Ludy Meridianu
LUDY MERIDIANU
Góry Obregi
Serapio - Odrodzony Wroni Bóg
Saaya - matka Serapia
Marcal - ojciec Serapia
Paadeh - pierwszy nauczyciel Serapia
Eedi - druga nauczycielka Serapia, Włóczniczka
Powageh - trzeciu nauczycielu Serapia, Nóż
Cuecola
Xiala - kapitan, żeglarka, z pochodzenia Teekijka
Callo - pierwszy oficer, żeglarz
Patu - kucharz, żeglarz
Loob - żeglarz
Baat - żeglarz
Poloc - żeglarz
Atan - żeglarz
Balam - kupiecki lord
Pech - kupiecki lord
Tova
Strażnicy
Naranpa - Kapłanka Słońca, Zakon Wyroczni (hawaa)
Iktan - Kapłanu Noży, Zakon Noży (tsiyo)
Abah - Kapłanka Wspomożenia, Zakon Uzdrowicieli (seegi)
Haisan - Kapłan Archiwów, Zakon Historyków (ta dissa)
Kiutue - były Kapłan Słońca (nieżyjący)
Eche - oddany, Zakon Wyroczni
Kwaya - oddane, Zakon Uzdrowicieli
Deeya - służąca
Leaya - służący
Klany Niebouczynionych
Yatliza - matrona, Czarnowron
Okoa - syn Yatlizy, Czarnowron
Esa - córka Yatlizy, Czarnowron
Chaiya - kapitan Tarczy, Czarnowron
Maaka - przywódca Odohaa, Czarnowron
Ashk - stajenny, Czarnowron
Feyou - uzdrowicielka, Czarnowron
Kutssah - wielka wrona
Benundah - wielka wrona
Paida - wielka wrona
Ieyoue - matrona, Nartnik
Aishe - Nartnik
Zash - Nartnik
Tyode - Nartnik
Paipai - wielki nartnik
Nuuma - matrona, Złoty Orzeł
Peyana - matrona, Skrzydlaty Wąż
Sucha Ziemia (bezklanowi)
Denaochi - brat Naranpy
Akel - brat Naranpy
Jeyma - ojciec Naranpy
Zataya - wiedźma
Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Góry Obregi
315 Rok Słońca
(10 lat przed Konwergencją)
O słońce! Rzucasz okrutny cień
Obracasz ciała w węgiel, barwisz pióra czernią
Czyżbyś porzuciło litość?
Zebrane Lamentacje z Nocy Noży
Dzisiaj stanie się bogiem. Tak powiedziała mu matka.
- Wypij to - rzekła, podając mu kubek. Był wysoki i wąski, pełen
jasnokremowego naparu.
Kiedy go powąchał, poczuł woń pomarańczowych kwiatów, które wijąc się,
rosły za oknem jego pokoju, tych ze środkami barwy miodu. Ale poczuł też
ziemistą słodycz dzwonków, które matka pielęgnowała na podwórzu, w ogrodzie, w którym nie wolno było mu się bawić. Wiedział, że w naparze
są rzeczy, których nie jest w stanie wyczuć, sekretne składniki z sakiewki noszonej przez matkę na szyi, które pobielały czubki jej palców
i jego własny język.
- Teraz, Serapio - dodała i na chwilę dotknęła dłonią jego policzka. -
Zimne jest lepsze. Tym razem zrobiłam słodsze, żebyś nie zwymiotował.
Zarumienił się zawstydzony wzmianką o tym, co się wydarzyło. Ostrzegała
go, żeby poranną dawkę wypił szybko, on jednak sączył ją powoli i zwrócił część mętnej, mlecznej brei. Tym razem udowodni, że jest
godzien, że jest kimś więcej niż tylko nieśmiałym chłopcem.
Chwycił kubek obiema drżącymi rękami i pod czujnym spojrzeniem matki
podniósł do ust. Napój był przejmująco zimny i, tak jak obiecywała
matka, znacznie słodszy od porannej porcji.
- Wszystko - zbeształa go, gdy gardło odmówiło mu posłuszeństwa i zaczął
opuszczać kubek. - Inaczej nie uśmierzy bólu.
Zmusił się do przełknięcia i odchylił głowę, żeby opróżnić naczynie.
Żołądek podszedł mu do gardła, ale nie zwrócił naparu. Minęło dziesięć
sekund i kolejne dziesięć. Serapio z wyrazem triumfu malującym się na
twarzy oddał matce pusty kubek.
- Mój dzielny, mały bożek - rzekła, a jej usta ułożyły się w uśmiech, od
którego zrobiło mu się ciepło na sercu.
Postawiła kubek na stole obok kupki bawełnianych sznurków, którymi
zamierzała go później związać. Chłopiec zerknął na sznurki i leżące przy
nich kościaną igłę i nić z jelit. Ich też matka użyje.
Choć w izbie panował chłód, czoło Serapia było wilgotne od potu, a ciemne kędziory lepiły mu się do głowy. Był tak dzielny, jak tylko może
być dwunastolatek, lecz patrząc na igłę, marzył o tym, by trucizna
uśmierzająca ból zaczęła działać jak najszybciej.
Matka najwyraźniej wyczuła jego niepokój, bo pokrzepiająco poklepała go
po ramieniu.
- Sprawiasz, że twoi przodkowie są dumni, mój synu. A teraz... uśmiechnij
się do mnie.
Zrobił, co mu kazała, i obnażył zęby. Matka sięgnęła po małą, glinianą
miseczkę i zanurzyła w niej palec. Jego czubek zabarwił się na czerwono.
Skinieniem dłoni pokazała mu, żeby nachylił się w jej stronę, a gdy to
uczynił, rozsmarowała barwnik na jego zębach. Farba nie miała smaku, ale
część umysłu Serapia nie mogła przestać myśleć o owadach, które matka
rozgniatała w mleku migdałowym, żeby stworzyć barwnik. Pojedyncza
kropla, czerwona niczym krew, spadła na jej kolano. Matka ściągnęła brwi
i starła ją wewnętrzną stroną dłoni.
Miała na sobie prostą, czarną tunikę, która odsłaniała jej silne,
brązowe ramiona, tak długą, że zamiatała nią kamienną podłogę pod ich
stopami. Sięgające pasa czarne włosy opadały luźno na jej plecy. Na szyi
nosiła naszyjnik z czarnych jak noc wronich piór, których końcówki
zabarwiono czerwienią, taką jak ta na zębach Serapia.
- Twój ojciec myślał, że może zabronić mi to nosić - powiedziała cicho,
lecz chłopiec wyczuł w jej głosie ból spowodowany smutkiem i niedostatkiem. - Nie rozumie, że tak czynili moi przodkowie, a przed
nimi ich przodkowie. Nie może zabronić kobiecie z Czarnowronów
przywdziewać stroju, który ma uhonorować wroniego boga, zwłaszcza w tak
świętym dniu jak ten.
- On się boi - odezwał się chłopiec, nim zdążył pomyśleć. Najwyraźniej
trucizna rozwiązała mu język, inaczej nigdy nie ośmieliłby się
przemawiać w ten sposób.
Matka zamrugała, wyraźnie zaskoczona tą uwagą, a zaraz potem wzruszyła
ramionami.
- Może - zgodziła się. - Obregijczycy boją się wielu rzeczy, których nie
rozumieją. A teraz nie ruszaj się, dopóki nie skończę.
Pracowała w pośpiechu, barwiąc jego zęby głębokim karminem, aż
wyglądały, jakby miał usta pełne krwi. Uśmiechnęła się. Jej zęby
prezentowały się tak samo. Ojciec słusznie się jej obawia, pomyślał
chłopiec. Wygląda groźnie, władczo. Służebnica boga.
- Jak twoje plecy? - spytała i odstawiła miseczkę z barwnikiem z powrotem na stół.
- Dobrze - skłamał.
O świcie tego samego dnia wycięła mu na plecach haahan. Obudziła go,
podała mu pierwszy kubek trucizny uśmierzającej ból i oznajmiła, że
nadszedł czas. Usłyszawszy to, Serapio posłusznie obrócił się na brzuch,
a ona przystąpiła do pracy.
Używała specjalnego ostrza, którego nigdy dotąd nie widział - cienkiego,
delikatnego i niezwykle ostrego. Pracując, przemawiała do niego.
Opowiadała, że gdyby był ze swym klanem, ukochany wuj albo kuzyn
miesiącami, a nawet latami wycinałby na jego skórze haahan. Nie było
na to jednak czasu i dziś musiała to być ona. Wycinając kręte linie -
odpowiednik wronich skrzydeł - na jego ramionach i mięśniach bocznych,
opowiadała mu o wielkim wronim bogu. Ból był taki, jakby Serapio włożył
rękę do ognia, może dlatego, że nie wypił całego naparu. Zniósł go
jednak, pojękując tylko od czasu do czasu. Następnie kazała mu usiąść i wycięła wronią czaszkę u podstawy jego szyi. Ptasi dziób zachodził mu na
pierś, przez co wyglądał jak wyryty w skórze wisiorek. Ból był dziesięć
razy gorszy, niż kiedy wycinała skrzydła, i Serapio nie krzyczał tylko
dlatego, że bał się, iż jeśli poruszy się gwałtownie, matka przypadkiem
poderżnie mu gardło. Wiedział, że ludzie z jej klanu rzeźbili w swoich
ciałach na znak żałoby po tym, co zostało utracone, i był dumny, że nosi
na skórze haahan, ale łzy i tak spływały mu po policzkach.
Kiedy skończyła, krytycznym okiem przyjrzała się swemu dziełu.
- Teraz, kiedy wrócisz do domu, rozpoznają cię, nawet jeśli za bardzo
przypominasz Obregijczyka.
Zabolały go te słowa, zwłaszcza że wypowiedziała je, patrząc na niego. A przecież zdążył się przyzwyczaić do ludzkich spojrzeń i do złośliwości
dzieci, które wytykały mu, że za mało lub za bardzo przypomina tego czy
owego.
- Obregijczycy są źli? - odważył się zapytać. Widać trucizna wciąż
dodawała mu śmiałości. Góry Obregi były jedynym domem, jaki znał w całym
swoim życiu. Rozumiał, że matka jest tu obca; pochodziła z miasta o nazwie Tova, dalekiego i zamieszkiwanego przez ludzi, którzy nazywali
siebie Czarnowronami. Lecz jego ojciec był Obregijczykiem, a do tego
lordem. Mieszkali w domu jego przodków, a robotnicy uprawiali ziemię
należącą do jego rodziny. Chłopiec otrzymał jedno z imion, jakie
nadawali swym dzieciom mieszkańcy gór Obregi. Odziedziczył też kręcone
włosy i nieco bledszą twarz krewnych ojca, choć wąskie oczy, szerokie
usta i policzki miał po matce.
- Nie, synu - zbeształa go. - To życie, to miejsce... - zatoczyła ręką
łuk, mając na myśli zimne, kamienne ściany, wiszące na nich bogato
zdobione kilimy, widoczne za oknem ośnieżone góry i cały lud Obregi -
miało chronić cię do czasu, aż będziesz mógł wrócić do Tovy.
Chronić? Przed czym? Chciał ją o to zapytać, ale zamiast tego powiedział
tylko:
- A kiedy to będzie?
Westchnęła i przycisnęła dłonie do ud.
- Nie jestem Strażniczką w niebiańskiej wieży - odrzekła, kręcąc głową.
- Ale myślę, że już niedługo.
- Za miesiąc? Rok? - dopytywał. Niedługo mogło znaczyć wszystko.
- Nie zostaliśmy zapomniani - zapewniła go, a jej twarz złagodniała.
Odgarnęła mu z czoła niesforny kosmyk. Jej ciemne oczy pełne były
miłości, która rozgrzewała go od stóp do głów. Kiedy tak wyglądała, może
wzbudzała w ojcu lęk, ale dla niego była piękna.
Cienie przesunęły się na podłodze i matka obejrzała się przez ramię na
dziwne, popołudniowe światło.
- Już czas. - Wstała z twarzą zaróżowioną z podekscytowania i wyciągnęła
rękę. - Gotowy?
Był za duży, żeby wziąć ją za rękę niczym dziecko, ale tak bardzo
obawiał się tego, co miało nastąpić, że uścisnął jej dłoń, jakby szukał
w niej pocieszenia. Poprowadziła go na zewnątrz, na kamienny taras,
gdzie mroźny wiatr owiał jego nagą skórę.
Widok, który się stamtąd roztaczał, był prawdziwą ucztą dla oka. Dolina
wciąż jeszcze mieniła się złotem i szkarłatem końca jesieni. Nieco dalej
wznosiły się wysokie, poszarpane góry, gdzie lód nigdy nie topniał.
Serapio spędził tu wiele popołudni, obserwując jastrzębie kołujące nad
osadą przycupniętą na skraju doliny albo ciskając kamyki za krawędź
urwiska i patrząc, jak w chmurach pyłu spadają na widoczne w dole
skaliste klify. Było to miejsce miłych wspomnień i dobrych myśli.
- Tak pochmurno - rzekła z przejęciem matka, nadal trzymając go za rękę.
- Ale spójrz, nawet w tej chwili wszystko się zmienia. - Rozpromieniła
się, obnażając krwistoczerwone zęby.
Miała rację. Patrzył, jak niebo się przeciera, a zza chmur wyłania się
zawieszona nad górami, rozmyta, przyćmiona kula słońca. Obok niej czaił
się mrok.
Zaniepokojony chłopiec otworzył szeroko oczy. Matka mówiła mu, że tego
dnia przybędzie wroni bóg, nie sądził jednak, że jego oblicze będzie aż
tak upiorne.
- Patrz na słońce, Serapio - upomniała go, oddychając z trudem. - Musisz
patrzeć na słońce.
Zrobił, co mu kazała, i z rosnącym przerażeniem patrzył, jak zaczyna ono
znikać.
- Matko? - spytał, zatrwożony. Nie podobał mu się własny piskliwy,
przerażony głos.
- Nie odwracaj wzroku! - ostrzegła go.
Nie miał takiego zamiaru. Przeżył jej nóż i truciznę, a wkrótce przeżyje
także igłę. Widok słońca też zniesie.
Ale oczy zaczęły mu łzawić i piec.
- Spokojnie - mruknęła, ściskając go za rękę.
Oczy go bolały, ale matka rozwarła palcami delikatną skórę jego powiek.
Krzyknął, kiedy drasnęła paznokciem gałkę oczną, i szarpnął się
odruchowo. Przyciągnęła go do siebie. Ramiona miała silne jak imadło,
jej palce trzymały jego szczękę w żelaznym uścisku.
- Musisz patrzeć! - krzyknęła.
Tak więc patrzył, jak wroni bóg pożera słońce.
Dopiero gdy ze słońca został jedynie okalający ciemność pierścień
drżącego pomarańczowego ognia, puściła go.
Serapio potarł piekące oczy, ale matka uderzyła go po rękach.
- Byłeś taki dzielny - powiedziała. - Nie możesz się teraz bać.
Na myśl o tym, co miało się wydarzyć, poczuł lodowaty strach pełznący mu
po plecach. Jego matka najwyraźniej niczego nie zauważyła.
- Pośpiesz się - ponagliła go, prowadząc z powrotem do środka. - Póki
wroni bóg sprawuje władzę nad światem.
Posadziła go na krześle z wysokim oparciem. Od wypitego naparu ręce i nogi miał ociężałe, głowę zaś dziwnie lekką. Ogarniająca go panika
przygasła, a z ust dobył się cichy, przerażony jęk.
Matka przywiązała mu stopy do nóg krzesła i okręciła jego ciało
sznurkami, tak że nie mógł się ruszać. Lina boleśnie werżnęła się w miejsce, gdzie skóra po wycięciu haahan wciąż jeszcze była obrzmiała i rozogniona.
- Zamknij oczy - upomniała go.
Zrobił to i po chwili coś zimnego i wilgotnego dotknęło jego rzęs, coś,
co sprawiło, że przestał czuć skórę wokół oczu. Powieki miał tak
ciężkie, że zdało mu się, że nigdy więcej nie zdoła ich podnieść.
- Posłuchaj mnie - odezwała się matka. - Ludzkie oczy kłamią. Musisz
nauczyć się patrzeć na świat czymś więcej niż ten niedoskonały organ.
- Ale jak?
- Nauczysz się, a to ci pomoże. - Poczuł, że wsunęła mu coś do kieszeni.
Była to sakiewka, taka sama jak ta, którą nosiła zawieszoną na szyi.
Gdyby poruszył placami, mógłby jej dotknąć, a wówczas poczułby zamknięty
w środku delikatny proszek. - Ukryj ją i używaj tylko wtedy, kiedy
będziesz potrzebował.
- Skąd będę wiedział, że jest mi potrzebna? - zapytał zmartwiony. Nie
chciał zawieść matki.
- Po prostu będziesz wiedział - uspokoiła go. Głos miała łagodny, lecz
stanowczy. - Wówczas powrócisz do domu, do Tovy. Tam znowu otworzysz
oczy i staniesz się bogiem. Rozumiesz?
Nie rozumiał, niezupełnie, ale i tak pokiwał głową.
- Pójdziesz ze mną? - spytał.
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza i dźwięk ten przeraził go bardziej niż
wszystko inne, co zrobiła tego dnia.
- Mamo?
- Ciii, Serapio. Zadajesz za dużo pytań. Od teraz cisza będzie twoim
największym sprzymierzeńcem.
Igła przebiła jego powiekę, ale był tego prawie nieświadomy. Czuł
szarpnięcia nici, kiedy przechodząc przez skórę, zaszywała ją. Panika,
która przygasła chwilę temu, wezbrała nową falą, sprawiając, że szarpnął
się na krześle, przez co rany na plecach rozgorzały ogniem bólu. Ale
sznury trzymały mocno, a mięśnie chłopca były wiotkie od wypitego
naparu.
Nagłe walenie do drzwi sprawiło, że oboje się wzdrygnęli.
- Otwieraj! - ryknął głos tak silny, że zdawał się wstrząsać ścianami. -
Jeśli dotknęłaś chłopca, przysięgam, że cię zabiję!
To był jego ojciec. Serapio chciał krzyknąć, dać znać, że nic mu nie
jest. Że wola wroniego boga musi się wypełnić, że chciał tego i że matka
nigdy by go nie skrzywdziła.
Ona tymczasem wróciła do pracy, ignorując wrzaski ojca i jego groźby.
- Już prawie skończyłam.
- Saaya, proszę! - błagał ojciec łamiącym się głosem.
- Czy on płacze? - spytał zaniepokojony chłopiec.
- Ciii... - Kącik jego lewego oka ogarnęła ciemność, kiedy zawiązała
ostatni supeł.
Musnęła wargami jego czoło i czule zmierzwiła ręką jego włosy.
- Dziecko obcego człowieka w obcym miejscu - mruknęła i Serapio
wiedział, że mówiła do siebie. - Zrobiłam wszystko, co trzeba. Nawet to.
Wiedział, że mówiąc "nawet to", miała na myśli rzeczy, które dziś
wycierpiał, i na dźwięk tych słów pierwszy raz poczuł wątpliwości, które
niczym korzeń sięgały coraz głębiej do jego żołądka.
- Kto mamo? Kto cię o to prosił?
Było tak wiele rzeczy, których wciąż nie rozumiał; rzeczy, których mu
nie mówiła.
Odchrząknęła i Serapio poczuł ruch powietrza, kiedy się podniosła.
- Muszę teraz iść, Serapio. Ty musisz żyć dalej, ale dla mnie przyszedł
czas, by dołączyć do przodków.
- Nie zostawiaj mnie!
Pochyliła głowę i szepnęła mu do ucha. Sekretne imię. Jego prawdziwe
imię. Usłyszawszy je, zadrżał.
Chwilę później poczęła się oddalać, lekkim krokiem zmierzając w stronę
otwartego tarasu. Uciekała. Ale dokąd? Tam, dokąd biegła, był tylko
taras, na którego końcu czekało otwarte niebo.
Wiedział, że ucieka po to, by móc pofrunąć.
- Mamo! - wrzasnął. - Nie!
Próbował otworzyć oczy, ale szwy trzymały mocno i powieki pozostały
zamknięte. Chciał drapać twarz paznokciami, lecz sznury krępowały jego
ruchy, a wypity napar sprawił, że czuł się dziwnie.
- Synu! - krzyknął jego ojciec.
Coś wielkiego rąbnęło w drzwi i drewno poczęło pękać. Jeszcze chwila i drzwi staną otworem.
- Mamo! - pisnął Serapio. - Wróć!
Ale jego błagania pozostały bez odpowiedzi. Matka odeszła.
Rozdział 2
Rozdział 2
Cuecola
325 Rok Słońca
(20 dni przed Konwergencją)
Wyjęta z wody Teekijka pływa w winie.
Teekijskie powiedzenie
Sprzedawcy owoców, rozpoczynający pracę wczesnym świtem, krążyli po
ulicach Cuecoli, nawołując mieszkańców do kupna naparów. Ich głosy
niosły się zarówno wąskimi uliczkami, jak i szerokimi alejami, obok
owalnych, krytych strzechą domostw zwykłych ludzi i bardziej wystawnych,
wielopoziomowych kamiennych posiadłości kupieckich lordów. Owinęły się
wokół stel z głowami jaguarów stojących na straży wielkich
czworobocznych piramid i popłynęły ku wysłużonemu królewskiemu boisku do
gry w piłkę, które w ciemnościach przedświtu świeciło pustkami. Między
grobowcami, targowiskami, miejscami ceremonii i dalej, za mury miasta,
wypełniając sobą poranne powietrze. Aż dotarły do uszu Xiali, która
jeszcze chwilę temu była cudownie nieprzytomna.
- Błagam, niech ktoś ich uciszy - mruknęła, przyciskając policzek do
zimnego klepiska, na którym spędziła noc. - Przyprawiają mnie o ból
głowy. - Czekała, a gdy nikt nie zareagował, poprosiła znowu, tym razem
nieco głośniej.
W odpowiedzi ktoś kopnął ją w żebra. Nie mocno, ale to wystarczyło, żeby
jęknęła i otworzyła oko, chcąc zobaczyć, co to za jeden.
- Sama się ucisz - rzuciła winowajczyni. Była nią wychudła kobieta,
dwukrotnie od niej starsza, z wykrzywioną lewą połową twarzy i przecinającą szyję paskudną blizną. - Robisz więcej hałasu od nich.
- ...sale nie - burknęła Xiala i posłała nieznajomej najbardziej wredne ze
swoich spojrzeń. Piasek przykleił się jej do warg. Otarła usta dłonią,
żeby się go pozbyć, a zaraz potem rozejrzała się po pomieszczeniu,
zatrzymując wzrok na ciemnych, wilgotnych ścianach i zbitych z desek
drzwiach w miejscu, w którym powinno znajdować się otwarte wyjście. Na
podłodze leżało zbyt wiele kobiet cuchnących potem i sfermentowanym
piwem z kaktusa. Nieliczne, którym się poszczęściło, kuliły się z zimna
pod wytartymi bawełnianymi kocami. Ktoś popłakiwał cicho w kącie. -
Niech to szlag - jęknęła. - Znowu jestem w pierdlu.
Chuda kobieta, która kopnęła ją w żebra, zarechotała paskudnie.
Brakowało jej zębów. Dwóch górnych jedynek i jednej dolnej. Xiala
zastanawiała się, czy zgniły i wypadły, czy może je sprzedała. Wyglądała
na taką, co to jest w stanie sprzedać zęby.
- Jedno jest pewne - odparła stara z uśmiechem. - Nie jest to dom
kupieckiego lorda.
- Przynajmniej za to dzięki pomniejszym bogom - odparła Xiala i rzeczywiście tak myślała. Nie przepadała za kupieckimi lordami. Można by
rzec, że to właśnie praca dla jednego z nich zaprowadziła ją w to
parszywe miejsce. Gdyby lord Pech nie próbował wystawić jej do wiatru,
nie musiałaby wrzucać go do oceanu. Nie czekała, żeby zobaczyć, czy
został uratowany, czy też nie, i zamiast tego udała się do położonej na
klifie karczmy, zbyt obskurnej dla kogoś takiego jak lord Pech. Zła na
to, że próbowano ją oszukać i na prześladujący ją niefart, postanowiła
się upić. Tak czy inaczej postanowiłaby się upić, ale zawsze lepiej było
mieć dobrą wymówkę.
Zmęczona podniosła się do pozycji siedzącej. Za szybko. W głowie się jej
zakręciło - oto, ile kosztują dobre wymówki. Ścisnęła oburącz głowę,
prosząc w duchu świat, żeby przestał wirować. Skóra na kłykciach
zapiekła ją boleśnie i gdy Xiala spojrzała na prawą rękę, odkryła, że są
opuchnięte i zaczerwienione. Musiała kogoś uderzyć, ale na całe kakao
Cuecoli, nie mogła sobie przypomnieć, kto to był. Bezzębna kobieta
roześmiała się nieco głośniej.
Xiala potrząsnęła obolałą ręką i ostentacyjnie ignorując rozbawioną
współwięźniarkę, dźwignęła się z podłogi. Przebiegła palcami po ciele,
sprawdzając, czego brakuje. Jej sztylet zniknął, co jednak wcale jej nie
zdziwiło, tak jak nie zdziwił jej brak sakiewki. Wciąż jednak miała
ubrania na grzbiecie i sandały na nogach, za co była wdzięczna losowi.
Zdarzało się, że po nocnym pijaństwie jej dobytek był jeszcze
skromniejszy.
Przestąpiła nad śpiącymi postaciami, nie kłopocząc się, żeby przeprosić,
gdy przypadkiem nastąpiła na czyjąś rękę czy kopnęła kogoś w plecy.
Zresztą większość kobiet nie zwracała na nią uwagi, bo wciąż jeszcze
spały albo były pijane do nieprzytomności. Xiala oblizała spierzchnięte
usta. Sama chętnie by się teraz napiła. Nie, powiedziała sobie. Chyba
właśnie ustaliłyśmy, że trafiłaś tu przez pijaństwo. Koniec z tym. I koniec z kupieckimi lordami.
To ostatnie dorzuciła na dokładkę, wiedziała jednak, że nie wytrwa długo
w żadnym z tych postanowień. Była żeglarką, a przetrwanie żeglarzy
zależało od kupieckich lordów i alkoholu.
Dotarła do drewnianych drzwi i ostrożnie zbadała, czy przypadkiem się
nie otworzą. Nie otworzyły się, więc przycisnęła twarz do szczelin
między deskami i spojrzała w poprzedzającą nadejście poranka ciemność.
Miała przed sobą dziedziniec. Panujący na zewnątrz mrok nie pozwalał
dostrzec szczegółów i zmieniał budynek naprzeciwko w prostokątny
kamienny blok, zaś przestrzeń pomiędzy w pustą dziurę. Na lewo i prawo
ciągnęły się cele, lecz Xiala nie potrafiła powiedzieć, czy są zajęte,
czy też nie. Tak czy inaczej, ona jedna chyba nie spała. No i bezzębna,
która ją wyśmiała.
Nadal słyszała sprzedawców owoców, lecz ich głosy zdążyły już
przycichnąć. Zamiast tego jej uszy wypełnił szum wiatru w liściach palm
i znajome pokrzykiwania ortalisów budzących się w gniazdach. Powietrze
przesycał zapach świeżo rozcieranych papai, kaktusów kwitnących nocą, a przede wszystkim słona woń morskiego powietrza.
Morze.
Sama ta myśl była krzepiąca. To właśnie tam, na morzu Xiala była
najszczęśliwsza. Tam nie istniały problemy, z którymi człowiek zmagał
się na lądzie; nie było więzień ani kupieckich lordów. Gdyby tak po
prostu mogła wrócić na statek, wszystko byłoby dobrze.
Najpierw jednak musiała się stąd wydostać.
- Straż! - zawołała, mrużąc oczy i wpatrując się w mrok.
Nikogo nie widziała, ale przecież musieli tu być jacyś strażnicy.
Otwartą dłonią załomotała w deski, te jednak nawet nie drgnęły. Znowu
krzyknęła, ale odpowiedziały jej jedynie ptaki i wiatr. Potrzebowała
czegoś, co narobi hałasu i ściągnie uwagę strażników. Nie miała nic poza
ubraniami - czarnymi spodniami rozszerzającymi się ku dołowi, przez co
przypominały spódnicę, bardziej odpowiednich dla kobiet z Cuecoli, i tkaną pasiastą tuniką, związaną w pasie szarfą z frędzlami, której końce
opadały na jedno biodro. Ani jedno, ani drugie nie nadawało się do
robienia hałasu.
Przez chwilę przytupywała nogą w zamyśleniu, a zaraz potem przewróciła
oczami, gdy przyszło jej do głowy najprostsze rozwiązanie. Wysunęła
stopę z sandała i chwyciła go w dłoń. Skórzaną podeszwą uderzyła o deski, które wydały przyjemny dla ucha klekoczący dźwięk.
- Straż! - zawołała, tłukąc podeszwą w drzwi celi.
Za jej plecami rozległy się pełne niezadowolenia głosy, ona jednak ani
myślała przestawać.
W końcu od ściany dwie cele dalej oderwał się cień i kobieta w stroju
strażnika nieśpiesznie ruszyła w jej stronę. Xiala z całej siły wyrżnęła
podeszwą w deski, jakby w ten sposób chciała zmusić strażniczkę, żeby
się pośpieszyła. Zaraz potem w słabym świetle ujrzała jej twarz. Była
wyraźnie rozdrażniona, przez co jej oczy zdawały się małe, a usta
jeszcze mniejsze. Kiedy była wystarczająco blisko, capnęła but Xiali z szybkością atakującego węża i warknęła rozeźlona:
- Co ty wyprawiasz?
- Próbuję zwrócić na siebie twoją uwagę - odparła Xiala, unosząc brodę.
- Jestem gotowa wyjść.
- Nigdzie nie wyjdziesz - warknęła strażniczka.
Xiala zmarszczyła brwi.
- Jak to? Przecież wytrzeźwiałam. Nie będę sprawiać problemów. Możecie
mnie wypuścić.
Strażniczka rozciągnęła usta w paskudnym uśmiechu.
- Zostaniesz tu, dopóki nie zdecydują, co z tobą zrobić.
- Co ze mną zrobić? - Niepokój niczym zimna woda spłynął po plecach
Xiali. Pamiętała wydarzenia ubiegłej nocy jak przez mgłę. Zakładała, że
zgarnięto ją z ulicy i zamknięto tu, żeby odespała pijaństwo. Nie była z tego dumna, ale nie był to pierwszy raz i z pewnością nie ostatni.
Jednak sądząc po tym, co mówiła strażniczka, nie chodziło wyłącznie o to, że się upiła i wdała w bójkę. Może Pech doniósł na nią. Stłumiła
narastający strach. - Musicie mnie wypuścić - oświadczyła z udawaną
zuchwałością. - Czeka na mnie statek.
Strażniczka parsknęła śmiechem.
- Statek, powiadasz? A zatem jesteś żeglarką, tak? Nie, nie, kapitanem.
Zaczekaj, a może kupieckim lordem? Jednym z Domu Siedmiu. - Śmiała się
do rozpuku.
Xiala oblała się rumieńcem. Wiedziała, że to, co mówi, brzmi
niedorzecznie, ale prawda często bywała niedorzeczna.
- Kapitanem - odparła, starając się, żeby zabrzmiało to władczo. - I jeśli nie pojawię się w porcie, mój lord się zdenerwuje. A ty
pożałujesz!
- W takim razie mogę już zacząć żałować. A tymczasem... - Strażniczka
włożyła pod pachę buta Xiali i odwróciła się, żeby odejść.
- Hej! - ryknęła Xiala. - Oddawaj mojego sandała!
- Dostaniesz but, kiedy przyjdzie zarządca - rzuciła przez ramię
strażniczka. - I siedź cicho albo każę cię obić!
Xiala patrzyła za nią do chwili, aż kobieta na powrót wtopiła się w cienie. Zadrżała, jakby dopiero teraz zauważyła panujący w celi chłód.
Skuliła się, szukając odrobiny ciepła, ale go nie znalazła. W końcu dała
za wygraną i powłócząc nogami, odziana w jeden tylko but, zaczęła
kluczyć w labiryncie śpiących na podłodze kobiet. Znalazłszy pod ścianą
puste miejsce, przykucnęła i obejmując kolana ramionami, spuściła głowę.
Mogła tylko czekać.
* * *
Nie czekała długo.
Niespełna godzinę później jej uszu dobiegł jakiś hałas i ruch. Xiala
podniosła głowę, żeby mieć lepszy widok. Kilka kobiet zdążyło się już
obudzić i zaciekawione podeszły teraz do drzwi. Cokolwiek tam zobaczyły,
sprawiło, że pośpiesznie wróciły na podłogę i poczęły udawać, że śpią.
Niezrażona ich zachowaniem Xiala wyciągnęła szyję. Bała się tylko tego,
że może nie wrócić na statek.
Chwilę później zobaczyła mężczyznę. Był w średnim wieku, niski i krępy,
z włosami, które niczym czarna aureola okalały twarz o obwisłych
policzkach i zimnych oczach. Nosił szarfę zarządcy więzienia. Xiala
poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. Nie wyglądał na człowieka
litościwego.
Zaraz potem pojawił się drugi człowiek. Przystojny mężczyzna, wysoki i dobrze zbudowany, ani nie za chudy, jak bezzębna kobieta, ani nie tak
gruby jak zarządca. Pasma srebra przeświecały tu i ówdzie w jego
długich, czarnych włosach, które związał i upiął w wysoki kok, jak mieli
w zwyczaju szlachetnie urodzeni. Był odziany w białą, długą do kolan
przepaskę na biodra i zarzuconą na jedno ramię pelerynę, odsłaniającą
zadbane, umięśnione ciało. Wbrew panującym trendom przepaska była
prosta, bez żadnych haftów czy ozdób. Świadczyła o skromności i oddaniu,
czemu z kolei zadawał kłam jadeitowy naszyjnik na szyi mężczyzny oraz
liczne klejnoty zdobiące uszy i nadgarstki nieznajomego. Nawet w tak
parszywym miejscu jak to zdawał się emanować blaskiem i roztaczał wokół
siebie aurę wdzięku i pewności siebie. A przede wszystkim bogactwa.
Jak nic był kupieckim lordem, synem szlachetnie urodzonych i zapewne
jednym z Domu Siedmiu.
Xiala z miejsca go znienawidziła.
Mężczyzna chyba wyczuł jej niechęć i obrzydzenie, bo nagle przerwał
prowadzoną szeptem rozmowę z zarządcą więzienia, spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się. Był to uśmiech węża, przyjemny jedynie dla kogoś, kto
nie ma pojęcia o kłach i jadzie.
- To ona - rzekł kupiecki lord i wskazał ją nieznacznym skinieniem
głowy.
Część Xiali chciała skulić się i ukryć przed wzrokiem tego człowieka,
ale druga część pragnęła się stąd wydostać, a nieznajomy wyglądał jak
drzwi do wolności. Wyprostowała się, otrzepała ubranie i zrobiła
wszystko, by wyglądać jak ktoś, kto nie powinien był się tu znaleźć.
Zarządca ściągnął brwi i spojrzał na Xialę, a zaraz potem na mężczyznę.
- Zarzuty są poważne, lordzie Balamie - przemówił nerwowo, ściszonym
głosem. - Nie mogę przymknąć oka. Jesteśmy wszak społeczeństwem, w którym te same prawa obowiązują wszystkich, tak pospólstwo, jak i szlachetnie urodzonych.
- Ależ oczywiście - odparł lord Balam. - A ty wykonujesz tylko swoją
pracę. Może jednak potrafię cię przekonać. - Mówiąc to, wsunął w dłoń
zarządcy coś, czego Xiala nie była w stanie zobaczyć.
Zarządca zacisnął palce na przedmiocie.
Wyraźnie zadowolony Balam spojrzał na swego rozmówcę.
- Rozumiem twój niepokój - rzekł i ujął w dłonie rękę zarządcy. - I dopilnuję, żeby spotkała ją kara. Ale skoro ta kobieta służy u mnie, nie
może zostać sprzedana w niewolę.
- Za jej przewiny i tak nie trafiłaby do niewoli, panie - wykrztusił
zarządca. - To przestępstwa karane śmiercią.
Xiala omal się nie zakrztusiła. Matko wodo. Nie zamierzała zabić Pecha,
kiedy wrzucała go do morza. Nie jej wina, że nie umiał pływać.
- Pijaństwo - ciągnął zarządca - obraza moralności publicznej,
wtargnięcie. Cudzołóstwo z kobie...
Och. A zatem wcale nie chodziło o Pecha.
Nagle wspomnienia wróciły i przypomniała sobie, jak weszła do
zatłoczonej, hałaśliwej oberży. Pamiętała nawet, jak wypiła pierwszą
kolejkę. I drugą. Posmak anyżu na języku. Była tam kobieta z kwiatami w długich włosach, w tunice, która odkrywała jej nagie ramiona. Śmiały się
i tańczyły, i... do siedmiu piekieł. Teraz sobie przypomniała. Poszły do
domu kobiety i wszystko było dobrze, dopóki nie wrócił jej mąż. Xiala
jak przez mgłę pamiętała, jak walnęła go w twarz - stąd obolała ręka -
ale zrobiła to tylko dlatego, że blokował drzwi i wrzeszczał na nią.
Reszta była tylko niewyraźną plamą. To on kazał ją aresztować. A teraz
siedziała tu. Czekając na karę śmierci.
Powinna obawiać się zarządcy, jego praw i niesprawiedliwego traktowania,
ale się nie bała. Wiedziała, jak to jest w Cuecoli. Zainteresował się
nią lord, a to znaczyło, że była potrzebna. Tylko do czego? Bogacze nie
zwracali uwagi na takich jak ona, chyba że czegoś od nich chcieli.
Mężczyźni dobili targu, a zaraz potem strażniczka otworzyła drzwi i wypuściła Xialę.
Xiala zaczęła coś mówić, lecz jej wybawca, lord Balam, uciszył ją
spojrzeniem. Patrzył na nią przez chwilę szeroko otwartymi oczami. Ona
również mu się przyglądała, wyzywająco zadzierając brodę. Nagle spojrzał
na jej stopy.
- Gdzie drugi but? - spytał.
Strażniczka podeszła do nich z sandałem w dłoni, mrucząc pod nosem
jakieś wyjaśnienia. Xiala musiała się powstrzymywać, żeby nie roześmiać
jej się w twarz.
Wkrótce wyszli na dziedziniec, wokół którego mieściły się więzienne
cele, i Xiala odetchnęła z ulgą. Była wolna.
Zastanawiała się, czy nie uciec od razu, ale nie miała pojęcia, gdzie
byli. Okolica wyglądała obco, choć przypominała typowy wiejski
krajobraz. W powietrzu unosił się zapach jajecznicy i placków
kukurydzianych i Xiala mogłaby przysiąc, że wciąż czuje woń cytrusów
sprzedawanych przez ulicznych handlarzy, ale nigdzie nie widziała
żadnego z nich. W brzuchu jej burczało. Nie pamiętała, kiedy ostatnio
jadła, i była głodna jak wilk. Postanowiła o tym nie myśleć. Gdyby
chciała coś zjeść, musiałaby poprosić Balama o pieniądze, a nie chciała
tego robić. Przynajmniej do czasu, aż dowie się, czego od niej chce.
- Kim...? - zaczęła.
- Przez ciebie musiałem przyjechać do Kuharan - przerwał jej. Miał miły,
melodyjny głos i mówił tak, jakby droczył się z przyjacielem. - Nie
lubię Kuharan.
- Kim jesteś? I czym, do wszystkich piekieł, jest Kuharan?
Zatoczył ręką łuk.
- Oto Kuharan. Jesteśmy za miastem, w małej rolniczej osadzie. Nie
pamiętasz, jak tu trafiłaś? - Jego spojrzenie, które mówiło, że dobrze
wie, iż odpowiedź brzmi "nie", sprawiło, że się zaczerwieniła. - Ale
dobrze się stało - dodał. - Nie wiem, czy urzędnik w mieście dałby się
przekupić tak łatwo jak ten tu. - Kąciki jego ust uniosły się
nieznacznie. - Musiała być bardzo piękna.
Xiala poczuła, że rumieni się jeszcze bardziej.
- Była - przyznała wyzywająco.
- Ach, te wszystkie rzeczy, które robimy dla pięknych kobiet. -
Westchnął ze zrozumieniem.
Xiala chciała rzucić jakąś kąśliwą uwagę, ale ugryzła się w język. Nawet
przez chwilę nie wierzyła, że stojący obok niej człowiek kiedykolwiek
zrobił coś głupiego lub szalonego dla pięknej kobiety. Albo mężczyzny.
Lord Balam wyglądał na zbyt opanowanego, by ulec czemuś tak przyziemnemu
jak cielesne uciechy.
- Być może nie wiedziałaś, że taka miłość jest tutaj zakazana? - spytał
gładko.
Xiala splunęła.
- Można by pomyśleć, że w tak wielkim mieście rzadko kto stoi na straży
moralności.
- Ależ my nie jesteśmy w mieście. - Balam westchnął, jak gdyby coś
ciążyło mu na sercu. - Zresztą nawet w mieście... - Nie dokończył, lecz
Xiala znała odpowiedź. - Tam, skąd pochodzisz, jest inaczej? - zapytał
niewinnym głosem. - Wśród Teekijek?
- Gdzie twoi ludzie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, chcąc zmienić
temat. Nie jego sprawa, skąd pochodziła i kogo kochała.
- Ludzie? - Przechylił głowę.
- Służący. Palankin. Myślałam, że panowie tacy jak ty nie mają stóp.
Roześmiał się.
- Wolę chodzić, a Kuharan idealnie nadaje się na poranny spacer.
Było to kłamstwo. Xiala podejrzewała, że przyszedł sam, bo nie chciał,
żeby ktokolwiek wiedział, że tu był. Tylko dlaczego? Wciąż nie
wiedziała, po co po nią przyszedł ani nawet, jak ją znalazł.
- Nadal nie powiedziałeś mi, kim jesteś.
- Jestem Balam. Lord Balam z Domu Siedmiu, kupiecki lord z Cuecoli,
Patron Półksiężycowego Morza, z urodzenia Biały Jaguar.
Wszyscy oni nosili takie tytuły, a te, które wymienił, znaczyły równie
niewiele, jak te, które słyszała wcześniej.
- Powinno mnie to obchodzić?
- Cóż, miałem nadzieję, że ci zaimponuję - odparł oschle. - To
zaoszczędziłoby nam trochę czasu. - Znowu uśmiechnął się tym uśmiechem,
choć może w ogóle nie przestał się uśmiechać. - W końcu wiem, kim
jesteś. - Urwał i wymownie spojrzał jej w oczy. - Czym jesteś.
Oczywiście, że wiedział. Przeszedł taki kawał do miejsca, którego
nienawidził, żeby wyciągnąć ją z więzienia. Musiał wiedzieć, kim była.
- Czego ode mnie chcesz, lordzie... czego to mówiłeś? Kotów? - spytała. -
Bogaci ludzie nie rozmawiają ze mną, chyba że czegoś chcą. A już na
pewno nie przekupują zarządców więzienia.
- Moglibyśmy zacząć od odrobiny wzajemnego szacunku - powiedział
łagodnie. - Ale to chyba mało prawdopodobne.
- Powiedziałabym nawet, że wysoce nieprawdopodobne. - Xiala postanowiła
postawić sprawę jasno. - Od razu uprzedzam, że nie sprzedaję swoich
kości.
- Kości? - spytał wyraźnie zaskoczony.
Próbowała ustalić, czy było to szczere zaskoczenie, czy tylko udawał.
Powiedział, że wie, kim jest, a to znaczyło, że wie, iż jest Teekijką.
Niektórzy ludzie robili z kości Teekijek amulety. Kość palca mogła
zapewnić dobrą pogodę albo silny wiatr. "Schwytaj Teekijkę", mówili "i wytnij jej kość z gardła, a ta zapewni ci pomyślne połowy na głębokich
wodach". Dotknęła kciukiem brakującego czubka małego palca lewej ręki.
Sam była sobie winna, że go straciła. Wypiła za dużo i zaufała
niewłaściwemu mężczyźnie. Przystojnemu, o oczach jak wilgotna ziemia po
wiosennym deszczu, i dłoniach, które wsunęły się między jej uda i sprawiły, że... cóż, nieważne. Od tego czasu nosiła u pasa sztylet, który
skutecznie odstraszał poszukiwaczy skarbów. Sztylet, który straciła
ubiegłej nocy, bo albo go gdzieś zapodziała, albo odebrano go jej w więzieniu. Może to i lepiej, bo Xiala nie przepadała za sztyletami. Ten
nosiła głównie na pokaz, bowiem gdyby znowu miała utracić jakąś część
ciała, Śpiewem wybrnęłaby z kłopotów. Zakładając, rzecz jasna, że byłaby
na tyle trzeźwa, żeby zrobić użytek z własnego głosu. Widok sztyletu
zniechęcał ludzi, ale kiedy myśleli, że próbujesz zaczarować ich swoją
Pieśnią, wpadali w morderczy szał.
- A więc chodzi o oczy? - spytała wyzywająco. - Widziałam, jak się
gapisz.
Niektóre Teekijki miały niebieskie oczy koloru najczystszych wód, inne
szare jak burzowe chmury, jednak najrzadziej spotykane były oczy,
których kolor zmieniał się jak w kalejdoskopie, migotliwe niczym
słoneczne refleksy tańczące w płytkiej wodzie. Właśnie takie oczy miała
Xiala. Mężczyzna w porcie, nie pamiętała już w jakim, powiedział jej
kiedyś, że możni z Tovy kolekcjonują takie właśnie oczy i noszą je na
palcach jak klejnoty. Bez wahania uśpiła drania swoją Pieśnią. Nie stała
mu się żadna krzywda, poza tym, że nazajutrz nie pojawił się w doku, a co za tym szło, nie stawił się w pracy i nie zarobił. Nic wielkiego. Ale
zasłużył sobie.
- Żadnych kości ani oczu - zapewnił Balam z teatralnym wzruszeniem
ramion. - Mam dla ciebie pracę, kapitanie. Doszły mnie słuchy, że może
ci być potrzebna.
- Lord Pech. To tak mnie znalazłeś?
Pokiwał głową.
Oczywiście, że wszyscy lordowie gadali. A to znaczyło, że z każdą
sekundą jej szanse na znalezienie pracy malały. Odtąd nie tylko będzie
niebezpieczną Teekijką, ale i Teekijką, która łatwo wpada w złość.
- Co miałabym przewozić?
- Ludzi.
- Niewolników? - Pokręciła głową. Była zdesperowana, ale nie aż tak. -
Nie przewożę ludzi.
- Nie niewolników. - Skrzywił się, jakby sama myśl wydała mu się
niesmaczna, to jednak nie przekonało Xiali. Lordowie Cuecoli nie cofali
się przed handlem ludźmi.
- A więc kogo?
Balam pokiwał palcem.
- Pytanie brzmi: dokąd.
Unikał odpowiedzi, postanowiła więc chwilę zaczekać.
- A więc, dokąd? - spytała.
- Do Tovy.
Nigdy tam nie była, ale słyszała o Tovie. Wszyscy o niej słyszeli.
Nazywano ją Klejnotem Kontynentu, Świętym Miastem i Miastem
Niebouczynionych. Było to pobudowane na klifach pośród chmur legendarne
miejsce narodzin klanów Niebouczynionych, a także dom Kapłana Słońca i Strażników, których zadaniem było prowadzić kalendarz i tkać porządek z chaosu. Tova była religijnym sercem kontynentu Meridian, tak jak Cuecola
była stolicą handlu, a Hokaia centrum wojskowym.
Oczyma wyobraźni zobaczyła mapę kontynentu. Był to pas lądu, którego
mieszkańcy skupiali się wokół linii brzegowej w kształcie półksiężyca,
przy czym Cuecola znajdowała się w dolnym koniuszku C, ujście rzeki
Tovasheh, wejście do Tovy, w zakolu półksiężyca, a Hokaia na dalekim,
przeciwległym krańcu C, w równoległej linii na północny-zachód od
Cuecoli. Na kontynencie były też inne miasta i osady, lecz żadne nie
dorównywało potędze trzem ośrodkom rozmieszczonym w trzech punktach
półksiężyca.
- To daleka droga - zauważyła. - I niebezpieczna o tej porze roku. Późną
jesienią na Morzu Półksiężycowym szaleją sztormy. Mówią o nich "zabójcy
statków". Fale dorównujące wysokością trzem dorosłym mężczyznom. Silne
wiatry. I deszcze. Ulewne deszcze.
Do Tovy można było dotrzeć lądem, lecz najkrótsza droga prowadziła
statkiem przez Morze Półksiężycowe i dalej pieszo albo barką w górę
rzeki. Większość statków zawinęła już na dobre do portu albo odbywała
krótkie podróże wzdłuż wybrzeża. Jej katastrofalna wyprawa z lordem
Pechem miała być ostatnią w tym roku.
- Musisz tam dotrzeć w ciągu dwudziestu dni.
- Dwudziestu dni? Nie. O tej porze roku to niemożliwe. Raczej
trzydzieści, biorąc pod uwagę pecha i złą pogodę, i zakładając, że
znajdziesz kapitana na tyle głupiego, że podejmie się tego zadania.
- Ale da się to zrobić?
- Właśnie powiedziałam, że to niemożliwe.
- Gdyby jednak wody były spokojne, pogoda sprzyjała, a mój głupi kapitan
byłby na tyle odważny, żeby wypłynąć na otwarte morze, zamiast trzymać
się linii brzegowej?
Kości i ładne oczy to jedno, ale właśnie na tym polegała jej prawdziwa
władza. Teraz rozumiała już, dlaczego po nią przyszedł.
- Moja Pieśń tak nie działa. Nie potrafię kształtować pogody.
- Ale potrafisz uspokoić morze i mówi się, że twoi ludzie nie boją się
otwartych wód.
- Moi ludzie? - Wypowiedziała te słowa z należną im pogardą, lecz Balam
pozostał niewzruszony.
- Teekijki, rzecz jasna.
Słysząc to, przewróciła oczami. Po co edukować tych, którzy nie chcą się
uczyć?
- Musisz tam dotrzeć w ciągu dwudziestu dni - obstawał przy swoim. -
Inaczej umowa jest nieważna.
Minęli mury miasta i weszli do Cuecoli. Ta okolica wydawała się jej
bardziej znajoma. Szli szeroką aleją, o której Xiala wiedziała, że
biegnie między zabudowaniami Domu Siedmiu i kończy się ślepym zaułkiem w dokach.
- A cóż to za umowę proponujesz?
- Statek z pełnym ładunkiem i załogą - odparł. - Pod warunkiem, że
będziesz dla mnie pracować. Dostaniesz dziesięć procent zysków ze
sprzedaży, a do tego pieniądze na utrzymanie i pokój w jednym z moich
domów za każdym razem, gdy zawiniesz do portu w Cuecoli. Jeśli jednak
postanowisz odejść przed upływem terminu, statek wróci do mnie, a ty
stracisz wszystko, co zarobiłaś.
- Ile ma trwać ta umowa?
- Dwanaście lat.
Dwanaście lat. Dwanaście lat to długo, niezależnie od tego, komu się
służy. Mimo wszystko w tym czasie mogła uzbierać sporą sumkę, zwłaszcza
jeśli statek i ładunek okażą się tak dobre, jak myślała. W wieku
trzydziestu dziewięciu lat byłaby bogata i mogłaby przejść na emeryturę.
Podobała jej się myśl, że nie musiałaby więcej walczyć o pracę,
płaszczyć się przed kolejnym panem czy przekonywać załogi, że jest warta
więcej niż tylko oczy i kości małych palców.
- Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś łajdakiem pokroju Pecha?
Uśmiechnął się.
- Ależ jestem łajdakiem, ale uczciwym. Zobaczysz, nie pożałujesz.
- Czyli mam dla ciebie pracować, a za dwanaście lat dasz mi fortunę.
- Na którą sama zapracujesz - przyznał.
- A jeśli odejdę przed upływem dwunastu lat?
- Nie dostaniesz nic.
Przygryzła spierzchnięte wargi.
- Możesz mnie zwolnić?
- Tylko za naruszenie zasad moralnych.
Roześmiała się szczekliwie, a kąciki jego ust uniosły się w bladym,
szczerym uśmiechu.
- Dwadzieścia procent - rzuciła.
Zatrzymał się, a ona razem z nim. Na ulicy panował tłok i przechodnie
omijali ich, tak jak woda opływa wyspę, jednak nikt nie śmiał zwrócić
uwagi lordowi z Domu Siedmiu. Jeśli życzył sobie stać na środku ulicy i rozmawiać z kobietą w spodniach, która cuchnęła alkoholem i szczynami,
miał do tego prawo.
- Myślę, kapitanie - rzekł obojętnie - że przyjmiesz teraz każde
zlecenie, dzięki któremu będziesz mogła na jakiś czas opuścić miasto.
Może pod twoją nieobecność pewien zarządca więzienia zapomni o popełnionych przez ciebie przestępstwach, za które karą jest śmierć. Po
tym, co zrobiłaś Pechowi, nie sądzę, żebyś ot tak znalazła zatrudnienie
na innym statku. Był siny z wściekłości. Już za samo to trafiłabyś do
więzienia, nie mówiąc o całej reszcie.
- Piętnaście.
- Dwanaście, ale jeśli nie przestaniesz się targować, skończy się na
ośmiu.
Czekał na jej odpowiedź, a gdy ta nie nadeszła, stwierdził:
- A zatem umowa stoi.
- Jeszcze jedno.
Widząc, że zacisnął wargi, Xiala dodała pośpiesznie:
- Kąpiel. Strasznie cuchnę.
Odprężył się.
- Nieopodal doków jest łaźnia. Możesz się tam udać, ale musisz się
pośpieszyć.
Kąpiel nie musiała być długa, byle w ogóle była.
- I świeże ubrania.
- Czy ja wyglądam na praczkę, pani kapitan?
Xiala rozejrzała się po otaczających ich straganach. Większość ubrań
była szyta na zamówienie i trzeba było na nie czekać tygodniami.
- W takim razie sama upiorę swoje ubrania w łaźni - stwierdziła.
Wiedziała, że nie wyschną, ale życie na statkach przyzwyczaiło ją do
tego, że przez większość czasu w najlepszym wypadku jej ubrania były
wilgotne.
- A teraz powiedz, kogo mam zabrać do Tovy - zwróciła się do Balama.
- Obregijczyka - odparł beztrosko. - Oślepionego. Poznaczonego bliznami.
Jeśli dobrze rozumiem, chodzi o kwestie religijne. Jest niegroźny. -
Ostatnie zdanie wypowiedział nieco za szybko, jak gdyby próbował coś
ukryć.
- Zwykle, jeśli mówią o kimś, że jest niegroźny, okazuje się, że to
jakiś łajdak - odparła ostrożnie Xiala.
Balam spojrzał na nią, a na widok jego ciemnych oczu oddech uwiązł jej w gardle. Odruchowo sięgnęła do Pieśni, tak jak inna kobieta chwyciłaby za
broń. Nie miała u pasa sztyletu, lecz nawet gdyby tam był, w pierwszej
kolejności uciekłaby się do Pieśni.
Balam zmrużył oczy i przyjrzał się jej z uwagą. Jak gdyby wiedział, że
właśnie się uzbroiła, i pochwalał to. Chwilę później odwrócił się i ruszył w stronę doków.
- Miejmy nadzieję, że się mylisz, kapitanie - rzucił przez ramię. - Tak
będzie lepiej dla nas obojga.
Rozdział 3
Rozdział 3
Tova (Paszcza Kojota)
325 Rok Słońca
(dzień Konwergencji)
Zgodnie z deklaracją, każdy z wielkich ludów, które zawarły
porozumienie, winien raz do roku wysyłać czworo dzieci w wieku dwunastu
lat, by służyły pod Kapłanem Słońca w mieście Tova i mieszkały w niebiańskiej wieży przez okres nie krótszy niż szesnaście lat. Po
upływie tego czasu będą mogły zdecydować, czy chcą powrócić do domu.
Wyjątek stanowi sytuacja, gdy dziecko zostanie wyznaczone przez wodza do
pozostania na służbie przez kolejne szesnaście lat; bądź też zostanie
mianowane następnym Kapłanem Słońca, w którym to wypadku służyć będzie
do śmierci.
O uzupełnianiu Strażników
z Traktatu zawartego w Hokai
i inwestytury Kapłana Słońca,
1 Rok Słońca
Naranpa nie umarła, choć tak właśnie myślała wiedźma Zataya. Nie mogła
poruszać kończynami ani otworzyć oczu, a jej oddech był tak słaby, że
prawie niewyczuwalny, ale słyszała, a przede wszystkim czuła wszystko,
co się z nią dzieje.
Czuła dłonie uczennic, dwóch dziewcząt, które dysząc ciężko, wlokły ją
znad rzeki. Słyszała, jak Zataya przykazała im, żeby rozpaliły ogień, i odetchnęła dymem, który wiedźma nawiewała w jej stronę. Krzyknęła
bezgłośnie, gdy gęsta, gorąca krew spłynęła na jej nagą pierś, i gdy
Zataya rozkazała uczennicom, by rozsmarowały krew po bezwładnym ciele
Naranpy. A gdy wiedźma nakryła ją kocem, przystając na chwilę, by
rozchylić jej usta i włożyć pod język grudkę soli, Naranpa zapłakała
niewidzialnymi łzami.
Naranpa była niegdyś dzieckiem. Na długo przed tym, nim stała się
kapłanką, zanim nauczyła się odczytywać wędrówki słońca i rozkazywać
królowym Niebouczynionych, była żebraczką w dzielnicy biedoty zwanej
Paszczą Kojota. Kiedy na ulicach panował względny spokój - zanim
wieczorami wylegały na nie tłumy hazardzistów, turystów i ludzi, którzy
w Paszczy szukali przyjemności - Naranpa siadywała na wysuniętej
najdalej na zachód półce na samym szczycie dzielnicy. Patrzyła na
oszałamiającą przepaść, która dzieliła jej dom od zamożniejszych
dzielnic. Spoglądała na miasto i marzyła. O tym, że przechodzi przez
mosty wiszące, które kołysały się niczym pajęczyny na delikatnym
wietrze, prowadząc do wszystkich dzielnic z wyjątkiem Paszczy Kojota. Że
spaceruje szerokimi ulicami i podziwia okazałe domy z cegły suszonej na
słońcu - niektóre wysokie na cztery alb nawet pięć pięter - nie jako
służąca, jak jej matka, ale ktoś, kto pasuje do tego miejsca. A przede
wszystkim marzyła o tym, że jest uczoną w niebiańskiej wieży, w dzielnicy Otsa.
Miała wtedy zaledwie dziesięć lat i nie znała jeszcze swojego
przeznaczenia. Nie wiedziała, że jest biedna i że tacy ludzie trafiają
do niebiańskiej wieży tylko jako służący, ani że kiedy raz byłeś biedny,
ludzie będą cię za to nienawidzić, nawet jeśli się wzbogacisz.
Pamiętała pewną letnią noc, kiedy siedziała z rodziną wokół paleniska,
które dzielili z sąsiadami, i opowiadała o tym, jak chciałaby uczyć się
o gwiazdach. W dzielnicach Niebouczynionych potomkowie jadali na
wielkich, wspólnych tarasach, na których podkuchenne przygotowywały
jedzenie dla setek ludzi, lecz w Paszczy Kojota ludzie rozpalali na
ulicach małe ogniska, na których piekli placki z mąki kukurydzianej albo
zagrzebywali kolby w gorącym popiele, żeby upiekły się przez noc.
Słysząc jej słowa, matka posłała ojcu tajemnicze spojrzenie, na co ten
skinął głową.
- Dobrze, że akurat dziś o tym mówisz, Nara - powiedziała matka głosem
piskliwym z przejęcia. - Rozmawiałam z matroną, której służę. Pamiętała
cię, to, jaka jesteś bystra i jak dobrze się uczysz, i zgodziła się
opłacić twój pobyt w niebiańskiej wieży.
Naranpie zakręciło się w głowie.
- Będę uczoną? Kapłanką?
Wiedziała, że jest wiele rzeczy, których można było uczyć się w wieży -
sztuki uzdrawiania, pisania i historii, a nawet sztuki śmierci - ona
jednak pragnęła tylko zgłębiać tajniki słońca, księżyca i ruchów gwiazd.
Jej ojciec się roześmiał.
- Ależ nie, maleńka. Nie idziesz tam po to, by się uczyć. Nigdy ci na to
nie pozwolą. Będziesz pracować. Służyć kapłanom. Gotować im, prać ich
szaty, myć podłogi.
Rozczarowanie miało gorzki smak i było ciężkie jak głaz.
- Ale... - Matka posłała ojcu przeciągłe spojrzenie. - Może nauczysz się
czegoś, jeśli będziesz uważnie słuchać. Bystra, cicha służąca może
nauczyć się wiele z obserwacji.
- W takim razie będę cicha - przysięgła uroczyście Naranpa. - I wszystkiego się nauczę.
- To nie w porządku - oburzył się jej młodszy brat, Denaochi. - Dlaczego
ona może iść do wieży, a ja nie?
- Kto chciałby być kapłanem, kiedy można być jednym z potomków
Niebouczynionych? - zapytał jej drugi brat, Akel.
Naranpa przygryzła wargi. Bycie Niebouczynionym było ekscytujące.
Najbardziej lubiła klan Nartnika. To jego matronie służyła matka
Naranpy. Władali dzielnicą Titidi, najbliżej Paszczy Kojota. Patrząc
ponad dzielącym ich kanionem, Naranpa widziała zaokrąglone krawędzie
klifów i wielkie niebieskie proporce opadające ze ścian budynków z cegły
suszonej na słońcu pomiędzy zielonymi pnączami i kolorowymi wąsami
szczęślinu. Widziała tam nawet drzewa. Drzewa! W Paszczy nie było drzew.
Titidi była ogrodem, niezwykle zielonym i bujnym, z wodospadem, który
płynął przez nią niczym ruchoma ulica, po czym wpadał do rzeki dzielącej
Tovę na pół. Słuchając opowieści matki, Naranpa wyobrażała sobie, że
Titidi to miejsce rodem z baśni, którego nigdy nie dotknie. A teraz...
- Do jakiego klanu chcesz dołączyć, Akelu? - zapytała.
- Chyba każdy chciałby należeć do Złotego Orła - przerwał Denaochi. -
Wszyscy wiedzą, że to najpotężniejszy z czterech klanów.
- Nie, jeśli ruszymy na wojnę! - odciął się Akel.
- Idąc na wojnę, chciałbyś dosiadać wodnego owada? - Denaochi zadarł
spiczastą brodę. - Ja będę siedział na grzbiecie orła i nasram ci na
głowę!
- Nie mówię o Nartniku, tylko o Skrzydlatym Wężu!
- Co za różnica?
Akel rzucił się na młodszego brata, lecz Denaochi bez trudu uchylił się
przed wyprowadzonym niedbale ciosem.
- Po co mówić o wojnie? - odezwał się ojciec. W jego głosie pobrzmiewała
nieudolnie maskowana złość. - Tova nie prowadzi żadnej wojny. Od trzystu
lat żyjemy w pokoju, odkąd kapłani nas zjednoczyli.
- To Akel chce się bić. Ja chcę rządzić! - Denaochi był tak zadowolony z siebie, że Naranpa parsknęła śmiechem.
- W Tovie nie rządzą chłopcy - przypomniał mu Akel. - Poza tym mógłbyś
rządzić jedynie ściekami. Ty i twoje srające ptaki. Ja pójdę do Szkoły
Rzemiosła Wojennego w Hokai i razem z potomkami będę uczył się walczyć.
- Dość! - warknął ojciec. - Nie macie pojęcia, o czym mówicie. Czyżby
moi synowie byli głupcami? Marzy im się bycie panami i wojownikami?
Będziecie mieli szczęście, jeśli znajdziecie pracę w kopalniach albo na
polach na wschodzie. - Prychnął oburzony. - Szkoła rzemiosła wojennego
nie jest dla takich jak ty, Akelu. Jeśli nadciągnie wojna, pójdziesz na
pewną śmierć albo, co gorsza, zostaniesz poświęcony na obcym ołtarzu, w miejscu, do którego nie dotarły nauki Kapłana Słońca. A jeśli chodzi o ciebie, Ochi... - Spojrzał na młodszego chłopca. - Akel ma rację. Możesz
rządzić jedynie tu, w Paszczy. Stertami śmieci, bo poza nimi nie ma tu
nic do rządzenia.
- Jeyma - upomniała go matka. - To tylko dzieci.
- Są za duzi na takie bzdury. - Jedno po drugim spiorunował wzrokiem swe
potomstwo. - Zapamiętajcie sobie. Nie jesteście potomkami
Niebouczynionych i nigdy nie będziecie. Przestańcie o tym myśleć,
inaczej do końca życia będziecie nieszczęśliwi.
Po reprymendzie ojca zapadła cisza. Matka nie rzekła ani słowa, lecz jej
spojrzenie i nieco wysunięta szczęka świadczyły o tym, że jest zła.
- Kiedy już będę w niebiańskiej wieży w Otsa, przyjdziecie mnie
odwiedzić - odezwała się Naranpa, próbując uspokoić nastroje. - Będziesz
mógł dosiąść orła, Ochi. A ty, Akelu, skrzydlatego węża. Tak dla zabawy!
- Powiedziałem, dość tych bzdur - warknął ojciec, bardziej zmęczony niż
zły. - Ciebie to też dotyczy, Nara. Koniec z tym.
Oczywiście obietnica, którą złożyła braciom, nie doczekała się
spełnienia. Nie tylko dlatego, że jeźdźcy wielkich klanów
Niebouczynionych byli wybrańcami nawet wśród potomków, i szkolili się
latami, zanim w końcu pozwolono im dosiadać wierzchowców, ale również
dlatego, że zanim Naranpa opuściła dom i zamieszkała w Otsa, by zostać
nie tylko służącą - choć i nią była - i nie tylko poświęconą - choć i nią się stała - ale najwyższą Kapłanką Słońca... do tego czasu jej starszy
brat nie żył, a młodszy przypominał martwą w środku, pustą skorupę. Nie
wiedziała, jaki los spotkał jej rodziców, ale zakładała, że oni także
nie żyli. Nigdy nie wróciła, żeby dowiedzieć się prawdy.
Albowiem ojciec Naranpy miał rację. Prawda była taka, że chociaż ona
kochała miasto, ono nie odwzajemniało jej uczucia. Nie miało pożytku z małej żebraczki z Paszczy Kojota; niewiele pożytku z bystrej służącej,
która zwróciła uwagę starzejącego się, ekscentrycznego Kapłana Słońca;
nieco więcej pożytku z niezwykłej oddanej, która miała przedziwny dar
czytania gwiazd i przyćmiewania swoich koleżanek; i mnóstwo pożytku z idealistycznej młodej Kapłanki Słońca, która myślała, że zdoła odmienić
swe ukochane miasto, a zamiast tego narobiła sobie wrogów.
Raz za razem Tova zmuszała Naranpę, by zapracowywała na szacunek miasta,
i za każdym razem Naranpa to robiła. Pocieszała się myślą, że czyniąc
to, nie kieruje się żądzą chwały czy władzy, lecz najgorszą z możliwych
pobudek.
Wiarą. Wiarą w miejsce, które nazywała domem.
Ale, pomyślała, leżąc pod kocem, którym nakryła ją wiedźma, nękana
wspomnieniami z dzieciństwa i niemądrymi fantazjami, z krwią krzepnącą
na skórze i solą piekącą ją w usta, wiara mnie teraz nie ocali.
Rozdział 4
Rozdział 4
Tova
325 Rok Słońca
(20 dni przed Konwergencją)
Mówi się, że wszystkie drogi, te na Ziemi i Niebie, zbiegają się w Niebiańskiej Wieży w Tovie. Mówi się, że świętym obowiązkiem Strażników
Wieży jest utrzymywanie Równowagi między tym, co nad nami, i tym, co pod
nami. To oni winni studiować ścieżki Słońca i Księżyca, i na ich
podstawie prorokować. Oni winni dbać o to, by padał Deszcz i rosła
Kukurydza. Oni winni krzewić Mądrość i Naukę i dokładać wszelkich
starań, by obalić żądnych krwi starych bogów. Jeśli zawiodą, wszyscy
wiedzą, że może nadejść Wojna, a wraz z nią cierpienie. Jednak ze
wszystkich ludzi to Strażnicy będą cierpieć najbardziej, albowiem to oni
Umrą pierwsi.
O odpowiedzialności Strażników
Z Traktatu zawartego w Hokai
i inwestytury Kapłana Słońca,
1 Rok Słońca
Naranpa zmusiła kapłanów, by o wschodzie słońca zebrali się u podnóża
mostu do Odo, z czego nikt nie był zadowolony. Słyszała utyskiwania i przekleństwa nieprzystające takiemu zgromadzeniu. Ktoś skarżył się, że
nie było gorącego śniadania i niby jak mają przejść przez całe miasto,
nie posiliwszy się czymś gorącym? Miała ochotę ich spoliczkować. Albo
przynajmniej nakrzyczeć na nich, żeby wzięli się w garść. Zamknięcie
miało rozpocząć się jutro - dwadzieścia dni postu i pokuty, by
przygotować drogę na powrót słońca po zimowym przesileniu. Niby jak
oddani przetrwają Zamknięcie, skoro już teraz marudzili, że nie dostali
śniadania?
- Stanie się cud, jeśli słońce zechce wrócić po tym, jak usłyszy to
biadolenie - mruknęła pod nosem na tyle głośno, żeby usłyszeli ją ci
stojący najbliżej i nikt poza nimi.
Poranek nastał tego dnia mroźny, jeszcze dobitniej przypominając, że
tylko kilka dni dzieli ich od zimowego przesilenia. Kapłani i oddani
oprócz swych zwyczajowych szat przywdziali futrzane peleryny i wełniane
nogawice. Zmienili nawet sandały na buty z utwardzanej skóry. Mimo to
Naranpa nie miała wątpliwości, że pod koniec dnia będą równie zmarznięci
jak sople zwieszające się ze szczytu niebiańskiej wieży.
Wciąż jednak nie był to powód do narzekań. W cierpieniu była
szlachetność. Budowało charakter. Albo taką przynajmniej miała nadzieję.
Podejrzewała, że wkrótce wszyscy się o tym przekonają.
- Ta procesja to dobry pomysł, Naranpo - rzekł pogodnie Haisan, który
stanął obok niej na czele zgromadzenia. - Miejmy nadzieję, że
Niebouczynieni dobrze się zaprezentują w przeddzień Zamknięcia.
- Twoja maska, Haisanie. - Naranpa upomniała starego kapłana.
Przynajmniej się starał. Był ta dissa - głową Zakonu Historyków -
człowiekiem światłym i szanowanym, czasami jednak zapominał o bardziej
praktycznych rzeczach.
- Och! - Haisan z coraz większym przygnębieniem poklepywał kieszenie
swojej szaty, aż w końcu sięgnął w fałdy ciężkiej niedźwiedziej skóry,
skąd wyciągnął czarną maskę z rozsianymi na czole i policzkach
błyszczącymi punkcikami symbolizującymi gwiazdy. Uśmiechnął się
zawstydzony i założył ją na twarz.
Naranpa zerknęła na towarzyszących jej pozostałych dwóch kapłanów. Abah,
która była seegi i głową Zakonu Uzdrowicieli, oraz Iktanu, któru byłu
tsiyo, Nożum, i przewodziłu temu zakonowi. Twarze ukryli pod maskami i czekali - Abah w białej sukni i równie białej futrzanej opończy, Iktan w czerwonej masce i długiej spódnicy koloru zachodzącego słońca i świeżo
utoczonej krwi.
Naranpa była hawaa, głową Zakonu Wyroczni. Jej maska przywodziła na
myśl słońce i była równie żółta, jak spięta pasami suknia, którą włożyła
pod podbitą futrem pelerynę. Maska była mozaiką zrobioną z długich,
cienkich drucików ze złota i kutego metalu, które rozchodziły się
promieniście od ramienia do ramienia. Zawsze nosiła ją z godnością, lecz
dziś również ze strachem.
- Wciąż nie rozumiem, czemu musimy to robić - szepnęła Abah, nachylając
się ku Iktanu, ale Naranpa i tak ją usłyszała. Abah była młoda,
najmłodsza z ich czwórki. Została głową zakonu, gdy jej mentorka zmarła
niespodziewanie wiosną. Naranpa objęła stanowisko kilka miesięcy później
w podobnych okolicznościach, ale była od niej co najmniej piętnaście lat
starsza. A to znaczyło, że miała co najmniej dwanaście lat więcej
doświadczenia, nawet jeśli Abah szybciej zyskała swą pozycję.
- Robimy to, żeby pokazać miastu, że kapłani wciąż tu są - odrzekła
Naranpa z twarzą zwróconą przed siebie. Nie odwróciła się i z powodu
maski nie mogła mieć pewności, ale coś jej mówiło, że Abah wbijała jej w plecy mordercze spojrzenie.
- Wiedzą, że tu jesteśmy, Nara - odparła młodsza kobieta z nutą
poirytowania w głosie. - Przecież płacą dziesięcinę, prawda? W święte
dni składają ofiary. Posyłają swoje dzieci na drugi koniec kontynentu,
żeby szkoliły się na kapłanów.
- I nienawidzą tego. - Teraz Naranpa odwróciła się, żeby spojrzeć na
swoją towarzyszkę. - Chcę im pokazać, że nie jesteśmy wysuszonymi
pokutnikami w wieży, ale żywą, oddychającą częścią tego miasta. Że
jesteśmy przystępni. I dbamy o nich.
- Och - mruknął zaniepokojony Haisan. - Czy to rozsądne? Chodzi o to, że
to bardzo radykalne, Naranpo. Kapłani nigdy nie paradowali w ten sposób
po mieście. To ludzie przychodzą do nas, nie my do nich. Jeśli mam być
szczery, wszystko powinno zostać tak, jak jest.
- Chwilę temu twierdziłeś, że to dobry pomysł, Haisanie - przypomniała
delikatnie Naranpa.
- No tak. Miałem na myśli poranny spacer. Co do reszty, nie jestem tego
taki pewien.
- A ja jestem - odparła Abah, szczękając zębami. - I powtarzam: po co
zmieniać coś, co działa jak należy?
Ale nie działa! Naranpa miała ochotę wybuchnąć. Jak inaczej wytłumaczyć
to, że z roku na rok coraz mniej oddanych przybywa do wieży, pomimo
tego, co zapisano w Traktacie? Dlaczego z roku na rok jest coraz
mniejsze zapotrzebowanie na gwiezdne mapy dotyczące narodzin, śmierci i ślubów? Skąd plotki o nieusankcjonowanej magii w biedniejszych częściach
miasta? I rosnąca liczba wyznawców starych bogów, których tak naprawdę
nigdy nie udało się wyplenić? Dlaczego zdawało się, że już tylko elity
Niebouczynionych poważają kapłanów, choć nawet ich szacunek był
sporadyczny i wyrachowany?
- Głosowaliśmy, Abah - przypomniała jej Naranpa. - I zgodziłaś się.
Młodsza kobieta prychnęła.
- To było kilka tygodni temu. Nie miałam pojęcia, że będzie tak zimno. -
Przechyliła głowę w stronę Naranpy. Choć twarz skrywała za maską, w samym tym ruchu było coś przebiegłego. - Prawdę powiedziawszy, zgodziłam
się pod wpływem kaprysu. Może nawet słabości; przez wzgląd na ciebie,
Nara. Od początku byłam zdania, że ta procesja to kiepski pomysł.
- Wiem o tym - odparła gładko Naranpa, nie dając się wciągnąć w dyskusję. - Ale teraz jest za późno, żeby się wycofać. Spójrz, oto bęben
i dym.
Abah burknęła coś niemiłego, czego Naranpa nie była w stanie usłyszeć.
Odpuściła. Zwyciężyła, bez względu na to, co Abah miała teraz do
powiedzenia, i przez chwilę rozkoszowała się tym drobnym zwycięstwem.
Niełatwo było zgromadzić kapłanów wszystkich zakonów, by wspólnie
przeszli przez miasto. Zamierzała cieszyć się tym, póki mogła.
Bębniarka, kobieta odziana w jasny błękit pierwszego światła, wystąpiła
naprzód, by nadać rytm. Stojący obok niej mężczyzna, również w błękitnej
szacie, podpalił cedrowe polano i wywijał nim tak, by zaczęło dymić.
Naranpa odetchnęła z ulgą, kiedy ruszyli.
Czwórka kapłanów szła jeden obok drugiego za bębnem i dymem, zaś za ich
plecami niczym ogony spadających gwiazd podążali ich oddani w równych
czterdziestoośmioosobowych rzędach.
Przechodząc mostem do Odo, Naranpa podziwiała widok, jaki roztaczało
przed nią jej ukochane miasto. O świcie Tova zawsze prezentowała się
spektakularnie. Klify tonęły we mgle, osławione mosty wiszące srebrzyły
się od szronu, a światło poranka sprawiało, że wszystko lśniło, zdawało
się eteryczne i nierzeczywiste. Wiedziała, że za jej plecami niczym
strażnik wznosi się niebiańska wieża, której sześć kondygnacji wyrasta z samotnego płaskowzgórza, oddzielone od reszty miasta mostami. To w niej
mieszkali kapłani, oddani i niewielka grupa służących. Tam też mieściła
się biblioteka pełna map i zwojów, taras, na którym jedli wspólne
posiłki, a na szczycie dachu duże, okrągłe obserwatorium otwarte na
nocne niebo.
Dom, pomyślała Naranpa. Dom, który kochała, chociaż nie zawsze czuła się
tu jak u siebie. W takich chwilach przemawiała przez nią Paszcza,
sprawiając, że czuła się niegodna. Głos w jej głowie, który przypominał
jej, że jest jedyną Kapłanką Słońca w historii, która nie pochodzi z Niebouczynionych. Bo choć każde dziecko Traktatu było mile widziane w wieży, tradycja nakazywała, by głowy zakonów wybierano spośród
Niebouczynionych klanów Tovy. Jej mentor, Kiutue, wychował ją na swoją
następczynię. Nie było to zakazane, a jedynie niezgodne z tradycją, a co
za tym szło - dopuszczalne, choć niepochwalane.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki