Rozdział 1
1
Dakota Południowa, czerwiec 1989
Życie Coopera Sullivana się skończyło, wiedział o tym. Sędzia i przysięgli - w postaci rodziców - nie dali się przebłagać, nie ulegli
jego rozsądnym argumentom, napadom gniewu ani groźbom, skazali go i wyprawili w drogę, z dala od wszystkiego, co znał i lubił, w świat
pozbawiony wypożyczalni wideo i big maców.
Jedyne, co ratowało go przed śmiercią z nudów albo utratą zdrowych
zmysłów, to nieoceniony game boy.
Coop się zorientował, że podczas tej odsiadki - dwóch strasznych,
głupich miesięcy na durnym Dzikim Zachodzie - może liczyć tylko na niego
i tetris. Miał świadomość, że ta gra, którą ojciec przywiózł mu niemal z linii montażowej w Tokio, była rodzajem łapówki.
Coop miał jedenaście lat i nie dawał sobie wciskać kitu.
Praktycznie nikt w całych Stanach Zjednoczonych nie miał jeszcze game
boya i to było cool. Ale co z tego, że on posiadał coś, o czym inni
tylko marzyli, skoro nie mógł się tym pochwalić przed kolegami?
Przez to mógł być tylko Clarkiem Kentem czy Bruce'em Wayne'em, marnym
alter ego cool facetów.
Wszyscy jego kumple zostali tam, w Nowym Jorku, miliony lat świetlnych
stąd. Spędzali lato w mieście, urządzali wypady na plaże Long Island
albo Jersey Shore. Jemu obiecano dwutygodniowy obóz bejsbolowy w lipcu.
Ale to było wcześniej.
Teraz jego rodzice przebywali we Włoszech, we Francji albo innym głupim
miejscu, bo urządzili sobie drugi miesiąc miodowy. Tak ładnie nazwali
rozpaczliwą próbę ratowania małżeństwa.
Nie. Coop nie dał sobie wcisnąć kitu.
Miesiąc miodowy z synem nie byłby romantyczny, wysłali go więc do
dziadków, do tej zapadłej dziury w cholernej Dakocie Południowej.
Zapomniana przez Boga i ludzi Dakota Południowa. Mnóstwo razy słyszał to
określenie z ust matki, tylko nie tego dnia, kiedy cała w uśmiechach
powiedziała mu, że czeka go przygoda; pozna swoje korzenie. Zapomniana
przez Boga i ludzi dziura nagle stała się dziewicza, dzika i podniecająca. Jakby nie wiedział, że matka uciekła od rodziców, z tej
ich nędznej małej farmy, gdy tylko skończyła osiemnaście lat.
Tkwił więc teraz w miejscu, z którego sama zwiała, choć niczym na to nie
zasłużył. To przecież nie jego wina, że ojciec nie mógł utrzymać fiuta w spodniach i że matka rekompensowała to sobie zakupami na Madison Avenue,
o czym Coop się dowiadywał, regularnie ich podsłuchując. Zawalili
sprawę, a on został zesłany na jakąś gównianą farmę do dziadków, których
ledwie znał.
A do tego oni byli naprawdę starzy.
Miał pomagać przy koniach, które śmierdziały i sprawiały wrażenie, jakby
chciały ugryźć. I przy kurczakach, które śmierdziały i naprawdę
dziobały.
Dziadkowie nie mieli gosposi, która robiłaby mu omlety czy zbierała jego
żołnierzyki. I zamiast samochodami jeździli pikapami. Nawet leciwa
babka.
Od wielu dni nie widział normalnego samochodu.
Miał swoje obowiązki i musiał jadać domowe posiłki przygotowane z produktów, które widział pierwszy raz w życiu. I może było to nawet
całkiem dobre żarcie, ale przecież nie o to chodziło.
Jedyny telewizor w domu ledwie odbierał i nie było w pobliżu ani jednego
McDonalda. Żadnego chińskiego żarcia ani pizzy, które można by zamówić.
Żadnych kumpli. Żadnego centrum handlowego, kina, sklepów z wideokasetami.
Mógłby równie dobrze wylądować w Rosji czy jakimś takim miejscu.
Uniósł głowę znad game boya, wyjrzał przez okno samochodu i zobaczył to,
co nazywał wielką pustką. Głupie góry, głupia preria, głupie drzewa.
Ciągle taki sam widok, odkąd wyjechali z farmy. Przynajmniej dziadkowie
przestali mu przeszkadzać w grze, opowiadając, co mijają po drodze.
Jakby obchodziły go te wszystkie historie o osadnikach, Indianach i żołnierzach, którzy pętali się tutaj, zanim się urodził. Cholera, nawet
zanim urodzili się jego prehistoryczni dziadkowie.
Kogo obchodził Szalony Koń czy Siedzący Byk? Jego interesowali X-Meni i wyniki rozgrywek bejsbolowych.
A już wszystko, zdaniem Coopa, wyjaśniał fakt, że najbliższe miasteczko
nazywało się Deadwood1.
Miał gdzieś kowbojów, konie i bawoły. Jego światem był bejsbol i gry
wideo. A tymczasem przez całe lato miał nie zobaczyć ani jednego meczu
na stadionie Jankesów.
Równie dobrze mógłby nie żyć.
Zauważył stado jakby zmutowanych jeleni, które szły przez wysoką trawę,
a za nim mnóstwo drzew i te głupie wzgórza, które tak naprawdę były
zielone. Dlaczego więc nazywały się czarne? Dlatego, że był w przeklętej
Dakocie Południowej, gdzie ludzie są szurnięci.
Nie widział za to żadnych budynków, ludzi, ulic, ulicznych handlarzy.
Nie widział nic z tego, co było dla niego domem.
Babka odwróciła się na przednim fotelu, żeby na niego spojrzeć.
- Widziałeś wapiti, Cooper?
- Chyba tak.
- Niebawem będziemy u Chance'ów - wyjaśniła. - To miło z ich strony, że
zaprosili nas wszystkich na kolację. Polubisz Lil. Jest prawie w tym
samym wieku co ty.
Znał zasady.
- Tak, babciu. - Jakby miał zamiar zadawać się z jakąś dziewczyną.
Głupią wiejską babą, która pewnie zalatuje koniem. I wygląda jak koń.
Pochylił głowę i wrócił do tetris, żeby babka zostawiła go w spokoju.
Trochę przypominała mu matkę. Matkę w starszym wieku, z nieufarbowanymi
na blond włosami, bez loków i makijażu. Ale widział ją w tej dziwnej
starej kobiecie ze zmarszczkami wokół oczu.
Trochę to było przerażające.
Miała na imię Lucy i miał mówić do niej "babciu".
Gotowała i piekła. Stale. I rozwieszała pranie na sznurze za domem.
Szyła i sprzątała, śpiewając przy tym. Miała nawet ładny głos, jeśli
ktoś lubił czegoś takiego słuchać.
Pomagała też przy koniach i Coop musiał przyznać, że był zaskoczony i pod wrażeniem, kiedy zobaczył, jak wskoczyła na grzbiet jednego z nich,
choć był nieosiodłany.
Taka stara kobieta - pewnie miała co najmniej pięćdziesiątkę, na miłość
boską. Ale całkiem dobrze się trzymała.
Przeważnie nosiła dżinsy, kraciaste koszule i buty z cholewami. Tego
dnia jednak włożyła sukienkę i rozpuściła ciemne włosy, które zwykle
zaplatała w warkocz.
Nie zauważył, że skręcili z biegnącej w nieskończoność drogi, dopóki nie
zaczęli podskakiwać na wybojach. Kiedy zerknął przez okno, zobaczył
jeszcze więcej drzew, już mniej płaski teren i rysujące się w oddali
góry. Było tu więcej zielonych wzgórz z gołymi skałami na wierzchołkach.
Wiedział, że jego dziadkowie hodują konie i wypożyczają je turystom na
wycieczki po górskich szlakach. Tego nie rozumiał. Nie rozumiał, po co
ktoś chce wsiąść na konia i jeździć wśród skał i drzew.
Jechali teraz drogą bardziej pokrytą pyłem niż żwirem i Coop zobaczył
krowy pasące się po jednej stronie. Liczył, że oznacza to kres podróży.
Nie spieszyło mu się na kolację u Chance'ów ani na spotkanie z tą głupią
gęsią, Lil.
Ale chciało mu się siku.
Dziadek zatrzymał samochód przed bramą, babcia wysiadła, otworzyła ją i zamknęła, gdy przejechali. Pęcherz dawał się Coopowi we znaki na
wybojach.
Wyłoniły się szopy, obory i stajnie lub cokolwiek to było. Pierwsze
znaki cywilizacji.
Na jednych polach coś rosło, po innych biegały konie, jakby nie miały
nic innego do roboty.
Dom, gdy wreszcie się ukazał, nie różnił się wiele od tego, w którym
mieszkali dziadkowie. Jedno piętro, okna, duży ganek. Tyle tylko, że ten
był niebieski, podczas gdy dziadków - biały.
Wokół domu rosło dużo kwiatów, które komuś, kto u dziadków nie musiał
uczyć się pielić, mogły wydawać się nawet ładne.
Na ganek wyszła kobieta i pomachała do nich. Też była ubrana w sukienkę.
Taką długą, która przywiodła mu na myśl zdjęcia hipisów. Kobieta miała
ciemne włosy związane w kucyk. Przed domem stały dwa pikapy i stary
samochód osobowy.
Dziadek, który prawie nic nie mówił, wysiadł z wozu.
- Cześć, Jenna.
- Miło cię widzieć, Sam. - Kobieta cmoknęła dziadka w policzek, a potem
odwróciła się do babki i mocno ją uścisnęła. - Lucy! Czy ci nie mówiłam,
żebyście niczego nie przywozili? - dodała, gdy babka wyjęła z samochodu
koszyk.
- Nie mogłam cię posłuchać. To placek z wiśniami.
- O, tym nie pogardzimy. A to jest pewnie Cooper. - Jenna wyciągnęła do
niego rękę jak do osoby dorosłej. - Witaj.
- Dziękuję pani.
Położyła mu dłoń na ramieniu.
- Wejdźmy do środka. Lil nie może się już doczekać, żeby cię poznać,
Cooper. Jeszcze kończy pomagać ojcu, ale oboje zaraz przyjdą. Może
lemoniady? Założę się, że po podróży chce ci się pić.
- Uhm. Chyba tak. Mogę pójść do toalety?
- Jasne. Mamy toaletę. - Mówiąc to, zaśmiała się z przekorą w ciemnych
oczach i Coop poczuł, że szyję oblewa mu fala gorąca.
Jakby wiedziała, że dla niego wszystko tu wygląda przedpotopowo i nędznie.
Zaprowadziła go do środka, przez duży salon, potem mniejszy pokój i kuchnię, w której pachniało podobnie jak u babki. Domowym jedzeniem.
- Łazienka jest po prawej stronie. - Swobodnie klepnęła go w ramię, a on
jeszcze bardziej się zarumienił. - Może napijemy się lemoniady na ganku
z tyłu domu i posiedzimy chwilę?! - zawołała do dziadków.
Jego matka nazwałaby to pomieszczenie toaletą. Wysikał się, potem umył
ręce nad małą umywalką w rogu. Obok niej na wieszaku wisiały
jasnoniebieskie ręczniki w różyczki.
Pomyślał, że w jego domu łazienka była dwa razy większa, z kryształową
wazą od Tiffany'ego na mydła. A ręczniki - znacznie miększe i z monogramami.
Nie spieszyło mu się do wyjścia, musnął palcem płatki margerytek, które
stały w drewnianej doniczce na umywalce. U niego w domu pewnie byłyby to
róże. Do tej pory nie zwracał uwagi na takie rzeczy.
Chciało mu się pić. Miał ochotę wziąć butelkę lemoniady, do tego może
paczkę cheetos, i wyciągnąć się na tylnym siedzeniu samochodu z game
boyem. Wszystko było lepsze od siedzenia, pewnie godzinami, z gromadą
obcych ludzi na ganku jakiejś starej chałupy.
Słyszał, jak rozmawiają i śmieją się w kuchni; pomyślał, że niedługo
będzie musiał do nich dołączyć.
Wyjrzał przez małe okno i uznał widok za nieciekawy. Znowu tylko padoki
i korrale, stajnie i silosy, tępe zwierzęta gospodarskie, dziwacznie
wyglądający sprzęt.
Nie to, że wolałby być teraz we Włoszech i łazić po tych starych
uliczkach, ale gdyby był z rodzicami, może przynajmniej zafundowaliby mu
pizzę.
Ze stajni wyszła dziewczyna, ciemnowłosa jak ta hipiska, więc domyślił
się, że to Lil. Miała na sobie podwinięte dżinsy, wysoko wiązane trampki
i czerwoną czapkę bejsbolówkę. Jej włosy były zaplecione w dwa długie
warkocze.
Wyglądała na niechlujną i głupią; od razu poczuł do niej niechęć.
Po chwili wyszedł za nią mężczyzna. Miał jasne włosy związane w długi
kucyk, co znowu podsuwało skojarzenie z ruchem hipisowskim. On także
nosił bejsbolówkę. Powiedział do dziewczyny coś, na co ta zaśmiała się i pokręciła głową. Zaczęła biec, ale mężczyzna ją złapał.
Coop usłyszał, że zapiszczała radośnie, gdy ten podrzucił ją w powietrzu.
Czy jego ojciec kiedykolwiek go gonił? - zastanowił się Coop. Czy
podrzucał go w powietrzu, a potem łapał i podrzucał znowu, że aż kręciło
się w głowie?
Nie przypominał sobie czegoś takiego. Ojciec odbywał z nim dyskusje, gdy
miał czas. A czas, co Coop wiedział, był towarem deficytowym.
Ale te wsioki oczywiście mają mnóstwo czasu - pomyślał. Nie żyją w świecie biznesu jak jego ojciec, prawnik w wielkiej kancelarii. Nie są
Sullivanami w trzecim pokoleniu jak on i nie ciąży na nich
odpowiedzialność związana z nazwiskiem.
Mogą więc podrzucać dzieciaki od rana do wieczora.
Ponieważ dziwnie ścisnęło go w żołądku, odwrócił się od okna. Nie miał
wyboru, poszedł więc męczyć się przez resztę dnia.
Lil zachichotała, gdy ojciec kolejny raz podrzucił ją w powietrzu.
Odzyskawszy oddech, próbowała spojrzeć na niego surowo.
- Wcale nie będzie moim chłopakiem.
- Teraz tak mówisz. - Josiah Chance znienacka połaskotał córkę pod
pachami. - Ale już ja będę miał oko na tego mieszczucha.
- Nie chcę mieć chłopaka. - Lil z doświadczeniem prawie dziesięciolatki
wyniośle machnęła ręką. - Są z nimi tylko kłopoty.
Joe przyciągnął ją do siebie i pogłaskał po policzku.
- Przypomnę ci o tym za kilka lat. Chyba już przyjechali. Chodź,
przywitamy się z nimi, a potem umyjemy.
Właściwie nie miała nic przeciwko chłopakom. I wiedziała, jak należy
zachowywać się w towarzystwie. Ale mimo to...
- A jeśli go nie polubię, czy będę musiała się z nim bawić? - zapytała.
- To nasz gość. W dodatku jest obcy na obcej ziemi. Czy nie chciałabyś,
żeby ktoś w twoim wieku był dla ciebie miły i oprowadził cię, gdybyś
znalazła się w Nowym Jorku?
Zmarszczyła smukły nosek.
- Wcale nie chcę jechać do Nowego Jorku.
- Założę się, że on także nie chciał przyjechać tutaj.
Nie rozumiała, dlaczego. Przecież mieli tu wszystko: konie, psy, koty,
góry, drzewa. Ale rodzice nauczyli ją, że choć ludzie pozornie różnią
się od siebie, w gruncie rzeczy są tacy sami.
- Będę dla niego miła.
Przynajmniej na początku - pomyślała.
- Ale nie uciekniesz i nie wyjdziesz za niego?
- Tato!
Przewróciła oczami w chwili, gdy chłopak zjawił się na ganku. Przyjrzała
mu się, jakby miała do czynienia z nowym gatunkiem.
Był wyższy, niż się spodziewała, a jego włosy miały kolor sosnowej kory.
Sprawiał wrażenie naburmuszonego albo smutnego. Ani jedno, ani drugie
nie wróżyło dobrze. Ubrany był według niej po miejsku, miał ciemne
dżinsy, niezbyt znoszone ani sprane, i sztywną białą koszulę. Wziął
szklankę lemoniady, którą poczęstowała go matka, i przyglądał się Lil
równie nieufnie jak ona jemu.
Wzdrygnął się, usłyszawszy krzyk jastrzębia, i Lil w porę się opanowała,
żeby nie parsknąć szyderczo śmiechem. Matce by się to nie podobało.
- Cześć, Sam. - Joe uśmiechnął się szeroko i wyciągnął rękę do gościa. -
Jak leci?
- Nie mogę narzekać.
- Hej, Lucy, ależ ładnie wyglądasz.
- Robię, co mogę. To nasz wnuk, Cooper.
- Miło cię poznać, Cooper. Witaj w Black Hills. A to moja mała Lil.
- Cześć. - Lil uniosła głowę. Miał niebieskie oczy - jasnoniebieskie jak
lód w górach. Nie uśmiechnął się, uśmiech nie pojawił się też w jego
oczach.
- Joe i Lil, idźcie się umyć. Zjemy na dworze - rzuciła Jenna. - Taki
ładny wieczór. Cooper, usiądź przy mnie i opowiedz, co lubisz robić w Nowym Jorku. Nigdy tam nie byłam.
Lil wiedziała z doświadczenia, że matka potrafi każdego rozbroić,
skłonić do mówienia i uśmiechu. Ale wyglądało na to, że Cooper Sullivan
z Nowego Jorku jest wyjątkiem. Odzywał się tylko wtedy, gdy ktoś zwracał
się do niego; przestrzegał zasad dobrego wychowania, ale nic ponadto.
Zasiedli przy stole ogrodowym, tak jak Lil lubiła najbardziej, i zabrali
się do jedzenia pieczonego kurczaka, sałatki ziemniaczanej i młodej
fasolki, którą matka rano zebrała w ogrodzie.
Rozmawiali o koniach, bydle i zbiorach, a także o pogodzie, książkach i sąsiadach. O tym wszystkim, co w świecie Lil odgrywało zasadniczą rolę.
Chociaż Cooper wydawał się Lil równie sztywny jak jego koszula, zmiótł z talerza wszystko i jeszcze poprosił o dokładkę. Poza tym specjalnie nie
otwierał ust. Dopóki ojciec nie wspomniał o bejsbolu.
- Boston przełamie tego roku złą passę.
Cooper prychnął i zaraz potem się skulił.
Joe z typową dla siebie swobodą wziął koszyk z bułkami i podsunął go
chłopcu.
- O, pan nowojorczyk. Jankesi czy Metsi?
- Jankesi.
- Szkoda słów. - Joe jakby ze współczuciem pokiwał głową. - Nie w tym
roku, mały.
- Mamy silne pole wewnętrzne, dobrych graczy. Proszę pana - dodał, jakby
sobie o tym przypomniał.
- Baltimore już was dogania.
- Udało im się fuksem. Polegli w zeszłym roku i w tym spadną na dalszą
pozycję.
- Ale wtedy podskoczą Red Soksi.
- Raczej się podczołgają.
- O, mądrala.
Cooper lekko zbladł, ale Joe ciągnął, jakby nie zauważył jego reakcji.
- Coś ci powiem, może gdyby wziąć Wade'a Boggsa i dorzucić Nicka
Esasky... I jeszcze...
- Dona Mattingly, Steve'a Saxa.
- George'a Steinbrennera.
Coop uśmiechnął się po raz pierwszy.
- Hm, nie można mieć wszystkiego.
- Skonsultuję się z moim ekspertem. Soksi czy Jankesi, Lil?
- Ani jedni, ani drudzy. Baltimore. Są młodzi, prą do przodu. Mają w zespole Franka Robinsona. Boston gra na luzie, ale im się nie uda.
Jankesi? Bez szans, nie w tym roku.
- Moje jedyne dziecko, a tak mnie rani. - Joe przyłożył dłoń do serca. -
Grasz u siebie, w domu, Cooper?
- Tak, proszę pana. Na drugiej bazie.
- Lil, zabierz Coopera za stajnię. Możecie trochę potrenować, żeby
spalić to, co zjedliście.
- Dobra.
Coop zsunął się z ławki.
- Dziękuję za kolację, pani Chance. Była pyszna.
Kiedy dzieci odeszły, Jenna spojrzała na Lucy.
- Biedny chłopiec - szepnęła.
Psy pobiegły naprzód, przez pole.
- Ja gram na trzeciej bazie - wyjaśniła Coopowi Lil.
- Gdzie? Tu nie ma gdzie grać.
- Tuż za Deadwood. Mamy boisko i własne rozgrywki ligowe. Będę pierwszą
kobietą, która zagra w lidze narodowej.
Coop prychnął.
- Kobiety nie mają wstępu do pierwszej ligi. Tak już jest.
- Co nie znaczy, że musi być. Tak zawsze mówi mama. Mnie się uda.
Znowu prychnął i chociaż zjeżyła się na to, wydał jej się
sympatyczniejszy. Przynajmniej nie był już taki sztywny.
- Za cienka jesteś.
- Gdzie za cienka?
Parsknął śmiechem i choć wiedziała, że śmiał się z niej, postanowiła dać
mu jeszcze jedną szansę.
W końcu powierzono go jej opiece. Bo był obcy na obcej ziemi.
- Gdzie wy tam gracie w Nowym Jorku? Myślałam, że wszędzie jest beton.
- Grywamy w Central Parku, a czasami w Queens.
- Co to jest Queens?
- Jedna z dzielnic.
- Jak to?
- Jezu, Nowy Jork to miasto i składa się z dzielnic.
Przystanęła, oparła pięści na biodrach i spojrzała na niego groźnie
ciemnymi, bardzo ciemnymi oczami.
- Jeśli próbujesz robić głupca z kogoś, kto zadaje ci pytanie, sam
jesteś głupcem.
Wzruszył ramionami i okrążył wraz z nią wielką oborę z czerwonej cegły.
Śmierdziało tam zwierzętami gospodarskimi, kurzem i kupami. Coop nie
mógł zrozumieć, jak ktoś może mieszkać w takim smrodzie, wśród tych
wszystkich odgłosów: gdakania, muczenia, parskania. Już miał rzucić na
ten temat jakąś szyderczą uwagę, kiedy zauważył ogrodzone siatką małe
boisko do bejsbola.
To nie było to, do czego przywykł, ale wyglądało nieźle. Ktoś, pewnie
ojciec Lil, wzniósł z trzech stron ogrodzenie z siatki. Za nim rosły
krzaki i jeżyny, przechodzące następnie w pole, na którym stało
bezczynnie stado krów. Przy oborze, pod daszkiem, zauważył zniszczoną
skrzynię. Lil otworzyła ją, po czym wyjęła rękawice, kije, piłki.
- Tata i ja trenujemy wieczorami po kolacji. Mama rzuca mi czasami
piłki, ale ma słabą rękę. Możesz odbijać pierwszy, jeśli chcesz, bo
jesteś gościem. Ale musisz włożyć kask. Takie są zasady.
Coop włożył kask, który mu podała, a potem sprawdził wagę kilku kijów. Z jednym z nich w ręku poczuł się wreszcie jak wtedy, gdy grał w game
boya.
- Tata z tobą trenuje?
- Jasne. Grał przez kilka sezonów w drugiej lidze, na wschodzie, więc
jest całkiem niezły.
- Naprawę? - Opadła mu szczęka. - Grał zawodowo?
- Przez kilka sezonów. Zrobił sobie coś w staw barkowy i się skończyło.
Postanowił pozwiedzać kraj i wylądował tutaj. Znalazł pracę u moich
dziadków - kiedyś ta farma należała do nich - i poznał mamę. Odbijasz?
- Uhm. - Coop stanął pod siatką i zamachnął się kilka razy na próbę.
Pozycja. Dziewczyna rzuciła prostą, wolną piłkę, tak że trafił w nią bez
problemu i wybił w pole.
- Ładnie, udało ci się. Mamy sześć piłek. Będziemy je chwytać w polu po
rzucie. - Ponownie przyjęła pozycję i posłała mu kolejną łatwą piłkę.
Coop poczuł lekki odrzut, gdy piłka poszybowała w kierunku pola. Odbił
trzecią, potem zakołysał biodrami i czekał na następną.
Lil zaimprowizowała rzut i go schrzaniła.
- Dobre ścięcie - powiedziała tylko, gdy spojrzał na nią spod zmrużonych
powiek.
Mocniej ujął kij i zaparł się piętami. Chciała go wyprowadzić w pole tym
niskim podkręconym. Odbił następną piłkę, posyłając ją w siatkę, tak że
aż o nią zadzwoniła.
- Kopsnij mi z powrotem te trzy piłki, jeśli chcesz - powiedziała. -
Rzucę ci jeszcze kilka.
- Nie. Teraz twoja kolej.
Już on jej pokaże.
Zamienili się miejscami. Zamiast ją najpierw zmylić od razu posłał mocną
piłkę. Udało jej się odbić, ale sfaulowała. Odbiła następną i posłała ją
w niebo. Ale już z trzecią poradziła sobie świetnie. Coop musiał
przyznać, że gdyby byli na prawdziwym boisku, wybiłaby ją.
- Niezła jesteś.
- Lubię odbijać wysoko i w pole gry. - Lil oparła kij o siatkę i ruszyła
w stronę pola. - W sobotę rozgrywamy mecz. Mógłbyś przyjść.
Jakiś kretyński mecz na zadupiu. Ale lepsze to niż nic - pomyślał.
- Czemu nie.
- Chodzisz na prawdziwe mecze? Na stadionie Jankesów?
- Pewnie, że tak. Mój ojciec dostaje bilety w sezonie, zawsze ma miejsca
na trybunie honorowej, tuż za linią trzeciej bazy.
- Nie mów!
Zaimponował jej i poczuł odrobinę satysfakcji. Od biedy mógł z kimś
pogadać o bejsbolu; nawet jeśli była to tylko wieśniaczka. Poza tym
wiedziała, co robi się z kijem i piłką, a to już duży plus.
Mimo to Coop w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, a potem patrzył, jak
Lil zgrabnie prześlizguje się pomiędzy drutami kolczastymi. Nie
protestował jednak, gdy się odwróciła i przytrzymała druty, żeby i on
mógł przejść.
- My oglądamy bejsbol w telewizji albo słuchamy transmisji przez radio.
A raz pojechaliśmy do Omaha, żeby obejrzeć mecz na żywo. Ale nigdy nie
byłam na rozgrywkach pierwszoligowych.
To mu przypomniało, gdzie się znajduje.
- Mieszkacie miliony lat świetlnych od jakiegokolwiek stadionu. Od
czegokolwiek.
- Tata mówi, że któregoś dnia zrobimy sobie urlop i pojedziemy na
wschód. Może na stadion Fenway, bo jest fanem Red Soksów. - Znalazła
piłkę i włożyła ją do kieszeni. - Lubi obstawiać najsłabszych.
- Mój ojciec zawsze obstawia zwycięzców.
- Tak robią wszyscy, a ktoś musi stawiać na słabeuszy. - Uśmiechnęła się
do niego i zamrugała długimi rzęsami przesłaniającymi ciemne brązowe
oczy. - W tym roku to będzie Nowy Jork.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu, zanim się zreflektował.
- Tak ci się tylko zdaje.
Podniósł piłkę i przerzucił ją z ręki do ręki, gdy ruszyli w stronę
drzew.
- Co robicie z tymi wszystkimi krowami?
- To bydło opasowe. Hodujemy je, a potem sprzedajemy. Żeby ludzie mieli
co jeść. Założę się, że nawet nowojorczycy jadają steki.
Uznał, że to obrzydliwe - już sama myśl, że patrząca na niego krowa
skończy któregoś dnia na czyimś talerzu, może nawet na jego, wydała mu
się okropna.
- Masz jakieś zwierzęta w domu? - zapytała.
- Nie.
Nie wyobrażała sobie, jak można żyć bez zwierząt w pobliżu. Ze
współczucia, że tak jest właśnie w jego przypadku, poczuła dławienie w gardle.
- W mieście jest chyba trudniej. Nasze psy... - Urwała, rozglądając się
w koło, a potem je dostrzegła. - Cały dzień biegają poza domem, a potem
zbierają się wokół stołu, bo liczą, że coś dostaną. To dobre psiska.
Możesz przyjeżdżać, żeby pobawić się z nimi, jeśli chcesz, no i żeby
pograć na boisku.
- Może. - Spojrzał na nią ukradkiem. - Dzięki.
- Niewiele dziewczyn, które znam, tak lubi bejsbol - zauważyła. - I jazdę na rowerze czy łowienie ryb. Ja tak. Tata uczy mnie też tropić.
Sam nauczył się tego od mojego dziadka, ojca mamy. I jest w tym naprawdę
dobry.
- Tropić?
- Zwierzęta i ludzi. Dla zabawy. Wszędzie jest mnóstwo śladów, można z nich wiele wyczytać.
- Skoro tak mówisz.
Uniosła głowę, gdy usłyszała jego lekceważący ton.
- Byłeś kiedyś na biwaku?
- A po co?
Uśmiechnęła się tylko.
- Zaraz zrobi się ciemno. Lepiej znajdźmy ostatnią piłkę i wracajmy. Gdy
przyjedziesz następnym razem, może tata zagra z nami albo zabierze nas
na przejażdżkę. Lubisz jeździć?
- Na koniu? To masz na myśli? Nie wiem. Głupio to wygląda.
Zrobiła zaciętą minę, tak jak przy uderzeniu piłki bejsbolowej.
- Wcale nie głupio. Głupio jest tak mówić tylko dlatego, że nic się o tym nie wie. Poza tym to frajda. Kiedy...
Nagle stanęła jak wryta. Gwałtownie wciągnęła powietrze i chwyciła Coopa
za ramię.
- Nie ruszaj się.
- Co? - Ponieważ dłoń na jego ramieniu zadrżała, serce podeszło mu do
gardła. - Wąż?
Przerażony spojrzał na trawę.
- Puma. - Ledwie to wykrztusiła. Stała nieruchomo, z drżącą ręką na jego
ramieniu, i patrzyła w gęste krzaki.
- Jak to? Gdzie? - Podejrzewał, że się wygłupia i chce go przestraszyć,
więc próbował strząsnąć jej rękę.
Początkowo nie widział nic z wyjątkiem zarośli, drzew oraz stoku
wzgórza. Potem dostrzegł cień.
- O cholera. Jasna cholera!
- Nie ruszaj się. - Patrzyła w tamto miejsce jak zahipnotyzowana. -
Jeśli zaczniesz uciekać, pobiegnie za tobą, a jest szybsza. Nie! -
Chwyciła go za ramię, gdy zrobił krok do przodu, ściskając w ręce piłkę.
- Nie rzucaj niczym, nie teraz. Mama mówi... - Nie mogła przypomnieć
sobie, co dokładnie mówiła jej matka. Nigdy wcześniej nie widziała
żadnego wielkiego kota, nie w rzeczywistości, nie w pobliżu farmy. -
Musimy narobić hałasu i ją spłoszyć.
Drżąc, wspięła się na palce, uniosła ramiona nad głowę i zaczęła
krzyczeć.
- Zjeżdżaj! Zjeżdżaj stąd! - I zawołała do Coopera. - Krzycz! Postaraj
się wyglądać groźnie!
Szybko zmierzyła pumę wzrokiem, od łba po czubek ogona. Chociaż serce
waliło jej w piersi ze strachu, nagle poczuła coś jeszcze.
Podziw.
Oczy pumy błyszczały w zapadającym zmroku - i jakby spoglądały prosto na
nią. Mimo że Lil zaschło w gardle, pomyślała: jest piękna, jest taka
piękna.
Zwierzę z wielką gracją zrobiło krok do przodu. Patrzyło na nich, jakby
się zastanawiało, czy zaatakować, czy się wycofać.
Coop zaczął wrzeszczeć tuż obok; głos miał ochrypły ze strachu. Lil
zobaczyła, jak wielki kot uchodzi w głębszy cień, a potem znika - plama
matowego złota, która tak ją urzekła.
- Uciekła! Uciekła! - krzyknął Coop.
- Nie uciekła - mruknęła Lil. - Odeszła.
Pulsowało jej w uszach, ale usłyszała, że ojciec ją woła, i odwróciła
się szybko. Biegł przez pole, wśród zdziwionych krów. Kilka jardów za
nim podążał dziadek Coopa. Trzymał strzelbę, którą, jak sobie
uświadomiła, musiał wziąć z domu. Towarzyszyły im psy; za nimi szła
matka ze śrutówką i babcia Coopa.
- Puma - wydusiła z siebie, zanim Joe podniósł ją i przytulił. - Tam. O tam. Poszła sobie.
- Wracajcie do domu. Coop. - Drugą ręką Joe przyciągnął do siebie
chłopca. - Oboje do domu. Natychmiast.
- Już odeszła, tato. Przestraszyliśmy ją.
- Do domu! - rzucił, gdy Jenna wyminęła Sama i podbiegła do nich.
- O Boże. Nic wam nie jest! - Objęła Lil i jednocześnie podała Joemu
śrutówkę. - Nic ci się nie stało? - Pocałowała córkę w policzek, we
włosy, a potem schyliła się i tak samo cmoknęła Coopa.
- Zabierz ich do domu, Jenna. Odprowadź dzieciaki i Lucy, i nie
wychodźcie.
- Idziemy, idziemy. - Jenna otoczyła dzieci ramionami i spojrzała w poważną twarz Sama, gdy się do nich zbliżył. - Uważajcie na siebie.
- Nie zabijajcie jej, tato! - krzyknęła Lil, gdy matka pociągnęła ją za
sobą. - Jest taka piękna. - Spojrzała w stronę zarośli, drzew, bo miała
nadzieję, że jeszcze zobaczy zwierzę. - Nie zabijajcie jej.
Rozdział 2
2
Coop miał potem kilka koszmarnych snów. W jednym z nich puma z błyszczącymi żółtymi oczami wskoczyła do jego pokoju przez okno i pożarła go łapczywie, zanim zdążył wydać choćby okrzyk. W drugim zgubił
się na wzgórzach, wśród drzew i skał, całe mile od domu. Nikt nie
przyszedł mu na pomoc. Nikt nie zauważył nawet, że go nie ma - pomyślał.
Ojciec Lil nie zabił pumy. W każdym razie nie było słychać strzałów. Po
powrocie obaj z dziadkiem zjedli placek z wiśniami i lody domowej roboty
i rozmawiali o czym innym.
Specjalnie. Coop znał te sztuczki dorosłych. Żadne z nich nie chciało
wspominać o tym, co się wydarzyło, dopóki dzieci nie pójdą do łóżek.
Pogodzony ze swoim zesłaniem, choć wciąż pełen niechęci, wykonywał
obowiązki, jadł posiłki, grał w game boya. Miał nadzieję, że jeśli
zrobi, co ma do zrobienia, dostanie dzień wolny i będzie mógł pojechać
na farmę Chance'ów, żeby pograć w bejsbol.
Może pan Chance też zagra, a wtedy mógłby go zapytać, jak to jest grać w bejsbol zawodowo. Ojciec wprawdzie chciał, żeby Coop poszedł na studia
prawnicze i pracował potem w rodzinnej firmie, ale może, może, zamiast
tego udałoby mu się zostać bejsbolistą.
Gdyby był dostatecznie dobry.
Przy tych myślach o bejsbolu, o ucieczce, o nędzy, jaką były te wakacje,
wielki kot o żółtych oczach mógł być tylko kolejną wizją senną.
W milczeniu jadł na śniadanie racuchy; tak nazywała je babka, która
krzątała się w starej kuchni. Dziadek już wyszedł, miał jakieś sprawy na
farmie. Coop jadł powoli, mimo że game boy był zabroniony przy stole. Po
śniadaniu czekały go prace na dworze.
Lucy nalała sobie kawy do grubego białego kubka, wzięła go i usiadła po
drugiej stronie stołu.
- Cóż, Cooper, jesteś już u nas dwa tygodnie.
- Chyba tak.
- Pora skończyć z tym ponuractwem. Jesteś dobrym, bystrym chłopcem.
Robisz, co ci się mówi, i nie narzekasz. Nie na głos w każdym razie.
Wyraz jej oczu - przenikliwy, wcale nie wredny - zdradzał, że wiedziała,
jak bardzo wyrzekał w myślach.
- To dobre cechy. Ale też jesteś smutny, rzadko się odzywasz i chodzisz
takim ciężkim krokiem, jakbyś był w więzieniu. To z kolei nie za dobrze.
Nic nie powiedział; chciał już zjeść śniadanie i zwiać. Zgarbił się,
pełen obaw, że teraz czeka go rozmowa. A to oznaczało, wiedział z doświadczenia, że babka zaraz mu powie, co jest z nim nie tak, czego się
po nim spodziewała i jaki sprawia jej zawód.
- Wiem, że jesteś wściekły, i masz do tego prawo. Dlatego te dwa
tygodnie były dla ciebie takie ciężkie.
Zamrugał, patrząc w talerz, a między jego brwiami pojawiła się
zmarszczka.
- Prawda jest taka, Cooper, że ja też jestem wściekła, za ciebie. Twoi
rodzice postąpili egoistycznie, zrobili coś, zupełnie się z tobą nie
licząc.
Uniósł głowę zaledwie o cal, zerknął w górę i napotkał jej spojrzenie.
Może to jakaś sztuczka, pomyślał, może babka zamierza go sprowokować,
żeby z czymś się wyrwał. A wtedy go ukarze, zabroni mu wychodzić z domu
albo coś takiego.
- Mogą robić, co chcą - odparł.
- Tak, owszem. - Energicznie skinęła głową i napiła się kawy. - Co nie
znaczy, że powinni. Cieszę się, że tu jesteś, tak samo jak dziadek. On
niewiele mówi, ale wiem, że tak jest. Wiem też jednak, że to egoistyczne
z naszej strony. Chcemy cię tu mieć, chcemy poznać naszego jedynego
wnuka, pobyć z nim trochę, bo wcześniej nie mieliśmy specjalnie okazji.
Ale ty się tu męczysz i przykro mi z tego powodu.
Patrzyła mu prosto w twarz. I nie wyglądało to na żadne sztuczki.
- Wiem, że wolałbyś być w domu, wśród kolegów - ciągnęła. - Chciałeś
pojechać na obóz bejsbolowy, tak jak rodzice ci obiecali. Tak, wiem o tym.
Znowu pokiwała głową i pijąc kawę, spojrzała surowym wzrokiem za okno.
Wyglądało na to, że naprawdę jest zła, tak jak powiedziała. Ale nie na
niego. Zła za niego.
A to było coś, czego już nie rozumiał. Coś, co powodowało dziwny ból i ściskanie w piersi.
- Wiem o tym - powtórzyła. - Chłopiec w twoim wieku nie ma wiele do
powiedzenia, nie ma dużego wyboru. Kiedyś to się zmieni, ale na razie
nic z tego. Więc możesz cieszyć się tym, co masz, albo być
nieszczęśliwy.
- Chciałbym po prostu wrócić do domu. - Nie zamierzał tego powiedzieć,
tylko tak pomyślał. Te słowa wyrwały mu się mimo woli, wydobyły ze
ściśniętej, przepełnionej bólem piersi.
Znowu spojrzała mu w oczy.
- Wiem, kochanie. Wiem. Żałuję, że nie mogę ci tego załatwić. Może mi
nie wierzysz, nie znasz mnie przecież za dobrze, ale naprawdę chciałabym
tego, co ty.
Nie chodziło o to, czy jej wierzył, czy nie, tylko o to, że w ogóle z nim rozmawiała. Rozmawiała tak, jakby był dla niej ważny. Dlatego
wyrzucił z siebie następne słowa, dając wyraz poczuciu krzywdy.
- Po prostu mnie tu wysłali, a nie zrobiłem nic złego. - W jego głosie
dało się słyszeć płacz. - Nie chcieli, żebym pojechał z nimi. Nie
chcieli mnie.
- My cię chcemy. Zdaję sobie sprawę, że to dla ciebie marna pociecha.
Ale musisz o tym wiedzieć, uwierzyć w to. Może kiedyś w życiu będziesz
potrzebował swojego miejsca na ziemi. Zawsze znajdziesz je tutaj.
Wypowiedział to najgorsze. Najgorsze, co nosił w sobie.
- Oni się rozwiodą.
Zamrugał powiekami i spojrzał na nią, bo spodziewał się, że zaprzeczy,
powie, że to nieprawda, będzie udawać, że wszystko jest w porządku.
- I co wtedy stanie się ze mną? - zapytał.
- Przeżyjesz to.
- Oni mnie nie kochają.
- My cię kochamy. My cię kochamy - zapewniła stanowczo, gdy znowu
pochylił głowę i nią pokręcił. - Po pierwsze dlatego, że jesteś naszym
wnukiem. Należysz do rodziny. Po drugie, bo tak i już.
Kiedy na jego talerz skapnęły dwie łzy, Lucy kontynuowała:
- Nie mogę mówić za nich, bo nie wiem, co czują, co myślą. Ale mogę
ocenić ich postępowanie. Jestem na nich wściekła. Jestem wściekła za to,
że cię ranią. Można powiedzieć, że to tylko jedno lato, jeszcze nie
koniec świata. Ale ci, którzy tak myślą, nie pamiętają, jak to jest mieć
jedenaście lat. Nie mogę sprawić, że będziesz czuł się tu szczęśliwy.
Ale, Cooper, zamierzam cię o coś prosić. Tylko o jedno, choć może będzie
to dla ciebie trudne. Zamierzam cię prosić, żebyś spróbował.
- Wszystko jest tu inaczej.
- Na pewno. Ale może znajdziesz w tej odmienności coś, co ci się
spodoba. A wtedy koniec sierpnia nie będzie wydawał ci się taki odległy.
Zrób to, Cooper, naprawdę spróbuj, a ja namówię dziadka, żeby kupił nowy
telewizor. Taki, do którego nie potrzeba tej anteny w kształcie
króliczych uszu.
Parsknął śmiechem.
- A jeśli spróbuję i mimo to nic mi się nie spodoba?
- Postaraj się.
- A jak długo mam się starać, zanim kupicie nowy telewizor?
Zaśmiała się, serdecznie i głośno, i z jakiegoś powodu na ten dźwięk
kąciki jego ust się uniosły, a ucisk w piersi zelżał.
- Sprytny chłopak. Dobra. Powiedzmy: dwa tygodnie. Dwa tygodnie
ponuractwa, dwa tygodnie prób. Włóż w to trochę serca, a będziemy mieli
w salonie nowy telewizor. Umowa stoi?
- Tak, babciu.
- Świetnie. Więc teraz wyjdź na dwór i poszukaj dziadka. Pracuje i chyba
potrzebuje pomocy.
- Dobrze. - Wstał. Później nie mógł zrozumieć, dlaczego nagle wyrzucił
to z siebie: - Strasznie na siebie krzyczą i nawet nie wiedzą, że jestem
w pobliżu. On uprawia seks z kimś innym. Chyba zdarza mu się to często.
Lucy wydała przeciągłe westchnienie.
- Podsłuchujesz, chłopcze?
- Czasami. Ale czasami tak krzyczą, że wcale nie muszę podsłuchiwać.
Nigdy nie słuchają, kiedy do nich mówię. Czasami udają, że słuchają, a czasami nawet tego im się nie chce. Nie obchodzi ich, czy mi coś
odpowiada, dopóki jestem cicho i nie wchodzę im w drogę.
- Tu jest inaczej.
- Może. Pewnie tak.
Wychodząc z domu, nie wiedział, co ma o tym myśleć. Żaden dorosły nigdy
nie rozmawiał z nim w ten sposób ani go nie słuchał. Dotąd też nikt nie
wypowiadał się krytycznie o jego rodzicach - chyba że sami nawzajem o sobie.
Powiedziała, że go tu chcą. Nikt nigdy nie mówił mu czegoś takiego.
Powiedziała to, choć musiała wiedzieć, że on nie chce tu być, i wyglądało na to, że wcale nie zamierzała wzbudzić w nim wyrzutów
sumienia. Wyglądało na to, że po prostu mówiła prawdę.
Zatrzymał się i rozejrzał wokół. Jasne, mógł spróbować, ale co miało mu
się tutaj spodobać? Konie, świnie i kurczęta? Same pola i wzgórza, nic
poza tym.
Polubił jej racuchy, ale chyba nie to miała na myśli.
Wsadził ręce do kieszeni i ruszył za dom, skąd dochodziło stukanie.
Teraz musiał pobyć z tym dziwnym, przeważnie milczącym dziadkiem. Jak
coś takiego mogło mu się spodobać?
Skręcił za róg i zobaczył Sama przy wielkiej stodole z białym silosem.
Na widok tego, co Sam wbijał w ziemię, odebrało mu mowę.
Ogrodzenie z metalowymi palikami - jak wokół boiska bejsbolowego.
Miał ochotę pobiec tam, przefrunąć nad podwórkiem. Ale zmusił się, żeby
iść spokojnie. Może to tylko wyglądało jak boisko do bejsbola. Może to
była po prostu zagroda dla zwierząt.
Sam uniósł głowę, zamachnął się i uderzył w palik.
- Spóźniłeś się do pracy.
- Tak, dziadku.
- Nakarmiłem już bydło, ale będziesz musiał zebrać jajka.
- Babcia powiedziała, że potrzebujesz pomocy.
- Nie. Już skończyłem. - Sam wyprostował się z niewielkim młotkiem w dłoni i cofnął o krok. W milczeniu zlustrował ogrodzenie z siatki.
- Jajka same nie wskoczą do wiadra - zauważył.
- Nie, dziadku.
- Gdy już zrobisz swoją robotę - dodał Sam, gdy Coop odwrócił się i zamierzał odejść - mógłbym ci rzucić kilka piłek. - Podszedł do kija,
który stał oparty o ścianę obory. - Użyłbyś tego. Zrobiłem go wieczorem.
Zaskoczony Cooper wziął kij i przesunął dłońmi po gładkim drewnie.
- Ty to zrobiłeś?
- Nie widzę powodu, żeby wydawać pieniądze.
- Tu jest... tu jest moje imię. - Coop z nabożeństwem dotknął palcami
wyrytych w drewnie liter.
- Dzięki temu będziesz wiedział, że jest twój. Zamierzasz pójść dziś po
te jajka czy nie?
- Już, dziadku. - Oddał Samowi kij. - Dziękuję.
- Nie nudzą ci się te cholerne uprzejmości, chłopcze?
- Tak, dziadku.
Samowi drgnęły usta.
- No idź już.
Coop ruszył w stronę kurnika, przystanął i odwrócił się.
- Dziadku? Nauczysz mnie jeździć konno?
- Zrób swoją robotę. A potem zobaczymy.
Były takie rzeczy, które zaczynały mu się podobać, przynajmniej trochę.
Lubił ćwiczyć odbicia po kolacji i to, jak dziadek zaskakiwał go co parę
rzutów zwariowanymi, śmiesznymi podpuchami. Lubił jeździć wokół korralu
na Dottie, drobnej klaczy, gdy już przestał się bać, że go kopnie albo
ugryzie.
Konie nie wydawały się już takie śmierdzące, kiedy człowiek oswoił się z nimi trochę albo gdy pojeździł na nich, nie robiąc w gacie ze strachu.
Podobała mu się burza z piorunami, która nadeszła znienacka pewnego
wieczoru i rozszalała się na niebie. Lubił nawet siedzieć - czasami - w oknie swojego pokoju i wyglądać przez nie. Wciąż brakowało mu Nowego
Jorku, kolegów i własnego życia, ale fajnie było obserwować gwiazdy i wsłuchiwać się w odgłosy domu, gdy wokół panowała cisza.
Nie lubił kur, ich smrodu i gdakania, ani wrednego błysku w oczach, gdy
szedł po jajka. Ale same jajka już lubił, czy to na śniadanie, czy w naleśnikach, ciastach i ciastkach.
W wielkim szklanym słoju babci zawsze były ciastka.
Nie lubił, gdy goście przychodzili z wizytą ani gdy jechał z dziadkami
do miasteczka i ich znajomi mierzyli go wzrokiem, mówiąc coś w rodzaju:
"Ach, więc to jest syn Missy!" (jego matka, która miała na imię
Michelle, w Nowym Jorku była nazywana Chelle). I zaraz potem dodawali,
że jest jak skóra zdarta z dziadka. Który był przecież stary.
Lubił widok pikapa Chance'ów, toczącego się po wybojach w kierunku domu
- mimo że Lil była dziewczyną.
Grała w bejsbol i nie chichotała przez większość czasu jak baby, które
znał. Nie słuchała bez przerwy New Kids on the Block i nie wzdychała do
nich. To był plus.
Jeździła konno lepiej niż on, ale się z niego nie nabijała. Po jakimś
czasie przestał myśleć, że zadaje się z dziewczyną. Zadawał się z Lil.
I już tydzień po rozmowie w kuchni - wcale nie dwa - w saloniku znalazł
się nowiutki telewizor.
- Nie ma sensu dłużej z tym zwlekać - oświadczyła babcia. - Dotrzymałeś
umowy. Jestem z ciebie dumna.
Nie przypominał sobie, żeby w całym jego życiu ktokolwiek był z niego
dumny - a przynajmniej tak mówił - tylko dlatego, że on się starał.
Kiedyś, gdy uznali, że dobrze sobie radzi na koniu, pozwolili mu wybrać
się z Lil na przejażdżkę, pod warunkiem że nie wyjadą poza pola i będą
widoczni z domu.
- I co? - zapytała Lil, gdy prowadzili konie przez trawę.
- Co "co"?
- Czy to takie głupie?
- Może nie. Ona jest całkiem cool. - Poklepał Dottie po szyi. - I lubi
jabłka.
- Szkoda, że nie pozwolili nam pojechać na wzgórza, tam to są widoki.
Ale tak daleko mogę jeździć tylko z rodzicami. Chociaż... - Rozejrzała
się, jakby chciała sprawdzić, czy ktoś nie podsłuchuje. - Raz wymknęłam
się przed świtem i pojechałam sama. Próbowałam wytropić pumę.
Wytrzeszczył oczy.
- Zwariowałaś?
- Dużo o nich czytałam. Wypożyczyłam książki z biblioteki. - Tego dnia
była w kowbojskim kapeluszu, a jeden z długich warkoczy przerzuciła
sobie przez ramię. - Przeważnie nie atakują ludzi. I nie podchodzą do
ich siedzib, do takich farm jak nasza, chyba że migrują albo coś
takiego.
Biło od niej podniecenie, gdy odwróciła się w siodle, aby spojrzeć na
oniemiałego Coopa.
- Było super! Naprawdę super! Znalazłam odchody, ślady i wszystko. Ale
potem zgubiłam trop. Nie chciałam być za długo poza domem, zresztą, gdy
wróciłam, rodzice już wstali. Ale udawałam, że wyszłam tylko na chwilę.
Zacisnęła usta i spojrzała na niego znacząco.
- Tylko nikomu nie mów.
- Nie jestem skarżypytą. - Co za zniewaga! - Ale nie możesz sama
wybierać się na takie wyprawy. Jasna cholera, Lil.
- Umiem tropić. Nie tak dobrze jak tata, ale całkiem nieźle mi idzie. I znam trasy. Chodzimy na wędrówki, urządzamy biwaki i tak dalej. Mam
kompas i sprzęt.
- A gdyby ona tam była?
- Zobaczyłabym ją. Tamtego dnia spojrzała na mnie, prosto na mnie. Jakby
mnie znała, i miałam wrażenie, że naprawdę mnie zna.
- Och, daj spokój.
- Poważnie. Dziadek mojej mamy był Siuksem.
- Czyli Indianinem.
- Uhm. Rdzennym Amerykaninem - poprawiła go. - Siuksem Lakota. Nazywał
się John Bystra Woda, a jego plemię, jego rodacy, żyli tu od pokoleń.
Każdym z nich opiekował się duch jakiegoś zwierzęcia. Może ta puma to
mój duch przewodnik.
- To nie był żaden duch.
Lil błądziła wzrokiem po wzgórzach.
- Słyszałam ją tamtej nocy. Wtedy gdy ją widzieliśmy. Słyszałam, jak
prycha.
- Prycha?
- Wydają taki dźwięk, bo nie umieją ryczeć. Ryczą tylko wielkie koty jak
lwy. Mają coś takiego w gardle. Zapomniałam, jak to się nazywa. Będę
musiała sprawdzić. W każdym razie chciałam ją znaleźć.
Mimowolnie poczuł dla niej podziw, choć to, co zrobiła, było
szaleństwem. Żadna ze znanych mu dziewczyn nie wymknęłaby się z domu,
żeby tropić dzikie zwierzę. Tylko Lil.
- Gdyby to ona cię znalazła, skończyłabyś jako śniadanie.
- Wcale nie wiadomo.
- Jasne, ale nie powinnaś jej więcej szukać.
- Wydaje mi się, że gdyby miała wrócić, to już by wróciła. Ciekawa
jestem, dokąd poszła. - Znowu zapatrzyła się w dal. - Mogliśmy wybrać
się na biwak. Tata to lubi. Pojechalibyśmy na wycieczkę i przenocowali w lesie. Dziadkowie na pewno pozwoliliby ci pojechać z nami.
- Noc w namiocie? W górach? - Pomysł był przerażający i kuszący
jednocześnie.
- Uhm. Złowilibyśmy rybę na kolację, zobaczylibyśmy wodospady, bizony,
dziką przyrodę. Może nawet spotkalibyśmy pumę. Gdy się dotrze na szczyt,
widać z niego Montanę. - Odwróciła się, gdy zabrzmiał dzwonek na
kolację. - Pora wracać. Wybierzemy się na biwak. Poproszę tatę. Będzie
zabawa.
Był na biwaku i nauczył się zakładać przynętę na haczyk. Poznał tę
przyprawiającą o dreszcz emocji przyjemność, jaką jest siedzenie przy
ognisku i słuchanie wycia wilka, podniecający widok ryby, którą złowił
raczej przez przypadek niż rozmyślne działanie i która połyskiwała
srebrzyście na końcu wędki.
Zmężniał, ręce mu stwardniały. Umiał odróżnić wapiti od jelenia i nauczył się wbijać gwoździe.
Mógł już galopować na koniu i bardzo go to ekscytowało.
Zdobył pozycję gościa w drużynie bejsbolowej Lil i wzbogacił nawet jej
technikę, wprowadzając bieg z ostrym zwrotem.
Gdy wiele lat później spojrzał wstecz, uświadomił sobie, że jego życie
bardzo zmieniło się tego lata i już potem nie było takie samo. Ale
jedyne, co wiedział w wieku jedenastu lat, to, że jest szczęśliwy.
Dziadek nauczył go rzeźbić w drewnie i ku jego wielkiej radości
podarował mu scyzoryk - na zawsze. Pokazał, jak oporządza się konia, od
łba po kopyta, jak sprawdza, czy się nie zranił i czy nie jest chory.
Jednakże przede wszystkim nauczył go rozmawiać z końmi.
- To widać po oczach - wyjaśniał. - Po całym ciele, po uszach, po
ogonie, ale głównie po oczach. One to widzą i ty to widzisz. - Trzymał
na wodzy krnąbrnego rocznego źrebaka, który stawał dęba i rył kopytem w ziemi. - Nieważne, co do nich mówisz, bo i tak zobaczą w twoich oczach,
co myślisz. Ten tutaj chce pokazać, że jest twardy, ale prawda wygląda
tak, że trochę się boi. Czego od niego chcemy, jakie mamy zamiary? Czy
mu się to spodoba? Czy będzie bolało?
Nawet zwracając się do Coopa, Sam patrzył źrebakowi w oczy i mówił
cichym, łagodnym tonem.
- Teraz ściągniemy mu wodze. Silna ręka to nie znaczy twarda ręka.
Trochę poluzował cugli, a potem mocno chwycił za uzdę. Źrebak szarpnął
się i zaczął tańczyć.
- Musi mieć imię. - Sam przesunął dłonią po szyi zwierzęcia. - Nadaj mu
je.
Coop oderwał wzrok od roczniaka i spojrzał na Sama.
- Ja?
- "Ja"? Co to za imię dla konia?
- To znaczy... Eee... Jones? Może być Jones jak Indiana Jones?
- Jego zapytaj.
- Myślę, że nazywasz się Jones. Jones był inteligentny i odważny. -
Źrebak wyraźnie skinął łbem z niewielką pomocą Sama, który trzymał go za
uzdę. - Odpowiedział, że tak! Widziałeś?
- Uhm, jasne. Przytrzymaj go teraz, stanowczo, ale nie ostro. Zarzucę mu
na grzbiet derkę pod siodło. Już się z nią oswoił. Przypomnij mu.
- Ja... To tylko derka. Derka, Jones, już ją znasz. To nie boli. Nie
zrobimy ci krzywdy. Miałeś już na grzbiecie derkę. Dziadek mówi, że dziś
cię osiodłamy. To też nie będzie bolało.
Jones patrzył Coopowi w oczy, strzygąc uszami, i ledwie zwrócił uwagę,
gdy na jego grzebiecie wylądowała derka.
- Może pojeżdżę na tobie, gdy już przyzwyczaisz się do siodła. Bo nie
ważę tyle, żeby to bolało. Dobrze, dziadku?
- Zobaczymy. Teraz trzymaj mocno, Cooper.
Sam podniósł siodło treningowe i zarzucił je źrebakowi na grzbiet. Jones
gwałtownie szarpnął łbem i wierzgnął.
- Wszystko w porządku. Wszystko w porządku. - Nie jest dziki, nie jest
zły, pomyślał Coop. Po prostu trochę się boi. Czuł, widział to w oczach
Jonesa. - To tylko siodło. Chyba na początku będziesz czuł się z nim
dziwnie. - W popołudniowym słońcu, nie zdając sobie sprawy, że jego
koszulka nasiąka potem, Coop przemawiał do zwierzęcia, podczas gdy
dziadek dopinał popręg.
- Wyprowadź go na wybieg, tak jak ci pokazywałem. Jak wcześniej bez
siodła. Będzie trochę wierzgał.
Sam cofnął się i zostawił Coopa z koniem. Oparł się o ogrodzenie, gotów
interweniować w razie potrzeby. Lucy z tyłu położyła mu dłoń na
ramieniu.
- To znak, prawda?
- Ma podejście - przyznał Sam. - Robi to z sercem i z głową. Tak, ten
chłopak ma rękę do koni.
- Chciałabym, żeby z nami został. Wiem - zastrzegła, zanim Sam zdążył
odpowiedzieć. - To nie nasze dziecko. Ale będę cierpiała. Czuję, że oni
nie kochają go tak jak my. Dlatego boli mnie, że musi do nich wrócić.
- Może zechce przyjechać następnego lata.
- Może. Ale do tego czasu będzie tu pusto. - Westchnęła i odwróciła się,
bo usłyszała warkot samochodu. - Przyjechał weterynarz. Przyniosę
dzbanek lemoniady.
*
Był to czternastoletni syn weterynarza, tyczkowaty świński blondyn zwany
Gullem, który po południu, w cieniu obory, poczęstował Coopa jego
pierwszą i ostatnią w życiu porcją tytoniu do żucia.
Mimo że Coop zwrócił już całe śniadanie, lunch i wszystko, co jeszcze
miał w żołądku, wciąż był, jak określił to Gull, zielony jak
szczypiorek. Lucy, zaniepokojona odgłosem wymiotów, porzuciła pracę w ogrodzie i pospiesznie udała się za oborę. Coop, na czworakach, nadal
rzygał, podczas gdy Gull stał obok i drapał się po głowie pod
kapeluszem.
- Jezu, Coop, może już dość?
- Co się stało? - ostro zapytała Lucy. - Co zrobiliście?
- Chciał tylko spróbować tytoniu do żucia. Nie sądziłem, że mu to
zaszkodzi, proszę pani.
- Och, na miłość boską... Dajesz chłopcu w jego wieku tytoń do żucia?
- Fakt, że można puścić pawia.
Ponieważ Coop najwyraźniej skończył, Lucy wyciągnęła do niego rękę.
- Chodź, chłopcze, pójdziemy do domu i umyjemy cię.
Energicznie zaprowadziła go do łazienki. Zbyt osłabiony, żeby
zaprotestować, Coop tylko jęknął, kiedy rozebrała go do gatek. Przemyła
mu twarz i dała zimnej wody do picia. Opuściła rolety w oknach,
przysiadła po jednej stronie łóżka i położyła mu rękę na czole. Coop
otworzył zamglone oczy.
- To było okropne.
- Dostałeś nauczkę. - Pochyliła się i cmoknęła go w czoło. - Nic ci nie
będzie. Przeżyjesz. - Nie tylko dziś, pomyślała. I siedziała przy nim,
dopóki nie zasnął po otrzymanej lekcji.
Coop wyciągnął się obok Lil na wielkiej płaskiej skale nad strumieniem.
- Wcale nie krzyczała ani nic takiego.
- Jak to smakowało? Tak jak pachnie? Bo pachnie ohydnie. I wygląda
ohydnie.
- Smakuje jak gówno - przyznał.
Zaśmiała się.
- Jadłeś kiedyś gówno?
- Nawąchałem się go dosyć przez całe lato. Końskiego, świńskiego,
krowiego, kurzego.
Wybuchła śmiechem.
- W Nowym Jorku też jest gówno.
- Ale przeważnie ludzkie. I nie muszę go zgarniać łopatą.
Przewróciła się na bok, podparła ręką głowę i przyjrzała mu się dużymi
ciemnymi oczami.
- Szkoda, że musisz wracać. To było najfajniejsze lato w moim życiu.
- W moim też. - Dziwnie się czuł, mówiąc to, ale wiedział, że tak jest.
I że jego najlepszym kumplem tego lata była dziewczyna.
- Może zostaniesz? Gdybyś poprosił, rodzice pozwoliliby ci tu
zamieszkać.
- Nie pozwolą. - Przekręcił się na plecy i spojrzał na krążącego w górze
jastrzębia. - Dzwonili zeszłego wieczoru, powiedzieli, że wracają w przyszłym tygodniu, że przyjadą po mnie na lotnisko i... Nie, nie
pozwolą.
- A gdyby pozwolili, chciałbyś?
- Sam nie wiem.
- Chcesz tam wrócić?!
- Nie wiem. - Okropnie było tego nie wiedzieć. - Chciałbym tu mieszkać i jeździć tam z wizytą. Chciałbym ujeżdżać Jonesa, jeździć na Dottie, grać
w bejsbol i łowić ryby. Ale też chciałbym zobaczyć mój pokój, pójść do
centrum handlowego i na mecz Jankesów. - Przekręcił się znowu w jej
stronę. - Może ty byś mogła przyjechać do Nowego Jorku? Poszlibyśmy na
stadion.
- Nie sądzę, żeby mnie puścili. - Oczy Lil posmutniały i zadrżała jej
dolna warga. - Pewnie już tu nie wrócisz.
- Wrócę.
- Przysięgasz?
- Przysięgam. - Na potwierdzenie uniósł dwa palce.
- Jeśli do ciebie napiszę, odpiszesz mi?
- Dobra.
- Za każdym razem?
Uśmiechnął się.
- Za każdym razem.
- No to wrócisz. Tak jak puma. Zobaczyliśmy ją pierwszego dnia, więc
jest jak nasz duch przewodnik. Jak... Nie pamiętam tego słowa, ale to
coś na szczęście.
Myślał o tym - o tym, jak przez całe lato mówiła o pumie, pokazywała mu
jej zdjęcia w książkach z biblioteki i w tych, które kupiła z kieszonkowego. Szkicowała ją z pamięci, a potem wieszała rysunki w swoim
pokoju, wśród trofeów bejsbolowych.
W ostatnim tygodniu pobytu na farmie Coop pracował nad czymś, używając
scyzoryka i narzędzi do drewna, pożyczonych od dziadka. Pożegnał się z Dottie, z Jonesem i innymi końmi, a nawet zajrzał ostatni raz do kur.
Spakował ubrania, buty i rękawice do pracy, które sprawili mu
dziadkowie. I swój ukochany kij bejsbolowy.
Teraz, tak jak podczas jazdy w przeciwną stronę przed wieloma
tygodniami, siedział z tyłu samochodu i patrzył przez okno. Wszystko
widział już inaczej: bezkresne niebo, ciemne wzgórza, ich postrzępione
skaliste wierzchołki, kryjące się za nimi lasy, potoki i doliny.
Może gdzieś tam wędruje puma Lil.
Skręcili na drogę prowadzącą do farmy Chance'ów, żeby i z nimi się
pożegnać.
Lil siedziała na stopniach ganku i Coop wiedział, że czekała na nich.
Ubrana była w czerwone szorty i niebieską koszulkę, spięte w kucyk włosy
miała przeciągnięte przez wycięcie z tyłu ulubionej bejsbolówki. Gdy się
zatrzymali, z domu wyszła jej matka, a zza rogu wybiegły psy, szczekając
i wpadając na siebie.
Lil wstała i matka położyła jej dłoń na ramieniu. Joe wyłonił się zza
domu, wetknął rękawice do tylnej kieszeni spodni i stanął z drugiej
strony obok córki.
Ten obraz zapadł Cooperowi w pamięć - matka, ojciec i córka jak wyspa
przed starym domem, w tle wzgórza, doliny i niebo, para płowych psów,
radośnie kręcących się w kółko.
Wysiadł z samochodu i odchrząknął.
- Przyjechałem, żeby się pożegnać.
Joe ruszył się pierwszy, podszedł i wyciągnął do niego rękę. Uścisnął
dłoń Coopa i nie puszczając jej, przykucnął, żeby spojrzeć mu w oczy.
- Wrócisz do nas, panie nowojorczyku.
- Tak. I przyślę wam zdjęcie ze stadionu Jankesów, gdy zdobędziemy
proporzec.
Joe się roześmiał.
- Twoje senne marzenie, synu.
- Uważaj na siebie. - Jenna obróciła mu czapkę daszkiem do tyłu i ucałowała go w czoło. - Bądź szczęśliwy. I nie zapomnij o nas.
- Nie zapomnę. - Nagle, onieśmielony, odwrócił się do Lil. - Zrobiłem
coś dla ciebie.
- Naprawdę? Co takiego?
Wyciągnął przed siebie pudełko i przestąpił z nogi na nogę, gdy je
otwierała.
- To chyba głupie. Nie wyszła mi za bardzo - tłumaczył, kiedy oglądała
małą pumę, którą wyciął z hikory. - Miałem kłopoty ze łbem i...
Urwał, zaskoczony, zmieszany, gdy zarzuciła mu ręce na szyję.
- Jest śliczna! Zachowam ją na zawsze. Poczekaj! - Obróciwszy się na
pięcie, wbiegła do domu.
- Udany prezent, Cooper. - Jenna spojrzała na niego poważnie. - Teraz
będzie miała swoją pumę, swoją własną. To dla niej symbol, a ty włożyłeś
w niego cząstkę siebie.
Lil wypadła z domu i zatrzymała się przed Coopem.
- To był mój skarb... przed pumą. Weź ją. To stara moneta - wyjaśniła,
podając mu prezent. - Znaleźliśmy ją zeszłej wiosny, gdy przekopywaliśmy
nowy ogród. Jest bardzo stara, musiała wypaść komuś z kieszeni dawno
temu. Tak wytarta, że prawie nic nie widać.
Cooper wziął od niej srebrny krążek, rzeczywiście tak wysłużony, że
ledwie można było zobaczyć wybity na rewersie zarys kobiecej głowy.
- Na szczęście. To... Mamo, jak brzmi to słowo?
- Talizman - podsunęła Jenna.
- Talizman - powtórzyła Lil. - Na szczęście.
- Musimy już jechać. - Sam klepnął Coopera w ramię. - Czeka nas jeszcze
długa podróż do Rapid City.
- Szczęśliwej drogi, panie nowojorczyku.
- Napiszę! - zawołała Lil. - Ale musisz odpowiedzieć.
- Obiecuję. - Ściskając w dłoni monetę, Coop wsiadł do samochodu.
Patrzył za siebie, dopóki grupka przed starym domem nie zmalała i zupełnie nie znikła.
Nie płakał. Miał w końcu już prawie dwanaście lat. Ale trzymał w ręce
starą srebrną monetę przez całą drogę do Rapid City.
Rozdział 3
3
Black Hills, czerwiec 1997
Lil prowadziła konia szlakiem w porannej mgle. Szła przez wysoką trawę,
przebyła mieniące się wody wąskiego strumienia, gdzie kryły się splątane
pnącza sumaka jadowitego, a potem zaczęli wspinaczkę. W powietrzu
pachniało wilgocią, sosnami i trawą, wschodzące słońce świeciło
łagodnie.
Ptaki śpiewały i nawoływały się wzajemnie. Lil usłyszała szorstką
piosenkę górskiego drozda, ochrypłe "czi-czi" czyżyka w locie, irytujące
ostrzeżenia żyjącej na piniach sójki.
Miała wrażenie, że las wokół niej ożywa, budzony przez szum potoku i promienie światła, przebijające się we mgle przez korony drzew.
Nie chciałaby być nigdzie indziej na świecie.
Zauważyła ślady, pewnie jelenia albo wapiti, i nagrała informację o tym
na dyktafonie, który miała w kieszeni kurtki. Wcześniej widziała trop
bizona i oczywiście liczne ślady trzody ojca.
Ale jak dotąd w trakcie tej trzydniowej wyprawy, na jaką się wybrała,
nie dostrzegła jeszcze śladów kota.
Poprzedniej nocy go słyszała. Odgłos, jaki wydał, poniósł się w mroku ku
gwiazdom i jasnemu księżycowi.
Jestem tutaj.
Uważnie przyglądała się zaroślom, podczas gdy koń, silna klacz, parł w górę, i słuchała śpiewu ptaków, które uwijały się w gałęziach sosny. Z gęstwiny czeremchy wirginijskiej wypadła ruda wiewiórka, przemknęła po
ziemi, wspięła się na pień sosny, uniosła łepek i zauważyła na niebie
jastrzębia, zataczającego kręgi w poszukiwaniu zdobyczy.
To wszystko, a także majestatyczne widoki z krawędzi urwisk i wodospady
w kanionach, sprawiało, że Black Hills były dla niej świętą ziemią.
Jeśli tu nie czuło się magii, to nie poczułoby się jej nigdzie; tak
przynajmniej myślała.
Wystarczało jej, że jest tutaj, że przeżywa to, co przeżywa, tropi, uczy
się. Niebawem znajdzie się w sali wykładowej, jako "nowa" w college'u -
o Boże! - z dala od wszystkiego, co znała. I chociaż była spragniona
wiedzy, nic nie mogło jej zastąpić tych widoków, dźwięków, zapachów
domu.
Przez te lata od czasu do czasu napotykała pumy. Ale chyba nigdy nie
trafiła na tę samą. Tę, którą widzieli z Coopem przed ośmiu laty. To
byłoby zresztą mało prawdopodobne. Widywała je wśród gałęzi drzew, nad
strumieniami, gdy przeskakiwały z jednego skalistego brzegu na drugi, a kiedyś, gdy pędziła z ojcem trzodę, dostrzegła jedną z nich przez
lornetkę, gdy ta dopadała młode wapiti.
W całym swoim życiu nie widziała nic, co by zrobiło na niej większe
wrażenie, nic bardziej rzeczywistego.
Przyglądała się też roślinności. Widoczne z daleka niezapominajki,
delikatne kosaćce missouryjskie, słoneczne nostrzyki żółte. To była
przecież część środowiska, element łańcucha pokarmowego. Zające,
jelenie, wapiti żywiły się trawą, liśćmi, owocami leśnymi, pączkami - a je z kolei zjadały wilki i koty.
Ruda wiewiórka mogła skończyć jako lunch krążącego w górze jastrzębia.
Ścieżka wyrównała bieg i wiodła na otwartą przestrzeń, porośniętą bujną,
zieloną i usianą dzikimi kwiatami trawą. Pasło się tam małe stado
bizonów, więc Lil dodała do swojego rejestru jeszcze byka, trzy krowy i dwa cielaki.
Jedno z cieląt bryknęło, zniknęło w trawie i wyłoniło się z niej ze
źdźbłami i kwiatami na łbie. Lil przystanęła z uśmiechem, żeby wyjąć
aparat fotograficzny, i zrobiła kilka zdjęć do swojego archiwum.
Mogła nazwać tego cielaka wesołkiem.
Może wyśle Coopowi tych kilka zdjęć, które zrobiła na szlaku. Mówił, że
pewnie przyjedzie tego lata, ale nie odpowiedział na list, który wysłała
do niego przed trzema tygodniami.
Nie traktował tak poważnie listów i e-maili jak ona. Zwłaszcza od kiedy
chodził z tą dziewczyną, którą poznał w college'u.
CeeCee - pomyślała Lil i przewróciła oczami. Co za kretyńskie imię!
Wiedziała, że Coop z nią sypia. Nie powiedział tego, właściwie nawet
starał się omijać ten temat. Ale Lil nie była głupia. Tak jak nie miała
wątpliwości - no, prawie nie miała - że sypiał też z tą dziewczyną ze
szkoły średniej. Pisał o niej.
Zoe.
Jezu, gdzie się podziały normalne imiona?
Miała wrażenie, że chłopcy cały czas myślą o seksie. Ale musiała
przyznać, że sama też ostatnio dużo o nim myśli.
Pewnie dlatego, że jeszcze nie przeżyła swojego "pierwszego razu".
Po prostu chłopcy jej nie interesowali - przynajmniej nie ci, których
znała. Może jesienią w college'u...
Nie to, że chciała zachować dziewictwo, ale po prostu nie widziała
sensu, żeby zawracać sobie głowę chłopakiem, którego nawet specjalnie
nie lubiła - zresztą jeśli nie rozpalał jej do czerwoności, nie byłoby
to żadne przeżycie, tylko ćwiczenie, prawda?
Pozycja na liście doświadczeń życiowych, którą się wykreśla.
Pragnęła - wydawało jej się, że pragnie - czegoś więcej.
Otrząsnęła się z tych myśli, schowała aparat fotograficzny i wyjęła
manierkę z wodą, żeby się napić. Pewnie będzie zbyt zajęta nauką i pracą
w college'u, żeby myśleć o seksie. Poza tym teraz najważniejsze było
lato, dokumentowanie tropów, siedlisk, praca nad modelami, notatkami. I namówienie ojca, żeby oczyścił kilka akrów ziemi na schronisko dla
zwierząt, które chciała stworzyć w przyszłości.
Rezerwat Przyrody Lillian Chance. Podobała jej się ta nazwa, ale nie
dlatego, że było w niej jej nazwisko, tylko dlatego, że zwierzęta
miałyby tam szansę2. Ludzie z kolei mogliby je oglądać, badać ich życie,
zajmować się nimi.
Któregoś dnia - pomyślała. Ale czekało ją jeszcze wiele nauki - a żeby
się uczyć, musiała opuścić to, co kochała najbardziej.
Miała nadzieję, że Coop jednak przyjedzie, choć na kilka tygodni, przed
jej wyjazdem do college'u. Że znowu wróci, tak jak jej puma. Bo wracał,
nie co roku, ale dość często. Przyjechał na dwa tygodnie rok po swoim
pierwszym pobycie u dziadków i następnego lata, na całe trzy cudowne
miesiące, gdy jego rodzice się rozwiedli.
Parę tygodni jednego razu, miesiąc drugiego, i zawsze podejmowali
znajomość w miejscu, w którym się urwała. Nawet jeśli Coop dużo mówił o swoich dziewczynach tam, w domu. Ale teraz nie widzieli się już całe dwa
lata.
Po prostu musi przyjechać.
Z lekkim westchnieniem odkręciła manierkę.
I nagle wszystko zdarzyło się bardzo szybko.
Lil poczuła, że klacz drży, spłoszona. W chwili gdy ściągnęła jej wodze,
z wysokiej trawy wyskoczyła puma. Błyskawicznie, tak że trudno się było
zorientować, co się dzieje, zaatakowała cielaka z wiankiem kwiatów na
łbie - pęd, ruch mięśni, bezgłośna śmierć. Stadko bizonów się
rozproszyło, matka zaryczała. Lil z trudem trzymała klacz na wodzy, gdy
byk ruszył na kota.
Ten prychnął gniewnie i uniósł się, żeby bronić zdobyczy. Lil ścisnęła
udami konia i trzymając wodze jedną ręką, drugą wyjęła ponownie aparat
fotograficzny.
Błysnęły pazury. Lil poczuła zapach krwi z przeciwległego końca łąki.
Klacz też to poczuła i wierzgnęła w panice.
- Stój spokojnie! My jej nie interesujemy. Dostała już, czego chciała.
Z boku cielaka pociekła krew. Zadudniły kopyta, rozległy się żałobnie
brzmiące porykiwania. Potem w powietrzu dźwięczało już jedynie echo - w wysokiej trawie pozostała tylko puma i jej łup.
Odgłos, jaki wydała, przypominał pomruk. Zabrzmiał głośno, jakby
triumfalnie. Wtedy napotkała wzrok Lil naprzeciwko i znieruchomiała. Lil
zadrżała ręka, ale nie mogła ryzykować i puścić wodzy, żeby przytrzymać
aparat. Zrobiła dwa poruszone zdjęcia kota, zdeptanej, zakrwawionej
trawy, ofiary.
Puma prychnęła i zaciągnęła zwłoki w zarośla, w cień sosen i brzóz.
- Ma małe do nakarmienia - mruknęła Lil, a jej głos zabrzmiał słabo i ochryple w porannym powietrzu. - Jasna cholera. - Wyjęła dyktafon i omal
go nie upuściła. - Spokojnie. Tylko spokojnie. Dobra, nagrywaj. Już.
"Samica pumy, długość ciała od łba po ogon: około dwóch metrów. Jezu,
waga około czterdziestu kilogramów. Typowa płowa maść. Wytropiła i zaatakowała ofiarę, cielę ze stada siedmiu bizonów pasących się w trawie. Obroniła zdobycz przed bykiem. Zaciągnęła ją do lasu, pewnie z powodu mojej obecności, bo jeśli ma potomstwo, jest pewnie jeszcze za
młode, żeby towarzyszyć jej na miejsce łowów. Zdobyła śniadanie dla
dzieci, które pewnie nie zostały jeszcze odstawione od piersi.
Zarejestrowane o... siódmej dwadzieścia pięć, dwunastego czerwca . O rany".
Chociaż miała na to wielką ochotę, zrezygnowała z dalszego tropienia
drapieżnika. Jeśli puma miała młode, w obronie ich i swojego terytorium
mogła zaatakować nawet jeźdźca na koniu.
- Darujemy sobie - zdecydowała Lil. - Chyba zresztą pora wracać.
Wybrała najkrótszą drogę, bo chciała już znaleźć się w domu i sporządzić
notatki. Mimo to dopiero po południu spotkała ojca i jego pomocnika
Jaya, którzy naprawiali ogrodzenie wokół pastwiska.
Krowy rozbiegły się, gdy przejechała przez środek ich stada i zatrzymała
konia przy wysłużonym starym dżipie.
- Moja dziewczynka. - Joe podszedł, klepnął ją w nogę i pogładził klacz
po szyi. - Wracasz do domu z dziczy?
- Cała i zdrowa, jak obiecałam. Cześć, Jay.
Chłopak, który nie odzywał się bez potrzeby, w odpowiedzi tylko dotknął
ronda kapelusza.
- Potrzebujecie pomocy? - zapytała ojca Lil.
- Nie, już prawie kończymy. Wapiti przeszło przez ogrodzenie.
- Sama widziałam po drodze kilka stad, no i stado bizonów. Byłam
świadkiem, jak puma zabiła cielaka na jednej z łąk.
- Puma? - zapytał Jay.
Zerknęła na niego. Znała tę minę. Puma oznaczała dla niego szkodnika i drapieżcę.
- Pół dnia jazdy stąd. Upolowała dość, żeby wyżywić siebie i swoje
młode. Nie musi schodzić niżej i dybać na nasze bydło.
- Nic ci się nie stało?
- Nie interesowała się mną - zapewniła ojca. - Pamiętaj, że puma
rozróżnia ofiary. Na ludzi nie poluje.
- Koty zjedzą wszystko, jeśli są głodne - mruknął Jay. - Podstępne
dranie.
- Pewnie bizon, który stał na czele stada, zgodziłby się z tobą. Ale nie
widziałam żadnych jej śladów w drodze powrotnej. Śladów, które by
wskazywały, że rozszerzyła aż dotąd swoje terytorium.
Gdy Jay wzruszył ramionami i wrócił do naprawy ogrodzenia, Lil
uśmiechnęła się do ojca.
- Jeśli nie jestem wam potrzebna, to jadę do domu. Dobrze mi zrobi
prysznic i coś zimnego do picia.
- Powiedz matce, że zostaniemy tu jeszcze kilka godzin.
Lil oporządziła konia, nakarmiła go i wypiwszy dwie szklanki mrożonej
herbaty, dołączyła do matki w ogrodzie warzywnym. Wzięła od niej motykę
i zabrała się do pracy.
- Wiem, że się powtarzam, ale to było zadziwiające. To, jak się
poruszała. Wiem, że są tajemnicze i podstępne, ale wciąż myślę, jak
długo tropiła stado, czaiła się tam, wybierała ofiarę, odpowiedni
moment, a ja nic nie zauważyłam. Patrzyłam, ale nic nie widziałam. Muszę
być bardziej czujna.
- Nie poruszyło cię to, że zabiła?
- Stało się to tak szybko i sprawnie. Po prostu zrobiła swoje,
rozumiesz? Gdybym się tego spodziewała, gdybym miała czas, żeby się
zastanowić, może zareagowałabym inaczej.
Westchnęła lekko, dotykając ronda kapelusza.
- Cielę było takie śliczne, z kwiatkami na łbie. Jednak życie to walka i w tym przypadku rozegrała się w ciągu kilku sekund. Może to dziwnie
zabrzmi, ale było w tym coś z aktu rytualnego.
Umilkła, żeby otrzeć pot z czoła.
- Będąc tam, widząc to, upewniłam się, że wiem, czym chcę się zajmować i czego muszę się w tym celu nauczyć. Zrobiłam zdjęcia. Przed, w trakcie i po.
- Kochanie, może to dziwaczne jak na kogoś, kto hoduje bydło na ubój,
ale chyba nie chciałabym oglądać, jak puma pożera cielę bizona.
Lil z uśmiechem wróciła do kopania.
- Wiedziałaś, czego chcesz, kim pragniesz być, gdy byłaś w moim wieku?
- Nie miałam bladego pojęcia. - Jenna przykucnęła i wyrwała chwasty
spomiędzy strzępiastych liści marchwi. Ręce miała sprawne, a ciało
smukłe i gibkie jak córka. - Ale jakoś po roku zjawił się tu twój
ojciec. Rzucił mi to swoje zawadiackie spojrzenie i już wiedziałam, że
pragnę jego, więc nie miał w tej kwestii dużego wyboru.
- A gdyby chciał wrócić na wschód?
- Pojechałabym z nim. Nie kochałam jeszcze wtedy tej ziemi. Ważny był
tylko on i chyba pokochałam to miejsce razem z nim. - Jenna zsunęła
kapelusz na tył głowy, spojrzała na rządki marchwi i fasoli, na młode
pomidory, a potem na pola zbóż i soi, na pastwiska. - Myślę, że ty je
pokochałaś, gdy tylko przyszłaś na świat.
- Nie wiem, gdzie rzuci mnie los. Tak wiele chciałabym się nauczyć i zobaczyć. Ale zawsze będę tu wracać.
- Liczę na to. - Jenna wstała. - Daj mi motykę, idź do domu i się umyj.
Ja jeszcze tu popracuję, a potem pomożesz mi przy kolacji.
Lil ruszyła w stronę domu. Zdjęła po drodze kapelusz, żeby otrzepać go z pyłu o spodnie, zanim wejdzie do środka. Marzyła o gorącym długim
prysznicu. Pomyślała, że gdy już pomoże matce w kuchni, porobi notatki i spisze swoje obserwacje. A jutro zawiezie film do miasta i odda do
wywołania.
Wśród rzeczy, na które oszczędzała, był aparat cyfrowy, ostatnia nowość.
I laptop - dodała w myślach. Przyznano jej stypendium, które miało
pokryć wydatki na studia, ale wiedziała, że na wszystko nie starczy.
Czesne, akademik, opłaty za ćwiczenia, podręczniki, dojazdy. Zbierze się
tego.
Dochodziła już prawie do domu, gdy usłyszała warkot silnika. Blisko,
oceniła, już na terenie farmy. Obeszła dom, żeby zobaczyć, kto jedzie i dlaczego z takim hałasem.
Oparła ręce na biodrach, gdy zobaczyła na drodze motocykl. Motocykliści
jeździli po okolicy regularnie, zwłaszcza latem. Od czasu do czasu jeden
czy drugi zapuszczał się tutaj, żeby zapytać o drogę albo o pracę na
kilka dni. Większość zajeżdżała jednak bardziej niepewnie, pomyślała
Lil, podczas gdy ten pruł prosto, jakby...
Kask i gogle zasłaniały mu włosy i większą część twarzy. Ale usta
rozciągnęły się w uśmiechu i Lil już wiedziała. Śmiejąc się głośno,
wybiegła mu naprzeciw. On zatrzymał motocykl za pikapem ojca i przerzucił nogę nad ramą, odpinając jednocześnie kask. Położył go na
siodełku, odwrócił się i złapał ją niemal w powietrzu.
- Coop! - Przytuliła się do niego mocno, gdy okręcił się z nią w miejscu. - Przyjechałeś.
- Powiedziałem, że przyjadę.
- Może. - Ściskając go, poczuła, że coś w niej wzbiera, jakby fala
gorąca. Był inny. Dojrzał. Nabrał tężyzny, tak że pomyślała o nim jak o mężczyźnie, nie o chłopcu.
- Powiedziałem i jestem. - Postawił ją na ziemi i przyjrzał jej się
uważnie, wciąż uśmiechnięty. - Urosłaś.
- Trochę. Ale chyba już na tym się skończy. Ty też się zmieniłeś.
Był wyższy i potężniejszy, a kilkudniowy zarost przydawał mu seksapilu -
oceniła. Włosy, dłuższe, niż gdy widziała go ostatnim razem, wiły mu się
wokół twarzy, tak że jasnoniebieskie oczy wydawały się jeszcze bardziej
przejrzyste, wyrazistsze.
Znowu zrobiło jej się gorąco.
Odwrócił się, żeby spojrzeć na dom, i wziął ją za rękę.
- Wygląda tak samo jak dawniej. Okiennice są odmalowane, ale poza tym
wygląda tak samo.
Ty natomiast nie - pomyślała. Niezupełnie.
- Od kiedy tu jesteś? Nikt nie mówił, że przyjechałeś.
- Od dziesięciu sekund. Zadzwoniłem do dziadków, kiedy dotarłem do Sioux
Falls, ale powiedziałem im, żeby nic wam nie mówili. - Puścił jej dłoń,
ale zaraz objął Lil ramieniem. - Chciałem zrobić ci niespodziankę.
- Udało ci się. Naprawdę.
- Przyjechałem najpierw tu.
Wtedy uświadomiła sobie, że wszystko, czego pragnęła i co najbardziej
kochała, znalazło się w zasięgu ręki.
- Wejdź do środka. Jest mrożona herbata. Od kiedy go masz?
Zerknął za siebie na motocykl.
- Od prawie roku. Pomyślałem, że gdybym przyjechał tu na lato, fajnie by
się jeździło po okolicy.
Przystanął u stóp schodów, uniósł głowę i przyjrzał jej się znowu.
- Co?
- Wyglądasz... dobrze.
- Nieprawda. - Odgarnęła włosy, które potargały się pod kapeluszem o płaskim rondzie. - Właśnie wróciłam ze szlaku. Śmierdzę. Gdybyś
przyjechał pół godziny później, zdążyłabym się umyć.
On jednak tylko na nią patrzył.
- Dobrze wyglądasz. Stęskniłem się za tobą, Lil.
- Wiedziałam, że wrócisz. - Poddając się, padła mu w ramiona i zamknęła
oczy. - Powinnam się domyślić, że przyjedziesz, kiedy zobaczyłam pumę.
- Co takiego?
- Wszystko ci opowiem. Wejdźmy do środka, Coop. Witaj w domu.
Gdy przyszli rodzice, przywitali się z Coopem i usiedli z nim w salonie,
Lil pomknęła na piętro. Długi gorący prysznic, o którym marzyła,
zamienił się w ekspresowy. Tylko bez przesady - nakazała sobie; lekko
musnęła różem policzki, pociągnęła rzęsy tuszem i nieznacznie pomalowała
błyszczykiem usta. Ponieważ musiałaby czekać wieki, żeby włosy jej
wyschły, jeszcze wilgotne związała w koński ogon.
Pomyślała o kolczykach, ale uznała, że to byłoby już zbyt oczywiste.
Czyste dżinsy i świeża bluzka - postanowiła. Zwyczajnie, naturalnie.
Serce waliło jej jak młotem.
To było dziwne, dziwaczne, zaskakujące, ale cała płonęła.
Coop wyglądał inaczej - niby tak samo, a jednak inaczej. Twarz miał
bardziej pociągłą, a na policzkach pojawiły mu się fascynujące
zagłębienia. Włosy, zmierzwione, wyglądały seksownie z tymi
rozjaśnionymi przez słońce pasmami. Opalił się już trochę - przypomniała
sobie, jaki robił się śniady od słońca. A jego oczy, ten ich lodowaty
błękit, obudziły w niej jakieś nieznane pragnienia.
Żałowała, że go nie pocałowała. Ot tak, po przyjacielsku, w stylu
"cześć, Coop". Wreszcie wiedziałaby, jak to jest, wiedziałaby, jakie to
uczucie dotknąć ustami czyichś ust.
Uspokój się - poleciła sobie. Pewnie zdrowo by się uśmiał, gdyby
wiedział, o czym ona myśli. Kilka razy zaczerpnęła powietrza, a potem
powoli zeszła po schodach.
Słyszała ich w kuchni: śmiech matki, żartobliwy ton ojca - i głos Coopa.
Niższy czy nie niższy niż kiedyś?
Musiała się zatrzymać i znowu odetchnąć kilka razy. Potem przywołała
uśmiech na twarz i wkroczyła do kuchni.
Urwał w środku zdania i objął ją spojrzeniem. Zamrugał powiekami. Gdy w jego oczach błysnęło zaskoczenie, poczuła ciarki na całym ciele.
- Więc zostajesz na kolację? - zapytała.
- Właśnie usiłowaliśmy go na to namówić. Ale czekają na niego Lucy i Sam
- odpowiedziała Jenna. - Spotkamy się tu wszyscy na pikniku w niedzielę.
- Oczywiście. Pamiętam ten pierwszy piknik. Moglibyśmy też trochę pograć
w bejsbol.
- Założę się, że wciąż potrafię dać ci w kość. - Lil oparła się o blat i uśmiechnęła tak, że znowu zamrugał powiekami.
- To się jeszcze zobaczy.
- Liczyłam na przejażdżkę tą zabawką, którą tam zostawiłeś.
- Harley to żadna zabawka - zauważył surowo.
- Weźmiesz mnie na przejażdżkę?
- Jasne. W niedzielę...
- Myślałam, że teraz. Moglibyśmy, prawda? - Zwróciła się do matki. - Na
pół godziny?
- Och, czy ja wiem... Masz kaski, Cooper?
- Mam, kupiłem drugi, bo pomyślałem, że się przyda.
- Ile mandatów dostałeś, jeżdżąc na tym? - zapytał Joe.
- Od czterech miesięcy żadnego - odparł Coop z szerokim uśmiechem.
- Przywieź moją córkę z powrotem w takim stanie, w jakim ją zabierasz.
- Jasne. Dziękuję za herbatę. - Wstał. - Do zobaczenia w niedzielę.
Jenna patrzyła za nimi, jak wychodzili, a potem spojrzała na męża.
- Och - jęknęła.
Posłał jej słaby uśmiech.
- Powiedziałbym raczej: "O cholera".
Lil na dworze przyjrzała się kaskowi, który Coop jej podał.
- Nauczysz mnie prowadzić tę maszynę? - zapytała.
- Może.
Włożyła kask i zapinając go, popatrzyła na Coopa.
- Poradziłabym sobie.
- Uhm, nie wątpię. - Wsiadł na motocykl. - Myślałem o tym, żeby
zamontować damskie siodełko, ale...
- Nie jestem jakąś tam panienką - oburzyła się i usiadła za nim.
Przysunęła się i objęła go rękami w pasie. Czy czuł, jak bije jej serce?
- No to jazda, Coop!
Kiedy ruszył i rozpędził się na wiejskiej drodze, wydała okrzyk
zachwytu.
- To prawie tak samo dobre jak jazda na koniu! - zawołała.
- Na autostradzie jest jeszcze lepiej. Pochylaj się na zakrętach -
poradził - i trzymaj mnie mocno.
Uśmiechnęła się za nim. Miała taki zamiar.
Coop odmierzał ziarno, podczas gdy słońce wpadało do kurnika przez
okienka na górze. Słyszał, jak babcia, karmiąc kury, podśpiewuje przy
akompaniamencie ich gdakania. Konie w boksach parskały i przeżuwały
głośno.
Zabawne, jak wszystko do niego wróciło - zapachy, dźwięki, barwy światła
i cienia. Minęły dwa lata, odkąd oporządzał i karmił konia, odkąd
siedział przy dużym kuchennym stole nad talerzem racuchów.
A miał wrażenie, jakby to było wczoraj.
Dobrze było mieć taką stałą w życiu, gdy tyle się zmieniało. Przypomniał
sobie, jak przed laty leżał z Lil na skale nad potokiem; ona zawsze
wiedziała, czego chce. I tak pozostało.
On natomiast nie wiedział.
Dom, pola, wzgórza - wszystko było takie samo jak wtedy, gdy stąd
wyjeżdżał. Podobnie dziadkowie - pomyślał. Czyżby naprawdę uważał ich za
starych przez te wszystkie lata? Teraz wydawali mu się silni i krzepcy,
miał wrażenie, że przez osiem lat w ogóle się nie zmienili.
Lil natomiast bardzo się zmieniła.
Kiedy tak... zakwitła?
Jeszcze przed dwoma laty była po prostu Lil. Ładna, jasne - zawsze była
ładna. Ale wtedy rzadko myślał o niej jak o dziewczynie, a zwłaszcza
atrakcyjnej dziewczynie.
A teraz stała się nią - z tymi krągłościami i ustami, oczami, które
sprawiały, że krew zaczynała szybciej krążyć mu w żyłach.
Nie może tak o niej myśleć. Nie. Są przyjaciółmi, najlepszymi
przyjaciółmi. Nie powinien zwracać uwagi na jej piersi, myśleć o tym, że
je czuł, gdy przywarła do niego podczas tej szaleńczej jazdy na
motocyklu.
Twarde i miękkie jednocześnie, fascynujące.
A już na pewno nie powinien śnić o tym, że kładzie na nich ręce - i na
reszcie jej ciała.
Jednak zdarzyło mu się to. Już dwa razy.
Osiodłał roczną klacz, zgodnie z prośbą dziadka, i wyprowadził na
korral, żeby ją potrenować.
Lucy, która nakarmiła i napoiła bydło, a także zebrała jajka, wyszła na
dwór i usiadła na ogrodzeniu z desek, żeby popatrzeć.
- Ma jeszcze narowy - zauważyła, kiedy młoda klacz wierzgnęła zadnimi
nogami.
- Rozsadza ją energia. - Coop ściągnął cugle, żeby klacz biegła po kole.
- Wybrałeś już dla niej imię?
Uśmiechnął się lekko. Od czasu Jonesa wybór imion dla roczniaków
tradycyjnie należał do niego - czy był na farmie, czy nie.
- Ma takie ładne cętki. Myślałem, żeby nazwać ją Pieguską.
- Pasuje do niej. Masz dryg, Cooper, do nadawania imion i do koni.
Zawsze miałeś.
- Tęsknię za nimi, gdy jestem na wschodzie.
- A gdy jesteś tutaj, tęsknisz za domem. To całkiem naturalne. - Nie
odpowiedział, więc ciągnęła: - Jesteś młody. Jeszcze się nie
ustatkowałeś.
- Mam prawie dwadzieścia lat, babciu. Chyba powinienem już wiedzieć, o co mi chodzi w życiu. Do diaska, ty w moim wieku byłaś mężatką.
- To były inne czasy, inny świat. Dwudziestolatkowie są dziś pod pewnymi
względami mniej dojrzali niż kiedyś, a pod innymi bardziej. Jeszcze
zdążysz się ustatkować.
Spojrzał na nią przez ramię - silną, z krótszymi włosami, które wiły się
trochę bardziej, z głębszymi zmarszczkami wokół oczu, ale taką samą jak
dawniej. I tak samo jak kiedyś mógł jej powiedzieć, co mu chodziło po
głowie albo leżało na sercu, bo wiedział, że go wysłucha.
- Ty ustatkowałaś się za wcześnie? Żałujesz?
- Nie, bo jestem tutaj, siedzę na płocie i patrzę, jak mój wnuk trenuje
ładną klacz. Ale ja to nie ty. Wyszłam za mąż w wieku osiemnastu lat,
przed dwudziestką urodziłam pierwsze dziecko i przez całe życie prawie
nie wyjeżdżałam poza granice Missisipi. Nie to co ty, Cooper.
- Nie wiem, kim jestem. Pierwsze dziecko? - Spojrzał na nią. -
Powiedziałaś "pierwsze dziecko".
- Straciliśmy dwójkę, już po urodzeniu się twojej mamy. Ciężko było.
Nadal jest. Myślę, że dlatego Jenna i ja tak szybko zbliżyłyśmy się do
siebie. Po Lil urodziła martwe dziecko, a potem jeszcze poroniła.
- Nie wiedziałem o tym.
- Takie rzeczy się zdarzają i trzeba żyć dalej. Nie ma innego wyjścia.
Jeśli dopisze ci szczęście, dostajesz coś od życia. Ja dostałam, prawda?
A Jenna i Josiah... oni mają Lil.
- Lil chyba dobrze wie, czego chce.
- Ta dziewczyna patrzy w przyszłość.
- A... - Starał się, żeby zabrzmiało to niedbale. - Spotyka się z kimś?
To znaczy z jakimś facetem?
- Wiem, o co ci chodzi - sucho odparła Lucy. - O nikim takim nie
słyszałam. Chłopak Nodocków robił do niej słodkie oczy, ale Lil chyba
nie była nim specjalnie zainteresowana.
- Nodock? Gull Nodock? Jezu, on ma już ze dwadzieścia dwa czy trzy lata.
Jest za stary, żeby kręcić się koło Lil.
- Nie Gull. Jesse. Jego brat. Młodszy. Jest mniej więcej w twoim wieku.
A ty, Cooper? Podoba ci się Lil?
- Mnie? Lil? Nie. - Cholera, pomyślał. Jasna cholera. - Jesteśmy
przyjaciółmi i to wszystko. Traktuję ją jak siostrę.
Lucy z nieprzeniknioną miną postukała obcasem w płot.
- Twój dziadek i ja też byliśmy tylko przyjaciółmi, gdy się zeszliśmy.
Chociaż nie sądzę, żeby kiedykolwiek widział we mnie siostrę. Ale Lil
patrzy w przyszłość, jak powiedziałam. Ta dziewczyna ma plany.
- Zawsze miała.
Kończąc robotę na ten dzień, Coop myślał o tym, żeby osiodłać jednego z koni i wybrać się na długą przejażdżkę. Miał ochotę na Jonesa, ale
roczniak, którego niegdyś pomagał szkolić, stał się prawdziwą gwiazdą w wypożyczalni koni prowadzonej przez dziadków.
Coop zastanawiał się dalej nad wyborem konia i już miał osiodłać
wielkiego dereszowatego wałacha, gdy zobaczył Lil, która szła w stronę
korralu.
Wstyd się przyznać, ale poczuł, że zasycha mu w gardle.
Miała na sobie dżinsy i jaskrawoczerwoną koszulę, zdarte wysokie buty i sfatygowany szary kapelusz z szerokim, miękkim rondem, a pod nim
rozpuszczone włosy.
Doszedłszy do ogrodzenia, wskazała palcem sakwę, którą niosła na
ramieniu.
- Mam tu żarcie na piknik i chętnie się nim podzielę. Reflektuje ktoś?
- Może.
- Tylko muszę wypożyczyć konia. Dałabym w zamian pieczonego kurczaka.
- Wybierz sobie.
- Podoba mi się ta srokata klacz. - Wskazała ruchem głowy.
- Dam ci siodło i pójdę powiedzieć dziadkom.
- Wstąpiłam już do nich. Nie mają nic przeciwko. Jest jeszcze wcześnie.
Możemy z tego skorzystać. - Przerzuciła sakwę przez płot. - Wiem, gdzie
jest uprząż. Idź, osiodłaj swojego konia.
Czy byli przyjaciółmi, czy nie, nie widział nic złego w tym, żeby
spojrzeć za nią, gdy się oddalała, a przy okazji stwierdził, że świetnie
leżą na niej dżinsy.
Zabrali się do pracy w rytmie, który oboje dobrze znali. Coop uniósł
sakwę i aż się skrzywił.
- Dużo tych kurczaków.
- Mam tu dyktafon, aparat fotograficzny i... resztę ekwipunku. Lubię
nagrywać spostrzeżenia, gdy jestem na szlaku. Myślałam, żebyśmy
pojechali nad potok i wybrali jedną z bocznych dróg przez las. Można tam
pogalopować, a i widoki są piękne.
Posłał jej znaczące spojrzenie.
- Terytorium pumy?
- Rzeczywiście, to teren tych dwóch, które wytropiłam w tym roku. Ale
nie dlatego proponuję tę trasę. - Uśmiechnęła się, zarzucając siodło na
grzbiet klaczy. - To piękna przejażdżka, a nad potokiem jest polana.
Świetne miejsce na piknik. Godzina drogi stąd, jeśli nie chcesz za
bardzo się oddalać.
- W ciągu godziny akurat nabiorę apetytu. - Wskoczył na konia i mocniej
nasadził kapelusz na głowę. - Którędy?
- Na południowy zachód.
- No to jazda.
Lekko dźgnął wałacha piętami. Pogalopowali przez podwórko i pola.
Był taki czas, pomyślała Lil, że jeździła konno lepiej od niego, o wiele
lepiej. Ale teraz musiała przyznać, że byli sobie równi pod tym
względem. Klacz, lekka i szybka, dawała jej przewagę, więc przy wiejącym
od tyłu wietrze dotarła do linii drzew o jedną długość przed nim.
Śmiejąc się, z błyszczącymi oczami, pochyliła się, żeby nagrodzić klacz
klepnięciem w szyję.
- Jeździsz konno w Nowym Jorku?
- Nie.
Wyprostowała się w siodle.
- Mówisz, że nie dosiadałeś konia przez dwa lata?
Wzruszył ramionami.
- To jak jazda na motocyklu.
- Nie, to jak jazda na koniu. Jak ty... - Nie dokończyła. Pokręciła
głową i skierowała konia między sosny.
- Jak ja co?
- Jak wytrzymujesz, nie robiąc tego, co tak lubisz?
- Mam inne zajęcia.
- Jakie?
- Jazdę na motocyklu, słuchanie muzyki, imprezy.
- Uganianie się za dziewczynami.
Skrzywił usta w uśmiechu.
- Nie uciekają zbyt szybko.
Gwizdnęła.
- Dam głowę. A CeeCee nie ma nic przeciw temu, że zostawiłeś ją na całe
lato?
Znowu wzruszył ramionami. Przejeżdżali przez podmokły teren, wśród drzew
i głazów.
- Nie chodzimy z sobą na poważnie. Ona ma swoje sprawy, ja mam swoje.
- Myślałam, że jesteście nierozłączni.
- Nieszczególnie. Słyszałem z kolei, że ty prowadzasz się z Jessem
Nodockiem.
- O Boże, nie! - Zaśmiała się, odrzucając głowę do tyłu. - To miły
facet, ale trochę nierozgarnięty. W gruncie rzeczy chodzi mu tylko o zapasy.
- Zapasy? Jak to... - Oczy mu dziwnie pociemniały. - Ach, zapasy z tobą?
Robiłaś to z Nodockiem?
- Nie. Umówiłam się z nim parę razy. Nie podoba mi się sposób, w jaki
całuje. Jak na mój gust robi to marnie. Powinien popracować nad
techniką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki