów, waląc odwewnątrz w jego czaszkę swoim kamiennym młotem. - Dajmi soku i piwa, a potem wołaj Zbysława.

Kiedykniaź zaspokoił pragnienie, umył się i częściowo ubrał, a mściwywódz Pomorców uderzał swym młotem tylko raz na jakiś czas, do izbywszedł Zbysław. Był to potężny mężczyzna, ubrany w nabijanyżelazem kaftan ze skóry tura, z kruszcowym mieczem przy boku.Kniaź wątpił, by zdołał unieść jego broń jedną ręką, choć widział,jak w czasie bitwy z hordą Pomorców Zbysław władał nim bezwidocznego wysiłku, a dokoła tylko latały odrąbane kończynyi głowy wrogów. Zbysław służył Lestkowi od początku. Znali sięniemalże od małego. Kniaź doskonale pamiętał ich pierwszą wspólnąbitwę, kiedy jeszcze jako wyrostki wzięli udział w wyprawieprzeciw Wieletom. W wirze wściekłej rąbaniny Lestek zostałpowalony na ziemię ciosem kamiennej siekiery, która roztrzaskała mutarczę i złamała lewe ramię. Byłby wtedy niechybnie zginął,gdyby nie Zbysław. To on właśnie pojawił się obok przyszłego kniazia,podniósł go i osłaniał tarczą oraz własnym ciałem. Przypłacił toraną przedramienia, gdy zbłąkana strzała przebiła tarczę i ciało,oraz ranami barku i głowy. Po tej ostatniej nosił wielką bliznęsięgającą aż do kącika lewego oka.

- Panie- przybyły skłonił się lekko - wybacz, alesprawa, z którą przychodzę...

- Mów,o co chodzi.

- Dziśrano, zaraz po zmianie wart, okazało się, że do pracy przy wschodniejstrażnicy, tej od jeziora, przy moście, nie przyszedł żaden cieśla.Jedna z podpór była za słaba i należało ją szybko naprawić.Kiedy dziesiętnik mi to zgłosił, rozkazałem odszukać ich i sprawdzić,co się stało. Pchnąłem dwóch konnych do tartaku przy Trzech Dębachi dwóch kolejnych do Jaru Baby. Kiedy wrócili... Kiedypowiedzieli... - Zbysław zacisnął zęby, a kniaźprzysiągłby, że dostrzegł w jego oczach strach, co było raczejniemożliwe. - Nie żyją... Wszyscy nie żyją... Drwale przyTrzech Dębach i ich rodziny, wszyscy z osady przy JarzeBaby też...

- Pomorcy?

- Nie,to nie Pomorcy ani bandyci, ani w ogóle... ludzie.

- Co?!

- Niewierzyłem im. Sam pojechałem, żeby zobaczyć. Wszyscy martwi, leżelitam, gdzie upadli, czarne trupy, wyschnięte, bez kropli krwi. Złe tozrobiło, na pewno. Ale to nie wszystko... Tutaj w Gradcu tosamo. Całe rodziny martwe leżą w domach. Myśleliśmy, że tozaraza, ale potem okazało się...

- Skądpewność, że to nie sprawa Czarnej Kostuchy? - przerwałLestek. - Bagna tu też dookoła, więc i powietrzemorowe.

- Nie,to na pewno nie zaraza. Znaleźliśmy rybaka... Mówił, że łowił napółnocnej stronie Lednicy.

- A coto ma do rzeczy?

- Tamprzecież nasze dziady Chwosta pobiły za to, że lud gnębił. Rybakwybrał się w to przeklęte miejsce, choć inni się boją i nigdytam nie łowią. Mówił, że ryby stamtąd przywiózł i sprzedał. Dużoludzi je kupiło. On sam kilka najlepszych sztuk do swojej chatyzawiózł i żonie kazał przyrządzić. Cała jego rodzina nie żyje...

- A onsam? Jak mu się udało?

- Niezdążył ich spróbować...

- Dawajgo tu! - wrzasnął kniaź. - Niech pokażedokładnie, gdzie łowił te ryby!

- Panie- woj wbił wzrok podłogę - on nie żyje, zabiłsię zaraz po...

Lestekwytrzeźwiał zupełnie. Problem był poważny, na tyle poważny, żerozwiązanie było tylko jedno.

- Szykujłódź, Zbysław. Musimy co rychlej płynąć na Ostrów Lednicki.

Rozdziałpierwszy

Wyspaod niepamiętnych czasów była miejscem kultu. Setki lat temu składanotu ofiary bogom. Czasem były to ofiary z ludzi. Perun i Welesżądali ich, a woli bogów nie wolno się sprzeciwiać. Miejsce totętniło także magią, ciężką i złowrogą, wyczuwalną nawet przezzwykłych ludzi, którzy czasem odwiedzali chram, prosząc bóstwao przychylność w jakichś sprawach.

Centralnemiejsce na wyspie zajmowało olbrzymie wyobrażenie Peruna, zaś po jegoprawicy znajdował się mniejszy posąg boga wojny i śmierci,Welesa. Perun przedstawiony był na podobieństwo człowieka, a jegopoważne i tchnące mądrością oblicze witało pielgrzymującychwiernych. Odnosiło się wrażenie, że jest to dobrotliwy dziadek, gotówzawsze wspomóc każdego radą. Weles natomiast wyglądał jakbezkształtny, na poły ludzki bałwan1,groteskowy i przygarbiony. Na jego szyi wisiał naszyjnikz ludzkich czaszek, a ostrze broni, którą wyobrażenie bogadzierżyło w prawej dłoni, było oblepione zaschniętą krwią ofiar.U stóp posągu leżał stos głów; najświeższe z nich należałydo pokonanych niedawno i wziętych do niewoli Pomorców. Sam kniaźLestek przywiódł ich tu w dniu zwycięstwa i ofiarowałkrwawemu bogu. Przed posągami bóstw znajdował się wielki kamieńofiarny, wygładzony przez stulecia używania. Wiele dusz poświęcono natym ołtarzu dla chwały bogów i w podzięce za ich łaski.

W pewnymoddaleniu od ołtarza, ukryte w cieniu olbrzymich dębów,znajdowały się drewniane chaty, gdzie mieszkali Najwyższy Kapłani akolici. Od samego świtu panowało tam lekkie zamieszanie,ponieważ przyszła wiadomość, że sam kniaź Lestek przybędzie dziś dochramu lednickiego, aby prosić o radę i pomoc. NajwyższyKapłan rozkazał, by władca został godnie przyjęty.

Byłookoło godziny po południu, kiedy jeden z akolitów dał znaćkapłanowi, że trzy łodzie zbliżają się do wyspy. Przy brzegu zebrałasię grupa kapłanów, która miała przywitać kniazia.

Lesteksiedział w łodzi i ponurym wzrokiem obserwował zbliżającysię brzeg i grupę oczekujących na niego postaci. Siedzący obokkniazia Zbysław wiercił się i mruczał coś pod nosem.

- O cochodzi? - spytał w końcu zniecierpliwiony Lestek.

- Przecieżto Ostrów Lednicki... Każdy słyszał, co tu się dzieje, czaryi dziwy... - Olbrzymi woj rozejrzał się niespokojnie,a kniaź wzruszył ramionami. - Nikt nie odważył sięsplądrować tej wyspy. Pamiętacie, jak kiedyś Niemce najechali naSantok, a ich luźne kupy zabijały i rabowały dookoła? Aletutaj żaden nie przepłynął. Ludzie schronili się przed nimi nawyspie, a oni co? Stali na brzegu, patrzyli, nikt nie śmiałjednak przepłynąć i atakować. A Chwost? Opowiadajądziadowie, że też kapłanów bał się tknąć. Wymordował całą swojąrodzinę, krewnych i wszystkich, którzy się buntowali i byliprzeciwni... A na Ostrów Lednicki ręki nie podniósł. A jakBoleczaj i Tasław z innymi w końcu Chwosta pokonali?Bo im czarownicy z chramu lednickiego pomogli. Mówi się, żeniebo wtedy pociemniało, że grzmiało i błyskało, a trupypoległych wstawały i atakowały żyjących. Z bagien wyłaziłypotwory, a woje wpadali w szaleństwo...

- Bredniestarych bab - przerwał Lestek, próbując nadać swemugłosowi stanowcze brzmienie.

Zbysławspojrzał na niego urażony i nic już nie mówił, choć w dalszymciągu wiercił się nerwowo. Kniaź też poczuł dziwny ścisk w żołądku,ale wytłumaczył sobie, że to pewnie ostatnie oznaki porannego kaca.

Kiedydziób łodzi zarył w piaszczysty brzeg, Lestek ze Zbysławemwysiedli, a witający ich kapłani pochylili z szacunkiemgłowy.

- NajwyższyKapłan oczekuje cię, panie - cicho odezwał się jedenz nich. - Pozwól za mną.

Zbysławzostał na brzegu z resztą kapłanów, bowiem z wypowiedziwynikało, że tylko kniaź otrzymał przywilej rozmowy. Lestek zaśruszył za przewodnikiem. Po chwili ze zdziwieniem zauważył, że niekierują się do chramu, lecz do wewnętrznej świątyni, w którejmieli prawo przebywać tylko poświęceni bogom kapłani. Przewodnikzatrzymał się.

- NajwyższyKapłan oczekuje cię, panie, w środku - powiedział,kłaniając się, i wskazał kierunek.

Kniaźpodziękował skinieniem głowy, westchnął i wkroczył do mrocznegownętrza. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do półmroku, dostrzegłklęczącą ze wzniesionymi rękoma postać. To, co znajdowało się przedklęczącym, zaskoczyło go i zlękło. Centralne miejsce w komnaciezajmował olbrzymi szkielet. Wydawać by się mogło, że jego szczękiszczerzą się w szyderczym uśmiechu. Złowroga aura bijąca odszkieletu była tak silna, że aż ciężko było oddychać. Lestek czuł siętak, jakby dopadł go dusiołek, zmora senna lubująca się w duszeniuśpiących. Obok klęczącego w świątyni znajdowała się jeszczedwójka ludzi, którzy nie wyglądali na sługi świątynne. Pierwszyz towarzyszy kapłana ubrany był w koszulkę kolczą sięgającąkolan, na niej zaś nosił skórzany pancerz i żelaznenaramienniki, przy boku miał szeroki miecz i wspierał się nakosturze zwieńczonym czaszką o dziwnym kształcie. Drugi równieżodziany był w pancerz, ale kruszcowy, zbudowany z segmentówna podobieństwo raczego ogona, żelazne karwasze i naramienniki.W pętlach przy pasie na jego prawym i lewym biodrze wisiałyżelazne topory. Kniaź nigdy wcześniej nie widział takich pancerzyi takiej broni. Obaj mężczyźni mieli ponure, poznaczone bliznamitwarze, ostre, przenikliwe spojrzenia i sprawiali wrażenietęgich rębaczy. Kapłan skończył się modlić, wstał z klęczek,obrócił się w stronę gościa i skłonił głowę.

- Witaj,książę, w świątyni.

Lestekw odpowiedzi również skłonił się z szacunkiem.

- Czcigodny...

Kapłanzauważył zainteresowanie Lestka makabryczną figurą znajdującą sięw sanktuarium.

- Niewiadomo dokładnie, czym on jest. Niektórzy mówią, że sam Weleszostawił swoją cielesną powłokę, która siedzi tu od najdawniejszychczasów, a dookoła powstała świątynia. Inni powiadają, że jedenz kapłanów widział Welesa na własne oczy i potem stworzyłten wizerunek. Jaka jest prawda, nie wiadomo. Wiemy tyle, że nie jestwykonany z drewna ani z kruszcu, tylko przypomina prawdziwąkość... - Widząc, że Lestek wpatruje się w posągz narastającym niepokojem, kapłan powrócił do celu jego wizyty.- Wiem, niestety, jaka sprawa sprowadza cię do nas, panie.Widziałem we śnie zrujnowaną wieżę i zło, które tam sięobudziło.

- Zechciejwięc służyć nam radą. - Kniaziowi udało się oderwać wzrokod Welesa, choć miał wrażenie, że tuż przedtem dostrzegł wyraźnądrwinę w pustych oczodołach bóstwa. Potrząsnął głową zezniecierpliwieniem.

- Oczywiście,mój panie. Jednak najpierw pozwól... To Angousgone - wskazałna wojownika z toporami - jeden z magówbitewnych. Tutaj natomiast - spojrzał na mężczyznęz kosturem - Szaratarisz, akolita Welesa i wróżbita.Nie pochodzą stąd, przybyli z południa dawno temu. Dziśnatomiast będą nam służyć radą i pomocą. Przejdźmy w innemiejsce.

Lestekz ulgą powitał możliwość opuszczenia świątyni i oddaleniesię od złowrogiego wyobrażenia bóstwa, które zdawało się bacznieobserwować kniazia pustymi oczodołami. Skierowali się do okazałegobudynku, w którym nieraz przebywał Lestek, kiedy odwiedzałOstrów. W środku uwijali się kapłani, przygotowując wystawneprzyjęcie, które Najwyższy Kapłan nazywał "skromnympoczęstunkiem". Zbysław z resztą ludzi już tam siedzieli.W krótkim czasie na stołach pojawiły się różnego rodzajupotrawy. Na początek podano pieczonego dzika i kilka rodzajówmiodów pitnych. Następnie wniesiono sarninę i pieczone bobrzeogony. Kniaź razem ze swoimi towarzyszami siali istne spustoszeniewśród mis i dzbanów. Lestek poczuł się na tyle dobrze, że znównieomal zapomniał o umiarze w smakowaniu miejscowegoalkoholu.

NajwyższyKapłan przypomniał mu jednak o prawdziwym celu spotkania.

- Panie- zaczął z powagą, a dobry nastrój Lestkaulotnił się w jednej chwili. - Wracając do naszejwcześniejszej rozmowy, chciałbym powiedzieć, że klątwy nie są mojąspecjalnością. Ale mag i wróżbita, których ci przedstawiłem,wiedzą na ich temat o wiele więcej. Są wyznawcami Welesa i jemusłużą, a oprócz tego są wyśmienitymi wojownikami, nie zlękną sięniebezpieczeństw i na pewno poradzą sobie w każdejsytuacji. Szaratarisz już jakiś czas temu wyczuł, że coś niedobregodzieje się w tamtych rejonach. Jego wróżby to potwierdziły. Jasam też to spostrzegłem. Chwost za życia nie był człowiekiem, leczbestią w ludzkiej skórze. Co więcej, wszystkie zaklęcia rzuconew tamtym czasie tak wypaczyły owo miejsce, że do tej pory nikttam nie chodzi. Wiem z wiarygodnych źródeł, że żona Chwostka,z Niemców była przecież, oddawała cześć złemu, trucizny i jadywarzyła. Niemce nie czczą naszych bogów, Pomorcy są jeszcze gorsi.A wiadomo, że Chwost trzymał z jednymi i z drugimi.

- Conam tedy robić? - Kniaź nie miał pojęcia, czemu służyłcały ten wywód.

- Zwykłyczłowiek nic nie poradzi, dlatego chcę, aby zajęli się tym ci, którzymogą coś poradzić.

- Kapłani?

- Możnatak to ująć. - Najwyższy Kapłan wskazał wzrokiem magai wróżbitę.

- Dlaczego?- Zdziwił się kniaź, patrząc na surowe, jakby wyciosanez granitu oblicza obu mężczyzn.

- Boto oni wtedy pomogli zabić Chwosta.

***

Lestekwpatrywał się w wodę burzoną dziobem łodzi. Wracali z OstrowiaLednickiego. Zbysławowi wyraźnie poprawił się humor, odkąd opuściliwyspę, kniaź natomiast wpadł w ponury nastrój. Cała sprawastawała się coraz dziwniejsza. Po powrocie do Gradca będzie musiałsię uporać ze skutkami jedzenia ryb złowionych w przeklętymmiejscu. Najrozsądniej byłoby wszystkie zwłoki jak najszybciejspalić, wiedział jednak, że to niemożliwe. Obrządek wymagałodpowiednich uroczystości, aby dusza zmarłego zaznała po śmiercispokoju i nie nękała żywych. Niech więc Zbysław się tym zajmie,najpierw zmarłymi w Gradcu, potem resztą. Poza tym wszyscy musząprzyjąć do wiadomości, że obowiązuje zakaz połowu na całej północnejczęści jeziora i zakaz przebywania w pobliżu ruin siedzibyChwosta. Potem niech problem rozwiążą magowie. Jeżeli trzeba będzieon, jako kniaź, zapewni im niezbędne wsparcie. Uspokojony tymimyślami Lestek rozsiadł się wygodniej na łodzi i odprężył.

Zbysław,jak zwykle zresztą, okazał się nieoceniony. Wszystkich zmarłychzebrano, tych z Gradca i tych z osady przy tartaku.Odprawiono odpowiednie uroczystości i już tego samego wieczoraspotkali się z czcigodnymi przodkami, do których ulecieli, kiedyich ziemskie powłoki strawił ogień pogrzebowych stosów.

***

Donecprzygładził swoją bujną, rudą czuprynę. Według informacji, któreudało mu się zdobyć, łódź powinna być w tym miejscu. Ostrożniepodszedł bliżej brzegu i zaczął bacznie rozglądać sięw szuwarach. Było późne popołudnie. Donec przybył do kraju Polanjakiś miesiąc temu. To była jego pierwsza tak daleka wyprawa.Wyruszył razem z kupcem Gubelem jako pomocnik; transportowaliw dwóch olbrzymich wozach ozdoby ze srebra i kruszcowąbroń. Na początku handel szedł bardzo dobrze, aż do tegonieszczęśliwego dnia, kiedy Gubel przyniósł kupione na targu ryby,które zamierzał zjeść tego wieczora. Donec doskonale pamiętał, jakbardzo zdziwił się na widok tak dorodnych ryb; pamiętał też ichsmakowity zapach, który rozszedł się, kiedy Gubel rozbił glinę,w której były pieczone.

- Ty,młody - zwrócił się do niego kupiec - idź no natył wozu. Tam leży moja sakwa, przynieś ją.

KiedyDonec wykonał polecenie, Gubel wyjął ze środka sakwy niewielkiworeczek z solą. Szczyptą przyprawił ryby i obaj rozsiedlisię wygodniej. Ryby były wyjątkowo pyszne, nigdy nie jadł niczegosmaczniejszego. Po posiłku obaj ułożyli się do snu i wtedyzaczął się koszmar. Donec dobrze pamiętał ten zły, syczący głos,który nie mógł należeć do istoty ludzkiej.

- Ranoudasz się nad jezioro - słowa wślizgiwały się doświadomości śpiącego niczym jadowite węże do łoża ofiary.- Znajdziesz łódź i popłyniesz na północ.

Donecnie mógł oprzeć się temu nakazowi. Rano wstał, poświęcił tylko jednospojrzenie skręconym, poczerniałym jak od ognia zwłokom Gubelai ruszył w stronę jeziora. Chociaż jakaś cząstka jego duszywrzeszczała w panice i wiedziała, że źle robi, on samdziałał jak w transie. Poszukiwania środka transportu zakończyłysię sukcesem i po chwili siedział już w łodzi. Przeprawaprzez jezioro nie zajęła mu wiele czasu. Mokry od potu wciągnął łódźna brzeg i posłuszny wewnętrznemu nakazowi ruszył w głąbtrzęsawisk, bezbłędnie omijając zdradliwe miejsca.

Pogodzinie forsownego marszu w zielonkawym, jadowitym półmrokubagien dostrzegł majaczący w oddali stołb. Kiedy do niegodotarł, okazało się, że otoczony jest resztkami gnijącej palisadyi ruinami innych budynków. Sama wieża była zapadnięta w bagniei lekko przechylona. Dziwne, zielonkawe macki mgły muskałyzmurszałe mury, atmosfera tego miejsca była ciężka i złowroga.Panowała przeraźliwa cisza, z rzadka przerywana jedynie cichymmlaśnięciem bagiennej brei. Donec zbliżał się do wieży, chociaższczękał zębami ze strachu. Cichy syk, który dobiegł zza jego pleców,kazał mu się odwrócić. Młodzieniec spojrzał prosto w paręzimnych jak u gada oczu. Donec otworzył usta, ale nie wydobyłsię z nich żaden dźwięk...