Czarno na białym - Joanna Jędrzejczyk

-
Proszę czekać

Chciałabym wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, a jednocześnie pozostać niepokonana. Mam nadzieję, że nigdy nie posmakuję goryczy porażki. [...] Co mnie czeka w życiu prywatnym? W pierwszej kolejności ślub z Przemkiem.

(Joanna Jędrzejczyk, Przemysław Osiak, Wojowniczka)

Długo przekładaliśmy ślub. Co jak co, ale na swoim weselu chciałam bawić się bez żadnych złamań. Po walce z Karoliną Kowalkiewicz, ostatniej opisanej w mojej pierwszej książce, złamań nie było. Ale byłam obita, szczególnie z prawej strony głowy. Nos mi spuchł, zabrano mnie do szpitala. Narzeczony wrócił do Olsztyna, ja zostałam w Nowym Jorku. Jeszcze przez dwa dni. Byłam po zmianie klubu, po swoim pierwszym campie (obozie treningowym) w Stanach. Nie widziałam rodziny przez dwa miesiące, po czym przylecieli na walkę, a tu nagle nie mogłam z nimi wrócić do domu. Nie, nie dlatego, że było podejrzenie złamania. Musiałam lecieć do Argentyny, gdzie lada dzień zaczynaliśmy kręcić program Agent.

Pamiętam, że chciałam to wszystko odwołać, ale moja przyjaciółka Ania postawiła mnie na nogi: "Asia, leć, będziesz miała przygodę. Co, wrócisz do domu? I tak najpierw będziesz musiała leczyć powojenne rany". Dobra, poleciałam. A tak naprawdę... utknęłam na lotnisku.

Obowiązek medialny, daleki lot. Zawsze zastrzegam w kontraktach, że skoro gdzieś jestem potrzebna, to docieram tam pierwszą klasą. Biznes klasa w samolocie, strefa ciszy w pociągu. W TVN-ie marudzili, marudzili, ale kupili wymagany przeze mnie lot. Problem polegał na tym, że dostałam bilet w jedną stronę. Na lotnisku powiedzieli, że mnie nie zaczekinują, bo nie mam wykupionego powrotu. A w Agencie naprawdę do końca nie wiadomo, kto i kiedy odpadnie. Reszta ekipy już od dawna w drodze do Ameryki Południowej, tymczasem ja muszę na szybko łączyć się z Polską, gdzie jest już bardzo późna godzina. Dzwonię, żeby kupili mi jakikolwiek bilet na lot powrotny, tak tylko, aby udowodnić, że wrócę. Tkwiłam na tym lotnisku, już myślałam, że nie wylecę. Był moment, że wyszłam i miałam wsiadać do taksówki. W końcu jednak się udało, rzutem na taśmę. Biegłam, żeby zdążyć. Ale było warto. Ania miała rację, przeżyłam wspaniałą przygodę. Podróż była ciężka, ale na miejscu narodziły się znajomości, które trwają do tej pory.

Olga Frycz, Edyta Zając-Rzeźniczak, Odeta Moro, Marek Włodarczyk, Daria Ładocha... To było moje pierwsze zderzenie z dużą grupą znanych osób, o których wcześniej tylko słyszałam. Ludzie zaczęli się mną interesować i chcieli zobaczyć, jak zachowuję się na co dzień - na luzie, ale i w stresowych, skrajnych sytuacjach. Generalnie: kim jestem poza oktagonem. Moi kibice się podzielili. Jedni uznali, że taki Agent to fajna odskocznia, inni, że nie pasuję do polskiego show-biznesu. Bo nie jestem produktem? Bo nie jestem idealna? Bo nie jestem piękna? Za wysoka? Bo nie noszę zajebistych ciuchów? Czepiam się, ale ludzie, którzy mówią, że nie pasuję do tego świata, nie wiedzą, że telewizja kłamie i bardzo dużo osób, które uwielbiamy, jest produktem wykreowanym na potrzeby nas samych. Ja uważam, że w polski show-biznes wkupiłam się świetnie. Skoro pani Wellman podkreśla, jak miło jest jej mnie gościć, skoro wysoko postawiona osoba z telewizji dzwoni i prosi, żebym poleciała z mamą do Meksyku i zrobiła dla niej program. Z tyłu są gdzieś cyfry, analizy, które mówią, że jednak im się to opłaca. Mnie wprawdzie nic w życiu nie stresuje tak, jak czerwony dywan, ale w takich sytuacjach powtarzam sobie w myślach: "bądź sobą", "ktoś cię polubi, ktoś cię nie polubi", "be you". Wyjść ze strefy komfortu i sprawdzić się gdzieś indziej. Jeżeli coś jest zupełnie nie z twojej dziedziny, idź tam i po prostu to zrób. Pamiętam, jak ludzie odradzali mi udział w TVN-owskim Szpitalu. Bo to paradokument, bo to taki prosty program. A ja właśnie po tym prostym programie miałam pik, mnóstwo osób zaczęło obserwować moje profile w mediach społecznościowych. Agent był drugim takim strzałem. Ludzie zaczęli poznawać prawdziwą Joannę Jędrzejczyk.

Myślę, że naturalność to coś, co wniosłam do tego programu. Nie jestem upadłą gwiazdą - nie myślałam o hajsie, o czasie antenowym. "Aśka, bez ciebie to już nie było to samo" - usłyszałam od Olgi Frycz po tym, jak odpadłam. Niektórzy próbowali się szykować, kreować. A mi zawsze chodzi o fun, o dobrą zabawę. Tak samo mam, kiedy wychodzę do walk. "Aśka, wyjdź i pokaż prawdziwą siebie. Daj z siebie wszystko, bez względu na to, czy wygrasz".

Premierową konkurencję wygrałam. W parze z Alanem Anderszem jako pierwsi podjechaliśmy 10 kilometrów pod górę rowerem. W godzinę piętnaście. Ludzie od produkcji nie byli gotowi na taki czas. Musieli mnie zatrzymać i na nowo ustawić kamery. Jak postawisz mnie przed zadaniem, to ja po prostu cisnę. Alan? Bardzo szybko zrozumiałam, że aktorom w Agencie jest łatwiej. Tutaj taki harpagan, wali crossfit, a przejechał pół kilometra i że nie da rady, że źle się czuje. Total bullshit. Z drugiej strony kilka lat wcześniej prawie stracił życie, jest po ciężkiej operacji. Ja pyk, wskakiwałam i jazda, mimo że byłam po walce. Zwykle po walkach czuję się jak stara babcia i nie mogę przebiec sześciu kilometrów bez zadyszki, chociaż normalnie przed treningiem robię dychę, a w klatce walczę po 25 minut! Ale zadanie na tym rowerze wcale nie było takie ciężkie!

Aktorzy grają. Nawet jak nie jesteś "agentem", to grasz od pierwszych minut. Po tej przejażdżce pomyślałam: "Aha, to albo nim jesteś, Alan, albo go udajesz". Powrót do pokoju i konspira: "Słuchajcie, bo Alan zachowywał się tak, tak i tak!". Uczestnicy od początku wiedzieli, że nie byłam agentem, w końcu każde zadanie wykonywałam, jak na sportowca przystało.

W Argentynie złapałam fajną relację z Olgą. Spałyśmy w jednym pokoju. Być może też miała już dość tej długiej i wyczerpującej podróży, bo odpadła zaraz po mnie. Zaprzyjaźniłam się też z Darią Ładochą, u której byłam później na kursie gotowania azjatyckiego (i cieszę się, że przez swój temperament oraz zamiłowanie do kolorowego ubioru przełamuje stereotyp typowej prowadzącej z telewizji). Wszyscy byli bardzo fajni, ale to jednak Agent. Tego udawania było dużo i trochę nie mogłam się tam odnaleźć. Nie potrafiłam grać, a wokół mnie tworzyły się sojusze.

Cały ten program pokazał mi, jak ludzie w telewizji potrafią być próżni, jak są nastawieni na karierę. Były osoby kreujące się na ofiary, które pod nieobecność kamer zmieniały się w wulgarnych chamów i oprawców. Czego nie chcieli pokazać. Kamery klikały i znów obserwowałam biednych, szykanowanych, tłamszonych ludzi.

LUDZIE, KTÓRZY MÓWIĄ, ŻE NIE PASUJĘ DO TEGO ŚWIATA, NIE WIEDZĄ, ŻE TELEWIZJA KŁAMIE I BARDZO DUŻO OSÓB, KTÓRE UWIELBIAMY, JEST PRODUKTEM WYKREOWANYM NA POTRZEBY NAS SAMYCH.

Po tym konkretnym Agencie najwięcej krytyki zebrał Tomasz Niecik. Ja akurat złapałam z nim fajny flow. Chociaż uważał, że trzymam z tymi, których on nie lubi. Chociaż nie podobały mi się jego teksty do Odety Moro - kobiety z klasą, osoby bardziej elokwentnej i doświadczonej od niego. Według Niecika pieniądze są miarą sukcesu, a skoro "ja zarobiłem miliony na disco polo...". Osoba, która odnosi sukces, za którą podążają inni, zachowuje się jak gimnazjalista - to jest bardzo przykre. Wszyscy się źle do kogoś nastawiają? Nie, ten ktoś też w pewnym momencie zmieniał się, klikał. Tak samo było z Mateuszem Magą. Trochę bałam się, że nasz kontakt zostanie pokazany ze złej strony. Bo on cały czas bił jakieś wrotki, przybierał pozę. Na Instagramie pisał: "Cześć, Asia, co u ciebie?". Ale w programie nie, w programie pokażmy, że ty mnie nie lubisz. A tak nie było, on po prostu sam kreował takie coś.

"Asia, zajebiście było. Bądź sobą. Co będzie, to będzie" - myślałam przed każdym testem. Jeden odcinek kręciliśmy trzy, cztery dni. Ile my zwiedziliśmy przez ten czas! Nie zapomnę pustyni solnej, wyschniętego jeziora, prowincji Jujuy (gdzie w ogóle nie było zasięgu) czy pobytu w winiarni na trzech i pół tysiąca metrów. Po prostu coś niesamowitego! Dużo podróży, dużo męczarni.

Rozwiązując swój ostatni test, czułam, że teraz przyjdzie mi trzymać kciuki za kogoś innego. Inni, odpadając, płakali. Jedna osoba miała żal do wszystkich, że to było ukartowane. Ale ja tam nie przyleciałam zarobić pieniądze, nie przyleciałam się wybić czy przypomnieć o sobie ludziom. Chciałam doświadczyć czegoś nowego. "Dzisiaj odpadasz" - mówię. I tak właśnie było. To już był moment pójścia do domu.

"Ciągle te wyjazdy, rozjazdy. Ile jeszcze tego? Teraz korzystam z życia, teraz biznes". Musisz mieć w sobie mądrość, żeby powiedzieć w końcu - dobra, już czas robić coś innego. "Po co mi piąta, dziesiąta obrona tytułu?". Chciałam zejść ze sceny niepokonana, ale wystarczył bodziec, bym znowu wróciła na salę. Na początku 2017 roku ten bodziec był naprawdę silny.

Odkąd zamieniłam Arrachion Olsztyn na Florydę i American Top Team, czułam się jak ptak wypuszczony z klatki. Nowy wiatr w żagle, apetyt na więcej. Nie zapomnę, jak dostałam esemesa od kogoś z olsztyńskiego klubu: "Ale ty musiałaś być tu niedowartościowana i niedoceniona". Może właśnie tak było? To w Stanach Zjednoczonych poczułam, że naprawdę doceniono mnie i mój sukces. Nie mówię, że Stany są lepsze. W Polsce czuję się dobrze - tutaj wybudowałam dom, tu mieszkam, tu chcę założyć rodzinę. Ale wiedziałam, że aby zrobić - pod wieloma względami - kolejny krok, muszę przenieść się za ocean. "Aśka, ty tak się skupiasz na tej Polsce. Dziewczyno, wypłyń na szerokie wody!" - przekonywał mnie Marcin Gortat. "Jeżeli narobisz szumu i dojdziesz do pewnego pułapu rozpoznawalności w Stanach, to ona pociągnie za sobą też rozpoznawalność Polski na świecie!" Prosta, jakże cenna rada od człowieka, który swoje w USA widział, osiągnął. Nie każdy jednak potrafił zrozumieć to podejście. "Trenowałaś w obskurnym miejscu i zdobyłaś mistrzostwo" - czytałam komentarze. A ja miałam już dość siedzenia w zagrzybiałych salach i martwienia się, czy za miesiąc nie będę miała przez to astmy. Okej, da się zdobyć mistrzostwo w takich warunkach, ja zdobyłam. My stworzyliśmy coś wielkiego w polskich warunkach, nie chciałam uciekać. Ale chodzi też o komfort pracy. Komfort pracy i docenienie przez bliskich współpracowników. "Jak ja usłyszałem, że największa badass w tych czasach chce przejść do naszego klubu... Fuck yeach!" - mówił mi Dan Lambert, właściciel ATT. "Ale wtedy byłaś lepsza" - powtarzali kibice. Zdecydowanie chciałam pokazać, że walka z Karoliną Kowalkiewicz to była kwestia dotarcia się z nowym teamem. Kwestia dopracowania, dokręcenia kilku śrubek, żeby podziałać lepiej i mocniej.

"Myślę, że Joasia z każdym kolejnym pojedynkiem prezentowała się lepiej. No, prawie z każdym. W pamięci utkwiła mi jej rywalizacja z Karoliną Kowalkiewicz. Nie dlatego, że Asia była w oktagonie taka dobra. Wprost przeciwnie" - mówiła moja następna rywalka, która najwyraźniej też była zdania, że trenując w Stanach, spuściłam z tonu. Kiedy promowałam Agenta i swoją pierwszą książkę, wiedziałam już, z kim się zmierzę. To była Jessica Andrade, która dzięki serii trzech kolejnych zwycięstw otrzymała szansę walki o mój pas.

Znałyśmy się z czasów wspólnych treningów, gościnnych wyjazdów na gale. W pewnym momencie miałyśmy nawet tego samego menadżera - Tiago Okamurę. Ja rozstałam się z Tiago jeszcze przed starciem z Karoliną. Pamiętam, że bardzo chciałam zawalczyć w Nowym Jorku i prosiłam go, żeby pogadał o tym z Daną White'em (szefem UFC).

- Nie.

- Jak to nie?

- Ty to zrób.

- Ale ja jestem zawodniczką.

- Ty to zrób. On ciebie bardziej lubi.

"Stary, ale za co ty bierzesz hajs?" Już wcześniej mi podpadł. W trakcie rewanżu z Cláudią Gadelhą zaczął panikować: "Zrób coś, bo przegrywasz!". Uważam takie zachowania za duże braki w teamie. Jesteś team JJ albo nie. Jesteśmy na dobre i na złe, ciągniemy się wzajemnie na tym wózku. Zmotywuj mnie, ale nie w taki sposób. "Boże, ten człowiek nie zasługuje na to, aby być tu ze mną" - pomyślałam już wtedy. Ostatecznie zakończyliśmy współpracę po tej nieszczęsnej sytuacji z Chicago. Tiago był w szoku, ale obyło się bez wrogości. Po prostu każdy poszedł w swoją stronę i od tej pory nie miałam z Jessicą żadnego kontaktu. Do czasu naszej walki. Zaczęła mówić, że wszystko, co zrobi mi w klatce, będzie karą za zwolnienie Tiago.

Między nami nie było jednak nieprzyjemnej atmosfery. Znałyśmy się, wspierałyśmy. "W Nowym Jorku Jędrzejczyk była inna niż podczas poprzednich walk. Karolina Kowalkiewicz nie jest typem dziewczyny, która cofa się, gdy ktoś narzuci jej presję, i to było coś nowego. W zasadzie każdy, kogo Joanna wcześniej przycisnęła, cofał się" - komentowała Andrade. Ona miała swój plan na nasz pojedynek. Ja również.

Chciałam wygrać. Pokazać się z innej, fajniejszej strony. Szczególnie że przed tym starciem ostro negocjowałam. W UFC byłam już na czwartym kontrakcie, choć powinnam być co najwyżej na drugim. Tym razem jednak matchmakerzy nie za bardzo chcieli pójść mi na rękę.

- Dana mi obiecywał.

- No nie wydaje mi się.

- Okej, twoja sprawa, ja dzwonię do Dany.

- Nie, nie.

- No to zobaczymy.

Zaczęliśmy się droczyć z Seanem Shelbym. "Dobra" - mówię w końcu. "I tak postawię na swoim. Robię wam robotę, takie show... Wygrywam i wyrównujecie mi to, co wynegocjowałam. Jak przegram, okej, nie dajecie mi tego". Tak było dogadane, ale żadnego papieru na to nie miałam.

W 2017 roku spędziłam aż 7 miesięcy na Florydzie. To bardzo dużo. Nie zamierzałam poświęcać się za darmo.

To były długie, bardzo wyczerpujące campy. Dzieliłam je sobie na dwie części. Najpierw był wstępny, pięciotygodniowy obóz, po którym wracałam na dwa tygodnie do Polski, żeby zobaczyć się z rodziną, pobyć z nią, nasycić, nabrać trochę energii, sił. To idealna forma odpoczynku dla głowy, ciała i lecisz dalej.

Tym razem jednak byłam w ciągłym ruchu. Przedobóz, potem kilkanaście dni w Polsce, z czego może z dwie noce spędzone we własnym łóżku.

Agent, premiera książki, ale to nie wszystko. Siódmego marca ogłoszono, że zostałam twarzą OSHEE. Wcześniej byłam już ambasadorką jednej bardzo dużej firmy - Reeboka. O OSHEE marzyłam. Naprawdę. Nie zapomnę czasów Mameda Chalidowa, Ewy Chodakowskiej, którzy reprezentowali tę markę. A teraz taka firma zainwestowała w Joannę Jędrzejczyk. Zaraz dołączyli Robert Lewandowski, Anna Lewandowska, Krzysiu Piątek. Stworzyliśmy mega team. Ja się nie podpisuję pod czymś, z czym się nie identyfikuję. Nie potrafię wciskać ludziom kitu. Osiemdziesiąt procent otagowanych przeze mnie na social mediach produktów to rzeczy, z których korzystam. Nie, nie za wszystko mi płacą. Polecam to za darmo, choć mogłabym skasować za post nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Buduję wszystko na takim filarze rodzinnym. Jeżeli podpisujemy się biznesowo, to przez wiele lat będziemy się często spotykać. Musimy czuć flow. Okres współpracy z OSHEE wspominam bardzo miło. Fajny zaszczyt mnie kopnął.

W Polsce wypełniałam obowiązki medialne, ale miałam też treningi. Bo razem ze mną przyleciał do kraju Katel Kubis - mój drugi trener, który odpowiada za muay thai. Na pięć tygodni właściwych przygotowań wskoczyłam, będąc już w bardzo mocnej formie.

Mikie Brown, Katel Kubis, Daru Strong, z którym robiłam przygotowanie motoryczne. Dyah Davis od boksu. Dietetyczka Paulina i doktor Michelle Ingels z Perfecting Athletes, z którymi mieszkałam i które kontrolowały moją wagę. To był mój team. A, jeszcze Kami Barzini - mocny trener od zapasów, który co prawda już odchodził z ATT, ale specjalnie dla mnie dokończył camp.

Akurat zapasów przed tą walką wałkowałam bardzo dużo. Wiedziałam, że Andrade ma chaotyczny styl, ale jest niebezpieczna. Jedenaście centymetrów niższa, bardzo muskularna, z wyższej kategorii wagowej. Porównywano ją do Amandy Nunes - najlepszej dzisiaj zawodniczki świata. Sprowadzenia Jessiki robią wrażenie. Jest niższa i dzięki temu błyskawicznie przechwytuje nogę. Ta dziewczyna jest tak silna, że potrafi zejść i po prostu kogoś wynieść. To, co robi, jest czasami aż nierealne. Przecież Rose Namajunas znokautowała rzutem! Sama latałam jak kot, kiedy mnie wyniosła. "I believe I can fly". Ale jak kocur potrafiłam też wstać.

Podczas przygotowań do walki z nią polubiłam zapasy. A tak ich nie znosiłam w Olsztynie. Pamiętam, były w czwartki. Typy rzucały mną, to było czasami za mocne. Ceniłam sobie te sparingi, faceci fajnie mnie dociążali, ale niestety niejednokrotnie chcieli pokazać, jaka to ze mnie mistrzyni. Zdarzało się, że trenerzy ich stopowali, na co oni: "Ale ona też mocno bije!". Ja jednak jestem kobietą, siła męska jest większa. Dochodziło do mocnych rywalizacji. "Co, myślisz, że jak jestem dziewczyną..." - wściekałam się ze łzami w oczach. "To ci odpuszczę" - mówił, po czym potrafił zasunąć mi takiego kopa, że szumiało w głowie. I później rzeczywiście odpuszczał. Jak zaczęłam go dojeżdżać: "Nie, lecimy jak równy z równym teraz. Co, że jestem kobietą? To już pokazałeś swój szacunek, waląc mnie w głowę. Dawaj". Jakub Wikłacz, Kamil Unruh - oni podchodzili do tego mądrze. Ale dla wielu kwestie ambicjonalne były ważniejsze. "Baba mnie uderzyła?" Z facetem już by zmiękł, ale babę wie, że może docisnąć.

Z ulgą przyjęłam fakt, że na zapasy w American Top Team przychodzi dwanaście dziewczyn. W Stanach zapasy są jednym ze sportów dominujących w college'u. Są znacznie dynamiczniejsze, szybsze i nie tak siłowe jak u nas. Na tle facetów nie zawsze widać postępy. Bo siła, bo szybkość, bo dominacja. Nadal lubię z nimi sparować, dzięki temu staję się coraz lepsza, ale każdemu przyda się odskocznia.

Na Florydzie czułam, że mam wszystko, czego potrzebuję. W klubie pełen pakiet, w mieszkaniu asystentka, lekarka. Nie miałam dobrych doświadczeń z dietetykami, nie było też alternatywy. Chwaliłam dziewczyny, a one podtykały mi pod nos wszystko, o czym tylko pomyślałam. Odkąd się do nich wprowadziłam, w domu nie musiałam w ogóle niczego robić.

To Paulina poznała mnie z moim głównym trenerem. Wcześniej byłam w jednym, drugim, trzecim klubie. I nagle American Top Team - spakowałam się, zarezerwowałam bilet i po dwóch dobach byłam już w USA. To dzięki dziewczynom poznałam Adrianę Limę.

Adriana również współpracowała z Perfecting Athletes. Najpierw przez Paulinę i Michelle przekazywałyśmy sobie pozdrowienia, aż w końcu miałyśmy okazję się poznać osobiście.

Miesiąc przed walką z Andrade pojechałyśmy na sushi. Do Boca Raton, gdzie co tydzień w czwartki jest dostawa świeżych ryb z Japonii. Fajna suszarnia, multikulti. A że obie lubimy ostre... Padł pomysł pojedynku na wasabi! Ja, Adriana i Michelle nakładałyśmy go sobie coraz więcej, czekając na reakcję sąsiadki. Jedna wybuchała płaczem, pozostałe śmiechem. Nagrywane filmiki i kolejne kęsy, przez które przesuwałyśmy swoje granice. Mrowienie z tyłu głowy, otępienie, oczyszczenie. Każde wasabi jest inne, sprawdzasz, gdzie jest ten limit. Było naprawdę spoko i mega śmiesznie. Dziewczyna z okładek najlepszych pism, znana na całym świecie ikona mody, okazała się cool laską. Adriana jest zajarana MMA. Wiedziałam, że teraz jeszcze mocniej będzie mnie wspierać. Zaprosiłam ją na galę, a ona mnie na swój ostatni wybieg dla Victoria's Secret. Miło z jej strony.

Impreza miała się odbyć w listopadzie w Szanghaju. Ale ja musiałam zasłużyć na zabawę.

Jessica Andrade była coraz śmielsza w swoich zapowiedziach. Ostrzegała, że nigdy jeszcze nie walczyłam z tak dobrą rywalką. Że sprowadzi mnie do parteru i roztrzaska moją szczękę, którą nazwała szklaną. Czy mnie to przerażało? Wcale. Lubię słyszeć, że ktoś mnie znokautuje. Dzięki temu wymagam od siebie jeszcze więcej. Swój szacunek do przeciwniczek okazuję właśnie w ten sposób - tym, jak przygotowuję się do walk.

A to były bardzo ciężkie przygotowania. Każdego dnia wycierałam matę buzią. Podczas treningów jestem często nadaktywna, nie mogę się nudzić. Ogólnie tak mam. Kiedy pracuję, to mogę pracować ciągiem 10 godzin. Ale jeżeli na przykład na planie zdjęciowym jest przerwa obiadowa, to później Asia siada. Ja muszę cały czas działać, produkować dopaminę. Dlatego nie lubię długiego tłumaczenia trenerów. Zamiast tłumaczyć, działajmy, róbmy i niech to wyjdzie w trakcie. Mogę oglądać, słuchać ciebie - mam podzielną uwagę. Ty mi mówisz, a ja działam dalej. I potem, gdy rywalki walczą o każdy oddech w przerwie, ja pytam: "Dobra, to co, lecimy?".

Nie wszystkie rzeczy, które mówiła Andrade, do mnie dochodziły. Sugerowała, że skoro jej rodaczka, Cláudia Gadelha, była w stanie powalić mnie prostym... No i co z tego? Ja nie opowiadam za to, w jaki sposób kogoś pokonam. Oczywiście zawsze najlepszym scenariuszem jest zakończenie walki przed czasem. Pyk-pyk-pyk, otrzepujesz rączki i idziesz się bawić. Tylko że to nie takie proste. Dlatego wolę być gotowa na wszystko, zamiast liczyć na tak zwany lucky punch. Na pięć mistrzowskich rund. Odbijałam piłeczkę, trenując, ale nie zdradzaliśmy, co i po co robimy.

W American Top Team miałam pełen pakiet: oprócz trenerów, którzy wychowali bardzo wielu mistrzów, było też dużo dostępnych zawodników. W Olsztynie takim diamentem był Mamed, byłam nim ja. Trenerzy Paweł i Szymon głowili się, kogo dać mi na sparingi. Specjalnie dla mnie ściągnęli nawet Cortney Casey ze Stanów. Na Florydzie takie zawodniczki są pod ręką na co dzień. American Top Team ma bardzo dużo filii. Ja trenuję w głównej siedzibie.

Dan Lambert powiedział kiedyś, że od nowa nauczyłam ich ciężkiej pracy. Że przyjechała dziewczyna z Polski, mistrzyni, która mogłaby wydziwiać, mieć swój sztab, trenować, jak chce. A ja nie tylko wkupiłam się, weszłam w ich struktury, ale i pokazałam, jak ciężko się tyra.

Andrade na pewno też się nie oszczędzała. To dziewczyna, która wywodzi się ze strasznej biedy. Od najmłodszych lat pomagała ojcu w uprawie kukurydzy i fasoli. Była silniejsza od brata, więc to ona częściej dźwigała na plecach kilkunastokilogramowe worki. Biedna dziewucha, która nie miała nic. Spała u trenera, marzyła o tym, że zdobędzie pas i sprowadzi do siebie rodzinę. Walczyłyśmy w maju, to miał być jej prezent na Dzień Matki.

Pojedynek o tytuł był dla Jessiki życiową szansą. Zaraz po nim oświadczyła się swojej dziewczynie. Pamiętam, jak swoim łamanym angielskim powtarzała: "Bo wiesz, JJ, bo ja jestem taki chłopak. Tomboy, chłopczyca". Z takim rozbrajającym uśmiechem. "Ja to bym chciała cycki sobie usunąć". Kobiecego ciała rzeczywiście nie eksponowała, walczyła w koszulce. Czy trudniej walczy się z lesbijką? Nie uważam tak. Gospodarki hormonalnej nie oszukasz, ale jesteśmy badane na obecność testosteronu, są jakieś normy. Wspomnianą Cortney Casey, z którą naprawdę fajnie się dogaduję, podejrzewano o doping, bo skoczył jej właśnie poziom testosteronu. U kobiety są cykle i w różnych momentach ten testosteron się zmienia. Ostatecznie Cortney oczyściła się z tych zarzutów.

Według mnie ogólnie kobiety, które startują na wysokim poziomie w MMA, mają uwarunkowania genetyczne pozwalające im odnaleźć się w tym sporcie. To nie jest naturalne środowisko dla pań. Jak to mówi Michał Materla: "musisz mieć tego wariata w oczach". To nie jest tak, że nagle sobie wymyślisz: "będę dewotką". Albo jesteś hardy, masz jaja, albo ich nie masz. Patrzę na babki, które rządzą w chacie. Nie zahaczamy o dziedziny, jeżeli nie mamy do nich predyspozycji, jeżeli nie czujemy do nich ciągoty. Raczej nie robimy z siebie cierpiętników. Jeżeli nie idzie mi szydełkowanie, to w ogóle o nim nie myślę. A jeżeli lubię pohasać za piłką, no to czemu mam tego nie robić?

"NIE, LECIMY JAK RÓWNY Z RÓWNYM TERAZ. CO, ŻE JESTEM KOBIETĄ? TO JUŻ POKAZAŁEŚ SWÓJ SZACUNEK, WALĄC MNIE W GŁOWĘ. DAWAJ". JAKUB WIKŁACZ, KAMIL UNRUH - ONI PODCHODZILI DO TEGO MĄDRZE. ALE DLA WIELU KWESTIE AMBICJONALNE BYŁY WAŻNIEJSZE. "BABA MNIE UDERZYŁA?" Z FACETEM JUŻ BY ZMIĘKŁ, ALE BABĘ WIE, ŻE MOŻE DOCISNĄĆ.

Ja od początku kariery zakochałam się w tym, że codziennie doprowadzam swoje ciało do limitu. To takie udowadnianie niemożliwego, konkurencja z otoczeniem, opinią, z samą sobą. Obsesja bycia lepszą, jak w Pięknym umyśle. Ja lubię się ufajdolić, upocić, wymęczyć jak pies.

W starciu z Andrade chciałam pokazać przekrojowe MMA. Rzeźbiłam zapasy, ćwiczyłam koncentrację przy pracy pod siatką. A w stójce przede wszystkim bój na cofce. To, że potrafię w ten sposób walczyć, udowodniłam już w pojedynku z Valérie Létourneau, podczas drugiej obrony tytułu. Kanadyjka próbowała wówczas wywrzeć na mnie presję. Team Jessiki też uważał, że to będzie słuszna taktyka. Może ich jedyna? W każdym razie ludzie pisali, że z takim planem sobie nie poradzę. Że Andrade cały czas ciśnie, a ja zawsze walczyłam, atakując. "Jeżeli myślicie, że JJ idzie wyłącznie do przodu, to patrzcie, jak teraz pokazuje klasę" - zamierzałam udowodnić.

Te sprowadzenia za jedną nogę, wstawanie, kopnięcia - cały czas cofka. Nie zapomnę tego potężnego bólu nóg: ja ledwo chodziłam! Na szczęście przez cały obóz był ze mną mój fizjoterapeuta Kamil Iwańczyk, którego specjalnie ściągnęłam z Polski.

Kamil wniósł bardzo dużo do mojego życia. Poznałam go przez swojego byłego trenera Pawła Derlacza, dwa tygodnie przed walką z Jessicą Penne. Złamałam rękę, a on mnie z tego wyciągnął (robiliśmy rehabilitację po operacji). Po pierwszych przygotowaniach w American Top Team i starciu z Karoliną Kowalkiewicz siadłam i przeanalizowaliśmy z teamem, czego mi zabrakło. Szybko okazało się, że był to właśnie Kamil.

Nieodłącznym elementem przygotowań są mikrourazy. To z niezaleczonych mikrourazów biorą się kontuzje, dlatego trzeba je na bieżąco niwelować. A Kamil fajnie to robi, potrafi rozluźnić moje ciało. Wcześniej często chciałam walczyć, nie zważając na urazy. Tak robi wielu zawodników. Mają poważną kontuzję, odwołują walkę, po tygodniu poczują się lepiej i mówią: "Nie, jednak nie". I później jest w dupę. Moi trenerzy w analogicznej sytuacji powiedzą: "Nie możesz, to nie. Wylecz się. I tak po to pójdziemy". Oni wiedzą, że działam na maksa i będę trenować pomimo ogromnego zmęczenia. Dlatego pytają Kamila o moje samopoczucie, o to, jakie treningi mogą przeprowadzić. To rzadkość w świecie sportów walki. W świecie, w którym trenerzy są przekonani, że to oni stworzyli tego czy tamtego mistrza. Są trenerzy, którzy tak uważają - zarówno w Polsce, jak i w Stanach. No ale trzeba by ich zapytać: jeżeli tak łatwo jest wychować mistrza, to dlaczego ty masz jednego, a nie na przykład piętnastu? Ja chylę czoła przed trenerami, ale też mam swój rozum i jeżeli coś mi nie pasuje, to o tym rozmawiam. W końcu to ja najwięcej zapieprzam na ten sukces. Tworzymy się sami, a specjaliści nam w tym pomagają, korzystamy z ich porad. W naszym teamie nie obowiązuje zasada, że trener ma zawsze rację. Kamil ma komfort pracy. Mój head coach (główny trener) Mikie Brown rozmawia z nim jak równy z równym. U nas każdy ma rację, a Kamil jest nieodłączną częścią teamu JJ.

Ten zespół tworzą też rodzina i przyjaciele, którzy po raz kolejny przylecieli na moją walkę. Tym razem zabrakło wśród nich Przemka. Wcześniej nie było go tylko na rewanżu z Cláudią Gadelhą. Dostał nową pracę i z powodu jakiegoś kursu nie mógł wylecieć do Stanów.

Mój narzeczony został policjantem. Wcześniej namawiałam go na przeprowadzkę, mieliśmy otwierać firmę. "Po co idziesz do policji?" - pytałam. Zupełnie nie umiałam tego zrozumieć. Okej, pewna pęga, kasa co miesiąc, czy się stoi, czy się leży, tę wypłatę masz - to ważne w tych czasach. Ale tam bez znajomości nie pójdziesz wyżej, jesteś tak naprawdę więźniem systemu i zwykle nawet nie możesz się wykazać. A przy mnie jest tyle pracy, tyle pieniędzy. I potrzebowałam tak zaufanych osób jak on. Znaliśmy się jeszcze ze studiów, od ośmiu lat byliśmy parą. "Ty do policji?!" Jakoś nie wyobrażałam sobie Przemka jako prawilnego pana policjanta. Nigdy nie był takim typem, a i ja - delikatnie mówiąc - nigdy nie postrzegałam policji jako swojej ulubionej służby. Uważam, że policja jest potrzebna, ale... To było takie utarcie nosa. "Słuchaj, ja się rozwijam, są nowe możliwości. Ty też możesz lecieć! Myślmy o wspólnym życiu" - jeszcze starałam się go przekonać. "To leć i się rozwijaj" - rzucił krótko.

"Zobaczysz, pójdzie do policji i cię zdradzi" - usłyszałam kiedyś. "Kolejny stereotyp" - myślę. Śmiałam się głośno.

Bliscy wspierają mnie podczas "robienia wagi". To bardzo intensywny i bolesny proces. Wiedziałam jednak, że jestem pod stałą opieką mojej lekarki i dietetyczki. W wywiadach chwaliłam dziewczyny z Perfecting Athletes. Za profesjonalizm i za to, że o mnie dbają. Zanim je poznałam, utożsamiałam ważenie przed walką wyłącznie z cierpieniem. Zaczęłyśmy współpracę od drugiej walki z Gadelhą i nam to wszystko jakoś poszło. Niby było cierpienie, ale jakieś inne. Myślałam, że Paulina i Michelle są zajebiste, zaufałam im całkowicie. Schody zaczęły się przed galą w Nowym Jorku. Dałam radę - osiągnęłam limit i odesłałam z kwitkiem Karolinę Kowalkiewicz. Teraz Dallas, Jessica Andrade. Schody robiły się jednak coraz bardziej strome.

Dallas to miasto, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci. To tam zdobyłam tytuł, to tam przyleciałam po raz piąty go obronić. Moja pierwsza walka o pas nie trwała zbyt długo, ale pobytu w mieście, które wielu kojarzy przede wszystkim z zamachem na prezydenta Kennedy'ego nie zapomnę. Wygrałam pas, a na drugi dzień poszliśmy oglądać mecz koszykówki. Kapitalne uczucie. Noc wcześniej to ja stałam na środku hali, to mnie kibicowali ludzie, teraz na odwrót: byłam wśród publiczności i sama kibicowałam.

Wracając zaś do Dallas - samo w sobie jest cholernie nudne. To typowo biznesowe miasto, chociaż bardzo ładne. Niemniej tydzień zwieńczony pojedynkiem (tak zwany fightweek) był naprawdę spoko. Trochę pospacerowaliśmy, byliśmy z rodziną w downtown. Wywiady, inne obowiązki medialne. Byłam na jednej karcie walk ze Stipem Miočiciem, fani na czwartkowym treningu medialnym przyjęli mnie niesamowicie. Czułam vibe, dobrą atmosferę. Wszystko szło odpowiednim torem. Tylko ta waga...

Nie chciała schodzić. Podczas ceremonii ważenia musiałam zdjąć stanik, bo inaczej nie osiągnęłabym wymaganych 115 funtów. To był sportowy stanik, ale dość ciężki, ważył pewnie ze 200 gramów. Nie chciałam zbijać więcej wagi na siłę, wolałam zdjąć top i skorzystać z możliwości zasłonięcia mnie parawanem.

"Kibiców naprawdę to zaniepokoiło? Czuję się bardzo dobrze, wręcz wyśmienicie. W sobotę w Dallas obronię tytuł po raz piąty, to będzie moja noc!" - uspokajałam. Zawsze gram w otwarte karty, ale są rzeczy, o których nie powinno się jawnie mówić. Przeciwnik mógłby to wykorzystać. Kibice się nie mylili, faktycznie było ciężko.

Schodzenie z wagi to czasami jest magia: nie wiadomo, dlaczego raz idzie, raz nie idzie. Cały proces obserwowali moi kuzyni, moja przyjaciółka Ania. Patrzyła na mnie i nie dowierzała. "Asia, to nie tak powinno wyglądać" - drapała się po głowie. Ania pasjonuje się zdrowym żywieniem, zna się na wielu dietach. Przychodziłam do niej i mówiłam zrozpaczona: "Zapieprzam jak dzik, nie mam takiej kaloryczności. Czuję się zmęczona na treningu, dziewczyny znów coś mi odcinają. A jest kaplica. Ania, ta waga nie schodzi!".

W nocy ze środy na czwartek bardzo źle spałam, z czwartku na piątek w kratkę. Tej ostatniej nocy przed ważeniem spała ze mną moja siostra Kasia. Bo było ciężko.

Wywiady, trening medialny, cięcie wagi, ważenie. Mieszkałam na jednym z najwyższych pięter hotelu Sheraton. Materac w moim pokoju był bardzo miękki. Byłam niewyspana, brakowało mi energii. Dzień przed ważeniem często się budziłam, żeby przepłukać usta wodą albo choć trochę się napić. To skrajność, wszystko kosztem zdrowia. Ostatnie kilogramy traci się późno w nocy albo wręcz nad ranem. Tym razem nie chciałam przedobrzyć. Kiedy walczyłam z Karoliną Kowalkiewicz, nawet po nawodnieniu mieściłam się w limicie. Wtedy w Nowym Jorku musiałam czekać pół godziny, żeby zostać zważona, więc tym razem wstałam o dziewiątej. Wypiłam kawę i ruszyłam.

Pierwsze podejście zakończyło się niestety fiaskiem, ważyłam za dużo. Dziwne, moja pokojowa waga wskazywała, że wszystko będzie w porządku. Nie ja jedna miałam ten problem. Wagi były inaczej skalowane, zawodnicy chodzili wkurzeni. Nagle się orientujesz: "Kurde, tu czas leci, a jak to nie zejdzie?". Wsiadłam do windy, wróciłam do pokoju, zrobiłam siusiu. I jeszcze raz musiałam wejść do gorącej wanny, wypocić się. Nie pospieszałyśmy organizmu, najważniejszy był efekt. Tu każde 100, 200 gramów ma znaczenie. Jeśli spadnie ci za dużo, to w jednej chwili czujesz takie wyssanie. Jakby ktoś przyszedł, wziął, wsadził rurkę i odciągnął z ciebie powietrze. "Czekaj, wytrzymaj". Uff... Poszło. Wróciłam na ważenie tuż przed jego zakończeniem. Po pierwszym posiłku od razu poszłam spać.

Zbudziłam się na oficjalną ceremonię. Ważenie z rana jest dla nas, zawodników, potem chodzi o show. Stajemy na wagę znacznie ciężsi, nawodnieni, silni, naładowani emocjami. Wyniki podawane przez anonsera są już niezbyt aktualne.

W American Airlines Center, gdzie odbywała się ceremonia, nie brakowało fanów, którzy dwa lata wcześniej obserwowali, jak sięgam po mistrzowski tytuł. Jeden z kibiców zapytał mnie wcześniej, czy wrócę do dawania prezentów swoim rywalkom. Pewnie, czemu nie! "Tylko co zrobić?" W filmie z serii "UFC Embedded" trener Jessiki Andrade zakłada jej na biodra ręcznik - udają, że świętują zabranie mi pasa. Wykonaliśmy więc dla Jessiki specjalny pas, a dokładniej płótno w kształcie mistrzowskiego pasa z napisem "fantasy", który namalowała Iwona, koleżanka Pauliny i Michelle. Pomimo ciężkiego zbijania wagi czułam w kościach, że to dobry czas. Że Andrade może mnie pokonać tylko w sferze własnych wyobrażeń.

Czułam się dobrze, ale przez cały piątek byłam zaspana. Wyszliśmy tylko na spacer z rodziną i tyle, poza tym leżałam. Na szczęście proces nawadniania przebiegał pomyślnie. Zaraz po ważeniu twój organizm jest tak wyjałowiony, że nawet napicie się soku może spowodować zgagę. Do normalności trzeba wracać powoli, żeby nie nabawić się nieprzyjemnych dolegliwości. Sportowiec nie może myśleć: "Wow, już mogę wszystko, już tylko walka!" i od razu pakować w siebie snickersa. Nie chodzi nawet o puste kalorie. Czekolada to tłuszcz, spowalnia wchłanianie węglowodanów, które są tak ważne, aby stworzyć zapas glikogenu. A ten jest niezbędny, bo stanowi paliwo dla pracujących mięśni. Banany - okej, możesz, to są owoce glukozowe. Musisz jednak przede wszystkim jeść lekkie posiłki.

ZAWSZE GRAM W OTWARTE KARTY, ALE SĄ RZECZY, O KTÓRYCH NIE POWINNO SIĘ JAWNIE MÓWIĆ. PRZECIWNIK MÓGŁBY TO WYKORZYSTAĆ. KIBICE SIĘ NIE MYLILI, FAKTYCZNIE BYŁO CIĘŻKO.

Kiedy współpracowałam z dietetykiem z Polski, to zaraz po ważeniu piłam sok pomidorowy z kopiastą łyżką soli. Fajny zabieg. Problem w tym, że wcześniej - przez 2 tygodnie przed walką - jadłam w zasadzie tylko makaron zero (który ma 0,6 kalorii na 100 gramów) z jajkiem lub masłem orzechowym. Do tego tak zwana kuloodporna kawa (kawa z masłem), czasami banan lub serek wiejski. To była już trochę przeginka. Dlatego później łamałam sobie ręce i nie wiedziałam, czy w kolejnej walce nie złamię sobie kręgosłupa lub nogi. Oczywiście waga była zrobiona, ale jakim kosztem.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej