Czarne Wzgórza - Nora Roberts

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

1

Dakota Połu­dniowa, czer­wiec 1989

Życie Coopera Sul­li­vana się skoń­czyło, wie­dział o tym. Sędzia i przy­się­gli - w postaci rodzi­ców - nie dali się prze­bła­gać, nie ule­gli jego roz­sąd­nym argu­men­tom, napa­dom gniewu ani groź­bom, ska­zali go i wypra­wili w drogę, z dala od wszyst­kiego, co znał i lubił, w świat pozba­wiony wypo­ży­czalni wideo i big maców.

Jedyne, co rato­wało go przed śmier­cią z nudów albo utratą zdro­wych zmy­słów, to nie­oce­niony game boy.

Coop się zorien­to­wał, że pod­czas tej odsiadki - dwóch strasz­nych, głu­pich mie­sięcy na dur­nym Dzi­kim Zacho­dzie - może liczyć tylko na niego i tetris. Miał świa­do­mość, że ta gra, którą ojciec przy­wiózł mu nie­mal z linii mon­ta­żo­wej w Tokio, była rodza­jem łapówki.

Coop miał jede­na­ście lat i nie dawał sobie wci­skać kitu.

Prak­tycz­nie nikt w całych Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie miał jesz­cze game boya i to było cool. Ale co z tego, że on posia­dał coś, o czym inni tylko marzyli, skoro nie mógł się tym pochwa­lić przed kole­gami?

Przez to mógł być tylko Clar­kiem Ken­tem czy Bruce'em Wayne'em, mar­nym alter ego cool face­tów.

Wszy­scy jego kum­ple zostali tam, w Nowym Jorku, miliony lat świetl­nych stąd. Spę­dzali lato w mie­ście, urzą­dzali wypady na plaże Long Island albo Jer­sey Shore. Jemu obie­cano dwu­ty­go­dniowy obóz bejs­bo­lowy w lipcu.

Ale to było wcze­śniej.

Teraz jego rodzice prze­by­wali we Wło­szech, we Fran­cji albo innym głu­pim miej­scu, bo urzą­dzili sobie drugi mie­siąc mio­dowy. Tak ład­nie nazwali roz­pacz­liwą próbę rato­wa­nia mał­żeń­stwa.

Nie. Coop nie dał sobie wci­snąć kitu.

Mie­siąc mio­dowy z synem nie byłby roman­tyczny, wysłali go więc do dziad­ków, do tej zapa­dłej dziury w cho­ler­nej Dako­cie Połu­dnio­wej.

Zapo­mniana przez Boga i ludzi Dakota Połu­dniowa. Mnó­stwo razy sły­szał to okre­śle­nie z ust matki, tylko nie tego dnia, kiedy cała w uśmie­chach powie­działa mu, że czeka go przy­goda; pozna swoje korze­nie. Zapo­mniana przez Boga i ludzi dziura nagle stała się dzie­wi­cza, dzika i pod­nie­ca­jąca. Jakby nie wie­dział, że matka ucie­kła od rodzi­ców, z tej ich nędz­nej małej farmy, gdy tylko skoń­czyła osiem­na­ście lat.

Tkwił więc teraz w miej­scu, z któ­rego sama zwiała, choć niczym na to nie zasłu­żył. To prze­cież nie jego wina, że ojciec nie mógł utrzy­mać fiuta w spodniach i że matka rekom­pen­so­wała to sobie zaku­pami na Madi­son Ave­nue, o czym Coop się dowia­dy­wał, regu­lar­nie ich pod­słu­chu­jąc. Zawa­lili sprawę, a on został zesłany na jakąś gów­nianą farmę do dziad­ków, któ­rych led­wie znał.

A do tego oni byli naprawdę sta­rzy.

Miał poma­gać przy koniach, które śmier­działy i spra­wiały wra­że­nie, jakby chciały ugryźć. I przy kur­cza­kach, które śmier­działy i naprawdę dzio­bały.

Dziad­ko­wie nie mieli gosposi, która robi­łaby mu omlety czy zbie­rała jego żoł­nie­rzyki. I zamiast samo­cho­dami jeź­dzili pika­pami. Nawet leciwa babka.

Od wielu dni nie widział nor­mal­nego samo­chodu.

Miał swoje obo­wiązki i musiał jadać domowe posiłki przy­go­to­wane z pro­duk­tów, które widział pierw­szy raz w życiu. I może było to nawet cał­kiem dobre żar­cie, ale prze­cież nie o to cho­dziło.

Jedyny tele­wi­zor w domu led­wie odbie­rał i nie było w pobliżu ani jed­nego McDo­nalda. Żad­nego chiń­skiego żar­cia ani pizzy, które można by zamó­wić. Żad­nych kum­pli. Żad­nego cen­trum han­dlo­wego, kina, skle­pów z wide­oka­se­tami.

Mógłby rów­nie dobrze wylą­do­wać w Rosji czy jakimś takim miej­scu.

Uniósł głowę znad game boya, wyj­rzał przez okno samo­chodu i zoba­czył to, co nazy­wał wielką pustką. Głu­pie góry, głu­pia pre­ria, głu­pie drzewa. Cią­gle taki sam widok, odkąd wyje­chali z farmy. Przy­naj­mniej dziad­ko­wie prze­stali mu prze­szka­dzać w grze, opo­wia­da­jąc, co mijają po dro­dze.

Jakby obcho­dziły go te wszyst­kie histo­rie o osad­ni­kach, India­nach i żoł­nier­zach, któ­rzy pętali się tutaj, zanim się uro­dził. Cho­lera, nawet zanim uro­dzili się jego pre­hi­sto­ryczni dziad­ko­wie.

Kogo obcho­dził Sza­lony Koń czy Sie­dzący Byk? Jego inte­re­so­wali X-Meni i wyniki roz­gry­wek bejs­bo­lo­wych.

A już wszystko, zda­niem Coopa, wyja­śniał fakt, że naj­bliż­sze mia­steczko nazy­wało się Deadwood1.

Miał gdzieś kow­bo­jów, konie i bawoły. Jego świa­tem był bejs­bol i gry wideo. A tym­cza­sem przez całe lato miał nie zoba­czyć ani jed­nego meczu na sta­dio­nie Jan­ke­sów.

Rów­nie dobrze mógłby nie żyć.

Zauwa­żył stado jakby zmu­to­wa­nych jeleni, które szły przez wysoką trawę, a za nim mnó­stwo drzew i te głu­pie wzgó­rza, które tak naprawdę były zie­lone. Dla­czego więc nazy­wały się czarne? Dla­tego, że był w prze­klę­tej Dako­cie Połu­dnio­wej, gdzie ludzie są szur­nięci.

Nie widział za to żad­nych budyn­ków, ludzi, ulic, ulicz­nych han­dla­rzy. Nie widział nic z tego, co było dla niego domem.

Babka odwró­ciła się na przed­nim fotelu, żeby na niego spoj­rzeć.

- Widzia­łeś wapiti, Cooper?

- Chyba tak.

- Nie­ba­wem będziemy u Chance'ów - wyja­śniła. - To miło z ich strony, że zapro­sili nas wszyst­kich na kola­cję. Polu­bisz Lil. Jest pra­wie w tym samym wieku co ty.

Znał zasady.

- Tak, bab­ciu. - Jakby miał zamiar zada­wać się z jakąś dziew­czyną. Głu­pią wiej­ską babą, która pew­nie zala­tuje koniem. I wygląda jak koń.

Pochy­lił głowę i wró­cił do tetris, żeby babka zosta­wiła go w spo­koju. Tro­chę przy­po­mi­nała mu matkę. Matkę w star­szym wieku, z nie­ufar­bo­wa­nymi na blond wło­sami, bez loków i maki­jażu. Ale widział ją w tej dziw­nej sta­rej kobie­cie ze zmarszcz­kami wokół oczu.

Tro­chę to było prze­ra­ża­jące.

Miała na imię Lucy i miał mówić do niej "bab­ciu".

Goto­wała i pie­kła. Stale. I roz­wie­szała pra­nie na sznu­rze za domem. Szyła i sprzą­tała, śpie­wa­jąc przy tym. Miała nawet ładny głos, jeśli ktoś lubił cze­goś takiego słu­chać.

Poma­gała też przy koniach i Coop musiał przy­znać, że był zasko­czony i pod wra­że­niem, kiedy zoba­czył, jak wsko­czyła na grzbiet jed­nego z nich, choć był nie­osio­dłany.

Taka stara kobieta - pew­nie miała co naj­mniej pięć­dzie­siątkę, na miłość boską. Ale cał­kiem dobrze się trzy­mała.

Prze­waż­nie nosiła dżinsy, kra­cia­ste koszule i buty z cho­le­wami. Tego dnia jed­nak wło­żyła sukienkę i roz­pu­ściła ciemne włosy, które zwy­kle zapla­tała w war­kocz.

Nie zauwa­żył, że skrę­cili z bie­gną­cej w nie­skoń­czo­ność drogi, dopóki nie zaczęli pod­ska­ki­wać na wybo­jach. Kiedy zer­k­nął przez okno, zoba­czył jesz­cze wię­cej drzew, już mniej pła­ski teren i rysu­jące się w oddali góry. Było tu wię­cej zie­lo­nych wzgórz z gołymi ska­łami na wierz­choł­kach.

Wie­dział, że jego dziad­ko­wie hodują konie i wypo­ży­czają je tury­stom na wycieczki po gór­skich szla­kach. Tego nie rozu­miał. Nie rozu­miał, po co ktoś chce wsiąść na konia i jeź­dzić wśród skał i drzew.

Jechali teraz drogą bar­dziej pokrytą pyłem niż żwi­rem i Coop zoba­czył krowy pasące się po jed­nej stro­nie. Liczył, że ozna­cza to kres podróży. Nie spie­szyło mu się na kola­cję u Chance'ów ani na spo­tka­nie z tą głu­pią gęsią, Lil.

Ale chciało mu się siku.

Dzia­dek zatrzy­mał samo­chód przed bramą, bab­cia wysia­dła, otwo­rzyła ją i zamknęła, gdy prze­je­chali. Pęcherz dawał się Coopowi we znaki na wybo­jach.

Wyło­niły się szopy, obory i staj­nie lub cokol­wiek to było. Pierw­sze znaki cywi­li­za­cji.

Na jed­nych polach coś rosło, po innych bie­gały konie, jakby nie miały nic innego do roboty.

Dom, gdy wresz­cie się uka­zał, nie róż­nił się wiele od tego, w któ­rym miesz­kali dziad­ko­wie. Jedno pię­tro, okna, duży ganek. Tyle tylko, że ten był nie­bie­ski, pod­czas gdy dziad­ków - biały.

Wokół domu rosło dużo kwia­tów, które komuś, kto u dziad­ków nie musiał uczyć się pie­lić, mogły wyda­wać się nawet ładne.

Na ganek wyszła kobieta i poma­chała do nich. Też była ubrana w sukienkę. Taką długą, która przy­wio­dła mu na myśl zdję­cia hipi­sów. Kobieta miała ciemne włosy zwią­zane w kucyk. Przed domem stały dwa pikapy i stary samo­chód oso­bowy.

Dzia­dek, który pra­wie nic nie mówił, wysiadł z wozu.

- Cześć, Jenna.

- Miło cię widzieć, Sam. - Kobieta cmok­nęła dziadka w poli­czek, a potem odwró­ciła się do babki i mocno ją uści­snęła. - Lucy! Czy ci nie mówi­łam, żeby­ście niczego nie przy­wo­zili? - dodała, gdy babka wyjęła z samo­chodu koszyk.

- Nie mogłam cię posłu­chać. To pla­cek z wiśniami.

- O, tym nie pogar­dzimy. A to jest pew­nie Cooper. - Jenna wycią­gnęła do niego rękę jak do osoby doro­słej. - Witaj.

- Dzię­kuję pani.

Poło­żyła mu dłoń na ramie­niu.

- Wejdźmy do środka. Lil nie może się już docze­kać, żeby cię poznać, Cooper. Jesz­cze koń­czy poma­gać ojcu, ale oboje zaraz przyjdą. Może lemo­niady? Założę się, że po podróży chce ci się pić.

- Uhm. Chyba tak. Mogę pójść do toa­lety?

- Jasne. Mamy toa­letę. - Mówiąc to, zaśmiała się z prze­korą w ciem­nych oczach i Coop poczuł, że szyję oblewa mu fala gorąca.

Jakby wie­działa, że dla niego wszystko tu wygląda przed­po­to­powo i nędz­nie.

Zapro­wa­dziła go do środka, przez duży salon, potem mniej­szy pokój i kuch­nię, w któ­rej pach­niało podob­nie jak u babki. Domo­wym jedze­niem.

- Łazienka jest po pra­wej stro­nie. - Swo­bod­nie klep­nęła go w ramię, a on jesz­cze bar­dziej się zaru­mie­nił. - Może napi­jemy się lemo­niady na ganku z tyłu domu i posie­dzimy chwilę?! - zawo­łała do dziad­ków.

Jego matka nazwa­łaby to pomiesz­cze­nie toa­letą. Wysi­kał się, potem umył ręce nad małą umy­walką w rogu. Obok niej na wie­szaku wisiały jasno­nie­bie­skie ręcz­niki w różyczki.

Pomy­ślał, że w jego domu łazienka była dwa razy więk­sza, z krysz­ta­łową wazą od Tif­fany'ego na mydła. A ręcz­niki - znacz­nie mięk­sze i z mono­gra­mami.

Nie spie­szyło mu się do wyj­ścia, musnął pal­cem płatki mar­ge­ry­tek, które stały w drew­nia­nej doniczce na umy­walce. U niego w domu pew­nie byłyby to róże. Do tej pory nie zwra­cał uwagi na takie rze­czy.

Chciało mu się pić. Miał ochotę wziąć butelkę lemo­niady, do tego może paczkę che­etos, i wycią­gnąć się na tyl­nym sie­dze­niu samo­chodu z game boyem. Wszystko było lep­sze od sie­dze­nia, pew­nie godzi­nami, z gro­madą obcych ludzi na ganku jakiejś sta­rej cha­łupy.

Sły­szał, jak roz­ma­wiają i śmieją się w kuchni; pomy­ślał, że nie­długo będzie musiał do nich dołą­czyć.

Wyj­rzał przez małe okno i uznał widok za nie­cie­kawy. Znowu tylko padoki i kor­rale, staj­nie i silosy, tępe zwie­rzęta gospo­dar­skie, dzi­wacz­nie wyglą­da­jący sprzęt.

Nie to, że wolałby być teraz we Wło­szech i łazić po tych sta­rych ulicz­kach, ale gdyby był z rodzi­cami, może przy­naj­mniej zafun­do­wa­liby mu pizzę.

Ze stajni wyszła dziew­czyna, ciem­no­włosa jak ta hipi­ska, więc domy­ślił się, że to Lil. Miała na sobie pod­wi­nięte dżinsy, wysoko wią­zane trampki i czer­woną czapkę bejs­bo­lówkę. Jej włosy były zaple­cione w dwa dłu­gie war­ko­cze.

Wyglą­dała na nie­chlujną i głu­pią; od razu poczuł do niej nie­chęć.

Po chwili wyszedł za nią męż­czy­zna. Miał jasne włosy zwią­zane w długi kucyk, co znowu pod­su­wało sko­ja­rze­nie z ruchem hipi­sow­skim. On także nosił bejs­bo­lówkę. Powie­dział do dziew­czyny coś, na co ta zaśmiała się i pokrę­ciła głową. Zaczęła biec, ale męż­czy­zna ją zła­pał.

Coop usły­szał, że zapisz­czała rado­śnie, gdy ten pod­rzu­cił ją w powie­trzu.

Czy jego ojciec kie­dy­kol­wiek go gonił? - zasta­no­wił się Coop. Czy pod­rzu­cał go w powie­trzu, a potem łapał i pod­rzu­cał znowu, że aż krę­ciło się w gło­wie?

Nie przy­po­mi­nał sobie cze­goś takiego. Ojciec odby­wał z nim dys­ku­sje, gdy miał czas. A czas, co Coop wie­dział, był towa­rem defi­cy­to­wym.

Ale te wsioki oczy­wi­ście mają mnó­stwo czasu - pomy­ślał. Nie żyją w świe­cie biz­nesu jak jego ojciec, praw­nik w wiel­kiej kan­ce­la­rii. Nie są Sul­li­va­nami w trze­cim poko­le­niu jak on i nie ciąży na nich odpo­wie­dzial­ność zwią­zana z nazwi­skiem.

Mogą więc pod­rzu­cać dzie­ciaki od rana do wie­czora.

Ponie­waż dziw­nie ści­snęło go w żołądku, odwró­cił się od okna. Nie miał wyboru, poszedł więc męczyć się przez resztę dnia.

Lil zachi­cho­tała, gdy ojciec kolejny raz pod­rzu­cił ją w powie­trzu. Odzy­skaw­szy oddech, pró­bo­wała spoj­rzeć na niego surowo.

- Wcale nie będzie moim chło­pa­kiem.

- Teraz tak mówisz. - Josiah Chance znie­nacka poła­sko­tał córkę pod pachami. - Ale już ja będę miał oko na tego miesz­czu­cha.

- Nie chcę mieć chło­paka. - Lil z doświad­cze­niem pra­wie dzie­się­cio­latki wynio­śle mach­nęła ręką. - Są z nimi tylko kło­poty.

Joe przy­cią­gnął ją do sie­bie i pogła­skał po policzku.

- Przy­po­mnę ci o tym za kilka lat. Chyba już przy­je­chali. Chodź, przy­wi­tamy się z nimi, a potem umy­jemy.

Wła­ści­wie nie miała nic prze­ciwko chło­pa­kom. I wie­działa, jak należy zacho­wy­wać się w towa­rzy­stwie. Ale mimo to...

- A jeśli go nie polu­bię, czy będę musiała się z nim bawić? - zapy­tała.

- To nasz gość. W dodatku jest obcy na obcej ziemi. Czy nie chcia­ła­byś, żeby ktoś w twoim wieku był dla cie­bie miły i opro­wa­dził cię, gdy­byś zna­la­zła się w Nowym Jorku?

Zmarsz­czyła smu­kły nosek.

- Wcale nie chcę jechać do Nowego Jorku.

- Założę się, że on także nie chciał przy­je­chać tutaj.

Nie rozu­miała, dla­czego. Prze­cież mieli tu wszystko: konie, psy, koty, góry, drzewa. Ale rodzice nauczyli ją, że choć ludzie pozor­nie róż­nią się od sie­bie, w grun­cie rze­czy są tacy sami.

- Będę dla niego miła.

Przy­naj­mniej na początku - pomy­ślała.

- Ale nie uciek­niesz i nie wyj­dziesz za niego?

- Tato!

Prze­wró­ciła oczami w chwili, gdy chło­pak zja­wił się na ganku. Przyj­rzała mu się, jakby miała do czy­nie­nia z nowym gatun­kiem.

Był wyż­szy, niż się spo­dzie­wała, a jego włosy miały kolor sosno­wej kory. Spra­wiał wra­że­nie nabur­mu­szo­nego albo smut­nego. Ani jedno, ani dru­gie nie wró­żyło dobrze. Ubrany był według niej po miej­sku, miał ciemne dżinsy, nie­zbyt zno­szone ani sprane, i sztywną białą koszulę. Wziął szklankę lemo­niady, którą poczę­sto­wała go matka, i przy­glą­dał się Lil rów­nie nie­uf­nie jak ona jemu.

Wzdry­gnął się, usły­szaw­szy krzyk jastrzę­bia, i Lil w porę się opa­no­wała, żeby nie par­sk­nąć szy­der­czo śmie­chem. Matce by się to nie podo­bało.

- Cześć, Sam. - Joe uśmiech­nął się sze­roko i wycią­gnął rękę do gościa. - Jak leci?

- Nie mogę narze­kać.

- Hej, Lucy, ależ ład­nie wyglą­dasz.

- Robię, co mogę. To nasz wnuk, Cooper.

- Miło cię poznać, Cooper. Witaj w Black Hills. A to moja mała Lil.

- Cześć. - Lil unio­sła głowę. Miał nie­bie­skie oczy - jasnonie­bie­skie jak lód w górach. Nie uśmiech­nął się, uśmiech nie poja­wił się też w jego oczach.

- Joe i Lil, idź­cie się umyć. Zjemy na dwo­rze - rzu­ciła Jenna. - Taki ładny wie­czór. Cooper, usiądź przy mnie i opo­wiedz, co lubisz robić w Nowym Jorku. Ni­gdy tam nie byłam.

Lil wie­działa z doświad­cze­nia, że matka potrafi każ­dego roz­broić, skło­nić do mówie­nia i uśmie­chu. Ale wyglą­dało na to, że Cooper Sul­li­van z Nowego Jorku jest wyjąt­kiem. Odzy­wał się tylko wtedy, gdy ktoś zwra­cał się do niego; prze­strze­gał zasad dobrego wycho­wa­nia, ale nic ponadto.

Zasie­dli przy stole ogro­do­wym, tak jak Lil lubiła naj­bar­dziej, i zabrali się do jedze­nia pie­czo­nego kur­czaka, sałatki ziem­nia­cza­nej i mło­dej fasolki, którą matka rano zebrała w ogro­dzie.

Roz­ma­wiali o koniach, bydle i zbio­rach, a także o pogo­dzie, książ­kach i sąsia­dach. O tym wszyst­kim, co w świe­cie Lil odgry­wało zasad­ni­czą rolę.

Cho­ciaż Cooper wyda­wał się Lil rów­nie sztywny jak jego koszula, zmiótł z tale­rza wszystko i jesz­cze popro­sił o dokładkę. Poza tym spe­cjal­nie nie otwie­rał ust. Dopóki ojciec nie wspo­mniał o bejs­bolu.

- Boston prze­ła­mie tego roku złą passę.

Cooper prych­nął i zaraz potem się sku­lił.

Joe z typową dla sie­bie swo­bodą wziął koszyk z buł­kami i pod­su­nął go chłopcu.

- O, pan nowo­jor­czyk. Jan­kesi czy Metsi?

- Jan­kesi.

- Szkoda słów. - Joe jakby ze współ­czu­ciem poki­wał głową. - Nie w tym roku, mały.

- Mamy silne pole wewnętrzne, dobrych gra­czy. Pro­szę pana - dodał, jakby sobie o tym przy­po­mniał.

- Bal­ti­more już was doga­nia.

- Udało im się fuk­sem. Pole­gli w zeszłym roku i w tym spadną na dal­szą pozy­cję.

- Ale wtedy pod­sko­czą Red Soksi.

- Raczej się pod­czoł­gają.

- O, mądrala.

Cooper lekko zbladł, ale Joe cią­gnął, jakby nie zauwa­żył jego reak­cji.

- Coś ci powiem, może gdyby wziąć Wade'a Bog­gsa i dorzu­cić Nicka Esa­sky... I jesz­cze...

- Dona Mat­tin­gly, Steve'a Saxa.

- Geo­rge'a Ste­in­bren­nera.

Coop uśmiech­nął się po raz pierw­szy.

- Hm, nie można mieć wszyst­kiego.

- Skon­sul­tuję się z moim eks­per­tem. Soksi czy Jan­kesi, Lil?

- Ani jedni, ani dru­dzy. Bal­ti­more. Są mło­dzi, prą do przodu. Mają w zespole Franka Robin­sona. Boston gra na luzie, ale im się nie uda. Jan­kesi? Bez szans, nie w tym roku.

- Moje jedyne dziecko, a tak mnie rani. - Joe przy­ło­żył dłoń do serca. - Grasz u sie­bie, w domu, Cooper?

- Tak, pro­szę pana. Na dru­giej bazie.

- Lil, zabierz Coopera za staj­nię. Może­cie tro­chę potre­no­wać, żeby spa­lić to, co zje­dli­ście.

- Dobra.

Coop zsu­nął się z ławki.

- Dzię­kuję za kola­cję, pani Chance. Była pyszna.

Kiedy dzieci ode­szły, Jenna spoj­rzała na Lucy.

- Biedny chło­piec - szep­nęła.

Psy pobie­gły naprzód, przez pole.

- Ja gram na trze­ciej bazie - wyja­śniła Coopowi Lil.

- Gdzie? Tu nie ma gdzie grać.

- Tuż za Deadwood. Mamy boisko i wła­sne roz­grywki ligowe. Będę pierw­szą kobietą, która zagra w lidze naro­do­wej.

Coop prych­nął.

- Kobiety nie mają wstępu do pierw­szej ligi. Tak już jest.

- Co nie zna­czy, że musi być. Tak zawsze mówi mama. Mnie się uda.

Znowu prych­nął i cho­ciaż zje­żyła się na to, wydał jej się sym­pa­tycz­niej­szy. Przy­naj­mniej nie był już taki sztywny.

- Za cienka jesteś.

- Gdzie za cienka?

Par­sk­nął śmie­chem i choć wie­działa, że śmiał się z niej, posta­no­wiła dać mu jesz­cze jedną szansę.

W końcu powie­rzono go jej opiece. Bo był obcy na obcej ziemi.

- Gdzie wy tam gra­cie w Nowym Jorku? Myśla­łam, że wszę­dzie jest beton.

- Gry­wamy w Cen­tral Parku, a cza­sami w Queens.

- Co to jest Queens?

- Jedna z dziel­nic.

- Jak to?

- Jezu, Nowy Jork to mia­sto i składa się z dziel­nic.

Przy­sta­nęła, oparła pię­ści na bio­drach i spoj­rzała na niego groź­nie ciem­nymi, bar­dzo ciem­nymi oczami.

- Jeśli pró­bu­jesz robić głupca z kogoś, kto zadaje ci pyta­nie, sam jesteś głup­cem.

Wzru­szył ramio­nami i okrą­żył wraz z nią wielką oborę z czer­wo­nej cegły.

Śmier­działo tam zwie­rzę­tami gospo­dar­skimi, kurzem i kupami. Coop nie mógł zro­zu­mieć, jak ktoś może miesz­kać w takim smro­dzie, wśród tych wszyst­kich odgło­sów: gda­ka­nia, mucze­nia, par­ska­nia. Już miał rzu­cić na ten temat jakąś szy­der­czą uwagę, kiedy zauwa­żył ogro­dzone siatką małe boisko do bejs­bola.

To nie było to, do czego przy­wykł, ale wyglą­dało nie­źle. Ktoś, pew­nie ojciec Lil, wzniósł z trzech stron ogro­dze­nie z siatki. Za nim rosły krzaki i jeżyny, prze­cho­dzące następ­nie w pole, na któ­rym stało bez­czyn­nie stado krów. Przy obo­rze, pod dasz­kiem, zauwa­żył znisz­czoną skrzy­nię. Lil otwo­rzyła ją, po czym wyjęła ręka­wice, kije, piłki.

- Tata i ja tre­nu­jemy wie­czo­rami po kola­cji. Mama rzuca mi cza­sami piłki, ale ma słabą rękę. Możesz odbi­jać pierw­szy, jeśli chcesz, bo jesteś gościem. Ale musisz wło­żyć kask. Takie są zasady.

Coop wło­żył kask, który mu podała, a potem spraw­dził wagę kilku kijów. Z jed­nym z nich w ręku poczuł się wresz­cie jak wtedy, gdy grał w game boya.

- Tata z tobą tre­nuje?

- Jasne. Grał przez kilka sezo­nów w dru­giej lidze, na wscho­dzie, więc jest cał­kiem nie­zły.

- Naprawę? - Opa­dła mu szczęka. - Grał zawo­dowo?

- Przez kilka sezo­nów. Zro­bił sobie coś w staw bar­kowy i się skoń­czyło. Posta­no­wił pozwie­dzać kraj i wylą­do­wał tutaj. Zna­lazł pracę u moich dziad­ków - kie­dyś ta farma nale­żała do nich - i poznał mamę. Odbi­jasz?

- Uhm. - Coop sta­nął pod siatką i zamach­nął się kilka razy na próbę. Pozy­cja. Dziew­czyna rzu­ciła pro­stą, wolną piłkę, tak że tra­fił w nią bez pro­blemu i wybił w pole.

- Ład­nie, udało ci się. Mamy sześć piłek. Będziemy je chwy­tać w polu po rzu­cie. - Ponow­nie przy­jęła pozy­cję i posłała mu kolejną łatwą piłkę.

Coop poczuł lekki odrzut, gdy piłka poszy­bo­wała w kie­runku pola. Odbił trze­cią, potem zako­ły­sał bio­drami i cze­kał na następną.

Lil zaim­pro­wi­zo­wała rzut i go schrza­niła.

- Dobre ścię­cie - powie­działa tylko, gdy spoj­rzał na nią spod zmru­żo­nych powiek.

Moc­niej ujął kij i zaparł się pię­tami. Chciała go wypro­wa­dzić w pole tym niskim pod­krę­co­nym. Odbił następną piłkę, posy­ła­jąc ją w siatkę, tak że aż o nią zadzwo­niła.

- Kop­snij mi z powro­tem te trzy piłki, jeśli chcesz - powie­działa. - Rzucę ci jesz­cze kilka.

- Nie. Teraz twoja kolej.

Już on jej pokaże.

Zamie­nili się miej­scami. Zamiast ją naj­pierw zmy­lić od razu posłał mocną piłkę. Udało jej się odbić, ale sfau­lo­wała. Odbiła następną i posłała ją w niebo. Ale już z trze­cią pora­dziła sobie świet­nie. Coop musiał przy­znać, że gdyby byli na praw­dzi­wym boisku, wybi­łaby ją.

- Nie­zła jesteś.

- Lubię odbi­jać wysoko i w pole gry. - Lil oparła kij o siatkę i ruszyła w stronę pola. - W sobotę roz­gry­wamy mecz. Mógł­byś przyjść.

Jakiś kre­tyń­ski mecz na zadu­piu. Ale lep­sze to niż nic - pomy­ślał.

- Czemu nie.

- Cho­dzisz na praw­dziwe mecze? Na sta­dio­nie Jan­ke­sów?

- Pew­nie, że tak. Mój ojciec dostaje bilety w sezo­nie, zawsze ma miej­sca na try­bu­nie hono­ro­wej, tuż za linią trze­ciej bazy.

- Nie mów!

Zaim­po­no­wał jej i poczuł odro­binę satys­fak­cji. Od biedy mógł z kimś poga­dać o bejs­bolu; nawet jeśli była to tylko wie­śniaczka. Poza tym wie­działa, co robi się z kijem i piłką, a to już duży plus.

Mimo to Coop w odpo­wie­dzi tylko wzru­szył ramio­nami, a potem patrzył, jak Lil zgrab­nie prze­śli­zguje się pomię­dzy dru­tami kol­cza­stymi. Nie pro­te­sto­wał jed­nak, gdy się odwró­ciła i przy­trzy­mała druty, żeby i on mógł przejść.

- My oglą­damy bejs­bol w tele­wi­zji albo słu­chamy trans­mi­sji przez radio. A raz poje­cha­li­śmy do Omaha, żeby obej­rzeć mecz na żywo. Ale ni­gdy nie byłam na roz­gryw­kach pierw­szo­li­go­wych.

To mu przy­po­mniało, gdzie się znaj­duje.

- Miesz­ka­cie miliony lat świetl­nych od jakie­go­kol­wiek sta­dionu. Od cze­go­kol­wiek.

- Tata mówi, że któ­re­goś dnia zro­bimy sobie urlop i poje­dziemy na wschód. Może na sta­dion Fen­way, bo jest fanem Red Sok­sów. - Zna­la­zła piłkę i wło­żyła ją do kie­szeni. - Lubi obsta­wiać naj­słab­szych.

- Mój ojciec zawsze obsta­wia zwy­cięz­ców.

- Tak robią wszy­scy, a ktoś musi sta­wiać na sła­be­uszy. - Uśmiech­nęła się do niego i zamru­gała dłu­gimi rzę­sami prze­sła­nia­ją­cymi ciemne brą­zowe oczy. - W tym roku to będzie Nowy Jork.

Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu, zanim się zre­flek­to­wał.

- Tak ci się tylko zdaje.

Pod­niósł piłkę i prze­rzu­cił ją z ręki do ręki, gdy ruszyli w stronę drzew.

- Co robi­cie z tymi wszyst­kimi kro­wami?

- To bydło opa­sowe. Hodu­jemy je, a potem sprze­da­jemy. Żeby ludzie mieli co jeść. Założę się, że nawet nowo­jor­czycy jadają steki.

Uznał, że to obrzy­dliwe - już sama myśl, że patrząca na niego krowa skoń­czy któ­re­goś dnia na czy­imś tale­rzu, może nawet na jego, wydała mu się okropna.

- Masz jakieś zwie­rzęta w domu? - zapy­tała.

- Nie.

Nie wyobra­żała sobie, jak można żyć bez zwie­rząt w pobliżu. Ze współ­czu­cia, że tak jest wła­śnie w jego przy­padku, poczuła dła­wie­nie w gar­dle.

- W mie­ście jest chyba trud­niej. Nasze psy... - Urwała, roz­glą­da­jąc się w koło, a potem je dostrze­gła. - Cały dzień bie­gają poza domem, a potem zbie­rają się wokół stołu, bo liczą, że coś dostaną. To dobre psi­ska. Możesz przy­jeż­dżać, żeby poba­wić się z nimi, jeśli chcesz, no i żeby pograć na boisku.

- Może. - Spoj­rzał na nią ukrad­kiem. - Dzięki.

- Nie­wiele dziew­czyn, które znam, tak lubi bejs­bol - zauwa­żyła. - I jazdę na rowe­rze czy łowie­nie ryb. Ja tak. Tata uczy mnie też tro­pić. Sam nauczył się tego od mojego dziadka, ojca mamy. I jest w tym naprawdę dobry.

- Tro­pić?

- Zwie­rzęta i ludzi. Dla zabawy. Wszę­dzie jest mnó­stwo śla­dów, można z nich wiele wyczy­tać.

- Skoro tak mówisz.

Unio­sła głowę, gdy usły­szała jego lek­ce­wa­żący ton.

- Byłeś kie­dyś na biwaku?

- A po co?

Uśmiech­nęła się tylko.

- Zaraz zrobi się ciemno. Lepiej znajdźmy ostat­nią piłkę i wra­cajmy. Gdy przy­je­dziesz następ­nym razem, może tata zagra z nami albo zabie­rze nas na prze­jażdżkę. Lubisz jeź­dzić?

- Na koniu? To masz na myśli? Nie wiem. Głu­pio to wygląda.

Zro­biła zaciętą minę, tak jak przy ude­rze­niu piłki bejs­bo­lo­wej.

- Wcale nie głu­pio. Głu­pio jest tak mówić tylko dla­tego, że nic się o tym nie wie. Poza tym to frajda. Kiedy...

Nagle sta­nęła jak wryta. Gwał­tow­nie wcią­gnęła powie­trze i chwy­ciła Coopa za ramię.

- Nie ruszaj się.

- Co? - Ponie­waż dłoń na jego ramie­niu zadrżała, serce pode­szło mu do gar­dła. - Wąż?

Prze­ra­żony spoj­rzał na trawę.

- Puma. - Led­wie to wykrztu­siła. Stała nie­ru­chomo, z drżącą ręką na jego ramie­niu, i patrzyła w gęste krzaki.

- Jak to? Gdzie? - Podej­rze­wał, że się wygłu­pia i chce go prze­stra­szyć, więc pró­bo­wał strzą­snąć jej rękę.

Począt­kowo nie widział nic z wyjąt­kiem zaro­śli, drzew oraz stoku wzgó­rza. Potem dostrzegł cień.

- O cho­lera. Jasna cho­lera!

- Nie ruszaj się. - Patrzyła w tamto miej­sce jak zahip­no­ty­zo­wana. - Jeśli zaczniesz ucie­kać, pobie­gnie za tobą, a jest szyb­sza. Nie! - Chwy­ciła go za ramię, gdy zro­bił krok do przodu, ści­ska­jąc w ręce piłkę. - Nie rzu­caj niczym, nie teraz. Mama mówi... - Nie mogła przy­po­mnieć sobie, co dokład­nie mówiła jej matka. Ni­gdy wcze­śniej nie widziała żad­nego wiel­kiego kota, nie w rze­czy­wi­sto­ści, nie w pobliżu farmy. - Musimy naro­bić hałasu i ją spło­szyć.

Drżąc, wspięła się na palce, unio­sła ramiona nad głowę i zaczęła krzy­czeć.

- Zjeż­dżaj! Zjeż­dżaj stąd! - I zawo­łała do Coopera. - Krzycz! Posta­raj się wyglą­dać groź­nie!

Szybko zmie­rzyła pumę wzro­kiem, od łba po czu­bek ogona. Cho­ciaż serce waliło jej w piersi ze stra­chu, nagle poczuła coś jesz­cze.

Podziw.

Oczy pumy błysz­czały w zapa­da­ją­cym zmroku - i jakby spo­glą­dały pro­sto na nią. Mimo że Lil zaschło w gar­dle, pomy­ślała: jest piękna, jest taka piękna.

Zwie­rzę z wielką gra­cją zro­biło krok do przodu. Patrzyło na nich, jakby się zasta­na­wiało, czy zaata­ko­wać, czy się wyco­fać.

Coop zaczął wrzesz­czeć tuż obok; głos miał ochry­pły ze stra­chu. Lil zoba­czyła, jak wielki kot ucho­dzi w głęb­szy cień, a potem znika - plama mato­wego złota, która tak ją urze­kła.

- Ucie­kła! Ucie­kła! - krzyk­nął Coop.

- Nie ucie­kła - mruk­nęła Lil. - Ode­szła.

Pul­so­wało jej w uszach, ale usły­szała, że ojciec ją woła, i odwró­ciła się szybko. Biegł przez pole, wśród zdzi­wio­nych krów. Kilka jar­dów za nim podą­żał dzia­dek Coopa. Trzy­mał strzelbę, którą, jak sobie uświa­do­miła, musiał wziąć z domu. Towa­rzy­szyły im psy; za nimi szła matka ze śru­tówką i bab­cia Coopa.

- Puma - wydu­siła z sie­bie, zanim Joe pod­niósł ją i przy­tu­lił. - Tam. O tam. Poszła sobie.

- Wra­caj­cie do domu. Coop. - Drugą ręką Joe przy­cią­gnął do sie­bie chłopca. - Oboje do domu. Natych­miast.

- Już ode­szła, tato. Prze­stra­szy­li­śmy ją.

- Do domu! - rzu­cił, gdy Jenna wymi­nęła Sama i pod­bie­gła do nich.

- O Boże. Nic wam nie jest! - Objęła Lil i jed­no­cze­śnie podała Joemu śru­tówkę. - Nic ci się nie stało? - Poca­ło­wała córkę w poli­czek, we włosy, a potem schy­liła się i tak samo cmok­nęła Coopa.

- Zabierz ich do domu, Jenna. Odpro­wadź dzie­ciaki i Lucy, i nie wychodź­cie.

- Idziemy, idziemy. - Jenna oto­czyła dzieci ramio­nami i spoj­rzała w poważną twarz Sama, gdy się do nich zbli­żył. - Uwa­żaj­cie na sie­bie.

- Nie zabi­jaj­cie jej, tato! - krzyk­nęła Lil, gdy matka pocią­gnęła ją za sobą. - Jest taka piękna. - Spoj­rzała w stronę zaro­śli, drzew, bo miała nadzieję, że jesz­cze zoba­czy zwie­rzę. - Nie zabi­jaj­cie jej.

Roz­dział 2

2

Coop miał potem kilka kosz­mar­nych snów. W jed­nym z nich puma z błysz­czą­cymi żół­tymi oczami wsko­czyła do jego pokoju przez okno i pożarła go łap­czy­wie, zanim zdą­żył wydać choćby okrzyk. W dru­gim zgu­bił się na wzgó­rzach, wśród drzew i skał, całe mile od domu. Nikt nie przy­szedł mu na pomoc. Nikt nie zauwa­żył nawet, że go nie ma - pomy­ślał.

Ojciec Lil nie zabił pumy. W każ­dym razie nie było sły­chać strza­łów. Po powro­cie obaj z dziad­kiem zje­dli pla­cek z wiśniami i lody domo­wej roboty i roz­ma­wiali o czym innym.

Spe­cjal­nie. Coop znał te sztuczki doro­słych. Żadne z nich nie chciało wspo­mi­nać o tym, co się wyda­rzyło, dopóki dzieci nie pójdą do łóżek.

Pogo­dzony ze swoim zesła­niem, choć wciąż pełen nie­chęci, wyko­ny­wał obo­wiązki, jadł posiłki, grał w game boya. Miał nadzieję, że jeśli zrobi, co ma do zro­bie­nia, dosta­nie dzień wolny i będzie mógł poje­chać na farmę Chance'ów, żeby pograć w bejs­bol.

Może pan Chance też zagra, a wtedy mógłby go zapy­tać, jak to jest grać w bejs­bol zawo­dowo. Ojciec wpraw­dzie chciał, żeby Coop poszedł na stu­dia praw­ni­cze i pra­co­wał potem w rodzin­nej fir­mie, ale może, może, zamiast tego uda­łoby mu się zostać bejs­bolistą.

Gdyby był dosta­tecz­nie dobry.

Przy tych myślach o bejs­bolu, o ucieczce, o nędzy, jaką były te waka­cje, wielki kot o żół­tych oczach mógł być tylko kolejną wizją senną.

W mil­cze­niu jadł na śnia­da­nie racu­chy; tak nazy­wała je babka, która krzą­tała się w sta­rej kuchni. Dzia­dek już wyszedł, miał jakieś sprawy na far­mie. Coop jadł powoli, mimo że game boy był zabro­niony przy stole. Po śnia­da­niu cze­kały go prace na dwo­rze.

Lucy nalała sobie kawy do gru­bego bia­łego kubka, wzięła go i usia­dła po dru­giej stro­nie stołu.

- Cóż, Cooper, jesteś już u nas dwa tygo­dnie.

- Chyba tak.

- Pora skoń­czyć z tym ponu­rac­twem. Jesteś dobrym, bystrym chłop­cem. Robisz, co ci się mówi, i nie narze­kasz. Nie na głos w każ­dym razie.

Wyraz jej oczu - prze­ni­kliwy, wcale nie wredny - zdra­dzał, że wie­działa, jak bar­dzo wyrze­kał w myślach.

- To dobre cechy. Ale też jesteś smutny, rzadko się odzy­wasz i cho­dzisz takim cięż­kim kro­kiem, jak­byś był w wię­zie­niu. To z kolei nie za dobrze.

Nic nie powie­dział; chciał już zjeść śnia­da­nie i zwiać. Zgar­bił się, pełen obaw, że teraz czeka go roz­mowa. A to ozna­czało, wie­dział z doświad­cze­nia, że babka zaraz mu powie, co jest z nim nie tak, czego się po nim spo­dzie­wała i jaki spra­wia jej zawód.

- Wiem, że jesteś wście­kły, i masz do tego prawo. Dla­tego te dwa tygo­dnie były dla cie­bie takie cięż­kie.

Zamru­gał, patrząc w talerz, a mię­dzy jego brwiami poja­wiła się zmarszczka.

- Prawda jest taka, Cooper, że ja też jestem wście­kła, za cie­bie. Twoi rodzice postą­pili ego­istycz­nie, zro­bili coś, zupeł­nie się z tobą nie licząc.

Uniósł głowę zale­d­wie o cal, zer­k­nął w górę i napo­tkał jej spoj­rze­nie. Może to jakaś sztuczka, pomy­ślał, może babka zamie­rza go spro­wo­ko­wać, żeby z czymś się wyrwał. A wtedy go uka­rze, zabroni mu wycho­dzić z domu albo coś takiego.

- Mogą robić, co chcą - odparł.

- Tak, ow­szem. - Ener­gicz­nie ski­nęła głową i napiła się kawy. - Co nie zna­czy, że powinni. Cie­szę się, że tu jesteś, tak samo jak dzia­dek. On nie­wiele mówi, ale wiem, że tak jest. Wiem też jed­nak, że to ego­istyczne z naszej strony. Chcemy cię tu mieć, chcemy poznać naszego jedy­nego wnuka, pobyć z nim tro­chę, bo wcze­śniej nie mie­li­śmy spe­cjal­nie oka­zji. Ale ty się tu męczysz i przy­kro mi z tego powodu.

Patrzyła mu pro­sto w twarz. I nie wyglą­dało to na żadne sztuczki.

- Wiem, że wolał­byś być w domu, wśród kole­gów - cią­gnęła. - Chcia­łeś poje­chać na obóz bejs­bo­lowy, tak jak rodzice ci obie­cali. Tak, wiem o tym.

Znowu poki­wała głową i pijąc kawę, spoj­rzała suro­wym wzro­kiem za okno. Wyglą­dało na to, że naprawdę jest zła, tak jak powie­działa. Ale nie na niego. Zła za niego.

A to było coś, czego już nie rozu­miał. Coś, co powo­do­wało dziwny ból i ści­ska­nie w piersi.

- Wiem o tym - powtó­rzyła. - Chło­piec w twoim wieku nie ma wiele do powie­dze­nia, nie ma dużego wyboru. Kie­dyś to się zmieni, ale na razie nic z tego. Więc możesz cie­szyć się tym, co masz, albo być nie­szczę­śliwy.

- Chciał­bym po pro­stu wró­cić do domu. - Nie zamie­rzał tego powie­dzieć, tylko tak pomy­ślał. Te słowa wyrwały mu się mimo woli, wydo­były ze ści­śnię­tej, prze­peł­nio­nej bólem piersi.

Znowu spoj­rzała mu w oczy.

- Wiem, kocha­nie. Wiem. Żałuję, że nie mogę ci tego zała­twić. Może mi nie wie­rzysz, nie znasz mnie prze­cież za dobrze, ale naprawdę chcia­ła­bym tego, co ty.

Nie cho­dziło o to, czy jej wie­rzył, czy nie, tylko o to, że w ogóle z nim roz­ma­wiała. Roz­ma­wiała tak, jakby był dla niej ważny. Dla­tego wyrzu­cił z sie­bie następne słowa, dając wyraz poczu­ciu krzywdy.

- Po pro­stu mnie tu wysłali, a nie zro­bi­łem nic złego. - W jego gło­sie dało się sły­szeć płacz. - Nie chcieli, żebym poje­chał z nimi. Nie chcieli mnie.

- My cię chcemy. Zdaję sobie sprawę, że to dla cie­bie marna pocie­cha. Ale musisz o tym wie­dzieć, uwie­rzyć w to. Może kie­dyś w życiu będziesz potrze­bo­wał swo­jego miej­sca na ziemi. Zawsze znaj­dziesz je tutaj.

Wypo­wie­dział to naj­gor­sze. Naj­gor­sze, co nosił w sobie.

- Oni się roz­wiodą.

Zamru­gał powie­kami i spoj­rzał na nią, bo spo­dzie­wał się, że zaprze­czy, powie, że to nie­prawda, będzie uda­wać, że wszystko jest w porządku.

- I co wtedy sta­nie się ze mną? - zapy­tał.

- Prze­ży­jesz to.

- Oni mnie nie kochają.

- My cię kochamy. My cię kochamy - zapew­niła sta­now­czo, gdy znowu pochy­lił głowę i nią pokrę­cił. - Po pierw­sze dla­tego, że jesteś naszym wnu­kiem. Nale­żysz do rodziny. Po dru­gie, bo tak i już.

Kiedy na jego talerz skap­nęły dwie łzy, Lucy kon­ty­nu­owała:

- Nie mogę mówić za nich, bo nie wiem, co czują, co myślą. Ale mogę oce­nić ich postę­po­wa­nie. Jestem na nich wście­kła. Jestem wście­kła za to, że cię ranią. Można powie­dzieć, że to tylko jedno lato, jesz­cze nie koniec świata. Ale ci, któ­rzy tak myślą, nie pamię­tają, jak to jest mieć jede­na­ście lat. Nie mogę spra­wić, że będziesz czuł się tu szczę­śliwy. Ale, Cooper, zamie­rzam cię o coś pro­sić. Tylko o jedno, choć może będzie to dla cie­bie trudne. Zamie­rzam cię pro­sić, żebyś spró­bo­wał.

- Wszystko jest tu ina­czej.

- Na pewno. Ale może znaj­dziesz w tej odmien­no­ści coś, co ci się spodoba. A wtedy koniec sierp­nia nie będzie wyda­wał ci się taki odle­gły. Zrób to, Cooper, naprawdę spró­buj, a ja namó­wię dziadka, żeby kupił nowy tele­wi­zor. Taki, do któ­rego nie potrzeba tej anteny w kształ­cie kró­li­czych uszu.

Par­sk­nął śmie­chem.

- A jeśli spró­buję i mimo to nic mi się nie spodoba?

- Posta­raj się.

- A jak długo mam się sta­rać, zanim kupi­cie nowy tele­wi­zor?

Zaśmiała się, ser­decz­nie i gło­śno, i z jakie­goś powodu na ten dźwięk kąciki jego ust się unio­sły, a ucisk w piersi zelżał.

- Sprytny chło­pak. Dobra. Powiedzmy: dwa tygo­dnie. Dwa tygo­dnie ponu­rac­twa, dwa tygo­dnie prób. Włóż w to tro­chę serca, a będziemy mieli w salo­nie nowy tele­wi­zor. Umowa stoi?

- Tak, bab­ciu.

- Świet­nie. Więc teraz wyjdź na dwór i poszu­kaj dziadka. Pra­cuje i chyba potrze­buje pomocy.

- Dobrze. - Wstał. Póź­niej nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego nagle wyrzu­cił to z sie­bie: - Strasz­nie na sie­bie krzy­czą i nawet nie wie­dzą, że jestem w pobliżu. On upra­wia seks z kimś innym. Chyba zda­rza mu się to czę­sto.

Lucy wydała prze­cią­głe wes­tchnie­nie.

- Pod­słu­chu­jesz, chłop­cze?

- Cza­sami. Ale cza­sami tak krzy­czą, że wcale nie muszę pod­słu­chi­wać. Ni­gdy nie słu­chają, kiedy do nich mówię. Cza­sami udają, że słu­chają, a cza­sami nawet tego im się nie chce. Nie obcho­dzi ich, czy mi coś odpo­wiada, dopóki jestem cicho i nie wcho­dzę im w drogę.

- Tu jest ina­czej.

- Może. Pew­nie tak.

Wycho­dząc z domu, nie wie­dział, co ma o tym myśleć. Żaden doro­sły ni­gdy nie roz­ma­wiał z nim w ten spo­sób ani go nie słu­chał. Dotąd też nikt nie wypo­wia­dał się kry­tycz­nie o jego rodzi­cach - chyba że sami nawza­jem o sobie.

Powie­działa, że go tu chcą. Nikt ni­gdy nie mówił mu cze­goś takiego. Powie­działa to, choć musiała wie­dzieć, że on nie chce tu być, i wyglą­dało na to, że wcale nie zamie­rzała wzbu­dzić w nim wyrzu­tów sumie­nia. Wyglą­dało na to, że po pro­stu mówiła prawdę.

Zatrzy­mał się i rozej­rzał wokół. Jasne, mógł spró­bo­wać, ale co miało mu się tutaj spodo­bać? Konie, świ­nie i kur­częta? Same pola i wzgó­rza, nic poza tym.

Polu­bił jej racu­chy, ale chyba nie to miała na myśli.

Wsa­dził ręce do kie­szeni i ruszył za dom, skąd docho­dziło stu­ka­nie. Teraz musiał pobyć z tym dziw­nym, prze­waż­nie mil­czą­cym dziad­kiem. Jak coś takiego mogło mu się spodo­bać?

Skrę­cił za róg i zoba­czył Sama przy wiel­kiej sto­dole z bia­łym silo­sem. Na widok tego, co Sam wbi­jał w zie­mię, ode­brało mu mowę.

Ogro­dze­nie z meta­lo­wymi pali­kami - jak wokół boiska bejs­bo­lo­wego.

Miał ochotę pobiec tam, prze­fru­nąć nad podwór­kiem. Ale zmu­sił się, żeby iść spo­koj­nie. Może to tylko wyglą­dało jak boisko do bejs­bola. Może to była po pro­stu zagroda dla zwie­rząt.

Sam uniósł głowę, zamach­nął się i ude­rzył w palik.

- Spóź­ni­łeś się do pracy.

- Tak, dziadku.

- Nakar­mi­łem już bydło, ale będziesz musiał zebrać jajka.

- Bab­cia powie­działa, że potrze­bu­jesz pomocy.

- Nie. Już skoń­czy­łem. - Sam wypro­sto­wał się z nie­wiel­kim młot­kiem w dłoni i cof­nął o krok. W mil­cze­niu zlu­stro­wał ogro­dze­nie z siatki.

- Jajka same nie wsko­czą do wia­dra - zauwa­żył.

- Nie, dziadku.

- Gdy już zro­bisz swoją robotę - dodał Sam, gdy Coop odwró­cił się i zamie­rzał odejść - mógł­bym ci rzu­cić kilka piłek. - Pod­szedł do kija, który stał oparty o ścianę obory. - Użył­byś tego. Zro­bi­łem go wie­czo­rem.

Zasko­czony Cooper wziął kij i prze­su­nął dłońmi po gład­kim drew­nie.

- Ty to zro­bi­łeś?

- Nie widzę powodu, żeby wyda­wać pie­nią­dze.

- Tu jest... tu jest moje imię. - Coop z nabo­żeń­stwem dotknął pal­cami wyry­tych w drew­nie liter.

- Dzięki temu będziesz wie­dział, że jest twój. Zamie­rzasz pójść dziś po te jajka czy nie?

- Już, dziadku. - Oddał Samowi kij. - Dzię­kuję.

- Nie nudzą ci się te cho­lerne uprzej­mo­ści, chłop­cze?

- Tak, dziadku.

Samowi drgnęły usta.

- No idź już.

Coop ruszył w stronę kur­nika, przy­sta­nął i odwró­cił się.

- Dziadku? Nauczysz mnie jeź­dzić konno?

- Zrób swoją robotę. A potem zoba­czymy.

Były takie rze­czy, które zaczy­nały mu się podo­bać, przy­naj­mniej tro­chę. Lubił ćwi­czyć odbi­cia po kola­cji i to, jak dzia­dek zaska­ki­wał go co parę rzu­tów zwa­rio­wa­nymi, śmiesz­nymi pod­pu­chami. Lubił jeź­dzić wokół kor­ralu na Dot­tie, drob­nej kla­czy, gdy już prze­stał się bać, że go kop­nie albo ugry­zie.

Konie nie wyda­wały się już takie śmier­dzące, kiedy czło­wiek oswoił się z nimi tro­chę albo gdy pojeź­dził na nich, nie robiąc w gacie ze stra­chu.

Podo­bała mu się burza z pio­ru­nami, która nade­szła znie­nacka pew­nego wie­czoru i roz­sza­lała się na nie­bie. Lubił nawet sie­dzieć - cza­sami - w oknie swo­jego pokoju i wyglą­dać przez nie. Wciąż bra­ko­wało mu Nowego Jorku, kole­gów i wła­snego życia, ale faj­nie było obser­wo­wać gwiazdy i wsłu­chi­wać się w odgłosy domu, gdy wokół pano­wała cisza.

Nie lubił kur, ich smrodu i gda­ka­nia, ani wred­nego bły­sku w oczach, gdy szedł po jajka. Ale same jajka już lubił, czy to na śnia­da­nie, czy w nale­śni­kach, cia­stach i ciast­kach.

W wiel­kim szkla­nym słoju babci zawsze były ciastka.

Nie lubił, gdy goście przy­cho­dzili z wizytą ani gdy jechał z dziad­kami do mia­steczka i ich zna­jomi mie­rzyli go wzro­kiem, mówiąc coś w rodzaju: "Ach, więc to jest syn Missy!" (jego matka, która miała na imię Michelle, w Nowym Jorku była nazy­wana Chelle). I zaraz potem doda­wali, że jest jak skóra zdarta z dziadka. Który był prze­cież stary.

Lubił widok pikapa Chance'ów, toczą­cego się po wybo­jach w kie­runku domu - mimo że Lil była dziew­czyną.

Grała w bejs­bol i nie chi­cho­tała przez więk­szość czasu jak baby, które znał. Nie słu­chała bez prze­rwy New Kids on the Block i nie wzdy­chała do nich. To był plus.

Jeź­dziła konno lepiej niż on, ale się z niego nie nabi­jała. Po jakimś cza­sie prze­stał myśleć, że zadaje się z dziew­czyną. Zada­wał się z Lil.

I już tydzień po roz­mo­wie w kuchni - wcale nie dwa - w salo­niku zna­lazł się nowiutki tele­wi­zor.

- Nie ma sensu dłu­żej z tym zwle­kać - oświad­czyła bab­cia. - Dotrzy­ma­łeś umowy. Jestem z cie­bie dumna.

Nie przy­po­mi­nał sobie, żeby w całym jego życiu kto­kol­wiek był z niego dumny - a przy­naj­mniej tak mówił - tylko dla­tego, że on się sta­rał.

Kie­dyś, gdy uznali, że dobrze sobie radzi na koniu, pozwo­lili mu wybrać się z Lil na prze­jażdżkę, pod warun­kiem że nie wyjadą poza pola i będą widoczni z domu.

- I co? - zapy­tała Lil, gdy pro­wa­dzili konie przez trawę.

- Co "co"?

- Czy to takie głu­pie?

- Może nie. Ona jest cał­kiem cool. - Pokle­pał Dot­tie po szyi. - I lubi jabłka.

- Szkoda, że nie pozwo­lili nam poje­chać na wzgó­rza, tam to są widoki. Ale tak daleko mogę jeź­dzić tylko z rodzi­cami. Cho­ciaż... - Rozej­rzała się, jakby chciała spraw­dzić, czy ktoś nie pod­słu­chuje. - Raz wymknę­łam się przed świ­tem i poje­cha­łam sama. Pró­bo­wa­łam wytro­pić pumę.

Wytrzesz­czył oczy.

- Zwa­rio­wa­łaś?

- Dużo o nich czy­ta­łam. Wypo­ży­czy­łam książki z biblio­teki. - Tego dnia była w kow­boj­skim kape­lu­szu, a jeden z dłu­gich war­ko­czy prze­rzu­ciła sobie przez ramię. - Prze­waż­nie nie ata­kują ludzi. I nie pod­cho­dzą do ich sie­dzib, do takich farm jak nasza, chyba że migrują albo coś takiego.

Biło od niej pod­nie­ce­nie, gdy odwró­ciła się w sio­dle, aby spoj­rzeć na onie­mia­łego Coopa.

- Było super! Naprawdę super! Zna­la­złam odchody, ślady i wszystko. Ale potem zgu­bi­łam trop. Nie chcia­łam być za długo poza domem, zresztą, gdy wró­ci­łam, rodzice już wstali. Ale uda­wa­łam, że wyszłam tylko na chwilę.

Zaci­snęła usta i spoj­rzała na niego zna­cząco.

- Tylko nikomu nie mów.

- Nie jestem skar­ży­pytą. - Co za znie­waga! - Ale nie możesz sama wybie­rać się na takie wyprawy. Jasna cho­lera, Lil.

- Umiem tro­pić. Nie tak dobrze jak tata, ale cał­kiem nie­źle mi idzie. I znam trasy. Cho­dzimy na wędrówki, urzą­dzamy biwaki i tak dalej. Mam kom­pas i sprzęt.

- A gdyby ona tam była?

- Zoba­czy­ła­bym ją. Tam­tego dnia spoj­rzała na mnie, pro­sto na mnie. Jakby mnie znała, i mia­łam wra­że­nie, że naprawdę mnie zna.

- Och, daj spo­kój.

- Poważ­nie. Dzia­dek mojej mamy był Siuk­sem.

- Czyli India­ni­nem.

- Uhm. Rdzen­nym Ame­ry­ka­ni­nem - popra­wiła go. - Siuk­sem Lakota. Nazy­wał się John Bystra Woda, a jego ple­mię, jego rodacy, żyli tu od poko­leń. Każ­dym z nich opie­ko­wał się duch jakie­goś zwie­rzę­cia. Może ta puma to mój duch prze­wod­nik.

- To nie był żaden duch.

Lil błą­dziła wzro­kiem po wzgó­rzach.

- Sły­sza­łam ją tam­tej nocy. Wtedy gdy ją widzie­li­śmy. Sły­sza­łam, jak pry­cha.

- Pry­cha?

- Wydają taki dźwięk, bo nie umieją ryczeć. Ryczą tylko wiel­kie koty jak lwy. Mają coś takiego w gar­dle. Zapo­mnia­łam, jak to się nazywa. Będę musiała spraw­dzić. W każ­dym razie chcia­łam ją zna­leźć.

Mimo­wol­nie poczuł dla niej podziw, choć to, co zro­biła, było sza­leń­stwem. Żadna ze zna­nych mu dziew­czyn nie wymknę­łaby się z domu, żeby tro­pić dzi­kie zwie­rzę. Tylko Lil.

- Gdyby to ona cię zna­la­zła, skoń­czy­ła­byś jako śnia­da­nie.

- Wcale nie wia­domo.

- Jasne, ale nie powin­naś jej wię­cej szu­kać.

- Wydaje mi się, że gdyby miała wró­cić, to już by wró­ciła. Cie­kawa jestem, dokąd poszła. - Znowu zapa­trzyła się w dal. - Mogli­śmy wybrać się na biwak. Tata to lubi. Poje­cha­li­by­śmy na wycieczkę i prze­no­co­wali w lesie. Dziad­ko­wie na pewno pozwo­li­liby ci poje­chać z nami.

- Noc w namio­cie? W górach? - Pomysł był prze­ra­ża­jący i kuszący jed­no­cze­śnie.

- Uhm. Zło­wi­li­by­śmy rybę na kola­cję, zoba­czy­li­by­śmy wodo­spady, bizony, dziką przy­rodę. Może nawet spo­tka­li­by­śmy pumę. Gdy się dotrze na szczyt, widać z niego Mon­tanę. - Odwró­ciła się, gdy zabrzmiał dzwo­nek na kola­cję. - Pora wra­cać. Wybie­rzemy się na biwak. Popro­szę tatę. Będzie zabawa.

Był na biwaku i nauczył się zakła­dać przy­nętę na haczyk. Poznał tę przy­pra­wia­jącą o dreszcz emo­cji przy­jem­ność, jaką jest sie­dze­nie przy ogni­sku i słu­cha­nie wycia wilka, pod­nie­ca­jący widok ryby, którą zło­wił raczej przez przy­pa­dek niż roz­myślne dzia­ła­nie i która poły­ski­wała sre­brzy­ście na końcu wędki.

Zmęż­niał, ręce mu stward­niały. Umiał odróż­nić wapiti od jele­nia i nauczył się wbi­jać gwoź­dzie.

Mógł już galo­po­wać na koniu i bar­dzo go to eks­cy­to­wało.

Zdo­był pozy­cję gościa w dru­ży­nie bejs­bo­lo­wej Lil i wzbo­ga­cił nawet jej tech­nikę, wpro­wa­dza­jąc bieg z ostrym zwro­tem.

Gdy wiele lat póź­niej spoj­rzał wstecz, uświa­do­mił sobie, że jego życie bar­dzo zmie­niło się tego lata i już potem nie było takie samo. Ale jedyne, co wie­dział w wieku jede­na­stu lat, to, że jest szczę­śliwy.

Dzia­dek nauczył go rzeź­bić w drew­nie i ku jego wiel­kiej rado­ści poda­ro­wał mu scy­zo­ryk - na zawsze. Poka­zał, jak opo­rzą­dza się konia, od łba po kopyta, jak spraw­dza, czy się nie zra­nił i czy nie jest chory.

Jed­nakże przede wszyst­kim nauczył go roz­ma­wiać z końmi.

- To widać po oczach - wyja­śniał. - Po całym ciele, po uszach, po ogo­nie, ale głów­nie po oczach. One to widzą i ty to widzisz. - Trzy­mał na wodzy krnąbr­nego rocz­nego źre­baka, który sta­wał dęba i rył kopy­tem w ziemi. - Nie­ważne, co do nich mówisz, bo i tak zoba­czą w two­ich oczach, co myślisz. Ten tutaj chce poka­zać, że jest twardy, ale prawda wygląda tak, że tro­chę się boi. Czego od niego chcemy, jakie mamy zamiary? Czy mu się to spodoba? Czy będzie bolało?

Nawet zwra­ca­jąc się do Coopa, Sam patrzył źre­ba­kowi w oczy i mówił cichym, łagod­nym tonem.

- Teraz ścią­gniemy mu wodze. Silna ręka to nie zna­czy twarda ręka.

Tro­chę polu­zo­wał cugli, a potem mocno chwy­cił za uzdę. Źre­bak szarp­nął się i zaczął tań­czyć.

- Musi mieć imię. - Sam prze­su­nął dło­nią po szyi zwie­rzę­cia. - Nadaj mu je.

Coop ode­rwał wzrok od rocz­niaka i spoj­rzał na Sama.

- Ja?

- "Ja"? Co to za imię dla konia?

- To zna­czy... Eee... Jones? Może być Jones jak Indiana Jones?

- Jego zapy­taj.

- Myślę, że nazy­wasz się Jones. Jones był inte­li­gentny i odważny. - Źre­bak wyraź­nie ski­nął łbem z nie­wielką pomocą Sama, który trzy­mał go za uzdę. - Odpo­wie­dział, że tak! Widzia­łeś?

- Uhm, jasne. Przy­trzy­maj go teraz, sta­now­czo, ale nie ostro. Zarzucę mu na grzbiet derkę pod sio­dło. Już się z nią oswoił. Przy­po­mnij mu.

- Ja... To tylko derka. Derka, Jones, już ją znasz. To nie boli. Nie zro­bimy ci krzywdy. Mia­łeś już na grzbie­cie derkę. Dzia­dek mówi, że dziś cię osio­dłamy. To też nie będzie bolało.

Jones patrzył Coopowi w oczy, strzy­gąc uszami, i led­wie zwró­cił uwagę, gdy na jego grze­bie­cie wylą­do­wała derka.

- Może pojeż­dżę na tobie, gdy już przy­zwy­cza­isz się do sio­dła. Bo nie ważę tyle, żeby to bolało. Dobrze, dziadku?

- Zoba­czymy. Teraz trzy­maj mocno, Cooper.

Sam pod­niósł sio­dło tre­nin­gowe i zarzu­cił je źre­ba­kowi na grzbiet. Jones gwał­tow­nie szarp­nął łbem i wierz­gnął.

- Wszystko w porządku. Wszystko w porządku. - Nie jest dziki, nie jest zły, pomy­ślał Coop. Po pro­stu tro­chę się boi. Czuł, widział to w oczach Jonesa. - To tylko sio­dło. Chyba na początku będziesz czuł się z nim dziw­nie. - W popo­łu­dnio­wym słońcu, nie zda­jąc sobie sprawy, że jego koszulka nasiąka potem, Coop prze­ma­wiał do zwie­rzę­cia, pod­czas gdy dzia­dek dopi­nał popręg.

- Wypro­wadź go na wybieg, tak jak ci poka­zy­wa­łem. Jak wcze­śniej bez sio­dła. Będzie tro­chę wierz­gał.

Sam cof­nął się i zosta­wił Coopa z koniem. Oparł się o ogro­dze­nie, gotów inter­we­nio­wać w razie potrzeby. Lucy z tyłu poło­żyła mu dłoń na ramie­niu.

- To znak, prawda?

- Ma podej­ście - przy­znał Sam. - Robi to z ser­cem i z głową. Tak, ten chło­pak ma rękę do koni.

- Chcia­ła­bym, żeby z nami został. Wiem - zastrze­gła, zanim Sam zdą­żył odpo­wie­dzieć. - To nie nasze dziecko. Ale będę cier­piała. Czuję, że oni nie kochają go tak jak my. Dla­tego boli mnie, że musi do nich wró­cić.

- Może zechce przy­je­chać następ­nego lata.

- Może. Ale do tego czasu będzie tu pusto. - Wes­tchnęła i odwró­ciła się, bo usły­szała war­kot samo­chodu. - Przy­je­chał wete­ry­narz. Przy­niosę dzba­nek lemo­niady.

*

Był to czter­na­sto­letni syn wete­ry­na­rza, tycz­ko­waty świń­ski blon­dyn zwany Gul­lem, który po połu­dniu, w cie­niu obory, poczę­sto­wał Coopa jego pierw­szą i ostat­nią w życiu por­cją tyto­niu do żucia.

Mimo że Coop zwró­cił już całe śnia­da­nie, lunch i wszystko, co jesz­cze miał w żołądku, wciąż był, jak okre­ślił to Gull, zie­lony jak szczy­pio­rek. Lucy, zanie­po­ko­jona odgło­sem wymio­tów, porzu­ciła pracę w ogro­dzie i pospiesz­nie udała się za oborę. Coop, na czwo­ra­kach, na­dal rzy­gał, pod­czas gdy Gull stał obok i dra­pał się po gło­wie pod kape­lu­szem.

- Jezu, Coop, może już dość?

- Co się stało? - ostro zapy­tała Lucy. - Co zro­bi­li­ście?

- Chciał tylko spró­bo­wać tyto­niu do żucia. Nie sądzi­łem, że mu to zaszko­dzi, pro­szę pani.

- Och, na miłość boską... Dajesz chłopcu w jego wieku tytoń do żucia?

- Fakt, że można puścić pawia.

Ponie­waż Coop naj­wy­raź­niej skoń­czył, Lucy wycią­gnęła do niego rękę.

- Chodź, chłop­cze, pój­dziemy do domu i umy­jemy cię.

Ener­gicz­nie zapro­wa­dziła go do łazienki. Zbyt osła­biony, żeby zapro­te­sto­wać, Coop tylko jęk­nął, kiedy roze­brała go do gatek. Prze­myła mu twarz i dała zim­nej wody do picia. Opu­ściła rolety w oknach, przy­sia­dła po jed­nej stro­nie łóżka i poło­żyła mu rękę na czole. Coop otwo­rzył zamglone oczy.

- To było okropne.

- Dosta­łeś nauczkę. - Pochy­liła się i cmok­nęła go w czoło. - Nic ci nie będzie. Prze­ży­jesz. - Nie tylko dziś, pomy­ślała. I sie­działa przy nim, dopóki nie zasnął po otrzy­ma­nej lek­cji.

Coop wycią­gnął się obok Lil na wiel­kiej pła­skiej skale nad stru­mie­niem.

- Wcale nie krzy­czała ani nic takiego.

- Jak to sma­ko­wało? Tak jak pach­nie? Bo pach­nie ohyd­nie. I wygląda ohyd­nie.

- Sma­kuje jak gówno - przy­znał.

Zaśmiała się.

- Jadłeś kie­dyś gówno?

- Nawą­cha­łem się go dosyć przez całe lato. Koń­skiego, świń­skiego, kro­wiego, kurzego.

Wybu­chła śmie­chem.

- W Nowym Jorku też jest gówno.

- Ale prze­waż­nie ludz­kie. I nie muszę go zgar­niać łopatą.

Prze­wró­ciła się na bok, pod­parła ręką głowę i przyj­rzała mu się dużymi ciem­nymi oczami.

- Szkoda, że musisz wra­cać. To było naj­faj­niej­sze lato w moim życiu.

- W moim też. - Dziw­nie się czuł, mówiąc to, ale wie­dział, że tak jest. I że jego naj­lep­szym kum­plem tego lata była dziew­czyna.

- Może zosta­niesz? Gdy­byś popro­sił, rodzice pozwo­li­liby ci tu zamiesz­kać.

- Nie pozwolą. - Prze­krę­cił się na plecy i spoj­rzał na krą­żą­cego w górze jastrzę­bia. - Dzwo­nili zeszłego wie­czoru, powie­dzieli, że wra­cają w przy­szłym tygo­dniu, że przy­jadą po mnie na lot­ni­sko i... Nie, nie pozwolą.

- A gdyby pozwo­lili, chciał­byś?

- Sam nie wiem.

- Chcesz tam wró­cić?!

- Nie wiem. - Okrop­nie było tego nie wie­dzieć. - Chciał­bym tu miesz­kać i jeź­dzić tam z wizytą. Chciał­bym ujeż­dżać Jonesa, jeź­dzić na Dot­tie, grać w bejs­bol i łowić ryby. Ale też chciał­bym zoba­czyć mój pokój, pójść do cen­trum han­dlo­wego i na mecz Jan­ke­sów. - Prze­krę­cił się znowu w jej stronę. - Może ty byś mogła przy­je­chać do Nowego Jorku? Poszli­by­śmy na sta­dion.

- Nie sądzę, żeby mnie puścili. - Oczy Lil posmut­niały i zadrżała jej dolna warga. - Pew­nie już tu nie wró­cisz.

- Wrócę.

- Przy­się­gasz?

- Przy­się­gam. - Na potwier­dze­nie uniósł dwa palce.

- Jeśli do cie­bie napi­szę, odpi­szesz mi?

- Dobra.

- Za każ­dym razem?

Uśmiech­nął się.

- Za każ­dym razem.

- No to wró­cisz. Tak jak puma. Zoba­czy­li­śmy ją pierw­szego dnia, więc jest jak nasz duch prze­wod­nik. Jak... Nie pamię­tam tego słowa, ale to coś na szczę­ście.

Myślał o tym - o tym, jak przez całe lato mówiła o pumie, poka­zy­wała mu jej zdję­cia w książ­kach z biblio­teki i w tych, które kupiła z kie­szon­ko­wego. Szki­co­wała ją z pamięci, a potem wie­szała rysunki w swoim pokoju, wśród tro­feów bejs­bo­lo­wych.

W ostat­nim tygo­dniu pobytu na far­mie Coop pra­co­wał nad czymś, uży­wa­jąc scy­zo­ryka i narzę­dzi do drewna, poży­czo­nych od dziadka. Poże­gnał się z Dot­tie, z Jone­sem i innymi końmi, a nawet zaj­rzał ostatni raz do kur. Spa­ko­wał ubra­nia, buty i ręka­wice do pracy, które spra­wili mu dziad­ko­wie. I swój uko­chany kij bejs­bo­lowy.

Teraz, tak jak pod­czas jazdy w prze­ciwną stronę przed wie­loma tygo­dniami, sie­dział z tyłu samo­chodu i patrzył przez okno. Wszystko widział już ina­czej: bez­kre­sne niebo, ciemne wzgó­rza, ich postrzę­pione ska­li­ste wierz­chołki, kry­jące się za nimi lasy, potoki i doliny.

Może gdzieś tam wędruje puma Lil.

Skrę­cili na drogę pro­wa­dzącą do farmy Chance'ów, żeby i z nimi się poże­gnać.

Lil sie­działa na stop­niach ganku i Coop wie­dział, że cze­kała na nich. Ubrana była w czer­wone szorty i nie­bie­ską koszulkę, spięte w kucyk włosy miała prze­cią­gnięte przez wycię­cie z tyłu ulu­bio­nej bejs­bo­lówki. Gdy się zatrzy­mali, z domu wyszła jej matka, a zza rogu wybie­gły psy, szcze­ka­jąc i wpa­da­jąc na sie­bie.

Lil wstała i matka poło­żyła jej dłoń na ramie­niu. Joe wyło­nił się zza domu, wetknął ręka­wice do tyl­nej kie­szeni spodni i sta­nął z dru­giej strony obok córki.

Ten obraz zapadł Coope­rowi w pamięć - matka, ojciec i córka jak wyspa przed sta­rym domem, w tle wzgó­rza, doliny i niebo, para pło­wych psów, rado­śnie krę­cą­cych się w kółko.

Wysiadł z samo­chodu i odchrząk­nął.

- Przy­je­cha­łem, żeby się poże­gnać.

Joe ruszył się pierw­szy, pod­szedł i wycią­gnął do niego rękę. Uści­snął dłoń Coopa i nie pusz­cza­jąc jej, przy­kuc­nął, żeby spoj­rzeć mu w oczy.

- Wró­cisz do nas, panie nowo­jor­czyku.

- Tak. I przy­ślę wam zdję­cie ze sta­dionu Jan­ke­sów, gdy zdo­bę­dziemy pro­po­rzec.

Joe się roze­śmiał.

- Twoje senne marze­nie, synu.

- Uwa­żaj na sie­bie. - Jenna obró­ciła mu czapkę dasz­kiem do tyłu i uca­ło­wała go w czoło. - Bądź szczę­śliwy. I nie zapo­mnij o nas.

- Nie zapo­mnę. - Nagle, onie­śmie­lony, odwró­cił się do Lil. - Zro­bi­łem coś dla cie­bie.

- Naprawdę? Co takiego?

Wycią­gnął przed sie­bie pudełko i prze­stą­pił z nogi na nogę, gdy je otwie­rała.

- To chyba głu­pie. Nie wyszła mi za bar­dzo - tłu­ma­czył, kiedy oglą­dała małą pumę, którą wyciął z hikory. - Mia­łem kło­poty ze łbem i...

Urwał, zasko­czony, zmie­szany, gdy zarzu­ciła mu ręce na szyję.

- Jest śliczna! Zacho­wam ją na zawsze. Pocze­kaj! - Obró­ciw­szy się na pię­cie, wbie­gła do domu.

- Udany pre­zent, Cooper. - Jenna spoj­rzała na niego poważ­nie. - Teraz będzie miała swoją pumę, swoją wła­sną. To dla niej sym­bol, a ty wło­ży­łeś w niego cząstkę sie­bie.

Lil wypa­dła z domu i zatrzy­mała się przed Coopem.

- To był mój skarb... przed pumą. Weź ją. To stara moneta - wyja­śniła, poda­jąc mu pre­zent. - Zna­leź­li­śmy ją zeszłej wio­sny, gdy prze­ko­py­wa­li­śmy nowy ogród. Jest bar­dzo stara, musiała wypaść komuś z kie­szeni dawno temu. Tak wytarta, że pra­wie nic nie widać.

Cooper wziął od niej srebrny krą­żek, rze­czy­wi­ście tak wysłu­żony, że led­wie można było zoba­czyć wybity na rewer­sie zarys kobie­cej głowy.

- Na szczę­ście. To... Mamo, jak brzmi to słowo?

- Tali­zman - pod­su­nęła Jenna.

- Tali­zman - powtó­rzyła Lil. - Na szczę­ście.

- Musimy już jechać. - Sam klep­nął Coopera w ramię. - Czeka nas jesz­cze długa podróż do Rapid City.

- Szczę­śli­wej drogi, panie nowo­jor­czyku.

- Napi­szę! - zawo­łała Lil. - Ale musisz odpo­wie­dzieć.

- Obie­cuję. - Ści­ska­jąc w dłoni monetę, Coop wsiadł do samo­chodu. Patrzył za sie­bie, dopóki grupka przed sta­rym domem nie zma­lała i zupeł­nie nie zni­kła.

Nie pła­kał. Miał w końcu już pra­wie dwa­na­ście lat. Ale trzy­mał w ręce starą srebrną monetę przez całą drogę do Rapid City.

Roz­dział 3

3

Black Hills, czer­wiec 1997

Lil pro­wa­dziła konia szla­kiem w poran­nej mgle. Szła przez wysoką trawę, prze­była mie­niące się wody wąskiego stru­mie­nia, gdzie kryły się splą­tane pną­cza sumaka jado­wi­tego, a potem zaczęli wspi­naczkę. W powie­trzu pach­niało wil­go­cią, sosnami i trawą, wscho­dzące słońce świe­ciło łagod­nie.

Ptaki śpie­wały i nawo­ły­wały się wza­jem­nie. Lil usły­szała szorstką pio­senkę gór­skiego drozda, ochry­płe "czi-czi" czy­żyka w locie, iry­tu­jące ostrze­że­nia żyją­cej na piniach sójki.

Miała wra­że­nie, że las wokół niej ożywa, budzony przez szum potoku i pro­mie­nie świa­tła, prze­bi­ja­jące się we mgle przez korony drzew.

Nie chcia­łaby być ni­gdzie indziej na świe­cie.

Zauwa­żyła ślady, pew­nie jele­nia albo wapiti, i nagrała infor­ma­cję o tym na dyk­ta­fo­nie, który miała w kie­szeni kurtki. Wcze­śniej widziała trop bizona i oczy­wi­ście liczne ślady trzody ojca.

Ale jak dotąd w trak­cie tej trzy­dnio­wej wyprawy, na jaką się wybrała, nie dostrze­gła jesz­cze śla­dów kota.

Poprzed­niej nocy go sły­szała. Odgłos, jaki wydał, poniósł się w mroku ku gwiaz­dom i jasnemu księ­ży­cowi.

Jestem tutaj.

Uważ­nie przy­glą­dała się zaro­ślom, pod­czas gdy koń, silna klacz, parł w górę, i słu­chała śpiewu pta­ków, które uwi­jały się w gałę­ziach sosny. Z gęstwiny cze­rem­chy wir­gi­nij­skiej wypa­dła ruda wie­wiórka, prze­mknęła po ziemi, wspięła się na pień sosny, unio­sła łepek i zauwa­żyła na nie­bie jastrzę­bia, zata­cza­ją­cego kręgi w poszu­ki­wa­niu zdo­by­czy.

To wszystko, a także maje­sta­tyczne widoki z kra­wę­dzi urwisk i wodo­spady w kanio­nach, spra­wiało, że Black Hills były dla niej świętą zie­mią.

Jeśli tu nie czuło się magii, to nie poczu­łoby się jej ni­gdzie; tak przy­naj­mniej myślała.

Wystar­czało jej, że jest tutaj, że prze­żywa to, co prze­żywa, tropi, uczy się. Nie­ba­wem znaj­dzie się w sali wykła­do­wej, jako "nowa" w col­lege'u - o Boże! - z dala od wszyst­kiego, co znała. I cho­ciaż była spra­gniona wie­dzy, nic nie mogło jej zastą­pić tych wido­ków, dźwię­ków, zapa­chów domu.

Przez te lata od czasu do czasu napo­ty­kała pumy. Ale chyba ni­gdy nie tra­fiła na tę samą. Tę, którą widzieli z Coopem przed ośmiu laty. To byłoby zresztą mało praw­do­po­dobne. Widy­wała je wśród gałęzi drzew, nad stru­mie­niami, gdy prze­ska­ki­wały z jed­nego ska­li­stego brzegu na drugi, a kie­dyś, gdy pędziła z ojcem trzodę, dostrze­gła jedną z nich przez lor­netkę, gdy ta dopa­dała młode wapiti.

W całym swoim życiu nie widziała nic, co by zro­biło na niej więk­sze wra­że­nie, nic bar­dziej rze­czy­wi­stego.

Przy­glą­dała się też roślin­no­ści. Widoczne z daleka nie­za­po­mi­najki, deli­katne kosaćce mis­so­uryj­skie, sło­neczne nostrzyki żółte. To była prze­cież część śro­do­wi­ska, ele­ment łań­cu­cha pokar­mo­wego. Zające, jele­nie, wapiti żywiły się trawą, liśćmi, owo­cami leśnymi, pącz­kami - a je z kolei zja­dały wilki i koty.

Ruda wie­wiórka mogła skoń­czyć jako lunch krą­żą­cego w górze jastrzę­bia.

Ścieżka wyrów­nała bieg i wio­dła na otwartą prze­strzeń, poro­śniętą bujną, zie­loną i usianą dzi­kimi kwia­tami trawą. Pasło się tam małe stado bizo­nów, więc Lil dodała do swo­jego reje­stru jesz­cze byka, trzy krowy i dwa cie­laki.

Jedno z cie­ląt bryk­nęło, znik­nęło w tra­wie i wyło­niło się z niej ze źdźbłami i kwia­tami na łbie. Lil przy­sta­nęła z uśmie­chem, żeby wyjąć apa­rat foto­gra­ficzny, i zro­biła kilka zdjęć do swo­jego archi­wum.

Mogła nazwać tego cie­laka wesoł­kiem.

Może wyśle Coopowi tych kilka zdjęć, które zro­biła na szlaku. Mówił, że pew­nie przy­je­dzie tego lata, ale nie odpo­wie­dział na list, który wysłała do niego przed trzema tygo­dniami.

Nie trak­to­wał tak poważ­nie listów i e-maili jak ona. Zwłasz­cza od kiedy cho­dził z tą dziew­czyną, którą poznał w col­lege'u.

CeeCee - pomy­ślała Lil i prze­wró­ciła oczami. Co za kre­tyń­skie imię! Wie­działa, że Coop z nią sypia. Nie powie­dział tego, wła­ści­wie nawet sta­rał się omi­jać ten temat. Ale Lil nie była głu­pia. Tak jak nie miała wąt­pli­wo­ści - no, pra­wie nie miała - że sypiał też z tą dziew­czyną ze szkoły śred­niej. Pisał o niej.

Zoe.

Jezu, gdzie się podziały nor­malne imiona?

Miała wra­że­nie, że chłopcy cały czas myślą o sek­sie. Ale musiała przy­znać, że sama też ostat­nio dużo o nim myśli.

Pew­nie dla­tego, że jesz­cze nie prze­żyła swo­jego "pierw­szego razu".

Po pro­stu chłopcy jej nie inte­re­so­wali - przy­naj­mniej nie ci, któ­rych znała. Może jesie­nią w col­lege'u...

Nie to, że chciała zacho­wać dzie­wic­two, ale po pro­stu nie widziała sensu, żeby zawra­cać sobie głowę chło­pa­kiem, któ­rego nawet spe­cjal­nie nie lubiła - zresztą jeśli nie roz­pa­lał jej do czer­wo­no­ści, nie byłoby to żadne prze­ży­cie, tylko ćwi­cze­nie, prawda?

Pozy­cja na liście doświad­czeń życio­wych, którą się wykre­śla.

Pra­gnęła - wyda­wało jej się, że pra­gnie - cze­goś wię­cej.

Otrzą­snęła się z tych myśli, scho­wała apa­rat foto­gra­ficzny i wyjęła manierkę z wodą, żeby się napić. Pew­nie będzie zbyt zajęta nauką i pracą w col­lege'u, żeby myśleć o sek­sie. Poza tym teraz naj­waż­niej­sze było lato, doku­men­to­wa­nie tro­pów, sie­dlisk, praca nad mode­lami, notat­kami. I namó­wie­nie ojca, żeby oczy­ścił kilka akrów ziemi na schro­ni­sko dla zwie­rząt, które chciała stwo­rzyć w przy­szło­ści.

Rezer­wat Przy­rody Lil­lian Chance. Podo­bała jej się ta nazwa, ale nie dla­tego, że było w niej jej nazwi­sko, tylko dla­tego, że zwie­rzęta mia­łyby tam szansę2. Ludzie z kolei mogliby je oglą­dać, badać ich życie, zaj­mo­wać się nimi.

Któ­re­goś dnia - pomy­ślała. Ale cze­kało ją jesz­cze wiele nauki - a żeby się uczyć, musiała opu­ścić to, co kochała naj­bar­dziej.

Miała nadzieję, że Coop jed­nak przy­je­dzie, choć na kilka tygo­dni, przed jej wyjaz­dem do col­lege'u. Że znowu wróci, tak jak jej puma. Bo wra­cał, nie co roku, ale dość czę­sto. Przy­je­chał na dwa tygo­dnie rok po swoim pierw­szym poby­cie u dziad­ków i następ­nego lata, na całe trzy cudowne mie­siące, gdy jego rodzice się roz­wie­dli.

Parę tygo­dni jed­nego razu, mie­siąc dru­giego, i zawsze podej­mo­wali zna­jo­mość w miej­scu, w któ­rym się urwała. Nawet jeśli Coop dużo mówił o swo­ich dziew­czy­nach tam, w domu. Ale teraz nie widzieli się już całe dwa lata.

Po pro­stu musi przy­je­chać.

Z lek­kim wes­tchnie­niem odkrę­ciła manierkę.

I nagle wszystko zda­rzyło się bar­dzo szybko.

Lil poczuła, że klacz drży, spło­szona. W chwili gdy ścią­gnęła jej wodze, z wyso­kiej trawy wysko­czyła puma. Bły­ska­wicz­nie, tak że trudno się było zorien­to­wać, co się dzieje, zaata­ko­wała cie­laka z wian­kiem kwia­tów na łbie - pęd, ruch mię­śni, bez­gło­śna śmierć. Stadko bizo­nów się roz­pro­szyło, matka zary­czała. Lil z tru­dem trzy­mała klacz na wodzy, gdy byk ruszył na kota.

Ten prych­nął gniew­nie i uniósł się, żeby bro­nić zdo­by­czy. Lil ści­snęła udami konia i trzy­ma­jąc wodze jedną ręką, drugą wyjęła ponow­nie apa­rat foto­gra­ficzny.

Bły­snęły pazury. Lil poczuła zapach krwi z prze­ciw­le­głego końca łąki. Klacz też to poczuła i wierz­gnęła w panice.

- Stój spo­koj­nie! My jej nie inte­re­su­jemy. Dostała już, czego chciała.

Z boku cie­laka pocie­kła krew. Zadud­niły kopyta, roz­le­gły się żałob­nie brzmiące pory­ki­wa­nia. Potem w powie­trzu dźwię­czało już jedy­nie echo - w wyso­kiej tra­wie pozo­stała tylko puma i jej łup.

Odgłos, jaki wydała, przy­po­mi­nał pomruk. Zabrzmiał gło­śno, jakby trium­fal­nie. Wtedy napo­tkała wzrok Lil naprze­ciwko i znie­ru­cho­miała. Lil zadrżała ręka, ale nie mogła ryzy­ko­wać i puścić wodzy, żeby przy­trzy­mać apa­rat. Zro­biła dwa poru­szone zdję­cia kota, zdep­ta­nej, zakrwa­wio­nej trawy, ofiary.

Puma prych­nęła i zacią­gnęła zwłoki w zaro­śla, w cień sosen i brzóz.

- Ma małe do nakar­mie­nia - mruk­nęła Lil, a jej głos zabrzmiał słabo i ochry­ple w poran­nym powie­trzu. - Jasna cho­lera. - Wyjęła dyk­ta­fon i omal go nie upu­ściła. - Spo­koj­nie. Tylko spo­koj­nie. Dobra, nagry­waj. Już. "Samica pumy, dłu­gość ciała od łba po ogon: około dwóch metrów. Jezu, waga około czter­dzie­stu kilo­gra­mów. Typowa płowa maść. Wytro­piła i zaata­ko­wała ofiarę, cielę ze stada sied­miu bizo­nów pasą­cych się w tra­wie. Obro­niła zdo­bycz przed bykiem. Zacią­gnęła ją do lasu, pew­nie z powodu mojej obec­no­ści, bo jeśli ma potom­stwo, jest pew­nie jesz­cze za młode, żeby towa­rzy­szyć jej na miej­sce łowów. Zdo­była śnia­da­nie dla dzieci, które pew­nie nie zostały jesz­cze odsta­wione od piersi. Zare­je­stro­wane o... siód­mej dwa­dzie­ścia pięć, dwu­na­stego czerwca . O rany".

Cho­ciaż miała na to wielką ochotę, zre­zy­gno­wała z dal­szego tro­pie­nia dra­pież­nika. Jeśli puma miała młode, w obro­nie ich i swo­jego tery­to­rium mogła zaata­ko­wać nawet jeźdźca na koniu.

- Daru­jemy sobie - zde­cy­do­wała Lil. - Chyba zresztą pora wra­cać.

Wybrała naj­krót­szą drogę, bo chciała już zna­leźć się w domu i spo­rzą­dzić notatki. Mimo to dopiero po połu­dniu spo­tkała ojca i jego pomoc­nika Jaya, któ­rzy napra­wiali ogro­dze­nie wokół pastwi­ska.

Krowy roz­bie­gły się, gdy prze­je­chała przez śro­dek ich stada i zatrzy­mała konia przy wysłu­żo­nym sta­rym dżi­pie.

- Moja dziew­czynka. - Joe pod­szedł, klep­nął ją w nogę i pogła­dził klacz po szyi. - Wra­casz do domu z dzi­czy?

- Cała i zdrowa, jak obie­ca­łam. Cześć, Jay.

Chło­pak, który nie odzy­wał się bez potrzeby, w odpo­wie­dzi tylko dotknął ronda kape­lu­sza.

- Potrze­bu­je­cie pomocy? - zapy­tała ojca Lil.

- Nie, już pra­wie koń­czymy. Wapiti prze­szło przez ogro­dze­nie.

- Sama widzia­łam po dro­dze kilka stad, no i stado bizo­nów. Byłam świad­kiem, jak puma zabiła cie­laka na jed­nej z łąk.

- Puma? - zapy­tał Jay.

Zer­k­nęła na niego. Znała tę minę. Puma ozna­czała dla niego szkod­nika i dra­pieżcę.

- Pół dnia jazdy stąd. Upo­lo­wała dość, żeby wyży­wić sie­bie i swoje młode. Nie musi scho­dzić niżej i dybać na nasze bydło.

- Nic ci się nie stało?

- Nie inte­re­so­wała się mną - zapew­niła ojca. - Pamię­taj, że puma roz­róż­nia ofiary. Na ludzi nie poluje.

- Koty zje­dzą wszystko, jeśli są głodne - mruk­nął Jay. - Pod­stępne dra­nie.

- Pew­nie bizon, który stał na czele stada, zgo­dziłby się z tobą. Ale nie widzia­łam żad­nych jej śla­dów w dro­dze powrot­nej. Śla­dów, które by wska­zy­wały, że roz­sze­rzyła aż dotąd swoje tery­to­rium.

Gdy Jay wzru­szył ramio­nami i wró­cił do naprawy ogro­dze­nia, Lil uśmiech­nęła się do ojca.

- Jeśli nie jestem wam potrzebna, to jadę do domu. Dobrze mi zrobi prysz­nic i coś zim­nego do picia.

- Powiedz matce, że zosta­niemy tu jesz­cze kilka godzin.

Lil opo­rzą­dziła konia, nakar­miła go i wypiw­szy dwie szklanki mro­żo­nej her­baty, dołą­czyła do matki w ogro­dzie warzyw­nym. Wzięła od niej motykę i zabrała się do pracy.

- Wiem, że się powta­rzam, ale to było zadzi­wia­jące. To, jak się poru­szała. Wiem, że są tajem­ni­cze i pod­stępne, ale wciąż myślę, jak długo tro­piła stado, cza­iła się tam, wybie­rała ofiarę, odpo­wiedni moment, a ja nic nie zauwa­ży­łam. Patrzy­łam, ale nic nie widzia­łam. Muszę być bar­dziej czujna.

- Nie poru­szyło cię to, że zabiła?

- Stało się to tak szybko i spraw­nie. Po pro­stu zro­biła swoje, rozu­miesz? Gdy­bym się tego spo­dzie­wała, gdy­bym miała czas, żeby się zasta­no­wić, może zare­ago­wa­ła­bym ina­czej.

Wes­tchnęła lekko, doty­ka­jąc ronda kape­lu­sza.

- Cielę było takie śliczne, z kwiat­kami na łbie. Jed­nak życie to walka i w tym przy­padku roze­grała się w ciągu kilku sekund. Może to dziw­nie zabrzmi, ale było w tym coś z aktu rytu­al­nego.

Umil­kła, żeby otrzeć pot z czoła.

- Będąc tam, widząc to, upew­ni­łam się, że wiem, czym chcę się zaj­mo­wać i czego muszę się w tym celu nauczyć. Zro­bi­łam zdję­cia. Przed, w trak­cie i po.

- Kocha­nie, może to dzi­waczne jak na kogoś, kto hoduje bydło na ubój, ale chyba nie chcia­ła­bym oglą­dać, jak puma pożera cielę bizona.

Lil z uśmie­chem wró­ciła do kopa­nia.

- Wie­dzia­łaś, czego chcesz, kim pra­gniesz być, gdy byłaś w moim wieku?

- Nie mia­łam bla­dego poję­cia. - Jenna przy­kuc­nęła i wyrwała chwa­sty spo­mię­dzy strzę­pia­stych liści mar­chwi. Ręce miała sprawne, a ciało smu­kłe i gib­kie jak córka. - Ale jakoś po roku zja­wił się tu twój ojciec. Rzu­cił mi to swoje zawa­diac­kie spoj­rze­nie i już wie­dzia­łam, że pra­gnę jego, więc nie miał w tej kwe­stii dużego wyboru.

- A gdyby chciał wró­cić na wschód?

- Poje­cha­ła­bym z nim. Nie kocha­łam jesz­cze wtedy tej ziemi. Ważny był tylko on i chyba pokocha­łam to miej­sce razem z nim. - Jenna zsu­nęła kape­lusz na tył głowy, spoj­rzała na rządki mar­chwi i fasoli, na młode pomi­dory, a potem na pola zbóż i soi, na pastwi­ska. - Myślę, że ty je poko­cha­łaś, gdy tylko przy­szłaś na świat.

- Nie wiem, gdzie rzuci mnie los. Tak wiele chcia­ła­bym się nauczyć i zoba­czyć. Ale zawsze będę tu wra­cać.

- Liczę na to. - Jenna wstała. - Daj mi motykę, idź do domu i się umyj. Ja jesz­cze tu popra­cuję, a potem pomo­żesz mi przy kola­cji.

Lil ruszyła w stronę domu. Zdjęła po dro­dze kape­lusz, żeby otrze­pać go z pyłu o spodnie, zanim wej­dzie do środka. Marzyła o gorą­cym dłu­gim prysz­nicu. Pomy­ślała, że gdy już pomoże matce w kuchni, porobi notatki i spi­sze swoje obser­wa­cje. A jutro zawie­zie film do mia­sta i odda do wywo­ła­nia.

Wśród rze­czy, na które oszczę­dzała, był apa­rat cyfrowy, ostat­nia nowość. I lap­top - dodała w myślach. Przy­znano jej sty­pen­dium, które miało pokryć wydatki na stu­dia, ale wie­działa, że na wszystko nie star­czy.

Cze­sne, aka­de­mik, opłaty za ćwi­cze­nia, pod­ręcz­niki, dojazdy. Zbie­rze się tego.

Docho­dziła już pra­wie do domu, gdy usły­szała war­kot sil­nika. Bli­sko, oce­niła, już na tere­nie farmy. Obe­szła dom, żeby zoba­czyć, kto jedzie i dla­czego z takim hała­sem.

Oparła ręce na bio­drach, gdy zoba­czyła na dro­dze moto­cykl. Moto­cy­kli­ści jeź­dzili po oko­licy regu­lar­nie, zwłasz­cza latem. Od czasu do czasu jeden czy drugi zapusz­czał się tutaj, żeby zapy­tać o drogę albo o pracę na kilka dni. Więk­szość zajeż­dżała jed­nak bar­dziej nie­pew­nie, pomy­ślała Lil, pod­czas gdy ten pruł pro­sto, jakby...

Kask i gogle zasła­niały mu włosy i więk­szą część twa­rzy. Ale usta roz­cią­gnęły się w uśmie­chu i Lil już wie­działa. Śmie­jąc się gło­śno, wybie­gła mu naprze­ciw. On zatrzy­mał moto­cykl za pika­pem ojca i prze­rzu­cił nogę nad ramą, odpi­na­jąc jed­no­cze­śnie kask. Poło­żył go na sio­dełku, odwró­cił się i zła­pał ją nie­mal w powie­trzu.

- Coop! - Przy­tu­liła się do niego mocno, gdy okrę­cił się z nią w miej­scu. - Przy­je­cha­łeś.

- Powie­dzia­łem, że przy­jadę.

- Może. - Ści­ska­jąc go, poczuła, że coś w niej wzbiera, jakby fala gorąca. Był inny. Doj­rzał. Nabrał tęży­zny, tak że pomy­ślała o nim jak o męż­czyź­nie, nie o chłopcu.

- Powie­dzia­łem i jestem. - Posta­wił ją na ziemi i przyj­rzał jej się uważ­nie, wciąż uśmiech­nięty. - Uro­słaś.

- Tro­chę. Ale chyba już na tym się skoń­czy. Ty też się zmie­ni­łeś.

Był wyż­szy i potęż­niej­szy, a kil­ku­dniowy zarost przy­da­wał mu sek­sa­pilu - oce­niła. Włosy, dłuż­sze, niż gdy widziała go ostat­nim razem, wiły mu się wokół twa­rzy, tak że jasno­nie­bie­skie oczy wyda­wały się jesz­cze bar­dziej przej­rzy­ste, wyra­zist­sze.

Znowu zro­biło jej się gorąco.

Odwró­cił się, żeby spoj­rzeć na dom, i wziął ją za rękę.

- Wygląda tak samo jak daw­niej. Okien­nice są odma­lo­wane, ale poza tym wygląda tak samo.

Ty nato­miast nie - pomy­ślała. Nie­zu­peł­nie.

- Od kiedy tu jesteś? Nikt nie mówił, że przy­je­cha­łeś.

- Od dzie­się­ciu sekund. Zadzwo­ni­łem do dziad­ków, kiedy dotar­łem do Sioux Falls, ale powie­dzia­łem im, żeby nic wam nie mówili. - Puścił jej dłoń, ale zaraz objął Lil ramie­niem. - Chcia­łem zro­bić ci nie­spo­dziankę.

- Udało ci się. Naprawdę.

- Przy­je­cha­łem naj­pierw tu.

Wtedy uświa­do­miła sobie, że wszystko, czego pra­gnęła i co naj­bar­dziej kochała, zna­la­zło się w zasięgu ręki.

- Wejdź do środka. Jest mro­żona her­bata. Od kiedy go masz?

Zer­k­nął za sie­bie na moto­cykl.

- Od pra­wie roku. Pomy­śla­łem, że gdy­bym przy­je­chał tu na lato, faj­nie by się jeź­dziło po oko­licy.

Przy­sta­nął u stóp scho­dów, uniósł głowę i przyj­rzał jej się znowu.

- Co?

- Wyglą­dasz... dobrze.

- Nie­prawda. - Odgar­nęła włosy, które potar­gały się pod kape­lu­szem o pła­skim ron­dzie. - Wła­śnie wró­ci­łam ze szlaku. Śmier­dzę. Gdy­byś przy­je­chał pół godziny póź­niej, zdą­ży­ła­bym się umyć.

On jed­nak tylko na nią patrzył.

- Dobrze wyglą­dasz. Stę­sk­ni­łem się za tobą, Lil.

- Wie­dzia­łam, że wró­cisz. - Pod­da­jąc się, padła mu w ramiona i zamknęła oczy. - Powin­nam się domy­ślić, że przy­je­dziesz, kiedy zoba­czy­łam pumę.

- Co takiego?

- Wszystko ci opo­wiem. Wejdźmy do środka, Coop. Witaj w domu.

Gdy przy­szli rodzice, przy­wi­tali się z Coopem i usie­dli z nim w salo­nie, Lil pomknęła na pię­tro. Długi gorący prysz­nic, o któ­rym marzyła, zamie­nił się w eks­pre­sowy. Tylko bez prze­sady - naka­zała sobie; lekko musnęła różem policzki, pocią­gnęła rzęsy tuszem i nie­znacz­nie poma­lo­wała błysz­czy­kiem usta. Ponie­waż musia­łaby cze­kać wieki, żeby włosy jej wyschły, jesz­cze wil­gotne zwią­zała w koń­ski ogon.

Pomy­ślała o kol­czy­kach, ale uznała, że to byłoby już zbyt oczy­wi­ste. Czy­ste dżinsy i świeża bluzka - posta­no­wiła. Zwy­czaj­nie, natu­ral­nie.

Serce waliło jej jak mło­tem.

To było dziwne, dzi­waczne, zaska­ku­jące, ale cała pło­nęła.

Coop wyglą­dał ina­czej - niby tak samo, a jed­nak ina­czej. Twarz miał bar­dziej pocią­głą, a na policz­kach poja­wiły mu się fascy­nu­jące zagłę­bie­nia. Włosy, zmierz­wione, wyglą­dały sek­sow­nie z tymi roz­ja­śnio­nymi przez słońce pasmami. Opa­lił się już tro­chę - przy­po­mniała sobie, jaki robił się śniady od słońca. A jego oczy, ten ich lodo­waty błę­kit, obu­dziły w niej jakieś nie­znane pra­gnie­nia.

Żało­wała, że go nie poca­ło­wała. Ot tak, po przy­ja­ciel­sku, w stylu "cześć, Coop". Wresz­cie wie­dzia­łaby, jak to jest, wie­dzia­łaby, jakie to uczu­cie dotknąć ustami czy­ichś ust.

Uspo­kój się - pole­ciła sobie. Pew­nie zdrowo by się uśmiał, gdyby wie­dział, o czym ona myśli. Kilka razy zaczerp­nęła powie­trza, a potem powoli zeszła po scho­dach.

Sły­szała ich w kuchni: śmiech matki, żar­to­bliwy ton ojca - i głos Coopa. Niż­szy czy nie niż­szy niż kie­dyś?

Musiała się zatrzy­mać i znowu ode­tchnąć kilka razy. Potem przy­wo­łała uśmiech na twarz i wkro­czyła do kuchni.

Urwał w środku zda­nia i objął ją spoj­rze­niem. Zamru­gał powie­kami. Gdy w jego oczach bły­snęło zasko­cze­nie, poczuła ciarki na całym ciele.

- Więc zosta­jesz na kola­cję? - zapy­tała.

- Wła­śnie usi­ło­wa­li­śmy go na to namó­wić. Ale cze­kają na niego Lucy i Sam - odpo­wie­działa Jenna. - Spo­tkamy się tu wszy­scy na pik­niku w nie­dzielę.

- Oczy­wi­ście. Pamię­tam ten pierw­szy pik­nik. Mogli­by­śmy też tro­chę pograć w bejs­bol.

- Założę się, że wciąż potra­fię dać ci w kość. - Lil oparła się o blat i uśmiech­nęła tak, że znowu zamru­gał powie­kami.

- To się jesz­cze zoba­czy.

- Liczy­łam na prze­jażdżkę tą zabawką, którą tam zosta­wi­łeś.

- Har­ley to żadna zabawka - zauwa­żył surowo.

- Weź­miesz mnie na prze­jażdżkę?

- Jasne. W nie­dzielę...

- Myśla­łam, że teraz. Mogli­by­śmy, prawda? - Zwró­ciła się do matki. - Na pół godziny?

- Och, czy ja wiem... Masz kaski, Cooper?

- Mam, kupi­łem drugi, bo pomy­śla­łem, że się przyda.

- Ile man­da­tów dosta­łeś, jeż­dżąc na tym? - zapy­tał Joe.

- Od czte­rech mie­sięcy żad­nego - odparł Coop z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Przy­wieź moją córkę z powro­tem w takim sta­nie, w jakim ją zabie­rasz.

- Jasne. Dzię­kuję za her­batę. - Wstał. - Do zoba­cze­nia w nie­dzielę.

Jenna patrzyła za nimi, jak wycho­dzili, a potem spoj­rzała na męża.

- Och - jęk­nęła.

Posłał jej słaby uśmiech.

- Powie­dział­bym raczej: "O cho­lera".

Lil na dwo­rze przyj­rzała się kaskowi, który Coop jej podał.

- Nauczysz mnie pro­wa­dzić tę maszynę? - zapy­tała.

- Może.

Wło­żyła kask i zapi­na­jąc go, popa­trzyła na Coopa.

- Pora­dzi­ła­bym sobie.

- Uhm, nie wąt­pię. - Wsiadł na moto­cykl. - Myśla­łem o tym, żeby zamon­to­wać dam­skie sio­dełko, ale...

- Nie jestem jakąś tam panienką - obu­rzyła się i usia­dła za nim. Przy­su­nęła się i objęła go rękami w pasie. Czy czuł, jak bije jej serce? - No to jazda, Coop!

Kiedy ruszył i roz­pę­dził się na wiej­skiej dro­dze, wydała okrzyk zachwytu.

- To pra­wie tak samo dobre jak jazda na koniu! - zawo­łała.

- Na auto­stra­dzie jest jesz­cze lepiej. Pochy­laj się na zakrę­tach - pora­dził - i trzy­maj mnie mocno.

Uśmiech­nęła się za nim. Miała taki zamiar.

Coop odmie­rzał ziarno, pod­czas gdy słońce wpa­dało do kur­nika przez okienka na górze. Sły­szał, jak bab­cia, kar­miąc kury, pod­śpie­wuje przy akom­pa­nia­men­cie ich gda­ka­nia. Konie w bok­sach par­skały i prze­żu­wały gło­śno.

Zabawne, jak wszystko do niego wró­ciło - zapa­chy, dźwięki, barwy świa­tła i cie­nia. Minęły dwa lata, odkąd opo­rzą­dzał i kar­mił konia, odkąd sie­dział przy dużym kuchen­nym stole nad tale­rzem racu­chów.

A miał wra­że­nie, jakby to było wczo­raj.

Dobrze było mieć taką stałą w życiu, gdy tyle się zmie­niało. Przy­po­mniał sobie, jak przed laty leżał z Lil na skale nad poto­kiem; ona zawsze wie­działa, czego chce. I tak pozo­stało.

On nato­miast nie wie­dział.

Dom, pola, wzgó­rza - wszystko było takie samo jak wtedy, gdy stąd wyjeż­dżał. Podob­nie dziad­ko­wie - pomy­ślał. Czyżby naprawdę uwa­żał ich za sta­rych przez te wszyst­kie lata? Teraz wyda­wali mu się silni i krzepcy, miał wra­że­nie, że przez osiem lat w ogóle się nie zmie­nili.

Lil nato­miast bar­dzo się zmie­niła.

Kiedy tak... zakwi­tła?

Jesz­cze przed dwoma laty była po pro­stu Lil. Ładna, jasne - zawsze była ładna. Ale wtedy rzadko myślał o niej jak o dziew­czy­nie, a zwłasz­cza atrak­cyj­nej dziew­czy­nie.

A teraz stała się nią - z tymi krą­gło­ściami i ustami, oczami, które spra­wiały, że krew zaczy­nała szyb­ciej krą­żyć mu w żyłach.

Nie może tak o niej myśleć. Nie. Są przy­ja­ciółmi, naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Nie powi­nien zwra­cać uwagi na jej piersi, myśleć o tym, że je czuł, gdy przy­warła do niego pod­czas tej sza­leń­czej jazdy na moto­cy­klu.

Twarde i mięk­kie jed­no­cze­śnie, fascy­nu­jące.

A już na pewno nie powi­nien śnić o tym, że kła­dzie na nich ręce - i na resz­cie jej ciała.

Jed­nak zda­rzyło mu się to. Już dwa razy.

Osio­dłał roczną klacz, zgod­nie z prośbą dziadka, i wypro­wa­dził na kor­ral, żeby ją potre­no­wać.

Lucy, która nakar­miła i napo­iła bydło, a także zebrała jajka, wyszła na dwór i usia­dła na ogro­dze­niu z desek, żeby popa­trzeć.

- Ma jesz­cze narowy - zauwa­żyła, kiedy młoda klacz wierz­gnęła zadnimi nogami.

- Roz­sa­dza ją ener­gia. - Coop ścią­gnął cugle, żeby klacz bie­gła po kole.

- Wybra­łeś już dla niej imię?

Uśmiech­nął się lekko. Od czasu Jonesa wybór imion dla rocz­nia­ków tra­dy­cyj­nie nale­żał do niego - czy był na far­mie, czy nie.

- Ma takie ładne cętki. Myśla­łem, żeby nazwać ją Pie­gu­ską.

- Pasuje do niej. Masz dryg, Cooper, do nada­wa­nia imion i do koni. Zawsze mia­łeś.

- Tęsk­nię za nimi, gdy jestem na wscho­dzie.

- A gdy jesteś tutaj, tęsk­nisz za domem. To cał­kiem natu­ralne. - Nie odpo­wie­dział, więc cią­gnęła: - Jesteś młody. Jesz­cze się nie ustat­ko­wa­łeś.

- Mam pra­wie dwa­dzie­ścia lat, bab­ciu. Chyba powi­nie­nem już wie­dzieć, o co mi cho­dzi w życiu. Do dia­ska, ty w moim wieku byłaś mężatką.

- To były inne czasy, inny świat. Dwu­dzie­sto­lat­ko­wie są dziś pod pew­nymi wzglę­dami mniej doj­rzali niż kie­dyś, a pod innymi bar­dziej. Jesz­cze zdą­żysz się ustat­ko­wać.

Spoj­rzał na nią przez ramię - silną, z krót­szymi wło­sami, które wiły się tro­chę bar­dziej, z głęb­szymi zmarszcz­kami wokół oczu, ale taką samą jak daw­niej. I tak samo jak kie­dyś mógł jej powie­dzieć, co mu cho­dziło po gło­wie albo leżało na sercu, bo wie­dział, że go wysłu­cha.

- Ty ustat­ko­wa­łaś się za wcze­śnie? Żału­jesz?

- Nie, bo jestem tutaj, sie­dzę na pło­cie i patrzę, jak mój wnuk tre­nuje ładną klacz. Ale ja to nie ty. Wyszłam za mąż w wieku osiem­na­stu lat, przed dwu­dziestką uro­dzi­łam pierw­sze dziecko i przez całe życie pra­wie nie wyjeż­dża­łam poza gra­nice Mis­si­sipi. Nie to co ty, Cooper.

- Nie wiem, kim jestem. Pierw­sze dziecko? - Spoj­rzał na nią. - Powie­dzia­łaś "pierw­sze dziecko".

- Stra­ci­li­śmy dwójkę, już po uro­dze­niu się two­jej mamy. Ciężko było. Na­dal jest. Myślę, że dla­tego Jenna i ja tak szybko zbli­ży­ły­śmy się do sie­bie. Po Lil uro­dziła mar­twe dziecko, a potem jesz­cze poro­niła.

- Nie wie­dzia­łem o tym.

- Takie rze­czy się zda­rzają i trzeba żyć dalej. Nie ma innego wyj­ścia. Jeśli dopi­sze ci szczę­ście, dosta­jesz coś od życia. Ja dosta­łam, prawda? A Jenna i Josiah... oni mają Lil.

- Lil chyba dobrze wie, czego chce.

- Ta dziew­czyna patrzy w przy­szłość.

- A... - Sta­rał się, żeby zabrzmiało to nie­dbale. - Spo­tyka się z kimś? To zna­czy z jakimś face­tem?

- Wiem, o co ci cho­dzi - sucho odparła Lucy. - O nikim takim nie sły­sza­łam. Chło­pak Nodoc­ków robił do niej słod­kie oczy, ale Lil chyba nie była nim spe­cjal­nie zain­te­re­so­wana.

- Nodock? Gull Nodock? Jezu, on ma już ze dwa­dzie­ścia dwa czy trzy lata. Jest za stary, żeby krę­cić się koło Lil.

- Nie Gull. Jesse. Jego brat. Młod­szy. Jest mniej wię­cej w twoim wieku. A ty, Cooper? Podoba ci się Lil?

- Mnie? Lil? Nie. - Cho­lera, pomy­ślał. Jasna cho­lera. - Jeste­śmy przy­ja­ciółmi i to wszystko. Trak­tuję ją jak sio­strę.

Lucy z nie­prze­nik­nioną miną postu­kała obca­sem w płot.

- Twój dzia­dek i ja też byli­śmy tylko przy­ja­ciółmi, gdy się zeszli­śmy. Cho­ciaż nie sądzę, żeby kie­dy­kol­wiek widział we mnie sio­strę. Ale Lil patrzy w przy­szłość, jak powie­dzia­łam. Ta dziew­czyna ma plany.

- Zawsze miała.

Koń­cząc robotę na ten dzień, Coop myślał o tym, żeby osio­dłać jed­nego z koni i wybrać się na długą prze­jażdżkę. Miał ochotę na Jonesa, ale rocz­niak, któ­rego nie­gdyś poma­gał szko­lić, stał się praw­dziwą gwiazdą w wypo­ży­czalni koni pro­wa­dzo­nej przez dziad­ków.

Coop zasta­na­wiał się dalej nad wybo­rem konia i już miał osio­dłać wiel­kiego dere­szo­wa­tego wała­cha, gdy zoba­czył Lil, która szła w stronę kor­ralu.

Wstyd się przy­znać, ale poczuł, że zasy­cha mu w gar­dle.

Miała na sobie dżinsy i jaskra­wo­czer­woną koszulę, zdarte wyso­kie buty i sfa­ty­go­wany szary kape­lusz z sze­ro­kim, mięk­kim ron­dem, a pod nim roz­pusz­czone włosy.

Doszedł­szy do ogro­dze­nia, wska­zała pal­cem sakwę, którą nio­sła na ramie­niu.

- Mam tu żar­cie na pik­nik i chęt­nie się nim podzielę. Reflek­tuje ktoś?

- Może.

- Tylko muszę wypo­ży­czyć konia. Dała­bym w zamian pie­czo­nego kur­czaka.

- Wybierz sobie.

- Podoba mi się ta sro­kata klacz. - Wska­zała ruchem głowy.

- Dam ci sio­dło i pójdę powie­dzieć dziad­kom.

- Wstą­pi­łam już do nich. Nie mają nic prze­ciwko. Jest jesz­cze wcze­śnie. Możemy z tego sko­rzy­stać. - Prze­rzu­ciła sakwę przez płot. - Wiem, gdzie jest uprząż. Idź, osio­dłaj swo­jego konia.

Czy byli przy­ja­ciółmi, czy nie, nie widział nic złego w tym, żeby spoj­rzeć za nią, gdy się odda­lała, a przy oka­zji stwier­dził, że świet­nie leżą na niej dżinsy.

Zabrali się do pracy w ryt­mie, który oboje dobrze znali. Coop uniósł sakwę i aż się skrzy­wił.

- Dużo tych kur­cza­ków.

- Mam tu dyk­ta­fon, apa­rat foto­gra­ficzny i... resztę ekwi­punku. Lubię nagry­wać spo­strze­że­nia, gdy jestem na szlaku. Myśla­łam, żeby­śmy poje­chali nad potok i wybrali jedną z bocz­nych dróg przez las. Można tam poga­lo­po­wać, a i widoki są piękne.

Posłał jej zna­czące spoj­rze­nie.

- Tery­to­rium pumy?

- Rze­czy­wi­ście, to teren tych dwóch, które wytro­pi­łam w tym roku. Ale nie dla­tego pro­po­nuję tę trasę. - Uśmiech­nęła się, zarzu­ca­jąc sio­dło na grzbiet kla­czy. - To piękna prze­jażdżka, a nad poto­kiem jest polana. Świetne miej­sce na pik­nik. Godzina drogi stąd, jeśli nie chcesz za bar­dzo się odda­lać.

- W ciągu godziny aku­rat nabiorę ape­tytu. - Wsko­czył na konia i moc­niej nasa­dził kape­lusz na głowę. - Któ­rędy?

- Na połu­dniowy zachód.

- No to jazda.

Lekko dźgnął wała­cha pię­tami. Poga­lo­po­wali przez podwórko i pola.

Był taki czas, pomy­ślała Lil, że jeź­dziła konno lepiej od niego, o wiele lepiej. Ale teraz musiała przy­znać, że byli sobie równi pod tym wzglę­dem. Klacz, lekka i szybka, dawała jej prze­wagę, więc przy wie­ją­cym od tyłu wie­trze dotarła do linii drzew o jedną dłu­gość przed nim.

Śmie­jąc się, z błysz­czą­cymi oczami, pochy­liła się, żeby nagro­dzić klacz klep­nię­ciem w szyję.

- Jeź­dzisz konno w Nowym Jorku?

- Nie.

Wypro­sto­wała się w sio­dle.

- Mówisz, że nie dosia­da­łeś konia przez dwa lata?

Wzru­szył ramio­nami.

- To jak jazda na moto­cy­klu.

- Nie, to jak jazda na koniu. Jak ty... - Nie dokoń­czyła. Pokrę­ciła głową i skie­ro­wała konia mię­dzy sosny.

- Jak ja co?

- Jak wytrzy­mu­jesz, nie robiąc tego, co tak lubisz?

- Mam inne zaję­cia.

- Jakie?

- Jazdę na moto­cy­klu, słu­cha­nie muzyki, imprezy.

- Uga­nia­nie się za dziew­czy­nami.

Skrzy­wił usta w uśmie­chu.

- Nie ucie­kają zbyt szybko.

Gwizd­nęła.

- Dam głowę. A CeeCee nie ma nic prze­ciw temu, że zosta­wi­łeś ją na całe lato?

Znowu wzru­szył ramio­nami. Prze­jeż­dżali przez pod­mo­kły teren, wśród drzew i gła­zów.

- Nie cho­dzimy z sobą na poważ­nie. Ona ma swoje sprawy, ja mam swoje.

- Myśla­łam, że jeste­ście nie­roz­łączni.

- Nie­szcze­gól­nie. Sły­sza­łem z kolei, że ty pro­wa­dzasz się z Jes­sem Nodoc­kiem.

- O Boże, nie! - Zaśmiała się, odrzu­ca­jąc głowę do tyłu. - To miły facet, ale tro­chę nie­roz­gar­nięty. W grun­cie rze­czy cho­dzi mu tylko o zapasy.

- Zapasy? Jak to... - Oczy mu dziw­nie pociem­niały. - Ach, zapasy z tobą? Robi­łaś to z Nodoc­kiem?

- Nie. Umó­wi­łam się z nim parę razy. Nie podoba mi się spo­sób, w jaki całuje. Jak na mój gust robi to mar­nie. Powi­nien popra­co­wać nad tech­niką.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki