Basia Cięta zaparkowała samochód i obłożona torbami, zgrzewką wody i pękiem świeżych kwiatów z trudem zmieściła się w drzwiach swojego lokalu świadczącego usługi z zakresu beauty. Gdy tylko przekroczyła jego próg, powitał ją dobiegający z recepcji głos Magdy.
- Jesteś wreszcie!- zakrzyknęła na widok przyjaciółki.
- No i?
Basia podała kwiaty asystentce, papierową torbę - Madzi, a zgrzewkę z wodą zatargała na zaplecze.
- Zostaw te bety i słuchaj! - Magda pognała za nią. - Co masz w tej torbie? - Ściągnęła brwi i zajrzała do środka torebki? - O Boże... - stęknęła. - Ptysie od Słodkiej Dziurki.
- Najlepsze - powiedziała z przekąsem Basia. - Wzięłam do kawy. Gdy zadzwoniłaś, że będziesz, to podjechałam jeszcze...
- Jezu, tak! - Złapała za jej przedramię. - Mam bardzo ważną sprawę. - Rozejrzała się na boki po jeszcze pustym, nie licząc dwóch asystentek, salonie.
- Mówiłaś już. Przez telefon...
- No tak, ale nie o... wiesz... tylko o... wiesz... - Setka intensywnie mrugała okiem.
- Aaa... przytaknęła Basia. - No, ale to nie wiem - przyznała.
Magda chwyciła ją za rękę i przyciągnęła do siebie tak, że stykały się biodrami.
- Akcja jest taka, że zaginęła dziewczyna.
- Skoro zaginęła, to pewnie się znajdzie - skwitowała Baśka i chwyciła za torbę. - Dawaj te ptysie, bo je wygnieciesz i nic z nich nie zostanie. A tego ci nie daruję. Tak mi pachniały w samochodzie, że stoczyłam intensywną walkę sama ze sobą, by nie zatrzymać się gdzieś na poboczu i bezczelnie ich nie zeżreć.
- I co, zjadłabyś beze mnie? - zdumiała się Magdalena.
- Szczerze mówiąc, nie mam z tym problemu. - Basia wydęła usta.
- Dobra... - Dziennikarka okrążyła przyjaciółkę. - Musisz ze mną pojechać do tej kamienicy, na miejsce pożaru. Rozejrzeć się. Pogadać z tymi ludźmi, którzy tam mieszkają. No może z wyjątkiem jednej baby, bo ona dawała już popisy w trakcie akcji strażaków. Stara wariatka w grochach - parsknęła.
- Ale ja nie mogę teraz. Klientki mam umówione. - Basia ściągnęła brwi.
- To wymyśl... Może migrenę?
- Hola! To jest renomowany salon, a nie osiedlowy kebs. Kobitki czekają nieraz tygodniami na wizytę. Z migreną już pracowałam. A i ze skręconą kostką też! - oświadczyła Basia.
- Pamiętam. Triki na deskorolce - roześmiała się głośno Magda.
- Nieoficjalnie - zaznaczyła Baśka.
- A oficjalnie?
- Schody. Schody są zawsze najlepsze do wszelkich urazów. Zapamiętaj! Żaden ubezpieczyciel ci nie podważy...
- No właśnie! - przerwała jej Magdalena. - Na schodach! Mówię ci! Tam się coś stało. Laska przepadła jak kamień w wodę. - Poderwała się.
- Ty znowu z tą laską. Może spała u koleżanki. - Basia wyjęła z torby pudełko i je otworzyła, zaciągając się z lubością słodkim zapachem ptysiów.
- I zostawiła szpilki Jimmy'ego Choo na klatce schodowej?! Na pastwę losu? - Magda uniosła jedną brew. - W czasie pożaru?
Zapadła cisza.
- Jimmy'ego Choo? - Basia spojrzała na nią z ukosa.
- Ehe, Diamond Talura... to te ze złotym łańcuszkiem wokół kostki. - Setka ściągnęła usta w dziobek.
- Kolor?
- Czarne, lakierowane.
- Fuck, dziewczyna na bank nie żyje! - zawyrokowała głośno Barbara.
- Myślisz? - Madzia spojrzała podejrzliwie.
- No a co? Wypuściłabyś z ręki takie buty? Bo ja dopiero, jakbym padła trupem...
- Cholera, cholera! - Magdalena zatrzęsła głową tak, że jasne loki na chwilę zasłoniły jej twarz. Przez chwilę mierzyły się wzrokiem. - Sama widzisz. Krzywa akcja z tą laską jest.
- Dobra! - Klasnęła w ręce Cięta. - Asia, kalendarz i telefon! Karola, dwie kawy i talerzyki... - zarządziła głośno w kierunku asystentek. - A my do mnie, do biura! - rozkazała. - Musimy ułożyć jakiś plan. Takie buty muszą mieć właścicielkę! Choćby martwą! - oświadczyła z uniesionym palcem wskazującym. - A propos... - Zerknęła z ukosa na Magdę. - Gdzie one teraz są?
- W bezpiecznym miejscu - zapewniła z przebiegłym uśmiechem dziennikarka. - Powiedzmy, że zadbałam, by zyskały dom zastępczy. - Zrobiła oczy niewiniątka, po czym nabrała palcem biały krem z ptysia i łapczywie go oblizała. W jej torbie zabrzmiała wesoła melodia. Magda, cmokając, przełknęła ślinę i sięgnęła po komórkę. Na widok wyświetlającego się imienia przewróciła oczami. - Natalka Wsiubinosek... - stęknęła z miną cierpiętnicy w kierunku Baśki. - Nowicjuszka w naszym składzie dziennikarskim. Strasznie ambitna i napalona reportersko. - Pokręciła głową. - Dzwoni średnio sto dwa razy dziennie z nowym pomysłem lub zapytaniem. - Odebrała połączenie. - Słucham cię, Natalio... znów - zaczęła.
- Pani Magdaleno, bo ja chciałam przypomnieć się z tym moim materiałem o ofiarach nieudanych zabiegów powiększania ust. Pamięta pani, o tych oszpeconych dziewczynach... A patrzę teraz w plan emisyjny i go nie widzę.
- Natalka, nie widzisz, bo go musiałam przesunąć.
- Ale...
- Słuchaj, nie denerwuj się, puścimy to na pewno, ale raczej nie dziś i nie jutro, bo muszę go najpierw obejrzeć. Postaram się pojutrze, o ile oczywiście nic się nie wydarzy. - Setka zrobiła znudzoną minę. - Teraz priorytet ma pożar i programy niemające związku z wszystkim, co łatwopalne, zostały przełożone. Ma się tym zająć Darek. Tak zdecydował szef - poinformowała dziewczynę.
- No ale ja się tak starałam i te moje bohaterki też czekają, by zobaczyć się w telewizji...
- To musicie się chwilę wstrzymać z bólami... Mówię, najpóźniej pojutrze. Niech to pogorzelisko ostygnie...
- Ojeju, no dobrze... - Młoda reporterka westchnęła ciężko niczym praczka nadrzeczna po całym dniu chechłania brudów, po czym się rozłączyła.
Setka w ramach komentarza wypuściła ustami powietrze
- Pokolenie Z. - Rzuciła komórkę z powrotem do torby. - To jak? - popatrzyła wyzywająco na Baśkę. - Urwiesz się na godzinkę?
- Okazuje się, że jest taka opcja... - Baśka uśmiechnęła się przebiegle, stukając długopisem w otwartą stronę kalendarza, na której jawiła się wolna przestrzeń między zapisanymi nazwiskami klientek.